WTEDY Lozza
Ponad rok wcześniej, 18 listopada. Agnes Basin, Nowa Południowa Walia
Motorówka policji z Jarrawarra Bay wycinała gładkie V w ciemnych wodach Agnes River. Starsza posterunkowa Laurel "Lozza" Bianchi stała na prawej burcie z posterunkowym Greggiem Abbottem. Przepatrywała ciemniejące cienie wśród mangrowców na północnym brzegu. Na pokładzie byli w czwórkę. Posterunkowy McGonigle stał za sterami, a drogę wskazywał mu Barney Jackson, stary poławiacz krabów, który znalazł ciało i wezwał służby.
Teraz, pod wieczór, wilgoć aż dusiła. Lozza czuła na wargach cuchnące powietrze. Wszystko było pogrążone w upiornej ciszy, którą zakłócał tylko pomruk ich silnika i od czasu do czasu głuchy mlask, gdy rozjeżdżali wielką meduzę unoszącą się w stronę morza. Meduzy miały wielkość piłki do kosza i ciągnęły za sobą falbaniaste czułki ozdobione wąsami o jadowitych kolcach.
Mniejsze słonowodne kanały wdzierały się labiryntem w serce mangrowcowej płaszczyzny. Lozza wiedziała, że mułowate dno kanałów obfituje w kraby błotne o skorupach, które mogą urosnąć szerokie jak głowa mężczyzny. Wszystkożerne i kanibalistyczne, były agresywnymi padlinożercami o kleszczach zdolnych miażdżyć pancerze. Odcinać palce. Cokolwiek czekało na funkcjonariuszy w wilgotnych cieniach estuarium, na pewno nosi ślady tych błotnych stworów.
Minęli przechylający się stary pomost. Z wody wystawały gnijące pale. Na nich przysiadły kormorany, zwiesiwszy u boków czarne skrzydła do schnięcia. Śledziły wzrokiem przepływającą łódź motorową.
W oddali przetoczył się grzmot.
Gregg spojrzał w niebo.
- Myślicie, że nadejdzie burza? - spytał.
Lozza podążyła za jego wzrokiem. Ponad wysokimi eukaliptusami krążyły bieliki białobrzuche, odcinające się na tle pasm chmur, które zmieniały kolor na groźny cynobrowy i pomarańczowy, w miarę jak słońce coraz niżej chyliło się nad horyzontem.
- Diabli wiedzą - odrzekła cicho. - Ale niedługo się ściemni. Przydałoby się rzucić okiem na pływaka, dopóki jest jakieś światło.
- Te cholerne lisy wylecą, jak tylko słońce schowa się za drzewa - powiedział Gregg. - Tu chociaż nie są takie straszne jak na południe od Jarry.
Jakby na zawołanie z korony eukaliptusa w kakofonii pisków wzbiła się w niebo chmara wielkich nietoperzy rudawkowatych. Niemal jednocześnie zaczęły wrzeszczeć kakadu i lorysy. Ziemia westchnęła i poruszyła się, budząc lekką bryzę. Nastrój na rzece się zmienił.
- Nienawidzę ich - burknął Gregg, zezując na chmary stworzeń. - Całą noc kłócą się na eukaliptusie pod oknem mojej sypialni. Jak jakieś cholerne wiedźmy ujadające na sabacie. I cuchną.
Wszystkich drażniły wielkie nietoperze, które ostatnio z tajemniczych powodów masowo pojawiły się w rejonie. Zaczynały nadlatywać stadami, gdy kwitła jedna z odmian eukaliptusa, a potem coraz więcej rudawkowatych nadciągało wzdłuż szosy niczym zapowiedź nieszczęścia. Wreszcie ich liczba rosła tak, że obsiadły niemal każdy budynek, skałę, drzewo i pojazd w mieście na południe od Jarrawarry.
- Jak w filmie Hitchcocka - zauważyła Lozza.
Gdzieś zachichotała kukabura.
Motorówką zakołysało, gdy Mac skierował ją na bardziej wzburzone wody Agnes Basin. W wielkim zbiorniku - zajmującym niemal czterdzieści kilometrów kwadratowych - roiło się od wielkich meduz. Wyglądał jak bubble tea.
- Płyń jakieś pół kilometra po wschodniej stronie akwenu, o tam. - Barney wskazał kierunek sternikowi. Głos miał ochrypły i drżący. - A potem skręcisz w głęboki, wąski kanał i to będzie już. - Pod siecią czerwonych żyłek twarz Barneya była woskowa, błyszczała od potu. Rękawem otarł czoło. Lozza zauważyła, że drżą mu ręce. Może musiał się napić. Albo może był zdenerwowany. A może jedno i drugie.
Barney popłynął sprawdzić swoje nielegalne pułapki na kraby. Tymczasem znalazł ciało mężczyzny, blondyna, zaplątane pod wodą w jedną z jego lin.
- O tam, tam jest ujście kanału. - Wskazał ciemną przerwę między mangrowcami. - Tam płyń.
Mac zwolnił i ostrożnie skierował łódź w ujście kanału. Woda z chlupotem rozbijała się o dziób. Gorące powietrze było coraz wilgotniejsze. Gałęzie wyciągały ku nim paluchy, a gałązki cicho drapały kadłub. Mac zwolnił jeszcze bardziej. Im głębiej wpływali, tym ciemniej się robiło. Goręcej. Nad wodą bzyczały chmary komarów, a maleńkie robaczki wpadały w pułapkę pomarańczowych loczków, których burza okalała twarz Lozzy, choćby nie wiadomo jak się starała zebrać je w schludny koczek.
Mac włączył reflektory i natychmiast z mroku wyskoczyły na nich upiorne kształty i cienie. Bagno emanowało obecnością, jakby coś się w nim kryło i czekało na właściwy moment, by ich pochwycić. Powietrze cuchnęło obrzydliwie.
- Myślisz, że to on...? Cresswell-Smith? - spytał Gregg.
- To by było dziwne - odparła.
- Fakt. Bo jeśli wypadł za burtę dziesięć kilometrów od brzegu, to jak by go tu przyniosło? To nie ma sensu.
Lozza zerknęła na nowego kolegę, świeżo po okresie próbnym. Za dużo mówił. Zwłaszcza zdenerwowany. A w sumie zawsze. To Lozzę strasznie irytowało. Jej zdaniem w pracy należało zachować milczenie. Wiedziała też, że jej irytacja po części bierze się z tego, że Gregg, w cywilu surfer, jest przystojny i że tak naprawdę bardzo ją pociąga. Trafił do policji nietypowo późno. W czasie wolnym dalej prowadził swoją szkółkę surferską, uczył też córkę Lozzy. Ale przystojniacy raczej nie patrzyli na Lozzę w ten sposób. W związku z tym ona była do nich raczej wrogo nastawiona.
Trzasnął grzmot i zapulsowała błyskawica, zamieniając ich otoczenie w czarno-białą stopklatkę. W wodę uderzyły pierwsze krople deszczu. Lozza przypomniała sobie, jak poznała na plaży żonę Martina Cresswell-Smitha. To ona będzie musiała powiadomić Ellie, jeśli rzeczywiście ciało jej męża leży zaplątane w krabową pułapkę Barneya. Przypomniały się jej słowa, które kobieta wypowiedziała w trakcie wcześniejszego spotkania: "Mam nadzieję, że go nie znajdziecie. A jeśli znajdziecie, to mam nadzieję, że nie żyje i że cierpiał".
- Tam! - wskazał nagle Barney. - Widzicie ten pomost? Przywiązałem swoje pułapki do korzeni zaraz za nim.
Mac wyłączył silnik. Słuchali, jak drobne fale kląskają o kadłub, gdy siłą inercji zbliżali się do pomostu. Huknął grzmot i błysnęła srebrna błyskawica. Gdy słońce schowało się za horyzontem, a niebo przesłoniły burzowe chmury, wszystko zrobiło się ciemniejsze.
Lozza odpięła od pasa latarkę, włączyła ją i przesunęła snopem światła po pomoście. Zobaczyła, gdzie Barney przywiązał swoje zniszczone liny do korzeni mangrowców. Sam pomost był nowy - należał do kontrowersyjnej inwestycji Agnes Marina, którą finansowali Martin Cresswell-Smith i jego żona. Barney wyjaśnił wcześniej Lozzie, że nad powierzchnią wody używał lin wyglądających na zniszczone, by ukryć fakt, że niżej znajdują się jego nielegalne pułapki. Ale pod wodą do starych lin były dowiązane jaskrawopomarańczowe liny polipropylenowe, a na ich końcu znajdowały się kłusownicze konstrukcje. Kiedy dzisiaj Barney przypłynął sprawdzić łupy, pociągnął za liny i stwierdził, że jedna utknęła na amen. Nie chcąc jej odcinać, by nie stracić pułapki zapewne pełnej krabów, postanowił wrócić z synem kumpla i uwolnić linę. Nastolatek zanurkował z płetwami i w masce, wzdłuż pomarańczowej liny zszedł na sam dół. W mętnej wodzie znalazł się twarzą w twarz z uwięzionym ciałem.
Dzieciak jak szalony uciekł na powierzchnię i gwałtownie zaczerpnął powietrza. Barney powiedział, że nie mogą "tego" zostawić na dole. Że "to" może być ktoś, kogo znają. Więc biedny dzieciak zebrał się na odwagę i zszedł na dół raz jeszcze i nożem przeciął linę. Ciało wystrzeliło ku powierzchni jak napełniony balon i wynurzyło się w małej zatoczce za pomostem, po czym zniosło je między korzenie mangrowców.
- Zablokowałem je w korzeniach - powiedział wtedy Barney. - A potem wróciliśmy na otwarte wody, żeby złapać zasięg. I zadzwoniłem po was.
Policyjna motorówka powoli płynęła wzdłuż pomostu, Mac tylko sterował tak, by reflektory oświetlały płytką zatoczkę. Zobaczyli ciało niemal od razu - połysk skóry białej jak na rybim brzuchu. Koszula khaki. Żółtoblond włosy. Bez spodni. Białe pośladki wychylały się z wody jak półksiężyce, gdy ciało kołysało się w trzcinach przy plątaninie korzeni, uwięzione tam delikatnym prądem.
Barney przeżegnał się szybko.
- Zacumuj przy pomoście - poleciła Lozza Macowi. - Przejdziemy z Greggiem przez zarośla na drugą stronę. - Sternik odpalił silnik, który z pomrukiem wypuścił strumień baniek, łódź doskoczyła do pomostu i uderzyła weń z głuchym odgłosem. Dokładnie nad nimi huknął grzmot, błyskawica przecięła niebo. Deszcz zaczął lać miarowo, znacząc dziobami i rozpryskując ciemną wodę. Wielkie krople lśniły srebrzyście w blasku reflektorów.
Lozza z Greggiem wysiedli na pomost. Przyświecając sobie latarkami, weszli do bagnistego lasu. Lozza rozłożyła pałkę i uderzała nią w plątaninę traw i trzcin, płosząc ewentualne węże. Gregg szedł tuż za nią. Przeklinając, pacnięciami dłoni tłukł siadające na nim komary. Wyglądało na to, że owady wolą jego krew niż koleżanki.
To jej dało odrobinę satysfakcji. Nie tylko kobiety leciały na adonisa.
Dotarli do zwłok. Lozzie podniosło się ciśnienie. Ciało niewątpliwie należało do mężczyzny. Leżał twarzą w dół, ręce unosiły się bezwładnie w miarę ruchów kołyszącej się wody. Koszula khaki przypominała tę, którą Martin Cresswell-Smith miał na sobie w chwili, gdy cztery dni temu wypłynął na ryby. Gęste blond włosy też się zgadzały, podobnie jak wielkość ciała i sylwetka. Łajdak dobrze się prezentował - niczym bożyszcze rugby. Był pewny siebie i uroczy, jeśli tylko chciał. Ale pod tą fasadą Lozza dojrzała coś mrocznego i złowieszczego.
Przykucnęła na brzegu i przyglądała się ciału, starając się nie zsunąć ze śliskiego brzegu ani nie dotknąć niczego. Znała procedury. Zanim została przeniesiona na Południowe Wybrzeże i wróciła do rutynowych obowiązków szeregowego funkcjonariusza, całe lata pracowała w wydziale zabójstw w Nowej Południowej Walii. Zachowała swoją rangę detektywa, chociaż nie zwracano się do niej per "pani detektyw", ponieważ nie była zatrudniona jako śledcza.
Kolejna pulsująca srebrzysta błyskawica rozbłysła, kiedy Lozza przepatrywała ciało, przyświecając sobie latarką.
- Myślisz, że to on? - spytał Gregg.
Zdecydowanie myślała, że to on. Ale młody miał rację - to nie miało sensu. Łódź Martina Cresswell-Smitha opuściła slip Bonny River, odległy stąd pół godziny jazdy samochodem wzdłuż wybrzeża. Zameldował się u straży przybrzeżnej i powiedział, że kieruje się na pełne morze w kierunku południowo-wschodnim. Gdyby miał wypadek na morzu, jego ciało w żaden sposób nie mogłoby zdryfować na północ, a potem do ujścia Agnes River i przez Agnes Basin aż w głąb kanału.
- A jeśli to on - podjął posterunkowy - to gdzie jego łódź? Gdzie jest Abracadabra?
- Gregg, zamknij się na chwilę, proszę.
Pacnął kolejnego komara. Nad ciałem krążyły muchy. Lozza przesunęła strumień światła wzdłuż lewej ręki mężczyzny. Na palcu ujrzała obrączkę z czerwonym kamieniem. Już ją widziała. U Martina. Ale na nadgarstku nie było rolexa. Martin Cresswell-Smith zniknął z bardzo drogim rolexem daytoną w kolorze brązu.
Młody zabił kolejnego komara. Przy tym gwałtownym ruchu światło jego latarki śmignęło po mangrowcach. Z ciemności wyskoczyło coś ciemnego. Gregg uskoczył przed przerażonym kormoranem, omsknęła mu się stopa, postawiona zbyt blisko krawędzi. Pośliznął się i z głośnym pluskiem wpadł do wody. Zaklął i jak szalony usiłował się wdrapać z powrotem, poruszywszy przy tym zwłokami, które obróciły się na plecy.
Gregg zamarł.
Lozza skamieniała.
Patrzyły na nich puste oczodoły. Z nosa i warg denata zostały poszarpane resztki. Zniknęły miękkie tkanki w rejonie krocza. W ich miejscu kłębiła się masa kaligidów. Ale wzrok Lozzy przyciągnęło coś innego.
Głęboko w piersi zmarłego tkwiła wbita głęboko osęka. Na jej uchwycie widniał czarny napis "Abracadabra". A koszula na całej klatce piersiowej nosiła ślady cięć najpewniej od noża. Było ich co najmniej piętnaście. Lozza się nachyliła, przyświecając sobie latarką. Obrzękniętą szyję otaczała ciemna ligatura. Na nadgarstkach dostrzegła kolejne ślady. Obejrzała prawą rękę nieboszczyka. Brakowało w niej trzech palców. Ucięte równo, powyżej stawów. Krab nie zrobiłby tego tak schludnie.
Gregg z chlupotem wydostał się nieporadnie na brzeg. Wszedł na dwa kroki między trawy, pochylił się, oparł dłonie na kolanach i zwymiotował.
Lozza zajęła się liną w kostkach denata. Polipropylen. Jasnożółto-niebieska. Inna niż lina Barneya. Gdyby Lozza lubiła się zakładać, postawiłaby na to, że reszta tej żółto-niebieskiej liny została użyta do uwiązania ciała ofiary do czegoś ciężkiego pod wodą, gdzie kraby, ryby, kaligidy i inne mangrowcowe stworzenia w ciągu paru dni oskubałyby kości do czysta. A potem szkielet by się rozpadł i zniknął w miałkim mule. Z ciała nie zostałoby nic, co dałoby się odnaleźć. Gdyby Barney i jego pułapka nie trafili na liny zabójcy.
Znowu pomyślała o Ellie - jej rzekomej utracie pamięci i dziwnych zachowaniach. Zrobiło się jej niedobrze. Czy ona ich wszystkich zwiodła? Czy dalej z nimi wszystkimi pogrywała? Każdym kolejnym krokiem?
Bo to jasne jak cholera, że nie chodziło o żaden wypadek przy wędkowaniu. Żadne zaginięcie męża na morzu. To było morderstwo.
Lozza sięgnęła po telefon i wezwała posiłki. Co prawda to ona z Greggiem jako pierwsi przybyli na miejsce zbrodni, ale śledztwo musi przejąć State Crime Command.
A Ellie Cresswell-Smith była teraz ich główną podejrzaną.