7
Nick
Noah zawsze działała na mnie jak narkotyk, jak cholerny narkotyk.
Wystarczała sama jej obecność, bym czuł się jak naćpany. Wszystko w niej
wołało mnie, żebym się zbliżył, wszystko w niej sprawiało, że czułem się
jak pieprzony ćpun, czułem się słaby.
Tak wiele mnie kosztowało, żeby się od niej odciąć, tak strasznie bolała
mnie świadomość, że więcej jej nie dotknę, nie pocałuję, że nie będę już
o nią dbał, że nie będzie kobietą mojego życia... Ból przekształcił się w tak wielką nienawiść, że nawet mnie samego to przeraziło; bo przecież
otworzyłem się na nią, oddałem jej serce i duszę, a ona zrobiła mi coś
najgorszego na świecie: zdradziła mnie. Tyle razy myślałem wcześniej o wszystkim, co mogło pójść źle. Jednak nigdy nie przyszło mi do głowy, że
Noah mogłaby pozwolić, by dotknął ją ktokolwiek inny. Nie byłem nawet w stanie myśleć o tym jebanym psychologu. Wystarczyło, by w mojej głowie
pojawiło się jego nazwisko, bym natychmiast wpadł w niepohamowaną
wściekłość.
Ten gnój dotykał mojej dziewczyny, rozbierał ją... Myślę, że właśnie te
obrazy, te niemożliwe do wymazania fakty sprawiły, że całkowicie się
załamałem. Nigdy w życiu nie czułem się tak koszmarnie, nigdy nie byłem
tak nieszczęśliwy... Wokół mnie wyrósł tak wysoki mur, że stałem się
właściwie inną osobą. Nie było już we mnie miejsca na nic, poza
podstawowymi instynktami człowieka pozbawionego duszy. Te resztki uczuć,
które przetrwały, były zarezerwowane dla mojej małej siostry, ale na tym
koniec.
Tak starannie zadbałem o to, by nie musieć więcej oglądać Noah, że
obecna sytuacja wkurzała mnie na maksa. Byłem na nią wściekły..., bo na
sam jej widok znowu zacząłem coś czuć... zacząłem czuć, jak przyspiesza mi
rytm serca, a oddech staje się przerywany. Nienawidziłem tego uczucia,
nienawidziłem wszystkich uczuć: przecież ja już nic nie czułem,
przyzwyczaiłem się do braku emocji. A teraz, kiedy ona znowu się
pojawiła i zaczęła mnie torturować, miałem ochotę pociągnąć ją za sobą
na samo dno mojego piekła.
Miałem ją tuż obok siebie, tak cholernie pociągającą jak zawsze, tak
nieodparcie kuszącą... A na domiar złego moja obecność zdawała się
sprawiać, że kurczyła się w sobie; patrzyła na mnie już bez tego blasku
w oczach, bez tej pewności siebie, które wcześniej towarzyszyły każdemu
jej słowu. Noah, którą miałem teraz przed sobą, też nie była taka jak
kiedyś. Zmieniła się i byłem na siebie wściekły, że budzi we mnie
współczucie, byłem wściekły, widząc, co się z nami stało, i równie
wściekły, że obwiniam o to wszystko ją.
Wysiadła z samochodu, gdy tylko zaparkowałem. Odpięła pasy fotelika
Jeremy'ego, wyjęła go z samochodu i nie oglądając się na mnie, ruszyła w kierunku winnicy. Była ubrana w krótkie spodenki i prostą żółtą bluzkę...
i już zdążyła naruszyć wszystkie moje mechanizmy obronne.
Jej zapach, ten jedyny w swoim rodzaju zapach, który wciąż jeszcze
czasem mi się śnił i sprawiał, że budziłem się z potężną erekcją, a jednocześnie z chęcią, by kogoś zamordować... Ten cholerny zapach
rozchodził się teraz po wszystkich zakamarkach mojego samochodu. A najgorsze i najbardziej irytujące było to, że jakaś część mnie
delektowała się nim jak alkoholik, który po latach abstynencji pociągnie
w końcu pierwszy łyk brandy; do tego stopnia, że nie chciałem nawet
opuścić szyby. Nie byłem w stanie powstrzymać serii obrazów
przepływających przez mój umysł, w których robiłem z nią to wszystko, co
pozwoliłoby mi zaspokoić pożądanie, które we mnie budziła i które budzić
miała już zawsze.
Powiodłem wzrokiem po tym miejscu, w którym mieli się pobrać moi
najlepsi przyjaciele, i poczułem, że trudno mi w to wszystko uwierzyć.
Dowiedziałem się, że Lion oświadczył się Jennie dopiero miesiąc po moim
zerwaniu z Noah. Kumpel ukrył to przede mną jak prawdziwy
profesjonalista i właściwie byłem mu za to wdzięczny. Cieszyłem się ich
szczęściem, ale mimo wszystko czułem, jakby dodatkowo posypywano moje
rany solą.
Winnica Corey Creek była przepiękną scenerią na ślub. Wielokrotnie
odwiedzałem ją wcześniej, żeby powłóczyć się wśród krzewów i kupić
trochę dobrego merlota. Jenna i jej ojciec zabierali mnie ze sobą i pamiętam, jak jeździliśmy tam konno i podpatrywaliśmy z daleka
organizowane tu uroczystości ślubne.
Jeden z właścicieli przyjaźnił się z moim ojcem i z Gregiem, więc
mogliśmy dość swobodnie korzystać z tego miejsca.
Jenna zaraz pokierowała nas, gdzie trzeba. Po drodze przeszliśmy przez
przytulną recepcję z wysokimi drewnianymi słupami i dywanami ze skór
dzikich zwierząt, z pewnością upolowanych przez samego właściciela.
Stały tu lampy naftowe, a wysoko nad naszymi głowami zwieszały się,
nieco przytłaczające, kryształowe żyrandole pająki. Jenna nie
odstępowała na krok jakiejś Azjatki, wyglądającej na zestresowaną, a którą chwilę później przedstawiono mi jako organizatorkę ślubu Amy.
Gdy tylko przeszliśmy na tyły, gdzie znajdowały się winnice, nabrałem
przekonania, że ślub będzie równie wspaniały jak te, które widziałem tam
wcześniej z daleka, a nawet jeszcze piękniejszy.
Przodem do ogromnych, ciągnących się w nieskończoność i skąpanych w lipcowym słońcu winnic, ustawiono ołtarz przystrojony kwiatami.
Siedziska i kwiaty nie były jeszcze do końca porozstawiane, ale mogłem
już wyrobić sobie ogólny obraz, jak to wszystko miało wyglądać.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1
Noah
Dziesięć miesięcy później...
Na lotnisku panował ogłuszający zgiełk: ludzie biegali rozgorączkowani w tę i we w tę, ciągnąc za sobą walizki, dzieciaki i wózki bagażowe.
Wlepiłam wzrok w tablicę nad głową, wypatrując nazwy celu mojej
najbliższej podróży i dokładnej godziny otwarcia bramki. Nie uśmiechało
mi się lecieć tam w pojedynkę, zwłaszcza że nigdy nie przepadałam za
podróżowaniem samolotami. Nie bardzo miałam inną możliwość, w końcu
byłam teraz sama: tylko ja i nikt więcej.
Zerknęłam na zegarek i znów przeniosłam wzrok na tablicę. Dobra, jestem
przed czasem, po przejściu na terminal zdążę jeszcze napić się kawy i chwilę poczytać, a to na pewno pomoże mi się uspokoić. Ruszyłam do
kontroli bezpieczeństwa. Nienawidziłam tego macania, które musiałam
znosić, ilekroć przechodziłam przez wykrywacz metali. Najwyraźniej
zawsze musiałam mieć przy sobie coś, co uruchamia alarm. Ktoś zażartował
sobie kiedyś, że pewnie mam serce z metalu; no nie wiem, w każdym razie
byłoby to jakieś wyjaśnienie moich odwiecznych problemów z wykrywaczami.
Położyłam plecak na taśmociągu, po czym zdjęłam zegarek, bransoletki i wisiorek, który zawsze nosiłam na szyi, choć dawno już powinnam była
przestać. Zgromadziłam to wszystko na tacy razem z komórką i paroma
wyłowionymi z kieszeni monetami.
- Jeszcze buty, proszę pani - znużonym głosem upomniał mnie młody
ochroniarz. Rozumiałam, skąd ten ton: jego praca była definicją słów
"nudny" i "monotonny". Wyobraziłam sobie, że jego umysł musi pogrążać
się w letargu w wyniku powtarzania wciąż tych samych czynności i tych
samych zdań. Postawiłam na tacy moje białe conversy i pogratulowałam
sobie w duchu, że nie założyłam skarpetek z jakimś głupkowatym motywem,
którego musiałabym się teraz wstydzić. Podczas gdy moje rzeczy jechały
na taśmie, ja przeszłam przez wykrywacz, który - a jakże... - od razu
zaczął piszczeć.
- Proszę tutaj stanąć, ramiona i nogi szeroko - poinstruował mnie
chłopak, a ja tylko westchnęłam. - Ma pani przy sobie jakieś metalowe
lub ostre przedmioty albo...?
- Nie mam niczego takiego. Zawsze na mnie trafia, nie mam pojęcia
dlaczego - odparłam, pozwalając, by ochroniarz przeszukał mnie od stóp
do głów. - To pewnie jakaś plomba.
Chłopaka rozbawiła moja odpowiedź, a ja zapragnęłam jedynie, by jak
najszybciej zabrał ode mnie ręce.
Gdy tylko się odsunął, zgarnęłam swoje rzeczy i pognałam do duty free.
"Dzień dobry, są te wielkie toblerone? To ja poproszę". No, choć jeden
plus przebywania na lotnisku. Kupiłam dwie czekolady, włożyłam je do
podręcznej walizki i ruszyłam na poszukiwanie bramki. Lotnisko w Los
Angeles jest ogromne, ale na szczęście moja bramka znajdowała się
względnie niedaleko. Przeszłam przez halę, częściowo wyłożoną
wykładziną, depcząc namalowane na podłodze strzałki i drogowskazy, i mijając napisy, żegnające mnie w kilkudziesięciu językach. Na razie
przybyło jeszcze niewielu pasażerów, więc weszłam do sali bez problemu,
pokazując swój paszport i bilet. Minęłam bramkę, usiadłam, wyciągnęłam
książkę i napoczęłam toblerone.
Sprawy szły więc całkiem nieźle, dopóki nagle spomiędzy kartek nie
wypadł mi na kolana liścik, uruchamiający lawinę wspomnień, które jakiś
czas temu przysięgłam sobie pogrzebać raz na zawsze. Poczułam ucisk w żołądku, a w głowie znów zaczęły wyświetlać mi się tamte obrazy; mój
plan na spokojny dzień odszedł w zapomnienie.
Dziewięć miesięcy wcześniej...
Wiadomość o tym, że Nicholas wyjeżdża, dotarła do mnie okrężną drogą.
Nikt nie wspominał przy mnie o nim choćby słowem i byłam przekonana, że
to on sam musiał wydać tak kategoryczne instrukcje wspólnym znajomym.
Nawet Jenna nie mówiła o Nicku, a przecież wiedziałam, że nieraz się z nim widywała. Jej zatroskany wyraz twarzy wyraźnie sugerował, czego była
świadkiem, ilekroć odwiedzała go z Lionem. Moja przyjaciółka znalazła
się między młotem a kowadłem i była to kolejna rzecz, którą musiałam
dodać do listy swoich przewinień.
Nie udało mi się spotkać z Nicholasem, ale nie musiałam długo czekać na
mało przyjazne działania z jego strony. Ledwie dwa tygodnie po zerwaniu
przysłał mi parę pudeł moich rzeczy. Na widok transportera dla zwierząt,
w którym siedział N, przeżyłam tak druzgocący atak paniki, że kiedy nie
miałam już siły płakać, wylądowałam nieprzytomna w łóżku. Nasz biedny
koteczek... Teraz już tylko mój... Co gorsza, musiałam zostawić go u matki,
bo moja nowa współlokatorka miała koszmarną alergię na sierść kotów.
Trudno było mi się z nim rozstać.
W myślach nazywałam tamten okres "moim czasem mroku", bo tym dokładnie
był: utknęłam w czarnym, pozbawionym światła tunelu, zanurzona w totalnej ciemności, której nie rozjaśniało ani światło kolejno
następujących po sobie dni, ani nocnej lampki przy moim łóżku. Prawie
codziennie miałam ataki paniki, aż w końcu jakaś lekarka wysłała mnie
prosto do psychiatry.
Na początku nie chciałam nawet słyszeć o żadnych psychologach czy
psychiatrach. Ostatecznie chyba mi pomogli, bo zaczęłam wreszcie wstawać
rano z łóżka i wykonywać podstawowe czynności... Funkcjonowałam poprawnie.
Aż do tamtego wieczoru: kiedy zrozumiałam, że jeżeli Nick wyjedzie, to
wszystko okaże się skończone, raz na zawsze.
O jego planowanym wyjeździe dowiedziałam się z jakiejś wymiany zdań
podsłuchanej w uniwersyteckiej kafeterii. Boże, nawet przypadkowe
studentki wiedziały teraz o nim więcej niż ja.
Jakaś dziewczyna plotkująca o moim chłopaku, pardon, o moim byłym
chłopaku, zupełnie nieświadomie poinformowała mnie, że on za parę dni
wyprowadza się do Nowego Jorku.
To właśnie wtedy coś przejęło kontrolę nad moim ciałem, każąc mi wstać i iść wprost do jego mieszkania. Do tej pory starałam się unikać myślenia
o tym miejscu i o wszystkim, co się wydarzyło. Ale przecież nie mogłam
pozwolić mu wyjechać, zwłaszcza zanim porozmawiamy. Po raz ostatni
widziałam go w noc zerwania.
Ręce mi się trzęsły, a nogi miałam tak miękkie, że groziły mi upadkiem
na asfalt, gdy wchodziłam do apartamentowca Nicka. Wsiadłam do windy,
wjechałam na jego piętro i stanęłam przed drzwiami.
Co zamierzałam mu powiedzieć? Co mogłam zrobić, żeby mi wybaczył, żeby
nie wyjeżdżał, żeby znowu mnie kochał?
Nacisnęłam dzwonek, czując, że zaraz zemdleję. Gdy otworzył drzwi,
przepełniały mnie lęk, tęsknota i smutek.
W pierwszej chwili oboje milczeliśmy, jedynie się w siebie wpatrując.
Nie spodziewał się mnie zobaczyć. Co więcej, dałabym sobie rękę uciąć,
że planował wyjechać, nie oglądając się za siebie, i po prostu o mnie
zapomnieć. Nie miałam zamiaru mu tego ułatwiać.
Powietrze zgęstniało od napięcia. Wyglądał powalająco: ciemne dżinsy,
biały T-shirt, lekko zmierzwione włosy... Powiedzieć, że wyglądał
seksownie, to właściwie nic nie powiedzieć - przecież tak właśnie
prezentował się zawsze. Z jedną różnicą: tamto spojrzenie, tamten blask,
który rozświetlał go od środka, ilekroć mnie widział, teraz już wygasł.
Widząc go znowu, tak przystojnego, wysokiego, mojego... poczułam, jakby
ktoś drażnił się ze mną, machając mi przed nosem marchewką, by potem mi
ją zabrać. Czułam się ukarana i pognębiona.
- Po co przyszłaś? - jego twardy i zimny ton wyrwał mnie z otępienia.
- Ja... - wyjąkałam łamiącym się głosem. Co miałam mu powiedzieć? Co
mogłam zrobić, żeby znów spojrzał na mnie tak, jakbym wciąż była jego
światłem, jego nadzieją, jego życiem?
Wyglądało na to, że nie zamierza nawet mnie wysłuchać. Już szykował się,
by zamknąć mi drzwi przed nosem, lecz w tym momencie podjęłam decyzję:
jeśli mam o niego walczyć, to będę walczyć. Nie mogłam pozwolić, by
wyjechał, nie mogłam go stracić, bo byłam pewna, że bez niego nie
przetrwam. To było zbyt bolesne: mieć go przed sobą i nie móc poprosić,
by mnie przytulił i zakończył to cierpienie, zżerające mnie od środka
dzień po dniu. Zrobiłam krok naprzód i, nieproszona, wślizgnęłam się do
środka przez szparę w drzwiach.
- Co ty sobie wyobrażasz? - zapytał, idąc za mną, bo ruszyłam wprost do
salonu. Mieszkanie było nie do poznania: wszędzie pełno pozaklejanych
pudeł, a na sofie i stoliku kawowym - białe prześcieradła. Mimo to
odżyły we mnie wspomnienia naszych wspólnych śniadań, pocałunków
skradzionych na sofie, przytulasów przy oglądaniu filmów... Nick
przygotowujący dla mnie śniadanie, ja wśród poduszek, wzdychająca z rozkoszy w odpowiedzi na jego czułości...
To wszystko obróciło się w nicość.
Właśnie wtedy łzy trysnęły mi z oczy i nie mogąc ich powstrzymać,
zwróciłam się do niego.
- Nie możesz wyjechać - oświadczyłam łamiącym się głosem, jednocześnie
próbując nad sobą zapanować.
- Wynoś się, Noah, nie wciągniesz mnie w to - odparł, stojąc nieruchomo
i zaciskając usta.
Ton jego głosu sprawił, że się wzdrygnęłam, a mój płacz przybrał na
sile. Nie... do cholery, nie zamierzałam się stamtąd wynosić, na pewno nie
bez niego.
- Nick, proszę, ja nie mogę cię stracić - załkałam żałośnie. Moje słowa
nie były szczególnie oryginalne, ale były szczere, całkowicie szczere:
nie mogłam bez niego żyć.
Wydawało mi się, że Nicholas oddycha coraz szybciej; bałam się wywierać
na niego zbyt wielką presję, ale skoro weszłam do jaskini lwa, to nie po
to, by się teraz wycofać.
- Wyjdź stąd.
Komunikat był jasny i zwięzły, ale w końcu miał do czynienia z ekspertką
w buntowaniu się... A ja nie zamierzałam nagle o tym zapomnieć.
- Chcesz powiedzieć, że za mną nie tęsknisz? - spytałam, a głos mi się
załamał. Rozejrzałam się dookoła, po czym znów skoncentrowałam na nim. -
Bo ja ledwo mogę oddychać... Ledwo zwlekam się co rano z łóżka; kładę się
z myślą o tobie, budzę się z tą myślą i nie przestaję za tobą płakać...
Otarłam łzy niecierpliwym gestem, a Nicholas ruszył w moją stronę, choć
wcale nie po to, by mnie uspokoić, a wręcz przeciwnie: jego dłonie mocno
chwyciły mnie za ramiona. Zbyt mocno.
- A wydaje ci się, że co ja niby robię?! - rzucił z wściekłością. -
Rozjebałaś mnie, niech to szlag!
Jego dotyk na mojej skórze, niezależnie od złej intencji tego gestu,
wystarczył, by tchnąć we mnie nowe siły. Tak strasznie tęskniłam za jego
bliskością, że teraz poczułam, jakbym dostała zastrzyk adrenaliny prosto
w serce.
- Przepraszam - powiedziałam, spuszczając głowę, bo czuć jego dotyk to
było jedno, ale widzieć nienawiść w jego pięknych jasnych oczach, to już
zupełnie co innego. - Popełniłam błąd, ogromny i nieodwracalny błąd, ale
nie możemy pozwolić, żeby to nas zniszczyło - podniosłam wzrok, bo
musiałam sprawić, by uwierzył w moje słowa, by zobaczył w moich oczach,
że naprawdę mówię prosto z serca. - Ja nigdy nikogo nie pokocham tak,
jak kocham ciebie.
Te słowa zdawały się go parzyć, bo oderwał dłonie od mojego ciała i odwracając się, rozpaczliwym gestem złapał się za włosy, rozwichrzył je,
po czym znów na mnie popatrzył. Był w kompletnej rozsypce, wyglądał,
jakby toczył najcięższą w życiu bitwę z sobą samym.
Zapadła przedłużająca się cisza.
- Jak mogłaś to zrobić? - zapytał w końcu, a mnie po raz kolejny pękło
serce, gdy usłyszałam jego głos, łamiący się na ostatniej sylabie.
Zrobiłam chwiejny krok naprzód. Mimo że to ja zraniłam jego, teraz
pragnęłam tylko, żeby znów mnie objął, ścisnął mocno w ramionach i uspokoił.
- Ja nawet tego nie pamiętam... - wyznałam drżącym z nerwów głosem. To
była prawda: nic nie pamiętałam, mój umysł zablokował te wspomnienia.
Tamtej nieszczęsnej nocy byłam tak zdruzgotana myślą, że on zrobił
wcześniej to samo, że nie umiałam zatrzymać biegu wypadków i po prostu
pozwoliłam, by to się stało. W tamtej chwili moje życie wydawało mi się
do tego stopnia zrujnowane, że w jakiś sposób po prostu odcięłam się od
swojego ciała i umysłu. - Nie pamiętam niczego, co nie ma związku z tobą. Nick, musisz mi wybaczyć; chcę, żebyś znowu na mnie patrzył tak
jak wcześniej - mój głos zaczął się żałośnie dławić i pękało mi serce,
bo choć miałam go tuż przed sobą, to wiedziałam, że jest jednocześnie
bardzo daleko ode mnie... - Powiedz mi, co mam zrobić, żebyś mi wybaczył...
Spojrzał na mnie z niedowierzaniem, jakbym poprosiła o coś absurdalnego,
jakby z moich ust wydobywały się tylko nieskładne bzdury.
I rzeczywiście poczułam, że gadam bzdury, bo czy ja sama byłabym zdolna
przebaczyć zdradę? Zdradę ze strony Nicka?
Poczułam w piersi koszmarny ból, który wystarczył mi za odpowiedź... Nie,
oczywiście, że nie, na samą myśl o tym miałam ochotę rwać sobie włosy z głowy, byleby tylko wymazać obraz Nicka w ramionach innej kobiety.
Otarłam łzy ramieniem, nagle dotarło do mojej świadomości, że wszystko
stracone. Przez chwilę staliśmy w milczeniu, a ja wiedziałam już, że
muszę stamtąd wyjść, bo nie mogłam znieść poczucia straty.
Łzy spływały mi cicho po policzkach... Wiedziałam, że pożegnamy się w ciszy. Pożegnamy się... Matko Boska, pożegnać się z Nickiem?! Jak to? Jak
można pożegnać na zawsze kogoś, kogo kochasz najmocniej na świecie i kogo tak bardzo potrzebujesz w swoim życiu?
Skierowałam się do wyjścia, ale zanim się przy nim znalazłam, Nick
zastąpił mi drogę i ku mojemu zdumieniu przylgnął ustami do moich ust.
Chwycił mnie za ramiona i przycisnął do siebie. Stałam nieruchomo,
przyjmując ten pocałunek, który był ostatnią rzeczą, jakiej się
spodziewałam.
- Dlaczego, do cholery? - zapytał po chwili, mocno ściskając moje
ramiona.
Ujęłam jego twarz w dłonie, lecz zanim zrozumiałam, co się dzieje, moje
plecy uderzyły o ścianę salonu. On trzymał mnie mocno, podczas gdy jego
usta zdawały się poszukiwać w moich powietrza, którego obojgu nam
brakowało. Desperacko przycisnęłam go do siebie i poczułam jego język, a na ciele dłonie wędrujące ku dołowi. Jednak nagle coś się stało i ruchy
jego ciała, jego pocałunki stały się bardziej napastliwe, jakby
twardsze. Odsunął się, choć wciąż dociskał mnie dłońmi do ściany, tak że
prawie nie mogłam się ruszyć.
- Nie powinno cię tu być - ryknął z wściekłością, a kiedy otworzyłam
oczy, zobaczyłam, że po policzkach spływają mu łzy. Nie widziałam, żeby
tak płakał. Nigdy.
Poczułam, że brakuje mi tchu, że muszę się od niego odsunąć, że sytuacja
nas przerosła i robimy wszystko źle, zupełnie źle. Chciałam pogłaskać go
po policzku i otrzeć te łzy, chciałam mocno go przytulić i tysiąc razy
prosić o przebaczenie. Nie wiem, co wyrażały w tamtej chwili moje oczy,
ale kiedy spojrzałam w oczy Nicka, zobaczyłam, że płonie w nich
wściekłość, wściekłość i ból, głęboki ból, który znałam aż za dobrze.
- Kochałem cię... - wyznał, ukrywając twarz w mojej szyi.
Poczułam, że drży i objęłam go tak, jakbym zamierzała już nigdy nie
wypuścić z ramion. - Niech to szlag, kochałem cię! - tym razem krzyknął,
jednocześnie mi się wyrywając.
Nicholas zrobił krok w tył, popatrzył na mnie, jakby widział mnie po raz
pierwszy w życiu, wbił spojrzenie w podłogę, po czym znów podniósł wzrok
na moją twarz.
- Wyjdź z tego mieszkania i nie waż się wracać.
Zajrzałam mu prosto w oczy i dotarło do mnie, że to koniec. Wciąż lśniły
w nich łzy, ale po miłości nie było śladu, jedynie ten ból, ból i nienawiść. Wchodząc tam, wierzyłam, że mogę go odzyskać, że dzięki mojej
miłość jego miłość również powróci... Jak bardzo się myliłam. Od miłości
do nienawiści tylko krok... Właśnie się o tym przekonałam.
Wtedy widzieliśmy się po raz ostatni.
- Proszę pani - powiedział obok mnie czyjś głos, przywracając mnie do
rzeczywistości.
Podniosłam wzrok i zobaczyłam stewardesę, wpatrującą się we mnie z lekkim zniecierpliwieniem.
- Tak? - zapytałam, wstając, a książka i toblerone zsunęły się z moich
kolan i spadły na podłogę.
- Prawie wszyscy pasażerowie są już na swoich miejscach. Czy mogę
zobaczyć pani kartę pokładową?
Rozejrzałam się dookoła. Cholera, w sali zostałam już tylko ja. Rzuciłam
okiem na dwie stewardesy przyglądające mi się od wyjścia do rękawa,
którym miałam przejść do samolotu. Szlag!
- Przepraszam - złapałam swój plecak, grzebiąc w nim w poszukiwaniu
paszportu oraz karty pokładowej. Dziewczyna wzięła je ode mnie i skierowała się do bramki, a ja ruszyłam za nią. Jeszcze tylko szybkie
spojrzenie za siebie, czy niczego nie zapomniałam.
- Pani miejsce jest na końcu samolotu, po prawej stronie... Życzę miłego
lotu.
Skinęłam głową, ale czułam niepokój w żołądku.
Miałam przed sobą sześciogodzinny lot do Nowego Jorku.
Podróż dłużyła się niemiłosiernie. Poza tym robiło mi się słabo na samą
myśl o upałach, które z pewnością panowały już w Nowym Jorku, bo był
przecież sam środek lata. Naprawdę cieszyłam się, że planowałam raczej
niedługi pobyt, bo cała ta podróż miała tylko jeden konkretny cel.
Po wyjściu z samolotu poszłam od razu do pociągu. Pokonałam odcinek z lotniska do stacji Jamaica, gdzie miałam przesiąść się w kolejny pociąg:
do East Hampton. Nie przestawał mnie bawić fakt, że jadę do takiego
zagłębia snobów, które nigdy wcześniej nie budziło mojego
zainteresowania. Ale co mogłam zrobić, skoro Jenna - ach ta Jenna! -
postanowiła wydać się na bogato. Tak, proszę państwa, organizowała swój
ślub od miesięcy i to właśnie w Hamptons, jak przystało na dzianą
Amerykankę. Jej matka od niepamiętnych czasów miała rezydencję w tej
ekskluzywnej części kraju i spędzali tu rodzinnie prawie każde lato,
więc Jenna kochała to miejsce, było scenerią większości jej
najpiękniejszych wspomnień z dzieciństwa. Surfując trochę po internecie,
zorientowałam się, jaką fortunę warte są tamtejsze domy - przyznaję, że
zbierałam szczękę z podłogi.
Jenna poprosiła, żebym dołączyła do niej tydzień przed ślubem. Był
wtorek, a w niedzielę moja przyjaciółka miała na zawsze porzucić
panieński stan. Wiele osób powtarzało jej, że ślub w wieku dziewiętnastu
lat to czyste szaleństwo, ale czy ktoś właściwie upoważnił nas do
wydawania sądów w kwestii miłości między dwojgiem ludzi? Jeśli oni sami
tego pragnęli i byli pewni swoich uczuć, to do diabła z przyjętymi
konwencjami.
Tym to sposobem wysiadałam teraz na stacji Jamajka. Miałam przed sobą
jeszcze ponaddwugodzinną podróż, w czasie której powinnam przyzwyczajać
się do myśli, że nie tylko wezmę udział w ślubie mojej najlepszej
przyjaciółki, ale przy tej okazji spotkam się też z Nicholasem
Leisterem. I to po dziesięciu miesiącach, bez żadnej wiadomości o nim,
jeśli nie liczyć tych paru rzeczy, które udało mi się wyśledzić w internecie.
Nick miał być świadkiem, a ja jedną z druhen... Piękna kombinacja, nie ma co. Może okaże się, że czas zaleczył rany, może przyszedł już moment wybaczenia... Tego nie wiedziałam, ale jedno było dla mnie jasne: będziemy zmuszeni stanąć ze sobą twarzą w twarz, z czego wyniknie najpewniej trzecia wojna światowa.
2
Noah
Wysiadłam z pociągu chwilę po szóstej wieczorem. Słońce świeciło jeszcze
wysoko nad horyzontem, bo w połowie lipca zachodziło dopiero po
dziewiątej. Przyjemnie było wyjść ze stacji, rozprostować nogi i poczuć
ciepły podmuch nadmorskiej bryzy. Od dawna nie byłam nad morzem i stęskniłam się za nim. Z mojego kampusu były dwie godziny drogi nad
ocean, ale ja za wszelką cenę starałam się unikać wizyt u matki. Nasze
relacje znacznie się pogorszyły i, chociaż minęło już wiele miesięcy,
zupełnie niczego nie udało nam się przez ten czas rozwiązać.
Rozmawiałyśmy sporadycznie, a kiedy zbaczałyśmy na tematy, o których nie
chciałam rozmawiać, natychmiast się rozłączałam.
Jenna czekała na mnie w samochodzie przed dworcem. Na mój widok wysiadła
ze swojego białego kabrioletu i wybiegła mi na spotkanie. Ja też
rzuciłam się do biegu i spotkałyśmy się w połowie drogi. Po dziewczyńsku
padłyśmy sobie w objęcia, skacząc przy tym jak wariatki.
- Przyjechałaś!
- Przyjechałam!
- Biorę ślub!
- Bierzesz ślub!
Obie wybuchnęłyśmy śmiechem, ale w końcu natarczywe klaksony, dochodzące
z zablokowanej przez nas jezdni, kazały nam się rozdzielić.
Wsiadłyśmy do kabrioletu i przyjrzałam się przyjaciółce, która zaczęła
właśnie rozwodzić się nad tym, jak bardzo jest zarobiona i ile jeszcze
mamy do załatwienia, zanim nadejdzie ten wielki dzień. Właściwie
miałyśmy tylko kilka dni dla siebie, bo później zaczynali się zjeżdżać
goście. Najbliżsi przyjaciele mieli zatrzymać się u niej, a pozostali
albo posiadali w Hamptons własne domy - oczywiście przez "domy" rozumiem
tu "nadmorskie rezydencje" - albo zamierzali się zainstalować u mieszkających w okolicy znajomych.
To był jeden z powodów, dla których Jenna wybrała te daty: chciała wziąć
ślub w wakacje, bo połowa jej przyjaciół i znajomych i tak miała być w tym czasie jeśli nie Hamptons, to przynajmniej gdzieś w pobliżu, więc
oszczędzała im tym samym dodatkowych podróży.
- Przygotowałam dla nas mistrzowski plan, Noah: przez najbliższe dni
będziemy tylko smażyć się na plaży, przesiadywać w spa, objadać się
smakołykami i popijać margarity. Zamiast klasycznego wieczoru
panieńskiego marzy mi się taki właśnie chillout.
Skinęłam głową, błądząc wzrokiem po okolicy. Mój Boże, to miejsce było
przecudne! Zupełnie jakbym przeniosła się nagle do siedemnastowiecznych
kolonii. Domki w miasteczku były całe białe, z uroczymi podłużnymi
dachówkami, werandami od frontu i bujanymi fotelami przed wejściem. Tak
bardzo zdążyłam już przywyknąć do nowoczesnego, praktycznego stylu Los
Angeles, że niemal zapomniałam, jak malowniczo potrafi być gdzie
indziej. Gdy wyjeżdżałyśmy z miasteczka, zaczęłam dostrzegać kolejne
okazałe rezydencje, pyszniące się na rozległych posesjach. Jenna
zjechała w jakąś boczną drogę prowadzącą w kierunku morza i ujrzałam w oddali wspaniałe domiszcze, utrzymane w barwach bieli i jasnego brązu.
- Tylko nie mów, że to jest twój dom...
Jenna roześmiała się i wyjęła ze schowka małego pilota. Dotknęła
przycisku i skrzydła ogromnej bramy wjazdowej otworzyły się bezgłośnie.
Rezydencja była rozłożysta i przepiękna.
Cała tutejsza architektura wzniesiona została w stylu kolonialnym, bez
rzucających się w oczy nowoczesnych elementów, a do tego w idealnej
lokalizacji: na terenie przylegającym do morza, którego szum dobiegał
teraz do naszych uszu. Rząd dyskretnych latarni oświetlał drogę
prowadzącą na parking z miejscami dla co najmniej dziesięciu samochodów.
Od frontu białej willi znajdowała się imponująca, wsparta na masywnych
kolumnach, weranda. Ogród cieszył oko soczystą zielenią, jakiej nie
widziałam od dawna, a pośrodku stały dwa ponadstuletnie dęby, które
zdawały się witać nas swoim majestatem.
- Ślub odbędzie się tutaj? O rany, Jenna, tu jest naprawdę cudownie! -
zawołałam, wysiadając z kabrioletu i nie mogąc oderwać wzroku od
wzniosłego piękna tej budowli, choć przecież powinnam już być
przyzwyczajona... No dobrze, mieszkałam wprawdzie przez pewien czas w domu
Leisterów, jednak tutaj było zupełnie inaczej... było magicznie.
- Nie, nie tutaj. Na początku był taki plan, ale tacie bardzo zależy, by
uroczystość odbyła się w miejscu, o którym myśleliśmy już kiedyś: mniej
więcej godzinę drogi stąd leży winnica, do której ojciec zabierał mnie,
kiedy byłam mała. Jeździliśmy tam konno i pamiętam, jak pewnego razu
powiedział mi, że chciałby, abym wzięła tam ślub, bo to miejsce ma w sobie magię. Miałam wtedy dopiero dziesięć lat, ale marzyłam o ślubie
godnym księżniczki. Mój tata o tym nie zapomniał.
- Nie wątpię, że to niesamowite miejsce, skoro przyćmiewa nawet to.
- Tak właśnie jest, będziesz zachwycona. Wiele par się tam pobiera.
Po tej wymianie zdań ruszyłyśmy razem w stronę schodków i pokonałyśmy
dziesięć stopni prowadzących na werandę. Usłyszałam ciche skrzypienie
drewna pod stopami i był to wspaniały, kojący dźwięk.
Wnętrze domu też zaparło mi dech: była to ogromna, prawie pozbawiona
ścian, wypełniona światłem przestrzeń, z dębowym parkietem. Pośrodku
stał komplet kanap, rozmieszczonych wokół nowoczesnego okrągłego
kominka. Dalej znajdowała się biblioteka z niedużymi fotelami uszakami,
a na piętro prowadziły z niej schody, otoczone balustradą, przez którą
można było wyjrzeć na dół.
- Ile osób będzie tu mieszkać, Jenn?
Jenna niedbale rzuciła swój żakiet na kanapę i przeszłyśmy do kuchni.
Ona też była olbrzymia: część zajmowała jadalnia z żółtymi fotelami i niedużym stołem śniadaniowym. Przez wysokie okna widziałam, że
pomieszczenie wychodzi na wielki ogród na tyłach domu, a jeszcze dalej
rozciąga się plaża o idealnie białym piasku, dla której konkurencję
stanowił duży kwadratowy basen.
- Zaraz, niech policzę... w sumie jakieś dziesięć osób, w tym my, Lion i Nick; reszta gości zatrzyma się w innych domach w pobliżu albo w hotelu
w porcie.
Uciekłam wzrokiem za okno, gdy tylko usłyszałam o Nicku, i spokojnie
skinęłam głową, żeby nie dać po sobie poznać, jak bardzo porusza mnie
sam dźwięk jego imienia.
Jednak Jenna i tak zdała sobie z tego sprawę i wyjąwszy z lodówki dwie
butelki piwa imbirowego, zmusiła mnie, bym spojrzała jej w oczy.
- Minęło już dziesięć miesięcy, Noah... Wiem, że to nadal cię boli, i to
również ze względu na was zwlekałam tyle czasu, bo nie mogłabym wyjść za
mąż bez dwojga moich najlepszych przyjaciół u boku, ale... Myślisz, że
dasz radę? To znaczy... Chyba nie jest tak, że...
- Wiem, Jenna... Jasne, nie będę udawać, że mi to zwisa i że mam to już za
sobą, bo to nieprawda. Ale przecież obie wiedziałyśmy, że prędzej czy
później będzie musiało do tego dojść. Przecież w sumie jesteśmy rodziną...
Od początku było tylko kwestią czasu, kiedy będziemy musieli ponownie
spojrzeć sobie w twarz.
Jenna przytaknęła, a ja znów uciekłam wzrokiem przed jej spojrzeniem.
Ludzie musieli widzieć w moich oczach coś, co sprawiało, że rozmawiając
ze mną o Nicku, zachowywali się, jakby chodzili po grząskim gruncie.
Wkurzało mnie to. Umiałam sobie radzić ze swoim bólem, robiłam to od
dawna, to była moja codzienność i nie potrzebowałam, żeby się nade mną
litowano. To ja zrujnowałam nasz związek i dlatego zostałam sama ze
złamanym sercem - to była kara.
Chwilę później Jenna zaprowadziła mnie do mojego pokoju i byłam jej za
to wdzięczna, bo czułam się wykończona. Wyjaśniła mi, jak działa
prysznic, po czym uścisnęła mnie radośnie i wyszła, wołając jeszcze z oddali, żebym lepiej porządnie odpoczęła, bo następnego dnia zaszalejemy
na całego. Uśmiechnęłam się i gdy tylko zniknęła, odkręciłam kran, żeby
wziąć gorącą, relaksującą kąpiel.
Wiedziałam, że najbliższe dni będą trudne i że będę musiała się trzymać
ze względu na Jennę, by nie dać jej po sobie poznać, w jak wielkiej
jestem rozsypce.
W nadchodzącym tygodniu miałam odegrać najbardziej wymagającą rolę w całym moim dotychczasowym życiu... I to nie tylko przed Jenną, ale również
przed Nicholasem. Jeśli on zda sobie sprawę z mojej słabości, to
podepcze mi i serce, i duszę... Z całą pewnością taki właśnie miał zamiar.
Obudziłam się dość wcześnie, chyba dlatego, że wieczorem nie zasunęłam
zasłon. Wyjrzałam przez okno; przywitały mnie morskie fale. Byłam tak
blisko oceanu, że niemal czułam piasek pod stopami.
Pospiesznie włożyłam bikini i wchodząc do kuchni, zobaczyłam, że Jenna
rozmawia z jakąś kobietą, która siedzi naprzeciwko niej, popijając kawę.
Obie uśmiechnęły się na mój widok.
- Noah, wejdź, chcę cię przedstawić - powiedziała Jenna. Wstała i wzięła
mnie pod ramię. Jej towarzyszka była bardzo ładna: miała azjatyckie rysy
i elegancko uczesane kasztanowe włosy. Była... czysta - tak, to słowo
najlepiej ją opisuje. - To jest Amy, nasza wedding plannerka.
Z uśmiechem uścisnęłam jej dłoń.
- Bardzo mi miło.
Amy przyjrzała mi się z aprobatą, po czym wyjęła z torebki jakąś książkę
i zaczęła w niej czegoś szukać, kartkując ją szybko i z wprawą.
- Jenna mówiła mi, że jesteś ładna, ale teraz, gdy cię widzę... Jestem
pewna, że będziesz wyglądać zjawiskowo w sukience druhny.
Uśmiechnęłam się, czując, że policzki oblewa mi rumieniec.
Jenna usiadła obok mnie i wpakowała sobie do ust kawałek tosta.
- Ej, przecież to ja mam być najlepszą laską na tej imprezie - pełnymi
ustami mówiła tak niewyraźnie, że ledwo można ją było zrozumieć.
Wiedziałam, że żartuje. Jenna była tak piękna, że niezależnie, ile
ładnych dziewczyn miała wokół siebie, i tak to zawsze ona wyróżniała się
urodą.
- Spójrz, Noah, to twoja sukienka - powiedziała Amy i pokazała mi
zdjęcie projektu Very Wang. To była przepiękna czerwona kreacja z dekoltem w kształcie litery V, na dwóch cienkich ramiączkach,
krzyżujących się na plecach. Dekolt na plecach też robił wrażenie. -
Podoba ci się?
Jak mogłaby mi się nie podobać?! Kiedy Jenna spytała, czy będę jej
druhną, prawie rozpłakałam się ze wzruszenia, ale zawarłyśmy umowę:
jeśli miałam zostać jej druhną, to ona musiała wybrać sukienkę, w której
nie będę wyglądać jak wielki bezowy tort. I - o rany! - naprawdę
wywiązała się z obietnicy: suknia była nieziemska.
- Kto jeszcze będzie druhną razem ze mną? - zapytałam, wciąż wpatrując
się zafascynowana w sukienkę.
Jenna spojrzała na mnie z uśmiechem.
- Ostatecznie zdecydowałam, że potrzebuję tylko jednej druhny - wyznała,
a ja skamieniałam.
- Czekaj... co?! - wykrzyknęłam z niedowierzaniem. - A twoja kuzynka
Janina, Janora czy jak jej tam...?
Jenna wstała z krzesła i podeszła wprost do lodówki, odwracając się do
mnie plecami. Amy ignorowała nas niewzruszona, a po chwili wstała, żeby
odebrać telefon i przeszła w róg kuchni, żeby lepiej słyszeć.
Jenna wyjęła truskawki oraz mleko i położyła je na blacie - najwyraźniej
zamierzała zrobić sobie koktajl. Wzięła do ręki blender i wzruszyła
ramionami.
- Nie znoszę Janiny. Matka próbowała mnie zmusić, żebym wzięła ją na
druhnę, ale kiedy do niej dotarło, że nie ma takiej możliwości,
przyznała, że jeśli już mam wybierać między dwiema druhnami a jedną, to
ona woli zostać przy jednej... Bo wiesz, tak jest bardziej harmonijnie -
to jej dokładne słowa.
Przewróciłam oczami; cudownie, teraz będę musiała sama stawić czoła
setkom gości, zaproszonych na ceremonię, nie mając u boku nikogo, kto
dzieliłby moje nieszczęsne położenie.
- Poza tym, wiesz... Przy Lionie będzie przed ołtarzem tylko jeden
przyjaciel, więc nie chcę, żeby to dziwnie wyglądało, a tak zachowamy
idealne proporcje.
Zanim dotarł do mnie sens słów przyjaciółki, ciszę przeszył dźwięk
blendera, zagłuszając moje myśli.
Chwila moment... jeden przyjaciel i jedna przyjaciółka przy ołtarzu...
- Jenna! - wykrzyknęłam, zrywając się z miejsca. Przyjaciółka wpatrywała
się uparcie w kubek blendera. Bez skrupułów wyłączyłam jej tego grata i zmusiłam, by na mnie spojrzała. - Jestem świadkową, prawda?
Jenna miała poczucie winy wypisane na twarzy.
- Przepraszam, Noah, ale skoro Lion nie ma ojca, to musiałaś się
spodziewać, że Nick będzie jego świadkiem. Chyba rozumiesz, że nie
chciałam, by moja matka była moją świadkową, skoro nie może jej
towarzyszyć ojciec Liona. Uznałam, że to byłoby nie w porządku, dlatego
właśnie postanowiliśmy, że naszymi świadkami powinni być nasi najlepsi
przyjaciele.
Zacisnęłam powieki.
- Czy ty wiesz, o co mnie prosisz?
Będę musiała nie tylko wejść do kościoła razem z Nicholasem, ale na
dodatek wspólnie z nim czuwać nad tym, by wszystko poszło zgodnie z planem; będę musiała go oglądać nie tylko w kościele, ale też na próbach
przed ślubem.
Nie miałam o tym wszystkim pojęcia, bo myślałam, że Jenna wybrała
świadkową już wcześniej i byłam pogodzona jedynie z myślą, że zobaczę
Nicka na odległość. OK, mieliśmy być w jednym pomieszczeniu, ale bez
konieczności wchodzenia w interakcje; a teraz okazuje się, że mamy
działać ramię w ramię w czasie całej ceremonii i przyjęcia weselnego.
Jenna wzięła mnie za ręce i popatrzyła mi w oczy.
- To tylko parę dni, Noah - powiedziała, starając się tchnąć we mnie
spokój, jakby były na to jakieś szanse.... - Co było, to było, minęło
wiele miesięcy... Wszystko wróci na swoje miejsce, zobaczysz.
Co było, to było...
Wiedziałam tylko o jednym z nas, dla którego co było, to było. Tymczasem
ja trzymałam się przy życiu jedynie dzięki krótkim haustom powietrza,
które udawało mi się złapać, kiedy - od czasu do czasu - wypływałam na
powierzchnię.
3
Nick
Spojrzałem na zegar, stał na biurku w moim gabinecie. Była czwarta rano,
a mnie nie udało się zmrużyć oka. Mój umysł przez cały czas zajmował się
tym, co ma się wydarzyć za kilka dni. Szlag... wiedziałem, że ją zobaczę.
Trzymałem w ręku przeklęte zaproszenie na ślub. W tej chwili nie było na
świecie niczego, co nienawidziłbym bardziej niż tę głupią ceremonię,
podczas której dwie osoby przysięgają sobie miłość aż po grób. Co za
idiotyzm!?
Zgodziłem się być świadkiem, bo nie chciałem wyjść na palanta, który
odmawia przyjacielowi, wiedząc, że ten nie ma ojca, a jego brata, Luca -
recydywisty, mogą w ogóle nie wpuścić do kościoła. Ale w miarę jak
zbliżał się ten dzień, mój humor stawał się coraz gorszy, a ja coraz
bardziej nerwowy.
Nie chciałem jej widzieć... Rozmawiałem z Jenną, kazałem jej wybierać:
albo ona, albo ja. A chwilę potem Lion prawie mi skopał tyłek za to, że
postawiłem takie ultimatum jego narzeczonej.
Miałem tysiąc i jeden wymówek, dlaczego nie mogę być obecny, ale żadna z nich nie mogła usprawiedliwić zawodu, jaki sprawiłbym dwójce moich
najlepszych przyjaciół.
Wstałem z fotela i podszedłem do olbrzymiego okna, ukazującego
niesamowitą panoramę Nowego Jorku. Tutaj, stojąc na sześćdziesiątym
drugim piętrze, czułem się tak daleko od wszystkich... Tak daleko od
kogokolwiek, że moje ciało ogarnęło lodowate zimno. Oto kim byłem: górą
lodową.
Te dziesięć miesięcy było koszmarem, zstąpiłem do piekieł, sam to
zrobiłem, spaliłem się i odrodziłem z popiołów jako ktoś zupełnie inny.
Skończyły się uśmiechy, skończyły marzenia, skończyły się wszelkie
uczucia, poza fizycznym pożądaniem. Stojąc tu, daleko od świata, czułem,
że jestem swoim własnym więzieniem, tylko swoim własnym.
Usłyszałem zbliżające się kroki, coraz bliżej za moimi plecami. Po
chwili od tyłu objęło mnie czyjeś ramię. Nawet się nie wzdrygnąłem, nie
czułem już nic, po prostu trwałem.
- Dlaczego nie wrócisz do łóżka? - to był głos tej dziewczyny, którą
poznałem zaledwie parę godzin temu w jednej z najlepszych restauracji w mieście.
Moje życie sprowadzało się do jednej tylko rzeczy: pracy. Pracowałem jak
wół, zarabiałem coraz więcej i pracowałem jeszcze ciężej.
Minęły tylko dwa miesiące od rocznicy powstania Leister Enterprises, gdy
nagle mój dziadek Andrew stwierdził, że zmęczył go już ten świat, więc
chce go opuścić. Muszę przyznać, że w tamtej chwili, kiedy dostałem
telefon z wiadomością o jego śmierci, pozwoliłem sobie w końcu na
rozpacz. Kiedy odebrano mi człowieka, którego kochałem, zrozumiałem, że
życie jest strasznym gównem: oddajesz komuś swoje serce, zostawiasz mu
je, żeby się o nie troszczył, a potem widzisz, że nie tylko się nim nie
zajmował, ale wręcz rozgniótł je na krwawą miazgę. Ludzie, którzy od
twoich narodzin mieli cię chronić, pewnego dnia decydują się opuścić ten
świat, nawet cię o tym nie informując. Znikają, a ty zostajesz sam, nie
rozumiejąc, co się stało, i zadając sobie pytanie, dlaczego do tego
doszło?
Dziadek jednak nie odszedł bez śladu, zostawił bardzo ważny dokument,
który całkiem odmienił moje życie.
Zapisał wszystko mnie, dosłownie wszystko, co zgromadził. Nie tylko swój
dom w Montanie i pozostałe posiadłości, ale także całość Leister
Enterprises. Ojciec nie dostał nawet kawałka ze spadku. Chociaż nie
potrzebował, był już przecież szefem jednej z najlepszych kancelarii
adwokackich w kraju. W każdym razie to mnie dziadek zostawił całe swoje
imperium, łącznie z Leister Corporation, firmą, która - wraz z przedsiębiorstwem ojca - dominowała na narodowym rynku finansów. Od
zawsze pragnąłem być częścią świata finansów wraz z dziadkiem, ale nigdy
nie chciałem, żeby wszystko mi spadło jak gwiazdka z nieba.
Nagle musiałem zająć miejsce, o którym tak marzyłem. Stałem się
oficjalnie panem tego imperium, a to wszystko w wieku dwudziestu
czterech lat.
Tak bardzo pogrążyłem się w pracy, tak starałem się udowodnić, że
podołam, że dam radę pokonać wszelkie przeszkody, że jestem najlepszy,
aż w końcu nikt już nie wątpił w moje zdolności. Byłem na szczycie... a jednak nie mogłem udawać, że nie wiem, iż znajduję się na dnie.
Odwróciłem się i spojrzałem na ciemnowłosą dziewczynę, która zechciała
spędzić ze mną kilka godzin. Szczupła, wysoka, o niebieskich oczach i idealnych piersiach, ale dla mnie była tylko ładnym ciałem. Nawet nie
pamiętałem jej imienia. Szczerze mówiąc, powinna już sobie pójść, jasno
jej powiedziałem, że chcę tylko seksu, a jak skończymy, po dżentelmeńsku
zamówię jej taksówkę. Jednak teraz, gdy patrzyłem na nią, już po tym,
jak poczułem się smutny i wściekły na myśl, że muszę zmierzyć się z sytuacją, która wyprowadzała mnie z równowagi, poczułem nieodpartą chęć,
aby przynajmniej uwolnić napięcie, które nagromadziło się w moim ciele.
Jej dłonie wspinały się po mojej piersi, podczas gdy oczy szukały moich.
- Muszę przyznać, że plotki o tobie nie są przesadzone - powiedziała,
ocierając się o mnie uwodzicielsko.
Chwyciłem ją za nadgarstki i powstrzymałem jej pieszczoty.
- Nie obchodzi mnie, co o mnie mówią - uciąłem. - Jest czwarta rano i za
pół godziny zamówię ci taksówkę, więc wykorzystaj czas, jaki ci został.
Mimo moich ostrych słów dziewczyna się uśmiechnęła.
- Oczywiście, panie Leister.
Zacisnąłem szczęki i po prostu pozwoliłem jej kontynuować. Zamknąłem oczy i dałem się ponieść chwilowej przyjemności, prostemu zaspokojeniu fizycznemu, starając się nie czuć pustki, jaką miałem w środku. Seks nie był już taki jak kiedyś, ale w sumie... to nawet lepiej.
4
Noah
Spokój, który dany był nam przez ostatnie kilka dni, prysnął wraz z dźwiękiem budzika. Zadzwonił bardzo wcześnie tamtego ranka. Spędziłyśmy
trochę czasu w spa Sag Harvor, jedząc świeże owoce morza w malowniczych
knajpkach i smażąc się na złoto, jednocześnie zapracowując na zmarszczki
w przyszłości.
Amy, organizatorka, zostawiła nas same, żebyśmy mogły nacieszyć się
sobą. Potrzebowałyśmy tego. Gdy zostało już tylko kilka dni do ślubu i nieodwołalnego przybycia licznych gości, nie mogłyśmy już dłużej oddawać
się dolce far niente.
Jenna stawała się coraz bardziej nerwowa, co objawiało się tym, że
gadała bez ustanku i dzwoniła do Liona za każdym razem, gdy ogarniał ją
niepokój. Po miesiącach przygotowań do okresu próbnego Jenna dostała
zasłużoną pracę jako menedżerka oddziału w jednym z przedsiębiorstw
ojca. Wydawało się, że naszej czarnej owcy w końcu zaczęło się układać.
Lion i Jenna wybaczyli sobie przeszłość i byli jeszcze bardziej
zakochani niż na początku.
Tamtego ranka w końcu zobaczyłam jej suknię ślubną. Stylistka
przyjechała z Amy, żeby Jenna mogła przymierzyć kreację przed ostatnimi
poprawkami. Muszę przyznać, że była niesamowita. Góra przylegała do
ciała aż po talię, gdzie zaczynała się rozkloszowana spódnica.
Przypominała mi toalety gwiazd filmowych. Matka Jenny razem z jedną z najdroższych stylistek w Los Angeles zaprojektowały suknię, która na
mojej przyjaciółce wyglądała cudownie.
Zaraz pojawili się pracownicy z kwiatami, mieli udekorować wejście do
domu ślubnymi motywami, jak wyjaśniła mi Jenna. Przyjechali też ludzie
od cateringu w sprawie poczęstunku, którym mieli być podejmowani
przyjaciele i członkowie rodziny w ciągu dnia. W ogromnym ogrodzie
przygotowywane było przyjęcie przedweselne godne podziwu.
Za dwa dni w salonie obok zatoki miała się odbyć próba właściwego
przyjęcia weselnego. Odpuszczę sobie opis mojego stanu nerwów. Nie byłam
gotowa na ponowne spotkanie z Nickiem, a na pewno nie na to, żeby
spędzić z nim dwa dni w tym samym domu.
Posiadłość szybko przekształciła się w ludzkie mrowisko krewnych i przyjaciół, którzy wciąż przyjeżdżali i rozemocjonowani podchodzili do
Jenny, żeby dopytywać ją o szczegóły dotyczące ceremonii lub po prostu
komplementować wybór sukni i całej oprawy wesela.
Do domu zaprosiła najbliższych przyjaciół oraz najbliższą rodzinę, a przede wszystkim jej najmłodszych członków, bo dorośli mogli zatrzymać
się w hotelach. Tak zaplanowano, żeby emocje młodych gości i pijatyka,
jaką z pewnością zakończy się właściwe przyjęcie weselne, nie zakłócały
im spokoju.
Jennę otaczały kuzynki, a głównym wejściem w niekończącej się procesji
wchodzili ludzie od cateringu. Właśnie przechodziłam obok, z zamiarem
wyślizgnięcia się do pokoju na chwilę odpoczynku, gdy na podjeździe
zaparkował znajomy samochód. Podniosłam rękę i zrobiłam z niej daszek,
żeby lepiej widzieć. Z samochodu wysiadł brat Liona, z tym swoim
niebezpiecznym uśmiechem, który wydawał się wytatuowany.
Obracał kluczyki na palcu i zaczął się we mnie wpatrywać, gdy zauważył,
że go obserwuję z ganku.
- Proszę, proszę, kogo my tu mamy - powiedział z krzywym uśmiechem,
podchodząc do schodów - księżniczka zaginiona w akcji.
Wywróciłam oczami. Luca nigdy do końca mi się nie podobał. Spędził wiele
lat w więzieniu i według tego, co powiedziała mi Jenna, nadal mieszał
się w jakieś ciemne sprawki i pakował w kłopoty. Potem Lion próbował je
rozwiązywać. Bo Lion właśnie bardzo się zmienił, od kiedy ostatnio go
widziałam na tych ponurych wyścigach, zakończonych jego zerwaniem z Jenną czy na odwrót. Nick i ja też strasznie się pokłóciliśmy, co jak
zwykle zakończyło się seksem, który nic nie rozwiązywał, ale za to
pomagał nam zapomnieć o nieuniknionym: że powoli, krok po kroku,
niszczyliśmy się nawzajem.
- Co tam? - spytał, stając tuż przede mną i zmuszając, bym podniosła na
niego wzrok. Jeśli Lion był dużym facetem, Luca był olbrzymem. Jego
potężne, wytatuowane ramiona u normalnych ludzi wywoływały lęk, ale on
był z nich dumny, a mnie w ogóle nie obchodziły.
- Wszystko super, Luca, fajnie cię widzieć - odparłam, robiąc krok w tył. Stał zbyt blisko, prawie przyklejony do mnie. Nie podobało mi się
to. - Jenna jest w środku, jeśli chcesz się z nią przywitać.
Popatrzył nad moim ramieniem w stronę domu bez zainteresowania. Jego
zielone oczy, identyczne jak u brata, wpatrywały się w moje. Zmierzył
mnie wzrokiem z góry do dołu, oceniając białą sukienkę, a na koniec
zmrużył oczy w uśmiechu.
- Będzie mnóstwo czasu, żeby przywitać się z panną młodą, a jak jesteśmy
przy pannach młodych i narzeczonych... To prawda, że jesteś singielką?
Jego zainteresowanie moją osobą wyprowadziło mnie nieco z równowagi. Nie
miałam ochoty rozmawiać o moim życiu uczuciowym, szczególnie z kryminalistą, bratem najlepszego przyjaciela mojego eks. Luca z pewnością wiedział, co zaszło w moim życiu, toteż ochota, żeby uciec
stamtąd i zamknąć się w pokoju, wzrosła w sposób niekontrolowany.
- Jestem przekonana, że znasz odpowiedź na to pytanie - powiedziałam
zimno. Przypomniał mi o mojej obecnej sytuacji, a to spowodowało, że
poczułam ukłucie w klatce piersiowej.
Właśnie wtedy pojawiła się Jenna. Luca został powitany nieco cieplejszym
uśmiechem niż mój i wziął ją w ramiona, by przycisnąć do swojego torsu.
- Cześć, przyszła szwagierko - odezwał się, przesuwając dłonie po jej
ciele. - Utyłaś? Musisz uważać, bo jeszcze suknia na ciebie nie wejdzie.
Luca uśmiechał się, a Jenna obróciła się w jego ramionach i wyrwała z objęć, posyłając mu mordercze spojrzenie.
- Idiota - rzuciła i walnęła go pięścią w ramię.
Odwrócił się znów do mnie.
- Właśnie miałem spytać Noah, gdzie jest mój pokój... Wiesz, że nie jestem
przyzwyczajony do takich pałaców jak ten, a jestem zmęczony po podróży.
Jenna wywróciła oczami.
- Tylko ty mogłeś wpaść na pomysł, żeby przejechać cały kraj samochodem.
Nie wiesz, że istnieją samoloty?
Otworzyłam szeroko oczy ze zdziwienia.
- Przyjechałeś samochodem z Kalifornii?
Przytaknął i poprawił plecak na ramieniu.
- Uwielbiam przydrożne restauracje - oznajmił, wchodząc do domu. - Gdzie
mam iść?
Jenna odrzuciła głowę do tyłu i się zaśmiała. W tym właśnie momencie
zawołano ją z kuchni.
- Noah, zaprowadź go na górę i pokaż mu pokój po prawej, ten z balkonem.
- Ale...
Jenny już nie było, zniknęła w korytarzu prowadzącym do kuchni i zostawiła mnie samą z Lucą.
- Chodź, księżniczko, nie będziemy tu stać do jutra.
Pokazałam mu pokój i z czytelnym sygnałem, że chciałabym stracić go
wreszcie z oczu, odwróciłam się. Zamierzałam zamknąć się w swoim pokoju,
który był tylko dwoje drzwi dalej, ale Luca zablokował mi drogę, stając
między mną a drzwiami.
- Chodźmy na plażę - zaproponował, a jego wzrok mówił mi, że podjął już
decyzję za nas dwoje.
- Nie, dzięki - odpowiedziałam, usiłując wyminąć go i sięgnąć klamki.
- Nie chcę tu siedzieć... Chodź, nie bądź uparta, zapraszam cię na hot
doga.
Przypatrywałam mu się, próbując odgadnąć jego zamiary. Luca był
człowiekiem niespokojnym. Byłam pewna, że wszyscy ci goście, którzy cały
czas nadjeżdżali, stresowali go bardziej, niż byłby skłonny to przyznać.
- Nie chcę hot doga, chcę iść do swojego pokoju i poczytać w spokoju,
więc przepuść mnie.
Nie ruszył się nawet o krok.
- Czytać? - powtórzył to słowo, jakby było obelgą. - Poczytasz, jak
będziesz martwa. Chodź, obejrzymy sobie tę wypasioną dzielnię.
- Luca, nie mogę tak po prostu stąd wyjść, Jenna potrzebuje mojej
pomocy, w dodatku nie znamy tego miejsca i szczerze mówiąc, nie mam
ochoty zgubić się z tobą w Hamptons.
Założył bejsbolówkę, którą nosił tył na przód, i wpatrywał się we mnie
intensywnie.
- Zgubić się ze mną to najlepsze, co może ci się przydarzyć, ślicznotko.
Ale w tej chwili mnie to nie interesuje. Chcę tylko iść coś zjeść w dobrym towarzystwie, a twoje nie jest najgorsze, chociaż zachowujesz się
jak obrażona księżniczka.
Skrzyżowałam ramiona i właśnie miałam walnąć go pięścią, tak jak zrobiła
to Jenna, ale wybuchnął śmiechem. Brzydkie słowo nie zdążyło się wydobyć
z moich ust.
- To żart! Daj spokój, chodź, nie bądź sztywna, obiecuję, że przywiozę
cię z powrotem całą i zdrową. Boże, przecież nie chcę, żeby Jenna
została bez świadkowej.
Grupa krewnych Jenny wchodziła po olbrzymich schodach i po chwili
korytarz wypełniły ożywione rozmowy, dzięki czemu pomysł Luki, żeby
wyjść z domu, już mi się nie wydawał taki głupi.
- Wyjdę z tobą pod jednym warunkiem - powiedziałam, patrząc mu w oczy
bez cienia uśmiechu.
On za to patrzył na mnie z uśmieszkiem cwaniaka.
- Co tylko zechcesz.
- Ja prowadzę.
Ku memu zdziwieniu Luki w ogóle nie obchodziło, że to ja usiadłam za
kółkiem jego czarnego błyszczącego mustanga. Przeciwnie, wydawało się,
że jest zadowolony, mogąc podziwiać wybrzeże. Zbliżał się zachód słońca,
wiał lekki, przyjemny wietrzyk.
Jechaliśmy w ciszy, która w ogóle nam nie przeszkadzała. Podobała mi się
przejażdżka bez celu bocznymi drogami... Wiedziałam, że Luca
powstrzymywał przy mnie swoje instynkty. Nie był typem, który wychodzi z dziewczyną tylko po to, żeby miło spędzić czas, ale jego zamiary mnie
nie obchodziły. W końcu po kilkunastu minutach jazdy bez celu, kiedy
zaczęło się już ściemniać, zatrzymałam się przy budce z hot dogami obok
plaży. Wkoło niej stały stoliki, zajęte przez dwie pary i małżeństwo z dwojgiem małych dzieci.
- Głodna jestem - oświadczyłam, wyjmując kluczyki ze stacyjki.
Uśmiechnął się i wysiadł z samochodu.
- Nie wiedziałem, że umiesz prowadzić samochód z ręczną skrzynią biegów
- skomentował. Zdjął bejsbolówkę i przejechał dłonią po włosach
ogolonych prawie na zero, po czym z powrotem założył czapkę, tył na
przód.
- Nie znamy się aż tak dobrze, to normalne, że nie wiedziałeś.
Podeszłam do budki. Jedzenie zwane śmieciowym pachniało niebiańsko.
Zamówiłam hot doga ze wszystkimi dodatkami, frytki i colę. Luca wybrał
to samo, tylko że zamiast coli - piwo. Wzięliśmy jedzenie i usiedliśmy
przy jednym ze stolików. Dziwnie się czułam, siedząc tam z bratem
przyszłego męża mojej najlepszej przyjaciółki. W dodatku - recydywistą o bardzo złej opinii. Jednak musiałam przyznać, że do tej pory zachowywał
się dosyć dobrze.
- Raczej nie obchodzą cię te różne diety, co? - powiedział, wskazując na
mój talerz ociekający tłuszczem.
- Ćwiczę - odpowiedziałam, wgryzając się w hot doga. Był pyszny.
Przytaknął, odchylił się i patrzył na mnie, pociągając piwo.
- Powiedziałaś, że prawie się nie znamy, to może zagramy w dwadzieścia
pytań?
Odłożyłam hot doga na talerz i odwróciłam na chwilę wzrok.
Uchwyciłam flirt ukryty w jego propozycji, ale jakaś część mojej
świadomości wróciła do wspomnienia sprzed lat. Graliśmy w tę głupią grę
z Nickiem, żeby lepiej się poznać. I to wtedy zrodziła się między nami
intymność. Dopiero co się poznawaliśmy.
To wspomnienie sprawiło, że o mało nie uciekłam stamtąd, żeby zamknąć
się w swoim pokoju, z którego w ogóle nie powinnam była wychodzić.
Jednak zrobiłam to, co należało w tych okolicznościach: zamknęłam na
chwilę oczy, wzięłam głęboki oddech i skupiłam się na czymś innym.
Przede mną siedział przystojny chłopak, który zupełnie do mnie nie
pasował, który tylko wniósłby nowe problemy do mojej i tak już
skomplikowanej sytuacji. Nie wiedział, że niezależnie od tego, co by
powiedział lub zrobił, nigdy nie sprawi, że będę chodzić znowu z głową w chmurach. Nicholas Leister potrafił to sprawić jednym spojrzeniem.
Czasami za tym właśnie tęskniłam najbardziej: za jego spojrzeniem, jego
oczami, wpatrującymi się w moje w ten niezwykły i niepowtarzalny sposób.
Luca pomachał mi dłonią przed twarzą, żeby wyrwać mnie z transu.
Wróciłam do teraźniejszości, skupiłam wzrok na nim, na jego tatuażach i zielonych oczach, przepełnionych nadmierną ciekawością.
- Pozwolę ci zadać mi jedno pytanie - odpowiedziałam, żeby nie być
niesympatyczną.
Uśmiechnął się, pogłaskał po brodzie i pochylił nad stolikiem.
- Jeśli mam tylko jedną szansę, będę musiał przejść od razu do rzeczy -
stwierdził.
Poprawiłam się na krześle, bo poczułam się nieswojo. To chyba był
pierwszy raz od miesięcy, kiedy byłam sama z chłopakiem i czułam w żołądku nieprzyjemny ucisk, jakbym robiła coś złego.
- Wyjdziesz ze mną jutro wieczorem?
Pytanie było jasne, a moja odpowiedź jeszcze jaśniejsza.
- Nie.
To byłam ja, zwięzła i wyrażająca się jasno. Więcej, wstałam od stolika
- już mi przeszła ochota na jedzenie - ale on chwycił mnie za
nadgarstek, zmuszając, bym stała obok niego i patrzyła mu w twarz.
- Dlaczego nie?
- Bo nie mogę.
Spojrzał na mnie ze zdziwieniem.
- Nie możesz? Co to w ogóle za odpowiedź?
Poruszyłam się niespokojnie, ale on nadal trzymał mnie za nadgarstek.
- Nie chcę - przyznałam, wpatrując się w jego prawe ramię.
Minęło kilka sekund, zanim się odezwał.
- Rozumiem... Nadal go kochasz - bardziej stwierdził, niż zapytał.
Wyrwałam mu rękę i zrobiłam krok w tył.
- To nie twoja sprawa, słyszałeś?
Uniósł ręce do góry i się zaśmiał.
- Noah, chciałem cię tylko spytać, czy pójdziesz ze mną pobiegać, OK? To
chyba nic złego... Słyszałem, że masz charakterek, ale że aż taki... - moje
spojrzenie ostrzegło go, żeby nie drążył tematu. - Kiedy zajdzie słońce
i nie będzie tak gorąco. Ucieklibyśmy z tego wariatkowa, jakie tam na
pewno będzie jutro. Ma przyjechać jeszcze więcej gości. Weź, ja tylko
szukam pretekstu, żeby uciec z tego domu, nic więcej. Przestań już się
boczyć, możesz się kochać, w kim chcesz, mnie to nic nie obchodzi.
Ta przemowa sprawiła, że ponownie zastanowiłam się nad jego prośbą.
Pobiegać... czemu nie... To nudne, nudne i niezbyt intymne zajęcie, poza tym
kto zaprasza kogoś na wspólne bieganie z innym zamiarem niż po prostu
bieganie w towarzystwie? Będę spocona i będę wyglądać okropnie, więc
chyba nie ma żadnego zagrożenia...?
- Tylko pobiegać? - spytałam i przeklęłam się w duchu za ten niepewny
głosik, który w ogóle do mnie nie należał.
Luca lekko uniósł brwi, wypuścił mój nadgarstek i przytaknął, zmuszając
pełne wargi do uśmiechu.
- Tylko pobiegać.
Westchnęłam w duchu i usiadłam, żeby poczekać, aż on skończy jeść.
Później gadaliśmy o weselu i o jakichś bzdurach bez znaczenia, ale mimo
to nie mogłam uniknąć uczucia, że odkryłam się przed nim. Cholera,
pozwoliłam mu zobaczyć swoją niepewność, którą od miesięcy starałam się
ukrywać.
Brakowało już tylko półtora dnia do ślubu. Byliśmy razem pobiegać, tak
jak mnie o to prosił. Ku memu zdziwieniu okazało się, że wcale nie było
to takie straszne. On założył słuchawki, ja założyłam swoje i biegliśmy
jedno obok drugiego aż do portu i z powrotem do domu, plażą. W ten
dyskretny sposób uciekliśmy z domu, gdy tam wciąż napływali nowi goście
i prawie wszystkie pokoje już się zapełniły. Rodzice Jenny pojawili się
poprzedniego wieczora i w końcu czułam się swobodniej, kiedy zostawiałam
przyjaciółkę już nie całkiem samą. Jej matka była urodzoną gospodynią i obydwoje z mężem wyglądali na szczęśliwych wśród tylu przyjaciół i krewnych, którzy przybyli, by razem świętować zamążpójście ich
najstarszej córki.
W tamtej chwili byłam na skraju wytrzymałości fizycznej, Luca nalegał,
żeby tym razem zwiększyć dystans, ale nogi odmawiały mi posłuszeństwa.
Groziły, że z powrotem już nie pobiegną, a co najwyżej pójdą wolnym
krokiem.
- Dawaj, do przodu! - zakrzyknął ten cwaniaczek, biegnąc tyłem, żeby móc
na mnie patrzeć i jednocześnie wyśmiewać się ze mnie. Pokazałam mu
środkowy palec, ale musiałam się zatrzymać, żeby napić się wody i złapać
oddech. Za kilka godzin zapadnie zmrok, mamy wtedy być wykąpani i odświętnie ubrani na kolację z resztą gości. Ojciec Jenny zamówił
catering na te wszystkie dni, które miały być jednym, niekończącym się
bankietem. W ogrodzie zainstalowano namiot, w którym serwowano jedzenie
o każdej porze dnia i nocy. Dom Tavishów stał się pięciogwiazdkowym
hotelem. Wszyscy wydawali się zachwyceni.
- Co, wymiękasz?
Powoli wypuściłam powietrze i polałam sobie głowę wodą. Różowa koszulka,
którą miałam na sobie, cała się zmoczyła, ale przynajmniej spłukałam z siebie część potu, który pokrywał mój brzuch i piersi. Wytarłam sobie
twarz ręką i postanowiłam wrócić marszem. Zmusiłam już swoje ciało do
wystarczającego wysiłku tego popołudnia.
- Sam biegnij, złomie!
Pokręcił głową, zatrzymał się i wrócił do miejsca, gdzie stanęłam.
- Myślałem, że twoja odporność wzrosła, księżniczko. Zawiodłem się na
tobie.
- Zamknij się.
Zaczęliśmy wspólny marsz chodnikiem w stronę domu Jenny. Szliśmy długim
wejściem pod górę, w oddali szybko zachodziło słońce, barwiąc niebo na
niewiarygodne kolory.
- Już niedługo wielki dzień. Denerwujesz się? - spytał Luca. Robił
właśnie to, co ja przed chwilą, czyli wylewał sobie na głowę resztkę
wody z butelki. Otrząsnął się. Krople wody zmieszanej z potem spadły na
moje ciało i twarz. Odepchnęłam go łokciem, a on uśmiechnął się jak
idiota...
- To nie ja biorę ślub, Luca - odparłam z udawaną obojętnością.
Te krótkie rozmowy, które odbyliśmy przez ostatnie dwa dni, nie
pozostawiały wątpliwości, że pewien temat jest zakazany. Chociaż, biorąc
pod uwagę, że ślub zbliżał się wielkimi krokami, rozumiałam jego rosnącą
ciekawość.
- Jesteś świadkową... Masz ważną rolę - stwierdził, patrząc przed siebie.
Nie odpowiedziałam, ale nerwowość, którą tłumiłam w sobie w tych dniach,
nagle wypełzła na powierzchnię, wykręcając mój żołądek na drugą stronę.
Nie chciałam pytać Jenny, kiedy Nick przyjedzie, nie miałam nawet
pewności, czy nie pojawi się tuż przed samym ślubem... przed samiuśkim
momentem, w którym nasi przyjaciele zawrą związek małżeński. Jak dla
mnie byłoby tak nawet lepiej: na samą myśl, że mam go ponownie zobaczyć,
cała się trzęsłam.
W tym właśnie momencie obok nas przejechał samochód tak szybko, że Luca
odsunął mnie od jezdni.
- Złomie jeden! - krzyknął, ale czarny lexus był już tylko ciemnym
punktem na końcu drogi.
Poczułam coś dziwnego w żołądku i nagle zapragnęłam już być w domu.
5
Nick
Była szósta po południu, a ja nadal tkwiłem w Nowym Jorku. Sekretarka,
która zarządzała moim kalendarzem, przez pomyłkę umówiła mnie z dwoma
nadętymi dupkami, którzy tylko zmarnowali mój czas.
Musiałem przez dwie godziny odpowiadać na ich debilne pytania, a kiedy
wreszcie zakończyłem to spotkanie, zamknąłem się w gabinecie. Zerknąłem
na zegarek i zdałem sobie sprawę, że dotrę tam później, niż zamierzałem.
Wyruszać w kierunku Hamptons tuż przed godzinami szczytu zakrawało na
szaleństwo, ale nie mogłem już dłużej tego odkładać.
Steve czekał na mnie przy wyjściu.
- Nicholas - powiedział, przechylając głowę i biorąc ode mnie niewielką
walizkę.
- Jak sytuacja na drodze, Steve? - zapytałem, czując, że wibruje mi
telefon.
Zignorowałem to i wsiadłem do samochodu, zająłem przednie miejsce
pasażera. Potrzebowałem paru minut, żeby zamknąć oczy i uspokoić mętlik,
który miałem w głowie.
- Jak zawsze - odparł Steve, sadowiąc się za kierownicą i ruszając w stronę wschodniej części miasta. Mieliśmy przed sobą ponad dwie godziny
drogi, zakładając, że nie będzie aż takiego ruchu.
Steve stał się ostatnio moją prawą ręką: dbał o to, żebym dojechał na
czas w umówione miejsce, odpowiadał za moje bezpieczeństwo i pomagał mi
we wszystkim, czego akurat potrzebowałem. Pracował dla naszej rodziny,
odkąd miałem siedem lat. Jako jedna z niewielu osób naprawdę dobrze mnie
znał i wiedział, kiedy można ze mną rozmawiać, a kiedy należy zachować
milczenie. Lepiej niż ktokolwiek inny rozumiał, z czym przyjdzie mi się
zmierzyć w najbliższych dniach. Poczułem wdzięczność, kiedy włączył
muzykę relaksacyjną, nie za wolną, ale też niezbyt żwawą, akurat w rytmie sprzyjającym temu, bym ugruntowywał w sobie przekonanie, że nie
stracę głowy na tym ślubie. Tak, zachowam kontrolę nie tylko nad swoim
charakterem, ale też nad wszystkim, co mogłoby zagrozić zburzeniem wieży
z kości słoniowej. Tej wieży, tak wysokiej i niedostępnej... niedostępnej
dla wszystkich, a tym bardziej - dla niej, w której zdążyłem się
zamknąć.
Po półtorej godziny zatrzymaliśmy się na tankowanie na jakiejś samotnej
stacji benzynowej przy drodze. Po tym, jak pozwoliłem sobie chwilę się
zdrzemnąć, zaczynałem teraz odczuwać narastający niepokój, więc
zdecydowałem, że zamienimy się miejscami i ja dalej poprowadzę. Steve
wydawał się nie mieć nic przeciwko. Poza tym poczułem nagłą potrzebę
rozmowy o czymkolwiek.
Jechałem trochę szybciej, niż dopuszczały ograniczenia prędkości,
gawędziliśmy o ostatnim meczu Knicksów z Lakersami i tym sposobem, zanim
się zorientowaliśmy, już byliśmy w Hamptons.
Wjeżdżając do tej części stanu Nowy Jork, z którą wiązałem tyle
wspomnień, poczułem mieszaninę emocji. Moi rodzice kupili tu dom przy
plaży, a właściwie dostali go w prezencie ślubnym. Nie był duży, nie
umywał się do tutejszych rezydencji, ale pamiętałem te letnie miesiące,
które spędzaliśmy w nim wszyscy troje razem.
Trzeba od razu powiedzieć, że nie było ich wiele, ale - o ile mnie
pamięć nie myli - ten dom był jednym z niewielu miejsc, w których
byliśmy rodziną. Ojciec uczył mnie surfować na plażach w Montauk, a ja
starałem się robić to jak najlepiej, żeby dać mu powód do dumy.
Z głową pełną tych i jeszcze innych bolesnych wspomnień wjechałem na
drogę prowadzącą do domu rodziców Jenny. Po tym, jak odeszła matka,
ojciec co roku przywoził mnie do Hamptons na tydzień, który spędzaliśmy
z Tavishami. To tam całowałem się po raz pierwszy... Boże, byłem taki
zdenerwowany, a Jenna zupełnie spokojna. Dla niej to był tylko zwykły
eksperyment, a ja miałem ochotę uciec, gdzie pieprz rośnie.
To było pod jednym z tych wielkich drzew rosnących w ogrodzie na tyłach
domu. Bawiliśmy się w berka i kiedy ją złapałem, przytrzymała mnie za
koszulę i zmusiła, bym ukrył się z nią za grubym pniem.
- Musisz to zrobić teraz, Nick; inaczej będzie już za późno.
W tamtym momencie nie miałem zielonego pojęcia, co ją nagle napadło, i dopiero po latach dowiedziałem się, że w cieniu dokładnie tego samego
drzewa ojciec Jenny oświadczył się jej matce. Jenna usłyszała o tym
właśnie tamtego dnia i dlatego postanowiła wypuścić na światło dzienne
tę małą romantyczną marzycielkę, którą zwykle tak uparcie starała się w sobie tłumić. Jej zdaniem ten pocałunek był obrzydliwy...
Pogrążony w tych wspomnieniach docisnąłem pedał gazu. Byłem tak nieobecny, że spóźniłem się z wdepnięciem hamulca na widok jakiejś pary, która najwyraźniej wybrała się na przechadzkę środkiem drogi. Byli ubrani w stroje sportowe i kiedy samochód przemknął tuż koło nich, pokrywając ich chmurą kurzu tuż za moją szybą, poczułem w żołądku nieprzyjemny ucisk. Spojrzałem w lusterko wsteczne i ucisk przeszedł w dreszcz.
6
Noah
Wyszłam spod prysznica, zostawiając za sobą olbrzymią chmurę pary
wodnej. Byłam w łazience dłużej, niż wypada, ale alternatywą było mieć
mięśnie napięte jak struny gitary.
Wychyliłam się przez okno owinięta w ręcznik i zobaczyłam, że w ogrodzie
za domem aż roi się od ludzi. Wszyscy ubrani byli na biało, co było
pomysłem ojca Jenny. Pomysł pocztą pantoflową dotarł do wszystkich
gości, czego skutkiem była biała kolacja w hołdzie dla państwa młodych.
Kiedy dotarliśmy do domu spoceni i śmierdzący, natknęłam się na
zatopionych w uścisku Liona i Jennę, zaraz przy schodach wejściowych. On
zdaje się dopiero przyjechał, ona była już gotowa do kolacji.
Lion nigdy nie skomentował mojego rozstania z Nicholasem, więcej,
stanowczo odmawiał bycia uczestnikiem czegokolwiek, co miało związek z naszym zerwaniem. Była taka chwila, wkrótce po rozstaniu, kiedy
nalegałam na biednego Liona, żeby dał mi nowy numer Nicka. Nie było
sposobu, żeby go przekonać, a Jenna sekundowała mu w utrzymywaniu
pozycji możliwie neutralnej. Żadne z nich dwojga nigdy nie rozmawiało
przy mnie o Nicku, chyba że chodziło o wsparcie, kiedy najbardziej go
potrzebowałam.
Dlatego chwile, które spędzałam z Lionem, ograniczyły się do tych, w których towarzyszył Jennie.
Oderwałam się od okna i zaczęłam w pośpiechu ubierać. Nie miałam żadnej
białej sukienki oprócz plażowej, dlatego założyłam białą spódnicę, która
sięgała nieco powyżej kolan, i obcisłą koszulkę na ramiączkach tego
samego koloru. Wytarłam włosy ręcznikiem, żeby nie skapywała z nich
woda, i zostawiłam je wilgotne. Bryza wiejąca od oceanu wysuszy je w kilka minut.
Kiedy zeszłam po schodach, zmierzając prosto do ogrodu, gdzie było całe
towarzystwo, dzwonek do drzwi zatrzymał mnie przy balustradzie. Jenna
była na zewnątrz z przyjaciółmi i rodziną, dom wydawał się opuszczony,
nie licząc kelnerów, którzy wchodzili do kuchni i z niej wychodzili,
niosąc biesiadującym w ogrodzie tace pełne owoców morza.
Podeszłam do drzwi i powtarzając tę samą sekwencję czynności, którą
wykonywałam, odkąd zaczęli przyjeżdżać goście, otworzyłam i zmusiłam
usta do powitalnego uśmiechu.
Uśmiech zamarł mi jednak na ustach, kiedy zobaczyłam Steve'a,
najbliższego współpracownika Nicka. Wyglądał na równie zdziwionego jak
ja, choć już po chwili przywitał się ze mną kordialnie. Żołądek mi się
ścisnął, gdy zobaczyłam go tak nagle przed sobą, trzymającego w rękach
walizkę z monogramem.
Serce w piersiach waliło mi jak oszalałe, gdyż w tle zobaczyłam
mężczyznę ubranego w garnitur. Wysiadał z czarnego lexusa, miał ciemne
okulary i telefon przyciśnięty do lewego ucha. Nick zdjął okulary i powiedział coś oschle osobie po drugiej stronie linii. Nasze spojrzenia
się spotkały, a ja bałam się, że zemdleję.
Był tak odległy... Obciął włosy, nie nosił ich już potarganych, jak
zapamiętałam z naszych wspólnych poranków. Teraz były krótkie i przyczesane, co nadawało mu wygląd poważny, nawet nieco groźny. Garnitur
podkreślał jego nową rolę przedsiębiorcy. Na jednym ramieniu miał
marynarkę, dwa górne guziki koszuli odpięte i rękawy zawinięte powyżej
łokcia, co pozwalało widzieć opalone przedramiona, dużo bardziej
umięśnione, niż pamiętałam.
To wszystko zauważyłam w kilka sekund, gdy jego oczy tak intensywnie
wpatrywały się we mnie, że musiałam odwrócić wzrok. Gapiłam się w podłogę, żeby odzyskać równowagę po szoku, jaki przeżyłam, widząc go
znów.
Kiedy ponownie podniosłam wzrok, już na mnie nie patrzył. Pożegnał się z osobą, z którą rozmawiał i schował telefon do kieszeni, a następnie
podszedł do drzwi, w których stałam.
Wstrzymałam oddech. Nie wiedziałam, co robić, co powiedzieć, kiedy
stanął przede mną. Przez te dwie krótkie sekundy, zanim ominął mnie, by
wejść do domu, nie oglądając się za siebie, czułam, jakbym znowu umarła.
To zupełnie tak, jakbym miesiącami, latami chodziła po pustyni i nagle
zobaczyła przed sobą źródło wody..., żeby po chwili zdać sobie sprawę, że
to była tylko fatamorgana, miraż igrający z tą resztką zdrowego
rozsądku, jaka jeszcze mi została.
Na szczęście pojawiła się Jenna i mnie uratowała. Dopiero kiedy usłyszałam, że Nicholas i Steve zniknęli w korytarzu na górze, mogłam wejść z powrotem do domu. Pospiesznie dołączyłam do innych gości w ogrodzie. Chciałam wmieszać się w tłum, zniknąć stamtąd, chciałam, żeby pochłonęła mnie ziemia. Żałowałam tego potwornego błędu, jaki popełniłam, przyjeżdżając tam.
Wiem, Jenna była moją najlepszą przyjaciółką, ale ta sytuacja mnie
przerastała. Minęło tyle miesięcy, a wystarczyło jedno jego spojrzenie,
żebym padła na ziemię.
Po jakichś dziesięciu minutach zobaczyłam, jak schodzi po schodach,
gawędząc z narzeczonymi. Był jedyną osobą, która postanowiła nie
dostosować się do obowiązującego białego stroju. Pozostał ubrany tak,
jak przyjechał, w ciemne spodnie od garnituru i błękitną koszulę z podwiniętymi rękawami, tylko teraz bez krawata. Poczułam przeszywający
ból... Był taki przystojny.
Zaraz wmieszał się w tłum. Wiele osób podeszło do niego, żeby się
przywitać, a on rozmawiał z każdym, trzymając dystans, lecz zachowując
się elegancko, jak zawsze.
Potem zobaczyłam, jak rozmawia z Lucą i Lionem, i zrozumiałam, że jestem
tu sama: to nie było moje miejsce, oni nie byli moimi przyjaciółmi...
Tylko Jenna mnie kochała, tego byłam pewna. Zrobiło mi się tak okropnie
smutno, że musiałam użyć całej siły woli, żeby się nie rozpłakać.
Podjęłam decyzję, że ponieważ i tak już nic nie mogę zrobić, a raczej
cofnąć tego, co zrobiłam, wezmę się w garść i przełknę jakoś wszystko,
co do niego czuję. Może czas uleczył już rany, może przestał mnie
nienawidzić, może będziemy mogli zachowywać się jak dorośli i zwracać
się do siebie z szacunkiem... A może nawet kiedyś zostaniemy przyjaciółmi?
Wiem, to brzmiało śmiesznie, ale wiedziałam, że albo będę w to wierzyć,
albo rzucę się z balkonu. Drugie rozwiązanie, choć bardzo mnie nęciło, z pewnością nie poprawiłoby mojej sytuacji. Oddałam się więc rozmowie z gośćmi, by się rozluźnić. Jeśli będę się od niego trzymać z daleka, nie
musi stać się nic złego. Nie będę poddawać własnego serca nieznośnym
torturom.
Rodzice Jenny przedstawili mi przyjaciela rodziny, wspólnika Grega,
który w bardzo uprzejmy sposób zajął mnie konwersacją na temat moich
studiów i tego, czym chcę się zajmować w przyszłości. Od razu było
widać, że to ktoś ważny, dlatego ucieszyłam się, kiedy dał mi swoją
wizytówkę. Nie miałam żadnego pomysłu na swoją przyszłość, toteż im
więcej mogłam mieć możliwości, tym lepiej.
Nie podejrzewałam jednak, że Lincoln Baxwell był przyjacielem Nicholasa
Leistera. Gawędziliśmy sobie miło, kiedy pan Baxwell podniósł rękę, aby
zawołać kogoś, kto znajdował się za mną. Kiedy się odwróciłam, przede
mną stał Nicholas.
Przywitali się uściskiem dłoni, a kiedy Baxwell zaczął mnie
przedstawiać, zauważyłam pulsującą na szyi Nicka żyłę. Niewiele razy
widziałam go tak spiętego. Tak więc to ja musiałam prowadzić
konwersację.
- Znamy się już, panie Baxwell - powiedziałam, nienawidząc siebie samej
za drżenie głosu, które zdradziło, jak bardzo czuję się nieswojo i niepewnie.
Baxwell uśmiechnął się i patrzył to na mnie, to na niego. Nicholas
wytrzymał moje spojrzenie przez kilka sekund. Zabolał mnie oziębły
sposób, w jaki rzucił:
- Naprawdę? Znamy się? - spytał, nie odrywając wzroku od mojej twarzy.
Dreszcz przebiegł mi po plecach, kiedy znowu usłyszałam jego niski głos,
który nadal towarzyszył mi w snach, ten głos, który tyle razy powtarzał
mi "kocham cię", który tyle razy szeptał mi do ucha czułe słówka.
Jego wzrok hipnotyzował mnie, ledwie mogłam otworzyć usta.
- Przypominasz mi kogoś, kogo, jak mi się wydaje, znałem jakiś czas
temu... - skomentował tonem zimnym i bezosobowym.
Skłonił głowę w stronę przyjaciela, odwrócił się i odszedł do innej
grupki ludzi.
W mojej głowie rozległ się hałas. To moje serce z hukiem roztrzaskało
się o ziemię.
Następnego dnia obudziłam się o świcie. Prawie nie zmrużyłam oka przez
całą noc, nie mogłam spać... Dzień, w którym wszystko zepsułam, ten
przeklęty dzień, kiedy zrobiłam coś, czego nadal nie rozumiem, znów
odtwarzał się w mojej głowie.
"Nic już nie możesz zrobić".
"Nie jestem w stanie nawet patrzeć ci w twarz".
"To koniec".
W mojej pamięci zapisał się wyraz twarzy Nicholasa, kiedy zrozumiał, że
zrobiłam to z Michaelem. Nawet nie mogłam w myśli wymówić jego imienia,
żeby nie czuć się winna.
Wstałam i szybko się ubrałam. Chciałam wyjść z domu, zanim ktoś wstanie
i mnie zobaczy. Nie miałam nawet zamiaru powiedzieć Luce, że idę
pobiegać. Potrzebowałam być sama, żeby wszystko przemyśleć i ułożyć to
sobie w głowie, ale przede wszystkim po to, żeby przyzwyczaić się do
myśli, że w ciągu kolejnych dni będę musiała patrzeć na Nicholasa. Nie
tylko patrzeć: będę musiała iść obok niego do ołtarza.
Bieg dobrze mi zrobił, czułam się świetnie. Na szczęście ranek minął
szybko, tak dużo mieliśmy do roboty. Zaproszeni goście sami zajmowali
się sobą, a w ogrodzie przygotowywano już próbną kolację, która miała
się odbyć wieczorem.
Przeklęta kolacja.
Ze śniadania się wymknęłam i od poprzedniego wieczoru nie widziałam
Nicholasa ani Steve'a. W tym momencie czekałam wraz z rodzicami Jenny,
aż ona w końcu zejdzie z Lionem, żebyśmy pojechali do winnicy, gdzie
miał się odbyć ślub. Te osoby, które brały udział w ceremonii, miały
zrobić próbę wejścia; musieliśmy to załatwić, zanim się ściemni.
Kiedy Jenna i Lion schodzili po schodach, w drzwiach wejściowych pojawił
się Nick, ubrany na luzaka w dżinsy i białą koszulę. Nie wiem, co robił
przez cały ranek i pół popołudnia, ale było jasne jak słońce, że jego
nadrzędnym celem było unikanie mnie.
- Nareszcie, Nick! Już się zastanawiałam, co się z tobą stało -
powiedziała zaniepokojona matka panny młodej. Podeszła do niego i pocałowała go w policzek. Nick uśmiechnął się półgębkiem w odpowiedzi na
ten miły gest. Nadal był bardzo spięty, obracał kluczyki od samochodu
między palcami.
Jenna dziwnie na niego spojrzała, a mnie znowu zrobiło się niedobrze.
Cholera, to stawało się piekłem.
Gdy wyszliśmy z domu, zdaliśmy sobie sprawę, że jest nas zbyt dużo, aby
zmieścić się w jednym samochodzie. Rodzice Jenny, matka Liona, kobieta o szczerym uśmiechu, która od razu bardzo mi się spodobała i od której
dostałam tajny przepis na ciasto z jabłkami, wreszcie Lion, Jenna i jej
kuzyn, który miał nie więcej niż pięć lat. Jego zadaniem było podawać
obrączki. No i Nick, oczywiście.
W sumie osiem osób. Mogłam się tylko modlić, żeby nie umieścili mnie w jednym samochodzie z Nickiem, ale na nic to się zdało. Rodzice Jenny i matka Liona poszli do mercedesa, który stał obok innych samochodów.
Wpatrywałam się w Jennę, która wzięła za rękę małego braciszka
ciotecznego i podeszła do mnie z tajemniczą miną.
- Nawet nie próbuj, Jenna - powiedziałam i zaczęłam się pocić. Nicholas
dał mi jasno do zrozumienia, że nie chce być blisko mnie, dlatego nie
miałam zamiaru wsiąść z nim do tego samego samochodu ani w ogóle odzywać
się do niego.
Na twarzy Jenny malowało się poczucie winy.
- Tylko Nick ma fotelik dla dziecka, wiesz, dla Maddie, a ja muszę
jechać z rodzicami...
Nicholas przerwał jej, podchodząc w tej chwili. Zignorował mnie i wziął
małego Jeremy'ego na ręce, po czym podrzucił go do góry.
- Jesteś gotowy, żeby być moim drugim pilotem, mały?
Jeremy zaśmiał się radośnie. Nick złapał go w pasie i poszedł do swojego
samochodu. Jenna spojrzała na mnie, przygryzając wargę.
Pokręciłam głową i przeszłam przed nią do lexusa. Nie miałam pojęcia, co
stało się z jego dżipem, ale nie zamierzałam pytać. Usiadłam z przodu,
gdy Nick zapinał pasy i włączał Jeremy'emu grę na komórce. Starałam się
odwracać uwagę od własnych nerwów na myśl, że zaraz będziemy sami. Jego
wczorajszy komentarz zwalił mnie z nóg. Teraz paliła mnie ciekawość, a jednocześnie ogarniało przerażenie, że mam spędzić z nim pół godziny w samochodzie.
Kiedy usiadł na swoim miejscu, zaczął naciskać różne guziki przy
stacyjce i poprawił lusterko. Po chwili wyjechaliśmy na drogę.
Wkrótce zapach jego wody po goleniu przesycał powietrze w samochodzie.
Pociąg, jaki zawsze do niego czułam, znów dał o sobie znać. Boże, miałam
tego mężczyznę siedzącego obok mnie, tego samego mężczyznę, którego
kochałam najbardziej na świecie... Umierałam z chęci, by go chociaż
dotknąć, żeby go pocałować, potrzebowałam fizycznego kontaktu z nim
bardziej niż powietrza. Czułam, jak całe moje ciało się rozpala, zwykłe
ruchy, jak zmienianie biegów, w jego wykonaniu powodowały we mnie
wewnętrzne drżenie... Jego ramiona, jego dłoń od niechcenia trzymająca
kierownicę, druga na drążku zmiany biegów... Cholera, dlaczego tak
pociągał mnie widok mężczyzny prowadzącego samochód?
Opuściłam szybę, żeby wpuścić trochę powietrza, które rozcieńczyłoby
jego zapach, ale kiedy tylko zaczęłam ją opuszczać, on nacisnął guzik po
swojej stronie i zamknął okno. Odwróciłam się do niego.
- Gorąco mi - powiedziałam, po raz pierwszy od roku zwracając się
bezpośrednio do niego. Jeszcze raz nacisnęłam guzik, żeby opuścić szybę,
ale natychmiast zrozumiałam, że zablokował ją.
Bez słowa włączył klimatyzację. Potężny strumień lodowatego powietrza
uderzył mnie w twarz. Dobra, to na pewno obniży temperaturę mojego
ciała, ale jego zapach nadal przesycał każdą część samochodu, przez co
miałam mdłości. Poruszyłam się niespokojnie na skórzanym siedzeniu,
kiedy zobaczyłam kątem oka, że jego spojrzenie nie jest skierowane na
drogę, a na moje gołe nogi.
Założyłam na siebie byle co, ale jednak krótkie spodenki odsłaniały moje
nogi i nie umknęło mojej uwagi, jak mocno ścisnął kierownicę chwilę po
tym, gdy im się przyglądał.
Przez całą drogę towarzyszyły nam dźwięki gry Jeremy'ego. Wiedziałam, że
to jedyna okazja, żebym mogła porozmawiać z nim bez lęku, że wysadzi
mnie na środku drogi. Z dzieckiem siedzącym z tyłu będzie musiał
kontrolować swoje pomysły... i swoje słowa.
- Nicholas, chciałam ci powiedzieć...
- Nie obchodzi mnie to - przerwał mi, skręcając w przecznicę, która
prowadziła wzdłuż ogromnego jeziora.
Wzięłam głęboki oddech. Miałam zamiar z nim porozmawiać.
- Nie możesz przez cały czas mnie ignorować.
- Nie robię tego.
Spojrzałam na niego. Nie mogłam nie zauważyć ostrego tonu, jakim się do
mnie zwracał. Nie rozmawialiśmy prawie od roku, potrzebowałam, żeby coś
do mnie powiedział, cokolwiek, potrzebowałam rozmowy z nim.
- Nie możesz nadal tak mnie nienawidzić.
Na jego ustach pojawił się gorzki uśmiech.
- Gdybym cię nienawidził, znaczyłoby to, że nadal coś do ciebie czuję,
Noah, więc nie przejmuj się tym. To, co do ciebie czuję, to nie
nienawiść, ale obojętność.
Spojrzałam na jego profil, bardzo chciałam odnaleźć w jego twarzy coś,
co zdradzi, że kłamie... Nic nie znalazłam.
- Mówisz tak, bo chcesz mnie zranić.
- Gdybym chciał cię zranić, przespałbym się z inną, kiedy byliśmy razem...
A nie, czekaj, ty to zrobiłaś.
To był cios poniżej pasa, ale nie mogę powiedzieć, że na niego nie
zasłużyłam.
- Jeśli mamy wyjść żywi z tej sytuacji, po kilku dniach, które musimy
spędzić blisko siebie, powinniśmy ogłosić coś w rodzaju zawieszenia
broni... Nie wytrzymam tego, skoro nie możemy nawet przebywać w jednym
pomieszczeniu.
Nie umiałam odgadnąć, o czym myślał, nigdy tego nie potrafiłam. To było
trudne, udawało mi się tylko w szczególnych momentach, kiedy byliśmy ze
sobą blisko, kiedy łączyła nas intymność, jakiej zaznałam tylko z nim.
- Co proponujesz, Noah? - powiedział, odwracając się do mnie, żebym
widziała wściekłość w jego spojrzeniu. - Mam udawać, że nic się nie
stało? Mam cię trzymać za rękę i udawać, że cię kocham?
W ramach odpowiedzi milczałam. "Udawać, że cię kocham...". Jego słowa
sprawiły, że moje, i tak już zranione serce, zaczęło mocniej krwawić.
Z tyłu, za nami, nagle zaległa cisza. Kiedy się odwróciłam, zobaczyłam,
że Jeremy obserwuje nas szeroko rozwartymi oczami.
- Ile jeszcze? - spytał, wykrzywiając usta w podkówkę.
Cholera. Nie, proszę, niech się tylko teraz nie rozpłacze.
- Już niedaleko, Jeremy. Chcesz, żebym włączył muzykę? - zaproponował
Nicholas, jednocześnie wyciągając rękę do radia. Rap zagrał na cały
regulator.
Dzieciak uśmiechnął się rozbawiony, a ja odwróciłam się i patrzyłam przed siebie. Było jasne, kogo miała uspokoić ta muzyka.