Tyle światła tego ranka i czyste niebo, zaledwie kilka białych plamek na
ciepłym błękicie, przypominających bardziej smugi dymu niż chmury. Było
już późno i musiał wyjechać, i ten upalny dzień będzie identyczny jak
następny; jeśli spadnie deszcz, znad rzeki napłynie wilgoć, i jeszcze
ten przytłaczający klimat Buenos Aires; nigdy nie zdoła opuścić miasta.
Juan bez popijania połknął tabletkę, by zapobiec bólowi głowy, którego
jeszcze nie czuł, i wszedł do domu, żeby obudzić syna przykrytego
prześcieradłem. Wyjeżdżamy, powiedział, delikatnie nim potrząsając.
Chłopiec obudził się natychmiast. Czy inne dzieci też spały snem tak
płytkim, tak czujnie? Umyj buzię, powiedział i delikatnie wyjął mu
śpioszki z oczu. Nie było czasu na śniadanie, zjedzą po drodze. Wziął
torby przygotowane już wcześniej i przez chwilę zastanawiał się, jaką
książkę jeszcze dopakować; postanowił dorzucić jeszcze dwie. Spojrzał na
leżące na stole bilety na samolot; wciąż jeszcze istniała ta możliwość.
Mógł położyć się do łóżka i zaczekać na datę odlotu, za kilka dni. Żeby
nie ulec lenistwu, podarł bilety i wyrzucił je do śmieci. Długie włosy
sprawiały, że pociła mu się szyja; w słońcu to będzie nieznośne. Nie
miał czasu, żeby je obciąć, ale zaczął szukać nożyczek w kuchennych
szufladach. Kiedy je znalazł, wrzucił do tej samej plastikowej torebki,
w której miał tabletki, ciśnieniomierz, strzykawkę i kilka bandaży,
podstawowe artykuły pierwszej pomocy na podróż. Także starannie
naostrzony nóż i torbę z prochami, których zamierzał wreszcie użyć.
Zapakował też puszkę z tlenem, będzie jej potrzebował. W aucie panował
chłód, obicie siedzeń nie nagromadziło w nocy zbyt wiele ciepła. Położył
na przednim siedzeniu piknikową lodówkę z lodem i dwoma syfonami wody
sodowej. Syn będzie musiał podróżować na tylnym siedzeniu, chociaż on
sam wolałby mieć go z przodu, ale było to zabronione, a on nie mógł
pozwolić sobie na żadne problemy z policją czy z wojskiem, które
brutalnie strzegły dróg. Samotny mężczyzna z synem mógł budzić
podejrzenia. Reżim był nieprzewidywalny, a Juanowi zależało na tym, żeby
uniknąć wszelkich nieporozumień.
Gaspar, zawołał, nie podnosząc zbytnio głosu. Nie doczekał się
odpowiedzi, więc wrócił do domu po chłopca. Gaspar próbował właśnie
zawiązać sznurówki tenisówek.
- Ale żeś wszystko poplątał - powiedział i schylił się, żeby mu pomóc.
Syn płakał, a ojciec nie potrafił go pocieszyć. Gaspar tęsknił za matką,
ona robiła to wszystko instynktownie: obcinała paznokcie, przyszywała
guziki, myła go za uszami i pomiędzy palcami stóp, pytała przed
wyjściem, czy zrobił siusiu, pokazywała, jak elegancko zawiązać
sznurówki. On też za nią tęsknił, ale tego ranka nie mógł zapłakać z synem. Masz wszystko, czego potrzebujesz?, zapytał. Ostrzegam, że nie
będziemy po nic wracać.
Od dawna nie prowadził samochodu przez tyle kilometrów. Rosario zawsze
nalegała, żeby siadał za kierownicą raz w tygodniu, by nie wyjść z wprawy. Dla Juana auto było za małe, jak prawie wszystko: spodnie za
krótkie, koszule zbyt obcisłe, krzesła niewygodne. Upewnił się, że mapa
z Klubu Automobilowego znajduje się w schowku, i ruszył.
- Jestem głodny - powiedział Gaspar.
- Ja też, ale zatrzymamy się na śniadanie w świetnym miejscu. Za chwilę,
dobrze?
- Jeśli czegoś nie zjem, zwymiotuję.
- A mnie boli głowa, kiedy jestem głodny. Wytrzymaj. To tylko chwilka.
Nie wyglądaj przez okno, bo jeszcze bardziej zakręci ci się w głowie.
Sam czuł się gorzej, niż chciał przyznać. Palce rąk mu drętwiały,
rozpoznawał w piersi arytmiczne uderzenia serca. Wsunął na nos ciemne
okulary i poprosił Gaspara, by opowiedział mu bajkę, którą czytał
wieczorem. Miał dopiero sześć lat, ale czytał już płynnie.
- Nie pamiętam.
- Na pewno pamiętasz. Ja też jestem w kiepskim humorze. Spróbujemy jakoś
razem się z tym uporać, czy przez całą drogę będziemy mieć miny jak
srające koty?
Gaspar roześmiał się na wspomnienie o srających kotach. Potem
opowiedział o królowej dżungli, która śpiewała, przechadzając się
pomiędzy drzewami, i wszyscy lubili jej słuchać. Pewnego dnia nadeszli
żołnierze, a ona przestała śpiewać i stała się wojowniczką. Schwytali
ją, spędziła noc w zamknięciu; żeby uciec, musiała zabić pilnującego jej
strażnika. Nikt nie chciał uwierzyć, że miała siłę go zabić, bo była
bardzo wątła, dlatego uznali ją za czarownicę i spalili; przywiązali ją
do drzewa, pod które podłożyli ogień. Ale rano zamiast ciała znaleźli
czerwony kwiat.
- Drzewo o czerwonych kwiatach.
- Tak, drzewo.
- Podobała ci się ta historia?
- Nie wiem, bałem się jej.
- Drzewo nazywa się koralodrzew koguci grzebień. Tu nie rośnie ich zbyt
wiele, ale niedługo ci je pokażę. Niedaleko domu twoich dziadków jest
ich mnóstwo.
W lusterku wstecznym zobaczył, że Gaspar unosi brwi.
- Jak to mnóstwo?
- To legenda, tłumaczyłem ci już, co to jest legenda.
- Więc ta dziewczyna nie istnieje?
- Nazywała się Anahí. Być może istniała, ale tę historię o kwiatach
opowiada się po to, by o niej pamiętać, a nie dlatego, że wydarzyła się
naprawdę.
- Więc to się stało naprawdę czy nie?
- I tak, i nie. Obie rzeczy naraz.
Lubił patrzeć, jak Gaspar robi się poważny, a nawet zły, jak zagryza
kąciki ust, jak otwiera i zamyka pięść.
- Teraz też pali się czarownice?
- Nie, teraz się ich nie pali. Poza tym nie ma już zbyt wielu czarownic.
Łatwo było wyjechać z miasta w niedzielny styczniowy poranek. Zostawili
za sobą budynki wcześniej, niż się spodziewał. I niskie baraki z blachy
w dzielnicach nędzy. I nagle ukazały się drzewa za miastem i pola.
Gaspar już spał, a słońce grzało Juana w ramię, jakby był zwykłym ojcem
na weekendowej wycieczce. Ale nie był zwykłym ojcem, inni czasem
domyślali się tego, kiedy patrzyli mu w oczy, kiedy rozmawiali z nim
przez chwilę, w jakiś sposób wyczuwali niebezpieczeństwo; nie mógł
ukrywać, kim jest, przynajmniej niezbyt długo.
Zaparkował przed barem reklamującym gorącą czekoladę i drożdżowe
rogaliki. Zjemy śniadanie, powiedział do Gaspara, który obudził się
natychmiast i przetarł niebieskie oczy, wielkie, nieco zagubione.
Kobieta, która czyściła stoliki, z całą pewnością wyglądała na
właścicielkę baru, poza tym sprawiała wrażenie miłej i skłonnej do
plotek. Obrzuciła ich zaciekawionym spojrzeniem, kiedy usiedli z dala od
okna, przy lodówce. Chłopiec z samochodzikiem z kolekcji i jego ojciec
wysoki na dwa metry, z włosami opadającymi na ramiona. Przetarła ich
stolik ścierką i zapisała zamówienie w notesiku, jakby bar był pełny.
Gaspar zamówił czekoladę i drożdżówki z masą kajmakową, Juan szklankę
wody i kanapkę z serem. Zdjął ciemne okulary i sięgnął po leżącą na
stole gazetę, chociaż wiedział, że ważne wiadomości nigdy nie ukazują
się w prasie. Nie pisano nic o tajnych centrach zatrzymań ani o nocnych
starciach, porwaniach, ani odebranych dzieciach. Tylko kroniki o rozgrywanych w Urugwaju mistrzostwach Ameryki Łacińskiej, które go nie
interesowały. Udawanie normalności czasami przychodziło mu z trudem,
kiedy nie był skoncentrowany, kiedy był tak bezbrzeżnie smutny i zmartwiony. Poprzedniej nocy próbował jeszcze raz skontaktować się z Rosario. Nie potrafił. Nie było jej nigdzie, nie mógł jej poczuć,
odeszła w sposób, którego absolutnie nie potrafił zrozumieć ani się z nim pogodzić.
- Ale upał - powiedział Gaspar.
Chłopak pocił się, miał wilgotne włosy i czerwone policzki. Juan dotknął
jego pleców. Miał mokrą koszulkę.
- Poczekaj tu na mnie - powiedział i poszedł do samochodu po nową. Potem
zaprowadził chłopca do łazienki, zmoczył mu głowę, otarł pot, włożył
świeżą koszulkę, która trochę pachniała benzyną.
Kiedy wrócili do stołu, czekały na nich śniadanie i kobieta; Juan
poprosił o szklankę wody dla Gaspara.
- Niedaleko jest świetny kemping, jeśli chcielibyście ochłodzić się w rzece.
- Dziękujemy, ale nie mamy czasu - odparł Juan, siląc się na uprzejmy
ton. Rozpiął sobie kilka guzików koszuli.
- Podróżujecie sami? Jakie wielkie oczy ma ten mały! Jak masz na imię?
Juan miał ochotę powiedzieć, nie odpowiadaj jej synu, jedzmy, a ja
uciszę ją na zawsze, ale Gaspar zdradził już kobiecie swoje imię, ona
zaś, ośmielona, zapytała fałszywym słodziutkim głosem:
- A twoja mamusia?
Juan poczuł ból chłopca w całym swoim ciele. Był to ból pierwotny,
niemożliwy do wyrażenia słowami; gwałtowny i przyprawiający o zawrót
głowy. Musiał kurczowo chwycić się stołu, żeby uwolnić się od syna i tego bólu. Gaspar nie mógł odpowiedzieć i patrzył na niego, jakby prosił
o pomoc. Zjadł zaledwie pół drożdżówki. Juan będzie musiał go nauczyć
nie chwytać się w ten sposób, ani jego, ani nikogo innego.
- Przepraszam - Juan starał się zachować panowanie nad sobą, ale ton
jego głosu zabrzmiał groźnie - ale co to, kurwa, panią obchodzi?
- Chciałam tylko porozmawiać, nic więcej - odrzekła urażona.
- Wspaniale. Obraża się pani, bo nie chcemy bawić pani durną rozmową,
proszę sobie wyobrazić, że pani kretyńska niedyskrecja, wtykanie nosa w nie swoje sprawy są dla nas bolesne. Naprawdę chce pani wiedzieć? Moja
żona zginęła trzy miesiące temu potrącona przez autobus, który
przeciągnął ją przez dwie przecznice.
- Bardzo mi przykro.
- Nie, nie jest pani przykro, bo nie znała jej pani, tak samo, jak nie
zna pani nas.
Kobieta chciała powiedzieć coś jeszcze, ale odeszła prawie z płaczem.
Gaspar wciąż patrzył na ojca, ale oczy miał suche. Był trochę
wystraszony.
- Nic się nie stało. Skończ śniadanie.
Juan skubał swoją kanapkę z serem; nie był głodny, ale nie mógł brać
leków na pusty żołądek. Kobieta wróciła z przepraszającą miną,
wyciągając przed siebie ramiona. Niosła dwa soki pomarańczowe. Na koszt
firmy, powiedziała i poprosiła o wybaczenie. Nie wyobrażałam sobie
takiej tragedii. Gaspar bawił się kolorowym małym samochodem z otwieranymi drzwiczkami i bagażnikiem, prezentem, który stryjek Luis
przysłał mu z Brazylii. Juan kazał Gasparowi skończyć czekoladę i wstał,
żeby zapłacić przy kontuarze. Kobieta wciąż przepraszała, a Juanowi
skończyła się cierpliwość. Kiedy wyciągnęła rękę, żeby przyjąć
pieniądze, złapał ją za nadgarstek. Pragnął wysłać jej znak, od którego
by oszalała, wbiła sobie do głowy, że powinna obedrzeć ze skóry stopy
swojego wnuka albo ugotować psa w sosie własnym. Powstrzymał się. Nie
chciał się zmęczyć. Utrzymywanie tej podróży z synem w tajemnicy
wykończyło go i na pewno nie pozostanie bez konsekwencji. Zostawił więc
kobietę w spokoju.
Gaspar czekał na niego przy drzwiach, włożył ciemne okulary Juana. Ten
chciał mu je zabrać, ale chłopiec uciekł mu ze śmiechem. Juan złapał go
przy samochodzie i podniósł do góry: Gaspar był lekki i długi, ale nie
będzie taki wysoki jak ojciec. Postanowił, że poszukają jakiegoś miejsca
na obiad, zanim wyruszą w dalszą drogę do Entre Ríos.
Dzień okazał się wyczerpujący, pomimo że podróż upłynęła całkowicie
normalnie: ruch był niewielki, zjedli pyszny obiad w przydrożnym grillu,
a potem ucięli sobie drzemkę w cieniu drzew; od rzeki powiewało chłodnym
wiatrem. Właściciel grilla też ich zagadywał i był ciekawski, ale nie
zapytał o żonę, Juan porozmawiał z nim, popijając wino. Poczuł się źle
po drzemce i czuł się tak przez całą drogę do Esquiny; upał był
nieznośny. Ale teraz, kiedy próbował wyjaśnić recepcjoniście, że
potrzebuje małżeńskiego łóżka dla siebie i pojedynczego dla syna, a cena
nie ma znaczenia, zdał sobie sprawę z tego, że być może będzie
potrzebował pomocy. Zapłacił z góry i pozwolił, żeby ktoś zajął się
wniesieniem jego toreb. W pokoju włączył telewizor, żeby zająć czymś
Gaspara, i wyciągnął się na łóżku. Wiedział, jak interpretować to, co
się dzieje; arytmia wymknęła się spod kontroli, słyszał świst, ten
odgłos wysiłku, mdłości oszalałych zastawek, bolało go w piersi, z trudem oddychał.
- Gaspar, podaj mi torbę - poprosił.
Wyjął z niej ciśnieniomierz i przekonał się, że ma niskie ciśnienie; to
dobrze. Położył się na ukos, tylko w ten sposób stopy nie wystawały mu
poza materac, i zanim połknął tabletki i spróbował odpocząć, najlepiej
zasnąć, wyrwał kartkę z notatnika (z nadrukiem "Hotel Panambí,
Esquina"), który leżał dla gości na nocnym stoliku, i zapisał numer
telefonu.
- Synu, posłuchaj mnie uważnie. Jeśli się nie obudzę, zadzwoń pod ten
numer.
Gaspar otworzył szeroko oczy, a potem skrzywił się, wydął usta w podkówkę.
- Nie płacz. To tylko na wypadek, gdybym się nie obudził, ale przecież
się obudzę, okej?
Poczuł, jak serce mu skacze, jakby dodawał gazu, zmieniając bieg. Czy
uda mu się zasnąć? Przyłożył palce do szyi. Sto siedemdziesiąt, może
więcej. Nigdy nie miał tak wielkiej ochoty, żeby umrzeć, jak teraz, w tym pokoju hotelowym na prowincji, i nigdy tak bardzo się nie bał
zostawić syna samego.
- To telefon do stryjka Luisa. Musisz wykręcić najpierw dziewiątkę, a kiedy usłyszysz sygnał, wybierz numer. Jeśli się nie obudzę, potrząśnij
mną. A jeśli potrząśniesz mną i wciąż się nie obudzę, zadzwonisz do
niego. Najpierw zawiadomisz jego, a potem pana na dole, w recepcji.
Rozumiesz?
Gaspar powiedział, że tak, i ściskając kartkę z numerem w dłoni, położył
się przy nim, blisko, ale wystarczająco daleko, żeby mu nie
przeszkadzać.
Juan obudził się spocony ze snu bez snów. Była już noc, w pokoju paliło
się słabe światło; Gaspar włączył nocną lampkę i czytał. Juan patrzył na
niego, nie ruszając się z miejsca: chłopiec wyjął z torby książkę i czekał, miał obok siebie na poduszce kartkę z numerem telefonu. Gaspar,
zawołał go, a chłopiec zareagował spokojnie, odłożył książkę, podszedł
na czworakach, zapytał, czy czuje się lepiej; jak dorosły, jak wiele
razy pytali go dorośli, którzy się nim opiekowali. Juan usiadł i zaczekał minutę z odpowiedzią. Serce wróciło do normalnego rytmu albo
rytmu normalnego dla niego. Nie był zdenerwowany, nie było mu słabo.
Czuję się dobrze, powiedział, posadził sobie Gaspara na nogach i objął
go, gładząc ciemne włosy syna.
- Która jest godzina?
Gaspar pokazał mu zegar.
- Znasz się już na zegarku. Powiedz mi.
- Wpół do pierwszej.
W tej miejscowości nie znajdą o tej porze nic otwartego, żeby zjeść
kolację. Mógł oczywiście pójść do centrum, wejść do jakiegoś sklepu czy
zamkniętej restauracji i wziąć sobie wszystko, co było mu potrzebne,
otwarcie drzwi było bardzo proste. Ale jeśli ktoś by go zobaczył,
musiałby uporać się z tym świadkiem. A każdy taki drobny czyn mógł się
zmienić w długi i wyczerpujący łańcuch śladów, które trzeba zmazać,
wspomnień, które należy zniszczyć. Nauczono go tego już wiele lat temu:
najlepiej żyć najnormalniej, jak to możliwe. Mógł zrobić rzeczy dla
innych nieosiągalne. Jednak każda zdobycz, każdy wysiłek woli, żeby
zdobyć to, czego pragnął, miały swoją cenę. W kwestiach mało ważnych nie
warto było jej płacić. Teraz powinien przekonać nocnego portiera, żeby
przygotował im coś do jedzenia. Nie czuł głodu, Gaspar pewnie też nie,
chociaż nie jadł podwieczorku, a on zapomniał wyjąć wodę sodową z samochodu, powinien się zachowywać jak ojciec.
Przed wyjściem z pokoju musiał się jednak wykąpać, bo śmierdział. I może
podciąć sobie włosy. Gaspar też potrzebował kąpieli, może nie tak
pilnie. Wstał z łóżka, wciąż trzymając Gaspara na rękach, i zaniósł go
pod prysznic. Odkręcił kurek z ciepłą wodą, odczekał chwilę i upewnił
się, że jest tak, jak podejrzewał.
- Nie wykąpię się w zimnej - oświadczył Gaspar.
- Przecież jest gorąco. Nie? No dobrze, potem umyję cię ręcznikiem.
Juan wszedł pod prysznic, słyszał, że Gaspar, usiadłszy na pokrywie
ubikacji, mówi do niego, opowiadał o tym, co czytał i co zobaczył z hotelowego okna, ale Juan go nie słuchał. Prysznic był za nisko, musiał
się schylić, żeby umyć głowę, ale przynajmniej hotel zapewniał szampon i mydło. Z biodrami przepasanymi ręcznikiem stanął przed lustrem: mokre
włosy sięgały za ramiona, pod oczami miał sińce.
- Przynieś mi nożyczki, są w mniejszej torbie.
- Mogę cię ostrzyc? Tylko trochę.
- Nie.
Juan zapatrzył się we własne odbicie, szerokie ramiona, ciemna blizna
przecinająca pierś, oparzenie na ramieniu. Rosario zawsze obcinała mu
włosy. Wiele razy też go goliła. Przypomniał sobie jej duże okrągłe
kolczyki, nigdy ich nie zdejmowała, czasem nawet do snu. Przypomniał
sobie, jak kiedyś się rozpłakała, przykucnąwszy nago na podłodze w łazience, bo przytyła w ciąży. Jak krzyżowała ręce, kiedy usłyszała coś,
co wydawało się jej głupotą. Pamiętał, jak krzyczała na niego na ulicy,
wściekła; była taka silna, kiedy waliła go pięściami podczas awantur.
Ilu rzeczy nie umiał zrobić sam, ilu zapomniał, ile umiała zrobić tylko
ona? Rozczesał włosy grzebieniem, ciął tak dobrze, jak umiał. Zostawił
sobie dłuższy kosmyk z przodu, potem wysuszył włosy, żeby sprawdzić, czy
nie wyszło tragicznie. Rezultat wydał mu się przyzwoity. Miał trochę
zarostu na policzkach, ale nie rzucał się w oczy, bo był bardzo blady.
Wrzucił obcięte włosy, które zebrał na chusteczce, do klozetu.
- Chodź, zobaczymy, czy uda nam się znaleźć coś do jedzenia.
W hotelowym korytarzu było ciemno i pachniało wilgocią. Przydzielony im
pokój znajdował się tuż przy schodach. Juan przepuścił Gaspara przodem,
ale chłopiec, zamiast od razu zejść na dół, popędził korytarzem. Z początku Juan myślał, że biegnie do windy. Ale po chwili uświadomił
sobie, że Gaspar widzi to samo co on, chociaż reagował zupełnie inaczej,
zamiast tego unikać - Juan był przyzwyczajony do tych zjaw i nie zwracał
na nie uwagi - idzie na spotkanie, zaintrygowany. To, co kryło się na
końcu korytarza, było wystraszone i nie stanowiło niebezpieczeństwa, ale
było bardzo stare i jak wszystko, co dawne, żarłoczne i nieszczęśliwe, i zawistne.
Pierwszy raz syn coś wyczuwał, przynajmniej w jego obecności. Czekał, aż
to się wydarzy, Rosario była pewna, że stanie się tak już niedługo, a zwykle miewała rację, ale teraz był już pewien, że Gaspar odziedziczył
tę zdolność, co pogrążyło go w smutku, ścisnęło za gardło. Nigdy nie
robił sobie zbytnich nadziei, że syn będzie normalny, ale tu, na tym
korytarzu, ulotniły się one całkowicie, i Juan poczuł żałość jak łańcuch
zaciskający się na szyi. Dziedziczną klątwę. Starał się udawać spokój.
- Gaspar - powiedział, nie podnosząc głosu. - Idziemy tędy. Po schodach.
Chłopiec odwrócił się i spojrzał na niego zdezorientowany, jakby obudził
się w obcym pokoju ze snu trwającego wiele dni. To spojrzenie trwało
zaledwie sekundę, ale Juan je rozpoznał. Musiał nauczyć go zamykać się
na ten dryfujący w powietrzu świat, te lepkie tunele, jeziora,
zrozumieć, jak ich unikać. I musiał zacząć prędko, bo pamiętał
przerażenie z własnego dzieciństwa. A Gaspar nie powinien przeżywać tego
samego.
Mój syn urodzi się ślepy, powtarzała zjawa na końcu korytarza, była łysa
i ubrana w niebieską sukienkę. Gaspar jej nie słyszał, chociaż możliwe,
że ją zobaczył. O niej mówił wcześniej w łazience - o kobiecie siedzącej
na placu przed hotelem, która spoglądała w okno z otwartymi ustami. Juan
nie zwrócił wtedy na to uwagi, bo syn nie mówił o niej z lękiem, co było
dobre. Chłopiec intuicyjnie miał rację, nie było się czego bać, ta
kobieta była ledwie echem. Teraz było wiele takich ech. Jak zwykle,
kiedy odbywały się masowe morderstwa; efekt podobny do krzyku w jaskini,
trwał, póki czas nie położył mu kresu. Do tego kresu było jeszcze
daleko, niespokojni zmarli przemieszczali się szybko, chcieli być
widziani. The dead travel fast, pomyślał.
Zeszli po schodach po cichu, żeby nie zbudzić innych gości. Kobieta,
najpewniej jedna z właścicielek hotelu, przeglądała w recepcji
czasopismo. Uniosła głowę na ich widok i wstała; szybkim gestem
poprawiła bluzkę i włosy, trochę rozczochrane.
- Dobry wieczór - powiedziała. - Mogę wam w czymś pomóc?
Juan podszedł do kontuaru i oparł dłoń na książce telefonicznej, która
leżała otwarta pod lampką.
- Dobry wieczór. Czy może przypadkiem można gdzieś jeszcze coś zjeść?
Kobieta przekrzywiła głowę.
- Być może udałoby się w grillu w klubie rybaka, ale pozwólcie, że
zadzwonię i zapytam, bo to spory kawałek stąd.
Spory kawałek, pomyślał Juan, niemożliwe, w tej małej miejscowości nic
nie mogło być daleko. Ściany recepcji do połowy wyłożono boazerią,
podłoga była obita plastikową wykładziną, klucze wisiały na tablicy.
Gaspar podszedł do niewielkiego akwarium i palcem śledził pływającą
rybkę. Nikt nie odbiera, oznajmiła kobieta po długiej chwili wiszenia na
telefonie. No trudno, pójdziemy spać bez kolacji. Juan uśmiechnął się i zauważył, że kobieta - młoda, około czterdziestki, ale sprawiała
wrażenie starszej w smutnym świetle pogrążonego w ciszy hotelu -
obserwuje go uważnie i wcale tego nie ukrywa. Zaspałem, wyjaśnił Juan.
Podróż z Buenos Aires jest długa i byłem zmęczony.
Na zewnątrz absolutna cisza. Zauważył niebieskie światła radiowozu, ale
prawie nie usłyszał silnika. Nawet tę miejscowość patrolowali?
- Przepraszam za niedyskrecję - powiedziała, wychodząc zza blatu
recepcji. Wachlowała się, mimo że pracował wiatrak. - Jesteście w pokoju
dwieście jeden? Mój pracownik powiedział, że miał dziś wrażenie, że gość
z tego pokoju nie czuje się najlepiej. Martwiliśmy się, ale nie
słyszeliśmy żadnych odgłosów ani nie zadzwonił pan na recepcję, więc nie
chcieliśmy niepokoić.
- A skąd pani wie, że to ja jestem gościem z pokoju dwieście jeden?
- Bo mój pracownik wspomniał, że to wysoki jasnowłosy mężczyzna z dzieckiem.
- Dziękuję za troskę, proszę pani. Teraz czuję się znacznie lepiej,
musiałem odpocząć. Pół roku temu miałem operację, czasem wydaje mi się,
że jestem już zupełnie zdrowy, i przesadzam z wysiłkiem.
I z rozmysłem, teatralnym gestem Juan oparł jedną dłoń na koszuli
rozpiętej do połowy piersi, żeby pokazać wyraźnie ogromną bliznę.
- No dobrze - powiedziała kobieta. - Zrobię wam coś, choćby kanapki.
Chłopiec lubi spaghetti? Podgrzejemy je w kąpieli wodnej z odrobiną
masła i gotowe.
- Co to jest spaghetti? - zapytał Gaspar, który przestał się interesować
akwarium.
- Takie długie kluseczki, słonko - wyjaśniła kobieta i uklękła przed
nim. Z masełkiem i serkiem?
- Tak. I też z sosikiem.
- Zobaczymy, co da się zrobić.
- Mogę popatrzeć, jak pani gotuje?
- Lubi gotować - powiedział Juan i wzruszył ramionami, żeby dać wyraz
swojemu zdziwieniu.
Godzinę później Gaspar umiał już używać otwieracza do konserw; obaj
zjedli makaron, trochę posklejany, z pysznym sosem i napili się wody z lodem, a kobieta towarzyszyła im, popijając słodkie wino i paląc
papierosy. Kiedy skończyli, Juan zaproponował, że zmyje naczynia, żeby
kobieta mogła wrócić do recepcji, a ona się zgodziła; na odchodnym
życzyła mu szybkiego powrotu do zdrowia. Gaspar pomagał powycierać
talerze, ale najpierw podziękował, z ustami wciąż umorusanymi sosem, a ona cmoknęła go w policzek.
Nie chciał wejść do pokoju: stanął w drzwiach jak wryty, oczy mu lśniły,
wydawał się przestraszony.
- Tato, tam jest jakaś pani - powiedział. Juan zamrugał, żeby ją
zobaczyć i poczuć; to była ta sama kobieta co w korytarzu, widocznie
krążyła po hotelu.
- Nie patrz na nią. - Ujął twarz Gaspara w dłonie, były tak wielkie, że
prawie otaczały mu głowę. - Spójrz na mnie.
Potem usiadł na podłodze i zapalił lampkę nocną. Na szczęście Gaspar nie
słyszał, co mówiła. Zawsze lepiej tylko widzieć. Juan przysłuchiwał się
jej przez minutę, z czystej ciekawości. Ta sama stara, samotna,
rozpaczliwa śpiewka śmierci, echo śmierci. Potem ogłuchł na ten głos,
ale jej nie wyrzucił, musiał nauczyć tego syna, i to szybko. Juan nie
chciał, by bał się ani minutę dłużej.
- Posłuchaj mnie teraz uważnie.
- Kto to jest, tatusiu?
- Nikt. To tylko wspomnienie.
Położył mu dłoń poniżej mostka i poczuł serce swojego syna, szybkie,
silne, zdrowe. Z zazdrości zaschło mu w ustach.
- Zamknij oczy. Czujesz moją dłoń?
- Tak.
- Czego dotykam?
- Brzucha.
- A teraz?
Położył dwa palce drugiej ręki na kręgu znajdującym się za żołądkiem.
- Pleców.
- Nie, nie pleców.
- Kręgosłupa.
- No właśnie. Teraz musisz pomyśleć o tym, co znajduje się między moimi
dłońmi, jak wtedy, kiedy boli cię głowa i opowiadasz mi, że wydaje ci
się, że coś siedzi tam w środku. Dobrze, pomyśl o tym, co tam jest.
Gaspar zacisnął powieki i zagryzł dolną wargę.
- Już.
- Dobrze. A teraz powiedz tej pani, żeby sobie poszła. Nie mów tego
głośno. Możesz powiedzieć po cichu, jeśli chcesz, ale ważne, żeby
przemówiła ta część, którą trzymam w dłoniach. Rozumiesz? To ważne.
To mogło zająć nawet całą noc, i Juan o tym wiedział.
- Powiedziałem jej.
Juan spojrzał na kobietę, która stała wciąż obok łóżka, była w ciąży, z otwartymi oczami, wciąż pewnie mówiąc o swoim pierwszym dziecku, w oczach miała pustkę.
- Jeszcze raz. Jakby twój głos dobiegał stamtąd, jakbyś miał w środku
usta.
- Mam powiedzieć to na głos?
O co w ogóle pytał? Ale tak poważna wątpliwość wymagała odpowiedzi.
- Tak, dzisiaj tak.
Obraz kobiety powoli się ulotnił jak rozpraszający się dym. Powietrze w pokoju oczyściło się, jakby ktoś otworzył okna. Światło lampki nocnej
stało się jaśniejsze.
- Bardzo dobrze, Gasparze, bardzo dobrze.
Chłopiec rozejrzał się po całym pokoju, szukając kobiety, która odeszła.
Był poważny.
- Już nie wróci?
- Jeśli wróci, zrobisz to samo co przed chwilą.
Gaspar się trząsł, trochę z wysiłku, trochę ze strachu. Juan przypomniał
sobie, jak pierwszy raz odpędzał bezcielesnego: chłopcu przyszło to
równie łatwo, może nawet jeszcze łatwiej, zważywszy na sytuację. Oby był
to koniec odziedziczonych przez Gaspara talentów. Oby nigdy nie nawiązał
takiego rodzaju kontaktu, do jakiego on sam był zdolny. Rosario była
pewna, że syn odziedziczy jego umiejętności. Nagle jej wspomnienie stało
się tak żywe, jakby dotknął niechcący jakiegoś owada w mroku: Rosario
uparcie siedziała na łóżku, w swoich białych szerokich spodniach z bawełny, z włosami związanymi wysoko w koński ogon. Gaspar odziedziczy
wszystko, wszystko, co tak bardzo mu ciążyło. Poczuł gorąco w oczach.
- Teraz znów pójdę spać, bo niedługo muszę usiąść za kierownicą.
- Chcę spać z tobą.
- Nie bój się. Idź do łóżka. Jeśli nie będziesz mógł zasnąć, poczytaj
książkę. Światło mi nie przeszkadza.
Ale Gaspar nie chciał czytać. Położył się na plecach i czekał, aż zmorzy
go sen, wykazując się dyscypliną nietypową dla swojego wieku. Nie
zasłonił żaluzji, więc skąpe światło z ulicy wpadało do pokoju, a gałęzie drzew rzucały cienie na ściany. Juan zaczekał, aż oddech Gaspara
zacznie wskazywać na to, że chłopiec zasnął, i wtedy zbliżył się do
niego: rozchylone usta, małe zęby mleczne, pot sklejający włosy na
czole.
Mógł zrobić to we własnym łóżku, siedząc obok. Nie chciał jednak, żeby
chłopiec obudził się i to zobaczył. Łazienka była równie dobrym
miejscem. Nie potrzebował wiele: wystarczyła cisza, pukiel włosów
Rosario, jakieś ostre narzędzie i prochy.
Siedząc na zimnych kafelkach, owinął wokół palców kosmyk włosów Rosario,
który woził ze sobą w specjalnym puzderku. Obiecałaś, powiedział jej
cichym głosem. I była to poważna obietnica, przypieczętowana ranami i krwią, a nie sentymentalnymi słowami.
Wyjął z plastikowej torebki garść prochów i rozsypał przed sobą na
podłodze, tworząc znak północy. Od śmierci Rosario robił to każdej nocy,
a rezultat był identyczny - cisza. Pustynia zimnego piasku i mętne
gwiazdy. Wymyślił też bardziej podstawowe metody i efekt był zawsze taki
sam - wiatr nad pustką.
Powtórzył słowa, pogłaskał kosmyk włosów, przywołał ją zakażonym
językiem, którego należało używać podczas rytuału prochów. Z zamkniętymi
oczami zobaczył pokoje i puste kąty, zgaszone ogniska, porzucone
ubrania, suche rzeki, ale błąkał się dalej, aż w końcu wrócił do
hotelowej łazienki, ciszy i dalekiego oddechu syna, i znów ją przywołał.
Ani muśnięcia, drżenia, ułudy, podstępnej mary. Nie przychodziła, nie
mógł do niej dotrzeć, od śmierci żony nie udało mu się natrafić na
najmniejszy ślad jej obecności.
W pierwszych dniach złożył niewłaściwe ofiary. Ktoś powiedział mu
kiedyś, że prawdziwej magii nie uprawia się, ofiarowując krew innych.
Ofiarowuje się własną, tracąc jakąkolwiek nadzieję, że kiedykolwiek się
ją odzyska. Juan podniósł żyletkę, którą wcześniej położył obok siebie i rozciął sobie dłoń skośnie, mniej więcej po linii zwanej linią umysłu
albo głowy. Była to nieznośna rana, nigdy nie goiła się do końca,
najgorsza z możliwych i dlatego powinna zadziałać. Kiedy poczuł w ciemnościach ciepło krwi, oparł dłoń na znaku usypanym z prochów na
podłodze. Wymówił niezbędne słowa i czekał. Cisza przyprawiała go o zawrót głowy. Juan wiedział, że to oznaka tego, że traci moc. Nie miał
pewności, czy stało się tak dlatego, że był bardzo chory, czy dlatego,
że za bardzo się przemęczał; tak czy siak, utrata mocy wydawała się
oczywista. To przywołujące zaklęcie nie wymagało od niego zbyt wielu
sił, świat zmarłych był mu bardzo bliski, drzwi były lekkie, z łatwością
otwierały się i zamykały. W wypadku innego rytuału, każdego innego,
zwątpiłby pewnie, czy jest w stanie go odprawić. W wypadku tego - nie.
Ten był jak przeciągnięcie się.
Zrezygnowany umył rękę i starł ręcznikiem krew z podłogi. Już się nie
denerwował. Po pierwszych nieudanych próbach przeklinał Rosario, połamał
meble i prawie pogruchotał sobie palce, waląc pięścią w podłogę. Teraz
po prostu rozczarowany pozbierał prochy i schował z powrotem kosmyk
włosów do skrzyneczki. For the dead travel fast, pomyślał jeszcze raz.
W sumie była to prawda. Jemu odmówiono tej zwykłej szybkości.
Gaspar wciąż spał, chociaż upłynęło już sporo czasu; rytuał znaku
północy wydawał się krótki dla tego, kto go odprawiał, ale zajmował
wiele godzin płynących niepostrzeżenie. Już świtało, kiedy polał
alkoholem ranę, która nigdy nie goiła się do końca, bo zawsze ciął się i ciął od nowa w tym samym miejscu, żeby dać krew prochom, zwracającym mu
tylko tę podejrzaną ciszę, sprawiającą, że myślał o swojej zakneblowanej
żonie, z ustami zaszytymi przez kogoś, kto chciał ich rozdzielić na
zawsze.
Hotelowe śniadanie serwowano na stołach nakrytych obrusami w kratkę, w sali jadalnej o białych ścianach. Ozdobiono ją obrazami
przedstawiającymi ryby, wysuszonymi rybami w witrynach i kolejnym
akwarium, trochę większym od tego w recepcji. Esquina była czymś w rodzaju stolicy wędkarstwa. Juan nigdy w życiu nie łowił ryb. I, skoro
tematem przewodnim hotelu była ichtiologia, nie rozumiał, dlaczego
nazywał się Panambí, co w języku guaraní znaczyło "motyl". Nigdzie nie
było motyli, nawet w logo. Napił się niezbyt mocnej herbaty i posmarował
Gasparowi tosty masą kajmakową. Syn był bardzo milczący.
- Co się stało?
- Jesteś na mnie zły.
- Nie, synku, jestem w złym humorze. Kiedy skończysz śniadanie,
pójdziemy się wykąpać.
Gaspar przepłakał cały ranek, zanim zeszli do jadalni. Odkąd zmarła jego
mama, płakał codziennie po przebudzeniu. Czasami tak po prostu, czasem
złościło go jakieś głupstwo, czasem mówił, że boli go głowa, chce mu się
spać, jest mu za gorąco. Śniła mu się i Juan o tym wiedział, zwykle
śnił, że jej śmierć była tylko snem. Zdarzało się, że Juan dawał mu się
wypłakać, kiedy indziej siadał przy nim w milczeniu, czasem przemywał mu
twarz zimną wodą, ale nigdy nie wiedział dokładnie, co powinien zrobić.
Tego ranka, kiedy Gaspar uspokoił się po chwili płaczu i krzyków,
wyrywania sobie włosów i walenia pięścią w poduszkę, zaproponował mu, że
pójdą na plażę. Gaspar zgodził się i zapytał, czy woda jest zimna jak w Mar del Plata. Powiedział, że nie, to rozlewisko rzeki, a rzeki są
zupełnie inne, bardziej podobne do basenu. Było to kłamstwo, ale
podziałało. Tak naprawdę to Juan chciał się wykąpać, uznał też, że czas
najwyższy, by syn popracował trochę nad techniką, której go uczył. On
sam nauczył się pływać w wieku ośmiu lat, przez czystą
nieodpowiedzialność swojego brata, który wychodził z nim na spacery i nie wiedział, jak zorganizować mu czas, więc zapisał go na basen. Juan
wiedział, że mu nie wolno; jego lekarz Jorge Bradford zabronił mu
wyczerpujących ćwiczeń fizycznych. Nigdy nie dowiedział się o popołudniach na basenie albo udawał, że nie ma o nich pojęcia, często
zachowywał się ambiwalentnie; stać go było na gesty niesamowicie
wyrozumiałe, czasem jednak bywał wredny i trudno było przewidzieć jego
reakcje.
Bradford nauczył go zamykania się, gdy Juan miał sześć lat i dochodził
do siebie po kryzysie kardiologicznym; wiele ważnych rzeczy w jego życiu
wydarzyło się na szpitalnym łóżku, pomiędzy bólem, znieczuleniem i strachem. Skorzystał z tej samej metody, której on sam użył z Gasparem w nocy. Doktor Bradford, ten, który zoperował go, kiedy Juan był
umierający, odwiedzał go codziennie, a potem adoptował pod pretekstem,
że w ten sposób zapewni mu najlepszą opiekę. Eleganckie porwanie. Zakup:
zapłacił za niego. To cud, powiedział Bradford rodzicom, prawdziwy cud,
że jeszcze żyje, potrzebuje leczenia i opieki, których państwo,
niestety, ze względu na złą sytuację finansową, nie mogą mu zapewnić. A oni się zgodzili.
Tamtej nocy w szpitalnym łóżku Juan nie mógł uciszyć głosów, jakieś ręce
macały go po całym ciele - od środka i na zewnątrz - widział ludzi wokół
łóżka nawet wtedy, gdy zamykał oczy. I Bradford kazał mu usiąść, zwilżył
jego włosy chłodną wodą i powiedział mniej więcej to samo, co Juan
powiedział Gasparowi. Użyj głosu dobywającego się spomiędzy kręgosłupa i żołądka, każ im odejść, a sobie pójdą. Pamiętał dobrze, że musiał
próbować wiele razy, szukając wskazówek w ciemnych i chciwych oczach
tego mężczyzny, dopóki nie zapadła cisza, a sala intensywnej terapii nie
stała się na powrót pomieszczeniem pełnym pacjentów, umierających albo
po ciężkich urazach. Bradford został z nim, dopóki Juan nie zasnął.
Rano, po przebudzeniu, głosy i obrazy wróciły, a Bradford wciąż tam był.
Znów udzielił mu wskazówek, a Juanowi udało się za pierwszym razem.
Później Bradford poprosił, żeby opowiedział mu o tym, co widział. I Juan
wyliczył: budził się i przy stole ze śniadaniem albo w łóżku widział
trupa; usta, które się z niego śmiały, dłoń zakrywającą mu twarz i niepozwalającą oddychać w nocy; ptaki i owady, które atakowały go,
wlatując prosto w głowę, kiedy wychodził na patio; dwie maleńkie twarze
patrzące na niego spod kamienia, którego używała matka, żeby drzwi szopy
w głębi się nie zamykały. Opowiedział o tym rodzicom, ale oni nie
wydawali się go rozumieć. Bradford owszem.
Rodzice bali się go, próbowali uspokajać i czym prędzej zmieniali temat.
Jego brat Luis był inny. Też się bał, ale próbował pomóc. Mówił, żeby
myślał o czym innym. Nauczył go pływać.
Teraz on musi nauczyć syna, ale najpierw chciał popływać chwilę w rzece
sam. Pojechali samochodem na plażę, która była piękna i czysta, i w dodatku prawie pusta, posadził Gaspara na trawie, pod drzewem, postawił
obok przenośną lodówkę. Nalał mu wody sodowej do plastikowego kubka i powiedział, tata idzie popływać, ale nie martw się, jeśli ktoś się do
ciebie zbliży, pożałuje. Nie odchodź nigdzie, bo i tak cię znajdę i wiesz, co będzie.
Wchodząc do wody, minął parę wychodzącą na brzeg. Ona była ładna, miała
na sobie jednoczęściowy niebieski kostium i powiedziała mu cześć, on
spojrzał na niego dość agresywnie i mocno objął ją w pasie. Żadne z nich
nie potrafiło uniknąć gapienia się na bliznę na piersi Juana. Jemu to
nie przeszkadzało. Pływał piętnaście minut, dokładnie tyle, by się nie
nadwyrężyć. Mógł pływać o wiele dłużej, ale musiał uważać na siebie,
skoro miał potem usiąść za kierownicą. Rzeka lśniła srebrzyście w promieniach słońca, ale woda była dość mętna. Zanim wyszedł, przez
chwilę unosił się na wodzie; od syna czuł wyłącznie spokój. Kiedy woda
sięgała mu do kolan, pomachał do Gaspara i krzyknął: chodź, musisz się
nauczyć, zdejmij koszulkę i tenisówki. Ułożył Gaspara na wodzie i pochylił się nad nim. Przytrzymam cię, powiedział, kiedy poczuł, że wije
się ze strachu, żeby nie pójść na dno. Machaj nogami, dodał, ochlap
mnie, rób jak najwięcej hałasu.
Było coś w tym gorącym poranku i śliskiej skórze chłopca na jego rękach,
co sprawiło, że poczuł obok siebie Rosario, przypomniał sobie, jak
umierała z zimna na angielskiej wsi, przypomniał sobie, jak śpiewała
piosenkę Tonight will be fine, jak tańczyła do piosenki Bowiego i skarżyła się, że w radiu nigdy nie puszczają dobrej muzyki, i jej szyję,
i piersi, które były duże, ale nigdy nie nosiła stanika, nawet kiedy
urodził się Gaspar, i ranki, kiedy ją budził, ona się skarżyła, daj mi
pospać, ale po chwili także go obejmowała, a on unosił jej nogi, kładł
je na swoich ramionach, pieścił ją językiem i palcami, aż robiła się
wilgotna.
Nie mógł jej znaleźć. Mógł zobaczyć tę biedną ciężarną kobietę z hotelu,
mógł zobaczyć setki ludzi mordowanych codziennie, a jej nie mógł
spotkać. Prosił ją, kiedy jeszcze żyła, prawie żartem, udając postać z powieści, nie zostawiaj mnie samego, haunt me, nie było po hiszpańsku
słów, żeby oddać ten czasownik, nie chodziło o zaczarowanie ani o ukazanie się, chodziło o haunt, ale ona nigdy nie wzięła tego na
poważnie. Przecież to on miał umrzeć pierwszy, to byłoby logiczne;
żałosne, że jeszcze żył.
Czasem myślał, że Rosario się przed nim ukrywa. Albo że coś nie pozwala
jej przybyć. Albo że odeszła zbyt daleko.
- A teraz co?
- Teraz włożysz głowę pod wodę. Ale nie zatykaj nosa.
- Utopię się.
- Na pewno się nie utopisz.
Ćwiczyli, jak wstrzymać oddech, nie zanurzając się w wodzie. Gaspar
napełniał policzki powietrzem, a Juan poczuł niemożliwy do pomylenia z niczym ból w skroniach. Za dużo czasu na słońcu. Ale nie zamierzał
przestać, póki chłopak nie nauczy się wstrzymywać oddechu.
Kiedy ponownie znaleźli się pod drzewem, nalał sobie zimnej wody sodowej
i dodał kilka kostek lodu, które pływały w lodówce. Połknął dwie
tabletki i zamknął oczy oparty o korzenie, żeby ból nieco ustąpił.
Pulsowało mu w głowie, ale przynajmniej rytm był regularny, nieco
powolny.
- Nie utopiłem się - powiedział nagle Gaspar.
- Widzisz? Pływanie jest łatwe, szybko się nauczysz.
- Obudzisz się?
- Nie śpię, odpoczywam.
- Chcesz kanapkę?
- Nie, niedługo zjemy obiad. A wieczorem zobaczymy Tali.
- Mogę zrobić kanapkę dla siebie?
Najlepszym sposobem na znalezienie drogi do domu Tali było
zlokalizowanie na trasie starego mostu z zardzewiałego żelaza, już
nieużytkowanego, porośniętego niemożliwą do powstrzymania zielenią
wybrzeża, jej lianami i kwiatami. Obok niego wyłaniała się Kaplica
Diabła i wtedy należało jechać prosto drogą z ubitej ziemi, która
okazywała się nieprzejezdna, kiedy było błoto. Kaplica stanowiła
formalne wejście do Colonia Camila. Tali uwielbiała tu mieszkać, w tej
wiosce mającej dwustu mieszkańców i dwa sklepy.
Tali była jego prawie szwagierką. Córką ojca Rosario i jego kochanki z Corrientes, kobiety z klasy średniej, która wyprowadziła się na wieś,
założyła świątynię San La Muerte - Świętego Umrzyka - i zyskała lokalną
sławę jako uzdrowicielka i wielka piękność. Umarła młodo - Juan i Rosario wiedzieli, że chociaż zachorowała, jej śmierć zdecydowanie nie
należała do naturalnych - Adolfo Reyes zaś, który kochał ją naprawdę i kolekcjonował wizerunki świętego (tak się właśnie poznali), dbał o jej
świątynię. Tali podtrzymywała teraz tradycję swojej matki, strażniczki i kapłanki świętego. Razem z Rosario stworzyła salę poświęconą San La
Muerte w Muzeum Sztuki Ludowej w Asunción, stanowiącą część wystawy
stałej, uznawaną za najlepszą w Paragwaju, w regionie i prawdopodobnie
na całym świecie.
Od lat w sanktuarium Tali organizowano potajemne uroczystości. Colonia
Camila leżała z dala od miast, wprawdzie nad rzeką, chociaż oddzielona
od kąpielisk i przystani; można tu było wyznawać w miarę spokojnie
wszystkie te kulty, za którymi nie przepadał Kościół i które budziły
strach i nieufność. W ostatnich czasach Tali utrzymywała swoje
sanktuarium w dyskretnej tajemnicy. Nasłuchała się o wojskowych, którzy
roztrzaskiwali domowe ołtarzyki podczas przeszukań, czasem porywali ich
właścicieli, przetrzymywali potem kilka nocy w komisariacie, traktując
to jako demonstrację siły. Ona była córką bogatego biznesmena mającego
kontakty. I tak nie mogliby jej nic zrobić, ale lepiej na siebie uważać.
Adolfo Reyes kupił także sporo hektarów wokół świątyni i domu córki,
gdyż na tym terenie znajdowała się Kaplica Diabła don Lorenza
Simonettiego. Kościół został zbudowany przez imigranta z Włoch, jednak
dziwnym zbiegiem okoliczności nigdy nie został konsekrowany. Tali
sprzątała w nim w nocy, przyświecając sobie lampką naftową. Wiele osób
widziało w oknach blask, krążyły rozmaite historie o tym, co dzieje się
w jego ścianach, ale żadna nie była prawdziwa. Juan potwierdził to Tali
i jej ojcu więcej niż raz: w kościele panowała wprawdzie dziwna
atmosfera, ale nie nawiedzały go duchy. Adolfo Reyes, który lubił robić
sobie rozmaite kpiny, nie zniechęcił się wcale: wymyślał różne plotki,
nowe historie do tego stopnia, że nie dało się już odróżnić fikcji od
najprawdziwszych faktów dotyczących tej kaplicy i zapomnianej
miejscowości.
Lorenzo Simonetti przybył do Corrientes z Włoch jako wdowiec z ośmiorgiem dzieci. W 1904, rok po tym, jak osiedlił się w Colonia
Camila, zaczął budować kaplicę, nie prosząc o pozwolenie władz
kościelnych. Był rzemieślnikiem: wyrzeźbił Madonnę z drzewa urunday,
starając się nadać jej rysy swojej żony zmarłej przy porodzie. Z pomocą
sąsiadów wykonał też wszystko inne: prace murarskie, drewniane ławy,
szkła do lichych witraży. Dzwony przywiózł mu z Włoch jego rodak. Ołtarz
zdobiły blaszane kwiaty i roślinne wzory. Kościół z dżungli i z pogranicza, blisko Brazylii i Paragwaju.
Cały swój entuzjazm włożył jednak don Lorenzo w ścianę zakrystii. Tam
umieścił swoje arcydzieło, budzące lęk sąsiadów i przypuszczalnie będące
przyczyną dezaprobaty kurii. Drewniana płaskorzeźba zachowała się dobrze
mimo upływu czasu, chociaż kolory nieco wyblakły. Była to wizja piekła,
przerażająca nastawa ołtarzowa: dzieci z nieproporcjonalnie wielkimi
głowami i powykrzywianymi nogami, pląsające w rytualnych tańcach wokół
ognisk, bawiące się ze smokami i żmijami. Nagie kobiety przepasane
wężami. Pomiędzy nimi oszalałe twarze, zawsze otwarte okrągłe oczy i jeszcze więcej gadów i płazów, przede wszystkim ropuch, ropuchy
powtarzają się obsesyjnie, w nawiązaniu do egipskiej plagi. Scenę Sądu
Ostatecznego uzupełnia postać człowieka, który czyta książkę i beznamiętnym wzrokiem obserwuje przeraźliwe obrazy pełne bólu.
Simonetti, skończywszy kościół, próbował podarować go kurii, ale księża
po obejrzeniu odrzucili dar. Odbyły się kolejne negocjacje, zakończone
kolejnymi odmowami. Z przyczyn pozornie biurokratycznych, nikt jednak
nie wierzył w to wyjaśnienie. Mówiono, że retabulum przedstawia zlot
czarowników, w którym bierze udział sam diabeł, kreolski sabat. Mówiono,
że don Lorenzo uczestniczył w takich obrzędach. Simonetti zmarł, nie
zdoławszy przekonać księży o świętości swojego dzieła. Być może ślubował
- nie był stary, ale chory - że przejdzie drogę z Colonia Camila do
Goya, żeby porozmawiać z kościelnymi władzami. Kiedy wrócił, położył się
do łóżka, żeby odpocząć, i następnego dnia już nie żył.
W największym sklepie w Colonia Camila, w którym działał również skromny
bar, ludzie opowiadali, że widzieli widmo ubranego na czarno
Simonettiego, idącego do Goya. Opowiadano również historie o jakimś
mrocznym stowarzyszeniu, które odwracało się plecami do ołtarza i klękało przed nastawą ołtarzową przedstawiającą Sąd Ostateczny.
Usłyszała go wcześniej, niż zobaczyła, gdy słońce rozpalało na niebie
żółty płomień, a palmy w oddali przypominały cienie. Tali wybiegła z domu, biała sukienka pachniała jaśminowym mydłem, które przywieziono jej
z Paragwaju, w pośpiechu zapomniała włożyć butów. Nie wierzyła w to
jeszcze, kiedy czuła tylko jego zapach, ale kiedy go zobaczyła z niewielkiego wzniesienia, na którym stały jej dom i świątynia, nie miała
już najmniejszych wątpliwości. W wieczornym słońcu jego jasne włosy
nabrały pomarańczowych połysków, a czarna koszulka zabarwiła się
granatem zmierzchu. Nawet kiedy śmiał się w ten sposób, z otwartymi
ustami i zaznaczonymi dołeczkami na policzkach, i było coś
rozczulającego w tym, jak zginał bardzo długie nogi, ślizgające się w błocie, i wyciągał ramiona, i mówił do syna, dawaj, a chłopiec drobił
małymi kroczkami obok niego, nawet obserwując tę scenę rodzinną i zwykłą, można było zrozumieć, dlaczego nazywano go Złocistym Bogiem, z tymi żyłami na ramionach przypominającymi kable pod skórą i zbyt
wielkimi rękami, cienkimi palcami, długimi i szerokimi dłońmi.
Nigdy nie widziała takiego mężczyzny, ani wcześniej, ani później, ani
teraz, a kiedy go widywała, zdawał się jej tak niezwykle piękny, że oczy
zachodziły jej mgłą i patrzenie na niego było jak zaskakujący zachód
słońca, kiedy natura ukazuje swoją grozę i swoje piękno.
- Czyżbyś polubił błoto, chamigo? - krzyknęła. Miała nadzieję, że jej
głos, ironiczny i jednocześnie ciepły, nie będzie się łamał, i tak się
stało. Juan poznał ją od razu.
- Tali, co to za kataklizm? Ugrzęźliśmy w bagnie!
Juan i Gaspar - już całkiem wyrośnięty i chudy - śmiali się jak wariaci.
Tali nie mogła w to uwierzyć. Spodziewała się, że będzie równie wściekły
i smutny jak kilka miesięcy wcześniej. Teraz stał tu, w drzwiach jej
domu, zwijając się ze śmiechu, z nogami grzęznącymi w błocie, mówiący do
syna: "To ruchome piaski Corrientes!".
- No, postarajcie się bardziej, jeśli się przewrócicie, weźmiecie
kąpiel.
Tali oparta o bramę chciała nacieszyć się tym niesłychanym spektaklem:
Złocisty Bóg żartujący z własnej niezdarności, udający, że pogrąża się w bagnie, że krzyczy ze strachu. Chłopiec, który był lżejszy, wydostał się
z błota pierwszy, a Tali otworzyła przed nim bramę. On spojrzał jej w oczy, z ciekawością, uważnie. Cześć, Tali, powiedział. I odwrócił się,
reagując okrzykami na to, że ojciec się poślizgnął i prawie upadł.
- Wiesz, Juancito, że droga za domem jest wyasfaltowana?
- Bujasz.
- No dobrze. Wysypali ją tylko szutrem.
- Czemu tamta droga jest szutrowa? Prowadzi do jakiejś większej
miejscowości?
- Nie, ale to Corrientes. Nie warto szukać logiki.
- W takim razie potem przestawię samochód. Mam nadzieję, że nie ugrzązł
w błocie.
- Najwyżej go popchniemy.
Juan przeskoczył na kawałek suchej trawy i stamtąd zrobił dwa długie
kroki; dotarł do bramy. Tali wreszcie mogła popatrzeć na niego z bliska
i uświadomiła sobie, że wieczorne światło okazało się złudne, Juan miał
opuchnięte oczy i wychudł; te jego dziwne oczy, z tęczówką o wymieszanych kolorach, zielone i niebieskie błyski, i trochę żółtych,
były zmęczone i senne. Ale to bladość Juana sprawiła, że Tali
zrozumiała, iż wygłupy w błocie były właśnie tym - wygłupami.
- Gdybym nie wiedziała, że żyjesz, pomyślałabym, że mam przed sobą
ducha, taki jesteś, kurwa, blady.
Udał, że tego nie słyszy, i objął ją mocno, tak że aż uniósł z ziemi.
Pobrudził Tali sukienkę, ale ona się tym nie przejęła. Wtuliła się raz
jeszcze, po tak długiej przerwie, w ciało Juana, które było potężne i wrażliwe; zanurzenie się w jego szerokiej piersi, poczucie na koszulce
zapachu ciepła, benzyny i płynu przeciw owadom uspokajało. On oddychał
głęboko, z ulgą. Zamknęła oczy i wsłuchała się w ten oddech i w nocne
owady, które budziły się i bzyczały. Wziął ją za rękę, ona poczuła
smutek na koniuszkach jego palców, jakby się z nich sączył. Zauważyła
też, że ma brudny bandaż zawiązany na ranie wewnątrz dłoni. Musisz
zmienić tę szmatę, zawyrokowała, ale Juan nic nie powiedział. Gaspar
siedział na ziemi, próbując doczyścić białe tenisówki.
- Zostaw to, słonko, wypiorę ci je - odezwała się i natychmiast zaczęła
działać. Podała mu rękę, zawołała skinieniem dłoni, jakby machała na
powitanie, chłopaka pracującego na poletku za domem i poprosiła go, żeby
przyprowadził samochód utwardzaną drogą, i podała bardzo chłodne tereré
na stole na werandzie. - Mam tylko z werbeny. Zaraz przyniosę coś dla
ciebie, mitaí, lubisz coca-colę?
Kiedy wróciła z napojem, Juan wyciągnął się na rozkładanym leżaku i zwilżył sobie twarz zimną wodą.
- Mogłeś uprzedzić, że przyjedziesz, przygotowałabym coś, posprzątała w domu.
- Nie wiedziałem, czy uda mi się dotrzeć na miejsce samemu, więc trochę
się pospieszyłem. A kiedy zdałem sobie sprawę, że jest jeszcze wcześnie,
postanowiłem cię odwiedzić, zanim ruszę do Puerto Reyes.
- Dobrze się czujesz?
Nie spojrzał na nią. Wolał czerwień zmierzchu pomiędzy drzewami.
- A mały jak się miewa?
- Nie rozmawiajcie o mnie, jakby mnie tu nie było - zaprotestował Gaspar
i odstawił na stół szklankę z colą. Zmarszczył czoło i skrzyżował
ramiona.
- No właśnie. Jego spytaj.
- Co za charakter, chłopcze. Jak się miewasz?
- Czasem dobrze, czasem źle. Tęsknię za mamą i boję się, kiedy on
choruje. - I ze złym, prawie oskarżycielskim wyrazem twarzy wskazał na
ojca.
Tali przytuliła chłopca i posadziła sobie na kolanach, chociaż był już
na to za duży. Nie wiedziała, co zrobić, bo nigdy wcześniej nie
słyszała, żeby sześcioletnie dziecko mówiło tak jasno i szczerze,
powiedziała więc, chodź, zmienimy buty, i zapytała Juana, czy przywieźli
drugą parę.
No jasne, odpowiedział, przywiozłem też sandały, ale tu może chyba
chodzić boso. Nie, boso nie, zaoponowała Tali, za dużo owadów.
W łazience umyła Gasparowi nogi, zmieniła mu tenisówki i koszulkę,
słuchając, jak opowiada o widzianych po drodze zwierzętach, nawet
jeleniu z rogami. Wydało jej się dziwne, żeby jeleń mógł zawędrować tak
daleko od rzeki, ale co mogło naprawdę dziwić, kiedy Juan był blisko?
Tali poznała Juana w Buenos Aires. Ojciec zawiózł ją tam, żeby zmusić
Tali do nauki, ale ona uciekała z lekcji, rzucała się na podłogę,
płakała. Rosario próbowała ją pocieszać, mówiąc, że szkoła nie jest
wcale taka zła, że bywa tam nawet miło, ale Tali odpowiedziała, że to
nie jej nienawidzi, lecz miasta. Adolfo Reyes zrezygnował więc z kształcenia młodszej córki w najlepszej szkole w Buenos Aires, w której
uczyła się Rosario, i pozwolił jej wrócić na północ, do swojej świątyni
i swoich ziółek, i wiejskiej szkoły.
Rosario i ona były nie tylko przyrodnimi siostrami, ale również dobrymi
przyjaciółkami. Tali płakała, kiedy Rosario, w wieku osiemnastu lat,
wyjechała do Anglii na studia. Miała się uczyć, tak powiedziała Tali, na
najlepszym uniwersytecie na świecie i była szczęśliwa. Juan skończył
piętnaście i tego roku spędził całe lato w Puerto Reyes. On też był
bardzo smutny. Tali, która przyjechała tam z wizytą, aż otworzyła usta
ze zdumienia, kiedy znów zobaczyła Juana w chłodnym miejscu na tarasie
wychodzącym na rzekę. Dorastała, patrząc na synów imigrantów, wysokich i jasnowłosych jak ten chłopak, Szwedów z Oberá, Niemców z Eldorado,
Ukraińców z Aristóbulo del Valle. Podczas wycieczek z ojcem czasem jadła
na obiad kiełbasę i podziwiała orchidee na uroczystościach tych
wspólnot; zakochiwała się jak głupia w chłopakach o przejrzystych oczach
i skórze przyciemnionej słońcem. Ale kiedy Juan wstał z plecionego
krzesła i pocałował ją w oba policzki, tamci mężczyźni i kobiety wydali
się jej wprawkami niezbyt zdolnego malarza, szkicami niewprawnej dłoni,
która próbowała wciąż od nowa, a w końcu narysowała Juana i dała mu
życie, i mówiła: o to chodzi, tego szukałam, to właśnie doskonałe
wykończenie. Juan miał piętnaście lat, ona siedemnaście, a jednak
zapłonęły jej uszy, kiedy patrzyła na niego w milczeniu. Chcesz się
przejść?, zapytała Tali. Nie jest chyba bardzo gorąco. Obeszli zdziczały
ogród wokół domu. Opowiedziała mu o Skandynawach z Oberá i zapytała, czy
jego rodzina też stamtąd pochodzi. Juan odparł, że tak, ale
przeprowadzili się do Buenos Aires, bo on był bardzo chory. Może masz
tam jeszcze rodzinę. Nie wiem, przyznał Juan.
Tego wieczoru, po kolacji złożonej z kajmana żakare i smażonego manioku,
specjalności Rufiny, kucharki z Puerto Reyes, Juan wyrwał kartkę z zeszytu, w którym coś rysował, kiedy pozostali pili kawę (on nie pił), i podał jej obrazek: dwa psy szczekały do księżyca z promieniami
przypominającego bardziej słońce, ale był to księżyc, bo miał twarz i to
twarz kobiety, w oddali narysował dwa budynki, dwie niskie wieże, po
jednej na każdego psa, a przed nimi jezioro albo staw, z którego
wychodziło zwierzę przypominające langustę albo skorpiona. Pod spodem
widniał napis "La Lune" i Tali natychmiast rozpoznała, że to jedna z kart tarota, którego stawiała Rosario, księżyc z tarota marsylskiego.
Siostra próbowała ją nauczyć, ale Tali wolała hiszpańską talię.
- Mogę cię nauczyć, teraz, kiedy ona wyjechała - powiedział Juan.
- Skąd wiesz, że tego chcę?
- Od Rosario, powiedziała, że nie potrafiła ci dobrze tego wytłumaczyć.
Ja umiem to zrobić lepiej niż ona.
- A ta karta co oznacza?
- To zależy od interpretacji.
Juan schował ołówek w kieszeni nieskazitelnie białej koszuli, którą miał
na sobie. Nie wydawał się chory, chociaż ona wiedziała, że jego stan
jest poważny. Czemu ukrywali to przed nią przez ostatnie lata?
Dowiedziała się tego później, w dość brutalny sposób.
Wciąż miała tamten rysunek, tamten księżyc, tamte psy.
Gaspar, czysty i ze zmęczoną twarzą, usiadł na drugim leżaku. Już nie
zbierało się na deszcz, ale zapadała ciemna i wilgotna noc. Guillermito,
chłopak, który pracował u Tali, zapalił światła na patio i na werandzie.
Juan zdjął koszulę i otrzepał ją, żeby osuszyć pot. Przyniosę ci
wiatrak, zaproponowała Tali. Nie, nie potrzeba, odparł.
- Pewnie cię szukają.
- Nie znajdą mnie. Teraz trochę trudniej utrzymać tajemnicę, ale wciąż
mogę to zrobić.
- Betty nie przyjedzie w tym roku?
- Jeśli chodzi o nią i jej córkę, nic się nie zmieniło. Nie może wziąć
udziału w Ceremonii, póki nie zdecydują, co z dziewczynką. Na razie
bardzo jej to odpowiada. Kiedy zdecydują, co zrobić z małą, a najprawdopodobniej odbiorą ją Betty, zobaczymy, co będzie.
- A wiesz, że w Reyes mają nowe psy? Boję się ich panicznie, są ogromne,
przypominają konie. Jeden z nich, czarny, ma chyba z półtora metra,
nazywa się Nix.
- Pies nie może mieć półtora metra, przesadzasz.
- Co to jest Nix? - zainteresował się nagle Gaspar.
- Juancito, to dziecko jest niemożliwe, wszystko słyszy.
- Nyks to grecka bogini nocy. Noc.
- A jest w mojej książce?
- Nie sądzę, to zapomniana bogini. Opowiadałem ci już o zapomnianych
bogach. Ludzi, którzy ich wyznawali, było niewielu, z czasem robiło się
ich coraz mniej i przestano o nich opowiadać.
- To bardzo smutne.
- Tak, to smutne. Ale o Nyks wiadomo kilka rzeczy. Była żoną Ereba,
ciemności, która nie jest tym samym co noc, bo możesz też spotkać ją w dzień. Miała synów bliźniaków, Hypnosa i Tanatosa. Hypnos to sen, a Tanatos śmierć. Są podobni, ale oczywiście nie tacy sami.
- I mieszkają wszyscy razem?
- Tego nie wiadomo, więc możesz wyobrazić sobie, co chcesz.
Juan spojrzał na Tali i powiedział, że Gaspar czyta książkę z mitami.
Obiecałem, że pokażę mu koralodrzew, ze względu na Anahí. Po cichu Tali
powiedziała, dzieciak zanudzi ci się w szkole.
Guillermito podszedł do stołu. Proszę, znajdź mały materac dla chłopca,
powiedziała Tali. Poproś Karinę, ona ma mnóstwo materacy. Zza załomu
korytarza wyłoniła się dziewczynka trochę większa od Gaspara. Miała
ubłocone kolana i włosy uczesane w dwa niechlujnie splecione warkocze.
- Laurita, może zabierzesz Gaspara i pobawicie się razem? Masz ochotę,
Gasparze? Potem zawołamy was na kolację.
Dzieci przez chwilę nie wiedziały, o czym rozmawiać, ale Laurita
opowiedziała Gasparowi o szczeniaczku, którego dostała, i zapytała, czy
chce go zobaczyć, i poszli. Tali zauważyła, że Juan patrzy za nimi, jak
odchodzą, i zagryza wargi.
- Nic mu się nie stanie, ona jest stąd, jest przyzwyczajona, zaopiekuje
się nim lepiej niż ty. To normalne, co się z tobą dzieje.
- Nic nie jest normalne. Nie mogę z nią porozmawiać.
- Z Rosario? Juan, za parę dni masz Ceremonię. Na tym musisz się teraz
skupić.
Juan spojrzał na nią oczyma mieniącymi się kolorami w słabym świetle
werandy. Odwinął bandaż i pokazał jej ranę. Tali obejrzała ją uważnie,
nie była spuchnięta, nie dostrzegła śladów infekcji.
- Nie mogę jej sprowadzić, nawet używając znaku północy. Skoro nie mogę
nawiązać z nią kontaktu za pomocą tego rytuału, to znaczy, że ktoś nie
pozwala jej przybyć.
- Ktoś może to zrobić?
- Ktoś potężny tak. Albo kilka osób wspólnie. Myślę, że jest ich
kilkoro.
- Czasem nie udaje się nam dotrzeć do naszych zmarłych, wiesz o tym.
- Nie sądzę, żeby tak było w tym przypadku.
Juan spojrzał na Tali i odgarnął sobie z czoła kosmyk włosów.
- Ja nic nie czuję.
Teraz, kiedy nie było już słychać głosów dzieci, Tali przysunęła się do
Juana i wyciągnęła do niego rękę. Chodź, wykąpię cię i oczyszczę ci
ranę. Kupiłam sobie olbrzymią wannę, jakbym przeczuwała, że może się
przydać. On wstał powoli, leniwie, a w korytarzu prowadzącym do łazienki
Tali wspięła się na palce i go pocałowała, popchnęła do swojego pokoju i zamknęła plecami drzwi. Seks z Juanem zawsze był nieco brutalny, nawet
jeśli on próbował być delikatny, a teraz nie próbował; Tali czuła ból,
kiedy rozsuwała nogi, żeby przyjąć tak wielkie ciało, zabolało ją, kiedy
upadła na podłogę sypialni, przeszkadzało jej twarde drewno pod plecami.
Zawsze następował też moment załamania, czułego, ale też delikatnego, to
szarpnięcie, ten przyprawiający o zawrót głowy poślizg, kiedy poznawała
dłonie, które targały jej włosy, a on poruszał się w niej. I zawsze
przychodziła ta niebezpieczna chwila, kiedy ona musiała go prosić, żeby
zatrzymał to, co zaczynało się jak przyjemne wrażenie, drżące i gorączkowe, a kończyło jak szybko wzbierający przypływ, ciepła i zbyt
głęboka fala, która już nie przypominała przyjemności. On zawsze jej
słuchał i przestawał: tym razem usiadł, przyciągnął ją do siebie tylko
jedną ręką i zmusił, by spojrzała mu w oczy.
Potem Juan położył się nagi w łóżku, na boku. I się rozpłakał, wciąż
trzymając za rękę Tali, która znała go na tyle dobrze, by słuchać w ciszy tego płaczu i czekać. Angá, pierwszy raz płacze po niej,
pomyślała, ale nic nie powiedziała, bo Juan źle znosił współczucie.
Pogładziła go po włosach, tak cienkich i jasnych; nie ściemniały mu z wiekiem, jak wielu innym blondynom. Wyzwolił się delikatnie z jej
uścisku. Znajdziesz sobie wreszcie kogoś, zapytał, a Tali położyła się u jego boku i zapaliła papierosa, dała mu się zaciągnąć, on zrobił to z zamkniętymi oczyma i wilgotną twarzą, nie wytarł łez. Nie, powiedziała,
ty jesteś moim mężczyzną. Ale nie jestem tak odważna jak Rosario. Nie
zrobię dla ciebie wszystkiego.
Juan zgasił niedopałek w popielniczce na nocnym stoliku i pocałował
Tali; ona poza dymem i werbeną poczuła słony smak łez i chemiczny posmak
lekarstw. Idę poszukać Gaspara, powiedział Juan i poszedł, boso i bez
koszuli, wciąż miał ubłocone nogi. Po chwili Tali usłyszała, jak
rozmawiają niedaleko od okna sypialni. Wciąż mówili o bogini nocy i jej
dzieciach bliźniakach, tak podobnych i tak różnych, o śmierci i śnie.
Tali zrobiła Juanowi miejsce, kiedy w nocy wślizgnął się do jej łóżka.
Pozwolił Gasparowi spać w salonie - chciał położyć materac tam, a nie w pokoju, i nie było sensu z nim dyskutować, mógł spać, gdzie chciał; Juan
wykąpał się, sprawiał wrażenie, że jest myślami gdzie indziej, ona znała
go dobrze, więc nawet go nie dotknęła. Szybko zasnął. Leżał plecami do
niej. W półmroku mogła dostrzec bliznę zaczynającą się na żebrach i kończącą na plecach, ślad po przebytej w dzieciństwie operacji. Za
pierwszym razem, kiedy zobaczyła go nagiego, blizny zrobiły na niej tak
wielkie wrażenie, że chciała się wycofać; poza tym była od niego
starsza, co robiła w łóżku z chorym nastolatkiem? Działo się to w Puerto
Reyes, w jednym z gościnnych pokoi posiadłości. Tali pamiętała, że za
pierwszym razem byli ostrożni, on był prawiczkiem i chociaż buzowały w nim hormony, jak w każdym chłopcu w jego wieku, był trochę
zdystansowany, jakby potrafił zbadać sytuację i uniknąć nastoletniego
niepokoju. I w pewnym sensie potrafił. To przez chorobę, wyjaśnił jej
później. Każda rzecz, którą robił, wymagała negocjacji, wyliczeń. Jakby
jego obowiązkiem było opiekowanie się delikatnym szklanym skarbem,
którego nigdy nie mógł odłożyć na bok ani w bezpieczne miejsce, i musiał
poruszać się ostrożnie, by go nie uszkodzić, nie potłuc, namyślając się
nad każdym ruchem, zawsze na palcach, zawsze zastanawiając się, czy to
gwałtowne posunięcie skończy się wypadkiem, ostatecznym zniszczeniem.
Tamtego lata Tali została inicjowana w Bractwie przez Adolfa Reyesa,
swojego ojca, i zaproszona na Ceremonię. Kiedy zobaczyła Juana w miejscu
mocy, zemdlała. Nikt nie zauważył, wszyscy byli w jakimś transie. Strach
nie potrwał długo. Ojciec od lat opowiadał jej o Bractwie i słyszała
historie różnych mediów. Ale nie spodziewała się, że Juan jest medium.
Ukrywali to przed nią skrzętnie, nawet Rosario, tak bliska, ukrywała to
latami, a Tali wiedziała dlaczego.
Trochę ponad rok później Juan pojechał do Londynu, żeby się zoperować i znów spotkać z Rosario. Zamieszkał na jakiś czas w Anglii, ale
nieszczęście sprowadziło go z powrotem. Tali nie złościła się, gdy
doszło do niej, że są z Rosario razem, bo czuła, że tak powinno być.
Płakała tylko, kiedy się dowiedziała. Potem próbowała o nim zapomnieć,
ale jej się nie udało.
Tali zasnęła nad ranem, a kiedy się obudziła, Juan i Gaspar byli już w kuchni i szykowali śniadanie. Włożyła świeżą sukienkę i podeszła do
stołu, żeby im pomóc. Gaspar powiedział, robimy smaczne rzeczy. Przez
chwilę pomyślała, czemu nie? Czemu nie zająć miejsca siostry, nie
zaopiekować się wdowcem po niej i jej dzieckiem?
- Dzień dobry, chłopcy - przywitała się.
Gaspar w niezwykłym skupieniu smarował grzanki, trochę przypalone, ale
zupełnie jadalne. Juan powiedział:
- Ochrona twojej świątyni to katastrofa.
Znów ten pogardliwy ton, którego nienawidziła, ta wyższość, która ją
irytowała.
- Nie mam twoich umiejętności.
- To oczywiste. Potem zrobię to, co konieczne.
Gaspar dał jej grzankę. Była posmarowana zbyt grubą warstwą marmolady,
ale Tali i tak ją zjadła. Postanowiła się nie kłócić.
- Pojedziemy potem nad wodę?
- Tak, tak! - zakrzyknął Gaspar. - Ja już umiem pływać.
- Uczy się - powiedział Juan.
- Możemy pójść, nie ma już sierpików.
- Co to są sierpiki?
- Ryby podobne do piranii. Ale tylko gryzą, nie zjedzą cię.
Gaspar otworzył szeroko oczy.
- Być może będziesz miał szczęście i jakąś zobaczysz.
- Ale nie chcę, żeby mnie pogryzły.
- Nie martw się tym, będę cię chronił.
- Mogę pooglądać telewizję?
Tali powiedziała, że tak, i zaniosła mu mleko i ciasteczka do salonu.
Kiedy wróciła do kuchni, Juan siedział przy stole i palił papierosa.
- Wcześnie wstałeś?
- Staram się wcześnie wstawać, bo Gaspar budzi się z płaczem.
Spojrzała mu w oczy i zobaczyła tak wielką złość, że aż się przeraziła.
On zgasił papierosa w kubku, wyjął z torby notes i powiedział: musimy
załatwić sprawę tej świątyni. Idziemy na spacer, powiedział synowi,
wrócimy za jakiś czas. Chłopak pokiwał głową, zahipnotyzowany poranną
kreskówką, mimo że antena była kiepska i obraz wypełniał się pionowymi
kreskami i deszczem. Po wyjściu Juan zatrzymał się na chwilę w ogrodzie
Tali, który był niewielki, ale rosły w nim męczennice, chryzantemy,
dalie, niezapominajki, glicynie opierające się na wysokich paprociach, i docierały aż do domu, wspinały się po ścianach do dachu, naparstnice
purpurowe, które przypominały kaptury i kilka orchidei zwisających z pnia brzoskwini.
Tali poszła za Juanem do świątyni, którą zamykała na kłódkę. Rzadko ją
otwierała, wierni przyjeżdżali głównie w sierpniu, żeby składać ofiary.
Jeśli ktoś miał specjalną prośbę, najpierw ją odwiedzał i ustalali
wspólnie datę rytuału.
- Chcesz wejść?
- Teraz nie.
Juan otworzył swój notatnik i rysował, trzymając w długich palcach
maleńki ołówek. Kiedy robił to na stojąco, zawsze wyginał ciało w łuk,
wysuwał do przodu biodra i kulił grzbiet. Nie zajęło mu to zbyt wiele
czasu; kiedy skończył, zdjął ciemne okulary, żeby sprawdzić, czy efekt
jest zadowalający, i otarł koszulką wilgotne czoło. Potem podszedł do
drzwi świątyni, dotknął ich, pogładził.
- Chodź, Tali - powiedział.
Poprosił, żeby przytrzymała rysunek, by dobrze go widzieć, i z tylnej
kieszeni spodni wyjął brzytwę. Rozciął sobie środkowy palec prawej dłoni
od opuszka do knykcia i opuścił rękę. Kiedy krwawił już dość mocno,
skopiował palcem obrazek na pomalowanych na biało drzwiach. Tali
spojrzała na pieczęć, była delikatna i zachowywała geometryczną precyzję
typową dla rysunków Juana. Dopiero kiedy skończyła podziwiać ochronny
znak, który wydawał się prosty, ale nawet w niej powodował odruch
odrzucenia, Tali zdała sobie sprawę z ciszy.
- Teraz nie będziesz już potrzebowała innej ochrony. Możesz nawet
zostawić drzwi otwarte. - Zamilkł i spojrzał Tali w oczy. - Niedawno
podarowano mi tę pieczęć.
- Prosiłeś o ochronę?
Juan spojrzał na bandaż opasujący mu dłoń, brudny i przepocony.
- Tak, prosiłem o ochronę i dają mi ją, chociaż jak zwykle się ociągają.
Wiesz dobrze, że wciąż nie dostałem tego, czego naprawdę potrzebuję.
Potem zdrową ręką odebrał notatnik.
- Jeśli chcesz popływać, zrobię ci taki opatrunek, żebyś mógł wejść do
wody.
Później, w łazience, Tali oczyściła ranę, myśląc o tym, jak brudne były
tamte drzwi i jak kruche jest zdrowie Juana; wiedziała, że dla niego
infekcja może być bardzo niebezpieczna. On dał się jej opatrzyć,
poprosił tylko, żeby mocniej zacisnęła bandaż.
- Jesteś piękna - powiedział, kiedy skończyła.
- Nie mów tak, wiesz, że tego nie lubię.
- Zawsze byłaś piękna. Rosario była ładna, a ty jesteś piękna.
- Ale ty kochasz ją, więc proszę, nie mów tak.
- Ach, przecież zakochanie nie ma nic wspólnego z pięknem.
Tali wzięła się pod boki i zaczęła głęboko oddychać, żeby nie krzyczeć.
- Wiesz, Juancito, że musisz mnie uprzedzać, zanim przyjedziesz, bo jak
nie, to dzieją się takie rzeczy.
- Jakie? - zapytał i usiadł na krawędzi wanny, krzyżując nogi.
- Takie, że nigdy o tobie nie zapominam, ale jakoś sobie radzę, lubię
moje rośliny, mój dom, moje psy, mam swoje łóżko i czasem w nocy, kiedy
słyszę jakieś kroki, wyobrażam sobie, że to ty, ale najczęściej śpię
sobie spokojnie, tylko tyle ci powiem. I nagle przyjeżdżasz z dzieckiem
i ja zachowuję się jak idiotka, jak kompletna idiotka, rozumiesz,
wyobrażam sobie, że zostaniecie i że będziemy razem, i podobne głupoty.
Wyobrażam sobie nawet, to nie do pomyślenia, że moja siostra byłaby
zadowolona, gdybyście ze mną zostali. Moja biedna kochana siostra. Nie
dajesz mi, kurwa, spokoju.
Ktoś zapukał delikatnie do drzwi łazienki, a Juan powiedział, wejdź,
synku. Gaspar wszedł nieśmiało. Tali stanęła wyprostowana obok umywalki
i poprawiła sobie włosy, były bardzo długie, prawie do pasa. Czasem
myślała, że jest już za stara na takie włosy. Gaspar nawet na nią nie
spojrzał.
- Co ci się stało w palec?
- Skaleczyłem się na dworze.
- Czym?
- Rozbitą butelką, która stała tam, żeby koty nie weszły do kurnika.
- Boli cię?
- Nie.
- Kiedy rozcięli cię tu, musiało strasznie boleć. - I Gaspar wskazał na
jego pierś.
- Ach, ale to co innego - odparł Juan, a Tali zauważyła, że powstrzymuje
uśmiech. - To tylko małe skaleczenie, w palec, mówiłem ci, że po tamtej
operacji bolały mnie kości.
- No tak, musieli ci je przeciąć piłą, żeby cię zoperować.
- Ach, dziecko, nie mów tak - jęknęła Tali.
- Pocięli go, nie wiedziałaś? - Gaspar spojrzał na nią, mrugając oczami,
jakby drażniło go światło. - Przecięli go na pół, a potem z powrotem
zaszyli. Mieli wyleczyć mu serce, ale wydaje mi się, że chyba nie za
bardzo im się udało.
Juan zaczął się głośno śmiać. Wziął go na ręce i uniósł wysoko.
- Twojego ojca nie da się wyleczyć! Jesteś okropny, straszysz Tali.
- Chciałem jej tylko wytłumaczyć.
- Już jej wszystko wyjaśniłem przez telefon, dawno temu.
- Więc ja już nie muszę.
- Nie, już nie trzeba jej niczego tłumaczyć.
- A pojedziemy nad wodę?
- Tak, zaraz.
Juan pocałował Gaspara w policzek i wziął Tali za rękę, żeby wyciągnąć
ją z łazienki, ale ona powiedziała, idźcie sami, obaj jesteście szaleni.
Ja muszę się przebrać i umyć. Nie rób dramatu, szepnął Juan, a ona
pokręciła głową. Potrzebowała kilku minut, musiała znaleźć krem do
opalania, ręczniki, zwilżyć sobie twarz, zmyć krew z wanny, zaczekać, aż
ręce przestaną się jej trząść.
Pojedziemy moim samochodem, powiedziała Tali, ja poprowadzę. Jezioro
znajdowało się niedaleko i lepiej było się kąpać w nim niż w rzece,
zdradliwej na tym odcinku, z wirami i piaszczystymi głębinami. Panował
duszący upał, ale niebo było czyste, ani jednej deszczowej chmurki; może
pojawią się później, oby nie, pomyślała Tali, styczniowa wilgoć
potrafiła być nieznośna. Ruszywszy, pogładziła Juana po nodze; on włożył
bojówki i sprawiał wrażenie, że bardzo mu niewygodnie w renault, o wiele
dla niego za małym. Gaspar milczał na tylnym siedzeniu i Tali spróbowała
go zagadać o jego rysunki, ale chłopak nie odpowiadał, więc dała sobie
spokój. Był w żałobie, i ona też, i rozumiała, jak smutne jest to gorące
powietrze, otwarty piec południa, którego żar leje im się na twarze.
Umarła mu mama. Nic nie zdoła go ukoić.
Zatrzymała samochód na poboczu i wysiadła.
- Chodź, Gasparze, chcę ci coś pokazać - powiedziała do chłopca z zewnątrz.
Przed drewnianym domem pomalowanym na błękitno, który wyglądał, jakby
zaraz miał się zawalić, stał pokryty kwieciem koralodrzew. Gaspar
wygramolił się z auta niechętnie, ale posłuchał jej.
- To drzewo, o którym opowiadał ci tata, drzewo tej Indianki, Anahí.
Chłopiec podszedł do pnia i z dołu zaczął się przyglądać czerwonym
kwiatom.
- Na gałęzi jest kot.
- Gdzie?
Tali podeszła i spojrzała w górę: rudy kot spał z rozłożonymi łapami w chłodzie liści. Gaspar wciąż był poważny, ona schyliła się, żeby znaleźć
się na jego wysokości i spojrzeć mu w oczy. Twoja mama nadal cię kocha,
powiedziała. Nie może być dłużej z tobą, ale kocha cię do szaleństwa.
Gaspar zasłonił twarz i zaczął płakać, kiwając się na nogach; Tali
zostawiła go w spokoju, nie patrzyła w stronę samochodu, nie chciała
wiedzieć, czy Juan ich obserwuje, czy zbliża się, żeby im przerwać, czy
wpadnie w szał, że przez nią jego syn płacze. Nie wróci już, prawda?,
zapytał Gaspar, a Tali nie miała ochoty odpowiadać na to pytanie, ale
powiedziała to, co powinna, że nie, nie wróci. Wiedziałaś, że potrącił
ją autobus? Tak, nie pamiętasz, że przyjechałam na pogrzeb, możesz nie
pamiętać, kiedy człowiek jest bardzo smutny, łatwo zapomina.
- Tu jest dużo autobusów, nie podoba mi się to.
Umiera ze strachu, zrozumiała Tali i chciała go przytulić, ale w postawie chłopca nie było nic, co by ją do tego zachęciło. Jest w tym
podobny do ojca, przypominają koty.
- Tutaj nazywamy je busami. Są inne niż autobusy.
Nie pocieszy go tym, ale przynajmniej to była prawda.
- Jedziemy nad wodę?
Nie chce oddalać się od ojca, pomyślała Tali i z zaskoczeniem ujęła dłoń
wyciągniętą do niej przez Gaspara. W aucie dalej milczał, ale
przynajmniej wyglądał przez okno, wcześniej siedział z pochyloną głową.
Juan nic nie mówił, zapalił tylko papierosa i palił go powoli,
napełniając sobie płuca dymem, jakby nie wystarczał mu upał.
Reszta dnia przebiegła spokojnie i cicho, pomimo że na plaży i nad
jeziorem pełno było ludzi. Gaspar dostał sporo oklasków, kiedy położył
się plackiem na wodzie, bez pomocy ojca; wprawdzie nie zjadł zbyt wiele
na obiad, ale zgodził się pobawić w kopanie dołów, kiedy zaprosiły go
inne dzieci, mające mnóstwo wiaderek i łopatek. Nie odchodźcie daleko,
chcemy mieć was na oku, poprosiła Tali, a one odpowiedziały, tak, proszę
pani, i usadowiły się nie dalej niż trzy metry. Juan wszedł głęboko do
wody, żeby popływać, a Tali, sama pod parasolem, w końcu się uspokoiła.
Była już gotowa wysłuchać Juana. Wiedziała, że chce jej coś powiedzieć.
Juan nie był jej przygodnym kochankiem. Ona nie była tylko zaklinaczką
znad rzeki. Oboje należeli do Bractwa. Mogli udawać, że o tym
zapominają, ale nie na długo.
Gaspar nadal kopał swój dołek, który według matki innych dzieci
przypominał krater. Radio w jednym z samochodów było włączone,
dochodziło stamtąd melancholijne chamamé, gruba kobieta spacerowała
brzegiem z czarnym psem, który skakał na nią i sprawiał, że wybuchała
śmiechem, dwóch młodych mężczyzn chowało swoje wędki i przynęty, i ryby
na pace furgonetki, pewnie przyrządzą je gdzieś na grillu. Tali
rozpoznała mężczyznę, który dwa miesiące wcześniej poprosił ją o ochronę, a ona wpuściła go samego do świątyni i pozwoliła pomodlić się
do Świętego; pobłogosławiła jego szkielet winem i popiołem. Poznała też
kobietę, która przyszła, żeby wywróżyć z kart, co stało się z jej córką.
Tali zobaczyła, że nie żyje, że leży pod wodą, i powiedziała o tym.
Jedna z tylu dziewczyn zamordowanych przez wojskowych i wrzuconych do
rzeki, oczy wyjedzone przez ryby, stopy zaplątane w wodorosty, martwe
syreny z brzuchami pełnymi ołowiu. Tali nie kłamała, nie dawała
fałszywych nadziei. Ojcowie i matki młodych ofiar dyktatury kontaktowali
się z nią, żeby dowiedzieć się przynajmniej, jak zginęły, czy ich ciała
znalazły się w masowym grobie pełnym kości, pod wodą czy na jakimś
prowincjonalnym cmentarzu. Kobieta teraz na nią nie patrzyła, bawiła się
z dziewczynką. Czyżby była to córeczka zmarłej córki? Pamiętała tamto
popołudnie, padało, niebo było czarne, ale ona i tak chciała wracać, nie
bojąc się piorunów; Tali spoglądała za nią, jak biegnie drogą z ubitej
ziemi. Pozbierała karty, ułożyła je w stosik, a potem piła mate, na
zewnątrz ciemna szarość, i patrzyła, jak wiatr szarpie drzewem
brzoskwini i drzewami w oddali, nad rzeką. Ka'aru, pomyślała, powinna
mówić więcej w guaraní, zapominała języka, spędzała zbyt wiele czasu
samotnie.
Juan wrócił, ale ona nie widziała, jak szedł po plaży, musiał zrobić
kółko. Położył się obok niej na ręczniku. Był tak podekscytowany, że po
kilku minutach Tali poważnie się zaniepokoiła.
- Czy ty rozumiesz, że jeśli coś ci się tu stanie, będzie nieszczęście?
Wiesz, co mogą mi zrobić? Musielibyśmy jechać aż do Corrientes, żeby
udzielono ci pomocy. Nde tavy, kurwa.
Juan przez długą chwilę nie mógł jej odpowiedzieć, a Tali wykorzystała
ten czas, by patrzeć na niego z dezaprobatą, póki nie odzyska oddechu.
- Nie rób skandalu - powiedział Juan i napił się seven-upa z butelki.
- Gaspar bawi się spokojnie z innymi dziećmi.
- Wiem. Musimy porozmawiać.
- Odkąd przyjechałeś, wiem, że musimy porozmawiać.
- Potrzebuję twojej pomocy.
Juan usiadł ze skrzyżowanymi nogami, i nagle nie był już jej
przyjacielem ani kochankiem, ani nawet mężczyzną, który ją denerwował i w którym była zakochana. Był medium. Tali wiedziała, że otaczający go
ludzie nie zdołają usłyszeć, co mówi, a jeśli nawet usłyszą, nic nie
zrozumieją w tym nieznanym im języku. Uświadomiła to sobie, bo powietrze
wokół nich zaczęło drgać, a delikatne włoski na jej ramionach stawały
dęba, jakby nie słońce dotykało jej skóry, tylko sopel lodu.
Naprawdę musisz to robić? Nikt nie wie, że tu jesteś, nie mamy nikogo w pobliżu.
Nie ufam nikomu. Nawet sobie. Gaspar jest w pułapce. Oni chcą, by był
moim spadkobiercą. Myślą, że odziedziczył moją zdolność przywoływania
Ciemności, albo chcą, żebym przeniósł swoją świadomość do jego ciała,
kiedy nadejdzie moment. Wciąż byłbym uwięziony.
Już o tym wiemy, czemu znów mi o tym opowiadasz?
Żeby uporządkować myśli. I poprosić cię. Jestem pewien, że zabili
Rosario. Rosario pokłóciła się z matką i z Florence. Kiedy ja leżałem w szpitalu. Rosario poprosiła je, żeby zostawiły nas w spokoju. Że nie
mogą mnie dłużej wykorzystywać, że ja już nie chcę przywoływać, i że
nigdy nie odda im Gaspara, żeby wykorzystali jego ciało.
Tali poczuła mdłości. To, co słyszała, było niemożliwe.
Moja siostra była szalona. Angá, dlaczego jej nie powstrzymałam?
Dla nich to nie do pomyślenia, że nie chcę użyć ciała Gaspara.
Powiedziałem im oczywiście, że to zrobię. Rosario opowiedziała mi o kłótni niedługo przed wypadkiem. Była wściekła, bo po przeprowadzeniu
Ceremonii znalazłem się na skraju wyczerpania, ale naraziła Gaspara na
niebezpieczeństwo. Znów będą sprawdzać, czy jest medium, jak zawsze, tym
razem jednak wynik będzie pozytywny.
Jesteś pewien? Może jest po prostu wrażliwy, i tyle?
Jestem pewien. Jeśli potrafimy sprawić, że tego nie zauważą, że próba
jak zwykle się nie powiedzie, pozostanie tylko czekać, żeby osiągnął
odpowiedni wiek, bym mógł wejść w jego ciało, i wiem, że przez te lata
zdołam znaleźć sposób, żeby go od nich uwolnić. To potrwa, ale jestem
zdesperowany i w końcu mi się to uda.
Czemu Rosario nie opowiedziała ci o tym wcześniej?
Przez długie miesiące ciągle trafiałem do szpitala i wypisywali mnie z niego, zanim mogli mnie zoperować. Nie miała odwagi. Nie wiem.
Nie wiń jej za to.
Winię ją. Winię ją, ale jej wybaczam.
Możesz odmówić przywoływania?
Nie. Zmuszą mnie. Już to zrobili przed laty, kiedy się nie zgodziłem,
bo składali w ofierze więźniów. W ofierze, o którą nikt ich nie prosił.
Tali spojrzała na swoje dłonie. Ona też nie potrafiła o tym zapomnieć,
też miała poczucie winy.
Wciąż jeszcze używają porwanych.
Wiem, ale nie mogę się im przeciwstawić. Zagrozili złamaniem umowy,
odebraniem mi Gaspara, wychowaniem Gaspara wśród rytuałów, ta nauka go
zniszczy. Wierzą w to, co mówi im Ciemność. Słuchają, są posłuszni. I nie mają nikogo poza mną, kto potrafiłby ją przywołać. Mercedes ciągle
szuka innych mediów. Jest kapłanką boga, który ją ignoruje, jak wszyscy
bogowie nie zwraca uwagi na swoich kapłanów. Jej bóg rozmawia ze mną.
Dla niej zawsze było to coś w rodzaju klątwy, mieć wieszcza tak
niegodnego zaufania. Ja wierzę w Ciemność, ale wiara nie oznacza
posłuszeństwa. Jak mam nie wierzyć, skoro dzieje się w moim ciele.
Dzieje się mojemu ciału. To, co mówi im Ciemność, nie może być
interpretowane inaczej. Ciemność jest obłąkana, to bóg dziki, bóg
szalony.
Chcę wiedzieć, czy możesz naprawdę się nie zgodzić. Gdybyś chciał.
Oczywiście, że nie, jestem niewolnikiem. Jestem tylko ustami. Ciemność
może mnie znaleźć, to przegrana bitwa. Tali, mam do ciebie prośbę. Chcę,
żebyś wspólnie ze Stephenem zablokowała Gaspara. Ja robię, co mogę, ale
to nie wystarcza, już nie, jestem sam. Wczoraj widział jakąś zjawę, i to
nie byle jaką. Teraz pewnie będzie się to zdarzać coraz częściej.
Potrzebuję, żebyś chroniła go przed nimi w Puerto Reyes, musisz go kryć,
Stephen ci pomoże.
I tak będą chcieli, żebyś użył jego ciała.
Zanim tak się stanie, musi jeszcze upłynąć wiele lat. Mam czas i potrafię ich oszukać. Najtrudniejsze będzie dla mnie pozostać przy
życiu. Ale muszę to zrobić. Wychować Gaspara i znaleźć sposób, żeby
ocalić go przed Bractwem. Odprawię Ceremonię, jak zwykle. Jestem jak
otwarte drzwi, których nie można zamknąć, ale muszę chronić Gaspara. Już
odebrali mi Rosario, z wielu powodów, ale przede wszystkim, żeby mnie
osłabić. Odbierzemy ci towarzyszkę, żeby nie pomogła ci nas porzucić,
żeby nie pomogła ci odejść i nas zdradzić. Moje odejście nie jest
możliwe.
Powiedziawszy to, Juan wypuścił ich z bezpiecznej przestrzeni, w której
mogli rozmawiać niemal bez poruszania ustami, Tali poczuła wokół siebie
coś na kształt niewielkiego wiru, podczas gdy słońce, jezioro, ludzie
rozmazywali się w złotym blasku jak przydrożne miraże. Juan położył dłoń
na jej czole, natychmiast zaczęła widzieć wyraźniej, a ból głowy, który
miał być silny, zmienił się w zaledwie delikatne pulsowanie.
- Dość! - krzyknęła i gwałtownie odsunęła dłoń Juana. Ludzie wokół
spojrzeli na nich, a ona uśmiechnęła się, udając, że to zabawa. Juan
zbladł. Więc to była prawda. Parę lat temu, doskonale to pamiętała,
potajemna rozmowa z kimś nie kosztowała go tyle wysiłku. Teraz używał
resztek sił, żeby ona poczuła się lepiej, nie mogła mu na to pozwolić.
Żałowała, że nigdy nie nauczyła się tego porządnie, musiał robić to sam.
Objęła go, żeby nie stracił równowagi. Nie chciała, żeby Gaspar
zobaczył, jak się dotykają, ale teraz nie miała innego wyjścia.
- Spokojnie, czego potrzebujesz? Powiedz mi, co mam zrobić.
- Połóż mnie - powiedział Juan bardzo cicho.
Tali posłuchała go, podłożyła mu torbę pod głowę, jak poduszkę. On
dotknął dwoma palcami szyi i zaczął się delikatnie masować. Już nie był
wilgotny od wody z jeziora: był zlany potem i oddychał jak po długim
biegu. Tali spojrzała na Gaspara, budował coś z brudnego piasku, jakąś
konstrukcję pozbawioną konkretnego kształtu. Inne dzieci dekorowały ją
gałązkami i piórami. Otarła ręcznikiem pot z Juana, przynajmniej z twarzy i piersi.
- Jeśli możesz, otwórz oczy.
Juan spojrzał na nią i ułożył wygodniej głowę na torbie. Miał
rozszerzone źrenice.
- Zawołaj Gaspara.
- Wystraszy się, jak zobaczy cię w takim stanie.
- Zawołaj go.
Gaspar przybiegł cały upaprany w mokrym piasku, uklęknął przy ojcu i zapytał, czego chce. Nic, odparł Juan, przytul się do mnie. Ale wariat z ciebie, powiedział Gaspar, objął go za szyję i opierał się przez chwilę
na ramieniu ojca, opowiadając o pałacu, który budują nad brzegiem, potem
poczytamy bajki o zamkach? Przed spaniem, powiedział Juan. Teraz wracam
do dzieci. Nie umieją budować zamków. No tak. Chcę kubek seven-upa. Weź
całą butelkę, podziel się z kolegami. Mają na imię Sebastián i Gonzalo.
Dobrze, zabierz plastikowe kubeczki, żebyście nie pili wszyscy z butelki, bo to obrzydliwe.
Gaspar wrócił do zabawy, a chłopcy powitali go okrzykami radości.
Zostali aż do popołudnia. Juan prawie nie wstawał z zaimprowizowanego
posłania, które zrobiła dla niego Tali, dopóki Gaspar nie powiedział, że
chce się jeszcze raz wykąpać, zanim zrobi się ciemno, i Juan z nim
poszedł. Kazał mu pływać z głową nad wodą, potem zanurkować. Wciąż
pływał najprostszym kraulem, ale utrzymywał się na powierzchni, nie
można było go puszczać, ale dawał radę.
- Jak szybko się uczy - pogratulowała im, kiedy wrócili na plażę, matka
dwóch chłopców, z którymi budowali zamki z piasku.
Juan powiedział, że owszem, jest zadowolony. Kobieta, która była młoda,
została na brzegu i piła z Tali mate, kiedy on pływał z Gasparem; teraz
poczęstowała ich serowymi bułeczkami chipá i drożdżówkami. O, bardzo
lubisz te bułeczki, powiedział Juan, podając jedną Gasparowi, który jak
tylko ją ugryzł, uśmiechnął się; jadł podobne wiele razy w poprzednich
latach w Puerto Reyes. Juan też zjadł i zanim włożył spodnie, poszukał w kieszeni leków. Zażył je bez wstydu przed kobietą, ona instynktownie
zaproponowała mu kubek wody sodowej, żeby łatwiej przełknął.
- Och, podziwiam pana, że połyka je pan wszystkie na raz, mnie, kiedy
tabletka jest za duża, nie przechodzi przez gardło, chyba mam jakiś
defekt.
Juan uśmiechnął się.
- Jestem bardzo przyzwyczajony.
- Mówiłam żonie, że urządzamy tu później śpiewanie, niedaleko kąpieliska
nad rzeką. Przyjdzie więcej osób, z gitarami.
- Policja nie przeszkadza tu za bardzo ludziom, którzy się gromadzą -
wyjaśniła Tali, kiedy Juan spojrzał na nią zdziwiony.
- I wojsko też nie - potwierdziła kobieta. - Kilka lat temu od razu
rozganiali. Ale teraz pozwalają. Odpuszczają. Jesteście zaproszeni. Z synkiem, to rodzinna impreza.
- Chcesz iść? - zapytał Gaspara Juan. - Będzie muzyka.
- A ty chcesz?
- To ja ciebie pytałem.
- Tak.
- Powinieneś odpocząć - powiedziała cicho Tali, ale Juan podszedł do
niej, pogłaskał ją po ręce i powiedział: nie martw się, wiem, co robię.
- Będą też empanadas - dodała kobieta, żeby przekonać Tali.
- Widzisz? Nie będziesz musiała gotować.
- Nie zachowuj się jak pajac, Juancito, bardzo cię proszę.
Nie zostali długo. Tali uważała, że empanadas były za tłuste, ale
Gasparowi smakowały: czy to nie dziwne, że chłopcu wszystko smakuje?,
zapytała Juana, a on odpowiedział, że szczerze mówiąc, nie zna innych
dzieci, ale jego syn zawsze taki był, nakarmić go to najprostsza rzecz
na świecie, a w dodatku lubił poznawać nowe smaki. Ludzie raczej nie
ruszyli do tańca, prócz kilku par gibających się leniwie do Puente
Pexoa i Kilómetro 11. Noc zapadła duszna, za rzeką i drzewami niebo
było jasne, znak, że się chmurzyło, a wilgotny wiatr zapowiadający burzę
nie przynosił ulgi. Matka chłopców, z którymi Gaspar budował zamek,
odnalazła ich i poczęstowała plackiem sopa paraguaya, pokrojonym
starannie na kawałki. Dym znad rusztu pachniał mięsem i Tali poprosiła
Juana o drobne, żeby kupić sobie hot doga. Stojąc w kolejce,
przysłuchiwała się rozmowom pijanych już mężczyzn - niektórzy patrzyli
na nią czerwonymi oczami; kiedyś poszłaby pewnie po Juana, teraz jednak
za wszelką cenę chciała uniknąć bójki. Pili wino, które sprzedawano
litrami w puszkach po oleju samochodowym, z wygładzonymi krawędziami,
żeby nikt się nie skaleczył. Chcąc ich zignorować, skupiła się na muzyce
i zauważyła, że wcale nie grali chamamé. Odwróciła się i w wątłym
świetle lampek i lampy gazowej ujrzała dziewczynę o długich, związanych
włosach, która śpiewała piękną zambę, boję się, że noc i mnie zostawi
bez duszy, poczciwa staruszka tęsknota jest moją jedyną towarzyszką.
Kiedy wróciła do Juana, siedzącego na pniu i palącego, powiedział jej:
gdyby śpiewała to gdzie indziej, aresztowaliby ją, aresztowaliby nas
wszystkich, macie tu szczęście. Bardzo ładna dziewczyna, znasz ją? Tali
rąbnęła go w głowę i jasne włosy opadły mu na twarz; nagle Juan wydał
się jej nastolatkiem. Nie, nie znam jej. I nie zostaniemy tu dłużej,
żebyś ty ją poznał. Wybacz mi, kochana, ale wolę zambę od chamamé. I w każdej szklaneczce wina drży Gwiazda Poranna, śpiewała dziewczyna. A potem przywitała się, przedstawiła i powiedziała, że zaśpiewa bardzo
smutną piosenkę wykonawcy, który jest chory; nie wymieniła go z nazwiska
i Juan pomyślał, że musi być zakazany. Nie wiem, po co wróciłeś, już o tobie zapomniałam. Chyba o tym wiesz, że kiedy odszedłeś, płakałam,
brzmiały słowa, teraz żałuję, że z tej miłości nic nie zostało. Juan
przyznał, że nie zna się na muzyce, Rosario słuchała jej częściej, ale
był to utwór Daniela Toro, rzeczywiście zakazanego, mimo że jego
piosenki opowiadały o miłości. Rosario uważała, że zakazywanie ich to
głupota, gdyż wszystkie to tylko czułostkowe bzdury, nie miały w sobie
nic politycznego.
Czułostkowe bzdury, pomyślała Tali. Ona prawie się przez nie rozpłakała.
Rosario, zawsze byłaś suką, chamiga, pomyślała, bardzo za tobą
tęsknię, siostrzyczko.
- Wcale nie jestem pewna, że sytuacja się uspokoiła. Za każdym razem,
gdy wróżę z kart, widzę tylko śmierć, coraz więcej śmierci. Wiesz, co
widzę? Wojnę. Nie tutaj, na morzu, w zimnie. Nie mam odwagi im o tym
mówić, bo więcej do mnie nie przyjdą.
- Jestem pewien, że masz rację - odparł Juan.
Gaspar ziewnął. Chcesz iść spać, synku? Najadłeś się? Tak, ta zupa bez
wody była pyszna. Dziewczyna z gitarą oznajmiła, że to już ostatnia
piosenka, a kiedy Tali uruchomiła samochód, usłyszeli Dziękuję ci,
życie.
- Ma babka odwagę - przyznał Juan. - I chodź, jedziemy, Rosario słuchała
tego całymi dniami z Betty, nie chcę, żeby Gaspar sobie przypomniał.
Chłopiec spał już na tylnym siedzeniu. Droga do domu Tali tonęła w ciemnościach, była to droga z ubitej ziemi, więc musiała przyspieszać,
wiele razy niemal utknęli w błocie. Burza jednak wciąż nie nadchodziła;
dalekie grzmoty, błyskawice i ta wilgotna nieuchronność. Jako dziecko
bała się burz, ale teraz, po tylu latach, nie przejmowała się nimi,
chyba że woda w rzece przybierała. Powodzie nie docierały do jej domu,
zbudowanego na wzgórzu, ale prawie nikt w okolicy nie miał tego
szczęścia.
- Połóż go w moim łóżku - powiedziała Tali i zgasiła światło. - Ja dziś
prześpię się na materacu. Twój syn potrzebuje cię obok.
Juan nie protestował. W domu było chłodno. Tali czekała na niego w fotelu w salonie. Żadnemu z nich nie chciało się spać.
- Chcesz poprosić Świętego o zdrowie?
- Tali, to na nic.
- Zrobiłeś się okropnie sceptyczny, co z tobą? Pozwól mi pomóc ci, jak
mogę.
Juan na chwilę zapatrzył się w sufit. Na zewnątrz w końcu zaczęło padać.
- Większość pacjentów, którzy urodzili się z takim problemem jak ja, w tamtym okresie, kiedy operacje były wciąż eksperymentem, czuje się źle.
Mam na myśli tych, co jeszcze żyją. Mnie się udało, ale nigdy nie
wyzdrowiałem i ciągle mam sporo problemów. Można powiedzieć, że jestem
szczęściarzem.
- Więc chcesz po prostu umrzeć i już?
- Próbowałem i próbuję wielu sposobów leczenia, i nie mówię tylko o medycynie, i pewnie mi pomogły. Rozmawialiśmy o tym wiele razy. Nie chcę
umierać, Tali. Boję się. Takich jak ja nie zabiera śmierć. Zabiera ich
Ciemność.
- Tego nie wiesz.
- Owszem, wiem. Czasem postanawiam sobie w to nie wierzyć. Ale kiedy
wierzę, zrobiłbym wszystko, aby tego uniknąć.
Juan wstał.
- Chodźmy do Świętego. Chcę, żebyś włożyła mi go pod skórę. Możesz? Czy
on może mi pomóc przeżyć? Dać mi więcej czasu?
Tali podeszła do Juana, pogłaskała go po podpuchniętych oczach, po
nieogolonym zaroście. Potem za rękę wyprowadziła go z domu.
Świątynia była skromna, Pan Śmierci nie. Tali wybrała duży posąg ze
srebra, wysokości prawie metra. Święty miał czarną tunikę. Tali podeszła
do szkieletu i napełniła małą szklaneczkę whisky, by złożyć mu ją w darze. Potem zapaliła trzy czerwone świeczki. Było ich w świątyni o wiele więcej i jako strażniczka musiała zapalić je wszystkie.
- Nie ruszaj się - powiedziała do Juana. - Zostań na miejscu.
Zapaliła wszystkie świece, niektóre czerwone, inne czarne, i postawiła
przed Świętym czerwone goździki, wciąż świeże, w wazonie z białego
szkła. Zgasiła światło. W niewielkim sanktuarium pełnym świec srebrna
figura Świętego drżała, drżały jego czarny płaszcz i stercząca kosa. W przeciwieństwie do innych przedstawień, w których występował w koronie,
tutejszy San La Muerte miał łysą czaszkę, pozbawioną ozdób. Był też bez
kaptura. Błyszczące kamienie, widoczne tylko wtedy, gdy płonęły świece,
oświetlały od środka oczodoły czaszki. Tej nocy jaśniały jak ogniska.
Tali nigdy nie widziała ani nie czuła, by błyszczały w ten sposób.
- Uklęknij, Juanie.
Usłuchał jej, a Tali była mu za to bardzo wdzięczna. Juan nie lubił
obrzędów. Ale ona tak, podobnie jak jej siostra, poza tym wierzyła w swojego Świętego. Powiedziała jasnym i czystym głosem:
Potężny San La Muerte,
Skuteczny obrońco i orędowniku tych,
Którzy cię przyzywają,
Błagam cię o wstawiennictwo, by ten chory
Szybko odzyskał zdrowie.
Potężny San La Muerte,
Póki nie nadejdzie ostatnia chwila,
Pozwól mu żyć pełnią życia.
Żeby mógł spełnić powierzoną mu misję.
Niech tak się stanie.
Amen.
Światło sprawiało, że Święty się uśmiechał, a Tali odwzajemniła uśmiech,
pokazała zęby w geście obopólnego zrozumienia. Potem zbliżyła się do
niego, dotknęła stóp ze srebra - ciepłych po upalnym dniu - i otworzyła
szkatułkę z palisandru, leżącą na ołtarzu, przy jego rzeźbie.
Przejrzała talizmany. Jeden z nich został wyrzeźbiony w pocisku i pobłogosławiony dwa razy. Tali sama go zdobyła na cmentarzu Mercedes.
Matka wskazała jej, gdzie powinna go szukać. Nie chciała tego dla Juana,
wcześniej znajdował się pod skórą godnego pogardy człowieka. Wybrała
swój ulubiony, miała zamiar zatrzymać go na zawsze, ale teraz
postanowiła, że go odda. Był to talizman innego rodzaju. San La Muerte
siedział na kamieniu, z łokciami na kolanach, dłońmi podpierał szczęki.
Kochała to dziwne przedstawienie.
- Włożę ci w ciało Pana Cierpliwości, tego potrzebujesz najbardziej.
Jest z kości chrześcijanina. Tylko wstań.
Wróciła do ołtarza z whisky i żyletką, którą zdezynfekowała alkoholem.
Nacięcie na ramieniu powinno mieć niecałe trzy centymetry i Tali zrobiła
to dokładnie, starała się nie nacinać zbyt głęboko. Juan miał delikatną
skórę, więc łatwo jej poszło. Uniosła ją nieco - w przeciwieństwie do
innych wiernych Juan ani się nie poruszył, ani nie westchnął, ani nie
wydał z siebie żadnego dźwięku, przyzwyczajony do fizycznego cierpienia
- i włożyła figurkę, którą wcześniej zanurzyła w szklance pełnej
alkoholu, do rany. Napełniła sobie usta whisky, napluła na nacięcie i wymówiła jakieś słowa w guaraní. Miała też czyste bandaże i chociaż rana
była niewielka i przy odrobinie szczęścia powinna się szybko zabliźnić,
zrobiła mu opatrunek.
- Już, kochanie - powiedziała. - To najpotężniejszy payé, jaki mam, i mój ukochany. Widzisz światło? Nigdy nie pali się w ten sposób, zawsze
jakaś świeca gaśnie. Tym razem nie zgasła żadna.
- Czy twój bóg pogniewa się, jeśli cię pocałuję?
- Nie - powiedziała Tali i pozwoliła się pocałować. - Powinieneś mu coś
zostawić. W przeciwnym wypadku rzeczywiście może się zdenerwować.
Juan podszedł do ołtarza, uklęknął i złożył u jego stóp papierosa. Potem
skłonił głowę. Zdjął bandaż z dłoni i pozwolił spłynąć kilku kroplom
krwi do talerza z wodą stojącego przed posągiem. Tali zrozumiała wówczas
doniosłość tego, co się stało. Krew takiego człowieka jak Juan była
wielkim darem dla jej świątyni.
Zanim wyszli, Juan objął ją w pasie i szepnął na ucho:
- Czy twój Święty mógłby czegoś popilnować? Teraz, kiedy masz symbol
ochronny na drzwiach, nikt tu nie wejdzie. Chciałbym to zostawić.
Juan wyjął z kieszeni srebrne puzderko, Tali widziała je wcześniej,
myślała, że to pojemniczek na tabletki. Juan otworzył je. W środku był
długi kosmyk kasztanowych włosów, zapleciony w warkoczyk i czule ułożony
w spiralę. Kosmyk Rosario, poznała natychmiast. Tali zamknęła puzderko i położyła je za Świętym, pod jego czarną tuniką.
- Przyjedziesz po nie po Ceremonii.
Juan nie odpowiedział, a Tali ogarnęło przeczucie, że teraz ona będzie
opiekunką tej relikwii, że przechowuje ją po coś innego, dla kogoś
innego. Na zewnątrz już nie padało. Burza trwała krótko. Wyszli. W drodze powrotnej Tali powiedziała:
- Nie myślałam, że Święty będzie dla ciebie ważny.
- Dlaczego? Zawsze go szanowałem.
- Tak, ale nigdy go o nic nie prosiłeś.
- Teraz potrzebuję każdej pomocy.
Znów ciężko oddychał. Ona pierwsza weszła do domu i zajrzała do
sypialni. Gaspar spał spokojnie, na boku. Wcześniej nie pomyślała o chłopcu, ale kiedy ostrożnie zamykała drzwi, wyobraziła sobie, jak budzi
się sam w domu podczas burzy, i podziękowała w duchu, że tak mocno spał.
- Mam ochotę na whisky - powiedział Juan.
Tali przygotowała dwie szklaneczki z lodem.
- Przywiozłam niedawno z Paragwaju. Jest dość podła, ale jeśli masz
zachciankę, to jednak whisky. Boli cię?
- Ramię? Nie.
- A czemu pytasz? Boli cię coś innego?
- Boli mnie palec. Boli mnie dłoń. Boli mnie ukąszenie jakiegoś owada na
plecach.
- Powinieneś wziąć antybiotyk, wiesz o tym.
- Na pewno masz jakiś, żeby mi dać.
- Tak, bo ludzie, którzy to robią, nie potrafią o siebie zadbać i dostają infekcji, a ja nie chcę, żeby nikt mnie obwiniał.
- Teraz nic mi nie dawaj. Później.
- Oczywiście, że później - powiedziała Tali, zdjęła mokrą sukienkę i położyła się naga na podłodze. Juan położył się obok niej, a Tali
czekała z zamkniętymi oczami, żeby jego oddech stał się spokojniejszy,
nie tak ciężki.
Obudziła się rano sama, na materacu w salonie. Juan okrył ją cienkim
prześcieradłem i podsunął jej wiatrak. Tali spojrzała na zegar ścienny.
Szósta rano. Bardzo wcześnie, ale wiedziała, że nie zdoła już zasnąć.
Poszła do sypialni, spojrzała na śpiących Juana i Gaspara. Mimo upału
spali objęci, Gaspar oparty na piersi ojca, który obejmował syna ręką w pasie. Tali poszła na palcach po aparat Polaroid, który kupiła sobie w Asunción. Był bardzo głośny, ale miała nadzieję, że wiatrak, który też
robił sporo hałasu, wyciszy dźwięk migawki. Nie obudzili się, kiedy
robiła im zdjęcie, i wyszła z sypialni, żeby zobaczyć, jak obraz pojawia
się powoli na papierze. Światło poranka sączące się przez zasłony dało
na zdjęciu szczególny efekt: obaj wydawali się mniej bladzi, bardziej
złoci. Juan nie lubił zdjęć, nie zamierzała więc pokazywać mu tego
skradzionego wizerunku. Kiedy papier wysechł, położyła je na lodówce,
żeby go nie znalazł.
Juan poczuł ból syna jak dzwonek budzika, objął Gaspara, zanim ten
zdążył wybuchnąć nieutulonym płaczem, i głaskał go po włosach, póki się
nie uspokoił. Zaprowadził go do łazienki, obmył mu twarz, a potem
zostawił go, żeby umył zęby. Tali przyszykowała im śniadanie, na stole
leżała wiadomość. Pojechała do miasteczka po zakupy.
Juan odpisał na odwrocie. Dziękuję za wszystko, wyjeżdżamy, zobaczymy
się w PR. Podgrzał mleko Gasparowi, bo nie znosił pić zimnego. Chłopiec
wdrapał się na wysoki stołek bez oparcia. Było mu niewygodnie, z trudem
utrzymywał równowagę. Juan nic mu nie powiedział, nie poprosił, żeby
przesiadł się na krzesło, tego ranka nie mógł mówić; pulsowało mu w głowie, śnił o wilgotnych korytarzach i śladach dłoni na ścianach, o czarnym świetle, które kąsało.
- Dokąd jedziemy?
- Wyjeżdżamy.
Gaspar odepchnął kubek i wypluł mleko na stół. Nienawidził kożuchów. Nie
chcę więcej, jest ohydne, powiedział. Juan widział, jak w złości tężeją
mu szczęki, jak zaciska zęby. Nie chcę wyjeżdżać, powiedział Gaspar i skrzyżował ramiona. Czemu nie?, pomyślał Juan. Czemu nie zostawić go tu
z Tali, ona zajęłaby się jego synem. Mógłby go czasem odwiedzać. Albo i nie. Za kilka lat zmieniłby się w odległe wspomnienie, Tali mogłaby
zostać jego matką, wychowywałby się pomiędzy szkieletami i tajemniczym
kościołem; chłopiec znad rzeki, który mówiłby w guaraní, łowiłby sumy.
Noce z pacú z rusztu i seks na piasku, pozdrawialiby go flisacy.
Mógłby też porzucić go po drodze, w jakimś miejscu niedaleko rzeki. Albo
przy wejściu do szpitala, komisariatu. W całym kraju pełno było
zaginionych dzieci. Dzieci skradzionych, porzuconych. Dzieci odebranych
porwanym. Ktoś by go przygarnął. Nielegalne adopcje były jak epidemia.
Gaspar miał szczęście, przyjęliby go z otwartymi ramionami: był ładny,
raczej zdrowy. Oczywiście to, co sobie wyobrażał, było niemożliwe.
Znaleźliby go w kilka minut, nikt by go nie chronił. Tali była córką
Adolfa i niezbyt ważną zbuntowaną wyznawczynią, należała jednak do
Bractwa. Gaspar nigdy nie byłby u niej bezpieczny. Nie mieli drogi
ucieczki. Mógł o niej fantazjować, i często to robił, ale nie chodziło
tylko o to, że i tak by go złapali, lecz i o to, musiał przyznać, że sam
nie chciał rezygnować ze swojej potęgi. Mimo całej nienawiści, pogardy,
obrzydzenia, jakie budziło w nim Bractwo, to on miał moc, ale tylko ją.
Łatwo się czegoś wyrzec, kiedy ma się wiele, pomyślał. On nigdy nie miał
nic.
- Idź się ubrać.
Juan wstał i powiedział, posłuchaj mnie, idź natychmiast, ale kiedy
chłopiec znów odmówił, pochlipując, ze skrzyżowanymi rękami, Juan
uderzył go w policzek otwartą dłonią; od tego ciosu głowa Gaspara
przekręciła się na bok, a on sam zachwiał się na stołku i w końcu
stracił równowagę. Upadł ciężko na podłogę, stołek też się przewrócił,
blisko niego, ale go nie dotknął. Juan podszedł, nie zważając na krzyki
chłopca, posadził go jednym szarpnięciem i wtedy zobaczył czerwony
policzek i spuchniętą wargę. Ukłucie wyrzutów sumienia zniknęło, kiedy
Gaspar zaczął płakać. Zamknij się, powiedział i ciągnąc go za włosy do
tyłu, zmusił, by spojrzał mu w oczy. Potrząsnął jego głową, gładkie
włosy wplątywały mu się w palce, bo chłopiec był spocony. Nie bądź
beksą, nic się nie stało. Gaspar próbował coś powiedzieć, stołek,
policzek, a Juan znów zamierzył się na niego, zmuszając, by przestał
płakać. Idź się ubierać, powtarzam ostatni raz. Gaspar posłuchał,
pobiegł do sypialni i nie zamknął drzwi. Nie ubrał się od razu, najpierw
musiał się wyładować, waląc rękami w poduszkę, krzyczał, nienawidzę cię,
nienawidzę, ale to Juan mógł znieść.
Nie mógł natomiast znieść słońca tego poranka, zmęczenia, nieustannego
bólu w piersi, nie wiedział już, czy jest on konsekwencją ostatniej
operacji, zdenerwowania czy też jakiegoś mechanizmu w jego ciele,
psującego się jak stary silnik, który nieuchronnie zapala z coraz
większym trudem, aż w końcu milknie na zawsze.
Poszedł do sypialni. W ręku miał nożyczki i kopertę. Gaspar włożył
bermudy i koszulkę. Siedział na łóżku, próbując zapiąć sandały na rzepy,
ale nie wiedział, jak to zrobić.
- Pomogę ci - powiedział Juan, a chłopiec spojrzał na niego suchymi
oczyma. Wyciągnął nogę. Miał opuchniętą wargę, ale nie krwawił.
Franciszkańskie sandały były nowe i na początku Gaspar ich nienawidził,
zawsze wybierał tenisówki. Może włożył je teraz, żeby zaproponować
zawieszenie broni. Jest inteligentny, pomyślał Juan.
- Wcale cię nie nienawidzę - powiedział Gaspar. - Przepraszam, tatusiu,
wybaczysz mi?
Juan nie odpowiedział. Przyniesionymi z kuchni nożyczkami obciął kosmyk
włosów chłopcu, który popatrzył na niego pytająco. Juan nic nie
wyjaśnił, obcinał kolejne, a potem wsunął włosy do koperty. Narysował
dwa znaki; Tali będzie potrafiła je zinterpretować. Były potrzebne, by
chronić Gaspara. Dotknął ramienia i przypomniał sobie, że powinien
przemyć ranę po rytuale Tali, gdy włożyła mu pod skórę Święty Szkielet.
Ten region i jego kości. Tyle kości. Jak kości z Innego Miejsca, o których Juan nie chciał teraz pamiętać. Rosario opowiadała mu, że
Guaranie tradycyjnie składali szczątki swoich zmarłych w glinianych
naczyniach i przechowywali je w pobliżu, czasem nawet w domach, bo
sądzili, że mogą przywrócić umarłym życie. Trzymali ich nawet w tych na
pozór niewinnie wyglądających koszykach z plecionej trzciny, które
sprzedawali na straganach przy drodze: szczątki zostawiano w nich
dopóty, dopóki się nie zepsuły i nie rozłożyły. Potem myto kości i rodzina trzymała je w drewnianym pojemniku. Pewnie w ich dawnych chatach
musiało śmierdzieć. Rosario twierdziła, że w opowieściach księży
ewangelizujących Guaranów mowa jest o świątyniach, w których modlono się
do tych kości; szkielet wisiał w sieci rozpiętej między dwoma palami lub
w hamaku ozdobionym piórami. Wewnątrz intensywnie pachniało, a ksiądz
utrzymywał, że ten szkielet był mówiącym demonem.
- Nie zapomnij o plecaku - rzekł i wstał z łóżka. Poszedł do łazienki
przemyć ranę alkoholem; wcale go nie zapiekło. Próbował nie patrzeć na
siebie w lustrze. Potem zabrał swoją torbę z sypialni Tali. Na odchodnym
położył na stole kopertę z kosmykami włosów Gaspara, żeby Tali ich
użyła. Czekał na chłopca w słońcu, na patio domu.
- Czy w aucie będzie gorąco?
Juan rozejrzał się wokół. Zieleń była drapieżna, piękna, tyle odcieni,
że nie sposób ich nazwać jednym słowem. Samochód stał zaparkowany pod
wierzbą.
- Trochę, ale było w cieniu, nie będzie parzyło.
- Kiedy patrzę w słońce, boli mnie głowa. Na niebie pojawiają się te
dziwne kwiaty.
- To nie patrz w słońce.
Juan również widział czarne kwiaty na niebie przed atakiem migreny. Byli
w tym dziwnie i dokładnie tacy sami. Pytanie, w ilu jeszcze rzeczach
byli podobni.
Uruchomił auto, z trudem manewrując po szutrowej nawierzchni, zanim nie
dotarł do szosy. Na wyjeździe zobaczył policyjny patrol; zatrzymywał
samochody i zaglądał do bagażników, długi sznur pojazdów czekał na swoją
kolej. Przejechał obok, spoglądając ukradkiem, udając zaciekawienie,
jeden z policjantów pokazał mu gestem, żeby jechał dalej; w ręku trzymał
pistolet, jakby miał zaraz strzelać albo potrzebował go do obrony. Juan
przyspieszył trochę, nie tak bardzo, by policjant myślał, że ucieka, ale
na tyle, by pokazać, że zrozumiał polecenie. Zaniepokojony Gaspar
patrzył na niego w lusterku z tylnego siedzenia.
- Przesiądź się do przodu - powiedział synowi.
Bractwo nigdy nie używało policjantów ani żołnierzy jako ofiar. Spójność
ideologiczna szefów jest nieskazitelna, myślał Juan. Poświęcają tylko
tych, którzy prześladowali ich przyjaciół, tak im pomagają. On
współpracował, ale nie czuł się wspólnikiem. Czuł się niewinny. Sam był
więźniem.
Pejzaż był teraz upstrzony różem hortensji, refleksy rzeki migały między
spokojnymi gałęziami wierzb, a na poboczu zaczęły pojawiać się kobiety z długimi, gęstymi i kręconymi włosami, sprzedające koszyki z trzciny,
starannie splecione z włókien roślinnych, bardzo jasnozielonych albo
lekko brązowawych, prawie białych jak kość słoniowa. Siedziały w milczeniu, a ich dzieci biegały wokoło, niebezpiecznie blisko drogi.
Kobiety i koszyki, wierzby, dzieci i krzyże. Gaspar zapytał o krzyże;
widocznie ciemne, małe, niedożywione dzieci niespecjalnie go
interesowały. To krzyże na cześć ludzi, którzy zginęli na drodze, w wypadkach. Są tu pochowani? Nie, stawia się je na pamiątkę, ale oni leżą
na cmentarzach, jak wszyscy.
Wcale nie jak wszyscy, pomyślał Juan, ale było to już zbyt wiele
informacji na ten dzień. Obok tabliczki z napisem "Bella Vista 80 km"
stał wielki krzyż, biały, udekorowany różową krepiną, wieloma różańcami
i wstążkami do pakowania prezentów. Nowy krzyż ze świeżą dekoracją,
jeszcze niezniszczoną upałem ani deszczem. Niedawny zmarły. Ile czasu
brakowało, by Gaspar jakiegoś zobaczył? On podróżował zamknięty: nie
chciał oglądać potrąconej przez samochód osoby chwiejącej się na nogach,
po tym jak zobaczył Rosario na metalowym łóżku w kostnicy; złamane kości
udowe, które przecięły skórę nóg i wyłaniały się spod niej różowe od
krwi, twarz zapadnięta tam, gdzie przejechało koło; wygląda jak rogalik,
pomyślał, tak wyglądała z miejsca, w którym klęczał na podłodze, bo nie
mógł utrzymać się na nogach, zniekształcone rysy, strzaskany nos, oczy w jakimś kawałku mózgu i czoło oraz podbródek wybrzuszone jak dwie
doskonałe półkule. Przykrył ją po chwili, pogładziwszy po nietkniętych
ramionach i wyciągniętych dłoniach. Lekarz, a może pielęgniarka, podał
mu nylonową torebkę z pierścionkami Rosario i jej drogimi bransoletkami.
Juan nie pamiętał, czy był to lekarz czy pielęgniarka, mężczyzna czy
kobieta, ale pamiętał, że zapytał tę osobę, do kogo ma zadzwonić. Nie
wiedział, od czego zacząć. Zakład pogrzebowy, pogrzeb, co robić. I ona
albo on wytłumaczyli mu to jasno i spokojnie. Juan zapamiętał sobie
wszystko, ale zanim zrobił cokolwiek, zanim zadzwonił do Adolfa i Mercedes, powiadomił ochroniarzy i adwokatów, złapał taksówkę przed
szpitalem i podał adres szkoły Gaspara. Nie mógł załatwić wszystkich
formalności sam. Rozumiał, że to nie syn powinien pomagać mu w organizowaniu pogrzebu. Rozumiał, że musi wziąć to na siebie, a potem
tylko go pocieszać, wyjaśnić mu delikatnie, że jego mama nie żyje. A jednak nie obchodziło go wcale, co robią normalni ludzie. Ani Gaspar,
ani Rosario, ani on nie byli normalni.
- Mama nie ma krzyża przy ulicy?
- Nie, w mieście nie ma takiego zwyczaju.
- Czemu?
- Zgodnie ze zwyczajem stawia się je przy drogach.
- A możemy jej postawić?
Gaspar zamilkł, ręce opierał o schowek. Na zewnątrz niskie drzewa
zdawały się rozczochrane, chaotyczne i bez wątpienia brzydkie. Juan bał
się wyprzedzić ciężarówkę, za którą się wlókł, śmierdzącą nawozem. W końcu skręciła w niewyasfaltowaną drogę pomiędzy drzewami, a szosa
otworzyła się na żakarandy i koralodrzewy, wszystko stało się nagle
fioletowe i czerwone, a Juan nabrał głęboko powietrza, żeby opanować
palpitacje w piersi i pulsowanie w szyi.
- Podaj mi wodę, Gasparze.
Chłopak wręczył mu szklaną butelkę - po gaseosie Crush, którą Gaspar
uwielbiał - teraz pełną zimnej wody. Przenośna styropianowa lodówka
działała całkiem nieźle.
- A co to jest?
Juan spojrzał tam, gdzie pokazywał Gaspar, który wrócił na przednie
siedzenie i też pił zimną wodę z butelki.
- To kapliczka.
Zwolnił trochę, żeby zobaczyć, jakiemu świętemu ją wystawiono; nie był
to Gauchito, bo brakowało czerwonych kawałków materiału.
Poświęcono ją San Güesito.
Kto to?, kto to?, wypytywał Gaspar. Chłopiec w twoim wieku, mniej
więcej. Zabili go pijacy. Czemu, był niedobry? To pijacy byli niedobrzy,
nie on. Mieszkał na ulicy, był biedny. Tak naprawdę nie na ulicy, w selwie, niedaleko szosy.
Gaspar zamyślił się w skupieniu. Nie mogę powiedzieć mu prawdy, nie mogę
powiedzieć, że zgwałcili Güesita, zanim go zabili. W ilu? Nie pamiętał.
Niektórzy mówili o pięciu, inni o dziesięciu. Potem zbezcześcili zwłoki
i użyli głowy do rytuałów. Tak go znaleziono, wykrwawionego, bez głowy,
przy drodze, ponad dwadzieścia lat temu. Pochowano go na cmentarzu w Goya, a na jego nagrobku położono mnóstwo zabawek, jakimi nie dane było
mu bawić się za życia.
- Nie chcę wysiadać.
Juan się z nim zgadzał. Też nie podobał mu się Güesito ani jego figurka,
ciemna półnaga lalka z oczami pomalowanymi w stylu jakby egipskim,
otoczonymi kreskami, i niewidzącymi. Zaintrygowało go, co też włożono mu
do domku z cegieł, który go osłaniał, ale lepiej było kontynuować
podróż.
Tabliczka pokazywała teraz 78 kilometrów. Mógł dojechać w godzinę do
Bella Vista, miał czas, żeby po drodze porozmawiać z synem. W samochodzie było łatwiej, ruch zdawał się go hipnotyzować. Spędzą noc w dobrym hotelu, w Corrientes. Potrzebował tego, zanim spróbuje
zrealizować swój plan. Musi również przywołać pewien rodzaj seksualnej
energii, którą niełatwo będzie mu znaleźć w tych miejscowościach. Ten
problem mógł jednak odłożyć na później.
- Gaspar, widziałeś jeszcze jakieś kobiety jak ta w hotelu?
- Kobiety nie.
Juan włożył ciemne okulary. Lubił to, że Gaspar rozumiał doskonale, o co
go pyta. Spojrzał na chłopca, który zdjął koszulkę, bo było mu gorąco, i zauważył na jego ramieniu siniaka. Uderzenie o podłogę, kiedy wymierzył
mu policzek i zrzucił ze stołka. Juan delikatnie przesunął palcem po
ciemnej plamie.
- Ale?
- Nad jeziorem, kiedy jedliśmy tę zupę, co nie miała wody, i była
muzyka, wyszedł z niego jakiś pan.
- A skąd wiedziałeś, że był jak ta pani w hotelu?
- Bo był goły i cały spuchnięty, nie mógł chodzić sobie tak po prostu.
Wtedy zrobiłem tak, jak mnie nauczyłeś, i sobie poszedł.
- Poszedł od razu?
- Tak.
Niesamowite, pomyślał Juan.
- Przestraszyłeś się go?
Gaspar zawahał się chwilkę i przesunął ręką po skroni. Gest wyrażający
zmartwienie. Innym było zaciskanie lewej dłoni w pięść. Wielokrotnie
Juan zmuszał go, żeby wyprostował palce, Gaspar zaciskał je bardzo
mocno, nerwowo. Umrze młodo, jeśli będzie się tak irytował, powiedział
kiedyś Rosario, a ona krzyknęła wściekła, żeby nigdy nie mówił tak o Gasparze, jak może być taki okrutny, nasz syn nie umrze. To wszystko
wydawało się teraz takie odległe, tamta dyskusja nad ranem, Rosario
zabrała poduszkę i poszła spać do innego pokoju, trzaśnięcie drzwi i zapach drogich perfum w pościeli.
- Nie spodobał mi się - odparł Gaspar.
- Daj mi rękę i przysięgnę, żebyś był pewien, że nie kłamię.
Juan zwolnił. Droga była pusta, mógł więc kierować tylko jedną ręką i patrzeć w oczy synowi.
- Przysięgam. Nie mogą ci nic zrobić. To nie są panie ani panowie, to
tylko echa. Kiedy krzyczysz w garażu w naszym domu, krzyk do ciebie
wraca. Ale to już nie twój głos. Z nimi jest tak samo. Ta kobieta z hotelu i ten mężczyzna z jeziora kiedyś byli ludźmi, teraz już nie są.
Nie mogą ci nic zrobić. Nie mogą cię skrzwdzić, bo nie mogą cię dotknąć.
Mogą podejść blisko, ale nie dotkną cię, przysięgam.
- A dlaczego ich widzimy?
- Są ludzie, którzy potrafią ich zobaczyć. Są ludzie, którzy potrafią
zobaczyć o wiele więcej niż ich.
- Ty widzisz inne rzeczy.
To nie było pytanie.
- Tak.
- Ja też?
- Nie wiem. Jeśli chcesz, zrobimy próbę. I jeśli chcesz, możemy zrobić
tak, że będziesz widział takich, co są jak ta pani i ten pan, tylko
wtedy, gdy będziesz miał na to ochotę.
- Kiedy będę miał ochotę?
- Tak.
- A czemu miałbym mieć ochotę?
Dobre pytanie. Juan się roześmiał.
- W takim razie nauczę cię, jak nie widzieć ich nigdy.
- Czy czarne kwiaty są jak ci ludzie, których nie ma? Bo widziałem je
obok chmur, a teraz boli mnie głowa.
- Gdzie cię boli?
- Tu, za okiem.
Juan wyciągnął rękę w stronę tylnego siedzenia i poszukał torby. Musiał
dać synowi aspirynę, zanim migrena się rozszaleje. Popij wodą,
powiedział, a potem usiądź spokojnie i zamknij oczy. Gaspar odziedziczył
te straszliwe bóle głowy po nim. Nie sposób było ich wyjaśnić
szczęśliwcom, którzy nie przeżyli prawdziwej migreny, owych uderzeń
młotkiem pod czaszką, oczu jak dwa kamienie inkrustowane w twarzy,
światła jak nóż, każdego dźwięku wielokrotnie pomnożonego. I mdłości.
Ale to nie było dla niego najgorsze. Najgorsze, że nie umiał wyleczyć
Gaspara z tego bólu. Potrafił go wyleczyć jedynie z bólu, który sam
spowodował.
- Chce mi się wymiotować, tato - powiedział Gaspar piętnaście minut
później, a Juan zatrzymał samochód na poboczu szosy i otworzył drzwi,
żeby chłopiec mógł zwymiotować na asfalt i się nie pobrudzić. Położył mu
dłoń na czole, drugą na włosach na karku i poczuł, jak ciało chłopca
wysila się, kurczy i poci z bólu. Będzie musiał się zatrzymać w jakimś
chłodnym i ciemnym miejscu, żeby syn mógł się przespać; w przeciwnym
wypadku w południowym słońcu migrena będzie nie do zniesienia. Musi
wracać do domu Tali. Wyjął z lodówki trochę lodu i przesunął kostki po
czole Gaspara, który przyciskał dłonie do skroni, jak dorosły.
- Nie płacz, bo będzie jeszcze gorzej - powiedział.
Chłopiec znów zwymiotował. Nie miał już nic w żołądku i aż dygotał z wysiłku. Juan był tak skupiony na podtrzymywaniu mu głowy, że nie
zauważył samochodu, który zatrzymał się obok. Usłyszał głos, zanim
zwrócił uwagę na obecność auta, i zirytował się sam na siebie, tracił
refleks czy co?
- Dzień dobry, wszystko w porządku?
Juan odwrócił się. Obok stał peugeot, a mówił do niego kierowca
samochodu; pochodził niewątpliwie z Buenos Aires, był młody i niegroźny.
Juan był teraz uważny, studiował nieznajomego w pełnym skupieniu. Można
mu zaufać, zrozumiał to z całą pewnością. Kolejny niewinny.
- Mój syn źle się poczuł.
- Potrzebujecie pomocy? Dwieście metrów dalej jest stołówka i sklep
spożywczy, zatrzymałem się u rodziny, która je prowadzi, mają telefon.
Dwieście metrów? W szczerym polu? Juan poczuł delikatne ukłucie
podejrzliwości i w tej samej chwili zrozumiał, że młodzieniec z auta też
ma obawy. Tu, na północy, dyktatura była mniej opresyjna, ale każdemu
rozsądnemu człowiekowi w obliczu niecodziennej sytuacji włączał się
alarm. Ale, myślał Juan, to wcale nie była niecodzienna sytuacja,
dziecko, które źle się poczuło po drodze, w lecie. To normalne. Mógł
przyjąć pomoc, a nieznajomy, proponując mu ją, zachował się naturalnie.
Nie wyczuwał niebezpieczeństwa.
- Prowadzą ten interes z dala od szosy, chyba nie idzie im najlepiej.
- Tutejsi wiedzą, gdzie jest, widzisz drogę?
Zwracał się do niego na ty, kolejny dobry znak. Juan zobaczył ubitą
drogę, stała przy niej nawet drewniana tabliczka z napisem "U Karlenów".
- Posłuchaj, mój syn miewa migreny. Potrzebuje ciemnego i chłodnego
miejsca, żeby odpocząć, a nie knajpy i hałasujących pracowników.
Zamierzałem poszukać hotelu.
Nieznajomy pokiwał głową.
- Ta rodzina mieszka obok, na pewno mogą go położyć w jakimś pokoju. To
tylko dwieście metrów.
Juan spojrzał w oczy nieznajomemu. Miał kręcone włosy i nosił okulary,
chociaż teraz nie, ale widać było ślady u nasady nosa. Samochód był dość
brudny, facet najwyraźniej podróżował. Miał na sobie czystą beżową
koszulę. Jeśli zechce, może go wykorzystać.
- Pojadę za tobą - powiedział Juan.
Stołówka "U Karlenów" wkrótce ukazała się ich oczom. Był to skromny
budynek, w połowie z cegieł, w połowie drewniany, z dużym parkingiem,
dziedzińcem i domem na tyłach pomalowanym na biało. Miał też taras z długim stołem, pusty mimo pory obiadowej. Dwóch opartych o barierkę
mężczyzn piło coś, być może bimber z trzciny cukrowej. Nieznajomy
wysiadł pierwszy i powiedział coś kobiecie, która stała przy wejściu,
kobiecie w sukience w kwiatki sięgającej do kostek i w fartuchu, z siwymi, upiętymi włosami. Kiedy tylko go wysłuchała, podbiegła do
samochodu Juana, który otworzył drzwi od strony kierowcy, przykładając
lód do czoła Gaspara; chłopiec nie ruszał głową, wiedział już, że to
tylko nasila ból.
Kobieta przedstawiła się jako Zulema, pani Karlen, współwłaścicielka
sklepu i stołówki, i powiedziała, że jeśli chce położyć Gaspara w łóżku
jej syna, z przyjemnością mu je zaoferuje. Może ktoś rzucił na niego
urok, zasugerowała, kiedy Juan się przedstawił i powiedział, że jego syn
ma na imię Gaspar. Niewykluczone, odparł, że ktoś go zauroczył, ale nie
znam zbyt wiele osób potrafiących skutecznie uleczyć takie złe
spojrzenie. Ma pan rację, przyznała pani Karlen, jak to mówią, jest
wielu szarlatanów. Chodźcie tędy. Moja matka miewała takie bóle, ale
nigdy nie widziałam ich u dziecka. Może ma udar słoneczny? Może,
powiedział Juan. Ton kobiety był z lekka krytyczny, facet, który nie
umie zaopiekować się dzieckiem, myślała, ale Juan się nie zdenerwował;
może nawet miała trochę racji. Nie kupił Gasparowi czapki od słońca, na
przykład. Nie zmuszał go do zapinania pasów bezpieczeństwa, a kiedy
chłopiec go denerwował, był zdolny brutalnie go pobić, nawet bardziej
niż tego ranka. Poszedł za kobietą, niosąc Gaspara na rękach.
- Mój mąż i syn są na wyspie - powiedziała, jakby Juan mógł zrozumieć, o czym mówi. Dom na tyłach miał cementową podłogę, nastoletnia dziewczynka
zamiatała patio miotłą z gałęzi palmy. Budynek, w którym pokoje były
oddzielone zasłonami z pociętych plastikowych pasków, okazał się
zaskakująco chłodny. Na stole Juan zobaczył otwartą butelkę wina,
dekorację z plastikowych kwiatów i obrazki Matki Boskiej z Itatí na
ścianach, czule oprawione w ramki. Lodówka hałasowała.
- Tutaj - powiedziała pani Karlen i zaciągnęła plastikową zasłonę
niewielkiej sypialni z pojedynczym łóżkiem i oknem z zamkniętymi
drewnianymi żaluzjami.
Juan zamrugał kilka razy, żeby przyzwyczaić się do mroku, i delikatnie
ułożył Gaspara na łóżku. Kobieta zniknęła w kuchni i wróciła po chwili z aluminiowym garnkiem pełnym wody i lodu oraz chustką, którą miał zwilżać
czoło syna. Juan podziękował jej, a ona zapytała, czy chce ziemniaki.
Tak, ale ja je pokroję, pani musi obsługiwać klientów. To tylko chwilka,
powiedziała kobieta. Nie wiem, jak się odwdzięczę, powiedział Juan, lecz
pani Karlen kompletnie go zignorowała.
Odsunął poduszkę, żeby jej nie zamoczyć, i poprosił Gaspara, by położył
się na boku. Z doświadczenia wiedział, że to najlepsza pozycja, poza tym
zapobiegała zakrztuszeniu się wymiocinami, jeśli wrócą mdłości. Zanurzył
chusteczkę w garnku z wodą i lodem i umieścił ją Gasparowi na głowie,
jak czapkę. Pani Karlen przyniosła bardzo cienkie plasterki ziemniaków i podała je Juanowi, a on położył je na czole Gaspara. Kiedy chłopiec
puścił jego rękę, gdy zasnął z otwartymi ustami i oczyma przykrytymi
lodowatą chustką, pomyślał, że wyjdzie stamtąd, wsiądzie do samochodu i zostawi go na odludziu. Tak byłoby najlepiej dla ciebie, synu. Wyobraził
go sobie dużego, jak obsługuje klientów za ladą, a może nawet
spławiającego drewno tratwą. Jeśli go porzuci, wyrośnie na mężczyznę
zaciętego i milczącego, znał wielu takich. Wyszedł z pokoju. Na zewnątrz
dziewczynka, która wcześniej zamiatała, zapytała, czy malec czuje się
lepiej, a on odparł, że śpi, że kiedy się obudzi, na pewno mu przejdzie.
Całe szczęście, że tato i mój brat są na wyspie, dzięki temu mamy wolny
pokój, gdyby nie to, mogłabym użyczyć swojej sypialni, ale jego jest
lepsza. Gdzie oni są?, chciał wiedzieć Juan. Są na wyspie, tną drewno.
Macie tartak? Robimy tylko skrzynki na owoce, nic poza tym. Na cytryny i pomarańcze. Niech się pan pójdzie czegoś napić, zaproponowała. Jeśli
mały się obudzi, zawołam pana, ja zwykle śpię ze dwie godziny po
południu, ale mam bardzo lekki sen.
Uprzejmość nieznajomych, pomyślał Juan. Czyż nie spotkał zbyt wielu
dobrych i bezinteresownych ludzi? Czy to nie był znak, czy nie
zastawiono na niego pułapki? Może wszystko było ukartowane? Idąc do
stołówki, zamknął oczy, żeby lepiej się skoncentrować. Nie wyczuł
żadnego zagrożenia. Cykady trajkotały, ptaki umilkły, na polach
pulsowała dawna przemoc, wyczuł też nowszą, ale żadna nie była
skierowana przeciw niemu ani jego synowi. Poczuł też, jak nagły powiew
wiatru, pożądanie nieznajomego z peugeota, który przedstawił się jako
Andrés.
Teraz przy stole na tarasie jadło dwóch mężczyzn: jeden z nich kończył
talerz makaronu, drugi w roztargnieniu gryzł kanapkę. Ci, którzy pili
alkohol oparci o barierkę, wciąż tam stali i rozmawiali o manguruyú.
Juan spróbował sobie przypomnieć, co oznacza to słowo: chyba rybę, tak
sądził. Jeden z nich mówił: "Jestem brzydszy niż śniadanie z makreli i gotowanej mate" i Juan się uśmiechnął - mężczyzna naprawdę był brzydki,
miał na twarzy ślady po jakiejś chorobie wieku dziecięcego i był gruby,
niziutki, przypominał mu stereotypowe obrazki gnoma straszącego ludzi
podczas sjesty.
Andrés, nieznajomy z peugeota, wyszedł z knajpy z panią Karlen i zapytawszy najpierw o Gaspara, zaproponował coś do picia, jakby sam był
kelnerem. Oczywiście nim nie był, na co wskazywał jego sposób bycia i akcent z północnych dzielnic Buenos Aires, i jakość jego ubrań.
- Gaseosę. Bardzo zimną, jeśli mają.
- Mają, nawet nie wiesz, jak niską temperaturę nastawiają tutaj w lodówkach.
Juan uniósł brew. Owszem, wiedział.
- Pracujesz tu?
- Zatrzymałem się na kilka dni, ale nie chcą wziąć ode mnie pieniędzy,
dlatego przed wyjazdem postanowiłem im pomóc.
Andrés z trudem otworzył gaseosę Crush. Był zdenerwowany. Nie usiadł
przy stole, dopóki dwóch kierowców ciężarówki nie skończyło jeść i dwóch
facetów stojących przy barierce, już całkiem pijanych, nie odeszło uciąć
sobie drzemki pod wierzbą; Juan dopiero wtedy zorientował się, że są
bardzo blisko jeziora.
- Nie chcesz czegoś zjeść?
- Może później - powiedział Juan i zapatrzył się w pustą butelkę po
crushu, który wypił trzema łykami.
Andrés poprawił sobie kręcone włosy, całkiem długie, i wyjaśnił, w jaki
sposób tu się znalazł. Powiedział, że jest fotografem, że robi projekt o regionie Międzyrzecza. Tak to określił, "projekt". Fotografował przede
wszystkim ludzi. Karlenowie pozwolili mu poznać swoją intymność, zrobił
im zdjęcia nie tylko w stołówce i w domu, ale także podczas cięcia
drewna na wyspie na Paranie, gdzie w nocy krzyczały i biły się małpy
carayá. Opowiedział o przeprawie przez rzekę, w tamtą stronę
motorówką, w powrotną tratwą. Teraz mężczyźni znów byli na wyspie.
Opowiedział też o imprezie, na której robił zdjęcia zaledwie
przedwczoraj w nocy; dzieci Karlenów zawiozły go traktorem, bo deszcz
sprawił, że na drogach ziemnych zrobiło się mnóstwo błota. Juan słuchał
go z uwagą. Czemu Corrientes, czemu te okolice?, zapytał. Bo nie znam
Argentyny, odparł Andrés. Mieszkałem wiele lat we Włoszech.
- A czemu wróciłeś? Nie boisz się żołdaków?
Andrés aż podskoczył na krześle.
- Nie popadaj w paranoję - powiedział Juan.
- Dokąd jedziecie?
Juan wiedział, że jest mu winien wyjaśnienie, poza tym tylko w ten
sposób mógł zdobyć jego zaufanie. Fotograf był miły, chociaż pewnie
uprzejmość nie była bezinteresowna. Juan nie zauważył tego od razu, ale
wiedział, jakie wrażenie robi na mężczyznach i kobietach. Nauczył się
dostrzegać pożądanie innych i wykorzystywać je, skoro sam nie mógł się
nim cieszyć.
- Jedziemy odwiedzić moich teściów, w Posadas.
Nie miał zamiaru mówić mu prawdy, ale jakąś równoległą, wiarygodną,
podobną i zawoalowaną jej wersję.
- Są bogaci. Mogłem lecieć samolotem, ale postanowiłem odbyć podróż
samochodem. Też tak dobrze nie znam kraju.
Nie było sensu kłamać, bo Gaspar, kiedy się obudzi, na pewno i tak
wszystko wypapla, po atakach migreny zawsze robił się gadatliwy, więc
powiedział mu, że jest wdowcem i to pierwsza jego podróż z synem.
Pani Karlen, słysząc rozmowę, przyniosła Juanowi talerz z panierowanym
sznyclem cielęcym i purée i powiedziała, że powinien coś zjeść. Potem
oświadczyła, że też idzie się zdrzemnąć.
- Jeśli mały się obudzi, zaraz pana zawiadomię. Kiedykolwiek pan zechce
go zobaczyć, proszę śmiało wejść do domu.
Andrés chciał wiedzieć, dlaczego teściowie Juana są bogaci, a on
powiedział, że mają sporą firmę produkującą drewno. Potem zapytał, czy
może skorzystać z leżaka, który stał przy wejściu, i Andrés odrzekł, że
tak, i sam przyniósł sobie drugi. Przyniósł też dwa piwa. Juan wyjął z kieszeni pieniądze i poprosił, żeby dorzucił je potem do kasy Karlenów.
Poprosił go też o drugą gaseosę, nie chcę pić alkoholu, skoro mam
prowadzić, wyjaśnił. Myślałem, że zostaniecie dłużej. Nie, jutro muszę
być w Posadas.
Fotograf wyglądał na rozczarowanego, potem powiedział mu, że ma już dość
zdjęć ludzi. Że zaczął robić zdjęcia przydrożnym świętym. Duże wrażenie
zrobił na nim ołtarz San Güesita; o wiele większe, gdy poznał jego
historię, a kiedy spotkał Juana i Gaspara na szosie, wybierał się
właśnie fotografować inne jego ołtarze.
- Nie chcę ci przeszkadzać - powiedział Juan. - Wciąż masz jeszcze dobre
światło, jedź.
- Wolę zostać z tobą - odparł odważnie Andrés i upił łyk piwa. - Teraz
ty interesujesz mnie bardziej niż cokolwiek.
Juan uśmiechnął się lekko. Następny krok należał do niego.
- Co za brawura. Nie wiem, czy odważyłbym się tu na podryw, wśród tych
podpitych zabijaków.
- E tam. Nie masz pojęcia, jak tu się pieprzy. Na imprezie, tamtej nocy,
pieprzyłem się więcej niż przez cały czas, kiedy mieszkałem we Włoszech.
Są strasznie napaleni.
Juan roześmiał się.
- Znasz Kaplicę Diabła? Musisz ją sfotografować.
- Coś słyszałem. Ludzie się jej boją.
- Odprawiają tam msze. Chociaż nie jest konsekrowana. Tak mówią. Zamiast
wina używają wody po kąpieli nieochrzczonego niemowlęcia. Można by
pomyśleć, że odpowiedniejszy byłby kielich krwi, prawda? Ale oni wolą
brudną wodę.
- A po co odprawiają te msze? - dopytywał fotograf.
- Po to, po co zwykle robi się takie rzeczy. Żeby wyrządzić komuś
krzywdę. Fotografujesz też w nocy? Jeśli tak, możesz pojechać zobaczyć,
co się tam dzieje. Jeśli coś będzie się działo, to na pewno w piątki.
- Ty w to wierzysz?
- Nie - skłamał znów Juan. - Moja żona owszem, wierzyła. Jeśli jesteś tu
od dawna, nie muszę ci tłumaczyć, że wszyscy są tu trochę czarownikami.
Zobaczę, co z moim synem.
W domu panowała kompletna cisza, prócz łagodnego buczenia wiatraków.
Poszedł prosto do pokoju, w którym spał Gaspar, i ostrożnie zdjął mu z czoła krążki ziemniaków, już ciepłe i suche; w garnku zostało jeszcze
trochę lodu, więc zmoczył chustkę. Udało mu się to, nie budząc chłopca.
Wyszedł, starając się nie robić hałasu. Kiedy wrócił do stołówki,
fotograf wyjął z pomieszczenia wiatrak i przyniósł jeszcze jeden napój.
Tym razem coca-colę. Jej też nie mógł pić. Zakrawało to na żart,
próbował mu dogodzić i ciągle nie trafiał. Fotograf już zdjął koszulę.
Był chudy, miał nieowłosioną pierś, co przy ramionach porośniętych
ciemnymi gęstymi włosami wydawało się zaskakujące. Denerwował się. Juan
nie zrobił nic, by go uspokoić. Usiadł blisko niego i poprosił, żeby
opowiedział mu więcej o swoich zdjęciach. Andrés rozgadał się o wyspach
na rzece i o tym, jak najadł się strachu, oglądając walki małp. Nie
udało mu się żadnej sfotografować. Nie interesują mnie zdjęcia zwierząt,
powiedział. Robiłbym je tylko dla pieniędzy. Gdyby zlecił mi to
"National Geographic", oczywiście. Lubił ludzi i budynki. We Włoszech
zmęczył się budynkami, bo wszystkie były ważne i majestatyczne, ale
teraz w prostych i na pozór podobnych do siebie domach w Litoralu na
powrót odnalazł zainteresowanie miejscami, które zasiedlali ludzie. Juan
chciał mu powiedzieć, że powinien uważniej się rozejrzeć, że w tym
regionie jest wiele niezwykłych pałacyków z białego kamienia w palmowych
gajach, zajmujących całe hektary, wolał jednak zapytać, czy zna Wenecję,
i wysłuchał tego, co fotograf miał mu do powiedzenia o kanałach i Pałacu
Dożów. I stood in Venice / A palace and a prison on each hand,
pomyślał Juan, który dobrze pamiętał te wersy. Zdjął koszulę, powoli,
było bardzo gorąco. Czekał na reakcję fotografa: nie na wszystkich
blizny po operacjach robiły wrażenie. Niektórym były mniej więcej
obojętne, nie mieli wystarczająco dużo informacji, żeby zrozumieć ich
znaczenie czy powagę.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki