Nasze dni - A.P.Mist

Kup ebooka

60.00 zł

-
Proszę czekać

Prolog

Claire

W sali kon­fe­ren­cyj­nej pa­no­wa­ła ci­sza - ci­ężka i du­sząca, jak­by ścia­ny na­słu­chi­wa­ły, co się wy­da­rzy. Sie­dzia­łam przy dłu­gim ma­ho­nio­wym sto­le, ze sple­cio­ny­mi dło­ńmi na ko­la­nach i go­tu­jącą się zło­ścią pod że­bra­mi. Ze­gar na ścia­nie ty­kał gło­śniej niż zwy­kle. Kli­ma­ty­za­cja sy­cza­ła. Mój oj­ciec zer­k­nął na mnie, jak­by ocze­ki­wał, że za­raz się uśmiech­nę i przy­tak­nę. Ale nie mo­głam. Nie te­raz. Nie po tym, co usły­sza­łam.

- Ma­łże­ństwo to for­mal­no­ść - oznaj­mił chłod­no. - Je­den rok. Tyle po­trze­bu­je­my, by trans­ak­cja prze­bie­gła bez za­kłó­ceń. Po­tem mo­że­cie się roz­wie­ść, je­śli będzie­cie chcie­li.

Użył licz­by mno­giej. Jak­by­śmy z Cha­se'em Blac­kwel­lem już ist­nie­li jako "my". Jak­by łączy­ło nas coś poza przy­mu­sem i po­li­ty­ką ro­dzin­ną. Jak­by ta de­cy­zja była na­tu­ral­nym na­stęp­stwem lo­gi­ki, nie­zła­ma­nym gło­sem mo­jej wol­nej woli.

Spoj­rza­łam na nie­go. Sie­dział wy­pro­sto­wa­ny po dru­giej stro­nie sto­łu, bez cie­nia emo­cji na twa­rzy. Miał na so­bie gar­ni­tur w od­cie­niu gra­na­tu, man­kie­ty ko­szu­li były spi­ęte zło­ty­mi spin­ka­mi. Ide­al­nie wy­stu­dio­wa­ny chłód. Jego spoj­rze­nie było uwa­żne, ana­li­tycz­ne. Oce­niał mnie. Mie­rzył. Jak­by sza­co­wał, ile je­stem war­ta - nie jako oso­ba, ale jako pio­nek w jego grze.

Zna­łam go tyl­ko z me­diów i szep­tów. Pre­zes po­tężnej fir­my Blac­kwell In­du­stries, bez­li­to­sny ne­go­cja­tor, któ­ry prze­jął już trzy ro­dzin­ne im­pe­ria, za­nim sko­ńczył czter­dzie­ści lat. A te­raz... mój przy­szły mąż.

- To nie jest śre­dnio­wie­cze - syk­nęłam przez za­ci­śni­ęte zęby. - Nikt nie bie­rze dziś ślu­bu dla in­te­re­sów.

Oj­ciec na­wet nie drgnął.

- Nie cho­dzi tyl­ko o in­te­re­sy - od­po­wie­dział. - To fu­zja dwóch firm ro­dzin­nych. Dwa po­ko­le­nia pra­cy. Dwa na­zwi­ska ma­jące szan­sę ra­zem pod­bić ryn­ki, któ­rych od­dziel­nie ni­g­dy by nie do­tknęły. Ma­łże­ństwo to sy­gnał. Sta­bil­no­ść. Jed­no­ść. Za­ufa­nie. Ak­cjo­na­riu­sze chcą wi­dzieć, że je­ste­śmy zgra­ni. A nie... roz­dzie­le­ni. Emo­cje mu­szą ze­jść na dal­szy plan.

Emo­cje. Tak, wła­śnie one mu­sia­ły znik­nąć. Moje pra­wo do nie­zgo­dy. Do lęku. Do tego, by oznaj­mić gło­śno, że nie chcę wi­ązać ży­cia z mężczy­zną, któ­ry nie zna mo­je­go ulu­bio­ne­go ko­lo­ru, nie wie, jaką kawę piję i na­wet nie pró­bo­wał spoj­rzeć mi w oczy przez ostat­nie pół go­dzi­ny.

- Nie je­stem to­wa­rem - szep­nęłam, nie od­ry­wa­jąc wzro­ku od sto­łu.

- Nikt tak nie mówi - ode­zwa­ła się ci­cho mat­ka, jak­by jej głos miał zła­go­dzić wszyst­ko, co bru­tal­nie oczy­wi­ste. - Ale mu­si­my my­śleć przy­szło­ścio­wo. To tyl­ko rok. Rok, Cla­ire. Po­tem wszyst­ko będzie, jak chcesz.

Chcia­łam za­py­tać, co je­śli przez ten rok wszyst­ko się roz­pad­nie? Co, je­śli znik­nie to, kim je­stem? Co, je­śli... przez ten rok nie będę sobą?

I wte­dy ty­pek się ode­zwał.

- Nie po­trze­bu­ję żony, ale po­trze­bu­ję gwa­ran­cji. - Jego głos był głębo­ki, po­zba­wio­ny cie­nia emo­cji. - I je­śli to cena, by ochro­nić swo­je udzia­ły i po­zy­cję fir­my, za­pła­cę ją. Nie je­stem tu, żeby się ba­wić w sen­ty­men­ty i się za­ko­chi­wać.

Po­czu­łam, jak coś we mnie za­ma­rza. Nie dla­te­go, że usły­sza­łam coś szo­ku­jące­go. Bo prze­cież wie­dzia­łam, na czym to ma po­le­gać. Ale usły­szeć na głos, że je­stem ceną za coś i na­wet sym­pa­tia nie wcho­dzi w grę, bo­la­ło bar­dziej, niż chcia­łam przy­znać.

- Cie­szę się, że je­ste­śmy tego sa­me­go zda­nia - od­pa­rłam, pod­no­sząc wzrok. Wbi­łam spoj­rze­nie w jego oczy, ciem­ne jak noc­ne nie­bo. - Bo ja też nie pla­nu­ję się za­ko­chać.

Na mo­ment w po­wie­trzu za­wi­sła ci­sza, a po­tem on ski­nął gło­wą.

- W ta­kim ra­zie... pod­pisz­my ten cho­ler­ny pa­pie­rek - mruk­nął.

Wy­ci­ągni­ęto do­ku­men­ty. Czte­ry ko­pie. Zło­te pió­ro. Nie­ru­cho­ma ręka ojca. Twar­dy głos praw­ni­ka. To wszyst­ko re­je­stro­wa­łam me­cha­nicz­nie, jak­by dzia­ło się bez mo­je­go udzia­łu.

Pod­pi­sa­łam. Punkt po punk­cie. Cla­ire Ben­nett. Na­rze­czo­na z kon­trak­tu. Przy­szła pani Blac­kwell. I choć moje na­zwi­sko nie zmie­ni­ło się jesz­cze na pa­pie­rze, w środ­ku czu­łam, że już coś tra­cę. Sie­bie i wła­sną wol­no­ść, a może na­wet ucie­ka­ły moje ma­rze­nia? Za­częłam się prze­ko­ny­wać, że to tyl­ko układ.

Rok ży­cia w klat­ce z mężczy­zną, któ­ry trak­to­wał mi­ło­ść jak stra­tę cza­su.

Dwa­na­ście mie­si­ęcy, któ­re mia­ły prze­mi­nąć bez śla­du.

Tyl­ko że wte­dy nie wie­dzia­łam, że wszyst­ko, co we mnie uśpio­ne, za­cznie bu­dzić się wła­śnie przez nie­go, a to był po­czątek na­szych dni.

Rozdział 2

Claire

Gdy tyl­ko za­mknęły się za mną drzwi apar­ta­men­tu, opa­rłam się o chłod­ną ścia­nę i po­zwo­li­łam so­bie na pierw­szy głębo­ki od­dech tego dnia. Su­kien­ka, ide­al­nie skro­jo­na i wy­pra­so­wa­na przez oso­bi­stą sty­list­kę mamy, na­gle za­częła mnie du­sić, jak­by ka­żdy jej szew przy­po­mi­nał o tym, co wła­śnie zro­bi­łam.

Za­ręczy­łam się. Pu­blicz­nie. Na oczach dzie­si­ątek dzien­ni­ka­rzy, ka­mer i in­we­sto­rów. Z mężczy­zną, któ­ry - choć nie mógł być bar­dziej od­po­wied­ni w oczach na­szej rady nad­zor­czej - był dla mnie nie­mal ca­łko­wi­cie obcy. A jed­nak trzy­mał moją dłoń, jak­by­śmy ro­bi­li to od lat. Pa­trzył na mnie z czu­ło­ścią tak prze­ko­nu­jącą, że sama za­częłam wąt­pić, co jest praw­dą, a co grą.

Ru­szy­łam w stro­nę sy­pial­ni, zdej­mu­jąc po dro­dze kol­czy­ki i rzu­ca­jąc je na mar­mu­ro­wy blat ko­mo­dy. Szpil­ki kop­nęłam pod fo­tel, a po­tem usia­dłam na skra­ju łó­żka, trzy­ma­jąc się za kark, jak­bym pró­bo­wa­ła roz­ma­so­wać na­pi­ęcie, któ­re tam za­kwi­tło jesz­cze przed śnia­da­niem.

- Nie­źle się dziś spi­sa­łaś. - Głos mo­jej sio­stry roz­le­gł się z sa­lo­nu. - Po­win­naś roz­wa­żyć ka­rie­rę ak­tor­ki. Może w ja­ki­mś se­ria­lu o bo­ga­tych i znu­dzo­nych?

Wes­tchnęłam, pod­no­sząc gło­wę. Nel­lie. Oczy­wi­ście, że tu­taj była.

- Nie wiesz, kie­dy się pod­dać, co?

- Ni­g­dy - rzu­ci­ła z za­do­wo­le­niem, zja­wia­jąc się w pro­gu z kie­lisz­kiem Pro­sec­co w dło­ni i zbyt sze­ro­kim uśmie­chem. Jej wło­sy spi­ęte były w nie­dba­ły kok, a dżin­sy z wy­so­kim sta­nem i bia­ły top su­ge­ro­wa­ły, że dla niej to był po pro­stu ko­lej­ny czwar­tek, nie dzień wy­stąpie­nia jej sio­stry na pierw­szych stro­nach ga­zet. - Poza tym przy­szłam zo­ba­czyć, czy jesz­cze ży­jesz.

- Nie wiem. Jesz­cze to roz­wa­żam.

Prze­szła przez po­kój, usia­dła obok mnie i po­da­ła mi kie­li­szek.

- No już. Za­słu­ży­łaś. To­ast za nową pa­nią Blac­kwell.

Za­wa­ha­łam się, ale wzi­ęłam łyk. Al­ko­hol był lek­ki, orze­źwia­jący. Nie ro­bił jed­nak nic, by uga­sić ten we­wnętrz­ny ogień, któ­ry tlił się gdzieś pod most­kiem.

- Czy ty na­praw­dę tego nie wi­dzisz? - za­py­ta­łam, od­sta­wia­jąc szkło na sto­lik. - To wszyst­ko... to cyrk. Ma­ska­ra­da, bo nasi ro­dzi­ce nie po­tra­fią przy­znać, że prze­gra­li.

- Oczy­wi­ście, że wi­dzę - po­wie­dzia­ła Nel­lie z nutą obu­rze­nia. - Ale Cla­ire... spójrz na to z in­nej stro­ny. Masz przy­stoj­ne­go, wpły­wo­we­go na­rze­czo­ne­go. Będziesz żoną naj­po­tężniej­sze­go mężczy­zny w tej części kon­ty­nen­tu. Na two­im miej­scu wi­ęk­szo­ść dziew­czyn by się cie­szy­ła.

Spoj­rza­łam na nią z nie­do­wie­rza­niem.

- Ty też?

- Może. - Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. - Nie wiem. Ja je­stem dla nie­go za mło­da, ale ty... Na pew­no nie na­rze­ka­ła­bym tak gło­śno. Cha­se Blac­kwell to nie jest byle kto, Cla­ire. To fa­cet, o któ­rym pi­szą w "For­be­sie", a nie na plot­kar­skich por­ta­lach. I pa­trzył dziś na cie­bie, jak­byś była wszyst­kim, cze­go kie­dy­kol­wiek chciał.

Za­ci­snęłam dło­nie na ko­la­nach.

- Bo mu­siał.

- Może. Ale nie uda­waj, że to nie dzia­ła w obie stro­ny. Wi­dzia­łam cię, Cla­ire. Jak pa­trzy­łaś na nie­go, jak słu­cha­łaś, kie­dy mó­wił. Je­steś zła. Fru­stro­wa­na. Ale też... chy­ba tro­chę za­fa­scy­no­wa­na.

Opu­ści­łam wzrok.

- Nie o to cho­dzi. Cho­dzi o to, że nie mam wy­bo­ru. Mama i tata wma­new­ro­wa­li mnie w coś, z cze­go nie mogę się wy­co­fać. Je­śli to wszyst­ko się roz­pad­nie, upad­nie też fir­ma. A z nią cała na­sza ro­dzi­na. Na­sze na­zwi­sko.

- Więc to dźwi­gasz. Jak za­wsze.

At­mos­fe­ra mi­ędzy nami zgęst­nia­ła. Po chwi­li mil­cze­nia moja młod­sza sio­stra ode­zwa­ła się cich­szym gło­sem.

- Wiem, że to dla cie­bie trud­ne. Wiem, że ni­g­dy nie chcia­łaś być pion­kiem. Ale cza­sem... może war­to za­grać rolę, póki nie sta­nie się praw­dą.

Spoj­rza­łam na nią. Jej oczy były ła­god­ne. Nie­zwy­kle jak na nią.

- On ci się po­do­ba, Cla­ire. Nie za­prze­czaj.

- Jest... fa­scy­nu­jący - przy­zna­łam po chwi­li. - In­te­li­gent­ny. Po­wści­ągli­wy. Ma tę swo­ją lo­do­wa­tą ma­skę, ale... cza­sem coś spod niej prze­bi­ja. I nie mogę prze­stać się za­sta­na­wiać, co tam jest.

- To już coś.

Wsta­ła i po­de­szła do okna. Za szy­bą świa­tło mia­sta mi­go­ta­ło ty­si­ącem re­flek­sów.

- Wiesz, Cla­ire... ja nie za­zdrosz­czę ci tej far­sy. Ale za­zdrosz­czę ci szan­sy. Bo je­śli już masz ko­goś uda­wać, do­brze, że to ktoś taki jak Cha­se Blac­kwell ci w tym to­wa­rzy­szy.

- A je­śli to wła­śnie pro­blem? Je­śli za­cznę wie­rzyć w to, co mamy tyl­ko uda­wać?

Nel­lie od­wró­ci­ła się, uśmie­cha­jąc się pó­łgęb­kiem.

- Wte­dy może wca­le nie będzie trze­ba uda­wać.

Nie sko­men­to­wa­łam tego. Nie dla­te­go, że nie mia­łam słów - po pro­stu się ich ba­łam. Ba­łam się, że są zbyt praw­dzi­we. Że z ka­żdym ko­lej­nym wy­stąpie­niem, ko­lej­nym spoj­rze­niem, ko­lej­nym do­ty­kiem jego dło­ni, ta fik­cja prze­sta­nie być tyl­ko rolą, a sta­nie się czy­mś, cze­go nie będę mo­gła już kon­tro­lo­wać.

***

Deszcz bęb­nił le­ni­wie w szy­by, roz­ci­ąga­jąc mlecz­ną za­sło­nę na tle pa­no­ra­my mia­sta. Sie­dzia­łam przy sto­li­ku w sa­lo­nie, prze­wra­ca­jąc stro­ny ma­ga­zy­nu, któ­re­go tre­ść kom­plet­nie mnie nie ob­cho­dzi­ła. Zdjęcia mo­de­lek, ar­ty­ku­ły o tren­dach, wy­wia­dy z kimś, kto miał wła­śnie pięć mi­nut sła­wy. Nic, co mo­gło­by za­jąć moje my­śli na dłu­żej niż kil­ka se­kund.

My­śla­łam o kon­fe­ren­cji. O spoj­rze­niach Cha­se'a. O tym, jak ła­two przy­szło mu kła­mać. I jak ła­two mi przy­szło uda­wać, że w to wie­rzę.

Z za­my­śle­nia wy­rwał mnie dźwi­ęk do­mo­fo­nu. Zdez­o­rien­to­wa­na unio­słam wzrok, bo nie spo­dzie­wa­łam się ni­ko­go. Nel­lie była u chło­pa­ka, a moi ro­dzi­ce... cóż, ra­czej nie na­le­że­li do osób wpa­da­jących bez za­po­wie­dzi.

Pod­nio­słam słu­chaw­kę.

- Tak?

- Zej­dź na dół. Mamy re­zer­wa­cję. - Jego głos był chłod­ny, pew­ny sie­bie.

- Słu­cham? Co? Jaką re­zer­wa­cję?

- Ko­la­cja. Pół go­dzi­ny temu wy­sła­łem ci wia­do­mo­ść.

Spoj­rza­łam na te­le­fon, gdzie nie­od­czy­ta­ne po­wia­do­mie­nie rze­czy­wi­ście cze­ka­ło w rogu ekra­nu. Skrzy­wi­łam się.

- A co, je­śli mam inne pla­ny?

- W ta­kim ra­zie będziesz mu­sia­ła je od­wo­łać. Cze­kam przy we­jściu. - Roz­łączył się.

Sta­łam chwi­lę, wpa­tru­jąc się w słu­chaw­kę, jak­by mo­gła udzie­lić mi od­po­wie­dzi, co wła­śnie się wy­da­rzy­ło. Wes­tchnęłam. Z jed­nej stro­ny mia­łam ocho­tę udo­wod­nić mu, że nie może po pro­stu zja­wiać się na­gle i roz­ka­zy­wać, jak­by był re­ży­se­rem ca­łe­go tego spek­ta­klu. Ale z dru­giej... do­brze wie­dzia­łam, że po­win­nam tam pó­jść. Dla do­bra ukła­du. Ro­dzi­ny. Na­zwi­ska.

Szyb­ko prze­szłam do gar­de­ro­by, szu­ka­jąc cze­goś od­po­wied­nie­go. Nie chcia­łam wy­glądać, jak­bym się sta­ra­ła, ale też nie mo­głam wy­glądać, jak­bym nie sta­ra­ła się wca­le. Osta­tecz­nie si­ęgnęłam po czar­ną je­dwab­ną su­kien­kę o pro­stym kro­ju i na­rzu­ci­łam na ra­mio­na be­żo­wy płaszcz. Wło­sy spi­ęłam nie­dba­le, tusz po­pra­wi­łam w win­dzie. Gdy drzwi się otwo­rzy­ły, Cha­se stał na­prze­ciw­ko w czar­nym płasz­czu i gra­na­to­wym gar­ni­tu­rze, z te­le­fo­nem przy uchu.

Spoj­rzał na mnie, roz­łącza­jąc roz­mo­wę. Jego wzrok prze­su­nął się po mnie po­wo­li, nie na­chal­nie, ale z taką do­kład­no­ścią, że po­czu­łam, jak żo­łądek za­ci­ska mi się w su­peł.

- Go­to­wa?

- Za­le­ży, do­kąd mnie wy­wo­zisz.

- Na ko­la­cję. Z part­ne­ra­mi. Nic oso­bi­ste­go.

Oczy­wi­ście, że nie. Wes­tchnęłam i ru­szy­łam za nim do sa­mo­cho­du. Otwo­rzył mi drzwi, a kie­dy wsu­nęłam się do środ­ka, po­czu­łam zna­jo­my za­pach skó­ry, ce­dru i cze­goś, co przy­po­mi­na­ło la­wen­dę. Cha­se nie­mal bez­sze­lest­nie za­jął miej­sce obok.

- Mo­głeś uprze­dzić wcze­śniej - mruk­nęłam, za­pi­na­jąc pas.

- Chcia­łem zo­ba­czyć two­ją na­tu­ral­ną re­ak­cję. - Od­wró­cił się w moją stro­nę. - I wy­glądasz na ca­łkiem za­sko­czo­ną.

- Może dla­te­go, że je­stem za­sko­czo­na.

- A jed­nak wsia­dłaś.

Spoj­rza­łam przez okno, nie od­po­wia­da­jąc. Dro­ga była spo­koj­na, świa­tła ulic od­bi­ja­ły się w mo­krym as­fal­cie. Ci­sza mi­ędzy nami była gęsta, ale nie nie­wy­god­na. Ra­czej na­ła­do­wa­na czy­mś, co wi­sia­ło w po­wie­trzu od kon­fe­ren­cji.

- Dla­cze­go nie po­wie­dzia­łeś, że to ko­la­cja z part­ne­ra­mi? Może nie je­stem od­po­wied­nio ubra­na - ode­zwa­łam się po chwi­li.

- Bo nie chcia­łem, że­byś się wy­co­fa­ła.

Prych­nęłam ci­cho.

- Mó­wisz to, jak­bym była nie­sta­bil­na emo­cjo­nal­nie.

- Nie. Mó­wię to, jak­byś była in­te­li­gent­na i świa­do­ma, kie­dy coś za­czy­na cię prze­ra­stać.

Zer­k­nęłam na nie­go kątem oka. Sie­dział opar­ty wy­god­nie, jak­by wszyst­ko w tej sy­tu­acji było dla nie­go co­dzien­no­ścią. Może było. Ale ja na­dal czu­łam, że moje ży­cie ktoś na­pi­sał w nie­zro­zu­mia­łym dla mnie języ­ku.

- A ty? Nie masz dość uda­wa­nia?

- Nie uda­ję. - Jego głos był spo­koj­ny. - Po pro­stu re­ali­zu­ję plan.

- Cza­sem za­sta­na­wiam się, co jest dla cie­bie pla­nem, a co praw­dą.

Od­wró­cił gło­wę, a na­sze spoj­rze­nia się spo­tka­ły. W jego oczach nie było ani kpi­ny, ani chło­du. Było coś... in­ne­go.

- Może jesz­cze nie zde­cy­do­wa­łem.

Za­mil­kłam. Bo wbrew lo­gi­ce, wbrew wszyst­kie­mu, co po­win­nam czuć, po­ja­wi­ło się cie­pło, któ­re wpe­łzło mi gdzieś pod skó­rę. I na­gle nie wie­dzia­łam już, co jest tyl­ko grą.

Rozdział 1

Chase

Lu­dzie bacz­nie ob­ser­wo­wa­li. Z kie­lisz­ka­mi szam­pa­na w rękach, sztucz­ny­mi uśmie­cha­mi i ocza­mi, któ­re błysz­cza­ły nie z ra­do­ści, a z czy­stej, bez­wstyd­nej cie­ka­wo­ści. Uda­wa­li, że in­te­re­su­je ich mi­ło­ść - to ro­man­tycz­ne kłam­stwo, któ­re wła­śnie wy­sta­wia­li­śmy na sce­nie. Ale ja zna­łem praw­dę. I wie­dzia­łem, że oni też ją zna­li.

To był spek­takl. Świa­tło. Mu­zy­ka. Szum roz­mów i mi­gaw­ki apa­ra­tów. A po­środ­ku tego wszyst­kie­go - my. Cla­ire i ja. "Ide­al­na para no­we­go po­ko­le­nia biz­ne­so­we­go im­pe­rium". Tak przy­naj­mniej gło­sił dzi­siej­szy na­głó­wek w "Fi­nan­cial We­ekly".

Idio­ci.

Sta­łem przy mar­mu­ro­wym ba­rze z krysz­ta­ło­wą szklan­ką whi­sky w dło­ni, zer­ka­jąc ukrad­kiem na dziew­czy­nę, któ­ra roz­ma­wia­ła z ja­kąś ko­bie­tą w czer­wo­nej suk­ni. Wy­da­wa­ła się wy­lu­zo­wa­na, jak­by na­praw­dę do­brze się ba­wi­ła - ale zna­łem ten gry­mas. To była gra. Taka sama jak moja. Tyl­ko że ona ro­bi­ła to z wi­ęk­szą gra­cją.

Cla­ire Ben­nett. Dwa­dzie­ścia sze­ść lat. Naj­star­sza cór­ka Tho­ma­sa Ben­net­ta - czło­wie­ka, któ­ry z po­zo­ru wci­ąż trzy­mał w ga­rści swo­ją fir­mę, ale w rze­czy­wi­sto­ści ła­pał się brzy­twy, by nie uto­nąć. Jej mat­ka z ko­lei mia­ła ten ro­dzaj uśmie­chu, któ­ry mó­wił: "Nie za­wie­dź mnie, bo zruj­nu­jesz na­sze na­zwi­sko". Cała ta uro­czy­sto­ść mia­ła je­den cel - prze­ko­nać świat, że po­łącze­nie Blac­kwell In­du­stries i Ben­nett Gro­up to nie tyl­ko trans­ak­cja, a ro­man­tycz­ny sen, któ­ry stał się rze­czy­wi­sto­ścią.

I wła­śnie dla­te­go mu­sie­li­śmy za­ta­ńczyć.

Mi­mo­wol­nie za­ci­snąłem zęby. Ten ta­niec miał być kul­mi­na­cją wie­czo­ru - mo­men­tem, w któ­rym Cla­ire wpad­nie mi w ra­mio­na, a ja spoj­rzę na nią tak, jak­by na­praw­dę była ko­bie­tą mo­je­go ży­cia. Jak­by to wszyst­ko mia­ło zna­cze­nie.

- Cha­se. - Głos mo­jej mat­ki wy­ci­ągnął mnie z my­śli. - Już czas. Go­ście cze­ka­ją.

Spoj­rza­łem na nią. Per­fek­cyj­na jak za­wsze. No­si­ła pro­stą su­kien­kę od Dio­ra, sznur pe­reł i nie­na­gan­ny ma­ki­jaż. Ona rów­nież po­tra­fi­ła grać. Tyle że jej rola za­częła się jesz­cze za­nim się uro­dzi­łem.

Ski­nąłem gło­wą. Od­sta­wi­łem szklan­kę na bar, po­pra­wi­łem man­kiet ko­szu­li i ru­szy­łem przez tłum, któ­ry roz­stępo­wał się przede mną z tą nie­zno­śną mie­sza­ni­ną re­spek­tu i chci­we­go po­dzi­wu. Cla­ire sta­ła już przy środ­ku par­kie­tu, z dło­nią de­li­kat­nie unie­sio­ną, go­to­wą do ge­stu. Jej ciem­no­gra­na­to­wa, opi­na­jąca bio­dra su­kien­ka, błysz­cza­ła w świa­tłach jak ta­fla spo­koj­ne­go mo­rza. I przez krót­ką, głu­pią chwi­lę po­my­śla­łem, że na­praw­dę wy­gląda... pi­ęk­nie.

Za mło­da. Za do­bra na to wszyst­ko. Zbyt am­bit­na, by być na­rzędziem w rękach swo­ich ro­dzi­ców.

Ale było już za pó­źno.

Wzi­ąłem ją za rękę. Była chłod­na, ale pew­na. Dziew­czy­na nie drża­ła. Nie oka­zy­wa­ła emo­cji. Tak jak ja. Tyl­ko jej oczy zdra­dza­ły, że pod tą ma­ską coś się tli­ło. Może gniew. Może bunt. A może... roz­cza­ro­wa­nie, że to wła­śnie ja je­stem tym, któ­re­go jej wy­bra­no.

Po­ci­ągnąłem ją lek­ko do sie­bie, pro­wa­dząc do ryt­mu spo­koj­ne­go wal­ca. Mu­zy­ka wy­pe­łni­ła prze­strzeń. Par­kiet był nasz.

- Uśmiech­nij się - mruk­nąłem przez za­ci­śni­ęte zęby.

- Uśmie­cham się - wy­ce­dzi­ła. - Ty też mó­głbyś spró­bo­wać, je­śli nie chcesz, żeby świat zo­ba­czył, jak bar­dzo cier­pisz.

Wbrew so­bie par­sk­nąłem ci­cho. Mia­ła pa­zur. I język ostry jak brzy­twa.

- Nie cier­pię - od­pa­rłem. - Po pro­stu... nie je­stem fa­nem te­atrzy­ków.

- Cie­ka­we, bo gra­my w jed­nym z naj­wi­ęk­szych. - Unio­sła za­czep­nie pod­bró­dek.

Prze­chy­li­łem ją de­li­kat­nie w bok. Była lek­ka, gi­ęt­ka, per­fek­cyj­nie zsyn­chro­ni­zo­wa­na. I na­wet nie za­uwa­ży­łem, kie­dy z ryt­mu ta­ńca prze­szli­śmy w rytm wspól­nej gry.

Wo­kół roz­le­gły się okla­ski. Fo­to­gra­fo­wie ro­bi­li zdjęcia, mi­gaw­ki bły­ska­ły. Cla­ire unio­sła dłoń i do­tknęła lek­ko mo­jej bro­dy, jak­by ro­bi­ła to z czu­ło­ścią. Od­po­wie­dzia­łem po­wol­nym, in­tym­nym prze­ci­ągni­ęciem kciu­kiem po jej ta­lii. Tłum był za­chwy­co­ny.

- My­ślisz, że to ku­pi­li? - szep­nęła, przy­su­wa­jąc się jesz­cze bli­żej.

- Je­śli nie - mruk­nąłem - mo­że­my się po­ca­ło­wać, żeby mieć pew­no­ść.

Przez se­kun­dę jej oczy za­lśni­ły czy­mś, co trud­no było roz­szy­fro­wać - roz­ba­wie­niem? Za­sko­cze­niem? Po­gar­dą?

- Na­wet nie pró­buj - za­war­cza­ła ci­cho.

Uśmiech­nąłem się. Szcze­rze. Może po raz pierw­szy tego wie­czo­ru.

Za­ko­ńczy­li­śmy ta­niec w ide­al­nej po­zie. Cla­ire lek­ko za­dy­sza­na, ja z dło­nią na jej ple­cach. Okla­ski ude­rzy­ły jak fala. Spek­takl się udał, ale kie­dy od­pro­wa­dzi­łem ją za ku­li­sy sce­ny, gdy tyl­ko świa­tła przy­ga­sły i zo­sta­li­śmy sami na kil­ka se­kund, od­su­nęła się ode mnie.

- Nie rób tego wi­ęcej - rzu­ci­ła chłod­no. - Nie do­ty­kaj mnie tak, je­śli nie mu­sisz.

Przy­tak­nąłem, choć nie po­wie­dzia­ła nic, cze­go sam bym wcze­śniej nie po­my­ślał.

Bo to była gra.

Tyl­ko gra.

W głębi du­szy jed­nak wie­dzia­łem, że je­śli będzie­my grać w to wy­star­cza­jąco dłu­go, prze­sta­nie­my roz­ró­żniać, co było uda­wa­ne, a co jest praw­dzi­we. I chy­ba wła­śnie to mnie nie­po­ko­iło naj­bar­dziej.

Ko­lej­ne­go dnia od­by­wał się na­stęp­ny spek­takl. Sala kon­fe­ren­cyj­na wy­gląda­ła jak de­ko­ra­cja z ka­ta­lo­gu dla zde­spe­ro­wa­nych mi­lio­ne­rów pró­bu­jących sprze­dać świa­tu złu­dze­nie kla­sy i po­tęgi. Bia­łe ob­ru­sy, kwia­ty w to­na­cji kre­mu i zło­ta, a za na­szy­mi ple­ca­mi roz­świe­tlo­ny ekran z logo Blac­kwell-Ben­nett Hol­dings. Gdy­by nie świa­do­mo­ść, że wła­śnie pod­pi­su­je­my pakt z dia­błem, po­my­śla­łbym, że wszyst­ko wy­gląda per­fek­cyj­nie.

Przy­ci­ągnąłem man­kiet ko­szu­li, po­pra­wi­łem spin­ki i zer­k­nąłem na Cla­ire, któ­ra sie­dzia­ła obok, nie­co bo­kiem, z dło­ńmi zło­żo­ny­mi na ko­la­nach. Wy­gląda­ła jak po­sąg. Nie­na­gan­nie ucze­sa­na, z lek­ko pod­nie­sio­ny­mi brwia­mi i uśmie­chem, któ­ry mó­wił: "Wiem, jak grać w tę grę i za­mie­rzam wy­grać". Mia­ła na so­bie kre­mo­wy gar­ni­tur z sa­ty­no­wym wy­ko­ńcze­niem, któ­ry pod­kre­ślał li­nię jej szyi i ko­ści po­licz­ko­wych. Na­wet ja mu­sia­łem przy­znać, że wy­gląda­ła pie­kiel­nie do­brze.

Ale w tych oczach, tak samo, jak wczo­raj na par­kie­cie, wci­ąż tli­ło się to samo - za­wód. I wście­kło­ść. Nie na mnie. Na to, w czym mu­sia­ła uczest­ni­czyć.

- Dwie mi­nu­ty - po­in­for­mo­wał ktoś z ob­słu­gi tech­nicz­nej. Świa­tła pa­da­ły na nas z góry, a przed sto­łem pre­zy­dial­nym kłębił się tłum dzien­ni­ka­rzy. Dźwi­ękow­cy re­gu­lo­wa­li mi­kro­fo­ny, ope­ra­to­rzy te­sto­wa­li ujęcia. Ka­żdy chciał mieć swo­je pięć se­kund praw­dy. Albo fa­łszu. Nikt nie za­mie­rzał do­cie­kać ró­żni­cy.

- Cha­se. - Na­than przy­sia­dł obok mnie. Mój szef PR-u i je­den z nie­wie­lu lu­dzi, któ­rym na­praw­dę ufa­łem. - Mo­żesz jesz­cze uciec. He­li­kop­ter cze­ka na da­chu. Kie­ru­nek: Mek­syk. Po­tem łódź i ślad po to­bie za­gi­nie.

- I zo­sta­wię ci Cla­ire do tłu­ma­cze­nia wszyst­kie­go? - mruk­nąłem z prze­kąsem.

- Nie mia­łbym nic prze­ciw­ko - za­śmiał się krót­ko, po czym spo­wa­żniał. - Wiem, że to nie­ła­twy wy­bór. Ale sko­ro już tu je­ste­śmy... po­sta­raj się wy­glądać, jak­byś tego bar­dzo chciał.

Spoj­rza­łem na nie­go spod byka.

- Czy­li mniej jak czło­wiek sto­jący nad kra­wędzią eg­zy­sten­cjal­nej prze­pa­ści?

- Do­kład­nie tak. - Po­kle­pał mnie po ra­mie­niu. - I pa­mi­ętaj, mów krót­ko, pew­nie, nie zdra­dzaj emo­cji. Lu­dzie i tak wi­dzą tyl­ko to, co chcą zo­ba­czyć. Wy­star­czy, że damy im ram­kę, a resz­tę so­bie do­po­wie­dzą.

Od­chy­li­łem się w fo­te­lu i skrzy­żo­wa­łem ręce. By­łem do­bry w ram­kach. W two­rze­niu ob­ra­zów, któ­re nie mia­ły nic wspól­ne­go z rze­czy­wi­sto­ścią. Tyl­ko że dziś po raz pierw­szy ten ob­raz miał rów­nież do­ty­czyć ko­goś in­ne­go. Cla­ire. Ko­bie­ty, któ­ra nie po­win­na tu sie­dzieć. Któ­ra gdy­by mia­ła wy­bór, pew­nie ni­g­dy nie spoj­rza­ła­by na mnie wi­ęcej niż raz.

Świa­tła przy­ga­sły, mi­kro­fo­ny włączy­ły się z cha­rak­te­ry­stycz­nym trza­skiem.

- Wi­ta­my pa­ństwa ser­decz­nie na wspól­nej kon­fe­ren­cji pra­so­wej Blac­kwell In­du­stries i Ben­nett Gro­up - za­częła pro­wa­dząca. - Dzi­siej­szy dzień to nie tyl­ko po­czątek stra­te­gicz­ne­go so­ju­szu, ale też, jak pa­ństwo wie­cie, ogło­sze­nie wy­jąt­ko­wych za­ręczyn na­szych dzie­dzi­ców: Cla­ire Ben­nett i Cha­se'a Blac­kwel­la.

Okla­ski. Błysk fle­szy. I moje dło­nie ści­ska­jące podło­kiet­ni­ki krze­sła tak moc­no, że aż zbie­la­ły mi kłyk­cie.

Cla­ire uśmiech­nęła się sze­rzej. Kie­dy na­chy­li­ła się lek­ko w moją stro­nę, jej wło­sy mu­snęły mój po­li­czek. Pach­nia­ła ja­śmi­nem i czy­mś ostrzej­szym - jak bez­gło­śna woj­na w szkla­nej bu­tel­ce.

- Go­to­wy? - za­py­ta­ła pó­łgło­sem.

- Czy to ma ja­kieś zna­cze­nie? - Od­wró­ci­łem się w jej stro­nę i pod­nio­słem dłoń, by de­li­kat­nie ją ująć. Wszyst­ko dla ka­me­ry.

Cla­ire nie za­re­ago­wa­ła. Przy­su­nęła się nie­co bli­żej, aż na­sze ra­mio­na się ze­tknęły. W obiek­ty­wie wy­gląda­li­śmy jak za­ko­cha­ni. Jak para, któ­ra wła­śnie pod­jęła wspól­ną de­cy­zję o przy­szło­ści.

- Pan­no Ben­net, jak się pani czu­je z de­cy­zją o za­ręczy­nach? - pa­dło pierw­sze py­ta­nie z sali.

Cla­ire na­chy­li­ła się do mi­kro­fo­nu ze sło­wa­mi:

- To ogrom­ny za­szczyt być częścią tak wa­żne­go kro­ku. Za­rów­no dla na­szych ro­dzin, jak i dla firm, któ­re re­pre­zen­tu­je­my. Cie­szę się, że to Cha­se... - spoj­rza­ła na mnie - ...jest oso­bą, z któ­rą mogę we­jść w ten nowy roz­dział.

Sztu­ka. Mi­strzo­stwo. Na­wet ja po­czu­łem przez mo­ment, że to brzmi praw­dzi­wie.

- Cha­se? - Ko­lej­ne py­ta­nie skie­ro­wa­no do mnie. - Czy to była mi­ło­ść od pierw­sze­go wej­rze­nia?

Uśmiech­nąłem się, po­zwa­la­jąc so­bie na krót­ką pau­zę.

- My­ślę, że kie­dy ktoś po­ja­wia się w two­im ży­ciu w naj­mniej spo­dzie­wa­nym mo­men­cie i kom­plet­nie je prze­wra­ca, trud­no nie zwró­cić uwa­gi. Cla­ire... - od­wró­ci­łem gło­wę w jej stro­nę - ...jest ko­bie­tą, któ­rej się nie za­po­mi­na. Od po­cząt­ku wie­dzia­łem, że będzie kimś wa­żnym.

Praw­da. Przy­naj­mniej po­ło­wicz­na. Bo Cla­ire rze­czy­wi­ście była kimś, kogo się nie za­po­mi­na, na­wet je­śli całe to przed­sta­wie­nie mia­ło trwać tyl­ko krót­ką chwi­lę.

Po kon­fe­ren­cji, gdy już ze­szli­śmy z po­dium i prze­szli­śmy do tyl­ne­go foy­er, Cla­ire od razu od­su­nęła się na bez­piecz­ną od­le­gło­ść. Na­than na­to­miast pod­sze­dł do mnie z wy­ra­zem twa­rzy, któ­ry su­ge­ro­wał, że ma mi coś do po­wie­dze­nia.

- Nie sądzi­łem, że to po­wiem, ale... nie by­łeś tra­gicz­ny.

- Dzi­ęki. - Po­kle­pa­łem go po ra­mie­niu. - Może kie­dyś spró­bu­ję sił w ak­tor­stwie.

- A tak po­wa­żnie - zni­żył głos i spoj­rzał zna­cząco - ona ci się po­do­ba.

Za­mru­ga­łem.

- O czym ty mó­wisz?

- Wi­dzia­łem, jak na nią pa­trzysz. Nie pró­buj za­prze­czać. Znasz mnie.

Ode­tchnąłem ci­ężko.

- Może i jest pi­ęk­na - przy­zna­łem. - Może na­wet... zbyt do­bra na ten świat. Ale to nie ma zna­cze­nia. Bo to wszyst­ko to gra. Usta­lo­ne re­gu­ły. Umo­wa. Kon­se­kwen­cje.

Na­than spoj­rzał na mnie z po­bła­ża­niem.

- A je­śli te re­gu­ły cię kie­dyś zła­mią?

- Wte­dy - po­wie­dzia­łem ci­cho - zła­mię je pierw­szy.

Rozdział 3

Chase

Kie­dy za­pi­ąłem ostat­ni gu­zik man­kie­tu, prze­su­nąłem spoj­rze­niem po wła­snym od­bi­ciu w lu­strze. Ide­al­nie skro­jo­na ko­szu­la, nie­na­gan­nie uło­żo­ne wło­sy, chłod­ny wzrok. Pa­trzy­łem w twarz czło­wie­ka, któ­ry wszyst­ko kon­tro­lu­je. Tyl­ko że tego wie­czo­ru kon­tro­la nie przy­nio­sła mi sa­tys­fak­cji. Tego wie­czo­ru czu­łem... na­pi­ęcie. I zło­ść. Tę nie­zno­śną, dra­żni­ącą iry­ta­cję, z któ­rą nie po­tra­fi­łem so­bie po­ra­dzić.

Cla­ire wy­gląda­ła zja­wi­sko­wo. Już od chwi­li, gdy sta­nęła przede mną, kie­dy zja­wi­łem się bez za­po­wie­dzi, wie­dzia­łem, że jej obec­no­ść będzie pro­ble­mem. Nie dla­te­go, że nie pa­so­wa­ła do tego biz­ne­so­we­go świa­ta. Prze­ciw­nie - wy­gląda­ła tak, jak­by uro­dzi­ła się, by w nim ist­nieć. Ale pod tą ele­gan­cją, pod per­fek­cyj­nym ma­ki­ja­żem i dro­gą kiec­ką było coś, cze­go nie mo­głem zi­gno­ro­wać. Ona wci­ąż mia­ła... wia­rę. W lu­dzi, w sło­wa, w ge­sty. I to dzia­ła­ło mi na ner­wy.

W re­stau­ra­cji wszyst­ko po­szło zgod­nie z pla­nem. Do­bre świa­tło, od­po­wied­nie twa­rze do­oko­ła, uści­ski, to­ast, na­wet ta­niec. Ob­ser­wo­wa­łem ją kątem oka - nie wy­mknęła się ani na mo­ment. Uśmie­cha­ła się w od­po­wied­nich mo­men­tach, śmia­ła wte­dy, gdy na­le­ża­ło. Do­sko­na­ła part­ner­ka w tej far­sie. Ale kie­dy do­tknęła mo­je­go ra­mie­nia pod­czas ta­ńca i szep­nęła coś o czu­ło­ści, coś we mnie drgnęło. A nie po­win­no.

Nie mamy tego luk­su­su. Nie je­ste­śmy w tej grze z wy­bo­ru. Ona robi to, bo musi. Ja ro­bię to, bo... so­bie ją wy­bra­łem. Jako po­ręcze­nie.

W dro­dze po­wrot­nej mil­cza­łem. Ka­żde sło­wo wy­da­wa­ło się zbęd­ne, ka­żde spoj­rze­nie nie­bez­piecz­ne. Czu­łem, jak gro­ma­dzi się we mnie coś nie­zro­zu­mia­łe­go. Wście­kło­ść? Za­zdro­ść? Li­to­ść? Wszyst­kie te uczu­cia były zbęd­ne. Bez­u­ży­tecz­ne. A mimo to bu­zo­wa­ły w moim wnętrzu.

Za­trzy­ma­łem auto i rzu­ci­łem jej prze­lot­ne spoj­rze­nie. Ta­kie samo, ja­kim ob­da­rzy­łbym ka­żde­go wspó­łpra­cow­ni­ka, któ­re­go chcę trzy­mać na dy­stans.

- Ślub od­będzie się za dwa ty­go­dnie - oznaj­mi­łem. - Moi lu­dzie wszyst­kim się zaj­mą. Ty masz się tyl­ko po­ja­wić.

Wi­dzia­łem, jak za­ma­rła. Jej oczy, do­tąd pe­łne iskier i cie­pła, przy­ga­sły. A ja... na­wet nie drgnąłem. Nie dla­te­go, że nie ob­cho­dzi­ło mnie, jak za­re­agu­je. Tyl­ko dla­te­go, że gdy­bym po­zwo­lił so­bie na chwi­lę sła­bo­ści, nie zdo­ła­łbym już wró­cić na bez­piecz­ną po­zy­cję.

- Dwa ty­go­dnie? - Jej głos był ci­chy, le­d­wie sły­szal­ny.

- Im szyb­ciej, tym le­piej.

- Za­ła­twi­my to jak kon­trakt z ter­mi­nem wa­żno­ści, tak?

Bez­na­mi­ęt­nie ski­nąłem gło­wą.

- Do­kład­nie tak.

Otwo­rzy­ła drzwi i wy­sia­dła bez sło­wa. Wi­dzia­łem w lu­ster­ku, jak się od­da­la. Znik­nęła, jak­by jej obec­no­ść ni­g­dy nie była ni­czym wi­ęcej niż drob­nym przy­pi­sem w moim po­ukła­da­nym ży­ciu.

Od­je­cha­łem, czu­jąc w klat­ce pier­sio­wej na­pi­ęcie, któ­re­go nie po­tra­fi­łem roz­ła­do­wać. Pal­ce za­ci­ska­ły się na kie­row­ni­cy moc­niej niż trze­ba, a szczęka była na­pi­ęta. W gło­wie ko­tło­wa­ły się zda­nia, któ­re mo­głem wy­po­wie­dzieć, ale nie prze­szły mi przez gar­dło.

Nie je­steś tyl­ko pion­kiem.

To nie two­ja wina.

Nie za­słu­gu­jesz na to.

Ale mil­cza­łem. Bo tak było ła­twiej. Bo to były kłam­stwa...

Po­dzi­wia­łem ją. To fakt. Była pi­ęk­na, od­wa­żna, mia­ła w so­bie coś... ży­we­go. I być może wła­śnie dla­te­go chcia­łem to zdu­sić. Bo przy­po­mi­na­ła mi, że ist­nia­ło coś wi­ęcej niż obo­wi­ąz­ki, kon­trak­ty, ter­mi­ny i gra po­zo­rów. Przy­po­mi­na­ła o tym, co ja daw­no po­sta­no­wi­łem wy­ci­ąć z ży­cia.

Gdy wró­ci­łem do domu, spoj­rza­łem na szkla­ną bu­tel­kę sto­jącą na ko­mo­dzie, ale jej nie do­tknąłem. Wie­dzia­łem, że je­śli za­cznę, nie sko­ńczę na jed­nym drin­ku. Zdjąłem ma­ry­nar­kę, roz­pi­ąłem ko­łnie­rzyk i usia­dłem w fo­te­lu, bez mu­zy­ki, bez świa­tła. I po raz pierw­szy od daw­na nie my­śla­łem o fir­mie, o in­we­sty­cjach ani o naj­bli­ższych kro­kach.

My­śla­łem o niej.

I to wła­śnie wkur­wia­ło mnie naj­bar­dziej.

***

Dzień w biu­rze był pie­kiel­nie zwy­czaj­ny. Wy­pe­łnio­ny do­ku­men­ta­mi, spo­tka­nia­mi, pod­pi­sa­mi i mil­cze­niem. Słu­cha­jąc pre­zen­ta­cji dzia­łu fi­nan­so­we­go, nie re­je­stro­wa­łem na­wet po­ło­wy tego, co mó­wi­li. Prze­sta­wi­łem się na tryb au­to­ma­tycz­ny - przy­ta­ki­wa­łem, za­da­wa­łem py­ta­nia, od cza­su do cza­su pod­kre­śla­łem coś na ekra­nie, choć tak na­praw­dę my­śla­mi by­łem gdzieś da­le­ko.

A wła­ści­wie z kimś.

Nie­na­wi­dzi­łem tego, że imię Cla­ire prze­my­ka­ło mi przez my­śli jak echo nie­chcia­ne­go wspo­mnie­nia. Mia­ła po­ja­wić się w moim domu, za­miesz­kać wśród mar­mu­rów, któ­re przez lata były moją osto­ją. I choć to wszyst­ko było za­pla­no­wa­ne, usta­lo­ne, lo­gicz­ne - nie mo­głem po­zbyć się uczu­cia, że tra­cę kon­tro­lę.

Za­mknąłem lap­to­pa z nie­co zbyt ostrym trza­skiem, przez co asy­stent­ka spoj­rza­ła na mnie ner­wo­wo. Ski­nąłem gło­wą, da­jąc znak, że może już wy­jść.

- Wszyst­ko, pa­nie Blac­kwell? - za­py­ta­ła ostro­żnie.

- Na dziś wy­star­czy. Ju­tro za­czy­na­my od au­dy­tu. Nie chcę spó­źnień.

- Oczy­wi­ście.

Gdy drzwi się za­mknęły, opa­rłem się o skó­rza­ny za­głó­wek fo­te­la, pa­trząc przez prze­szklo­ną ścia­nę biu­ra na pa­no­ra­mę mia­sta. Wy­so­kie wie­żow­ce to­nęły w po­po­łu­dnio­wym sło­ńcu, któ­re od­bi­ja­ło się od szyb i zło­tych fa­sad. Wszyst­ko wy­gląda­ło jak z ka­ta­lo­gu. Do­kład­nie tak jak moje ży­cie. Aż do te­raz.

Kie­dy wresz­cie wró­ci­łem do domu, było już po zmro­ku. Kra­wat zsu­nąłem za­raz po we­jściu, ma­ry­nar­kę rzu­ci­łem nie­dba­le na kon­so­lę w holu. Mój dom był chłod­ny, per­fek­cyj­ny, po­zba­wio­ny ży­cia. Ob­słu­ga prze­my­ka­ła bez­gło­śnie, jak­by nikt nie śmiał tu od­dy­chać pe­łną pier­sią. I tak mia­ło być - nikt, poza mną, nie miał się tu czuć jak u sie­bie.

Wkrót­ce jed­nak mia­ło się to zmie­nić.

Za­trzy­ma­łem się na ko­ńcu ko­ry­ta­rza pro­wa­dzące­go do skrzy­dła dla go­ści i ski­nąłem gło­wą w stro­nę go­spo­dy­ni, któ­ra po­ja­wi­ła się bez­sze­lest­nie.

- Pan­na Ben­nett wkrót­ce przy­je­dzie. Przy­go­tuj­cie dla niej sy­pial­nię na ko­ńcu po­łu­dnio­we­go ko­ry­ta­rza.

Ko­bie­ta unio­sła de­li­kat­nie brwi, nie­mal nie­zau­wa­żal­nie, ale zna­łem ją na tyle dłu­go, by wy­ła­pać ka­żdy cień re­ak­cji.

- Naj­dal­sza od pa­ńskiej? - do­py­ta­ła drżącym gło­sem.

- Do­kład­nie. Ma mieć wszyst­ko, cze­go po­trze­bu­je. Gar­de­ro­ba, osob­na ła­zien­ka, świe­że kwia­ty. I pro­szę za­dbać, żeby za­wsze ktoś był w po­bli­żu, gdy­by cze­go­kol­wiek za­żąda­ła. Bez żad­nych py­tań.

- Ro­zu­miem. Czy mam przy­go­to­wać rów­nież wspól­ną prze­strzeń...?

- Nie będzie po­trzeb­na - prze­rwa­łem jej chłod­no. - Wspól­ne będą tyl­ko na­zwi­ska i zdjęcia w pra­sie. Nic wi­ęcej.

Za­mru­ga­ła szyb­ko i ski­nęła gło­wą, za­nim się od­da­li­ła.

Sta­łem przez chwi­lę w ko­ry­ta­rzu, spo­gląda­jąc w głąb pu­ste­go domu. Z ja­kie­goś po­wo­du wy­da­wał się jesz­cze bar­dziej roz­le­gły, jesz­cze bar­dziej obcy. Może dla­te­go, że pierw­szy raz mia­łem go dzie­lić z kimś in­nym. A może dla­te­go, że do­brze wie­dzia­łem, że ten ktoś nie jest ko­bie­tą, któ­rą mo­żna było zi­gno­ro­wać.

Mia­ła w so­bie spo­kój i siłę jed­no­cze­śnie. I choć pró­bo­wa­łem jej to wy­bić z gło­wy chło­dem i mil­cze­niem, wie­dzia­łem, że ona to czu­je. Że do­strze­ga te rysy, przez któ­re cza­sem coś prze­cie­ka­ło. A do tego nie mo­głem do­pu­ścić.

Uda­łem się do swo­jej sy­pial­ni i za­mknąłem za sobą drzwi. Zdjąłem ze­ga­rek, wrzu­ci­łem go do szu­fla­dy i roz­pi­ąłem ko­szu­lę. W ła­zien­ce prze­my­łem twarz zim­ną wodą i spoj­rza­łem na sie­bie w lu­strze. Oczy mia­łem zmęczo­ne, ale czuj­ne jak za­wsze.

Po­my­śla­łem o re­ak­cji Cla­ire, gdy po­wie­dzia­łem o ślu­bie. O tym, jak moc­no za­ci­snęła usta, by nie za­re­ago­wać im­pul­syw­nie. Za­cho­wa­ła twarz. Tak, jak ją wy­cho­wa­no.

To był te­atr. Ow­szem. Ale gdzieś w głębi mia­łem świa­do­mo­ść, że za­gra­li­śmy już kil­ka scen zbyt prze­ko­nu­jąco. Za ty­dzień będzie mie­rzyć suk­nię, wy­bie­rać kwia­ty. Mój świat, mój dom, moje za­sa­dy - wszyst­ko to mia­ła do­stać na tacy. I choć po­wta­rza­łem so­bie, że to tyl­ko układ, że nie ma w tym nic oso­bi­ste­go, nie mo­głem wy­zbyć się tego dziw­ne­go, ro­ze­dr­ga­ne­go na­pi­ęcia, któ­re czu­łem, od­kąd po­ja­wi­ła się przede mną w sali kon­fe­ren­cyj­nej. Za­pre­zen­to­wa­na jak to­war na ulicz­nym tar­gu.

Mia­ła być tyl­ko na­rzędziem.

A tym­cza­sem... coś drgnęło. Mi­ni­mal­nie. Nie­zau­wa­żal­nie. Ale wy­star­cza­jąco, bym to po­czuł.

Po­ło­ży­łem się w zim­nej po­ście­li i pa­trzy­łem w ciem­no­ść. Nie wie­rzy­łem w prze­zna­cze­nie ani zna­ki, ale tej nocy po­my­śla­łem, że może ten ślub wca­le nie będzie naj­trud­niej­szym eta­pem, a naj­trud­niej­sze do­pie­ro przede mną.

Ciem­no­ść była gęsta jak smo­ła. Wo­kół nie było nic poza mar­twą, dusz­ną ci­szą, któ­ra zda­je się opla­tać swo­imi mac­ka­mi i dła­wić. Sta­łem po­środ­ku pust­ki, choć nie wie­dzia­łem, gdzie do­kład­nie się znaj­du­ję. Grunt pod mo­imi sto­pa­mi był zim­ny i wil­got­ny, jak­by ob­le­pia­ła go krew, bło­to albo coś znacz­nie gor­sze­go.

Wi­dzia­łem tyl­ko urwa­ne frag­men­ty, cha­otycz­ne ob­ra­zy, jak­by moje wła­sne wspo­mnie­nia były po­roz­rzu­ca­ne i spląta­ne w coś, cze­go nie po­tra­fi­łem po­skła­dać. Ko­bie­ta. Jej syl­wet­ka zni­ka­ła za drzwia­mi, któ­re ni­g­dy się nie do­my­ka­ły. Głos dziec­ka i płacz, któ­ry wbi­jał się w moją czasz­kę jak nóż.

- Nie te­raz - wy­szep­ta­łem, nie wie­dząc, do kogo mó­wię. Mój głos od­bił się od ni­co­ści i wró­cił do mnie znie­kszta­łco­ny, jak­by na­le­żał do ko­goś in­ne­go.

Za­cząłem iść. Nogi po­ru­sza­ły się wol­no, jak­by coś trzy­ma­ło mnie za kost­ki, pró­bu­jąc za­trzy­mać. Ale mu­sia­łem tam do­jść. Mu­sia­łem zo­ba­czyć. Zro­zu­mieć. Mimo że ka­żda ko­mór­ka mo­je­go cia­ła krzy­cza­ła, by za­wró­cić. Uciec.

W mro­ku po­ja­wi­ły się drzwi. Drew­nia­ne, sta­re, z wy­ry­ty­mi śla­da­mi pa­znok­ci. Kie­dy wy­ci­ąga­łem dło­nie, by ich do­tknąć, za­drża­ły. Były go­rące. Zza nich do­bie­gał głos.

- Cha­se... Ucie­kaj.

Drzwi otwo­rzy­ły się same, a za nimi zo­ba­czy­łem ciem­ną po­stać.

Wszyst­ko było znisz­czo­ne. Po­kój. Ścia­ny. Łó­żko. Cie­nie ta­ńczy­ły w czer­wo­nym świe­tle jak upio­ry, któ­re wró­ci­ły po coś, co im ode­bra­łem. Sta­łem nie­ru­cho­mo, z ło­mo­czącym ser­cem i sztyw­ny­mi ko­ńczy­na­mi. Przede mną znów za­mi­go­ta­ła ciem­na syl­wet­ka. Ktoś... ktoś na mnie pa­trzył.

Nie mo­głem się po­ru­szyć.

Nie mo­głem nic zro­bić.

Głu­chy huk. Krzyk. I ci­sza, któ­ra po nim za­pa­dła, była jesz­cze bar­dziej złow­ro­ga niż ogień.

Ze­rwa­łem się z łó­żka gwa­łtow­nie, z gar­dła wy­rwał mi się jęk, a po kar­ku spły­nął pot. Gar­dło mia­łem su­che jak pa­pier, a ser­ce wa­li­ło ni­czym młot o klat­kę pier­sio­wą. Po­kój był ciem­ny, ale zna­jo­my - su­ro­wy, po­zba­wio­ny cie­pła, do­kład­nie taki, ja­kim go urządzi­łem. Moja sa­mot­nia.

Od­dech po­wo­li wra­cał do nor­my, choć w gło­wie wci­ąż sły­sza­łem echo imie­nia, któ­re wy­po­wie­dział ktoś we śnie. Imie­nia, któ­re­go nie po­tra­fi­łem już so­bie przy­po­mnieć.

Usia­dłem na brze­gu łó­żka, opie­ra­jąc łok­cie na ko­la­nach, dło­nie zło­ży­łem w pi­ęści.

To tyl­ko sen.

Ale wie­dzia­łem, że to nie­praw­da. To nie był zwy­kły sen, bo wra­cał do mnie zbyt często i zna­łem go nie­mal na pa­mi­ęć.

Prze­sze­dłem do ła­zien­ki i opłu­ka­łem twarz zim­ną wodą. Spoj­rza­łem w lu­stro. Zo­ba­czy­łem w nim mężczy­znę, któ­ry co­raz rza­dziej roz­po­zna­wał sa­me­go sie­bie.

Była trze­cia w nocy, a ja wie­dzia­łem, że już nie za­snę.