Nasza wina. Trylogia Winnych - Mercedes Ron

Kup ebooka

44.99 zł
34.64 zł (34,89 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

7

Nick

Noah zawsze dzia­łała na mnie jak nar­ko­tyk, jak cho­lerny nar­ko­tyk. Wystar­czała sama jej obec­ność, bym czuł się jak naćpany. Wszystko w niej wołało mnie, żebym się zbli­żył, wszystko w niej spra­wiało, że czu­łem się jak pie­przony ćpun, czu­łem się słaby.

Tak wiele mnie kosz­to­wało, żeby się od niej odciąć, tak strasz­nie bolała mnie świa­do­mość, że wię­cej jej nie dotknę, nie poca­łuję, że nie będę już o nią dbał, że nie będzie kobietą mojego życia... Ból prze­kształ­cił się w tak wielką nie­na­wiść, że nawet mnie samego to prze­ra­ziło; bo prze­cież otwo­rzy­łem się na nią, odda­łem jej serce i duszę, a ona zro­biła mi coś naj­gor­szego na świe­cie: zdra­dziła mnie. Tyle razy myśla­łem wcze­śniej o wszyst­kim, co mogło pójść źle. Jed­nak ni­gdy nie przy­szło mi do głowy, że Noah mogłaby pozwo­lić, by dotknął ją kto­kol­wiek inny. Nie byłem nawet w sta­nie myśleć o tym jeba­nym psy­cho­logu. Wystar­czyło, by w mojej gło­wie poja­wiło się jego nazwi­sko, bym natych­miast wpadł w nie­po­ha­mo­waną wście­kłość.

Ten gnój doty­kał mojej dziew­czyny, roz­bie­rał ją... Myślę, że wła­śnie te obrazy, te nie­moż­liwe do wyma­za­nia fakty spra­wiły, że cał­ko­wi­cie się zała­ma­łem. Ni­gdy w życiu nie czu­łem się tak kosz­mar­nie, ni­gdy nie byłem tak nie­szczę­śliwy... Wokół mnie wyrósł tak wysoki mur, że sta­łem się wła­ści­wie inną osobą. Nie było już we mnie miej­sca na nic, poza pod­sta­wo­wymi instynk­tami czło­wieka pozba­wio­nego duszy. Te resztki uczuć, które prze­trwały, były zare­zer­wo­wane dla mojej małej sio­stry, ale na tym koniec.

Tak sta­ran­nie zadba­łem o to, by nie musieć wię­cej oglą­dać Noah, że obecna sytu­acja wku­rzała mnie na maksa. Byłem na nią wście­kły..., bo na sam jej widok znowu zaczą­łem coś czuć... zaczą­łem czuć, jak przy­spie­sza mi rytm serca, a oddech staje się prze­ry­wany. Nie­na­wi­dzi­łem tego uczu­cia, nie­na­wi­dzi­łem wszyst­kich uczuć: prze­cież ja już nic nie czu­łem, przy­zwy­cza­iłem się do braku emo­cji. A teraz, kiedy ona znowu się poja­wiła i zaczęła mnie tor­tu­ro­wać, mia­łem ochotę pocią­gnąć ją za sobą na samo dno mojego pie­kła.

Mia­łem ją tuż obok sie­bie, tak cho­ler­nie pocią­ga­jącą jak zawsze, tak nie­od­par­cie kuszącą... A na domiar złego moja obec­ność zda­wała się spra­wiać, że kur­czyła się w sobie; patrzyła na mnie już bez tego bla­sku w oczach, bez tej pew­no­ści sie­bie, które wcze­śniej towa­rzy­szyły każ­demu jej słowu. Noah, którą mia­łem teraz przed sobą, też nie była taka jak kie­dyś. Zmie­niła się i byłem na sie­bie wście­kły, że budzi we mnie współ­czu­cie, byłem wście­kły, widząc, co się z nami stało, i rów­nie wście­kły, że obwi­niam o to wszystko ją.

Wysia­dła z samo­chodu, gdy tylko zapar­ko­wa­łem. Odpięła pasy fote­lika Jeremy'ego, wyjęła go z samo­chodu i nie oglą­da­jąc się na mnie, ruszyła w kie­runku win­nicy. Była ubrana w krót­kie spodenki i pro­stą żółtą bluzkę... i już zdą­żyła naru­szyć wszyst­kie moje mecha­ni­zmy obronne.

Jej zapach, ten jedyny w swoim rodzaju zapach, który wciąż jesz­cze cza­sem mi się śnił i spra­wiał, że budzi­łem się z potężną erek­cją, a jed­no­cze­śnie z chę­cią, by kogoś zamor­do­wać... Ten cho­lerny zapach roz­cho­dził się teraz po wszyst­kich zaka­mar­kach mojego samo­chodu. A naj­gor­sze i naj­bar­dziej iry­tu­jące było to, że jakaś część mnie delek­to­wała się nim jak alko­ho­lik, który po latach abs­ty­nen­cji pocią­gnie w końcu pierw­szy łyk brandy; do tego stop­nia, że nie chcia­łem nawet opu­ścić szyby. Nie byłem w sta­nie powstrzy­mać serii obra­zów prze­pły­wa­ją­cych przez mój umysł, w któ­rych robi­łem z nią to wszystko, co pozwo­li­łoby mi zaspo­koić pożą­da­nie, które we mnie budziła i które budzić miała już zawsze.

Powio­dłem wzro­kiem po tym miej­scu, w któ­rym mieli się pobrać moi naj­lepsi przy­ja­ciele, i poczu­łem, że trudno mi w to wszystko uwie­rzyć. Dowie­dzia­łem się, że Lion oświad­czył się Jen­nie dopiero mie­siąc po moim zerwa­niu z Noah. Kum­pel ukrył to przede mną jak praw­dziwy pro­fe­sjo­na­li­sta i wła­ści­wie byłem mu za to wdzięczny. Cie­szy­łem się ich szczę­ściem, ale mimo wszystko czu­łem, jakby dodat­kowo posy­py­wano moje rany solą.

Win­nica Corey Creek była prze­piękną sce­ne­rią na ślub. Wie­lo­krot­nie odwie­dza­łem ją wcze­śniej, żeby powłó­czyć się wśród krze­wów i kupić tro­chę dobrego mer­lota. Jenna i jej ojciec zabie­rali mnie ze sobą i pamię­tam, jak jeź­dzi­li­śmy tam konno i pod­pa­try­wa­li­śmy z daleka orga­ni­zo­wane tu uro­czy­sto­ści ślubne.

Jeden z wła­ści­cieli przy­jaź­nił się z moim ojcem i z Gre­giem, więc mogli­śmy dość swo­bod­nie korzy­stać z tego miej­sca.

Jenna zaraz pokie­ro­wała nas, gdzie trzeba. Po dro­dze prze­szli­śmy przez przy­tulną recep­cję z wyso­kimi drew­nia­nymi słu­pami i dywa­nami ze skór dzi­kich zwie­rząt, z pew­no­ścią upo­lo­wa­nych przez samego wła­ści­ciela. Stały tu lampy naf­towe, a wysoko nad naszymi gło­wami zwie­szały się, nieco przy­tła­cza­jące, krysz­ta­łowe żyran­dole pająki. Jenna nie odstę­po­wała na krok jakiejś Azjatki, wyglą­da­ją­cej na zestre­so­waną, a którą chwilę póź­niej przed­sta­wiono mi jako orga­ni­za­torkę ślubu Amy.

Gdy tylko prze­szli­śmy na tyły, gdzie znaj­do­wały się win­nice, nabra­łem prze­ko­na­nia, że ślub będzie rów­nie wspa­niały jak te, które widzia­łem tam wcze­śniej z daleka, a nawet jesz­cze pięk­niej­szy.

Przo­dem do ogrom­nych, cią­gną­cych się w nie­skoń­czo­ność i ską­pa­nych w lip­co­wym słońcu win­nic, usta­wiono ołtarz przy­stro­jony kwia­tami. Sie­dzi­ska i kwiaty nie były jesz­cze do końca poroz­sta­wiane, ale mogłem już wyro­bić sobie ogólny obraz, jak to wszystko miało wyglą­dać.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1

Noah

Dziesięć miesięcy później...

Na lot­ni­sku pano­wał ogłu­sza­jący zgiełk: ludzie bie­gali roz­go­rącz­ko­wani w tę i we w tę, cią­gnąc za sobą walizki, dzie­ciaki i wózki baga­żowe. Wle­pi­łam wzrok w tablicę nad głową, wypa­tru­jąc nazwy celu mojej naj­bliż­szej podróży i dokład­nej godziny otwar­cia bramki. Nie uśmie­chało mi się lecieć tam w poje­dynkę, zwłasz­cza że ni­gdy nie prze­pa­da­łam za podró­żo­wa­niem samo­lo­tami. Nie bar­dzo mia­łam inną moż­li­wość, w końcu byłam teraz sama: tylko ja i nikt wię­cej.

Zer­k­nę­łam na zega­rek i znów prze­nio­słam wzrok na tablicę. Dobra, jestem przed cza­sem, po przej­ściu na ter­mi­nal zdążę jesz­cze napić się kawy i chwilę poczy­tać, a to na pewno pomoże mi się uspo­koić. Ruszy­łam do kon­troli bez­pie­czeń­stwa. Nie­na­wi­dzi­łam tego maca­nia, które musia­łam zno­sić, ile­kroć prze­cho­dzi­łam przez wykry­wacz metali. Naj­wy­raź­niej zawsze musia­łam mieć przy sobie coś, co uru­cha­mia alarm. Ktoś zażar­to­wał sobie kie­dyś, że pew­nie mam serce z metalu; no nie wiem, w każ­dym razie byłoby to jakieś wyja­śnie­nie moich odwiecz­nych pro­ble­mów z wykry­waczami.

Poło­ży­łam ple­cak na taśmo­ciągu, po czym zdję­łam zega­rek, bran­so­letki i wisio­rek, który zawsze nosi­łam na szyi, choć dawno już powin­nam była prze­stać. Zgro­ma­dzi­łam to wszystko na tacy razem z komórką i paroma wyło­wio­nymi z kie­szeni mone­tami.

- Jesz­cze buty, pro­szę pani - znu­żo­nym gło­sem upo­mniał mnie młody ochro­niarz. Rozu­mia­łam, skąd ten ton: jego praca była defi­ni­cją słów "nudny" i "mono­tonny". Wyobra­zi­łam sobie, że jego umysł musi pogrą­żać się w letargu w wyniku powta­rza­nia wciąż tych samych czyn­no­ści i tych samych zdań. Posta­wi­łam na tacy moje białe conversy i pogra­tu­lo­wa­łam sobie w duchu, że nie zało­ży­łam skar­pe­tek z jakimś głup­ko­wa­tym moty­wem, któ­rego musia­ła­bym się teraz wsty­dzić. Pod­czas gdy moje rze­czy jechały na taśmie, ja prze­szłam przez wykry­wacz, który - a jakże... - od razu zaczął pisz­czeć.

- Pro­szę tutaj sta­nąć, ramiona i nogi sze­roko - poin­stru­ował mnie chło­pak, a ja tylko wes­tchnę­łam. - Ma pani przy sobie jakieś meta­lowe lub ostre przed­mioty albo...?

- Nie mam niczego takiego. Zawsze na mnie tra­fia, nie mam poję­cia dla­czego - odpar­łam, pozwa­la­jąc, by ochro­niarz prze­szu­kał mnie od stóp do głów. - To pew­nie jakaś plomba.

Chło­paka roz­ba­wiła moja odpo­wiedź, a ja zapra­gnę­łam jedy­nie, by jak naj­szyb­ciej zabrał ode mnie ręce.

Gdy tylko się odsu­nął, zgar­nę­łam swoje rze­czy i pogna­łam do duty free. "Dzień dobry, są te wiel­kie toble­rone? To ja popro­szę". No, choć jeden plus prze­by­wa­nia na lot­ni­sku. Kupi­łam dwie cze­ko­lady, wło­ży­łam je do pod­ręcz­nej walizki i ruszy­łam na poszu­ki­wa­nie bramki. Lot­ni­sko w Los Ange­les jest ogromne, ale na szczę­ście moja bramka znaj­do­wała się względ­nie nie­da­leko. Prze­szłam przez halę, czę­ściowo wyło­żoną wykła­dziną, dep­cząc nama­lo­wane na pod­ło­dze strzałki i dro­go­wskazy, i mija­jąc napisy, żegna­jące mnie w kil­ku­dzie­się­ciu języ­kach. Na razie przy­było jesz­cze nie­wielu pasa­że­rów, więc weszłam do sali bez pro­blemu, poka­zu­jąc swój pasz­port i bilet. Minę­łam bramkę, usia­dłam, wycią­gnę­łam książkę i napo­czę­łam toble­rone.

Sprawy szły więc cał­kiem nie­źle, dopóki nagle spo­mię­dzy kar­tek nie wypadł mi na kolana liścik, uru­cha­mia­jący lawinę wspo­mnień, które jakiś czas temu przy­się­głam sobie pogrze­bać raz na zawsze. Poczu­łam ucisk w żołądku, a w gło­wie znów zaczęły wyświe­tlać mi się tamte obrazy; mój plan na spo­kojny dzień odszedł w zapo­mnie­nie.

Dziewięć miesięcy wcześniej...

Wia­do­mość o tym, że Nicho­las wyjeż­dża, dotarła do mnie okrężną drogą. Nikt nie wspo­mi­nał przy mnie o nim choćby sło­wem i byłam prze­ko­nana, że to on sam musiał wydać tak kate­go­ryczne instruk­cje wspól­nym zna­jo­mym. Nawet Jenna nie mówiła o Nicku, a prze­cież wie­dzia­łam, że nie­raz się z nim widy­wała. Jej zatro­skany wyraz twa­rzy wyraź­nie suge­ro­wał, czego była świad­kiem, ile­kroć odwie­dzała go z Lio­nem. Moja przy­ja­ciółka zna­la­zła się mię­dzy mło­tem a kowa­dłem i była to kolejna rzecz, którą musia­łam dodać do listy swo­ich prze­wi­nień.

Nie udało mi się spo­tkać z Nicho­la­sem, ale nie musia­łam długo cze­kać na mało przy­ja­zne dzia­ła­nia z jego strony. Led­wie dwa tygo­dnie po zerwa­niu przy­słał mi parę pudeł moich rze­czy. Na widok trans­por­tera dla zwie­rząt, w któ­rym sie­dział N, prze­ży­łam tak dru­zgo­cący atak paniki, że kiedy nie mia­łam już siły pła­kać, wylą­do­wa­łam nie­przy­tomna w łóżku. Nasz biedny kote­czek... Teraz już tylko mój... Co gor­sza, musia­łam zosta­wić go u matki, bo moja nowa współ­lo­ka­torka miała kosz­marną aler­gię na sierść kotów. Trudno było mi się z nim roz­stać.

W myślach nazy­wa­łam tam­ten okres "moim cza­sem mroku", bo tym dokład­nie był: utknę­łam w czar­nym, pozba­wio­nym świa­tła tunelu, zanu­rzona w total­nej ciem­no­ści, któ­rej nie roz­ja­śniało ani świa­tło kolejno nastę­pu­ją­cych po sobie dni, ani noc­nej lampki przy moim łóżku. Pra­wie codzien­nie mia­łam ataki paniki, aż w końcu jakaś lekarka wysłała mnie pro­sto do psy­chia­try.

Na początku nie chcia­łam nawet sły­szeć o żad­nych psy­cho­lo­gach czy psy­chia­trach. Osta­tecz­nie chyba mi pomo­gli, bo zaczę­łam wresz­cie wsta­wać rano z łóżka i wyko­ny­wać pod­sta­wowe czyn­no­ści... Funk­cjo­no­wa­łam popraw­nie. Aż do tam­tego wie­czoru: kiedy zro­zu­mia­łam, że jeżeli Nick wyje­dzie, to wszystko okaże się skoń­czone, raz na zawsze.

O jego pla­no­wa­nym wyjeź­dzie dowie­dzia­łam się z jakiejś wymiany zdań pod­słu­cha­nej w uni­wer­sy­tec­kiej kafe­te­rii. Boże, nawet przy­pad­kowe stu­dentki wie­działy teraz o nim wię­cej niż ja.

Jakaś dziew­czyna plot­ku­jąca o moim chło­paku, par­don, o moim byłym chło­paku, zupeł­nie nie­świa­do­mie poin­for­mo­wała mnie, że on za parę dni wypro­wa­dza się do Nowego Jorku.

To wła­śnie wtedy coś prze­jęło kon­trolę nad moim cia­łem, każąc mi wstać i iść wprost do jego miesz­ka­nia. Do tej pory sta­ra­łam się uni­kać myśle­nia o tym miej­scu i o wszyst­kim, co się wyda­rzyło. Ale prze­cież nie mogłam pozwo­lić mu wyje­chać, zwłasz­cza zanim poroz­ma­wiamy. Po raz ostatni widzia­łam go w noc zerwa­nia.

Ręce mi się trzę­sły, a nogi mia­łam tak mięk­kie, że gro­ziły mi upad­kiem na asfalt, gdy wcho­dzi­łam do apar­ta­men­towca Nicka. Wsia­dłam do windy, wje­cha­łam na jego pię­tro i sta­nę­łam przed drzwiami.

Co zamie­rza­łam mu powie­dzieć? Co mogłam zro­bić, żeby mi wyba­czył, żeby nie wyjeż­dżał, żeby znowu mnie kochał?

Naci­snę­łam dzwo­nek, czu­jąc, że zaraz zemdleję. Gdy otwo­rzył drzwi, prze­peł­niały mnie lęk, tęsk­nota i smu­tek.

W pierw­szej chwili oboje mil­cze­li­śmy, jedy­nie się w sie­bie wpa­tru­jąc. Nie spo­dzie­wał się mnie zoba­czyć. Co wię­cej, dała­bym sobie rękę uciąć, że pla­no­wał wyje­chać, nie oglą­da­jąc się za sie­bie, i po pro­stu o mnie zapo­mnieć. Nie mia­łam zamiaru mu tego uła­twiać.

Powie­trze zgęst­niało od napię­cia. Wyglą­dał powa­la­jąco: ciemne dżinsy, biały T-shirt, lekko zmierz­wione włosy... Powie­dzieć, że wyglą­dał sek­sow­nie, to wła­ści­wie nic nie powie­dzieć - prze­cież tak wła­śnie pre­zen­to­wał się zawsze. Z jedną róż­nicą: tamto spoj­rze­nie, tam­ten blask, który roz­świe­tlał go od środka, ile­kroć mnie widział, teraz już wygasł.

Widząc go znowu, tak przy­stoj­nego, wyso­kiego, mojego... poczu­łam, jakby ktoś draż­nił się ze mną, macha­jąc mi przed nosem mar­chewką, by potem mi ją zabrać. Czu­łam się uka­rana i pognę­biona.

- Po co przy­szłaś? - jego twardy i zimny ton wyrwał mnie z otę­pie­nia.

- Ja... - wyją­ka­łam łamią­cym się gło­sem. Co mia­łam mu powie­dzieć? Co mogłam zro­bić, żeby znów spoj­rzał na mnie tak, jak­bym wciąż była jego świa­tłem, jego nadzieją, jego życiem?

Wyglą­dało na to, że nie zamie­rza nawet mnie wysłu­chać. Już szy­ko­wał się, by zamknąć mi drzwi przed nosem, lecz w tym momen­cie pod­ję­łam decy­zję: jeśli mam o niego wal­czyć, to będę wal­czyć. Nie mogłam pozwo­lić, by wyje­chał, nie mogłam go stra­cić, bo byłam pewna, że bez niego nie prze­trwam. To było zbyt bole­sne: mieć go przed sobą i nie móc popro­sić, by mnie przy­tu­lił i zakoń­czył to cier­pie­nie, zże­ra­jące mnie od środka dzień po dniu. Zro­bi­łam krok naprzód i, nie­pro­szona, wśli­zgnę­łam się do środka przez szparę w drzwiach.

- Co ty sobie wyobra­żasz? - zapy­tał, idąc za mną, bo ruszy­łam wprost do salonu. Miesz­ka­nie było nie do pozna­nia: wszę­dzie pełno poza­kle­ja­nych pudeł, a na sofie i sto­liku kawo­wym - białe prze­ście­ra­dła. Mimo to odżyły we mnie wspo­mnie­nia naszych wspól­nych śnia­dań, poca­łun­ków skra­dzio­nych na sofie, przy­tu­la­sów przy oglą­da­niu fil­mów... Nick przy­go­to­wu­jący dla mnie śnia­da­nie, ja wśród podu­szek, wzdy­cha­jąca z roz­ko­szy w odpo­wie­dzi na jego czu­ło­ści...

To wszystko obró­ciło się w nicość.

Wła­śnie wtedy łzy try­snęły mi z oczy i nie mogąc ich powstrzy­mać, zwró­ci­łam się do niego.

- Nie możesz wyje­chać - oświad­czy­łam łamią­cym się gło­sem, jed­no­cze­śnie pró­bu­jąc nad sobą zapa­no­wać.

- Wynoś się, Noah, nie wcią­gniesz mnie w to - odparł, sto­jąc nie­ru­chomo i zaci­ska­jąc usta.

Ton jego głosu spra­wił, że się wzdry­gnę­łam, a mój płacz przy­brał na sile. Nie... do cho­lery, nie zamie­rza­łam się stam­tąd wyno­sić, na pewno nie bez niego.

- Nick, pro­szę, ja nie mogę cię stra­cić - załka­łam żało­śnie. Moje słowa nie były szcze­gól­nie ory­gi­nalne, ale były szczere, cał­ko­wi­cie szczere: nie mogłam bez niego żyć.

Wyda­wało mi się, że Nicho­las oddy­cha coraz szyb­ciej; bałam się wywie­rać na niego zbyt wielką pre­sję, ale skoro weszłam do jaskini lwa, to nie po to, by się teraz wyco­fać.

- Wyjdź stąd.

Komu­ni­kat był jasny i zwię­zły, ale w końcu miał do czy­nie­nia z eks­pertką w bun­to­wa­niu się... A ja nie zamie­rza­łam nagle o tym zapo­mnieć.

- Chcesz powie­dzieć, że za mną nie tęsk­nisz? - spy­ta­łam, a głos mi się zała­mał. Rozej­rza­łam się dookoła, po czym znów skon­cen­tro­wa­łam na nim. - Bo ja ledwo mogę oddy­chać... Ledwo zwle­kam się co rano z łóżka; kładę się z myślą o tobie, budzę się z tą myślą i nie prze­staję za tobą pła­kać...

Otar­łam łzy nie­cier­pli­wym gestem, a Nicho­las ruszył w moją stronę, choć wcale nie po to, by mnie uspo­koić, a wręcz prze­ciw­nie: jego dło­nie mocno chwy­ciły mnie za ramiona. Zbyt mocno.

- A wydaje ci się, że co ja niby robię?! - rzu­cił z wście­kło­ścią. - Roz­je­ba­łaś mnie, niech to szlag!

Jego dotyk na mojej skó­rze, nie­za­leż­nie od złej inten­cji tego gestu, wystar­czył, by tchnąć we mnie nowe siły. Tak strasz­nie tęsk­ni­łam za jego bli­sko­ścią, że teraz poczu­łam, jak­bym dostała zastrzyk adre­na­liny pro­sto w serce.

- Prze­pra­szam - powie­dzia­łam, spusz­cza­jąc głowę, bo czuć jego dotyk to było jedno, ale widzieć nie­na­wiść w jego pięk­nych jasnych oczach, to już zupeł­nie co innego. - Popeł­ni­łam błąd, ogromny i nie­od­wra­calny błąd, ale nie możemy pozwo­lić, żeby to nas znisz­czyło - pod­nio­słam wzrok, bo musia­łam spra­wić, by uwie­rzył w moje słowa, by zoba­czył w moich oczach, że naprawdę mówię pro­sto z serca. - Ja ni­gdy nikogo nie poko­cham tak, jak kocham cie­bie.

Te słowa zda­wały się go parzyć, bo ode­rwał dło­nie od mojego ciała i odwra­ca­jąc się, roz­pacz­li­wym gestem zła­pał się za włosy, roz­wi­chrzył je, po czym znów na mnie popa­trzył. Był w kom­plet­nej roz­sypce, wyglą­dał, jakby toczył naj­cięż­szą w życiu bitwę z sobą samym.

Zapa­dła prze­dłu­ża­jąca się cisza.

- Jak mogłaś to zro­bić? - zapy­tał w końcu, a mnie po raz kolejny pękło serce, gdy usły­sza­łam jego głos, łamiący się na ostat­niej syla­bie.

Zro­bi­łam chwiejny krok naprzód. Mimo że to ja zra­ni­łam jego, teraz pra­gnę­łam tylko, żeby znów mnie objął, ści­snął mocno w ramio­nach i uspo­koił.

- Ja nawet tego nie pamię­tam... - wyzna­łam drżą­cym z ner­wów gło­sem. To była prawda: nic nie pamię­ta­łam, mój umysł zablo­ko­wał te wspo­mnie­nia. Tam­tej nie­szczę­snej nocy byłam tak zdru­zgo­tana myślą, że on zro­bił wcze­śniej to samo, że nie umia­łam zatrzy­mać biegu wypad­ków i po pro­stu pozwo­li­łam, by to się stało. W tam­tej chwili moje życie wyda­wało mi się do tego stop­nia zruj­no­wane, że w jakiś spo­sób po pro­stu odcię­łam się od swo­jego ciała i umy­słu. - Nie pamię­tam niczego, co nie ma związku z tobą. Nick, musisz mi wyba­czyć; chcę, żebyś znowu na mnie patrzył tak jak wcze­śniej - mój głos zaczął się żało­śnie dła­wić i pękało mi serce, bo choć mia­łam go tuż przed sobą, to wie­dzia­łam, że jest jed­no­cze­śnie bar­dzo daleko ode mnie... - Powiedz mi, co mam zro­bić, żebyś mi wyba­czył...

Spoj­rzał na mnie z nie­do­wie­rza­niem, jak­bym popro­siła o coś absur­dal­nego, jakby z moich ust wydo­by­wały się tylko nie­składne bzdury.

I rze­czy­wi­ście poczu­łam, że gadam bzdury, bo czy ja sama była­bym zdolna prze­ba­czyć zdradę? Zdradę ze strony Nicka?

Poczu­łam w piersi kosz­marny ból, który wystar­czył mi za odpo­wiedź... Nie, oczy­wi­ście, że nie, na samą myśl o tym mia­łam ochotę rwać sobie włosy z głowy, byleby tylko wyma­zać obraz Nicka w ramio­nach innej kobiety.

Otar­łam łzy ramie­niem, nagle dotarło do mojej świa­do­mo­ści, że wszystko stra­cone. Przez chwilę sta­li­śmy w mil­cze­niu, a ja wie­dzia­łam już, że muszę stam­tąd wyjść, bo nie mogłam znieść poczu­cia straty.

Łzy spły­wały mi cicho po policz­kach... Wie­dzia­łam, że poże­gnamy się w ciszy. Poże­gnamy się... Matko Boska, poże­gnać się z Nic­kiem?! Jak to? Jak można poże­gnać na zawsze kogoś, kogo kochasz naj­moc­niej na świe­cie i kogo tak bar­dzo potrze­bu­jesz w swoim życiu?

Skie­ro­wa­łam się do wyj­ścia, ale zanim się przy nim zna­la­złam, Nick zastą­pił mi drogę i ku mojemu zdu­mie­niu przy­lgnął ustami do moich ust. Chwy­cił mnie za ramiona i przy­ci­snął do sie­bie. Sta­łam nie­ru­chomo, przyj­mu­jąc ten poca­łu­nek, który był ostat­nią rze­czą, jakiej się spo­dzie­wa­łam.

- Dla­czego, do cho­lery? - zapy­tał po chwili, mocno ści­ska­jąc moje ramiona.

Uję­łam jego twarz w dło­nie, lecz zanim zro­zu­mia­łam, co się dzieje, moje plecy ude­rzyły o ścianę salonu. On trzy­mał mnie mocno, pod­czas gdy jego usta zda­wały się poszu­ki­wać w moich powie­trza, któ­rego obojgu nam bra­ko­wało. Despe­racko przy­ci­snę­łam go do sie­bie i poczu­łam jego język, a na ciele dło­nie wędru­jące ku dołowi. Jed­nak nagle coś się stało i ruchy jego ciała, jego poca­łunki stały się bar­dziej napa­stliwe, jakby tward­sze. Odsu­nął się, choć wciąż doci­skał mnie dłońmi do ściany, tak że pra­wie nie mogłam się ruszyć.

- Nie powinno cię tu być - ryk­nął z wście­kło­ścią, a kiedy otwo­rzy­łam oczy, zoba­czy­łam, że po policz­kach spły­wają mu łzy. Nie widzia­łam, żeby tak pła­kał. Ni­gdy.

Poczu­łam, że bra­kuje mi tchu, że muszę się od niego odsu­nąć, że sytu­acja nas prze­ro­sła i robimy wszystko źle, zupeł­nie źle. Chcia­łam pogła­skać go po policzku i otrzeć te łzy, chcia­łam mocno go przy­tu­lić i tysiąc razy pro­sić o prze­ba­cze­nie. Nie wiem, co wyra­żały w tam­tej chwili moje oczy, ale kiedy spoj­rza­łam w oczy Nicka, zoba­czy­łam, że pło­nie w nich wście­kłość, wście­kłość i ból, głę­boki ból, który zna­łam aż za dobrze.

- Kocha­łem cię... - wyznał, ukry­wa­jąc twarz w mojej szyi.

Poczu­łam, że drży i obję­łam go tak, jak­bym zamie­rzała już ni­gdy nie wypu­ścić z ramion. - Niech to szlag, kocha­łem cię! - tym razem krzyk­nął, jed­no­cze­śnie mi się wyry­wa­jąc.

Nicho­las zro­bił krok w tył, popa­trzył na mnie, jakby widział mnie po raz pierw­szy w życiu, wbił spoj­rze­nie w pod­łogę, po czym znów pod­niósł wzrok na moją twarz.

- Wyjdź z tego miesz­ka­nia i nie waż się wra­cać.

Zaj­rza­łam mu pro­sto w oczy i dotarło do mnie, że to koniec. Wciąż lśniły w nich łzy, ale po miło­ści nie było śladu, jedy­nie ten ból, ból i nie­na­wiść. Wcho­dząc tam, wie­rzy­łam, że mogę go odzy­skać, że dzięki mojej miłość jego miłość rów­nież powróci... Jak bar­dzo się myli­łam. Od miło­ści do nie­na­wi­ści tylko krok... Wła­śnie się o tym prze­ko­na­łam.

Wtedy widzie­li­śmy się po raz ostatni.

- Pro­szę pani - powie­dział obok mnie czyjś głos, przy­wra­ca­jąc mnie do rze­czy­wi­sto­ści.

Pod­nio­słam wzrok i zoba­czy­łam ste­war­desę, wpa­tru­jącą się we mnie z lek­kim znie­cier­pli­wie­niem.

- Tak? - zapy­ta­łam, wsta­jąc, a książka i toble­rone zsu­nęły się z moich kolan i spa­dły na pod­łogę.

- Pra­wie wszy­scy pasa­że­ro­wie są już na swo­ich miej­scach. Czy mogę zoba­czyć pani kartę pokła­dową?

Rozej­rza­łam się dookoła. Cho­lera, w sali zosta­łam już tylko ja. Rzu­ci­łam okiem na dwie ste­war­desy przy­glą­da­jące mi się od wyj­ścia do rękawa, któ­rym mia­łam przejść do samo­lotu. Szlag!

- Prze­pra­szam - zła­pa­łam swój ple­cak, grze­biąc w nim w poszu­ki­wa­niu pasz­portu oraz karty pokła­do­wej. Dziew­czyna wzięła je ode mnie i skie­ro­wała się do bramki, a ja ruszy­łam za nią. Jesz­cze tylko szyb­kie spoj­rze­nie za sie­bie, czy niczego nie zapo­mnia­łam.

- Pani miej­sce jest na końcu samo­lotu, po pra­wej stro­nie... Życzę miłego lotu.

Ski­nę­łam głową, ale czu­łam nie­po­kój w żołądku.

Mia­łam przed sobą sze­ścio­go­dzinny lot do Nowego Jorku.

Podróż dłu­żyła się nie­mi­ło­sier­nie. Poza tym robiło mi się słabo na samą myśl o upa­łach, które z pew­no­ścią pano­wały już w Nowym Jorku, bo był prze­cież sam śro­dek lata. Naprawdę cie­szy­łam się, że pla­no­wa­łam raczej nie­długi pobyt, bo cała ta podróż miała tylko jeden kon­kretny cel.

Po wyj­ściu z samo­lotu poszłam od razu do pociągu. Poko­na­łam odci­nek z lot­ni­ska do sta­cji Jama­ica, gdzie mia­łam prze­siąść się w kolejny pociąg: do East Hamp­ton. Nie prze­sta­wał mnie bawić fakt, że jadę do takiego zagłę­bia sno­bów, które ni­gdy wcze­śniej nie budziło mojego zain­te­re­so­wa­nia. Ale co mogłam zro­bić, skoro Jenna - ach ta Jenna! - posta­no­wiła wydać się na bogato. Tak, pro­szę pań­stwa, orga­ni­zo­wała swój ślub od mie­sięcy i to wła­śnie w Hamp­tons, jak przy­stało na dzianą Ame­ry­kankę. Jej matka od nie­pa­mięt­nych cza­sów miała rezy­den­cję w tej eks­klu­zyw­nej czę­ści kraju i spę­dzali tu rodzin­nie pra­wie każde lato, więc Jenna kochała to miej­sce, było sce­ne­rią więk­szo­ści jej naj­pięk­niej­szych wspo­mnień z dzie­ciń­stwa. Sur­fu­jąc tro­chę po inter­ne­cie, zorien­to­wa­łam się, jaką for­tunę warte są tam­tej­sze domy - przy­znaję, że zbie­ra­łam szczękę z pod­łogi.

Jenna popro­siła, żebym dołą­czyła do niej tydzień przed ślu­bem. Był wto­rek, a w nie­dzielę moja przy­ja­ciółka miała na zawsze porzu­cić panień­ski stan. Wiele osób powta­rzało jej, że ślub w wieku dzie­więt­na­stu lat to czy­ste sza­leń­stwo, ale czy ktoś wła­ści­wie upo­waż­nił nas do wyda­wa­nia sądów w kwe­stii miło­ści mię­dzy dwoj­giem ludzi? Jeśli oni sami tego pra­gnęli i byli pewni swo­ich uczuć, to do dia­bła z przy­ję­tymi kon­wen­cjami.

Tym to spo­so­bem wysia­da­łam teraz na sta­cji Jamajka. Mia­łam przed sobą jesz­cze ponad­dwu­go­dzinną podróż, w cza­sie któ­rej powin­nam przy­zwy­cza­jać się do myśli, że nie tylko wezmę udział w ślu­bie mojej naj­lep­szej przy­ja­ciółki, ale przy tej oka­zji spo­tkam się też z Nicho­la­sem Leiste­rem. I to po dzie­się­ciu mie­sią­cach, bez żad­nej wia­do­mo­ści o nim, jeśli nie liczyć tych paru rze­czy, które udało mi się wyśle­dzić w inter­ne­cie.

Nick miał być świad­kiem, a ja jedną z dru­hen... Piękna kom­bi­na­cja, nie ma co. Może okaże się, że czas zale­czył rany, może przy­szedł już moment wyba­cze­nia... Tego nie wie­dzia­łam, ale jedno było dla mnie jasne: będziemy zmu­szeni sta­nąć ze sobą twa­rzą w twarz, z czego wynik­nie naj­pew­niej trze­cia wojna świa­towa.

2

Noah

Wysia­dłam z pociągu chwilę po szó­stej wie­czo­rem. Słońce świe­ciło jesz­cze wysoko nad hory­zon­tem, bo w poło­wie lipca zacho­dziło dopiero po dzie­wią­tej. Przy­jem­nie było wyjść ze sta­cji, roz­pro­sto­wać nogi i poczuć cie­pły podmuch nad­mor­skiej bryzy. Od dawna nie byłam nad morzem i stę­sk­ni­łam się za nim. Z mojego kam­pusu były dwie godziny drogi nad ocean, ale ja za wszelką cenę sta­ra­łam się uni­kać wizyt u matki. Nasze rela­cje znacz­nie się pogor­szyły i, cho­ciaż minęło już wiele mie­sięcy, zupeł­nie niczego nie udało nam się przez ten czas roz­wią­zać. Roz­ma­wia­ły­śmy spo­ra­dycz­nie, a kiedy zba­cza­ły­śmy na tematy, o któ­rych nie chcia­łam roz­ma­wiać, natych­miast się roz­łą­cza­łam.

Jenna cze­kała na mnie w samo­cho­dzie przed dwor­cem. Na mój widok wysia­dła ze swo­jego bia­łego kabrio­letu i wybie­gła mi na spo­tka­nie. Ja też rzu­ci­łam się do biegu i spo­tka­ły­śmy się w poło­wie drogi. Po dziew­czyń­sku padły­śmy sobie w obję­cia, ska­cząc przy tym jak wariatki.

- Przy­je­cha­łaś!

- Przy­je­cha­łam!

- Biorę ślub!

- Bie­rzesz ślub!

Obie wybuch­nę­ły­śmy śmie­chem, ale w końcu natar­czywe klak­sony, docho­dzące z zablo­ko­wa­nej przez nas jezdni, kazały nam się roz­dzie­lić.

Wsia­dły­śmy do kabrio­letu i przyj­rza­łam się przy­ja­ciółce, która zaczęła wła­śnie roz­wo­dzić się nad tym, jak bar­dzo jest zaro­biona i ile jesz­cze mamy do zała­twie­nia, zanim nadej­dzie ten wielki dzień. Wła­ści­wie mia­ły­śmy tylko kilka dni dla sie­bie, bo póź­niej zaczy­nali się zjeż­dżać goście. Naj­bliżsi przy­ja­ciele mieli zatrzy­mać się u niej, a pozo­stali albo posia­dali w Hamp­tons wła­sne domy - oczy­wi­ście przez "domy" rozu­miem tu "nad­mor­skie rezy­den­cje" - albo zamie­rzali się zain­sta­lo­wać u miesz­ka­ją­cych w oko­licy zna­jo­mych.

To był jeden z powo­dów, dla któ­rych Jenna wybrała te daty: chciała wziąć ślub w waka­cje, bo połowa jej przy­ja­ciół i zna­jo­mych i tak miała być w tym cza­sie jeśli nie Hamp­tons, to przy­naj­mniej gdzieś w pobliżu, więc oszczę­dzała im tym samym dodat­ko­wych podróży.

- Przy­go­to­wa­łam dla nas mistrzow­ski plan, Noah: przez naj­bliż­sze dni będziemy tylko sma­żyć się na plaży, prze­sia­dy­wać w spa, obja­dać się sma­ko­ły­kami i popi­jać mar­ga­rity. Zamiast kla­sycz­nego wie­czoru panień­skiego marzy mi się taki wła­śnie chil­lout.

Ski­nę­łam głową, błą­dząc wzro­kiem po oko­licy. Mój Boże, to miej­sce było prze­cudne! Zupeł­nie jak­bym prze­nio­sła się nagle do sie­dem­na­sto­wiecz­nych kolo­nii. Domki w mia­steczku były całe białe, z uro­czymi podłuż­nymi dachów­kami, weran­dami od frontu i buja­nymi fote­lami przed wej­ściem. Tak bar­dzo zdą­ży­łam już przy­wyk­nąć do nowo­cze­snego, prak­tycz­nego stylu Los Ange­les, że nie­mal zapo­mnia­łam, jak malow­ni­czo potrafi być gdzie indziej. Gdy wyjeż­dża­ły­śmy z mia­steczka, zaczę­łam dostrze­gać kolejne oka­załe rezy­den­cje, pysz­niące się na roz­le­głych pose­sjach. Jenna zje­chała w jakąś boczną drogę pro­wa­dzącą w kie­runku morza i ujrza­łam w oddali wspa­niałe domisz­cze, utrzy­mane w bar­wach bieli i jasnego brązu.

- Tylko nie mów, że to jest twój dom...

Jenna roze­śmiała się i wyjęła ze schowka małego pilota. Dotknęła przy­ci­sku i skrzy­dła ogrom­nej bramy wjaz­do­wej otwo­rzyły się bez­gło­śnie. Rezy­den­cja była roz­ło­ży­sta i prze­piękna.

Cała tutej­sza archi­tek­tura wznie­siona została w stylu kolo­nial­nym, bez rzu­ca­ją­cych się w oczy nowo­cze­snych ele­men­tów, a do tego w ide­al­nej loka­li­za­cji: na tere­nie przy­le­ga­ją­cym do morza, któ­rego szum dobie­gał teraz do naszych uszu. Rząd dys­kret­nych latarni oświe­tlał drogę pro­wa­dzącą na par­king z miej­scami dla co naj­mniej dzie­się­ciu samo­cho­dów.

Od frontu bia­łej willi znaj­do­wała się impo­nu­jąca, wsparta na masyw­nych kolum­nach, weranda. Ogród cie­szył oko soczy­stą zie­le­nią, jakiej nie widzia­łam od dawna, a pośrodku stały dwa ponad­stu­let­nie dęby, które zda­wały się witać nas swoim maje­sta­tem.

- Ślub odbę­dzie się tutaj? O rany, Jenna, tu jest naprawdę cudow­nie! - zawo­ła­łam, wysia­da­jąc z kabrio­letu i nie mogąc ode­rwać wzroku od wznio­słego piękna tej budowli, choć prze­cież powin­nam już być przy­zwy­cza­jona... No dobrze, miesz­ka­łam wpraw­dzie przez pewien czas w domu Leiste­rów, jed­nak tutaj było zupeł­nie ina­czej... było magicz­nie.

- Nie, nie tutaj. Na początku był taki plan, ale tacie bar­dzo zależy, by uro­czy­stość odbyła się w miej­scu, o któ­rym myśle­li­śmy już kie­dyś: mniej wię­cej godzinę drogi stąd leży win­nica, do któ­rej ojciec zabie­rał mnie, kiedy byłam mała. Jeź­dzi­li­śmy tam konno i pamię­tam, jak pew­nego razu powie­dział mi, że chciałby, abym wzięła tam ślub, bo to miej­sce ma w sobie magię. Mia­łam wtedy dopiero dzie­sięć lat, ale marzy­łam o ślu­bie god­nym księż­niczki. Mój tata o tym nie zapo­mniał.

- Nie wąt­pię, że to nie­sa­mo­wite miej­sce, skoro przy­ćmiewa nawet to.

- Tak wła­śnie jest, będziesz zachwy­cona. Wiele par się tam pobiera.

Po tej wymia­nie zdań ruszy­ły­śmy razem w stronę schod­ków i poko­na­ły­śmy dzie­sięć stopni pro­wa­dzą­cych na werandę. Usły­sza­łam ciche skrzy­pie­nie drewna pod sto­pami i był to wspa­niały, kojący dźwięk.

Wnę­trze domu też zaparło mi dech: była to ogromna, pra­wie pozba­wiona ścian, wypeł­niona świa­tłem prze­strzeń, z dębo­wym par­kie­tem. Pośrodku stał kom­plet kanap, roz­miesz­czo­nych wokół nowo­cze­snego okrą­głego kominka. Dalej znaj­do­wała się biblio­teka z nie­du­żymi fote­lami usza­kami, a na pię­tro pro­wa­dziły z niej schody, oto­czone balu­stradą, przez którą można było wyj­rzeć na dół.

- Ile osób będzie tu miesz­kać, Jenn?

Jenna nie­dbale rzu­ciła swój żakiet na kanapę i prze­szły­śmy do kuchni. Ona też była olbrzy­mia: część zaj­mo­wała jadal­nia z żół­tymi fote­lami i nie­du­żym sto­łem śnia­da­nio­wym. Przez wyso­kie okna widzia­łam, że pomiesz­cze­nie wycho­dzi na wielki ogród na tyłach domu, a jesz­cze dalej roz­ciąga się plaża o ide­al­nie bia­łym pia­sku, dla któ­rej kon­ku­ren­cję sta­no­wił duży kwa­dra­towy basen.

- Zaraz, niech poli­czę... w sumie jakieś dzie­sięć osób, w tym my, Lion i Nick; reszta gości zatrzyma się w innych domach w pobliżu albo w hotelu w por­cie.

Ucie­kłam wzro­kiem za okno, gdy tylko usły­sza­łam o Nicku, i spo­koj­nie ski­nę­łam głową, żeby nie dać po sobie poznać, jak bar­dzo poru­sza mnie sam dźwięk jego imie­nia.

Jed­nak Jenna i tak zdała sobie z tego sprawę i wyjąw­szy z lodówki dwie butelki piwa imbi­ro­wego, zmu­siła mnie, bym spoj­rzała jej w oczy.

- Minęło już dzie­sięć mie­sięcy, Noah... Wiem, że to na­dal cię boli, i to rów­nież ze względu na was zwle­ka­łam tyle czasu, bo nie mogła­bym wyjść za mąż bez dwojga moich naj­lep­szych przy­ja­ciół u boku, ale... Myślisz, że dasz radę? To zna­czy... Chyba nie jest tak, że...

- Wiem, Jenna... Jasne, nie będę uda­wać, że mi to zwisa i że mam to już za sobą, bo to nie­prawda. Ale prze­cież obie wie­dzia­ły­śmy, że prę­dzej czy póź­niej będzie musiało do tego dojść. Prze­cież w sumie jeste­śmy rodziną... Od początku było tylko kwe­stią czasu, kiedy będziemy musieli ponow­nie spoj­rzeć sobie w twarz.

Jenna przy­tak­nęła, a ja znów ucie­kłam wzro­kiem przed jej spoj­rze­niem. Ludzie musieli widzieć w moich oczach coś, co spra­wiało, że roz­ma­wia­jąc ze mną o Nicku, zacho­wy­wali się, jakby cho­dzili po grzą­skim grun­cie. Wku­rzało mnie to. Umia­łam sobie radzić ze swoim bólem, robi­łam to od dawna, to była moja codzien­ność i nie potrze­bo­wa­łam, żeby się nade mną lito­wano. To ja zruj­no­wa­łam nasz zwią­zek i dla­tego zosta­łam sama ze zła­ma­nym ser­cem - to była kara.

Chwilę póź­niej Jenna zapro­wa­dziła mnie do mojego pokoju i byłam jej za to wdzięczna, bo czu­łam się wykoń­czona. Wyja­śniła mi, jak działa prysz­nic, po czym uści­snęła mnie rado­śnie i wyszła, woła­jąc jesz­cze z oddali, żebym lepiej porząd­nie odpo­częła, bo następ­nego dnia zasza­le­jemy na całego. Uśmiech­nę­łam się i gdy tylko znik­nęła, odkrę­ci­łam kran, żeby wziąć gorącą, relak­su­jącą kąpiel.

Wie­dzia­łam, że naj­bliż­sze dni będą trudne i że będę musiała się trzy­mać ze względu na Jennę, by nie dać jej po sobie poznać, w jak wiel­kiej jestem roz­sypce.

W nad­cho­dzą­cym tygo­dniu mia­łam ode­grać naj­bar­dziej wyma­ga­jącą rolę w całym moim dotych­cza­so­wym życiu... I to nie tylko przed Jenną, ale rów­nież przed Nicho­la­sem. Jeśli on zda sobie sprawę z mojej sła­bo­ści, to pode­pcze mi i serce, i duszę... Z całą pew­no­ścią taki wła­śnie miał zamiar.

Obu­dzi­łam się dość wcze­śnie, chyba dla­tego, że wie­czo­rem nie zasu­nę­łam zasłon. Wyj­rza­łam przez okno; przy­wi­tały mnie mor­skie fale. Byłam tak bli­sko oce­anu, że nie­mal czu­łam pia­sek pod sto­pami.

Pospiesz­nie wło­ży­łam bikini i wcho­dząc do kuchni, zoba­czy­łam, że Jenna roz­ma­wia z jakąś kobietą, która sie­dzi naprze­ciwko niej, popi­ja­jąc kawę.

Obie uśmiech­nęły się na mój widok.

- Noah, wejdź, chcę cię przed­sta­wić - powie­działa Jenna. Wstała i wzięła mnie pod ramię. Jej towa­rzyszka była bar­dzo ładna: miała azja­tyc­kie rysy i ele­gancko ucze­sane kasz­ta­nowe włosy. Była... czy­sta - tak, to słowo naj­le­piej ją opi­suje. - To jest Amy, nasza wed­ding plan­nerka.

Z uśmie­chem uści­snę­łam jej dłoń.

- Bar­dzo mi miło.

Amy przyj­rzała mi się z apro­batą, po czym wyjęła z torebki jakąś książkę i zaczęła w niej cze­goś szu­kać, kart­ku­jąc ją szybko i z wprawą.

- Jenna mówiła mi, że jesteś ładna, ale teraz, gdy cię widzę... Jestem pewna, że będziesz wyglą­dać zja­wi­skowo w sukience druhny.

Uśmiech­nę­łam się, czu­jąc, że policzki oblewa mi rumie­niec.

Jenna usia­dła obok mnie i wpa­ko­wała sobie do ust kawa­łek tosta.

- Ej, prze­cież to ja mam być naj­lep­szą laską na tej impre­zie - peł­nymi ustami mówiła tak nie­wy­raź­nie, że ledwo można ją było zro­zu­mieć. Wie­dzia­łam, że żar­tuje. Jenna była tak piękna, że nie­za­leż­nie, ile ład­nych dziew­czyn miała wokół sie­bie, i tak to zawsze ona wyróż­niała się urodą.

- Spójrz, Noah, to twoja sukienka - powie­działa Amy i poka­zała mi zdję­cie pro­jektu Very Wang. To była prze­piękna czer­wona kre­acja z dekol­tem w kształ­cie litery V, na dwóch cien­kich ramiącz­kach, krzy­żu­ją­cych się na ple­cach. Dekolt na ple­cach też robił wra­że­nie. - Podoba ci się?

Jak mogłaby mi się nie podo­bać?! Kiedy Jenna spy­tała, czy będę jej druhną, pra­wie roz­pła­ka­łam się ze wzru­sze­nia, ale zawar­ły­śmy umowę: jeśli mia­łam zostać jej druhną, to ona musiała wybrać sukienkę, w któ­rej nie będę wyglą­dać jak wielki bez­owy tort. I - o rany! - naprawdę wywią­zała się z obiet­nicy: suk­nia była nie­ziem­ska.

- Kto jesz­cze będzie druhną razem ze mną? - zapy­ta­łam, wciąż wpa­tru­jąc się zafa­scy­no­wana w sukienkę.

Jenna spoj­rzała na mnie z uśmie­chem.

- Osta­tecz­nie zde­cy­do­wa­łam, że potrze­buję tylko jed­nej druhny - wyznała, a ja ska­mie­nia­łam.

- Cze­kaj... co?! - wykrzyk­nę­łam z nie­do­wie­rza­niem. - A twoja kuzynka Janina, Janora czy jak jej tam...?

Jenna wstała z krze­sła i pode­szła wprost do lodówki, odwra­ca­jąc się do mnie ple­cami. Amy igno­ro­wała nas nie­wzru­szona, a po chwili wstała, żeby ode­brać tele­fon i prze­szła w róg kuchni, żeby lepiej sły­szeć.

Jenna wyjęła tru­skawki oraz mleko i poło­żyła je na bla­cie - naj­wy­raź­niej zamie­rzała zro­bić sobie kok­tajl. Wzięła do ręki blen­der i wzru­szyła ramio­nami.

- Nie zno­szę Janiny. Matka pró­bo­wała mnie zmu­sić, żebym wzięła ją na druhnę, ale kiedy do niej dotarło, że nie ma takiej moż­li­wo­ści, przy­znała, że jeśli już mam wybie­rać mię­dzy dwiema druh­nami a jedną, to ona woli zostać przy jed­nej... Bo wiesz, tak jest bar­dziej har­mo­nij­nie - to jej dokładne słowa.

Prze­wró­ci­łam oczami; cudow­nie, teraz będę musiała sama sta­wić czoła set­kom gości, zapro­szo­nych na cere­mo­nię, nie mając u boku nikogo, kto dzie­liłby moje nie­szczę­sne poło­że­nie.

- Poza tym, wiesz... Przy Lio­nie będzie przed ołta­rzem tylko jeden przy­ja­ciel, więc nie chcę, żeby to dziw­nie wyglą­dało, a tak zacho­wamy ide­alne pro­por­cje.

Zanim dotarł do mnie sens słów przy­ja­ciółki, ciszę prze­szył dźwięk blen­dera, zagłu­sza­jąc moje myśli.

Chwila moment... jeden przy­ja­ciel i jedna przy­ja­ciółka przy ołta­rzu...

- Jenna! - wykrzyk­nę­łam, zry­wa­jąc się z miej­sca. Przy­ja­ciółka wpa­try­wała się upar­cie w kubek blen­dera. Bez skru­pu­łów wyłą­czy­łam jej tego grata i zmu­si­łam, by na mnie spoj­rzała. - Jestem świad­kową, prawda?

Jenna miała poczu­cie winy wypi­sane na twa­rzy.

- Prze­pra­szam, Noah, ale skoro Lion nie ma ojca, to musia­łaś się spo­dzie­wać, że Nick będzie jego świad­kiem. Chyba rozu­miesz, że nie chcia­łam, by moja matka była moją świad­kową, skoro nie może jej towa­rzy­szyć ojciec Liona. Uzna­łam, że to byłoby nie w porządku, dla­tego wła­śnie posta­no­wi­li­śmy, że naszymi świad­kami powinni być nasi naj­lepsi przy­ja­ciele.

Zaci­snę­łam powieki.

- Czy ty wiesz, o co mnie pro­sisz?

Będę musiała nie tylko wejść do kościoła razem z Nicho­la­sem, ale na doda­tek wspól­nie z nim czu­wać nad tym, by wszystko poszło zgod­nie z pla­nem; będę musiała go oglą­dać nie tylko w kościele, ale też na pró­bach przed ślu­bem.

Nie mia­łam o tym wszyst­kim poję­cia, bo myśla­łam, że Jenna wybrała świad­kową już wcze­śniej i byłam pogo­dzona jedy­nie z myślą, że zoba­czę Nicka na odle­głość. OK, mie­li­śmy być w jed­nym pomiesz­cze­niu, ale bez koniecz­no­ści wcho­dze­nia w inte­rak­cje; a teraz oka­zuje się, że mamy dzia­łać ramię w ramię w cza­sie całej cere­mo­nii i przy­ję­cia wesel­nego.

Jenna wzięła mnie za ręce i popa­trzyła mi w oczy.

- To tylko parę dni, Noah - powie­działa, sta­ra­jąc się tchnąć we mnie spo­kój, jakby były na to jakieś szanse.... - Co było, to było, minęło wiele mie­sięcy... Wszystko wróci na swoje miej­sce, zoba­czysz.

Co było, to było...

Wie­dzia­łam tylko o jed­nym z nas, dla któ­rego co było, to było. Tym­cza­sem ja trzy­ma­łam się przy życiu jedy­nie dzięki krót­kim hau­stom powie­trza, które uda­wało mi się zła­pać, kiedy - od czasu do czasu - wypły­wa­łam na powierzch­nię.

3

Nick

Spoj­rza­łem na zegar, stał na biurku w moim gabi­ne­cie. Była czwarta rano, a mnie nie udało się zmru­żyć oka. Mój umysł przez cały czas zaj­mo­wał się tym, co ma się wyda­rzyć za kilka dni. Szlag... wie­dzia­łem, że ją zoba­czę.

Trzy­ma­łem w ręku prze­klęte zapro­sze­nie na ślub. W tej chwili nie było na świe­cie niczego, co nie­na­wi­dził­bym bar­dziej niż tę głu­pią cere­mo­nię, pod­czas któ­rej dwie osoby przy­się­gają sobie miłość aż po grób. Co za idio­tyzm!?

Zgo­dzi­łem się być świad­kiem, bo nie chcia­łem wyjść na palanta, który odma­wia przy­ja­cie­lowi, wie­dząc, że ten nie ma ojca, a jego brata, Luca - recy­dy­wi­sty, mogą w ogóle nie wpu­ścić do kościoła. Ale w miarę jak zbli­żał się ten dzień, mój humor sta­wał się coraz gor­szy, a ja coraz bar­dziej ner­wowy.

Nie chcia­łem jej widzieć... Roz­ma­wia­łem z Jenną, kaza­łem jej wybie­rać: albo ona, albo ja. A chwilę potem Lion pra­wie mi sko­pał tyłek za to, że posta­wi­łem takie ulti­ma­tum jego narze­czo­nej.

Mia­łem tysiąc i jeden wymó­wek, dla­czego nie mogę być obecny, ale żadna z nich nie mogła uspra­wie­dli­wić zawodu, jaki spra­wił­bym dwójce moich naj­lep­szych przy­ja­ciół.

Wsta­łem z fotela i pod­sze­dłem do olbrzy­miego okna, uka­zu­ją­cego nie­sa­mo­witą pano­ramę Nowego Jorku. Tutaj, sto­jąc na sześć­dzie­sią­tym dru­gim pię­trze, czu­łem się tak daleko od wszyst­kich... Tak daleko od kogo­kol­wiek, że moje ciało ogar­nęło lodo­wate zimno. Oto kim byłem: górą lodową.

Te dzie­sięć mie­sięcy było kosz­ma­rem, zstą­pi­łem do pie­kieł, sam to zro­bi­łem, spa­li­łem się i odro­dzi­łem z popio­łów jako ktoś zupeł­nie inny.

Skoń­czyły się uśmie­chy, skoń­czyły marze­nia, skoń­czyły się wszel­kie uczu­cia, poza fizycz­nym pożą­da­niem. Sto­jąc tu, daleko od świata, czu­łem, że jestem swoim wła­snym wię­zie­niem, tylko swoim wła­snym.

Usły­sza­łem zbli­ża­jące się kroki, coraz bli­żej za moimi ple­cami. Po chwili od tyłu objęło mnie czy­jeś ramię. Nawet się nie wzdry­gną­łem, nie czu­łem już nic, po pro­stu trwa­łem.

- Dla­czego nie wró­cisz do łóżka? - to był głos tej dziew­czyny, którą pozna­łem zale­d­wie parę godzin temu w jed­nej z naj­lep­szych restau­ra­cji w mie­ście.

Moje życie spro­wa­dzało się do jed­nej tylko rze­czy: pracy. Pra­co­wa­łem jak wół, zara­bia­łem coraz wię­cej i pra­co­wa­łem jesz­cze cię­żej.

Minęły tylko dwa mie­siące od rocz­nicy powsta­nia Leister Enter­pri­ses, gdy nagle mój dzia­dek Andrew stwier­dził, że zmę­czył go już ten świat, więc chce go opu­ścić. Muszę przy­znać, że w tam­tej chwili, kiedy dosta­łem tele­fon z wia­do­mo­ścią o jego śmierci, pozwo­li­łem sobie w końcu na roz­pacz. Kiedy ode­brano mi czło­wieka, któ­rego kocha­łem, zro­zu­mia­łem, że życie jest strasz­nym gów­nem: odda­jesz komuś swoje serce, zosta­wiasz mu je, żeby się o nie trosz­czył, a potem widzisz, że nie tylko się nim nie zaj­mo­wał, ale wręcz roz­gniótł je na krwawą mia­zgę. Ludzie, któ­rzy od two­ich naro­dzin mieli cię chro­nić, pew­nego dnia decy­dują się opu­ścić ten świat, nawet cię o tym nie infor­mu­jąc. Zni­kają, a ty zosta­jesz sam, nie rozu­mie­jąc, co się stało, i zada­jąc sobie pyta­nie, dla­czego do tego doszło?

Dzia­dek jed­nak nie odszedł bez śladu, zosta­wił bar­dzo ważny doku­ment, który cał­kiem odmie­nił moje życie.

Zapi­sał wszystko mnie, dosłow­nie wszystko, co zgro­ma­dził. Nie tylko swój dom w Mon­ta­nie i pozo­stałe posia­dło­ści, ale także całość Leister Enter­pri­ses. Ojciec nie dostał nawet kawałka ze spadku. Cho­ciaż nie potrze­bo­wał, był już prze­cież sze­fem jed­nej z naj­lep­szych kan­ce­la­rii adwo­kac­kich w kraju. W każ­dym razie to mnie dzia­dek zosta­wił całe swoje impe­rium, łącz­nie z Leister Cor­po­ra­tion, firmą, która - wraz z przed­się­bior­stwem ojca - domi­no­wała na naro­do­wym rynku finan­sów. Od zawsze pra­gną­łem być czę­ścią świata finan­sów wraz z dziad­kiem, ale ni­gdy nie chcia­łem, żeby wszystko mi spa­dło jak gwiazdka z nieba.

Nagle musia­łem zająć miej­sce, o któ­rym tak marzy­łem. Sta­łem się ofi­cjal­nie panem tego impe­rium, a to wszystko w wieku dwu­dzie­stu czte­rech lat.

Tak bar­dzo pogrą­ży­łem się w pracy, tak sta­ra­łem się udo­wod­nić, że podo­łam, że dam radę poko­nać wszel­kie prze­szkody, że jestem naj­lep­szy, aż w końcu nikt już nie wąt­pił w moje zdol­no­ści. Byłem na szczy­cie... a jed­nak nie mogłem uda­wać, że nie wiem, iż znaj­duję się na dnie.

Odwró­ci­łem się i spoj­rza­łem na ciem­no­włosą dziew­czynę, która zechciała spę­dzić ze mną kilka godzin. Szczu­pła, wysoka, o nie­bie­skich oczach i ide­al­nych pier­siach, ale dla mnie była tylko ład­nym cia­łem. Nawet nie pamię­ta­łem jej imie­nia. Szcze­rze mówiąc, powinna już sobie pójść, jasno jej powie­dzia­łem, że chcę tylko seksu, a jak skoń­czymy, po dżen­tel­meń­sku zamó­wię jej tak­sówkę. Jed­nak teraz, gdy patrzy­łem na nią, już po tym, jak poczu­łem się smutny i wście­kły na myśl, że muszę zmie­rzyć się z sytu­acją, która wypro­wa­dzała mnie z rów­no­wagi, poczu­łem nie­od­partą chęć, aby przy­naj­mniej uwol­nić napię­cie, które nagro­ma­dziło się w moim ciele.

Jej dło­nie wspi­nały się po mojej piersi, pod­czas gdy oczy szu­kały moich.

- Muszę przy­znać, że plotki o tobie nie są prze­sa­dzone - powie­działa, ocie­ra­jąc się o mnie uwo­dzi­ciel­sko.

Chwy­ci­łem ją za nad­garstki i powstrzy­ma­łem jej piesz­czoty.

- Nie obcho­dzi mnie, co o mnie mówią - ucią­łem. - Jest czwarta rano i za pół godziny zamó­wię ci tak­sówkę, więc wyko­rzy­staj czas, jaki ci został.

Mimo moich ostrych słów dziew­czyna się uśmiech­nęła.

- Oczy­wi­ście, panie Leister.

Zaci­sną­łem szczęki i po pro­stu pozwo­li­łem jej kon­ty­nu­ować. Zamkną­łem oczy i dałem się ponieść chwi­lo­wej przy­jem­no­ści, pro­stemu zaspo­ko­je­niu fizycz­nemu, sta­ra­jąc się nie czuć pustki, jaką mia­łem w środku. Seks nie był już taki jak kie­dyś, ale w sumie... to nawet lepiej.

4

Noah

Spo­kój, który dany był nam przez ostat­nie kilka dni, pry­snął wraz z dźwię­kiem budzika. Zadzwo­nił bar­dzo wcze­śnie tam­tego ranka. Spę­dzi­ły­śmy tro­chę czasu w spa Sag Harvor, jedząc świeże owoce morza w malow­ni­czych knajp­kach i sma­żąc się na złoto, jed­no­cze­śnie zapra­co­wu­jąc na zmarszczki w przy­szło­ści.

Amy, orga­ni­za­torka, zosta­wiła nas same, żeby­śmy mogły nacie­szyć się sobą. Potrze­bo­wa­ły­śmy tego. Gdy zostało już tylko kilka dni do ślubu i nie­odwo­łal­nego przy­by­cia licz­nych gości, nie mogły­śmy już dłu­żej odda­wać się dolce far niente.

Jenna sta­wała się coraz bar­dziej ner­wowa, co obja­wiało się tym, że gadała bez ustanku i dzwo­niła do Liona za każ­dym razem, gdy ogar­niał ją nie­po­kój. Po mie­sią­cach przy­go­to­wań do okresu prób­nego Jenna dostała zasłu­żoną pracę jako mene­dżerka oddziału w jed­nym z przed­się­biorstw ojca. Wyda­wało się, że naszej czar­nej owcy w końcu zaczęło się ukła­dać. Lion i Jenna wyba­czyli sobie prze­szłość i byli jesz­cze bar­dziej zako­chani niż na początku.

Tam­tego ranka w końcu zoba­czy­łam jej suk­nię ślubną. Sty­listka przy­je­chała z Amy, żeby Jenna mogła przy­mie­rzyć kre­ację przed ostat­nimi popraw­kami. Muszę przy­znać, że była nie­sa­mo­wita. Góra przy­le­gała do ciała aż po talię, gdzie zaczy­nała się roz­klo­szo­wana spód­nica. Przy­po­mi­nała mi toa­lety gwiazd fil­mo­wych. Matka Jenny razem z jedną z naj­droż­szych sty­li­stek w Los Ange­les zapro­jek­to­wały suk­nię, która na mojej przy­ja­ciółce wyglą­dała cudow­nie.

Zaraz poja­wili się pra­cow­nicy z kwia­tami, mieli ude­ko­ro­wać wej­ście do domu ślub­nymi moty­wami, jak wyja­śniła mi Jenna. Przy­je­chali też ludzie od cate­ringu w spra­wie poczę­stunku, któ­rym mieli być podej­mo­wani przy­ja­ciele i człon­ko­wie rodziny w ciągu dnia. W ogrom­nym ogro­dzie przy­go­to­wy­wane było przy­ję­cie przed­we­selne godne podziwu.

Za dwa dni w salo­nie obok zatoki miała się odbyć próba wła­ści­wego przy­ję­cia wesel­nego. Odpusz­czę sobie opis mojego stanu ner­wów. Nie byłam gotowa na ponowne spo­tka­nie z Nic­kiem, a na pewno nie na to, żeby spę­dzić z nim dwa dni w tym samym domu.

Posia­dłość szybko prze­kształ­ciła się w ludz­kie mro­wi­sko krew­nych i przy­ja­ciół, któ­rzy wciąż przy­jeż­dżali i roz­e­mo­cjo­no­wani pod­cho­dzili do Jenny, żeby dopy­ty­wać ją o szcze­góły doty­czące cere­mo­nii lub po pro­stu kom­ple­men­to­wać wybór sukni i całej oprawy wesela.

Do domu zapro­siła naj­bliż­szych przy­ja­ciół oraz naj­bliż­szą rodzinę, a przede wszyst­kim jej naj­młod­szych człon­ków, bo doro­śli mogli zatrzy­mać się w hote­lach. Tak zapla­no­wano, żeby emo­cje mło­dych gości i pija­tyka, jaką z pew­no­ścią zakoń­czy się wła­ściwe przy­ję­cie weselne, nie zakłó­cały im spo­koju.

Jennę ota­czały kuzynki, a głów­nym wej­ściem w nie­koń­czą­cej się pro­ce­sji wcho­dzili ludzie od cate­ringu. Wła­śnie prze­cho­dzi­łam obok, z zamia­rem wyśli­zgnię­cia się do pokoju na chwilę odpo­czynku, gdy na pod­jeź­dzie zapar­ko­wał zna­jomy samo­chód. Pod­nio­słam rękę i zro­bi­łam z niej daszek, żeby lepiej widzieć. Z samo­chodu wysiadł brat Liona, z tym swoim nie­bez­piecz­nym uśmie­chem, który wyda­wał się wyta­tu­owany.

Obra­cał klu­czyki na palcu i zaczął się we mnie wpa­try­wać, gdy zauwa­żył, że go obser­wuję z ganku.

- Pro­szę, pro­szę, kogo my tu mamy - powie­dział z krzy­wym uśmie­chem, pod­cho­dząc do scho­dów - księż­niczka zagi­niona w akcji.

Wywró­ci­łam oczami. Luca ni­gdy do końca mi się nie podo­bał. Spę­dził wiele lat w wię­zie­niu i według tego, co powie­działa mi Jenna, na­dal mie­szał się w jakieś ciemne sprawki i pako­wał w kło­poty. Potem Lion pró­bo­wał je roz­wią­zy­wać. Bo Lion wła­śnie bar­dzo się zmie­nił, od kiedy ostat­nio go widzia­łam na tych ponu­rych wyści­gach, zakoń­czo­nych jego zerwa­niem z Jenną czy na odwrót. Nick i ja też strasz­nie się pokłó­ci­li­śmy, co jak zwy­kle zakoń­czyło się sek­sem, który nic nie roz­wią­zy­wał, ale za to poma­gał nam zapo­mnieć o nie­unik­nio­nym: że powoli, krok po kroku, nisz­czy­li­śmy się nawza­jem.

- Co tam? - spy­tał, sta­jąc tuż przede mną i zmu­sza­jąc, bym pod­nio­sła na niego wzrok. Jeśli Lion był dużym face­tem, Luca był olbrzy­mem. Jego potężne, wyta­tu­owane ramiona u nor­mal­nych ludzi wywo­ły­wały lęk, ale on był z nich dumny, a mnie w ogóle nie obcho­dziły.

- Wszystko super, Luca, faj­nie cię widzieć - odpar­łam, robiąc krok w tył. Stał zbyt bli­sko, pra­wie przy­kle­jony do mnie. Nie podo­bało mi się to. - Jenna jest w środku, jeśli chcesz się z nią przy­wi­tać.

Popa­trzył nad moim ramie­niem w stronę domu bez zain­te­re­so­wa­nia. Jego zie­lone oczy, iden­tyczne jak u brata, wpa­try­wały się w moje. Zmie­rzył mnie wzro­kiem z góry do dołu, oce­nia­jąc białą sukienkę, a na koniec zmru­żył oczy w uśmie­chu.

- Będzie mnó­stwo czasu, żeby przy­wi­tać się z panną młodą, a jak jeste­śmy przy pan­nach mło­dych i narze­czo­nych... To prawda, że jesteś sin­gielką?

Jego zain­te­re­so­wa­nie moją osobą wypro­wa­dziło mnie nieco z rów­no­wagi. Nie mia­łam ochoty roz­ma­wiać o moim życiu uczu­cio­wym, szcze­gól­nie z kry­mi­na­li­stą, bra­tem naj­lep­szego przy­ja­ciela mojego eks. Luca z pew­no­ścią wie­dział, co zaszło w moim życiu, toteż ochota, żeby uciec stam­tąd i zamknąć się w pokoju, wzro­sła w spo­sób nie­kon­tro­lo­wany.

- Jestem prze­ko­nana, że znasz odpo­wiedź na to pyta­nie - powie­dzia­łam zimno. Przy­po­mniał mi o mojej obec­nej sytu­acji, a to spo­wo­do­wało, że poczu­łam ukłu­cie w klatce pier­sio­wej.

Wła­śnie wtedy poja­wiła się Jenna. Luca został powi­tany nieco cie­plej­szym uśmie­chem niż mój i wziął ją w ramiona, by przy­ci­snąć do swo­jego torsu.

- Cześć, przy­szła szwa­gierko - ode­zwał się, prze­su­wa­jąc dło­nie po jej ciele. - Uty­łaś? Musisz uwa­żać, bo jesz­cze suk­nia na cie­bie nie wej­dzie.

Luca uśmie­chał się, a Jenna obró­ciła się w jego ramio­nach i wyrwała z objęć, posy­ła­jąc mu mor­der­cze spoj­rze­nie.

- Idiota - rzu­ciła i wal­nęła go pię­ścią w ramię.

Odwró­cił się znów do mnie.

- Wła­śnie mia­łem spy­tać Noah, gdzie jest mój pokój... Wiesz, że nie jestem przy­zwy­cza­jony do takich pała­ców jak ten, a jestem zmę­czony po podróży.

Jenna wywró­ciła oczami.

- Tylko ty mogłeś wpaść na pomysł, żeby prze­je­chać cały kraj samo­cho­dem. Nie wiesz, że ist­nieją samo­loty?

Otwo­rzy­łam sze­roko oczy ze zdzi­wie­nia.

- Przy­je­cha­łeś samo­cho­dem z Kali­for­nii?

Przy­tak­nął i popra­wił ple­cak na ramie­niu.

- Uwiel­biam przy­drożne restau­ra­cje - oznaj­mił, wcho­dząc do domu. - Gdzie mam iść?

Jenna odrzu­ciła głowę do tyłu i się zaśmiała. W tym wła­śnie momen­cie zawo­łano ją z kuchni.

- Noah, zapro­wadź go na górę i pokaż mu pokój po pra­wej, ten z bal­ko­nem.

- Ale...

Jenny już nie było, znik­nęła w kory­ta­rzu pro­wa­dzą­cym do kuchni i zosta­wiła mnie samą z Lucą.

- Chodź, księż­niczko, nie będziemy tu stać do jutra.

Poka­za­łam mu pokój i z czy­tel­nym sygna­łem, że chcia­ła­bym stra­cić go wresz­cie z oczu, odwró­ci­łam się. Zamie­rza­łam zamknąć się w swoim pokoju, który był tylko dwoje drzwi dalej, ale Luca zablo­ko­wał mi drogę, sta­jąc mię­dzy mną a drzwiami.

- Chodźmy na plażę - zapro­po­no­wał, a jego wzrok mówił mi, że pod­jął już decy­zję za nas dwoje.

- Nie, dzięki - odpo­wie­dzia­łam, usi­łu­jąc wymi­nąć go i się­gnąć klamki.

- Nie chcę tu sie­dzieć... Chodź, nie bądź uparta, zapra­szam cię na hot doga.

Przy­pa­try­wa­łam mu się, pró­bu­jąc odgad­nąć jego zamiary. Luca był czło­wie­kiem nie­spo­koj­nym. Byłam pewna, że wszy­scy ci goście, któ­rzy cały czas nad­jeż­dżali, stre­so­wali go bar­dziej, niż byłby skłonny to przy­znać.

- Nie chcę hot doga, chcę iść do swo­jego pokoju i poczy­tać w spo­koju, więc prze­puść mnie.

Nie ruszył się nawet o krok.

- Czy­tać? - powtó­rzył to słowo, jakby było obe­lgą. - Poczy­tasz, jak będziesz mar­twa. Chodź, obej­rzymy sobie tę wypa­sioną dziel­nię.

- Luca, nie mogę tak po pro­stu stąd wyjść, Jenna potrze­buje mojej pomocy, w dodatku nie znamy tego miej­sca i szcze­rze mówiąc, nie mam ochoty zgu­bić się z tobą w Hamp­tons.

Zało­żył bejs­bo­lówkę, którą nosił tył na przód, i wpa­try­wał się we mnie inten­syw­nie.

- Zgu­bić się ze mną to naj­lep­sze, co może ci się przy­da­rzyć, ślicz­notko. Ale w tej chwili mnie to nie inte­re­suje. Chcę tylko iść coś zjeść w dobrym towa­rzy­stwie, a twoje nie jest naj­gor­sze, cho­ciaż zacho­wu­jesz się jak obra­żona księż­niczka.

Skrzy­żo­wa­łam ramiona i wła­śnie mia­łam wal­nąć go pię­ścią, tak jak zro­biła to Jenna, ale wybuch­nął śmie­chem. Brzyd­kie słowo nie zdą­żyło się wydo­być z moich ust.

- To żart! Daj spo­kój, chodź, nie bądź sztywna, obie­cuję, że przy­wiozę cię z powro­tem całą i zdrową. Boże, prze­cież nie chcę, żeby Jenna została bez świad­ko­wej.

Grupa krew­nych Jenny wcho­dziła po olbrzy­mich scho­dach i po chwili kory­tarz wypeł­niły oży­wione roz­mowy, dzięki czemu pomysł Luki, żeby wyjść z domu, już mi się nie wyda­wał taki głupi.

- Wyjdę z tobą pod jed­nym warun­kiem - powie­dzia­łam, patrząc mu w oczy bez cie­nia uśmie­chu.

On za to patrzył na mnie z uśmiesz­kiem cwa­niaka.

- Co tylko zechcesz.

- Ja pro­wa­dzę.

Ku memu zdzi­wie­niu Luki w ogóle nie obcho­dziło, że to ja usia­dłam za kół­kiem jego czar­nego błysz­czą­cego mustanga. Prze­ciw­nie, wyda­wało się, że jest zado­wo­lony, mogąc podzi­wiać wybrzeże. Zbli­żał się zachód słońca, wiał lekki, przy­jemny wie­trzyk.

Jecha­li­śmy w ciszy, która w ogóle nam nie prze­szka­dzała. Podo­bała mi się prze­jażdżka bez celu bocz­nymi dro­gami... Wie­dzia­łam, że Luca powstrzy­my­wał przy mnie swoje instynkty. Nie był typem, który wycho­dzi z dziew­czyną tylko po to, żeby miło spę­dzić czas, ale jego zamiary mnie nie obcho­dziły. W końcu po kil­ku­na­stu minu­tach jazdy bez celu, kiedy zaczęło się już ściem­niać, zatrzy­ma­łam się przy budce z hot dogami obok plaży. Wkoło niej stały sto­liki, zajęte przez dwie pary i mał­żeń­stwo z dwoj­giem małych dzieci.

- Głodna jestem - oświad­czy­łam, wyj­mu­jąc klu­czyki ze sta­cyjki.

Uśmiech­nął się i wysiadł z samo­chodu.

- Nie wie­dzia­łem, że umiesz pro­wa­dzić samo­chód z ręczną skrzy­nią bie­gów - sko­men­to­wał. Zdjął bejs­bo­lówkę i prze­je­chał dło­nią po wło­sach ogo­lo­nych pra­wie na zero, po czym z powro­tem zało­żył czapkę, tył na przód.

- Nie znamy się aż tak dobrze, to nor­malne, że nie wie­dzia­łeś.

Pode­szłam do budki. Jedze­nie zwane śmie­cio­wym pach­niało nie­biań­sko. Zamó­wi­łam hot doga ze wszyst­kimi dodat­kami, frytki i colę. Luca wybrał to samo, tylko że zamiast coli - piwo. Wzię­li­śmy jedze­nie i usie­dli­śmy przy jed­nym ze sto­li­ków. Dziw­nie się czu­łam, sie­dząc tam z bra­tem przy­szłego męża mojej naj­lep­szej przy­ja­ciółki. W dodatku - recy­dy­wi­stą o bar­dzo złej opi­nii. Jed­nak musia­łam przy­znać, że do tej pory zacho­wy­wał się dosyć dobrze.

- Raczej nie obcho­dzą cię te różne diety, co? - powie­dział, wska­zu­jąc na mój talerz ocie­ka­jący tłusz­czem.

- Ćwi­czę - odpo­wie­dzia­łam, wgry­za­jąc się w hot doga. Był pyszny.

Przy­tak­nął, odchy­lił się i patrzył na mnie, pocią­ga­jąc piwo.

- Powie­dzia­łaś, że pra­wie się nie znamy, to może zagramy w dwa­dzie­ścia pytań?

Odło­ży­łam hot doga na talerz i odwró­ci­łam na chwilę wzrok.

Uchwy­ci­łam flirt ukryty w jego pro­po­zy­cji, ale jakaś część mojej świa­do­mo­ści wró­ciła do wspo­mnie­nia sprzed lat. Gra­li­śmy w tę głu­pią grę z Nic­kiem, żeby lepiej się poznać. I to wtedy zro­dziła się mię­dzy nami intym­ność. Dopiero co się pozna­wa­li­śmy.

To wspo­mnie­nie spra­wiło, że o mało nie ucie­kłam stam­tąd, żeby zamknąć się w swoim pokoju, z któ­rego w ogóle nie powin­nam była wycho­dzić. Jed­nak zro­bi­łam to, co nale­żało w tych oko­licz­no­ściach: zamknę­łam na chwilę oczy, wzię­łam głę­boki oddech i sku­pi­łam się na czymś innym.

Przede mną sie­dział przy­stojny chło­pak, który zupeł­nie do mnie nie paso­wał, który tylko wniósłby nowe pro­blemy do mojej i tak już skom­pli­ko­wa­nej sytu­acji. Nie wie­dział, że nie­za­leż­nie od tego, co by powie­dział lub zro­bił, ni­gdy nie sprawi, że będę cho­dzić znowu z głową w chmu­rach. Nicho­las Leister potra­fił to spra­wić jed­nym spoj­rze­niem. Cza­sami za tym wła­śnie tęsk­ni­łam naj­bar­dziej: za jego spoj­rze­niem, jego oczami, wpa­tru­ją­cymi się w moje w ten nie­zwy­kły i nie­po­wta­rzalny spo­sób.

Luca poma­chał mi dło­nią przed twa­rzą, żeby wyrwać mnie z transu. Wró­ci­łam do teraź­niej­szo­ści, sku­pi­łam wzrok na nim, na jego tatu­ażach i zie­lo­nych oczach, prze­peł­nio­nych nad­mierną cie­ka­wo­ścią.

- Pozwolę ci zadać mi jedno pyta­nie - odpo­wie­dzia­łam, żeby nie być nie­sym­pa­tyczną.

Uśmiech­nął się, pogła­skał po bro­dzie i pochy­lił nad sto­li­kiem.

- Jeśli mam tylko jedną szansę, będę musiał przejść od razu do rze­czy - stwier­dził.

Popra­wi­łam się na krze­śle, bo poczu­łam się nie­swojo. To chyba był pierw­szy raz od mie­sięcy, kiedy byłam sama z chło­pa­kiem i czu­łam w żołądku nie­przy­jemny ucisk, jak­bym robiła coś złego.

- Wyj­dziesz ze mną jutro wie­czo­rem?

Pyta­nie było jasne, a moja odpo­wiedź jesz­cze jaśniej­sza.

- Nie.

To byłam ja, zwię­zła i wyra­ża­jąca się jasno. Wię­cej, wsta­łam od sto­lika - już mi prze­szła ochota na jedze­nie - ale on chwy­cił mnie za nad­gar­stek, zmu­sza­jąc, bym stała obok niego i patrzyła mu w twarz.

- Dla­czego nie?

- Bo nie mogę.

Spoj­rzał na mnie ze zdzi­wie­niem.

- Nie możesz? Co to w ogóle za odpo­wiedź?

Poru­szy­łam się nie­spo­koj­nie, ale on na­dal trzy­mał mnie za nad­gar­stek.

- Nie chcę - przy­zna­łam, wpa­tru­jąc się w jego prawe ramię.

Minęło kilka sekund, zanim się ode­zwał.

- Rozu­miem... Na­dal go kochasz - bar­dziej stwier­dził, niż zapy­tał. Wyrwa­łam mu rękę i zro­bi­łam krok w tył.

- To nie twoja sprawa, sły­sza­łeś?

Uniósł ręce do góry i się zaśmiał.

- Noah, chcia­łem cię tylko spy­tać, czy pój­dziesz ze mną pobie­gać, OK? To chyba nic złego... Sły­sza­łem, że masz cha­rak­te­rek, ale że aż taki... - moje spoj­rze­nie ostrze­gło go, żeby nie drą­żył tematu. - Kiedy zaj­dzie słońce i nie będzie tak gorąco. Ucie­kli­by­śmy z tego wariat­kowa, jakie tam na pewno będzie jutro. Ma przy­je­chać jesz­cze wię­cej gości. Weź, ja tylko szu­kam pre­tek­stu, żeby uciec z tego domu, nic wię­cej. Prze­stań już się boczyć, możesz się kochać, w kim chcesz, mnie to nic nie obcho­dzi.

Ta prze­mowa spra­wiła, że ponow­nie zasta­no­wi­łam się nad jego prośbą.

Pobie­gać... czemu nie... To nudne, nudne i nie­zbyt intymne zaję­cie, poza tym kto zapra­sza kogoś na wspólne bie­ga­nie z innym zamia­rem niż po pro­stu bie­ga­nie w towa­rzy­stwie? Będę spo­cona i będę wyglą­dać okrop­nie, więc chyba nie ma żad­nego zagro­że­nia...?

- Tylko pobie­gać? - spy­ta­łam i prze­klę­łam się w duchu za ten nie­pewny gło­sik, który w ogóle do mnie nie nale­żał.

Luca lekko uniósł brwi, wypu­ścił mój nad­gar­stek i przy­tak­nął, zmu­sza­jąc pełne wargi do uśmie­chu.

- Tylko pobie­gać.

Wes­tchnę­łam w duchu i usia­dłam, żeby pocze­kać, aż on skoń­czy jeść.

Póź­niej gada­li­śmy o weselu i o jakichś bzdu­rach bez zna­cze­nia, ale mimo to nie mogłam unik­nąć uczu­cia, że odkry­łam się przed nim. Cho­lera, pozwo­li­łam mu zoba­czyć swoją nie­pew­ność, którą od mie­sięcy sta­ra­łam się ukry­wać.

Bra­ko­wało już tylko pół­tora dnia do ślubu. Byli­śmy razem pobie­gać, tak jak mnie o to pro­sił. Ku memu zdzi­wie­niu oka­zało się, że wcale nie było to takie straszne. On zało­żył słu­chawki, ja zało­żyłam swoje i bie­gli­śmy jedno obok dru­giego aż do portu i z powro­tem do domu, plażą. W ten dys­kretny spo­sób ucie­kli­śmy z domu, gdy tam wciąż napły­wali nowi goście i pra­wie wszyst­kie pokoje już się zapeł­niły. Rodzice Jenny poja­wili się poprzed­niego wie­czora i w końcu czu­łam się swo­bod­niej, kiedy zosta­wia­łam przy­ja­ciółkę już nie cał­kiem samą. Jej matka była uro­dzoną gospo­dy­nią i oby­dwoje z mężem wyglą­dali na szczę­śli­wych wśród tylu przy­ja­ciół i krew­nych, któ­rzy przy­byli, by razem świę­to­wać zamąż­pój­ście ich naj­star­szej córki.

W tam­tej chwili byłam na skraju wytrzy­ma­ło­ści fizycz­nej, Luca nale­gał, żeby tym razem zwięk­szyć dystans, ale nogi odma­wiały mi posłu­szeń­stwa. Gro­ziły, że z powro­tem już nie pobie­gną, a co naj­wy­żej pójdą wol­nym kro­kiem.

- Dawaj, do przodu! - zakrzyk­nął ten cwa­nia­czek, bie­gnąc tyłem, żeby móc na mnie patrzeć i jed­no­cze­śnie wyśmie­wać się ze mnie. Poka­za­łam mu środ­kowy palec, ale musia­łam się zatrzy­mać, żeby napić się wody i zła­pać oddech. Za kilka godzin zapad­nie zmrok, mamy wtedy być wyką­pani i odświęt­nie ubrani na kola­cję z resztą gości. Ojciec Jenny zamó­wił cate­ring na te wszyst­kie dni, które miały być jed­nym, nie­koń­czą­cym się ban­kie­tem. W ogro­dzie zain­sta­lo­wano namiot, w któ­rym ser­wo­wano jedze­nie o każ­dej porze dnia i nocy. Dom Tavi­shów stał się pię­cio­gwiazd­ko­wym hote­lem. Wszy­scy wyda­wali się zachwy­ceni.

- Co, wymię­kasz?

Powoli wypu­ści­łam powie­trze i pola­łam sobie głowę wodą. Różowa koszulka, którą mia­łam na sobie, cała się zmo­czyła, ale przy­naj­mniej spłu­ka­łam z sie­bie część potu, który pokry­wał mój brzuch i piersi. Wytar­łam sobie twarz ręką i posta­no­wi­łam wró­cić mar­szem. Zmu­si­łam już swoje ciało do wystar­cza­ją­cego wysiłku tego popo­łu­dnia.

- Sam bie­gnij, zło­mie!

Pokrę­cił głową, zatrzy­mał się i wró­cił do miej­sca, gdzie sta­nę­łam.

- Myśla­łem, że twoja odpor­ność wzro­sła, księż­niczko. Zawio­dłem się na tobie.

- Zamknij się.

Zaczę­li­śmy wspólny marsz chod­ni­kiem w stronę domu Jenny. Szli­śmy dłu­gim wej­ściem pod górę, w oddali szybko zacho­dziło słońce, bar­wiąc niebo na nie­wia­ry­godne kolory.

- Już nie­długo wielki dzień. Dener­wu­jesz się? - spy­tał Luca. Robił wła­śnie to, co ja przed chwilą, czyli wyle­wał sobie na głowę resztkę wody z butelki. Otrzą­snął się. Kro­ple wody zmie­sza­nej z potem spa­dły na moje ciało i twarz. Ode­pchnę­łam go łok­ciem, a on uśmiech­nął się jak idiota...

- To nie ja biorę ślub, Luca - odpar­łam z uda­waną obo­jęt­no­ścią.

Te krót­kie roz­mowy, które odby­li­śmy przez ostat­nie dwa dni, nie pozo­sta­wiały wąt­pli­wo­ści, że pewien temat jest zaka­zany. Cho­ciaż, bio­rąc pod uwagę, że ślub zbli­żał się wiel­kimi kro­kami, rozu­mia­łam jego rosnącą cie­ka­wość.

- Jesteś świad­kową... Masz ważną rolę - stwier­dził, patrząc przed sie­bie.

Nie odpo­wie­dzia­łam, ale ner­wo­wość, którą tłu­mi­łam w sobie w tych dniach, nagle wypeł­zła na powierzch­nię, wykrę­ca­jąc mój żołą­dek na drugą stronę. Nie chcia­łam pytać Jenny, kiedy Nick przy­je­dzie, nie mia­łam nawet pew­no­ści, czy nie pojawi się tuż przed samym ślu­bem... przed samiuś­kim momen­tem, w któ­rym nasi przy­ja­ciele zawrą zwią­zek mał­żeń­ski. Jak dla mnie byłoby tak nawet lepiej: na samą myśl, że mam go ponow­nie zoba­czyć, cała się trzę­słam.

W tym wła­śnie momen­cie obok nas prze­je­chał samo­chód tak szybko, że Luca odsu­nął mnie od jezdni.

- Zło­mie jeden! - krzyk­nął, ale czarny lexus był już tylko ciem­nym punk­tem na końcu drogi.

Poczu­łam coś dziw­nego w żołądku i nagle zapra­gnę­łam już być w domu.

5

Nick

Była szó­sta po połu­dniu, a ja na­dal tkwi­łem w Nowym Jorku. Sekre­tarka, która zarzą­dzała moim kalen­da­rzem, przez pomyłkę umó­wiła mnie z dwoma nadę­tymi dup­kami, któ­rzy tylko zmar­no­wali mój czas.

Musia­łem przez dwie godziny odpo­wia­dać na ich debilne pyta­nia, a kiedy wresz­cie zakoń­czy­łem to spo­tka­nie, zamkną­łem się w gabi­ne­cie. Zer­k­ną­łem na zega­rek i zda­łem sobie sprawę, że dotrę tam póź­niej, niż zamie­rza­łem. Wyru­szać w kie­runku Hamp­tons tuż przed godzi­nami szczytu zakra­wało na sza­leń­stwo, ale nie mogłem już dłu­żej tego odkła­dać.

Steve cze­kał na mnie przy wyj­ściu.

- Nicho­las - powie­dział, prze­chy­la­jąc głowę i bio­rąc ode mnie nie­wielką walizkę.

- Jak sytu­acja na dro­dze, Steve? - zapy­ta­łem, czu­jąc, że wibruje mi tele­fon.

Zigno­ro­wa­łem to i wsia­dłem do samo­chodu, zają­łem przed­nie miej­sce pasa­żera. Potrze­bo­wa­łem paru minut, żeby zamknąć oczy i uspo­koić mętlik, który mia­łem w gło­wie.

- Jak zawsze - odparł Steve, sado­wiąc się za kie­row­nicą i rusza­jąc w stronę wschod­niej czę­ści mia­sta. Mie­li­śmy przed sobą ponad dwie godziny drogi, zakła­da­jąc, że nie będzie aż takiego ruchu.

Steve stał się ostat­nio moją prawą ręką: dbał o to, żebym doje­chał na czas w umó­wione miej­sce, odpo­wia­dał za moje bez­pie­czeń­stwo i poma­gał mi we wszyst­kim, czego aku­rat potrze­bo­wa­łem. Pra­co­wał dla naszej rodziny, odkąd mia­łem sie­dem lat. Jako jedna z nie­wielu osób naprawdę dobrze mnie znał i wie­dział, kiedy można ze mną roz­ma­wiać, a kiedy należy zacho­wać mil­cze­nie. Lepiej niż kto­kol­wiek inny rozu­miał, z czym przyj­dzie mi się zmie­rzyć w naj­bliż­szych dniach. Poczu­łem wdzięcz­ność, kiedy włą­czył muzykę relak­sa­cyjną, nie za wolną, ale też nie­zbyt żwawą, aku­rat w ryt­mie sprzy­ja­ją­cym temu, bym ugrun­to­wy­wał w sobie prze­ko­na­nie, że nie stracę głowy na tym ślu­bie. Tak, zacho­wam kon­trolę nie tylko nad swoim cha­rak­te­rem, ale też nad wszyst­kim, co mogłoby zagro­zić zbu­rze­niem wieży z kości sło­nio­wej. Tej wieży, tak wyso­kiej i nie­do­stęp­nej... nie­do­stęp­nej dla wszyst­kich, a tym bar­dziej - dla niej, w któ­rej zdą­ży­łem się zamknąć.

Po pół­to­rej godziny zatrzy­ma­li­śmy się na tan­ko­wa­nie na jakiejś samot­nej sta­cji ben­zy­no­wej przy dro­dze. Po tym, jak pozwo­li­łem sobie chwilę się zdrzem­nąć, zaczy­na­łem teraz odczu­wać nara­sta­jący nie­po­kój, więc zde­cy­do­wa­łem, że zamie­nimy się miej­scami i ja dalej popro­wa­dzę. Steve wyda­wał się nie mieć nic prze­ciwko. Poza tym poczu­łem nagłą potrzebę roz­mowy o czym­kol­wiek.

Jecha­łem tro­chę szyb­ciej, niż dopusz­czały ogra­ni­cze­nia pręd­ko­ści, gawę­dzi­li­śmy o ostat­nim meczu Knick­sów z Laker­sami i tym spo­so­bem, zanim się zorien­to­wa­li­śmy, już byli­śmy w Hamp­tons.

Wjeż­dża­jąc do tej czę­ści stanu Nowy Jork, z którą wią­za­łem tyle wspo­mnień, poczu­łem mie­sza­ninę emo­cji. Moi rodzice kupili tu dom przy plaży, a wła­ści­wie dostali go w pre­zen­cie ślub­nym. Nie był duży, nie umy­wał się do tutej­szych rezy­den­cji, ale pamię­ta­łem te let­nie mie­siące, które spę­dza­li­śmy w nim wszy­scy troje razem.

Trzeba od razu powie­dzieć, że nie było ich wiele, ale - o ile mnie pamięć nie myli - ten dom był jed­nym z nie­wielu miejsc, w któ­rych byli­śmy rodziną. Ojciec uczył mnie sur­fo­wać na pla­żach w Mon­tauk, a ja sta­ra­łem się robić to jak naj­le­piej, żeby dać mu powód do dumy.

Z głową pełną tych i jesz­cze innych bole­snych wspo­mnień wje­cha­łem na drogę pro­wa­dzącą do domu rodzi­ców Jenny. Po tym, jak ode­szła matka, ojciec co roku przy­wo­ził mnie do Hamp­tons na tydzień, który spę­dza­li­śmy z Tavi­shami. To tam cało­wa­łem się po raz pierw­szy... Boże, byłem taki zde­ner­wo­wany, a Jenna zupeł­nie spo­kojna. Dla niej to był tylko zwy­kły eks­pe­ry­ment, a ja mia­łem ochotę uciec, gdzie pieprz rośnie.

To było pod jed­nym z tych wiel­kich drzew rosną­cych w ogro­dzie na tyłach domu. Bawi­li­śmy się w berka i kiedy ją zła­pa­łem, przy­trzy­mała mnie za koszulę i zmu­siła, bym ukrył się z nią za gru­bym pniem.

- Musisz to zro­bić teraz, Nick; ina­czej będzie już za późno.

W tam­tym momen­cie nie mia­łem zie­lo­nego poję­cia, co ją nagle napa­dło, i dopiero po latach dowie­dzia­łem się, że w cie­niu dokład­nie tego samego drzewa ojciec Jenny oświad­czył się jej matce. Jenna usły­szała o tym wła­śnie tam­tego dnia i dla­tego posta­no­wiła wypu­ścić na świa­tło dzienne tę małą roman­tyczną marzy­cielkę, którą zwy­kle tak upar­cie sta­rała się w sobie tłu­mić. Jej zda­niem ten poca­łu­nek był obrzy­dliwy...

Pogrą­żony w tych wspo­mnie­niach doci­sną­łem pedał gazu. Byłem tak nie­obecny, że spóź­ni­łem się z wdep­nię­ciem hamulca na widok jakiejś pary, która naj­wy­raź­niej wybrała się na prze­chadzkę środ­kiem drogi. Byli ubrani w stroje spor­towe i kiedy samo­chód prze­mknął tuż koło nich, pokry­wa­jąc ich chmurą kurzu tuż za moją szybą, poczu­łem w żołądku nie­przy­jemny ucisk. Spoj­rza­łem w lusterko wsteczne i ucisk prze­szedł w dreszcz.

6

Noah

Wyszłam spod prysz­nica, zosta­wia­jąc za sobą olbrzy­mią chmurę pary wod­nej. Byłam w łazience dłu­żej, niż wypada, ale alter­na­tywą było mieć mię­śnie napięte jak struny gitary.

Wychy­li­łam się przez okno owi­nięta w ręcz­nik i zoba­czy­łam, że w ogro­dzie za domem aż roi się od ludzi. Wszy­scy ubrani byli na biało, co było pomy­słem ojca Jenny. Pomysł pocztą pan­to­flową dotarł do wszyst­kich gości, czego skut­kiem była biała kola­cja w hoł­dzie dla pań­stwa mło­dych.

Kiedy dotar­li­śmy do domu spo­ceni i śmier­dzący, natknę­łam się na zato­pio­nych w uści­sku Liona i Jennę, zaraz przy scho­dach wej­ścio­wych. On zdaje się dopiero przy­je­chał, ona była już gotowa do kola­cji.

Lion ni­gdy nie sko­men­to­wał mojego roz­sta­nia z Nicho­la­sem, wię­cej, sta­now­czo odma­wiał bycia uczest­ni­kiem cze­go­kol­wiek, co miało zwią­zek z naszym zerwa­niem. Była taka chwila, wkrótce po roz­sta­niu, kiedy nale­ga­łam na bied­nego Liona, żeby dał mi nowy numer Nicka. Nie było spo­sobu, żeby go prze­ko­nać, a Jenna sekun­do­wała mu w utrzy­my­wa­niu pozy­cji moż­li­wie neu­tral­nej. Żadne z nich dwojga ni­gdy nie roz­ma­wiało przy mnie o Nicku, chyba że cho­dziło o wspar­cie, kiedy naj­bar­dziej go potrze­bo­wa­łam.

Dla­tego chwile, które spę­dza­łam z Lio­nem, ogra­ni­czyły się do tych, w któ­rych towa­rzy­szył Jen­nie.

Ode­rwa­łam się od okna i zaczę­łam w pośpie­chu ubie­rać. Nie mia­łam żad­nej bia­łej sukienki oprócz pla­żo­wej, dla­tego zało­ży­łam białą spód­nicę, która się­gała nieco powy­żej kolan, i obci­słą koszulkę na ramiącz­kach tego samego koloru. Wytar­łam włosy ręcz­ni­kiem, żeby nie ska­py­wała z nich woda, i zosta­wi­łam je wil­gotne. Bryza wie­jąca od oce­anu wysu­szy je w kilka minut.

Kiedy zeszłam po scho­dach, zmie­rza­jąc pro­sto do ogrodu, gdzie było całe towa­rzy­stwo, dzwo­nek do drzwi zatrzy­mał mnie przy balu­stra­dzie. Jenna była na zewnątrz z przy­ja­ciółmi i rodziną, dom wyda­wał się opusz­czony, nie licząc kel­ne­rów, któ­rzy wcho­dzili do kuchni i z niej wycho­dzili, nio­sąc bie­sia­du­ją­cym w ogro­dzie tace pełne owo­ców morza.

Pode­szłam do drzwi i powta­rza­jąc tę samą sekwen­cję czyn­no­ści, którą wyko­ny­wa­łam, odkąd zaczęli przy­jeż­dżać goście, otwo­rzy­łam i zmu­si­łam usta do powi­tal­nego uśmie­chu.

Uśmiech zamarł mi jed­nak na ustach, kiedy zoba­czy­łam Steve'a, naj­bliż­szego współ­pra­cow­nika Nicka. Wyglą­dał na rów­nie zdzi­wio­nego jak ja, choć już po chwili przy­wi­tał się ze mną kor­dial­nie. Żołą­dek mi się ści­snął, gdy zoba­czy­łam go tak nagle przed sobą, trzy­ma­ją­cego w rękach walizkę z mono­gra­mem.

Serce w pier­siach waliło mi jak osza­lałe, gdyż w tle zoba­czy­łam męż­czy­znę ubra­nego w gar­ni­tur. Wysia­dał z czar­nego lexusa, miał ciemne oku­lary i tele­fon przy­ci­śnięty do lewego ucha. Nick zdjął oku­lary i powie­dział coś oschle oso­bie po dru­giej stro­nie linii. Nasze spoj­rze­nia się spo­tkały, a ja bałam się, że zemdleję.

Był tak odle­gły... Obciął włosy, nie nosił ich już potar­ga­nych, jak zapa­mię­ta­łam z naszych wspól­nych poran­ków. Teraz były krót­kie i przy­cze­sane, co nada­wało mu wygląd poważny, nawet nieco groźny. Gar­ni­tur pod­kre­ślał jego nową rolę przed­się­biorcy. Na jed­nym ramie­niu miał mary­narkę, dwa górne guziki koszuli odpięte i rękawy zawi­nięte powy­żej łok­cia, co pozwa­lało widzieć opa­lone przed­ra­miona, dużo bar­dziej umię­śnione, niż pamię­ta­łam.

To wszystko zauwa­ży­łam w kilka sekund, gdy jego oczy tak inten­syw­nie wpa­try­wały się we mnie, że musia­łam odwró­cić wzrok. Gapi­łam się w pod­łogę, żeby odzy­skać rów­no­wagę po szoku, jaki prze­ży­łam, widząc go znów.

Kiedy ponow­nie pod­nio­słam wzrok, już na mnie nie patrzył. Poże­gnał się z osobą, z którą roz­ma­wiał i scho­wał tele­fon do kie­szeni, a następ­nie pod­szedł do drzwi, w któ­rych sta­łam.

Wstrzy­ma­łam oddech. Nie wie­dzia­łam, co robić, co powie­dzieć, kiedy sta­nął przede mną. Przez te dwie krót­kie sekundy, zanim omi­nął mnie, by wejść do domu, nie oglą­da­jąc się za sie­bie, czu­łam, jak­bym znowu umarła. To zupeł­nie tak, jak­bym mie­sią­cami, latami cho­dziła po pustyni i nagle zoba­czyła przed sobą źró­dło wody..., żeby po chwili zdać sobie sprawę, że to była tylko fata­mor­gana, miraż igra­jący z tą resztką zdro­wego roz­sądku, jaka jesz­cze mi została.

Na szczę­ście poja­wiła się Jenna i mnie ura­to­wała. Dopiero kiedy usły­sza­łam, że Nicho­las i Steve znik­nęli w kory­ta­rzu na górze, mogłam wejść z powro­tem do domu. Pospiesz­nie dołą­czy­łam do innych gości w ogro­dzie. Chcia­łam wmie­szać się w tłum, znik­nąć stam­tąd, chcia­łam, żeby pochło­nęła mnie zie­mia. Żało­wa­łam tego potwor­nego błędu, jaki popeł­ni­łam, przy­jeż­dża­jąc tam. Wiem, Jenna była moją naj­lep­szą przy­ja­ciółką, ale ta sytu­acja mnie prze­ra­stała. Minęło tyle mie­sięcy, a wystar­czyło jedno jego spoj­rze­nie, żebym padła na zie­mię.

Po jakichś dzie­się­ciu minu­tach zoba­czy­łam, jak scho­dzi po scho­dach, gawę­dząc z narze­czo­nymi. Był jedyną osobą, która posta­no­wiła nie dosto­so­wać się do obo­wią­zu­ją­cego bia­łego stroju. Pozo­stał ubrany tak, jak przy­je­chał, w ciemne spodnie od gar­ni­turu i błę­kitną koszulę z pod­wi­nię­tymi ręka­wami, tylko teraz bez kra­wata. Poczu­łam prze­szy­wa­jący ból... Był taki przy­stojny.

Zaraz wmie­szał się w tłum. Wiele osób pode­szło do niego, żeby się przy­wi­tać, a on roz­ma­wiał z każ­dym, trzy­ma­jąc dystans, lecz zacho­wu­jąc się ele­gancko, jak zawsze.

Potem zoba­czy­łam, jak roz­ma­wia z Lucą i Lio­nem, i zro­zu­mia­łam, że jestem tu sama: to nie było moje miej­sce, oni nie byli moimi przy­ja­ciółmi... Tylko Jenna mnie kochała, tego byłam pewna. Zro­biło mi się tak okrop­nie smutno, że musia­łam użyć całej siły woli, żeby się nie roz­pła­kać. Pod­ję­łam decy­zję, że ponie­waż i tak już nic nie mogę zro­bić, a raczej cof­nąć tego, co zro­bi­łam, wezmę się w garść i prze­łknę jakoś wszystko, co do niego czuję. Może czas ule­czył już rany, może prze­stał mnie nie­na­wi­dzić, może będziemy mogli zacho­wy­wać się jak doro­śli i zwra­cać się do sie­bie z sza­cun­kiem... A może nawet kie­dyś zosta­niemy przy­ja­ciółmi?

Wiem, to brzmiało śmiesz­nie, ale wie­dzia­łam, że albo będę w to wie­rzyć, albo rzucę się z bal­konu. Dru­gie roz­wią­za­nie, choć bar­dzo mnie nęciło, z pew­no­ścią nie popra­wi­łoby mojej sytu­acji. Odda­łam się więc roz­mo­wie z gośćmi, by się roz­luź­nić. Jeśli będę się od niego trzy­mać z daleka, nie musi stać się nic złego. Nie będę pod­da­wać wła­snego serca nie­zno­śnym tor­tu­rom.

Rodzice Jenny przed­sta­wili mi przy­ja­ciela rodziny, wspól­nika Grega, który w bar­dzo uprzejmy spo­sób zajął mnie kon­wer­sa­cją na temat moich stu­diów i tego, czym chcę się zaj­mo­wać w przy­szło­ści. Od razu było widać, że to ktoś ważny, dla­tego ucie­szy­łam się, kiedy dał mi swoją wizy­tówkę. Nie mia­łam żad­nego pomy­słu na swoją przy­szłość, toteż im wię­cej mogłam mieć moż­li­wo­ści, tym lepiej.

Nie podej­rze­wa­łam jed­nak, że Lin­coln Baxwell był przy­ja­cie­lem Nicho­lasa Leistera. Gawę­dzi­li­śmy sobie miło, kiedy pan Baxwell pod­niósł rękę, aby zawo­łać kogoś, kto znaj­do­wał się za mną. Kiedy się odwró­ci­łam, przede mną stał Nicho­las.

Przy­wi­tali się uści­skiem dłoni, a kiedy Baxwell zaczął mnie przed­sta­wiać, zauwa­ży­łam pul­su­jącą na szyi Nicka żyłę. Nie­wiele razy widzia­łam go tak spię­tego. Tak więc to ja musia­łam pro­wa­dzić kon­wer­sa­cję.

- Znamy się już, panie Baxwell - powie­dzia­łam, nie­na­wi­dząc sie­bie samej za drże­nie głosu, które zdra­dziło, jak bar­dzo czuję się nie­swojo i nie­pew­nie.

Baxwell uśmiech­nął się i patrzył to na mnie, to na niego. Nicho­las wytrzy­mał moje spoj­rze­nie przez kilka sekund. Zabo­lał mnie ozię­bły spo­sób, w jaki rzu­cił:

- Naprawdę? Znamy się? - spy­tał, nie odry­wa­jąc wzroku od mojej twa­rzy. Dreszcz prze­biegł mi po ple­cach, kiedy znowu usły­sza­łam jego niski głos, który na­dal towa­rzy­szył mi w snach, ten głos, który tyle razy powta­rzał mi "kocham cię", który tyle razy szep­tał mi do ucha czułe słówka.

Jego wzrok hip­no­ty­zo­wał mnie, led­wie mogłam otwo­rzyć usta.

- Przy­po­mi­nasz mi kogoś, kogo, jak mi się wydaje, zna­łem jakiś czas temu... - sko­men­to­wał tonem zim­nym i bez­oso­bo­wym.

Skło­nił głowę w stronę przy­ja­ciela, odwró­cił się i odszedł do innej grupki ludzi.

W mojej gło­wie roz­legł się hałas. To moje serce z hukiem roz­trza­skało się o zie­mię.

Następ­nego dnia obu­dzi­łam się o świ­cie. Pra­wie nie zmru­ży­łam oka przez całą noc, nie mogłam spać... Dzień, w któ­rym wszystko zepsu­łam, ten prze­klęty dzień, kiedy zro­bi­łam coś, czego na­dal nie rozu­miem, znów odtwa­rzał się w mojej gło­wie.

"Nic już nie możesz zro­bić".

"Nie jestem w sta­nie nawet patrzeć ci w twarz".

"To koniec".

W mojej pamięci zapi­sał się wyraz twa­rzy Nicho­lasa, kiedy zro­zu­miał, że zro­bi­łam to z Micha­elem. Nawet nie mogłam w myśli wymó­wić jego imie­nia, żeby nie czuć się winna.

Wsta­łam i szybko się ubra­łam. Chcia­łam wyjść z domu, zanim ktoś wsta­nie i mnie zoba­czy. Nie mia­łam nawet zamiaru powie­dzieć Luce, że idę pobie­gać. Potrze­bo­wa­łam być sama, żeby wszystko prze­my­śleć i uło­żyć to sobie w gło­wie, ale przede wszyst­kim po to, żeby przy­zwy­czaić się do myśli, że w ciągu kolej­nych dni będę musiała patrzeć na Nicho­lasa. Nie tylko patrzeć: będę musiała iść obok niego do ołta­rza.

Bieg dobrze mi zro­bił, czu­łam się świet­nie. Na szczę­ście ranek minął szybko, tak dużo mie­li­śmy do roboty. Zapro­szeni goście sami zaj­mo­wali się sobą, a w ogro­dzie przy­go­to­wy­wano już próbną kola­cję, która miała się odbyć wie­czo­rem.

Prze­klęta kola­cja.

Ze śnia­da­nia się wymknę­łam i od poprzed­niego wie­czoru nie widzia­łam Nicho­lasa ani Steve'a. W tym momen­cie cze­ka­łam wraz z rodzi­cami Jenny, aż ona w końcu zej­dzie z Lio­nem, żeby­śmy poje­chali do win­nicy, gdzie miał się odbyć ślub. Te osoby, które brały udział w cere­mo­nii, miały zro­bić próbę wej­ścia; musie­li­śmy to zała­twić, zanim się ściemni.

Kiedy Jenna i Lion scho­dzili po scho­dach, w drzwiach wej­ścio­wych poja­wił się Nick, ubrany na luzaka w dżinsy i białą koszulę. Nie wiem, co robił przez cały ranek i pół popo­łu­dnia, ale było jasne jak słońce, że jego nad­rzęd­nym celem było uni­ka­nie mnie.

- Naresz­cie, Nick! Już się zasta­na­wia­łam, co się z tobą stało - powie­działa zanie­po­ko­jona matka panny mło­dej. Pode­szła do niego i poca­ło­wała go w poli­czek. Nick uśmiech­nął się pół­gęb­kiem w odpo­wie­dzi na ten miły gest. Na­dal był bar­dzo spięty, obra­cał klu­czyki od samo­chodu mię­dzy pal­cami.

Jenna dziw­nie na niego spoj­rzała, a mnie znowu zro­biło się nie­do­brze. Cho­lera, to sta­wało się pie­kłem.

Gdy wyszli­śmy z domu, zda­li­śmy sobie sprawę, że jest nas zbyt dużo, aby zmie­ścić się w jed­nym samo­cho­dzie. Rodzice Jenny, matka Liona, kobieta o szcze­rym uśmie­chu, która od razu bar­dzo mi się spodo­bała i od któ­rej dosta­łam tajny prze­pis na cia­sto z jabł­kami, wresz­cie Lion, Jenna i jej kuzyn, który miał nie wię­cej niż pięć lat. Jego zada­niem było poda­wać obrączki. No i Nick, oczy­wi­ście.

W sumie osiem osób. Mogłam się tylko modlić, żeby nie umie­ścili mnie w jed­nym samo­cho­dzie z Nic­kiem, ale na nic to się zdało. Rodzice Jenny i matka Liona poszli do mer­ce­desa, który stał obok innych samo­cho­dów. Wpa­try­wa­łam się w Jennę, która wzięła za rękę małego bra­ciszka cio­tecz­nego i pode­szła do mnie z tajem­ni­czą miną.

- Nawet nie pró­buj, Jenna - powie­dzia­łam i zaczę­łam się pocić. Nicho­las dał mi jasno do zro­zu­mie­nia, że nie chce być bli­sko mnie, dla­tego nie mia­łam zamiaru wsiąść z nim do tego samego samo­chodu ani w ogóle odzy­wać się do niego.

Na twa­rzy Jenny malo­wało się poczu­cie winy.

- Tylko Nick ma fote­lik dla dziecka, wiesz, dla Mad­die, a ja muszę jechać z rodzi­cami...

Nicho­las prze­rwał jej, pod­cho­dząc w tej chwili. Zigno­ro­wał mnie i wziął małego Jeremy'ego na ręce, po czym pod­rzu­cił go do góry.

- Jesteś gotowy, żeby być moim dru­gim pilo­tem, mały?

Jeremy zaśmiał się rado­śnie. Nick zła­pał go w pasie i poszedł do swo­jego samo­chodu. Jenna spoj­rzała na mnie, przy­gry­za­jąc wargę.

Pokrę­ci­łam głową i prze­szłam przed nią do lexusa. Nie mia­łam poję­cia, co stało się z jego dżi­pem, ale nie zamie­rza­łam pytać. Usia­dłam z przodu, gdy Nick zapi­nał pasy i włą­czał Jeremy'emu grę na komórce. Sta­ra­łam się odwra­cać uwagę od wła­snych ner­wów na myśl, że zaraz będziemy sami. Jego wczo­raj­szy komen­tarz zwa­lił mnie z nóg. Teraz paliła mnie cie­ka­wość, a jed­no­cze­śnie ogar­niało prze­ra­że­nie, że mam spę­dzić z nim pół godziny w samo­cho­dzie.

Kiedy usiadł na swoim miej­scu, zaczął naci­skać różne guziki przy sta­cyjce i popra­wił lusterko. Po chwili wyje­cha­li­śmy na drogę.

Wkrótce zapach jego wody po gole­niu prze­sy­cał powie­trze w samo­cho­dzie. Pociąg, jaki zawsze do niego czu­łam, znów dał o sobie znać. Boże, mia­łam tego męż­czy­znę sie­dzą­cego obok mnie, tego samego męż­czy­znę, któ­rego kocha­łam naj­bar­dziej na świe­cie... Umie­ra­łam z chęci, by go cho­ciaż dotknąć, żeby go poca­ło­wać, potrze­bo­wa­łam fizycz­nego kon­taktu z nim bar­dziej niż powie­trza. Czu­łam, jak całe moje ciało się roz­pala, zwy­kłe ruchy, jak zmie­nia­nie bie­gów, w jego wyko­na­niu powo­do­wały we mnie wewnętrzne drże­nie... Jego ramiona, jego dłoń od nie­chce­nia trzy­ma­jąca kie­row­nicę, druga na drążku zmiany bie­gów... Cho­lera, dla­czego tak pocią­gał mnie widok męż­czy­zny pro­wa­dzą­cego samo­chód?

Opu­ści­łam szybę, żeby wpu­ścić tro­chę powie­trza, które roz­cień­czy­łoby jego zapach, ale kiedy tylko zaczę­łam ją opusz­czać, on naci­snął guzik po swo­jej stro­nie i zamknął okno. Odwró­ci­łam się do niego.

- Gorąco mi - powie­dzia­łam, po raz pierw­szy od roku zwra­ca­jąc się bez­po­śred­nio do niego. Jesz­cze raz naci­snę­łam guzik, żeby opu­ścić szybę, ale natych­miast zro­zu­mia­łam, że zablo­ko­wał ją.

Bez słowa włą­czył kli­ma­ty­za­cję. Potężny stru­mień lodo­wa­tego powie­trza ude­rzył mnie w twarz. Dobra, to na pewno obniży tem­pe­ra­turę mojego ciała, ale jego zapach na­dal prze­sy­cał każdą część samo­chodu, przez co mia­łam mdło­ści. Poru­szy­łam się nie­spo­koj­nie na skó­rza­nym sie­dze­niu, kiedy zoba­czy­łam kątem oka, że jego spoj­rze­nie nie jest skie­ro­wane na drogę, a na moje gołe nogi.

Zało­ży­łam na sie­bie byle co, ale jed­nak krót­kie spodenki odsła­niały moje nogi i nie umknęło mojej uwagi, jak mocno ści­snął kie­row­nicę chwilę po tym, gdy im się przy­glą­dał.

Przez całą drogę towa­rzy­szyły nam dźwięki gry Jeremy'ego. Wie­dzia­łam, że to jedyna oka­zja, żebym mogła poroz­ma­wiać z nim bez lęku, że wysa­dzi mnie na środku drogi. Z dziec­kiem sie­dzą­cym z tyłu będzie musiał kon­tro­lo­wać swoje pomy­sły... i swoje słowa.

- Nicho­las, chcia­łam ci powie­dzieć...

- Nie obcho­dzi mnie to - prze­rwał mi, skrę­ca­jąc w prze­cznicę, która pro­wa­dziła wzdłuż ogrom­nego jeziora.

Wzię­łam głę­boki oddech. Mia­łam zamiar z nim poroz­ma­wiać.

- Nie możesz przez cały czas mnie igno­ro­wać.

- Nie robię tego.

Spoj­rza­łam na niego. Nie mogłam nie zauwa­żyć ostrego tonu, jakim się do mnie zwra­cał. Nie roz­ma­wia­li­śmy pra­wie od roku, potrze­bo­wa­łam, żeby coś do mnie powie­dział, cokol­wiek, potrze­bo­wa­łam roz­mowy z nim.

- Nie możesz na­dal tak mnie nie­na­wi­dzić.

Na jego ustach poja­wił się gorzki uśmiech.

- Gdy­bym cię nie­na­wi­dził, zna­czy­łoby to, że na­dal coś do cie­bie czuję, Noah, więc nie przej­muj się tym. To, co do cie­bie czuję, to nie nie­na­wiść, ale obo­jęt­ność.

Spoj­rza­łam na jego pro­fil, bar­dzo chcia­łam odna­leźć w jego twa­rzy coś, co zdra­dzi, że kła­mie... Nic nie zna­la­złam.

- Mówisz tak, bo chcesz mnie zra­nić.

- Gdy­bym chciał cię zra­nić, prze­spał­bym się z inną, kiedy byli­śmy razem... A nie, cze­kaj, ty to zro­bi­łaś.

To był cios poni­żej pasa, ale nie mogę powie­dzieć, że na niego nie zasłu­ży­łam.

- Jeśli mamy wyjść żywi z tej sytu­acji, po kilku dniach, które musimy spę­dzić bli­sko sie­bie, powin­ni­śmy ogło­sić coś w rodzaju zawie­sze­nia broni... Nie wytrzy­mam tego, skoro nie możemy nawet prze­by­wać w jed­nym pomiesz­cze­niu.

Nie umia­łam odgad­nąć, o czym myślał, ni­gdy tego nie potra­fi­łam. To było trudne, uda­wało mi się tylko w szcze­gól­nych momen­tach, kiedy byli­śmy ze sobą bli­sko, kiedy łączyła nas intym­ność, jakiej zazna­łam tylko z nim.

- Co pro­po­nu­jesz, Noah? - powie­dział, odwra­ca­jąc się do mnie, żebym widziała wście­kłość w jego spoj­rze­niu. - Mam uda­wać, że nic się nie stało? Mam cię trzy­mać za rękę i uda­wać, że cię kocham?

W ramach odpo­wie­dzi mil­cza­łam. "Uda­wać, że cię kocham...". Jego słowa spra­wiły, że moje, i tak już zra­nione serce, zaczęło moc­niej krwa­wić.

Z tyłu, za nami, nagle zale­gła cisza. Kiedy się odwró­ci­łam, zoba­czy­łam, że Jeremy obser­wuje nas sze­roko roz­war­tymi oczami.

- Ile jesz­cze? - spy­tał, wykrzy­wia­jąc usta w pod­kówkę.

Cho­lera. Nie, pro­szę, niech się tylko teraz nie roz­pła­cze.

- Już nie­da­leko, Jeremy. Chcesz, żebym włą­czył muzykę? - zapro­po­no­wał Nicho­las, jed­no­cze­śnie wycią­ga­jąc rękę do radia. Rap zagrał na cały regu­la­tor.

Dzie­ciak uśmiech­nął się roz­ba­wiony, a ja odwró­ci­łam się i patrzy­łam przed sie­bie. Było jasne, kogo miała uspo­koić ta muzyka.