1
1994
Moja córka Daisy właśnie się urodziła, a Susan zmagała się z trudami początków macierzyństwa. Miałem dwadzieścia pięć lat i próbowałem rozkręcić wytwórnię filmową z Geraldem, moim kumplem ze studiów, który chciał reżyserować, ale mieliśmy problemy z pieniędzmi, a czułem, że będzie trzeba się pomęczyć, żeby przekonać Filmbase do dofinansowania nowej firmy. Mama pożyczyła mi trochę gotówki na start, a Gerald miał hojnego wujka, który też pomógł. Wynająłem wcześniej strych w mieście na biuro i zamówiłem papier firmowy, na którym pisałem rozpaczliwe apele do Arts Council, Dublin Corporation, National Lottery i wszelkich innych dysponujących pieniędzmi organizacji, które przyszły mi na myśl. Ciężko harowałem, a nocami często zajmowałem się dzieckiem, więc może byłem bardziej skłonny do irytacji, niż powinienem, ale gdy po długiej szychcie wracałem wieczorem do domu, naprawdę ostatnią rzeczą, jakiej potrzebowałem, był widok mojego najmłodszego brata, gwiazdy rocka, rozwalonego na naszej kanapie, gdy moja wciąż jeszcze obolała żona z plamami po dziecięcych rzygach na ramionach, potargana i wycieńczona siedziała na krawędzi niewygodnego krzesła przy jadalnianym stole.
Na początku żartowałem z nim, udając, że jego obecność mnie cieszy, bo jeśliby się okazało, że nikt inny nie chce nam dać kasy, poprosiłbym o nią właśnie jego, ale to miała być ostateczność.
- Luke! Nie powinieneś czasem wciągać koki z tyłka jakiejś supermodelki?
Luke miał dwadzieścia trzy lata. Jego druga płyta cieszyła się ogromnym wzięciem. Przez trzy sezony był non stop w trasie, ale teraz miał przerwę. Mieszkał w wielkiej georgiańskiej kamienicy przy Waterloo Road, którą kupił za gotówkę dwa lata po tym, jak rzucił studia, żeby śpiewać w zespole. My tymczasem wynajmowaliśmy przerobione ze stajni jednopokojowe mieszkanie bez centralnego ogrzewania i z nawalającą hydrauliką.
Zadziwiała nas ta jego gwiazdorska kariera. Ze swoimi wielkimi oczami i długimi włosami wyglądał jak bezdomny, a jego cienki, piskliwy głos nie miał prawa ponieść się dalej bez nagłośnienia. Zazdrościliśmy mu z Brianem. Byliśmy starsi i pracowaliśmy, żeby opłacić studia. Każdy z nas zrobił dyplom magistra nauk humanistycznych na czwórki z plusem. W szkole średniej Luke nas zaskoczył, bo miał na tyle dobre oceny, żeby się dostać na inżynierię, ale pierwsze dwa lata na uczelni zeszły mu na paleniu haszu nad stawem, czytaniu poezji i próbach z The Wombstones. Przez jakiś czas chodził po kampusie z kurą na smyczy. Taka poza. Nigdy się nie dowiedzieliśmy, skąd wziął tę kurę ani co się z nią potem stało.
Z niewiadomego powodu przyciągał do siebie kobiety. Nie rozumiałem, jak to robi. Kobiety są dziwne. Prowadzał się z nimi albo je zostawiał i nigdy nie wydawał się z żadną szczególnie związany. W pewnym momencie dałem sobie spokój z zapamiętywaniem ich imion, bo było jasne, że za chwilę pojawi się nowa.
Gdy Luke zdobył sławę jako solista, zrobił się hojny. Zabrał nas wszystkich w trasę do Londynu i Lizbony, gdzie szastał kasą, jakby nie miała dla niego żadnej wartości. Jego nazwisko otworzyło mi drzwi do świata sztuki, ale tamtej wiosny nie przyszły żadne zaproszenia na koncerty, wystawne gale ani rockandrollowe imprezy. Zjawiał się więc u nas w porze obiadowej co najmniej dwa razy w tygodniu.
Taki był z nim problem, że nie chwytał aluzji. Zjadał przygotowany przez Susan albo przeze mnie obiad, ignorował nasze dziecko i gdy tylko napełnił brzuch, zmywał się bez słowa podziękowania. W końcu wspomniałem o kasie i swoim problemie z finansowaniem działalności. Kiwnął głową i odchrząknął, ale pomocy nie zaproponował. Musiałem o nią poprosić.
Powiedziałem, że to właściwie nie będzie pożyczka, tylko inwestycja, i poprosimy Luke'a, żeby skomponował muzykę do naszego filmu (choć on wciąż jeszcze nie znał nut, a myśmy nie mieli filmu, bo nie było na niego pieniędzy).
- Film to nie moja działka - odpowiedział. - A prosiłeś Briana?
Brian mieszkał wtedy w Paryżu. Mama od czasu do czasu dostawała od niego listy pisane na kartkach wyrwanych z zeszytu. Skoro nie było go stać na papier listowy, to na pewno nie miał pieniędzy, które mógłby mi pożyczyć.
- Briana? Coś ty? Wiesz, jak on podchodzi do kasy. Zresztą nawet nie wiem, czy wystarczająco dużo zarabia. - Spróbowałem opanować frustrację. Luke wykazał się typowym dla siebie brakiem świadomości i troski. Wzruszył ramionami, wziął pilota i zmienił kanał w telewizorze, w ogóle na mnie nie patrząc. Susan wstała od stołu i odeszła zniesmaczona.
Dopiero kilka tygodni później zebrałem się, żeby mu powiedzieć, że już nie jest u nas mile widziany. Gdybym to zrobił od razu, pomyślałby, że chodzi o pieniądze, a chodziło o całokształt. Wyglądało na to, że nie mył się za często. Przychodził - dosłownie - z pustymi rękami i gdy tylko się pojawiał, wysysał z naszego domu energię.
Do końca tamtego roku go nie widziałem, ale czytałem w gazecie, że wrócił do studia, nagrywa kolejną płytę, a potem znów jedzie w trasę. Wzmianka była w niedzielnej kolumnie plotkarskiej. Nie miałem zamiaru dzwonić z gratulacjami.
Susan chciała, żeby tamto Boże Narodzenie było wyjątkowe, ale ona miała większe poczucie winy z powodu Luke'a niż ja. Zasugerowała, że jeśli na świąteczny obiad zaproszę wszystkich, to będzie wyglądało, że jego - naturalnie - też. Poza tym wolała uniknąć wizyty w Glenageary, w domu mojej mamy, która u siebie była zawsze głośniejsza i bardziej apodyktyczna niż u nas. Brian przyjechał na kilka dni z Paryża i zatrzymał się u mamy. To były pierwsze święta Daisy. W końcu wywalczyliśmy mały grant od Filmbase i wyglądało, że nam się układa. W styczniu mieliśmy zacząć produkcję pierwszego filmu krótkometrażowego pod tytułem Strach przed życiem i planowałem ogłosić to na naszym uroczystym obiedzie. Zadzwoniłem do Luke'a i zostawiłem mu wiadomość na sekretarce. Nie odezwał się przez kilka dni, więc Susan wrzuciła mu liścik do skrzynki.
Nie pojawił się, ale nas to nie zmartwiło. Już wcześniej zdarzało mu się zniknąć z radaru na miesiąc lub dwa. Wiedzieliśmy od Briana, że ma przerwę w trasie i jest w Dublinie. Mama była zła, że jej nie odwiedził. Strzeliła z tego powodu focha, ale było jasne, że ona też nie próbowała się z nim kontaktować.
Z początku rodzina była pod wrażeniem mojego newsa. Mama wzniosła kieliszek i wygłosiła toast na moją cześć:
- Mój syn, następny Steven Spielberg!
Ale kiedy Brian usłyszał, że film na być krótkometrażowy i że nie będą go puszczać w kinach, prychnął lekceważąco i spytał:
- Po co kręcić film, którego nikt nie obejrzy?
Wyśmiał cały projekt, bo aktorami mieli być moi koledzy z uczelnianego koła teatralnego. Mama stwierdziła w mojej obronie, że przecież każdy gdzieś zaczynał, i spytała Briana cierpko, jakie on ma plany zawodowe. Bronił się, że przecież pracuje w prestiżowej szkole, ale mama zbyła te przechwałki:
- Nauczyciel, Brianie, to nie to samo co producent filmowy. My mamy show-biznes we krwi, a ty najwyraźniej odziedziczyłeś geny po ojcu.
Brian się zjeżył:
- Praca nauczyciela jest bardzo ważna.
Ale i tak czułem potrzebę, żeby się wytłumaczyć, że muszę zacząć od małych rzeczy, a potem stopniowo zwiększać kaliber, że nikt nie da grupie nieznanych kolesi dziesięciu baniek na pełnometrażową fabułę. Co mama skwitowała:
- Jeszcze nie, kochanie. Jestem z ciebie taka dumna.
- Może Luke'a obsadzisz w tym swoim filmie? - podsunął Brian.
Mama parsknęła śmiechem:
- Pewnie, jeśli to ma być film dla małolat.
Szydziła z sukcesu Luke'a i jego nastoletnich fanek. Tak jak my wszyscy. Zawsze umniejszała naszemu najmłodszemu bratu, a my zazwyczaj jej wtórowaliśmy. Dla nas to był niezły dowcip, że mały Luke może być idolem podlotków. Mnie osobiście zależało, żeby wyrobić sobie nazwisko, i nie zamierzałem zatrudniać mojego brata złamasa, zwłaszcza że nie dorzucił się do projektu.
Brian pomógł Susan w zmywaniu i pobawił się z Daisy. Mama wcześnie się wstawiła i zaczęła śpiewać do Dźwięków muzyki w telewizji. Wielki miś, którego kupiła dla wnuczki, wylądował na schodach, bo w salonie nie było dla niego miejsca. Daisy przycupnęła u stóp schodów i gapiła się na niego zafascynowana. Gdy mama i brat wyszli, dokończyliśmy z Susan wino i poszliśmy spać.
O trzeciej nad ranem zbudziło nas ogłuszające łomotanie do drzwi. Susan gwałtownie usiadła na łóżku, ale Daisy na szczęście nie zaczęła się wiercić. Narzuciłem szlafrok, trochę w strachu, że to może być jakaś zła wiadomość, ale też gotowy zbesztać wała, który wali do drzwi, jakby chciał je wyważyć.
Przed wejściem stał Luke, prawie niewidoczny zza ogromnego domku dla lalek.
- Sorry, dopiero go skończyłem, farba już wyschła, ale jeszcze trochę się lepi. To dla... twojej małej.
Wniósł go do korytarza, postawił i wyszedł. Oczywiście nie pamiętał, jak Daisy ma na imię. Pozwoliłem mu odejść w mrok nocy, bo o tej porze nie miałem chęci na zabawianie pijaka.
Gdy rano Daisy zobaczyła domek, aż jej oczy zabłysły. Susan otworzyła zawieszony na zawiasach front. Został jej w ręku. Dach z jednej strony przechylił się niebezpiecznie, a okna miały chropowate krawędzie. Daisy wzięła małe łóżeczko i wcisnęła je sobie do buzi. Drewno było pełne drzazg i śmierdziało farbą. Tej nocy bez większego trudu połamaliśmy domek na szczapy i wrzuciliśmy do kominka.
Tydzień później Luke pojawił się w porze obiadowej, jakby poprzednie sześć miesięcy nie miało miejsca. Nie dopytywał o swój prezent, my też postanowiliśmy o nim nie wspominać. Spytałem, jak mu idzie praca nad nową płytą, ale on tylko wzruszył ramionami i zmienił kanał w telewizji. Byliśmy już za starzy, żebym mu przywalił, ale ręce mnie świerzbiły.