Nasza różna Europa - Ludwik Stomma

-
Proszę czekać

Pierw­szą datą w tym swo­istym ka­len­da­rzu dzie­jo­wym jest rok 966, ostat­nią 1795. To lata Pol­ski nie­pod­le­głej i obec­nej na ma­pach Eu­ro­py. Po­zo­sta­łe daty są cał­ko­wi­cie przy­pad­ko­we i, sło­wo ho­no­ru, wy­cią­gnię­te na chy­bił tra­fił. O cóż cho­dzi­ło? Moż­na tę książ­kę czy­tać jako zbiór hi­sto­rycz­nych aneg­dot (mam na­dzie­ję, że ta­ko­wych nie za­brak­nie), ale tak­że jako pro­po­zy­cję spoj­rze­nia na kon­ty­nent na­szych przod­ków, fran­cu­skich, duń­skich, czy hisz­pań­skich... etc. Były to świa­ty nie­kie­dy bli­skie, cza­sa­mi tak od­le­głe, że po­rów­nać się ich na­wet nie da. Jak mia­ły się na przy­kład drew­nia­ne bu­dow­le Pia­stów do har­mo­nij­nych, ka­mien­nych ko­lum­nad mau­re­tań­skich w Kor­do­bie lub Gre­na­dzie? Ja­kiż pro­cent Po­la­ków za­in­te­re­su­je abs­trak­cyj­ny sys­tem me­trycz­ny, sko­ro w sa­lo­nach mowa tyl­ko o ogro­dach, któ­re wy­bu­do­wał Szczę­sny Po­toc­ki dla swo­jej Zo­fii, a i te­mat sa­mej utra­ty nie­pod­le­gło­ści ob­cho­dzi nie­znacz­ną część spo­łe­czeń­stwa. Czy kto­kol­wiek zdał so­bie spra­wę w Rze­czy­po­spo­li­tej, że oto An­glia za­czy­na pa­no­wać nad mo­rza­mi? Jak­że to wszyst­ko było da­le­kie od świa­do­mo­ści pa­nów szlach­ty, dla któ­rych pro­ble­mem naj­wyż­szej ran­gi był spór Ra­dzi­wił­ła z Lu­bo­mir­skim, gdzie w koń­cu obaj oka­za­li się nie­ist­nie­ją­cy­mi śnie­żyn­ka­mi w za­mie­ci glo­bu. Zresz­tą wy­obraź­nia wiel­kich pa­nów wło­skich wal­czą­cych o pa­no­wa­nie nad lo­kal­ny­mi mia­sta­mi i o tron pa­pie­ski nie się­ga­ła dużo da­lej. Cóż ich mo­gły ob­cho­dzić pe­ry­pe­tie kró­lów szwedz­kich czy duń­skich, tym bar­dziej ja­cyś Ja­giel­lo­no­wie. Jak­że mało zro­zu­mia­ły wy­da­wać się może fakt, że Hen­ryk Wa­le­zjusz ucie­ka dzi­ki­mi la­sa­mi z Wa­we­lu, gdyż ko­ro­na pol­ska cią­ży mu nie tyl­ko przez pac­ta co­nven­ta, ale przez to rów­nież, co uzna­je za ciem­no­tę i nie­to­le­ran­cję dwo­ru, po­tę­pie­nie dla jego sek­su­al­nych upodo­bań i przy­zwy­cza­jeń. Hi­sto­ry­cy i li­te­ra­ci pol­scy od Ju­liu­sza Sło­wac­kie­go po Ja­ro­sła­wa Mar­ka Rym­kie­wi­cza nie chcie­li wziąć pod uwa­gę, że w pierw­szej przy­najm­niej fa­zie spra­wa Sa­mu­ela Zbo­row­skie­go nie ma żad­nych ide­olo­gicz­nych od­nie­sień. Dla kró­la Hen­ry­ka sam fakt wy­wo­ła­nia tu­mul­tu na jego zam­ku nie mógł być zma­za­ny in­a­czej niż sza­fo­tem i to­po­rem. Do tego nie do­ga­dza­ły mu zim­ne kom­na­ty za­mo­kłe wzno­szą­cą się znad Wi­sły prze­ni­kli­wą wil­go­cią.

W po­cząt­kach XIX wie­ku sa­mych państw nie­miec­kich, mię­dzy­na­ro­do­wo uzna­nych, mamy kil­ka­na­ście. Nie czu­ją się one by­najm­niej zwią­za­ne wspól­no­tą ję­zy­ka i mi­tycz­ne­go po­cho­dze­nia. Ksią­żę, przej­ścio­wo, Pa­la­ty­na­tu i Ba­wa­rii nie­na­wi­dzi Ka­ro­la-Fry­de­ry­ka z Ba­de­nii, zaś obu ich nie zno­si Fry­de­ryk III, ksią­żę Fur­sten­bur­gu. Woj­ny na­po­le­oń­skie no­szą w więk­szo­ści pod­ręcz­ni­ków wszyst­kich kon­ty­nen­tów mia­no "wo­jen eu­ro­pej­skich". Przy­szłe woj­ny "świa­to­we", nie umniej­sza­jąc w ni­czym ame­ry­kań­skich zma­gań na Cor­re­gi­dor, Pe­le­liu, Gu­adal­ca­nal i Oki­na­wie czy też mię­dzy­na­ro­do­wych, w tym pol­skich, wojsk Mont­go­me­ry'ego w pół­noc­nej Afry­ce, za­czy­na­ły się i osta­tecz­nie de­cy­do­wa­ły w Eu­ro­pie. Hi­sto­ria nie za­po­mni nig­dy, jak nie­ludz­kie, strasz­li­we i krwa­we były te drgaw­ki hi­sto­rii. Mia­sta pa­da­ły w gru­zy, wy­nisz­cza­no na­ro­dy, nikt już nie li­czył hek­to­li­trów krwi. We wspo­mnie­niach Guy Sa­je­ra (Za­po­mnia­ny żoł­nierz, Gdańsk 2003) mamy taki opis: wy­do­by­wa­ją­cy się z bło­ta nie­miec­ki snaj­per wi­dzi wy­grze­bu­ją­ce­go się z są­sied­nie­go leja czer­wo­no­ar­mi­stę. Pa­trzą na sie­bie i nie chce się już im strze­lać. Nie­mniej jed­nak ży­cie obu za­le­ży od tego, kto szyb­ciej na­ci­śnie cyn­giel, choć nikt tu ni­ko­go nie nie­na­wi­dzi. Trze­ba było jesz­cze kil­ku­dzie­się­ciu lat, żeby otrzą­snąć się z bło­ta i zdać so­bie spra­wę, że od Po­zna­nia do Ber­li­na rzut be­re­tem, któ­ry pa­su­je za­rów­no na po­znań­ski, jak i ber­liń­ski łeb.

An­to­ni Go­łu­biew w Bo­le­sła­wie Chro­brym opi­su­je dzie­je ro­dów nie­raz so­bie nie­życz­li­wych, za­wie­ra­ją­cych per­fid­ne i nie­szcze­re, ko­niunk­tu­ral­ne po­ro­zu­mie­nia. Woda z roz­to­pio­ne­go śnie­gu wpa­da­ła w wą­skie po­tocz­ki, te z ko­lei w stru­mie­nie, po­tem pół­rzecz­ki, wresz­cie rze­ki pły­ną­ce dum­nie do mo­rza. Taki był po­dług Go­łu­bie­wa po­czą­tek Pol­ski, ta­kie jest na pew­no po­wsta­nie Eu­ro­py. Ileż krwi spły­nę­ło, mie­sza­jąc się z wodą stru­mie­ni, za­nim mo­że­my po­wie­dzieć: Tak, to my zbu­do­wa­li­śmy kryp­ty ka­te­dry w Qu­edlin­bur­gu, Wer­sal, Kreml i Rzym. Raz by­li­śmy w sza­rym ogo­nie Eu­ro­py, nie­kie­dy na jej cze­le. Nie ma to jed­nak naj­mniej­sze­go zna­cze­nia. Bo oto jest na­resz­cie Eu­ro­pa, a my w niej, cho­ciaż ja­kie trud­ne i bo­le­sne były dzie­je... Chcę wie­rzyć, iż na­resz­cie ten wiersz An­to­nie­go Sło­nim­skie­go znaj­dzie się we wszyst­kich pod­ręcz­ni­kach od Pol­ski, po Niem­cy i Por­tu­ga­lię:

Ten, co o wła­snym kra­ju za­po­mi­na

Na wieść, jak krwią opły­wa na­ród cze­ski,

Bra­tem się czu­je Ju­go­sło­wia­ni­na,

Nor­we­giem, kie­dy cier­pi lud nor­we­ski.

Z mat­ką ży­dow­ską nad pod­bi­te syny

Schy­la się, ręce za­ła­mu­jąc ża­lem,

Gdy Mo­skal pada - czu­je się Mo­ska­lem,

Z Ukra­in­ca­mi pła­cze Ukra­iny

Ten, któ­ry wszyst­kim ser­ce swe otwie­ra,

Fran­cu­zem jest, gdy Fran­cja cier­pi, Gre­kiem -

Gdy na­ród grec­ki z gło­du umie­ra,

Ten jest z oj­czy­zny mo­jej. Jest czło­wie­kiem.

A tym­cza­sem dzia­ły się krwa­we dzie­je. Do­syć, mamy już pra­wo do na­dziei.

966

W 1840 roku Théo­phi­le Gau­tier, pi­sarz post­ro­man­tycz­ny, za na­mo­wą przy­ja­ciół wy­brał się do od­le­głej i eg­zo­tycz­nej Hisz­pa­nii. Weź­my pod uwa­gę wa­run­ki epo­ki. Po­dróż dy­li­żan­sem z Pa­ry­ża do gra­nicz­nej Bay­on­ne trwa­ła cały ty­dzień. Do Kor­do­by za­wi­tał po mie­sią­cu. Onie­mia­ły sta­nął przed ka­te­drą, któ­ra no­si­ła to mia­no z uzur­pa­cji chrze­ści­jań­skiej tyl­ko. W rze­czy­wi­sto­ści był to Wiel­ki Me­czet La Me­zqu­ita. "Wra­że­nie, ja­kie­go się do­zna­je, wcho­dząc do tego sta­ro­daw­ne­go sank­tu­arium is­la­mu, jest trud­ne do okre­śle­nia i nie ma nic wspól­ne­go z wra­że­nia­mi łą­czą­cy­mi się za­zwy­czaj z ar­chi­tek­tu­rą: je­ste­ście ra­czej skłon­ni po­my­śleć, że idzie­cie skle­pio­nym la­sem niż środ­kiem bu­dow­li; w ja­ką­kol­wiek stro­nę się ob­ró­cić, oko błą­dzi po ale­jach ko­lumn, krzy­żu­ją­cych się i bie­gną­cych w nie­skoń­czo­ność, ni­czym szpa­le­ry mar­mu­ro­wej ro­ślin­no­ści, co buj­nie wy­strze­li­ła z zie­mi; ta­jem­ni­czy pół­mrok owe­go lasu utwier­dza jesz­cze to złu­dze­nie. Me­czet ma dzie­więt­na­ście naw wzdłuż, trzy­dzie­ści sześć wszerz; ale roz­pię­tość ar­kad po­przecz­nych jest znacz­nie mniej­sza. Każ­da nawa jest zbu­do­wa­na z dwóch rzę­dów łu­ków umiesz­czo­nych je­den nad dru­gim; nie­któ­re krzy­żu­ją się i prze­pla­ta­ją jak wstąż­ki, co daje naj­oso­bliw­szy efekt. Ko­lum­ny, wszyst­kie z jed­nej bry­ły, mają za­le­d­wie dzie­sięć do dwu­na­stu stóp wy­so­ko­ści, nie li­cząc ko­rync­ko-arab­skich ka­pi­te­li, wy­kwint­nych, moc­nych, przy­po­mi­na­ją­cych ra­czej pal­mę afry­kań­ską niż akant grec­ki. Te ko­lum­ny są z rzad­kie­go mar­mu­ru, z por­fi­ru, z ja­spi­su, z zie­lo­ne­go i fio­le­to­we­go okru­chow­ca oraz in­nych cen­nych ma­te­ria­łów. (...) W cza­sach ka­li­fów osiem­set srebr­nych lamp na­peł­nio­nych aro­ma­tycz­ną oli­wą roz­wid­nia­ło dłu­gie nawy, rzu­ca­jąc lśnie­nia na por­fir i gład­ki ja­spis ko­lumn, za­wie­sza­jąc iskrę na zło­co­nych gwiaz­dach su­fi­tów i wy­do­by­wa­jąc z cie­nia krysz­ta­ło­we mo­zai­ki i wer­se­ty Ko­ra­nu wple­cio­ne w ara­be­ski i kwia­ty. Wśród tych lamp były dzwo­ny z San­tia­go de Com­po­ste­la, łup Mau­rów; od­wró­co­ne i za­wie­szo­ne u skle­pie­nia na srebr­nych łań­cu­chach, oświe­tla­ły świą­ty­nię Al­la­cha i jego pro­ro­ka, zdu­mio­ne, że z dzwo­nów ka­to­lic­kich sta­ły się lam­pa­mi mu­zuł­mań­ski­mi. Spoj­rze­nie mo­gło wów­czas biec swo­bod­nie przez dłu­gie ko­lum­na­dy aż do kwit­ną­cych drzew po­ma­rań­czo­wych i bi­ją­cych w górę fon­tann dzie­dziń­ca, wi­docz­nych w stru­mie­niu świa­tła, któ­re sta­wa­ło się jesz­cze bar­dziej olśnie­wa­ją­ce przez kon­trast z pół­mro­kiem wnę­trza" (Teo­fil Gau­tier, Po­dróż do Hisz­pa­nii, War­sza­wa 1979).

Bu­do­wie me­cze­tu w Kor­do­bie, ukoń­czo­nej w roku 966, pa­tro­no­wał ka­lif Al-Ha­kam II al-Mu­stan­sir. Jego re­al­na wła­dza się­ga­ła da­le­ko poza gra­ni­ce ka­li­fa­tu Kor­do­by. To on, mu­zuł­ma­nin, roz­strzy­gał spo­ry mię­dzy ka­to­lic­ki­mi kró­la­mi hisz­pań­skich pro­win­cji. Dzię­ki Al-Ma­qqa­rie­mu wie­my na przy­kład, jak przy­jął uda­ją­ce­go się doń z proś­bą o po­moc kró­la Le­onu, Or­do­no IV zwa­ne­go Złym (cy­tu­ję za Clau­dio San­chez-Al­bor-noz, L'Espa­gne mu­sul­ma­ne, Pa­ris 1973): "Po dwóch dniach po­by­tu we wspa­nia­le ume­blo­wa­nym pa­ła­cu [w Me­di­na­ce­li - L.S.], któ­ry mu dano na kwa­te­rę, uzy­skał Or­do­no po­zwo­le­nie na uda­nie się do Ma­d?nat az-Za­hra, gdzie ka­lif udzie­li mu au­dien­cji. Ubrał się w suk­nię z bia­łe­go je­dwa­biu, co było hoł­dem dla ko­lo­ru flag Umaj­ja­dów, za­ło­żył cze­pek zdob­ny naj­szla­chet­niej­szy­mi ka­mie­nia­mi. Spra­wu­ją­cy naj­wyż­sze sta­no­wi­ska spo­śród chrze­ści­jan w An­da­lu­zji - sę­dzia Wa­l?d ibn Khay­zo­rân z Kor­do­by i ar­cy­bi­skup To­le­do Obayd Al­lah ibn Qâsim przy­by­li pil­nie, by za­zna­jo­mić go z re­gu­ła­mi ety­kie­ty prze­strze­ga­ny­mi na dwo­rze kor­do­bań­skim, w któ­rej to kwe­stii był ka­lif bar­dzo wy­ma­ga­ją­cy. (...) We drzwiach, na znak sza­cun­ku, zdjął król Or­do­no cze­pek i zrzu­cił płaszcz. Na po­le­ce­nie mi­strza ce­re­mo­nii od­dał te­raz parę kro­ków przed sie­bie, tak że zo­ba­czyć już mógł ka­li­fa za­sia­da­ją­ce­go w to­wa­rzy­stwie swych bra­ci, szwa­grów, we­zy­rów i waż­nych urzęd­ni­ków dwor­skich. Ru­szył tedy na­przód, przy­klę­ka­jąc co chwi­la, aż zna­lazł się u stóp ka­li­fa. Ten po­dał mu rękę do uca­ło­wa­nia, po czym wska­zał miej­sce, oko­ło pięt­na­ście stóp od tro­nu, gdzie może usiąść na ła­wie po­kry­tej zło­to­gło­wiem. Wszy­scy pa­no­wie hisz­pań­scy, po przej­ściu tego sa­me­go ce­re­mo­nia­łu i uca­ło­waw­szy dłoń ka­li­fa, za­ję­li miej­sce przy swo­im kró­lu, gdzie cze­kał na nich tak­że Wa­l?d ibn Khay­zo­rân ma­ją­cy słu­żyć za tłu­ma­cza. (...)