Nasze dwory wiejskie - Jan Obst

Kup ebooka

17.00 zł

-
Proszę czekać

Nasze dwory wiejskie

Strzeżcie się jak grzechu śmiertelnego najdować że, dom ojca za ciasny.

Z rozmów mędrca chińskiego Lao-Tse z Konfucjuszem.

Mowa nasza posiada wyrazy, podobne do kwiatów zasuszonych, które czasem znajdujemy między pożółkłemi kartkami w imionniczku babuni. Życie dawno z nich wyszło, spłowiały kolory, pozostał niezmiernie subtelny aromat, przystępny tylko bardzo czułym nerwom. Do takich wyrazów wypadłoby dziś już zaliczyć "dom rodzinny". Nie będzie przesadą twierdzenie, że z naszego pokolenia bardzo nieliczne jednostki wyrosły pod rodzinną strzechą, a z tych niewielu, znikoma cząstka zaledwo zdolna sercem kochającem odczuć i ocenić jej czar niewysłowiony.

Urodziłem się w dużem mieście, przy jednej z tych ulic szerokich, prostych i równoległych, wytkniętych ręką miejskiego geometry na wzór i podobieństwo linjowanego kajetu. Domu nie poznałbym zapewne, tak są podobne do siebie; całą różnicę stanowi blaszka z numerem przybita nad bramą. W tych dużych domach świecących nieskończonemi szeregami okien mieszkają krocie tysięcy ludzi - rodzą się, umierają, wprowadzają się i wynoszą, zmieniają się jak te obicia papierowe, któremi oklejają szary, chłodny mur. Życie tam płynie szeroką, mętną falą: ciche tragedje, radość wyuzdana często w najbliższem sąsiedztwie, o ścianę. Tu - chrapliwe tony gramofonu, wyżej - kłótnia zawzięta miejskich kumoszek, obok - może jęki konania, a środkiem monotonnie dudni ulica, wiecznie obojętna, i obojętnie ze swej wysokości na ludzkie mrowisko spoglądają domy oczyma swych okien, błyszczących w ciemności, jak wilcze źrenice, ślepych we dnie jak sowy. Jak rzeka ujęta w granitowe zręby płynie przyspieszoną falą, nie zraszając brzegów, nie pojąc kwiatów i traw aksamitnych życiodajną rosą, tak ludzie pośród tych kolosów kamiennych pędzą dni swoje obcy sobie nawzajem. Nic tu zgoła nie łączy człowieka z temi ścianami, które zamieszkuje; łza jego nie wsiąka w twardy mur, a śmiech odbity brutalnie kona w głuchym rozjęku. Budowniczy, który wzniósł te gmachy, dał im mocne fundamenty, spiętrzył miljony cegieł, spoił je doskonale wapnem i cementem, żelaznemi związał belkami, włożył w dzieło swe mnóstwo wiedzy i potu ludzkiego i złota - lecz nie włożył tu serca.

Czyja kolebka stała w takiem środowisku nowoczesnego miasta wielkiego, kto się tu wychował, ten zaiste nie miał "domu rodzinnego".

A teraz od zgiełku miejskiego przenieśmy się w zaciszne, wiejskie ustronie, tu bowiem przedewszystkiem szukać należy tego idealnego typu staropolskiej siedziby, która w mowie naszej, w pojęciach ustalonych tradycją, w poezji nosi od dawna miano "gniazda rodzinnego". Było niegdyś dogmatem szlachty polskiej nie puszczać ziemi w obce ręce. Z tąd po 300 i 400 lat dwory takie bywały w posiadaniu jednej rodziny. Jako przykład przytoczyć możemy, iż w najbliższym czasie jeden z największych rodów litewskich obchodzić będzie 400 lecie posiadania zamku i dóbr familijnych; do niedawna podobne fakty dość były pospolite nawet śród szlachty pomniejszej. Burze polityczne i wyjątkowo ciężkie warunki ekonomiczne wyrwały z rąk naszych niejedną starą siedzibę. Trudno zaiste odpowiedzialnem za to czynić społeczeństwo, przeciwnie, przyznać należy, że ci którzy w chwilach najkrytyczniejszych zdołali uniknąć przymusowego wywłaszczenia, następnie oburącz trzymali się własności swej, walcząc często z najcięższemi przeciwnościami, a to przeważnie w imię wspomnianego, tradycyjnego dogmatu. Wypadki dobrowolnego wyzbywania się ojcowizny, jakkolwiek zdarzały się, były jednak stosunkowo rzadkie. Dopiero w latach ostatnich pod tym względem zaszła dziwna, niewytłumaczona zmiana. Datuje się ona równo od chwili wydania ustawy pozwalającej nam w tzw. "Kraju Zachodnim" nabywać własność ziemską. Ustawa ta miała wręcz przeciwny skutek niż by ktokolwiek mógł się spodziewać i przewidzieć. Zamiast powiększenia się, lub przynajmniej wzmocnienia naszej własności, obywatelstwo nasze, jak gdyby wyczerpane długoletnią walką, naraz uczuło się zwolnionem od obowiązku moralnego utrzymania ziemi. Jeżeli w tych latach nie wyzbyliśmy się co najmniej połowy naszej własności ziemskiej, to tylko dzięki tej szczęśliwej okoliczności, iż popyt bynajmniej nie odpowiadał podaży. W każdym razie jednak facit tych kilku lat ostatnich jest dla nas bardzo niepomyślny, gdyż, jakkolwiek nie posiadamy dokładnej statystyki, przecie nie podlega kwestji, iż wypadki sprzedaży ziemi w kraju naszym znacznie były liczniejsze, niżeli wypadki kupna przez Polaków. Z przerażeniem widzimy w tem nowy objaw instynktów samobójczych rasy naszej: walczyliśmy oto w ciągu wielu lat o wolność wyznania, po to - by wydać Marjawityzm. Domagaliśmy się zniesienia zakazu kupna ziemi, a kiedy krzywdzące to prawo (częściowo) zostało cofnięte, skorzystaliśmy z ulgi tej w ten sposób, iż poczęliśmy na gwałt wyzbywać się ojcowizny.

Ryc. 1 Tadeusz Dmochowski, Dworek wiejski na Inflantach. (Z obrazu olejnego).