Rozdział 1
To Albert nazwał tego szczura. Dał mu na imię Faria.
Stare to było stworzenie, kłębek szarobiałego futerka. Niemal zawsze
trzymał się z dala, przemykając wzdłuż ściany maleńkiej celi do szpary w kącie, gdzie zostawiałem mu parę okruchów suchara, który służył mi za
posiłek. Nocą nie mogłem go wypatrzyć, lecz wciąż słyszałem delikatny
szelest, gdy przebiegał po rozrzuconej na klepisku słomie od szerokiej
szpary między blokami z betonu w rogu, zgarniał okruchy i wracał tam,
skąd przyszedł. W księżycowe noce, gdy jasna poświata wlewała się przez
będące tu jedynym oknem wąskie pęknięcie w murze pod sufitem,
rozjaśniając wschodnią, kamienną ścianę, czasami udawało mi się dostrzec
w odbitym świetle smukły owal ciała Farii, niewyraźną plamę srebrzystej
sierści i cienki ogon wijący się za nią niczym dodatek do dzieła
stworzenia.
Pierwszy raz wtrącili mnie do "pokoju ciszy", jak nazywali ową celę
Brickmanowie, wraz z moim starszym bratem Albertem. Owej nocy księżyc
nie zaglądał do środka, więc panował tam kompletny mrok. Za posłanie
służyła nam cienka warstwa rozrzuconej na klepisku słomy. Były jeszcze
drzwi, wielki prostokąt przerdzewiałego żeliwa ze szczeliną na dole,
przez którą wsuwano talerz z jedzeniem - niezmiennie pojedynczym
sucharem. Śmiertelnie się bałem. Później Benny Blackwell, Siuks z Rosebud, wyjaśnił nam, że gdy Szkoła Przysposobienia Indian w Lincoln
pełniła rolę stanicy wojskowej zwanej Fort Sibley, pokój ciszy
wykorzystywano jako izolatkę. W czasach, gdy trafiliśmy tam z Albertem,
przetrzymywano w nim wyłącznie dzieci.
Wtedy nie wiedziałem jeszcze nic o szczurach, oprócz tych z bajki o Fletniku z Hamelnu, który wywabił je z miasteczka. Sądziłem, że to
obrzydliwe stwory, które pożrą wszystko, może nawet nas. Cztery lata
starszy i o wiele mądrzejszy Albert wytłumaczył mi, że ludzie
najbardziej boją się tego co nieznane i że jeśli się czegoś boisz,
powinieneś się do tego zbliżyć. Nie znaczyło to, że nagle owo coś
przestanie być okropne, lecz okropne znane łatwiej jest udźwignąć niż
wyimaginowane. A zatem Albert nadał mu imię, co sprawiło, że przestał
być pierwszym lepszym szczurem. Gdy spytałem, dlaczego "Faria", odparł,
że zaczerpnął je z książki Hrabia Monte Christo. Uwielbiał czytać. Ja
wolałem własne opowieści. Za każdym razem, gdy trafiałem do pokoju
ciszy, karmiłem Farię okruchami i wymyślałem o nim historyjki.
Sprawdziłem hasło "szczur" w wysłużonym tomie Encyclopaedia Britannica
z półki w szkolnej bibliotece i odkryłem, że są bystre i towarzyskie.
Przez lata podczas licznych nocy spędzonych w izolacji w pokoju ciszy
jąłem traktować to małe stworzenie jako przyjaciela. Faria. Szczur
extraordinaire. Towarzysz odmieńców. Współwięzień mrocznego karceru
Brickmanów.
Tamtej pierwszej nocy w pokoju ciszy ukarano nas za dyskusje z dyrektorką szkoły, Thelmą Brickman. Albert miał dwanaście lat, ja osiem.
Obaj byliśmy nowi w szkole w Lincoln. Po wieczornym posiłku, wodnistej i pozbawionej smaku brei z ledwie kilkoma kawałkami marchewki, ziemniaka,
czegoś zielonego i oślizłego i chrząstki od szynki, pani Brickman
zasiadła przed nami w wielkiej stołówce i opowiedziała historyjkę.
Robiła to niemal zawsze po kolacji. Jej opowieści zawierały ważny jej
zdaniem morał. Na koniec padało sakramentalne: Macie jakieś pytania? Jak
się później przekonałem, pytała o to, żeby schlebić samej sobie,
sugerując, jakby rzeczywiście dopuszczała możliwość dialogu, rozmowy
rozumnego dorosłego z rozumnym dzieckiem. Tamtego wieczoru opowiedziała
nam bajkę o wyścigu żółwia i zająca. Usłyszawszy jej pytanie, podniosłem
rękę. Uśmiechnęła się i zawołała:
- Tak, Odie?
Znała moje imię! Byłem przeszczęśliwy. Nie sądziłem, że w tym mrowiu
indiańskich dzieci nawet ja zdołam zapamiętać je wszystkie, a ona
zapamiętała moje. Przyszło mi do głowy, że być może dlatego, iż dopiero
co się zjawiliśmy, a może dlatego, że mieliśmy spośród nich najbielszą
skórę.
- Powiedziała pani, że w tej opowieści chodzi o to, że lenistwo to coś
okropnego.
- Zgadza się, Odie.
- A mnie się zdaje, że o to, że wyścig wygrywa ktoś powolny, lecz
konsekwentny.
- Nie widzę różnicy - odparła stanowczo, lecz nie ostro. Jeszcze nie.
- Tata czytał mi tę bajkę, pani Brickman. Napisał ją Ezop. I tata
powiedział, że...
- Powiedział? - Ton jej głosu się zmienił, jakby z trudem próbowała
wykaszleć ość, która stanęła jej w gardle. - Powiedział?
Siedziała na wysokim stołku, tak żeby wszyscy ją widzieli. Teraz się zeń
ześliznęła i ruszyła ku mnie i Albertowi między długimi stołami -
dziewczynki siedziały po jednej stronie, chłopcy po drugiej. W absolutnej ciszy, jaka zapadła w tej wielkiej sali, słyszałem
popiskiwanie gumowych podeszew jej butów sunących po starych deskach
podłogi. Chłopiec, który siedział obok, a którego imienia jeszcze nie
znałem, odsunął się, jakby próbował oddalić się od miejsca, w które, jak
przeczuwał, wkrótce uderzy piorun. Gdy zerknąłem na Alberta, ten
pokręcił głową, dając znak, żebym się nie odzywał.
Stanęła nade mną.
- Powiedział? - powtórzyła.
- T... t... tak, proszę pani - wyjąkałem, ale z szacunkiem.
- I gdzież on jest?
- P... p... przecież pani wie.
- Wiem. Nie żyje. I już nie będzie opowiadał ci bajek. Teraz będziesz
słuchał moich. A ich morał jest taki, jak mówię. Zrozumiano?
- Ja... ja...
- Tak czy nie?
Pochyliła się ku mnie. Była szczupła, a delikatny owal jej twarzy miał
kolor pereł. Oczy zaś były tak zielone i kłujące jak młode kolce na
krzaku róży. Jej długie czarne wyszczotkowane włosy kojarzyły się z miękką sierścią kota. Bił od niej zapach talku i leciutka woń whiskey,
mieszanka aromatów, która przez lata głęboko wryła mi się w pamięć.
- Tak - odpowiedziałem głosem najcichszym, jaki kiedykolwiek dobył się z mej krtani.
- On nie chciał pani urazić - wstawił się za mną Albert.
- Czy to było do ciebie? - Wbiła w mojego brata zielone kolce swoich
oczu.
- Nie, proszę pani.
Wyprostowała się i omiotła wzrokiem salę.
- Jeszcze jakieś pytania?
Myślałem - miałem nadzieję, modliłem się - że na tym się skończy. Lecz
tamtego wieczoru do sypialni przyszedł pan Brickman i wywołał po imieniu
mnie i Alberta. Był wysoki i smukły, przystojny zdaniem wielu kobiet w szkole, lecz ja dostrzegłem wtedy jedynie czarne źrenice jego oczu i pomyślałem, że jest jak gad na dwóch nogach.
- Dziś będziecie spać gdzie indziej - rzucił. - No, już.
Tamtej pierwszej nocy w pokoju ciszy prawie nie zmrużyłem oka. Był
kwiecień i wiatr znad opustoszałych Dakot wciąż zacinał chłodem. Ojciec
zginął niecały tydzień wcześniej, a matka odeszła dwa lata przed nim.
Nie mieliśmy w Minnesocie żadnych krewnych, przyjaciół ani nikogo, kto
by nas znał i zadbał o nasz los. Byliśmy jedynymi białymi w szkole dla
Indian. Czy mogło być coś gorszego? Wtem usłyszałem szczura i spędziłem
resztę długich mrocznych godzin aż do świtu wtulony w Alberta i żeliwne
drzwi, z kolanami podciągniętymi pod brodę, roniąc łzy, które jedynie
Albert mógł dostrzec i którymi tylko on mógł się przejąć.
Między moją pierwszą a tą nocą w pokoju ciszy upłynęły cztery lata.
Trochę podrosłem i się zmieniłem. Niegdyś przerażony Odie O'Banion dawno
już nie żył, jak jego rodzice, a ten nowy wyraźnie skłaniał się ku
rebelii.
Usłyszawszy szczęk klucza, przysiadłem na słomie. Potem rozwarły się
żeliwne drzwi i wnętrze zalały promienie porannego słońca, na chwilę
mnie oślepiając.
- Koniec odsiadki, Odie.
Choć nie mogłem dojrzeć rysów jego twarzy, od razu poznałem głos Hermana
Volza, starego Niemca, nadzorcy stolarni i asystenta wychowawcy
chłopców. Stanął w drzwiach, przesłaniając słońce. Spojrzał na mnie zza
grubych szkieł okularów. Twarz miał łagodną i melancholijną.
- Ona chce z tobą rozmawiać - oznajmił. - Mam cię przyprowadzić.
Mówił z niemieckim akcentem; jego "ch" brzmiało jak "sz", a "w" jak "f".
Właściwie usłyszałem: "Ona szce z tobą rozmafiać, mam cię
przyprofadzić".
Wstałem, złożyłem cienki pled i powiesiłem na przymocowanym do ściany
pręcie, by mógł służyć następnemu dziecku, które tu trafi, ze
świadomością, że zapewne znów będę to ja.
Volz zamknął za nami drzwi.
- Dobrze spałeś? Jak plecy?
Bicie paskiem często poprzedzało pobyt w pokoju ciszy i zeszły wieczór
nie był wyjątkiem. Pręgi na plecach piekły, ale mówienie o tym nie
przynosiło ulgi.
- Śniła mi się matka - odparłem.
- Naprawdę?
Pokój ciszy mieścił się na końcu korytarza z celami w długim budynku
służącym niegdyś za wojskowy karcer. Pozostałe przemieniono w pomieszczenia magazynowe. Poszedłem z Volzem wzdłuż starych murów, a potem przez dziedziniec do siedziby administracji, piętrowej budowli z czerwonego kamienia stojącej pośród dostojnych wiązów zasadzonych przez
pierwszego komendanta fortu Sibley. Drzewa rzucały na ów budynek wieczny
cień, czyniąc go mrocznym.
- To miły sen - ocenił Volz.
- Płynęła łódką po rzece. Ja też płynąłem łodzią, próbując ją dogonić i dojrzeć jej twarz, lecz bez względu na to, jak mocno wiosłowałem, zawsze
była zbyt daleko.
- Czyli jednak niemiły - skwitował.
Miał na sobie czyste drelichy i niebieską koszulę. Jego wielkie,
podrapane i pokryte bliznami ręce zwisały wzdłuż tułowia. U prawej
brakowało połowy małego palca po wypadku, jakiego doznał, używając piły
taśmowej. Kiedy nie słyszał, dzieciaki przezywały go
Czteroipółpalczastym, lecz nie ja i nie Albert, gdyż ów stary niemiecki
stolarz zawsze dobrze nas traktował.
Po wejściu do budynku natychmiast ruszyliśmy do gabinetu pani Brickman.
Siedziała za wielkim biurkiem, mając za plecami kamienny kominek. Trochę
się zdziwiłem, gdy ujrzałem tam też Alberta. Prężył się obok niej niczym
stojący na baczność żołnierz. Jego twarz była bez wyrazu, lecz
spojrzenie ostrzegało: Uważaj, Odie.
- Dziękuję, panie Volz - powiedziała dyrektorka. - Proszę zaczekać na
korytarzu.
Zawracając ku drzwiom, położył mi dłoń na ramieniu, na chwilkę, ale
doceniłem ten gest.
- Martwisz mnie, Odie - przemówiła pani Brickman. - Coś mi się zdaje, że
twój czas w naszej szkole dobiega końca.
Nie wiedziałem, co ma na myśli, ale uznałem, że to niekoniecznie coś
złego.
Była ubrana w czarną suknię, wyraźnie gustowała w tym kolorze. Raz
podsłuchałem, jak nauczycielka muzyki, panna Stratton, mówi innej
nauczycielce, że to dlatego, iż ma obsesję na punkcie wyglądu, a sądzi,
że czerń wyszczupla. Efekt osiągnęła całkiem niezły, gdyż zawsze
kojarzyła mi się z długą cienką rączką pogrzebacza. Jej słabość do tego
koloru sprawiła, że nadaliśmy jej przydomek Czarna Wiedźma, którego
używaliśmy, rzecz jasna, kiedy była daleko.
- Wiesz, o czym mówię?
- Nie bardzo, proszę pani.
- Mimo że nie jesteście Indianami, szeryf poprosił, żebyśmy przyjęli tu
ciebie i twojego brata, bo w stanowym sierocińcu brakowało miejsc.
Zrobiliśmy to z dobroci serca, ale dla kogoś takiego jak ty istnieje
jeszcze druga opcja. Zakład poprawczy. Wiesz, co to?
- Wiem, proszę pani.
- Chciałbyś być tam odesłany?
- Nie, proszę pani.
- Tak myślałam. A zatem, co zrobisz, Odie?
- Nic, proszę pani.
- Nic?
- Nie zrobię niczego, za co miałbym być tam odesłany, proszę pani.
Położyła dłonie na biurku, jedną na drugiej, i rozcapierzyła palce,
tworząc coś w rodzaju sieci na pokrytym politurą drewnianym blacie.
Posłała mi uśmiech pająka, który właśnie usidlił muchę.
- To dobrze. Dobrze. - Skinęła na Alberta. - Powinieneś brać przykład z brata.
- Tak, proszę pani. Postaram się. Czy odzyskam moją harmonijkę?
- Jest dla ciebie wyjątkowa?
- Nie aż tak. To tylko stara harmonijka, ale lubię na niej grać. Dzięki
temu nie pakuję się w kłopoty.
- To, zdaje się, prezent od ojca?
- Nie, proszę pani. Znalazłem ją, nawet nie pamiętam gdzie.
- Zabawne. Wiem od Alberta, że to prezent od ojca.
- No, widzi pani? - brnąłem, wzruszając ramionami. - Znowu nie taka
wyjątkowa, żeby pamiętał, skąd ją mam.
Przyjrzała mi się uważnie, a potem rzuciła:
- No, dobrze. - Wyjęła z kieszeni klucz, otworzyła szufladę biurka i wyciągnęła z niej harmonijkę.
Sięgnąłem po nią, lecz cofnęła rękę.
- Odie?
- Tak, proszę pani.
- Następnym razem zatrzymam ją na dobre. Zrozumiałeś?
- Tak, proszę pani.
Gdy mi ją podała, jej patykowate palce musnęły moją dłoń. Po powrocie do
bursy postanowiłem, że wyszoruję ją w umywalni ługiem, do krwi.
Rozdział 2
Poprawczak, Odie - przypomniał mi Albert. - Ona nie żartuje.
- A złamałem prawo?
- Ta kobieta zawsze stawia na swoim - przytaknął mojemu bratu Volz.
- Do diabła z Czarną Wiedźmą! - odparowałem.
Wyszliśmy z cienia wiązów i skierowaliśmy się w stronę wielkiego
dziedzińca, dawnego placu paradnego fortu Sibley. Na jego południowej
flance za ogromnym prostokątnym trawnikiem mieścił się budynek kuchni i stołówki, a dalej rozrzucone po całym terenie inne zabudowania: bursa
najmłodszych dzieci, pralnia i pomieszczenia gospodarcze oraz warsztat
obróbki drewna, a nad nim stolarnia. Nieco w głębi znajdowały się bursa
starszych dzieci i budynek szkoły, nowsze od pozostałych. Wszystkie
wzniesiono z czerwonego kamienia z miejscowego kamieniołomu. Dalej było
boisko, wieża ciśnień, garaż, gdzie składowano ciężki sprzęt i gdzie
parkował szkolny autobus, magazyn i stare mury fortu. Północną granicę
terenu wyznaczały brzegi Gilead.
Ranek był słoneczny i ciepły. Chłopcy, którzy wylosowali tamtego dnia
dyżur na dworze, kosili trawę i trymowali ścieżki. Kilka dziewcząt
klęczało na chodnikach z wiadrami i szczotkami, szorując do czysta
betonowe płyty. Kto by je tak czyścił? Próżny był to wysiłek, lecz
wszyscy wiedzieli, że miał im uświadomić, iż są całkowicie bezwolne i podporządkowane dyrekcji szkoły. Zerknęły na nas, gdy je mijaliśmy, lecz
żadna nie odważyła się podjąć rozmowy pod czujnym spojrzeniem ponurego
dozorcy, niejakiego DiMarco. To on odpowiadał za pręgi na moich plecach.
Gdy w szkole w Lincoln jakiemuś chłopcu należały się razy, zwykle
właśnie DiMarco z niezmienną lubością wymierzał je skórzanym paskiem.
Był koniec maja i rok szkolny już się skończył. Mnóstwo dzieci
rozjechało się na wakacje do rodziców rozsianych po rezerwatach w Minnesocie, obydwu Dakotach, Nebrasce, a nawet dalej. Takie zaś jak
Albert i ja, które nie miały bliskich, bądź których rodzice byli zbyt
biedni lub rozbici, by ich przyjąć, mieszkały przez okrągły rok w szkole.
W bursie Albert opatrzył moje rany po skórzanym pasku, a Volz delikatnie
obłożył je oczarem, który trzymał na podorędziu właśnie na takie okazje.
Obmyłem twarz i ręce, po czym ruszyliśmy do stołówki. Na kamiennym
nadprożu nad wejściem wciąż widniał wyryty w nim napis KANTYNA z czasów, gdy żywiono tu jeszcze żołnierzy. Pod surowym nadzorem pani
Peterson odpowiadającej za karmienie dzieci panował tu nieskazitelny
porządek. Z posadzki wielkiej sali, choć okrutnie porysowanej, zawsze
wymiatano choćby najdrobniejsze okruchy, a po każdym posiłku blaty
ustawionych w szereg stołów przecierano wodą z odrobiną wybielacza.
Kuchnią i piekarnią zarządzano twardą ręką. Ponoć pani Peterson wciąż
utyskiwała, że brakuje pieniędzy na zakup porządnego jedzenia, jednak
zawsze potrafiła jakoś sobie poradzić, korzystając z tego, czym
dysponowała. To prawda, że w zupach było więcej wody niż gęstego, i często smakowały jak ciecz zaczerpnięta chochlą z przydrożnego rowu,
chleb był tak twardy i zbity, że można by nim kruszyć skały (twierdziła,
że drożdże są zbyt drogie), a mięso - jeśli w ogóle było - sprowadzało
się do chrząstki, jednak dzieci zawsze jadały trzy razy dziennie.
Gdy weszliśmy do środka, Herman Volz oznajmił:
- Mam dla ciebie złą nowinę, Odie, ale też i dobrą. Najpierw zła.
Przydzielono cię dziś do pracy przy sianie pod nadzorem pana Bledsoe.
Spojrzenie Alberta upewniło mnie, że tak jest w istocie. Zaiste, zła to
była nowina. Niemal pożałowałem, że nie wrócę tamtego dnia do pokoju
ciszy.
- Poza tym ominęło cię śniadanie, ale to już i tak wiesz.
Śniadanie wydawano punktualnie o siódmej, a Volz wypuścił mnie z celi o ósmej. Nie stało się to z jego winy, lecz za sprawą pani Brickman.
Ostatnia kara. Nie zjem śniadania.
I to coś takiego przed jednym z najcięższych dyżurów, jakie można było
przydzielić dziecku w tej szkole! Zastanawiałem się, jaka jest ta dobra
wiadomość.
Po chwili to do mnie dotarło, gdy z kuchni wyłoniła się Donna Wielki
Jastrząb w białym fartuchu i białej chuście owiniętej wokół głowy,
niosąc wyszczerbioną misę wypełnioną grysikiem. Tak jak ja miała
dwanaście lat. Pochodziła z plemienia Winebagów z Nebraski. Przybyła do
szkoły dwa lata wcześniej, cicha i wychudzona, z długimi włosami
zaplecionymi w dwa warkocze, które jej obcięli, a to, co zostało,
wyczesali grzebieniem na wszy. Jak w większości przypadków ściągnęli z niej wyświechtane ubranie, odkazili ją naftą i wcisnęli w szkolny
mundurek. Ledwo znała wtedy angielski i prawie się nie uśmiechała. W ciągu lat spędzonych w szkole w Lincoln przekonałem się, że wśród dzieci
wyrwanych z rezerwatów nie było to nic niezwykłego.
Teraz jednak się uśmiechnęła, choć nieśmiało, stawiając przede mną
miskę, po czym wyciągnęła łyżkę.
- Dzięki, Donna - rzuciłem.
- Podziękuj panu Volzowi - odparła. - Przekonał panią Peterson, że to
zbrodnia kazać ci pracować o pustym żołądku.
- Musiałem obiecać, że wyciosam jej w stolarni nowy wałek do ciasta.
- Pani Brickman się to nie spodoba - oceniłem.
- Czego nie zobaczy, to jej nie zaboli. Jedz. Potem zabiorę cię do pana
Bledsoe - oznajmił Volz.
- Donna? - dobiegł nas z kuchni kobiecy głos. - Nie guzdraj się.
- Lepiej już idź - doradził jej Volz.
Dziewczyna posłała mi ostatnie porozumiewawcze spojrzenie, po czym
zniknęła w kuchni.
- Jedz, Odie - powtórzył Volz. - A ja przymilę się do pani Peterson.
Kiedy zostaliśmy sami, odezwał się Albert:
- Coś ty znowu wymyślił? Wąż?!
Skupiłem się na jedzeniu gorącego grysiku.
- To nie ja - bąknąłem.
- Jasne. Jak zawsze, "to nie ja". Jezu, Odie, jesteś coraz bliżej
wydalenia ze szkoły.
- Istny koszmar.
- Myślisz, że w poprawczaku będzie ci lepiej?
- Gorzej na pewno nie.
Albert przeszył mnie wzrokiem jak stal.
- Skąd wytrzasnąłeś węża?
- Mówiłem ci, to nie ja.
- Mnie możesz powiedzieć prawdę. Nie jestem panią Brickman.
- Tylko jej pachołkiem.
Ubodło go to. Przemknęło mi przez głowę, że zaraz mi przyłoży. Tymczasem
odparł:
- Ona traktuje swoje śpiewanie bardzo poważnie.
- I tylko ona. - Uśmiechnąłem się na wspomnienie jej dzikich pląsów, gdy
wąż prześlizgnął się po jej nodze. Czarny ścigacz, nieszkodliwy. Gdyby
ktoś zrobił jej takiego psikusa, byłby śmiałkiem, gdyż z pewnością
doczekałby się lania. Nawet ja dwa razy bym się zastanowił.
Podejrzewałem, że wąż przypadkowo wśliznął się do stołówki. - Na pewno
zeszczała się w majtki. Wszystkich to ubawiło.
- Ale to ciebie zlali i odesłali na noc do Farii. A teraz będziesz
jeszcze zasuwał w polu u Bledsoe.
- Warto było, żeby zobaczyć jej minę.
Nie do końca była to prawda. Wiedziałem, że o zachodzie słońca pożałuję,
że zwalili tego węża na mnie. Pręgi na plecach po razach, które
wymierzył mi DiMarco, jeszcze się nie zagoiły, a słomiany pył i słony
pot sprawią, że będą piekły bardziej. Nie chciałem jednak okazać
Albertowi, temu zadowolonemu z siebie mądrali, że mnie to wzrusza.
Mój brat miał wtedy szesnaście lat. Wyrósł w szkole na wysokiego i szczupłego chłopaka. Miał ciemnorude włosy z niesforną odstającą kępką z tyłu głowy i, jak większość rudzielców, całą masę piegów. Latem jego
twarz zalewały plamy. Wstydził się swojego wyglądu, uznając go za
dziwaczny, i próbował go sobie powetować intelektem. Był najbystrzejszym
dzieciakiem, jakiego znałem i jakiego znali wszyscy w szkole w Lincoln.
Choć nieszczególnie wysportowany, był szanowany za tęgą głowę, a do tego
honorowy aż do bólu. Nie wynikało to z genów, bo ja miałem w nosie to,
co Albert nazywał etyką, a nasz ojciec był po trosze kanciarzem. Za to
mój brat pozostawał nieprzejednany niczym skała w kwestii tego, jak
należy postępować. A przynajmniej tego, jak sam to postrzegał. Tu nie
zawsze byliśmy zgodni.
- Gdzie dziś dyżurujesz?
- Będę pomagał Conradowi przy sprzęcie.
To była kolejna cecha Alberta. Był zmyślny. Jego umysł miał zdolność
rozwikływania problemów technicznych, przy których inni tylko drapali
się w głowę. Często przydzielali go do pracy u boku Buda Conrada,
kierownika pionu technicznego szkoły, dlatego znał się na bojlerach,
pompach i silnikach. Myślałem, że jak dorośnie, zostanie inżynierem albo
kimś takim. Ja sam nie wiedziałem, kim chcę zostać. Za to wiedziałem, że
będzie to jak najdalej od szkoły w Lincoln.
Już prawie skończyłem jeść, gdy rozległ się dziecięcy głosik:
- Odie! Albert!
Przez jadalnię biegła ku nam mała Emmy Frost, za którą podążała matka.
Cora Frost uczyła dziewczynki zajęć domowych - gotowania, szycia,
prasowania, dekorowania i sprzątania - a wszystkich uczniów czytania.
Była szczupła i nijaka. Jej włosy miały odcień rdzawego blondu, lecz po
dziś dzień nie potrafię sobie przypomnieć koloru jej oczu. Jej nos był
długi i na końcu krzywy. Zawsze zastanawiałem się, czy przypadkiem nie
złamała go w młodości i czy nie został źle nastawiony. Była miła i pełna
współczucia i choć większość facetów nie nazwałaby jej ładną, mnie
jawiła się piękna jak anioł. Nieodmiennie kojarzyła mi się z drogocennym
kamieniem, którego uroda nie płynie z niego samego, lecz z tego, w jaki
sposób prześwieca przezeń światło.
Za to Emmy, jak komiksowa Sierotka Annie, była ślicznotką z gęstymi
loczkami i wszyscy ją kochaliśmy.
- Dobrze, że cię nakarmili - ucieszyła się pani Frost. - Czeka cię
bardzo pracowity dzień.
Wyciągnąłem rękę i połaskotałem Emmy, a ta odskoczyła, chichocząc.
Spojrzałem na jej matkę i ze smutkiem pokiwałem głową.
- Pan Volz już mi powiedział. Mam dyżur na polu pana Bledsoe.
- Miałeś pracować w polu, ale udało mi się to zmienić. Pomożesz mnie,
razem z Albertem i Mosesem. Mój ogród i sad wymagają pewnych zabiegów.
Pan Brickman zgodził się, żeby zajęła się tym wasza trójka. Dokończ
śniadanie i w drogę.
Pochłonąłem resztki grysiku i zaniosłem miskę do kuchni, informując pana
Volza, co i jak. Podążył za mną do stołu.
- Przekonała pani Brickmana? - spytał będący wyraźnie pod wrażeniem
Niemiec.
- Wystarczyło zatrzepotać rzęsami, a rozpłynął się jak masło na patelni.
Może i byłaby to prawda, gdyby pani Frost zniewalała urodą.
Przypuszczałem jednak, że to raczej dobroć jej serca okazała się tu
decydująca.
- Odie, to nie znaczy, że masz się nie przykładać - zaznaczył pan Volz.
- Dam z siebie wszystko - obiecałem.
- Już ja tego dopilnuję - dorzucił Albert.
W porze posiłków dzieci wchodziły do stołówki przez dwoje różnych drzwi,
dziewczynki od wschodu, chłopcy od zachodu. Tamtego ranka pani Frost
wyprowadziła nas wejściem dla chłopców, niewidocznym od strony budynku
administracji. Pewnie dlatego, że nie chciała, by wypatrzyła nas Thelma
Brickman i odwołała decyzję męża. Wszyscy wiedzieli, że choć to pan
Brickman nosi spodnie, to jaja w tym małżeństwie ma jego żona.
Pani Frost ruszyła zakurzoną furgonetką, fordem T, wzdłuż rzeki Gilead
do Lincoln, miasteczka oddalonego o kilkaset metrów na wschód. Emmy
siedziała obok niej z przodu, a ja z Albertem na pace. Minęliśmy plac z sądem okręgu Fremont, muszlą dla orkiestry oraz dwoma działami, z których podczas wojny secesyjnej strzelał minnesotański Pierwszy
Ochotniczy Regiment Piechoty. Parkowało przy nim kilka automobili, ale
był rok 1932 i nie każdego farmera było stać na taki pojazd, więc stało
tam też parę wozów zaprzężonych w uwiązane do słupków konie. Gdy
przejeżdżaliśmy obok piekarni Hartmana, poczułem zapach gorącego chleba,
takiego na drożdżach, na którym nie łamiesz zębów, kiedy się w niego
wgryzasz. Mimo że zjadłem miskę grysiku, owa woń sprawiła, że znów
poczułem głód. Kiedy mijaliśmy posterunek policji, stojący na chodniku
funkcjonariusz na widok pani Frost trącił rąbek kapelusza, po czym
spojrzał na mnie i Alberta. Jego srogi wzrok przywołał w mej pamięci
groźbę pani Brickman, że odeśle mnie do poprawczaka. Zbyłem ją
wzruszeniem ramion, lecz Bogiem a prawdą mocno się wystraszyłem.
Za Lincoln rozciągały się zaorane pola. Drogę gruntową, którą
podążaliśmy, okalały zielone zagony kukurydzy kiełkującej w równych
rzędach z czarnoziemu. Wyczytałem w jakiejś książce, że dawniej wszędzie
wokół była preria z trawą sięgającą głowy i że warstwa żyznej gleby ma
tu grubość kilku metrów. Na zachodzie ciągnęło się długie pasmo niskich,
leżących odłogiem wzgórz Buffalo Ridge, a za nimi była już Dakota
Południowa. Na wschodzie, tam dokąd zmierzaliśmy, ziemia była płaska i już z daleka mogłem dostrzec wielkie łąki pełne siana, należące do
Hectora Bledsoe.
Chłopcy ze Szkoły Przysposobienia Indian w Lincoln byli łatwym łupem dla
Bledsoe i innych okolicznych farmerów szukających darmowej siły
roboczej. Tłumaczono to celami "edukacyjnymi". W istocie dyżury te
niczego nas nie uczyły oprócz tego, że wolelibyśmy paść trupem, niż
zostać farmerami. Praca tam zawsze była ciężka i brudna. Wygarnianie
gnoju z bydlęcych zagród, karmienie świń, ogławianie kukurydzy i karczowanie czarciego ziela - a to wszystko w palącym słońcu. Ale
najgorsze było koszenie u Bledsoe. Przez cały dzień taszczyliśmy wielkie
bele siana, pocąc się jak myszy, oblepieni pyłem, który drażnił skórę,
jakby obsiadł cię milion pcheł. Przerwa była tylko jedna, na lunch
złożony zwykle z suchej kanapki i ciepłej od słońca wody. Dyżury te
przydzielano silniejszym i starszym chłopcom lub takim jak ja,
stwarzającym problemy personelowi szkoły. Byłem słabszy od starszych
kolegów, więc nie tylko Bledsoe dawał mi w kość, lecz także oni,
utyskując, że się nie przykładam. Albert, kiedy tam był, trzymał mnie z dala od kłopotów, ale jako ulubieniec Czarnej Wiedźmy rzadko pracował u Bledsoe.
Pani Frost zajechała na pole, gdzie - zdawało się, aż po horyzont -
ścieliły się rzędy ściętej i wysuszonej lucerny. Bledsoe ciągnął za sobą
traktorem prasę do belowania siana. Kilku chłopców wrzucało je widłami
do maszyny. Reszta podążała za nimi, dźwigając bele z ziemi i ładując je
na ciężarówkę z platformą, prowadzoną przez syna Bledsoe, wielkoluda o imieniu Ralph, równie wrednego jak jego stary. Pani Frost zaparkowała na
wprost traktora i czekała, aż się do nas zbliży. Bledsoe wyłączył silnik
i zgramolił się z siodełka. Zerknąłem na kolegów ze szkoły, bez koszul,
spoconych jak robocze muły, z czarnymi włosami teraz złotymi od pyłu.
Rozpoznałem ich spojrzenia. Wyrażały ulgę, że wreszcie mogą chwilę
odetchnąć, a także nienawiść, bo ja i Albert nie cierpieliśmy jak oni.
- Dzień dobry, Hectorze - zagaiła wesoło Clara Frost. - Dobrze wam
idzie?
- Szło. - Nie zdjął wielkiego słomkowego kapelusza, jak czynią to zwykle
mężczyźni w obecności kobiet. - Czegoś potrzeba?
- Jednego z tych chłopców. Pan Brickman mi go obiecał.
- Kimkolwiek jest, najpierw obiecał go mnie.
- Ale zmienił zdanie.
- Nie zadzwonił, żeby mi to oznajmić.
- A niby jak miał się dodzwonić na pole?
- Mógł to przekazać mojej żonie.
- To może zrobi pan sobie dłuższą przerwę, podjedziemy na farmę i spytamy Rosalind?
Trwałoby to dobre pół godziny. Dostrzegłem świt nadziei w oczach
szkolnych kolegów opartych o prasę do siana.
- Chyba że woli pan uwierzyć kobiecie na słowo?
Widziałem, jak myśli Bledsoe buksują na wertepach kryjących się w tym
pytaniu. Musiał zarzucić jej kłamstwo albo dać za wygraną. Całym swoim
sczerniałym, uschniętym, małodusznym sercem był przeciwny temu
pomysłowi, nie mógł jednak podważać słów kobiety, nauczycielki i wdowy.
Gołym okiem było widać, jak bardzo mu to nie w smak.
- Który to? - spytał.
- Moses Washington.
- Szlag! - Tym razem ściągnął kapelusz i z wściekłością cisnął go na
ziemię. - Do diabła, najlepszy z całej tej bandy!
- Teraz już z mojej, Hectorze. - Pani Frost zerknęła na chłopaka, który
stał na prasie, wrzucając do niej siano. - Moses! - zawołała. - Włóż
koszulę i chodź ze mną.
Mose chwycił koszulę, zwinnie zeskoczył z maszyny, podbiegł do forda i bez wysiłku pofrunął na pakę, na której siedzieliśmy z Albertem oparci
plecami o kabinę kierowcy. Machnął nam na powitanie. Dałem mu do
zrozumienia, że szczęściarz z niego, i zatoczyłem dłonią koło, w którym
znalazł się ze mną i z Albertem.
- No to mam to, po co przyjechałam - podsumowała pani Frost.
- Ano - rzucił Bledsoe, schylając się po kapelusz.
- A tu, jakby co, jest zgoda pana Brickmana, na piśmie.
- Mogła mi to pani dać na samym początku.
- Tak jak pan mógł od razu uwierzyć mi na słowo. Miłego dnia.
Odjeżdżając, patrzyliśmy, jak Bledsoe wsiada na traktor i sunie wzdłuż
długiego pasa suchej lucerny, a chłopcy znów się mozolą, wykonując swą
niewdzięczną pracę. Siedzący obok mnie Mose złożył gestem dziękczynienie
porannemu słońcu, zaznaczając, że cała nasza trójka to szczęściarze.
Rozdział 3
Farma Cory Frost leżała jakieś trzy i pół kilometra na wschód od Lincoln
na południowym brzegu Gilead. Był tam stary dom, niewielki sad
jabłoniowy, ogromny ogród, stodoła i zabudowania gospodarcze. Za życia
jej męża obsadzali jeszcze spore pole kukurydzą. Oboje pracowali w szkole, on jako nauczyciel wuefu. Wszyscy lubiliśmy pana Frosta. Ten pół
Siuks, ćwierć Szkot i ćwierć Irlandczyk był świetnym sportowcem. W dzieciństwie wysłali go do szkoły dla Indian w Carlisle w Pensylwanii,
gdzie poznał samego Jima Thorpe'a. Jako jedenastolatek siedział na
trybunach, gdy ów później sławny lekkoatleta wraz ze swoją indiańską
drużyną zaszokował świat, pokonując futbolistów elitarnego uniwersytetu
Harvarda.
Pan Frost zginął w wypadku na farmie. Pewnego razu siedział na bronie
talerzowej z malutką Emmy na kolanach i prowadził Big George'a,
potężnego konia pociągowego, po zaoranym polu, obracając świeżo
przekopane grudy czarnoziemu. Gdy zbliżyli się do jego skraju i pan
Frost zawrócił konia, ten naruszył gniazdo szerszeni w trawie przy
ogrodzeniu. Big George stanął dęba i w panice galopem puścił się przed
siebie, a Emmy ześliznęła się ojcu z kolan i wylądowała na ziemi. Andrew
próbował ją chwycić i sam wpadł wprost pod ostre osiemnastocalowe ostrza
brony, która przejechała po nim. Tymczasem Emmy uderzyła głową w słup
ogrodzenia i przez dwa dni leżała nieprzytomna.
Latem 1932 minął rok od śmierci Andrew Frosta. Clara jakoś się
pozbierała. Ziemię uprawną oddała w dzierżawę, lecz musiała jeszcze
zadbać o sad i ogród. Stary dom wymagał ciągłych napraw, podobnie jak
stodoła i budynki gospodarcze. Czasami proszono mnie, Mose'a i Alberta,
żebyśmy jej pomogli. Nie miałem nic przeciwko temu. Domyślałem się, że
niełatwo jej jednocześnie wychowywać samotnie Emmy, podołać obowiązkom
na farmie i uczyć w szkole. I chociaż pani Frost była miła, to jednak
sprawiała wrażenie, jakby zawsze gromadziły się nad nią chmury, a jej
uśmiech nie był już tak pogodny jak dawniej.
Gdy dojechawszy na miejsce, zgramoliliśmy się z paki forda, pani Frost
natychmiast przydzieliła nam zadania. Nie uwolniła mnie i Mose'a od
mordęgi na polu Bledsoe wyłącznie z dobroci serca. Dała Mose'owi kosę,
żeby ściął trawę, która rozrosła się między jabłoniami w sadzie, a mnie
i Albertowi kazała postawić siatkę chroniącą ogród przed królikami. Jej
szkolna pensja ledwo starczała na życie, więc ogród i sad były dla niej
ważne. By podczas długich zim wzbogacić dietę Emmy i własną, robiła
przetwory z warzyw i owoców. Zajęliśmy się pracą, a pani Frost z córką
jęły gracować ogród.
- Masz szczęście, że oddała ci tę harmonijkę - rzucił Albert.
Właśnie wykopaliśmy dołek. Przytrzymywałem słupek, a mój brat obsypywał
go ziemią, mocno ją udeptując.
- Zawsze się odgraża, że zatrzyma ją na dobre.
- Zwykle spełnia swoje groźby.
- Gdyby mi ją zabrała, nie miałaby czym mi grozić, bo pobyt w pokoju
ciszy mi zwisa.
- Może kazać DiMarco częściej cię lać. Ucieszyłby się.
- Trochę poboli i przestanie.
Alberta nigdy nie spotkało lanie, więc nie miał o tym pojęcia. Razy
wymierzane przez DiMarco bolały jak diabli, a nazajutrz chodzenie
sprawiało trudność, lecz prawdą było też to, że ból w końcu mijał.
- Gdyby Brickman wiedziała, ile znaczy dla ciebie ta harmonijka,
rozwaliłaby ją na twoich oczach.
- Dlatego lepiej, żeby się nie dowiedziała - odparłem z pogróżką w głosie.
- Myślisz, że cię podkabluję?
- A kto cię tam wie?
Albert chwycił mnie za koszulę i przyciągnął do siebie. Na twarzy znów
miał masę piegów; wyglądała jak micha rozmoczonych kukurydzianych
płatków.
- Tylko dzięki mnie może nie trafisz do poprawczaka, do cholery!
Mój brat prawie nigdy nie przeklinał. Chociaż mówił cicho, dotarło to do
uszu pani Frost, która wyprostowała się z gracą w ręku i zawołała:
- Albercie!
Puścił mnie, lekko szturchając.
- Kiedyś wpakujesz się tak, że nie zdołam cię wyciągnąć.
Zdało mi się, że wypatruje tego dnia z utęsknieniem.
Potem była przerwa na lunch. Pani Frost ugościła nas przepysznymi
kanapkami z sałatką z szynką, sokiem z jabłek i lemoniadą. Zjedliśmy je
pod wielką topolą nad brzegiem Gilead.
Wtem Moses zadał na migi pytanie: Dokąd płynie ta rzeka?
- Najpierw łączy się z Minnesotą, a ta z Missisipi, która toczy swe wody
przez dwa i pół tysiąca kilometrów aż do Zatoki Meksykańskiej.
Szmat drogi - skomentował Mose i cicho gwizdnął.
- Kiedyś nią popłynę - zadeklarował Albert.
- Jak Huck Finn? - spytała pani Frost.
- Jak Mark Twain. Zaciągnę się na statek.
- Obawiam się, że te czasy już minęły, Albercie.
- Popływamy kanu, mamo? - wtrąciła się Emmy.
- Najpierw praca, a potem może też kąpiel w rzece.
- Zagrasz nam coś, Odie? - zagadnęła mnie Emmy.
Dwa razy nie musiała prosić. Wyciągnąłem harmonijkę z kieszeni koszuli i postukałem nią w dłoń, by wytrzepać kurz. Zagrałem im jedną z moich
ulubionych melodii, Shenandoah. Jest piękna, ale to tonacja molowa,
więc drzemie w niej smutek, który wszystkim się nam udzielił. Promienie
słońca odbijały się od wody o barwie słabej herbaty, gałęzie rzucały
wokół poplątane cienie i nagle dostrzegłem łzy w oczach pani Frost.
Wtedy przypomniałem sobie, że była to też jedna z ulubionych piosenek
jej męża. Nie dokończyłem jej.
- Dlaczego przestałeś grać? - zdziwiła się Emmy.
- Nie pamiętam, jak to dalej szło - skłamałem i od razu zacząłem coś na
żywszą nutę, piosenkę I Got Rhythm posłyszaną w radiu, wykonywaną
przez Reda Nicholsa and His Five Pennies. Ćwiczyłem ją wcześniej, lecz
jeszcze nikomu jej nie grałem. Wszystkim natychmiast poprawił się humor,
a pani Frost zaczęła nawet śpiewać, co mnie zaskoczyło, bo nie miałem
pojęcia, że istnieją słowa do tej melodii.
- Gershwin - oznajmiła, kiedy skończyłem.
- Co?
- Nie co, tylko kto. Autor tego utworu to George Gershwin.
- Pierwsze słyszę. Ale pisze całkiem niezłe piosenki.
- A i owszem. I ty ładnie to zagrałeś.
- Grasz jak anioł, Odie - zachwyciła się Emmy, a Mose jej przytaknął.
Albert wstał, gdy to usłyszał.
- Praca czeka - rzucił.
- Racja - powiedziała pani Frost i jęła zbierać rzeczy do piknikowego
koszyka.
Kiedy Mose skończył kosić trawę w sadzie, przyszedł do nas, by pomóc
przy wznoszeniu ogrodzenia. Potem, zgodnie z obietnicą, pani Frost
wysłała nas nad rzekę, żebyśmy obmyli się z kurzu, gdy ona
przygotowywała kolację. Ściągnęliśmy ubrania i od razu wskoczyliśmy do
wody. Całe popołudnie pociliśmy się w skwarze i w chłodnej rzece
poczuliśmy się jak w raju. Kąpiel nie trwała jednak długo, bo wkrótce
Emmy zawołała do nas z brzegu:
- Możemy popływać kanu?
Kazaliśmy jej się odwrócić, gdy gramoliliśmy się z wody i wkładaliśmy na
powrót ubrania. Później Albert i Mose dźwignęli kanu ze stojaka
nieopodal rzeki, gdzie pani Frost zawsze je trzymała, i opuścili je na
wodę. Chwyciłem dwa wiosła. Emmy usiadła obok mnie pośrodku. Albert i Mose przejęli ode mnie wiosła, zajęli miejsca na dziobie i na rufie i ruszyliśmy przed siebie.
Gilead ma tam ledwie dziesięć metrów szerokości, a prąd nie jest zbyt
silny. Jakiś czas płynęliśmy na wschód pod osłoną zwisających gałęzi. Na
rzece i na jej brzegach panowała cisza.
- Jak miło! Mogłabym tak płynąć bez końca - rozmarzyła się Emmy.
- Aż do Missisipi? - spytałem.
Mose oparł wiosło o burtę i dorzucił na migi: Aż do oceanu.
Albert potrząsnął głową.
- Tym kanu w życiu nie dalibyśmy rady.
- Ale zawsze wolno pomarzyć - odparłem.
Zawróciliśmy i płynąc pod prąd, wróciliśmy do farmy Frostów.
Wciągnęliśmy kanu na stojak, ułożyliśmy pod nim wiosła i skierowaliśmy
się w stronę domu. I właśnie wtedy nadeszły złe wieści.
Rozdział 4
Wszyscy rozpoznaliśmy automobil Brickmanów, srebrnego franklina Club
Sedan. Pokryty kurzem z pól, rozsiadł się na środku drogi jak wielki,
wygłodniały lew.
- U, bratku! - zasępił się Albert. - To się nam dostanie...!
Mose pokazał na migi: Wiejmy.
- Przecież Brickman zezwolił, żebyśmy tu przyjechali - odparłem.
- To nie on mnie tu martwi. - Albert zacisnął usta.
Siedzieli w pokoju zwanym przez panią Frost bawialnią, niewielkim
saloniku z sofą i dwoma fotelami z tapicerką o kwiecistym wzorze. Na
gzymsie małego kominka stała fotografia w ramce z Frostami i usadowioną
pośrodku Emmy. Wyglądali na szczęśliwych w oczach nas, sierot, które
właśnie tak wyobrażały sobie rodzinne szczęście.
- Nareszcie! - ożywiła się Czarna Wiedźma, jakby nie widziała nas
kilkanaście lat i nasz powrót niesłychanie ją ucieszył. - Miły wypad
kanu?
- Emmy bardzo chciała popłynąć, a nie mogliśmy zostawić jej na rzece
samej - pośpiesznie wyjaśnił Albert.
- Ależ naturalnie! - zgodziła się pani Brickman. - No i dużo przyjemniej
pływać po rzece, niż pracować w polu, prawda?
Gdy się do mnie uśmiechnęła, bałem się, że za chwilę z jej ust plaśnie
wąski, rozdwojony język.
- Chłopcy mocno się dziś u mnie napracowali - oznajmiła jej pani Frost.
- Moses skosił trawę w sadzie i cała trójka postawiła ogrodzenie wokół
ogrodu. Nie wiem, co bym bez nich poczęła. Dziękuję, Clyde, że zgodziłeś
się użyczyć mi ich na cały dzień.
Gdy pan Brickman zerknął na żonę, blady uśmiech, który pojawił się na
jego ustach, natychmiast zamarł.
- Mój Clyde ma zbyt miękkie serce - oświadczyła pani Brickman. - To
niestety wada przy pracy z dziećmi wymagającymi silnej ręki. - Odstawiła
na stolik szklankę z mrożoną herbatą. - Musimy jechać, bo chłopcy nie
zdążą na kolację.
- Zamierzałam ich nakarmić, a potem odwieźć.
- A gdzieżby, skarbie! Nie chcę o tym słyszeć. Zjedzą jak inni, w szkole. Dziś wieczór filmowy. Chyba nie chcemy, żeby ich ominął? - Pani
Brickman uniosła się z fotela niczym słup czarnego dymu. - Chodź, Clyde.
- Dziękuję wam, chłopcy. - Clara Frost posłała nam krzepiący uśmiech i odprowadziła nas do drzwi.
- Pa, pa, Odie. Moses. Albercie - rzuciła Emmy.
Mój brat otworzył drzwi automobilu dla pani Brickman, gdy jej mąż mościł
się za kierownicą. Potem we trójkę usiedliśmy z tyłu. Clara Frost wraz z Emmy stanęły przed domem. Zafrasowana dziewczynka wykrzywiła usta w podkówkę. Sądząc po tym, jak smutno nam machały, gdy odjeżdżaliśmy,
można by sądzić, że wiozą nas na egzekucję, co wcale nie było dalekie od
prawdy.
Przez dłuższy czas nikt się nie odzywał. Pan Brickman mocno wciskał
pedał gazu, wzniecając wielki, wlokący się za nami tuman kurzu.
Tymczasem nasza trójka toczyła między sobą gorączkową dyskusję na migi.
Mose: To już po nas.
Albert: Załatwię to.
Ja: Czarna Wiedźma pożre nas żywcem na kolację.
- Dość tego! - nakazała pani Brickman.
Pomyślałem, że musi mieć oczy z tyłu głowy.
Pan Brickman zaparkował przed ich domem stojącym w odległości krótkiego
spaceru od budynku administracyjnego. Był to ładny piętrowy budynek z cegły z pięknym gazonem i rabatkami, zawdzięczającymi swój wygląd
ciężkiej pracy dzieci ze szkoły. Gdy wysiedliśmy, jego żona rzuciła
miłym tonem:
- W samą porę na kolację.
Posiłki wydawano według ścisłego harmonogramu: śniadanie o siódmej,
lunch w południe i kolacja o piątej. W razie spóźnienia uczeń nie
dostawał jedzenia, gdyż kiedy już wszyscy usiedli, nie był wpuszczany do
stołówki. Byłem głodny. Napracowaliśmy się, choć nie aż tak jak na polu
u Bledsoe. Uwaga Czarnej Wiedźmy bardzo mnie ucieszyła, bo mimo jej
wcześniejszego komentarza skierowanego do Clary Frost bałem się, że
nasze szanse na zjedzenie kolacji są mniej więcej takie, jak szanse
Custera na złojenie tyłków Siuksom w bitwie nad Little Bighorn.
Niestety okazało się, że miałem rację.
- Clyde, chyba przyda się lekcja poglądowa. Chłopcy raczej nie zjedzą
dzisiaj kolacji.
- To moja wina, pani Brickman - wyrwał się Albert. - Powinienem był
panią spytać, nim tam pojechaliśmy.
- Owszem, powinieneś był. - Uśmiechnęła się. - A skoro jesteś tego
świadom, ciebie kolacja nie ominie.
Albert spojrzał na mnie, ale już się nie odezwał. W tamtym momencie go
nienawidziłem, nienawidziłem tego lizusa, który w nim siedział. Dobra,
pomyślałem. Obyś się udławił.
- A wy macie coś do powiedzenia?
Mose skinął głową i odparł na migi: Dla mnie jesteś gównem.
- Co powiedział? - spytała Czarna Wiedźma.
- Że bardzo mu przykro, ale pani Frost kazała mu jechać, a niegrzecznie
odmawiać nauczycielce.
- Te migi znaczą aż tyle?
- Mniej więcej - odpowiedział Albert.
- A ty nie masz nic do powiedzenia?
Pokazałem na migi: Kiedy nie patrzysz, sikam na twoje rabatki.
- Nie wiem, co to znaczy, ale na pewno by mi się to nie spodobało.
Clyde, myślę, że małego Odiego nie tylko ominie kolacja. Spędzi tę noc w pokoju ciszy, a Moses dotrzyma mu towarzystwa.
Liczyłem, że Albert wstawi się za nami, ale on tylko stał i patrzył.
Pokazałem mu na migi: Czekaj no, naszczam ci na gębę, jak będziesz
spał.
Odebrała mi kolację, ale zostawiła harmonijkę. Gdy o zachodzie słońca
wszystkie dzieci zgromadzono w auli przed seansem filmowym, ja grałem
ulubione melodie swoje i Mosesa w pokoju ciszy. Znał słowa tych piosenek
i śpiewał je w języku migowym.
Mose nie urodził się niemową. Kiedy miał cztery lata, ktoś - nie wiadomo
kto - obciął mu język. Znaleziono go pobitego do nieprzytomności i bez
języka w trzcinach w przydrożnym rowie nieopodal miasteczka Granite
Falls. Nie był w stanie się wysłowić ani wskazać, kto był sprawcą tego
okrucieństwa. Utrzymywał, że nic nie pamięta. Nawet gdyby mógł mówić, o rodzicach też nic nie wiedział. Ojca nie znał, a do matki zawsze mówił
"Mamo" i nie miał pojęcia, jak miała na imię. Policja twierdziła, że
zrobiła, co w jej mocy. Jako że był Indianinem, tylko przepytała
okolicznych Siuksów, lecz żaden z nich nie słyszał o martwej kobiecie
ani o dziecku. Jako czterolatek Mose trafił do szkoły w Lincoln.
Ponieważ nie mówił ani nie potrafił napisać, jak się nazywa, jej
ówczesny dyrektor, pan Sparks, nadał mu imię Moses, gdyż odnaleziono go
w trzcinach, i nazwisko Washington na cześć swojego ulubionego
prezydenta. Mose wydawał z siebie przeraźliwe gardłowe dźwięki, lecz nie
wypowiadał słów, dlatego zwykle milczał. Chyba że się śmiał - bo śmiech
miał zdrowy i zaraźliwy.
Nim ja i Albert zjawiliśmy się w szkole w Lincoln, Mose porozumiewał się
niewprawnie na migi i jakoś sobie radził. Nauczył się czytać i pisać,
lecz brak języka sprawiał, że nie uczestniczył w klasowych dyskusjach i większość nauczycieli zwyczajnie go ignorowała. Dopiero ja i Albert
nauczyliśmy go takiego języka, jaki sami wcześniej opanowaliśmy. Nasza
babcia zaraziła się w ciąży różyczką i w efekcie mama przyszła na świat
głucha. Babcia, która przed ślubem pracowała jako nauczycielka, nauczyła
córkę języka migowego. Mama właśnie w taki sposób komunikowała się ze
światem, dlatego jeszcze zanim zacząłem mówić, umiałem się porozumiewać
na migi. Dowiedziawszy się o tym, pani Frost nalegała, bym nauczył
języka migowego ją i jej męża, a przy okazji mała Emmy nasiąkła nim jak
gąbka. Gdy pani Frost mogła już porozumieć się z Mose'em, została jego
korepetytorką i pomogła nadrobić zaległości w nauce.
W duszy Mose'a gościł jakiś rodzaj poezji. Gdy grałem, a on śpiewał na
migi, jego dłonie tańczyły z gracją, a niewypowiedziane słowa nabierały
lekkości i urody, jakich żaden głos nie byłby w stanie im nadać.
Tuż przed tym, jak na niebie zgasło światło i pokój ciszy pogrążył się w całkowitej ciemności, Mose poprosił: Opowiedz mi coś.
Opowiedziałem mu historyjkę wymyśloną poprzedniego wieczoru, gdy oprócz
mnie w kamiennej celi był tylko Faria. Brzmiało to tak:
- To opowieść o pewnej ciemnej nocy w Halloween i o trójce chłopców.
Jeden miał na imię Moses, drugi Albert, a trzeci Marshall. (Na Albercie
nigdy nie robiło wrażenia, gdy czyniłem go jednym z bohaterów, za to
Moses to uwielbiał. Marshall Foote był naszym szkolnym kolegą, wrednym
do szpiku kości Siuksem z rezerwatu Crow Creek w Dakocie Południowej).
Marshall lubił dokuczać dwóm pozostałym i płatać im okrutne figle. Gdy
wracali późnym wieczorem do domu z halloweenowego przyjęcia, opowiedział
im o Windigo, okrutnym olbrzymie, potworze, który kiedyś był
człowiekiem, lecz przemienił się za sprawą czarnej magii w kanibala,
bestię z wiecznie niezaspokojoną żądzą ludzkiej krwi. Nim spadł na
ciebie z niebios, wykrzykiwał twoje imię głosem jakiegoś nieziemskiego
drapieżnego ptaka. Na nic się to jednak zdawało, gdyż gdziekolwiek się
skryłeś, Windigo i tak cię dopadał, wyszarpywał ci serce i gdy konałeś,
na twoich oczach je pożerał.
Moses i Albert odparli, że Marshall plecie bzdury i że ktoś taki nie
istnieje, jednak ten zarzekał się, że to szczera prawda. Gdy już
odprowadzili go do domu, ostrzegł ich, by uważali na Windigo.
Ruszyli dalej, dworując sobie z owej bestii, lecz każdy posłyszany po
drodze szmer wprawiał ich w przerażenie. I nagle, nie wiadomo skąd, ich
uszu dobiegł piskliwy głos, który wykrzykiwał ich imiona: Albert! Moses!
Mose chwycił mnie za rękę i wypisał mi palcem na dłoni: Potwór?
- Może - odpowiedziałem. - Słuchaj dalej: Nieprzytomnie przerażeni
chłopcy rzucili się do ucieczki. Gdy dobiegli w miejsce, gdzie konar
wielkiego wiązu zwisał nad chodnikiem, opadło z niego coś czarnego i wylądowało wprost przed nimi. "Pożrę wasze serca!" - wrzasnął czarny
stwór.
Chłopcy rozdarli się wniebogłosy i niemal narobili w portki. Wtem owo
czarne coś wybuchnęło śmiechem, a oni domyślili się, że to Marshall.
Zwyzywał ich od gąsek i ciulków, doradził, żeby wracali do mamusi, i odszedł, zaśmiewając się z własnego psikusa. Speszeni chłopcy ruszyli
dalej w milczeniu, wściekli na Marshalla, który - jak ostatecznie uznali
- wcale nie okazał się przyjacielem.
Nie uszli daleko, gdy znów coś posłyszeli. Głos jakiegoś nieziemskiego
drapieżnego ptaka wykrzykiwał z niebios imię Marshalla. Poczuli też
okropną woń gnijącego mięsa. Spojrzeli w górę i zauważyli, że wielkie
czarne coś sunie w poprzek tarczy księżyca. Po jakiejś minucie rozległ
się w oddali za ich plecami krzyk, najpewniej Marshalla. Zawrócili
pędem, lecz go nie znaleźli i później nikt go już nie widział. Nigdy.
Skończywszy, sprawiłem, że w naszej pozbawionej światła celi zapadła
głęboka, złowroga cisza. I nagle wrzasnąłem jak opętany. Mose też wydał
z siebie ten swój gardłowy, nieziemski skowyt. A potem się roześmiał.
Znów chwycił mnie za rękę i wpisał mi w dłoń: Ja też prawie się
sfajdałem, jak ci chłopcy!
Później leżeliśmy zatopieni głęboko we własnych myślach.
W końcu Mose szturchnął mnie w ramię i ponownie ujął moją rękę. To
opowieści, ale prawdziwe. Potwory, które pożerają dziecięce serca,
istnieją.
Wsłuchiwałem się w jego głęboki oddech, gdy odpłynął w sen, a po chwili
usłyszałem odgłos dreptania Farii, który wychynął z kryjówki, by
sprawdzić, czy mam dla niego okruszki. Nie miałem i wkrótce też
zasnąłem.
W ciemnościach obudził mnie szczęk klucza w żeliwnych drzwiach celi.
Zerwałem się na równe nogi. Pierwsza myśl wprawiła mnie w panikę:
DiMarco! Nie sądziłem, by czegoś próbował przy nas dwóch, zwłaszcza
jeśli tym drugim był Mose, lecz jak Windigo, on też miał nieposkromione
nikczemne zachcianki i wszyscy wiedzieliśmy, co robi dzieciom nocą.
Spiąłem się, gotów kopać, drapać i gryźć, nawet gdyby zatłukł mnie za to
na śmierć.
Przez szpary w drzwiach przeświecało światło lampy naftowej. Mose też
już się obudził. Przykucnął, cały zwarty i gotowy, przywodząc mi na myśl
cięciwę, która za moment wypchnie strzałę. Zerknąwszy na mnie, skinął
głową. Wiedziałem, że nie ulegniemy chorym zakusom DiMarco bez walki.
Tymczasem to nie jego twarz ujrzeliśmy w świetle lampy. Przyłożywszy
palec do ust, Herman Volz uśmiechnął się i gestem ręki nakazał, byśmy
ruszyli za nim.
Na zachód od terenów szkoły ciągnęła się rozległa, zarośnięta wysoką
trawą i usiana głazami łąka, a za nią ziała czeluść opuszczonego
kamieniołomu. Podążyliśmy ścieżką, którą przez lata wydeptali dorośli i dzieci łaknący samotności, pragnący porzucać kamieniami w otchłań, bądź
- jak Herman Volz - z innego powodu. Na skraju kamieniołomu stała stara
szopa na narzędzia, kryjąca w sobie sekret znany jedynie jemu,
Albertowi, Mose'owi i mnie. Volz zawiesił tam ciężką kłódkę.
Nieopodal szopy płonęło niewielkie ognisko. Poczułem woń smażonej
kiełbasy. Zbliżywszy się, ujrzałem rozświetloną twarz brata, a obok
rondel.
Volz wyszczerzył zęby w uśmiechu.
- Nie mogłem dopuścić, żebyście padli z głodu.
- Siadajcie, jedzenie już prawie gotowe - oznajmił Albert.
W rondlu były nie tylko kiełbaski, ale też jajecznica, krojone w kostkę
ziemniaki i cebula. Albert był dobrym kucharzem. Kiedy tułaliśmy się z ojcem Bóg jeden wie gdzie, to on zwykle gotował. Czasami, jak tu, nad
ogniskiem, a innym razem na piecyku na drewno w jakimś małym przydrożnym
zajeździe w kompletnej głuszy. Ale czarodziejem nie był, nie umiał
wyczarować jedzenia. Domyśliłem się, że wszystkie te frykasy pochodziły
ze spiżarni Volza.
Teraz gryzło mnie sumienie, że poczułem do brata taką nienawiść, gdy
Czarna Wiedźma nie wysłała go razem z nami do pokoju ciszy.
Zastanawiałem się, czy przypadkiem już wtedy nie obmyślał sposobu na to,
by nas nakarmić. A może był to pomysł Volza? Tak czy owak, złość już mi
przeszła.
- Jaki film wam puścili? - spytałem, gdy już rozsiedliśmy się wokół
ogniska.
- Western, Fighting Caravans - odpowiedział Albert.
Jasne, że western. Dla mnie w porządku, lubiłem strzelaniny. Wydawało mi
się jednak dziwne, że w szkole pokazywali nam jedynie filmy, gdzie
Indianie byli potworami, a najlepszym rozwiązaniem było ich zabijanie.
Podniosłem patyk i pogrzebałem nim w ognisku.
- Dobry?
- Nie wiem, nie obejrzałem - odparł Albert.
Dlaczego? - spytał na migi Mose.
- Bo po kolacji pani Brickman kazała mi umyć i nabłyszczyć franklina.
- Ach, ta kobieta i jej automobile...! - skwitował Volz i pokręcił głową.
Co roku mąż kupował jej nowe auto. Tłumaczyli, że musi mieć porządny
pojazd, gdyż często z niego korzysta, zbierając fundusze na prowadzenie
szkoły, co było zgodne z prawdą. Prawdą było jednak również to, że w efekcie poziom życia uczniów nie ulegał poprawie.
- Kupuje sobie zestaw pięknych opon, a dzieci noszą szmaciane buty. -
Volz machnął w mrok ręką, tą z czterema palcami i kikutem piątego. - Pan
Sparks musi przewracać się w grobie.
Był pierwszym mężem Czarnej Wiedźmy i dyrektorem szkoły. Zmarł na długo
przed tym, jak trafiliśmy do niej z Albertem. Mimo to wszyscy wciąż
wyrażali się o nim z szacunkiem. Posadę po nim objęła żona, która
wkrótce poślubiła pana Brickmana i przyjęła jego nazwisko. Dziwiło mnie,
że obydwa tak dobrze do niej pasują, bo gdy wpadła w złość, leciały
iskry, a kiedy milczała, można było wyczuć, że czeka na odpowiedni
moment, by zwalić się na ciebie jak ceglany mur.
- Nie cierpię wiedźmy - oświadczyłem.
- Żadna się nią nie rodzi - odparł Albert.
- Co masz na myśli?
- Czasami, gdy coś u niej robię, po drinku lub dwóch pojawia się w niej
smutek. Kiedyś mi wyznała, że ojciec ją sprzedał, kiedy miała osiem lat.
- Łże! - zagotowałem się. - Ludzi się nie sprzedaje, zwłaszcza własnych
dzieci.
- Przeczytaj Chatę wuja Toma. Ja jej wierzę.
- Pewnie sprzedał ją do cyrku, żeby straszyła publikę.
Roześmiałem się, ale brat spojrzał na mnie z powagą.
- My straciliśmy naszego, bo zginął. A jej ojciec ją sprzedał.
Mężczyźnie, który... No, wiesz, co DiMarco robi dzieciom.
Co powinno było upodobnić ją do nas, lecz w moich oczach stała się
jeszcze czarniejszą postacią, bo jeśli zaznała razów i bólu lub jeszcze
gorszych rzeczy, powinna być bardziej wyrozumiała, a jednak pchała
dzieci w łapy DiMarca.
- Będę jej nienawidził do śmierci.
- Waż słowa - doradził mi brat. - Może to właśnie nienawiść sprawiła, że
stała się taka małoduszna. I jeszcze jedno. Kiedy wypije, słyszę u niej
akcent z Ozark.
- Chcesz powiedzieć, że ma w sobie wiochę?
- Jak my.
Wychowaliśmy się w dziurze pośród wzgórz Ozark w Missouri. Gdy
zjawiliśmy się w szkole w Lincoln, mówiliśmy z silnym akcentem. Owe
nosowe tony i wiele z tego, kim byliśmy, zatarły się przez lata pobytu w szkole.
- Nie wierzę - powtórzyłem.
- Po prostu nikt nie rodzi się wredny. To tylko życie tak nas obija.
Możliwe, lecz wciąż nienawidziłem jej sczerniałego serca.
Kiedy jedzenie było już gotowe, Albert odstawił rondel na płaski kamień,
po czym wyciągnął chrupiący bochenek żytniego chleba, puszkę smalcu i podał nam widelce. Ja i Mose oderwaliśmy po kawałku chleba,
posmarowaliśmy je grubo smalcem i wbiliśmy się nimi w jajecznicę,
kiełbasę i ziemniaki.
Volz poszedł do szopy i wrócił z zakorkowaną butelką przezroczystej
cieczy - bimbru, który pędził w ukrytym tam destylatorze.
Zbudował go z pomocą Alberta, czerpiąc z jego wiedzy. Jeszcze zanim nasz
ojciec zaczął szmuglować samogon dla innych, też zajmował się jego
pędzeniem.
Jako młody chłopak Albert pomógł mu skonstruować wiele nielegalnych
destylatorów, co było cenną umiejętnością, zwłaszcza po wprowadzeniu
przez władze Dziewiętnastej Poprawki. Gdy Volz zyskał zaufanie Alberta i przekonał się, że i jemu może ufać, klamka zapadła - jak mawiał mój brat
- i budowa destylatora stała się oczywistością. Wiedzieliśmy, że Volz
pędzi bimber nie tylko na własne potrzeby, ale też na sprzedaż, by
podreperować finanse, bo szkoła płaciła mu marnie. Gdyby chodziło o kogoś innego, nasza wiedza na ten temat mogła być groźnym orężem, ale
Volz był dla nas jak chrzestny i prędzej dalibyśmy się pokroić, niż
wyjawili jego tajemnicę.
Ja i Mose skupiliśmy się na jedzeniu, a Volz popijał swój bimber. Albert
zerknął na wschód, by się upewnić, że nikt nas nie widzi.
Gdy skończyliśmy jeść, Mose poprosił na migi: Opowiedz im tę
historyjkę.
- Kiedy indziej - odrzekłem.
- Co powiedział? - zainteresował się Volz.
- Chce, żeby Odie opowiedział nam jedną ze swoich historyjek - wyjaśnił
Albert.
- Chętnie posłucham. - Niemiec uniósł butelkę w geście zachęty.
- To takie tam, dla dzieci.
Ja o mało się nie sfajdałem - zamigał Mose.
- Co powiedział? - nie dawał za wygraną Volz.
- Że w porządku, innym razem - odparł Albert.
- Dobra. - Niemiec wzruszył ramionami i pociągnął łyk bimbru. - To może
zagrasz nam coś na organkach, Odie?
Na to mogłem przystać. Wyciągnąłem swój skromny instrument z kieszeni
koszuli.
- Czy ja wiem? Ktoś może usłyszeć - zafrasował się Albert, spoglądając w stronę ciemnych brył szkolnych budynków odcinających się na tle nieba w żółtawej poświacie rzucanej przez jak powleczony woskiem księżyc.
- To graj cicho - zasugerował Volz.
- A czego chce pan posłuchać? - spytałem, choć dobrze znałem odpowiedź.
Kiedy sobie popił, zawsze odpowiadał tak samo.
- Meet Me in Saint Louis - odparł stary stolarz. To właśnie tam poznał
swoją zmarłą przed laty żonę.
Volz nigdy się nie upijał. Nie żeby miał aż tak silną głowę, lecz
dlatego, iż rozumiał, że warto zachować trzeźwość. Pił, dopóki nie
poczuł ciepłego rozanielenia i dystansu wobec problemów, których
nastręcza życie, po czym przestawał. Gdy skończyłem grać, właśnie
osiągnął ten etap. Zakorkował flaszkę i wstał.
- Już czas odstawić was do ciupy.
Odniósłszy butelkę do szopy, zabezpieczył drzwi ciężką kłódką. Albert
schował rondel, talerze i widelce do starego skautowskiego plecaka i ugasił ognisko wodą z menażki. Rozgrzebał żarzące się węgle i jeszcze
raz polał je wodą, aż całkowicie zgasły. Volz ponownie zapalił lampę
naftową i ruszyliśmy gęsiego znad kamieniołomu w stronę odbijającego
blask półksiężyca.
- Dzięki, panie Volz - rzuciłem, nim zamknął drzwi pokoju ciszy, i zwracając się do brata, dodałem: - Przepraszam za te słowa o naszczaniu
ci na gębę. W życiu bym tego nie zrobił.
- Zrobiłbyś.
Miał rację, ale w tych okolicznościach nie chciałem się do tego
przyznać.
- Wyśpij się, przyda ci się to jutro - powiedział na odchodnym.
Volz delikatnie zamknął drzwi i przekręcił klucz. Ja i Mose znów
zostaliśmy sami w ciemnościach. Leżąc na słomianej wyściółce, myślałem o nienawiści, jaką poczułem do Alberta, gdy uznałem, że nas zdradził, a także o tym, jak bardzo go kocham, choć nigdy bym mu tego nie wyznał.
Wtem posłyszałem odgłos drepczących pod ścianą łapek. Sięgnąłem do
kieszeni po ostatni kawałek chleba, który zachowałem dla Farii, i rzuciłem go w kąt celi. Szczur pośpiesznie do niego dopadł, pochwycił
swoją nagrodę i pędem skrył się w szczelinie w murze. Już gotowałem się
do snu, gdy Mose dotknął mojego ramienia, po czym chwycił moją dłoń i rozwarł mi palce. A potem napisał: Szczęściarze z nas.
Rozdział 5
To nie Volz obudził nas następnego ranka, lecz główny opiekun chłopców.
Martin Greene był otyłym, małomównym, łysiejącym mężczyzną o wiecznie
zmęczonych oczach, wielkich uszach i ociężałym chodzie, co w połączeniu
z owymi uszami sprawiało, że kojarzył mi się ze słoniem. Odprowadził nas
do bursy, w kółko powtarzając po drodze, że ma nadzieję, iż zapamiętamy
tę nauczkę i być może nigdy więcej nie trafimy do pokoju ciszy. Z uporem
nawiązywał do trzech zasad obowiązujących w szkole: odpowiedzialności,
szacunku i nagradzania.
- Przestrzegajcie dwóch pierwszych, a trzecia sama was znajdzie -
zakończył.
Ogarnęliśmy się i przygotowaliśmy do pracy. Nigdzie nie widziałem
Alberta ani Volza, co trochę mnie zaniepokoiło. Miałem nadzieję, że nie
spotkało ich nic złego za dobroć, którą nam okazali. Ralph, syn Bledsoe,
czekał już w pickupie.
Wgramoliliśmy się z Mose'em na pakę wraz z pozostałymi chłopcami, którzy
wylosowali dyżur na polu.
Tamtego dnia pracowaliśmy ciężko, ale krótko. Wiosną i latem w soboty
spędzaliśmy u farmera jedynie pół dnia, gdyż po południu kibicowaliśmy
podczas meczów szkolnej drużynie baseballowej. Hector Bledsoe ugościł
nas kanapkami z czerstwego chleba z cienkim plasterkiem sera bez smaku,
po czym osobiście odwiózł do szkoły. Kiedy zeskakiwaliśmy z pickupa,
zawołał:
- Wypocznijcie w weekend, chłopcy, bo w poniedziałek zapowiadają skwar.
- Radośnie się przy tym zaśmiał, a może tylko mi się tak zdawało.
Niektórzy z nas, jak Mose, musieli się pośpieszyć, bo mieli zagrać w meczu, a reszta wróciła do bursy. Na kilka minut przed pierwszym
gwizdkiem pan Greene zaprowadził nas na stadion. Dostrzegliśmy
dziewczynki prowadzone przez Lavinię Stratton, ich główną opiekunkę.
Była starą panną w bliżej nieokreślonym wieku. Wysoka, o pociągłych
rysach, miała długie nogi i ramiona i nijaką, wiecznie zafrasowaną
twarz. Do tego szczupłe dłonie i palce długie i wiotkie jak cała reszta,
które stawały się jakimś odrębnym bytem, gdy przymykała oczy, grając na
pianinie. Czasami dobywała z niego dźwięki tak cudowne, że odrywały mnie
od szkolnej codzienności i przenosiły w jakieś inne, szczęśliwsze
miejsce. W tych cudownych chwilach zdawało się, że świat jest piękny i ona też. Lecz gdy przestawała grać, na jej twarzy znów pojawiały się
frasunek i nijakość, a moje życie na powrót przemieniało się w mozół,
jakim zawsze było.
Zasiedliśmy na drewnianej trybunie. Zjawili się też ludzie z miasteczka,
większość po to, by podziwiać rzuty Mose'a. I tak jak palce panny
Stratton potrafiły wykreować piękno, tak i Mose potrafił wzruszyć, gdy
stawał na bazie i ciskał skórzaną piłkę. Tamtego dnia mierzyliśmy się z drużyną z Luverne, sponsorowaną przez Związek Weteranów Wojen
Zamorskich. Zawodnicy już przeprowadzali rozgrzewkę. Wypatrywałem
Alberta, który w żadnym razie nie był atletą i zwykle grzał ławę, nie
dostrzegłem go jednak i zacząłem się martwić. Po przeciwnej stronie
trybun zauważyłem za to panią Frost i Emmy, które często przychodziły na
mecze, żeby nam kibicować. Gdy pan Greene wdał się w rozmowę z panną
Stratton, przemknąłem ze swojego miejsca i przysiadłem się do Emmy.
- Cześć, Odie - powitała mnie z promiennym uśmiechem.
- Dzień dobry, Odie - zawtórowała jej mama. - Miło cię widzieć. Bałam
się, że pani Brickman na wieki wyśle cię do pokoju ciszy.
- Tylko na jedną noc, ale bez kolacji.
Pani Frost aż pobladła.
- Pomówię z nią.
- Nieważne, Albert i pan Volz przemycili dla nas jedzenie. Nie widziała
ich pani?
- A Alberta tu nie ma? - Rozejrzała się po boisku, po czym znów
skierowała wzrok na mnie. - Nie spotkałeś go?
- Zeszłej nocy, tak jak pana Volza.
- Może pracują w stolarni?
- Może - odpowiedziałem, domyślając się, że jeśli już, to prędzej przy
destylatorze. Liczyłem, że to właśnie to, a nie jakiś kolejny ponury
wymysł Czarnej Wiedźmy.
Wtem dojrzałem idącego wzdłuż trybuny Volza. On też nas dostrzegł.
- Witaj, Coro, cześć, Emmy. Wyglądasz prześlicznie.
Uśmiech dziewczynki wyrzeźbił dołeczki w jej policzkach.
- Hermanie, nie widziałeś Alberta? - spytała pani Frost.
Pokręcił głową i spojrzał na boisko.
- Co go zatrzymało? Rozmawiałeś z nim, Odie?
- W nocy.
- Niedobrze. Może uda mi się czegoś dowiedzieć. A ty, Odie, lepiej wróć
do kolegów.
- Błagam, nie może zostać z nami? - zainterweniowała Emmy.
Volz się skrzywił, ale wiedziałem, że się podda, bo tej małej nikt nie
mógł się oprzeć.
- Załatwię to - obiecał.
Za życia poprzedniego trenera, Andrew Frosta, nasza drużyna baseballowa
prezentowała świetną formę i zyskała uznanie. I nawet nieudaczne
działania obecnego coacha, pana Freiberga, którego głównym zadaniem w szkole była obsługa ciężkiego sprzętu, nie zdołały zniweczyć wysiłków
nieżyjącego męża Cory Frost. Tym razem Mose też świetnie miotał piłkę, a i łapacze spisali się bez zarzutu, więc wygraliśmy cztery do zera. I wszystko byłoby fajnie, gdyby nie to, że cały czas wypatrywałem Alberta
i Volza, który przyniósłby mi o nim jakieś wieści. Tymczasem mecz się
skończył, a żaden z nich się nie pojawił.
Po meczu, jeszcze przed kolacją, trafiła nam się rzadka godzina wolnego.
Leżałem na łóżku i czytałem czasopismo "Niesamowite historie", które
wypożyczyłem z biblioteki. Wszystko, co się w niej znajdowało,
pochodziło z darowizn, nie sądzę jednak, by bibliotekarka, panna Jensen,
zbyt wnikliwie owe magazyny przeglądała, bo zawsze wśród egzemplarzy
"Saturday Evening Post" i "Ladies' Home Journals" znajdowałem coś
ciekawego: publikacje o galeonach, komiksy przygodowe i najróżniejsze
niesamowite opowieści. Nie wolno nam było niczego stamtąd wynosić, ale
przecież łatwo przemycić coś pod koszulą.
W czasie roku szkolnego młodsi chłopcy zajmowali jedną bursę, a starsi
drugą, jednak latem, gdy wielu uczniów wyjeżdżało do domu, resztę
gromadzono w jednym lokum. Pewnego dnia leżałem zatopiony w lekturze, a jakiś malec siedział nieopodal samotnie na pryczy, wpatrując się w dal.
Sprawiał wrażenie smutnego i zagubionego, co nie było niczym
szczególnym, zwłaszcza wśród młodszych dzieci. Nazywał się Billy
Czerwony Rękaw. Pochodził z zachodu, z plemienia Czejenów Północnych
gdzieś z Nebraski.
Trafił do Lincoln z katolickiej szkoły dla Indian w Sisseton. Wszyscy
wiedzieliśmy, co się tam wyprawia, bo Eddie Wilson, Siuks z rezerwatu
Cheyenne River, miał kuzynów, których tam wysłali. Przekazywał nam
opowieści o tym, jak ich tam leją jeszcze gorzej niż nas, i o siostrach
i księżach zachodzących nocą do bursy, wyciągających dzieci z łóżek i zmuszających je do niewypowiedzianych rzeczy. W Lincoln też było paru
takich, o których wiedzieliśmy, co niekiedy robią dzieciom, wśród nich
sławetny Vincent DiMarco, ale szybko przestrzegaliśmy nowo przybyłych,
by trzymali się od nich z daleka. Przysyłani z innych szkół, tacy jak
Billy, nie mówili, co ich tam spotkało, ale zdradzały ich pełne lęku
spojrzenia, sposób, w jaki patrzyli na wszystko i wszystkich.
Wyczuwaliśmy ów strach, próbując się do nich zbliżyć i za każdym razem
napotykając niewidzialny mur, jaki z rozpaczy stawiali w nadziei, że
zdoła ich obronić.
Pogrążony w lekturze opowieści o facecie walczącym z Marsjanami w Arktyce, nagle ujrzałem stojącego w drzwiach DiMarco. Wsunąłem magazyn
pod poduszkę, ale wnet zorientowałem się, że nie musiałem, bo nawet na
mnie nie spojrzał. Skupił się na Billym. Ruszył między rzędami prycz.
Było tam jeszcze dwóch innych chłopców, którzy siedzieli wyprostowani
jak struny i milczący jak głazy, gdy ich mijał. Tymczasem Billy go nie
zauważył. Mruczał sam do siebie i przy czymś gmerał. DiMarco przystanął
dwie prycze dalej, wciąż mu się przyglądając. Był wielki i ciężki, jego
przedramiona, wierzch dłoni i palce pokrywały czarne jedwabiste włoski,
a na policzkach jeżyła się ciemna szczecina.
Jego oczy pełzały po Billym jak dwa małe żuki.
- Czerwony Rękaw.
Billy poderwał się, jakby ktoś raził go prądem o natężeniu kilku tysięcy
woltów, i uniósł wzrok.
- Gadałeś po waszemu - wycedził DiMarco.
W szkole w Lincoln było to straszliwe przewinienie. Dzieciom nie wolno
było rozmawiać w rodzimym języku. Stanowiło to żelazną zasadę filozofii
szkół przysposobienia Indian: "Zabić Indianina, ocalić człowieka".
Złapanie na rozmowie w innym języku niż angielski skutkowało w najlepszym razie spędzeniem nocy w pokoju ciszy. Czasami jednak,
zwłaszcza gdy nieszczęśnika nakrył DiMarco, elementem kary było także
lanie.
Kręcąc głową, Billy nieśmiało zaprzeczył, lecz się nie odezwał.
- Co tam masz? - DiMarco chwycił go za ręce.
Chłopiec próbował się wyrwać, ale dozorca szarpnął go do góry i mocno
nim potrząsnął. To, co Billy trzymał w dłoni, upadło na podłogę.
Mężczyzna puścił go i podniósł ów przedmiot. Wtedy mu się przyjrzałem;
była to lalka z kaczana kukurydzy w czerwonej bandanie udającej
sukienkę.
- Zabawiasz się lalkami? Chyba dobrze ci zrobi pobyt w pokoju ciszy.
Idziemy.
Billy ani drgnął. Pewnie dlatego, że wiedział, jak wszyscy, co naprawdę
oznacza wyprawa do celi z DiMarco.
- No już, czerwonoskóry lalusiu. - Znów go chwycił i zaczął ciągnąć ku
drzwiom.
Bez zastanowienia zeskoczyłem z pryczy.
- Wcale nie mówił po indiańsku.
DiMarco stanął jak wryty.
- Coś powiedział?
- Że Billy nie mówił po indiańsku.
- Przecież słyszałem.
- Przesłyszał się pan.
Już gdy wypowiadałem te słowa, w mojej głowie rozległ się wrzask: Co ty,
do diabła, wyprawiasz?!
DiMarco puścił Billy'ego i ruszył w moją stronę. Rękawy niebieskiej
roboczej koszuli podwinął aż po bicepsy, które zdawały się potężne jak u olbrzyma. Inne obecne w bursie dzieci zamarły.
- Pewnie zaraz mi jeszcze powiesz, że to twoje? - Wyciągnął rękę z lalką.
- Zrobiłem ją dla Emmy Frost. Billy chciał tylko obejrzeć.
Nawet na niego nie zerknął, by się przekonać, czy jego spojrzenie
potwierdza tę nową wersję. Wlepił ślepia we mnie, nie jak lew, którego
apetyt można łatwo zrozumieć, lecz jak Windigo z opowieści, którą
zaserwowałem zeszłej nocy Mose'owi.
- W takim razie obaj pójdziecie ze mną do pokoju ciszy - oznajmił.
Wiej! - podrzucił rozpaczliwie głos w mojej głowie, lecz nim zdołałem
wykonać jakiś ruch, DiMarco już trzymał moje ramię, głęboko wbijając w nie palce, które zostawią mi siniaki na wiele dni. Próbowałem go kopnąć,
ale chybiłem. Wtedy chwycił mnie za gardło tak, że nie mogłem złapać
tchu. Billy patrzył przerażony. Pewnie myślał, że zaraz wypadnie na
niego. Pozostali dwaj chłopcy stali jak skamieniali, równie wystraszeni
i bezradni. Próbowałem się bronić, ale chwyt DiMarco już zadziałał i wszystko wokół raptem poszarzało i się rozmyło.
I nagle usłyszałem stanowczy głos:
- Zostaw go!
DiMarco obrócił się, wciąż mnie przyduszając. W drzwiach stał Herman
Volz z moim bratem i Mose'em u boku.
- Zostaw go - powtórzył, a jego słowa zabrzmiały w moich uszach jak głos
Michała Archanioła.
DiMarco uwolnił moją szyję, za to pochwycił dłonią jak imadło mój bark.
Wciąż pozostawałem jego jeńcem.
- Zaatakował mnie - wycedził.
- Wcale, że nie... - próbowałem zaprzeczyć, ale po tym, jak potraktował
moje gardło, przypominało to raczej skrzek żaby.
- Czerwony Rękaw mówił po ichniemu - oznajmił dozorca. - Chciałem go
ukarać, znasz zasady, Hermanie. Wtem wciął się O'Banion i się na mnie
rzucił.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki