Nasza część nocy - Mariana Enriquez

Kup ebooka

44.99 zł
34.64 zł (24,74 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Tyle świa­tła tego ranka i czy­ste niebo, zale­d­wie kilka bia­łych pla­mek na cie­płym błę­ki­cie, przy­po­mi­na­ją­cych bar­dziej smugi dymu niż chmury. Było już późno i musiał wyje­chać, i ten upalny dzień będzie iden­tyczny jak następny; jeśli spad­nie deszcz, znad rzeki napły­nie wil­goć, i jesz­cze ten przy­tła­cza­jący kli­mat Buenos Aires; ni­gdy nie zdoła opu­ścić mia­sta.

Juan bez popi­ja­nia połknął tabletkę, by zapo­biec bólowi głowy, któ­rego jesz­cze nie czuł, i wszedł do domu, żeby obu­dzić syna przy­kry­tego prze­ście­ra­dłem. Wyjeż­dżamy, powie­dział, deli­kat­nie nim potrzą­sa­jąc. Chło­piec obu­dził się natych­miast. Czy inne dzieci też spały snem tak płyt­kim, tak czuj­nie? Umyj buzię, powie­dział i deli­kat­nie wyjął mu śpioszki z oczu. Nie było czasu na śnia­da­nie, zje­dzą po dro­dze. Wziął torby przy­go­to­wane już wcze­śniej i przez chwilę zasta­na­wiał się, jaką książkę jesz­cze dopa­ko­wać; posta­no­wił dorzu­cić jesz­cze dwie. Spoj­rzał na leżące na stole bilety na samo­lot; wciąż jesz­cze ist­niała ta moż­li­wość. Mógł poło­żyć się do łóżka i zacze­kać na datę odlotu, za kilka dni. Żeby nie ulec leni­stwu, podarł bilety i wyrzu­cił je do śmieci. Dłu­gie włosy spra­wiały, że pociła mu się szyja; w słońcu to będzie nie­zno­śne. Nie miał czasu, żeby je obciąć, ale zaczął szu­kać noży­czek w kuchen­nych szu­fla­dach. Kiedy je zna­lazł, wrzu­cił do tej samej pla­sti­ko­wej torebki, w któ­rej miał tabletki, ciśnie­nio­mierz, strzy­kawkę i kilka ban­daży, pod­sta­wowe arty­kuły pierw­szej pomocy na podróż. Także sta­ran­nie naostrzony nóż i torbę z pro­chami, któ­rych zamie­rzał wresz­cie użyć. Zapa­ko­wał też puszkę z tle­nem, będzie jej potrze­bo­wał. W aucie pano­wał chłód, obi­cie sie­dzeń nie nagro­ma­dziło w nocy zbyt wiele cie­pła. Poło­żył na przed­nim sie­dze­niu pik­ni­kową lodówkę z lodem i dwoma syfo­nami wody sodo­wej. Syn będzie musiał podró­żo­wać na tyl­nym sie­dze­niu, cho­ciaż on sam wolałby mieć go z przodu, ale było to zabro­nione, a on nie mógł pozwo­lić sobie na żadne pro­blemy z poli­cją czy z woj­skiem, które bru­tal­nie strze­gły dróg. Samotny męż­czy­zna z synem mógł budzić podej­rze­nia. Reżim był nie­prze­wi­dy­walny, a Juanowi zale­żało na tym, żeby unik­nąć wszel­kich nie­po­ro­zu­mień.

Gaspar, zawo­łał, nie pod­no­sząc zbyt­nio głosu. Nie docze­kał się odpo­wie­dzi, więc wró­cił do domu po chłopca. Gaspar pró­bo­wał wła­śnie zawią­zać sznu­rówki teni­só­wek.

- Ale żeś wszystko poplą­tał - powie­dział i schy­lił się, żeby mu pomóc. Syn pła­kał, a ojciec nie potra­fił go pocie­szyć. Gaspar tęsk­nił za matką, ona robiła to wszystko instynk­tow­nie: obci­nała paznok­cie, przy­szy­wała guziki, myła go za uszami i pomię­dzy pal­cami stóp, pytała przed wyj­ściem, czy zro­bił siu­siu, poka­zy­wała, jak ele­gancko zawią­zać sznu­rówki. On też za nią tęsk­nił, ale tego ranka nie mógł zapła­kać z synem. Masz wszystko, czego potrze­bu­jesz?, zapy­tał. Ostrze­gam, że nie będziemy po nic wra­cać.

Od dawna nie pro­wa­dził samo­chodu przez tyle kilo­me­trów. Rosa­rio zawsze nale­gała, żeby sia­dał za kie­row­nicą raz w tygo­dniu, by nie wyjść z wprawy. Dla Juana auto było za małe, jak pra­wie wszystko: spodnie za krót­kie, koszule zbyt obci­słe, krze­sła nie­wy­godne. Upew­nił się, że mapa z Klubu Auto­mo­bi­lo­wego znaj­duje się w schowku, i ruszył.

- Jestem głodny - powie­dział Gaspar.

- Ja też, ale zatrzy­mamy się na śnia­da­nie w świet­nym miej­scu. Za chwilę, dobrze?

- Jeśli cze­goś nie zjem, zwy­mio­tuję.

- A mnie boli głowa, kiedy jestem głodny. Wytrzy­maj. To tylko chwilka. Nie wyglą­daj przez okno, bo jesz­cze bar­dziej zakręci ci się w gło­wie.

Sam czuł się gorzej, niż chciał przy­znać. Palce rąk mu drę­twiały, roz­po­zna­wał w piersi aryt­miczne ude­rze­nia serca. Wsu­nął na nos ciemne oku­lary i popro­sił Gaspara, by opo­wie­dział mu bajkę, którą czy­tał wie­czo­rem. Miał dopiero sześć lat, ale czy­tał już płyn­nie.

- Nie pamię­tam.

- Na pewno pamię­tasz. Ja też jestem w kiep­skim humo­rze. Spró­bu­jemy jakoś razem się z tym upo­rać, czy przez całą drogę będziemy mieć miny jak sra­jące koty?

Gaspar roze­śmiał się na wspo­mnie­nie o sra­ją­cych kotach. Potem opo­wie­dział o kró­lo­wej dżun­gli, która śpie­wała, prze­cha­dza­jąc się pomię­dzy drze­wami, i wszy­scy lubili jej słu­chać. Pew­nego dnia nade­szli żoł­nie­rze, a ona prze­stała śpie­wać i stała się wojow­niczką. Schwy­tali ją, spę­dziła noc w zamknię­ciu; żeby uciec, musiała zabić pil­nu­ją­cego jej straż­nika. Nikt nie chciał uwie­rzyć, że miała siłę go zabić, bo była bar­dzo wątła, dla­tego uznali ją za cza­row­nicę i spa­lili; przy­wią­zali ją do drzewa, pod które pod­ło­żyli ogień. Ale rano zamiast ciała zna­leźli czer­wony kwiat.

- Drzewo o czer­wo­nych kwia­tach.

- Tak, drzewo.

- Podo­bała ci się ta histo­ria?

- Nie wiem, bałem się jej.

- Drzewo nazywa się kora­lo­drzew koguci grze­bień. Tu nie rośnie ich zbyt wiele, ale nie­długo ci je pokażę. Nie­da­leko domu two­ich dziad­ków jest ich mnó­stwo.

W lusterku wstecz­nym zoba­czył, że Gaspar unosi brwi.

- Jak to mnó­stwo?

- To legenda, tłu­ma­czy­łem ci już, co to jest legenda.

- Więc ta dziew­czyna nie ist­nieje?

- Nazy­wała się Anahí. Być może ist­niała, ale tę histo­rię o kwia­tach opo­wiada się po to, by o niej pamię­tać, a nie dla­tego, że wyda­rzyła się naprawdę.

- Więc to się stało naprawdę czy nie?

- I tak, i nie. Obie rze­czy naraz.

Lubił patrzeć, jak Gaspar robi się poważny, a nawet zły, jak zagryza kąciki ust, jak otwiera i zamyka pięść.

- Teraz też pali się cza­row­nice?

- Nie, teraz się ich nie pali. Poza tym nie ma już zbyt wielu cza­row­nic.

Łatwo było wyje­chać z mia­sta w nie­dzielny stycz­niowy pora­nek. Zosta­wili za sobą budynki wcze­śniej, niż się spo­dzie­wał. I niskie baraki z bla­chy w dziel­ni­cach nędzy. I nagle uka­zały się drzewa za mia­stem i pola. Gaspar już spał, a słońce grzało Juana w ramię, jakby był zwy­kłym ojcem na week­en­do­wej wycieczce. Ale nie był zwy­kłym ojcem, inni cza­sem domy­ślali się tego, kiedy patrzyli mu w oczy, kiedy roz­ma­wiali z nim przez chwilę, w jakiś spo­sób wyczu­wali nie­bez­pie­czeń­stwo; nie mógł ukry­wać, kim jest, przy­naj­mniej nie­zbyt długo.

Zapar­ko­wał przed barem rekla­mu­ją­cym gorącą cze­ko­ladę i droż­dżowe roga­liki. Zjemy śnia­da­nie, powie­dział do Gaspara, który obu­dził się natych­miast i prze­tarł nie­bie­skie oczy, wiel­kie, nieco zagu­bione.

Kobieta, która czy­ściła sto­liki, z całą pew­no­ścią wyglą­dała na wła­ści­cielkę baru, poza tym spra­wiała wra­że­nie miłej i skłon­nej do plo­tek. Obrzu­ciła ich zacie­ka­wio­nym spoj­rze­niem, kiedy usie­dli z dala od okna, przy lodówce. Chło­piec z samo­cho­dzi­kiem z kolek­cji i jego ojciec wysoki na dwa metry, z wło­sami opa­da­ją­cymi na ramiona. Prze­tarła ich sto­lik ścierką i zapi­sała zamó­wie­nie w note­siku, jakby bar był pełny. Gaspar zamó­wił cze­ko­ladę i droż­dżówki z masą kaj­ma­kową, Juan szklankę wody i kanapkę z serem. Zdjął ciemne oku­lary i się­gnął po leżącą na stole gazetę, cho­ciaż wie­dział, że ważne wia­do­mo­ści ni­gdy nie uka­zują się w pra­sie. Nie pisano nic o taj­nych cen­trach zatrzy­mań ani o noc­nych star­ciach, porwa­niach, ani ode­bra­nych dzie­ciach. Tylko kro­niki o roz­gry­wa­nych w Uru­gwaju mistrzo­stwach Ame­ryki Łaciń­skiej, które go nie inte­re­so­wały. Uda­wa­nie nor­mal­no­ści cza­sami przy­cho­dziło mu z tru­dem, kiedy nie był skon­cen­tro­wany, kiedy był tak bez­brzeż­nie smutny i zmar­twiony. Poprzed­niej nocy pró­bo­wał jesz­cze raz skon­tak­to­wać się z Rosa­rio. Nie potra­fił. Nie było jej ni­gdzie, nie mógł jej poczuć, ode­szła w spo­sób, któ­rego abso­lut­nie nie potra­fił zro­zu­mieć ani się z nim pogo­dzić.

- Ale upał - powie­dział Gaspar.

Chło­pak pocił się, miał wil­gotne włosy i czer­wone policzki. Juan dotknął jego ple­ców. Miał mokrą koszulkę.

- Pocze­kaj tu na mnie - powie­dział i poszedł do samo­chodu po nową. Potem zapro­wa­dził chłopca do łazienki, zmo­czył mu głowę, otarł pot, wło­żył świeżą koszulkę, która tro­chę pach­niała ben­zyną.

Kiedy wró­cili do stołu, cze­kały na nich śnia­da­nie i kobieta; Juan popro­sił o szklankę wody dla Gaspara.

- Nie­da­leko jest świetny kem­ping, jeśli chcie­li­by­ście ochło­dzić się w rzece.

- Dzię­ku­jemy, ale nie mamy czasu - odparł Juan, siląc się na uprzejmy ton. Roz­piął sobie kilka guzi­ków koszuli.

- Podró­żu­je­cie sami? Jakie wiel­kie oczy ma ten mały! Jak masz na imię?

Juan miał ochotę powie­dzieć, nie odpo­wia­daj jej synu, jedzmy, a ja uci­szę ją na zawsze, ale Gaspar zdra­dził już kobie­cie swoje imię, ona zaś, ośmie­lona, zapy­tała fał­szy­wym sło­dziut­kim gło­sem:

- A twoja mamu­sia?

Juan poczuł ból chłopca w całym swoim ciele. Był to ból pier­wotny, nie­moż­liwy do wyra­że­nia sło­wami; gwał­towny i przy­pra­wia­jący o zawrót głowy. Musiał kur­czowo chwy­cić się stołu, żeby uwol­nić się od syna i tego bólu. Gaspar nie mógł odpo­wie­dzieć i patrzył na niego, jakby pro­sił o pomoc. Zjadł zale­d­wie pół droż­dżówki. Juan będzie musiał go nauczyć nie chwy­tać się w ten spo­sób, ani jego, ani nikogo innego.

- Prze­pra­szam - Juan sta­rał się zacho­wać pano­wa­nie nad sobą, ale ton jego głosu zabrzmiał groź­nie - ale co to, kurwa, panią obcho­dzi?

- Chcia­łam tylko poroz­ma­wiać, nic wię­cej - odrze­kła ura­żona.

- Wspa­niale. Obraża się pani, bo nie chcemy bawić pani durną roz­mową, pro­szę sobie wyobra­zić, że pani kre­tyń­ska nie­dy­skre­cja, wty­ka­nie nosa w nie swoje sprawy są dla nas bole­sne. Naprawdę chce pani wie­dzieć? Moja żona zgi­nęła trzy mie­siące temu potrą­cona przez auto­bus, który prze­cią­gnął ją przez dwie prze­cznice.

- Bar­dzo mi przy­kro.

- Nie, nie jest pani przy­kro, bo nie znała jej pani, tak samo, jak nie zna pani nas.

Kobieta chciała powie­dzieć coś jesz­cze, ale ode­szła pra­wie z pła­czem. Gaspar wciąż patrzył na ojca, ale oczy miał suche. Był tro­chę wystra­szony.

- Nic się nie stało. Skończ śnia­da­nie.

Juan sku­bał swoją kanapkę z serem; nie był głodny, ale nie mógł brać leków na pusty żołą­dek. Kobieta wró­ciła z prze­pra­sza­jącą miną, wycią­ga­jąc przed sie­bie ramiona. Nio­sła dwa soki poma­rań­czowe. Na koszt firmy, powie­działa i popro­siła o wyba­cze­nie. Nie wyobra­ża­łam sobie takiej tra­ge­dii. Gaspar bawił się kolo­ro­wym małym samo­cho­dem z otwie­ra­nymi drzwicz­kami i bagaż­ni­kiem, pre­zen­tem, który stry­jek Luis przy­słał mu z Bra­zy­lii. Juan kazał Gaspa­rowi skoń­czyć cze­ko­ladę i wstał, żeby zapła­cić przy kon­tu­arze. Kobieta wciąż prze­pra­szała, a Juanowi skoń­czyła się cier­pli­wość. Kiedy wycią­gnęła rękę, żeby przy­jąć pie­nią­dze, zła­pał ją za nad­gar­stek. Pra­gnął wysłać jej znak, od któ­rego by osza­lała, wbiła sobie do głowy, że powinna obe­drzeć ze skóry stopy swo­jego wnuka albo ugo­to­wać psa w sosie wła­snym. Powstrzy­mał się. Nie chciał się zmę­czyć. Utrzy­my­wa­nie tej podróży z synem w tajem­nicy wykoń­czyło go i na pewno nie pozo­sta­nie bez kon­se­kwen­cji. Zosta­wił więc kobietę w spo­koju.

Gaspar cze­kał na niego przy drzwiach, wło­żył ciemne oku­lary Juana. Ten chciał mu je zabrać, ale chło­piec uciekł mu ze śmie­chem. Juan zła­pał go przy samo­cho­dzie i pod­niósł do góry: Gaspar był lekki i długi, ale nie będzie taki wysoki jak ojciec. Posta­no­wił, że poszu­kają jakie­goś miej­sca na obiad, zanim wyru­szą w dal­szą drogę do Entre Ríos.

Dzień oka­zał się wyczer­pu­jący, pomimo że podróż upły­nęła cał­ko­wi­cie nor­mal­nie: ruch był nie­wielki, zje­dli pyszny obiad w przy­droż­nym grillu, a potem ucięli sobie drzemkę w cie­niu drzew; od rzeki powie­wało chłod­nym wia­trem. Wła­ści­ciel grilla też ich zaga­dy­wał i był cie­kaw­ski, ale nie zapy­tał o żonę, Juan poroz­ma­wiał z nim, popi­ja­jąc wino. Poczuł się źle po drzemce i czuł się tak przez całą drogę do Esqu­iny; upał był nie­zno­śny. Ale teraz, kiedy pró­bo­wał wyja­śnić recep­cjo­ni­ście, że potrze­buje mał­żeń­skiego łóżka dla sie­bie i poje­dyn­czego dla syna, a cena nie ma zna­cze­nia, zdał sobie sprawę z tego, że być może będzie potrze­bo­wał pomocy. Zapła­cił z góry i pozwo­lił, żeby ktoś zajął się wnie­sie­niem jego toreb. W pokoju włą­czył tele­wi­zor, żeby zająć czymś Gaspara, i wycią­gnął się na łóżku. Wie­dział, jak inter­pre­to­wać to, co się dzieje; aryt­mia wymknęła się spod kon­troli, sły­szał świst, ten odgłos wysiłku, mdło­ści osza­la­łych zasta­wek, bolało go w piersi, z tru­dem oddy­chał.

- Gaspar, podaj mi torbę - popro­sił.

Wyjął z niej ciśnie­nio­mierz i prze­ko­nał się, że ma niskie ciśnie­nie; to dobrze. Poło­żył się na ukos, tylko w ten spo­sób stopy nie wysta­wały mu poza mate­rac, i zanim połknął tabletki i spró­bo­wał odpo­cząć, naj­le­piej zasnąć, wyrwał kartkę z notat­nika (z nadru­kiem "Hotel Panambí, Esqu­ina"), który leżał dla gości na noc­nym sto­liku, i zapi­sał numer tele­fonu.

- Synu, posłu­chaj mnie uważ­nie. Jeśli się nie obu­dzę, zadzwoń pod ten numer.

Gaspar otwo­rzył sze­roko oczy, a potem skrzy­wił się, wydął usta w pod­kówkę.

- Nie płacz. To tylko na wypa­dek, gdy­bym się nie obu­dził, ale prze­cież się obu­dzę, okej?

Poczuł, jak serce mu ska­cze, jakby doda­wał gazu, zmie­nia­jąc bieg. Czy uda mu się zasnąć? Przy­ło­żył palce do szyi. Sto sie­dem­dzie­siąt, może wię­cej. Ni­gdy nie miał tak wiel­kiej ochoty, żeby umrzeć, jak teraz, w tym pokoju hote­lo­wym na pro­win­cji, i ni­gdy tak bar­dzo się nie bał zosta­wić syna samego.

- To tele­fon do stryjka Luisa. Musisz wykrę­cić naj­pierw dzie­wiątkę, a kiedy usły­szysz sygnał, wybierz numer. Jeśli się nie obu­dzę, potrzą­śnij mną. A jeśli potrzą­śniesz mną i wciąż się nie obu­dzę, zadzwo­nisz do niego. Naj­pierw zawia­do­misz jego, a potem pana na dole, w recep­cji. Rozu­miesz?

Gaspar powie­dział, że tak, i ści­ska­jąc kartkę z nume­rem w dłoni, poło­żył się przy nim, bli­sko, ale wystar­cza­jąco daleko, żeby mu nie prze­szka­dzać.

Juan obu­dził się spo­cony ze snu bez snów. Była już noc, w pokoju paliło się słabe świa­tło; Gaspar włą­czył nocną lampkę i czy­tał. Juan patrzył na niego, nie rusza­jąc się z miej­sca: chło­piec wyjął z torby książkę i cze­kał, miał obok sie­bie na poduszce kartkę z nume­rem tele­fonu. Gaspar, zawo­łał go, a chło­piec zare­ago­wał spo­koj­nie, odło­żył książkę, pod­szedł na czwo­ra­kach, zapy­tał, czy czuje się lepiej; jak doro­sły, jak wiele razy pytali go doro­śli, któ­rzy się nim opie­ko­wali. Juan usiadł i zacze­kał minutę z odpo­wie­dzią. Serce wró­ciło do nor­mal­nego rytmu albo rytmu nor­mal­nego dla niego. Nie był zde­ner­wo­wany, nie było mu słabo. Czuję się dobrze, powie­dział, posa­dził sobie Gaspara na nogach i objął go, gła­dząc ciemne włosy syna.

- Która jest godzina?

Gaspar poka­zał mu zegar.

- Znasz się już na zegarku. Powiedz mi.

- Wpół do pierw­szej.

W tej miej­sco­wo­ści nie znajdą o tej porze nic otwar­tego, żeby zjeść kola­cję. Mógł oczy­wi­ście pójść do cen­trum, wejść do jakie­goś sklepu czy zamknię­tej restau­ra­cji i wziąć sobie wszystko, co było mu potrzebne, otwar­cie drzwi było bar­dzo pro­ste. Ale jeśli ktoś by go zoba­czył, musiałby upo­rać się z tym świad­kiem. A każdy taki drobny czyn mógł się zmie­nić w długi i wyczer­pu­jący łań­cuch śla­dów, które trzeba zma­zać, wspo­mnień, które należy znisz­czyć. Nauczono go tego już wiele lat temu: naj­le­piej żyć naj­nor­mal­niej, jak to moż­liwe. Mógł zro­bić rze­czy dla innych nie­osią­galne. Jed­nak każda zdo­bycz, każdy wysi­łek woli, żeby zdo­być to, czego pra­gnął, miały swoją cenę. W kwe­stiach mało waż­nych nie warto było jej pła­cić. Teraz powi­nien prze­ko­nać noc­nego por­tiera, żeby przy­go­to­wał im coś do jedze­nia. Nie czuł głodu, Gaspar pew­nie też nie, cho­ciaż nie jadł pod­wie­czorku, a on zapo­mniał wyjąć wodę sodową z samo­chodu, powi­nien się zacho­wy­wać jak ojciec.

Przed wyj­ściem z pokoju musiał się jed­nak wyką­pać, bo śmier­dział. I może pod­ciąć sobie włosy. Gaspar też potrze­bo­wał kąpieli, może nie tak pil­nie. Wstał z łóżka, wciąż trzy­ma­jąc Gaspara na rękach, i zaniósł go pod prysz­nic. Odkrę­cił kurek z cie­płą wodą, odcze­kał chwilę i upew­nił się, że jest tak, jak podej­rze­wał.

- Nie wyką­pię się w zim­nej - oświad­czył Gaspar.

- Prze­cież jest gorąco. Nie? No dobrze, potem umyję cię ręcz­ni­kiem.

Juan wszedł pod prysz­nic, sły­szał, że Gaspar, usiadł­szy na pokry­wie ubi­ka­cji, mówi do niego, opo­wia­dał o tym, co czy­tał i co zoba­czył z hote­lo­wego okna, ale Juan go nie słu­chał. Prysz­nic był za nisko, musiał się schy­lić, żeby umyć głowę, ale przy­naj­mniej hotel zapew­niał szam­pon i mydło. Z bio­drami prze­pa­sa­nymi ręcz­ni­kiem sta­nął przed lustrem: mokre włosy się­gały za ramiona, pod oczami miał sińce.

- Przy­nieś mi nożyczki, są w mniej­szej tor­bie.

- Mogę cię ostrzyc? Tylko tro­chę.

- Nie.

Juan zapa­trzył się we wła­sne odbi­cie, sze­ro­kie ramiona, ciemna bli­zna prze­ci­na­jąca pierś, opa­rze­nie na ramie­niu. Rosa­rio zawsze obci­nała mu włosy. Wiele razy też go goliła. Przy­po­mniał sobie jej duże okrą­głe kol­czyki, ni­gdy ich nie zdej­mo­wała, cza­sem nawet do snu. Przy­po­mniał sobie, jak kie­dyś się roz­pła­kała, przy­kuc­nąw­szy nago na pod­ło­dze w łazience, bo przy­tyła w ciąży. Jak krzy­żo­wała ręce, kiedy usły­szała coś, co wyda­wało się jej głu­potą. Pamię­tał, jak krzy­czała na niego na ulicy, wście­kła; była taka silna, kiedy waliła go pię­ściami pod­czas awan­tur. Ilu rze­czy nie umiał zro­bić sam, ilu zapo­mniał, ile umiała zro­bić tylko ona? Roz­cze­sał włosy grze­bie­niem, ciął tak dobrze, jak umiał. Zosta­wił sobie dłuż­szy kosmyk z przodu, potem wysu­szył włosy, żeby spraw­dzić, czy nie wyszło tra­gicz­nie. Rezul­tat wydał mu się przy­zwo­ity. Miał tro­chę zaro­stu na policz­kach, ale nie rzu­cał się w oczy, bo był bar­dzo blady. Wrzu­cił obcięte włosy, które zebrał na chu­s­teczce, do klo­zetu.

- Chodź, zoba­czymy, czy uda nam się zna­leźć coś do jedze­nia.

W hote­lo­wym kory­ta­rzu było ciemno i pach­niało wil­go­cią. Przy­dzie­lony im pokój znaj­do­wał się tuż przy scho­dach. Juan prze­pu­ścił Gaspara przo­dem, ale chło­piec, zamiast od razu zejść na dół, popę­dził kory­ta­rzem. Z początku Juan myślał, że bie­gnie do windy. Ale po chwili uświa­do­mił sobie, że Gaspar widzi to samo co on, cho­ciaż reago­wał zupeł­nie ina­czej, zamiast tego uni­kać - Juan był przy­zwy­cza­jony do tych zjaw i nie zwra­cał na nie uwagi - idzie na spo­tka­nie, zain­try­go­wany. To, co kryło się na końcu kory­ta­rza, było wystra­szone i nie sta­no­wiło nie­bez­pie­czeń­stwa, ale było bar­dzo stare i jak wszystko, co dawne, żar­łoczne i nie­szczę­śliwe, i zawistne.

Pierw­szy raz syn coś wyczu­wał, przy­naj­mniej w jego obec­no­ści. Cze­kał, aż to się wyda­rzy, Rosa­rio była pewna, że sta­nie się tak już nie­długo, a zwy­kle mie­wała rację, ale teraz był już pewien, że Gaspar odzie­dzi­czył tę zdol­ność, co pogrą­żyło go w smutku, ści­snęło za gar­dło. Ni­gdy nie robił sobie zbyt­nich nadziei, że syn będzie nor­malny, ale tu, na tym kory­ta­rzu, ulot­niły się one cał­ko­wi­cie, i Juan poczuł żałość jak łań­cuch zaci­ska­jący się na szyi. Dzie­dziczną klą­twę. Sta­rał się uda­wać spo­kój.

- Gaspar - powie­dział, nie pod­no­sząc głosu. - Idziemy tędy. Po scho­dach.

Chło­piec odwró­cił się i spoj­rzał na niego zdez­o­rien­to­wany, jakby obu­dził się w obcym pokoju ze snu trwa­ją­cego wiele dni. To spoj­rze­nie trwało zale­d­wie sekundę, ale Juan je roz­po­znał. Musiał nauczyć go zamy­kać się na ten dry­fu­jący w powie­trzu świat, te lep­kie tunele, jeziora, zro­zu­mieć, jak ich uni­kać. I musiał zacząć prędko, bo pamię­tał prze­ra­że­nie z wła­snego dzie­ciń­stwa. A Gaspar nie powi­nien prze­ży­wać tego samego.

Mój syn uro­dzi się ślepy, powta­rzała zjawa na końcu kory­ta­rza, była łysa i ubrana w nie­bie­ską sukienkę. Gaspar jej nie sły­szał, cho­ciaż moż­liwe, że ją zoba­czył. O niej mówił wcze­śniej w łazience - o kobie­cie sie­dzą­cej na placu przed hote­lem, która spo­glą­dała w okno z otwar­tymi ustami. Juan nie zwró­cił wtedy na to uwagi, bo syn nie mówił o niej z lękiem, co było dobre. Chło­piec intu­icyj­nie miał rację, nie było się czego bać, ta kobieta była led­wie echem. Teraz było wiele takich ech. Jak zwy­kle, kiedy odby­wały się masowe mor­der­stwa; efekt podobny do krzyku w jaskini, trwał, póki czas nie poło­żył mu kresu. Do tego kresu było jesz­cze daleko, nie­spo­kojni zmarli prze­miesz­czali się szybko, chcieli być widziani. The dead tra­vel fast, pomy­ślał.

Zeszli po scho­dach po cichu, żeby nie zbu­dzić innych gości. Kobieta, naj­pew­niej jedna z wła­ści­cie­lek hotelu, prze­glą­dała w recep­cji cza­so­pi­smo. Unio­sła głowę na ich widok i wstała; szyb­kim gestem popra­wiła bluzkę i włosy, tro­chę roz­czo­chrane.

- Dobry wie­czór - powie­działa. - Mogę wam w czymś pomóc?

Juan pod­szedł do kon­tu­aru i oparł dłoń na książce tele­fo­nicz­nej, która leżała otwarta pod lampką.

- Dobry wie­czór. Czy może przy­pad­kiem można gdzieś jesz­cze coś zjeść?

Kobieta prze­krzy­wiła głowę.

- Być może uda­łoby się w grillu w klu­bie rybaka, ale pozwól­cie, że zadzwo­nię i zapy­tam, bo to spory kawa­łek stąd.

Spory kawa­łek, pomy­ślał Juan, nie­moż­liwe, w tej małej miej­sco­wo­ści nic nie mogło być daleko. Ściany recep­cji do połowy wyło­żono boaze­rią, pod­łoga była obita pla­sti­kową wykła­dziną, klu­cze wisiały na tablicy. Gaspar pod­szedł do nie­wiel­kiego akwa­rium i pal­cem śle­dził pły­wa­jącą rybkę. Nikt nie odbiera, oznaj­miła kobieta po dłu­giej chwili wisze­nia na tele­fo­nie. No trudno, pój­dziemy spać bez kola­cji. Juan uśmiech­nął się i zauwa­żył, że kobieta - młoda, około czter­dziestki, ale spra­wiała wra­że­nie star­szej w smut­nym świe­tle pogrą­żo­nego w ciszy hotelu - obser­wuje go uważ­nie i wcale tego nie ukrywa. Zaspa­łem, wyja­śnił Juan. Podróż z Buenos Aires jest długa i byłem zmę­czony.

Na zewnątrz abso­lutna cisza. Zauwa­żył nie­bie­skie świa­tła radio­wozu, ale pra­wie nie usły­szał sil­nika. Nawet tę miej­sco­wość patro­lo­wali?

- Prze­pra­szam za nie­dy­skre­cję - powie­działa, wycho­dząc zza blatu recep­cji. Wachlo­wała się, mimo że pra­co­wał wia­trak. - Jeste­ście w pokoju dwie­ście jeden? Mój pra­cow­nik powie­dział, że miał dziś wra­że­nie, że gość z tego pokoju nie czuje się naj­le­piej. Mar­twi­li­śmy się, ale nie sły­sze­li­śmy żad­nych odgło­sów ani nie zadzwo­nił pan na recep­cję, więc nie chcie­li­śmy nie­po­koić.

- A skąd pani wie, że to ja jestem gościem z pokoju dwie­ście jeden?

- Bo mój pra­cow­nik wspo­mniał, że to wysoki jasno­włosy męż­czy­zna z dziec­kiem.

- Dzię­kuję za tro­skę, pro­szę pani. Teraz czuję się znacz­nie lepiej, musia­łem odpo­cząć. Pół roku temu mia­łem ope­ra­cję, cza­sem wydaje mi się, że jestem już zupeł­nie zdrowy, i prze­sa­dzam z wysił­kiem.

I z roz­my­słem, teatral­nym gestem Juan oparł jedną dłoń na koszuli roz­pię­tej do połowy piersi, żeby poka­zać wyraź­nie ogromną bli­znę.

- No dobrze - powie­działa kobieta. - Zro­bię wam coś, choćby kanapki. Chło­piec lubi spa­ghetti? Pod­grze­jemy je w kąpieli wod­nej z odro­biną masła i gotowe.

- Co to jest spa­ghetti? - zapy­tał Gaspar, który prze­stał się inte­re­so­wać akwa­rium.

- Takie dłu­gie klu­seczki, słonko - wyja­śniła kobieta i uklę­kła przed nim. Z maseł­kiem i ser­kiem?

- Tak. I też z sosi­kiem.

- Zoba­czymy, co da się zro­bić.

- Mogę popa­trzeć, jak pani gotuje?

- Lubi goto­wać - powie­dział Juan i wzru­szył ramio­nami, żeby dać wyraz swo­jemu zdzi­wie­niu.

Godzinę póź­niej Gaspar umiał już uży­wać otwie­ra­cza do kon­serw; obaj zje­dli maka­ron, tro­chę poskle­jany, z pysz­nym sosem i napili się wody z lodem, a kobieta towa­rzy­szyła im, popi­ja­jąc słod­kie wino i paląc papie­rosy. Kiedy skoń­czyli, Juan zapro­po­no­wał, że zmyje naczy­nia, żeby kobieta mogła wró­cić do recep­cji, a ona się zgo­dziła; na odchod­nym życzyła mu szyb­kiego powrotu do zdro­wia. Gaspar poma­gał powy­cie­rać tale­rze, ale naj­pierw podzię­ko­wał, z ustami wciąż umo­ru­sa­nymi sosem, a ona cmok­nęła go w poli­czek.

Nie chciał wejść do pokoju: sta­nął w drzwiach jak wryty, oczy mu lśniły, wyda­wał się prze­stra­szony.

- Tato, tam jest jakaś pani - powie­dział. Juan zamru­gał, żeby ją zoba­czyć i poczuć; to była ta sama kobieta co w kory­ta­rzu, widocz­nie krą­żyła po hotelu.

- Nie patrz na nią. - Ujął twarz Gaspara w dło­nie, były tak wiel­kie, że pra­wie ota­czały mu głowę. - Spójrz na mnie.

Potem usiadł na pod­ło­dze i zapa­lił lampkę nocną. Na szczę­ście Gaspar nie sły­szał, co mówiła. Zawsze lepiej tylko widzieć. Juan przy­słu­chi­wał się jej przez minutę, z czy­stej cie­ka­wo­ści. Ta sama stara, samotna, roz­pacz­liwa śpiewka śmierci, echo śmierci. Potem ogłuchł na ten głos, ale jej nie wyrzu­cił, musiał nauczyć tego syna, i to szybko. Juan nie chciał, by bał się ani minutę dłu­żej.

- Posłu­chaj mnie teraz uważ­nie.

- Kto to jest, tatu­siu?

- Nikt. To tylko wspo­mnie­nie.

Poło­żył mu dłoń poni­żej mostka i poczuł serce swo­jego syna, szyb­kie, silne, zdrowe. Z zazdro­ści zaschło mu w ustach.

- Zamknij oczy. Czu­jesz moją dłoń?

- Tak.

- Czego doty­kam?

- Brzu­cha.

- A teraz?

Poło­żył dwa palce dru­giej ręki na kręgu znaj­du­ją­cym się za żołąd­kiem.

- Ple­ców.

- Nie, nie ple­ców.

- Krę­go­słupa.

- No wła­śnie. Teraz musisz pomy­śleć o tym, co znaj­duje się mię­dzy moimi dłońmi, jak wtedy, kiedy boli cię głowa i opo­wia­dasz mi, że wydaje ci się, że coś sie­dzi tam w środku. Dobrze, pomyśl o tym, co tam jest.

Gaspar zaci­snął powieki i zagryzł dolną wargę.

- Już.

- Dobrze. A teraz powiedz tej pani, żeby sobie poszła. Nie mów tego gło­śno. Możesz powie­dzieć po cichu, jeśli chcesz, ale ważne, żeby prze­mó­wiła ta część, którą trzy­mam w dło­niach. Rozu­miesz? To ważne.

To mogło zająć nawet całą noc, i Juan o tym wie­dział.

- Powie­dzia­łem jej.

Juan spoj­rzał na kobietę, która stała wciąż obok łóżka, była w ciąży, z otwar­tymi oczami, wciąż pew­nie mówiąc o swoim pierw­szym dziecku, w oczach miała pustkę.

- Jesz­cze raz. Jakby twój głos dobie­gał stam­tąd, jak­byś miał w środku usta.

- Mam powie­dzieć to na głos?

O co w ogóle pytał? Ale tak poważna wąt­pli­wość wyma­gała odpo­wie­dzi.

- Tak, dzi­siaj tak.

Obraz kobiety powoli się ulot­nił jak roz­pra­sza­jący się dym. Powie­trze w pokoju oczy­ściło się, jakby ktoś otwo­rzył okna. Świa­tło lampki noc­nej stało się jaśniej­sze.

- Bar­dzo dobrze, Gaspa­rze, bar­dzo dobrze.

Chło­piec rozej­rzał się po całym pokoju, szu­ka­jąc kobiety, która ode­szła. Był poważny.

- Już nie wróci?

- Jeśli wróci, zro­bisz to samo co przed chwilą.

Gaspar się trząsł, tro­chę z wysiłku, tro­chę ze stra­chu. Juan przy­po­mniał sobie, jak pierw­szy raz odpę­dzał bez­cie­le­snego: chłopcu przy­szło to rów­nie łatwo, może nawet jesz­cze łatwiej, zwa­żyw­szy na sytu­ację. Oby był to koniec odzie­dzi­czo­nych przez Gaspara talen­tów. Oby ni­gdy nie nawią­zał takiego rodzaju kon­taktu, do jakiego on sam był zdolny. Rosa­rio była pewna, że syn odzie­dzi­czy jego umie­jęt­no­ści. Nagle jej wspo­mnie­nie stało się tak żywe, jakby dotknął nie­chcący jakie­goś owada w mroku: Rosa­rio upar­cie sie­działa na łóżku, w swo­ich bia­łych sze­ro­kich spodniach z bawełny, z wło­sami zwią­za­nymi wysoko w koń­ski ogon. Gaspar odzie­dzi­czy wszystko, wszystko, co tak bar­dzo mu cią­żyło. Poczuł gorąco w oczach.

- Teraz znów pójdę spać, bo nie­długo muszę usiąść za kie­row­nicą.

- Chcę spać z tobą.

- Nie bój się. Idź do łóżka. Jeśli nie będziesz mógł zasnąć, poczy­taj książkę. Świa­tło mi nie prze­szka­dza.

Ale Gaspar nie chciał czy­tać. Poło­żył się na ple­cach i cze­kał, aż zmo­rzy go sen, wyka­zu­jąc się dys­cy­pliną nie­ty­pową dla swo­jego wieku. Nie zasło­nił żalu­zji, więc skąpe świa­tło z ulicy wpa­dało do pokoju, a gałę­zie drzew rzu­cały cie­nie na ściany. Juan zacze­kał, aż oddech Gaspara zacznie wska­zy­wać na to, że chło­piec zasnął, i wtedy zbli­żył się do niego: roz­chy­lone usta, małe zęby mleczne, pot skle­ja­jący włosy na czole.

Mógł zro­bić to we wła­snym łóżku, sie­dząc obok. Nie chciał jed­nak, żeby chło­piec obu­dził się i to zoba­czył. Łazienka była rów­nie dobrym miej­scem. Nie potrze­bo­wał wiele: wystar­czyła cisza, pukiel wło­sów Rosa­rio, jakieś ostre narzę­dzie i pro­chy.

Sie­dząc na zim­nych kafel­kach, owi­nął wokół pal­ców kosmyk wło­sów Rosa­rio, który woził ze sobą w spe­cjal­nym puz­derku. Obie­ca­łaś, powie­dział jej cichym gło­sem. I była to poważna obiet­nica, przy­pie­czę­to­wana ranami i krwią, a nie sen­ty­men­tal­nymi sło­wami.

Wyjął z pla­sti­ko­wej torebki garść pro­chów i roz­sy­pał przed sobą na pod­ło­dze, two­rząc znak pół­nocy. Od śmierci Rosa­rio robił to każ­dej nocy, a rezul­tat był iden­tyczny - cisza. Pusty­nia zim­nego pia­sku i mętne gwiazdy. Wymy­ślił też bar­dziej pod­sta­wowe metody i efekt był zawsze taki sam - wiatr nad pustką.

Powtó­rzył słowa, pogła­skał kosmyk wło­sów, przy­wo­łał ją zaka­żo­nym języ­kiem, któ­rego nale­żało uży­wać pod­czas rytu­ału pro­chów. Z zamknię­tymi oczami zoba­czył pokoje i puste kąty, zga­szone ogni­ska, porzu­cone ubra­nia, suche rzeki, ale błą­kał się dalej, aż w końcu wró­cił do hote­lo­wej łazienki, ciszy i dale­kiego odde­chu syna, i znów ją przy­wo­łał. Ani muśnię­cia, drże­nia, ułudy, pod­stęp­nej mary. Nie przy­cho­dziła, nie mógł do niej dotrzeć, od śmierci żony nie udało mu się natra­fić na naj­mniej­szy ślad jej obec­no­ści.

W pierw­szych dniach zło­żył nie­wła­ściwe ofiary. Ktoś powie­dział mu kie­dyś, że praw­dzi­wej magii nie upra­wia się, ofia­ro­wu­jąc krew innych. Ofia­ro­wuje się wła­sną, tra­cąc jaką­kol­wiek nadzieję, że kie­dy­kol­wiek się ją odzy­ska. Juan pod­niósł żyletkę, którą wcze­śniej poło­żył obok sie­bie i roz­ciął sobie dłoń sko­śnie, mniej wię­cej po linii zwa­nej linią umy­słu albo głowy. Była to nie­zno­śna rana, ni­gdy nie goiła się do końca, naj­gor­sza z moż­li­wych i dla­tego powinna zadzia­łać. Kiedy poczuł w ciem­no­ściach cie­pło krwi, oparł dłoń na znaku usy­pa­nym z pro­chów na pod­ło­dze. Wymó­wił nie­zbędne słowa i cze­kał. Cisza przy­pra­wiała go o zawrót głowy. Juan wie­dział, że to oznaka tego, że traci moc. Nie miał pew­no­ści, czy stało się tak dla­tego, że był bar­dzo chory, czy dla­tego, że za bar­dzo się prze­mę­czał; tak czy siak, utrata mocy wyda­wała się oczy­wi­sta. To przy­wo­łu­jące zaklę­cie nie wyma­gało od niego zbyt wielu sił, świat zmar­łych był mu bar­dzo bli­ski, drzwi były lek­kie, z łatwo­ścią otwie­rały się i zamy­kały. W wypadku innego rytu­ału, każ­dego innego, zwąt­piłby pew­nie, czy jest w sta­nie go odpra­wić. W wypadku tego - nie. Ten był jak prze­cią­gnię­cie się.

Zre­zy­gno­wany umył rękę i starł ręcz­ni­kiem krew z pod­łogi. Już się nie dener­wo­wał. Po pierw­szych nie­uda­nych pró­bach prze­kli­nał Rosa­rio, poła­mał meble i pra­wie pogru­cho­tał sobie palce, waląc pię­ścią w pod­łogę. Teraz po pro­stu roz­cza­ro­wany pozbie­rał pro­chy i scho­wał z powro­tem kosmyk wło­sów do skrzy­neczki. For the dead tra­vel fast, pomy­ślał jesz­cze raz. W sumie była to prawda. Jemu odmó­wiono tej zwy­kłej szyb­ko­ści.

Gaspar wciąż spał, cho­ciaż upły­nęło już sporo czasu; rytuał znaku pół­nocy wyda­wał się krótki dla tego, kto go odpra­wiał, ale zaj­mo­wał wiele godzin pły­ną­cych nie­po­strze­że­nie. Już świ­tało, kiedy polał alko­ho­lem ranę, która ni­gdy nie goiła się do końca, bo zawsze ciął się i ciął od nowa w tym samym miej­scu, żeby dać krew pro­chom, zwra­ca­ją­cym mu tylko tę podej­rzaną ciszę, spra­wia­jącą, że myślał o swo­jej zakne­blo­wa­nej żonie, z ustami zaszy­tymi przez kogoś, kto chciał ich roz­dzie­lić na zawsze.

Hote­lowe śnia­da­nie ser­wo­wano na sto­łach nakry­tych obru­sami w kratkę, w sali jadal­nej o bia­łych ścia­nach. Ozdo­biono ją obra­zami przed­sta­wia­ją­cymi ryby, wysu­szo­nymi rybami w witry­nach i kolej­nym akwa­rium, tro­chę więk­szym od tego w recep­cji. Esqu­ina była czymś w rodzaju sto­licy węd­kar­stwa. Juan ni­gdy w życiu nie łowił ryb. I, skoro tema­tem prze­wod­nim hotelu była ich­tio­lo­gia, nie rozu­miał, dla­czego nazy­wał się Panambí, co w języku guaraní zna­czyło "motyl". Ni­gdzie nie było motyli, nawet w logo. Napił się nie­zbyt moc­nej her­baty i posma­ro­wał Gaspa­rowi tosty masą kaj­ma­kową. Syn był bar­dzo mil­czący.

- Co się stało?

- Jesteś na mnie zły.

- Nie, synku, jestem w złym humo­rze. Kiedy skoń­czysz śnia­da­nie, pój­dziemy się wyką­pać.

Gaspar prze­pła­kał cały ranek, zanim zeszli do jadalni. Odkąd zmarła jego mama, pła­kał codzien­nie po prze­bu­dze­niu. Cza­sami tak po pro­stu, cza­sem zło­ściło go jakieś głup­stwo, cza­sem mówił, że boli go głowa, chce mu się spać, jest mu za gorąco. Śniła mu się i Juan o tym wie­dział, zwy­kle śnił, że jej śmierć była tylko snem. Zda­rzało się, że Juan dawał mu się wypła­kać, kiedy indziej sia­dał przy nim w mil­cze­niu, cza­sem prze­my­wał mu twarz zimną wodą, ale ni­gdy nie wie­dział dokład­nie, co powi­nien zro­bić. Tego ranka, kiedy Gaspar uspo­koił się po chwili pła­czu i krzy­ków, wyry­wa­nia sobie wło­sów i wale­nia pię­ścią w poduszkę, zapro­po­no­wał mu, że pójdą na plażę. Gaspar zgo­dził się i zapy­tał, czy woda jest zimna jak w Mar del Plata. Powie­dział, że nie, to roz­le­wi­sko rzeki, a rzeki są zupeł­nie inne, bar­dziej podobne do basenu. Było to kłam­stwo, ale podzia­łało. Tak naprawdę to Juan chciał się wyką­pać, uznał też, że czas naj­wyż­szy, by syn popra­co­wał tro­chę nad tech­niką, któ­rej go uczył. On sam nauczył się pły­wać w wieku ośmiu lat, przez czy­stą nie­od­po­wie­dzial­ność swo­jego brata, który wycho­dził z nim na spa­cery i nie wie­dział, jak zor­ga­ni­zo­wać mu czas, więc zapi­sał go na basen. Juan wie­dział, że mu nie wolno; jego lekarz Jorge Brad­ford zabro­nił mu wyczer­pu­ją­cych ćwi­czeń fizycz­nych. Ni­gdy nie dowie­dział się o popo­łu­dniach na base­nie albo uda­wał, że nie ma o nich poję­cia, czę­sto zacho­wy­wał się ambi­wa­lent­nie; stać go było na gesty nie­sa­mo­wi­cie wyro­zu­miałe, cza­sem jed­nak bywał wredny i trudno było prze­wi­dzieć jego reak­cje.

Brad­ford nauczył go zamy­ka­nia się, gdy Juan miał sześć lat i docho­dził do sie­bie po kry­zy­sie kar­dio­lo­gicz­nym; wiele waż­nych rze­czy w jego życiu wyda­rzyło się na szpi­tal­nym łóżku, pomię­dzy bólem, znie­czu­le­niem i stra­chem. Sko­rzy­stał z tej samej metody, któ­rej on sam użył z Gaspa­rem w nocy. Dok­tor Brad­ford, ten, który zope­ro­wał go, kiedy Juan był umie­ra­jący, odwie­dzał go codzien­nie, a potem adop­to­wał pod pre­tek­stem, że w ten spo­sób zapewni mu naj­lep­szą opiekę. Ele­ganc­kie porwa­nie. Zakup: zapła­cił za niego. To cud, powie­dział Brad­ford rodzi­com, praw­dziwy cud, że jesz­cze żyje, potrze­buje lecze­nia i opieki, któ­rych pań­stwo, nie­stety, ze względu na złą sytu­ację finan­sową, nie mogą mu zapew­nić. A oni się zgo­dzili.

Tam­tej nocy w szpi­tal­nym łóżku Juan nie mógł uci­szyć gło­sów, jakieś ręce macały go po całym ciele - od środka i na zewnątrz - widział ludzi wokół łóżka nawet wtedy, gdy zamy­kał oczy. I Brad­ford kazał mu usiąść, zwil­żył jego włosy chłodną wodą i powie­dział mniej wię­cej to samo, co Juan powie­dział Gaspa­rowi. Użyj głosu doby­wa­ją­cego się spo­mię­dzy krę­go­słupa i żołądka, każ im odejść, a sobie pójdą. Pamię­tał dobrze, że musiał pró­bo­wać wiele razy, szu­ka­jąc wska­zó­wek w ciem­nych i chci­wych oczach tego męż­czy­zny, dopóki nie zapa­dła cisza, a sala inten­syw­nej tera­pii nie stała się na powrót pomiesz­cze­niem peł­nym pacjen­tów, umie­ra­ją­cych albo po cięż­kich ura­zach. Brad­ford został z nim, dopóki Juan nie zasnął. Rano, po prze­bu­dze­niu, głosy i obrazy wró­ciły, a Brad­ford wciąż tam był. Znów udzie­lił mu wska­zó­wek, a Juanowi udało się za pierw­szym razem. Póź­niej Brad­ford popro­sił, żeby opowie­dział mu o tym, co widział. I Juan wyli­czył: budził się i przy stole ze śnia­da­niem albo w łóżku widział trupa; usta, które się z niego śmiały, dłoń zakry­wa­jącą mu twarz i nie­po­zwa­la­jącą oddy­chać w nocy; ptaki i owady, które ata­ko­wały go, wla­tu­jąc pro­sto w głowę, kiedy wycho­dził na patio; dwie maleń­kie twa­rze patrzące na niego spod kamie­nia, któ­rego uży­wała matka, żeby drzwi szopy w głębi się nie zamy­kały. Opowie­dział o tym rodzi­com, ale oni nie wyda­wali się go rozu­mieć. Brad­ford ow­szem.

Rodzice bali się go, pró­bo­wali uspo­ka­jać i czym prę­dzej zmie­niali temat. Jego brat Luis był inny. Też się bał, ale pró­bo­wał pomóc. Mówił, żeby myślał o czym innym. Nauczył go pły­wać.

Teraz on musi nauczyć syna, ale naj­pierw chciał popły­wać chwilę w rzece sam. Poje­chali samo­cho­dem na plażę, która była piękna i czy­sta, i w dodatku pra­wie pusta, posa­dził Gaspara na tra­wie, pod drze­wem, posta­wił obok prze­no­śną lodówkę. Nalał mu wody sodo­wej do pla­sti­ko­wego kubka i powie­dział, tata idzie popły­wać, ale nie martw się, jeśli ktoś się do cie­bie zbliży, poża­łuje. Nie odchodź ni­gdzie, bo i tak cię znajdę i wiesz, co będzie.

Wcho­dząc do wody, minął parę wycho­dzącą na brzeg. Ona była ładna, miała na sobie jed­no­czę­ściowy nie­bie­ski kostium i powie­działa mu cześć, on spoj­rzał na niego dość agre­syw­nie i mocno objął ją w pasie. Żadne z nich nie potra­fiło unik­nąć gapie­nia się na bli­znę na piersi Juana. Jemu to nie prze­szka­dzało. Pły­wał pięt­na­ście minut, dokład­nie tyle, by się nie nad­wy­rę­żyć. Mógł pły­wać o wiele dłu­żej, ale musiał uwa­żać na sie­bie, skoro miał potem usiąść za kie­row­nicą. Rzeka lśniła sre­brzy­ście w pro­mie­niach słońca, ale woda była dość mętna. Zanim wyszedł, przez chwilę uno­sił się na wodzie; od syna czuł wyłącz­nie spo­kój. Kiedy woda się­gała mu do kolan, poma­chał do Gaspara i krzyk­nął: chodź, musisz się nauczyć, zdej­mij koszulkę i teni­sówki. Uło­żył Gaspara na wodzie i pochy­lił się nad nim. Przy­trzy­mam cię, powie­dział, kiedy poczuł, że wije się ze stra­chu, żeby nie pójść na dno. Machaj nogami, dodał, ochlap mnie, rób jak naj­wię­cej hałasu.

Było coś w tym gorą­cym poranku i śli­skiej skó­rze chłopca na jego rękach, co spra­wiło, że poczuł obok sie­bie Rosa­rio, przy­po­mniał sobie, jak umie­rała z zimna na angiel­skiej wsi, przy­po­mniał sobie, jak śpie­wała pio­senkę Toni­ght will be fine, jak tań­czyła do pio­senki Bowiego i skar­żyła się, że w radiu ni­gdy nie pusz­czają dobrej muzyki, i jej szyję, i piersi, które były duże, ale ni­gdy nie nosiła sta­nika, nawet kiedy uro­dził się Gaspar, i ranki, kiedy ją budził, ona się skar­żyła, daj mi pospać, ale po chwili także go obej­mo­wała, a on uno­sił jej nogi, kładł je na swo­ich ramio­nach, pie­ścił ją języ­kiem i pal­cami, aż robiła się wil­gotna.

Nie mógł jej zna­leźć. Mógł zoba­czyć tę biedną cię­żarną kobietę z hotelu, mógł zoba­czyć setki ludzi mor­do­wa­nych codzien­nie, a jej nie mógł spo­tkać. Pro­sił ją, kiedy jesz­cze żyła, pra­wie żar­tem, uda­jąc postać z powie­ści, nie zosta­wiaj mnie samego, haunt me, nie było po hisz­pań­sku słów, żeby oddać ten cza­sow­nik, nie cho­dziło o zacza­ro­wa­nie ani o uka­za­nie się, cho­dziło o haunt, ale ona ni­gdy nie wzięła tego na poważ­nie. Prze­cież to on miał umrzeć pierw­szy, to byłoby logiczne; żało­sne, że jesz­cze żył.

Cza­sem myślał, że Rosa­rio się przed nim ukrywa. Albo że coś nie pozwala jej przy­być. Albo że ode­szła zbyt daleko.

- A teraz co?

- Teraz wło­żysz głowę pod wodę. Ale nie zaty­kaj nosa.

- Uto­pię się.

- Na pewno się nie uto­pisz.

Ćwi­czyli, jak wstrzy­mać oddech, nie zanu­rza­jąc się w wodzie. Gaspar napeł­niał policzki powie­trzem, a Juan poczuł nie­moż­liwy do pomy­le­nia z niczym ból w skro­niach. Za dużo czasu na słońcu. Ale nie zamie­rzał prze­stać, póki chło­pak nie nauczy się wstrzy­my­wać odde­chu.

Kiedy ponow­nie zna­leźli się pod drze­wem, nalał sobie zim­nej wody sodo­wej i dodał kilka kostek lodu, które pły­wały w lodówce. Połknął dwie tabletki i zamknął oczy oparty o korze­nie, żeby ból nieco ustą­pił. Pul­so­wało mu w gło­wie, ale przy­naj­mniej rytm był regu­larny, nieco powolny.

- Nie uto­pi­łem się - powie­dział nagle Gaspar.

- Widzisz? Pły­wa­nie jest łatwe, szybko się nauczysz.

- Obu­dzisz się?

- Nie śpię, odpo­czy­wam.

- Chcesz kanapkę?

- Nie, nie­długo zjemy obiad. A wie­czo­rem zoba­czymy Tali.

- Mogę zro­bić kanapkę dla sie­bie?

Naj­lep­szym spo­so­bem na zna­le­zie­nie drogi do domu Tali było zlo­ka­li­zo­wa­nie na tra­sie sta­rego mostu z zardze­wia­łego żelaza, już nie­użyt­ko­wa­nego, poro­śnię­tego nie­moż­liwą do powstrzy­ma­nia zie­le­nią wybrzeża, jej lia­nami i kwia­tami. Obok niego wyła­niała się Kaplica Dia­bła i wtedy nale­żało jechać pro­sto drogą z ubi­tej ziemi, która oka­zy­wała się nie­prze­jezdna, kiedy było błoto. Kaplica sta­no­wiła for­malne wej­ście do Colo­nia Camila. Tali uwiel­biała tu miesz­kać, w tej wio­sce mają­cej dwu­stu miesz­kań­ców i dwa sklepy.

Tali była jego pra­wie szwa­gierką. Córką ojca Rosa­rio i jego kochanki z Cor­rien­tes, kobiety z klasy śred­niej, która wypro­wa­dziła się na wieś, zało­żyła świą­ty­nię San La Muerte - Świę­tego Umrzyka - i zyskała lokalną sławę jako uzdro­wi­cielka i wielka pięk­ność. Umarła młodo - Juan i Rosa­rio wie­dzieli, że cho­ciaż zacho­ro­wała, jej śmierć zde­cy­do­wa­nie nie nale­żała do natu­ral­nych - Adolfo Reyes zaś, który kochał ją naprawdę i kolek­cjo­no­wał wize­runki świę­tego (tak się wła­śnie poznali), dbał o jej świą­ty­nię. Tali pod­trzy­my­wała teraz tra­dy­cję swo­jej matki, straż­niczki i kapłanki świę­tego. Razem z Rosa­rio stwo­rzyła salę poświę­coną San La Muerte w Muzeum Sztuki Ludo­wej w Asun­ción, sta­no­wiącą część wystawy sta­łej, uzna­waną za naj­lep­szą w Para­gwaju, w regio­nie i praw­do­po­dob­nie na całym świe­cie.

Od lat w sank­tu­arium Tali orga­ni­zo­wano pota­jemne uro­czy­sto­ści. Colo­nia Camila leżała z dala od miast, wpraw­dzie nad rzeką, cho­ciaż oddzie­lona od kąpie­lisk i przy­stani; można tu było wyzna­wać w miarę spo­koj­nie wszyst­kie te kulty, za któ­rymi nie prze­pa­dał Kościół i które budziły strach i nie­uf­ność. W ostat­nich cza­sach Tali utrzy­my­wała swoje sank­tu­arium w dys­kret­nej tajem­nicy. Nasłu­chała się o woj­sko­wych, któ­rzy roz­trza­ski­wali domowe ołta­rzyki pod­czas prze­szu­kań, cza­sem pory­wali ich wła­ści­cieli, prze­trzy­my­wali potem kilka nocy w komi­sa­ria­cie, trak­tu­jąc to jako demon­stra­cję siły. Ona była córką boga­tego biz­nes­mena mają­cego kon­takty. I tak nie mogliby jej nic zro­bić, ale lepiej na sie­bie uwa­żać.

Adolfo Reyes kupił także sporo hek­ta­rów wokół świą­tyni i domu córki, gdyż na tym tere­nie znaj­do­wała się Kaplica Dia­bła don Lorenza Simo­net­tiego. Kościół został zbu­do­wany przez imi­granta z Włoch, jed­nak dziw­nym zbie­giem oko­licz­no­ści ni­gdy nie został kon­se­kro­wany. Tali sprzą­tała w nim w nocy, przy­świe­ca­jąc sobie lampką naf­tową. Wiele osób widziało w oknach blask, krą­żyły roz­ma­ite histo­rie o tym, co dzieje się w jego ścia­nach, ale żadna nie była praw­dziwa. Juan potwier­dził to Tali i jej ojcu wię­cej niż raz: w kościele pano­wała wpraw­dzie dziwna atmos­fera, ale nie nawie­dzały go duchy. Adolfo Reyes, który lubił robić sobie roz­ma­ite kpiny, nie znie­chę­cił się wcale: wymy­ślał różne plotki, nowe histo­rie do tego stop­nia, że nie dało się już odróż­nić fik­cji od naj­praw­dziw­szych fak­tów doty­czą­cych tej kaplicy i zapo­mnia­nej miej­sco­wo­ści.

Lorenzo Simo­netti przy­był do Cor­rien­tes z Włoch jako wdo­wiec z ośmior­giem dzieci. W 1904, rok po tym, jak osie­dlił się w Colo­nia Camila, zaczął budo­wać kaplicę, nie pro­sząc o pozwo­le­nie władz kościel­nych. Był rze­mieśl­ni­kiem: wyrzeź­bił Madonnę z drzewa urun­day, sta­ra­jąc się nadać jej rysy swo­jej żony zmar­łej przy poro­dzie. Z pomocą sąsia­dów wyko­nał też wszystko inne: prace murar­skie, drew­niane ławy, szkła do lichych witraży. Dzwony przy­wiózł mu z Włoch jego rodak. Ołtarz zdo­biły bla­szane kwiaty i roślinne wzory. Kościół z dżun­gli i z pogra­ni­cza, bli­sko Bra­zy­lii i Para­gwaju.

Cały swój entu­zjazm wło­żył jed­nak don Lorenzo w ścianę zakry­stii. Tam umie­ścił swoje arcy­dzieło, budzące lęk sąsia­dów i przy­pusz­czal­nie będące przy­czyną dez­apro­baty kurii. Drew­niana pła­sko­rzeźba zacho­wała się dobrze mimo upływu czasu, cho­ciaż kolory nieco wybla­kły. Była to wizja pie­kła, prze­ra­ża­jąca nastawa ołta­rzowa: dzieci z nie­pro­por­cjo­nal­nie wiel­kimi gło­wami i powy­krzy­wia­nymi nogami, plą­sa­jące w rytu­al­nych tań­cach wokół ognisk, bawiące się ze smo­kami i żmi­jami. Nagie kobiety prze­pa­sane wężami. Pomię­dzy nimi osza­lałe twa­rze, zawsze otwarte okrą­głe oczy i jesz­cze wię­cej gadów i pła­zów, przede wszyst­kim ropuch, ropu­chy powta­rzają się obse­syj­nie, w nawią­za­niu do egip­skiej plagi. Scenę Sądu Osta­tecz­nego uzu­peł­nia postać czło­wieka, który czyta książkę i bez­na­mięt­nym wzro­kiem obser­wuje prze­raź­liwe obrazy pełne bólu.

Simo­netti, skoń­czyw­szy kościół, pró­bo­wał poda­ro­wać go kurii, ale księża po obej­rze­niu odrzu­cili dar. Odbyły się kolejne nego­cja­cje, zakoń­czone kolej­nymi odmo­wami. Z przy­czyn pozor­nie biu­ro­kra­tycz­nych, nikt jed­nak nie wie­rzył w to wyja­śnie­nie. Mówiono, że reta­bu­lum przed­sta­wia zlot cza­row­ni­ków, w któ­rym bie­rze udział sam dia­beł, kre­ol­ski sabat. Mówiono, że don Lorenzo uczest­ni­czył w takich obrzę­dach. Simo­netti zmarł, nie zdo­ław­szy prze­ko­nać księży o świę­to­ści swo­jego dzieła. Być może ślu­bo­wał - nie był stary, ale chory - że przej­dzie drogę z Colo­nia Camila do Goya, żeby poroz­ma­wiać z kościel­nymi wła­dzami. Kiedy wró­cił, poło­żył się do łóżka, żeby odpo­cząć, i następ­nego dnia już nie żył.

W naj­więk­szym skle­pie w Colo­nia Camila, w któ­rym dzia­łał rów­nież skromny bar, ludzie opo­wia­dali, że widzieli widmo ubra­nego na czarno Simo­net­tiego, idą­cego do Goya. Opo­wia­dano rów­nież histo­rie o jakimś mrocz­nym sto­wa­rzy­sze­niu, które odwra­cało się ple­cami do ołta­rza i klę­kało przed nastawą ołta­rzową przed­sta­wia­jącą Sąd Osta­teczny.

Usły­szała go wcze­śniej, niż zoba­czyła, gdy słońce roz­pa­lało na nie­bie żółty pło­mień, a palmy w oddali przy­po­mi­nały cie­nie. Tali wybie­gła z domu, biała sukienka pach­niała jaśmi­no­wym mydłem, które przy­wie­ziono jej z Para­gwaju, w pośpie­chu zapo­mniała wło­żyć butów. Nie wie­rzyła w to jesz­cze, kiedy czuła tylko jego zapach, ale kiedy go zoba­czyła z nie­wiel­kiego wznie­sie­nia, na któ­rym stały jej dom i świą­ty­nia, nie miała już naj­mniej­szych wąt­pli­wo­ści. W wie­czor­nym słońcu jego jasne włosy nabrały poma­rań­czo­wych poły­sków, a czarna koszulka zabar­wiła się gra­na­tem zmierz­chu. Nawet kiedy śmiał się w ten spo­sób, z otwar­tymi ustami i zazna­czo­nymi dołecz­kami na policz­kach, i było coś roz­czu­la­ją­cego w tym, jak zgi­nał bar­dzo dłu­gie nogi, śli­zga­jące się w bło­cie, i wycią­gał ramiona, i mówił do syna, dawaj, a chło­piec dro­bił małymi krocz­kami obok niego, nawet obser­wu­jąc tę scenę rodzinną i zwy­kłą, można było zro­zu­mieć, dla­czego nazy­wano go Zło­ci­stym Bogiem, z tymi żyłami na ramio­nach przy­po­mi­na­ją­cymi kable pod skórą i zbyt wiel­kimi rękami, cien­kimi pal­cami, dłu­gimi i sze­ro­kimi dłońmi.

Ni­gdy nie widziała takiego męż­czy­zny, ani wcze­śniej, ani póź­niej, ani teraz, a kiedy go widy­wała, zda­wał się jej tak nie­zwy­kle piękny, że oczy zacho­dziły jej mgłą i patrze­nie na niego było jak zaska­ku­jący zachód słońca, kiedy natura uka­zuje swoją grozę i swoje piękno.

- Czyż­byś polu­bił błoto, cha­migo? - krzyk­nęła. Miała nadzieję, że jej głos, iro­niczny i jed­no­cze­śnie cie­pły, nie będzie się łamał, i tak się stało. Juan poznał ją od razu.

- Tali, co to za kata­klizm? Ugrzęź­li­śmy w bagnie!

Juan i Gaspar - już cał­kiem wyro­śnięty i chudy - śmiali się jak wariaci. Tali nie mogła w to uwie­rzyć. Spo­dzie­wała się, że będzie rów­nie wście­kły i smutny jak kilka mie­sięcy wcze­śniej. Teraz stał tu, w drzwiach jej domu, zwi­ja­jąc się ze śmie­chu, z nogami grzę­zną­cymi w bło­cie, mówiący do syna: "To ruchome pia­ski Cor­rien­tes!".

- No, posta­raj­cie się bar­dziej, jeśli się prze­wró­ci­cie, weź­mie­cie kąpiel.

Tali oparta o bramę chciała nacie­szyć się tym nie­sły­cha­nym spek­ta­klem: Zło­ci­sty Bóg żar­tu­jący z wła­snej nie­zdar­no­ści, uda­jący, że pogrąża się w bagnie, że krzy­czy ze stra­chu. Chło­piec, który był lżej­szy, wydo­stał się z błota pierw­szy, a Tali otwo­rzyła przed nim bramę. On spoj­rzał jej w oczy, z cie­ka­wo­ścią, uważ­nie. Cześć, Tali, powie­dział. I odwró­cił się, reagu­jąc okrzy­kami na to, że ojciec się pośli­zgnął i pra­wie upadł.

- Wiesz, Juan­cito, że droga za domem jest wyas­fal­to­wana?

- Bujasz.

- No dobrze. Wysy­pali ją tylko szu­trem.

- Czemu tamta droga jest szu­trowa? Pro­wa­dzi do jakiejś więk­szej miej­sco­wo­ści?

- Nie, ale to Cor­rien­tes. Nie warto szu­kać logiki.

- W takim razie potem prze­sta­wię samo­chód. Mam nadzieję, że nie ugrzązł w bło­cie.

- Naj­wy­żej go popchniemy.

Juan prze­sko­czył na kawa­łek suchej trawy i stam­tąd zro­bił dwa dłu­gie kroki; dotarł do bramy. Tali wresz­cie mogła popa­trzeć na niego z bli­ska i uświa­do­miła sobie, że wie­czorne świa­tło oka­zało się złudne, Juan miał opuch­nięte oczy i wychudł; te jego dziwne oczy, z tęczówką o wymie­sza­nych kolo­rach, zie­lone i nie­bie­skie bły­ski, i tro­chę żół­tych, były zmę­czone i senne. Ale to bla­dość Juana spra­wiła, że Tali zro­zu­miała, iż wygłupy w bło­cie były wła­śnie tym - wygłu­pami.

- Gdy­bym nie wie­działa, że żyjesz, pomy­śla­ła­bym, że mam przed sobą ducha, taki jesteś, kurwa, blady.

Udał, że tego nie sły­szy, i objął ją mocno, tak że aż uniósł z ziemi. Pobru­dził Tali sukienkę, ale ona się tym nie prze­jęła. Wtu­liła się raz jesz­cze, po tak dłu­giej prze­rwie, w ciało Juana, które było potężne i wraż­liwe; zanu­rze­nie się w jego sze­ro­kiej piersi, poczu­cie na koszulce zapa­chu cie­pła, ben­zyny i płynu prze­ciw owa­dom uspo­ka­jało. On oddy­chał głę­boko, z ulgą. Zamknęła oczy i wsłu­chała się w ten oddech i w nocne owady, które budziły się i bzy­czały. Wziął ją za rękę, ona poczuła smu­tek na koniusz­kach jego pal­ców, jakby się z nich sączył. Zauwa­żyła też, że ma brudny ban­daż zawią­zany na ranie wewnątrz dłoni. Musisz zmie­nić tę szmatę, zawy­ro­ko­wała, ale Juan nic nie powie­dział. Gaspar sie­dział na ziemi, pró­bu­jąc doczy­ścić białe teni­sówki.

- Zostaw to, słonko, wypiorę ci je - ode­zwała się i natych­miast zaczęła dzia­łać. Podała mu rękę, zawo­łała ski­nie­niem dłoni, jakby machała na powi­ta­nie, chło­paka pra­cu­ją­cego na poletku za domem i popro­siła go, żeby przy­pro­wa­dził samo­chód utwar­dzaną drogą, i podała bar­dzo chłodne tereré na stole na weran­dzie. - Mam tylko z wer­beny. Zaraz przy­niosę coś dla cie­bie, mitaí, lubisz coca-colę?

Kiedy wró­ciła z napo­jem, Juan wycią­gnął się na roz­kła­da­nym leżaku i zwil­żył sobie twarz zimną wodą.

- Mogłeś uprze­dzić, że przy­je­dziesz, przy­go­to­wa­ła­bym coś, posprzą­tała w domu.

- Nie wie­dzia­łem, czy uda mi się dotrzeć na miej­sce samemu, więc tro­chę się pospie­szy­łem. A kiedy zda­łem sobie sprawę, że jest jesz­cze wcze­śnie, posta­no­wi­łem cię odwie­dzić, zanim ruszę do Puerto Reyes.

- Dobrze się czu­jesz?

Nie spoj­rzał na nią. Wolał czer­wień zmierz­chu pomię­dzy drze­wami.

- A mały jak się miewa?

- Nie roz­ma­wiaj­cie o mnie, jakby mnie tu nie było - zapro­te­sto­wał Gaspar i odsta­wił na stół szklankę z colą. Zmarsz­czył czoło i skrzy­żo­wał ramiona.

- No wła­śnie. Jego spy­taj.

- Co za cha­rak­ter, chłop­cze. Jak się mie­wasz?

- Cza­sem dobrze, cza­sem źle. Tęsk­nię za mamą i boję się, kiedy on cho­ruje. - I ze złym, pra­wie oskar­ży­ciel­skim wyra­zem twa­rzy wska­zał na ojca.

Tali przy­tu­liła chłopca i posa­dziła sobie na kola­nach, cho­ciaż był już na to za duży. Nie wie­działa, co zro­bić, bo ni­gdy wcze­śniej nie sły­szała, żeby sze­ścio­let­nie dziecko mówiło tak jasno i szcze­rze, powie­działa więc, chodź, zmie­nimy buty, i zapy­tała Juana, czy przy­wieźli drugą parę.

No jasne, odpo­wie­dział, przy­wio­złem też san­dały, ale tu może chyba cho­dzić boso. Nie, boso nie, zaopo­no­wała Tali, za dużo owa­dów.

W łazience umyła Gaspa­rowi nogi, zmie­niła mu teni­sówki i koszulkę, słu­cha­jąc, jak opo­wiada o widzia­nych po dro­dze zwie­rzę­tach, nawet jele­niu z rogami. Wydało jej się dziwne, żeby jeleń mógł zawę­dro­wać tak daleko od rzeki, ale co mogło naprawdę dzi­wić, kiedy Juan był bli­sko?

Tali poznała Juana w Buenos Aires. Ojciec zawiózł ją tam, żeby zmu­sić Tali do nauki, ale ona ucie­kała z lek­cji, rzu­cała się na pod­łogę, pła­kała. Rosa­rio pró­bo­wała ją pocie­szać, mówiąc, że szkoła nie jest wcale taka zła, że bywa tam nawet miło, ale Tali odpo­wie­działa, że to nie jej nie­na­wi­dzi, lecz mia­sta. Adolfo Reyes zre­zy­gno­wał więc z kształ­ce­nia młod­szej córki w naj­lep­szej szkole w Buenos Aires, w któ­rej uczyła się Rosa­rio, i pozwo­lił jej wró­cić na pół­noc, do swo­jej świą­tyni i swo­ich zió­łek, i wiej­skiej szkoły.

Rosa­rio i ona były nie tylko przy­rod­nimi sio­strami, ale rów­nież dobrymi przy­ja­ciół­kami. Tali pła­kała, kiedy Rosa­rio, w wieku osiem­na­stu lat, wyje­chała do Anglii na stu­dia. Miała się uczyć, tak powie­działa Tali, na naj­lep­szym uni­wer­sy­te­cie na świe­cie i była szczę­śliwa. Juan skoń­czył pięt­na­ście i tego roku spę­dził całe lato w Puerto Reyes. On też był bar­dzo smutny. Tali, która przy­je­chała tam z wizytą, aż otwo­rzyła usta ze zdu­mie­nia, kiedy znów zoba­czyła Juana w chłod­nym miej­scu na tara­sie wycho­dzą­cym na rzekę. Dora­stała, patrząc na synów imi­gran­tów, wyso­kich i jasno­wło­sych jak ten chło­pak, Szwe­dów z Oberá, Niem­ców z Eldo­rado, Ukra­iń­ców z Ari­stó­bulo del Valle. Pod­czas wycie­czek z ojcem cza­sem jadła na obiad kieł­basę i podzi­wiała orchi­dee na uro­czy­sto­ściach tych wspól­not; zako­chi­wała się jak głu­pia w chło­pakach o przej­rzy­stych oczach i skó­rze przy­ciem­nio­nej słoń­cem. Ale kiedy Juan wstał z ple­cio­nego krze­sła i poca­ło­wał ją w oba policzki, tamci męż­czyźni i kobiety wydali się jej wpraw­kami nie­zbyt zdol­nego mala­rza, szki­cami nie­wpraw­nej dłoni, która pró­bo­wała wciąż od nowa, a w końcu nary­so­wała Juana i dała mu życie, i mówiła: o to cho­dzi, tego szu­ka­łam, to wła­śnie dosko­nałe wykoń­cze­nie. Juan miał pięt­na­ście lat, ona sie­dem­na­ście, a jed­nak zapło­nęły jej uszy, kiedy patrzyła na niego w mil­cze­niu. Chcesz się przejść?, zapy­tała Tali. Nie jest chyba bar­dzo gorąco. Obe­szli zdzi­czały ogród wokół domu. Opowie­działa mu o Skan­dy­na­wach z Oberá i zapy­tała, czy jego rodzina też stam­tąd pocho­dzi. Juan odparł, że tak, ale prze­pro­wa­dzili się do Buenos Aires, bo on był bar­dzo chory. Może masz tam jesz­cze rodzinę. Nie wiem, przy­znał Juan.

Tego wie­czoru, po kola­cji zło­żo­nej z kaj­mana żakare i sma­żo­nego manioku, spe­cjal­no­ści Rufiny, kucharki z Puerto Reyes, Juan wyrwał kartkę z zeszytu, w któ­rym coś ryso­wał, kiedy pozo­stali pili kawę (on nie pił), i podał jej obra­zek: dwa psy szcze­kały do księ­życa z pro­mie­niami przy­po­mi­na­ją­cego bar­dziej słońce, ale był to księ­życ, bo miał twarz i to twarz kobiety, w oddali naryso­wał dwa budynki, dwie niskie wieże, po jed­nej na każ­dego psa, a przed nimi jezioro albo staw, z któ­rego wycho­dziło zwie­rzę przy­po­mi­na­jące lan­gu­stę albo skor­piona. Pod spodem wid­niał napis "La Lune" i Tali natych­miast roz­po­znała, że to jedna z kart tarota, któ­rego sta­wiała Rosa­rio, księ­życ z tarota mar­syl­skiego. Sio­stra pró­bo­wała ją nauczyć, ale Tali wolała hisz­pań­ską talię.

- Mogę cię nauczyć, teraz, kiedy ona wyje­chała - powie­dział Juan.

- Skąd wiesz, że tego chcę?

- Od Rosa­rio, powie­działa, że nie potra­fiła ci dobrze tego wytłu­ma­czyć. Ja umiem to zro­bić lepiej niż ona.

- A ta karta co ozna­cza?

- To zależy od inter­pre­ta­cji.

Juan scho­wał ołó­wek w kie­szeni nie­ska­zi­tel­nie bia­łej koszuli, którą miał na sobie. Nie wyda­wał się chory, cho­ciaż ona wie­działa, że jego stan jest poważny. Czemu ukry­wali to przed nią przez ostat­nie lata? Dowie­działa się tego póź­niej, w dość bru­talny spo­sób.

Wciąż miała tam­ten rysu­nek, tam­ten księ­życ, tamte psy.

Gaspar, czy­sty i ze zmę­czoną twa­rzą, usiadł na dru­gim leżaku. Już nie zbie­rało się na deszcz, ale zapa­dała ciemna i wil­gotna noc. Guil­ler­mito, chło­pak, który pra­co­wał u Tali, zapa­lił świa­tła na patio i na weran­dzie. Juan zdjął koszulę i otrze­pał ją, żeby osu­szyć pot. Przy­niosę ci wia­trak, zapro­po­no­wała Tali. Nie, nie potrzeba, odparł.

- Pew­nie cię szu­kają.

- Nie znajdą mnie. Teraz tro­chę trud­niej utrzy­mać tajem­nicę, ale wciąż mogę to zro­bić.

- Betty nie przy­je­dzie w tym roku?

- Jeśli cho­dzi o nią i jej córkę, nic się nie zmie­niło. Nie może wziąć udziału w Cere­mo­nii, póki nie zde­cy­dują, co z dziew­czynką. Na razie bar­dzo jej to odpo­wiada. Kiedy zde­cy­dują, co zro­bić z małą, a naj­praw­do­po­dob­niej odbiorą ją Betty, zoba­czymy, co będzie.

- A wiesz, że w Reyes mają nowe psy? Boję się ich panicz­nie, są ogromne, przy­po­mi­nają konie. Jeden z nich, czarny, ma chyba z pół­tora metra, nazywa się Nix.

- Pies nie może mieć pół­tora metra, prze­sa­dzasz.

- Co to jest Nix? - zain­te­re­so­wał się nagle Gaspar.

- Juan­cito, to dziecko jest nie­moż­liwe, wszystko sły­szy.

- Nyks to grecka bogini nocy. Noc.

- A jest w mojej książce?

- Nie sądzę, to zapo­mniana bogini. Opo­wia­da­łem ci już o zapo­mnia­nych bogach. Ludzi, któ­rzy ich wyzna­wali, było nie­wielu, z cza­sem robiło się ich coraz mniej i prze­stano o nich opo­wia­dać.

- To bar­dzo smutne.

- Tak, to smutne. Ale o Nyks wia­domo kilka rze­czy. Była żoną Ereba, ciem­no­ści, która nie jest tym samym co noc, bo możesz też spo­tkać ją w dzień. Miała synów bliź­nia­ków, Hyp­nosa i Tana­tosa. Hyp­nos to sen, a Tana­tos śmierć. Są podobni, ale oczy­wi­ście nie tacy sami.

- I miesz­kają wszy­scy razem?

- Tego nie wia­domo, więc możesz wyobra­zić sobie, co chcesz.

Juan spoj­rzał na Tali i powie­dział, że Gaspar czyta książkę z mitami. Obie­ca­łem, że pokażę mu kora­lo­drzew, ze względu na Anahí. Po cichu Tali powie­działa, dzie­ciak zanu­dzi ci się w szkole.

Guil­ler­mito pod­szedł do stołu. Pro­szę, znajdź mały mate­rac dla chłopca, powie­działa Tali. Poproś Karinę, ona ma mnó­stwo mate­racy. Zza załomu kory­ta­rza wyło­niła się dziew­czynka tro­chę więk­sza od Gaspara. Miała ubło­cone kolana i włosy ucze­sane w dwa nie­chluj­nie sple­cione war­ko­cze.

- Lau­rita, może zabie­rzesz Gaspara i poba­wi­cie się razem? Masz ochotę, Gaspa­rze? Potem zawo­łamy was na kola­cję.

Dzieci przez chwilę nie wie­działy, o czym roz­ma­wiać, ale Lau­rita opo­wie­działa Gaspa­rowi o szcze­niaczku, któ­rego dostała, i zapy­tała, czy chce go zoba­czyć, i poszli. Tali zauwa­żyła, że Juan patrzy za nimi, jak odcho­dzą, i zagryza wargi.

- Nic mu się nie sta­nie, ona jest stąd, jest przy­zwy­cza­jona, zaopie­kuje się nim lepiej niż ty. To nor­malne, co się z tobą dzieje.

- Nic nie jest nor­malne. Nie mogę z nią poroz­ma­wiać.

- Z Rosa­rio? Juan, za parę dni masz Cere­mo­nię. Na tym musisz się teraz sku­pić.

Juan spoj­rzał na nią oczyma mie­nią­cymi się kolo­rami w sła­bym świe­tle werandy. Odwi­nął ban­daż i poka­zał jej ranę. Tali obej­rzała ją uważ­nie, nie była spuch­nięta, nie dostrze­gła śla­dów infek­cji.

- Nie mogę jej spro­wa­dzić, nawet uży­wa­jąc znaku pół­nocy. Skoro nie mogę nawią­zać z nią kon­taktu za pomocą tego rytu­ału, to zna­czy, że ktoś nie pozwala jej przy­być.

- Ktoś może to zro­bić?

- Ktoś potężny tak. Albo kilka osób wspól­nie. Myślę, że jest ich kil­koro.

- Cza­sem nie udaje się nam dotrzeć do naszych zmar­łych, wiesz o tym.

- Nie sądzę, żeby tak było w tym przy­padku.

Juan spoj­rzał na Tali i odgar­nął sobie z czoła kosmyk wło­sów.

- Ja nic nie czuję.

Teraz, kiedy nie było już sły­chać gło­sów dzieci, Tali przy­su­nęła się do Juana i wycią­gnęła do niego rękę. Chodź, wyką­pię cię i oczysz­czę ci ranę. Kupi­łam sobie olbrzy­mią wannę, jak­bym prze­czu­wała, że może się przy­dać. On wstał powoli, leni­wie, a w kory­ta­rzu pro­wa­dzą­cym do łazienki Tali wspięła się na palce i go poca­ło­wała, popchnęła do swo­jego pokoju i zamknęła ple­cami drzwi. Seks z Juanem zawsze był nieco bru­talny, nawet jeśli on pró­bo­wał być deli­katny, a teraz nie pró­bo­wał; Tali czuła ból, kiedy roz­su­wała nogi, żeby przy­jąć tak wiel­kie ciało, zabo­lało ją, kiedy upa­dła na pod­łogę sypialni, prze­szka­dzało jej twarde drewno pod ple­cami. Zawsze nastę­po­wał też moment zała­ma­nia, czu­łego, ale też deli­kat­nego, to szarp­nię­cie, ten przy­pra­wia­jący o zawrót głowy poślizg, kiedy pozna­wała dło­nie, które tar­gały jej włosy, a on poru­szał się w niej. I zawsze przy­cho­dziła ta nie­bez­pieczna chwila, kiedy ona musiała go pro­sić, żeby zatrzy­mał to, co zaczy­nało się jak przy­jemne wra­że­nie, drżące i gorącz­kowe, a koń­czyło jak szybko wzbie­ra­jący przy­pływ, cie­pła i zbyt głę­boka fala, która już nie przy­po­mi­nała przy­jem­no­ści. On zawsze jej słu­chał i prze­sta­wał: tym razem usiadł, przy­cią­gnął ją do sie­bie tylko jedną ręką i zmu­sił, by spoj­rzała mu w oczy.

Potem Juan poło­żył się nagi w łóżku, na boku. I się roz­pła­kał, wciąż trzy­ma­jąc za rękę Tali, która znała go na tyle dobrze, by słu­chać w ciszy tego pła­czu i cze­kać. Angá, pierw­szy raz pła­cze po niej, pomy­ślała, ale nic nie powie­działa, bo Juan źle zno­sił współ­czu­cie. Pogła­dziła go po wło­sach, tak cien­kich i jasnych; nie ściem­niały mu z wie­kiem, jak wielu innym blon­dy­nom. Wyzwo­lił się deli­kat­nie z jej uści­sku. Znaj­dziesz sobie wresz­cie kogoś, zapy­tał, a Tali poło­żyła się u jego boku i zapa­liła papie­rosa, dała mu się zacią­gnąć, on zro­bił to z zamknię­tymi oczyma i wil­gotną twa­rzą, nie wytarł łez. Nie, powie­działa, ty jesteś moim męż­czy­zną. Ale nie jestem tak odważna jak Rosa­rio. Nie zro­bię dla cie­bie wszyst­kiego.

Juan zga­sił nie­do­pa­łek w popiel­niczce na noc­nym sto­liku i poca­ło­wał Tali; ona poza dymem i wer­beną poczuła słony smak łez i che­miczny posmak lekarstw. Idę poszu­kać Gaspara, powie­dział Juan i poszedł, boso i bez koszuli, wciąż miał ubło­cone nogi. Po chwili Tali usły­szała, jak roz­ma­wiają nie­da­leko od okna sypialni. Wciąż mówili o bogini nocy i jej dzie­ciach bliź­nia­kach, tak podob­nych i tak róż­nych, o śmierci i śnie.

Tali zro­biła Juanowi miej­sce, kiedy w nocy wśli­zgnął się do jej łóżka. Pozwo­lił Gaspa­rowi spać w salo­nie - chciał poło­żyć mate­rac tam, a nie w pokoju, i nie było sensu z nim dys­ku­to­wać, mógł spać, gdzie chciał; Juan wyką­pał się, spra­wiał wra­że­nie, że jest myślami gdzie indziej, ona znała go dobrze, więc nawet go nie dotknęła. Szybko zasnął. Leżał ple­cami do niej. W pół­mroku mogła dostrzec bli­znę zaczy­na­jącą się na żebrach i koń­czącą na ple­cach, ślad po prze­by­tej w dzie­ciń­stwie ope­ra­cji. Za pierw­szym razem, kiedy zoba­czyła go nagiego, bli­zny zro­biły na niej tak wiel­kie wra­że­nie, że chciała się wyco­fać; poza tym była od niego star­sza, co robiła w łóżku z cho­rym nasto­lat­kiem? Działo się to w Puerto Reyes, w jed­nym z gościn­nych pokoi posia­dło­ści. Tali pamię­tała, że za pierw­szym razem byli ostrożni, on był pra­wicz­kiem i cho­ciaż buzo­wały w nim hor­mony, jak w każ­dym chłopcu w jego wieku, był tro­chę zdy­stan­so­wany, jakby potra­fił zba­dać sytu­ację i unik­nąć nasto­let­niego nie­po­koju. I w pew­nym sen­sie potra­fił. To przez cho­robę, wyja­śnił jej póź­niej. Każda rzecz, którą robił, wyma­gała nego­cja­cji, wyli­czeń. Jakby jego obo­wiąz­kiem było opie­ko­wa­nie się deli­kat­nym szkla­nym skar­bem, któ­rego ni­gdy nie mógł odło­żyć na bok ani w bez­pieczne miej­sce, i musiał poru­szać się ostroż­nie, by go nie uszko­dzić, nie potłuc, namy­śla­jąc się nad każ­dym ruchem, zawsze na pal­cach, zawsze zasta­na­wia­jąc się, czy to gwał­towne posu­nię­cie skoń­czy się wypad­kiem, osta­tecz­nym znisz­cze­niem.

Tam­tego lata Tali została ini­cjo­wana w Brac­twie przez Adolfa Rey­esa, swo­jego ojca, i zapro­szona na Cere­mo­nię. Kiedy zoba­czyła Juana w miej­scu mocy, zemdlała. Nikt nie zauwa­żył, wszy­scy byli w jakimś tran­sie. Strach nie potrwał długo. Ojciec od lat opo­wia­dał jej o Brac­twie i sły­szała histo­rie róż­nych mediów. Ale nie spo­dzie­wała się, że Juan jest medium. Ukry­wali to przed nią skrzęt­nie, nawet Rosa­rio, tak bli­ska, ukry­wała to latami, a Tali wie­działa dla­czego.

Tro­chę ponad rok póź­niej Juan poje­chał do Lon­dynu, żeby się zope­ro­wać i znów spo­tkać z Rosa­rio. Zamiesz­kał na jakiś czas w Anglii, ale nie­szczę­ście spro­wa­dziło go z powro­tem. Tali nie zło­ściła się, gdy doszło do niej, że są z Rosa­rio razem, bo czuła, że tak powinno być. Pła­kała tylko, kiedy się dowie­działa. Potem pró­bo­wała o nim zapo­mnieć, ale jej się nie udało.

Tali zasnęła nad ranem, a kiedy się obu­dziła, Juan i Gaspar byli już w kuchni i szy­ko­wali śnia­da­nie. Wło­żyła świeżą sukienkę i pode­szła do stołu, żeby im pomóc. Gaspar powie­dział, robimy smaczne rze­czy. Przez chwilę pomy­ślała, czemu nie? Czemu nie zająć miej­sca sio­stry, nie zaopie­ko­wać się wdow­cem po niej i jej dziec­kiem?

- Dzień dobry, chłopcy - przy­wi­tała się.

Gaspar w nie­zwy­kłym sku­pie­niu sma­ro­wał grzanki, tro­chę przy­pa­lone, ale zupeł­nie jadalne. Juan powie­dział:

- Ochrona two­jej świą­tyni to kata­strofa.

Znów ten pogar­dliwy ton, któ­rego nie­na­wi­dziła, ta wyż­szość, która ją iry­to­wała.

- Nie mam two­ich umie­jęt­no­ści.

- To oczy­wi­ste. Potem zro­bię to, co konieczne.

Gaspar dał jej grzankę. Była posma­ro­wana zbyt grubą war­stwą mar­mo­lady, ale Tali i tak ją zja­dła. Posta­no­wiła się nie kłó­cić.

- Poje­dziemy potem nad wodę?

- Tak, tak! - zakrzyk­nął Gaspar. - Ja już umiem pły­wać.

- Uczy się - powie­dział Juan.

- Możemy pójść, nie ma już sier­pi­ków.

- Co to są sier­piki?

- Ryby podobne do pira­nii. Ale tylko gryzą, nie zje­dzą cię.

Gaspar otwo­rzył sze­roko oczy.

- Być może będziesz miał szczę­ście i jakąś zoba­czysz.

- Ale nie chcę, żeby mnie pogry­zły.

- Nie martw się tym, będę cię chro­nił.

- Mogę pooglą­dać tele­wi­zję?

Tali powie­działa, że tak, i zanio­sła mu mleko i cia­steczka do salonu. Kiedy wró­ciła do kuchni, Juan sie­dział przy stole i palił papie­rosa.

- Wcze­śnie wsta­łeś?

- Sta­ram się wcze­śnie wsta­wać, bo Gaspar budzi się z pła­czem.

Spoj­rzała mu w oczy i zoba­czyła tak wielką złość, że aż się prze­ra­ziła. On zga­sił papie­rosa w kubku, wyjął z torby notes i powie­dział: musimy zała­twić sprawę tej świą­tyni. Idziemy na spa­cer, powie­dział synowi, wró­cimy za jakiś czas. Chło­pak poki­wał głową, zahip­no­ty­zo­wany poranną kre­skówką, mimo że antena była kiep­ska i obraz wypeł­niał się pio­no­wymi kre­skami i desz­czem. Po wyj­ściu Juan zatrzy­mał się na chwilę w ogro­dzie Tali, który był nie­wielki, ale rosły w nim męczen­nice, chry­zan­temy, dalie, nie­za­po­mi­najki, gli­cy­nie opie­ra­jące się na wyso­kich papro­ciach, i docie­rały aż do domu, wspi­nały się po ścia­nach do dachu, naparst­nice pur­pu­rowe, które przy­po­mi­nały kap­tury i kilka orchi­dei zwi­sa­ją­cych z pnia brzo­skwini.

Tali poszła za Juanem do świą­tyni, którą zamy­kała na kłódkę. Rzadko ją otwie­rała, wierni przy­jeż­dżali głów­nie w sierp­niu, żeby skła­dać ofiary. Jeśli ktoś miał spe­cjalną prośbę, naj­pierw ją odwie­dzał i usta­lali wspól­nie datę rytu­ału.

- Chcesz wejść?

- Teraz nie.

Juan otwo­rzył swój notat­nik i ryso­wał, trzy­ma­jąc w dłu­gich pal­cach maleńki ołó­wek. Kiedy robił to na sto­jąco, zawsze wygi­nał ciało w łuk, wysu­wał do przodu bio­dra i kulił grzbiet. Nie zajęło mu to zbyt wiele czasu; kiedy skoń­czył, zdjął ciemne oku­lary, żeby spraw­dzić, czy efekt jest zado­wa­la­jący, i otarł koszulką wil­gotne czoło. Potem pod­szedł do drzwi świą­tyni, dotknął ich, pogła­dził.

- Chodź, Tali - powie­dział.

Popro­sił, żeby przy­trzy­mała rysu­nek, by dobrze go widzieć, i z tyl­nej kie­szeni spodni wyjął brzy­twę. Roz­ciął sobie środ­kowy palec pra­wej dłoni od opuszka do knyk­cia i opu­ścił rękę. Kiedy krwa­wił już dość mocno, sko­pio­wał pal­cem obra­zek na poma­lo­wa­nych na biało drzwiach. Tali spoj­rzała na pie­częć, była deli­katna i zacho­wy­wała geo­me­tryczną pre­cy­zję typową dla rysun­ków Juana. Dopiero kiedy skoń­czyła podzi­wiać ochronny znak, który wyda­wał się pro­sty, ale nawet w niej powo­do­wał odruch odrzu­ce­nia, Tali zdała sobie sprawę z ciszy.

- Teraz nie będziesz już potrze­bo­wała innej ochrony. Możesz nawet zosta­wić drzwi otwarte. - Zamilkł i spoj­rzał Tali w oczy. - Nie­dawno poda­ro­wano mi tę pie­częć.

- Pro­si­łeś o ochronę?

Juan spoj­rzał na ban­daż opa­su­jący mu dłoń, brudny i prze­po­cony.

- Tak, pro­si­łem o ochronę i dają mi ją, cho­ciaż jak zwy­kle się ocią­gają. Wiesz dobrze, że wciąż nie dosta­łem tego, czego naprawdę potrze­buję.

Potem zdrową ręką ode­brał notat­nik.

- Jeśli chcesz popły­wać, zro­bię ci taki opa­tru­nek, żebyś mógł wejść do wody.

Póź­niej, w łazience, Tali oczy­ściła ranę, myśląc o tym, jak brudne były tamte drzwi i jak kru­che jest zdro­wie Juana; wie­działa, że dla niego infek­cja może być bar­dzo nie­bez­pieczna. On dał się jej opa­trzyć, popro­sił tylko, żeby moc­niej zaci­snęła ban­daż.

- Jesteś piękna - powie­dział, kiedy skoń­czyła.

- Nie mów tak, wiesz, że tego nie lubię.

- Zawsze byłaś piękna. Rosa­rio była ładna, a ty jesteś piękna.

- Ale ty kochasz ją, więc pro­szę, nie mów tak.

- Ach, prze­cież zako­cha­nie nie ma nic wspól­nego z pięk­nem.

Tali wzięła się pod boki i zaczęła głę­boko oddy­chać, żeby nie krzy­czeć.

- Wiesz, Juan­cito, że musisz mnie uprze­dzać, zanim przy­je­dziesz, bo jak nie, to dzieją się takie rze­czy.

- Jakie? - zapy­tał i usiadł na kra­wę­dzi wanny, krzy­żu­jąc nogi.

- Takie, że ni­gdy o tobie nie zapo­mi­nam, ale jakoś sobie radzę, lubię moje rośliny, mój dom, moje psy, mam swoje łóżko i cza­sem w nocy, kiedy sły­szę jakieś kroki, wyobra­żam sobie, że to ty, ale naj­czę­ściej śpię sobie spo­koj­nie, tylko tyle ci powiem. I nagle przy­jeż­dżasz z dziec­kiem i ja zacho­wuję się jak idiotka, jak kom­pletna idiotka, rozu­miesz, wyobra­żam sobie, że zosta­nie­cie i że będziemy razem, i podobne głu­poty. Wyobra­żam sobie nawet, to nie do pomy­śle­nia, że moja sio­stra byłaby zado­wo­lona, gdy­by­ście ze mną zostali. Moja biedna kochana sio­stra. Nie dajesz mi, kurwa, spo­koju.

Ktoś zapu­kał deli­kat­nie do drzwi łazienki, a Juan powie­dział, wejdź, synku. Gaspar wszedł nie­śmiało. Tali sta­nęła wypro­sto­wana obok umy­walki i popra­wiła sobie włosy, były bar­dzo dłu­gie, pra­wie do pasa. Cza­sem myślała, że jest już za stara na takie włosy. Gaspar nawet na nią nie spoj­rzał.

- Co ci się stało w palec?

- Ska­le­czy­łem się na dwo­rze.

- Czym?

- Roz­bitą butelką, która stała tam, żeby koty nie weszły do kur­nika.

- Boli cię?

- Nie.

- Kiedy roz­cięli cię tu, musiało strasz­nie boleć. - I Gaspar wska­zał na jego pierś.

- Ach, ale to co innego - odparł Juan, a Tali zauwa­żyła, że powstrzy­muje uśmiech. - To tylko małe ska­le­cze­nie, w palec, mówi­łem ci, że po tam­tej ope­ra­cji bolały mnie kości.

- No tak, musieli ci je prze­ciąć piłą, żeby cię zope­ro­wać.

- Ach, dziecko, nie mów tak - jęk­nęła Tali.

- Pocięli go, nie wie­dzia­łaś? - Gaspar spoj­rzał na nią, mru­ga­jąc oczami, jakby draż­niło go świa­tło. - Prze­cięli go na pół, a potem z powro­tem zaszyli. Mieli wyle­czyć mu serce, ale wydaje mi się, że chyba nie za bar­dzo im się udało.

Juan zaczął się gło­śno śmiać. Wziął go na ręce i uniósł wysoko.

- Two­jego ojca nie da się wyle­czyć! Jesteś okropny, stra­szysz Tali.

- Chcia­łem jej tylko wytłu­ma­czyć.

- Już jej wszystko wyja­śni­łem przez tele­fon, dawno temu.

- Więc ja już nie muszę.

- Nie, już nie trzeba jej niczego tłu­ma­czyć.

- A poje­dziemy nad wodę?

- Tak, zaraz.

Juan poca­ło­wał Gaspara w poli­czek i wziął Tali za rękę, żeby wycią­gnąć ją z łazienki, ale ona powie­działa, idź­cie sami, obaj jeste­ście sza­leni. Ja muszę się prze­brać i umyć. Nie rób dra­matu, szep­nął Juan, a ona pokrę­ciła głową. Potrze­bo­wała kilku minut, musiała zna­leźć krem do opa­la­nia, ręcz­niki, zwil­żyć sobie twarz, zmyć krew z wanny, zacze­kać, aż ręce prze­staną się jej trząść.

Poje­dziemy moim samo­cho­dem, powie­działa Tali, ja popro­wa­dzę. Jezioro znaj­do­wało się nie­da­leko i lepiej było się kąpać w nim niż w rzece, zdra­dli­wej na tym odcinku, z wirami i piasz­czy­stymi głę­bi­nami. Pano­wał duszący upał, ale niebo było czy­ste, ani jed­nej desz­czo­wej chmurki; może poja­wią się póź­niej, oby nie, pomy­ślała Tali, stycz­niowa wil­goć potra­fiła być nie­zno­śna. Ruszyw­szy, pogła­dziła Juana po nodze; on wło­żył bojówki i spra­wiał wra­że­nie, że bar­dzo mu nie­wy­god­nie w renault, o wiele dla niego za małym. Gaspar mil­czał na tyl­nym sie­dze­niu i Tali spró­bo­wała go zaga­dać o jego rysunki, ale chło­pak nie odpo­wia­dał, więc dała sobie spo­kój. Był w żało­bie, i ona też, i rozu­miała, jak smutne jest to gorące powie­trze, otwarty piec połu­dnia, któ­rego żar leje im się na twa­rze. Umarła mu mama. Nic nie zdoła go ukoić.

Zatrzy­mała samo­chód na pobo­czu i wysia­dła.

- Chodź, Gaspa­rze, chcę ci coś poka­zać - powie­działa do chłopca z zewnątrz.

Przed drew­nia­nym domem poma­lo­wa­nym na błę­kitno, który wyglą­dał, jakby zaraz miał się zawa­lić, stał pokryty kwie­ciem kora­lo­drzew. Gaspar wygra­mo­lił się z auta nie­chęt­nie, ale posłu­chał jej.

- To drzewo, o któ­rym opo­wia­dał ci tata, drzewo tej Indianki, Anahí.

Chło­piec pod­szedł do pnia i z dołu zaczął się przy­glą­dać czer­wo­nym kwia­tom.

- Na gałęzi jest kot.

- Gdzie?

Tali pode­szła i spoj­rzała w górę: rudy kot spał z roz­ło­żo­nymi łapami w chło­dzie liści. Gaspar wciąż był poważny, ona schy­liła się, żeby zna­leźć się na jego wyso­ko­ści i spoj­rzeć mu w oczy. Twoja mama na­dal cię kocha, powie­działa. Nie może być dłu­żej z tobą, ale kocha cię do sza­leń­stwa. Gaspar zasło­nił twarz i zaczął pła­kać, kiwa­jąc się na nogach; Tali zosta­wiła go w spo­koju, nie patrzyła w stronę samo­chodu, nie chciała wie­dzieć, czy Juan ich obser­wuje, czy zbliża się, żeby im prze­rwać, czy wpad­nie w szał, że przez nią jego syn pła­cze. Nie wróci już, prawda?, zapy­tał Gaspar, a Tali nie miała ochoty odpo­wia­dać na to pyta­nie, ale powie­działa to, co powinna, że nie, nie wróci. Wie­dzia­łaś, że potrą­cił ją auto­bus? Tak, nie pamię­tasz, że przy­je­cha­łam na pogrzeb, możesz nie pamię­tać, kiedy czło­wiek jest bar­dzo smutny, łatwo zapo­mina.

- Tu jest dużo auto­bu­sów, nie podoba mi się to.

Umiera ze stra­chu, zro­zu­miała Tali i chciała go przy­tu­lić, ale w posta­wie chłopca nie było nic, co by ją do tego zachę­ciło. Jest w tym podobny do ojca, przy­po­mi­nają koty.

- Tutaj nazy­wamy je busami. Są inne niż auto­busy.

Nie pocie­szy go tym, ale przy­naj­mniej to była prawda.

- Jedziemy nad wodę?

Nie chce odda­lać się od ojca, pomy­ślała Tali i z zasko­cze­niem ujęła dłoń wycią­gniętą do niej przez Gaspara. W aucie dalej mil­czał, ale przy­naj­mniej wyglą­dał przez okno, wcze­śniej sie­dział z pochy­loną głową. Juan nic nie mówił, zapa­lił tylko papie­rosa i palił go powoli, napeł­nia­jąc sobie płuca dymem, jakby nie wystar­czał mu upał.

Reszta dnia prze­bie­gła spo­koj­nie i cicho, pomimo że na plaży i nad jezio­rem pełno było ludzi. Gaspar dostał sporo okla­sków, kiedy poło­żył się plac­kiem na wodzie, bez pomocy ojca; wpraw­dzie nie zjadł zbyt wiele na obiad, ale zgo­dził się poba­wić w kopa­nie dołów, kiedy zapro­siły go inne dzieci, mające mnó­stwo wia­de­rek i łopa­tek. Nie odchodź­cie daleko, chcemy mieć was na oku, popro­siła Tali, a one odpo­wie­działy, tak, pro­szę pani, i usa­do­wiły się nie dalej niż trzy metry. Juan wszedł głę­boko do wody, żeby popły­wać, a Tali, sama pod para­so­lem, w końcu się uspo­ko­iła. Była już gotowa wysłu­chać Juana. Wie­działa, że chce jej coś powie­dzieć. Juan nie był jej przy­god­nym kochan­kiem. Ona nie była tylko zakli­naczką znad rzeki. Oboje nale­żeli do Brac­twa. Mogli uda­wać, że o tym zapo­mi­nają, ale nie na długo.

Gaspar na­dal kopał swój dołek, który według matki innych dzieci przy­po­mi­nał kra­ter. Radio w jed­nym z samo­cho­dów było włą­czone, docho­dziło stam­tąd melan­cho­lijne chamamé, gruba kobieta spa­ce­ro­wała brze­giem z czar­nym psem, który ska­kał na nią i spra­wiał, że wybu­chała śmie­chem, dwóch mło­dych męż­czyzn cho­wało swoje wędki i przy­nęty, i ryby na pace fur­go­netki, pew­nie przy­rzą­dzą je gdzieś na grillu. Tali roz­po­znała męż­czyznę, który dwa mie­siące wcze­śniej popro­sił ją o ochronę, a ona wpu­ściła go samego do świą­tyni i pozwo­liła pomo­dlić się do Świę­tego; pobło­go­sła­wiła jego szkie­let winem i popio­łem. Poznała też kobietę, która przy­szła, żeby wywró­żyć z kart, co stało się z jej córką. Tali zoba­czyła, że nie żyje, że leży pod wodą, i powie­działa o tym. Jedna z tylu dziew­czyn zamor­do­wa­nych przez woj­sko­wych i wrzu­co­nych do rzeki, oczy wyje­dzone przez ryby, stopy zaplą­tane w wodo­ro­sty, mar­twe syreny z brzu­chami peł­nymi oło­wiu. Tali nie kła­mała, nie dawała fał­szy­wych nadziei. Ojco­wie i matki mło­dych ofiar dyk­ta­tury kon­tak­to­wali się z nią, żeby dowie­dzieć się przy­naj­mniej, jak zgi­nęły, czy ich ciała zna­la­zły się w maso­wym gro­bie peł­nym kości, pod wodą czy na jakimś pro­win­cjo­nal­nym cmen­ta­rzu. Kobieta teraz na nią nie patrzyła, bawiła się z dziew­czynką. Czyżby była to córeczka zmar­łej córki? Pamię­tała tamto popo­łu­dnie, padało, niebo było czarne, ale ona i tak chciała wra­cać, nie bojąc się pio­ru­nów; Tali spo­glą­dała za nią, jak bie­gnie drogą z ubi­tej ziemi. Pozbie­rała karty, uło­żyła je w sto­sik, a potem piła mate, na zewnątrz ciemna sza­rość, i patrzyła, jak wiatr szar­pie drze­wem brzo­skwini i drze­wami w oddali, nad rzeką. Ka'aru, pomy­ślała, powinna mówić wię­cej w guaraní, zapo­mi­nała języka, spę­dzała zbyt wiele czasu samot­nie.

Juan wró­cił, ale ona nie widziała, jak szedł po plaży, musiał zro­bić kółko. Poło­żył się obok niej na ręcz­niku. Był tak pod­eks­cy­to­wany, że po kilku minu­tach Tali poważ­nie się zanie­po­ko­iła.

- Czy ty rozu­miesz, że jeśli coś ci się tu sta­nie, będzie nie­szczę­ście? Wiesz, co mogą mi zro­bić? Musie­li­by­śmy jechać aż do Cor­rien­tes, żeby udzie­lono ci pomocy. Nde tavy, kurwa.

Juan przez długą chwilę nie mógł jej odpo­wie­dzieć, a Tali wyko­rzy­stała ten czas, by patrzeć na niego z dez­apro­batą, póki nie odzy­ska odde­chu.

- Nie rób skan­dalu - powie­dział Juan i napił się seven-upa z butelki.

- Gaspar bawi się spo­koj­nie z innymi dziećmi.

- Wiem. Musimy poroz­ma­wiać.

- Odkąd przy­je­cha­łeś, wiem, że musimy poroz­ma­wiać.

- Potrze­buję two­jej pomocy.

Juan usiadł ze skrzy­żo­wa­nymi nogami, i nagle nie był już jej przy­ja­cie­lem ani kochan­kiem, ani nawet męż­czy­zną, który ją dener­wo­wał i w któ­rym była zako­chana. Był medium. Tali wie­działa, że ota­cza­jący go ludzie nie zdo­łają usły­szeć, co mówi, a jeśli nawet usły­szą, nic nie zro­zu­mieją w tym nie­zna­nym im języku. Uświa­do­miła to sobie, bo powie­trze wokół nich zaczęło drgać, a deli­katne wło­ski na jej ramio­nach sta­wały dęba, jakby nie słońce doty­kało jej skóry, tylko sopel lodu.

Naprawdę musisz to robić? Nikt nie wie, że tu jesteś, nie mamy nikogo w pobliżu.

Nie ufam nikomu. Nawet sobie. Gaspar jest w pułapce. Oni chcą, by był moim spad­ko­biercą. Myślą, że odzie­dzi­czył moją zdol­ność przy­wo­ły­wa­nia Ciem­no­ści, albo chcą, żebym prze­niósł swoją świa­do­mość do jego ciała, kiedy nadej­dzie moment. Wciąż był­bym uwię­ziony.

Już o tym wiemy, czemu znów mi o tym opo­wia­dasz?

Żeby upo­rząd­ko­wać myśli. I popro­sić cię. Jestem pewien, że zabili Rosa­rio. Rosa­rio pokłó­ciła się z matką i z Flo­rence. Kiedy ja leża­łem w szpi­talu. Rosa­rio popro­siła je, żeby zosta­wiły nas w spo­koju. Że nie mogą mnie dłu­żej wyko­rzy­sty­wać, że ja już nie chcę przy­wo­ły­wać, i że ni­gdy nie odda im Gaspara, żeby wyko­rzy­stali jego ciało.

Tali poczuła mdło­ści. To, co sły­szała, było nie­moż­liwe.

Moja sio­stra była sza­lona. Angá, dla­czego jej nie powstrzy­ma­łam?

Dla nich to nie do pomy­śle­nia, że nie chcę użyć ciała Gaspara. Powie­dzia­łem im oczy­wi­ście, że to zro­bię. Rosa­rio opo­wie­działa mi o kłótni nie­długo przed wypad­kiem. Była wście­kła, bo po prze­pro­wa­dze­niu Cere­mo­nii zna­la­złem się na skraju wyczer­pa­nia, ale nara­ziła Gaspara na nie­bez­pie­czeń­stwo. Znów będą spraw­dzać, czy jest medium, jak zawsze, tym razem jed­nak wynik będzie pozy­tywny.

Jesteś pewien? Może jest po pro­stu wraż­liwy, i tyle?

Jestem pewien. Jeśli potra­fimy spra­wić, że tego nie zauważą, że próba jak zwy­kle się nie powie­dzie, pozo­sta­nie tylko cze­kać, żeby osią­gnął odpo­wiedni wiek, bym mógł wejść w jego ciało, i wiem, że przez te lata zdo­łam zna­leźć spo­sób, żeby go od nich uwol­nić. To potrwa, ale jestem zde­spe­ro­wany i w końcu mi się to uda.

Czemu Rosa­rio nie opo­wie­działa ci o tym wcze­śniej?

Przez dłu­gie mie­siące cią­gle tra­fia­łem do szpi­tala i wypi­sy­wali mnie z niego, zanim mogli mnie zope­ro­wać. Nie miała odwagi. Nie wiem.

Nie wiń jej za to.

Winię ją. Winię ją, ale jej wyba­czam.

Możesz odmó­wić przy­wo­ły­wa­nia?

Nie. Zmu­szą mnie. Już to zro­bili przed laty, kiedy się nie zgo­dzi­łem, bo skła­dali w ofie­rze więź­niów. W ofie­rze, o którą nikt ich nie pro­sił.

Tali spoj­rzała na swoje dło­nie. Ona też nie potra­fiła o tym zapo­mnieć, też miała poczu­cie winy.

Wciąż jesz­cze uży­wają porwa­nych.

Wiem, ale nie mogę się im prze­ciw­sta­wić. Zagro­zili zła­ma­niem umowy, ode­bra­niem mi Gaspara, wycho­wa­niem Gaspara wśród rytu­ałów, ta nauka go znisz­czy. Wie­rzą w to, co mówi im Ciem­ność. Słu­chają, są posłuszni. I nie mają nikogo poza mną, kto potra­fiłby ją przy­wo­łać. Mer­ce­des cią­gle szuka innych mediów. Jest kapłanką boga, który ją igno­ruje, jak wszy­scy bogo­wie nie zwraca uwagi na swo­ich kapła­nów. Jej bóg roz­ma­wia ze mną. Dla niej zawsze było to coś w rodzaju klą­twy, mieć wiesz­cza tak nie­god­nego zaufa­nia. Ja wie­rzę w Ciem­ność, ale wiara nie ozna­cza posłu­szeń­stwa. Jak mam nie wie­rzyć, skoro dzieje się w moim ciele. Dzieje się mojemu ciału. To, co mówi im Ciem­ność, nie może być inter­pre­to­wane ina­czej. Ciem­ność jest obłą­kana, to bóg dziki, bóg sza­lony.

Chcę wie­dzieć, czy możesz naprawdę się nie zgo­dzić. Gdy­byś chciał.

Oczy­wi­ście, że nie, jestem nie­wol­ni­kiem. Jestem tylko ustami. Ciem­ność może mnie zna­leźć, to prze­grana bitwa. Tali, mam do cie­bie prośbę. Chcę, żebyś wspól­nie ze Ste­phe­nem zablo­ko­wała Gaspara. Ja robię, co mogę, ale to nie wystar­cza, już nie, jestem sam. Wczo­raj widział jakąś zjawę, i to nie byle jaką. Teraz pew­nie będzie się to zda­rzać coraz czę­ściej. Potrze­buję, żebyś chro­niła go przed nimi w Puerto Reyes, musisz go kryć, Ste­phen ci pomoże.

I tak będą chcieli, żebyś użył jego ciała.

Zanim tak się sta­nie, musi jesz­cze upły­nąć wiele lat. Mam czas i potra­fię ich oszu­kać. Naj­trud­niej­sze będzie dla mnie pozo­stać przy życiu. Ale muszę to zro­bić. Wycho­wać Gaspara i zna­leźć spo­sób, żeby oca­lić go przed Brac­twem. Odpra­wię Cere­mo­nię, jak zwy­kle. Jestem jak otwarte drzwi, któ­rych nie można zamknąć, ale muszę chro­nić Gaspara. Już ode­brali mi Rosa­rio, z wielu powo­dów, ale przede wszyst­kim, żeby mnie osła­bić. Odbie­rzemy ci towa­rzyszkę, żeby nie pomo­gła ci nas porzu­cić, żeby nie pomo­gła ci odejść i nas zdra­dzić. Moje odej­ście nie jest moż­liwe.

Powie­dziaw­szy to, Juan wypu­ścił ich z bez­piecz­nej prze­strzeni, w któ­rej mogli roz­ma­wiać nie­mal bez poru­sza­nia ustami, Tali poczuła wokół sie­bie coś na kształt nie­wiel­kiego wiru, pod­czas gdy słońce, jezioro, ludzie roz­ma­zy­wali się w zło­tym bla­sku jak przy­drożne miraże. Juan poło­żył dłoń na jej czole, natych­miast zaczęła widzieć wyraź­niej, a ból głowy, który miał być silny, zmie­nił się w zale­d­wie deli­katne pul­so­wa­nie.

- Dość! - krzyk­nęła i gwał­tow­nie odsu­nęła dłoń Juana. Ludzie wokół spoj­rzeli na nich, a ona uśmiech­nęła się, uda­jąc, że to zabawa. Juan zbladł. Więc to była prawda. Parę lat temu, dosko­nale to pamię­tała, pota­jemna roz­mowa z kimś nie kosz­to­wała go tyle wysiłku. Teraz uży­wał resz­tek sił, żeby ona poczuła się lepiej, nie mogła mu na to pozwo­lić. Żało­wała, że ni­gdy nie nauczyła się tego porząd­nie, musiał robić to sam. Objęła go, żeby nie stra­cił rów­no­wagi. Nie chciała, żeby Gaspar zoba­czył, jak się doty­kają, ale teraz nie miała innego wyj­ścia.

- Spo­koj­nie, czego potrze­bu­jesz? Powiedz mi, co mam zro­bić.

- Połóż mnie - powie­dział Juan bar­dzo cicho.

Tali posłu­chała go, pod­ło­żyła mu torbę pod głowę, jak poduszkę. On dotknął dwoma pal­cami szyi i zaczął się deli­kat­nie maso­wać. Już nie był wil­gotny od wody z jeziora: był zlany potem i oddy­chał jak po dłu­gim biegu. Tali spoj­rzała na Gaspara, budo­wał coś z brud­nego pia­sku, jakąś kon­struk­cję pozba­wioną kon­kret­nego kształtu. Inne dzieci deko­ro­wały ją gałąz­kami i pió­rami. Otarła ręcz­ni­kiem pot z Juana, przy­naj­mniej z twa­rzy i piersi.

- Jeśli możesz, otwórz oczy.

Juan spoj­rzał na nią i uło­żył wygod­niej głowę na tor­bie. Miał roz­sze­rzone źre­nice.

- Zawo­łaj Gaspara.

- Wystra­szy się, jak zoba­czy cię w takim sta­nie.

- Zawo­łaj go.

Gaspar przy­biegł cały upa­prany w mokrym pia­sku, uklęk­nął przy ojcu i zapy­tał, czego chce. Nic, odparł Juan, przy­tul się do mnie. Ale wariat z cie­bie, powie­dział Gaspar, objął go za szyję i opie­rał się przez chwilę na ramie­niu ojca, opo­wia­da­jąc o pałacu, który budują nad brze­giem, potem poczy­tamy bajki o zam­kach? Przed spa­niem, powie­dział Juan. Teraz wra­cam do dzieci. Nie umieją budo­wać zam­ków. No tak. Chcę kubek seven-upa. Weź całą butelkę, podziel się z kole­gami. Mają na imię Sebastián i Gon­zalo. Dobrze, zabierz pla­sti­kowe kubeczki, żeby­ście nie pili wszy­scy z butelki, bo to obrzy­dliwe.

Gaspar wró­cił do zabawy, a chłopcy powi­tali go okrzy­kami rado­ści.

Zostali aż do popo­łu­dnia. Juan pra­wie nie wsta­wał z zaim­pro­wi­zo­wa­nego posła­nia, które zro­biła dla niego Tali, dopóki Gaspar nie powie­dział, że chce się jesz­cze raz wyką­pać, zanim zrobi się ciemno, i Juan z nim poszedł. Kazał mu pły­wać z głową nad wodą, potem zanur­ko­wać. Wciąż pły­wał naj­prost­szym krau­lem, ale utrzy­my­wał się na powierzchni, nie można było go pusz­czać, ale dawał radę.

- Jak szybko się uczy - pogra­tu­lo­wała im, kiedy wró­cili na plażę, matka dwóch chłop­ców, z któ­rymi budo­wali zamki z pia­sku.

Juan powie­dział, że ow­szem, jest zado­wo­lony. Kobieta, która była młoda, została na brzegu i piła z Tali mate, kiedy on pły­wał z Gaspa­rem; teraz poczę­sto­wała ich sero­wymi bułecz­kami chipá i droż­dżów­kami. O, bar­dzo lubisz te bułeczki, powie­dział Juan, poda­jąc jedną Gaspa­rowi, który jak tylko ją ugryzł, uśmiech­nął się; jadł podobne wiele razy w poprzed­nich latach w Puerto Reyes. Juan też zjadł i zanim wło­żył spodnie, poszu­kał w kie­szeni leków. Zażył je bez wstydu przed kobietą, ona instynk­tow­nie zapro­po­no­wała mu kubek wody sodo­wej, żeby łatwiej prze­łknął.

- Och, podzi­wiam pana, że połyka je pan wszyst­kie na raz, mnie, kiedy tabletka jest za duża, nie prze­cho­dzi przez gar­dło, chyba mam jakiś defekt.

Juan uśmiech­nął się.

- Jestem bar­dzo przy­zwy­cza­jony.

- Mówi­łam żonie, że urzą­dzamy tu póź­niej śpie­wa­nie, nie­da­leko kąpie­li­ska nad rzeką. Przyj­dzie wię­cej osób, z gita­rami.

- Poli­cja nie prze­szka­dza tu za bar­dzo ludziom, któ­rzy się gro­ma­dzą - wyja­śniła Tali, kiedy Juan spoj­rzał na nią zdzi­wiony.

- I woj­sko też nie - potwier­dziła kobieta. - Kilka lat temu od razu roz­ga­niali. Ale teraz pozwa­lają. Odpusz­czają. Jeste­ście zapro­szeni. Z syn­kiem, to rodzinna impreza.

- Chcesz iść? - zapy­tał Gaspara Juan. - Będzie muzyka.

- A ty chcesz?

- To ja cie­bie pyta­łem.

- Tak.

- Powi­nie­neś odpo­cząć - powie­działa cicho Tali, ale Juan pod­szedł do niej, pogła­skał ją po ręce i powie­dział: nie martw się, wiem, co robię.

- Będą też empa­na­das - dodała kobieta, żeby prze­ko­nać Tali.

- Widzisz? Nie będziesz musiała goto­wać.

- Nie zacho­wuj się jak pajac, Juan­cito, bar­dzo cię pro­szę.

Nie zostali długo. Tali uwa­żała, że empa­na­das były za tłu­ste, ale Gaspa­rowi sma­ko­wały: czy to nie dziwne, że chłopcu wszystko sma­kuje?, zapy­tała Juana, a on odpo­wie­dział, że szcze­rze mówiąc, nie zna innych dzieci, ale jego syn zawsze taki był, nakar­mić go to naj­prost­sza rzecz na świe­cie, a w dodatku lubił pozna­wać nowe smaki. Ludzie raczej nie ruszyli do tańca, prócz kilku par giba­ją­cych się leni­wie do Puente Pexoa i Kiló­me­tro 11. Noc zapa­dła duszna, za rzeką i drze­wami niebo było jasne, znak, że się chmu­rzyło, a wil­gotny wiatr zapo­wia­da­jący burzę nie przy­no­sił ulgi. Matka chłop­ców, z któ­rymi Gaspar budo­wał zamek, odna­la­zła ich i poczę­sto­wała plac­kiem sopa para­gu­aya, pokro­jo­nym sta­ran­nie na kawałki. Dym znad rusztu pach­niał mię­sem i Tali popro­siła Juana o drobne, żeby kupić sobie hot doga. Sto­jąc w kolejce, przy­słu­chi­wała się roz­mo­wom pija­nych już męż­czyzn - nie­któ­rzy patrzyli na nią czer­wo­nymi oczami; kie­dyś poszłaby pew­nie po Juana, teraz jed­nak za wszelką cenę chciała unik­nąć bójki. Pili wino, które sprze­da­wano litrami w pusz­kach po oleju samo­cho­do­wym, z wygła­dzo­nymi kra­wę­dziami, żeby nikt się nie ska­le­czył. Chcąc ich zigno­ro­wać, sku­piła się na muzyce i zauwa­żyła, że wcale nie grali chamamé. Odwró­ciła się i w wątłym świe­tle lam­pek i lampy gazo­wej ujrzała dziew­czynę o dłu­gich, zwią­za­nych wło­sach, która śpie­wała piękną zambę, boję się, że noc i mnie zostawi bez duszy, poczciwa sta­ruszka tęsk­nota jest moją jedyną towa­rzyszką. Kiedy wró­ciła do Juana, sie­dzą­cego na pniu i palą­cego, powie­dział jej: gdyby śpie­wała to gdzie indziej, aresz­to­wa­liby ją, aresz­to­wa­liby nas wszyst­kich, macie tu szczę­ście. Bar­dzo ładna dziew­czyna, znasz ją? Tali rąb­nęła go w głowę i jasne włosy opa­dły mu na twarz; nagle Juan wydał się jej nasto­lat­kiem. Nie, nie znam jej. I nie zosta­niemy tu dłu­żej, żebyś ty ją poznał. Wybacz mi, kochana, ale wolę zambę od chamamé. I w każ­dej szkla­neczce wina drży Gwiazda Poranna, śpie­wała dziew­czyna. A potem przy­wi­tała się, przed­sta­wiła i powie­działa, że zaśpiewa bar­dzo smutną pio­senkę wyko­nawcy, który jest chory; nie wymie­niła go z nazwi­ska i Juan pomy­ślał, że musi być zaka­zany. Nie wiem, po co wró­ci­łeś, już o tobie zapo­mnia­łam. Chyba o tym wiesz, że kiedy odsze­dłeś, pła­ka­łam, brzmiały słowa, teraz żałuję, że z tej miło­ści nic nie zostało. Juan przy­znał, że nie zna się na muzyce, Rosa­rio słu­chała jej czę­ściej, ale był to utwór Daniela Toro, rze­czy­wi­ście zaka­za­nego, mimo że jego pio­senki opo­wia­dały o miło­ści. Rosa­rio uwa­żała, że zaka­zy­wa­nie ich to głu­pota, gdyż wszyst­kie to tylko czu­łost­kowe bzdury, nie miały w sobie nic poli­tycz­nego.

Czu­łost­kowe bzdury, pomy­ślała Tali. Ona pra­wie się przez nie roz­pła­kała. Rosa­rio, zawsze byłaś suką, cha­miga, pomy­ślała, bar­dzo za tobą tęsk­nię, sio­strzyczko.

- Wcale nie jestem pewna, że sytu­acja się uspo­ko­iła. Za każ­dym razem, gdy wróżę z kart, widzę tylko śmierć, coraz wię­cej śmierci. Wiesz, co widzę? Wojnę. Nie tutaj, na morzu, w zim­nie. Nie mam odwagi im o tym mówić, bo wię­cej do mnie nie przyjdą.

- Jestem pewien, że masz rację - odparł Juan.

Gaspar ziew­nął. Chcesz iść spać, synku? Naja­dłeś się? Tak, ta zupa bez wody była pyszna. Dziew­czyna z gitarą oznaj­miła, że to już ostat­nia pio­senka, a kiedy Tali uru­cho­miła samo­chód, usły­szeli Dzię­kuję ci, życie.

- Ma babka odwagę - przy­znał Juan. - I chodź, jedziemy, Rosa­rio słu­chała tego całymi dniami z Betty, nie chcę, żeby Gaspar sobie przy­po­mniał.

Chło­piec spał już na tyl­nym sie­dze­niu. Droga do domu Tali tonęła w ciem­no­ściach, była to droga z ubi­tej ziemi, więc musiała przy­spie­szać, wiele razy nie­mal utknęli w bło­cie. Burza jed­nak wciąż nie nad­cho­dziła; dale­kie grzmoty, bły­ska­wice i ta wil­gotna nie­uchron­ność. Jako dziecko bała się burz, ale teraz, po tylu latach, nie przej­mo­wała się nimi, chyba że woda w rzece przy­bie­rała. Powo­dzie nie docie­rały do jej domu, zbu­do­wa­nego na wzgó­rzu, ale pra­wie nikt w oko­licy nie miał tego szczę­ścia.

- Połóż go w moim łóżku - powie­działa Tali i zga­siła świa­tło. - Ja dziś prze­śpię się na mate­racu. Twój syn potrze­buje cię obok.

Juan nie pro­te­sto­wał. W domu było chłodno. Tali cze­kała na niego w fotelu w salo­nie. Żad­nemu z nich nie chciało się spać.

- Chcesz popro­sić Świę­tego o zdro­wie?

- Tali, to na nic.

- Zro­bi­łeś się okrop­nie scep­tyczny, co z tobą? Pozwól mi pomóc ci, jak mogę.

Juan na chwilę zapa­trzył się w sufit. Na zewnątrz w końcu zaczęło padać.

- Więk­szość pacjen­tów, któ­rzy uro­dzili się z takim pro­ble­mem jak ja, w tam­tym okre­sie, kiedy ope­ra­cje były wciąż eks­pe­ry­men­tem, czuje się źle. Mam na myśli tych, co jesz­cze żyją. Mnie się udało, ale ni­gdy nie wyzdro­wia­łem i cią­gle mam sporo pro­ble­mów. Można powie­dzieć, że jestem szczę­ścia­rzem.

- Więc chcesz po pro­stu umrzeć i już?

- Pró­bo­wa­łem i pró­buję wielu spo­so­bów lecze­nia, i nie mówię tylko o medy­cy­nie, i pew­nie mi pomo­gły. Roz­ma­wia­li­śmy o tym wiele razy. Nie chcę umie­rać, Tali. Boję się. Takich jak ja nie zabiera śmierć. Zabiera ich Ciem­ność.

- Tego nie wiesz.

- Ow­szem, wiem. Cza­sem posta­na­wiam sobie w to nie wie­rzyć. Ale kiedy wie­rzę, zro­bił­bym wszystko, aby tego unik­nąć.

Juan wstał.

- Chodźmy do Świę­tego. Chcę, żebyś wło­żyła mi go pod skórę. Możesz? Czy on może mi pomóc prze­żyć? Dać mi wię­cej czasu?

Tali pode­szła do Juana, pogła­skała go po pod­puch­nię­tych oczach, po nie­ogo­lo­nym zaro­ście. Potem za rękę wypro­wa­dziła go z domu.

Świą­ty­nia była skromna, Pan Śmierci nie. Tali wybrała duży posąg ze sre­bra, wyso­ko­ści pra­wie metra. Święty miał czarną tunikę. Tali pode­szła do szkie­letu i napeł­niła małą szkla­neczkę whi­sky, by zło­żyć mu ją w darze. Potem zapa­liła trzy czer­wone świeczki. Było ich w świą­tyni o wiele wię­cej i jako straż­niczka musiała zapa­lić je wszyst­kie.

- Nie ruszaj się - powie­działa do Juana. - Zostań na miej­scu.

Zapa­liła wszyst­kie świece, nie­które czer­wone, inne czarne, i posta­wiła przed Świę­tym czer­wone goź­dziki, wciąż świeże, w wazo­nie z bia­łego szkła. Zga­siła świa­tło. W nie­wiel­kim sank­tu­arium peł­nym świec srebrna figura Świę­tego drżała, drżały jego czarny płaszcz i ster­cząca kosa. W prze­ci­wień­stwie do innych przed­sta­wień, w któ­rych wystę­po­wał w koro­nie, tutej­szy San La Muerte miał łysą czaszkę, pozba­wioną ozdób. Był też bez kap­tura. Błysz­czące kamie­nie, widoczne tylko wtedy, gdy pło­nęły świece, oświe­tlały od środka oczo­doły czaszki. Tej nocy jaśniały jak ogni­ska. Tali ni­gdy nie widziała ani nie czuła, by błysz­czały w ten spo­sób.

- Uklęk­nij, Juanie.

Usłu­chał jej, a Tali była mu za to bar­dzo wdzięczna. Juan nie lubił obrzę­dów. Ale ona tak, podob­nie jak jej sio­stra, poza tym wie­rzyła w swo­jego Świę­tego. Powie­działa jasnym i czy­stym gło­sem:

Potężny San La Muerte,

Sku­teczny obrońco i orę­dow­niku tych,

Któ­rzy cię przy­zy­wają,

Bła­gam cię o wsta­wien­nic­two, by ten chory

Szybko odzy­skał zdro­wie.

Potężny San La Muerte,

Póki nie nadej­dzie ostat­nia chwila,

Pozwól mu żyć peł­nią życia.

Żeby mógł speł­nić powie­rzoną mu misję.

Niech tak się sta­nie.

Amen.

Świa­tło spra­wiało, że Święty się uśmie­chał, a Tali odwza­jem­niła uśmiech, poka­zała zęby w geście obo­pól­nego zro­zu­mie­nia. Potem zbli­żyła się do niego, dotknęła stóp ze sre­bra - cie­płych po upal­nym dniu - i otwo­rzyła szka­tułkę z pali­san­dru, leżącą na ołta­rzu, przy jego rzeź­bie. Przej­rzała tali­zmany. Jeden z nich został wyrzeź­biony w poci­sku i pobło­go­sła­wiony dwa razy. Tali sama go zdo­była na cmen­ta­rzu Mer­ce­des. Matka wska­zała jej, gdzie powinna go szu­kać. Nie chciała tego dla Juana, wcze­śniej znaj­do­wał się pod skórą god­nego pogardy czło­wieka. Wybrała swój ulu­biony, miała zamiar zatrzy­mać go na zawsze, ale teraz posta­no­wiła, że go odda. Był to tali­zman innego rodzaju. San La Muerte sie­dział na kamie­niu, z łok­ciami na kola­nach, dłońmi pod­pie­rał szczęki. Kochała to dziwne przed­sta­wie­nie.

- Włożę ci w ciało Pana Cier­pli­wo­ści, tego potrze­bu­jesz naj­bar­dziej. Jest z kości chrze­ści­ja­nina. Tylko wstań.

Wró­ciła do ołta­rza z whi­sky i żyletką, którą zde­zyn­fe­ko­wała alko­ho­lem. Nacię­cie na ramie­niu powinno mieć nie­całe trzy cen­ty­me­try i Tali zro­biła to dokład­nie, sta­rała się nie naci­nać zbyt głę­boko. Juan miał deli­katną skórę, więc łatwo jej poszło. Unio­sła ją nieco - w prze­ci­wień­stwie do innych wier­nych Juan ani się nie poru­szył, ani nie wes­tchnął, ani nie wydał z sie­bie żad­nego dźwięku, przy­zwy­cza­jony do fizycz­nego cier­pie­nia - i wło­żyła figurkę, którą wcze­śniej zanu­rzyła w szklance peł­nej alko­holu, do rany. Napeł­niła sobie usta whi­sky, napluła na nacię­cie i wymó­wiła jakieś słowa w guaraní. Miała też czy­ste ban­daże i cho­ciaż rana była nie­wielka i przy odro­bi­nie szczę­ścia powinna się szybko zabliź­nić, zro­biła mu opa­tru­nek.

- Już, kocha­nie - powie­działa. - To naj­po­tęż­niej­szy payé, jaki mam, i mój uko­chany. Widzisz świa­tło? Ni­gdy nie pali się w ten spo­sób, zawsze jakaś świeca gaśnie. Tym razem nie zga­sła żadna.

- Czy twój bóg pogniewa się, jeśli cię poca­łuję?

- Nie - powie­działa Tali i pozwo­liła się poca­ło­wać. - Powi­nie­neś mu coś zosta­wić. W prze­ciw­nym wypadku rze­czy­wi­ście może się zde­ner­wo­wać.

Juan pod­szedł do ołta­rza, uklęk­nął i zło­żył u jego stóp papie­rosa. Potem skło­nił głowę. Zdjął ban­daż z dłoni i pozwo­lił spły­nąć kilku kro­plom krwi do tale­rza z wodą sto­ją­cego przed posą­giem. Tali zro­zu­miała wów­czas donio­słość tego, co się stało. Krew takiego czło­wieka jak Juan była wiel­kim darem dla jej świą­tyni.

Zanim wyszli, Juan objął ją w pasie i szep­nął na ucho:

- Czy twój Święty mógłby cze­goś popil­no­wać? Teraz, kiedy masz sym­bol ochronny na drzwiach, nikt tu nie wej­dzie. Chciał­bym to zosta­wić.

Juan wyjął z kie­szeni srebrne puz­derko, Tali widziała je wcze­śniej, myślała, że to pojem­ni­czek na tabletki. Juan otwo­rzył je. W środku był długi kosmyk kasz­ta­no­wych wło­sów, zaple­ciony w war­ko­czyk i czule uło­żony w spi­ralę. Kosmyk Rosa­rio, poznała natych­miast. Tali zamknęła puz­derko i poło­żyła je za Świę­tym, pod jego czarną tuniką.

- Przy­je­dziesz po nie po Cere­mo­nii.

Juan nie odpo­wie­dział, a Tali ogar­nęło prze­czu­cie, że teraz ona będzie opie­kunką tej reli­kwii, że prze­cho­wuje ją po coś innego, dla kogoś innego. Na zewnątrz już nie padało. Burza trwała krótko. Wyszli. W dro­dze powrot­nej Tali powie­działa:

- Nie myśla­łam, że Święty będzie dla cie­bie ważny.

- Dla­czego? Zawsze go sza­no­wa­łem.

- Tak, ale ni­gdy go o nic nie pro­si­łeś.

- Teraz potrze­buję każ­dej pomocy.

Znów ciężko oddy­chał. Ona pierw­sza weszła do domu i zaj­rzała do sypialni. Gaspar spał spo­koj­nie, na boku. Wcze­śniej nie pomy­ślała o chłopcu, ale kiedy ostroż­nie zamy­kała drzwi, wyobra­ziła sobie, jak budzi się sam w domu pod­czas burzy, i podzię­ko­wała w duchu, że tak mocno spał.

- Mam ochotę na whi­sky - powie­dział Juan.

Tali przy­go­to­wała dwie szkla­neczki z lodem.

- Przy­wio­złam nie­dawno z Para­gwaju. Jest dość podła, ale jeśli masz zachciankę, to jed­nak whi­sky. Boli cię?

- Ramię? Nie.

- A czemu pytasz? Boli cię coś innego?

- Boli mnie palec. Boli mnie dłoń. Boli mnie uką­sze­nie jakie­goś owada na ple­cach.

- Powi­nie­neś wziąć anty­bio­tyk, wiesz o tym.

- Na pewno masz jakiś, żeby mi dać.

- Tak, bo ludzie, któ­rzy to robią, nie potra­fią o sie­bie zadbać i dostają infek­cji, a ja nie chcę, żeby nikt mnie obwi­niał.

- Teraz nic mi nie dawaj. Póź­niej.

- Oczy­wi­ście, że póź­niej - powie­działa Tali, zdjęła mokrą sukienkę i poło­żyła się naga na pod­ło­dze. Juan poło­żył się obok niej, a Tali cze­kała z zamknię­tymi oczami, żeby jego oddech stał się spo­koj­niej­szy, nie tak ciężki.

Obu­dziła się rano sama, na mate­racu w salo­nie. Juan okrył ją cien­kim prze­ście­ra­dłem i pod­su­nął jej wia­trak. Tali spoj­rzała na zegar ścienny. Szó­sta rano. Bar­dzo wcze­śnie, ale wie­działa, że nie zdoła już zasnąć. Poszła do sypialni, spoj­rzała na śpią­cych Juana i Gaspara. Mimo upału spali objęci, Gaspar oparty na piersi ojca, który obej­mo­wał syna ręką w pasie. Tali poszła na pal­cach po apa­rat Pola­roid, który kupiła sobie w Asun­ción. Był bar­dzo gło­śny, ale miała nadzieję, że wia­trak, który też robił sporo hałasu, wyci­szy dźwięk migawki. Nie obu­dzili się, kiedy robiła im zdję­cie, i wyszła z sypialni, żeby zoba­czyć, jak obraz poja­wia się powoli na papie­rze. Świa­tło poranka sączące się przez zasłony dało na zdję­ciu szcze­gólny efekt: obaj wyda­wali się mniej bla­dzi, bar­dziej złoci. Juan nie lubił zdjęć, nie zamie­rzała więc poka­zy­wać mu tego skra­dzio­nego wize­runku. Kiedy papier wysechł, poło­żyła je na lodówce, żeby go nie zna­lazł.

Juan poczuł ból syna jak dzwo­nek budzika, objął Gaspara, zanim ten zdą­żył wybuch­nąć nie­utu­lo­nym pła­czem, i gła­skał go po wło­sach, póki się nie uspo­koił. Zapro­wa­dził go do łazienki, obmył mu twarz, a potem zosta­wił go, żeby umył zęby. Tali przy­szy­ko­wała im śnia­da­nie, na stole leżała wia­do­mość. Poje­chała do mia­steczka po zakupy.

Juan odpi­sał na odwro­cie. Dzię­kuję za wszystko, wyjeż­dżamy, zoba­czymy się w PR. Pod­grzał mleko Gaspa­rowi, bo nie zno­sił pić zim­nego. Chło­piec wdra­pał się na wysoki sto­łek bez opar­cia. Było mu nie­wy­god­nie, z tru­dem utrzy­my­wał rów­no­wagę. Juan nic mu nie powie­dział, nie popro­sił, żeby prze­siadł się na krze­sło, tego ranka nie mógł mówić; pul­so­wało mu w gło­wie, śnił o wil­got­nych kory­ta­rzach i śla­dach dłoni na ścia­nach, o czar­nym świe­tle, które kąsało.

- Dokąd jedziemy?

- Wyjeż­dżamy.

Gaspar ode­pchnął kubek i wypluł mleko na stół. Nie­na­wi­dził kożu­chów. Nie chcę wię­cej, jest ohydne, powie­dział. Juan widział, jak w zło­ści tężeją mu szczęki, jak zaci­ska zęby. Nie chcę wyjeż­dżać, powie­dział Gaspar i skrzy­żo­wał ramiona. Czemu nie?, pomy­ślał Juan. Czemu nie zosta­wić go tu z Tali, ona zaję­łaby się jego synem. Mógłby go cza­sem odwie­dzać. Albo i nie. Za kilka lat zmie­niłby się w odle­głe wspo­mnie­nie, Tali mogłaby zostać jego matką, wycho­wy­wałby się pomię­dzy szkie­le­tami i tajem­ni­czym kościo­łem; chło­piec znad rzeki, który mówiłby w guaraní, łowiłby sumy. Noce z pacú z rusztu i seks na pia­sku, pozdra­wia­liby go fli­sacy. Mógłby też porzu­cić go po dro­dze, w jakimś miej­scu nie­da­leko rzeki. Albo przy wej­ściu do szpi­tala, komi­sa­riatu. W całym kraju pełno było zagi­nio­nych dzieci. Dzieci skra­dzio­nych, porzu­co­nych. Dzieci ode­bra­nych porwa­nym. Ktoś by go przy­gar­nął. Nie­le­galne adop­cje były jak epi­de­mia. Gaspar miał szczę­ście, przy­ję­liby go z otwar­tymi ramio­nami: był ładny, raczej zdrowy. Oczy­wi­ście to, co sobie wyobra­żał, było nie­moż­liwe. Zna­leź­liby go w kilka minut, nikt by go nie chro­nił. Tali była córką Adolfa i nie­zbyt ważną zbun­to­waną wyznaw­czy­nią, nale­żała jed­nak do Brac­twa. Gaspar ni­gdy nie byłby u niej bez­pieczny. Nie mieli drogi ucieczki. Mógł o niej fan­ta­zjo­wać, i czę­sto to robił, ale nie cho­dziło tylko o to, że i tak by go zła­pali, lecz i o to, musiał przy­znać, że sam nie chciał rezy­gno­wać ze swo­jej potęgi. Mimo całej nie­na­wi­ści, pogardy, obrzy­dze­nia, jakie budziło w nim Brac­two, to on miał moc, ale tylko ją. Łatwo się cze­goś wyrzec, kiedy ma się wiele, pomy­ślał. On ni­gdy nie miał nic.

- Idź się ubrać.

Juan wstał i powie­dział, posłu­chaj mnie, idź natych­miast, ale kiedy chło­piec znów odmó­wił, pochli­pu­jąc, ze skrzy­żo­wa­nymi rękami, Juan ude­rzył go w poli­czek otwartą dło­nią; od tego ciosu głowa Gaspara prze­krę­ciła się na bok, a on sam zachwiał się na stołku i w końcu stra­cił rów­no­wagę. Upadł ciężko na pod­łogę, sto­łek też się prze­wró­cił, bli­sko niego, ale go nie dotknął. Juan pod­szedł, nie zwa­ża­jąc na krzyki chłopca, posa­dził go jed­nym szarp­nię­ciem i wtedy zoba­czył czer­wony poli­czek i spuch­niętą wargę. Ukłu­cie wyrzu­tów sumie­nia znik­nęło, kiedy Gaspar zaczął pła­kać. Zamknij się, powie­dział i cią­gnąc go za włosy do tyłu, zmu­sił, by spoj­rzał mu w oczy. Potrzą­snął jego głową, gład­kie włosy wplą­ty­wały mu się w palce, bo chło­piec był spo­cony. Nie bądź beksą, nic się nie stało. Gaspar pró­bo­wał coś powie­dzieć, sto­łek, poli­czek, a Juan znów zamie­rzył się na niego, zmu­sza­jąc, by prze­stał pła­kać. Idź się ubie­rać, powta­rzam ostatni raz. Gaspar posłu­chał, pobiegł do sypialni i nie zamknął drzwi. Nie ubrał się od razu, naj­pierw musiał się wyła­do­wać, waląc rękami w poduszkę, krzy­czał, nie­na­wi­dzę cię, nie­na­wi­dzę, ale to Juan mógł znieść.

Nie mógł nato­miast znieść słońca tego poranka, zmę­cze­nia, nie­ustan­nego bólu w piersi, nie wie­dział już, czy jest on kon­se­kwen­cją ostat­niej ope­ra­cji, zde­ner­wo­wa­nia czy też jakie­goś mecha­ni­zmu w jego ciele, psu­ją­cego się jak stary sil­nik, który nie­uchron­nie zapala z coraz więk­szym tru­dem, aż w końcu milk­nie na zawsze.

Poszedł do sypialni. W ręku miał nożyczki i kopertę. Gaspar wło­żył ber­mudy i koszulkę. Sie­dział na łóżku, pró­bu­jąc zapiąć san­dały na rzepy, ale nie wie­dział, jak to zro­bić.

- Pomogę ci - powie­dział Juan, a chło­piec spoj­rzał na niego suchymi oczyma. Wycią­gnął nogę. Miał opuch­niętą wargę, ale nie krwa­wił. Fran­cisz­kań­skie san­dały były nowe i na początku Gaspar ich nie­na­wi­dził, zawsze wybie­rał teni­sówki. Może wło­żył je teraz, żeby zapro­po­no­wać zawie­sze­nie broni. Jest inte­li­gentny, pomy­ślał Juan.

- Wcale cię nie nie­na­wi­dzę - powie­dział Gaspar. - Prze­pra­szam, tatu­siu, wyba­czysz mi?

Juan nie odpo­wie­dział. Przy­nie­sio­nymi z kuchni nożycz­kami obciął kosmyk wło­sów chłopcu, który popa­trzył na niego pyta­jąco. Juan nic nie wyja­śnił, obci­nał kolejne, a potem wsu­nął włosy do koperty. Nary­so­wał dwa znaki; Tali będzie potra­fiła je zin­ter­pre­to­wać. Były potrzebne, by chro­nić Gaspara. Dotknął ramie­nia i przy­po­mniał sobie, że powi­nien prze­myć ranę po rytu­ale Tali, gdy wło­żyła mu pod skórę Święty Szkie­let. Ten region i jego kości. Tyle kości. Jak kości z Innego Miej­sca, o któ­rych Juan nie chciał teraz pamię­tać. Rosa­rio opo­wia­dała mu, że Guara­nie tra­dy­cyj­nie skła­dali szczątki swo­ich zmar­łych w gli­nia­nych naczy­niach i prze­cho­wy­wali je w pobliżu, cza­sem nawet w domach, bo sądzili, że mogą przy­wró­cić umar­łym życie. Trzy­mali ich nawet w tych na pozór nie­win­nie wyglą­da­ją­cych koszy­kach z ple­cio­nej trzciny, które sprze­da­wali na stra­ga­nach przy dro­dze: szczątki zosta­wiano w nich dopóty, dopóki się nie zepsuły i nie roz­ło­żyły. Potem myto kości i rodzina trzy­mała je w drew­nia­nym pojem­niku. Pew­nie w ich daw­nych cha­tach musiało śmier­dzieć. Rosa­rio twier­dziła, że w opo­wie­ściach księży ewan­ge­li­zu­ją­cych Guara­nów mowa jest o świą­ty­niach, w któ­rych modlono się do tych kości; szkie­let wisiał w sieci roz­pię­tej mię­dzy dwoma palami lub w hamaku ozdo­bio­nym pió­rami. Wewnątrz inten­syw­nie pach­niało, a ksiądz utrzy­my­wał, że ten szkie­let był mówią­cym demo­nem.

- Nie zapo­mnij o ple­caku - rzekł i wstał z łóżka. Poszedł do łazienki prze­myć ranę alko­ho­lem; wcale go nie zapie­kło. Pró­bo­wał nie patrzeć na sie­bie w lustrze. Potem zabrał swoją torbę z sypialni Tali. Na odchod­nym poło­żył na stole kopertę z kosmy­kami wło­sów Gaspara, żeby Tali ich użyła. Cze­kał na chłopca w słońcu, na patio domu.

- Czy w aucie będzie gorąco?

Juan rozej­rzał się wokół. Zie­leń była dra­pieżna, piękna, tyle odcieni, że nie spo­sób ich nazwać jed­nym sło­wem. Samo­chód stał zapar­ko­wany pod wierzbą.

- Tro­chę, ale było w cie­niu, nie będzie parzyło.

- Kiedy patrzę w słońce, boli mnie głowa. Na nie­bie poja­wiają się te dziwne kwiaty.

- To nie patrz w słońce.

Juan rów­nież widział czarne kwiaty na nie­bie przed ata­kiem migreny. Byli w tym dziw­nie i dokład­nie tacy sami. Pyta­nie, w ilu jesz­cze rze­czach byli podobni.

Uru­cho­mił auto, z tru­dem manew­ru­jąc po szu­tro­wej nawierzchni, zanim nie dotarł do szosy. Na wyjeź­dzie zoba­czył poli­cyjny patrol; zatrzy­my­wał samo­chody i zaglą­dał do bagaż­ni­ków, długi sznur pojaz­dów cze­kał na swoją kolej. Prze­je­chał obok, spo­glą­da­jąc ukrad­kiem, uda­jąc zacie­ka­wie­nie, jeden z poli­cjan­tów poka­zał mu gestem, żeby jechał dalej; w ręku trzy­mał pisto­let, jakby miał zaraz strze­lać albo potrze­bo­wał go do obrony. Juan przy­spie­szył tro­chę, nie tak bar­dzo, by poli­cjant myślał, że ucieka, ale na tyle, by poka­zać, że zro­zu­miał pole­ce­nie. Zanie­po­ko­jony Gaspar patrzył na niego w lusterku z tyl­nego sie­dze­nia.

- Prze­siądź się do przodu - powie­dział synowi.

Brac­two ni­gdy nie uży­wało poli­cjan­tów ani żoł­nie­rzy jako ofiar. Spój­ność ide­olo­giczna sze­fów jest nie­ska­zi­telna, myślał Juan. Poświę­cają tylko tych, któ­rzy prze­śla­do­wali ich przy­ja­ciół, tak im poma­gają. On współ­pra­co­wał, ale nie czuł się wspól­ni­kiem. Czuł się nie­winny. Sam był więź­niem.

Pej­zaż był teraz upstrzony różem hor­ten­sji, refleksy rzeki migały mię­dzy spo­koj­nymi gałę­ziami wierzb, a na pobo­czu zaczęły poja­wiać się kobiety z dłu­gimi, gęstymi i krę­co­nymi wło­sami, sprze­da­jące koszyki z trzciny, sta­ran­nie sple­cione z włó­kien roślin­nych, bar­dzo jasno­zie­lo­nych albo lekko brą­zo­wa­wych, pra­wie bia­łych jak kość sło­niowa. Sie­działy w mil­cze­niu, a ich dzieci bie­gały wokoło, nie­bez­piecz­nie bli­sko drogi. Kobiety i koszyki, wierzby, dzieci i krzyże. Gaspar zapy­tał o krzyże; widocz­nie ciemne, małe, nie­do­ży­wione dzieci nie­spe­cjal­nie go inte­re­so­wały. To krzyże na cześć ludzi, któ­rzy zgi­nęli na dro­dze, w wypad­kach. Są tu pocho­wani? Nie, sta­wia się je na pamiątkę, ale oni leżą na cmen­ta­rzach, jak wszy­scy.

Wcale nie jak wszy­scy, pomy­ślał Juan, ale było to już zbyt wiele infor­ma­cji na ten dzień. Obok tabliczki z napi­sem "Bella Vista 80 km" stał wielki krzyż, biały, ude­ko­ro­wany różową kre­piną, wie­loma różań­cami i wstąż­kami do pako­wa­nia pre­zen­tów. Nowy krzyż ze świeżą deko­ra­cją, jesz­cze nie­znisz­czoną upa­łem ani desz­czem. Nie­dawny zmarły. Ile czasu bra­ko­wało, by Gaspar jakie­goś zoba­czył? On podró­żo­wał zamknięty: nie chciał oglą­dać potrą­co­nej przez samo­chód osoby chwie­ją­cej się na nogach, po tym jak zoba­czył Rosa­rio na meta­lo­wym łóżku w kost­nicy; zła­mane kości udowe, które prze­cięły skórę nóg i wyła­niały się spod niej różowe od krwi, twarz zapad­nięta tam, gdzie prze­je­chało koło; wygląda jak roga­lik, pomy­ślał, tak wyglą­dała z miej­sca, w któ­rym klę­czał na pod­ło­dze, bo nie mógł utrzy­mać się na nogach, znie­kształ­cone rysy, strza­skany nos, oczy w jakimś kawałku mózgu i czoło oraz pod­bró­dek wybrzu­szone jak dwie dosko­nałe pół­kule. Przy­krył ją po chwili, pogła­dziw­szy po nie­tknię­tych ramio­nach i wycią­gnię­tych dło­niach. Lekarz, a może pie­lę­gniarka, podał mu nylo­nową torebkę z pier­ścion­kami Rosa­rio i jej dro­gimi bran­so­let­kami. Juan nie pamię­tał, czy był to lekarz czy pie­lę­gniarka, męż­czy­zna czy kobieta, ale pamię­tał, że zapy­tał tę osobę, do kogo ma zadzwo­nić. Nie wie­dział, od czego zacząć. Zakład pogrze­bowy, pogrzeb, co robić. I ona albo on wytłu­ma­czyli mu to jasno i spo­koj­nie. Juan zapamię­tał sobie wszystko, ale zanim zro­bił cokol­wiek, zanim zadzwo­nił do Adolfa i Mer­ce­des, powia­do­mił ochro­nia­rzy i adwo­ka­tów, zła­pał tak­sówkę przed szpi­ta­lem i podał adres szkoły Gaspara. Nie mógł zała­twić wszyst­kich for­mal­no­ści sam. Rozu­miał, że to nie syn powi­nien poma­gać mu w orga­ni­zo­wa­niu pogrzebu. Rozu­miał, że musi wziąć to na sie­bie, a potem tylko go pocie­szać, wyja­śnić mu deli­kat­nie, że jego mama nie żyje. A jed­nak nie obcho­dziło go wcale, co robią nor­malni ludzie. Ani Gaspar, ani Rosa­rio, ani on nie byli nor­malni.

- Mama nie ma krzyża przy ulicy?

- Nie, w mie­ście nie ma takiego zwy­czaju.

- Czemu?

- Zgod­nie ze zwy­cza­jem sta­wia się je przy dro­gach.

- A możemy jej posta­wić?

Gaspar zamilkł, ręce opie­rał o scho­wek. Na zewnątrz niskie drzewa zda­wały się roz­czo­chrane, cha­otyczne i bez wąt­pie­nia brzyd­kie. Juan bał się wyprze­dzić cię­ża­rówkę, za którą się wlókł, śmier­dzącą nawo­zem. W końcu skrę­ciła w nie­wy­as­fal­to­waną drogę pomię­dzy drze­wami, a szosa otwo­rzyła się na żaka­randy i kora­lo­drzewy, wszystko stało się nagle fio­le­towe i czer­wone, a Juan nabrał głę­boko powie­trza, żeby opa­no­wać pal­pi­ta­cje w piersi i pul­so­wa­nie w szyi.

- Podaj mi wodę, Gaspa­rze.

Chło­pak wrę­czył mu szklaną butelkę - po gase­osie Crush, którą Gaspar uwiel­biał - teraz pełną zim­nej wody. Prze­no­śna sty­ro­pia­nowa lodówka dzia­łała cał­kiem nie­źle.

- A co to jest?

Juan spoj­rzał tam, gdzie poka­zy­wał Gaspar, który wró­cił na przed­nie sie­dze­nie i też pił zimną wodę z butelki.

- To kapliczka.

Zwol­nił tro­chę, żeby zoba­czyć, jakiemu świę­temu ją wysta­wiono; nie był to Gau­chito, bo bra­ko­wało czer­wo­nych kawał­ków mate­riału.

Poświę­cono ją San Güesito.

Kto to?, kto to?, wypy­ty­wał Gaspar. Chło­piec w twoim wieku, mniej wię­cej. Zabili go pijacy. Czemu, był nie­do­bry? To pijacy byli nie­do­brzy, nie on. Miesz­kał na ulicy, był biedny. Tak naprawdę nie na ulicy, w sel­wie, nie­da­leko szosy.

Gaspar zamy­ślił się w sku­pie­niu. Nie mogę powie­dzieć mu prawdy, nie mogę powie­dzieć, że zgwał­cili Güesita, zanim go zabili. W ilu? Nie pamię­tał. Nie­któ­rzy mówili o pię­ciu, inni o dzie­się­ciu. Potem zbez­cze­ścili zwłoki i użyli głowy do rytu­ałów. Tak go zna­le­ziono, wykrwa­wio­nego, bez głowy, przy dro­dze, ponad dwa­dzie­ścia lat temu. Pocho­wano go na cmen­ta­rzu w Goya, a na jego nagrobku poło­żono mnó­stwo zaba­wek, jakimi nie dane było mu bawić się za życia.

- Nie chcę wysia­dać.

Juan się z nim zga­dzał. Też nie podo­bał mu się Güesito ani jego figurka, ciemna pół­naga lalka z oczami poma­lo­wa­nymi w stylu jakby egip­skim, oto­czo­nymi kre­skami, i nie­wi­dzą­cymi. Zain­try­go­wało go, co też wło­żono mu do domku z cegieł, który go osła­niał, ale lepiej było kon­ty­nu­ować podróż.

Tabliczka poka­zy­wała teraz 78 kilo­me­trów. Mógł doje­chać w godzinę do Bella Vista, miał czas, żeby po dro­dze poroz­ma­wiać z synem. W samo­cho­dzie było łatwiej, ruch zda­wał się go hip­no­ty­zo­wać. Spę­dzą noc w dobrym hotelu, w Cor­rien­tes. Potrze­bo­wał tego, zanim spró­buje zre­ali­zo­wać swój plan. Musi rów­nież przy­wo­łać pewien rodzaj sek­su­al­nej ener­gii, którą nie­ła­two będzie mu zna­leźć w tych miej­sco­wo­ściach. Ten pro­blem mógł jed­nak odło­żyć na póź­niej.

- Gaspar, widzia­łeś jesz­cze jakieś kobiety jak ta w hotelu?

- Kobiety nie.

Juan wło­żył ciemne oku­lary. Lubił to, że Gaspar rozu­miał dosko­nale, o co go pyta. Spoj­rzał na chłopca, który zdjął koszulkę, bo było mu gorąco, i zauwa­żył na jego ramie­niu siniaka. Ude­rze­nie o pod­łogę, kiedy wymie­rzył mu poli­czek i zrzu­cił ze stołka. Juan deli­kat­nie prze­su­nął pal­cem po ciem­nej pla­mie.

- Ale?

- Nad jezio­rem, kiedy jedli­śmy tę zupę, co nie miała wody, i była muzyka, wyszedł z niego jakiś pan.

- A skąd wie­dzia­łeś, że był jak ta pani w hotelu?

- Bo był goły i cały spuch­nięty, nie mógł cho­dzić sobie tak po pro­stu. Wtedy zro­bi­łem tak, jak mnie nauczy­łeś, i sobie poszedł.

- Poszedł od razu?

- Tak.

Nie­sa­mo­wite, pomy­ślał Juan.

- Prze­stra­szy­łeś się go?

Gaspar zawa­hał się chwilkę i prze­su­nął ręką po skroni. Gest wyra­ża­jący zmar­twie­nie. Innym było zaci­ska­nie lewej dłoni w pięść. Wie­lo­krot­nie Juan zmu­szał go, żeby wypro­sto­wał palce, Gaspar zaci­skał je bar­dzo mocno, ner­wowo. Umrze młodo, jeśli będzie się tak iry­to­wał, powie­dział kie­dyś Rosa­rio, a ona krzyk­nęła wście­kła, żeby ni­gdy nie mówił tak o Gaspa­rze, jak może być taki okrutny, nasz syn nie umrze. To wszystko wyda­wało się teraz takie odle­głe, tamta dys­ku­sja nad ranem, Rosa­rio zabrała poduszkę i poszła spać do innego pokoju, trza­śnię­cie drzwi i zapach dro­gich per­fum w pościeli.

- Nie spodo­bał mi się - odparł Gaspar.

- Daj mi rękę i przy­się­gnę, żebyś był pewien, że nie kła­mię.

Juan zwol­nił. Droga była pusta, mógł więc kie­ro­wać tylko jedną ręką i patrzeć w oczy synowi.

- Przy­się­gam. Nie mogą ci nic zro­bić. To nie są panie ani pano­wie, to tylko echa. Kiedy krzy­czysz w garażu w naszym domu, krzyk do cie­bie wraca. Ale to już nie twój głos. Z nimi jest tak samo. Ta kobieta z hotelu i ten męż­czy­zna z jeziora kie­dyś byli ludźmi, teraz już nie są. Nie mogą ci nic zro­bić. Nie mogą cię skrzw­dzić, bo nie mogą cię dotknąć. Mogą podejść bli­sko, ale nie dotkną cię, przy­się­gam.

- A dla­czego ich widzimy?

- Są ludzie, któ­rzy potra­fią ich zoba­czyć. Są ludzie, któ­rzy potra­fią zoba­czyć o wiele wię­cej niż ich.

- Ty widzisz inne rze­czy.

To nie było pyta­nie.

- Tak.

- Ja też?

- Nie wiem. Jeśli chcesz, zro­bimy próbę. I jeśli chcesz, możemy zro­bić tak, że będziesz widział takich, co są jak ta pani i ten pan, tylko wtedy, gdy będziesz miał na to ochotę.

- Kiedy będę miał ochotę?

- Tak.

- A czemu miał­bym mieć ochotę?

Dobre pyta­nie. Juan się roze­śmiał.

- W takim razie nauczę cię, jak nie widzieć ich ni­gdy.

- Czy czarne kwiaty są jak ci ludzie, któ­rych nie ma? Bo widzia­łem je obok chmur, a teraz boli mnie głowa.

- Gdzie cię boli?

- Tu, za okiem.

Juan wycią­gnął rękę w stronę tyl­nego sie­dze­nia i poszu­kał torby. Musiał dać synowi aspi­rynę, zanim migrena się roz­sza­leje. Popij wodą, powie­dział, a potem usiądź spo­koj­nie i zamknij oczy. Gaspar odzie­dzi­czył te strasz­liwe bóle głowy po nim. Nie spo­sób było ich wyja­śnić szczę­śliw­com, któ­rzy nie prze­żyli praw­dzi­wej migreny, owych ude­rzeń młot­kiem pod czaszką, oczu jak dwa kamie­nie inkru­sto­wane w twa­rzy, świa­tła jak nóż, każ­dego dźwięku wie­lo­krot­nie pomno­żo­nego. I mdło­ści.

Ale to nie było dla niego naj­gor­sze. Naj­gor­sze, że nie umiał wyle­czyć Gaspara z tego bólu. Potra­fił go wyle­czyć jedy­nie z bólu, który sam spo­wo­do­wał.

- Chce mi się wymio­to­wać, tato - powie­dział Gaspar pięt­na­ście minut póź­niej, a Juan zatrzy­mał samo­chód na pobo­czu szosy i otwo­rzył drzwi, żeby chło­piec mógł zwymio­to­wać na asfalt i się nie pobru­dzić. Poło­żył mu dłoń na czole, drugą na wło­sach na karku i poczuł, jak ciało chłopca wysila się, kur­czy i poci z bólu. Będzie musiał się zatrzy­mać w jakimś chłod­nym i ciem­nym miej­scu, żeby syn mógł się prze­spać; w prze­ciw­nym wypadku w połu­dnio­wym słońcu migrena będzie nie do znie­sie­nia. Musi wra­cać do domu Tali. Wyjął z lodówki tro­chę lodu i prze­su­nął kostki po czole Gaspara, który przy­ci­skał dło­nie do skroni, jak doro­sły.

- Nie płacz, bo będzie jesz­cze gorzej - powie­dział.

Chło­piec znów zwy­mio­to­wał. Nie miał już nic w żołądku i aż dygo­tał z wysiłku. Juan był tak sku­piony na pod­trzy­my­wa­niu mu głowy, że nie zauwa­żył samo­chodu, który zatrzy­mał się obok. Usły­szał głos, zanim zwró­cił uwagę na obec­ność auta, i ziry­to­wał się sam na sie­bie, tra­cił refleks czy co?

- Dzień dobry, wszystko w porządku?

Juan odwró­cił się. Obok stał peu­geot, a mówił do niego kie­rowca samo­chodu; pocho­dził nie­wąt­pli­wie z Buenos Aires, był młody i nie­groźny. Juan był teraz uważny, stu­dio­wał nie­zna­jo­mego w peł­nym sku­pie­niu. Można mu zaufać, zro­zu­miał to z całą pew­no­ścią. Kolejny nie­winny.

- Mój syn źle się poczuł.

- Potrze­bu­je­cie pomocy? Dwie­ście metrów dalej jest sto­łówka i sklep spo­żyw­czy, zatrzy­ma­łem się u rodziny, która je pro­wa­dzi, mają tele­fon.

Dwie­ście metrów? W szcze­rym polu? Juan poczuł deli­katne ukłu­cie podejrz­li­wo­ści i w tej samej chwili zro­zu­miał, że mło­dzie­niec z auta też ma obawy. Tu, na pół­nocy, dyk­ta­tura była mniej opre­syjna, ale każ­demu roz­sąd­nemu czło­wie­kowi w obli­czu nie­co­dzien­nej sytu­acji włą­czał się alarm. Ale, myślał Juan, to wcale nie była nie­co­dzienna sytu­acja, dziecko, które źle się poczuło po dro­dze, w lecie. To nor­malne. Mógł przy­jąć pomoc, a nie­zna­jomy, pro­po­nu­jąc mu ją, zacho­wał się natu­ral­nie. Nie wyczu­wał nie­bez­pie­czeń­stwa.

- Pro­wa­dzą ten inte­res z dala od szosy, chyba nie idzie im naj­le­piej.

- Tutejsi wie­dzą, gdzie jest, widzisz drogę?

Zwra­cał się do niego na ty, kolejny dobry znak. Juan zoba­czył ubitą drogę, stała przy niej nawet drew­niana tabliczka z napi­sem "U Kar­le­nów".

- Posłu­chaj, mój syn miewa migreny. Potrze­buje ciem­nego i chłod­nego miej­sca, żeby odpo­cząć, a nie knajpy i hała­su­ją­cych pra­cow­ni­ków. Zamie­rza­łem poszu­kać hotelu.

Nie­zna­jomy poki­wał głową.

- Ta rodzina mieszka obok, na pewno mogą go poło­żyć w jakimś pokoju. To tylko dwie­ście metrów.

Juan spoj­rzał w oczy nie­zna­jo­memu. Miał krę­cone włosy i nosił oku­lary, cho­ciaż teraz nie, ale widać było ślady u nasady nosa. Samo­chód był dość brudny, facet naj­wy­raź­niej podró­żo­wał. Miał na sobie czy­stą beżową koszulę. Jeśli zechce, może go wyko­rzy­stać.

- Pojadę za tobą - powie­dział Juan.

Sto­łówka "U Kar­le­nów" wkrótce uka­zała się ich oczom. Był to skromny budy­nek, w poło­wie z cegieł, w poło­wie drew­niany, z dużym par­kin­giem, dzie­dziń­cem i domem na tyłach poma­lo­wa­nym na biało. Miał też taras z dłu­gim sto­łem, pusty mimo pory obia­do­wej. Dwóch opar­tych o barierkę męż­czyzn piło coś, być może bim­ber z trzciny cukro­wej. Nie­zna­jomy wysiadł pierw­szy i powie­dział coś kobie­cie, która stała przy wej­ściu, kobie­cie w sukience w kwiatki się­ga­ją­cej do kostek i w far­tu­chu, z siwymi, upię­tymi wło­sami. Kiedy tylko go wysłu­chała, pod­bie­gła do samo­chodu Juana, który otwo­rzył drzwi od strony kie­rowcy, przy­kła­da­jąc lód do czoła Gaspara; chło­piec nie ruszał głową, wie­dział już, że to tylko nasila ból.

Kobieta przed­sta­wiła się jako Zulema, pani Kar­len, współ­wła­ści­cielka sklepu i sto­łówki, i powie­działa, że jeśli chce poło­żyć Gaspara w łóżku jej syna, z przy­jem­no­ścią mu je zaofe­ruje. Może ktoś rzu­cił na niego urok, zasu­ge­ro­wała, kiedy Juan się przed­sta­wił i powie­dział, że jego syn ma na imię Gaspar. Nie­wy­klu­czone, odparł, że ktoś go zauro­czył, ale nie znam zbyt wiele osób potra­fią­cych sku­tecz­nie ule­czyć takie złe spoj­rze­nie. Ma pan rację, przy­znała pani Kar­len, jak to mówią, jest wielu szar­la­ta­nów. Chodź­cie tędy. Moja matka mie­wała takie bóle, ale ni­gdy nie widzia­łam ich u dziecka. Może ma udar sło­neczny? Może, powie­dział Juan. Ton kobiety był z lekka kry­tyczny, facet, który nie umie zaopie­ko­wać się dziec­kiem, myślała, ale Juan się nie zde­ner­wo­wał; może nawet miała tro­chę racji. Nie kupił Gaspa­rowi czapki od słońca, na przy­kład. Nie zmu­szał go do zapi­na­nia pasów bez­pie­czeń­stwa, a kiedy chło­piec go dener­wo­wał, był zdolny bru­tal­nie go pobić, nawet bar­dziej niż tego ranka. Poszedł za kobietą, nio­sąc Gaspara na rękach.

- Mój mąż i syn są na wyspie - powie­działa, jakby Juan mógł zro­zu­mieć, o czym mówi. Dom na tyłach miał cemen­tową pod­łogę, nasto­let­nia dziew­czynka zamia­tała patio mio­tłą z gałęzi palmy. Budy­nek, w któ­rym pokoje były oddzie­lone zasło­nami z pocię­tych pla­sti­ko­wych pasków, oka­zał się zaska­ku­jąco chłodny. Na stole Juan zoba­czył otwartą butelkę wina, deko­ra­cję z pla­sti­ko­wych kwia­tów i obrazki Matki Boskiej z Itatí na ścia­nach, czule opra­wione w ramki. Lodówka hała­so­wała.

- Tutaj - powie­działa pani Kar­len i zacią­gnęła pla­sti­kową zasłonę nie­wiel­kiej sypialni z poje­dyn­czym łóż­kiem i oknem z zamknię­tymi drew­nia­nymi żalu­zjami.

Juan zamru­gał kilka razy, żeby przy­zwy­czaić się do mroku, i deli­kat­nie uło­żył Gaspara na łóżku. Kobieta znik­nęła w kuchni i wró­ciła po chwili z alu­mi­nio­wym garn­kiem peł­nym wody i lodu oraz chustką, którą miał zwil­żać czoło syna. Juan podzię­ko­wał jej, a ona zapy­tała, czy chce ziem­niaki. Tak, ale ja je pokroję, pani musi obsłu­gi­wać klien­tów. To tylko chwilka, powie­działa kobieta. Nie wiem, jak się odwdzię­czę, powie­dział Juan, lecz pani Kar­len kom­plet­nie go zigno­ro­wała.

Odsu­nął poduszkę, żeby jej nie zamo­czyć, i popro­sił Gaspara, by poło­żył się na boku. Z doświad­cze­nia wie­dział, że to naj­lep­sza pozy­cja, poza tym zapo­bie­gała zakrztu­sze­niu się wymio­ci­nami, jeśli wrócą mdło­ści. Zanu­rzył chu­s­teczkę w garnku z wodą i lodem i umie­ścił ją Gaspa­rowi na gło­wie, jak czapkę. Pani Kar­len przy­nio­sła bar­dzo cien­kie pla­sterki ziem­nia­ków i podała je Juanowi, a on poło­żył je na czole Gaspara. Kiedy chło­piec puścił jego rękę, gdy zasnął z otwar­tymi ustami i oczyma przy­kry­tymi lodo­watą chustką, pomy­ślał, że wyj­dzie stam­tąd, wsią­dzie do samo­chodu i zostawi go na odlu­dziu. Tak byłoby naj­le­piej dla cie­bie, synu. Wyobra­ził go sobie dużego, jak obsłu­guje klien­tów za ladą, a może nawet spła­wia­ją­cego drewno tra­twą. Jeśli go porzuci, wyro­śnie na męż­czy­znę zacię­tego i mil­czą­cego, znał wielu takich. Wyszedł z pokoju. Na zewnątrz dziew­czynka, która wcze­śniej zamia­tała, zapy­tała, czy malec czuje się lepiej, a on odparł, że śpi, że kiedy się obu­dzi, na pewno mu przej­dzie. Całe szczę­ście, że tato i mój brat są na wyspie, dzięki temu mamy wolny pokój, gdyby nie to, mogła­bym uży­czyć swo­jej sypialni, ale jego jest lep­sza. Gdzie oni są?, chciał wie­dzieć Juan. Są na wyspie, tną drewno. Macie tar­tak? Robimy tylko skrzynki na owoce, nic poza tym. Na cytryny i poma­rań­cze. Niech się pan pój­dzie cze­goś napić, zapro­po­no­wała. Jeśli mały się obu­dzi, zawo­łam pana, ja zwy­kle śpię ze dwie godziny po połu­dniu, ale mam bar­dzo lekki sen.

Uprzej­mość nie­zna­jo­mych, pomy­ślał Juan. Czyż nie spo­tkał zbyt wielu dobrych i bez­in­te­re­sow­nych ludzi? Czy to nie był znak, czy nie zasta­wiono na niego pułapki? Może wszystko było ukar­to­wane? Idąc do sto­łówki, zamknął oczy, żeby lepiej się skon­cen­tro­wać. Nie wyczuł żad­nego zagro­że­nia. Cykady traj­ko­tały, ptaki umil­kły, na polach pul­so­wała dawna prze­moc, wyczuł też now­szą, ale żadna nie była skie­ro­wana prze­ciw niemu ani jego synowi. Poczuł też, jak nagły powiew wia­tru, pożą­da­nie nie­zna­jo­mego z peu­ge­ota, który przed­sta­wił się jako Andrés.

Teraz przy stole na tara­sie jadło dwóch męż­czyzn: jeden z nich koń­czył talerz maka­ronu, drugi w roz­tar­gnie­niu gryzł kanapkę. Ci, któ­rzy pili alko­hol oparci o barierkę, wciąż tam stali i roz­ma­wiali o manguruyú. Juan spró­bo­wał sobie przy­po­mnieć, co ozna­cza to słowo: chyba rybę, tak sądził. Jeden z nich mówił: "Jestem brzyd­szy niż śnia­da­nie z makreli i goto­wa­nej mate" i Juan się uśmiech­nął - męż­czy­zna naprawdę był brzydki, miał na twa­rzy ślady po jakiejś cho­ro­bie wieku dzie­cię­cego i był gruby, niziutki, przy­po­mi­nał mu ste­reo­ty­powe obrazki gnoma stra­szą­cego ludzi pod­czas sje­sty.

Andrés, nie­zna­jomy z peu­ge­ota, wyszedł z knajpy z panią Kar­len i zapy­taw­szy naj­pierw o Gaspara, zapro­po­no­wał coś do picia, jakby sam był kel­ne­rem. Oczy­wi­ście nim nie był, na co wska­zy­wał jego spo­sób bycia i akcent z pół­noc­nych dziel­nic Buenos Aires, i jakość jego ubrań.

- Gase­osę. Bar­dzo zimną, jeśli mają.

- Mają, nawet nie wiesz, jak niską tem­pe­ra­turę nasta­wiają tutaj w lodów­kach.

Juan uniósł brew. Ow­szem, wie­dział.

- Pra­cu­jesz tu?

- Zatrzy­ma­łem się na kilka dni, ale nie chcą wziąć ode mnie pie­nię­dzy, dla­tego przed wyjaz­dem posta­no­wi­łem im pomóc.

Andrés z tru­dem otwo­rzył gase­osę Crush. Był zde­ner­wo­wany. Nie usiadł przy stole, dopóki dwóch kie­row­ców cię­ża­rówki nie skoń­czyło jeść i dwóch face­tów sto­ją­cych przy barierce, już cał­kiem pija­nych, nie ode­szło uciąć sobie drzemki pod wierzbą; Juan dopiero wtedy zorien­to­wał się, że są bar­dzo bli­sko jeziora.

- Nie chcesz cze­goś zjeść?

- Może póź­niej - powie­dział Juan i zapa­trzył się w pustą butelkę po cru­shu, który wypił trzema łykami.

Andrés popra­wił sobie krę­cone włosy, cał­kiem dłu­gie, i wyja­śnił, w jaki spo­sób tu się zna­lazł. Powie­dział, że jest foto­gra­fem, że robi pro­jekt o regio­nie Mię­dzy­rze­cza. Tak to okre­ślił, "pro­jekt". Foto­gra­fo­wał przede wszyst­kim ludzi. Kar­le­no­wie pozwo­lili mu poznać swoją intym­ność, zro­bił im zdję­cia nie tylko w sto­łówce i w domu, ale także pod­czas cię­cia drewna na wyspie na Para­nie, gdzie w nocy krzy­czały i biły się małpy carayá. Opo­wie­dział o prze­pra­wie przez rzekę, w tamtą stronę moto­rówką, w powrotną tra­twą. Teraz męż­czyźni znów byli na wyspie. Opo­wie­dział też o impre­zie, na któ­rej robił zdję­cia zale­d­wie przed­wczo­raj w nocy; dzieci Kar­le­nów zawio­zły go trak­to­rem, bo deszcz spra­wił, że na dro­gach ziem­nych zro­biło się mnó­stwo błota. Juan słu­chał go z uwagą. Czemu Cor­rien­tes, czemu te oko­lice?, zapy­tał. Bo nie znam Argen­tyny, odparł Andrés. Miesz­ka­łem wiele lat we Wło­szech.

- A czemu wró­ci­łeś? Nie boisz się żoł­da­ków?

Andrés aż pod­sko­czył na krze­śle.

- Nie popa­daj w para­noję - powie­dział Juan.

- Dokąd jedzie­cie?

Juan wie­dział, że jest mu winien wyja­śnie­nie, poza tym tylko w ten spo­sób mógł zdo­być jego zaufa­nie. Foto­graf był miły, cho­ciaż pew­nie uprzej­mość nie była bez­in­te­re­sowna. Juan nie zauwa­żył tego od razu, ale wie­dział, jakie wra­że­nie robi na męż­czy­znach i kobie­tach. Nauczył się dostrze­gać pożą­da­nie innych i wyko­rzy­sty­wać je, skoro sam nie mógł się nim cie­szyć.

- Jedziemy odwie­dzić moich teściów, w Posa­das.

Nie miał zamiaru mówić mu prawdy, ale jakąś rów­no­le­głą, wia­ry­godną, podobną i zawo­alo­waną jej wer­sję.

- Są bogaci. Mogłem lecieć samo­lo­tem, ale posta­no­wi­łem odbyć podróż samo­cho­dem. Też tak dobrze nie znam kraju.

Nie było sensu kła­mać, bo Gaspar, kiedy się obu­dzi, na pewno i tak wszystko wypa­pla, po ata­kach migreny zawsze robił się gada­tliwy, więc powie­dział mu, że jest wdow­cem i to pierw­sza jego podróż z synem.

Pani Kar­len, sły­sząc roz­mowę, przy­nio­sła Juanowi talerz z panie­ro­wa­nym sznyc­lem cie­lę­cym i purée i powie­działa, że powi­nien coś zjeść. Potem oświad­czyła, że też idzie się zdrzem­nąć.

- Jeśli mały się obu­dzi, zaraz pana zawia­do­mię. Kie­dy­kol­wiek pan zechce go zoba­czyć, pro­szę śmiało wejść do domu.

Andrés chciał wie­dzieć, dla­czego teścio­wie Juana są bogaci, a on powie­dział, że mają sporą firmę pro­du­ku­jącą drewno. Potem zapy­tał, czy może sko­rzy­stać z leżaka, który stał przy wej­ściu, i Andrés odrzekł, że tak, i sam przy­niósł sobie drugi. Przy­niósł też dwa piwa. Juan wyjął z kie­szeni pie­nią­dze i popro­sił, żeby dorzu­cił je potem do kasy Kar­le­nów. Popro­sił go też o drugą gase­osę, nie chcę pić alko­holu, skoro mam pro­wa­dzić, wyja­śnił. Myśla­łem, że zosta­nie­cie dłu­żej. Nie, jutro muszę być w Posa­das.

Foto­graf wyglą­dał na roz­cza­ro­wa­nego, potem powie­dział mu, że ma już dość zdjęć ludzi. Że zaczął robić zdję­cia przy­droż­nym świę­tym. Duże wra­że­nie zro­bił na nim ołtarz San Güesita; o wiele więk­sze, gdy poznał jego histo­rię, a kiedy spo­tkał Juana i Gaspara na szo­sie, wybie­rał się wła­śnie foto­gra­fo­wać inne jego ołta­rze.

- Nie chcę ci prze­szka­dzać - powie­dział Juan. - Wciąż masz jesz­cze dobre świa­tło, jedź.

- Wolę zostać z tobą - odparł odważ­nie Andrés i upił łyk piwa. - Teraz ty inte­re­su­jesz mnie bar­dziej niż cokol­wiek.

Juan uśmiech­nął się lekko. Następny krok nale­żał do niego.

- Co za bra­wura. Nie wiem, czy odwa­żył­bym się tu na pod­ryw, wśród tych pod­pi­tych zabi­ja­ków.

- E tam. Nie masz poję­cia, jak tu się pie­przy. Na impre­zie, tam­tej nocy, pie­przyłem się wię­cej niż przez cały czas, kiedy miesz­ka­łem we Wło­szech. Są strasz­nie napa­leni.

Juan roze­śmiał się.

- Znasz Kaplicę Dia­bła? Musisz ją sfo­to­gra­fo­wać.

- Coś sły­sza­łem. Ludzie się jej boją.

- Odpra­wiają tam msze. Cho­ciaż nie jest kon­se­kro­wana. Tak mówią. Zamiast wina uży­wają wody po kąpieli nie­ochrz­czo­nego nie­mow­lę­cia. Można by pomy­śleć, że odpo­wied­niej­szy byłby kie­lich krwi, prawda? Ale oni wolą brudną wodę.

- A po co odpra­wiają te msze? - dopy­ty­wał foto­graf.

- Po to, po co zwy­kle robi się takie rze­czy. Żeby wyrzą­dzić komuś krzywdę. Foto­gra­fu­jesz też w nocy? Jeśli tak, możesz poje­chać zoba­czyć, co się tam dzieje. Jeśli coś będzie się działo, to na pewno w piątki.

- Ty w to wie­rzysz?

- Nie - skła­mał znów Juan. - Moja żona ow­szem, wie­rzyła. Jeśli jesteś tu od dawna, nie muszę ci tłu­ma­czyć, że wszy­scy są tu tro­chę cza­row­ni­kami. Zoba­czę, co z moim synem.

W domu pano­wała kom­pletna cisza, prócz łagod­nego bucze­nia wia­tra­ków. Poszedł pro­sto do pokoju, w któ­rym spał Gaspar, i ostroż­nie zdjął mu z czoła krążki ziem­nia­ków, już cie­płe i suche; w garnku zostało jesz­cze tro­chę lodu, więc zmo­czył chustkę. Udało mu się to, nie budząc chłopca. Wyszedł, sta­ra­jąc się nie robić hałasu. Kiedy wró­cił do sto­łówki, foto­graf wyjął z pomiesz­cze­nia wia­trak i przy­niósł jesz­cze jeden napój. Tym razem coca-colę. Jej też nie mógł pić. Zakra­wało to na żart, pró­bo­wał mu dogo­dzić i cią­gle nie tra­fiał. Foto­graf już zdjął koszulę. Był chudy, miał nie­o­wło­sioną pierś, co przy ramio­nach poro­śnię­tych ciem­nymi gęstymi wło­sami wyda­wało się zaska­ku­jące. Dener­wo­wał się. Juan nie zro­bił nic, by go uspo­koić. Usiadł bli­sko niego i popro­sił, żeby opo­wie­dział mu wię­cej o swo­ich zdję­ciach. Andrés roz­ga­dał się o wyspach na rzece i o tym, jak najadł się stra­chu, oglą­da­jąc walki małp. Nie udało mu się żad­nej sfoto­grafować. Nie inte­re­sują mnie zdję­cia zwie­rząt, powie­dział. Robił­bym je tylko dla pie­nię­dzy. Gdyby zle­cił mi to "Natio­nal Geo­gra­phic", oczy­wi­ście. Lubił ludzi i budynki. We Wło­szech zmę­czył się budyn­kami, bo wszyst­kie były ważne i maje­sta­tyczne, ale teraz w pro­stych i na pozór podob­nych do sie­bie domach w Lito­ralu na powrót odna­lazł zain­te­re­so­wa­nie miej­scami, które zasie­dlali ludzie. Juan chciał mu powie­dzieć, że powi­nien uważ­niej się rozej­rzeć, że w tym regio­nie jest wiele nie­zwy­kłych pała­cy­ków z bia­łego kamie­nia w pal­mo­wych gajach, zaj­mu­ją­cych całe hek­tary, wolał jed­nak zapy­tać, czy zna Wene­cję, i wysłu­chał tego, co foto­graf miał mu do powie­dze­nia o kana­łach i Pałacu Dożów. I stood in Venice / A palace and a pri­son on each hand, pomy­ślał Juan, który dobrze pamię­tał te wersy. Zdjął koszulę, powoli, było bar­dzo gorąco. Cze­kał na reak­cję foto­grafa: nie na wszyst­kich bli­zny po ope­ra­cjach robiły wra­że­nie. Nie­któ­rym były mniej wię­cej obo­jętne, nie mieli wystar­cza­jąco dużo infor­ma­cji, żeby zro­zu­mieć ich zna­cze­nie czy powagę.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki