Nasza miłość, moja zdrada, twoja śmierć - Ray Kluun

-
Proszę czekać

What the hell am I doing here, I don't belong here. (Co ja tu, u diabła, robię, to nie miejsce dla mnie jest.)

Radiohead, z utworu Creep (album Pablo Honey, 1992)

Jeden

No to średnia im porządnie podskoczy, myślę sobie, przechodząc po raz trzeci w ciągu kilku dni przez obrotowe drzwi Szpitala św. Łukasza. Tym razem mamy się stawić na pierwszym piętrze, pokój 105, jak napisano na karcie Carmen. Korytarz jest pełen ludzi. Kiedy właśnie zamierzamy się jakoś w nim rozgościć, jakiś starszy człowiek z wyraźnym tupecikiem na głowie wskazuje laską drzwi.

- Musicie się państwo najpierw tam zarejestrować.

Kiwamy głowami i trochę niezdecydowani wchodzimy przez drzwi z numerem 105. Widnieje przy nich tabliczka: "Dr Scheltema, internista, World Heart Federation". W środku znajduje się właściwa poczekalnia, korytarz jest dla tych ponadplanowych, jak się teraz orientuję. Wraz z naszym wejściem średnia wieku spada o kilka dekad. Inni pacjenci patrzą na nas badawczo, niemal ze współczuciem. Także w szpitalu obowiązuje hierarchia. Jesteśmy tu w sposób oczywisty nowi, jesteśmy turystami poczekalni, nie pasujemy tutaj. Tyle że rak w piersi Carmen jest zupełnie innego zdania.

Sześćdziesięcioletnia może kobieta na szpitalnym wózku inwalidzkim, trzymająca w kościstych dłoniach taką samą kartę w plastikowej koszulce jak Carmen, bezwstydnie taksuje nas wzrokiem od stóp do głów. Kiedy to zauważam, próbuję przybrać postawę wyższości - ja i moja żona jesteśmy młodzi, piękni i zdrowi, czego o was powiedzieć nie można, bando staruszków, niech wam się nie wydaje, że tu zostaniemy, jesteśmy jak najdalsi od tego rakowego syfu tutaj - ale mój język ciała nie chce się dostosować i zdradza niepewność. Zupełnie jak wówczas, kiedy wchodząc do kawiarni De Bommel w Bredzie, po kpiących spojrzeniach widzę, że jestem ubrany za bardzo po amsterdamsku. Z miejsca zaczynam żałować, że tego dnia włożyłem różową koszulę i buty z wężowej skóry. Carmen też czuje się nieswojo. I jest to prawdziwa chwila prawdy: od tego momentu po prostu jesteśmy już tutaj właściwymi osobami na właściwym miejscu.

W pokoju 105 jest też recepcja. Pielęgniarka siedząca za kontuarem chyba umie czytać w naszych myślach. Szybko pyta, czy nie wolelibyśmy jednak poczekać w pokoju obok. Robi to dosłownie w ostatniej chwili, bo widzę kątem oka, że Carmen zaraz się popłacze. Czuję wielką ulgę, że nie muszę siedzieć wśród przyszłych truposzów w poczekalni ani na korytarzu.

- To musiał być dla państwa potężny cios - mówi pielęgniarka, wracając z kawą.

Z miejsca dociera do mnie, że przypadek Carmen van Diepen musiał być omawiany w czasie konsylium po obchodzie. Pielęgniarka spogląda na Carmen. Potem na mnie. Udaję, że mnie to nie rusza. Pielęgniarka, którą pięć minut temu po raz pierwszy zobaczyłem na oczy, nie musi wiedzieć, jak żałośnie się teraz czuję.

It's the end of the world as we know it. (To koniec świata, jaki znamy.)

R.E.M., z utworu It's The End Of The World As We Know It (album Document, 1987)

Trzy

Do kasyn przychodzili Chińczycy, szpanerzy i kobiety w sukienkach z sieciówek. Jeszcze nigdy nie widziałem tam ładnej kobitki. Okropieństwo.

Kiedy product menedżer Holland Casino zadzwonił do nas i powiedział, że zastanawia się, czy nie zostać klientem creative & strategic marketing agency Merk in Uitvoering, od razu powiedziałem, że uwielbiam kasyna.

Myślimy sobie, że Holland Casino to dobra rzecz, wystarczy na kilkaset godzin w roku. W południe siedzimy już w kasynie przy Max Euwplein w Amsterdamie. Product menedżer koniecznie chciał, żebyśmy "rzucili okiem na sprawę od kuchni i obejrzeli sobie jeden z przybytków". Tak jest, przybytków. Takich właśnie słów używają nasi klienci. Nic na to nie poradzę. Zdarza im się też mówić o "siedzeniu z nogami na biurku i główkowaniu".

My, to znaczy Frenk i ja, żyjemy w Merk in Uitvoering z godzin. Ludzie, którzy nauczyli się prawdziwego fachu, wytwarzają rzeczy. Są też ludzie, którzy rzeczy sprzedają. Jest to już trochę mniej zaszczytne, ale wciąż jak najbardziej pożyteczne. My z Frenkiem nie sprzedajemy rzeczy, ale godziny. I wcale nie wytwarzamy ich sami. Większość roboty myślowej w Merk in Uitvoering wykonuje sześcioro chłopaków i dziewczyn około dwudziestki, wszyscy w typie "hurra i do przodu", tak samo jak my byliśmy z Frenkiem jakiś czas temu, kiedy jeszcze nie zaczęliśmy na własną rękę. Tę myślówę naszych sprytnych dwudziestolatków podrasowujemy my, to znaczy Frenk i ja, robimy z tego raport i przekazujemy naszej sekretarce Maud - wyjątkowo apetyczna laseczka - żeby to ładnie zakomponowała i oprawiła w piękną okładkę, i z wielkim zadęciem przekazujemy klientom. Wszyscy bez wyjątku reagują entuzjastycznie, zasypują nas komplementami, a potem nic z tym nie robią. No to po jakimś czasie sporządzamy kolejny raport, za który klient płaci jak za zboże. Tak działa nasz model biznesowy.

Frenk zadaje pytania, o których wie, że robią dobre wrażenie na klientach, product menedżer stara się być mistrzem świata w udzielaniu zbędnych informacji, a ja udaję, że słucham. Tę umiejętność podniosłem wręcz do rangi sztuki. Klient myśli wtedy, że mój mózg aż do bólu zajmuje się jego problemami marketingowymi. W rzeczywistości myślę wtedy o seksie, o jak najszybszym wyjściu albo o moim klubie Ajax Amsterdam. Czasem nie mam nawet pojęcia, co klient właśnie powiedział, ale to bez znaczenia. To w moim zawodzie konieczność. Pomaga nawet utrzymać wysoką cenę za godzinę. Frenk zawsze powtarza, że wszystko jest do przyjęcia, pod warunkiem że uda mi się nie zasnąć.

Dzisiaj mam spory problem z tym niezasypianiem. Już dwa razy dyskretnie ziewnąłem, co wyraźnie wkurzyło Frenka. Dokładnie w chwili, kiedy moje powieki znowu nabrały dziwnej ciężkości, odzywa się mój telefon. Z ulgą przepraszam na chwilę i wyjmuję komórkę z kieszeni. Carmen.

- Cześć, kochanie - mówię, odwracając się od stołu.

Moje kochanie szlocha.

- Carm, co się dzieje? - pytam przestraszony. Frenk odwraca się w moją stronę i patrzy na mnie zaniepokojony. Product menedżer trajkocze radośnie dalej. Robię w stronę Frenka gest, mówiący: nie martw się, i odchodzę od stołu.

- Siedzę w szpitalu i oni mają obawy, że nie jest dobrze - chlipie Carmen.

Szpital. Zdążyłem już zapomnieć, że miała tam dzisiaj pojechać. Dwa dni temu, kiedy rano zapytała mnie, czy nie dostrzegłem czegoś dziwnego w jednej z jej brodawek sutkowych, bo jest taka rozpalona, próbowałem ją przekonać, że to dlatego, że w tym tygodniu będzie pewnie niedysponowana. Albo otarła ją sobie o szorstki brzeg biustonosza. Nic poważnego. Zupełnie jak pół roku wcześniej, kiedy też okazało się, że to fałszywy alarm. Powiedziałem, że jeśli nie wierzy, to musi po prostu znowu zgłosić się do doktora Woltersa, żeby się uspokoić.

Nie radzę sobie ze złymi wieściami i zazwyczaj reaguję w ten sposób, że sam sobie i wszystkim naokoło wmawiam po prostu, że wszystko będzie dobrze. Zupełnie jakbym się wstydził, że pewne rzeczy mogą być niezaprzeczalnie, w sposób nieunikniony i nieodwracalny do dupy. (Miałem coś takiego już wcześniej, kiedy ojciec mnie zapytał o wynik meczu drużyny NAC Breda, a ja musiałem mu powiedzieć, że przegrali 0:1 z Veendam. Czułem się wtedy tak, jakbym strzelił sobie samobója. Dostawanie i przekazywanie złych wiadomości potrafi spieprzyć cały dzień).

- Carm, powiedz mi, proszę, spokojnie, co ci powiedzieli - mówię do telefonu, starannie unikając słowa "lekarz", bo Frenk wszystko słyszy.

- Sami jeszcze nic dokładnie nie wiedzą. Uznał, że brodawka dziwnie wygląda i że jeszcze nie ma ostatecznej opinii.

- Hm... - mówię, co jak na mnie jest nadzwyczaj pesymistyczną reakcją. A dla Carmen sygnałem, żeby już całkiem wpaść w panikę.

- Mówiłam ci przecież, że pierś wydaje mi się taka dziwnie ciepła, nie? - krzyczy załamującym się głosem. - Wiedziałam, że coś jest nie tak! Wiedziałam!

- Spokojnie, skarbie, spokojnie, przecież na razie nic jeszcze nie wiadomo - staram się, jak mogę. - Przyjechać po ciebie?

Carmen zastanawia się przez chwilę.

- Nie. Nie ma sensu. Nic tu nie zdziałasz. Muszą mi pobrać próbki krwi i moczu, i powiedzieć, kiedy znajdzie się wolne miejsce na biopsję i będzie to raczej wcześniej niż później. - Jej głos jest trochę spokojniejszy. Mówienie o rzeczach praktycznych pomaga okiełznać emocje. - Byłoby fajnie, jakbyś mógł odebrać Lunę ze żłobka. Ja już nie wrócę dzisiaj do Brokers. Nie mam zamiaru pokazywać się tam taka skrzywiona. Mam nadzieję, że przed szóstą stąd wyjdę. Co zrobimy z jedzeniem?

Pełna nazwa Brokers brzmi Advertising Brokers. To firma Carmen. Wpadła na ten pomysł, kiedy pracowałem w BBDvW&R/Bernilvy - takim Realu Madryt świata reklamy, jak mówiliśmy o sobie. Carmen okropnie się wściekała na ten nasz światek. "Egomańskie bufony, którzy sami dla siebie są ważniejsi niż klienci, koledzy i sam Pan Bóg", mawiała. "Niby udają artystów, ale głównie chodzi im o to, żeby jeździć wypasioną bryką i zarabiać krocie". Uznała, że fajnie będzie trochę w tym bagienku zamieszać. Na którymś z przyjęć organizowanych przez Bernilvy po cichu zagaiła jednego z naszych klientów (Centrala B. z miasta A.), czemu by nie mieli sprzedać praw do swoich kampanii promocyjnych i spotów reklamowych firmom w innych krajach, które w żaden sposób nie są dla nich konkurencją. "Coś w rodzaju maklerstwa na rynku pomysłów, tak jak to się już dzieje z książkami, filmami i programami telewizyjnymi", powiedziała. Klient uznał to za znakomity pomysł i już następnego dnia przyszedł z tym do Ramona, dyrektora Bernilvy. Ten dla świętego spokoju, z pewnymi oporami, ale jednak wyraził zgodę. Carmen mogła zaczynać. W ciągu pół roku sprzedała prawa do spotów firmom w Afryce Południowej, Malezji i Chile. Rynek reklamowy podniósł krzyk. Mówiono, że to ordynarne. Że to jak handel bydłem. Carmen to zwisało i powiewało. Odkryła kopalnię złota. Nagle wszyscy chcieli być klientami Advertising Brokers. Agencje reklamowe zwietrzyły interes. Dzięki Carmen zaczęły nagle zarabiać cztery albo pięć razy na tym samym kreatywnym materiale. A ich klienci, którzy przez całe lata, zgrzytając zębami, płacili wyśrubowane honoraria, wyśrubowane nawet bardziej niż w ekskluzywnym amsterdamskim burdelu Yum Yum dla biznesmenów, nagle zobaczyli, że ich kupione w pierwszym rzucie za ciężkie pieniądze kampanie reklamowe zaczynają przynosić zyski, ponieważ Carmen potrafiła je sprzedać tej czy innej firmie z jakiegoś Zadupiolandu. W ciągu dwóch lat Carmen miała już pod sobą dwudziestu pracowników i obsługiwała klientów na całym świecie. Korzysta z tej swojej selfmade kariery i jeśli ma ochotę, leci sobie czasem do któregoś z klientów i ma z tego superubaw, bo dla niej najbardziej liczy się, żeby coś się działo. "Ale jaja, co?", mówi przy każdym nowo pozyskanym kliencie.

Aż się uśmiechnąłem. Nigdy nie przejmowaliśmy się jedzeniem. Jesteśmy takim małżeństwem, które dopiero wieczorem uświadamia sobie, że dobrze byłoby coś zjeść i każdego dnia od nowa ze zdumieniem stwierdza, że w domu nie ma nic do jedzenia, poza słoiczkami Gerbera dla Luny. Nasi przyjaciele nawet się z nas nabijają, tyle wydajemy tygodniowo na zamawiane do domu pieczone żeberka, Domino's Pizza, chińskie jedzenie czy nocne sklepy.

- Zobaczymy, co będzie z jedzeniem. Na razie postaraj się jak najszybciej stamtąd wyjść, żebym mógł cię pocieszyć. I nie martw się na zapas, może i tym razem wszystko dobrze się skończy - mówię możliwie beztroskim tonem i rozłączam się. Ale plecy mam całe mokre od potu. Coś mi mówi, że do naszego życia zawitało nieszczęście. Gapię się tępo przed siebie. Muszę znaleźć coś pozytywnego. Najpierw trzeba się spokojnie nad tym wszystkim zastanowić. Poszukać jasnych momentów. Czegoś, co mogłoby jakoś pocieszyć Carmen, która siedzi teraz sama jak palec w tym pieprzonym szpitalu.

Potem wzdycham głęboko i wracam do stolika, przy którym siedział Frenk z product menedżerem. Tamten właśnie zaczął nam opowiadać o problemach, jakie napotyka Holland Casino, próbując robić z first time visitors stałych klientów.

Byliście ze sobą bezczelnie szczęśliwi, i to się po prostu skończyło.

Jan Wolkers Rachatłukum (1969, przeł. Andrzej Dąbrówka)

Cztery

Parkuję chevroleta blazera naprzeciwko naszego domu przy Amstelveenseweg, na skraju Lasku Amsterdamskiego.

Nie cierpię Lasku Amsterdamskiego, nienawidzę Amstelveenseweg i nienawidzę naszego domu. Przez pięć lat mieszkaliśmy w centrum, przy Vondelstraat, na pierwszym piętrze. W dwa miesiące po urodzeniu się Luny Carmen zapragnęła się stąd wynieść. Miała dosyć targania po schodach trójkołowego hipsterskiego wózka po dwudziestu minutach krążenia w poszukiwaniu miejsca na zaparkowanie. A kiedy któregoś razu zainstalowaliśmy się na kocu w Vondelpark z koszykiem piknikowym i butelką wina rosé i okazało się, że Carmen - "przecież ty miałeś pamiętać, żeby je zabrać, Stijn" - zapomniała o pieluszkach, rozpoczęła intensywną kampanię na rzecz przeprowadzki na Amstelveen. Dom z własnym ogrodem. No i w końcu zrobił się z tego dom przy Amstelveenseweg.

Nasz dom jest pod numerem 872. To charakterystyczny przedwojenny budynek, wspaniale odrestaurowany przez naszych poprzedników. Frontowa fasada jest pomalowana na czarno, a całość przykrywa zielony drewniany dach, czterospadowy z białymi obramowaniami. Pośrednik określił go mianem "malowniczy". Jaki znowu malowniczy, pomyślałem, przecież nie jesteśmy w mieście Zaandam, gdzie wszystko musi być malownicze. Ale parcie Carmen, żeby się przeprowadzić, z każdym dniem stawało się coraz większe i w końcu zacząłem się cieszyć, że nie wylądowaliśmy gdzieś poza Amsterdamem, w Gooi czy w Almere. Od samego początku nie czułem się tu u siebie. Gdy tylko wyjadę ze Stadionu pod wiadukt na A10, czuję się, jakbym był na safari. "O, patrz, zebra", powiedziałem, kiedy po raz pierwszy jechaliśmy obejrzeć dom. Carmen udawała, że wcale jej to nie śmieszy. Nie ma tam żadnego tramwaju ani żadnego autobusu. No, ale to wiadomo. Trudno, to przecież tylko na parę lat, dopóki Merk in Utvoering oraz Advertising Brokers nie zaczną przynosić krociowych zysków, a wtedy będzie nas stać na dom w centrum Amsterdamu, więc niech tam będzie i zebra.

Widzę czarnego garbusa, stojącego z pięćdziesiąt metrów dalej, i wiem, że Carmen jest w domu. Wyjmuję Lunę z samochodu, idę do drzwi wejściowych, nabieram głęboko powietrza i wkładam klucz do zamka. Jestem strasznie zdenerwowany, co po raz ostatni zdarzyło mi się w roku 1995, kiedy Ajax do ostatniej minuty walczył o utrzymanie wyniku 1:0 w meczu z AC Milan[1].

Luna to moje słoneczko. Ma urodziny dokładnie tego samego dnia co ja. Z chwilą jej narodzin w jednej chwili mogłem być pewny, że moi przyjaciele będą przychodzili na moje urodziny, nawet kiedy będę miał sześćdziesiąt lat. Bo nie będą chcieli stracić możliwości pogapienia się na piękne i młode przyjaciółki mojej córki, które do niej przyjdą z życzeniami.

Na początek wszystko wygląda, jakby to był najzwyklejszy wieczór, jakich wiele. Gdy tylko Luna widzi Carmen, usta rozciągają jej się w uśmiechu, dzieląc jej twarz niemalże na pół. Carmen wykrzykuje swoje zwyczajowe wydłużone "Luuunaaa!", robi głupią minę, podchodzi, przedrzeźniając kacze kroczki Luny i przytula ją, siedząc w kucki. Luna odpowiada gwałtownym "Mamaaa!". Dzisiaj scena ta wzrusza mnie bardziej niż zwykle.

- Witaj, moje kochanie - mówię, kiedy Carmen się podnosi, i całuję ją w usta. Przytulamy się i Carmen od razu uderza w płacz. No i już po najzwyklejszym wieczorze. Przytulam ją mocno i patrzę nad jej ramieniem przed siebie. Mówię jej, że w końcu może się jednak okaże, że wszystko w porządku, tak jak to już było pół roku wcześniej. Od południa nic lepszego nie przyszło mi do głowy.

Wchodzi do łóżka i przyciągam ją do siebie. Zaczynamy się całować. Nie mówiąc ani słowa, przesuwam głowę całkiem w dół. Kiedy ma orgazm, przyciska mokruteńkie nagle krocze do mojej twarzy.

- Pieprz mnie, pieprz mnie! - szepcze.

Kochamy się ostro. Carmen wyczuwa, że zaraz dojdę i chrypi z płonącymi pożądaniem oczami:

- No już, już, spuszczaj się, niech cię poczuję!

Kończę w niej kilkoma mocnymi ruchami, zagryzając wargę, zupełnie jak to robi Luna, która teraz jest w pokoju obok.

Kiedy Carmen rozbiera się w sypialni, patrzę na jej piersi. Kiedy po raz pierwszy zobaczyłem ją nagą, patrzyłem na jej ciało szeroko otwartymi oczami. Wyjąkałem, że jeszcze nigdy nie byłem w łóżku z dziewczyną o tak pięknym ciele. Zaśmiała się i powiedziała, że nieco wcześniej, w Rosa's Cantina, gdzie byliśmy razem, widziała, jak bez przerwy wgapiam się w kanion między jej piersiami w czarnym, głęboko wyciętym T-shircie. Po urodzeniu Luny jej piersi leciutko opadły, ale nadal uważam je za piękne. Nadal nieziemsko mnie podnieca, kiedy Carmen po prostu się rozbierze i uwolni swoje fantastyczne piersi. Każdego wieczoru jest to dla mnie wielkie święto. Życie z Carmen w ogóle jest jednym wielkim świętem dla ciała i ducha.

Zaraz po moim orgazmie znowu wybucha płaczem.

- Przestań, moje kochanie - mówię szeptem. Całuję jej włosy i przez długie minuty leżę w niej i na niej.

- W przyszłym tygodniu wyprawimy wasze urodziny - mówi jakiś czas później, kiedy już zgasiłem światło. - Może to już ostatni raz, kiedy będę razem z wami.

Een typisch kenmerk van spijt is dat het steeds weer te laat komt en nooit op tijd. (Typową cechą żalu jest to, że zawsze przychodzi za późno, a nigdy na czas.)

Extince, z utworu Op de dansvloer (album Binnenlandse funk, 1998)

Pięć

O wpół do czwartej nad ranem ciągle jeszcze nie mogę zasnąć. Już widziałem, jak znowu przekazuję rodzinie i przyjaciołom złą wiadomość. Wyjdzie na to, że ich okłamaliśmy, kiedy pół roku temu powiedzieliśmy, że to fałszywy alarm. A teraz znowu do momentu biopsji musimy ich trzymać w niepewności. To będzie w piątek w przyszłym tygodniu. Za dziesięć dni. Dziesięć pieprzonych dni czekania na badanie. Wcześniej się nie da, powiedział Carmen doktor Wolters, zapewniając, że te dziesięć dni i tak niczego specjalnie nie zmienią. Kiedy dzisiaj wieczorem zacząłem się wściekać na to stwierdzenie, Carmen wściekła się na mnie.

- A co miałam na to powiedzieć, Stijn?! Że sami zrobimy biopsję w domu, czy jak?

No to się już zamknąłem.

Doktor Wolters. Od tamtego czasu minęło już pół roku, a ja widziałem go łącznie może z pół godziny, ale mam przed sobą jego twarz. Lat pewnie z pięćdziesiąt pięć, dystyngowana siwizna, przedziałek z boku, okrągłe okulary, biała lekarska marynarka. Pół roku temu nasz koszmar trwał zaledwie tydzień. Zaczęło się od wizyty Carmen u naszego lekarza rodzinnego, doktora Bakkera. Zalecił, żeby na wszelki wypadek udać się jednak na badanie piersi do szpitala. Trochę nas to przeraziło. W Szpitalu św. Łukasza trafiliśmy na doktora Woltersa. Obejrzał pierś i powiedział, żeby Carmen jednak zgodziła się na biopsję. Przeraziło nas to jeszcze bardziej. Nie dlatego, żebyśmy wiedzieli, co to jest biopsja, ale dlatego, że jak mają człowiekowi w szpitalu zrobić coś, o czym nigdy wcześniej nie słyszał, to już z definicji znaczy, że jest niedobrze.

Wieczorem przed biopsją robiłem wszystko, żeby w półmroku sypialni Carmen nie zauważyła, że ciekną mi łzy. Wcześniej widziałem w jej oczach śmiertelne przerażenie. Doskonale ją rozumiałem. Na raka się przecież umiera.

Dzisiaj wieczorem nagle przypomniałem sobie znowu słowa doktora Woltersa, parę godzin po biopsji.

"Komórki są niestabilne, nie wiemy dokładnie, co to może oznaczać, ale w każdym razie są niezłośliwe". Pamiętam dokładnie, że powiedział to dopiero, kiedy już wszyscy podnieśliśmy się z miejsc. Jakże wielką poczuliśmy ulgę i jak bardzo chcieliśmy stamtąd wyjść, wyjść z tego szpitala z powrotem do naszego szczęśliwego życia, w którym mieliśmy sobie być po prostu długo i szczęśliwie, tak jak planowaliśmy. Mając czas po swojej stronie i plany na następne sto tysięcy lat[2]. Na ulicy padliśmy sobie w ramiona. Zupełnie jakby właśnie urodziło nam się piękne i zdrowe dziecko, tak bardzo byliśmy szczęśliwi. Obdzwoniłem radośnie wszystkich: matkę Carmen, Thomasa i Anne, Frenka i Maud, żeby im powiedzieć, że nie ma obaw i Carmen jest zdrowa.

Niezłośliwe. Czy nie powinniśmy wtedy skupić się bardziej na słowach Woltersa: "nie wiemy dokładnie, co to może oznaczać"? Czy jednak nie powinniśmy wymusić na nim skierowania do innego szpitala, żeby wykonać drugie badanie? Czy w tej sytuacji nie jest to nasza wina? Czy nie daliśmy się po prostu zbyć? To, że Carmen poczuła taką ulgę, że była już tylko szczęśliwa, można zrozumieć, ale jeśli idzie o mnie, to czy nie powinienem jednak drążyć dalej, upierać się, żeby nadal szukał, aż w końcu będzie wiedział, co to oznacza? To nie Wolters jest tutaj głupim fiutem, tylko ja sam. Bo to przecież chyba ja jestem jej mężem i chyba moim zadaniem jest ją ochraniać?

Może jednak temu wszystkiemu można było zapobiec..., tłucze mi się po głowie.

Tym razem już tak nie będzie. Kiedy w przyszłym tygodniu w piątek znowu spróbuje nas zapewniać, że wszystko będzie dobrze, to złapię go za ten biały fartuch i wytrę nim biurko. Może być tego pewny.

Een glimlach dat wordt pure parodie. (Uśmiech, robi się z tego czysta parodia)

Rita Hovink, z utworu Laat me alleen (album Een rondje van Rita, 1976)

Sześć

Na tabliczce nad drzwiami czytam, że onkologia w Szpitalu św. Łukasza ma oddział, gdzie wykonuje się biopsje. Onkologia. Słowo nie było mi obce, ale nie wiedziałem, że ma coś wspólnego z rakiem. A tak niewinnie brzmi. Bardziej jak nazwa nauki zajmującej się badaniem, dlaczego wyginęły mamuty, albo coś w tym rodzaju.

Szpital św. Łukasza. Są ludzie, dla których najbardziej deprymującym budynkiem w Amsterdamie jest Europarking. Dla innych będzie to gmach De Nederlandsche Bank. Albo bloki w dzielnicy Bijlmer. Wszystkich ich zapraszam do odwiedzenia kompleksu budynków Szpitala św. Łukasza. Wystarczy że widzę te budynki wzdłuż A10, a od razu dostaję wysypki.

Luna macha swoim pluszakiem Elmo, którego dostała w zeszłym tygodniu na urodziny. Carmen siedzi na skraju łóżka. Właśnie została zważona i pobrano jej krew. Na łóżku stoi jej czarna torba, do której dzisiaj rano zapakowała przybory toaletowe, kapcie, różową koszulę nocną z jedwabiu - nawet nie wiedziałem, że taką ma - i ostatni numer Marie Claire. Siedzę przy niej, wciąż jeszcze w kurtce, i biorę do ręki dwie broszurki, które właśnie dostaliśmy. Jedna zielona - Życie z rakiem i druga niebieska - Rak piersi. Na każdej jest logo, które znam z autobusów. Chodzi o Fundację Królowej Wilhelminy. Zaczynam przeglądać niebieską broszurkę, tak jak przegląda się w samolocie broszurę z towarami duty free, żeby się czymś zająć. "Dla kogo jest ta broszura?", czytam na pierwszej stronie u góry. Dowiaduję się, że ja i Carmen jesteśmy w grupie docelowej. Nie lubię być w żadnej grupie docelowej, a już na pewno nie tego rodzaju broszury. W spisie treści widzę tytuły w rodzaju Co to jest rak? Protezy piersi czy Uśmierzanie bólu. A tak w ogóle to po co dostaliśmy te broszurki? Przecież przyszliśmy tylko na biopsję? Czy nie moglibyśmy na razie zachowywać się tak, jakby wszystko miało być znowu dobrze, jakby chowająca się brodawka sutkowa czy zaczerwieniona pierś - przez ostatnie dni rzeczywiście zrobiła się bardziej czerwona i powiększona, nawet jak na moje niewprawne oko - była wynikiem działania, bo ja wiem, hormonów, albo czegoś w tym rodzaju?

Zrobiła się już dziewiąta i do pokoju wchodzi pielęgniarka. Ma ze sobą teczkę, na której jest imię i nazwisko Carmen.

- No proszę, już cię tu mają na dobre - żartuję, pokazując głową na teczkę.

Carmen się uśmiecha. Troszeczkę.

- Biopsja jest zaplanowana na dwunastą - oznajmia pielęgniarka.

Pielęgniarka może mieć z pięćdziesiąt lat. Stara się, jak może, żeby ta rutynowa rozmowa miała jak najbardziej osobisty charakter. Kładzie nawet kilka razy rękę na kolanie Carmen. Carmen jest bardzo przyjazna, jak to Carmen, która jest przyjazna dla każdego. Czuję się tutaj kompletnie nie na miejscu i w zasadzie to chciałbym jak najszybciej się stąd wynieść, odstawić Lunę do żłobka i pojechać do firmy. Nie mam pojęcia, co robić tego dnia, jak już wyjdę ze szpitala. Powinienem się postarać, żeby wszystko było po prostu jak zawsze.

Carmen zauważa mój nastrój.

- Słuchaj, idź już może, co? Jakoś sobie sama poradzę. A kawa w twojej firmie na pewno jest lepsza niż tutaj - żartuje.

- Zadzwonimy do pana, jak już żona wybudzi się z narkozy - zapewnia pielęgniarka.

Przytulam się razem z Luną do Carmen i szepczę jej do ucha, że ją kocham. W drzwiach odwracam się i przesyłam jej pocałunek. Luna macha rączką.

Carmen robi, co może, żeby się uśmiechnąć.

I hide my tears behind a painted smile. (Chowam łzy za malowanym uśmiechem)

Isley Brothers, z utworu I Hide My Tears Behind A Painted Smile (album Soul On The Rocks, 1967)

Siedem

O godzinie dziesiątej otwieram drzwi wejściowe naszego biura. Znajduje się na Olympisch Stadion. Od dnia, kiedy dostaliśmy do niego klucze, czuję się tutaj bardziej w domu niż w domu. Część mojej młodości pozostała na tym stadionie. Jako szesnastolatek z Bredy uważałem buntowniczy Amsterdam z początku lat osiemdziesiątych za kompletny obłęd. Gdy tylko mogłem, jechałem w niedzielę pociągiem do Amsterdamu, żeby potem w poniedziałek móc w szkole opowiadać o rozróbach kiboli klubu Ojox!!! i o tym, co zdewastowali na linii "dziewiątki" do dawnego stadionu Ajaksu De Meer czy "szesnastki" na Olympisch Stadion. Oczywiście trzymam się od tego wszystkiego z daleka, tak samo jak lata wcześniej w kibolskim sektorze B na meczach NAC Breda, kiedy to o mało nie robiłem w spodnie ze strachu, ale o tym nikt w szkole nie miał prawa się dowiedzieć.

Frenk uwielbia piękno, a ja Ajax Amsterdam. Dlatego w naszym biurze - znajdującym się w strefie, gdzie zawsze był kibolski sektor F, kiedy Ajax grał na Olympisch Stadion - potrzebny był kompromis. Postawiłem warunek, że na bocznej ścianie na całej szerokości musi wisieć zdjęcie siedem metrów na półtora, na którym widać, jak zawodnicy wchodzą na murawę boiska przed ostatnim meczem Ligi Mistrzów rozegranym na Olympisch Stadion[3], otoczeni morzem pochodni i czerwonego dymu. Biuro firmy Merk in Uitvoering wygląda jak moja sypialnia, kiedy miałem piętnaście lat, tylko jest dziesięć razy większe. I milion razy bardziej hipsterskie. To z kolei wpływ Frenka i projektanta wnętrz, jego znajomego angielskiego geja w odlotowych okularkach. Jego zdaniem mój piłkarski fetysz nie pasował do całości. No to ja na to, że w takim razie ma pecha, i niech sobie robi co chce, tylko nie ma prawa ruszyć mojego zdjęcia. Kręcił nosem, ale się zgodził, z tym że zażądał, żeby mu dać wolną rękę co do reszty biura. "Proszę bardzo", powiedziałem, chociaż czułem, co będzie. Angielski gej wymyślił sobie, że w naszym open space muszą się znaleźć trzy kolorowe ekrany z pleksiglasu trzy metry długie i półtora metra wysokie. Jeden czerwony, jeden żółty i jeden niebieski. Ponadto zdecydował, że oświetlenie będzie się składało z różowych świetlówek, dzięki którym jedna pięciometrowa ściana będzie miała kolor zielonego jabłka. Druga została pokryta fioletowymi filcowymi poduszkami. Jednym słowem - kolorowo. Jeśli idzie o budżet, był to kompletny brak odpowiedzialności. Frenk stwierdził, że to mnie nie powinno interesować, bo przecież mam swoją ścianę ze zdjęciem Ajaksu.

Poza tym jednym Frenk i ten jego znajomek od dizajnu nie są wcale tacy porypani. W ciągu tych paru tygodni, od których tu jesteśmy, Frenk śmiejąc się w kułak, oznajmił mi, że informacja o naszym biurze pojawiła się w gazecie "Het Parool", trzech innych międzynarodowych czasopismach, we wszystkich gazetach poświęconych marketingowi i reklamie, że przyszły nas odwiedzić dwie wycieczki architektów (w tym grupa z Danii z taką fantastyczną laską, że postanowiłem z miejsca przestać narzekać na przekroczenie budżetu; co było, to było) oraz jeden nowy klient. Wygląda na to, że prowadzenie własnego biura marketingowego to żadna specjalna filozofia.

- Cześć - mówię, wchodząc. Wszyscy już są. Idę prosto do kuchni, gdzie jest automat do kawy, żeby zejść im z oczu. Reszta naszego biura na stadionie jest do tego stopnia otwarta, że nie da się nawet podłubać w nosie, żeby ktoś nie widział. Ekspres do kawy to nabytek Frenka, więc skorzystanie z niego jest jak najbardziej uzasadnione, a od naciśnięcia guzika mija jeszcze całe pół minuty, zanim kawa jest gotowa. Dzisiaj mogłoby to, jak dla mnie, trwać w nieskończoność. Kiedy filiżanka jest już pełna, czekam jeszcze trochę. Potem zbieram całą odwagę i przechodzę obok biurka Maud. Staram się na nią nie patrzeć.

Frenk patrzy na mnie badawczo, kiedy siadam.

- Yyy, no więc... jest teraz w szpitalu - staram się mówić jak najbardziej lakonicznie. Maud staje przy mnie. Czuję na plecach spojrzenia pozostałych. - No, cóż. Się okaże - mówię i włączam kompa. Z trudem powstrzymuję łzy. Maud kładzie mi rękę na ramieniu. Kładę swoją na jej ręce i gapię się przez okno. Gdybym tak mógł być znowu dzieckiem. Mógłbym sobie wtedy zwyczajnie wmówić, że wszystkie kłopoty znikną, kiedy nie będzie się o nich wspominało.

It ought to be easy ought to be simple enough, man meets a woman and they fall in love but the house is haunted and the ride gets rough. (To takie proste, to zwykle takie proste, mężczyzna spotyka kobietę i zakochują się w sobie, lecz dom jest nawiedzony i robi się ostro.)

Bruce Springsteen, z utworu Tunnel Of Love (album Tunnel Of Love, 1992)

Osiem

O piątej po południu dodzwaniam się do Carmen. Właśnie jadę samochodem do żłobka. Nawet nie muszę pytać, jak ona się czuje. Słyszę to od razu po jej głosie.

- Był u mnie lekarz... Jest bardzo źle, Stijn.

- Już do ciebie jadę. Tylko zabiorę Lunę ze żłobka i zaraz będę.

Nie mam odwagi o nic pytać.

Z bijącym sercem idę z Luną na ręku korytarzem oddziału onkologicznego. Wchodzę do sali, gdzie dzisiaj rano zostawiłem Carmen samą. Jest ubrana, siedzi na łóżku z wymiętą chusteczką w ręku i gapi się przez okno. Oczy ma zaczerwienione i opuchnięte. Obok niej leżą jeszcze dwie chusteczki, w tym samym stanie. Widzi, jak wchodzimy, i zakrywa dłonią usta. Gest, jaki robi, kiedy zdarzy się coś bardzo złego. Bez słowa podchodzę do niej i przytulam. Opiera głowę na moim ramieniu i zaczyna rozdzierająco płakać. Nie mogę wydobyć z siebie słowa. Od kiedy weszliśmy do tego szpitalnego pokoju, Luna nie wydała jeszcze z siebie dźwięku.

Carmen całuje Lunę i udaje się jej nawet zmusić do uśmiechu.

- Cześć, kochanie - wita Lunę, gładząc ją po włosach.

Odchrząkuję.

- No to wal - mówię. I tak mnie to nie ominie.

- Rak. Bardzo niebezpieczna odmiana. Mówią, że rozsiany. Nie jakiś jeden guzek, tylko w różnych miejscach, zajmuje już całą pierś.

Bum.

- Są tego pewni? - Nic więcej nie przychodzi mi do głowy.

Carmen potakuje ruchem głowy, wydmuchując jednocześnie nos w chusteczkę, która zdecydowanie nie jest w stanie przyjąć więcej wilgoci.

- To jest mastisis carcino... cośtam...

Kiwam głową, jakbym wiedział, o czym mówi.

- Jeśli chcesz, to możesz wejść na chwilę do doktora Woltersa. Tak powiedział. Ma gabinet parę drzwi dalej.

Wolters. Już samo to nazwisko mi wystarczy. Przez ostatni tydzień ani razu o nim nie wspomnieliśmy. Jak najdalej odsuwaliśmy od siebie pytania Thomasa i Anne, i matki Carmen, czy pół roku temu nie popełniono aby strasznego błędu. Mówiliśmy sobie, że być może już wtedy choroba była rozwinięta i tak było za późno. Wystarczy już sama myśl, że Carmen może umrzeć z powodu lekarskiego błędu...

Doktor Wolters siedzi za swoim biurkiem. Od razu go poznaję, chociaż widziałem go pół roku temu. On mnie nie. Pukam w otwarte drzwi.

- Tak...? - mówi, marszcząc brwi.

- Witam - odpowiadam krótko, żeby nie zapomniał, że to on jest wszystkiemu winien. - Jestem mężem Carmen van Diepen.

- A, tak, przepraszam - mówi doktor Wolters i szybko podrywa się z miejsca, żeby uścisnąć mi dłoń. - Proszę, niech pan siada.

- Raczej postoję. Żona na mnie czeka.

- Tak, oczywiście. Domyślam się, że chciałby pan poznać wyniki biopsji.

Nie, skąd, chodzi mi o wynik ostatniego meczu Ajaksu.

- Tak.

- Cóż. Nie są one niestety zadowalające.

- Tyle zrozumiałem - odpowiadam z cynizmem, którego on pewnie nawet nie zauważa. - Czy może mi pan dokładniej wyjaśnić, w czym rzecz?

Doktor Wolters wyjaśnia, dlaczego tym razem okazało się, że rak jest jednak złośliwy. Ja słucham jego wyjaśnień tylko jednym uchem i w dodatku połowy nie rozumiem. Pytam, na ile to jest pewne.

- Wysoce pewne... Musimy jeszcze zrobić dodatkowe badania, ale już teraz wygląda na to, że mamy do czynienia z mastitis carcinomatosa. Więcej na razie nie da się powiedzieć.

Kiwam głową. Doktor Wolters ściska mi dłoń.

- Cóż, proszę się jakoś trzymać. Jutro zgłoście się państwo do doktor Scheltemy. To internistka i ona państwu powie o wszystkim, co się może stać. Okej?

Ponownie kiwam głową. I nie wycieram nim biurka. Więcej nawet: nie odzywam się ani słowem. Ani jednym. Zamurowało mnie. Jeśli jakiś klient wyciąga palec, żeby cokolwiek zmienić w proponowanej przeze mnie strategii, to o mało mu go nie odgryzę, a przy tym dupku, którego błąd popełniony pół roku temu zaraził nasze życie rakiem, zachowuję się jak gracz prowincjonalnego klubu z Limburgii, który po raz pierwszy w życiu ma zagrać wyjazdowy mecz na amsterdamskim stadionie ArenA.

Kiedy wracam do pokoju, Carmen trzyma Lunę na kolanach i patrzy na prawie pusty parking przed szpitalem.

- Możesz jechać z nami czy masz tu jeszcze coś do zrobienia? - pytam.

- Chyba już mogę jechać - mówi Carmen i rozgląda się po pokoju, szukając czarnej torby. W milczeniu podchodzę do stołu, gdzie na oparciu krzesła wisi jej marynarka, i pomagam jej ją włożyć, czego normalnie nigdy nie robię. Wszystko po to, żeby mieć poczucie, że robię coś pożytecznego.

- Nie tak bardzo z tyłu - mówi Carmen, bo trzymam marynarkę dość daleko od jej pleców. - Przez tę ranę w piersi nie mogę tak bardzo odginać ramion do tyłu.

- Och, przepraszam. Chodź, Luna, idziemy - mówię do córki i podnoszę ją z łóżka. Cały czas jest uderzająco spokojna.

Carmen zagląda jeszcze na moment do pokoju pielęgniarek i mówi:

- To ja już uciekam.

Pielęgniarka, ta sama co rano, szybko odsuwa na bok tacę z jedzeniem, wstaje i podchodzi do Carmen, ujmując jej dłoń obiema rękami. Życzy nam dużo siły.

- Omówicie państwo wszystko dzisiaj wieczorem?

- Pewnie tak - mówię dzielnie, kiwając uspokajająco głową.

Idziemy we trójkę do windy. Nie odzywamy się ani słowem.

The times are tough, just getting tougher. I've seen enough, don't wanna see anymore, turn out the light and block the door, come on and cover me. (To ciężkie czasy, a będzie ciężej. Widziałem dość i już mi starczy, zgaś wszystkie światła, zarygluj drzwi, okryj mnie, proszę, okryj mnie.)

Bruce Springsteen, z utworu Cover Me (album Born In The USA, 1985)

Dziewięć

Po powrocie do domu dzwonię do Frenka i mówię mu, że Carmen ma raka piersi.

- A niech to szlag - podsumowuje Frenk zwięźle całą sytuację.

Carmen dzwoni do Anne i mówi jej co i jak. W ciągu niecałej godziny Thomas i Anne stają w drzwiach. Anne obejmuje mnie serdecznie, a potem jeszcze w kurtce idzie do salonu i obejmuje Carmen, która od razu znowu zaczyna płakać.

Thomas niezgrabnie bierze mnie w objęcia.

- Chujowa sprawa, człowieku - mamrocze. Wchodzi do środka i nie ma odwagi podnieść na nią spojrzenia. Stoi, gapiąc się w ziemię, ramiona opuszczone, z rękami w kieszeniach. Jest jeszcze w garniturze i krawacie.

Thomas też pochodzi z Bredy i znam go od podstawówki. "We liked the same music, we liked the same clothes, we liked the same bands"[4], śpiewa Bruce i doskonale pasuje to do mnie i do Thomasa. Kiedy mieliśmy po dwanaście lat, chodziliśmy razem na mecze drużyny NAC z Bredy, kiedy mieliśmy po szesnaście lat, chodziliśmy na koncerty punkowe, a jak mieliśmy po osiemnaście lat, to wspólnie chodziliśmy na podryw do kawiarni De Suikerkist. W tamtym czasie Thomas był niesłychanie popularny. Ja miałem pryszcze i grube okulary i musiałem się zadowalać resztkami po Thomasie.

Po szkole średniej poszliśmy obaj na studia do Wyższej Szkoły Ekonomii i Administracji, gdzie poznaliśmy też Frenka. Thomas jakoś przeczołgał się przez studia. Nie był specjalnie superinteligentny. Został przedstawicielem handlowym firmy sprzedającej sól do posypywania ulic i wciąż tam pracuje. Jego klientami są urzędnicy gmin i Królewskiego Zarządu Dróg i Gospodarki Wodnej. Thomas jest z nimi mocno zakolegowany, chyba dlatego, że tak jak oni uwielbia dowcipy o Belgach, Murzynach, blondynkach i babach, które przychodzą do lekarza i tak jak oni nosi pastelowe koszule button down z sieci Kreymborg.

Często dzwonimy do siebie z Thomasem. Widujemy się rzadziej niż kiedyś. Poza karnawałem w Bredzie nie bardzo lubi wychodzić. W weekendy woli siedzieć w domu przy serze i winie i oglądać filmy z dużą ilością strzelania, cycków i helikopterów. Coraz mniejsza ochota na wychodzenie wiąże się u niego z tym, że parę lat temu zaczął łysieć a jego brzuch zaczął przybierać zastraszające rozmiary. "Stijn, cholera jasna, ja to już raczej nie winko, a ty też nie za bardzo do schrupania", powiedział mi kiedyś, kiedy zrozumiał, że jego malejąca popularność wśród "panienek" przybrała już formę strukturalną. Przy swoim pragmatyzmie Thomas od razu przedsięwziął odpowiednie środki. Kiedy któregoś razu zobaczył, że w jego biurze pojawiła się ładna, młoda stażystka, zaprosił ją na kolację i już nie wypuścił z rąk.

Tą praktykantką była Anne. Thomas i Anne dobrali się w korcu maku. Anne gardzi wszystkim, co jest trendy (czytaj: amsterdamskie), też ma hopla na punkcie dzieci, sera i wina, i podobnie jak Thomas wygląda tak, jakby permanentnie była w ciąży. Po urodzeniu trójki dzieci: Kimberley (4), Lindsey (3) i Danny'ego (1) Anne całkiem się zapuściła. Mówi, że rodzina i dom są dla niej ważniejsze od wyglądu zewnętrznego. Nosi legginsy i T-shirty od Miss Etam. Carmen nazywa to miarą upadku. Ale o tym Anne nie ma pojęcia, bo Carmen za nic nie chciałaby jej urazić. I całkiem słusznie. Bo Anne została najbliższą przyjaciółką Carmen. Dzwonią do siebie codziennie, a kiedy pół roku temu Carmen dygotała ze strachu przed biopsją, Anne prawie nie wychodziła od nas z domu. Chociaż maksymalnie mnie wkurzała jej ciągła obecność, kiedy wracałem z pracy, musiałem przyznać, że Anne wie, co to przyjaźń. Dzisiaj Carmen i Anne są ze sobą o wiele bliżej niż Thomas i ja. Carmen opowiada Anne wszystko. Ja Thomasowi nie. W każdym razie od momentu, kiedy odkryłem, że o wszystkim, co robię (a on chciałby robić) klepie swojej Anne. Ani się człowiek obejrzy, a już wszystko dociera do Carmen, a tego oczywiście nie chcemy. Wierność to przereklamowana cnota. Anne myśli na ten temat inaczej. Ale jej łatwo mówić. Jej wygląd niespecjalnie zachęca do podejmowania fizycznego współżycia[5]. Anne nie mogłaby zdradzić, nawet gdyby bardzo chciała.

Anne jest rzeczowa. Radzi nam spisać wszystkie pytania, jakie jutro chcemy zadać lekarzowi. Uznajemy to za bardzo dobry pomysł. Wszyscy czworo zastanawiamy się, czego chcemy się dowiedzieć. Wszystko zapisuję.

To działa. Chwilowo sprowadzamy raka do rangi neutralnego obiektu, który krytycznie i niemal rzeczowo poddajemy analizie. Carmen już od godziny nie płacze.

O wpół do dziesiątej Thomas i Anne wychodzą. Dzwonię do Frenka, Carmen siedzi w Internecie. Kiedy odkładam słuchawkę, pyta mnie, czy pamiętam jeszcze angielską nazwę tej jej odmiany raka.

- Tego Wolters nie powiedział, tylko jakąś łacińską nazwę, mastitis carcino... cośtam...

- Carcinomatosa, właśnie. W takim razie angielska nazwa brzmi... - rzuca spojrzenie na ekran. - ...inflammatory breast cancer... Słowo inflammatory oznacza, że występuje przy okazji stan zapalny. To taki rodzaj guza, że jak się go za późno wychwyci, to jego komórki od razu przedostają się do krwi. Tak tu chyba piszą.

- Yyy... chyba tak - odpowiadam ostrożnie.

- No to w takim razie niezłe jaja, bo to oznacza, że... - głos jej się załamuje - ...moja szansa na przeżycie więcej niż pięciu lat wynosi niecałe czterdzieści procent.

Czterdzieści procent.

- A skąd wiesz, że to na pewno to? - reaguję nerwowo. - Na pewno dobrze przeczytałaś?

- No przecież nie jestem upośledzona umysłowo, Stijn! - wrzeszczy Carmen. - Wyraźnie tak piszą! A może nie?

Nawet nie patrzę na ekran, tylko naciskam wyłącznik iMaca.

- Dobra. A teraz idziemy spać.

Carmen patrzy zdumiona na czarny ekran, a potem na mnie. Z początku spojrzeniem, które może zabić, a potem zaczyna niewyobrażalnie gwałtownie płakać.

- Niech to wszystko jasny szlag! Gdyby ten palant wtedy lepiej się przyjrzał, to może dzisiaj nie byłoby za późno.

Łapię ją za rękę i ciągnę za sobą schodami na górę.

Po ataku płaczu, który wydaje się nie mieć końca, zapada w moich ramionach w sen. Ja długo nie mogę zasnąć i boję się myśleć, co będzie rano. Boję się tej chwili, kiedy się obudzę i uświadomię sobie, że to wszystko nie był sen, tylko dzieje się naprawdę.

Carmen ma raka.

Het regent harder dan ik hebben kann. (Pada gwałtowniej, niż mogę wytrzymać.)

Bl?f, z utworu Harder dan ik hebben kan (album Boven, 1999)

Dziesięć

Pani doktor Scheltema ściska nam dłonie, prosi, abyśmy usiedli i sama też siada za biurkiem.

Zaczyna przeglądać dokumentację, która znajduje się w staromodnej brązowej teczce. Przyglądam się i widzę, że to te same papiery, które pielęgniarka miała już przedwczoraj. Są tam dwa zdjęcia rentgenowskie (pewnie Carmen) i widzę długi odręczny opis (doktora Woltersa?) oraz rysunek piersi ze strzałką i nieczytelnym tekstem obok. Doktor Scheltema czyta dokumentację, zupełnie jakby nas tu nie było. W gabinecie panuje przerażająca cisza.

Doktor Scheltema nie jest osobą, po której można by się spodziewać: o, będzie miło. Siwe włosy, mnóstwo długopisów w kieszonce na piersi i typowa twarz lekarza od pacjentów gorszego sortu. Między doktor Scheltemą a mną nie będzie nici porozumienia. Zobaczyłem to od razu po wyrazie twarzy, z jakim popatrzyła na moją skórzaną kurtkę a la lata sześćdziesiąte, koloru brązowej kupy, kiedy wszedłem do jej gabinetu.

Trzymam Carmen za rękę. Ona mruga do mnie i kiwa głową na boki jak Jaś Fasola, kiedy po upływie pół minuty doktor Scheltema nadal w milczeniu studiuje dokumentację, przewracając kartki to w jedną, to w drugą stronę. Szybko odwracam głowę od Carmen, żeby nie wybuchnąć śmiechem, bo spodziewam się, że nie wpłynęłoby to pozytywnie na stosunek pani doktor do mnie. Rozglądam się po gabinecie. Za plecami pani doktor wisi na ścianie oprawiona reprodukcja jakiegoś impresjonistycznego obrazu (nie pytajcie jakiego, pochodzę z Breda Noord i uważam za duży wyczyn, że w ogóle wiem, że to obraz impresjonistyczny), a na półce przy drzwiach widzę mnóstwo medycznych broszur, pośród których odczytuję najbliżej mnie stojące tytuły w rodzaju: Prawidłowe odżywianie w chorobie nowotworowej, Rak a seksualność czy Terapia przeciwbólowa w chorobie nowotworowej oraz znany mi już Rak sutka.

Pani doktor Scheltema podnosi wzrok znad dokumentacji.

- Jak się pani czuła przez ostatnie dni? - pyta.

- Nieszczególnie - stwierdza Carmen, mająca przesadną skłonność do nieuskarżania się.

- Wyobrażam sobie - mówi pani doktor. - To oczywiście przykre, że wtedy nie zostało to należycie dopilnowane. Niewątpliwie było to... karygodne niedopatrzenie.

- Dlatego, że teraz jest już za późno? - mamroce Carmen.

- Proszę w ten sposób nie myśleć - protestuje pani doktor. - Nadal mamy jeszcze całkiem sporo instrumentów, które możemy zastosować. Nie ma sensu wracać do tego, co było, musimy się skupić na tym, co można jeszcze zrobić.

Patrzę na Carmen, zdumiony sposobem, w jaki pani doktor zbagatelizowała oczywisty błąd kolegi, ale wygląda na to, że Carmen zaakceptowała takie podejście. W tej sytuacji postanowiłem się powstrzymać.

- Moja choroba nosi nazwę inflammatory breast cancer, zgadza się? - pyta Carmen.

- Oficjalna nazwa łacińska brzmi mastitis carcinomatosa, w nazwie angielskiej rzeczywiście występuje dodatkowe określenie inflammatory, czyli zapalny... a skąd pani to w ogóle wie?

- Wyczytałam wczoraj w Internecie.

- Powinna pani tego raczej unikać - stwierdziła pani doktor zwięźle.

Tak, akurat, myślę sobie, bo przez to masz trudniej. Śmieję się w duchu i w przeciwieństwie do wczorajszego dnia, kiedy byłem wściekły na Carmen, że po przejrzeniu nie wiadomo ilu stron na temat najróżniejszych form raka, wmawia sobie najgorsze z najgorszych, dzisiaj jestem z niej dumny, że wie więcej, niż życzyłaby sobie pani doktor.

- Czy to prawda, że tylko czterdzieści procent kobiet z takim rozpoznaniem przeżywa pięć lat? - drąży dalej Carmen.

- Obawiam się, że jeszcze mniej - mówi doktor Scheltema lodowatym tonem, z wyraźnym nastawieniem, aby w ten sposób raz na zawsze zniechęcić nas do szukania czegokolwiek na ten temat w Internecie - ponieważ jest pani jeszcze młoda i komórki mnożą się w pani organizmie o wiele szybciej niż u osób starszych. Guz w pani lewym sutku mierzy w tej chwili trzynaście na cztery centymetry i najprawdopodobniej osiągnął takie rozmiary zaledwie w ciągu kilku miesięcy.

Trzynaście na cztery centymetry? Kabaczek tyle mierzy! I to zaledwie w ciągu paru miesięcy? Z pewnością tak właśnie musiało być, bo czegoś takiego nawet doktor Wolters nie byłby w stanie przegapić pół roku temu.

- Czy tego nie można usunąć? - pyta Carmen. - W razie konieczności nawet razem z całą piersią?

Nie mogę uwierzyć w to, co słyszę. Bez mrugnięcia okiem Carmen pyta, czy jej duma, jej znak firmowy może zostać amputo...

Doktor Scheltema kręci głową, że nie.

- Dokonanie zabiegu w tym momencie wiązałoby się z niebezpieczeństwem - mówi. - Guz jest zbyt duży. Nie wiemy na razie dokładnie, gdzie nastąpiły przerzuty. Jeślibyśmy cięli w tym stadium, to istnieje niebezpieczeństwo, że rak dostanie się do tkanki pozostałej po usunięciu piersi i wtedy tylko pogorszymy sprawę. Dopiero kiedy guz w pani piersi się zmniejszy, amputacja stanie się jedną z ewentualności.

Mówi to takim tonem, jakbyśmy się mieli z tego cieszyć.

- Innym środkiem, jaki stosuje się w celu wpłynięcia na guz, jest kuracja hormonalna... - tak, tak, właśnie kuracja hormonalna! Pamiętam, że coś na ten temat czytałem... - ale tutaj też nie można jej zastosować. W pani przypadku nie przyniesie to poprawy. Z badań pani krwi wynika, że mamy do czynienia z negatywną obecnością receptorów estrogenowych, co oznacza, że komórki rakowe nie zareagowałyby na hormony. Najgorsze jednak jest to, że biopsja wykazała... - no już, wyduś to z siebie... - że guz jest rozsiany, co oznacza, że z pewnością komórki rakowe znalazły się już we krwi, co oznacza, że... sami państwo wiecie...

Nie, państwo nie wiedzą, bo chociaż nie jestem wcale z tych najgłupszych, to jednak jeszcze niedawno mijały całe dni, w czasie których ani przez chwilę nie myślałem o raku. Ponieważ również Carmen ma taki wyraz twarzy, który zdradza, że tego nie wie, pani doktor kontynuuje tonem, jakim w audycjach dla uczniów szkół podstawowych objaśnia się dzieciom, dlaczego dorośli prowadzą wojny.

- Sprawa wygląda tak. Krwinki przemieszczają się po całym organizmie, a więc pani komórki rakowe także. Markery rakowe we krwi nie mają jeszcze alarmujących wartości, ale mimo wszystko jest wielce prawdopodobne, że komórki rakowe są już rozsiane po pani organizmie.

Patrzymy na siebie z Carmen w milczeniu przez dłuższą chwilę. Głaszczę kciukiem jej dłoń. Doktor Scheltema też milczy. Do czasu.

- Jeśli nie podejmiemy żadnych kroków, to obawiam się, że wszystko potrwa kilka miesięcy. Najwyżej rok.

Chociaż to stwierdzenie jest tylko logiczną konsekwencją wszystkich wcześniejszych informacji, to jednak trafia nas jak grom. W końcu zostało to powiedziane. A więc tak to się odbywa. Przychodzi baba do lekarza i dowiaduje się, że ma przed sobą jeszcze tylko kilka miesięcy życia. Carmen zaczyna dygotać, zasłania dłonią usta i wybucha szlochem. Mnie ściska w dołku. Obejmuję ją ramieniem a drugą ręką trzymam jej dłoń.

- Trudno się z czymś takim pogodzić, to oczywiste - konstatuje pani doktor twardo. Nic na to nie odpowiadamy. Siedzimy, obejmując się ramionami. Carmen szlochając, ja nie wiedząc, co ze sobą zrobić.

- I co teraz? - pytam po chwili.

- Zalecałabym jak najszybciej rozpocząć chemioterapię - podejmuje pani doktor temat, z wyraźną ulgą, że znowu może mówić o kwestiach technicznych. - Najlepiej jeszcze w tym tygodniu.

Chemioterapia. To słowo wisiało w powietrzu już od paru minut, ale i tak robi swoje. Chemioterapia. Czytaj: wyłysienie. Czytaj: śmiertelna choroba. Czytaj: wszyscy wiemy doskonale, że to gówno pomoże, ale nie ma innego wyjścia.

Doktor Scheltema mówi dalej:

- Chemioterapia dociera bowiem do całego organizmu, daje więc największe szanse na dopadnięcie raka.

- A naświetlania? - pytam. Carmen też podnosi wzrok. Właśnie, naświetlania, często też się je przecież stosuje, mówi jej pełne nadziei spojrzenie. Z jakiegoś powodu słowo "naświetlania" nie brzmi tak strasznie jak "chemioterapia".

Pani doktor kręci przecząco głową. Głupie pytanie.

- Naświetlania mają wyłącznie efekt miejscowy. Ograniczają się więc do samej piersi. A my musimy spróbować wyrugować komórki rakowe z całego pani organizmu, a więc chemioterapia to najlepsza metoda - mówi wyraźnie poirytowana, bo przecież przed chwilą wszystko nam wyjaśniła.

- Czy może pani powiedzieć nam coś więcej na temat tej chemioterapii? - słyszę swoje słowa wypowiedziane takim tonem, jakbym pytał o nawigację w nowym audi A4.

Pani doktor rozkwita. Widać wyraźnie, jaką radość sprawia jej, że wreszcie może wsiąść na swojego ulubionego konika. Natychmiast otrzymujemy przyśpieszony kurs chemioterapii. Zasada wydaje się prosta. Organizm otrzymuje uderzeniową dawkę określonych substancji chemicznych, co stanowi większe obciążenie dla szybko dzielących się komórek rakowych niż dla komórek zdrowych. Komórki rakowe idą w rozsypkę, zupełnie jak piłkarska jedenastka pozbawiona rozgrywającego. Mogą zostać nawet całkowicie zniszczone, mówi pani doktor pełna uznania, dając się porwać własnemu entuzjazmowi. Niestety, zdrowe komórki organizmu, które podlegają szybkiemu podziałowi, również na tym cierpią.

- Na przykład pani komórki włosowe. Będzie pani musiała pogodzić się z przykrym faktem utraty włosów.

Pani doktor wyraźnie się rozkręca.

- Wydaje mi się, że najlepszym schematem leczniczym w pani przypadku będzie CAF, co jest skrótem od stosowanych wówczas substancji, czyli cyklofosfamidu, doksorubicyny i 5-fluorouracylu... - kiwamy oboje głowami, zupełnie jakbyśmy wiedzieli, o czym ona mówi - w połączeniu z lekiem zmniejszającym nudności oraz wymioty powodowane przez chemioterapię. - Znowu kiwamy głowami. - Mimo to niektóre osoby i tak wymiotują przez kilka dni po zabiegu. W takich przypadkach można podać leki doustne, przeznaczone do łykania po każdej turze chemioterapii, jeśli okaże się to konieczne... - Powoli przechodzimy w stan emocjonalnego zobojętnienia. - Dlatego zdarza się, że niektóre osoby znacznie mniej jedzą. Współwystępowanie wymiotów z upośledzeniem zmysłu smaku oczywiście nie wpływa na poprawę apetytu, co zrozumiałe... Jest też niebezpieczeństwo biegunek. Jeśli biegunka utrzymuje się dłużej niż przez dwa dni, trzeba się zgłosić do szpitala... - zupełnie jakby mówiła o przeciekającej pralce - ...może też dojść do zapalenia śluzówki jamy ustnej, do nieregularności lub całkowitego zaniku miesiączkowania. No i trzeba bardzo uważać, żeby nie pojawiła się gorączka. Jeśli coś takiego by się zdarzyło, trzeba od razu dzwonić, nawet w środku nocy.

Nie chcę już tego słuchać. W ogóle nie chcę już nic słyszeć. Carmen wyłączyła się już przy słowie wyłysienie. Ale pani doktor jest nie do zatrzymania.

- Cóż, jest też możliwe, że komórki rakowe w pani organizmie okażą się odporne na CAF, chociaż prawdopodobieństwo wystąpienia takiego zjawiska to tylko dwadzieścia pięć procent.

- I co wtedy?

- Wtedy próbuje się innej kuracji.

- O!

- Ale nie trzeba od razu zakładać najgorszego.

- Oczywiście.

- Chciałabym jeszcze państwu powiedzieć o jednej rzeczy - mówi doktor Scheltema, wyjmując z szuflady biurka żółtą broszurkę. - Jeśli uznacie to państwo za wskazane, możecie skorzystać z pomocy psychoterapeutycznej w naszym szpitalu. Udziela jej osoba wyspecjalizowana we wspieraniu pacjentów chorych na raka.

Carmen zagląda do broszury i mówi, że prawdopodobnie skorzystamy z takiej pomocy. Cóż. Skoro już musimy pogodzić się z obecnością raka w naszym życiu, to trzeba iść na całość, ze wszystkim, co do niego przynależy.

Patrzę na naszą kartkę z pytaniami. Pani doktor to zauważa i demonstracyjnie spogląda na zegarek. Widzę pytanie, które na pewno nie poprawi atmosfery w tym gabinecie.

- Czy nie byłoby lepiej dla mojej żony, gdyby podjęła leczenie w Szpitalu im. Antona van Leeuwenhoeka, który chyba specjalizuje się w leczeniu raka?

Pani doktor Scheltema reaguje jak urażony trener piłkarski na konferencji prasowej.

- Nie ma to najmniejszego sensu. Konsultujemy z tym szpitalem każdy leczony u nas przypadek. Mamy co tydzień wspólne narady i omawiamy nawzajem dokumentacje.

Spoglądam na Carmen. Kiwa gwałtownie głową, że w porządku. Nie chce konfliktu z lekarką, która ma ją leczyć. Decyduję, że nie będę zaogniać sytuacji. Raz jeszcze patrzę na kartkę. No, teraz to już na pewno zrobi się miło.

- I jeszcze ostatnie pytanie. Czy w Ameryce nie są w tej kwestii bardziej zaawansowani niż w Europie?

Pani doktor patrzy na mnie takim wzrokiem, jakbym był niesfornym uczniem, który odważył się zajrzeć pani nauczycielce pod sukienkę.

- To znaczy... proszę mnie źle nie zrozumieć, ja nie wątpię w słuszność pani diagnozy - śpieszę z wyjaśnieniem, chociaż oczywiście jak najbardziej wątpię, ale muszę coś powiedzieć, żeby mnie nie wyrzuciła z klasy - ale chcielibyśmy dla mojej żony czegoś najlepszego, rozumie pani?

Pani doktor nie rozumie, jak widzę po jej spojrzeniu, które nie pozostawia wątpliwości, że właśnie poczuła się dotknięta do żywego. Wzdycha ciężko i stara się mówić opanowanym tonem:

- Drogi panie, my tutaj czytamy wszelkie informacje na temat raka, jakie są dostępne na świecie. Jeśli jutro coś zostanie odkryte w Chicago czy w Los Angeles, my wiemy o tym jeszcze tego samego dnia. Od czasu, kiedy pojawił się Internet, wszystko jest powszechnie dostępne. Każdy może sobie sprawdzić. Pańska żona już się o tym przekonała...

Boże, jak ja nienawidzę tego ironicznego tonu i arogancji pani doktor Scheltemy, kiedy już definitywnie wiadomo, że jej koledze z tego samego szpitala zdarzyło się "karygodne niedopatrzenie".

- Coś jeszcze?

Tak, dla mnie proszę pieczeń, głupia cipo.

Patrzę na Carmen, która kręci głową, że nie. Chce już stąd wyjść. To, co wczoraj było tylko możliwą ewentualnością, dzisiaj zmieniło się w smutną pewność, że nie da się uniknąć szpitala.

- Nie, to już wszystko - mówię.

Wstajemy i wkładamy kurtki.

- Czekam na wiadomość od pani, czy decyduje się pani na chemioterapię. Ja na pani miejscu bym to zrobiła - mówi doktor Scheltema, podając Carmen rękę, teraz niemal przymilnie.

- Dobrze... zastanowię się. Jutro zadzwonimy.

- W takim razie do widzenia - mówi znowu chłodnym tonem. Mnie też podaje rękę.

- Dziękujemy za pani czas. Do następnego razu - mówię.

Kiedy idziemy korytarzem, trzymam Carmen za rękę i na nikogo nie patrzę. Czuję na plecach spojrzenia ludzi czekających na korytarzu na swoją kolej. Zupełnie tak samo, jak kiedy człowiek przechodzi z ostrą laską w zbyt krótkiej spódniczce obok kawiarnianych ogródków - wiesz, że wszyscy się gapią, chociaż każdy udaje, że to nieprawda. Carmen nie ma na sobie zbyt krótkiej spódniczki, tylko zaczerwienione oczy i chusteczkę w dłoni. Ja obejmuję ją ramieniem, wzrok mam wbity w koniec korytarza. Oni pewnie trącają się nawzajem łokciami, pokazują ruchem głowy w naszym kierunku, szepczą coś do siebie. Boże jedyny, ta kobieta, jeszcze taka młoda i tak pięknie wygląda, a patrzcie, jak ona idzie. Pewnie właśnie się dowiedziała, że ma raka. I popatrzcie na tego młodzieńca przy niej, jaki on biedny. Odczuwam ich współczucie i żądzę sensacji. Szkoda, że ci ludzie nie widzą, jak to jest, kiedy mamy ze sobą Lunę. Obraz byłby wtedy jeszcze piękniejszy.