Nasza część nocy - Mariana Enriquez

-
Proszę czekać

Tyle świa­tła tego ranka i czy­ste niebo, zale­d­wie kilka bia­łych pla­mek na cie­płym błę­ki­cie, przy­po­mi­na­ją­cych bar­dziej smugi dymu niż chmury. Było już późno i musiał wyje­chać, i ten upalny dzień będzie iden­tyczny jak następny; jeśli spad­nie deszcz, znad rzeki napły­nie wil­goć, i jesz­cze ten przy­tła­cza­jący kli­mat Buenos Aires; ni­gdy nie zdoła opu­ścić mia­sta.

Juan bez popi­ja­nia połknął tabletkę, by zapo­biec bólowi głowy, któ­rego jesz­cze nie czuł, i wszedł do domu, żeby obu­dzić syna przy­kry­tego prze­ście­ra­dłem. Wyjeż­dżamy, powie­dział, deli­kat­nie nim potrzą­sa­jąc. Chło­piec obu­dził się natych­miast. Czy inne dzieci też spały snem tak płyt­kim, tak czuj­nie? Umyj buzię, powie­dział i deli­kat­nie wyjął mu śpioszki z oczu. Nie było czasu na śnia­da­nie, zje­dzą po dro­dze. Wziął torby przy­go­to­wane już wcze­śniej i przez chwilę zasta­na­wiał się, jaką książkę jesz­cze dopa­ko­wać; posta­no­wił dorzu­cić jesz­cze dwie. Spoj­rzał na leżące na stole bilety na samo­lot; wciąż jesz­cze ist­niała ta moż­li­wość. Mógł poło­żyć się do łóżka i zacze­kać na datę odlotu, za kilka dni. Żeby nie ulec leni­stwu, podarł bilety i wyrzu­cił je do śmieci. Dłu­gie włosy spra­wiały, że pociła mu się szyja; w słońcu to będzie nie­zno­śne. Nie miał czasu, żeby je obciąć, ale zaczął szu­kać noży­czek w kuchen­nych szu­fla­dach. Kiedy je zna­lazł, wrzu­cił do tej samej pla­sti­ko­wej torebki, w któ­rej miał tabletki, ciśnie­nio­mierz, strzy­kawkę i kilka ban­daży, pod­sta­wowe arty­kuły pierw­szej pomocy na podróż. Także sta­ran­nie naostrzony nóż i torbę z pro­chami, któ­rych zamie­rzał wresz­cie użyć. Zapa­ko­wał też puszkę z tle­nem, będzie jej potrze­bo­wał. W aucie pano­wał chłód, obi­cie sie­dzeń nie nagro­ma­dziło w nocy zbyt wiele cie­pła. Poło­żył na przed­nim sie­dze­niu pik­ni­kową lodówkę z lodem i dwoma syfo­nami wody sodo­wej. Syn będzie musiał podró­żo­wać na tyl­nym sie­dze­niu, cho­ciaż on sam wolałby mieć go z przodu, ale było to zabro­nione, a on nie mógł pozwo­lić sobie na żadne pro­blemy z poli­cją czy z woj­skiem, które bru­tal­nie strze­gły dróg. Samotny męż­czy­zna z synem mógł budzić podej­rze­nia. Reżim był nie­prze­wi­dy­walny, a Juanowi zale­żało na tym, żeby unik­nąć wszel­kich nie­po­ro­zu­mień.

Gaspar, zawo­łał, nie pod­no­sząc zbyt­nio głosu. Nie docze­kał się odpo­wie­dzi, więc wró­cił do domu po chłopca. Gaspar pró­bo­wał wła­śnie zawią­zać sznu­rówki teni­só­wek.

- Ale żeś wszystko poplą­tał - powie­dział i schy­lił się, żeby mu pomóc. Syn pła­kał, a ojciec nie potra­fił go pocie­szyć. Gaspar tęsk­nił za matką, ona robiła to wszystko instynk­tow­nie: obci­nała paznok­cie, przy­szy­wała guziki, myła go za uszami i pomię­dzy pal­cami stóp, pytała przed wyj­ściem, czy zro­bił siu­siu, poka­zy­wała, jak ele­gancko zawią­zać sznu­rówki. On też za nią tęsk­nił, ale tego ranka nie mógł zapła­kać z synem. Masz wszystko, czego potrze­bu­jesz?, zapy­tał. Ostrze­gam, że nie będziemy po nic wra­cać.

Od dawna nie pro­wa­dził samo­chodu przez tyle kilo­me­trów. Rosa­rio zawsze nale­gała, żeby sia­dał za kie­row­nicą raz w tygo­dniu, by nie wyjść z wprawy. Dla Juana auto było za małe, jak pra­wie wszystko: spodnie za krót­kie, koszule zbyt obci­słe, krze­sła nie­wy­godne. Upew­nił się, że mapa z Klubu Auto­mo­bi­lo­wego znaj­duje się w schowku, i ruszył.

- Jestem głodny - powie­dział Gaspar.

- Ja też, ale zatrzy­mamy się na śnia­da­nie w świet­nym miej­scu. Za chwilę, dobrze?

- Jeśli cze­goś nie zjem, zwy­mio­tuję.

- A mnie boli głowa, kiedy jestem głodny. Wytrzy­maj. To tylko chwilka. Nie wyglą­daj przez okno, bo jesz­cze bar­dziej zakręci ci się w gło­wie.

Sam czuł się gorzej, niż chciał przy­znać. Palce rąk mu drę­twiały, roz­po­zna­wał w piersi aryt­miczne ude­rze­nia serca. Wsu­nął na nos ciemne oku­lary i popro­sił Gaspara, by opo­wie­dział mu bajkę, którą czy­tał wie­czo­rem. Miał dopiero sześć lat, ale czy­tał już płyn­nie.

- Nie pamię­tam.

- Na pewno pamię­tasz. Ja też jestem w kiep­skim humo­rze. Spró­bu­jemy jakoś razem się z tym upo­rać, czy przez całą drogę będziemy mieć miny jak sra­jące koty?

Gaspar roze­śmiał się na wspo­mnie­nie o sra­ją­cych kotach. Potem opo­wie­dział o kró­lo­wej dżun­gli, która śpie­wała, prze­cha­dza­jąc się pomię­dzy drze­wami, i wszy­scy lubili jej słu­chać. Pew­nego dnia nade­szli żoł­nie­rze, a ona prze­stała śpie­wać i stała się wojow­niczką. Schwy­tali ją, spę­dziła noc w zamknię­ciu; żeby uciec, musiała zabić pil­nu­ją­cego jej straż­nika. Nikt nie chciał uwie­rzyć, że miała siłę go zabić, bo była bar­dzo wątła, dla­tego uznali ją za cza­row­nicę i spa­lili; przy­wią­zali ją do drzewa, pod które pod­ło­żyli ogień. Ale rano zamiast ciała zna­leźli czer­wony kwiat.

- Drzewo o czer­wo­nych kwia­tach.

- Tak, drzewo.

- Podo­bała ci się ta histo­ria?

- Nie wiem, bałem się jej.

- Drzewo nazywa się kora­lo­drzew koguci grze­bień. Tu nie rośnie ich zbyt wiele, ale nie­długo ci je pokażę. Nie­da­leko domu two­ich dziad­ków jest ich mnó­stwo.

W lusterku wstecz­nym zoba­czył, że Gaspar unosi brwi.

- Jak to mnó­stwo?

- To legenda, tłu­ma­czy­łem ci już, co to jest legenda.

- Więc ta dziew­czyna nie ist­nieje?

- Nazy­wała się Anahí. Być może ist­niała, ale tę histo­rię o kwia­tach opo­wiada się po to, by o niej pamię­tać, a nie dla­tego, że wyda­rzyła się naprawdę.

- Więc to się stało naprawdę czy nie?

- I tak, i nie. Obie rze­czy naraz.

Lubił patrzeć, jak Gaspar robi się poważny, a nawet zły, jak zagryza kąciki ust, jak otwiera i zamyka pięść.

- Teraz też pali się cza­row­nice?

- Nie, teraz się ich nie pali. Poza tym nie ma już zbyt wielu cza­row­nic.

Łatwo było wyje­chać z mia­sta w nie­dzielny stycz­niowy pora­nek. Zosta­wili za sobą budynki wcze­śniej, niż się spo­dzie­wał. I niskie baraki z bla­chy w dziel­ni­cach nędzy. I nagle uka­zały się drzewa za mia­stem i pola. Gaspar już spał, a słońce grzało Juana w ramię, jakby był zwy­kłym ojcem na week­en­do­wej wycieczce. Ale nie był zwy­kłym ojcem, inni cza­sem domy­ślali się tego, kiedy patrzyli mu w oczy, kiedy roz­ma­wiali z nim przez chwilę, w jakiś spo­sób wyczu­wali nie­bez­pie­czeń­stwo; nie mógł ukry­wać, kim jest, przy­naj­mniej nie­zbyt długo.

Zapar­ko­wał przed barem rekla­mu­ją­cym gorącą cze­ko­ladę i droż­dżowe roga­liki. Zjemy śnia­da­nie, powie­dział do Gaspara, który obu­dził się natych­miast i prze­tarł nie­bie­skie oczy, wiel­kie, nieco zagu­bione.

Kobieta, która czy­ściła sto­liki, z całą pew­no­ścią wyglą­dała na wła­ści­cielkę baru, poza tym spra­wiała wra­że­nie miłej i skłon­nej do plo­tek. Obrzu­ciła ich zacie­ka­wio­nym spoj­rze­niem, kiedy usie­dli z dala od okna, przy lodówce. Chło­piec z samo­cho­dzi­kiem z kolek­cji i jego ojciec wysoki na dwa metry, z wło­sami opa­da­ją­cymi na ramiona. Prze­tarła ich sto­lik ścierką i zapi­sała zamó­wie­nie w note­siku, jakby bar był pełny. Gaspar zamó­wił cze­ko­ladę i droż­dżówki z masą kaj­ma­kową, Juan szklankę wody i kanapkę z serem. Zdjął ciemne oku­lary i się­gnął po leżącą na stole gazetę, cho­ciaż wie­dział, że ważne wia­do­mo­ści ni­gdy nie uka­zują się w pra­sie. Nie pisano nic o taj­nych cen­trach zatrzy­mań ani o noc­nych star­ciach, porwa­niach, ani ode­bra­nych dzie­ciach. Tylko kro­niki o roz­gry­wa­nych w Uru­gwaju mistrzo­stwach Ame­ryki Łaciń­skiej, które go nie inte­re­so­wały. Uda­wa­nie nor­mal­no­ści cza­sami przy­cho­dziło mu z tru­dem, kiedy nie był skon­cen­tro­wany, kiedy był tak bez­brzeż­nie smutny i zmar­twiony. Poprzed­niej nocy pró­bo­wał jesz­cze raz skon­tak­to­wać się z Rosa­rio. Nie potra­fił. Nie było jej ni­gdzie, nie mógł jej poczuć, ode­szła w spo­sób, któ­rego abso­lut­nie nie potra­fił zro­zu­mieć ani się z nim pogo­dzić.

- Ale upał - powie­dział Gaspar.

Chło­pak pocił się, miał wil­gotne włosy i czer­wone policzki. Juan dotknął jego ple­ców. Miał mokrą koszulkę.

- Pocze­kaj tu na mnie - powie­dział i poszedł do samo­chodu po nową. Potem zapro­wa­dził chłopca do łazienki, zmo­czył mu głowę, otarł pot, wło­żył świeżą koszulkę, która tro­chę pach­niała ben­zyną.

Kiedy wró­cili do stołu, cze­kały na nich śnia­da­nie i kobieta; Juan popro­sił o szklankę wody dla Gaspara.

- Nie­da­leko jest świetny kem­ping, jeśli chcie­li­by­ście ochło­dzić się w rzece.

- Dzię­ku­jemy, ale nie mamy czasu - odparł Juan, siląc się na uprzejmy ton. Roz­piął sobie kilka guzi­ków koszuli.

- Podró­żu­je­cie sami? Jakie wiel­kie oczy ma ten mały! Jak masz na imię?

Juan miał ochotę powie­dzieć, nie odpo­wia­daj jej synu, jedzmy, a ja uci­szę ją na zawsze, ale Gaspar zdra­dził już kobie­cie swoje imię, ona zaś, ośmie­lona, zapy­tała fał­szy­wym sło­dziut­kim gło­sem:

- A twoja mamu­sia?

Juan poczuł ból chłopca w całym swoim ciele. Był to ból pier­wotny, nie­moż­liwy do wyra­że­nia sło­wami; gwał­towny i przy­pra­wia­jący o zawrót głowy. Musiał kur­czowo chwy­cić się stołu, żeby uwol­nić się od syna i tego bólu. Gaspar nie mógł odpo­wie­dzieć i patrzył na niego, jakby pro­sił o pomoc. Zjadł zale­d­wie pół droż­dżówki. Juan będzie musiał go nauczyć nie chwy­tać się w ten spo­sób, ani jego, ani nikogo innego.

- Prze­pra­szam - Juan sta­rał się zacho­wać pano­wa­nie nad sobą, ale ton jego głosu zabrzmiał groź­nie - ale co to, kurwa, panią obcho­dzi?

- Chcia­łam tylko poroz­ma­wiać, nic wię­cej - odrze­kła ura­żona.

- Wspa­niale. Obraża się pani, bo nie chcemy bawić pani durną roz­mową, pro­szę sobie wyobra­zić, że pani kre­tyń­ska nie­dy­skre­cja, wty­ka­nie nosa w nie swoje sprawy są dla nas bole­sne. Naprawdę chce pani wie­dzieć? Moja żona zgi­nęła trzy mie­siące temu potrą­cona przez auto­bus, który prze­cią­gnął ją przez dwie prze­cznice.

- Bar­dzo mi przy­kro.

- Nie, nie jest pani przy­kro, bo nie znała jej pani, tak samo, jak nie zna pani nas.

Kobieta chciała powie­dzieć coś jesz­cze, ale ode­szła pra­wie z pła­czem. Gaspar wciąż patrzył na ojca, ale oczy miał suche. Był tro­chę wystra­szony.

- Nic się nie stało. Skończ śnia­da­nie.

Juan sku­bał swoją kanapkę z serem; nie był głodny, ale nie mógł brać leków na pusty żołą­dek. Kobieta wró­ciła z prze­pra­sza­jącą miną, wycią­ga­jąc przed sie­bie ramiona. Nio­sła dwa soki poma­rań­czowe. Na koszt firmy, powie­działa i popro­siła o wyba­cze­nie. Nie wyobra­ża­łam sobie takiej tra­ge­dii. Gaspar bawił się kolo­ro­wym małym samo­cho­dem z otwie­ra­nymi drzwicz­kami i bagaż­ni­kiem, pre­zen­tem, który stry­jek Luis przy­słał mu z Bra­zy­lii. Juan kazał Gaspa­rowi skoń­czyć cze­ko­ladę i wstał, żeby zapła­cić przy kon­tu­arze. Kobieta wciąż prze­pra­szała, a Juanowi skoń­czyła się cier­pli­wość. Kiedy wycią­gnęła rękę, żeby przy­jąć pie­nią­dze, zła­pał ją za nad­gar­stek. Pra­gnął wysłać jej znak, od któ­rego by osza­lała, wbiła sobie do głowy, że powinna obe­drzeć ze skóry stopy swo­jego wnuka albo ugo­to­wać psa w sosie wła­snym. Powstrzy­mał się. Nie chciał się zmę­czyć. Utrzy­my­wa­nie tej podróży z synem w tajem­nicy wykoń­czyło go i na pewno nie pozo­sta­nie bez kon­se­kwen­cji. Zosta­wił więc kobietę w spo­koju.

Gaspar cze­kał na niego przy drzwiach, wło­żył ciemne oku­lary Juana. Ten chciał mu je zabrać, ale chło­piec uciekł mu ze śmie­chem. Juan zła­pał go przy samo­cho­dzie i pod­niósł do góry: Gaspar był lekki i długi, ale nie będzie taki wysoki jak ojciec. Posta­no­wił, że poszu­kają jakie­goś miej­sca na obiad, zanim wyru­szą w dal­szą drogę do Entre Ríos.

Dzień oka­zał się wyczer­pu­jący, pomimo że podróż upły­nęła cał­ko­wi­cie nor­mal­nie: ruch był nie­wielki, zje­dli pyszny obiad w przy­droż­nym grillu, a potem ucięli sobie drzemkę w cie­niu drzew; od rzeki powie­wało chłod­nym wia­trem. Wła­ści­ciel grilla też ich zaga­dy­wał i był cie­kaw­ski, ale nie zapy­tał o żonę, Juan poroz­ma­wiał z nim, popi­ja­jąc wino. Poczuł się źle po drzemce i czuł się tak przez całą drogę do Esqu­iny; upał był nie­zno­śny. Ale teraz, kiedy pró­bo­wał wyja­śnić recep­cjo­ni­ście, że potrze­buje mał­żeń­skiego łóżka dla sie­bie i poje­dyn­czego dla syna, a cena nie ma zna­cze­nia, zdał sobie sprawę z tego, że być może będzie potrze­bo­wał pomocy. Zapła­cił z góry i pozwo­lił, żeby ktoś zajął się wnie­sie­niem jego toreb. W pokoju włą­czył tele­wi­zor, żeby zająć czymś Gaspara, i wycią­gnął się na łóżku. Wie­dział, jak inter­pre­to­wać to, co się dzieje; aryt­mia wymknęła się spod kon­troli, sły­szał świst, ten odgłos wysiłku, mdło­ści osza­la­łych zasta­wek, bolało go w piersi, z tru­dem oddy­chał.

- Gaspar, podaj mi torbę - popro­sił.

Wyjął z niej ciśnie­nio­mierz i prze­ko­nał się, że ma niskie ciśnie­nie; to dobrze. Poło­żył się na ukos, tylko w ten spo­sób stopy nie wysta­wały mu poza mate­rac, i zanim połknął tabletki i spró­bo­wał odpo­cząć, naj­le­piej zasnąć, wyrwał kartkę z notat­nika (z nadru­kiem "Hotel Panambí, Esqu­ina"), który leżał dla gości na noc­nym sto­liku, i zapi­sał numer tele­fonu.

- Synu, posłu­chaj mnie uważ­nie. Jeśli się nie obu­dzę, zadzwoń pod ten numer.

Gaspar otwo­rzył sze­roko oczy, a potem skrzy­wił się, wydął usta w pod­kówkę.

- Nie płacz. To tylko na wypa­dek, gdy­bym się nie obu­dził, ale prze­cież się obu­dzę, okej?

Poczuł, jak serce mu ska­cze, jakby doda­wał gazu, zmie­nia­jąc bieg. Czy uda mu się zasnąć? Przy­ło­żył palce do szyi. Sto sie­dem­dzie­siąt, może wię­cej. Ni­gdy nie miał tak wiel­kiej ochoty, żeby umrzeć, jak teraz, w tym pokoju hote­lo­wym na pro­win­cji, i ni­gdy tak bar­dzo się nie bał zosta­wić syna samego.

- To tele­fon do stryjka Luisa. Musisz wykrę­cić naj­pierw dzie­wiątkę, a kiedy usły­szysz sygnał, wybierz numer. Jeśli się nie obu­dzę, potrzą­śnij mną. A jeśli potrzą­śniesz mną i wciąż się nie obu­dzę, zadzwo­nisz do niego. Naj­pierw zawia­do­misz jego, a potem pana na dole, w recep­cji. Rozu­miesz?

Gaspar powie­dział, że tak, i ści­ska­jąc kartkę z nume­rem w dłoni, poło­żył się przy nim, bli­sko, ale wystar­cza­jąco daleko, żeby mu nie prze­szka­dzać.

Juan obu­dził się spo­cony ze snu bez snów. Była już noc, w pokoju paliło się słabe świa­tło; Gaspar włą­czył nocną lampkę i czy­tał. Juan patrzył na niego, nie rusza­jąc się z miej­sca: chło­piec wyjął z torby książkę i cze­kał, miał obok sie­bie na poduszce kartkę z nume­rem tele­fonu. Gaspar, zawo­łał go, a chło­piec zare­ago­wał spo­koj­nie, odło­żył książkę, pod­szedł na czwo­ra­kach, zapy­tał, czy czuje się lepiej; jak doro­sły, jak wiele razy pytali go doro­śli, któ­rzy się nim opie­ko­wali. Juan usiadł i zacze­kał minutę z odpo­wie­dzią. Serce wró­ciło do nor­mal­nego rytmu albo rytmu nor­mal­nego dla niego. Nie był zde­ner­wo­wany, nie było mu słabo. Czuję się dobrze, powie­dział, posa­dził sobie Gaspara na nogach i objął go, gła­dząc ciemne włosy syna.

- Która jest godzina?

Gaspar poka­zał mu zegar.

- Znasz się już na zegarku. Powiedz mi.

- Wpół do pierw­szej.

W tej miej­sco­wo­ści nie znajdą o tej porze nic otwar­tego, żeby zjeść kola­cję. Mógł oczy­wi­ście pójść do cen­trum, wejść do jakie­goś sklepu czy zamknię­tej restau­ra­cji i wziąć sobie wszystko, co było mu potrzebne, otwar­cie drzwi było bar­dzo pro­ste. Ale jeśli ktoś by go zoba­czył, musiałby upo­rać się z tym świad­kiem. A każdy taki drobny czyn mógł się zmie­nić w długi i wyczer­pu­jący łań­cuch śla­dów, które trzeba zma­zać, wspo­mnień, które należy znisz­czyć. Nauczono go tego już wiele lat temu: naj­le­piej żyć naj­nor­mal­niej, jak to moż­liwe. Mógł zro­bić rze­czy dla innych nie­osią­galne. Jed­nak każda zdo­bycz, każdy wysi­łek woli, żeby zdo­być to, czego pra­gnął, miały swoją cenę. W kwe­stiach mało waż­nych nie warto było jej pła­cić. Teraz powi­nien prze­ko­nać noc­nego por­tiera, żeby przy­go­to­wał im coś do jedze­nia. Nie czuł głodu, Gaspar pew­nie też nie, cho­ciaż nie jadł pod­wie­czorku, a on zapo­mniał wyjąć wodę sodową z samo­chodu, powi­nien się zacho­wy­wać jak ojciec.

Przed wyj­ściem z pokoju musiał się jed­nak wyką­pać, bo śmier­dział. I może pod­ciąć sobie włosy. Gaspar też potrze­bo­wał kąpieli, może nie tak pil­nie. Wstał z łóżka, wciąż trzy­ma­jąc Gaspara na rękach, i zaniósł go pod prysz­nic. Odkrę­cił kurek z cie­płą wodą, odcze­kał chwilę i upew­nił się, że jest tak, jak podej­rze­wał.

- Nie wyką­pię się w zim­nej - oświad­czył Gaspar.

- Prze­cież jest gorąco. Nie? No dobrze, potem umyję cię ręcz­ni­kiem.

Juan wszedł pod prysz­nic, sły­szał, że Gaspar, usiadł­szy na pokry­wie ubi­ka­cji, mówi do niego, opo­wia­dał o tym, co czy­tał i co zoba­czył z hote­lo­wego okna, ale Juan go nie słu­chał. Prysz­nic był za nisko, musiał się schy­lić, żeby umyć głowę, ale przy­naj­mniej hotel zapew­niał szam­pon i mydło. Z bio­drami prze­pa­sa­nymi ręcz­ni­kiem sta­nął przed lustrem: mokre włosy się­gały za ramiona, pod oczami miał sińce.

- Przy­nieś mi nożyczki, są w mniej­szej tor­bie.

- Mogę cię ostrzyc? Tylko tro­chę.

- Nie.

Juan zapa­trzył się we wła­sne odbi­cie, sze­ro­kie ramiona, ciemna bli­zna prze­ci­na­jąca pierś, opa­rze­nie na ramie­niu. Rosa­rio zawsze obci­nała mu włosy. Wiele razy też go goliła. Przy­po­mniał sobie jej duże okrą­głe kol­czyki, ni­gdy ich nie zdej­mo­wała, cza­sem nawet do snu. Przy­po­mniał sobie, jak kie­dyś się roz­pła­kała, przy­kuc­nąw­szy nago na pod­ło­dze w łazience, bo przy­tyła w ciąży. Jak krzy­żo­wała ręce, kiedy usły­szała coś, co wyda­wało się jej głu­potą. Pamię­tał, jak krzy­czała na niego na ulicy, wście­kła; była taka silna, kiedy waliła go pię­ściami pod­czas awan­tur. Ilu rze­czy nie umiał zro­bić sam, ilu zapo­mniał, ile umiała zro­bić tylko ona? Roz­cze­sał włosy grze­bie­niem, ciął tak dobrze, jak umiał. Zosta­wił sobie dłuż­szy kosmyk z przodu, potem wysu­szył włosy, żeby spraw­dzić, czy nie wyszło tra­gicz­nie. Rezul­tat wydał mu się przy­zwo­ity. Miał tro­chę zaro­stu na policz­kach, ale nie rzu­cał się w oczy, bo był bar­dzo blady. Wrzu­cił obcięte włosy, które zebrał na chu­s­teczce, do klo­zetu.

- Chodź, zoba­czymy, czy uda nam się zna­leźć coś do jedze­nia.

W hote­lo­wym kory­ta­rzu było ciemno i pach­niało wil­go­cią. Przy­dzie­lony im pokój znaj­do­wał się tuż przy scho­dach. Juan prze­pu­ścił Gaspara przo­dem, ale chło­piec, zamiast od razu zejść na dół, popę­dził kory­ta­rzem. Z początku Juan myślał, że bie­gnie do windy. Ale po chwili uświa­do­mił sobie, że Gaspar widzi to samo co on, cho­ciaż reago­wał zupeł­nie ina­czej, zamiast tego uni­kać - Juan był przy­zwy­cza­jony do tych zjaw i nie zwra­cał na nie uwagi - idzie na spo­tka­nie, zain­try­go­wany. To, co kryło się na końcu kory­ta­rza, było wystra­szone i nie sta­no­wiło nie­bez­pie­czeń­stwa, ale było bar­dzo stare i jak wszystko, co dawne, żar­łoczne i nie­szczę­śliwe, i zawistne.

Pierw­szy raz syn coś wyczu­wał, przy­naj­mniej w jego obec­no­ści. Cze­kał, aż to się wyda­rzy, Rosa­rio była pewna, że sta­nie się tak już nie­długo, a zwy­kle mie­wała rację, ale teraz był już pewien, że Gaspar odzie­dzi­czył tę zdol­ność, co pogrą­żyło go w smutku, ści­snęło za gar­dło. Ni­gdy nie robił sobie zbyt­nich nadziei, że syn będzie nor­malny, ale tu, na tym kory­ta­rzu, ulot­niły się one cał­ko­wi­cie, i Juan poczuł żałość jak łań­cuch zaci­ska­jący się na szyi. Dzie­dziczną klą­twę. Sta­rał się uda­wać spo­kój.

- Gaspar - powie­dział, nie pod­no­sząc głosu. - Idziemy tędy. Po scho­dach.

Chło­piec odwró­cił się i spoj­rzał na niego zdez­o­rien­to­wany, jakby obu­dził się w obcym pokoju ze snu trwa­ją­cego wiele dni. To spoj­rze­nie trwało zale­d­wie sekundę, ale Juan je roz­po­znał. Musiał nauczyć go zamy­kać się na ten dry­fu­jący w powie­trzu świat, te lep­kie tunele, jeziora, zro­zu­mieć, jak ich uni­kać. I musiał zacząć prędko, bo pamię­tał prze­ra­że­nie z wła­snego dzie­ciń­stwa. A Gaspar nie powi­nien prze­ży­wać tego samego.

Mój syn uro­dzi się ślepy, powta­rzała zjawa na końcu kory­ta­rza, była łysa i ubrana w nie­bie­ską sukienkę. Gaspar jej nie sły­szał, cho­ciaż moż­liwe, że ją zoba­czył. O niej mówił wcze­śniej w łazience - o kobie­cie sie­dzą­cej na placu przed hote­lem, która spo­glą­dała w okno z otwar­tymi ustami. Juan nie zwró­cił wtedy na to uwagi, bo syn nie mówił o niej z lękiem, co było dobre. Chło­piec intu­icyj­nie miał rację, nie było się czego bać, ta kobieta była led­wie echem. Teraz było wiele takich ech. Jak zwy­kle, kiedy odby­wały się masowe mor­der­stwa; efekt podobny do krzyku w jaskini, trwał, póki czas nie poło­żył mu kresu. Do tego kresu było jesz­cze daleko, nie­spo­kojni zmarli prze­miesz­czali się szybko, chcieli być widziani. The dead tra­vel fast, pomy­ślał.

Zeszli po scho­dach po cichu, żeby nie zbu­dzić innych gości. Kobieta, naj­pew­niej jedna z wła­ści­cie­lek hotelu, prze­glą­dała w recep­cji cza­so­pi­smo. Unio­sła głowę na ich widok i wstała; szyb­kim gestem popra­wiła bluzkę i włosy, tro­chę roz­czo­chrane.

- Dobry wie­czór - powie­działa. - Mogę wam w czymś pomóc?

Juan pod­szedł do kon­tu­aru i oparł dłoń na książce tele­fo­nicz­nej, która leżała otwarta pod lampką.

- Dobry wie­czór. Czy może przy­pad­kiem można gdzieś jesz­cze coś zjeść?

Kobieta prze­krzy­wiła głowę.

- Być może uda­łoby się w grillu w klu­bie rybaka, ale pozwól­cie, że zadzwo­nię i zapy­tam, bo to spory kawa­łek stąd.

Spory kawa­łek, pomy­ślał Juan, nie­moż­liwe, w tej małej miej­sco­wo­ści nic nie mogło być daleko. Ściany recep­cji do połowy wyło­żono boaze­rią, pod­łoga była obita pla­sti­kową wykła­dziną, klu­cze wisiały na tablicy. Gaspar pod­szedł do nie­wiel­kiego akwa­rium i pal­cem śle­dził pły­wa­jącą rybkę. Nikt nie odbiera, oznaj­miła kobieta po dłu­giej chwili wisze­nia na tele­fo­nie. No trudno, pój­dziemy spać bez kola­cji. Juan uśmiech­nął się i zauwa­żył, że kobieta - młoda, około czter­dziestki, ale spra­wiała wra­że­nie star­szej w smut­nym świe­tle pogrą­żo­nego w ciszy hotelu - obser­wuje go uważ­nie i wcale tego nie ukrywa. Zaspa­łem, wyja­śnił Juan. Podróż z Buenos Aires jest długa i byłem zmę­czony.

Na zewnątrz abso­lutna cisza. Zauwa­żył nie­bie­skie świa­tła radio­wozu, ale pra­wie nie usły­szał sil­nika. Nawet tę miej­sco­wość patro­lo­wali?

- Prze­pra­szam za nie­dy­skre­cję - powie­działa, wycho­dząc zza blatu recep­cji. Wachlo­wała się, mimo że pra­co­wał wia­trak. - Jeste­ście w pokoju dwie­ście jeden? Mój pra­cow­nik powie­dział, że miał dziś wra­że­nie, że gość z tego pokoju nie czuje się naj­le­piej. Mar­twi­li­śmy się, ale nie sły­sze­li­śmy żad­nych odgło­sów ani nie zadzwo­nił pan na recep­cję, więc nie chcie­li­śmy nie­po­koić.

- A skąd pani wie, że to ja jestem gościem z pokoju dwie­ście jeden?

- Bo mój pra­cow­nik wspo­mniał, że to wysoki jasno­włosy męż­czy­zna z dziec­kiem.

- Dzię­kuję za tro­skę, pro­szę pani. Teraz czuję się znacz­nie lepiej, musia­łem odpo­cząć. Pół roku temu mia­łem ope­ra­cję, cza­sem wydaje mi się, że jestem już zupeł­nie zdrowy, i prze­sa­dzam z wysił­kiem.

I z roz­my­słem, teatral­nym gestem Juan oparł jedną dłoń na koszuli roz­pię­tej do połowy piersi, żeby poka­zać wyraź­nie ogromną bli­znę.

- No dobrze - powie­działa kobieta. - Zro­bię wam coś, choćby kanapki. Chło­piec lubi spa­ghetti? Pod­grze­jemy je w kąpieli wod­nej z odro­biną masła i gotowe.

- Co to jest spa­ghetti? - zapy­tał Gaspar, który prze­stał się inte­re­so­wać akwa­rium.

- Takie dłu­gie klu­seczki, słonko - wyja­śniła kobieta i uklę­kła przed nim. Z maseł­kiem i ser­kiem?

- Tak. I też z sosi­kiem.

- Zoba­czymy, co da się zro­bić.

- Mogę popa­trzeć, jak pani gotuje?

- Lubi goto­wać - powie­dział Juan i wzru­szył ramio­nami, żeby dać wyraz swo­jemu zdzi­wie­niu.

Godzinę póź­niej Gaspar umiał już uży­wać otwie­ra­cza do kon­serw; obaj zje­dli maka­ron, tro­chę poskle­jany, z pysz­nym sosem i napili się wody z lodem, a kobieta towa­rzy­szyła im, popi­ja­jąc słod­kie wino i paląc papie­rosy. Kiedy skoń­czyli, Juan zapro­po­no­wał, że zmyje naczy­nia, żeby kobieta mogła wró­cić do recep­cji, a ona się zgo­dziła; na odchod­nym życzyła mu szyb­kiego powrotu do zdro­wia. Gaspar poma­gał powy­cie­rać tale­rze, ale naj­pierw podzię­ko­wał, z ustami wciąż umo­ru­sa­nymi sosem, a ona cmok­nęła go w poli­czek.

Nie chciał wejść do pokoju: sta­nął w drzwiach jak wryty, oczy mu lśniły, wyda­wał się prze­stra­szony.

- Tato, tam jest jakaś pani - powie­dział. Juan zamru­gał, żeby ją zoba­czyć i poczuć; to była ta sama kobieta co w kory­ta­rzu, widocz­nie krą­żyła po hotelu.

- Nie patrz na nią. - Ujął twarz Gaspara w dło­nie, były tak wiel­kie, że pra­wie ota­czały mu głowę. - Spójrz na mnie.

Potem usiadł na pod­ło­dze i zapa­lił lampkę nocną. Na szczę­ście Gaspar nie sły­szał, co mówiła. Zawsze lepiej tylko widzieć. Juan przy­słu­chi­wał się jej przez minutę, z czy­stej cie­ka­wo­ści. Ta sama stara, samotna, roz­pacz­liwa śpiewka śmierci, echo śmierci. Potem ogłuchł na ten głos, ale jej nie wyrzu­cił, musiał nauczyć tego syna, i to szybko. Juan nie chciał, by bał się ani minutę dłu­żej.

- Posłu­chaj mnie teraz uważ­nie.

- Kto to jest, tatu­siu?

- Nikt. To tylko wspo­mnie­nie.

Poło­żył mu dłoń poni­żej mostka i poczuł serce swo­jego syna, szyb­kie, silne, zdrowe. Z zazdro­ści zaschło mu w ustach.

- Zamknij oczy. Czu­jesz moją dłoń?

- Tak.

- Czego doty­kam?

- Brzu­cha.

- A teraz?

Poło­żył dwa palce dru­giej ręki na kręgu znaj­du­ją­cym się za żołąd­kiem.

- Ple­ców.

- Nie, nie ple­ców.

- Krę­go­słupa.

- No wła­śnie. Teraz musisz pomy­śleć o tym, co znaj­duje się mię­dzy moimi dłońmi, jak wtedy, kiedy boli cię głowa i opo­wia­dasz mi, że wydaje ci się, że coś sie­dzi tam w środku. Dobrze, pomyśl o tym, co tam jest.

Gaspar zaci­snął powieki i zagryzł dolną wargę.

- Już.

- Dobrze. A teraz powiedz tej pani, żeby sobie poszła. Nie mów tego gło­śno. Możesz powie­dzieć po cichu, jeśli chcesz, ale ważne, żeby prze­mó­wiła ta część, którą trzy­mam w dło­niach. Rozu­miesz? To ważne.

To mogło zająć nawet całą noc, i Juan o tym wie­dział.

- Powie­dzia­łem jej.

Juan spoj­rzał na kobietę, która stała wciąż obok łóżka, była w ciąży, z otwar­tymi oczami, wciąż pew­nie mówiąc o swoim pierw­szym dziecku, w oczach miała pustkę.

- Jesz­cze raz. Jakby twój głos dobie­gał stam­tąd, jak­byś miał w środku usta.

- Mam powie­dzieć to na głos?

O co w ogóle pytał? Ale tak poważna wąt­pli­wość wyma­gała odpo­wie­dzi.

- Tak, dzi­siaj tak.

Obraz kobiety powoli się ulot­nił jak roz­pra­sza­jący się dym. Powie­trze w pokoju oczy­ściło się, jakby ktoś otwo­rzył okna. Świa­tło lampki noc­nej stało się jaśniej­sze.

- Bar­dzo dobrze, Gaspa­rze, bar­dzo dobrze.

Chło­piec rozej­rzał się po całym pokoju, szu­ka­jąc kobiety, która ode­szła. Był poważny.

- Już nie wróci?

- Jeśli wróci, zro­bisz to samo co przed chwilą.

Gaspar się trząsł, tro­chę z wysiłku, tro­chę ze stra­chu. Juan przy­po­mniał sobie, jak pierw­szy raz odpę­dzał bez­cie­le­snego: chłopcu przy­szło to rów­nie łatwo, może nawet jesz­cze łatwiej, zwa­żyw­szy na sytu­ację. Oby był to koniec odzie­dzi­czo­nych przez Gaspara talen­tów. Oby ni­gdy nie nawią­zał takiego rodzaju kon­taktu, do jakiego on sam był zdolny. Rosa­rio była pewna, że syn odzie­dzi­czy jego umie­jęt­no­ści. Nagle jej wspo­mnie­nie stało się tak żywe, jakby dotknął nie­chcący jakie­goś owada w mroku: Rosa­rio upar­cie sie­działa na łóżku, w swo­ich bia­łych sze­ro­kich spodniach z bawełny, z wło­sami zwią­za­nymi wysoko w koń­ski ogon. Gaspar odzie­dzi­czy wszystko, wszystko, co tak bar­dzo mu cią­żyło. Poczuł gorąco w oczach.

- Teraz znów pójdę spać, bo nie­długo muszę usiąść za kie­row­nicą.

- Chcę spać z tobą.

- Nie bój się. Idź do łóżka. Jeśli nie będziesz mógł zasnąć, poczy­taj książkę. Świa­tło mi nie prze­szka­dza.

Ale Gaspar nie chciał czy­tać. Poło­żył się na ple­cach i cze­kał, aż zmo­rzy go sen, wyka­zu­jąc się dys­cy­pliną nie­ty­pową dla swo­jego wieku. Nie zasło­nił żalu­zji, więc skąpe świa­tło z ulicy wpa­dało do pokoju, a gałę­zie drzew rzu­cały cie­nie na ściany. Juan zacze­kał, aż oddech Gaspara zacznie wska­zy­wać na to, że chło­piec zasnął, i wtedy zbli­żył się do niego: roz­chy­lone usta, małe zęby mleczne, pot skle­ja­jący włosy na czole.

Mógł zro­bić to we wła­snym łóżku, sie­dząc obok. Nie chciał jed­nak, żeby chło­piec obu­dził się i to zoba­czył. Łazienka była rów­nie dobrym miej­scem. Nie potrze­bo­wał wiele: wystar­czyła cisza, pukiel wło­sów Rosa­rio, jakieś ostre narzę­dzie i pro­chy.

Sie­dząc na zim­nych kafel­kach, owi­nął wokół pal­ców kosmyk wło­sów Rosa­rio, który woził ze sobą w spe­cjal­nym puz­derku. Obie­ca­łaś, powie­dział jej cichym gło­sem. I była to poważna obiet­nica, przy­pie­czę­to­wana ranami i krwią, a nie sen­ty­men­tal­nymi sło­wami.

Wyjął z pla­sti­ko­wej torebki garść pro­chów i roz­sy­pał przed sobą na pod­ło­dze, two­rząc znak pół­nocy. Od śmierci Rosa­rio robił to każ­dej nocy, a rezul­tat był iden­tyczny - cisza. Pusty­nia zim­nego pia­sku i mętne gwiazdy. Wymy­ślił też bar­dziej pod­sta­wowe metody i efekt był zawsze taki sam - wiatr nad pustką.

Powtó­rzył słowa, pogła­skał kosmyk wło­sów, przy­wo­łał ją zaka­żo­nym języ­kiem, któ­rego nale­żało uży­wać pod­czas rytu­ału pro­chów. Z zamknię­tymi oczami zoba­czył pokoje i puste kąty, zga­szone ogni­ska, porzu­cone ubra­nia, suche rzeki, ale błą­kał się dalej, aż w końcu wró­cił do hote­lo­wej łazienki, ciszy i dale­kiego odde­chu syna, i znów ją przy­wo­łał. Ani muśnię­cia, drże­nia, ułudy, pod­stęp­nej mary. Nie przy­cho­dziła, nie mógł do niej dotrzeć, od śmierci żony nie udało mu się natra­fić na naj­mniej­szy ślad jej obec­no­ści.

W pierw­szych dniach zło­żył nie­wła­ściwe ofiary. Ktoś powie­dział mu kie­dyś, że praw­dzi­wej magii nie upra­wia się, ofia­ro­wu­jąc krew innych. Ofia­ro­wuje się wła­sną, tra­cąc jaką­kol­wiek nadzieję, że kie­dy­kol­wiek się ją odzy­ska. Juan pod­niósł żyletkę, którą wcze­śniej poło­żył obok sie­bie i roz­ciął sobie dłoń sko­śnie, mniej wię­cej po linii zwa­nej linią umy­słu albo głowy. Była to nie­zno­śna rana, ni­gdy nie goiła się do końca, naj­gor­sza z moż­li­wych i dla­tego powinna zadzia­łać. Kiedy poczuł w ciem­no­ściach cie­pło krwi, oparł dłoń na znaku usy­pa­nym z pro­chów na pod­ło­dze. Wymó­wił nie­zbędne słowa i cze­kał. Cisza przy­pra­wiała go o zawrót głowy. Juan wie­dział, że to oznaka tego, że traci moc. Nie miał pew­no­ści, czy stało się tak dla­tego, że był bar­dzo chory, czy dla­tego, że za bar­dzo się prze­mę­czał; tak czy siak, utrata mocy wyda­wała się oczy­wi­sta. To przy­wo­łu­jące zaklę­cie nie wyma­gało od niego zbyt wielu sił, świat zmar­łych był mu bar­dzo bli­ski, drzwi były lek­kie, z łatwo­ścią otwie­rały się i zamy­kały. W wypadku innego rytu­ału, każ­dego innego, zwąt­piłby pew­nie, czy jest w sta­nie go odpra­wić. W wypadku tego - nie. Ten był jak prze­cią­gnię­cie się.

Zre­zy­gno­wany umył rękę i starł ręcz­ni­kiem krew z pod­łogi. Już się nie dener­wo­wał. Po pierw­szych nie­uda­nych pró­bach prze­kli­nał Rosa­rio, poła­mał meble i pra­wie pogru­cho­tał sobie palce, waląc pię­ścią w pod­łogę. Teraz po pro­stu roz­cza­ro­wany pozbie­rał pro­chy i scho­wał z powro­tem kosmyk wło­sów do skrzy­neczki. For the dead tra­vel fast, pomy­ślał jesz­cze raz. W sumie była to prawda. Jemu odmó­wiono tej zwy­kłej szyb­ko­ści.

Gaspar wciąż spał, cho­ciaż upły­nęło już sporo czasu; rytuał znaku pół­nocy wyda­wał się krótki dla tego, kto go odpra­wiał, ale zaj­mo­wał wiele godzin pły­ną­cych nie­po­strze­że­nie. Już świ­tało, kiedy polał alko­ho­lem ranę, która ni­gdy nie goiła się do końca, bo zawsze ciął się i ciął od nowa w tym samym miej­scu, żeby dać krew pro­chom, zwra­ca­ją­cym mu tylko tę podej­rzaną ciszę, spra­wia­jącą, że myślał o swo­jej zakne­blo­wa­nej żonie, z ustami zaszy­tymi przez kogoś, kto chciał ich roz­dzie­lić na zawsze.

Hote­lowe śnia­da­nie ser­wo­wano na sto­łach nakry­tych obru­sami w kratkę, w sali jadal­nej o bia­łych ścia­nach. Ozdo­biono ją obra­zami przed­sta­wia­ją­cymi ryby, wysu­szo­nymi rybami w witry­nach i kolej­nym akwa­rium, tro­chę więk­szym od tego w recep­cji. Esqu­ina była czymś w rodzaju sto­licy węd­kar­stwa. Juan ni­gdy w życiu nie łowił ryb. I, skoro tema­tem prze­wod­nim hotelu była ich­tio­lo­gia, nie rozu­miał, dla­czego nazy­wał się Panambí, co w języku guaraní zna­czyło "motyl". Ni­gdzie nie było motyli, nawet w logo. Napił się nie­zbyt moc­nej her­baty i posma­ro­wał Gaspa­rowi tosty masą kaj­ma­kową. Syn był bar­dzo mil­czący.

- Co się stało?

- Jesteś na mnie zły.

- Nie, synku, jestem w złym humo­rze. Kiedy skoń­czysz śnia­da­nie, pój­dziemy się wyką­pać.

Gaspar prze­pła­kał cały ranek, zanim zeszli do jadalni. Odkąd zmarła jego mama, pła­kał codzien­nie po prze­bu­dze­niu. Cza­sami tak po pro­stu, cza­sem zło­ściło go jakieś głup­stwo, cza­sem mówił, że boli go głowa, chce mu się spać, jest mu za gorąco. Śniła mu się i Juan o tym wie­dział, zwy­kle śnił, że jej śmierć była tylko snem. Zda­rzało się, że Juan dawał mu się wypła­kać, kiedy indziej sia­dał przy nim w mil­cze­niu, cza­sem prze­my­wał mu twarz zimną wodą, ale ni­gdy nie wie­dział dokład­nie, co powi­nien zro­bić. Tego ranka, kiedy Gaspar uspo­koił się po chwili pła­czu i krzy­ków, wyry­wa­nia sobie wło­sów i wale­nia pię­ścią w poduszkę, zapro­po­no­wał mu, że pójdą na plażę. Gaspar zgo­dził się i zapy­tał, czy woda jest zimna jak w Mar del Plata. Powie­dział, że nie, to roz­le­wi­sko rzeki, a rzeki są zupeł­nie inne, bar­dziej podobne do basenu. Było to kłam­stwo, ale podzia­łało. Tak naprawdę to Juan chciał się wyką­pać, uznał też, że czas naj­wyż­szy, by syn popra­co­wał tro­chę nad tech­niką, któ­rej go uczył. On sam nauczył się pły­wać w wieku ośmiu lat, przez czy­stą nie­od­po­wie­dzial­ność swo­jego brata, który wycho­dził z nim na spa­cery i nie wie­dział, jak zor­ga­ni­zo­wać mu czas, więc zapi­sał go na basen. Juan wie­dział, że mu nie wolno; jego lekarz Jorge Brad­ford zabro­nił mu wyczer­pu­ją­cych ćwi­czeń fizycz­nych. Ni­gdy nie dowie­dział się o popo­łu­dniach na base­nie albo uda­wał, że nie ma o nich poję­cia, czę­sto zacho­wy­wał się ambi­wa­lent­nie; stać go było na gesty nie­sa­mo­wi­cie wyro­zu­miałe, cza­sem jed­nak bywał wredny i trudno było prze­wi­dzieć jego reak­cje.

Brad­ford nauczył go zamy­ka­nia się, gdy Juan miał sześć lat i docho­dził do sie­bie po kry­zy­sie kar­dio­lo­gicz­nym; wiele waż­nych rze­czy w jego życiu wyda­rzyło się na szpi­tal­nym łóżku, pomię­dzy bólem, znie­czu­le­niem i stra­chem. Sko­rzy­stał z tej samej metody, któ­rej on sam użył z Gaspa­rem w nocy. Dok­tor Brad­ford, ten, który zope­ro­wał go, kiedy Juan był umie­ra­jący, odwie­dzał go codzien­nie, a potem adop­to­wał pod pre­tek­stem, że w ten spo­sób zapewni mu naj­lep­szą opiekę. Ele­ganc­kie porwa­nie. Zakup: zapła­cił za niego. To cud, powie­dział Brad­ford rodzi­com, praw­dziwy cud, że jesz­cze żyje, potrze­buje lecze­nia i opieki, któ­rych pań­stwo, nie­stety, ze względu na złą sytu­ację finan­sową, nie mogą mu zapew­nić. A oni się zgo­dzili.

Tam­tej nocy w szpi­tal­nym łóżku Juan nie mógł uci­szyć gło­sów, jakieś ręce macały go po całym ciele - od środka i na zewnątrz - widział ludzi wokół łóżka nawet wtedy, gdy zamy­kał oczy. I Brad­ford kazał mu usiąść, zwil­żył jego włosy chłodną wodą i powie­dział mniej wię­cej to samo, co Juan powie­dział Gaspa­rowi. Użyj głosu doby­wa­ją­cego się spo­mię­dzy krę­go­słupa i żołądka, każ im odejść, a sobie pójdą. Pamię­tał dobrze, że musiał pró­bo­wać wiele razy, szu­ka­jąc wska­zó­wek w ciem­nych i chci­wych oczach tego męż­czy­zny, dopóki nie zapa­dła cisza, a sala inten­syw­nej tera­pii nie stała się na powrót pomiesz­cze­niem peł­nym pacjen­tów, umie­ra­ją­cych albo po cięż­kich ura­zach. Brad­ford został z nim, dopóki Juan nie zasnął. Rano, po prze­bu­dze­niu, głosy i obrazy wró­ciły, a Brad­ford wciąż tam był. Znów udzie­lił mu wska­zó­wek, a Juanowi udało się za pierw­szym razem. Póź­niej Brad­ford popro­sił, żeby opowie­dział mu o tym, co widział. I Juan wyli­czył: budził się i przy stole ze śnia­da­niem albo w łóżku widział trupa; usta, które się z niego śmiały, dłoń zakry­wa­jącą mu twarz i nie­po­zwa­la­jącą oddy­chać w nocy; ptaki i owady, które ata­ko­wały go, wla­tu­jąc pro­sto w głowę, kiedy wycho­dził na patio; dwie maleń­kie twa­rze patrzące na niego spod kamie­nia, któ­rego uży­wała matka, żeby drzwi szopy w głębi się nie zamy­kały. Opowie­dział o tym rodzi­com, ale oni nie wyda­wali się go rozu­mieć. Brad­ford ow­szem.

Rodzice bali się go, pró­bo­wali uspo­ka­jać i czym prę­dzej zmie­niali temat. Jego brat Luis był inny. Też się bał, ale pró­bo­wał pomóc. Mówił, żeby myślał o czym innym. Nauczył go pły­wać.

Teraz on musi nauczyć syna, ale naj­pierw chciał popły­wać chwilę w rzece sam. Poje­chali samo­cho­dem na plażę, która była piękna i czy­sta, i w dodatku pra­wie pusta, posa­dził Gaspara na tra­wie, pod drze­wem, posta­wił obok prze­no­śną lodówkę. Nalał mu wody sodo­wej do pla­sti­ko­wego kubka i powie­dział, tata idzie popły­wać, ale nie martw się, jeśli ktoś się do cie­bie zbliży, poża­łuje. Nie odchodź ni­gdzie, bo i tak cię znajdę i wiesz, co będzie.

Wcho­dząc do wody, minął parę wycho­dzącą na brzeg. Ona była ładna, miała na sobie jed­no­czę­ściowy nie­bie­ski kostium i powie­działa mu cześć, on spoj­rzał na niego dość agre­syw­nie i mocno objął ją w pasie. Żadne z nich nie potra­fiło unik­nąć gapie­nia się na bli­znę na piersi Juana. Jemu to nie prze­szka­dzało. Pły­wał pięt­na­ście minut, dokład­nie tyle, by się nie nad­wy­rę­żyć. Mógł pły­wać o wiele dłu­żej, ale musiał uwa­żać na sie­bie, skoro miał potem usiąść za kie­row­nicą. Rzeka lśniła sre­brzy­ście w pro­mie­niach słońca, ale woda była dość mętna. Zanim wyszedł, przez chwilę uno­sił się na wodzie; od syna czuł wyłącz­nie spo­kój. Kiedy woda się­gała mu do kolan, poma­chał do Gaspara i krzyk­nął: chodź, musisz się nauczyć, zdej­mij koszulkę i teni­sówki. Uło­żył Gaspara na wodzie i pochy­lił się nad nim. Przy­trzy­mam cię, powie­dział, kiedy poczuł, że wije się ze stra­chu, żeby nie pójść na dno. Machaj nogami, dodał, ochlap mnie, rób jak naj­wię­cej hałasu.

Było coś w tym gorą­cym poranku i śli­skiej skó­rze chłopca na jego rękach, co spra­wiło, że poczuł obok sie­bie Rosa­rio, przy­po­mniał sobie, jak umie­rała z zimna na angiel­skiej wsi, przy­po­mniał sobie, jak śpie­wała pio­senkę Toni­ght will be fine, jak tań­czyła do pio­senki Bowiego i skar­żyła się, że w radiu ni­gdy nie pusz­czają dobrej muzyki, i jej szyję, i piersi, które były duże, ale ni­gdy nie nosiła sta­nika, nawet kiedy uro­dził się Gaspar, i ranki, kiedy ją budził, ona się skar­żyła, daj mi pospać, ale po chwili także go obej­mo­wała, a on uno­sił jej nogi, kładł je na swo­ich ramio­nach, pie­ścił ją języ­kiem i pal­cami, aż robiła się wil­gotna.

Nie mógł jej zna­leźć. Mógł zoba­czyć tę biedną cię­żarną kobietę z hotelu, mógł zoba­czyć setki ludzi mor­do­wa­nych codzien­nie, a jej nie mógł spo­tkać. Pro­sił ją, kiedy jesz­cze żyła, pra­wie żar­tem, uda­jąc postać z powie­ści, nie zosta­wiaj mnie samego, haunt me, nie było po hisz­pań­sku słów, żeby oddać ten cza­sow­nik, nie cho­dziło o zacza­ro­wa­nie ani o uka­za­nie się, cho­dziło o haunt, ale ona ni­gdy nie wzięła tego na poważ­nie. Prze­cież to on miał umrzeć pierw­szy, to byłoby logiczne; żało­sne, że jesz­cze żył.

Cza­sem myślał, że Rosa­rio się przed nim ukrywa. Albo że coś nie pozwala jej przy­być. Albo że ode­szła zbyt daleko.

- A teraz co?

- Teraz wło­żysz głowę pod wodę. Ale nie zaty­kaj nosa.

- Uto­pię się.

- Na pewno się nie uto­pisz.

Ćwi­czyli, jak wstrzy­mać oddech, nie zanu­rza­jąc się w wodzie. Gaspar napeł­niał policzki powie­trzem, a Juan poczuł nie­moż­liwy do pomy­le­nia z niczym ból w skro­niach. Za dużo czasu na słońcu. Ale nie zamie­rzał prze­stać, póki chło­pak nie nauczy się wstrzy­my­wać odde­chu.

Kiedy ponow­nie zna­leźli się pod drze­wem, nalał sobie zim­nej wody sodo­wej i dodał kilka kostek lodu, które pły­wały w lodówce. Połknął dwie tabletki i zamknął oczy oparty o korze­nie, żeby ból nieco ustą­pił. Pul­so­wało mu w gło­wie, ale przy­naj­mniej rytm był regu­larny, nieco powolny.

- Nie uto­pi­łem się - powie­dział nagle Gaspar.

- Widzisz? Pły­wa­nie jest łatwe, szybko się nauczysz.

- Obu­dzisz się?

- Nie śpię, odpo­czy­wam.

- Chcesz kanapkę?

- Nie, nie­długo zjemy obiad. A wie­czo­rem zoba­czymy Tali.

- Mogę zro­bić kanapkę dla sie­bie?

Naj­lep­szym spo­so­bem na zna­le­zie­nie drogi do domu Tali było zlo­ka­li­zo­wa­nie na tra­sie sta­rego mostu z zardze­wia­łego żelaza, już nie­użyt­ko­wa­nego, poro­śnię­tego nie­moż­liwą do powstrzy­ma­nia zie­le­nią wybrzeża, jej lia­nami i kwia­tami. Obok niego wyła­niała się Kaplica Dia­bła i wtedy nale­żało jechać pro­sto drogą z ubi­tej ziemi, która oka­zy­wała się nie­prze­jezdna, kiedy było błoto. Kaplica sta­no­wiła for­malne wej­ście do Colo­nia Camila. Tali uwiel­biała tu miesz­kać, w tej wio­sce mają­cej dwu­stu miesz­kań­ców i dwa sklepy.

Tali była jego pra­wie szwa­gierką. Córką ojca Rosa­rio i jego kochanki z Cor­rien­tes, kobiety z klasy śred­niej, która wypro­wa­dziła się na wieś, zało­żyła świą­ty­nię San La Muerte - Świę­tego Umrzyka - i zyskała lokalną sławę jako uzdro­wi­cielka i wielka pięk­ność. Umarła młodo - Juan i Rosa­rio wie­dzieli, że cho­ciaż zacho­ro­wała, jej śmierć zde­cy­do­wa­nie nie nale­żała do natu­ral­nych - Adolfo Reyes zaś, który kochał ją naprawdę i kolek­cjo­no­wał wize­runki świę­tego (tak się wła­śnie poznali), dbał o jej świą­ty­nię. Tali pod­trzy­my­wała teraz tra­dy­cję swo­jej matki, straż­niczki i kapłanki świę­tego. Razem z Rosa­rio stwo­rzyła salę poświę­coną San La Muerte w Muzeum Sztuki Ludo­wej w Asun­ción, sta­no­wiącą część wystawy sta­łej, uzna­waną za naj­lep­szą w Para­gwaju, w regio­nie i praw­do­po­dob­nie na całym świe­cie.

Od lat w sank­tu­arium Tali orga­ni­zo­wano pota­jemne uro­czy­sto­ści. Colo­nia Camila leżała z dala od miast, wpraw­dzie nad rzeką, cho­ciaż oddzie­lona od kąpie­lisk i przy­stani; można tu było wyzna­wać w miarę spo­koj­nie wszyst­kie te kulty, za któ­rymi nie prze­pa­dał Kościół i które budziły strach i nie­uf­ność. W ostat­nich cza­sach Tali utrzy­my­wała swoje sank­tu­arium w dys­kret­nej tajem­nicy. Nasłu­chała się o woj­sko­wych, któ­rzy roz­trza­ski­wali domowe ołta­rzyki pod­czas prze­szu­kań, cza­sem pory­wali ich wła­ści­cieli, prze­trzy­my­wali potem kilka nocy w komi­sa­ria­cie, trak­tu­jąc to jako demon­stra­cję siły. Ona była córką boga­tego biz­nes­mena mają­cego kon­takty. I tak nie mogliby jej nic zro­bić, ale lepiej na sie­bie uwa­żać.

Adolfo Reyes kupił także sporo hek­ta­rów wokół świą­tyni i domu córki, gdyż na tym tere­nie znaj­do­wała się Kaplica Dia­bła don Lorenza Simo­net­tiego. Kościół został zbu­do­wany przez imi­granta z Włoch, jed­nak dziw­nym zbie­giem oko­licz­no­ści ni­gdy nie został kon­se­kro­wany. Tali sprzą­tała w nim w nocy, przy­świe­ca­jąc sobie lampką naf­tową. Wiele osób widziało w oknach blask, krą­żyły roz­ma­ite histo­rie o tym, co dzieje się w jego ścia­nach, ale żadna nie była praw­dziwa. Juan potwier­dził to Tali i jej ojcu wię­cej niż raz: w kościele pano­wała wpraw­dzie dziwna atmos­fera, ale nie nawie­dzały go duchy. Adolfo Reyes, który lubił robić sobie roz­ma­ite kpiny, nie znie­chę­cił się wcale: wymy­ślał różne plotki, nowe histo­rie do tego stop­nia, że nie dało się już odróż­nić fik­cji od naj­praw­dziw­szych fak­tów doty­czą­cych tej kaplicy i zapo­mnia­nej miej­sco­wo­ści.

Lorenzo Simo­netti przy­był do Cor­rien­tes z Włoch jako wdo­wiec z ośmior­giem dzieci. W 1904, rok po tym, jak osie­dlił się w Colo­nia Camila, zaczął budo­wać kaplicę, nie pro­sząc o pozwo­le­nie władz kościel­nych. Był rze­mieśl­ni­kiem: wyrzeź­bił Madonnę z drzewa urun­day, sta­ra­jąc się nadać jej rysy swo­jej żony zmar­łej przy poro­dzie. Z pomocą sąsia­dów wyko­nał też wszystko inne: prace murar­skie, drew­niane ławy, szkła do lichych witraży. Dzwony przy­wiózł mu z Włoch jego rodak. Ołtarz zdo­biły bla­szane kwiaty i roślinne wzory. Kościół z dżun­gli i z pogra­ni­cza, bli­sko Bra­zy­lii i Para­gwaju.

Cały swój entu­zjazm wło­żył jed­nak don Lorenzo w ścianę zakry­stii. Tam umie­ścił swoje arcy­dzieło, budzące lęk sąsia­dów i przy­pusz­czal­nie będące przy­czyną dez­apro­baty kurii. Drew­niana pła­sko­rzeźba zacho­wała się dobrze mimo upływu czasu, cho­ciaż kolory nieco wybla­kły. Była to wizja pie­kła, prze­ra­ża­jąca nastawa ołta­rzowa: dzieci z nie­pro­por­cjo­nal­nie wiel­kimi gło­wami i powy­krzy­wia­nymi nogami, plą­sa­jące w rytu­al­nych tań­cach wokół ognisk, bawiące się ze smo­kami i żmi­jami. Nagie kobiety prze­pa­sane wężami. Pomię­dzy nimi osza­lałe twa­rze, zawsze otwarte okrą­głe oczy i jesz­cze wię­cej gadów i pła­zów, przede wszyst­kim ropuch, ropu­chy powta­rzają się obse­syj­nie, w nawią­za­niu do egip­skiej plagi. Scenę Sądu Osta­tecz­nego uzu­peł­nia postać czło­wieka, który czyta książkę i bez­na­mięt­nym wzro­kiem obser­wuje prze­raź­liwe obrazy pełne bólu.

Simo­netti, skoń­czyw­szy kościół, pró­bo­wał poda­ro­wać go kurii, ale księża po obej­rze­niu odrzu­cili dar. Odbyły się kolejne nego­cja­cje, zakoń­czone kolej­nymi odmo­wami. Z przy­czyn pozor­nie biu­ro­kra­tycz­nych, nikt jed­nak nie wie­rzył w to wyja­śnie­nie. Mówiono, że reta­bu­lum przed­sta­wia zlot cza­row­ni­ków, w któ­rym bie­rze udział sam dia­beł, kre­ol­ski sabat. Mówiono, że don Lorenzo uczest­ni­czył w takich obrzę­dach. Simo­netti zmarł, nie zdo­ław­szy prze­ko­nać księży o świę­to­ści swo­jego dzieła. Być może ślu­bo­wał - nie był stary, ale chory - że przej­dzie drogę z Colo­nia Camila do Goya, żeby poroz­ma­wiać z kościel­nymi wła­dzami. Kiedy wró­cił, poło­żył się do łóżka, żeby odpo­cząć, i następ­nego dnia już nie żył.

W naj­więk­szym skle­pie w Colo­nia Camila, w któ­rym dzia­łał rów­nież skromny bar, ludzie opo­wia­dali, że widzieli widmo ubra­nego na czarno Simo­net­tiego, idą­cego do Goya. Opo­wia­dano rów­nież histo­rie o jakimś mrocz­nym sto­wa­rzy­sze­niu, które odwra­cało się ple­cami do ołta­rza i klę­kało przed nastawą ołta­rzową przed­sta­wia­jącą Sąd Osta­teczny.

Usły­szała go wcze­śniej, niż zoba­czyła, gdy słońce roz­pa­lało na nie­bie żółty pło­mień, a palmy w oddali przy­po­mi­nały cie­nie. Tali wybie­gła z domu, biała sukienka pach­niała jaśmi­no­wym mydłem, które przy­wie­ziono jej z Para­gwaju, w pośpie­chu zapo­mniała wło­żyć butów. Nie wie­rzyła w to jesz­cze, kiedy czuła tylko jego zapach, ale kiedy go zoba­czyła z nie­wiel­kiego wznie­sie­nia, na któ­rym stały jej dom i świą­ty­nia, nie miała już naj­mniej­szych wąt­pli­wo­ści. W wie­czor­nym słońcu jego jasne włosy nabrały poma­rań­czo­wych poły­sków, a czarna koszulka zabar­wiła się gra­na­tem zmierz­chu. Nawet kiedy śmiał się w ten spo­sób, z otwar­tymi ustami i zazna­czo­nymi dołecz­kami na policz­kach, i było coś roz­czu­la­ją­cego w tym, jak zgi­nał bar­dzo dłu­gie nogi, śli­zga­jące się w bło­cie, i wycią­gał ramiona, i mówił do syna, dawaj, a chło­piec dro­bił małymi krocz­kami obok niego, nawet obser­wu­jąc tę scenę rodzinną i zwy­kłą, można było zro­zu­mieć, dla­czego nazy­wano go Zło­ci­stym Bogiem, z tymi żyłami na ramio­nach przy­po­mi­na­ją­cymi kable pod skórą i zbyt wiel­kimi rękami, cien­kimi pal­cami, dłu­gimi i sze­ro­kimi dłońmi.

Ni­gdy nie widziała takiego męż­czy­zny, ani wcze­śniej, ani póź­niej, ani teraz, a kiedy go widy­wała, zda­wał się jej tak nie­zwy­kle piękny, że oczy zacho­dziły jej mgłą i patrze­nie na niego było jak zaska­ku­jący zachód słońca, kiedy natura uka­zuje swoją grozę i swoje piękno.

- Czyż­byś polu­bił błoto, cha­migo? - krzyk­nęła. Miała nadzieję, że jej głos, iro­niczny i jed­no­cze­śnie cie­pły, nie będzie się łamał, i tak się stało. Juan poznał ją od razu.

- Tali, co to za kata­klizm? Ugrzęź­li­śmy w bagnie!

Juan i Gaspar - już cał­kiem wyro­śnięty i chudy - śmiali się jak wariaci. Tali nie mogła w to uwie­rzyć. Spo­dzie­wała się, że będzie rów­nie wście­kły i smutny jak kilka mie­sięcy wcze­śniej. Teraz stał tu, w drzwiach jej domu, zwi­ja­jąc się ze śmie­chu, z nogami grzę­zną­cymi w bło­cie, mówiący do syna: "To ruchome pia­ski Cor­rien­tes!".

- No, posta­raj­cie się bar­dziej, jeśli się prze­wró­ci­cie, weź­mie­cie kąpiel.

Tali oparta o bramę chciała nacie­szyć się tym nie­sły­cha­nym spek­ta­klem: Zło­ci­sty Bóg żar­tu­jący z wła­snej nie­zdar­no­ści, uda­jący, że pogrąża się w bagnie, że krzy­czy ze stra­chu. Chło­piec, który był lżej­szy, wydo­stał się z błota pierw­szy, a Tali otwo­rzyła przed nim bramę. On spoj­rzał jej w oczy, z cie­ka­wo­ścią, uważ­nie. Cześć, Tali, powie­dział. I odwró­cił się, reagu­jąc okrzy­kami na to, że ojciec się pośli­zgnął i pra­wie upadł.

- Wiesz, Juan­cito, że droga za domem jest wyas­fal­to­wana?

- Bujasz.

- No dobrze. Wysy­pali ją tylko szu­trem.

- Czemu tamta droga jest szu­trowa? Pro­wa­dzi do jakiejś więk­szej miej­sco­wo­ści?

- Nie, ale to Cor­rien­tes. Nie warto szu­kać logiki.

- W takim razie potem prze­sta­wię samo­chód. Mam nadzieję, że nie ugrzązł w bło­cie.

- Naj­wy­żej go popchniemy.

Juan prze­sko­czył na kawa­łek suchej trawy i stam­tąd zro­bił dwa dłu­gie kroki; dotarł do bramy. Tali wresz­cie mogła popa­trzeć na niego z bli­ska i uświa­do­miła sobie, że wie­czorne świa­tło oka­zało się złudne, Juan miał opuch­nięte oczy i wychudł; te jego dziwne oczy, z tęczówką o wymie­sza­nych kolo­rach, zie­lone i nie­bie­skie bły­ski, i tro­chę żół­tych, były zmę­czone i senne. Ale to bla­dość Juana spra­wiła, że Tali zro­zu­miała, iż wygłupy w bło­cie były wła­śnie tym - wygłu­pami.

- Gdy­bym nie wie­działa, że żyjesz, pomy­śla­ła­bym, że mam przed sobą ducha, taki jesteś, kurwa, blady.

Udał, że tego nie sły­szy, i objął ją mocno, tak że aż uniósł z ziemi. Pobru­dził Tali sukienkę, ale ona się tym nie prze­jęła. Wtu­liła się raz jesz­cze, po tak dłu­giej prze­rwie, w ciało Juana, które było potężne i wraż­liwe; zanu­rze­nie się w jego sze­ro­kiej piersi, poczu­cie na koszulce zapa­chu cie­pła, ben­zyny i płynu prze­ciw owa­dom uspo­ka­jało. On oddy­chał głę­boko, z ulgą. Zamknęła oczy i wsłu­chała się w ten oddech i w nocne owady, które budziły się i bzy­czały. Wziął ją za rękę, ona poczuła smu­tek na koniusz­kach jego pal­ców, jakby się z nich sączył. Zauwa­żyła też, że ma brudny ban­daż zawią­zany na ranie wewnątrz dłoni. Musisz zmie­nić tę szmatę, zawy­ro­ko­wała, ale Juan nic nie powie­dział. Gaspar sie­dział na ziemi, pró­bu­jąc doczy­ścić białe teni­sówki.

- Zostaw to, słonko, wypiorę ci je - ode­zwała się i natych­miast zaczęła dzia­łać. Podała mu rękę, zawo­łała ski­nie­niem dłoni, jakby machała na powi­ta­nie, chło­paka pra­cu­ją­cego na poletku za domem i popro­siła go, żeby przy­pro­wa­dził samo­chód utwar­dzaną drogą, i podała bar­dzo chłodne tereré na stole na weran­dzie. - Mam tylko z wer­beny. Zaraz przy­niosę coś dla cie­bie, mitaí, lubisz coca-colę?

Kiedy wró­ciła z napo­jem, Juan wycią­gnął się na roz­kła­da­nym leżaku i zwil­żył sobie twarz zimną wodą.

- Mogłeś uprze­dzić, że przy­je­dziesz, przy­go­to­wa­ła­bym coś, posprzą­tała w domu.

- Nie wie­dzia­łem, czy uda mi się dotrzeć na miej­sce samemu, więc tro­chę się pospie­szy­łem. A kiedy zda­łem sobie sprawę, że jest jesz­cze wcze­śnie, posta­no­wi­łem cię odwie­dzić, zanim ruszę do Puerto Reyes.

- Dobrze się czu­jesz?

Nie spoj­rzał na nią. Wolał czer­wień zmierz­chu pomię­dzy drze­wami.

- A mały jak się miewa?

- Nie roz­ma­wiaj­cie o mnie, jakby mnie tu nie było - zapro­te­sto­wał Gaspar i odsta­wił na stół szklankę z colą. Zmarsz­czył czoło i skrzy­żo­wał ramiona.

- No wła­śnie. Jego spy­taj.

- Co za cha­rak­ter, chłop­cze. Jak się mie­wasz?

- Cza­sem dobrze, cza­sem źle. Tęsk­nię za mamą i boję się, kiedy on cho­ruje. - I ze złym, pra­wie oskar­ży­ciel­skim wyra­zem twa­rzy wska­zał na ojca.

Tali przy­tu­liła chłopca i posa­dziła sobie na kola­nach, cho­ciaż był już na to za duży. Nie wie­działa, co zro­bić, bo ni­gdy wcze­śniej nie sły­szała, żeby sze­ścio­let­nie dziecko mówiło tak jasno i szcze­rze, powie­działa więc, chodź, zmie­nimy buty, i zapy­tała Juana, czy przy­wieźli drugą parę.

No jasne, odpo­wie­dział, przy­wio­złem też san­dały, ale tu może chyba cho­dzić boso. Nie, boso nie, zaopo­no­wała Tali, za dużo owa­dów.

W łazience umyła Gaspa­rowi nogi, zmie­niła mu teni­sówki i koszulkę, słu­cha­jąc, jak opo­wiada o widzia­nych po dro­dze zwie­rzę­tach, nawet jele­niu z rogami. Wydało jej się dziwne, żeby jeleń mógł zawę­dro­wać tak daleko od rzeki, ale co mogło naprawdę dzi­wić, kiedy Juan był bli­sko?

Tali poznała Juana w Buenos Aires. Ojciec zawiózł ją tam, żeby zmu­sić Tali do nauki, ale ona ucie­kała z lek­cji, rzu­cała się na pod­łogę, pła­kała. Rosa­rio pró­bo­wała ją pocie­szać, mówiąc, że szkoła nie jest wcale taka zła, że bywa tam nawet miło, ale Tali odpo­wie­działa, że to nie jej nie­na­wi­dzi, lecz mia­sta. Adolfo Reyes zre­zy­gno­wał więc z kształ­ce­nia młod­szej córki w naj­lep­szej szkole w Buenos Aires, w któ­rej uczyła się Rosa­rio, i pozwo­lił jej wró­cić na pół­noc, do swo­jej świą­tyni i swo­ich zió­łek, i wiej­skiej szkoły.

Rosa­rio i ona były nie tylko przy­rod­nimi sio­strami, ale rów­nież dobrymi przy­ja­ciół­kami. Tali pła­kała, kiedy Rosa­rio, w wieku osiem­na­stu lat, wyje­chała do Anglii na stu­dia. Miała się uczyć, tak powie­działa Tali, na naj­lep­szym uni­wer­sy­te­cie na świe­cie i była szczę­śliwa. Juan skoń­czył pięt­na­ście i tego roku spę­dził całe lato w Puerto Reyes. On też był bar­dzo smutny. Tali, która przy­je­chała tam z wizytą, aż otwo­rzyła usta ze zdu­mie­nia, kiedy znów zoba­czyła Juana w chłod­nym miej­scu na tara­sie wycho­dzą­cym na rzekę. Dora­stała, patrząc na synów imi­gran­tów, wyso­kich i jasno­wło­sych jak ten chło­pak, Szwe­dów z Oberá, Niem­ców z Eldo­rado, Ukra­iń­ców z Ari­stó­bulo del Valle. Pod­czas wycie­czek z ojcem cza­sem jadła na obiad kieł­basę i podzi­wiała orchi­dee na uro­czy­sto­ściach tych wspól­not; zako­chi­wała się jak głu­pia w chło­pakach o przej­rzy­stych oczach i skó­rze przy­ciem­nio­nej słoń­cem. Ale kiedy Juan wstał z ple­cio­nego krze­sła i poca­ło­wał ją w oba policzki, tamci męż­czyźni i kobiety wydali się jej wpraw­kami nie­zbyt zdol­nego mala­rza, szki­cami nie­wpraw­nej dłoni, która pró­bo­wała wciąż od nowa, a w końcu nary­so­wała Juana i dała mu życie, i mówiła: o to cho­dzi, tego szu­ka­łam, to wła­śnie dosko­nałe wykoń­cze­nie. Juan miał pięt­na­ście lat, ona sie­dem­na­ście, a jed­nak zapło­nęły jej uszy, kiedy patrzyła na niego w mil­cze­niu. Chcesz się przejść?, zapy­tała Tali. Nie jest chyba bar­dzo gorąco. Obe­szli zdzi­czały ogród wokół domu. Opowie­działa mu o Skan­dy­na­wach z Oberá i zapy­tała, czy jego rodzina też stam­tąd pocho­dzi. Juan odparł, że tak, ale prze­pro­wa­dzili się do Buenos Aires, bo on był bar­dzo chory. Może masz tam jesz­cze rodzinę. Nie wiem, przy­znał Juan.

Tego wie­czoru, po kola­cji zło­żo­nej z kaj­mana żakare i sma­żo­nego manioku, spe­cjal­no­ści Rufiny, kucharki z Puerto Reyes, Juan wyrwał kartkę z zeszytu, w któ­rym coś ryso­wał, kiedy pozo­stali pili kawę (on nie pił), i podał jej obra­zek: dwa psy szcze­kały do księ­życa z pro­mie­niami przy­po­mi­na­ją­cego bar­dziej słońce, ale był to księ­życ, bo miał twarz i to twarz kobiety, w oddali naryso­wał dwa budynki, dwie niskie wieże, po jed­nej na każ­dego psa, a przed nimi jezioro albo staw, z któ­rego wycho­dziło zwie­rzę przy­po­mi­na­jące lan­gu­stę albo skor­piona. Pod spodem wid­niał napis "La Lune" i Tali natych­miast roz­po­znała, że to jedna z kart tarota, któ­rego sta­wiała Rosa­rio, księ­życ z tarota mar­syl­skiego. Sio­stra pró­bo­wała ją nauczyć, ale Tali wolała hisz­pań­ską talię.

- Mogę cię nauczyć, teraz, kiedy ona wyje­chała - powie­dział Juan.

- Skąd wiesz, że tego chcę?

- Od Rosa­rio, powie­działa, że nie potra­fiła ci dobrze tego wytłu­ma­czyć. Ja umiem to zro­bić lepiej niż ona.

- A ta karta co ozna­cza?

- To zależy od inter­pre­ta­cji.

Juan scho­wał ołó­wek w kie­szeni nie­ska­zi­tel­nie bia­łej koszuli, którą miał na sobie. Nie wyda­wał się chory, cho­ciaż ona wie­działa, że jego stan jest poważny. Czemu ukry­wali to przed nią przez ostat­nie lata? Dowie­działa się tego póź­niej, w dość bru­talny spo­sób.

Wciąż miała tam­ten rysu­nek, tam­ten księ­życ, tamte psy.

Gaspar, czy­sty i ze zmę­czoną twa­rzą, usiadł na dru­gim leżaku. Już nie zbie­rało się na deszcz, ale zapa­dała ciemna i wil­gotna noc. Guil­ler­mito, chło­pak, który pra­co­wał u Tali, zapa­lił świa­tła na patio i na weran­dzie. Juan zdjął koszulę i otrze­pał ją, żeby osu­szyć pot. Przy­niosę ci wia­trak, zapro­po­no­wała Tali. Nie, nie potrzeba, odparł.

- Pew­nie cię szu­kają.

- Nie znajdą mnie. Teraz tro­chę trud­niej utrzy­mać tajem­nicę, ale wciąż mogę to zro­bić.

- Betty nie przy­je­dzie w tym roku?

- Jeśli cho­dzi o nią i jej córkę, nic się nie zmie­niło. Nie może wziąć udziału w Cere­mo­nii, póki nie zde­cy­dują, co z dziew­czynką. Na razie bar­dzo jej to odpo­wiada. Kiedy zde­cy­dują, co zro­bić z małą, a naj­praw­do­po­dob­niej odbiorą ją Betty, zoba­czymy, co będzie.

- A wiesz, że w Reyes mają nowe psy? Boję się ich panicz­nie, są ogromne, przy­po­mi­nają konie. Jeden z nich, czarny, ma chyba z pół­tora metra, nazywa się Nix.

- Pies nie może mieć pół­tora metra, prze­sa­dzasz.

- Co to jest Nix? - zain­te­re­so­wał się nagle Gaspar.

- Juan­cito, to dziecko jest nie­moż­liwe, wszystko sły­szy.

- Nyks to grecka bogini nocy. Noc.

- A jest w mojej książce?

- Nie sądzę, to zapo­mniana bogini. Opo­wia­da­łem ci już o zapo­mnia­nych bogach. Ludzi, któ­rzy ich wyzna­wali, było nie­wielu, z cza­sem robiło się ich coraz mniej i prze­stano o nich opo­wia­dać.

- To bar­dzo smutne.

- Tak, to smutne. Ale o Nyks wia­domo kilka rze­czy. Była żoną Ereba, ciem­no­ści, która nie jest tym samym co noc, bo możesz też spo­tkać ją w dzień. Miała synów bliź­nia­ków, Hyp­nosa i Tana­tosa. Hyp­nos to sen, a Tana­tos śmierć. Są podobni, ale oczy­wi­ście nie tacy sami.

- I miesz­kają wszy­scy razem?

- Tego nie wia­domo, więc możesz wyobra­zić sobie, co chcesz.

Juan spoj­rzał na Tali i powie­dział, że Gaspar czyta książkę z mitami. Obie­ca­łem, że pokażę mu kora­lo­drzew, ze względu na Anahí. Po cichu Tali powie­działa, dzie­ciak zanu­dzi ci się w szkole.

Guil­ler­mito pod­szedł do stołu. Pro­szę, znajdź mały mate­rac dla chłopca, powie­działa Tali. Poproś Karinę, ona ma mnó­stwo mate­racy. Zza załomu kory­ta­rza wyło­niła się dziew­czynka tro­chę więk­sza od Gaspara. Miała ubło­cone kolana i włosy ucze­sane w dwa nie­chluj­nie sple­cione war­ko­cze.

- Lau­rita, może zabie­rzesz Gaspara i poba­wi­cie się razem? Masz ochotę, Gaspa­rze? Potem zawo­łamy was na kola­cję.

Dzieci przez chwilę nie wie­działy, o czym roz­ma­wiać, ale Lau­rita opo­wie­działa Gaspa­rowi o szcze­niaczku, któ­rego dostała, i zapy­tała, czy chce go zoba­czyć, i poszli. Tali zauwa­żyła, że Juan patrzy za nimi, jak odcho­dzą, i zagryza wargi.

- Nic mu się nie sta­nie, ona jest stąd, jest przy­zwy­cza­jona, zaopie­kuje się nim lepiej niż ty. To nor­malne, co się z tobą dzieje.

- Nic nie jest nor­malne. Nie mogę z nią poroz­ma­wiać.

- Z Rosa­rio? Juan, za parę dni masz Cere­mo­nię. Na tym musisz się teraz sku­pić.

Juan spoj­rzał na nią oczyma mie­nią­cymi się kolo­rami w sła­bym świe­tle werandy. Odwi­nął ban­daż i poka­zał jej ranę. Tali obej­rzała ją uważ­nie, nie była spuch­nięta, nie dostrze­gła śla­dów infek­cji.

- Nie mogę jej spro­wa­dzić, nawet uży­wa­jąc znaku pół­nocy. Skoro nie mogę nawią­zać z nią kon­taktu za pomocą tego rytu­ału, to zna­czy, że ktoś nie pozwala jej przy­być.

- Ktoś może to zro­bić?

- Ktoś potężny tak. Albo kilka osób wspól­nie. Myślę, że jest ich kil­koro.

- Cza­sem nie udaje się nam dotrzeć do naszych zmar­łych, wiesz o tym.

- Nie sądzę, żeby tak było w tym przy­padku.

Juan spoj­rzał na Tali i odgar­nął sobie z czoła kosmyk wło­sów.

- Ja nic nie czuję.

Teraz, kiedy nie było już sły­chać gło­sów dzieci, Tali przy­su­nęła się do Juana i wycią­gnęła do niego rękę. Chodź, wyką­pię cię i oczysz­czę ci ranę. Kupi­łam sobie olbrzy­mią wannę, jak­bym prze­czu­wała, że może się przy­dać. On wstał powoli, leni­wie, a w kory­ta­rzu pro­wa­dzą­cym do łazienki Tali wspięła się na palce i go poca­ło­wała, popchnęła do swo­jego pokoju i zamknęła ple­cami drzwi. Seks z Juanem zawsze był nieco bru­talny, nawet jeśli on pró­bo­wał być deli­katny, a teraz nie pró­bo­wał; Tali czuła ból, kiedy roz­su­wała nogi, żeby przy­jąć tak wiel­kie ciało, zabo­lało ją, kiedy upa­dła na pod­łogę sypialni, prze­szka­dzało jej twarde drewno pod ple­cami. Zawsze nastę­po­wał też moment zała­ma­nia, czu­łego, ale też deli­kat­nego, to szarp­nię­cie, ten przy­pra­wia­jący o zawrót głowy poślizg, kiedy pozna­wała dło­nie, które tar­gały jej włosy, a on poru­szał się w niej. I zawsze przy­cho­dziła ta nie­bez­pieczna chwila, kiedy ona musiała go pro­sić, żeby zatrzy­mał to, co zaczy­nało się jak przy­jemne wra­że­nie, drżące i gorącz­kowe, a koń­czyło jak szybko wzbie­ra­jący przy­pływ, cie­pła i zbyt głę­boka fala, która już nie przy­po­mi­nała przy­jem­no­ści. On zawsze jej słu­chał i prze­sta­wał: tym razem usiadł, przy­cią­gnął ją do sie­bie tylko jedną ręką i zmu­sił, by spoj­rzała mu w oczy.

Potem Juan poło­żył się nagi w łóżku, na boku. I się roz­pła­kał, wciąż trzy­ma­jąc za rękę Tali, która znała go na tyle dobrze, by słu­chać w ciszy tego pła­czu i cze­kać. Angá, pierw­szy raz pła­cze po niej, pomy­ślała, ale nic nie powie­działa, bo Juan źle zno­sił współ­czu­cie. Pogła­dziła go po wło­sach, tak cien­kich i jasnych; nie ściem­niały mu z wie­kiem, jak wielu innym blon­dy­nom. Wyzwo­lił się deli­kat­nie z jej uści­sku. Znaj­dziesz sobie wresz­cie kogoś, zapy­tał, a Tali poło­żyła się u jego boku i zapa­liła papie­rosa, dała mu się zacią­gnąć, on zro­bił to z zamknię­tymi oczyma i wil­gotną twa­rzą, nie wytarł łez. Nie, powie­działa, ty jesteś moim męż­czy­zną. Ale nie jestem tak odważna jak Rosa­rio. Nie zro­bię dla cie­bie wszyst­kiego.

Juan zga­sił nie­do­pa­łek w popiel­niczce na noc­nym sto­liku i poca­ło­wał Tali; ona poza dymem i wer­beną poczuła słony smak łez i che­miczny posmak lekarstw. Idę poszu­kać Gaspara, powie­dział Juan i poszedł, boso i bez koszuli, wciąż miał ubło­cone nogi. Po chwili Tali usły­szała, jak roz­ma­wiają nie­da­leko od okna sypialni. Wciąż mówili o bogini nocy i jej dzie­ciach bliź­nia­kach, tak podob­nych i tak róż­nych, o śmierci i śnie.

Tali zro­biła Juanowi miej­sce, kiedy w nocy wśli­zgnął się do jej łóżka. Pozwo­lił Gaspa­rowi spać w salo­nie - chciał poło­żyć mate­rac tam, a nie w pokoju, i nie było sensu z nim dys­ku­to­wać, mógł spać, gdzie chciał; Juan wyką­pał się, spra­wiał wra­że­nie, że jest myślami gdzie indziej, ona znała go dobrze, więc nawet go nie dotknęła. Szybko zasnął. Leżał ple­cami do niej. W pół­mroku mogła dostrzec bli­znę zaczy­na­jącą się na żebrach i koń­czącą na ple­cach, ślad po prze­by­tej w dzie­ciń­stwie ope­ra­cji. Za pierw­szym razem, kiedy zoba­czyła go nagiego, bli­zny zro­biły na niej tak wiel­kie wra­że­nie, że chciała się wyco­fać; poza tym była od niego star­sza, co robiła w łóżku z cho­rym nasto­lat­kiem? Działo się to w Puerto Reyes, w jed­nym z gościn­nych pokoi posia­dło­ści. Tali pamię­tała, że za pierw­szym razem byli ostrożni, on był pra­wicz­kiem i cho­ciaż buzo­wały w nim hor­mony, jak w każ­dym chłopcu w jego wieku, był tro­chę zdy­stan­so­wany, jakby potra­fił zba­dać sytu­ację i unik­nąć nasto­let­niego nie­po­koju. I w pew­nym sen­sie potra­fił. To przez cho­robę, wyja­śnił jej póź­niej. Każda rzecz, którą robił, wyma­gała nego­cja­cji, wyli­czeń. Jakby jego obo­wiąz­kiem było opie­ko­wa­nie się deli­kat­nym szkla­nym skar­bem, któ­rego ni­gdy nie mógł odło­żyć na bok ani w bez­pieczne miej­sce, i musiał poru­szać się ostroż­nie, by go nie uszko­dzić, nie potłuc, namy­śla­jąc się nad każ­dym ruchem, zawsze na pal­cach, zawsze zasta­na­wia­jąc się, czy to gwał­towne posu­nię­cie skoń­czy się wypad­kiem, osta­tecz­nym znisz­cze­niem.

Tam­tego lata Tali została ini­cjo­wana w Brac­twie przez Adolfa Rey­esa, swo­jego ojca, i zapro­szona na Cere­mo­nię. Kiedy zoba­czyła Juana w miej­scu mocy, zemdlała. Nikt nie zauwa­żył, wszy­scy byli w jakimś tran­sie. Strach nie potrwał długo. Ojciec od lat opo­wia­dał jej o Brac­twie i sły­szała histo­rie róż­nych mediów. Ale nie spo­dzie­wała się, że Juan jest medium. Ukry­wali to przed nią skrzęt­nie, nawet Rosa­rio, tak bli­ska, ukry­wała to latami, a Tali wie­działa dla­czego.

Tro­chę ponad rok póź­niej Juan poje­chał do Lon­dynu, żeby się zope­ro­wać i znów spo­tkać z Rosa­rio. Zamiesz­kał na jakiś czas w Anglii, ale nie­szczę­ście spro­wa­dziło go z powro­tem. Tali nie zło­ściła się, gdy doszło do niej, że są z Rosa­rio razem, bo czuła, że tak powinno być. Pła­kała tylko, kiedy się dowie­działa. Potem pró­bo­wała o nim zapo­mnieć, ale jej się nie udało.

Tali zasnęła nad ranem, a kiedy się obu­dziła, Juan i Gaspar byli już w kuchni i szy­ko­wali śnia­da­nie. Wło­żyła świeżą sukienkę i pode­szła do stołu, żeby im pomóc. Gaspar powie­dział, robimy smaczne rze­czy. Przez chwilę pomy­ślała, czemu nie? Czemu nie zająć miej­sca sio­stry, nie zaopie­ko­wać się wdow­cem po niej i jej dziec­kiem?

- Dzień dobry, chłopcy - przy­wi­tała się.

Gaspar w nie­zwy­kłym sku­pie­niu sma­ro­wał grzanki, tro­chę przy­pa­lone, ale zupeł­nie jadalne. Juan powie­dział:

- Ochrona two­jej świą­tyni to kata­strofa.

Znów ten pogar­dliwy ton, któ­rego nie­na­wi­dziła, ta wyż­szość, która ją iry­to­wała.

- Nie mam two­ich umie­jęt­no­ści.

- To oczy­wi­ste. Potem zro­bię to, co konieczne.

Gaspar dał jej grzankę. Była posma­ro­wana zbyt grubą war­stwą mar­mo­lady, ale Tali i tak ją zja­dła. Posta­no­wiła się nie kłó­cić.

- Poje­dziemy potem nad wodę?

- Tak, tak! - zakrzyk­nął Gaspar. - Ja już umiem pły­wać.

- Uczy się - powie­dział Juan.

- Możemy pójść, nie ma już sier­pi­ków.

- Co to są sier­piki?

- Ryby podobne do pira­nii. Ale tylko gryzą, nie zje­dzą cię.

Gaspar otwo­rzył sze­roko oczy.

- Być może będziesz miał szczę­ście i jakąś zoba­czysz.

- Ale nie chcę, żeby mnie pogry­zły.

- Nie martw się tym, będę cię chro­nił.

- Mogę pooglą­dać tele­wi­zję?

Tali powie­działa, że tak, i zanio­sła mu mleko i cia­steczka do salonu. Kiedy wró­ciła do kuchni, Juan sie­dział przy stole i palił papie­rosa.

- Wcze­śnie wsta­łeś?

- Sta­ram się wcze­śnie wsta­wać, bo Gaspar budzi się z pła­czem.

Spoj­rzała mu w oczy i zoba­czyła tak wielką złość, że aż się prze­ra­ziła. On zga­sił papie­rosa w kubku, wyjął z torby notes i powie­dział: musimy zała­twić sprawę tej świą­tyni. Idziemy na spa­cer, powie­dział synowi, wró­cimy za jakiś czas. Chło­pak poki­wał głową, zahip­no­ty­zo­wany poranną kre­skówką, mimo że antena była kiep­ska i obraz wypeł­niał się pio­no­wymi kre­skami i desz­czem. Po wyj­ściu Juan zatrzy­mał się na chwilę w ogro­dzie Tali, który był nie­wielki, ale rosły w nim męczen­nice, chry­zan­temy, dalie, nie­za­po­mi­najki, gli­cy­nie opie­ra­jące się na wyso­kich papro­ciach, i docie­rały aż do domu, wspi­nały się po ścia­nach do dachu, naparst­nice pur­pu­rowe, które przy­po­mi­nały kap­tury i kilka orchi­dei zwi­sa­ją­cych z pnia brzo­skwini.

Tali poszła za Juanem do świą­tyni, którą zamy­kała na kłódkę. Rzadko ją otwie­rała, wierni przy­jeż­dżali głów­nie w sierp­niu, żeby skła­dać ofiary. Jeśli ktoś miał spe­cjalną prośbę, naj­pierw ją odwie­dzał i usta­lali wspól­nie datę rytu­ału.

- Chcesz wejść?

- Teraz nie.

Juan otwo­rzył swój notat­nik i ryso­wał, trzy­ma­jąc w dłu­gich pal­cach maleńki ołó­wek. Kiedy robił to na sto­jąco, zawsze wygi­nał ciało w łuk, wysu­wał do przodu bio­dra i kulił grzbiet. Nie zajęło mu to zbyt wiele czasu; kiedy skoń­czył, zdjął ciemne oku­lary, żeby spraw­dzić, czy efekt jest zado­wa­la­jący, i otarł koszulką wil­gotne czoło. Potem pod­szedł do drzwi świą­tyni, dotknął ich, pogła­dził.

- Chodź, Tali - powie­dział.

Popro­sił, żeby przy­trzy­mała rysu­nek, by dobrze go widzieć, i z tyl­nej kie­szeni spodni wyjął brzy­twę. Roz­ciął sobie środ­kowy palec pra­wej dłoni od opuszka do knyk­cia i opu­ścił rękę. Kiedy krwa­wił już dość mocno, sko­pio­wał pal­cem obra­zek na poma­lo­wa­nych na biało drzwiach. Tali spoj­rzała na pie­częć, była deli­katna i zacho­wy­wała geo­me­tryczną pre­cy­zję typową dla rysun­ków Juana. Dopiero kiedy skoń­czyła podzi­wiać ochronny znak, który wyda­wał się pro­sty, ale nawet w niej powo­do­wał odruch odrzu­ce­nia, Tali zdała sobie sprawę z ciszy.

- Teraz nie będziesz już potrze­bo­wała innej ochrony. Możesz nawet zosta­wić drzwi otwarte. - Zamilkł i spoj­rzał Tali w oczy. - Nie­dawno poda­ro­wano mi tę pie­częć.

- Pro­si­łeś o ochronę?

Juan spoj­rzał na ban­daż opa­su­jący mu dłoń, brudny i prze­po­cony.

- Tak, pro­si­łem o ochronę i dają mi ją, cho­ciaż jak zwy­kle się ocią­gają. Wiesz dobrze, że wciąż nie dosta­łem tego, czego naprawdę potrze­buję.

Potem zdrową ręką ode­brał notat­nik.

- Jeśli chcesz popły­wać, zro­bię ci taki opa­tru­nek, żebyś mógł wejść do wody.

Póź­niej, w łazience, Tali oczy­ściła ranę, myśląc o tym, jak brudne były tamte drzwi i jak kru­che jest zdro­wie Juana; wie­działa, że dla niego infek­cja może być bar­dzo nie­bez­pieczna. On dał się jej opa­trzyć, popro­sił tylko, żeby moc­niej zaci­snęła ban­daż.

- Jesteś piękna - powie­dział, kiedy skoń­czyła.

- Nie mów tak, wiesz, że tego nie lubię.

- Zawsze byłaś piękna. Rosa­rio była ładna, a ty jesteś piękna.

- Ale ty kochasz ją, więc pro­szę, nie mów tak.

- Ach, prze­cież zako­cha­nie nie ma nic wspól­nego z pięk­nem.

Tali wzięła się pod boki i zaczęła głę­boko oddy­chać, żeby nie krzy­czeć.

- Wiesz, Juan­cito, że musisz mnie uprze­dzać, zanim przy­je­dziesz, bo jak nie, to dzieją się takie rze­czy.

- Jakie? - zapy­tał i usiadł na kra­wę­dzi wanny, krzy­żu­jąc nogi.

- Takie, że ni­gdy o tobie nie zapo­mi­nam, ale jakoś sobie radzę, lubię moje rośliny, mój dom, moje psy, mam swoje łóżko i cza­sem w nocy, kiedy sły­szę jakieś kroki, wyobra­żam sobie, że to ty, ale naj­czę­ściej śpię sobie spo­koj­nie, tylko tyle ci powiem. I nagle przy­jeż­dżasz z dziec­kiem i ja zacho­wuję się jak idiotka, jak kom­pletna idiotka, rozu­miesz, wyobra­żam sobie, że zosta­nie­cie i że będziemy razem, i podobne głu­poty. Wyobra­żam sobie nawet, to nie do pomy­śle­nia, że moja sio­stra byłaby zado­wo­lona, gdy­by­ście ze mną zostali. Moja biedna kochana sio­stra. Nie dajesz mi, kurwa, spo­koju.

Ktoś zapu­kał deli­kat­nie do drzwi łazienki, a Juan powie­dział, wejdź, synku. Gaspar wszedł nie­śmiało. Tali sta­nęła wypro­sto­wana obok umy­walki i popra­wiła sobie włosy, były bar­dzo dłu­gie, pra­wie do pasa. Cza­sem myślała, że jest już za stara na takie włosy. Gaspar nawet na nią nie spoj­rzał.

- Co ci się stało w palec?

- Ska­le­czy­łem się na dwo­rze.

- Czym?

- Roz­bitą butelką, która stała tam, żeby koty nie weszły do kur­nika.

- Boli cię?

- Nie.

- Kiedy roz­cięli cię tu, musiało strasz­nie boleć. - I Gaspar wska­zał na jego pierś.

- Ach, ale to co innego - odparł Juan, a Tali zauwa­żyła, że powstrzy­muje uśmiech. - To tylko małe ska­le­cze­nie, w palec, mówi­łem ci, że po tam­tej ope­ra­cji bolały mnie kości.

- No tak, musieli ci je prze­ciąć piłą, żeby cię zope­ro­wać.

- Ach, dziecko, nie mów tak - jęk­nęła Tali.

- Pocięli go, nie wie­dzia­łaś? - Gaspar spoj­rzał na nią, mru­ga­jąc oczami, jakby draż­niło go świa­tło. - Prze­cięli go na pół, a potem z powro­tem zaszyli. Mieli wyle­czyć mu serce, ale wydaje mi się, że chyba nie za bar­dzo im się udało.

Juan zaczął się gło­śno śmiać. Wziął go na ręce i uniósł wysoko.

- Two­jego ojca nie da się wyle­czyć! Jesteś okropny, stra­szysz Tali.

- Chcia­łem jej tylko wytłu­ma­czyć.

- Już jej wszystko wyja­śni­łem przez tele­fon, dawno temu.

- Więc ja już nie muszę.

- Nie, już nie trzeba jej niczego tłu­ma­czyć.

- A poje­dziemy nad wodę?

- Tak, zaraz.

Juan poca­ło­wał Gaspara w poli­czek i wziął Tali za rękę, żeby wycią­gnąć ją z łazienki, ale ona powie­działa, idź­cie sami, obaj jeste­ście sza­leni. Ja muszę się prze­brać i umyć. Nie rób dra­matu, szep­nął Juan, a ona pokrę­ciła głową. Potrze­bo­wała kilku minut, musiała zna­leźć krem do opa­la­nia, ręcz­niki, zwil­żyć sobie twarz, zmyć krew z wanny, zacze­kać, aż ręce prze­staną się jej trząść.

Poje­dziemy moim samo­cho­dem, powie­działa Tali, ja popro­wa­dzę. Jezioro znaj­do­wało się nie­da­leko i lepiej było się kąpać w nim niż w rzece, zdra­dli­wej na tym odcinku, z wirami i piasz­czy­stymi głę­bi­nami. Pano­wał duszący upał, ale niebo było czy­ste, ani jed­nej desz­czo­wej chmurki; może poja­wią się póź­niej, oby nie, pomy­ślała Tali, stycz­niowa wil­goć potra­fiła być nie­zno­śna. Ruszyw­szy, pogła­dziła Juana po nodze; on wło­żył bojówki i spra­wiał wra­że­nie, że bar­dzo mu nie­wy­god­nie w renault, o wiele dla niego za małym. Gaspar mil­czał na tyl­nym sie­dze­niu i Tali spró­bo­wała go zaga­dać o jego rysunki, ale chło­pak nie odpo­wia­dał, więc dała sobie spo­kój. Był w żało­bie, i ona też, i rozu­miała, jak smutne jest to gorące powie­trze, otwarty piec połu­dnia, któ­rego żar leje im się na twa­rze. Umarła mu mama. Nic nie zdoła go ukoić.

Zatrzy­mała samo­chód na pobo­czu i wysia­dła.

- Chodź, Gaspa­rze, chcę ci coś poka­zać - powie­działa do chłopca z zewnątrz.

Przed drew­nia­nym domem poma­lo­wa­nym na błę­kitno, który wyglą­dał, jakby zaraz miał się zawa­lić, stał pokryty kwie­ciem kora­lo­drzew. Gaspar wygra­mo­lił się z auta nie­chęt­nie, ale posłu­chał jej.

- To drzewo, o któ­rym opo­wia­dał ci tata, drzewo tej Indianki, Anahí.

Chło­piec pod­szedł do pnia i z dołu zaczął się przy­glą­dać czer­wo­nym kwia­tom.

- Na gałęzi jest kot.

- Gdzie?

Tali pode­szła i spoj­rzała w górę: rudy kot spał z roz­ło­żo­nymi łapami w chło­dzie liści. Gaspar wciąż był poważny, ona schy­liła się, żeby zna­leźć się na jego wyso­ko­ści i spoj­rzeć mu w oczy. Twoja mama na­dal cię kocha, powie­działa. Nie może być dłu­żej z tobą, ale kocha cię do sza­leń­stwa. Gaspar zasło­nił twarz i zaczął pła­kać, kiwa­jąc się na nogach; Tali zosta­wiła go w spo­koju, nie patrzyła w stronę samo­chodu, nie chciała wie­dzieć, czy Juan ich obser­wuje, czy zbliża się, żeby im prze­rwać, czy wpad­nie w szał, że przez nią jego syn pła­cze. Nie wróci już, prawda?, zapy­tał Gaspar, a Tali nie miała ochoty odpo­wia­dać na to pyta­nie, ale powie­działa to, co powinna, że nie, nie wróci. Wie­dzia­łaś, że potrą­cił ją auto­bus? Tak, nie pamię­tasz, że przy­je­cha­łam na pogrzeb, możesz nie pamię­tać, kiedy czło­wiek jest bar­dzo smutny, łatwo zapo­mina.

- Tu jest dużo auto­bu­sów, nie podoba mi się to.

Umiera ze stra­chu, zro­zu­miała Tali i chciała go przy­tu­lić, ale w posta­wie chłopca nie było nic, co by ją do tego zachę­ciło. Jest w tym podobny do ojca, przy­po­mi­nają koty.

- Tutaj nazy­wamy je busami. Są inne niż auto­busy.

Nie pocie­szy go tym, ale przy­naj­mniej to była prawda.

- Jedziemy nad wodę?

Nie chce odda­lać się od ojca, pomy­ślała Tali i z zasko­cze­niem ujęła dłoń wycią­gniętą do niej przez Gaspara. W aucie dalej mil­czał, ale przy­naj­mniej wyglą­dał przez okno, wcze­śniej sie­dział z pochy­loną głową. Juan nic nie mówił, zapa­lił tylko papie­rosa i palił go powoli, napeł­nia­jąc sobie płuca dymem, jakby nie wystar­czał mu upał.

Reszta dnia prze­bie­gła spo­koj­nie i cicho, pomimo że na plaży i nad jezio­rem pełno było ludzi. Gaspar dostał sporo okla­sków, kiedy poło­żył się plac­kiem na wodzie, bez pomocy ojca; wpraw­dzie nie zjadł zbyt wiele na obiad, ale zgo­dził się poba­wić w kopa­nie dołów, kiedy zapro­siły go inne dzieci, mające mnó­stwo wia­de­rek i łopa­tek. Nie odchodź­cie daleko, chcemy mieć was na oku, popro­siła Tali, a one odpo­wie­działy, tak, pro­szę pani, i usa­do­wiły się nie dalej niż trzy metry. Juan wszedł głę­boko do wody, żeby popły­wać, a Tali, sama pod para­so­lem, w końcu się uspo­ko­iła. Była już gotowa wysłu­chać Juana. Wie­działa, że chce jej coś powie­dzieć. Juan nie był jej przy­god­nym kochan­kiem. Ona nie była tylko zakli­naczką znad rzeki. Oboje nale­żeli do Brac­twa. Mogli uda­wać, że o tym zapo­mi­nają, ale nie na długo.

Gaspar na­dal kopał swój dołek, który według matki innych dzieci przy­po­mi­nał kra­ter. Radio w jed­nym z samo­cho­dów było włą­czone, docho­dziło stam­tąd melan­cho­lijne chamamé, gruba kobieta spa­ce­ro­wała brze­giem z czar­nym psem, który ska­kał na nią i spra­wiał, że wybu­chała śmie­chem, dwóch mło­dych męż­czyzn cho­wało swoje wędki i przy­nęty, i ryby na pace fur­go­netki, pew­nie przy­rzą­dzą je gdzieś na grillu. Tali roz­po­znała męż­czyznę, który dwa mie­siące wcze­śniej popro­sił ją o ochronę, a ona wpu­ściła go samego do świą­tyni i pozwo­liła pomo­dlić się do Świę­tego; pobło­go­sła­wiła jego szkie­let winem i popio­łem. Poznała też kobietę, która przy­szła, żeby wywró­żyć z kart, co stało się z jej córką. Tali zoba­czyła, że nie żyje, że leży pod wodą, i powie­działa o tym. Jedna z tylu dziew­czyn zamor­do­wa­nych przez woj­sko­wych i wrzu­co­nych do rzeki, oczy wyje­dzone przez ryby, stopy zaplą­tane w wodo­ro­sty, mar­twe syreny z brzu­chami peł­nymi oło­wiu. Tali nie kła­mała, nie dawała fał­szy­wych nadziei. Ojco­wie i matki mło­dych ofiar dyk­ta­tury kon­tak­to­wali się z nią, żeby dowie­dzieć się przy­naj­mniej, jak zgi­nęły, czy ich ciała zna­la­zły się w maso­wym gro­bie peł­nym kości, pod wodą czy na jakimś pro­win­cjo­nal­nym cmen­ta­rzu. Kobieta teraz na nią nie patrzyła, bawiła się z dziew­czynką. Czyżby była to córeczka zmar­łej córki? Pamię­tała tamto popo­łu­dnie, padało, niebo było czarne, ale ona i tak chciała wra­cać, nie bojąc się pio­ru­nów; Tali spo­glą­dała za nią, jak bie­gnie drogą z ubi­tej ziemi. Pozbie­rała karty, uło­żyła je w sto­sik, a potem piła mate, na zewnątrz ciemna sza­rość, i patrzyła, jak wiatr szar­pie drze­wem brzo­skwini i drze­wami w oddali, nad rzeką. Ka'aru, pomy­ślała, powinna mówić wię­cej w guaraní, zapo­mi­nała języka, spę­dzała zbyt wiele czasu samot­nie.

Juan wró­cił, ale ona nie widziała, jak szedł po plaży, musiał zro­bić kółko. Poło­żył się obok niej na ręcz­niku. Był tak pod­eks­cy­to­wany, że po kilku minu­tach Tali poważ­nie się zanie­po­ko­iła.

- Czy ty rozu­miesz, że jeśli coś ci się tu sta­nie, będzie nie­szczę­ście? Wiesz, co mogą mi zro­bić? Musie­li­by­śmy jechać aż do Cor­rien­tes, żeby udzie­lono ci pomocy. Nde tavy, kurwa.

Juan przez długą chwilę nie mógł jej odpo­wie­dzieć, a Tali wyko­rzy­stała ten czas, by patrzeć na niego z dez­apro­batą, póki nie odzy­ska odde­chu.

- Nie rób skan­dalu - powie­dział Juan i napił się seven-upa z butelki.

- Gaspar bawi się spo­koj­nie z innymi dziećmi.

- Wiem. Musimy poroz­ma­wiać.

- Odkąd przy­je­cha­łeś, wiem, że musimy poroz­ma­wiać.

- Potrze­buję two­jej pomocy.

Juan usiadł ze skrzy­żo­wa­nymi nogami, i nagle nie był już jej przy­ja­cie­lem ani kochan­kiem, ani nawet męż­czy­zną, który ją dener­wo­wał i w któ­rym była zako­chana. Był medium. Tali wie­działa, że ota­cza­jący go ludzie nie zdo­łają usły­szeć, co mówi, a jeśli nawet usły­szą, nic nie zro­zu­mieją w tym nie­zna­nym im języku. Uświa­do­miła to sobie, bo powie­trze wokół nich zaczęło drgać, a deli­katne wło­ski na jej ramio­nach sta­wały dęba, jakby nie słońce doty­kało jej skóry, tylko sopel lodu.

Naprawdę musisz to robić? Nikt nie wie, że tu jesteś, nie mamy nikogo w pobliżu.

Nie ufam nikomu. Nawet sobie. Gaspar jest w pułapce. Oni chcą, by był moim spad­ko­biercą. Myślą, że odzie­dzi­czył moją zdol­ność przy­wo­ły­wa­nia Ciem­no­ści, albo chcą, żebym prze­niósł swoją świa­do­mość do jego ciała, kiedy nadej­dzie moment. Wciąż był­bym uwię­ziony.

Już o tym wiemy, czemu znów mi o tym opo­wia­dasz?

Żeby upo­rząd­ko­wać myśli. I popro­sić cię. Jestem pewien, że zabili Rosa­rio. Rosa­rio pokłó­ciła się z matką i z Flo­rence. Kiedy ja leża­łem w szpi­talu. Rosa­rio popro­siła je, żeby zosta­wiły nas w spo­koju. Że nie mogą mnie dłu­żej wyko­rzy­sty­wać, że ja już nie chcę przy­wo­ły­wać, i że ni­gdy nie odda im Gaspara, żeby wyko­rzy­stali jego ciało.

Tali poczuła mdło­ści. To, co sły­szała, było nie­moż­liwe.

Moja sio­stra była sza­lona. Angá, dla­czego jej nie powstrzy­ma­łam?

Dla nich to nie do pomy­śle­nia, że nie chcę użyć ciała Gaspara. Powie­dzia­łem im oczy­wi­ście, że to zro­bię. Rosa­rio opo­wie­działa mi o kłótni nie­długo przed wypad­kiem. Była wście­kła, bo po prze­pro­wa­dze­niu Cere­mo­nii zna­la­złem się na skraju wyczer­pa­nia, ale nara­ziła Gaspara na nie­bez­pie­czeń­stwo. Znów będą spraw­dzać, czy jest medium, jak zawsze, tym razem jed­nak wynik będzie pozy­tywny.

Jesteś pewien? Może jest po pro­stu wraż­liwy, i tyle?

Jestem pewien. Jeśli potra­fimy spra­wić, że tego nie zauważą, że próba jak zwy­kle się nie powie­dzie, pozo­sta­nie tylko cze­kać, żeby osią­gnął odpo­wiedni wiek, bym mógł wejść w jego ciało, i wiem, że przez te lata zdo­łam zna­leźć spo­sób, żeby go od nich uwol­nić. To potrwa, ale jestem zde­spe­ro­wany i w końcu mi się to uda.

Czemu Rosa­rio nie opo­wie­działa ci o tym wcze­śniej?

Przez dłu­gie mie­siące cią­gle tra­fia­łem do szpi­tala i wypi­sy­wali mnie z niego, zanim mogli mnie zope­ro­wać. Nie miała odwagi. Nie wiem.

Nie wiń jej za to.

Winię ją. Winię ją, ale jej wyba­czam.

Możesz odmó­wić przy­wo­ły­wa­nia?

Nie. Zmu­szą mnie. Już to zro­bili przed laty, kiedy się nie zgo­dzi­łem, bo skła­dali w ofie­rze więź­niów. W ofie­rze, o którą nikt ich nie pro­sił.

Tali spoj­rzała na swoje dło­nie. Ona też nie potra­fiła o tym zapo­mnieć, też miała poczu­cie winy.

Wciąż jesz­cze uży­wają porwa­nych.

Wiem, ale nie mogę się im prze­ciw­sta­wić. Zagro­zili zła­ma­niem umowy, ode­bra­niem mi Gaspara, wycho­wa­niem Gaspara wśród rytu­ałów, ta nauka go znisz­czy. Wie­rzą w to, co mówi im Ciem­ność. Słu­chają, są posłuszni. I nie mają nikogo poza mną, kto potra­fiłby ją przy­wo­łać. Mer­ce­des cią­gle szuka innych mediów. Jest kapłanką boga, który ją igno­ruje, jak wszy­scy bogo­wie nie zwraca uwagi na swo­ich kapła­nów. Jej bóg roz­ma­wia ze mną. Dla niej zawsze było to coś w rodzaju klą­twy, mieć wiesz­cza tak nie­god­nego zaufa­nia. Ja wie­rzę w Ciem­ność, ale wiara nie ozna­cza posłu­szeń­stwa. Jak mam nie wie­rzyć, skoro dzieje się w moim ciele. Dzieje się mojemu ciału. To, co mówi im Ciem­ność, nie może być inter­pre­to­wane ina­czej. Ciem­ność jest obłą­kana, to bóg dziki, bóg sza­lony.

Chcę wie­dzieć, czy możesz naprawdę się nie zgo­dzić. Gdy­byś chciał.

Oczy­wi­ście, że nie, jestem nie­wol­ni­kiem. Jestem tylko ustami. Ciem­ność może mnie zna­leźć, to prze­grana bitwa. Tali, mam do cie­bie prośbę. Chcę, żebyś wspól­nie ze Ste­phe­nem zablo­ko­wała Gaspara. Ja robię, co mogę, ale to nie wystar­cza, już nie, jestem sam. Wczo­raj widział jakąś zjawę, i to nie byle jaką. Teraz pew­nie będzie się to zda­rzać coraz czę­ściej. Potrze­buję, żebyś chro­niła go przed nimi w Puerto Reyes, musisz go kryć, Ste­phen ci pomoże.

I tak będą chcieli, żebyś użył jego ciała.

Zanim tak się sta­nie, musi jesz­cze upły­nąć wiele lat. Mam czas i potra­fię ich oszu­kać. Naj­trud­niej­sze będzie dla mnie pozo­stać przy życiu. Ale muszę to zro­bić. Wycho­wać Gaspara i zna­leźć spo­sób, żeby oca­lić go przed Brac­twem. Odpra­wię Cere­mo­nię, jak zwy­kle. Jestem jak otwarte drzwi, któ­rych nie można zamknąć, ale muszę chro­nić Gaspara. Już ode­brali mi Rosa­rio, z wielu powo­dów, ale przede wszyst­kim, żeby mnie osła­bić. Odbie­rzemy ci towa­rzyszkę, żeby nie pomo­gła ci nas porzu­cić, żeby nie pomo­gła ci odejść i nas zdra­dzić. Moje odej­ście nie jest moż­liwe.

Powie­dziaw­szy to, Juan wypu­ścił ich z bez­piecz­nej prze­strzeni, w któ­rej mogli roz­ma­wiać nie­mal bez poru­sza­nia ustami, Tali poczuła wokół sie­bie coś na kształt nie­wiel­kiego wiru, pod­czas gdy słońce, jezioro, ludzie roz­ma­zy­wali się w zło­tym bla­sku jak przy­drożne miraże. Juan poło­żył dłoń na jej czole, natych­miast zaczęła widzieć wyraź­niej, a ból głowy, który miał być silny, zmie­nił się w zale­d­wie deli­katne pul­so­wa­nie.

- Dość! - krzyk­nęła i gwał­tow­nie odsu­nęła dłoń Juana. Ludzie wokół spoj­rzeli na nich, a ona uśmiech­nęła się, uda­jąc, że to zabawa. Juan zbladł. Więc to była prawda. Parę lat temu, dosko­nale to pamię­tała, pota­jemna roz­mowa z kimś nie kosz­to­wała go tyle wysiłku. Teraz uży­wał resz­tek sił, żeby ona poczuła się lepiej, nie mogła mu na to pozwo­lić. Żało­wała, że ni­gdy nie nauczyła się tego porząd­nie, musiał robić to sam. Objęła go, żeby nie stra­cił rów­no­wagi. Nie chciała, żeby Gaspar zoba­czył, jak się doty­kają, ale teraz nie miała innego wyj­ścia.

- Spo­koj­nie, czego potrze­bu­jesz? Powiedz mi, co mam zro­bić.

- Połóż mnie - powie­dział Juan bar­dzo cicho.

Tali posłu­chała go, pod­ło­żyła mu torbę pod głowę, jak poduszkę. On dotknął dwoma pal­cami szyi i zaczął się deli­kat­nie maso­wać. Już nie był wil­gotny od wody z jeziora: był zlany potem i oddy­chał jak po dłu­gim biegu. Tali spoj­rzała na Gaspara, budo­wał coś z brud­nego pia­sku, jakąś kon­struk­cję pozba­wioną kon­kret­nego kształtu. Inne dzieci deko­ro­wały ją gałąz­kami i pió­rami. Otarła ręcz­ni­kiem pot z Juana, przy­naj­mniej z twa­rzy i piersi.

- Jeśli możesz, otwórz oczy.

Juan spoj­rzał na nią i uło­żył wygod­niej głowę na tor­bie. Miał roz­sze­rzone źre­nice.

- Zawo­łaj Gaspara.

- Wystra­szy się, jak zoba­czy cię w takim sta­nie.

- Zawo­łaj go.

Gaspar przy­biegł cały upa­prany w mokrym pia­sku, uklęk­nął przy ojcu i zapy­tał, czego chce. Nic, odparł Juan, przy­tul się do mnie. Ale wariat z cie­bie, powie­dział Gaspar, objął go za szyję i opie­rał się przez chwilę na ramie­niu ojca, opo­wia­da­jąc o pałacu, który budują nad brze­giem, potem poczy­tamy bajki o zam­kach? Przed spa­niem, powie­dział Juan. Teraz wra­cam do dzieci. Nie umieją budo­wać zam­ków. No tak. Chcę kubek seven-upa. Weź całą butelkę, podziel się z kole­gami. Mają na imię Sebastián i Gon­zalo. Dobrze, zabierz pla­sti­kowe kubeczki, żeby­ście nie pili wszy­scy z butelki, bo to obrzy­dliwe.

Gaspar wró­cił do zabawy, a chłopcy powi­tali go okrzy­kami rado­ści.

Zostali aż do popo­łu­dnia. Juan pra­wie nie wsta­wał z zaim­pro­wi­zo­wa­nego posła­nia, które zro­biła dla niego Tali, dopóki Gaspar nie powie­dział, że chce się jesz­cze raz wyką­pać, zanim zrobi się ciemno, i Juan z nim poszedł. Kazał mu pły­wać z głową nad wodą, potem zanur­ko­wać. Wciąż pły­wał naj­prost­szym krau­lem, ale utrzy­my­wał się na powierzchni, nie można było go pusz­czać, ale dawał radę.

- Jak szybko się uczy - pogra­tu­lo­wała im, kiedy wró­cili na plażę, matka dwóch chłop­ców, z któ­rymi budo­wali zamki z pia­sku.

Juan powie­dział, że ow­szem, jest zado­wo­lony. Kobieta, która była młoda, została na brzegu i piła z Tali mate, kiedy on pły­wał z Gaspa­rem; teraz poczę­sto­wała ich sero­wymi bułecz­kami chipá i droż­dżów­kami. O, bar­dzo lubisz te bułeczki, powie­dział Juan, poda­jąc jedną Gaspa­rowi, który jak tylko ją ugryzł, uśmiech­nął się; jadł podobne wiele razy w poprzed­nich latach w Puerto Reyes. Juan też zjadł i zanim wło­żył spodnie, poszu­kał w kie­szeni leków. Zażył je bez wstydu przed kobietą, ona instynk­tow­nie zapro­po­no­wała mu kubek wody sodo­wej, żeby łatwiej prze­łknął.

- Och, podzi­wiam pana, że połyka je pan wszyst­kie na raz, mnie, kiedy tabletka jest za duża, nie prze­cho­dzi przez gar­dło, chyba mam jakiś defekt.

Juan uśmiech­nął się.

- Jestem bar­dzo przy­zwy­cza­jony.

- Mówi­łam żonie, że urzą­dzamy tu póź­niej śpie­wa­nie, nie­da­leko kąpie­li­ska nad rzeką. Przyj­dzie wię­cej osób, z gita­rami.

- Poli­cja nie prze­szka­dza tu za bar­dzo ludziom, któ­rzy się gro­ma­dzą - wyja­śniła Tali, kiedy Juan spoj­rzał na nią zdzi­wiony.

- I woj­sko też nie - potwier­dziła kobieta. - Kilka lat temu od razu roz­ga­niali. Ale teraz pozwa­lają. Odpusz­czają. Jeste­ście zapro­szeni. Z syn­kiem, to rodzinna impreza.

- Chcesz iść? - zapy­tał Gaspara Juan. - Będzie muzyka.

- A ty chcesz?

- To ja cie­bie pyta­łem.

- Tak.

- Powi­nie­neś odpo­cząć - powie­działa cicho Tali, ale Juan pod­szedł do niej, pogła­skał ją po ręce i powie­dział: nie martw się, wiem, co robię.

- Będą też empa­na­das - dodała kobieta, żeby prze­ko­nać Tali.

- Widzisz? Nie będziesz musiała goto­wać.

- Nie zacho­wuj się jak pajac, Juan­cito, bar­dzo cię pro­szę.

Nie zostali długo. Tali uwa­żała, że empa­na­das były za tłu­ste, ale Gaspa­rowi sma­ko­wały: czy to nie dziwne, że chłopcu wszystko sma­kuje?, zapy­tała Juana, a on odpo­wie­dział, że szcze­rze mówiąc, nie zna innych dzieci, ale jego syn zawsze taki był, nakar­mić go to naj­prost­sza rzecz na świe­cie, a w dodatku lubił pozna­wać nowe smaki. Ludzie raczej nie ruszyli do tańca, prócz kilku par giba­ją­cych się leni­wie do Puente Pexoa i Kiló­me­tro 11. Noc zapa­dła duszna, za rzeką i drze­wami niebo było jasne, znak, że się chmu­rzyło, a wil­gotny wiatr zapo­wia­da­jący burzę nie przy­no­sił ulgi. Matka chłop­ców, z któ­rymi Gaspar budo­wał zamek, odna­la­zła ich i poczę­sto­wała plac­kiem sopa para­gu­aya, pokro­jo­nym sta­ran­nie na kawałki. Dym znad rusztu pach­niał mię­sem i Tali popro­siła Juana o drobne, żeby kupić sobie hot doga. Sto­jąc w kolejce, przy­słu­chi­wała się roz­mo­wom pija­nych już męż­czyzn - nie­któ­rzy patrzyli na nią czer­wo­nymi oczami; kie­dyś poszłaby pew­nie po Juana, teraz jed­nak za wszelką cenę chciała unik­nąć bójki. Pili wino, które sprze­da­wano litrami w pusz­kach po oleju samo­cho­do­wym, z wygła­dzo­nymi kra­wę­dziami, żeby nikt się nie ska­le­czył. Chcąc ich zigno­ro­wać, sku­piła się na muzyce i zauwa­żyła, że wcale nie grali chamamé. Odwró­ciła się i w wątłym świe­tle lam­pek i lampy gazo­wej ujrzała dziew­czynę o dłu­gich, zwią­za­nych wło­sach, która śpie­wała piękną zambę, boję się, że noc i mnie zostawi bez duszy, poczciwa sta­ruszka tęsk­nota jest moją jedyną towa­rzyszką. Kiedy wró­ciła do Juana, sie­dzą­cego na pniu i palą­cego, powie­dział jej: gdyby śpie­wała to gdzie indziej, aresz­to­wa­liby ją, aresz­to­wa­liby nas wszyst­kich, macie tu szczę­ście. Bar­dzo ładna dziew­czyna, znasz ją? Tali rąb­nęła go w głowę i jasne włosy opa­dły mu na twarz; nagle Juan wydał się jej nasto­lat­kiem. Nie, nie znam jej. I nie zosta­niemy tu dłu­żej, żebyś ty ją poznał. Wybacz mi, kochana, ale wolę zambę od chamamé. I w każ­dej szkla­neczce wina drży Gwiazda Poranna, śpie­wała dziew­czyna. A potem przy­wi­tała się, przed­sta­wiła i powie­działa, że zaśpiewa bar­dzo smutną pio­senkę wyko­nawcy, który jest chory; nie wymie­niła go z nazwi­ska i Juan pomy­ślał, że musi być zaka­zany. Nie wiem, po co wró­ci­łeś, już o tobie zapo­mnia­łam. Chyba o tym wiesz, że kiedy odsze­dłeś, pła­ka­łam, brzmiały słowa, teraz żałuję, że z tej miło­ści nic nie zostało. Juan przy­znał, że nie zna się na muzyce, Rosa­rio słu­chała jej czę­ściej, ale był to utwór Daniela Toro, rze­czy­wi­ście zaka­za­nego, mimo że jego pio­senki opo­wia­dały o miło­ści. Rosa­rio uwa­żała, że zaka­zy­wa­nie ich to głu­pota, gdyż wszyst­kie to tylko czu­łost­kowe bzdury, nie miały w sobie nic poli­tycz­nego.

Czu­łost­kowe bzdury, pomy­ślała Tali. Ona pra­wie się przez nie roz­pła­kała. Rosa­rio, zawsze byłaś suką, cha­miga, pomy­ślała, bar­dzo za tobą tęsk­nię, sio­strzyczko.

- Wcale nie jestem pewna, że sytu­acja się uspo­ko­iła. Za każ­dym razem, gdy wróżę z kart, widzę tylko śmierć, coraz wię­cej śmierci. Wiesz, co widzę? Wojnę. Nie tutaj, na morzu, w zim­nie. Nie mam odwagi im o tym mówić, bo wię­cej do mnie nie przyjdą.

- Jestem pewien, że masz rację - odparł Juan.

Gaspar ziew­nął. Chcesz iść spać, synku? Naja­dłeś się? Tak, ta zupa bez wody była pyszna. Dziew­czyna z gitarą oznaj­miła, że to już ostat­nia pio­senka, a kiedy Tali uru­cho­miła samo­chód, usły­szeli Dzię­kuję ci, życie.

- Ma babka odwagę - przy­znał Juan. - I chodź, jedziemy, Rosa­rio słu­chała tego całymi dniami z Betty, nie chcę, żeby Gaspar sobie przy­po­mniał.

Chło­piec spał już na tyl­nym sie­dze­niu. Droga do domu Tali tonęła w ciem­no­ściach, była to droga z ubi­tej ziemi, więc musiała przy­spie­szać, wiele razy nie­mal utknęli w bło­cie. Burza jed­nak wciąż nie nad­cho­dziła; dale­kie grzmoty, bły­ska­wice i ta wil­gotna nie­uchron­ność. Jako dziecko bała się burz, ale teraz, po tylu latach, nie przej­mo­wała się nimi, chyba że woda w rzece przy­bie­rała. Powo­dzie nie docie­rały do jej domu, zbu­do­wa­nego na wzgó­rzu, ale pra­wie nikt w oko­licy nie miał tego szczę­ścia.

- Połóż go w moim łóżku - powie­działa Tali i zga­siła świa­tło. - Ja dziś prze­śpię się na mate­racu. Twój syn potrze­buje cię obok.

Juan nie pro­te­sto­wał. W domu było chłodno. Tali cze­kała na niego w fotelu w salo­nie. Żad­nemu z nich nie chciało się spać.

- Chcesz popro­sić Świę­tego o zdro­wie?

- Tali, to na nic.

- Zro­bi­łeś się okrop­nie scep­tyczny, co z tobą? Pozwól mi pomóc ci, jak mogę.

Juan na chwilę zapa­trzył się w sufit. Na zewnątrz w końcu zaczęło padać.

- Więk­szość pacjen­tów, któ­rzy uro­dzili się z takim pro­ble­mem jak ja, w tam­tym okre­sie, kiedy ope­ra­cje były wciąż eks­pe­ry­men­tem, czuje się źle. Mam na myśli tych, co jesz­cze żyją. Mnie się udało, ale ni­gdy nie wyzdro­wia­łem i cią­gle mam sporo pro­ble­mów. Można powie­dzieć, że jestem szczę­ścia­rzem.

- Więc chcesz po pro­stu umrzeć i już?

- Pró­bo­wa­łem i pró­buję wielu spo­so­bów lecze­nia, i nie mówię tylko o medy­cy­nie, i pew­nie mi pomo­gły. Roz­ma­wia­li­śmy o tym wiele razy. Nie chcę umie­rać, Tali. Boję się. Takich jak ja nie zabiera śmierć. Zabiera ich Ciem­ność.

- Tego nie wiesz.

- Ow­szem, wiem. Cza­sem posta­na­wiam sobie w to nie wie­rzyć. Ale kiedy wie­rzę, zro­bił­bym wszystko, aby tego unik­nąć.

Juan wstał.

- Chodźmy do Świę­tego. Chcę, żebyś wło­żyła mi go pod skórę. Możesz? Czy on może mi pomóc prze­żyć? Dać mi wię­cej czasu?

Tali pode­szła do Juana, pogła­skała go po pod­puch­nię­tych oczach, po nie­ogo­lo­nym zaro­ście. Potem za rękę wypro­wa­dziła go z domu.

Świą­ty­nia była skromna, Pan Śmierci nie. Tali wybrała duży posąg ze sre­bra, wyso­ko­ści pra­wie metra. Święty miał czarną tunikę. Tali pode­szła do szkie­letu i napeł­niła małą szkla­neczkę whi­sky, by zło­żyć mu ją w darze. Potem zapa­liła trzy czer­wone świeczki. Było ich w świą­tyni o wiele wię­cej i jako straż­niczka musiała zapa­lić je wszyst­kie.

- Nie ruszaj się - powie­działa do Juana. - Zostań na miej­scu.

Zapa­liła wszyst­kie świece, nie­które czer­wone, inne czarne, i posta­wiła przed Świę­tym czer­wone goź­dziki, wciąż świeże, w wazo­nie z bia­łego szkła. Zga­siła świa­tło. W nie­wiel­kim sank­tu­arium peł­nym świec srebrna figura Świę­tego drżała, drżały jego czarny płaszcz i ster­cząca kosa. W prze­ci­wień­stwie do innych przed­sta­wień, w któ­rych wystę­po­wał w koro­nie, tutej­szy San La Muerte miał łysą czaszkę, pozba­wioną ozdób. Był też bez kap­tura. Błysz­czące kamie­nie, widoczne tylko wtedy, gdy pło­nęły świece, oświe­tlały od środka oczo­doły czaszki. Tej nocy jaśniały jak ogni­ska. Tali ni­gdy nie widziała ani nie czuła, by błysz­czały w ten spo­sób.

- Uklęk­nij, Juanie.

Usłu­chał jej, a Tali była mu za to bar­dzo wdzięczna. Juan nie lubił obrzę­dów. Ale ona tak, podob­nie jak jej sio­stra, poza tym wie­rzyła w swo­jego Świę­tego. Powie­działa jasnym i czy­stym gło­sem:

Potężny San La Muerte,

Sku­teczny obrońco i orę­dow­niku tych,

Któ­rzy cię przy­zy­wają,

Bła­gam cię o wsta­wien­nic­two, by ten chory

Szybko odzy­skał zdro­wie.

Potężny San La Muerte,

Póki nie nadej­dzie ostat­nia chwila,

Pozwól mu żyć peł­nią życia.

Żeby mógł speł­nić powie­rzoną mu misję.

Niech tak się sta­nie.

Amen.

Świa­tło spra­wiało, że Święty się uśmie­chał, a Tali odwza­jem­niła uśmiech, poka­zała zęby w geście obo­pól­nego zro­zu­mie­nia. Potem zbli­żyła się do niego, dotknęła stóp ze sre­bra - cie­płych po upal­nym dniu - i otwo­rzyła szka­tułkę z pali­san­dru, leżącą na ołta­rzu, przy jego rzeź­bie. Przej­rzała tali­zmany. Jeden z nich został wyrzeź­biony w poci­sku i pobło­go­sła­wiony dwa razy. Tali sama go zdo­była na cmen­ta­rzu Mer­ce­des. Matka wska­zała jej, gdzie powinna go szu­kać. Nie chciała tego dla Juana, wcze­śniej znaj­do­wał się pod skórą god­nego pogardy czło­wieka. Wybrała swój ulu­biony, miała zamiar zatrzy­mać go na zawsze, ale teraz posta­no­wiła, że go odda. Był to tali­zman innego rodzaju. San La Muerte sie­dział na kamie­niu, z łok­ciami na kola­nach, dłońmi pod­pie­rał szczęki. Kochała to dziwne przed­sta­wie­nie.

- Włożę ci w ciało Pana Cier­pli­wo­ści, tego potrze­bu­jesz naj­bar­dziej. Jest z kości chrze­ści­ja­nina. Tylko wstań.

Wró­ciła do ołta­rza z whi­sky i żyletką, którą zde­zyn­fe­ko­wała alko­ho­lem. Nacię­cie na ramie­niu powinno mieć nie­całe trzy cen­ty­me­try i Tali zro­biła to dokład­nie, sta­rała się nie naci­nać zbyt głę­boko. Juan miał deli­katną skórę, więc łatwo jej poszło. Unio­sła ją nieco - w prze­ci­wień­stwie do innych wier­nych Juan ani się nie poru­szył, ani nie wes­tchnął, ani nie wydał z sie­bie żad­nego dźwięku, przy­zwy­cza­jony do fizycz­nego cier­pie­nia - i wło­żyła figurkę, którą wcze­śniej zanu­rzyła w szklance peł­nej alko­holu, do rany. Napeł­niła sobie usta whi­sky, napluła na nacię­cie i wymó­wiła jakieś słowa w guaraní. Miała też czy­ste ban­daże i cho­ciaż rana była nie­wielka i przy odro­bi­nie szczę­ścia powinna się szybko zabliź­nić, zro­biła mu opa­tru­nek.

- Już, kocha­nie - powie­działa. - To naj­po­tęż­niej­szy payé, jaki mam, i mój uko­chany. Widzisz świa­tło? Ni­gdy nie pali się w ten spo­sób, zawsze jakaś świeca gaśnie. Tym razem nie zga­sła żadna.

- Czy twój bóg pogniewa się, jeśli cię poca­łuję?

- Nie - powie­działa Tali i pozwo­liła się poca­ło­wać. - Powi­nie­neś mu coś zosta­wić. W prze­ciw­nym wypadku rze­czy­wi­ście może się zde­ner­wo­wać.

Juan pod­szedł do ołta­rza, uklęk­nął i zło­żył u jego stóp papie­rosa. Potem skło­nił głowę. Zdjął ban­daż z dłoni i pozwo­lił spły­nąć kilku kro­plom krwi do tale­rza z wodą sto­ją­cego przed posą­giem. Tali zro­zu­miała wów­czas donio­słość tego, co się stało. Krew takiego czło­wieka jak Juan była wiel­kim darem dla jej świą­tyni.

Zanim wyszli, Juan objął ją w pasie i szep­nął na ucho:

- Czy twój Święty mógłby cze­goś popil­no­wać? Teraz, kiedy masz sym­bol ochronny na drzwiach, nikt tu nie wej­dzie. Chciał­bym to zosta­wić.

Juan wyjął z kie­szeni srebrne puz­derko, Tali widziała je wcze­śniej, myślała, że to pojem­ni­czek na tabletki. Juan otwo­rzył je. W środku był długi kosmyk kasz­ta­no­wych wło­sów, zaple­ciony w war­ko­czyk i czule uło­żony w spi­ralę. Kosmyk Rosa­rio, poznała natych­miast. Tali zamknęła puz­derko i poło­żyła je za Świę­tym, pod jego czarną tuniką.

- Przy­je­dziesz po nie po Cere­mo­nii.

Juan nie odpo­wie­dział, a Tali ogar­nęło prze­czu­cie, że teraz ona będzie opie­kunką tej reli­kwii, że prze­cho­wuje ją po coś innego, dla kogoś innego. Na zewnątrz już nie padało. Burza trwała krótko. Wyszli. W dro­dze powrot­nej Tali powie­działa:

- Nie myśla­łam, że Święty będzie dla cie­bie ważny.

- Dla­czego? Zawsze go sza­no­wa­łem.

- Tak, ale ni­gdy go o nic nie pro­si­łeś.

- Teraz potrze­buję każ­dej pomocy.

Znów ciężko oddy­chał. Ona pierw­sza weszła do domu i zaj­rzała do sypialni. Gaspar spał spo­koj­nie, na boku. Wcze­śniej nie pomy­ślała o chłopcu, ale kiedy ostroż­nie zamy­kała drzwi, wyobra­ziła sobie, jak budzi się sam w domu pod­czas burzy, i podzię­ko­wała w duchu, że tak mocno spał.

- Mam ochotę na whi­sky - powie­dział Juan.

Tali przy­go­to­wała dwie szkla­neczki z lodem.

- Przy­wio­złam nie­dawno z Para­gwaju. Jest dość podła, ale jeśli masz zachciankę, to jed­nak whi­sky. Boli cię?

- Ramię? Nie.

- A czemu pytasz? Boli cię coś innego?

- Boli mnie palec. Boli mnie dłoń. Boli mnie uką­sze­nie jakie­goś owada na ple­cach.

- Powi­nie­neś wziąć anty­bio­tyk, wiesz o tym.

- Na pewno masz jakiś, żeby mi dać.

- Tak, bo ludzie, któ­rzy to robią, nie potra­fią o sie­bie zadbać i dostają infek­cji, a ja nie chcę, żeby nikt mnie obwi­niał.

- Teraz nic mi nie dawaj. Póź­niej.

- Oczy­wi­ście, że póź­niej - powie­działa Tali, zdjęła mokrą sukienkę i poło­żyła się naga na pod­ło­dze. Juan poło­żył się obok niej, a Tali cze­kała z zamknię­tymi oczami, żeby jego oddech stał się spo­koj­niej­szy, nie tak ciężki.

Obu­dziła się rano sama, na mate­racu w salo­nie. Juan okrył ją cien­kim prze­ście­ra­dłem i pod­su­nął jej wia­trak. Tali spoj­rzała na zegar ścienny. Szó­sta rano. Bar­dzo wcze­śnie, ale wie­działa, że nie zdoła już zasnąć. Poszła do sypialni, spoj­rzała na śpią­cych Juana i Gaspara. Mimo upału spali objęci, Gaspar oparty na piersi ojca, który obej­mo­wał syna ręką w pasie. Tali poszła na pal­cach po apa­rat Pola­roid, który kupiła sobie w Asun­ción. Był bar­dzo gło­śny, ale miała nadzieję, że wia­trak, który też robił sporo hałasu, wyci­szy dźwięk migawki. Nie obu­dzili się, kiedy robiła im zdję­cie, i wyszła z sypialni, żeby zoba­czyć, jak obraz poja­wia się powoli na papie­rze. Świa­tło poranka sączące się przez zasłony dało na zdję­ciu szcze­gólny efekt: obaj wyda­wali się mniej bla­dzi, bar­dziej złoci. Juan nie lubił zdjęć, nie zamie­rzała więc poka­zy­wać mu tego skra­dzio­nego wize­runku. Kiedy papier wysechł, poło­żyła je na lodówce, żeby go nie zna­lazł.

Juan poczuł ból syna jak dzwo­nek budzika, objął Gaspara, zanim ten zdą­żył wybuch­nąć nie­utu­lo­nym pła­czem, i gła­skał go po wło­sach, póki się nie uspo­koił. Zapro­wa­dził go do łazienki, obmył mu twarz, a potem zosta­wił go, żeby umył zęby. Tali przy­szy­ko­wała im śnia­da­nie, na stole leżała wia­do­mość. Poje­chała do mia­steczka po zakupy.

Juan odpi­sał na odwro­cie. Dzię­kuję za wszystko, wyjeż­dżamy, zoba­czymy się w PR. Pod­grzał mleko Gaspa­rowi, bo nie zno­sił pić zim­nego. Chło­piec wdra­pał się na wysoki sto­łek bez opar­cia. Było mu nie­wy­god­nie, z tru­dem utrzy­my­wał rów­no­wagę. Juan nic mu nie powie­dział, nie popro­sił, żeby prze­siadł się na krze­sło, tego ranka nie mógł mówić; pul­so­wało mu w gło­wie, śnił o wil­got­nych kory­ta­rzach i śla­dach dłoni na ścia­nach, o czar­nym świe­tle, które kąsało.

- Dokąd jedziemy?

- Wyjeż­dżamy.

Gaspar ode­pchnął kubek i wypluł mleko na stół. Nie­na­wi­dził kożu­chów. Nie chcę wię­cej, jest ohydne, powie­dział. Juan widział, jak w zło­ści tężeją mu szczęki, jak zaci­ska zęby. Nie chcę wyjeż­dżać, powie­dział Gaspar i skrzy­żo­wał ramiona. Czemu nie?, pomy­ślał Juan. Czemu nie zosta­wić go tu z Tali, ona zaję­łaby się jego synem. Mógłby go cza­sem odwie­dzać. Albo i nie. Za kilka lat zmie­niłby się w odle­głe wspo­mnie­nie, Tali mogłaby zostać jego matką, wycho­wy­wałby się pomię­dzy szkie­le­tami i tajem­ni­czym kościo­łem; chło­piec znad rzeki, który mówiłby w guaraní, łowiłby sumy. Noce z pacú z rusztu i seks na pia­sku, pozdra­wia­liby go fli­sacy. Mógłby też porzu­cić go po dro­dze, w jakimś miej­scu nie­da­leko rzeki. Albo przy wej­ściu do szpi­tala, komi­sa­riatu. W całym kraju pełno było zagi­nio­nych dzieci. Dzieci skra­dzio­nych, porzu­co­nych. Dzieci ode­bra­nych porwa­nym. Ktoś by go przy­gar­nął. Nie­le­galne adop­cje były jak epi­de­mia. Gaspar miał szczę­ście, przy­ję­liby go z otwar­tymi ramio­nami: był ładny, raczej zdrowy. Oczy­wi­ście to, co sobie wyobra­żał, było nie­moż­liwe. Zna­leź­liby go w kilka minut, nikt by go nie chro­nił. Tali była córką Adolfa i nie­zbyt ważną zbun­to­waną wyznaw­czy­nią, nale­żała jed­nak do Brac­twa. Gaspar ni­gdy nie byłby u niej bez­pieczny. Nie mieli drogi ucieczki. Mógł o niej fan­ta­zjo­wać, i czę­sto to robił, ale nie cho­dziło tylko o to, że i tak by go zła­pali, lecz i o to, musiał przy­znać, że sam nie chciał rezy­gno­wać ze swo­jej potęgi. Mimo całej nie­na­wi­ści, pogardy, obrzy­dze­nia, jakie budziło w nim Brac­two, to on miał moc, ale tylko ją. Łatwo się cze­goś wyrzec, kiedy ma się wiele, pomy­ślał. On ni­gdy nie miał nic.

- Idź się ubrać.

Juan wstał i powie­dział, posłu­chaj mnie, idź natych­miast, ale kiedy chło­piec znów odmó­wił, pochli­pu­jąc, ze skrzy­żo­wa­nymi rękami, Juan ude­rzył go w poli­czek otwartą dło­nią; od tego ciosu głowa Gaspara prze­krę­ciła się na bok, a on sam zachwiał się na stołku i w końcu stra­cił rów­no­wagę. Upadł ciężko na pod­łogę, sto­łek też się prze­wró­cił, bli­sko niego, ale go nie dotknął. Juan pod­szedł, nie zwa­ża­jąc na krzyki chłopca, posa­dził go jed­nym szarp­nię­ciem i wtedy zoba­czył czer­wony poli­czek i spuch­niętą wargę. Ukłu­cie wyrzu­tów sumie­nia znik­nęło, kiedy Gaspar zaczął pła­kać. Zamknij się, powie­dział i cią­gnąc go za włosy do tyłu, zmu­sił, by spoj­rzał mu w oczy. Potrzą­snął jego głową, gład­kie włosy wplą­ty­wały mu się w palce, bo chło­piec był spo­cony. Nie bądź beksą, nic się nie stało. Gaspar pró­bo­wał coś powie­dzieć, sto­łek, poli­czek, a Juan znów zamie­rzył się na niego, zmu­sza­jąc, by prze­stał pła­kać. Idź się ubie­rać, powta­rzam ostatni raz. Gaspar posłu­chał, pobiegł do sypialni i nie zamknął drzwi. Nie ubrał się od razu, naj­pierw musiał się wyła­do­wać, waląc rękami w poduszkę, krzy­czał, nie­na­wi­dzę cię, nie­na­wi­dzę, ale to Juan mógł znieść.

Nie mógł nato­miast znieść słońca tego poranka, zmę­cze­nia, nie­ustan­nego bólu w piersi, nie wie­dział już, czy jest on kon­se­kwen­cją ostat­niej ope­ra­cji, zde­ner­wo­wa­nia czy też jakie­goś mecha­ni­zmu w jego ciele, psu­ją­cego się jak stary sil­nik, który nie­uchron­nie zapala z coraz więk­szym tru­dem, aż w końcu milk­nie na zawsze.

Poszedł do sypialni. W ręku miał nożyczki i kopertę. Gaspar wło­żył ber­mudy i koszulkę. Sie­dział na łóżku, pró­bu­jąc zapiąć san­dały na rzepy, ale nie wie­dział, jak to zro­bić.

- Pomogę ci - powie­dział Juan, a chło­piec spoj­rzał na niego suchymi oczyma. Wycią­gnął nogę. Miał opuch­niętą wargę, ale nie krwa­wił. Fran­cisz­kań­skie san­dały były nowe i na początku Gaspar ich nie­na­wi­dził, zawsze wybie­rał teni­sówki. Może wło­żył je teraz, żeby zapro­po­no­wać zawie­sze­nie broni. Jest inte­li­gentny, pomy­ślał Juan.

- Wcale cię nie nie­na­wi­dzę - powie­dział Gaspar. - Prze­pra­szam, tatu­siu, wyba­czysz mi?

Juan nie odpo­wie­dział. Przy­nie­sio­nymi z kuchni nożycz­kami obciął kosmyk wło­sów chłopcu, który popa­trzył na niego pyta­jąco. Juan nic nie wyja­śnił, obci­nał kolejne, a potem wsu­nął włosy do koperty. Nary­so­wał dwa znaki; Tali będzie potra­fiła je zin­ter­pre­to­wać. Były potrzebne, by chro­nić Gaspara. Dotknął ramie­nia i przy­po­mniał sobie, że powi­nien prze­myć ranę po rytu­ale Tali, gdy wło­żyła mu pod skórę Święty Szkie­let. Ten region i jego kości. Tyle kości. Jak kości z Innego Miej­sca, o któ­rych Juan nie chciał teraz pamię­tać. Rosa­rio opo­wia­dała mu, że Guara­nie tra­dy­cyj­nie skła­dali szczątki swo­ich zmar­łych w gli­nia­nych naczy­niach i prze­cho­wy­wali je w pobliżu, cza­sem nawet w domach, bo sądzili, że mogą przy­wró­cić umar­łym życie. Trzy­mali ich nawet w tych na pozór nie­win­nie wyglą­da­ją­cych koszy­kach z ple­cio­nej trzciny, które sprze­da­wali na stra­ga­nach przy dro­dze: szczątki zosta­wiano w nich dopóty, dopóki się nie zepsuły i nie roz­ło­żyły. Potem myto kości i rodzina trzy­mała je w drew­nia­nym pojem­niku. Pew­nie w ich daw­nych cha­tach musiało śmier­dzieć. Rosa­rio twier­dziła, że w opo­wie­ściach księży ewan­ge­li­zu­ją­cych Guara­nów mowa jest o świą­ty­niach, w któ­rych modlono się do tych kości; szkie­let wisiał w sieci roz­pię­tej mię­dzy dwoma palami lub w hamaku ozdo­bio­nym pió­rami. Wewnątrz inten­syw­nie pach­niało, a ksiądz utrzy­my­wał, że ten szkie­let był mówią­cym demo­nem.

- Nie zapo­mnij o ple­caku - rzekł i wstał z łóżka. Poszedł do łazienki prze­myć ranę alko­ho­lem; wcale go nie zapie­kło. Pró­bo­wał nie patrzeć na sie­bie w lustrze. Potem zabrał swoją torbę z sypialni Tali. Na odchod­nym poło­żył na stole kopertę z kosmy­kami wło­sów Gaspara, żeby Tali ich użyła. Cze­kał na chłopca w słońcu, na patio domu.

- Czy w aucie będzie gorąco?

Juan rozej­rzał się wokół. Zie­leń była dra­pieżna, piękna, tyle odcieni, że nie spo­sób ich nazwać jed­nym sło­wem. Samo­chód stał zapar­ko­wany pod wierzbą.

- Tro­chę, ale było w cie­niu, nie będzie parzyło.

- Kiedy patrzę w słońce, boli mnie głowa. Na nie­bie poja­wiają się te dziwne kwiaty.

- To nie patrz w słońce.

Juan rów­nież widział czarne kwiaty na nie­bie przed ata­kiem migreny. Byli w tym dziw­nie i dokład­nie tacy sami. Pyta­nie, w ilu jesz­cze rze­czach byli podobni.

Uru­cho­mił auto, z tru­dem manew­ru­jąc po szu­tro­wej nawierzchni, zanim nie dotarł do szosy. Na wyjeź­dzie zoba­czył poli­cyjny patrol; zatrzy­my­wał samo­chody i zaglą­dał do bagaż­ni­ków, długi sznur pojaz­dów cze­kał na swoją kolej. Prze­je­chał obok, spo­glą­da­jąc ukrad­kiem, uda­jąc zacie­ka­wie­nie, jeden z poli­cjan­tów poka­zał mu gestem, żeby jechał dalej; w ręku trzy­mał pisto­let, jakby miał zaraz strze­lać albo potrze­bo­wał go do obrony. Juan przy­spie­szył tro­chę, nie tak bar­dzo, by poli­cjant myślał, że ucieka, ale na tyle, by poka­zać, że zro­zu­miał pole­ce­nie. Zanie­po­ko­jony Gaspar patrzył na niego w lusterku z tyl­nego sie­dze­nia.

- Prze­siądź się do przodu - powie­dział synowi.

Brac­two ni­gdy nie uży­wało poli­cjan­tów ani żoł­nie­rzy jako ofiar. Spój­ność ide­olo­giczna sze­fów jest nie­ska­zi­telna, myślał Juan. Poświę­cają tylko tych, któ­rzy prze­śla­do­wali ich przy­ja­ciół, tak im poma­gają. On współ­pra­co­wał, ale nie czuł się wspól­ni­kiem. Czuł się nie­winny. Sam był więź­niem.

Pej­zaż był teraz upstrzony różem hor­ten­sji, refleksy rzeki migały mię­dzy spo­koj­nymi gałę­ziami wierzb, a na pobo­czu zaczęły poja­wiać się kobiety z dłu­gimi, gęstymi i krę­co­nymi wło­sami, sprze­da­jące koszyki z trzciny, sta­ran­nie sple­cione z włó­kien roślin­nych, bar­dzo jasno­zie­lo­nych albo lekko brą­zo­wa­wych, pra­wie bia­łych jak kość sło­niowa. Sie­działy w mil­cze­niu, a ich dzieci bie­gały wokoło, nie­bez­piecz­nie bli­sko drogi. Kobiety i koszyki, wierzby, dzieci i krzyże. Gaspar zapy­tał o krzyże; widocz­nie ciemne, małe, nie­do­ży­wione dzieci nie­spe­cjal­nie go inte­re­so­wały. To krzyże na cześć ludzi, któ­rzy zgi­nęli na dro­dze, w wypad­kach. Są tu pocho­wani? Nie, sta­wia się je na pamiątkę, ale oni leżą na cmen­ta­rzach, jak wszy­scy.

Wcale nie jak wszy­scy, pomy­ślał Juan, ale było to już zbyt wiele infor­ma­cji na ten dzień. Obok tabliczki z napi­sem "Bella Vista 80 km" stał wielki krzyż, biały, ude­ko­ro­wany różową kre­piną, wie­loma różań­cami i wstąż­kami do pako­wa­nia pre­zen­tów. Nowy krzyż ze świeżą deko­ra­cją, jesz­cze nie­znisz­czoną upa­łem ani desz­czem. Nie­dawny zmarły. Ile czasu bra­ko­wało, by Gaspar jakie­goś zoba­czył? On podró­żo­wał zamknięty: nie chciał oglą­dać potrą­co­nej przez samo­chód osoby chwie­ją­cej się na nogach, po tym jak zoba­czył Rosa­rio na meta­lo­wym łóżku w kost­nicy; zła­mane kości udowe, które prze­cięły skórę nóg i wyła­niały się spod niej różowe od krwi, twarz zapad­nięta tam, gdzie prze­je­chało koło; wygląda jak roga­lik, pomy­ślał, tak wyglą­dała z miej­sca, w któ­rym klę­czał na pod­ło­dze, bo nie mógł utrzy­mać się na nogach, znie­kształ­cone rysy, strza­skany nos, oczy w jakimś kawałku mózgu i czoło oraz pod­bró­dek wybrzu­szone jak dwie dosko­nałe pół­kule. Przy­krył ją po chwili, pogła­dziw­szy po nie­tknię­tych ramio­nach i wycią­gnię­tych dło­niach. Lekarz, a może pie­lę­gniarka, podał mu nylo­nową torebkę z pier­ścion­kami Rosa­rio i jej dro­gimi bran­so­let­kami. Juan nie pamię­tał, czy był to lekarz czy pie­lę­gniarka, męż­czy­zna czy kobieta, ale pamię­tał, że zapy­tał tę osobę, do kogo ma zadzwo­nić. Nie wie­dział, od czego zacząć. Zakład pogrze­bowy, pogrzeb, co robić. I ona albo on wytłu­ma­czyli mu to jasno i spo­koj­nie. Juan zapamię­tał sobie wszystko, ale zanim zro­bił cokol­wiek, zanim zadzwo­nił do Adolfa i Mer­ce­des, powia­do­mił ochro­nia­rzy i adwo­ka­tów, zła­pał tak­sówkę przed szpi­ta­lem i podał adres szkoły Gaspara. Nie mógł zała­twić wszyst­kich for­mal­no­ści sam. Rozu­miał, że to nie syn powi­nien poma­gać mu w orga­ni­zo­wa­niu pogrzebu. Rozu­miał, że musi wziąć to na sie­bie, a potem tylko go pocie­szać, wyja­śnić mu deli­kat­nie, że jego mama nie żyje. A jed­nak nie obcho­dziło go wcale, co robią nor­malni ludzie. Ani Gaspar, ani Rosa­rio, ani on nie byli nor­malni.

- Mama nie ma krzyża przy ulicy?

- Nie, w mie­ście nie ma takiego zwy­czaju.

- Czemu?

- Zgod­nie ze zwy­cza­jem sta­wia się je przy dro­gach.

- A możemy jej posta­wić?

Gaspar zamilkł, ręce opie­rał o scho­wek. Na zewnątrz niskie drzewa zda­wały się roz­czo­chrane, cha­otyczne i bez wąt­pie­nia brzyd­kie. Juan bał się wyprze­dzić cię­ża­rówkę, za którą się wlókł, śmier­dzącą nawo­zem. W końcu skrę­ciła w nie­wy­as­fal­to­waną drogę pomię­dzy drze­wami, a szosa otwo­rzyła się na żaka­randy i kora­lo­drzewy, wszystko stało się nagle fio­le­towe i czer­wone, a Juan nabrał głę­boko powie­trza, żeby opa­no­wać pal­pi­ta­cje w piersi i pul­so­wa­nie w szyi.

- Podaj mi wodę, Gaspa­rze.

Chło­pak wrę­czył mu szklaną butelkę - po gase­osie Crush, którą Gaspar uwiel­biał - teraz pełną zim­nej wody. Prze­no­śna sty­ro­pia­nowa lodówka dzia­łała cał­kiem nie­źle.

- A co to jest?

Juan spoj­rzał tam, gdzie poka­zy­wał Gaspar, który wró­cił na przed­nie sie­dze­nie i też pił zimną wodę z butelki.

- To kapliczka.

Zwol­nił tro­chę, żeby zoba­czyć, jakiemu świę­temu ją wysta­wiono; nie był to Gau­chito, bo bra­ko­wało czer­wo­nych kawał­ków mate­riału.

Poświę­cono ją San Güesito.

Kto to?, kto to?, wypy­ty­wał Gaspar. Chło­piec w twoim wieku, mniej wię­cej. Zabili go pijacy. Czemu, był nie­do­bry? To pijacy byli nie­do­brzy, nie on. Miesz­kał na ulicy, był biedny. Tak naprawdę nie na ulicy, w sel­wie, nie­da­leko szosy.

Gaspar zamy­ślił się w sku­pie­niu. Nie mogę powie­dzieć mu prawdy, nie mogę powie­dzieć, że zgwał­cili Güesita, zanim go zabili. W ilu? Nie pamię­tał. Nie­któ­rzy mówili o pię­ciu, inni o dzie­się­ciu. Potem zbez­cze­ścili zwłoki i użyli głowy do rytu­ałów. Tak go zna­le­ziono, wykrwa­wio­nego, bez głowy, przy dro­dze, ponad dwa­dzie­ścia lat temu. Pocho­wano go na cmen­ta­rzu w Goya, a na jego nagrobku poło­żono mnó­stwo zaba­wek, jakimi nie dane było mu bawić się za życia.

- Nie chcę wysia­dać.

Juan się z nim zga­dzał. Też nie podo­bał mu się Güesito ani jego figurka, ciemna pół­naga lalka z oczami poma­lo­wa­nymi w stylu jakby egip­skim, oto­czo­nymi kre­skami, i nie­wi­dzą­cymi. Zain­try­go­wało go, co też wło­żono mu do domku z cegieł, który go osła­niał, ale lepiej było kon­ty­nu­ować podróż.

Tabliczka poka­zy­wała teraz 78 kilo­me­trów. Mógł doje­chać w godzinę do Bella Vista, miał czas, żeby po dro­dze poroz­ma­wiać z synem. W samo­cho­dzie było łatwiej, ruch zda­wał się go hip­no­ty­zo­wać. Spę­dzą noc w dobrym hotelu, w Cor­rien­tes. Potrze­bo­wał tego, zanim spró­buje zre­ali­zo­wać swój plan. Musi rów­nież przy­wo­łać pewien rodzaj sek­su­al­nej ener­gii, którą nie­ła­two będzie mu zna­leźć w tych miej­sco­wo­ściach. Ten pro­blem mógł jed­nak odło­żyć na póź­niej.

- Gaspar, widzia­łeś jesz­cze jakieś kobiety jak ta w hotelu?

- Kobiety nie.

Juan wło­żył ciemne oku­lary. Lubił to, że Gaspar rozu­miał dosko­nale, o co go pyta. Spoj­rzał na chłopca, który zdjął koszulkę, bo było mu gorąco, i zauwa­żył na jego ramie­niu siniaka. Ude­rze­nie o pod­łogę, kiedy wymie­rzył mu poli­czek i zrzu­cił ze stołka. Juan deli­kat­nie prze­su­nął pal­cem po ciem­nej pla­mie.

- Ale?

- Nad jezio­rem, kiedy jedli­śmy tę zupę, co nie miała wody, i była muzyka, wyszedł z niego jakiś pan.

- A skąd wie­dzia­łeś, że był jak ta pani w hotelu?

- Bo był goły i cały spuch­nięty, nie mógł cho­dzić sobie tak po pro­stu. Wtedy zro­bi­łem tak, jak mnie nauczy­łeś, i sobie poszedł.

- Poszedł od razu?

- Tak.

Nie­sa­mo­wite, pomy­ślał Juan.

- Prze­stra­szy­łeś się go?

Gaspar zawa­hał się chwilkę i prze­su­nął ręką po skroni. Gest wyra­ża­jący zmar­twie­nie. Innym było zaci­ska­nie lewej dłoni w pięść. Wie­lo­krot­nie Juan zmu­szał go, żeby wypro­sto­wał palce, Gaspar zaci­skał je bar­dzo mocno, ner­wowo. Umrze młodo, jeśli będzie się tak iry­to­wał, powie­dział kie­dyś Rosa­rio, a ona krzyk­nęła wście­kła, żeby ni­gdy nie mówił tak o Gaspa­rze, jak może być taki okrutny, nasz syn nie umrze. To wszystko wyda­wało się teraz takie odle­głe, tamta dys­ku­sja nad ranem, Rosa­rio zabrała poduszkę i poszła spać do innego pokoju, trza­śnię­cie drzwi i zapach dro­gich per­fum w pościeli.

- Nie spodo­bał mi się - odparł Gaspar.

- Daj mi rękę i przy­się­gnę, żebyś był pewien, że nie kła­mię.

Juan zwol­nił. Droga była pusta, mógł więc kie­ro­wać tylko jedną ręką i patrzeć w oczy synowi.

- Przy­się­gam. Nie mogą ci nic zro­bić. To nie są panie ani pano­wie, to tylko echa. Kiedy krzy­czysz w garażu w naszym domu, krzyk do cie­bie wraca. Ale to już nie twój głos. Z nimi jest tak samo. Ta kobieta z hotelu i ten męż­czy­zna z jeziora kie­dyś byli ludźmi, teraz już nie są. Nie mogą ci nic zro­bić. Nie mogą cię skrzw­dzić, bo nie mogą cię dotknąć. Mogą podejść bli­sko, ale nie dotkną cię, przy­się­gam.

- A dla­czego ich widzimy?

- Są ludzie, któ­rzy potra­fią ich zoba­czyć. Są ludzie, któ­rzy potra­fią zoba­czyć o wiele wię­cej niż ich.

- Ty widzisz inne rze­czy.

To nie było pyta­nie.

- Tak.

- Ja też?

- Nie wiem. Jeśli chcesz, zro­bimy próbę. I jeśli chcesz, możemy zro­bić tak, że będziesz widział takich, co są jak ta pani i ten pan, tylko wtedy, gdy będziesz miał na to ochotę.

- Kiedy będę miał ochotę?

- Tak.

- A czemu miał­bym mieć ochotę?

Dobre pyta­nie. Juan się roze­śmiał.

- W takim razie nauczę cię, jak nie widzieć ich ni­gdy.

- Czy czarne kwiaty są jak ci ludzie, któ­rych nie ma? Bo widzia­łem je obok chmur, a teraz boli mnie głowa.

- Gdzie cię boli?

- Tu, za okiem.

Juan wycią­gnął rękę w stronę tyl­nego sie­dze­nia i poszu­kał torby. Musiał dać synowi aspi­rynę, zanim migrena się roz­sza­leje. Popij wodą, powie­dział, a potem usiądź spo­koj­nie i zamknij oczy. Gaspar odzie­dzi­czył te strasz­liwe bóle głowy po nim. Nie spo­sób było ich wyja­śnić szczę­śliw­com, któ­rzy nie prze­żyli praw­dzi­wej migreny, owych ude­rzeń młot­kiem pod czaszką, oczu jak dwa kamie­nie inkru­sto­wane w twa­rzy, świa­tła jak nóż, każ­dego dźwięku wie­lo­krot­nie pomno­żo­nego. I mdło­ści.

Ale to nie było dla niego naj­gor­sze. Naj­gor­sze, że nie umiał wyle­czyć Gaspara z tego bólu. Potra­fił go wyle­czyć jedy­nie z bólu, który sam spo­wo­do­wał.

- Chce mi się wymio­to­wać, tato - powie­dział Gaspar pięt­na­ście minut póź­niej, a Juan zatrzy­mał samo­chód na pobo­czu szosy i otwo­rzył drzwi, żeby chło­piec mógł zwymio­to­wać na asfalt i się nie pobru­dzić. Poło­żył mu dłoń na czole, drugą na wło­sach na karku i poczuł, jak ciało chłopca wysila się, kur­czy i poci z bólu. Będzie musiał się zatrzy­mać w jakimś chłod­nym i ciem­nym miej­scu, żeby syn mógł się prze­spać; w prze­ciw­nym wypadku w połu­dnio­wym słońcu migrena będzie nie do znie­sie­nia. Musi wra­cać do domu Tali. Wyjął z lodówki tro­chę lodu i prze­su­nął kostki po czole Gaspara, który przy­ci­skał dło­nie do skroni, jak doro­sły.

- Nie płacz, bo będzie jesz­cze gorzej - powie­dział.

Chło­piec znów zwy­mio­to­wał. Nie miał już nic w żołądku i aż dygo­tał z wysiłku. Juan był tak sku­piony na pod­trzy­my­wa­niu mu głowy, że nie zauwa­żył samo­chodu, który zatrzy­mał się obok. Usły­szał głos, zanim zwró­cił uwagę na obec­ność auta, i ziry­to­wał się sam na sie­bie, tra­cił refleks czy co?

- Dzień dobry, wszystko w porządku?

Juan odwró­cił się. Obok stał peu­geot, a mówił do niego kie­rowca samo­chodu; pocho­dził nie­wąt­pli­wie z Buenos Aires, był młody i nie­groźny. Juan był teraz uważny, stu­dio­wał nie­zna­jo­mego w peł­nym sku­pie­niu. Można mu zaufać, zro­zu­miał to z całą pew­no­ścią. Kolejny nie­winny.

- Mój syn źle się poczuł.

- Potrze­bu­je­cie pomocy? Dwie­ście metrów dalej jest sto­łówka i sklep spo­żyw­czy, zatrzy­ma­łem się u rodziny, która je pro­wa­dzi, mają tele­fon.

Dwie­ście metrów? W szcze­rym polu? Juan poczuł deli­katne ukłu­cie podejrz­li­wo­ści i w tej samej chwili zro­zu­miał, że mło­dzie­niec z auta też ma obawy. Tu, na pół­nocy, dyk­ta­tura była mniej opre­syjna, ale każ­demu roz­sąd­nemu czło­wie­kowi w obli­czu nie­co­dzien­nej sytu­acji włą­czał się alarm. Ale, myślał Juan, to wcale nie była nie­co­dzienna sytu­acja, dziecko, które źle się poczuło po dro­dze, w lecie. To nor­malne. Mógł przy­jąć pomoc, a nie­zna­jomy, pro­po­nu­jąc mu ją, zacho­wał się natu­ral­nie. Nie wyczu­wał nie­bez­pie­czeń­stwa.

- Pro­wa­dzą ten inte­res z dala od szosy, chyba nie idzie im naj­le­piej.

- Tutejsi wie­dzą, gdzie jest, widzisz drogę?

Zwra­cał się do niego na ty, kolejny dobry znak. Juan zoba­czył ubitą drogę, stała przy niej nawet drew­niana tabliczka z napi­sem "U Kar­le­nów".

- Posłu­chaj, mój syn miewa migreny. Potrze­buje ciem­nego i chłod­nego miej­sca, żeby odpo­cząć, a nie knajpy i hała­su­ją­cych pra­cow­ni­ków. Zamie­rza­łem poszu­kać hotelu.

Nie­zna­jomy poki­wał głową.

- Ta rodzina mieszka obok, na pewno mogą go poło­żyć w jakimś pokoju. To tylko dwie­ście metrów.

Juan spoj­rzał w oczy nie­zna­jo­memu. Miał krę­cone włosy i nosił oku­lary, cho­ciaż teraz nie, ale widać było ślady u nasady nosa. Samo­chód był dość brudny, facet naj­wy­raź­niej podró­żo­wał. Miał na sobie czy­stą beżową koszulę. Jeśli zechce, może go wyko­rzy­stać.

- Pojadę za tobą - powie­dział Juan.

Sto­łówka "U Kar­le­nów" wkrótce uka­zała się ich oczom. Był to skromny budy­nek, w poło­wie z cegieł, w poło­wie drew­niany, z dużym par­kin­giem, dzie­dziń­cem i domem na tyłach poma­lo­wa­nym na biało. Miał też taras z dłu­gim sto­łem, pusty mimo pory obia­do­wej. Dwóch opar­tych o barierkę męż­czyzn piło coś, być może bim­ber z trzciny cukro­wej. Nie­zna­jomy wysiadł pierw­szy i powie­dział coś kobie­cie, która stała przy wej­ściu, kobie­cie w sukience w kwiatki się­ga­ją­cej do kostek i w far­tu­chu, z siwymi, upię­tymi wło­sami. Kiedy tylko go wysłu­chała, pod­bie­gła do samo­chodu Juana, który otwo­rzył drzwi od strony kie­rowcy, przy­kła­da­jąc lód do czoła Gaspara; chło­piec nie ruszał głową, wie­dział już, że to tylko nasila ból.

Kobieta przed­sta­wiła się jako Zulema, pani Kar­len, współ­wła­ści­cielka sklepu i sto­łówki, i powie­działa, że jeśli chce poło­żyć Gaspara w łóżku jej syna, z przy­jem­no­ścią mu je zaofe­ruje. Może ktoś rzu­cił na niego urok, zasu­ge­ro­wała, kiedy Juan się przed­sta­wił i powie­dział, że jego syn ma na imię Gaspar. Nie­wy­klu­czone, odparł, że ktoś go zauro­czył, ale nie znam zbyt wiele osób potra­fią­cych sku­tecz­nie ule­czyć takie złe spoj­rze­nie. Ma pan rację, przy­znała pani Kar­len, jak to mówią, jest wielu szar­la­ta­nów. Chodź­cie tędy. Moja matka mie­wała takie bóle, ale ni­gdy nie widzia­łam ich u dziecka. Może ma udar sło­neczny? Może, powie­dział Juan. Ton kobiety był z lekka kry­tyczny, facet, który nie umie zaopie­ko­wać się dziec­kiem, myślała, ale Juan się nie zde­ner­wo­wał; może nawet miała tro­chę racji. Nie kupił Gaspa­rowi czapki od słońca, na przy­kład. Nie zmu­szał go do zapi­na­nia pasów bez­pie­czeń­stwa, a kiedy chło­piec go dener­wo­wał, był zdolny bru­tal­nie go pobić, nawet bar­dziej niż tego ranka. Poszedł za kobietą, nio­sąc Gaspara na rękach.

- Mój mąż i syn są na wyspie - powie­działa, jakby Juan mógł zro­zu­mieć, o czym mówi. Dom na tyłach miał cemen­tową pod­łogę, nasto­let­nia dziew­czynka zamia­tała patio mio­tłą z gałęzi palmy. Budy­nek, w któ­rym pokoje były oddzie­lone zasło­nami z pocię­tych pla­sti­ko­wych pasków, oka­zał się zaska­ku­jąco chłodny. Na stole Juan zoba­czył otwartą butelkę wina, deko­ra­cję z pla­sti­ko­wych kwia­tów i obrazki Matki Boskiej z Itatí na ścia­nach, czule opra­wione w ramki. Lodówka hała­so­wała.

- Tutaj - powie­działa pani Kar­len i zacią­gnęła pla­sti­kową zasłonę nie­wiel­kiej sypialni z poje­dyn­czym łóż­kiem i oknem z zamknię­tymi drew­nia­nymi żalu­zjami.

Juan zamru­gał kilka razy, żeby przy­zwy­czaić się do mroku, i deli­kat­nie uło­żył Gaspara na łóżku. Kobieta znik­nęła w kuchni i wró­ciła po chwili z alu­mi­nio­wym garn­kiem peł­nym wody i lodu oraz chustką, którą miał zwil­żać czoło syna. Juan podzię­ko­wał jej, a ona zapy­tała, czy chce ziem­niaki. Tak, ale ja je pokroję, pani musi obsłu­gi­wać klien­tów. To tylko chwilka, powie­działa kobieta. Nie wiem, jak się odwdzię­czę, powie­dział Juan, lecz pani Kar­len kom­plet­nie go zigno­ro­wała.

Odsu­nął poduszkę, żeby jej nie zamo­czyć, i popro­sił Gaspara, by poło­żył się na boku. Z doświad­cze­nia wie­dział, że to naj­lep­sza pozy­cja, poza tym zapo­bie­gała zakrztu­sze­niu się wymio­ci­nami, jeśli wrócą mdło­ści. Zanu­rzył chu­s­teczkę w garnku z wodą i lodem i umie­ścił ją Gaspa­rowi na gło­wie, jak czapkę. Pani Kar­len przy­nio­sła bar­dzo cien­kie pla­sterki ziem­nia­ków i podała je Juanowi, a on poło­żył je na czole Gaspara. Kiedy chło­piec puścił jego rękę, gdy zasnął z otwar­tymi ustami i oczyma przy­kry­tymi lodo­watą chustką, pomy­ślał, że wyj­dzie stam­tąd, wsią­dzie do samo­chodu i zostawi go na odlu­dziu. Tak byłoby naj­le­piej dla cie­bie, synu. Wyobra­ził go sobie dużego, jak obsłu­guje klien­tów za ladą, a może nawet spła­wia­ją­cego drewno tra­twą. Jeśli go porzuci, wyro­śnie na męż­czy­znę zacię­tego i mil­czą­cego, znał wielu takich. Wyszedł z pokoju. Na zewnątrz dziew­czynka, która wcze­śniej zamia­tała, zapy­tała, czy malec czuje się lepiej, a on odparł, że śpi, że kiedy się obu­dzi, na pewno mu przej­dzie. Całe szczę­ście, że tato i mój brat są na wyspie, dzięki temu mamy wolny pokój, gdyby nie to, mogła­bym uży­czyć swo­jej sypialni, ale jego jest lep­sza. Gdzie oni są?, chciał wie­dzieć Juan. Są na wyspie, tną drewno. Macie tar­tak? Robimy tylko skrzynki na owoce, nic poza tym. Na cytryny i poma­rań­cze. Niech się pan pój­dzie cze­goś napić, zapro­po­no­wała. Jeśli mały się obu­dzi, zawo­łam pana, ja zwy­kle śpię ze dwie godziny po połu­dniu, ale mam bar­dzo lekki sen.

Uprzej­mość nie­zna­jo­mych, pomy­ślał Juan. Czyż nie spo­tkał zbyt wielu dobrych i bez­in­te­re­sow­nych ludzi? Czy to nie był znak, czy nie zasta­wiono na niego pułapki? Może wszystko było ukar­to­wane? Idąc do sto­łówki, zamknął oczy, żeby lepiej się skon­cen­tro­wać. Nie wyczuł żad­nego zagro­że­nia. Cykady traj­ko­tały, ptaki umil­kły, na polach pul­so­wała dawna prze­moc, wyczuł też now­szą, ale żadna nie była skie­ro­wana prze­ciw niemu ani jego synowi. Poczuł też, jak nagły powiew wia­tru, pożą­da­nie nie­zna­jo­mego z peu­ge­ota, który przed­sta­wił się jako Andrés.

Teraz przy stole na tara­sie jadło dwóch męż­czyzn: jeden z nich koń­czył talerz maka­ronu, drugi w roz­tar­gnie­niu gryzł kanapkę. Ci, któ­rzy pili alko­hol oparci o barierkę, wciąż tam stali i roz­ma­wiali o manguruyú. Juan spró­bo­wał sobie przy­po­mnieć, co ozna­cza to słowo: chyba rybę, tak sądził. Jeden z nich mówił: "Jestem brzyd­szy niż śnia­da­nie z makreli i goto­wa­nej mate" i Juan się uśmiech­nął - męż­czy­zna naprawdę był brzydki, miał na twa­rzy ślady po jakiejś cho­ro­bie wieku dzie­cię­cego i był gruby, niziutki, przy­po­mi­nał mu ste­reo­ty­powe obrazki gnoma stra­szą­cego ludzi pod­czas sje­sty.

Andrés, nie­zna­jomy z peu­ge­ota, wyszedł z knajpy z panią Kar­len i zapy­taw­szy naj­pierw o Gaspara, zapro­po­no­wał coś do picia, jakby sam był kel­ne­rem. Oczy­wi­ście nim nie był, na co wska­zy­wał jego spo­sób bycia i akcent z pół­noc­nych dziel­nic Buenos Aires, i jakość jego ubrań.

- Gase­osę. Bar­dzo zimną, jeśli mają.

- Mają, nawet nie wiesz, jak niską tem­pe­ra­turę nasta­wiają tutaj w lodów­kach.

Juan uniósł brew. Ow­szem, wie­dział.

- Pra­cu­jesz tu?

- Zatrzy­ma­łem się na kilka dni, ale nie chcą wziąć ode mnie pie­nię­dzy, dla­tego przed wyjaz­dem posta­no­wi­łem im pomóc.

Andrés z tru­dem otwo­rzył gase­osę Crush. Był zde­ner­wo­wany. Nie usiadł przy stole, dopóki dwóch kie­row­ców cię­ża­rówki nie skoń­czyło jeść i dwóch face­tów sto­ją­cych przy barierce, już cał­kiem pija­nych, nie ode­szło uciąć sobie drzemki pod wierzbą; Juan dopiero wtedy zorien­to­wał się, że są bar­dzo bli­sko jeziora.

- Nie chcesz cze­goś zjeść?

- Może póź­niej - powie­dział Juan i zapa­trzył się w pustą butelkę po cru­shu, który wypił trzema łykami.

Andrés popra­wił sobie krę­cone włosy, cał­kiem dłu­gie, i wyja­śnił, w jaki spo­sób tu się zna­lazł. Powie­dział, że jest foto­gra­fem, że robi pro­jekt o regio­nie Mię­dzy­rze­cza. Tak to okre­ślił, "pro­jekt". Foto­gra­fo­wał przede wszyst­kim ludzi. Kar­le­no­wie pozwo­lili mu poznać swoją intym­ność, zro­bił im zdję­cia nie tylko w sto­łówce i w domu, ale także pod­czas cię­cia drewna na wyspie na Para­nie, gdzie w nocy krzy­czały i biły się małpy carayá. Opo­wie­dział o prze­pra­wie przez rzekę, w tamtą stronę moto­rówką, w powrotną tra­twą. Teraz męż­czyźni znów byli na wyspie. Opo­wie­dział też o impre­zie, na któ­rej robił zdję­cia zale­d­wie przed­wczo­raj w nocy; dzieci Kar­le­nów zawio­zły go trak­to­rem, bo deszcz spra­wił, że na dro­gach ziem­nych zro­biło się mnó­stwo błota. Juan słu­chał go z uwagą. Czemu Cor­rien­tes, czemu te oko­lice?, zapy­tał. Bo nie znam Argen­tyny, odparł Andrés. Miesz­ka­łem wiele lat we Wło­szech.

- A czemu wró­ci­łeś? Nie boisz się żoł­da­ków?

Andrés aż pod­sko­czył na krze­śle.

- Nie popa­daj w para­noję - powie­dział Juan.

- Dokąd jedzie­cie?

Juan wie­dział, że jest mu winien wyja­śnie­nie, poza tym tylko w ten spo­sób mógł zdo­być jego zaufa­nie. Foto­graf był miły, cho­ciaż pew­nie uprzej­mość nie była bez­in­te­re­sowna. Juan nie zauwa­żył tego od razu, ale wie­dział, jakie wra­że­nie robi na męż­czy­znach i kobie­tach. Nauczył się dostrze­gać pożą­da­nie innych i wyko­rzy­sty­wać je, skoro sam nie mógł się nim cie­szyć.

- Jedziemy odwie­dzić moich teściów, w Posa­das.

Nie miał zamiaru mówić mu prawdy, ale jakąś rów­no­le­głą, wia­ry­godną, podobną i zawo­alo­waną jej wer­sję.

- Są bogaci. Mogłem lecieć samo­lo­tem, ale posta­no­wi­łem odbyć podróż samo­cho­dem. Też tak dobrze nie znam kraju.

Nie było sensu kła­mać, bo Gaspar, kiedy się obu­dzi, na pewno i tak wszystko wypa­pla, po ata­kach migreny zawsze robił się gada­tliwy, więc powie­dział mu, że jest wdow­cem i to pierw­sza jego podróż z synem.

Pani Kar­len, sły­sząc roz­mowę, przy­nio­sła Juanowi talerz z panie­ro­wa­nym sznyc­lem cie­lę­cym i purée i powie­działa, że powi­nien coś zjeść. Potem oświad­czyła, że też idzie się zdrzem­nąć.

- Jeśli mały się obu­dzi, zaraz pana zawia­do­mię. Kie­dy­kol­wiek pan zechce go zoba­czyć, pro­szę śmiało wejść do domu.

Andrés chciał wie­dzieć, dla­czego teścio­wie Juana są bogaci, a on powie­dział, że mają sporą firmę pro­du­ku­jącą drewno. Potem zapy­tał, czy może sko­rzy­stać z leżaka, który stał przy wej­ściu, i Andrés odrzekł, że tak, i sam przy­niósł sobie drugi. Przy­niósł też dwa piwa. Juan wyjął z kie­szeni pie­nią­dze i popro­sił, żeby dorzu­cił je potem do kasy Kar­le­nów. Popro­sił go też o drugą gase­osę, nie chcę pić alko­holu, skoro mam pro­wa­dzić, wyja­śnił. Myśla­łem, że zosta­nie­cie dłu­żej. Nie, jutro muszę być w Posa­das.

Foto­graf wyglą­dał na roz­cza­ro­wa­nego, potem powie­dział mu, że ma już dość zdjęć ludzi. Że zaczął robić zdję­cia przy­droż­nym świę­tym. Duże wra­że­nie zro­bił na nim ołtarz San Güesita; o wiele więk­sze, gdy poznał jego histo­rię, a kiedy spo­tkał Juana i Gaspara na szo­sie, wybie­rał się wła­śnie foto­gra­fo­wać inne jego ołta­rze.

- Nie chcę ci prze­szka­dzać - powie­dział Juan. - Wciąż masz jesz­cze dobre świa­tło, jedź.

- Wolę zostać z tobą - odparł odważ­nie Andrés i upił łyk piwa. - Teraz ty inte­re­su­jesz mnie bar­dziej niż cokol­wiek.

Juan uśmiech­nął się lekko. Następny krok nale­żał do niego.

- Co za bra­wura. Nie wiem, czy odwa­żył­bym się tu na pod­ryw, wśród tych pod­pi­tych zabi­ja­ków.

- E tam. Nie masz poję­cia, jak tu się pie­przy. Na impre­zie, tam­tej nocy, pie­przyłem się wię­cej niż przez cały czas, kiedy miesz­ka­łem we Wło­szech. Są strasz­nie napa­leni.

Juan roze­śmiał się.

- Znasz Kaplicę Dia­bła? Musisz ją sfo­to­gra­fo­wać.

- Coś sły­sza­łem. Ludzie się jej boją.

- Odpra­wiają tam msze. Cho­ciaż nie jest kon­se­kro­wana. Tak mówią. Zamiast wina uży­wają wody po kąpieli nie­ochrz­czo­nego nie­mow­lę­cia. Można by pomy­śleć, że odpo­wied­niej­szy byłby kie­lich krwi, prawda? Ale oni wolą brudną wodę.

- A po co odpra­wiają te msze? - dopy­ty­wał foto­graf.

- Po to, po co zwy­kle robi się takie rze­czy. Żeby wyrzą­dzić komuś krzywdę. Foto­gra­fu­jesz też w nocy? Jeśli tak, możesz poje­chać zoba­czyć, co się tam dzieje. Jeśli coś będzie się działo, to na pewno w piątki.

- Ty w to wie­rzysz?

- Nie - skła­mał znów Juan. - Moja żona ow­szem, wie­rzyła. Jeśli jesteś tu od dawna, nie muszę ci tłu­ma­czyć, że wszy­scy są tu tro­chę cza­row­ni­kami. Zoba­czę, co z moim synem.

W domu pano­wała kom­pletna cisza, prócz łagod­nego bucze­nia wia­tra­ków. Poszedł pro­sto do pokoju, w któ­rym spał Gaspar, i ostroż­nie zdjął mu z czoła krążki ziem­nia­ków, już cie­płe i suche; w garnku zostało jesz­cze tro­chę lodu, więc zmo­czył chustkę. Udało mu się to, nie budząc chłopca. Wyszedł, sta­ra­jąc się nie robić hałasu. Kiedy wró­cił do sto­łówki, foto­graf wyjął z pomiesz­cze­nia wia­trak i przy­niósł jesz­cze jeden napój. Tym razem coca-colę. Jej też nie mógł pić. Zakra­wało to na żart, pró­bo­wał mu dogo­dzić i cią­gle nie tra­fiał. Foto­graf już zdjął koszulę. Był chudy, miał nie­o­wło­sioną pierś, co przy ramio­nach poro­śnię­tych ciem­nymi gęstymi wło­sami wyda­wało się zaska­ku­jące. Dener­wo­wał się. Juan nie zro­bił nic, by go uspo­koić. Usiadł bli­sko niego i popro­sił, żeby opo­wie­dział mu wię­cej o swo­ich zdję­ciach. Andrés roz­ga­dał się o wyspach na rzece i o tym, jak najadł się stra­chu, oglą­da­jąc walki małp. Nie udało mu się żad­nej sfoto­grafować. Nie inte­re­sują mnie zdję­cia zwie­rząt, powie­dział. Robił­bym je tylko dla pie­nię­dzy. Gdyby zle­cił mi to "Natio­nal Geo­gra­phic", oczy­wi­ście. Lubił ludzi i budynki. We Wło­szech zmę­czył się budyn­kami, bo wszyst­kie były ważne i maje­sta­tyczne, ale teraz w pro­stych i na pozór podob­nych do sie­bie domach w Lito­ralu na powrót odna­lazł zain­te­re­so­wa­nie miej­scami, które zasie­dlali ludzie. Juan chciał mu powie­dzieć, że powi­nien uważ­niej się rozej­rzeć, że w tym regio­nie jest wiele nie­zwy­kłych pała­cy­ków z bia­łego kamie­nia w pal­mo­wych gajach, zaj­mu­ją­cych całe hek­tary, wolał jed­nak zapy­tać, czy zna Wene­cję, i wysłu­chał tego, co foto­graf miał mu do powie­dze­nia o kana­łach i Pałacu Dożów. I stood in Venice / A palace and a pri­son on each hand, pomy­ślał Juan, który dobrze pamię­tał te wersy. Zdjął koszulę, powoli, było bar­dzo gorąco. Cze­kał na reak­cję foto­grafa: nie na wszyst­kich bli­zny po ope­ra­cjach robiły wra­że­nie. Nie­któ­rym były mniej wię­cej obo­jętne, nie mieli wystar­cza­jąco dużo infor­ma­cji, żeby zro­zu­mieć ich zna­cze­nie czy powagę.

Foto­graf jed­nak zro­zu­miał. Mój Boże, mruk­nął, ale w jego gło­sie nie było żalu, raczej zasko­cze­nie.

- Co ci się stało? - zapy­tał.

- To bli­zny po ope­ra­cjach. Nie strze­lali do mnie ani nic. Nie jestem ran­nym rewo­lu­cjo­ni­stą.

Foto­graf wymam­ro­tał, że wcale tak nie pomy­ślał. A potem Juan opo­wie­dział mu wszystko: że uro­dził się z bar­dzo poważną wadą serca. I że ope­ro­wali go wiele razy, w dzie­ciń­stwie. Kolejny raz, kiedy był nasto­lat­kiem, w Euro­pie. Ostatni raz sześć mie­sięcy temu.

- Sześć mie­sięcy? I podró­żu­jesz samot­nie?

- Już mi lepiej - oświad­czył Juan. Spoj­rzał foto­gra­fowi w oczy, a potem poło­żył głowę na opar­ciu leżaka.

- Nie wyda­jesz się chory. Jesteś bar­dzo blady, ale masz też bar­dzo jasne włosy. I nie­sa­mo­wite ciało, nie wyda­jesz się, no nie wiem, osła­biony. Naprawdę źle się czu­jesz? Ope­ra­cja sprzed pół roku na nic się nie zdała?

- Coś się popra­wiło. Ale ni­gdy nie będę zupeł­nie zdrowy. Dla­tego nie mogę wypić tej coli, zwłasz­cza teraz kiedy mam pro­wa­dzić.

- A, z powodu kofe­iny? Jesteś odważny, sam w podróży z dziec­kiem. Ta bli­zna na żebrach to też z powodu serca?

Juan dotknął jej pal­cem: bli­zna bie­gła od żeber aż do ple­ców. Skrę­cił tro­chę tułów, żeby foto­graf mógł zoba­czyć ją w cało­ści.

- Tak, to ta pierw­sza.

- A na ramie­niu?

- To po opa­rze­niu.

- Dużo prze­sze­dłeś.

Spoj­rzeli na sie­bie w mil­cze­niu.

- Dzię­kuję, że mi poka­za­łeś - powie­dział foto­graf.

- Chcia­łem, żebyś wie­dział, bo może za chwilę umrę na tobie.

Foto­graf się roze­śmiał.

- Jeśli chcesz, zawiozę cię samo­cho­dem do Bella Vista.

Juan wstał z leżaka i pod­szedł do Andrésa, który chwy­cił go za bio­dra, jakby się bał, że na niego upad­nie.

- Nie chcę, żebyś ni­gdzie mnie zawo­ził.

Foto­graf pogła­skał pła­ski brzuch Juana opusz­kami pal­ców. Miał czer­wone uszy.

- Nie mogę uwie­rzyć, że chcesz ze mną być. Jesteś naj­pięk­niej­szym face­tem, jakiego widzia­łem w życiu. Jesteś wię­cej niż piękny.

- Zamknij się - powie­dział Juan. - Nie tutaj, chodź.

Weszli do sto­łówki. Juan sta­nął za kon­tu­arem, z dala od maszyny do kro­je­nia wędlin, i oparł się o lodówkę, która była stara i robiła hałas, i poma­lo­wano ją na brą­zowo, jakby była z drewna. Tam, w środku, za pla­sti­kową zasłonką, foto­graf zapy­tał, czy bli­zny bolą. Cza­sami, odparł Juan. Kości, prze­pona bolą mnie zawsze, gdy zbiera się na deszcz. Obie­caj, że nic ci się nie sta­nie, popro­sił Andrés, roz­pi­na­jąc mu pasek. Juan pozwo­lił mu się pochy­lić i zdjąć spodnie. Foto­graf jęczał i się pocił, a Juan pomy­ślał, że jeśli ich nakryją, wszystko może źle się skoń­czyć; pijacy nie byliby mili dla dwóch przy­ła­pa­nych peda­łów. Juan zła­pał Andrésa mocno za włosy i powie­dział: "Wol­niej". Foto­graf tylko poki­wał lekko głową, a kiedy zmie­nił rytm, Juan poczuł wil­gotny pot na ple­cach i pra­wie się ześli­zgnął po drzwiach lodówki, która mru­czała w upale sje­sty. Wtedy zamknął oczy i sku­pił się na znaku, i zna­lazł się daleko od upału i sje­sty, dry­fo­wał mię­dzy mar­twymi gwiaz­dami, szu­ka­jąc pośród kości pie­częci wezwa­nia, pozwo­le­nia, powi­ta­nia.

Nie musiał mu nawet mówić, żeby prze­łknął do ostat­niej kro­pli. Andrés sma­ko­wał go z nie­po­ko­jącą żar­łocz­no­ścią. Ze wszyst­kiego, czego ktoś mógłby użyć, żeby zro­bić mu krzywdę, naj­bar­dziej nie­bez­pieczne było nasie­nie i Juan nie chciał zosta­wić ni­gdzie ani śladu. Pod­szedł do drzwi, żeby pil­no­wać, by nikt nie wszedł, pod­czas gdy Andrés mastur­bo­wał się w kącie, nie mógł wie­dzieć, co wła­ści­wie się dzieje. Podwójny stru­mień, tak nazy­wali to w Brac­twie. On, podob­nie jak wszy­scy, zawsze miał kochan­ków obojga płci: magiczna andro­gi­nia. Rytu­ały były oczy­wi­ście bar­dziej skom­pli­ko­wane i nie miały wiele wspól­nego z tym, co stało się mię­dzy nim a foto­gra­fem, ale Juan zawsze balan­so­wał na gra­nicy here­zji i nie­bez­pie­czeń­stwa. Poza tym spra­wiało mu to przy­jem­ność. Pozwo­lił poca­ło­wać się w usta, wło­żył koszulę i usły­szał, jak foto­graf idzie do łazienki, żeby się umyć. Łazienka była na zewnątrz, ale musiała mieć jakiś pry­mi­tywny kran, bo wró­cił z mokrymi dłońmi i wytarł je w spodnie. Juan poczuł we wła­snych dło­niach moc przy­wo­ła­nej ener­gii. Wystar­czy mu do tego, co zapla­no­wał, inwo­ka­cji, którą chciał odpra­wić.

- Zostań na noc - popro­sił Andrés. - Osvaldo i syn nie wrócą do jutra.

Juan nie odpo­wie­dział. Spoj­rzał na zega­rek: dopiero druga po połu­dniu. Nie mówiąc ani słowa, poszedł do samo­chodu, wyjął z torby białe kartki, które miał do ryso­wa­nia dla Gaspara. I leki. Syn się budził.

Kiedy wró­cił, zoba­czył, że Andrés przy­niósł mu grejp­fru­tową fantę. Mam nadzieję, że możesz to pić, tylko mi nie mów, że nie. Juan powie­dział, że może, i popił nią tabletki. Foto­graf patrzył na niego wil­got­nymi oczyma. Juan pomy­ślał, że zacho­wał się jak ego­ista, powi­nien go prze­le­cieć na kon­tu­arze, aż ten zacznie krzy­czeć, ale był zmę­czony. Zosta­wił fantę w poło­wie i poszedł po Gaspara, który sie­dział na łóżku i roz­glą­dał się wokół raczej z cie­ka­wo­ścią niż prze­stra­chem.

- Jak się czu­jesz?

- Jestem głodny.

- W takim razie już ci lepiej.

Wziął go na ręce i prze­szedł powoli przez patio. Muszę mu kupić kape­lusz od słońca, pomy­ślał. Potem popro­sił uprzej­mie Andrésa, żeby zro­bił dla Gaspara kanapkę z kotle­tem. Kiedy chło­piec jadł, on zapa­lił papie­rosa. Zosta­wił pie­nią­dze za kanapkę na kon­tu­arze.

- Chcę wam zro­bić zdję­cie.

- Nie. Nie­na­wi­dzę zdjęć.

- Jestem dobrym foto­gra­fem, naprawdę. Będziesz sławny.

- Tym gorzej.

- Z tym cia­łem i tą twa­rzą nie możesz nie­na­wi­dzić zdjęć. Co ci szko­dzi? Na pamiątkę.

Andrés usta­wił ich pod białą ścianą sto­łówki. Gaspar zosta­wił kanapkę na stole, cho­ciaż foto­graf zapew­niał, że może mieć ją w ręku. Wyj­dzie brzydko, powie­dział chło­piec, a foto­graf się roze­śmiał. Juan skrzy­żo­wał ramiona, miał roz­piętą koszulę do połowy klatki pier­sio­wej. Andrés pod­szedł, żeby uło­żyć mu włosy. Gaspar wtu­lił się w nogę ojca. Zanim zro­bił zdję­cie, foto­graf spoj­rzał na nich: chło­piec o okrą­głych nie­bie­skich oczach i ciem­nych wło­sach, mający po drzemce i migre­nie sińce pod oczami, w nie­po­gnie­cio­nej, czy­ściut­kiej koszulce, i piękny męż­czy­zna, z dłońmi pod ciemną koszulą, spo­glą­da­jący w obiek­tyw ze spo­koj­nym wyra­zem twa­rzy, który masko­wał nie­chęć. Pod­bró­dek podzie­lony na pół, z dłu­gim row­kiem; oczy przede wszyst­kim zie­lone, ale także żółte. Bli­zna błysz­cząca lekko, jakby była pokryta war­stwą wosku. Zro­bił dwa czarno-białe zdję­cia i jedno kolo­rowe, ale kiedy pró­bo­wał ich namó­wić, żeby sta­nęli w innej pozie, Juan oświad­czył, że nie ma mowy. Prze­ślesz nam zdję­cia?, zapy­tał Gaspar, który mię­to­sił kanapkę, bo już nie chciał wię­cej jeść.

- Znasz Posa­das? - zapy­tał nagle Juan.

- Nie, ale zamie­rzam nie­długo się wybrać.

- Zatrzy­mamy się tam na dwa tygo­dnie. Dom moich teściów bar­dzo łatwo zna­leźć. Kiedy będziesz na miej­scu, szu­kaj hotelu Savoy. To histo­ryczny budy­nek, wszy­scy go znają. Zaj­muje pół kwar­tału. Dru­gie pół to dom mojego teścia.

Juan zoba­czył w oczach foto­grafa nadzieję i kła­mał dalej.

- Po pro­stu naci­śnij domo­fon. Gaspar, skończ już tę wodę sodową. Jeśli nie chcesz jeść, zostaw kanapkę albo scho­wamy ją do lodówki. Boli cię głowa? Nie? To ruszamy.

Foto­graf odpro­wa­dził ich do samo­chodu.

- Przy­jadę do Posa­das cię zoba­czyć. Sza­leję za tobą. Mówię poważ­nie, przy­jadę.

- Spo­koj­nie - rzekł Juan i wsiadł do auta. Zanim ruszył, powie­dział foto­gra­fowi, pojedź koniecz­nie do Kaplicy Dia­bła, nie zapo­mnij, spodoba ci się. I pro­szę, daj to pani Kar­len.

Wrę­czył mu kartkę. Była na niej krótka notka z podzię­ko­wa­niami. Kiedy ruszył, foto­graf biegł jesz­cze chwilę za autem, krzy­cząc: nie znam two­jego nazwi­ska. Juan, który jechał wolno, naci­snął hamu­lec. Dine­sen, powie­dział. Jak ta pisarka. Jaka pisarka?, zapy­tał foto­graf, kła­dąc dło­nie na szy­bie. Isak Dine­sen, odparł Juan. No jak to, prze­cież wycho­wa­łeś się w Euro­pie. Foto­graf został z tyłu, w słońcu: Juan zdał sobie sprawę z tego, jak bar­dzo był młody. Dwa­dzie­ścia jeden lat, może dwa­dzie­ścia dwa. Nie zapy­tał go o wiek. Nie inte­re­so­wało go to. Potem znów ruszył, a Gaspar wychy­lił się przez okno i poma­chał foto­grafowi, sto­łówce i gru­bemu psu, obszcze­ku­ją­cemu koła samo­chodu.

Gaspar gadał przez całą drogę do Cor­rien­tes, a Juan sta­rał się go słu­chać bez iry­ta­cji. Przy­po­mniał sobie chłodne popo­łu­dnie, kiedy szo­fer wiózł ich z domu, w któ­rym miesz­kali z Rosa­rio, do apar­ta­mentu jego teściów przy alei Liber­ta­dor - zawsze przy­sy­łali szo­fera, cho­ciaż Rosa­rio uwiel­biała pro­wa­dzić. Było mu nie­wy­god­nie z tymi dłu­gimi nogami na tyl­nym sie­dze­niu, przy zamknię­tych oknach robiło się duszno, a Rosa­rio upar­cie bawiła się w jakieś mono­tonne zga­dy­wanki z Gaspa­rem. Co to jest? Ma długą szyję, cztery nogi i zjada liście z drzew. Żyrafa, krzy­czał chło­piec, a w zamknię­tej prze­strzeni wybuch śmie­chu i gra­tu­la­cje matki odbi­jały się echem, Juan zaś pró­bo­wał sku­piać się na miej­skim pej­zażu, ale nie potra­fił zablo­ko­wać docie­ra­ją­cych z ulicy doznań, był rok 1978 i codzien­nie docho­dziło do mor­dów. Juan nie zno­sił wycho­dzić z domu, nie miał dość siły, by wyci­szyć echa i wibra­cje roz­gry­wa­ją­cego się kosz­maru; ni­gdy wcze­śniej nie czuł nic podob­nego. Odsu­nął się nawet od wła­snego syna, który był w trud­nym wieku i doma­gał się uwagi, w niczym nie przy­po­mi­nał cudow­nego dziecka ze słod­kich lat nie­mow­lęc­twa. Rosa­rio powta­rzała wciąż: "Zamknij się na to, pomogę ci", i nie chciała mu uwie­rzyć, że zwy­kłe metody nie wystar­czały, że trzeba było wymy­ślić zupeł­nie nową ochronę, a on nie miał do tego narzę­dzi. Dwa pierw­sze lata dyk­ta­tury takie wła­śnie były: Juan odczu­wał to, co się roz­pę­tało, jako bez­po­średni atak. Rosa­rio nie prze­sta­wała: co szczeka i ma zimny nos? Co ma wąsy i dra­pie? Co ma osiem nóg i cho­dzi po ścia­nach? I krzyki Gaspara. Pamię­tał, jak prze­moc spra­wiała, że czuł się tak, jakby miał wysoką gorączkę, i był pewny, że jeśli chło­piec nie umilk­nie, skręci mu kark, jak kukiełce albo małemu zwie­rzątku. Powie­dział szo­ferowi, żeby sta­nął, i wysiadł z samo­chodu, nie mówiąc nic Rosa­rio: wolał już wibra­cje zła na ulicy, czuł, że są mu bliż­sze, a w każ­dym razie łatwiej­sze do znie­sie­nia niż krzyki w samocho­dzie. Rosa­rio poszła za nim, a on, pamię­tał to dobrze, powie­dział jej: nie doty­kaj mnie, nie wrócę, zostaw mnie w spo­koju. Bo co?, zapy­tała. Bo zabiję was oboje, odparł, cho­ciaż nie czuł się zdolny pobić Rosa­rio, ale w tym momen­cie mówił prawdę o tym, co czuje, i cho­dził całymi godzi­nami, słu­cha­jąc i drżąc, aż musiał usiąść na jakiejś ławce na skwerku, zagu­biony i sko­ło­wany, oddy­cha­jąc nie­rów­no­mier­nie i z tru­dem. Mia­sto krzy­czało, w powie­trzu pełno było próśb i modlitw, i śmie­chów, i wycia, i syren, i elek­trycz­nych wibra­cji, i chlu­po­ta­nia, ale on nie mógł się zmu­sić do powrotu do domu, a poza rodziną nie miał do kogo pójść.

Dotarł na miej­sce w nocy, kiedy bła­ga­nia i wrza­ski, i wystrzały stały się nie do znie­sie­nia, kiedy zaczęły go ota­czać echa zamor­do­wa­nych z zawią­za­nymi oczyma, zwią­za­nymi nogami, nie­któ­rzy ze spuch­nię­tymi twa­rzami, a cza­sem całym cia­łem, inni czoł­ga­jący się w juto­wych wor­kach, legion, któ­rego nie potra­fił odpę­dzić. Szu­kali go. Wie­dzieli, że on może ich zoba­czyć i roz­po­znać. Dzia­łali instynk­tow­nie, jak ćmy lgnące do świa­tła, ale Juan nie umiał ich prze­go­nić. Rosa­rio cze­kała na niego w drzwiach, sie­działa, chło­piec zaś spał w środku. Nie rób mi tego wię­cej, powie­działa i wbiła mu paznok­cie w ramię, potem poca­ło­wała go i zaczęła pła­kać. Pomogę ci wzmoc­nić ochronę, nie mogę uwie­rzyć, że tak bar­dzo cię to poru­sza, możemy się prze­pro­wa­dzić, w Puerto Reyes jest spo­koj­niej. Nie, odparł mimo roz­pa­czy. Do Puerto Reyes nie. W pokoju na górze w domu, który wynaj­mo­wali wspól­nie, ona przy­go­to­wała już wszystko, co potrzebne, by wzmoc­nić jego osłonę, jego ochronę. Kręgi nary­so­wane deli­kat­nie kredą na drew­nia­nej pod­ło­dze; biły od nich spo­kój i moc.

Teraz, w samo­cho­dzie w nie­zno­śnym upale popo­łu­dnia w Cor­rien­tes, Gaspar mówił i mówił, a Juan pró­bo­wał napro­wa­dzać go na treść, żeby zdo­być wię­cej infor­ma­cji na temat jego umie­jęt­no­ści, ale szybko zdał sobie sprawę, że w ten spo­sób nic nie wskóra. Jeśli chciał się dowie­dzieć, co potrafi Gaspar, musiał go przy­ci­snąć. Mógł go, ow­szem, wyba­dać. Ale to był zawodny spo­sób, nawet jeśli syn zechce współ­pra­co­wać. Jesz­cze tej nocy pozbę­dzie się wąt­pli­wo­ści.

Zanim wje­chali do sto­licy pro­win­cji Cor­rien­tes, kolejna grupa woj­sko­wych dała mu znak, żeby zwol­nił. Popa­trzyli z poważ­nymi minami na Gaspara, a on, w zdu­mie­wa­ją­cym prze­bły­sku intu­icji, uśmiech­nął się do nich; jeden z żoł­nie­rzy nie­spo­dzie­wa­nie odwza­jem­nił uśmiech. Ręką dał Juanowi znak, żeby jechał dalej. Pięt­na­ście minut póź­niej zoba­czył most, który wydał się deli­kat­nie nary­so­wany na bez­chmur­nym nie­bie, a nad rzeką różową aleję pełną kwit­ną­cych krze­wów lapa­cho, tro­chę przy­wię­dłych od upa­łów. Siódma wie­czór.

- Chcesz zoba­czyć zachód słońca? Możemy kupić sobie coś do jedze­nia i tu zacze­kać.

Bra­ko­wało jesz­cze co naj­mniej godziny, był sty­czeń. Juan kupił lody. Zabrał z lodziarni mnó­stwo ser­we­tek, Gaspar jadł lody nie­zdar­nie, a przy tym upale nie można było się na niego zło­ścić, że cie­kły mu po dło­niach i przed­ra­mio­nach. Usie­dli na drew­nia­nej ławce na dep­taku; cemen­towe filary były tro­chę zanie­dbane i niebo odbi­jało się w rzece, bar­dziej nie­bie­skie niż zwy­kle, ze srebr­nymi i brą­zo­wymi pasmami.

Gaspar wstał, żeby pozbie­rać kwiaty lapa­cho, miał już cały lepki bukiet. Juan zoba­czył, jak zapa­trzył się na ucięty kwiat leżący na dep­taku przy nad­brzeż­nej alei; to nie był kwiat lapa­cho, chło­piec odło­żył swój naprędce sple­ciony bukiet na zie­mię i pod­szedł do niego z tym dziw­nym kwia­tem w otwar­tej dłoni, jakby niósł żywe zwie­rzę. Juan roz­po­znał go natych­miast. Była to męczen­nica, ze swoją biało-fio­le­tową koroną i wypro­sto­wa­nymi prę­ci­kami i słup­kami, przy­po­mi­na­ją­cymi owada. To korona i rany Chry­stusa, mówiła legenda, od któ­rej wzięła się nazwa kwiatu. Zobacz, tato, krzyk­nął Gaspar, który ni­gdy nie widział nic podob­nego.

- Nazywa się mburucuyá. Pew­nie komuś spadł, potem pokażę ci roślinę z takimi kwia­tami.

- Jest ich wię­cej?

- No pew­nie, myśla­łeś, że to jedyny taki na świe­cie?

- Jest dziwny.

- Ma swoją histo­rię. Jak kora­lo­drzew.

Gaspar cze­kał na histo­rię z kwia­tem w ręku i sze­roko otwar­tymi oczyma, jesz­cze okrą­glej­szymi z cie­ka­wo­ści.

- Była sobie hisz­pań­ska dziew­czyna, która zako­chała się w Guara­ni­nie. Wiesz, kim są Guara­nie?

- Tak, India­nie stąd. Jak te panie przy dro­dze.

- Ale ojciec dziew­czyny nie pozwa­lał jej zada­wać się z India­ni­nem. Ojciec był kapi­ta­nem. Rozu­miesz, dla­czego nie chciał?

- Bo kapi­ta­no­wie są źli.

Juan się uśmiech­nął. To też była prawda.

- Tak, są źli, ale tu pro­blem tkwił w tym, że ona była Hisz­panką. Wiesz już, że Hisz­pa­nie nie chcieli mie­szać się z India­nami.

- Mama mówiła, że w końcu i tak się mie­szali.

- Fak­tycz­nie, ale nie na początku. Kapi­tan nie chciał, żeby jego córka się mie­szała. Więc kazał zabić India­nina.

- Jej narze­czo­nego? Naprawdę?

- Tak. A ona wbiła sobie strzałę z pió­rami w serce i się zabiła. Z rany wyrósł kwiat.

Nie­bie­skie oczy Gaspara zaszły łzami. Jest tak różny ode mnie, pomy­ślał Juan, musi się jesz­cze tyle nauczyć, by być twar­dym.

- I co się stało?

- W ranie, kiedy padła mar­twa, wyrósł ten kwiat.

- Wszyst­kie te kwiaty to umarłe dziew­czyny?

Juan spoj­rzał na słońce, które miało już dotknąć rzeki. Nie widział czar­nych kwia­tów na nie­bie. Czy one też są wspo­mnie­niem zmar­łych dziew­czyn? Niebo było poma­rań­czowe, spo­wite pło­mie­niami.

- Nie. Smutno ci się zro­biło?

- Tak.

- Obaj jeste­śmy smutni. Chodź, popa­trzymy na słońce.

Gaspar usiadł i Juan poczuł, jak wkłada mu rękę pod koszulę i kła­dzie lepką dłoń na piersi. Spraw­dza moje serce, pomy­ślał Juan. Już wcze­śniej go na tym przy­ła­pał. Na przy­kład kiedy razem spali: cza­sem czuł jego rączkę na piersi, spraw­dza­jącą bicie serca. Albo zasta­wał go z głową na swo­ich żebrach, jak nasłu­chi­wał. Mój maleńki, powie­dział i pogła­skał go po nie­spo­koj­nej dłoni; nagle poczuł nie­prze­partą chęć, żeby napić się wina, żeby się nim upić, upić do nie­przy­tom­no­ści. Poczuł nawet gorzki smak alko­holu na pod­nie­bie­niu. Popatrz na słońce, popatrz na kolory nieba. Gaspar spoj­rzał na nie z przy­mknię­tymi oczyma i wes­tchnął głę­boko. Zachód słońca nad rzeką był nie­zwy­kły, pra­wie nie­re­alny, z pur­pu­rową linią hory­zontu i poczer­wie­nia­łym nie­bem.

- Mogę zabrać ten kwiat?

- Tu rośnie ich wię­cej, możemy poszu­kać. Lubisz kwiaty? Ja też.

- Naprawdę? Kolega z klasy powie­dział mi, że jestem peda­łem.

- Dla­czego tak ci powie­dział?

- Bo zapy­ta­łem panią o jaśminy na podwórku, tak ład­nie pachną.

Następ­nym razem wal­nij w gębę tego kre­tyna, pomy­ślał Juan, ale powie­dział:

- Nie ma nic złego w byciu peda­łem.

- W takim razie dla­czego...?

Gaspar nie wie­dział, jak zakoń­czyć to pyta­nie, ale Juan zro­zu­miał, o co mu cho­dzi.

- Bo mówią tak, żeby cię obra­zić, bo ludzie mówią pedał, tak jak mówią palant. Bo ludzie są głupi i prze­ciętni - powie­dział Juan. - Ale ty jesteś inny i ja też jestem inny.

- Co to zna­czy prze­ciętny?

Juan nie odpo­wie­dział.

- Chodź, musimy zna­leźć hotel. Tej nocy mamy sporo do zro­bie­nia.

Gaspar pobiegł do samo­chodu z kwia­tem w ręku, któ­remu już zła­mał się krzyż ze słup­ków i prę­ci­ków, ale on tego nie zauwa­żył.

Od miej­skiego cmen­ta­rza dzie­liło ich nie­spełna dwa­dzie­ścia prze­cznic, ale Juan prze­był je z nie­po­ko­jem. Trudno szło się z Gaspa­rem, który był w złym humo­rze, bo ojciec wyrwał go z głę­bo­kiego snu; na szczę­ście zna­lazł tylne wyj­ście z hotelu i nie musiał wycho­dzić głów­nym, zwra­ca­jąc na sie­bie uwagę recep­cjo­ni­sty. Wie­dział, że doszliby o wiele prę­dzej, gdyby wziął syna na ręce, ale chło­piec był już ciężki, a on nie mógł pozwo­lić sobie teraz na tak duży wysi­łek. Nie miał pew­no­ści, czy seks z foto­gra­fem posłuży za rytuał przy­go­to­waw­czy. Był zmę­czony i bar­dzo zagu­biony.

Jeśli zosta­niesz z tyłu, wiesz, co będzie, powie­dział do Gaspara, który pochli­pu­jąc, szedł dalej, cza­sem pod­ska­ki­wał albo kawa­łek pod­bie­gał. To pew­nie nie­ła­twe, pomy­ślał Juan, dotrzy­my­wać kroku dwu­me­tro­wemu męż­czyź­nie, ale pewne sprawy miały swój czas.

Główne wej­ście na cmen­tarz było zamknięte, to nie sta­no­wiło pro­blemu. Zale­d­wie zwy­kła kłódka. Juan wziął ją do ręki i opusz­kami pal­ców nakre­ślił na niej znak. Otwar­cie. Brama otwo­rzyła się nagle, jakby ktoś ją popchnął, ale nie naro­biła hałasu.

Teraz musiał zająć się cmen­tar­nym stró­żem. Gaspar, powie­dział, chcę, żebyś tu na mnie zacze­kał; jeśli ruszysz się z miej­sca, ja będę o tym wie­dział i poża­łu­jesz. Gaspar wzru­szył ramio­nami i usiadł. Był zmę­czony. Może będzie mógł póź­niej się prze­spać. Mieli przed sobą wiele godzin. Była druga w nocy.

Juan wsu­nął ręce do dużych kie­szeni spodni i zaczął nasłu­chi­wać, żeby zlo­ka­li­zo­wać stróża. Gdyby ktoś mógł go zoba­czyć w ciem­no­ści cmen­ta­rza, wyso­kiego i szczu­płego na tle głów­nej alei rodzin­nych gro­bow­ców, dostrzegłby, jak napręża ramiona, żeby się skon­cen­tro­wać, i wącha powie­trze. Był teraz inny, dłu­gie palce poru­szały się pra­wie bez­wol­nie, szar­piąc tajem­ni­cze struny, i cho­ciaż wytrzesz­czał oczy, wzrok miał przy­tomny. Czuł w ciele ener­gię podwój­nego stru­mie­nia. Andrés oka­zał się nie­spo­dzie­wa­nym pre­zen­tem. Oczy­wi­ście ten pre­zent nie pozwa­lał na unik­nię­cie intru­zów, noc­nego odwie­dza­ją­cego, dozorcy, kogoś, kto mógłby ich zauwa­żyć.

Odwró­cił się i poszedł w kie­runku nie­wiel­kiej stró­żówki. Dozorca spał. Było to wiel­kie szczę­ście, musiał zasko­czyć go we śnie, nie sądził, że zdoła go poko­nać; Juan wpraw­dzie był dobrze zbu­do­wany, ale nie miał zbyt wiele siły. Pod­szedł do pry­czy, na któ­rej spał męż­czy­zna: drzwi przy­bu­dówki znaj­du­ją­cej się obok kaplicy nie były zamknięte na klucz. Stróż nie tylko spał, w dodatku był pijany. Juan wyczuł w powie­trzu odór alko­holu, który stał się jesz­cze moc­niej­szy, kiedy uklęk­nął przy pry­czy. Bim­ber z trzciny cukro­wej albo gin. Coś zwa­la­ją­cego z nóg. Czy powi­nien go mimo wszystko zwią­zać? Juan uznał, że tak. Nie mógł ryzy­ko­wać. Włą­czył latarkę i posta­wił ją przy pry­czy: musiał dzia­łać szybko, nie miał zapa­so­wych bate­rii. Prze­krę­cił głowę dozorcy, ukła­da­jąc go twa­rzą do góry: męż­czy­zna się nie obu­dził, cho­ciaż ścią­gnął brwi. Juan oto­czył mu szyję ręką, żeby zna­leźć tęt­nicę szyjną, która mocno pul­so­wała, roz­sze­rzona przez alko­hol. Wyma­cał ją i zaczął maso­wać deli­kat­nie i pre­cy­zyj­nie. Męż­czy­zna pra­wie się nie poru­szył. Juan odsu­nął palce, rytm serca stróża zwol­nił, aż ude­rze­nia stały się tak rzad­kie, jakby w ogóle prze­stało bić. Juan wie­dział, że nie śpi już tylko dla­tego, że jest pijany, stra­cił przy­tom­ność. Za chwilę mógł się obu­dzić albo umrzeć, nie odzy­skaw­szy przy­tom­no­ści z powodu bra­dy­kar­dii. Nie obcho­dziło go to. Zakne­blo­wał mu usta skar­petką, którą przy­niósł wła­śnie w tym celu, potem zwią­zał nad­garstki i stopy nylo­no­wym sznur­kiem, tak łatwym do kupie­nia bez wzbu­dza­nia podej­rzeń ("muszę nim prze­wią­zać paczkę, popro­szę bar­dzo mocny"), a trud­nym do prze­rwa­nia bez uży­cia ogrom­nej siły lub noża.

Zanim zosta­wił nie­przy­tom­nego męż­czy­znę samego, prze­szu­kał szu­flady nie­wiel­kiej szafki, zabrał dwa noże i nożyczki. Mogły mu się przy­dać. Wyszedł i upew­nił się, że drzwi do kaplicy są zamknięte. Poło­żył ręce na zamku, który otwo­rzył się przed nim z jęk­nię­ciem. Ołtarz, krzyż, kwiaty, wszystko było czy­ste i w dosko­na­łym porządku: z kaplicy naj­wy­raź­niej korzy­stano, cmen­tarz leżał na poświę­co­nej ziemi. Z wie­loma tak nie było: przed laty ich nie odróż­niał. Chrze­ści­jań­ska demo­no­lo­gia mogła dzia­łać też w innych prze­strze­niach, ale nie tak sku­tecz­nie jak w miej­scach poświę­co­nych. Zabrał wszyst­kie świece, jakie mógł unieść, i świecz­nik.

Gaspar cze­kał na niego w tym samym miej­scu, sie­dział przed bramą w złym humo­rze. Juan zauwa­żył błysk nie­po­koju i cie­ka­wo­ści w jego lśnią­cych oczach, gdy zoba­czył świecz­nik. Nie bał się, nie był prze­stra­szony. Ojciec zosta­wiał go w środku nocy przed wej­ściem na cmen­tarz, a chło­piec po pro­stu sie­dział i cze­kał, cho­ciaż był wście­kły. Bez wąt­pie­nia mógł być wyjąt­ko­wym Ini­cjo­wa­nym. Obda­rzony intu­icją, uważny, z pew­no­ścią bar­dziej zdy­scy­pli­no­wany niż Juan. A jed­nak nie chciał dla niego takiego życia: posta­no­wił już, że syn nie będzie nale­żał do Brac­twa, przy­naj­mniej dopóki zdoła temu zapo­biec. Nie da im tego tro­feum.

- Ja zaniosę to, a ty świece - powie­dział, a Gaspar usłu­chał bez pyta­nia. Ruszyli na poszu­ki­wa­nie pła­skiego terenu, minęli rodzinne gro­bowce i mau­zo­lea, które, jak zwy­kle na miej­skich cmen­ta­rzach, znaj­do­wały się w pobliżu wej­ścia. Prze­szli obok mogił usy­pa­nych z ziemi i zanim dotarli do oka­la­ją­cego cmen­tarz muru, zna­leźli odpo­wied­nią prze­strzeń do dzia­ła­nia. Widać było, że już ktoś wcze­śniej ją wyko­rzy­stał. Juan, przy­go­to­wany i wraż­liwy, wyczuł wibra­cję nie­dawno wyko­pa­nego maso­wego grobu z ano­ni­mo­wymi zmar­łymi. A także pozo­sta­ło­ści po potęż­nym rytu­ale afro­bra­zy­lij­skim, źle odpra­wio­nym. Odda­lił się od miej­sca, gdzie wciąż jesz­cze zostały pióra, odda­lił się od bez­i­mien­nych kości. Przez całą drogę, przy­świe­ca­jąc sobie latarką, zbie­rali z Gaspa­rem kolejne świeczki, nie­które pra­wie nie­zu­żyte, inne były zale­d­wie nie­do­pał­kami, z któ­rych wycie­kła ste­aryna. Potrze­bo­wali wszyst­kich. Nie miał zamiaru korzy­stać z latarki.

- Gaspar, powbi­jaj, pro­szę, świeczki w zie­mię i je poza­pa­laj.

Chło­pak umiał korzy­stać z zapal­niczki, nie parząc się. Przez te mie­siące po śmierci Rosa­rio i po ope­ra­cji Juana musiał nauczyć się wielu rze­czy, na przy­kład zapa­la­nia pal­ni­ków. Nie­kiedy po pro­stu nikt nie miał czasu, sił ani nastroju, żeby pod­grzać mu mleko. Poza tym Juan w przy­pły­wie zło­ści odrzu­cał wszelką pomoc. Kie­dyś Betty, kuzynka Rosa­rio, która miesz­kała nie­da­leko z córką, kolej­nym świę­tym dziec­kiem Brac­twa, zapu­kała do drzwi, a on ryk­nął do niej, żeby sobie poszła. Ni­gdy nie wró­ciła.

- Roz­staw je bli­sko. Jak chcesz.

Było ich wiele i Juan oba­wiał się, że Gaspar jak mały chło­piec zacznie się nimi bawić, ukła­dać je w jakieś wymyślne kom­bi­na­cje, jed­nak zoba­czył, że wyko­nuje pole­ce­nie z entu­zja­zmem i nie­jako biu­ro­kra­tyczną skru­pu­lat­no­ścią. Juan odwró­cił się do niego ple­cami i zaczął nożem ryso­wać pie­częć numer pięć, którą zoba­czył z zamknię­tymi oczyma, gdy był z Andrésem. Okrąg i litery imie­nia pią­tego ducha, roz­miesz­czone zgod­nie z ruchem wska­zó­wek zegara. Kolejny okrąg wokół imie­nia, a w nim pie­częć: była pro­sta, cztery kółka połą­czone liniami w rysunku nie­mal dzie­cin­nym, i ban­dery z trzech odwró­co­nych trój­ką­tów. Mógł nakre­ślić ją szybko, z pamięci, bez omy­łek.

Pie­częć była wkrótce gotowa; mimo że kosz­to­wało go to nie­wiele wysiłku, zaczy­nał czuć ucisk w piersi. Gaspar zapa­lił świece i stał teraz w żół­tym świe­tle. Dobrze, pomy­ślał Juan. Bra­ko­wało tylko trój­kąta, w któ­rym miał poja­wić się Piąty. Spoj­rzał na pie­częć i zro­zu­miał, że się uda, cho­ciaż nie miał na sobie bia­łych ubrań ani pele­ryny, ani kadzi­dła, a znak był tylko nary­so­wany na ziemi, bez krwi i zło­tej farby, cho­ciaż tak naprawdę tę pie­częć nale­ża­łoby nary­so­wać rtę­cią. Skąd miał wziąć rtęć? Juan gar­dził prze­pi­sami okul­ty­stów. Zamknął oczy i pozwo­lił, by jego ciało wypeł­niła ener­gia podwój­nego stru­mie­nia, jaką uzy­skał dzięki Andrésowi. Była o wiele sku­tecz­niej­sza niż jaka­kol­wiek szpada i jakie­kol­wiek zaklę­cie.

- Gaspar - powie­dział cichym gło­sem. - Do mnie, stań obok.

Zanim osią­gnął stan naj­wyż­szego sku­pie­nia - gno­sis, tak brzmiał ofi­cjalny ter­min, ale on nazy­wał go po pro­stu kon­cen­tra­cją - a potra­fił zro­bić to w kilka sekund, poło­żył ręce na ramio­nach Gaspara.

- Chcę, żebyś się do mnie przy­tu­lił i nie pusz­czał, nie­ważne, co usły­szysz. Jeśli mnie puścisz, nie będę mógł cię chro­nić, rozu­miesz?

Gaspar powie­dział, że tak, a Juan poczuł, że zro­zu­miał. Por­tal wzy­wał go bole­śnie, ucisk w klatce pier­sio­wej zmie­nił się w ostry ból. Nie przej­mo­wał się, przej­dzie mu, kiedy już przy­woła ducha.

Uklęk­nął w kręgu, a Gaspar spró­bo­wał objąć go w pasie. Ucze­pił się jego spodni, jakby obaj mieli upaść. Intu­icja znów była dobra. Inwo­ka­cje bywały podobne do spa­da­nia.

Juan zaczął przy­wo­ły­wać po cichu i cze­kał. For­muła inwo­ka­cji, którą wyma­wiał zawsze szep­tem, była długa, pomy­ślał więc, że ją skróci, ale dło­nie Gaspara na jego brzu­chu powie­działy mu, uwa­żaj, cały rytuał jest już dość nie­orto­dok­syjny. Ze względu na chłopca. Powi­nien go chro­nić.

Kroki Pią­tego były bez­gło­śne, ale Juan go wyczuł. Tym razem przy­brał ludz­kie kształty. Teraz musiał być szybki i kon­kretny. Im dłu­żej demon tu zosta­nie, tym trud­niej będzie zamknąć por­tal.

Gaspar uniósł głowę i popa­trzył wprost na demona. Potem spoj­rzał na Juana.

- Kto to jest, tato?

Jego głos był spo­kojny. Teraz to Juan się prze­stra­szył. Gaspar widział demona, mógł patrzeć na niego obo­jęt­nie, cho­ciaż nie miał żad­nego przy­go­to­wa­nia do takiej wizji. Juan zmu­sił Gaspara, żeby wtu­lił twarz w jego pierś. Nie patrz dłu­żej, powie­dział. Obej­mij mnie.

W trój­ką­cie bose stopy nie doty­kały ziemi i uno­siły się na pal­cach, jak stopy balet­nicy sto­ją­cej na poin­tach albo wisielca dyn­da­ją­cego na sznu­rze. Były szare, jak całe nagie ciało, które zda­wało się pokryte suchym bło­tem. Juan nie mógł zoba­czyć jego twa­rzy, świa­tło świec nie się­gało tak wysoko. Nie musiał jed­nak jej widzieć, żeby wyczuć nie­za­do­wo­le­nie demona: przy­wykł do tego, że przy­wo­ły­wano go, zacho­wu­jąc wszel­kie reguły; iry­to­wał się nieco, kiedy przy­zy­wa­jący je pomi­jał.

Piąty i Juan spo­ty­kali się wcze­śniej wiele razy. Piąty, jeśli chciał, mógł wywo­łać lub ule­czyć cho­robę. Ni­gdy jed­nak nie zechciał uzdro­wić Juana. Mówił także prawdę o rze­czach tajem­ni­czych i ukry­tych i był do tego zmu­szony: nie potra­fił kła­mać.

Nie poru­sza­jąc ustami, Juan roz­ka­zał mu, żeby był posłuszny. Demon upu­ścił coś na trój­kąt. Kro­ple krwi. Chyba przy­niósł coś ze sobą, ale Juan nie mógł tego zoba­czyć. Popro­sił go o racjo­nalne odpo­wie­dzi na swoje pyta­nia. Sły­szał głos demona, dud­niący mu w całym ciele. Pytał w języku, któ­rego Juan nie rozu­miał i nie potra­fił prze­tłu­ma­czyć, zrozu­miał jed­nak, że pyta dla­czego. Dla­czego został wezwany. Dla­czego Juan nakła­dał na niego prze­raź­liwy obo­wią­zek posłu­szeń­stwa. Juan poczuł oddech Gaspara na piersi, a także że jego wła­sne ciało, na gra­nicy wyczer­pa­nia, drży, jego ręce lśniły, jakby ocie­kały wodą. Z czoła kapał pot. Prze­mó­wił do demona tak, żeby zrozu­miał. Zapy­tał o Rosa­rio. Zapy­tał, gdzie ona jest. Czy może ją zoba­czyć. Czy potrafi ją zna­leźć.

Demon uniósł się tro­chę wyżej. Nie mógł się zbli­żyć: one zawsze sta­rały się być bli­sko i ni­gdy im się to nie uda­wało. Chciał, żeby krew tego, co ze sobą przy­niósł, dotknęła Juana. Nie mógł tego osią­gnąć i zło­ściło go to, szare stopy wierz­gały. Odpo­wiedź przy­szła szybko i była jasna.

Należy do tych, co do cie­bie mówią, rzekł.

A potem popro­sił o pozwo­le­nie na odej­ście.

Juan skło­nił głowę, podzię­ko­wał za odpo­wiedź i przy­by­cie i żeby go zado­wo­lić, wyre­cy­to­wał gło­śno for­mułę poże­gna­nia. Nie drżał mu głos, cho­ciaż wszyst­kie mię­śnie jego ciała były napięte do bólu. Usły­szał łopo­ta­nie żagli i powolne ska­py­wa­nie krwi na trój­kąt.

Demon znik­nął w ciszy, ale odcho­dząc, obu­dził powiew, który zga­sił wszyst­kie świece. Coś go roz­wście­czyło. Nie cho­dziło tylko o nie­dba­łość rytu­ału. Mogła być to obec­ność Gaspara. Juan chciał mu podzię­ko­wać, że nie wyła­do­wał na nim swo­jej furii, ale było za późno. Może wyła­duje ją na stróżu, o ile tam­ten wciąż żyje.

Jest z tymi, co do cie­bie mówią.

Drże­nie, które prze­bie­gło po całym jego ciele, tak gwał­towne, że aż się prze­stra­szył, że dosta­nie drga­wek, było tylko osła­bie­niem. Zwy­kła inwo­ka­cja tak go osła­biała? Czyżby tak bar­dzo pogor­szył się jego stan? Uło­żył się w okręgu w pozy­cji pło­do­wej, sta­ra­jąc się nie wypusz­czać z objęć Gaspara. Świece zga­sły, więc nie mógł mu powie­dzieć, żeby nie wycho­dził z kręgu, że jesz­cze za wcze­śnie; nawet nie mógł teraz zoba­czyć kręgu, bez świa­tła świec, w dodatku chmura zasło­niła księ­życ. Gaspar i tak się nie ruszył, nie wyswo­bo­dził się z objęć, nie zosta­wił go samego, nic nie mówił. Cze­kał. Pła­kał i cze­kał, Juan sły­szał, jak jęczy, i nie mógł go pocie­szyć; z tru­dem oddy­chał. Raz po raz tra­cił przy­tom­ność, pró­bo­wał zro­zu­mieć słowa demona.

Z tymi, co do cie­bie mówią.

Rosa­rio była w Ciem­no­ści.

Rozu­miał. Tyle razy obie­cy­wała mu, że pój­dzie za nim, że zrobi dla niego wszystko. Czy Tali nie powie­działa mu tego kilka dni temu? Ja nie zro­bi­ła­bym dla cie­bie wszyst­kiego. Zawsze razem, przy­rze­kała Rosa­rio. Wie­działa, że Juan należy do Ciem­no­ści. Że tam znaj­dzie się po swo­jej śmierci. I posta­no­wiła go uprze­dzić, dzie­lić z nim los. Ale, moja uko­chana, byłaś głu­pia, tam nie będzie już cie­bie ani mnie, tam nie ma nic poza cie­niami, i gło­dem, i kośćmi, tam­ten świat jest mar­twy. Kiedy zawarła ten pakt? Kiedy leżał w szpi­talu, na pewno. Uwie­rzy­łaś, że umrę, kre­tynko. Pew­nie nie sądziła, że Ciem­ność upo­mni się o nią tak szybko. Nie miała poję­cia o tym, jak żar­łoczna jest Ciem­ność, mimo że on tyle razy pró­bo­wał jej to wyja­śnić, mimo że tyle razy widziała, jak Ciem­ność pożera. Ni­gdy jej tam nie znaj­dzie. Ciem­ność była kolek­cjo­nerką kości. Nie dało się z nią roz­ma­wiać. Nie dało się nego­cjo­wać.

Przez te godziny, kiedy leżał zwi­nięty w kłę­bek w głębi cmen­ta­rza, na pie­częci, z Gaspa­rem u boku, Juan miał sny. Jak Rosa­rio dostrze­gła szansę na per­trak­to­wa­nie z Ciem­no­ścią? W swo­ich kre­do­wych kołach? W kar­tach? A skoro tak, to czy jej śmierć nie miała nic wspól­nego z Brac­twem? Czy śmierć Rosa­rio była jego winą?

Kiedy słońce wyło­niło się dopiero co zza hory­zontu, oświe­tla­jąc białe krzyże, Juan odwró­cił się i wycią­gnął w kręgu. Nogi wysta­wały mu na zewnątrz. Gaspar wciąż leżał obok, blady i poważny. Ani na chwilę nie puścił jego ramie­nia. Musiały skur­czyć mu się wszyst­kie mię­śnie. Chciał mu coś powie­dzieć, ale chło­piec go uprze­dził:

- Musimy stąd iść, tato.

Juan usiadł. Wsta­nie na nogi wyma­gało nie­sa­mo­wi­tego wysiłku, tego gorą­cego poranka jego ciało ważyło setki kilo­gra­mów. Spoj­rzał na Gaspara. Wyda­wał się nie­obecny i zmar­twiony, ale zde­cy­do­wany. Puścił jego ramię i wziął go za rękę.

- Idziemy.

I pocią­gnął go, a Juan nie sta­wiał oporu. Wie­dział, że może nawią­zać z synem deli­katną i intymną roz­mowę, żeby droga wydała mu się natu­ralna. Zanim opu­ścili cmen­tarz, zaczerp­nęli wody z kranu, któ­rego odwie­dza­jący uży­wali do pod­le­wa­nia kwia­tów. Juan zwil­żył sobie włosy i zmo­czył głowę Gaspa­rowi, który miał na ple­cach ple­cak, a ręce całe w wosku. W nocy nie odwa­żył się poru­szyć, nawet oczy­ścić dłoni. Szare palce przy­po­mniały mu demona. Z pew­no­ścią rów­nież przy­po­mi­nały go Gaspa­rowi. Wziął chłopca za ręce i zaczął odry­wać wosk. Skóra pod spodem nie była ani popa­rzona, ani nawet bar­dzo podraż­niona. Gaspar nie­długo ujawni się jako kolejne medium, prze­czuł, czysz­cząc mu dło­nie. Poza tym ludzie nie­ob­da­rzeni spe­cjal­nymi moż­li­wo­ściami nie mogli zoba­czyć Pią­tego. Mogli wyczuć jego obec­ność, nie­po­kój, strach, mogli nawet umrzeć, ale zoba­czyć go potra­fili tylko ci, co zostali wyszko­leni. Jeśli wizja była natu­ralna, miało się do czy­nie­nia z kimś ze spe­cjal­nym darem. Czy moż­liwe było ukryć coś takiego? Jeśli Gaspar jest medium, jego życie będzie krót­kie i gwał­towne. Takie osoby nie żyły długo. Kon­takt z pra­daw­nymi bogami wycień­czał je fizycz­nie i psy­chicz­nie. Nie­któ­rzy umie­rali pod­czas pierw­szego kon­taktu albo nie­długo po nim. Więk­szość w krót­kim cza­sie nie­od­wra­cal­nie wario­wała. Nie było magii ani rytu­ału, ani wie­dzy, które potra­fi­łyby ich oca­lić. Tro­chę magii i nauki mogło im pomóc dłu­żej utrzy­mać w zdro­wiu ciało i umysł, ale nie na długo. Osoby będące medium, które żyły tyle co on, nale­żały do wyjąt­ków.

- Chodź, tato, musimy stąd iść.

Juan nie posłu­chał, opu­ścili cmen­tarz, któ­rego bramy nawet nie pofa­ty­go­wał się zamknąć, dopiero wtedy, kiedy ręce jego syna znowu były czy­ste. O stróżu przy­po­mniał sobie dużo póź­niej, kiedy już pra­wie docho­dzili do hotelu.

Gdy Juan się obu­dził, znów była noc; uświa­do­mił sobie, że spał ponad dzie­sięć godzin. Rozej­rzał się po ciem­nym pokoju za Gaspa­rem i zauwa­żył, że śpi sku­lony na łóżku obok. Musiał zacząć pro­ce­durę mydle­nia mu oczu.

Zawsze działo się tak po kon­tak­cie z demo­nami - wie­lo­go­dzinny sen. Ale jego zmę­cze­nie było skrajne. Poszedł do łazienki. Zażył leki, popi­ja­jąc wodą z kranu, i umył twarz. Ni­gdy nie widział w lustrze tego samego co inni. Dla niego wła­sna twarz wyra­żała zmę­cze­nie i klę­skę, a bli­zny na piersi i ple­cach były mapą cho­roby. Nie­na­wi­dził być słaby, nie­na­wi­dził swo­jego ciała. Inni widzieli męż­czy­znę nie­zwy­kle atrak­cyj­nego, pra­gnęli go, byli poru­szeni. Juan wło­żył głowę pod kran i zmo­czył włosy. Mimo prze­spa­nych godzin czuł się tak nad­wraż­liwy i zmę­czony, że mógł sły­szeć kolory.

Gaspar spał z otwartą buzią w pozy­cji pło­do­wej. Nie zdjął ubra­nia. Juan nie pamię­tał, jak wró­cili do hotelu, ale amne­zja nie była niczym dziw­nym. Obu­dził Gaspara, potrzą­sa­jąc go mocno za ramię. Chło­piec dopiero po chwili otwo­rzył oczy, ale zanim cokol­wiek zoba­czył, Juan powie­dział:

- Krzy­cza­łeś! Co ci się śniło?

Nie­uf­ność, sko­ło­wa­nie. Chło­pak wie­dział, trudno będzie go oszu­kać.

- Nic mi się nie śniło - wymam­ro­tał.

- Coś musiało ci się śnić, wrzesz­cza­łeś wnie­bo­głosy.

Mru­ga­nie oczami, wąt­pli­wość.

- To nie był sen, poszli­śmy na cmen­tarz, kaza­łeś mi zapa­lić świece, a potem powie­dzia­łeś, żebym nie patrzył.

- Mia­łeś jakiś strasz­liwy kosz­mar.

Gaspar roz­pła­kał się, na co Juan pozwo­lił.

- To nie był sen! - krzyk­nął zasmar­kany.

- Prze­cież nie ruszy­li­śmy się stąd! Zdrzem­nę­li­śmy się tylko i zobacz, dopiero się obu­dzi­li­śmy, żeby pójść coś zjeść.

- Był tam facet, z któ­rego kapała krew.

- Facet, z któ­rego kapała krew. Dobrze, dość już tego. Zapo­mnisz. Naj­ła­twiej zapo­mnieć o snach, kiedy myśli się o czymś innym.

- Przy­się­gam, ty zemdla­łeś, a ja zosta­łem ze świe­cami.

- Jesteś prze­ra­żony, bo ja źle się czuję. Nie martw się o mnie tak bar­dzo.

- To nie był sen.

Juan poczuł, że złość wzbiera mu w żołądku, i miał ochotę zlać chłopca i w ten spo­sób spra­wić, że uwie­rzy w kłam­stwo.

- Ow­szem, był. Opo­wiedz mi wszystko, ale chodźmy już, bo umie­ram z głodu, zjemy jakiś fan­ta­styczny pod­wie­czo­rek, zoba­czysz.

Zaniósł Gaspara do łazienki, żeby umyć mu twarz. Chło­pak nie pro­te­sto­wał. Marsz­czył tylko brwi i zaci­snął w pięść lewą dłoń. Juan deli­kat­nie ją otwo­rzył. Jeśli znów powie, że to nie był sen, zła­mię mu palec. Gaspar wes­tchnął głę­boko i zaczął opo­wia­dać: pamię­tał szcze­góły z dłu­gich chwil, które spę­dził samot­nie. Teraz się bał: Juan sły­szał, jak drży mu głos.

Mogłem go w nocy zabić, pomy­ślał.

W win­dzie Gaspar na­dal opo­wia­dał "sen". A Juan, cho­ciaż go słu­chał, jed­no­cze­śnie myślał. Jest z tymi, co do cie­bie mówią. To nie było kłam­stwo, ale może źle je zin­ter­pre­to­wał. Wielu do niego mówiło, wielu prze­mó­wiło kie­dyś, czemu był tak pewien, że to ozna­cza, iż Rosa­rio jest w Ciem­no­ści? Kim mogli być ci inni, co do niego prze­ma­wiają? Należy do tych, co do cie­bie prze­ma­wiają, to było naj­do­kład­niej­sze tłu­ma­cze­nie słów demona. Zagadka Sfinksa. On zadał złe pyta­nie, gdyż był zbo­lały, zmę­czony, w żało­bie. Na wpół osza­lały. I nie bez aro­gan­cji pomy­ślał, że Rosa­rio byłaby zdolna do takiego poświę­ce­nia dla niego. Że byłaby zdolna opu­ścić wła­sne dziecko.

Zakrył twarz dłońmi. Gaspar opo­wia­dał teraz o demo­nie, któ­rego widział. O kręgu, nad któ­rym się uno­sił. A on nie miał sił, żeby wyma­zać to wspo­mnie­nie zna­kiem zapo­mnie­nia, nie w tej chwili.

- Czy on mówił? - zapy­tał Juan, czu­jąc, jak od łez wil­got­nieją mu dło­nie.

- Nie pamię­tam.

- Widzisz, o snach łatwo się zapo­mina.

Gaspar go nie sły­szał. Może nie mógł go usły­szeć. A może demon wcale nie prze­mó­wił. Cza­sem po pro­stu mil­czały. Być może to on wyobra­ził sobie, że sły­szy jego słowa.

Weszli do hote­lo­wej restau­ra­cji i Juan otarł sobie łzy koszulką. Nie­któ­rzy ludzie przy­glą­dali mu się z cie­ka­wo­ścią, ale guzik go to obcho­dziło. Kel­nerka, zbyt młoda, uni­kała jego wzroku, kiedy skła­dał zamó­wie­nie, wsty­dziła się patrzeć, jak pła­cze. Juan zamó­wił dla Gaspara serową bułeczkę chipá i cze­ko­ladę. Sam nie chciał nic jeść. Śmier­dział, teraz zdał sobie z tego sprawę; pot, już suchy, spra­wił, że koszulka pod pachami zesztyw­niała.

- Nic nie chcę - powie­dział Gaspar, kiedy przy­nie­siono mu jedze­nie.

Juan poczuł, jak wście­kłość pali mu żołą­dek. Serce biło zbyt szybko, w cha­otycz­nym ryt­mie; krę­ciło mu się od tego w gło­wie, nie mógł usie­dzieć na miej­scu. Nie chciało mu się spać, ale potrze­bo­wał kolej­nych godzin odpo­czynku. Juan poło­żył dło­nie na stole. Czubki pal­ców zsi­niały. Pew­nie jego usta też były sine. Pró­bo­wał głę­boko oddy­chać, ale w niczym to nie poma­gało. Potrze­bo­wał tlenu, i to natych­miast.

- Jedz szybko, Gaspa­rze. I zacze­kaj na mnie tutaj.

- Nie chcę zostać sam.

Jęcze­nie syna napeł­niło go furią tak jasną i tak ciemną, że pra­wie bie­giem wypadł z restau­ra­cji do garażu, gdzie zapar­ko­wał samo­chód. Otwo­rzył bagaż­nik i wyjął puszkę z tle­nem, którą ze sobą przy­wiózł. Wło­żył do torby, nie chciał, żeby zoba­czyli ją inni goście ani per­so­nel hotelu. Sto­jąc przy oknie restau­ra­cji, zastu­kał w szybę, dał Gaspa­rowi znak, żeby szybko koń­czył, i poszedł z nim do pokoju.

Juan usiadł na łóżku i poło­żył puszkę z tle­nem - białą, z łusz­czącą się tro­chę farbą - na noc­nym sto­liku, wpraw­nym, szyb­kim ruchem otwo­rzył zawór i przy­ło­żył maskę do nosa i ust. Umo­co­wał gumkę za uszami i pokle­pał mate­rac, żeby Gaspar pod­szedł. Chło­piec usiadł, a Juan oparł plecy o ścianę. Łagodny odgłos nie zdo­łał zagłu­szyć jego walą­cego serca; palący ból w piersi powięk­szał jego pro­blemy z oddy­cha­niem. Więc tylko tyle mógł dla niego zdzia­łać tali­zman Tali? Czy uda mu się otwo­rzyć Ciem­ność? Czy będzie to ostatni raz, kiedy to zrobi? Gaspar przy­glą­dał mu się uważ­nie okrą­głymi nie­bie­skimi oczyma, prze­stra­szony, ale nie zasko­czony; po pro­stu uważ­nie. Juan zdjął na sekundę maskę i powie­dział:

- Wyj­mij z torby książkę w twar­dej okładce.

- Wszystko dobrze, tato?

- Będzie dobrze. Przy­nieś ją.

Zapa­ko­wał Histo­rię sztuki Gom­bri­cha, żeby oglą­dać ją z Gaspa­rem. Była to poza tym bez­pieczna książka na podróż, żaden żoł­nierz, który prze­szu­ki­wałby auto, nie uznałby jej za podej­rzaną. Ręką poka­zał synowi, by ją otwo­rzył, a Gaspar jak zwy­kle się­gnął do ostat­nich stron, ni­gdy nie zaczy­nał od początku. Chło­piec poło­żył książkę na łóżku, na wol­nym kawałku prze­ście­ra­dła, żeby obaj mogli ją obej­rzeć. I wtedy zro­bił coś dziw­nego, a przy­naj­mniej coś, czego nie robił ni­gdy wcze­śniej: przyj­rzał się uważ­nie obra­zowi Bawiące się dzieci Koko­schki - zauwa­żył Juan - i zaczął wymy­ślać histo­rię dwojga malu­chów, dziew­czynki w czer­wo­nej sukience, chłopca ubra­nego na nie­bie­sko, i wpla­tał w tę histo­rię przy­gody ze szkoły, które Juan już sły­szał, i zabawy z dziew­czynką, którą poznał w domu Tali. Kiedy się znu­dził, prze­rzu­cił kilka stron i znów zaczął wymy­ślać. Juan poczuł w całym ciele dreszcz i sku­pił się, żeby nie stra­cić przy­tom­no­ści: Gaspar mówił o jakimś zamku i o ksią­żę­tach, któ­rych zamknięto w "okrą­głej czę­ści", w wieży albo pod kopułą, pomy­ślał Juan i zdał sobie sprawę, że jego syn mówi mu teraz o kate­drze św. Pawła zbu­do­wa­nej przez Wrena w Lon­dy­nie, bo w książce zna­la­zły się też zdję­cia archi­tek­tury. Nie mógł spać, ale godzi­nami mógłby słu­chać głosu Gaspara; chło­piec rozu­miał to i robił, co nale­żało, pod­trzy­my­wał go. Nauczył się tego od matki. Naśla­do­wał ją. Ile razy patrzył, jak ona robi to samo, she talks you back to life, mawiała Flo­rence i miała rację. Tak mówiła do niego Rosa­rio, żeby przy­wró­cić go do życia.

Gaspar zamknął książkę, ziew­nął i przy­tu­lił się do jego piersi. Juan chciał go odsu­nąć, myśląc, że cię­żar chłopca będzie mu prze­szka­dzać, ale tak się nie stało; kon­takt przy­niósł mu ulgę. Nie chcę umie­rać na jego oczach, pomy­ślał.

Drzwi do łazienki były uchy­lone i w pół­przy­tom­no­ści wywo­ła­nej bra­kiem tlenu Juanowi zda­wało się, że widzi wycią­gnięte żywe nogi swo­jej żony; Rosa­rio spę­dzała dużo czasu w łazience, potra­fiła zamknąć się na całą godzinę. Pokój prze­stał być hote­lo­wym poko­jem w Cor­rien­tes i Juan poczuł, jak zmie­nia się w dom w Chel­sea, w Lon­dy­nie, gdzie razem miesz­kali. Przy­po­mniał sobie, jak wycho­dziła z łazienki z książką w ręku, i w oku­la­rach, w koszulce z krót­kim ręka­wem, bez bie­li­zny. Potem obraz znik­nął. Gaspar wstał nagle z łóżka - nie spał - i zamknął drzwi do łazienki. Juana nie zdzi­wiła intu­icja syna, ale zro­biło mu się go żal; nie pra­gnął dla niego takiego życia. Nawet dobre momenty nie były tak naprawdę szczę­śliwe. Musiał oca­lić go przed Brac­twem.

Gaspar zamknął książkę o sztuce i otwo­rzył wybór wier­szy ame­ry­kań­skich w prze­kła­dach. Kiedy Juan musiał zdjąć maskę, bo zużył cały tlen, spoj­rzał na swoje palce, które nie były już sine; zro­zu­miał, że mimo wie­lo­go­dzin­nej aryt­mii nie umrze tej nocy ani na oczach swo­jego syna. Znów mu się udało, udało się im obu.

Bilety były tak tanie, że Juan aż się zdzi­wił, cho­ciaż musiał przy­znać, że nie umiał liczyć pie­nię­dzy i nie orien­to­wał się w cenach. Podró­żo­wał z pli­kiem bank­no­tów spię­tych gumką; przez całe życie utrzy­my­wały go rodzina Rosa­rio i Brac­two. Ile razy mu powta­rzali: "Ni­gdy ci niczego nie zabrak­nie"? Rozu­miał swój przy­wi­lej, dystans dzie­lący go od zwy­kłych ludzi. Od star­szego brata, nie szu­ka­jąc daleko, który zanim wyje­chał z kraju, pra­co­wał po dwa­na­ście godzin dzien­nie, a pod­czas stu­diów musiał dora­biać w fabryce. W ostat­nich mie­sią­cach, teraz, kiedy nie było już Rosa­rio, on, który wcze­śniej nie prze­stą­pił progu banku, musiał podej­mo­wać decy­zje: poka­zał Gaspa­rowi, gdzie prze­cho­wuje pie­nią­dze, i wyja­śnił mu, że może z nich korzy­stać, kiedy tylko zechce, i do czego służą. Popro­sił, żeby dostar­czano mu pie­nią­dze raz w tygo­dniu, żeby robili to księ­gowi, adwo­kaci albo po pro­stu ochro­nia­rze.

Kasjerka za szybą wydała mu resztę, a Juan poczuł, że dopiero teraz budzi się z tych mie­sięcy bez Rosa­rio i powol­nej rekon­wa­le­scen­cji po ostat­niej ope­ra­cji. Stało się to za sprawą powie­trza, gorą­cego, ale nie­spo­dzie­wa­nie lek­kiego, tego dziw­nego braku wil­goci tu, w Iguazú. I świa­do­mo­ści, że jeśli prze­żyje Cere­mo­nię, on i jego syn będą mieli tro­chę spo­koju; sen przy­niósł mu uko­je­nie i przy­wró­cił wiarę w sie­bie, w Ste­phena, w Tali. Ta moż­li­wość wyda­wała mu się odle­gła zale­d­wie mie­siąc wcze­śniej, kiedy po wielu nie­prze­spa­nych nocach i nie­uda­nych pró­bach nawią­za­nia kon­taktu z Rosa­rio spa­lił pra­wie wszyst­kie jej rze­czy w naprędce zaim­pro­wi­zo­wa­nym ogni­sku w ogro­dzie za domem. Gaspar usiadł przy nim: patrzył suchymi zdu­mio­nymi oczyma, jak płoną rze­czy jego matki. Nie pró­bo­wał niczego rato­wać. Póź­niej Juan poka­zał mu to, co jesz­cze zostało: jakieś ubra­nia, zdję­cia, wszyst­kie płyty, biżu­te­ria, któ­rej nie było sensu nisz­czyć i która w dodatku nale­żała do Gaspara i miała jakąś war­tość; zwłasz­cza ta ele­gancka art nouveau, pra­wie stu­let­nia, Rosa­rio bar­dzo rzadko ją nosiła. Zatrzy­mał rów­nież talię tarota Rosa­rio, wszyst­kie jej reli­kwie i akce­so­ria magiczne, ale tego nie mógł Gaspa­rowi poka­zać. Juan posta­no­wił nie zacho­wać pra­wie nic wię­cej, nawet listów Rosa­rio, jej kosmyk wło­sów i ubra­nia wystar­czyły, by ją wezwać, popro­sić, by go odwie­dziła, teraz już jako duch.

Jeśli tego nie robiła, jeśli nie odpo­wia­dała na jego wezwa­nia, myślał, idąc w kie­runku sta­cji kole­jo­wej parku naro­do­wego, to ozna­czało, że albo ktoś ją prze­trzy­my­wał i nie pozwa­lał na kon­takt, albo ode­szła do miej­sca, do któ­rego on nie miał dostępu; innych opcji nie było. Dziwne, w Ciem­no­ści miałby prze­cież do niej dostęp. Powi­nien mieć. Ale ist­niały jesz­cze inne miej­sca, wiele miejsc, tyle z nich wciąż nie­zna­nych.

Gdyby ktoś chciał ją uwię­zić, spa­le­nie wszyst­kiego, żeby temu zapo­biec, było głu­potą. Wiele z jej rze­czy pozo­stało oczy­wi­ście w Puerto Reyes. Jej włosy na podusz­kach, ubra­nia w komo­dach, kosme­tyki w szu­fla­dach. Ale kto? Odpo­wiedź na pyta­nie "po co?" była jasna: żeby go osła­bić. "Kto?" - było zagad­nie­niem trud­niej­szym. Przy­cho­dziła mu do głowy Mer­ce­des; nie­na­wi­dziła wła­snej córki. Flo­rence? Też. Ale czy by się odwa­żyła? Rosa­rio była żoną medium, matką jego spad­ko­biercy i miała ambi­cje. Nie bałyby się zemsty?

- To park?

Gaspar wyrwał go z nie­koń­czą­cych się roz­wa­żań. Powi­nien prze­stać myśleć. Miał prze­czu­cia, gdy uda­wało mu się roz­pro­szyć uwagę; ta reguła pra­wie zawsze dzia­łała.

- To park, ale jest w nim nie­spo­dzianka. Mówi­łem ci, że za to, jaki grzeczny byłeś w podróży, pokażę ci coś nie­zwy­kłego. Teraz idziemy do pociągu.

- Pociągu?

- Tak. Pocią­giem poje­dziemy tam, gdzie znaj­duje się nie­spo­dzianka. Chyba że wolisz iść pie­chotą.

- Nie - zapro­te­sto­wał Gaspar. - Muszę za tobą bie­gać.

Chciał w ten spo­sób powie­dzieć, że trudno mu było dotrzy­mać ojcu kroku; każdy wyda­wał się synowi gigan­tyczny. Juan spró­bo­wał zwol­nić. Było jesz­cze wcze­śnie. Dotarli do Iguazú w połu­dnie i zjadł­szy po dro­dze kanapki, weszli do parku wodo­spa­dów o pierw­szej. Dobra godzina, bo pod­czas gdy tury­ści jedli obiad, oni mogli zoba­czyć Dia­bel­ską Gar­dziel pra­wie sami. Zaczęli iść drogą wyciętą w dżun­gli. Juan kupił Gaspa­rowi czapkę z dasz­kiem i krem do opa­la­nia dla nich obu; mieli szczę­ście, sprze­da­wali je na sto­iskach przy wej­ściu do parku. Szli powoli, bo Gaspar przy­glą­dał się każ­demu napo­tka­nemu zwie­rzę­ciu: ostro­no­som, tuka­nowi sie­dzą­cemu daleko na gałęzi, zamar­łym w bez­ru­chu jasz­czur­kom. Dotarli do kładki po godzi­nie i Juan był wdzięczny za tę powol­ność. Nie czuł zmę­cze­nia i słońce mu nie prze­szka­dzało, ale poprzedni dzień był wykań­cza­jący, bez­li­to­sny. Kładka oka­zała się w rze­czy­wi­sto­ści dłu­gim drew­nia­nym mostem nad rzeką, bez żad­nych scho­dów. Prze­by­cie jej nie wyma­gało wiel­kiego wysiłku.

Gaspar szedł po kład­kach na pal­cach. Wszystko wokół było bujne i prze­ra­ża­jące: drzewa, które doty­kały rzeki, ciemna selwa w oddali, olbrzy­mia i bystra woda. Juan pomy­ślał, że powinni zastą­pić te wiszące kładki kon­struk­cją z żelaza, każda powódź zmy­łaby te deski, nie­ważne, jak sta­ran­nie uło­żone. Woda gdzie­nie­gdzie była prze­zro­czy­sta, ale w innych miej­scach prądy bar­wiły ją na czer­wono; to kolo­rowa zie­mia mie­szała się z rzeką, sta­no­wiło to efekt, sądził Juan, jakie­goś nie­daw­nego osu­nię­cia. Za dzie­sięć lat albo wię­cej woda tych wodo­spa­dów będzie czer­wona jak zimna lawa, jak stru­mie­nie nie­za­sty­głej krwi. Wody było dużo, nie jak dwa lata wcze­śniej, kiedy susza obna­żyła kolo­rowe wyschnięte koryta rzeki; z nie­któ­rych wodo­spa­dów ledwo cie­kły stru­mie­nie cien­kie jak potoczki, swoj­skie jak prysz­nic. Juan przy­je­chał wtedy obej­rzeć ten obraz końca świata. Mówiono, że zna­le­ziono wów­czas trupy w kory­cie rzeki, ale cho­ciaż był pewien, że woj­skowi są w sta­nie zrzu­cać ciała z wodo­spa­dów - w dodatku Park Naro­dowy patro­lo­wały Służby Fede­ralne - nie wie­rzył, by zna­le­ziono tu jakie­kol­wiek zwłoki. Siła prądu Iguazú na tym odcinku ponio­słaby ciała nie wia­domo gdzie, ale z pew­no­ścią daleko od prze­łomu.

Prze­szedł­szy dwie­ście metrów po wiszą­cej kładce, Juan wziął na ręce Gaspara, który znowu musiał za nim biec. Widział pla­katy zabra­nia­jące nosze­nia dzieci na barana, ale nie było mowy, że nie można wziąć ich na ręce. Gaspar zna­lazł się jed­nak nie­bez­piecz­nie wysoko i spra­wiał wra­że­nie zanie­po­ko­jo­nego. Patrzył nie­uf­nie na wodę prze­pły­wa­jącą pod kładką. Kiedy szum Dia­bel­skiej Gar­dzieli przy­brał na sile, a stado pta­ków prze­mknęło po bez­chmur­nym nie­bie na bra­zy­lij­ski brzeg rzeki, Gaspar zaczął machać nogami i zde­ner­wo­wany, prze­stra­szony powie­dział: chcę zejść.

- Boisz się?

- Chcę zejść!

W gło­sie chłopca pobrzmie­wała histe­ria i Juan go posłu­chał. Było jed­nak jasne, że syn nie czuł lęku wyso­ko­ści. Nie­spo­dzie­wa­nie ostro­nos prze­biegł obok Juana, który musiał się prze­su­nąć, by go prze­pu­ścić.

- Powiedz mi, co się dzieje.

Gaspar otwo­rzył usta i roz­ło­żył ręce. Potem uniósł je do twa­rzy. Miał wil­gotne prze­ra­żone oczy.

- Czy tu jest potwór, który wciąga wodę? Dia­beł? Nie chcę zoba­czyć dia­bła.

Umie czy­tać, pomy­ślał Juan, i widział tablicę infor­ma­cyjną.

- Nie ma żad­nego dia­bła, po pro­stu tak nazwano duży wodo­spad.

- Nie wie­rzę ci.

- Usiądźmy na chwilę, potem pój­dziemy dalej.

Na kład­kach stały ławki z żelaza i drewna, pre­zent od archi­tekta kra­jo­brazu, tego samego, który zapro­jek­to­wał ogrody w Puerto Reyes, posia­dło­ści rodziny Rosa­rio, posia­dło­ści, którą miał odzie­dzi­czyć Gaspar. Nie­liczni tury­ści szli z wysił­kiem po moście, nie­śli ter­mosy i apa­raty foto­gra­ficzne. Juan cze­kał cier­pli­wie, prze­tarł ciemne oku­lary rąb­kiem koszulki i pocią­gnął z butelki łyk gase­osy kupio­nej przy wej­ściu. Była cie­pła i strasz­nie słodka. Obli­zał sobie usta.

Chło­piec sta­nął na ławce i pochy­lił się nad nim z miną, którą można by nazwać tylko groźną. Przy­bli­żył tak bar­dzo twarz, że Juan zoba­czył czworo nie­bie­skich oczu, peł­nych lęku, ale rów­nież deter­mi­na­cji.

- Przy­wio­złeś mnie tu, żeby rzu­cić potwo­rowi?

Więc tego się spo­dzie­wał. Mógł to być strach pod­sy­cony przez te trudne dni, przez nie­zdrowy spo­sób prze­cho­dze­nia żałoby, bo dla jego syna ostat­nie mie­siące były kosz­ma­rem. I na domiar złego miał rację: on sam pro­wa­dził go w ramiona potwo­rów. Juan przy­tu­lił Gaspara, nie tylko dla­tego, że chło­pak cały się trząsł, ale rów­nież nie chciał, żeby ruszył przed sie­bie bie­giem, żeby mu uciekł. Gaspar szar­pał się w jego ramio­nach. Juan posa­dził go siłą i zła­pał za twarz, zmu­sza­jąc, by na niego spoj­rzał.

- Gaspa­rze, synku, to tylko woda. To rzeka, w któ­rej jest ogromna dziura, i ta woda spada i robi wielki hałas. To piękne. Przy­wio­złem cię tu dla­tego, że to piękne. I jest tęcza. Nie ma żad­nego potwora, a ja ni­gdy nie rzu­cił­bym cię żad­nemu potwo­rowi, który mógłby zro­bić ci krzywdę. Ni­gdy. Spójrz na ludzi, któ­rzy tam idą. Czy wyglą­dają na prze­stra­szo­nych? Nie, bo nie ma tu żad­nego potwora.

Chło­pak roz­luź­nił tro­chę zaci­śnięte pię­ści i osu­szył nos grzbie­tem dłoni.

- Chcia­łem cię tu przy­wieźć, żeby­śmy zoba­czyli razem coś pięk­nego - powie­dział Juan. - Ale jeśli chcesz, pój­dziemy sobie stąd.

- Jest tęcza?

- Cza­sem nawet dwie, kie­dyś widzia­łem aż trzy.

I znów objął Gaspara, który tym razem się nie bro­nił. Nie mówił mu nic wię­cej, nie chciał, żeby był jesz­cze bar­dziej sko­ło­wany. Chło­piec pła­kał i drżał przez chwilę, ale wresz­cie się uspo­koił. Juan pogła­skał go po gło­wie.

- Możemy przy­je­chać tu kiedy indziej. Jeśli się boisz, zawró­cimy. Nie ma pro­blemu.

Juan zoba­czył, jak syn osu­sza sobie mokrą twarz koszulką, gestem, który od niego sko­pio­wał.

- Chodźmy, chcę to zoba­czyć, jeśli jest tęcza.

Juan zapro­wa­dził go za rękę do Dia­bel­skiej Gar­dzieli. Kiedy ją ujrzeli, bo dało się zoba­czyć wodo­spad z odle­gło­ści jakichś dwu­stu metrów, z kładki, zanim doszło się do tarasu, Juan poczuł, że Gaspar wstrzy­muje oddech i patrzy na niego znowu prze­stra­szony, ale teraz powo­dem tego nie była nie­uf­ność; prze­ra­żały go ogrom i siła rzeki, która spa­dała w dół, woda tak potężna, że aż biała i roz­pry­sku­jąca się w powie­trzu, i jej hałas spra­wiał, że ci, któ­rzy chcieli roz­ma­wiać, musieli krzy­czeć. Nie pozwo­lił mu oprzeć się na porę­czy, jak robili inni tury­ści. Tato, nie mamy nic, żeby zro­bić zdję­cia, krzyk­nął z pochla­paną twa­rzą i Juan posta­no­wił, że kupi mu póź­niej kilka pocz­tó­wek. Tęcze były dwie, jedna w głębi, gdzie woda zni­kała i zmie­niała się w parę i pianę, a druga w oddali, ucięty łuk, który wspi­nał się aż po sam szczyt zbo­cza i zni­kał pomię­dzy gałę­ziami.

W dal­szej podróży do Puerto Reyes Gaspar mówił o tur­ku­so­wych moty­lach, o tęczy, chciał poznać legendy o nich, i Juan opo­wia­dał mu o skrza­tach, o naszyj­niku Isz­tar, ze szla­chet­nych kamieni, o dro­dze łączą­cej Asgard z Zie­mią. Gaspar mówił o hała­sie, o tym, jak bar­dzo się zmo­czyli, i pytał, dla­czego dziad­ko­wie nie wybu­do­wali sobie domu wła­śnie tam. Nie można, to park naro­dowy, nie należy do nikogo, a wła­ści­wie należy do pań­stwa. Co to jest pań­stwo? Należy do wszyst­kich, nie może go kupić jedna rodzina, to chcia­łem powie­dzieć. Ale zbu­do­wali dom nie­da­leko. Nie pamię­tasz go? Tak, powie­dział Gaspar, ale tylko mniej wię­cej. Juan czę­sto myślał, że dzieci i sta­rusz­ko­wie są bar­dzo podobni: w obu przy­pad­kach nie­pa­mięć ociera się o demen­cję, nie potra­fią zacho­wać wspo­mnień o oso­bach, miej­scach ani sytu­acjach. Gaspar spę­dził w tym domu wiele mie­sięcy życia, odkąd był nie­mow­lę­ciem. I pamię­tał "mniej wię­cej". Czy o nim też zapo­mni tak łatwo, czy z rodzi­cami jest ina­czej? To bar­dzo ładny dom, cią­gnął Juan. I jest twój. Będzie twój, kiedy dziad­ko­wie umrą. Twoja mama nie miała rodzeń­stwa.

- W takim razie jest też twój. Jeśli jest mamy, jest także twój.

- Nie - zaprze­czył Juan. - Nie należy do mnie. Ja nie mam nic. Tylko cie­bie.

Dom zbu­do­wano w latach dwu­dzie­stych, kiedy rodzina Brad­for­dów posta­no­wiła roz­sze­rzyć swoje plan­ta­cje - wów­czas upra­wiali głów­nie psze­nicę w pro­win­cji Buenos Aires - o yerba mate. W owej deka­dzie pro­win­cja Misio­nes zalud­niała się przy­by­szami z Europy Wschod­niej, Rosji, Skan­dy­na­wii; Brad­for­do­wie, potom­ko­wie angiel­skich laty­fun­dy­stów będący wła­ści­cie­lami naj­żyź­niej­szych ziem w Argen­ty­nie, wyróż­niali się zna­jo­mo­ścią lokal­nej poli­tyki i tym, że dorzu­cali do inte­resu poważny kapi­tał wła­sny. To San­tiago Brad­ford zde­cy­do­wał, gdzie zbu­duje wyśnioną posia­dłość w uko­cha­nej dżun­gli, w któ­rej polo­wał i po któ­rej się błą­kał. Wybrał zie­mię nad Paraną, trzy­dzie­ści kilo­me­trów od wodo­spa­dów Iguazú. San­tiago Brad­ford kupił dwa tysiące hek­ta­rów dżun­gli i zatrud­nił archi­tekta Von Ples­sena i archi­tekta kra­jo­brazu Char­lesa Blan­charda, żeby zapro­jek­to­wali willę, ogrody i most nad rzeką wiszący mię­dzy drze­wami; miał to być swego rodzaju kilo­me­trowy taras, z któ­rego można by patrzeć na nurt, słońce zmie­nia­jące niebo w czer­wony żar, dzie­wi­czy las na dru­gim brzegu.

Na pół­noc kupił dodat­kowe trzy tysiące hek­ta­rów na plan­ta­cje yerba mate. I w tym samym cza­sie, kiedy budo­wał swój wyśniony dom, zało­żył wio­skę, którą nazwał Puerto Liber­tad, roz­ra­sta­jącą się wokół domu i drogi, mają­cej z cza­sem stać się szla­kiem trans­por­to­wym. Jed­no­cze­śnie zaprzy­jaź­nił się z innym wła­ści­cie­lem plan­ta­cji mate, José Rey­esem, hisz­pań­skim milio­ne­rem i wdow­cem, ojcem dwojga dzieci, z któ­rym dzie­lił zami­ło­wa­nie do polo­wa­nia. Upły­nęły mie­siące, zanim roz­po­znali się jako człon­ko­wie Brac­twa. San­tiago Brad­ford nale­żał do rodziny zało­ży­ciel­skiej, José Reyes był jedy­nie Ini­cjo­wany. Zbieg oko­licz­no­ści tak ich zdu­miał, że posta­no­wili zostać wspól­ni­kami. Na cześć nowego przy­ja­ciela Brad­ford posta­no­wił nazwać swoją willę Puerto Reyes.

Dom ukoń­czono w 1929 roku, tuż przed świa­to­wym kry­zy­sem gospo­dar­czym, który nie­mal nie dotknął milio­ne­rów. Brad­for­do­wie żywili świat pogrą­żony w woj­nie, teraz han­dlo­wali z Bli­skim Wscho­dem, innym świa­tem, tak dale­kim, że nie przej­mo­wano się tam spad­kami i kra­chami na nowo­jor­skiej gieł­dzie.

San­tiago Brad­ford pra­wie ni­gdy nie podró­żo­wał do Buenos Aires. Kochał rzekę, pot przy żni­wach, wil­goć, legendy osad­ni­ków, opo­wie­ści lokal­nej lud­no­ści o zja­wach. Kochał dom o czter­na­stu poko­jach, z base­nem olim­pij­skim, dachów­kami, chłod­nymi gale­riami i głów­nym dzie­dziń­cem, z fon­tanną, orchi­de­ami i wierz­bami. W nie­któ­rych oknach były fran­cu­skie witraże; wokół domu Char­les Blan­chard posa­dził pięć­set gatun­ków roślin i wyty­czył ścieżki, o któ­rych utrzy­ma­nie trzeba było nie­ustan­nie dbać, bo las wra­cał, dziki, gotów poro­snąć wszystko. Sio­stra Brad­forda popro­siła o szklar­nię i dostała ją. Przy­po­mi­nała mu żonę Amandę, zmarłą tak wcze­śnie, kiedy śmiała się, gdy motyle cało­wały ją w twarz, machały skrzy­dłami w nie­moż­li­wych kolo­rach na jej dło­niach, na jej ramio­nach.

San­tiago Brad­ford nie mógł uwie­rzyć, że ktoś tak wspa­niały jak Amanda mógł uro­dzić Jor­gego i Mer­ce­des, jego dziwne i ponure dzieci. Szcze­gól­nie Mer­ce­des, brzydka i sar­ka­styczna dziew­czyna, któ­rej nikt nie kochał ani nie sza­no­wał. Chwy­ta­jąc się ostat­niej deski ratunku, przed­sta­wił jej dobrą par­tię, syna José Rey­esa, Adolfa, mło­dzieńca nawy­kłego do życia w dżun­gli, który ukoń­czył stu­dia w Anglii. Nie­moż­liwy kan­dy­dat dla jego oschłej córki. Jed­nak się doga­dali. Adolfo nie zako­chał się w Mer­ce­des, ale zro­zu­miał, że oby­dwie rodziny pra­gnęły tych zarę­czyn, speł­nili więc życze­nie swo­ich rodzi­ców. Żona nie musiała być prze­cież uko­chaną kobietą.

Adolfo twier­dził, że Mer­ce­des nie była ładna ani tym bar­dziej uro­cza, ale miała w sobie coś w rodzaju sza­leń­stwa ocie­ra­ją­cego się o zło, które go pocią­gało; pod­nie­cało go, że byłaby zdolna go zabić, a przy­naj­mniej spró­bo­wać. I, co naj­waż­niej­sze, Brad­for­do­wie byli waż­nymi człon­kami Brac­twa, a nie zwy­kłymi sza­ra­kami jak oni. Byli człon­kami naj­czyst­szej krwi. Mał­żeń­stwo to kata­pul­to­wało rodzinę Rey­esów, a Brac­two lubiło, żeby sto­wa­rzy­szo­nych łączyły więzy krwi i pie­nią­dze. Około 1945 roku San­tiago prze­pro­wa­dził się pra­wie na stałe do Puerto Reyes. Pampa mnie zmę­czyła, mawiał. I poluje się tam cią­gle na to samo, wiska­cze, jakieś ptaki.

Wra­cał do Buenos Aires tylko w inte­re­sach. Cza­sem też wtedy, gdy upał sta­wał się zbyt męczący.

Mer­ce­des i Adolfo pobrali się w 1947 roku, ale ni­gdy nie wzięli ślubu kościel­nego; nic nie robili sobie z plo­tek i nie obcho­dziły ich pozory. Tego samego roku umarł jesz­cze bar­dzo młody José Reyes, uto­pił się w Para­nie. Poszedł żeglo­wać pijany. Adolfo był teraz odpo­wie­dzialny za plan­ta­cje mate, które stały się wspólną wła­sno­ścią jego rodziny i rodziny żony. Adolfo i Mer­ce­des bali się, że Perón skon­fi­skuje ich wła­sność, a zwłasz­cza że pozbawi ich Puerto Reyes, ale mieli szczę­ście: Brad­for­dom ode­brano tylko zie­mie leżące przy dro­dze do La Platy, z któ­rych i tak nie korzy­stali - miały zostać zmie­nione w publiczny park - a Rey­esom kazano jedy­nie popra­wić warunki pra­cow­ni­ków, co zro­bili nie­chęt­nie i tylko tym­cza­sowo: utrzy­mali bru­tal­nych zarząd­ców uży­wa­ją­cych batów, mini­malne racje żyw­no­ściowe, pracę dzieci. Adol­fowi czę­sto śnił się okrzyk neike!, dla jego pra­cow­ni­ków daleki od tego, co rze­czy­wi­ście zna­czył w guaraní: "siła". Miał on zmu­sić mensú, pra­cow­nika plan­ta­cji mate, do dania z sie­bie wszyst­kiego, aż do skraju fizycz­nego wyczer­pa­nia. Sam nie lubił zaglą­dać na plan­ta­cje. Wolał, podob­nie jak ojciec, pić whi­sky, bim­ber z trzciny cukro­wej, wino, coraz wię­cej, od samego rana. Lubił blon­dynki, szcze­gól­nie hoże córki osad­ni­ków, ale też deli­kat­niej­sze Kre­olki. Z upodo­ba­niem kolek­cjo­no­wał lampy i obrazy, fajki i pierw­sze wyda­nia ksią­żek - cho­ciaż czy­tał rzadko - ludowe reli­kwie Guara­nów, amu­lety, tali­zmany; był wyznawcą San La Muerte. Jego sio­stra Nora zało­żyła nie­opo­dal Puerto Reyes, w 1949 roku, pierw­szy ogród zoo­lo­giczny w Misio­nes. Z bie­giem czasu miał się prze­isto­czyć w schro­ni­sko dla zwie­rząt, sank­tu­arium dla gatun­ków zagro­żo­nych wygi­nię­ciem i mekkę argen­tyń­skich wete­ry­na­rzy. Sama wyje­chała do Fran­cji, wyszła za mąż i ni­gdy nie wró­ciła do kraju, ale ogród zoo­lo­giczny zosta­wiła wier­nym współ­pra­cow­ni­kom, pio­nie­rom eko­lo­gii. W tym samym roku Adol­fowi i Mer­ce­des uro­dziła się ich jedyna córka, Rosa­rio.

Adolfo posta­no­wił zbu­do­wać dom dla gości i roz­we­se­lić sta­rość San­tiago kolejną wnuczką, Cata­liną, na którą wszy­scy mówili Tali, córką swo­jej kochanki pocho­dzą­cej z Cor­rien­tes, naj­pięk­niej­szej kobiety, jaką kie­dy­kol­wiek widział, pół Indianki, pół Włoszki. Spę­dzał z nią każdą wolną chwilę; śnił o niej w swoje pijac­kie noce. Razem się upi­jali, podró­żo­wali po wio­skach w poszu­ki­wa­niu pere­łek ludo­wego rze­mio­sła, Adolfo prze­sia­dy­wał do zamknię­cia knajp, naj­pierw z Tali w ramio­nach, potem z wyro­śniętą dziew­czynką. Rosa­rio im towa­rzy­szyła, sio­stry się uwiel­biały, bawiły się razem, bar­dzo trudno było je roz­łą­czyć, kiedy nad­cho­dził koniec waka­cji. Mer­ce­des spę­dziła całą ciążę w łóżku i miała ciężki poród, nie mogła mieć wię­cej dzieci, więc dużo czy­tała i podró­żo­wała; sta­rała się bywać w Euro­pie raz na rok, uczest­ni­czyła w sekret­nych i inten­syw­nych zgro­ma­dze­niach Brac­twa. Cza­sem czy­tała o Hekate i o wiedź­mach z Mak­beta, cza­sem zaszy­wała pasz­cze ropu­chom i buszo­wała po cmen­ta­rzach. W Lon­dy­nie uczest­ni­czyła we wszyst­kich waż­nych Cere­mo­niach; może jej miej­sce zamiesz­ka­nia sytu­owało ją na pery­fe­riach, ale w Brac­twie zaj­mo­wała pozy­cję cen­tralną. Była sza­no­wana, ważna, była czy­stej krwi. I chciała jesz­cze więk­szej wła­dzy. Miesz­ka­nie w Argen­ty­nie nie ujmo­wało jej waż­no­ści; pie­nią­dze, jak mawiali Brad­for­do­wie, to kraj sam w sobie.

Ni­gdy jed­nak, nawet w naj­śmiel­szych marze­niach, Mer­ce­des nie wyobra­żała sobie, że jej brat, bar­dzo zdolny lekarz, bły­sko­tliwy kar­dio­log, powie jej pew­nej nocy, pod­eks­cy­to­wany do sza­leń­stwa, krzy­cząc, że chyba zna­lazł medium, ciężko cho­rego chłopca, pię­cio­let­niego, na któ­rego sercu wyko­nał zabieg nie­zwy­kle wyso­kiego ryzyka, sta­no­wiący praw­dziwe wyzwa­nie dla jego repu­ta­cji i praw­dziwy prze­łom dla tej dys­cy­pliny na kon­ty­nen­cie. Że tak, był pewien; jego moc roz­kwit­nie. Że powinni mu pomóc, zaopie­ko­wać się nim, wycho­wać go. Nie mogą pozwo­lić mu umrzeć. W jego rodzi­nie czeka go śmierć, Mer­ce­des, to ciemni imi­granci miesz­ka­jący w Berisso, par­szy­wym por­cie. Nie stać ich nawet na to, żeby zamiesz­kać w Buenos Aires. Mer­ce­des przez długi czas nie chciała mu uwie­rzyć, nawet kiedy chło­piec - deli­katny, o mrocz­nym spoj­rze­niu - chwi­lowo zamiesz­kał w budynku przy ulicy Liber­ta­dor, w Buenos Aires, z całą ich rodziną. Nie chciała mu uwie­rzyć, cho­ciaż uwie­rzył mu San­tiago, jej wła­sny ojciec, który posta­no­wił nauczyć chłopca magii, języ­ków obcych, mito­lo­gii, sztuki. Nie chciała mu uwie­rzyć, gdyż sądziła, że to ona znaj­dzie medium; pra­co­wała nad tym usil­nie, odkąd ogrom­nie się roz­cza­ro­wała co do Rosa­rio, swo­jej córki, którą męż­czyźni z rodziny zabro­nili jej szko­lić. Słabi, moralni męż­czyźni, myślała. Dziew­czynka nie wyda­wała się mieć żad­nych zdol­no­ści, ale te prze­cież można przy­wo­łać. Uch, wście­kała się, a kiedy zły humor sta­wał się nie do znie­sie­nia, wyła­do­wy­wała się na Rosa­rio, bijąc ją tak, że córka miała potem czer­wone plecy.

Nie wie­rzyła w to, póki medium nie ujaw­niło się w Puerto Reyes, a męż­czyźni pra­wie osza­leli. Juan wyniósł ich w hie­rar­chii Brac­twa - a zwłasz­cza Mer­ce­des, bo nosiła nazwi­sko Brad­ford - na poziom wcze­śniej nie do pomy­śle­nia; a oczy Kultu Cie­nia zwró­ciły się nie­spo­dzie­wa­nie i osta­tecz­nie w kie­runku willi w sel­wie oto­czo­nej czer­woną zie­mią.

- Więc stra­ci­li­śmy czas i pie­nią­dze, prze­sy­ła­jąc ci bilety lot­ni­cze - stwier­dził Adolfo, zanim przy­wi­tał się z Juanem, który zapar­ko­wał samo­chód pod drze­wami, nie­da­leko od bramy głów­nej Puerto Reyes. Adolfo już był pijany, ale jesz­cze dużo mu bra­ko­wało, żeby zaczął być nie­przy­jemny. Niebo gro­ziło desz­czem i dom, poma­lo­wany na biało, wyglą­dał pięk­nie. - Zawsze kiedy chcesz, udaje ci się zwiać, co? Ci ochro­nia­rze to nie­udacz­nicy.

- Chcia­łem przy­je­chać samo­cho­dem z Gaspa­rem, potrze­bo­wa­łem tego czasu z nim. Jak się masz, Adolfo?

- Mie­wa­łem lep­sze momenty. A jak ty się masz?

Adolfo pochy­lił się nad Gaspa­rem i zapy­tał, nie przy­tu­lisz dziadka? Gaspar zro­bił to bez entu­zja­zmu. Adolfo miał chude ramiona, nieco spa­lone słoń­cem. Po chwili uka­zała się Mer­ce­des. Poru­szała się z tru­dem, o kuli, kość udowa, zła­mana pod­czas upadku z konia, ni­gdy dobrze się nie zro­sła. Poca­ło­wała chłopca, który pró­bo­wał się jej wyrwać, i pogła­skała go po wło­sach obiema rękami. Mój skar­bie, mówiła. Potem spoj­rzała na Juana: zachłan­ność wykrzy­wiała jej uśmiech.

Teścio­wie nie wie­dzieli, jak go trak­to­wać. Czy z sza­cun­kiem należ­nym wró­żowi, medium, temu, kto roz­ma­wia z bogami? Z natu­ral­no­ścią, z jaką trak­tuje się członka rodziny? Z suro­wo­ścią, na jaką zasłu­gi­wała jego bun­tow­ni­czość? Jemu było wszystko jedno.

- Mój drogi - powi­tała go Mer­ce­des. - Już przy­go­to­wano pokój. Domy­ślam się, że masz ochotę odpo­cząć po tej podróży, która z pew­no­ścią była okropna. Tylko ty potra­fisz przy­je­chać, sam pro­wa­dząc całą drogę, kiedy możesz wybie­rać mię­dzy szo­fe­rem a samo­lo­tem.

Posta­no­wiła naj­wy­raź­niej nie oskar­żać go o ucieczkę. Jesz­cze raz wymie­nią ochro­nia­rzy, robili tak za każ­dym razem, kiedy się im wymy­kał. Mer­ce­des nosiła ciemne oku­lary nawet w domu, ale zawsze zdej­mo­wała je, by na niego spoj­rzeć. Zda­wała się lekko ziry­to­wana i nie­spo­kojna.

- Przy­go­to­wa­li­ście tym razem inny pokój?

- Oczy­wi­ście.

Ruszyli chłod­nym głów­nym kory­ta­rzem Puerto Reyes. Na bia­łych ścia­nach wisiały ozdoby Adolfa: tro­fea myśliw­skie, poroża, głowy rysiów o dłu­gich uszach. Rów­nież ory­gi­nalne gra­fiki Rem­brandta, nie­wiel­kie, w ozdob­nych ramach. Mer­ce­des mówiła, że ta kolek­cja nisz­czeje tutaj, w lesie desz­czo­wym, że te dzieła powinny być prze­cho­wy­wane w Buenos Aires. I Adolfo posłu­chał jej, jeśli cho­dzi o więk­szą część swo­ich zbio­rów, z wyjąt­kiem Rem­brandta i obrazu Cándida Lopeza przed­sta­wia­ją­cego szturm na Curupaytí, wiszą­cego w salo­nie głów­nym: żoł­nie­rze jak czarne owady i dym na hory­zon­cie, i ogień na błę­kit­nym nie­bie. Obraz był piękny i prze­ra­ża­jący, Adolfo zaś zde­cy­do­wa­nie odma­wiał poda­ro­wa­nia go Muzeum Naro­do­wemu; nie chciał też go sprze­dać. Rosa­rio krzy­czała na niego: tato, to wstyd, że mamy płótno tutaj, cały Cándido jest w Muzeum Histo­rycz­nym lub Naro­do­wym, to kra­dzież, to prze­cież dzie­dzic­two, a on odpo­wia­dał, niech po niego przyjdą w takim razie, skur­wy­syny, gówno im dam. Rosa­rio uda­wała obu­rze­nie, ale Juan widział, że się uśmie­cha; mimo kłótni pozo­sta­wała z ojcem w dobrych sto­sun­kach, cho­ciaż był czło­wie­kiem płyt­kim i ego­istycz­nym.

Weszli na pierw­sze pię­tro, Mer­ce­des kazała im przy­go­to­wać pokój z wido­kiem na rzekę, jeden z tych, które miały kli­ma­ty­za­cję. Gaspar wbiegł do niego, otwo­rzył ple­cak na łóżku i wyjął swoje samo­cho­dziki.

- Jeśli będziesz cze­goś potrze­bo­wał, tu jest dzwo­nek.

Kiedy Juan rozej­rzał się po pokoju, zauwa­żył od razu, jak wielki wysi­łek wło­żyli w to, żeby pozbyć się wszyst­kiego, co mogłoby przy­po­mi­nać o Rosa­rio. Nie było bukie­tów kwia­tów ani kadzi­dła pach­ną­cego drze­wem san­da­ło­wym, bia­łej pościeli, którą tak uwiel­biała, ani jed­nego przed­miotu czy ozdoby z pokoju na dole - tam Mer­ce­des nie usu­nęła niczego. Ani lamp, ani orien­tal­nej papie­ro­śnicy, ani jed­nego obrazu czy zdję­cia.

- Dzię­kuję - powie­dział Juan, a ona kiw­nęła głową. Spoj­rzała na niego: miała zimne, zdy­stan­so­wane spoj­rze­nie, jakby była naćpana.

- Będę w swoim pokoju.

- Nie zamie­rzam ci prze­szka­dzać.

Mer­ce­des poło­żyła mu na ramio­nach chude dło­nie; nosiła tylko obrączkę, poza tym wyglą­dała na zanie­dbaną, nie far­bo­wała wło­sów. Innych mogła oszu­kać, ale Juan wie­dział, że jest zdolna zabić i nie zna lito­ści.

- Jak mógł­byś mi prze­szka­dzać?

Dzia­łała kli­ma­ty­za­cja, szyba dużego okna była tak czy­sta, że miało się wra­że­nie, że jest otwarte, roz­cią­gał się z niego widok na ogród. Z innych okien ogrom­nego pierw­szego pię­tra widać było pole gol­fowe, o które Adolfo prze­stał dbać, a selwa w końcu zmie­niła je na powrót w plą­ta­ninę chasz­czy.

Sto­jąc twa­rzą do okna, Juan roze­brał się do naga i poło­żył na pościeli, z rękami za głową i zamknię­tymi oczami. Sły­szał Gaspara, który zajął tym­cza­sem biurko i ryso­wał coś na kart­kach, które wyjął z ple­caka. Musiał się go pozbyć. Następ­nych godzin, aż do samej Cere­mo­nii, nie mógł spę­dzić z synem. Nie mógł się nim teraz zaj­mo­wać, nie tak, jak on tego potrze­bo­wał, w naj­prost­szy spo­sób, roze­rwać go, poba­wić się z nim czy wyjść na spa­cer. Adolfo potra­fił zaopie­ko­wać się wnu­kiem, ale teraz był pijany. I lubił broń, lubił żagle, a przede wszyst­kim miał za długi język. Zosta­wić z nim Gaspara było zbyt nie­bez­piecz­nie.

Spró­bo­wał przy­po­mnieć sobie, co Rosa­rio robiła z Gaspa­rem pod­czas Cere­mo­nii, i uświa­do­mił sobie, że nie ma bla­dego poję­cia. Ona mu nie opo­wia­dała, a jemu nie przy­szło do głowy zapy­tać.

To był kolejny błąd. Ilu z uczest­ni­ków kultu, ilu Ini­cjo­wa­nych wie­działo, że Gaspar może dys­po­no­wać wro­dzo­nymi zdol­no­ściami? Teraz, kiedy chło­piec już ujaw­nił swoje moż­li­wo­ści, rozej­ście się plotki było tylko kwe­stią czasu.

Juan wes­tchnął głę­boko i wycią­gnął rękę, żeby wezwać Mar­ce­linę. Od lat pra­co­wała w Puerto Reyes, Juan jej ufał. Była dys­kretna, sku­teczna i miała nie­sa­mo­wity talent do uda­wa­nia, że nie ma poję­cia, co dzieje się w tym domu, sądzono, że naprawdę nie obcho­dzą jej sprawy chle­bo­daw­ców, a z resztą służby mówiła tylko w guaraní. Kobieta zja­wiła się na wezwa­nie natych­miast. Jej głos lekko drżał, kiedy zapy­tała, tak, pro­szę pana? Musiała być bar­dzo zde­ner­wo­wana spo­tka­niem z nim po śmierci Rosa­rio, ta śmierć na pewno szcze­rze ją zasmu­ciła. Mar­ce­lino, powie­dział, możesz popro­sić pana Este­bana, żeby przy­szedł tu do mnie na górę? Tak jest, pro­szę pana, odpowie­działa, a Juan pomy­ślał, pro­szę pana, pro­szę pana, czemu zmu­szali ją, żeby tak się do niego zwra­cała? Kiedy byli sami, mówiła mu na ty.

Ste­phen nale­gał, żeby w Argen­ty­nie nazy­wali go Este­ba­nem. W Euro­pie uży­wał swo­jego praw­dzi­wego imie­nia, tego angiel­skiego. Juan zawsze mówił na niego Ste­phen. Znali się od pra­wie dwu­dzie­stu lat i pierw­sze spo­tka­nie, tak odle­głe, miało miej­sce wła­śnie tutaj, w Puerto Reyes. Star­szy syn liderki Brac­twa, Flo­rence Mathers, i jej męża Pedra Mar­ga­ralla, wio­dą­cego żywot odludka, miał cięż­kie powieki i ciem­no­nie­bie­skie oczy; był wysoki, cho­ciaż przy Juanie wyda­wał się niski. Wszedł bez puka­nia, ubrany w ciem­no­brą­zową koszulę i czarne spodnie. Był nie­wąt­pli­wie wście­kły. Juan otwo­rzył oczy, ale nie ruszył się z łóżka. Gaspar spoj­rzał na Ste­phena z zacie­ka­wie­niem, przy­wi­tał się z nim i wró­cił do swo­ich rysun­ków.

Ste­phen powie­dział gło­śno:

- Pro­szę, powiedz mi, że nie mam racji.

- Mógł­byś nauczyć się mówić po argen­tyń­sku, spę­dzasz tu wiele mie­sięcy w roku. Jak tam twój narze­czony z Misio­nes?

- Dosko­nale. Co robi­łeś na cmen­ta­rzu w Cor­rien­tes?

- Śle­dzi­łeś mnie?

Ste­phen rzu­cił na goły brzuch Juana zło­żoną stronę gazety. Juan spoj­rzał na nią. Zdję­cie było fatal­nej jako­ści - lokalny dzien­nik dru­ko­wano naj­wy­raź­niej w małej dru­karni - ale zro­zu­miał, że wprawne oko Ste­phena dostrze­gło na ziemi zama­zany już sym­bol. Świece nie zdra­dzały niczego. Na wszyst­kich oko­licz­nych cmen­ta­rzach adepci bra­zy­lij­skich kul­tów usta­wiali świece; na wszyst­kich zarzy­nali kury i na kar­to­no­wych tacach skła­dali dary z owo­ców.

- Nie zatar­łeś nawet śla­dów.

Juan zaczął czy­tać arty­kuł, ale wolał zapy­tać:

- Czy były jakieś kon­se­kwen­cje?

- Stróż umarł.

- Nie mia­łem takiego zamiaru.

Ste­phen przy­mru­żył oczy, wyrwał mu gazetę z ręki i zaczął ją drzeć na małe kawałki.

- Już zają­łem się tym, wysła­łem coś poli­cji i rodzi­nie zmar­łego, żeby nie kon­ty­nu­owali docho­dze­nia.

Juan nie podzię­ko­wał. Zapy­tał, czy Mer­ce­des, Flo­rence i pozo­stali coś wie­dzą. Ste­phen odparł, że nie, oni ni­gdy nie czy­tają lokal­nej prasy.

- Co chcia­łeś wie­dzieć?

- Nie nara­zi­li­śmy się na nie­bez­pie­czeń­stwo.

- Wy nie. Sąsie­dzi miesz­ka­jący nie­da­leko cmen­ta­rza już ni­gdy nie będą spać spo­koj­nie.

- Nic mnie nie obcho­dzą ci ludzie.

Ste­phen nie musiał mu mówić, żeby zaczęli roz­ma­wiać w tajem­nicy. Cały wysi­łek wkła­dał w to on, w odróż­nie­niu od tego, co działo się z Tali.

Inwo­ka­cja wymaga ogrom­nej dawki ener­gii. Dzień przed Cere­mo­nią, w twoim sta­nie, to samo­bój­stwo.

Musia­łem się dowie­dzieć, czy Gaspar może go zoba­czyć.

Mogłeś to zro­bić bez wyko­rzy­sty­wa­nia tego nie­po­trzeb­nego i pro­stac­kiego pokazu siły.

Ste­phen usiadł w nogach łóżka. Juan wyczu­wał jego żal, ale rów­nież bez­wa­run­kowy stru­mień ener­gii trzy­ma­ją­cej ich razem. Pokrę­cił głową i przy­cią­gnął go do sie­bie. Ste­phen przy­su­nął się tylko tro­chę, wystar­cza­jąco bli­sko, żeby poca­ło­wać go deli­kat­nie w usta. Juan pogła­dził jego siwe włosy.

Wszystko jest przy­go­to­wane. Tali też zaczęła swoją robotę. Poza moją matką jest w domu dwóch Angli­ków, któ­rzy tro­chę znają się na rze­czy. Pozo­stali to zwy­kli Ini­cjo­wani, Tali przy­jeż­dża jutro. Spo­tkamy się we troje wcze­snym popo­łu­dniem, w pobliżu miej­sca Cere­mo­nii.

Znam tych Angli­ków?

Obaj to skry­bo­wie. Chyba ich znasz.

Jeśli umrę po Cere­mo­nii, chcę, żebyś zawiózł mojego syna do Bra­zy­lii, zostaw go mojemu bratu. Wciąż nie zna­la­złem pie­częci, by go ochro­nić.

Ste­phen spoj­rzał na niego swo­imi małymi prze­ni­kli­wymi oczami.

Nie umrzesz jutro. I nie mogę tego zro­bić. Pojadą za nim. Przy­wo­ły­wa­łeś już w gor­szych momen­tach.

Juan przy­po­mniał sobie poprzedni rok. Tak, był w o wiele gor­szym sta­nie. Żeby utrzy­mać go na nogach, Ste­phen musiał przy­wią­zać go do skle­co­nego naprędce krzyża. Robił to już drugi raz. Ciało Juana, przy­wią­zane do drewna, okryte tuniką, jasne włosy, dłuż­sze niż teraz, opa­da­jące mu na twarz. Juan nie pamię­tał, co działo się po Cere­mo­nii. Nie obu­dził się w domu, musieli prze­wieźć go do szpi­tala, naj­pierw w Cor­rien­tes, a potem, gdy jego stan był już sta­bilny, do Buenos Aires. Trzeba było odcze­kać sześć mie­sięcy, żeby prze­pro­wa­dzić ope­ra­cję, która oca­liła mu życie, potrójne by-passy. Dwu­dzie­ste ósme uro­dziny obcho­dził na inten­syw­nej tera­pii.

Uwa­żasz, że mogę bez­piecz­nie zosta­wić syna z Mar­ce­liną?

Jasne. Muszę ci wyja­śnić kilka rze­czy. Ale chcę, żeby go naj­pierw stąd zabrano.

Juan znów wezwał Mar­ce­linę i popro­sił, żeby przy­szła. Żeby jej nie zawsty­dzać, okrył się prze­ście­ra­dłem i powie­dział, żeby przy­su­nęła krze­sło do łóżka. Ste­phen nie ruszył się z miej­sca.

- Chcę, żebyś zaopie­ko­wała się Gaspa­rem, aż do nie­dzieli.

- To dużo czasu, pro­szę pana.

- Nie mów do mnie pro­szę pana.

- Chcia­ła­bym naj­pierw powie­dzieć, że strasz­nie mi przy­kro z powodu Rosa­rio. Bar­dzo ją kocha­łam. Jest nam bar­dzo smutno.

- Już dobrze, Mar­ce­lino.

Sie­dząc na łóżku, oparty na sto­sie podu­szek, wyja­śnił jej, że Gaspar już umie czy­tać i lubi to, że umie pły­wać, ale żeby zabie­rała go tylko na basen. Tak, pro­szę pana, rzeka jest zdra­dliwa, a chło­piec jesz­cze bar­dzo mały. Wszyst­kie ubra­nia ma w tej tor­bie, na krze­śle. Nie gry­masi przy jedze­niu. Jeśli roz­boli go głowa, daj mu aspi­rynę i połóż spać. Jeśli zapyta o mnie, powiedz, że jestem w pracy. Zabierz go, żeby obej­rzał motyle, może się prze­stra­szyć, cho­ciaż nie sądzę. Na pewno spodoba mu się zoo.

Juana uspo­ka­jało to, że Mar­ce­lina, jej mąż i dzieci miesz­kają w bar­dzo ład­nym małym domu przy wjeź­dzie do Puerto Reyes: od wielu lat byli dozor­cami. Gaspar będzie odizo­lo­wany od wszyst­kiego, co wyda­rzy się w rezy­den­cji, a jed­no­cze­śnie znaj­dzie się w odle­gło­ści zale­d­wie dwu­stu metrów. I pod dobrą opieką.

- Powiedz mi, Mar­ce­lino, ile pije pan Adolfo? Ale tak naprawdę.

- Dużo. Powie­dzia­ła­bym, że codzien­nie wypija dwie butelki whi­sky. Znaj­duję w nocy puste.

- Więc jest non stop pijany?

- Nie potra­fię powie­dzieć.

- Pływa łódką?

- Tak, ale już nie on ste­ruje, tylko mój mąż.

- Jeśli będą pły­wać po rzece, mogą zabrać Gaspara. Ale tylko z twoim mężem. Tali mówiła mi, że są dwa nowe psy.

- Ogromne. Nie pozwolę chłopcu się do nich zbli­żać, też okrop­nie się ich boję.

Powie­dział, że Gaspar lubił też kładkę docho­dzącą do wieży wido­ko­wej nad rzeką, tę wielką, zbu­do­waną nad drze­wami. Cho­dzi­ły­śmy tam z nim na spa­cery z jego mamą, a on pytał, czy wła­śnie lata, odparła Mar­ce­lina. Wolę, żeby nie zbli­żał się do domu, powie­dział Juan. Uwa­żaj­cie, żeby nic go nie ugry­zło. Nie martw się. Ogród zoo­lo­giczny jest bar­dzo dobrze utrzy­many, a ja umiem zaj­mo­wać się dziećmi.

Potem Juan zawo­łał Gaspara, który do nich pod­szedł. Zaci­snął w pięść jedną dłoń, a Juan roz­pro­sto­wał mu po kolei wszyst­kie palce i poma­so­wał rękę. Muszę teraz popra­co­wać, powie­dział. Gaspar spoj­rzał na niego podejrz­li­wie, ale poki­wał głową. A kiedy mnie nie będzie, ona się tobą zaj­mie. Pamię­tasz ją? Gaspar znów poki­wał głową. Nie bój się, wrócę za dwa dni. To nie­dużo czasu?, zapy­tał Gaspar. Nie­dużo. Dwie noce. Sam policz.

- I mam tele­fon do stryjka.

Juan poca­ło­wał Gaspara w czoło. Potem powie­dział Mar­ce­li­nie, żeby wzięła torbę, ple­cak i kartki, i cho­ciaż zdzi­wił się, że syn nie zapy­tał go, dokąd się wybiera, co za pracę ma do wyko­na­nia, czy jedzie sam, o rze­czy, które na pewno chciał wie­dzieć, a on zawczasu przy­go­to­wał sobie odpo­wie­dzi, pozwo­lił mu wyjść bez słowa. Mar­ce­lina też mil­czała. Miała dłu­gie włosy zwią­zane w koń­ski ogon, bar­dzo ciężki i ciemny. Podała Gaspa­rowi dłoń, ale on wolał wziąć do ręki ple­cak.

Ste­phen poło­żył się obok Juana, imi­tu­jąc jego pozy­cję, ręce za głową, zamknięte oczy. Od momentu, kiedy się poznali, byli nie­roz­łączni, kon­spi­ro­wali razem, razem pono­sili porażki. Ste­phen był star­szym synem Flo­rence, liderki Brac­twa. Wycho­wał się, spę­dza­jąc połowę czasu z ojcem w Cadaqués, a połowę w angiel­skich eli­tar­nych szko­łach. Przez całe życie miesz­kał w luk­su­so­wych rezy­den­cjach i cie­szył się naj­więk­szymi przy­wi­le­jami, ale czuł się na poły cudzo­ziem­cem, na poły sie­rotą.

- Słu­cham cię - powie­dział Juan.

Wypró­bują małego, jak czy­nili to ostat­nio, ale tym razem nie pozwolą, żebyś był przy tym obecny. Błę­dem było wywo­ły­wa­nie demona na oczach syna tuż przed tym, jak moja matka i jej naj­bliż­sze oto­cze­nie ma spraw­dzić jego umie­jęt­no­ści.

Gaspar sądzi, że wizja demona to był sen.

Naprawdę w to wie­rzysz? Jeśli opo­wie im o tym śnie, zro­zu­mieją, że go oszu­ka­łeś. Popeł­ni­łeś błąd, kolejny auto­de­struk­cyjny błąd. Zaczy­nam wąt­pić w twoją miłość do syna i zaczy­nam sądzić, że coś przede mną ukry­wasz. Jeśli demon wymknąłby ci się spod kon­troli, mógł cię roz­szar­pać na oczach dziecka. Albo roz­szar­pać dziecko. To nie do końca prawda, że chcia­łeś się prze­ko­nać, czy on może go zoba­czyć. Mia­łeś inne moż­li­wo­ści, by się tego dowie­dzieć. Może po pro­stu wariu­jesz? Po co grasz w tę grę?

Czego się dowie­dzia­łeś na temat śmierci Rosa­rio?

Nic nie zna­la­złem.

Uwa­żam, że źle szu­ka­łeś.

Moż­liwe. Byłem zajęty innymi spra­wami. Mer­ce­des w pod­ziem­nym tunelu prze­trzy­muje tłumy więź­niów. Nie­któ­rzy z nich to dzieci. Eks­pe­ry­men­tuje, żeby zna­leźć nowe medium, jak ni­gdy wcze­śniej, i moja matka się na to godzi. Mar­twią się, że Gaspar wciąż się nie ujaw­nił, uwa­żają, że twoja śmierć zbliża się wiel­kimi kro­kami, i nie chcą stra­cić komu­ni­ka­cji. Gaspar jest za mały, żeby w tej chwili pró­bo­wać prze­pro­wa­dzić rytuał migra­cji.

Zapa­dła cisza. Juan usły­szał szum kli­ma­ty­za­cji.

Posłu­chaj mnie. Jeśli stwier­dzą, że Gaspar nie jest medium, i tak będzie, bo ukry­jemy przed nimi jego moż­li­wo­ści, zaczną przy­go­to­wa­nia do Rytu­ału. Wiesz, że nie wiąże się on z tor­tu­rami fizycz­nymi, na tym eta­pie jest pro­sty.

Nie chcę, żebyś o tym wspo­mi­nał. Ni­gdy nie oddam im mojego syna. Rytu­ału nie da się odpra­wić z powo­dze­niem. Już to spraw­dzi­li­śmy.

Widzie­li­śmy tylko próby. Nie­udane. Wiesz, że szanse powo­dze­nia w twoim przy­padku są bar­dzo duże. I nie musiał­byś go im odda­wać, wyko­rzy­stał­byś ciało syna dla sie­bie.

To dokład­nie to samo. On prze­stałby ist­nieć. Nie zmie­nię zda­nia. Nawet moż­li­wość tego, że kiedy umrze, znaj­dzie się w Innym Miej­scu, nie sprawi, że się na to zgo­dzę. Mówisz tak samo jak Rosa­rio.

Jeśli on jest medium, nie ma innego wyj­ścia, Juanie. Jest nie­dużo młod­szy niż ty, kiedy zaczęli cię wyko­rzy­sty­wać. Przy­go­to­wa­nia mojego brata zaczęły się, kiedy był jesz­cze młod­szy od Gaspara. Uży­wa­liby was obu, póki twoje ciało nie odmówi posłu­szeń­stwa. Można byłoby tego unik­nąć, gdyby chło­piec nie ist­niał. Ale ist­nieje i jest twoim synem. I jeśli nie chcesz użyć jego ciała, żeby prze­trwać, pomogę ci. Oszu­kamy ich, teraz jest to moż­liwe. I żeby Rytuał się nie powiódł, kiedy przyj­dzie na to czas, też. Możemy odsu­nąć Gaspara od Brac­twa i unik­nąć tego, że użyją jego ciała do Rytu­ału.

Mój syn i tak jest w nie­bez­pie­czeń­stwie.

W mniej­szym, jeśli nie dowie­dzą się, że ma zdol­no­ści. I nie dowie­dzą się, bo pra­co­wa­li­śmy ciężko, żeby się tak nie stało, z pomocą Innego Miej­sca. Nie ufasz mi, nie wie­rzysz w nas? W sześć lat możemy oca­lić go przed Rytu­ałem.

Obie­cu­jesz mi to?

Tak naprawdę to ty powi­nie­neś mi to obie­cać. Jedy­nym spo­so­bem na to, żeby Rytuał się nie powiódł, jest to, żebyś ty tego nie chciał. Musiał­byś zacho­wy­wać się tak, jakby nie zadzia­łał, albo spra­wić, by nie zadzia­łał.

Nie zno­szę czuć się tak bez­bronny, nie zno­szę czuć tego tak oczy­wi­stego braku mocy, nie zno­szę patrzeć, jak bar­dzo się mylą i upie­rają się przy tej ado­ra­cji.

Ile razy już o tym roz­ma­wia­li­śmy? A jed­nak tu jesteś?

Jak­bym mógł tego unik­nąć.

To był błąd, że nie spró­bo­wa­li­śmy prze­jąć kon­troli nad Brac­twem wcze­śniej. Nie spró­bo­wa­li­śmy tak naprawdę.

Juan patrzył w sufit.

Rosa­rio mogła prze­jąć kon­trolę nad Brac­twem, z Gaspa­rem i z tobą, wiesz o tym.

Myślisz, że dla­tego ją zabili?

Moja matka jest dobrą nego­cja­torką. Nie zna­la­złem nawet śladu poważ­nych podej­rzeń, które kaza­łyby myśleć o jakimś pla­nie. Rosa­rio była bun­tow­niczką, to żadna tajem­nica.

Nie zdradź mnie, Ste­phe­nie.

A ty mnie nie obra­żaj. Przez cie­bie zna­la­złem się w nie­bez­pie­czeń­stwie.

Ste­phen wstał z łóżka, ale zanim odszedł, poło­żył dło­nie na bar­kach Juana, cho­ciaż nie patrzył mu w oczy.

Matka powie­działa mi raz, że twoja moc jest tak wielka jak twój brak odpo­wie­dzial­no­ści. Zawsze będę przy tobie. Dopóki mnie nie odrzu­cisz, będę przy tobie.

Ste­phen odsu­nął się od Juana i nie spoj­rzaw­szy na niego, odszedł.

Lekarz zapy­tał Juana, jak się czuje, a on powie­dział mu prawdę, opi­sał objawy i kry­zys. Brad­ford posta­no­wił zwięk­szyć dawkę beta-blo­ke­rów i leków anty­aryt­micz­nych. Potem go zba­dał. Doty­kał go zdrową ręką, drugą, oka­le­czoną, ukry­wał pod czarną ręka­wiczką. Chcę, żebyś wziął coś na uspo­ko­je­nie i się prze­spał, powie­dział. Juan się zgo­dził, był zmę­czony. Będę potrze­bo­wał cze­goś moc­niej­szego. Brad­ford nie spie­rał się z nim i dał valium w naj­wyż­szej dawce. Jeste­śmy lepiej przy­go­to­wani niż w zeszłym roku, żeby zadbać o twoją rekon­wa­le­scen­cję, zapew­nił, gdy Juan poły­kał dwie tabletki bez popi­ja­nia. Gra­ciela jest już w domu, towa­rzy­szy jej inny lekarz i zor­ga­ni­zo­wa­li­śmy bar­dzo nowo­cze­sną salę szpi­talną.

Dobrze, Jorge, powie­dział Juan.

Brad­ford chciał coś dodać, ale się zawa­hał. Od dwu­dzie­stu lat zacho­wy­wał się w ten sam spo­sób, z obo­jęt­no­ścią mającą ukryć odda­nie. Juan usnął nago na pościeli i być może za sprawą kli­ma­ty­za­cji śnił o tym, że Ciem­ność jest zimna i wil­gotna, śnił o szczę­ka­niu zębami i o znie­kształ­co­nych isto­tach, i lasach dłoni, i wisielcu powie­szo­nym za nogi, i lesie, i wtedy nie mógł iść dalej przed sie­bie, cho­dze­nie w Ciem­no­ści było bar­dzo trudne, jak wspi­naczka, kiedy nie wystar­cza powie­trza, i rze­czy nabie­rały w jego oczach zna­nych kształ­tów, ale póź­niej znów sta­wały się obra­zami popsu­tymi i nie­wy­tłu­ma­czal­nymi; las był jasny, ale znaj­do­wał się tak daleko i nie miał koloru, i jasna była też zjawa czy­ha­jąca pomię­dzy drze­wami, stosy cza­szek, czarna rzeka, która nie szu­miała.

Obu­dził się pod­nie­cony, ale nie zagu­biony: Puerto Reyes było jego domem bar­dziej niż jakie­kol­wiek inne miej­sce, nawet teraz, kiedy bywał tu tylko raz w roku. Wziął szybki prysz­nic i pod wodą, w kłę­bach pary, pomy­ślał o Gaspa­rze. Ma się dobrze, poczuł. Jest bli­sko i ma się dobrze. Ubrał się i ruszył na spo­tka­nie ze Ste­phe­nem i Tali, a kiedy wyszedł na kory­tarz, zro­biło mu się słabo od upału. Gęstego jak smoła. Z tego, co mógł usły­szeć, w domu nie było nikogo. Z pew­no­ścią Flo­rence, Mer­ce­des, Brad­ford i Anne, i inni zebrali się gdzieś, ale ich nie sły­szał.

Mógłby ozna­czyć każdy kąt tego domu na swo­jej pry­wat­nej mapie, te same schody, po któ­rych teraz scho­dził, kiedy był małym chłop­cem, pro­wa­dziły go do Miej­sca Mocy. Ogród, w któ­rym Tali poca­ło­wała go pierw­szy raz, a on usi­ło­wał ukryć swoje zdu­mie­nie i radość, nie zmie­nił się zbyt­nio. Miał poli­czone kroki dzie­lące go od kładki do rzeki.

Kiedy zosta­wił schody za sobą, poczuł, naj­pierw w opusz­kach pal­ców, a potem za sprawą roz­bły­sku świa­tła w gło­wie, jakąś roz­pacz w sta­rym tunelu łączą­cym dwa domy: willę główną i dom dla gości. Tunel prze­stał być uży­wany po powo­dzi, znaj­do­wał się zbyt bli­sko rzeki i się zawa­lił, oprócz jed­nego frag­mentu, naj­bliż­szego willi Puerto Reyes: wciąż zostało tam dwie­ście metrów. Mer­ce­des uży­wała go do prze­trzy­my­wa­nia swo­ich dzieci i więź­niów. Zawsze polo­wała na te porzu­cone, a tu, na pół­nocy, bli­sko gra­nicy, miała ide­alne tereny łowiec­kie, wśród bied­nych, zapo­mnia­nych ludzi, tak bez­bron­nych, że nie zgła­szali nawet wła­dzom żad­nych zagi­nięć. Od lat mogła liczyć także na przy­ja­ciół woj­sko­wych, któ­rzy prze­ka­zy­wali jej swo­ich porwa­nych. Ciem­ność domaga się ofiar, wyja­śniała na swoje uspra­wie­dli­wie­nie. To nie była prawda. Ciem­ność o nic nie pro­siła i Juan o tym wie­dział. W Brac­twie to Mer­ce­des była naj­za­go­rzal­szą zwo­len­niczką okru­cień­stwa i per­wer­sji jako drogi do sekret­nego oświe­ce­nia. Juan uwa­żał też, że dla niej amo­ral­ność była oznaką przy­na­leż­no­ści kla­so­wej. Im bar­dziej odda­lała się od zasad moral­nych, tym bar­dziej dowo­dziła wyż­szo­ści swo­jego pocho­dze­nia. Flo­rence nie podzie­lała jej metod, ale też nie powstrzy­my­wała Mer­ce­des, która jako człon­kini jed­nej z rodzin zało­ży­ciel­skich Brac­twa cie­szyła się swo­bodą i miała wła­sny spo­sób dzia­ła­nia.

Tali i Ste­phen cze­kali na niego pod starą per­golą oto­czoną przez posągi z brązu, które Adolfo Reyes kazał przy­wieźć z Fran­cji. Ste­phen sie­dział na scho­dach per­goli, a Tali stała obok i paliła papie­rosa. Juan poca­ło­wał ją w usta i zapro­wa­dził do środka. Tutaj, bli­sko Miej­sca Mocy, mógł roz­ma­wiać z nimi gło­śno, bez więk­szego wysiłku ota­cza­jąc ich wszyst­kich ścianą mil­cze­nia, bo już żywił się Ciem­no­ścią, już czuł, jak nowa siła pul­suje mu w żyłach, jak jego uszy i skóra łowią każdy dźwięk, jakby obda­rzono go intu­icją noc­nego zwie­rzę­cia.

- Musie­li­śmy wyko­nać podwójną pracę - powie­działa. - Twoje dziecko ma taką moc, że się wyswo­bo­dziło. Nie zosta­wi­łeś mi wystar­cza­jąco dużo wło­sów, na szczę­ście zapo­mnie­li­ście ubrań.

Juan się uśmiech­nął. Wziął ją za rękę i przy­su­nął palce do ust. Cuch­nęły suchą słoną krwią.

- Co to za stare sztuczki? - zapy­tał.

- Stare sztuczki dzia­łają - zauwa­żył Ste­phen.

- Cza­sem tylko one - przy­znał Juan.

Nie widział ze swo­jego pokoju Miej­sca Mocy. A jed­nak przez otwarte okno wdzie­rał się zapach świec, które wyzna­czą mu drogę w nocy, cho­ciaż on prze­szedłby ją na pamięć. Nie dener­wo­wał się, nie bał; po pro­stu czuł. Był gotów na koronę cieni. Wkrótce już miał wejść do tej ciem­nej sfery, gdzie niby był, a jed­nak prze­sta­wał ist­nieć. Umiał wyjść z niej bez trudu, nie zawsze tak było. Teraz czuł się jak gość, któ­remu dano klucz, żeby wcho­dził i wycho­dził, kiedy przyj­dzie mu ochota.

Tunikę uszyto z czar­nego tiulu; kiedy opa­dła na jego nagie ciało, Juan wyjął ręce przez otwory ręka­wów. Ręce muszą być na zewnątrz. Ktoś, praw­do­po­dob­nie Flo­rence, kazał przy­kleić do maski małe rogi mło­dego jele­nia. Juan przej­rzał się w lustrze przed wyj­ściem. Prze­bra­nie nie było konieczne, ale Brac­two lubiło uro­czy­ste ele­menty rytu­ału, a Juan przyj­mo­wał to z rezy­gna­cją. Rozu­miał, że wywo­ły­wały pożą­dany efekt.

Zszedł po scho­dach i na dzie­dzińcu zoba­czył pierw­sze świece, w dwóch wiją­cych się rów­no­le­gle sze­re­gach. Pano­wała nie­mal kom­pletna cisza, z wyjąt­kiem odgło­sów noc­nych pta­ków, chlu­po­ta­nia rzeki, szcze­ka­nia psa gdzieś w oddali. Kiedy wyszedł z willi Puerto Reyes i zna­lazł się na dro­dze wydar­tej sel­wie, spoj­rzał na swoje dło­nie: już nie nale­żały do niego. Już były czarne, jakby zanu­rzył je w błot­ni­stym sta­wie. Cał­kiem czarne, aż po nad­garstki. Ich kształt też się zmie­niał. Powoli i bez­bo­le­śnie rosły mu palce, z początku wyglą­dały, jakby zaata­ko­wał je nagle reu­ma­tyzm, i jed­no­cze­śnie paznok­cie robiły się dłu­gie i mocne, zakrzy­wione, złote szty­lety. To był jego znak medium, fizyczna prze­miana, która go wyróż­niała i była jego klą­twą. Bóg o zło­tych paznok­ciach.

Zro­bił kolejny krok i ujrzał pierw­szy sze­reg Ini­cjo­wa­nych. Prze­szedł pomię­dzy nimi. Miej­sce Mocy przy­cią­gało go, szar­pało za skórę. Kiedy na nie wstą­pił, odwró­cił się i zanim roz­po­starł ramiona, omiótł spoj­rze­niem Ini­cjo­wa­nych, sta­rych w pierw­szych rzę­dach, mło­dych z tyłu, nie­któ­rzy cze­kali z cie­ka­wo­ścią, inni bali się, skry­bo­wie przy­go­to­wani, prze­zna­czeni na ofiarę z zawią­za­nymi oczyma i spę­ta­nymi rękami.

A potem nie widział już nic wię­cej.

Tali cze­kała mię­dzy Ini­cjo­wa­nymi. Widziała swo­jego ojca w pierw­szym rzę­dzie, obok Mer­ce­des, u boku skry­bów, ale ona ni­gdy nie odwa­ży­łaby się zająć tam miej­sca. Wolała zna­leźć się na dru­gim pla­nie.

Zawsze uczest­ni­czyła w Cere­mo­niach. Szła tam dla Juana, ale także dla­tego, że to, co przy­cho­dziło wraz z nocą, było boskie, choć, miała co do tego pew­ność, nie było święte. Ste­phen, jedyna osoba w Brac­twie, do któ­rej czuła praw­dziwą sym­pa­tię, słu­chał jej uważ­nie w poprzed­nich dniach, kiedy pra­co­wali nad ochroną dla Gaspara i pró­bo­wali obda­rzyć magiczną siłą Juana. Nie chce już wię­cej przy­wo­ły­wać, ale mówi, że nie może prze­stać, powie­działa Tali. Jak to nie może?

Ste­phen, który posta­rzał się i dziw­nie wyszczu­plał, odparł, że to kłam­stwo. Nie chce prze­stać, powie­dział. Jeśliby tego pra­gnął, mógłby zre­zy­gno­wać. Ma moc, żeby się ukryć, ma zna­jo­mych, któ­rzy pomo­gliby mu znik­nąć, jeśliby tego pra­gnął. Nie kła­mie, kiedy się uspra­wie­dli­wia, ale to tylko wymówki. Nie wiem i ni­gdy się nie dowiem, jak to jest być w kon­tak­cie z tą siłą, ale wiem, że nie­ła­two ją zigno­ro­wać. Nikt by nie potra­fił, on też nie. Nie rozu­miem i ni­gdy tego nie pojmę, jak udało mu się przez tyle czasu nie zwa­rio­wać.

Ste­phen umo­czył we krwi ubra­nia Gaspara i pociął je na kawałki. Na pod­ło­dze nama­lo­wał kredą sym­bole. Miał upa­prane ręce, podob­nie jak Tali.

No, do końca nor­malny to on nie jest, kolego, odparła, a Ste­phen się uśmiech­nął. No nie. Pogor­szy mu się, kiedy zmniej­szy się jego moc. Tali chciała wie­dzieć, czy moc zmniej­sza się dla­tego, że pogar­sza mu się zdro­wie. Nie sądzę, rzekł Ste­phen. Uwa­żam, że moc ma swój cykl, a jego cykl dobiega końca. Albo gaśnie. Żadne medium nie prze­trwało tak długo, dla­tego nie wiemy z całą pew­no­ścią, co się z nim dzieje ani dla­czego.

A jed­nak Tali nie czuła teraz wcale, że cykl koń­czy się, sto­jąc pośród świec, w nie­zno­śnym upale selwy, z Ini­cjo­wa­nymi, któ­rzy cza­sem padali na zie­mię, pła­kali i drżeli. Czuła, podob­nie jak wszy­scy, jak nad­cho­dzi, i nie miała odwagi się odwró­cić. To nie był czło­wiek, któ­rego znała, nie ten, który sypiał w jej łóżku. Ten, co kro­czył kro­kami tak jasnymi, że czuć było, jak każde źdźbło ociera się o jego bose stopy, nie był już wła­ści­wie czło­wiekiem.

Tali miała opusz­czoną głowę aż do chwili, kiedy krzyki, jęki i eks­taza pozo­sta­łych zmu­siły ją, by spoj­rzała.

Juan znaj­do­wał się już na Miej­scu Mocy. Tym razem miał maskę. Roz­po­starł ramiona i prze­chy­lił głowę na bok, z przy­kle­jo­nym poro­żem leśnego zwie­rzę­cia wyglą­dał jak obo­jętny demon.

Dło­nie: Tali widziała, jak je wycią­gał. Szpony ptaka, kom­plet­nie czarne, spa­lone, ale spra­wia­jące wra­że­nie lep­kich. Złote paznok­cie lśniły jak noże w świe­tle świec. Ilu świec? Setek. I wtedy hałas otwie­ra­nej Ciem­no­ści.

Jest jak dysze­nie, pomy­ślała Tali, jak psy, które dusi obroża; albo psy spra­gnione, głodne, jak wej­ście do psiarni. Ciem­ność nara­stała naj­pierw wokół Juana, jakby była parą wydzie­laną przez jego ciało, i nagle - Tali zawsze zaska­ki­wał ten moment - odda­lała się od niego we wszyst­kich kie­run­kach, robiła się ogromna i płynna, nieco poły­skliwa. Trudno było na nią patrzeć, była czar­niej­sza niż noc, zwarta, zasła­niała drzewa, świa­tła świec, a kiedy rosła, uno­siła Juana, który dry­fo­wał w niej, wisząc na skrzy­dłach czerni. Skry­bo­wie pisali, Tali widziała ich, ale nie sły­szała niczego prócz dysze­nia i tego łopotu skrzy­deł. Co sły­szeli ci, któ­rzy sły­szeli głos Ciem­no­ści? Juan kie­dyś powie­dział jej, że nic, że to czy­sta suge­stia, że to, co pisali, było auto­ma­tycz­nym gło­sem zro­dzo­nym w ich mózgach. A jeśli naprawdę coś sły­szeli, dodał, nie mogło to być nic dobrego. Tali wypa­try­wała w tłu­mie Ste­phena, ale teraz było to już nie­moż­liwe: rzędy się roz­pa­dały, niektó­rzy bie­gli w stronę drzew, bar­dziej odporni Ini­cjo­wani sta­rali się ich powstrzy­mać, a z Ciem­no­ści wydo­by­wał się lodo­waty cuch­nący oddech.

Nad­szedł moment ofiary. Mer­ce­des była mistrzy­nią Cere­mo­nii. Ci, któ­rych skła­dano w ofie­rze Ciem­no­ści, mieli zasło­nięte oczy, zwią­zane ręce, poty­kali się. Naćpani i ślepi, nie mieli poję­cia, z czym przyj­dzie im się zmie­rzyć. Może spo­dzie­wali się bólu. Tali zoba­czyła mło­dego męż­czy­znę, bar­dzo chu­dego, cał­kiem nagiego. Pła­kał, był przy­tom­niej­szy niż pozo­stali, drżały mu wargi. Gdzie nas pro­wa­dzi­cie?, krzy­czał, ale jego krzyki zagłu­szały dysze­nie Ciem­no­ści i pomruki pozo­sta­łych.

Mer­ce­des nie miała zbyt wiele roboty. Ciem­ność była głodna i ni­gdy nie odrzu­cała tego, co jej pod­su­wano. Ci, któ­rych zło­żono w ofie­rze Ciem­no­ści, zostali pożarci w mgnie­niu oka. Mieli szczę­ście, pomy­ślała Tali. Mówiła ojcu, że jest prze­ciwna tej prak­tyce. Rosa­rio też. On z pogardą odparł, że i tak mieli umrzeć. O co im cho­dziło, czemu tak bar­dzo bro­niły tych gów­nia­rzy? Są nazna­czeni śmier­cią, moje dro­gie. Wyświad­czamy im przy­sługę.

Wielu człon­ków Brac­twa sądziło, że w rze­czy­wi­sto­ści był to dla nich zaszczyt. Na przy­kład dla kogoś takiego jak młody czło­wiek, ubrany mimo upału w czarny gar­ni­tur, który z wła­snej woli zbli­żał się do Ciem­no­ści. Tali zoba­czyła, jak wyciąga palce, żeby dotknąć twar­dego czar­nego świa­tła, u boku Juana, na wyso­ko­ści jego bio­der.

I zoba­czyła, jak Ciem­ność spo­wija naj­pierw jego palce, potem całą dłoń, a w końcu, z peł­nym zado­wo­le­nia mla­śnię­ciem, zabiera go całego. Krew z pierw­szych kęsów ochla­pała Juana, ale on już się nie ruszał. Nie poru­szy się jesz­cze przez chwilę, póki Ciem­ność się nie zamknie.

Potem dwie kobiety, które szły za rękę. Jedna młoda, druga star­sza. Czyżby matka i córka? Ciem­ność odgry­zła star­szej głowę i przez chwilę ciało bez niej szło dalej. Młod­sza nawet na to nie spoj­rzała, a jeśli coś zauwa­żyła, nie zro­biło to na niej wra­że­nia. Weszła w Ciem­ność zde­cy­do­wana i uśmiech­nięta i pocią­gnęła za sobą bez­głowe ciało, chwy­ciw­szy je za ramię. Znik­nęły, pozo­sta­wia­jąc tylko ślady krwi, stru­mie­nie try­ska­jące z tęt­nicy szyj­nej chlu­snęły na wier­nych z pierw­szych rzę­dów, któ­rzy teraz cofali się, bo Ciem­ność opa­dała, opa­dała jak dach mroku albo gar­dziel bez dna i zda­wała się mieć oczy i móc wybie­rać.

Tali widziała, jak połknęła jed­nym hau­stem klę­czą­cego nagiego męż­czy­znę. Potem zoba­czyła, jak Ini­cjo­wani nie mogą się powstrzy­mać, żeby unieść ramiona i otrzeć się o Ciem­ność, która poże­rała palce, ręce. Zoba­czyła pośród tłumu, zale­d­wie przez sekundę, Ste­phena popla­mio­nego krwią; świece wciąż pło­nęły, ale nie­wiele mogły wobec czar­nej pułapki Ciem­no­ści, która spo­wi­jała wszystko jak welon.

I wtedy Ciem­ność zaczęła odpły­wać. Naj­pierw ten czarny dach, jakby z nie­to­pe­rzy, zaczął się uno­sić, daleko, i kur­cząc się, ota­czał Juana, który powoli opusz­czał ręce i znów spo­glą­dał pro­sto przed sie­bie. Ciem­ność nie zni­kała, cofała się jak burzowe chmury, ale utrzy­my­wała się wokół medium i wolno opusz­czała je na zie­mię. Ini­cjo­wani, ci prze­ra­żeni i ci ocza­ro­wani, spo­kojni, a także skry­bo­wie, wszy­scy byli posłuszni tym, któ­rzy mieli tward­szy cha­rak­ter albo więk­sze doświad­cze­nie i od nowa for­mo­wali szyki. Niektó­rzy zapa­lali świece, które bli­skość Ciem­no­ści zga­siła. Wszy­scy uda­wali, że nie czują stra­chu; ci, któ­rzy drżeli, woleli wyja­śniać to eks­tazą, wzru­sze­niem, chwałą, jaką było ujrze­nie żywego boga.

Juan klę­czał teraz na jed­nym kola­nie, sły­chać było jego przy­spie­szony, bole­sny oddech. Wciąż ota­czała go cie­niutka ciemna aure­ola, która, jak wie­dzieli wszy­scy, była nie­zwy­kle nie­bez­pieczna, cięła jak kosa.

Medium wstało. Ruszyło pro­sto jak zahip­no­ty­zo­wane, oczy miało sze­roko otwarte i wil­gotne. Tali pode­szła do niego: pach­niało potem, jego ciało pod tuniką było mokre, wydzie­lało zapach morza, soli i cze­goś kwa­śnego. Cof­nęła się. Nie chciała, by ją nazna­czyło. Medium pod­nio­sło głowę i zda­wało się wąchać noc. Ota­cza­jąca je cienka aure­ola wiła się w powie­trzu, uno­siła się za nim, jakby jego ciało paro­wało. Ini­cjo­wani przy­pro­wa­dzali mu zra­nio­nych przez Ciem­ność. Medium - Tali nie mogła nazy­wać go Juanem, nie pozna­wała go - kła­dło swoje czarne dło­nie na ich ranach i je wypa­lało. Kau­te­ry­zo­wało, a Ini­cjo­wani krzy­czeli z bólu, ale tylko przez chwilę, wie­rzyli bowiem, że utrata jakiejś czę­ści ciała zna­czyła ich jako wybra­nych i ulu­bio­nych wyznaw­ców. Kiedy zosta­wali wyle­czeni, pła­kali ze szczę­ścia. Dło­nie i ręce utra­cone w Ciem­no­ści sta­wały się teraz nowymi koń­czy­nami, odgry­zio­nymi, odcię­tymi. Ciem­ność kur­czyła się coraz bar­dziej, Ini­cjo­wani padali do nóg medium jak wygłod­niałe psy, pomy­ślała Tali, i ofia­ro­wy­wali mu swe nagie ciała. Tym razem było ich wielu, wielu żebrzą­cych jak o kromkę chleba, doty­kali się, nie­któ­rzy dra­pali. W końcu medium ustę­po­wało. Zwy­kle nazna­czało nie­wielu. Tym razem wybrało chudą dziew­czynę, z pła­skim biu­stem i sze­ro­kimi bio­drami, która stała z dala od pierw­szej linii bła­ga­ją­cych Ini­cjo­wa­nych, dziew­czynę, któ­rej usta mówiły, pro­szę, ale stała spo­koj­nie, dziew­czynę nie­bę­dącą ani wil­czycą, ani ule­głą suką: dziew­czynę przy­po­mi­na­jącą węża, za sprawą swo­ich małych oczu i pła­skiego nosa. Medium zbli­żyło się do niej, okrą­żyło ją wol­nym kro­kiem i prze­cią­gnęło swymi trzema zło­tymi paznok­ciami po jej ple­cach. Krew spły­wała po nagich nogach, malo­wała na nich ciemny pas: Ini­cjo­wani patrzyli na to z otwar­tymi ustami. Potem opo­wia­dali, że rany były tak głę­bo­kie, że widać było krę­go­słup i żebra. Dziew­czyna zachwiała się na nogach, ale medium pod­trzy­mało ją i swoją drugą ręką, która powoli powra­cała do nor­mal­nych kształ­tów - paznok­cie nie były już zło­tymi szpo­nami, była tylko zde­for­mo­wana i czarna, jakby dotknięta reu­ma­ty­zmem - pogła­dziło ją po ple­cach. I prze­stała krwa­wić. Otwarte rany zmie­niły się w ciemne bli­zny, jakby ręka była nasą­czona cza­sem. Potem medium pozwo­liło dziew­czy­nie osu­nąć się na zie­mię, a samo ode­szło, powoli, w stronę domu. Ciemna aure­ola prze­stała je ota­czać. Ini­cjo­wani zoba­czyli jesz­cze, że kiedy skrę­cało w ścieżkę ze świec, wciąż miało czarne ręce. Nie wolno było iść za nim. Mogli mu towa­rzy­szyć tylko Ste­phen i wybrana grupa. Tali rów­nież, gdyż o to popro­siło samo medium, a jemu pozwa­lano na pewne kaprysy.

Ini­cjo­wani nie mieli poję­cia, co działo się póź­niej, nie znali kon­se­kwen­cji, jakie Cere­mo­nia miała dla zdro­wia medium. Musieli zostać przy ołta­rzu i razem z Flo­rence odpra­wiać rytu­ały zamknię­cia, kiedy ranni usta­wiali się w krę­gach, by posma­ro­wano ich maściami; sprzą­tano krew, usu­wano mar­twe ciała. Świt, wciąż jesz­cze daleki, wień­czył Cere­mo­nię.

Tali nie brała udziału w koń­co­wych rytu­ałach. Pobie­gła, z roz­pusz­czo­nymi czar­nymi wło­sami i w bia­łej sukni popla­mio­nej krwią, w stronę ścieżki ze świe­cami i Juana. Tęsk­niła za Rosa­rio bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek, tęsk­niła za jej opa­no­wa­niem i roz­sąd­kiem.

Tak długo odzy­ski­wał przy­tom­ność, że obser­wu­jąc drże­nie pal­ców czy zmianę rytmu odde­chu, Tali nie chciała robić sobie nadziei. Trzeba było cze­kać. Brad­ford brzmiał opty­mi­stycz­nie. Dok­tor Biedma, jego uczen­nica, wyda­wała się zmar­twiona. Juan stra­cił przy­tom­ność, ale jego serce się nie zatrzy­mało. Od lat to się nie zda­rzało, myślała Tali.

Po dzie­się­ciu godzi­nach Ste­phen wyszedł z pokoju. Muszę się prze­spać, powie­dział. Tali poło­żyła mu rękę na ple­cach, widziała, że jest wycień­czony, i rozu­miała, że nie chce spać w tym smut­nym pokoju, przy zapa­lo­nym świe­tle, z gło­śnym moni­to­rem reje­stru­ją­cym aryt­miczne bicie serca Juana, jego ciężki oddech. Nawet Rosa­rio uni­kała tego, póki Juan był nie­przy­tomny.

Tali nie chciało się spać. Brad­ford trak­to­wał ją z pogardą, jak zwy­kle. Dla niego była owo­cem wybryku Adolfa z jakąś wiej­ską cza­row­nicą. Tali przy­go­to­wała w gło­wie potężne zaklę­cie mające przy­naj­mniej w naj­bliż­szych tygo­dniach zakłó­cać sen dok­to­rowi Brad­fordowi. Zaraz po powro­cie do domu zamie­rzała wyko­nać nad nim pracę, krótką, ale sku­teczną. Juan i Ste­phen nie powinni się dowie­dzieć, zawsze prze­strze­gali ją przed uży­wa­niem magii w celu wyła­do­wa­nia wła­snej zło­ści lub fru­stra­cji. Kim byli, żeby ją osą­dzać, co za bez­czel­ność, sami robili znacz­nie gor­sze rze­czy.

Tali spoj­rzała kątem oka na swoje odbi­cie w szy­bie. Skoń­czyła już trzy­dzie­ści lat. Kiedy mówili jej, że jest piękna, mieli na myśli gęste włosy, ciało nawy­kłe do dłu­gich spa­ce­rów i blask ciem­nych oczu. Ale ni­gdy się nie malo­wała, nie trosz­czyła się o swoją cerę, nie lubiła pier­ścion­ków ani bran­so­le­tek; kiedy pra­wili jej kom­ple­menty, zawsze było jakieś ale, wyglą­da­ła­byś jesz­cze lepiej, gdy­byś... Czuła, że się sta­rzeje, że powinna zro­bić coś ze zmarszcz­kami mimicz­nymi wokół ust i roz­stę­pami na bio­drach, któ­rych doro­biła się w mie­sią­cach let­nich, spę­dza­nych na rowe­rze, dzięki czemu wyszczu­plały jej nogi. Pode­szła do łóżka, gdzie Juan na­dal leżał nie­przy­tomny. Pogła­dziła go po lewej ręce, po ranie, która się nie goiła, i nie docze­kała się żad­nej reak­cji. Przez cały dzień był w takim sta­nie. I tak nie można było tego porów­nać z przy­gnę­bia­ją­cymi godzi­nami poprzed­niego roku, któ­rych ona nie znio­sła: zamknęła się w szpi­tal­nej łazience, modląc się jak sza­lona do Świę­tego, ale przede wszyst­kim bojąc się; w końcu zna­la­zła ją Rosa­rio i popro­siła, by posie­działa przy Juanie, bo ona musiała spę­dzić chwilę z Gaspa­rem. Chło­piec, nie przy­pad­kiem, miał wysoką gorączkę, któ­rej nie mogli mu obni­żyć. Pamię­tała, że sio­stra była zmę­czona, miała włosy spięte w kok i dzia­łała z godną pozaz­drosz­cze­nia deter­mi­na­cją. Patrząc na nią, Tali zro­zu­miała, że prze­zna­cze­niem Rosa­rio było kie­ro­wa­nie Brac­twem. A jeśli zabili ją wła­śnie dla­tego? Juan nie chciał ani nie potra­fił pojąć poli­tyki Brac­twa oraz ogrom­nych ambi­cji Rosa­rio. Od tego był Ste­phen.

Juan wysu­nął dłoń z jej ręki i jed­nym ruchem, który wydał się jej bar­dzo szybki, zdjął z twa­rzy maskę tle­nową. Zanim poszła zawo­łać Brad­forda, pogła­skała go po bla­dych ustach i opuch­nię­tych powie­kach. Jak zwy­kle po Cere­mo­nii miał takie dziwne oczy. Bar­dziej przej­rzy­ste, z drob­nymi wyle­wami, zda­wały się ślepe. Tali wie­działa, że jego stan poprawi się w kolej­nych godzi­nach. Pochy­liła się nad nim i poca­ło­wała go w czoło, a on zapy­tał, ile czasu minęło. Jeden dzień, mniej wię­cej, odrze­kła. Zaraz wra­cam, powie­działa i otwo­rzyła drzwi, Brad­ford stał już po dru­giej stro­nie, jakby coś go zaalar­mo­wało. Tali zosta­wiła ich samych. Oparła się o okno kory­ta­rza. Na zewnątrz niebo gro­ziło kolejną burzą, z noc­nej czerni odry­wały się fio­le­towe chmury, a powie­trze wyda­wało się zro­bione z miodu. Tali pogła­dziła tali­zman pod cienką skórą ramie­nia, tak nie­wielki, że przy­po­mi­nał uką­sze­nie albo wyprysk. Mój Święty, dzię­kuję ci, powie­działa i obie­cała mu w sło­wach, któ­rych nikt nie mógł zro­zu­mieć, wspa­niały pre­zent, kiedy już wróci do domu, do swo­jej świą­tyni. Kie­dyś zapy­tała Świę­tego, kim jest Ciem­ność, zapy­tała o to w nocy, wiele lat temu, pośród świec i wina, a Święty odpo­wie­dział za pomocą kart; nie­raz, kiedy je sta­wiała, w samym środku roz­da­nia poja­wiała się jedna, będąca odpo­wie­dzią: Księ­życ. Była to karta, którą nary­so­wał jej Juan i którą Tali rozu­miała naj­mniej, zawsze inter­pre­to­wana jako zna­cząca zmiana, zmiana z wła­snej woli. Ale sym­bo­li­zo­wała też roz­cza­ro­wa­nie, roz­dar­cie, halu­cy­na­cje. A nawet sza­leń­stwo.

Brad­ford wyszedł z pokoju i ski­nie­niem głowy poka­zał Tali, że może wejść. Lekarz miał brudne włosy, a ona poczuła, jak ogar­nia ją wstręt, jakby przy­pad­kiem dotknęła garnka z zepsu­tym mię­sem.

Juan sie­dział na łóżku, zapi­nał czy­stą białą koszulę z krót­kim ręka­wem. Na pościeli kłę­biły się rurki kro­pló­wek, elek­trody i inne medyczne sprzęty. Kiedy na niego spoj­rzała, zoba­czyła, że ma mniej popę­ka­nych naczy­nek w oczach, powoli wra­cały do swo­jej nor­mal­nej zie­leni popla­mio­nej żół­cią. Juan popro­sił, żeby pode­szła: trzę­sły mu się ręce, nie mógł zapiąć do końca koszuli. Tali mu pomo­gła. Zapy­tała, czy może już stąd wyjść, a on odpo­wie­dział, że Brad­ford nie pozwala, ale on nie ma zamiaru zostać w łóżku. Chcę, żebyś zabrała mnie na krótki spa­cer, popro­sił. Tali skoń­czyła zapi­nać mu guziki i zapy­tała, czy może utrzy­mać się na nogach. Nie uniosę two­jego cię­żaru, jeśli­byś upadł, powie­działa. Juan posta­wił stopy na pod­ło­dze i oparł ręce na ramio­nach Tali. Kiedy wstał, wziął głę­boki oddech, żeby wypro­sto­wać kolana. Mogę, odparł. A gdzie Ste­phen? Odpo­czywa, ale mogę go zawo­łać.

Pokój, w któ­rym Juan miał dojść do sie­bie po Cere­mo­nii, znaj­do­wał się na par­te­rze; gdyby było ina­czej, Tali nie odwa­ży­łaby się z nim prze­spa­ce­ro­wać, nie dałby rady zejść po scho­dach. Pozwo­liła mu oprzeć się o sie­bie z taką siłą, jaką mogła unieść, on obej­mo­wał ją w pasie. W krót­kim kory­ta­rzu pro­wa­dzą­cym na dzie­dzi­niec nie spo­tkali nikogo, na zewnątrz też nie, w pobliżu fon­tanny i wierzby. Kiedy ode­szli kawa­łek od domu, Juan zapy­tał:

- Wypró­bo­wali już Gaspara?

- Dziś po połu­dniu - odparła Tali. - Mnie nie chcieli nic opo­wie­dzieć, ale Ste­phe­nowi tak. Podobno nie prze­szedł żad­nej z sied­miu prób.

Juan spoj­rzał na nią z uśmie­chem, który spra­wiał, że wyda­wał się bar­dzo młody, jak nasto­la­tek. Tali nie widziała już twa­rzy męż­czy­zny, który prze­ra­ził ją poprzed­niej nocy. Usie­dli na fotelu, jed­nym z tych, które Mer­ce­des kazała wynieść do ogrodu i zastą­pić nimi nie­wy­godne meta­lowe i drew­niane ławki. Tali przy­cup­nęła na skraju fotela, Juan obok niej, ale sie­dział wypro­sto­wany, żeby lepiej oddy­chać. W ogro­dzie było bar­dzo ciemno. Kiedy uży­wano kli­ma­ty­za­cji, gaszono wszyst­kie moż­liwe świa­tła, nawet jeśli włą­czony był agre­gat. Dom dla gości był pełen, sta­rano się zapew­nić im wygodę. Nie wolno było zbli­żać się do głów­nej willi, gdzie prze­by­wało medium.

- Nawet nie wiesz, jaką siłę ma ten chło­pak - powie­działa Tali. Juan nie odpo­wie­dział. Pozwo­lił jej mówić. - Mie­li­śmy cięż­kie zada­nie. To dla­tego, że jest mały?

Juan wypro­sto­wał się jesz­cze bar­dziej w fotelu, żeby jej odpo­wie­dzieć. Białka jego oczu wyglą­dały już pra­wie nor­mal­nie.

- Nie. Skoro jest mały, powinno było pójść łatwiej.

- No cóż, nie był to też poród. Ale tro­chę mnie to kosz­to­wało. Ucie­kał mi na wszyst­kie strony!

Juan otarł ręką czoło. Mimo wil­got­nego, trud­nego do znie­sie­nia upału nie pocił się.

- Muszę cię pro­sić o przy­sługę. Chcę, żebyś go utrzy­mała w takim sta­nie. Gaspara.

- No jasne, Juanie. Dopóki nie odej­dziesz, pozo­sta­nie zablo­ko­wany.

- Nie o to mi cho­dzi.

- Juan, żeby roz­ma­wiać, powin­ni­śmy użyć ciszy, nie?

Pokrę­cił głową. Był pod­eks­cy­to­wany.

- Dziś sły­szę, jak rosną rośliny, sły­szę każdy szept w domu, kroki gości, nawet lamenty tych, któ­rych Mer­ce­des ukrywa w tunelu. Nikt nas nie pod­słu­chuje. Jeste­śmy sami.

I wtedy ją popro­sił: chcę, żebyś zablo­ko­wała mojego syna na zawsze. Muszę wie­dzieć, czy potra­fisz to zro­bić. Tali powie­działa, że może spró­bo­wać, ale wyja­śniła mu także, jak bole­sne może to być dla kogoś tak mło­dego. Odpra­wia­jąc obrzędy, żeby go zablo­ko­wać, czuła, jakby robiła fizyczną krzywdę chłopcu. Jakby krzy­czał, mówiła Tali i przy­po­mniała sobie te dresz­cze, wra­że­nie, że prze­cina mię­śnie, kiedy mani­pu­lo­wała laleczką zro­bioną z krwi, wło­sów, ubrań i kości. Jakby dusiła sil­nego kociaka, który dopiero co przy­szedł na świat i despe­racko pra­gnie żyć. Ste­phen musiał kre­ślić znaki wiele razy, bo zni­kały, jakby bra­ko­wało im mocy, jakby ście­rała je jakaś ręka. Utrzy­ma­nie Gaspara w tym sta­nie było moż­liwe, ale wyma­gało wiele wysiłku i jak sądziła Tali, miało się oka­zać dla niego szko­dliwe. I ozna­czało wyrok śmierci na nią i Ste­phena, jeśli zostaną odkryci.

Oczy Juana były zimne.

- Nie odkryją was, jeśli odpra­wi­cie rytu­ały w Świą­tyni. Znak ochronny pozwoli utrzy­mać w tajem­nicy wszystko, co roze­gra się w środku.

- Jesteś palan­tem, nie powie­dzia­łeś mi, że po to go robisz.

- Możesz zablo­ko­wać mojego syna?

- Nie wiem, co się może stać, kiedy doro­śnie.

- Kiedy doro­śnie, zoba­czymy. Nikt go niczego nie nauczy. Chcę, żeby wie­rzyli, że się nie nadaje. Jedno podej­rze­nie wystar­czy, żeby zaczęli go wyko­rzy­sty­wać.

Ste­phen wszedł do ogrodu ścieżką pro­wa­dzącą od domu dla gości. Ukuc­nął przed Juanem i zlu­stro­wał go wzro­kiem. Prze­spał się tro­chę, wyda­wał się spo­koj­niej­szy.

- Moja matka uważa, że Cere­mo­nia była fan­ta­styczna, i chce cię zoba­czyć, kiedy poczu­jesz się lepiej. Twój syn jest z Mar­ce­liną.

- Tali opo­wie­działa mi, że Gaspar nie prze­szedł żad­nej próby.

Juan pamię­tał dokład­nie sie­dem prób. Były pro­ste i mia­ro­dajne. Prze­szedł je wszyst­kie bez więk­szego wysiłku, zanim jesz­cze ujaw­nił się jako medium. Gaspar też by je prze­szedł, gdyby nie zabiegi Ste­phena i Tali.

- Dzie­ciak mógłby być wspa­niały, gdy­byś go wyszko­lił. Jeśli pozwo­lił­byś, żebym ja to zro­bił. Rosa­rio tego chciała i dobrze o tym wiesz.

- I już dość go nauczyła. Gaspar ma sześć lat i sta­wia tarota. Nie chcę wra­cać do tych dys­ku­sji. Nie będziemy się kłó­cić. Ja już posta­no­wi­łem. Nie wyco­fa­cie się, prawda?

- Oczy­wi­ście, że nie. Będą powta­rzać próby raz na rok albo za każ­dym razem, kiedy uznają to za sto­sowne. Nie powie­dzieli mi, jak to zro­bią, ale tego nie możesz odmó­wić.

- Wła­śnie pro­si­łem Tali, żeby zablo­ko­wała Gaspara na zawsze, musisz jej pomóc.

Ste­phen wes­tchnął.

- Słu­chaj, wiem, że w tej chwili ostroż­ność nie­wiele cię obcho­dzi, ale roz­ma­wia­nie o tym tutaj to sza­leń­stwo.

- Pomo­żesz jej?

- Oczy­wi­ście, że tak. I wystar­czy już. Wystar­czy.

Ste­phen wziął Juana za obie ręce. Jak Tali, pogła­skał ranę na dłoni. Pójdę po Gaspara, powie­dział.

Kiedy chło­piec wszedł do ogrodu, z oczyma kle­ją­cymi się od snu, pro­wa­dzony przez Ste­phena, miał bar­dzo poważną minę, póki nie zoba­czył ojca, wtedy zaczął biec, wsko­czył na fotel i przy­tu­lił go tak mocno, że Tali musiała spoj­rzeć w inną stronę, na noc i jej burzę, świa­tła w domu dla gości, białe orchi­dee wiszące nad omszo­nymi drze­wami.

Juan i Gaspar razem spali i razem spę­dzili pora­nek, zje­dli kola­cję i śnia­da­nie w łóżku, oglą­dali tele­wi­zję. Juan czuł do niego ten szcze­gólny dystans, jak zwy­kle po Cere­mo­nii: nad­wraż­li­wość połą­czoną ze zmę­cze­niem i zamro­cze­niem.

Gaspar nie opo­wia­dał nic o pró­bach, któ­rym pod­dały go jego bab­cia, Flo­rence i Anne. Juan nie chciał go wypy­ty­wać. Czy pomy­ślał, że to jakaś zabawa? Opo­wie mu w swoim cza­sie. Zmę­czony po godzi­nach utraty przy­tom­no­ści, wolał to zawie­sze­nie. Jed­nak znał syna na tyle dobrze, by wie­dzieć, że skoro nie wspo­mi­nał o tym, co się stało, to dla­tego, że wciąż o tym myślał. A gdy Gaspar mil­czał i zasta­na­wiał się, to dla­tego, że coś mu się nie spodo­bało, ale nie znaj­do­wał jesz­cze słów, by o tym opowie­dzieć. Potrze­bo­wał czasu, a Juan chciał mu go dać. Mówił o czym innym. O zoo, do któ­rego zabrała go Mar­ce­lina. Tam opie­kują się zwie­rzę­tami, mówił, bo źli ludzie na nie polują. Źli ludzie. Juan się uśmiech­nął, powta­rzał po kimś to wyra­że­nie. Czuł wyraź­nie pracę, jaką wyko­nali nad nim Tali i Ste­phen. On mógł wszak wciąż odgad­nąć, co myśli jego syn, i roz­ma­wiać z nim, nie wypo­wia­da­jąc słów. Nie czuł już jed­nak tej wibra­cji, która nara­stała, odkąd zoba­czyli tam­tej nocy w hotelu ducha cię­żar­nej kobiety. Wibra­cja była gęsta i pul­su­jąca jak ból głowy. Chło­piec czuł się lepiej bez tego cię­żaru.

Brad­ford wiele razy zaglą­dał w nocy do Juana, żeby upew­nić się, że ma się dobrze. Dok­tor Biedma też. Gaspar spał tak spo­koj­nie u jego boku, że nawet się nie obu­dził, kiedy Brad­ford wcho­dził i kil­ka­krot­nie mie­rzył Juanowi ciśnie­nie. Tak miło było nakryć się prze­ście­ra­dłem, usiąść na łóżku i patrzeć na noc za oknem, zosta­wić za sobą roz­bry­zgniętą krew, obo­lałe po trans­for­ma­cji dło­nie, widok skła­da­nych w ofie­rze, zawią­za­nych oczu i otwar­tych ust.

I poza tym zosta­wić za sobą nowo zdo­bytą pew­ność: on nie otwo­rzył Ciem­no­ści dla Rosa­rio. Nikt poza nim nie mógł jej otwo­rzyć, a on tego nie zro­bił. A ponie­waż nikt poza nim nie potra­fił otwo­rzyć Ciem­no­ści, więc jej tam nie było. Demon go zmy­lił. Nie był odporny na jego suge­stie, cho­ciaż lubił myśleć, że jest. Cóż za aro­gan­cja. W każ­dym razie ulgą było wie­dzieć, że Rosa­rio nie zna­la­zła się w lesie dłoni, wśród pól tor­sów, w lesie kości, który ona uwa­żała za świą­ty­nię. Albo w doli­nie wisiel­ców, gdzie męż­czyźni i kobiety wisieli za nogi, gdzie swoją wiecz­ność spę­dzał Eddie, młod­szy brat Ste­phena, chło­pak, który był szko­lony na medium i poniósł klę­skę. Na tych pust­ko­wiach ni­gdy nie było istot żywych. Jedy­nie ludz­kie szczątki. A może był w Brac­twie ktoś jesz­cze zdolny otwo­rzyć Ciem­ność? Czyżby Mer­ce­des zna­la­zła medium wśród porwa­nych, któ­rych wię­ziła? Czy on mógł nie zda­wać sobie z tego sprawy?

Nie, powie­dział gło­śno. Nie może wciąż o tym roz­my­ślać, bo zwa­riuje. W godzi­nach po Cere­mo­nii naj­trud­niej było zacho­wać zdrowy roz­są­dek.

Po śnia­da­niu poszedł z Gaspa­rem na drew­nianą kładkę wiszącą nad koro­nami drzew i scho­dzącą stro­mymi schod­kami na czy­stą plażę, z któ­rej widać było główną przy­stań w Puerto Reyes. Usiadł na gru­bym pia­sku i patrzył na syna, który bawił się paty­kami, szkie­le­tami ryb, swo­imi samo­cho­dzi­kami i plu­skał się na brzegu. Popro­sił, by nikt im nie towa­rzy­szył, z wyjąt­kiem ochro­nia­rzy, innych niż w Buenos Aires, któ­rzy trzy­mali się na dystans. Rzeka była jakby ziry­to­wana, wez­brana od desz­czu, brą­zowa i mętna. Poprzed­niego dnia Mar­ce­lina poży­czyła Gaspa­rowi pla­sti­kowe wia­derko i chło­pak zbie­rał do niego kwiaty żaka­randy opa­dłe z drzew, czer­wone kwiaty kora­lo­drzewu, roz­ma­ite zie­lone liście. Juan miał ochotę popły­wać, ale nie czuł się na tyle silny fizycz­nie, by to zro­bić. Kiedy wycią­gał ramiona, wciąż jesz­cze trzę­sły mu się ręce.

Jego stan mógł się popra­wić po kilku dniach albo nie. Brad­ford mu to wyja­śnił: z medycz­nego punktu widze­nia nie dało się zro­bić nic wię­cej. Miał powięk­szone, nie­wy­dolne serce i to było nie­od­wra­calne. Mógł liczyć na leki, naj­now­szą wie­dzę medyczną i inne środki palia­tywne. Naj­bar­dziej praw­do­po­dobne były jed­nak pogor­sze­nie i śmierć w ciągu mie­sięcy, kilku lat, w ułamku sekundy.

Słońce przy­pra­wiało go o ból głowy.

- Wejdę na drzewo! - krzyk­nął Gaspar.

Juan żało­wał, że nie zabrał niczego do picia; był spra­gniony. Nie chciał pro­sić o nic ochro­nia­rzy. Patrzył, z jaką wprawą jego syn wspina się po zakrzy­wio­nym pniu, a potem stąpa po kolej­nych gałę­ziach, by w końcu usiąść na jed­nej, dość niskiej, jak na koniu. Nauczył się tego pew­nie na spa­ce­rach z matką, gdy robili sobie wycieczki, a on zosta­wał sam, leżąc w łóżku. Kiedy był mały, ni­gdy nie wszedł na drzewo. Zabor­cza zazdrość wypeł­niła jego usta meta­licz­nym posma­kiem i uświa­do­mił sobie, jak nie­bez­pieczne jest to uczu­cie, co ozna­cza ono dla Gaspara, dla niego samego, dla tej odro­biny roz­sądku, jaka mu jesz­cze została.

Wyczuł kroki Ste­phena; dzie­liło ich jakieś sto metrów, nad­cho­dził kładką. Jego krok był tro­chę chwiejny; przy­no­sił coś do picia, coś z lodem. Patrzył, jak scho­dzi z wysił­kiem, balan­su­jąc, po stro­mych schod­kach i z uśmie­chem przy­jął od niego napój. Była to mro­żona her­bata, Ste­phen nie­na­wi­dził yerba mate we wszyst­kich moż­li­wych posta­ciach, ale bar­dzo lubił her­batę upra­wianą w Misio­nes, wyda­wała mu się o wiele lep­sza, niż uwa­żali przy­mu­szani do pracy przy niej parob­ko­wie.

- Dzień dobry - przy­wi­tał się Ste­phen, kiedy usiadł. Juan wypił szklankę her­baty dwoma łykami, zimno spra­wiło, że jego lewe oko mocno zabo­lało. - Chcą dziś z tobą poroz­ma­wiać. Oczy­wi­ście usza­nują twoją decy­zję, jeśli zechcesz prze­ło­żyć spo­tka­nie.

- Nie - odparł Juan. - Im szyb­ciej, tym lepiej.

Ste­phen poskar­żył się na upał i zdjął ciemną koszulkę. Od dawna się nie opa­lał, jego gruba, usiana pie­gami skóra była blada. Miał opa­lone tylko przed­ra­miona, jak kie­rowca cię­ża­rówki. Na ple­cach bliź­nia­cze bli­zny, które zaczy­nały się pod oboj­czy­kami i cią­gnęły się aż do pasa, były grube i wypu­kłe. Juan pogła­dził je opusz­kami pal­ców: to on otwo­rzył i zamknął te rany.

Ste­phen przy­je­chał do Misio­nes z matką. Miał pięt­na­ście lat i Flo­rence uznała, że jest już na tyle duży, by wziąć udział w Cere­mo­nii. Juan, dwu­na­sto­letni, był wysoki i szczu­pły; pod­czas tych pierw­szych obrzę­dów nie rozu­miał jesz­cze, czym było to wra­że­nie w rękach, to pra­gnie­nie nazna­cze­nia kogoś. Ste­phen poka­zał mu drogę, kiedy sta­nął przed nim, uklęk­nął, odwró­cił się i odsło­nił plecy. Potem opo­wie­dział, że cię­cie było bar­dzo szyb­kie i bole­sne; Juan pamię­tał, że jego złote paznok­cie szo­ro­wały po kościach i żebrach Ste­phena. Chło­pak nie krzy­czał ani nie zadrżał, ści­skał dłońmi trawę. Wyja­śnił mu, jaką ulgę przy­no­siły dło­nie, kiedy leczyły rany, paznok­cie były jak piesz­czota. Juan przy­po­mniał sobie, że Flo­rence roz­pła­kała się wtedy z rado­ści. Uwa­żała to za bło­go­sła­wień­stwo. Tro­chę mu zazdro­ściła, musiała przy­znać. Sama nosi­łaby z dumą bli­zny po zło­tych paznok­ciach. Wie­działa, że te znaki były zobo­wią­za­niem wobec Juana, bli­znami wier­no­ści. To, że wier­ność star­szego syna miała odtąd być podzie­lona pomię­dzy medium a Brac­two, nie do końca się jej uśmie­chało, ale Flo­rence akcep­to­wała decy­zje Ciem­no­ści i ich nie kwe­stio­no­wała. Zaszczy­tem było to, że Ciem­ność dotknęła jej star­szego syna, nie­szczę­ściem, że wzgar­dziła Eddiem, młod­szym, naj­więk­szą porażką jej życia. I szkoda, że nie wybrała jej.

Nazna­czeni mieli w Brac­twie spe­cjalny sta­tus: więk­szy dostęp do wie­dzy, rytu­ałów, udział w podej­mo­wa­niu decy­zji w wąskim gro­nie. Byli dotknięci przez bogów. Młoda dziew­czyna nazna­czona poprzed­niej nocy będzie zapra­szana na ważne rytu­ały, będą speł­niane jej kaprysy i jeśli Juan sobie tego zaży­czy, może być z nim w bli­skich sto­sun­kach. Ste­phen mógł tak swo­bod­nie się z nim kon­tak­to­wać nie tylko dla­tego, że był synem Flo­rence, ale też dla­tego, że był jed­nym z nazna­czo­nych. Z bie­giem lat ich więź stała się intymna, bra­ter­ska, a także sek­su­alna. Jeśli Flo­rence to prze­szka­dzało, ni­gdy nie powie­działa tego gło­śno. Wszy­scy jed­nak wie­dzieli, że wola­łaby ten przy­wi­lej dla swo­jego dru­giego syna. Ale już nikt nie wspo­mi­nał o Eddiem, który znik­nął dzie­sięć lat wcze­śniej.

Gaspar potrzą­snął gałę­zią tak mocno, że nie­które liście dole­ciały do Juana i Ste­phena.

- Schodź już! Nie będę cię zdej­mo­wał.

Potem nastą­piła cisza i powolne i pełne waha­nia ześli­zgi­wa­nie się dłoni i nóg. Drzewo nie było wyso­kie i Juan wie­dział, że jego syn sobie pora­dzi. W nie­całe pięć minut znów był na plaży i biegł w jego stronę.

- Trud­niej się scho­dzi, niż wcho­dzi.

- Dziwi cię to?

- Tak, na przy­kład ze scho­dami jest odwrot­nie.

Jedną rękę miał pełną liści, które dosy­pał do kolek­cji w wia­derku. Cześć, powie­dział do niego Ste­phen i usiadł obok. Kiedy Gaspar zaczął porząd­ko­wać swoje kwiaty i chwa­sty, i liście na ciem­nym pia­sku plaży, Juan zapy­tał go:

- Jak było wczo­raj z bab­cią? Opo­wia­da­łeś mi tyle o zoo, ale o tym, jak się z nią bawi­łeś, ani słowa.

- Nudzi­łem się. Powie­działa, że pój­dziemy się poba­wić, ale bawi­li­śmy się w dziwne rze­czy, które nie były fajne. Nie lubię być z bab­cią. Z dziad­kiem tak.

- W co się bawi­li­ście?

Gaspar opo­wie­dział o pró­bach na swój spo­sób, nie­spójny i cha­otyczny, ale Ste­phen i Juan, któ­rzy je znali, od razu zro­zu­mieli, o czym mówi. Zasło­nili mu oczy i zapy­tali, kto jest w pokoju. Wymie­nił obec­nych. Nie wyczuł nikogo innego. Kiedy wciąż miał opa­skę na oczach, popro­szono go, żeby wyobra­ził sobie sym­bole. Jak co, zapy­tał Gaspar. Jak liczby. Albo inne. Opo­wie­dział o kwia­tach, które widział, zanim zaczy­nała go boleć głowa.

- To się nie liczy? - zapy­tał Juan.

- Chyba nie zwró­ciło ich uwagi. To aura migre­nowa. Nie są idio­tami.

Chło­piec mówił jak we śnie, ukła­da­jąc obok sie­bie fio­le­towe kwiaty, czer­wone kwiaty, jasno­zie­lone liście, ciem­no­zie­lone liście, korę, jak skład­niki potrawy przed wrzu­ce­niem do garnka.

- Potem kazali mi iść przez dziwną część zoo, a oni bie­gali w kółko, tak mi się wydaje. Nie wiem, co to miała być za zabawa. Jak w cho­wa­nego, ale ja prze­stra­szy­łem się hała­sów, poza tym nie­któ­rzy nie mieli ubrań i mi się to nie podo­bało. Dzia­dek po mnie przy­szedł, ale dopiero dużo póź­niej. Już w nocy.

- Dobrze. I co jesz­cze?

- Potem nudy, posa­dzili mnie na jakichś kół­kach na tra­wie. Czy są z kredy, tato?

- Tak, są z kredy.

Juan pomy­ślał: wcze­śniej były z krwi, synu, ale twoja matka zabro­niła im tego, kiedy pod­ro­słeś. To dziwne, że usza­no­wali jej życze­nie.

- I jesz­cze jedna nudna rzecz: kazali mi zostać w łóżku z krzy­wymi nogami i myśleć o rze­czach, które mówili, ale nie zro­zu­mia­łem ich dobrze. I mają rękę, taką jak miała w torebce mama, może to ta sama.

Juan zmarsz­czył brwi. Nie podo­bało mu się, że wspo­mniał o tej ręce w obec­no­ści Ste­phena, poza tym wie­dział, że jest ukryta. Jeśli ją zna­leźli, był to duży pro­blem. Ste­phen się wtrą­cił:

- Nie, to nie ta sama. Ta, która nale­żała do Rosa­rio, dalej jest dobrze scho­wana. W Argen­ty­nie mnó­stwo jest ano­ni­mo­wych zmar­łych, a ten dom był przez lata taj­nym wię­zie­niem.

Juan prze­tarł oczy. Ból głowy, także fru­stra­cja spra­wiały, że zesztyw­niała mu szyja.

- Bab­cia się zde­ner­wo­wała, kiedy mi ją podali, bo pra­wie ją upu­ści­łem, jest strasz­nie ciężka. Mama nie pozwa­lała mi jej doty­kać i nie wie­dzia­łem, jak ją chwy­cić.

- Jak się zde­ner­wo­wała?

- Zabrała mi ją, zbiła mnie i powie­działa, że jestem debi­lem, czy coś takiego. Nie wiem, czy powie­działa debil. Ale coś brzyd­kiego. Tak naprawdę to mi upa­dła. Jest ciężka.

- Ude­rzyła cię?

Gaspar zro­bił gest wymie­rza­nia policzka, doty­ka­jąc się wierz­chem dłoni.

- I tak mnie nie bolało. Naprawdę nie bolało.

Juan spoj­rzał na Ste­phena.

- Któ­re­goś dnia ją zabiję - powie­dział. I dodał: - Gaspa­rze, pro­szę, zrób tor wyści­gowy dla swo­ich autek, taki w kształ­cie ósemki.

Gaspar, jakby wdzięczny za koniec prze­słu­cha­nia, zaczął bawić się w pia­sku, udep­tu­jąc go pode­szwami.

Zebra­nie odby­wało się w salo­nie głów­nym Puerto Reyes. Migrena, która zaczęła dawać o sobie znać na plaży nad Paraną, teraz waliła Juana mło­tem w głowę i z każ­dym gwał­tow­nym i nie­mia­ro­wym ude­rze­niem jego serca nara­stały mdło­ści. Usiadł na nie­od­po­wied­nim fotelu obi­tym skórą, nie­od­po­wied­nim, bo zaraz wil­got­niał, był fatalny na upał i wil­goć panu­jące w salo­nie, zbyt dużym, nie­ma­ją­cym kli­ma­ty­za­cji, jedy­nie wia­trak na sufi­cie. Zosta­wił Gaspara śpią­cego w obję­ciach Mar­ce­liny. Ból zmu­szał go, by zamy­kał oczy. Było już za późno, żeby wziąć lekar­stwo, poza tym wie­dział, że potrze­buje cze­goś super­moc­nego, a silny lek prze­ciw­bó­lowy obniży mu za bar­dzo ciśnie­nie, bar­dziej niż lekar­stwa Brad­forda, któ­rych resztki krą­żyły w żyłach, kłu­jąc go deli­kat­nie w zgię­cie łok­cia. Z fotela widział obraz Cándida Lopeza. Atak trze­ciej kolumny argen­tyń­skiej na Curupaytí. Pro­sto­kąt długi na pół­tora metra, przed­sta­wia­jący ludziki z dra­bi­nami, ran­nego na noszach, kilka wybu­chów, sie­dzą­cego na bia­łym koniu męż­czy­znę, który wyda­wał się obo­jętny na wszystko, z unie­sioną szpadą, w tle eks­plo­zje jak niskie chmury, zie­mia jak bagno, niebo zachmu­rzone wojną. To było piękne. Ta odle­gła śmierć, obser­wo­wana, infan­tylna.

Ste­phen przy­go­to­wy­wał zimne napoje, jakby cze­ka­jąca ich roz­mowa miała być miłą wymianą zdań, pozba­wioną szan­tażu, rodza­jem her­batki dla zna­jo­mych. On sam jed­nak pił whi­sky z nie­wy­czer­pa­nych zapa­sów Adolfa. Juan odsu­nął szklankę pełną lodu: alko­hol zwięk­szał ból. Ste­phen pod­szedł i poło­żył mu lód na karku.

- To ci pomaga?

Juan nie odpo­wie­dział. Nie poma­gało, ale chciał mieć Ste­phena bli­sko. Udo­wod­nił mu swoją lojal­ność już dawno temu i tak prze­ko­nu­jąco, że nie spo­sób było w nią wąt­pić.

Tylko Mer­ce­des, Flo­rence i Anne Clark były w salo­nie. Kobiety, sze­fowe. Flo­rence wło­żyła sukienkę w kwiaty, jedwabną, która zda­wała się uno­sić wokół niej. Była wysoka, tego popo­łu­dnia pra­wie nie miała biżu­te­rii ani maki­jażu, bez niego jej skóra, zbyt blada, nabie­rała odcie­nia sza­ro­ści, a zęby, tro­chę pożół­kłe, uka­zy­wały się tylko, kiedy się śmiała. Upięła włosy, dłu­gie i trudne do uło­że­nia, w kok. Mówiła, że Ciem­ność obja­wiła się tym razem w nie­zwy­kły spo­sób. Dwa­na­ścioro dotknię­tych, naj­więk­sza liczba, jaką kie­dy­kol­wiek udało się osią­gnąć. Juan chciał się dowie­dzieć, ilu zostało połknię­tych, a ona, nie bez dumy, powie­działa, ośmioro, i powie­działa, eight, czę­sto tak robiła, mie­szała angiel­ski i hisz­pań­ski, roz­ma­wia­jąc z Juanem, który rozu­miał oba te języki.

Dla­tego przede wszyst­kim chcie­li­śmy ci podzię­ko­wać, powie­działa Flo­rence. So gra­te­ful. Gdyż bogo­wie prze­mó­wili, a zapis ich słów rów­nież jest długi. Wiemy, ile kosz­tuje to twoje ciało, wiemy, że jesteś pełen wąt­pli­wo­ści. To nor­malne, że medium ma chwile waha­nia. Ale my musimy chro­nić Brac­two przed sza­leń­stwem medium. Wiemy, że twój stan zdro­wia się pogor­szył. Wiemy, jaką cenę płaci medium za bycie wro­tami.

- Medium jest tutaj - zauwa­żył Juan. - Nie mów tak, jak­byś miała na myśli kogoś innego. Zanim zako­mu­ni­ku­je­cie mi to, co macie do zako­mu­ni­ko­wa­nia, muszę się cze­goś dowie­dzieć i ocze­kuję odpo­wie­dzi. Mam dość mil­cze­nia.

Kobiety unio­sły głowy, cze­ka­jąc na pyta­nie, a on pod­niósł głos. Na zewnątrz szcze­kały psy.

- Podró­żu­jąc tu, przy­wo­ła­łem pewną istotę. Nie muszę wam tłu­ma­czyć, po co to zro­bi­łem. Odpo­wie­działa na moje pyta­nie sło­wami, które zin­ter­pre­to­wa­łem w spo­sób szcze­gólny. Myl­nie. I trwa­łem w tym błęd­nym prze­ko­na­niu z upo­rem maniaka. Dopiero potem zro­zu­mia­łem, że to głu­pota i że to zamro­cze­nie było dzie­łem magii. Bar­dzo sku­tecz­nej, bo jej nie wyczu­łem. Musia­łem zna­leźć się w tym domu, żeby zro­zu­mieć swój błąd. Żeby zro­zu­mieć, kim są "ci, co do cie­bie prze­ma­wiają". Cho­dzi o was.

Przyj­rzał się kobie­tom uważ­nie. Były spo­kojne. Anne, ze sta­ran­nie ucze­sa­nymi siwymi wło­sami, jako jedyna wyda­wała się nieco zde­ner­wo­wana. Była naj­star­sza i miała naj­wię­cej skru­pu­łów.

- Nie doce­nia­cie mnie. Wie­cie, że być może mój cykl dobiega końca. Ale, jak widzia­ły­ście wczo­raj, ten cykl może spo­wo­do­wać jesz­cze bar­dzo silne wyła­do­wa­nia.

Flo­rence chciała się wtrą­cić, ale Juan pod­niósł rękę.

- Nie teraz. Chcę, żeby­ście mi powie­działy, czemu mną mani­pu­lo­wa­ły­ście.

Flo­rence odpo­wie­działa i była bar­dzo kon­kretna.

- Mamy Rosa­rio - powie­działa. -Trzy­mamy ją w miej­scu, w któ­rym nie możesz jej odna­leźć. Out of reach.

Juan zamknął oczy. Ból roz­le­wał się na szczękę, dla­tego zaci­skał zęby.

- Gdzie ona jest?

- Tego nie wiemy. Musisz sam to usta­lić.

- Rzu­ci­ły­ście urok, nie wie­dząc, jak go odczy­nić. To chce­cie mi powie­dzieć?

- Tak, wła­śnie to. - Flo­rence skrzy­żo­wała ramiona.

- Czemu zabi­ły­ście Rosa­rio? Żeby ode­brać mi moc? Myśla­ły­ście, że chce prze­jąć kon­trolę nad Brac­twem?

Mer­ce­des wstała.

- Nie zabi­ły­śmy mojej córki. Sza­nu­jemy naszą krew. Miała wypa­dek.

- I wtedy zoba­czy­ły­ście oka­zję.

Mer­ce­des spoj­rzała na niego sta­now­czo zza swo­ich ciem­nych oku­la­rów. Mil­czała.

- Nie wie­rzę wam. Nie­ważne. Gdzie wysła­ły­ście moją żonę?

- Nie wiemy i nie kła­miemy - odrze­kła Flo­rence. - Pod­czas ostat­niej Cere­mo­nii bogo­wie mówili o róż­nych miej­scach śmierci. Wysła­ły­śmy jej duszę do jed­nego z nich. Ale wciąż nam nie poka­zali, jak ją zna­leźć, i nie możemy nawią­zać z nią kon­taktu. We just can't. Like you. Co roku, odpra­wia­jąc dla nas Cere­mo­nię, będziesz mógł zapy­tać Ciem­ność, gdzie jest to miej­sce i jak można ją stam­tąd wycią­gnąć. Prę­dzej czy póź­niej ci odpo­wie.

- Czy to miej­sce cier­pień?

- Tak - odpo­wie­działa chłodno Flo­rence. - Musimy być pewne naszego bez­pie­czeń­stwa i two­jego zaan­ga­żo­wa­nia. Nie możesz jej tam zosta­wić, prawda? Musisz jej szu­kać pod­czas Cere­mo­nii i dla­tego przy­jeż­dżać do Puerto Reyes. Może będziesz pro­wa­dził poszu­ki­wa­nia na wła­sną rękę, to już nie nasza sprawa. Musisz tylko wie­dzieć, że odpo­wiedź na twoje pyta­nie jest tutaj.

Juan przy­mknął oczy, uda­jąc ból, ale tak naprawdę badał ener­gię w salo­nie, żeby zoba­czyć, czy może zro­bić im krzywdę. Gdy zbli­żył się do Mer­ce­des i do Flo­rence, poczuł to. Coś je chro­niło, coś potęż­nego. Wyco­fał się. Kiedy stały się takie silne? Wszyst­kie trzy były wcze­śniej tylko wyróż­nia­ją­cymi się, prak­ty­ku­ją­cymi cza­row­ni­cami. Zro­zu­miał: jego moc malała. Coś, co kie­dyś wyda­wało się nie­groźne, teraz stało się ważne i potężne. Siły się wyrów­ny­wały. Usły­szał, jakby we śnie, głos Ste­phena:

Jeśli je wykoń­czysz, ni­gdy nie powie­dzą ci, co zro­biły z Rosa­rio. Oszczędź je.

Wszystko jest w tek­stach, mówią. Mogę zaj­rzeć do tek­stów.

Ten tekst na pewno dobrze scho­wały. Ale dotrzemy do niego, jeśli zacho­wasz spo­kój. Masz inne spo­soby, żeby ją odna­leźć, one ich nie znają. Nie zapo­mi­naj o tym. Znaj­dziemy ją.

Juan nie miał nic do powie­dze­nia. Więc Rosa­rio naprawdę była w Ciem­no­ści. W pew­nym sen­sie. Demon go nie okła­mał, on też nie zin­ter­pre­to­wał jego słów do końca źle. Po pro­stu bra­ko­wało mu infor­ma­cji.

- Chcia­ły­śmy się tylko upew­nić, że tu powró­cisz i na­dal będziesz przy­wo­ły­wał, bo w prze­ciw­nym wypadku ona zosta­nie tam na zawsze - cią­gnęła Flo­rence. - I zgo­dzisz się na wypró­bo­wa­nie Rytu­ału na twoim synu, kiedy będzie to konieczne.

- I udzie­lisz nam wska­zó­wek, żeby­śmy wszy­scy mogli zro­bić to z powo­dze­niem - dodała Mer­ce­des. - Do tej pory było to moż­liwe tylko dla medium. Nie możemy pozwo­lić, żeby cokol­wiek prze­rwało ten pro­ces.

- Rosa­rio mogła go prze­rwać - powie­dział Juan. - Uwa­ża­ły­ście, że ona ma nade mną tę wła­dzę, że będzie chciała chro­nić swoje dziecko.

Nie było odpo­wie­dzi. Juan mówił dalej:

- Mer­ce­des, nie masz już wię­cej dzieci, na które mogła­byś prze­nieść swoją świa­do­mość.

Uśmiech­nęła się.

- Juanie, ból głowy zupeł­nie cię ogłu­pił. Nie mam syna, za to mam wnuka.

- Ciało Gaspara należy do mnie.

- Jeśli ci się nie uda, to nie. Jeśli posta­no­wisz, że ci się nie uda, jak się oba­wiam, że zamie­rzasz zro­bić, to ja prze­niosę się do jego ciała. To, co się liczy, to krew.

Znów się uśmiech­nęła i spoj­rzała na Flo­rence, która powie­działa:

- Juanie, ni­gdy nie mie­li­śmy medium, które można by porów­nać z tobą. Musimy się zabez­pie­czać przed tym, co się z tobą dzieje. Media zwy­kle tracą rozum. They lose their mind! It hap­pe­ned too many times. Stają się nie­prze­wi­dy­walne, bun­tują się. Rozu­miemy to. Ale to, co Ciem­ność, nasze pra­dawne bóstwo, nam daje, nie powinno zostać prze­rwane przez kaprys albo chwi­lowe sza­leń­stwo. Nawet przez twoją cho­robę. Musimy cię chro­nić przed twoją wła­sną mocą. Prze­sła­nie nie może zostać zatrzy­mane tylko dla­tego, że ty zwró­cisz się prze­ciwko nam. Ciem­ność poka­zuje nam, jak zwy­cię­żyć śmierć. Poka­zuje, jak skon­tak­to­wać się ze sta­rymi bogami. Ima­gine that. Musisz przy­wo­ły­wać dla nas. Twoja żona powie­działa, że już nie chcesz tego robić, a my nie możemy na to pozwo­lić. Wiesz dosko­nale, że kiedy trzeba zro­bić coś dla Brac­twa, ja się nie cofnę. I'm so ter­ri­bly sorry. Jestem ci wdzięczna jak nikomu na świe­cie. Ale nie mogę ci pozwo­lić nas opu­ścić ani na to, żebyś miał nad nami wła­dzę.

- Naprawdę myśli­cie, że chcę prze­stać przy­wo­ły­wać? Że Ciem­ność mi na to pozwoli?

Flo­rence prze­chy­liła głowę i jej kok nie­mal się roz­padł. Kosmyk rudych wło­sów zsu­nął się na czoło.

- Moż­liwe, że na jakiś czas by ci się to udało, jeśli tego pra­gniesz. My boimy się, że zechcesz zakoń­czyć swoje życie. You can kill your­self, mógł­byś to zro­bić, żeby prze­stać przy­wo­ły­wać. Nie byłoby to pierw­sze samo­bój­stwo medium.

- Mogę też umrzeć pod­czas każ­dej Cere­mo­nii.

- Wąt­pię w to. Wiem, że potra­fimy udzie­lić ci pomocy, i musimy pod­jąć takie ryzyko. Ale jeśli zechcesz się zabić, nie zosta­nie nam nic. Teraz, kiedy twoja żona jest uwię­ziona, nie sądzę, że to zro­bisz, będziesz chciał dalej żyć, żeby ją uwol­nić. Ciem­ność powie, gdzie ona jest.

- Poza tym - dodała Mer­ce­des - nie chcę, żebyś myślał, że się pod­damy i prze­sta­niemy spraw­dzać moż­li­wo­ści mojego wnuka. Moja córka mogła nas okła­my­wać albo nie, to nie­ważne. Była ambitna, chciała odzie­dzi­czyć Brac­two, nie winię jej za to, ale ni­gdy jej nie ufa­łam. Gaspar być może ujawni się póź­niej.

- Gaspar nie jest moim spad­ko­biercą. Nie jest medium.

- Jesz­cze nie. Jeśli okaże się, że jed­nak jest, zosta­nie nazna­czony jak ty. Lewa ręka znaj­duje swoją drogę, wyciąga palce. Tego nie da się ukryć. It radia­tes. Wiem, co czu­jesz do chłopca - mówiła Flo­rence. - Widzia­łam was razem. Jeste­ście prze­peł­nieni miło­ścią. Wie­rzy­li­śmy, że jest uta­len­to­wany. Wciąż w to wie­rzymy, cho­ciaż dotych­czas się nie ujaw­nił. Jeśli jest, zosta­nie twoim spad­ko­biercą. Jeśli nie jest, wiem, że będzie ci trudno odpra­wić Rytuał, kiedy przyj­dzie na to czas. Ale uży­jesz jego ciała i będziesz tego chciał. Któż by nie chciał? To akt miło­ści. Mamy dzieci po to, żeby trwać, są naszą nie­śmier­tel­no­ścią. Żałuję, że Rytuał nie jest moż­liwy w tej chwili, Gaspar jest za mały. Znam zasady. Lepiej, żebyś to ty zajął jego ciało, prawda? Jeśli posta­no­wisz się zabić, mógłby to zro­bić ktoś inny. A tego byś nie chciał, of course you don't.

Juan ode­tchnął głę­boko, zanim zabrał głos.

- Przez te lata, zanim będzie dość duży, byśmy odpra­wili Rytuał, chcę, żeby­ście zosta­wili go w spo­koju. Nie chcę, żeby­ście się z nim kon­tak­to­wali. W żaden spo­sób. Chcę, żeby był nor­mal­nym chłop­cem przez ten czas, jaki mu pozo­stał.

- Oczy­wi­ście, mój drogi - wtrą­ciła Flo­rence i spoj­rzała na Mer­ce­des z ukosa. Nie dener­wuj go, mówiły jej oczy. - Nie zła­miemy zasad, które usta­li­li­śmy z tobą i z Rosa­rio, będzie­cie pro­wa­dzić nor­malne życie. Medium, jak sam wiesz, ujaw­nia się samo. And it's a power­ful reve­la­tion. Dowiemy się tego. Zawsze masz przy sobie jakichś człon­ków Brac­twa: oni już strzegą two­jego syna, na­dal będą to robić. Jeśli Gaspar się ujawni, powie­dzą nam o tym. Medium nie może ukry­wać się w nie­skoń­czo­ność. Poza tym będzie bli­sko dziew­czynki, czar­nego cudu. Ona go wzmocni, została dotknięta. Nie chcesz przy­wo­zić go tu w lecie, na Cere­mo­nię? Dobrze, nie rób tego. I agree with you. To może być nie­bez­pieczne. No bo co zro­bimy, jeśli Ciem­ność go zechce i stra­cimy jego ciało? To twoja decy­zja, ja nie będę się jej prze­ciw­sta­wiać.

- Nikomu z was nie wolno się do niego zbli­żać. Żad­nych kon­tak­tów z Mer­ce­des. Z Adol­fem też nie.

Mer­ce­des wstała z krze­sła. Juan zoba­czył furię w jej oczach.

- Będzie strze­żony, będziemy dosta­wać raporty. Nie­moż­liwe, by uciekł. Nie ma dokąd. Jego ciało jest bez­cenne, konieczne. Znaj­dziemy spo­sób, by utrzy­mać cię przy życiu, aż doro­śnie na tyle, żeby móc cię przy­jąć.

- Wy ni­gdy nie utrzy­my­wa­ły­ście mnie przy życiu. Moje żało­sne życie zawdzię­czam Brad­for­dowi.

- Co do tego ni­gdy się nie zgo­dzimy. On był naj­waż­niej­szy. But we hel­ped too.

Flo­rence mówiła dalej, ale Juan już jej nie słu­chał. Był zbyt wście­kły i zbyt wycień­czony, żeby się kłó­cić. Prze­szyła go dzika tęsk­nota za Rosa­rio. Wygrały, on mógł się tylko pod­po­rząd­ko­wać. Tym razem przy­szło mu prze­grać. Poczuł, że ból sytu­uje się za oczami. One miały Rosa­rio, on musiał ją zna­leźć. Musiał to zro­bić, bo ona zro­bi­łaby to dla niego. Wstał i skie­ro­wał się do wyj­ścia.

- Nie śledź­cie mnie - powie­dział. - Mogę was wszyst­kich poza­bi­jać. Czy media nie są samo­bój­cami? Nie tracą rozumu?

Uśmiech­nął się do nich. Reszt­kami sił, w strasz­li­wym bólu, wyszedł z salonu. Na zewnątrz świa­tło słońca było białe jak na pustyni.

Juan popro­sił Ste­phena, żeby zosta­wił go samego, chciał odpo­cząć w swoim pokoju, ból głowy nie pozwa­lał mu myśleć ani cho­dzić. Gaspar spał na brzu­chu. Pach­niał chlo­rem z basenu i miał wil­gotne włosy. Nie chciał go budzić. Zawsze się dzi­wił, że Ini­cjo­wani przy­jeż­dżali na Cere­mo­nię sami. Ilu przy­je­chało tym razem? Pięć­dzie­się­ciu? Sześć­dzie­się­ciu? A ich dzieci? Bo prze­cież wszy­scy mieli dzieci. Byli bogaci. Mogli zapła­cić opie­kunce, dopóki dzieci nie doro­sną na tyle, żeby rów­nież uczest­ni­czyć w Rytu­ale. I do tego wieku dora­stało się szybko; co innego Adela, to był wypa­dek. Któ­re­goś razu Ciem­ność, za jego pośred­nic­twem, ode­rwała rękę dzie­się­cio­lat­kowi. Matka, zamiast w zwy­kłą eks­tazę Ini­cjo­wa­nych, wpa­dła w histe­rię, zagro­ziła, że wszystko wyjawi, że ich oskarży. Flo­rence nie tole­ro­wała tego rodzaju nie­po­słu­szeń­stwa. Kobieta została wrzu­cona, z kamie­niami u nóg, do Parany. Żeby dołą­czyła do tych wszyst­kich pomor­do­wa­nych leżą­cych w kory­tach argen­tyń­skich rzek. Zbrod­nie dyk­ta­tury były bar­dzo uży­teczne dla Brac­twa, zapew­niały ciała, alibi, wywo­ły­wały stru­mie­nie bólu i stra­chu, emo­cji, które oka­zy­wały się uży­teczne, by mani­pu­lo­wać.

Juan pod­krę­cił tro­chę kli­ma­ty­za­cję i okrył syna kocem. Zna­lazł w tor­bie strzy­kawkę i śro­dek prze­ciw­bó­lowy w zastrzyku; było już za późno, by zwal­czyć migrenę tablet­kami. Użył paska, żeby prze­wią­zać ramię i poszu­kać odpo­wied­niej żyły. Ledwo widział, co robi; ból głowy mącił mu wzrok. Mimo wszystko się udało. Już nie bał się dzia­łań ubocz­nych tak sil­nego środka; pomysł, by samemu rzu­cić się do rzeki, prze­śla­do­wał go jak nie­zno­śne bucze­nie. Ale jeśli chciałby się uto­pić, musiałby zabrać ze sobą Gaspara. Albo popro­sić Ste­phena, żeby odszu­kał jego brata w Rio de Jane­iro i prze­ka­zał mu dziecko. Ale Brac­two na pewno ode­bra­łoby chłopca bratu, prę­dzej czy póź­niej. Żeby został naczy­niem dla Mer­ce­des. Żeby został medium, kiedy odkryją i znisz­czą pracę Ste­phena i Tali, i zabiją ich oboje. Byli w nie­bez­pie­czeń­stwie. Wymy­ślił ochronę dla syna z uży­ciem ele­men­tów przy­nie­sio­nych z Innego Miej­sca, strefy Ciem­no­ści nie­zna­nej Brac­twu. Wciąż potrze­bo­wał ochrony cał­ko­wi­tej, osta­tecz­nej, która wciąż nie nad­cho­dziła. Pan Cier­pli­wo­ści, pomy­ślał i dotknął ramie­nia. Z zamknię­tymi oczyma cze­kał na efekt dzia­ła­nia środka prze­ciw­bó­lo­wego. Musiał cze­kać dość długo. Wie­dział, że ból cał­kiem nie znik­nie, ale łupa­nie w gło­wie osłab­nie, zmniej­szy się ciśnie­nie w skro­niach, zwolni puls, który wyda­wał się tło­czyć gorące żelazo zamiast krwi.

Zamknął powoli drzwi, scho­wał nie­wielką latarkę w tyl­nej kie­szeni dżin­sów i pró­bu­jąc nie robić hałasu, ruszył do tunelu pomię­dzy domami. Przed laty uży­wano go z róż­nych eks­cen­trycz­nych powo­dów; służba prze­miesz­czała się nim, kiedy padał deszcz, żeby nie zabru­dzić głów­nego domu ani domu dla gości kolo­ro­wym bło­tem; prze­cho­wy­wano w nim nie­uży­wane meble i orga­ni­zo­wano tajne spo­tka­nia; kie­dyś urzą­dzono tam pod­ziemną pral­nię, gdzie zmy­wano tale­rze i prano ubra­nia. Ale po powo­dzi tunelu już nie było: roz­le­wa­jące się błoto zmio­tło cegły. Oprócz pierw­szego odcinka, który wciąż miał swoją żela­zną furtkę zamy­kaną na kłódkę.

Juan otwo­rzył ją, nie zasta­na­wia­jąc się ani chwili; nie było drzwi, któ­rych nie mógłby otwo­rzyć. Od razu poczuł zapach i cier­pie­nie żyją­cych tu istot. Włą­czył latarkę i ruszył pra­wie na kola­nach, tunel był za niski i dla niego - dwu­me­tro­wego męż­czy­zny - oka­zał się okrop­nie cia­sny. I wtedy zna­lazł pierw­sze dziecko.

Było w klatce dla zwie­rząt, naj­pew­niej przy­nie­sio­nej z pobli­skiego zoo. (Są tam tukany, oja­cie!, tukany są nie­sa­mo­wite!, krzy­czał pod­nie­cony Gaspar). Przy­po­mniał sobie, jak zmu­szono Rosa­rio do opieki nad inną grupką porwa­nych dzieci - Mer­ce­des trzy­mała je w jed­nej ze swo­ich posia­dło­ści w pro­win­cji Buenos Aires - i on posta­no­wił jej pomóc. Wtedy też żyły w klat­kach. Teraz pierw­szy z chłop­ców sie­dział w zardze­wia­łej i brud­nej klatce, słu­żą­cej pew­nie kie­dyś do trans­portu zwie­rząt. Lewą nogę miał przy­wią­zaną do ple­ców w pozy­cji wska­zu­ją­cej na to, że trzeba było zła­mać mu bio­dro. Dziecko było bar­dzo małe (rok?, trudno powie­dzieć w tym chle­wie), więc łama­nie go pew­nie poszło bez trudu. Miało też wykrzy­wioną szyję, z powodu uło­że­nia stopy, a kiedy Juan zbli­żył latarkę, by mu się lepiej przyj­rzeć, zare­ago­wało jak zwie­rzę, otwo­rzyło usta i wark­nęło, prze­cięli mu język na pół i teraz był roz­dwo­jony. Wokół niego, w klatce, leżały resztki jego jedze­nia: szkie­lety kotów i małe ludz­kie kości.

Juan poszedł dalej. Kla­tek było mnó­stwo. Inni chłopcy i dziew­czynki byli więksi. Wiele dzieci patrzyło na niego uważ­nie swo­imi czar­nymi oczyma, nie­które były Guara­nami i praw­do­po­dob­nie nie mówiły po hisz­pań­sku. Inne były zapewne dziećmi kobiet i męż­czyzn, któ­rych skła­dano w ofie­rze Ciem­no­ści. Jedne reago­wały na jego obec­ność, cofa­jąc się w głąb kla­tek, inne zale­d­wie otwie­rały oczy. Zoba­czył istoty z zębami spi­ło­wa­nymi tak, że ich szczęki wyglą­dały jak brzesz­czoty, zoba­czył dzieci z oczy­wi­stymi śla­dami tor­tur na nogach, ple­cach, geni­ta­liach; poczuł zapach tych, które musiały być już mar­twe. Zosta­wiali tam trupy, żeby te, które jesz­cze żyły, przy­zwy­cza­iły się do ich zapa­chu? Rosa­rio zmu­szali do grze­ba­nia zmar­łych więź­niów. Zoba­czył sączące się rany, infek­cje, oczy, po któ­rych spa­ce­ro­wały rzeczne robaki lubiące wil­goć. Zatrzy­mał się po przej­ściu mniej wię­cej stu metrów mię­dzy tor­turowanymi isto­tami, żywymi i mar­twymi. Domy­ślił się, że klatki zaj­mo­wały cały odci­nek tunelu, który prze­trwał powódź. Zawró­cił, gotowy zmie­rzyć się z Mer­ce­des, która cze­kała na niego przy furtce, obok swo­jego invun­che. Juan zga­sił latarkę, kiedy Mer­ce­des zapa­liła słabą lampę - jedyne oświe­tle­nie tunelu.

- A więc to twoja nowa kolek­cja, Mer­ce­des?

- Przy­nie­sie efekt. Nasz bóg tak mówi, poka­zuje, że tak trzeba to robić.

- To sza­lony bóg, jak ty.

- Słu­cham roz­ka­zów Ciem­no­ści.

Juan roze­śmiał się, a jego śmiech odbił się obsce­nicz­nym echem od ścian tunelu. Nie­które z ran­nych i umie­ra­ją­cych dzieci aż jęk­nęły. Z głębi dobie­gało ago­nalne rzę­że­nie.

- Ty nie szu­kasz tu medium, Mer­ce­des. Cho­dzi tylko i wyłącz­nie o twoją przy­jem­ność.

Mer­ce­des opu­ściła ręce, wcze­śniej skrzy­żo­wane na pier­siach.

- Teraz to nie jest piękne, ale będzie! Kiedy zaczną pra­co­wać razem! Bogów jest wielu. Nasz tak mówi i roz­ka­zuje odna­leźć nowe medium. Wszystko jest w Księ­dze!

Juan pod­szedł do Mer­ce­des na tyle bli­sko, że mógł zoba­czyć blask w jej oczach za ciem­nymi oku­la­rami, w któ­rych cią­gle cho­dziła, nawet w pół­mroku tunelu.

- Skąd je bie­rzesz, Mer­ce­des? To dzieci Indian? Dzieci więź­niów? Czemu nie popro­sisz o ofiarę boga­tych Ini­cjo­wa­nych z Brac­twa? Pory­wasz je w nocy, czy kupu­jesz od przy­mie­ra­ją­cych gło­dem matek? Rodzice wie­dzą, gdzie są ich dzieci, zanim rzu­cisz je Ciem­no­ści na pożar­cie? Sporo się nauczy­łaś w salach tor­tur swo­ich przy­ja­ciół.

- Jakiś ty współ­czu­jący. Czemu ich nie oca­lisz? Masz moc, żeby to zro­bić.

Juan włą­czył latarkę i pod­niósł ją na wyso­kość ciem­nych oku­la­rów Mer­ce­des. Chciał zoba­czyć jej oczy. Chciał ją ośle­pić.

- To byłoby kolejne okru­cień­stwo. Nikt nie udzieli im pomocy.

Juan oświe­tlił swoją dłoń, a Mer­ce­des zaczęła beł­ko­tać i bła­gać o litość. Pró­bo­wała uciec przez furtkę, ale wola Juana zamknęła ją na cztery spu­sty. Była w tunelu sam na sam ze Zło­ci­stym Bogiem i panem Miej­sca Mocy.

- Wiesz, któ­rędy prze­cho­dzi ten tunel? Nie pro­wa­dzi z domu do domu w linii pro­stej. Ci, któ­rzy go budo­wali, musieli omi­nąć pod­ziemne zbior­niki wodne, bo znaj­duje się bar­dzo bli­sko rzeki. I na pew­nym odcinku, wiele metrów za począt­kiem frag­mentu, który się zawa­lił, prze­cina Miej­sce Mocy. Widzisz?

Oświe­tloną rękę ota­czało teraz czarne świa­tło.

- Kobiety media są znacz­nie potęż­niej­sze. Mają moc przy­wo­ły­wa­nia gdzie­kol­wiek, muszą tylko odpo­wied­nio się sku­pić albo trzeba odpra­wić dla nich rytuał. My, męż­czyźni, jeste­śmy zależni od Miejsc Mocy. Jest ich wiele. Nie­które media po pro­stu na nie wpa­dają, inne uczą się je znaj­do­wać. Ja to potra­fię. Wiem, na jaką odle­głość i z jaką siłą ema­nują. Z dala od takich miejsc jeste­śmy pra­wie nor­malni. Mam natu­ralny talent, ale kosz­tuje mnie to wiele ener­gii. Z dala od Miej­sca Mocy ty i ja nie róż­nimy się tak bar­dzo. Jed­nak w pobliżu...

Z ręki popły­nęło owo ciemne świa­tło, ostre, nóż z cie­nia. Zbli­żył go do jej twa­rzy.

- Na szczę­ście dla cie­bie ten bóg jest znu­dzony, chce tylko wie­dzieć, czy zabi­łaś Rosa­rio. Czy zabi­łaś swoją córkę. Chcę, żebyś się do tego przy­znała, Mer­ce­des, bo ina­czej ta dłoń nie zostawi ci skóry na kościach. Ja nie sza­nuję wię­zów krwi. Nic dla mnie nie zna­czą.

Mer­ce­des cała się trzę­sła. Juan wsu­nął palce mię­dzy pręty klatki i krót­kim ruchem pode­rżnął gar­dło dziecku invun­che, które pra­wie się nie poru­szyło. Cie­pła krew zalała buty Mer­ce­des.

Pozo­stałe dzieci, osza­lałe od sło­nego zapa­chu, zaczęły war­czeć.

- Co jesz­cze? Kto ją zabił? Roz­ma­wia­łem z kie­rowcą auto­busu, który ją potrą­cił. Nawet nie pamięta wypadku. Został pod­sta­wiony. Mogłaś zro­bić to oczy­wi­ście z czy­jąś pomocą. Dla­czego? Co ona ci powie­działa?

Płacz Mer­ce­des zasko­czył Juana. Był kon­wul­syjny, smutny, roz­pacz­liwy.

- Miała plan, żeby mnie zabić. Wie­dzia­łeś o tym? Nie powie­działa ci? Musia­łam się bro­nić.

Juan wspo­mniał Rosa­rio, jej srebrne bran­so­letki, białą opa­skę na wło­sach i to, że potra­fiła mówić w guaraní z szyb­ko­ścią, która zdu­mie­wała wszyst­kich. Rosa­rio i jej dro­gie per­fumy, ołó­wek w zębach, kiedy czy­tała i usta­wiała wia­trak tak, by dmu­chał jej w plecy, nie w twarz. Rosa­rio i jej listy, i jej palce popla­mione tuszem dłu­go­pisu albo kredą.

Deli­kat­nie nary­so­wał okrąg wokół ust Mer­ce­des. Jej wargi i zęby spa­dły mu na otwartą dłoń. Zaraz potem zamknął jej ranę. Krzyki Mer­ce­des i uwię­zio­nych dzieci ogłu­szały go, ale kon­ty­nu­ował swoje zada­nie. Prze­je­chał języ­kiem po każ­dym zębie i patrząc w wytrzesz­czone oczy Mer­ce­des, prze­żuł jej wargi; już nie cier­piała, bo kiedy rana się zamy­kała, ból zni­kał. Bli­zny po ranach, które zada­wał Juan, ni­gdy nie były mięk­kie, od razu robiły się twarde i stare. Potem zbli­żył twarz Mer­ce­des do swo­jej i języ­kiem zli­zał wszyst­kie ślady krwi z jej brody i szyi. Kiedy skoń­czył, popchnął ją i prze­wró­cił.

- Powi­nie­nem uciąć ci rękę, którą ude­rzy­łaś mojego syna. Jest dla cie­bie niczym, co? Ale z tym - otwo­rzył dłoń, żeby poka­zać jej błysz­czące zęby, nie­które sczer­niałe od tyto­niu i plomb - mam wystar­cza­jąco dużo mate­riału, żebyś ni­gdy już go nie dotknęła, nawet nie spró­bu­jesz. Mogę go też użyć, żeby cię kon­tro­lo­wać i zaszko­dzić ci w inny spo­sób.

Mer­ce­des wark­nęła. Z nagimi dzią­słami i w ciem­nych oku­la­rach była gro­te­skowa, okropna. Juan nie miał jej nic wię­cej do powie­dze­nia. Wyszedł i zamknął za sobą drzwi, zablo­ko­wał je sym­bo­lem; nie­któ­rzy człon­ko­wie Brac­twa, na przy­kład Flo­rence, będą zdolni roz­po­znać go i cof­nąć. Ale nie od razu. Mer­ce­des posie­dzi tu sobie tro­chę, słu­cha­jąc, jak umie­rają jej pupile, spa­ce­ru­jąc po tym prze­raź­li­wym tunelu; będą jej poda­wać jedze­nie przez kraty jak zwie­rzę­ciu w zoo, będzie dusić się zapa­chem wła­snego gówna i roz­kła­da­ją­cych się dzieci. Nie­ważne. Oni wygrali, a jemu nie zostało już zbyt wiele czasu, ale teraz przy­naj­mniej wie­dział, co chce zro­bić.

Juan spa­ko­wał torbę spo­koj­nie i popro­sił Ste­phena, żeby zawiózł go na lot­ni­sko. Nie mógł wró­cić sam, miał na karku ochro­nia­rzy i nie zdo­łałby się im wymknąć. Z tru­dem oddy­chał, a kaszel, nie­ustanny, męczący, pogar­szał się z upły­wem godzin.

Mer­ce­des jesz­cze nie pro­siła o uwol­nie­nie z tunelu. Była dumna. Juan chciał wyje­chać, zanim Flo­rence dowie się o jego spo­tkanku z teściową. Gaspar nie spał, leżał ubrany na łóżku i cze­kał. Odkąd dowie­dział się, że wra­cają samo­lo­tem, był pod­eks­cy­to­wany, ale mil­czący i zde­ner­wo­wany. Boisz się, ha, ha, ha, ha, Gaspar boi się, że samo­lot spad­nie, kpił z niego Juan, a chło­piec zaczął okła­dać go pię­ściami, uda­jąc, że jest na niego zły.

Juan prze­szedł przez wewnętrzny dzie­dzi­niec i gale­rię do domu Mar­ce­liny. Podzię­ko­wał jej za opiekę nad Gaspa­rem i zaczął cze­goś szu­kać w swo­jej skó­rza­nej tor­bie: zna­lazł naszyj­nik, który pod wpły­wem impulsu kupił dla Tali w luk­su­so­wym hotelu z kasy­nem w Cor­rien­tes, ale w końcu jej go nie poda­ro­wał, bo uznał, że zbyt­nio się jej nie spodoba. Kamie­nie pocho­dziły z kopalni Wanda, nie­da­leko Iguazú. Nie­bie­skie, białe, różowe, zie­lone i fio­le­towe, nani­zane tak, że można było owi­nąć je kil­ka­krot­nie wokół szyi lub nosić jako jeden długi sznur. Mar­ce­lina się wzru­szyła, bez prze­ko­na­nia pró­bo­wała odmó­wić przy­ję­cia pre­zentu, a Juan ostroż­nie wło­żył jej naszyj­nik, sta­ra­jąc się nie zaplą­tać go w jej dłu­gie ciemne włosy. Wyglą­dasz w nim świet­nie. Mam nadzieję, że ci się podoba. Mar­ce­lina pogła­dziła kamie­nie, a potem wyjęła z kie­szeni far­tu­cha pióro caburé.

- To dla małego - powie­działa.

Juan przy­jął amu­let w imie­niu syna. Potem popro­sił Mar­ce­linę, żeby dała mu rze­czy, zosta­wione przez Rosa­rio na prze­cho­wa­nie. Zapro­wa­dziła go do pokoju, w któ­rym skła­do­wano różne stare graty. Juan zaczął w nich szpe­rać, aż zna­lazł pudło ze zna­kiem dys­kret­nie nary­so­wa­nym w rogu, otwo­rzył je, w środku leżała pla­sti­kowa torba, zwy­czajna torba na zakupy. Uśmiech­nął się, kiedy zoba­czył zawar­tość. Zosta­wie­nie reli­kwii u Mar­ce­liny było bar­dzo inte­li­gent­nym posu­nię­ciem. Znacz­nie bez­piecz­niej­szym niż zosta­wie­nie jej w świą­tyni Tali. Brac­two ni­gdy nie posu­nę­łoby się do tego, żeby grze­bać w rze­czach słu­żą­cej, nawet jeśli była zaufana.

Tali cze­kała na niego już poza Puerto Reyes, oparta na swoim aucie. Poca­ło­wał ją, ujmu­jąc jej twarz w dło­nie. Sta­nęła na pal­cach i zanu­rzyła mu ręce we wło­sach.

- Kurwa, cału­jesz mnie tak, jakby to był ostatni raz. Musisz pod­je­chać do domu, po rze­czy które u mnie zosta­wi­łeś.

Juan tylko pokrę­cił głową.

- Są twoje. Może da ci jakiś znak.

Tali przyj­rzała się mu ciem­nymi oczyma.

- Nie chcę, żebyś wra­cała do tego domu ani brała udział w Cere­mo­niach - powie­dział Juan.

- Nie będziesz mi roz­ka­zy­wał, dobrze?

- To prośba, nie roz­kaz. Przy­sługa. Co roku, kiedy widzę, że ty i Ste­phen nie weszli­ście do Ciem­no­ści, oddy­cham z ulgą. Nie mogę pro­sić Ste­phena, żeby nie przy­jeż­dżał, bo to jego rodzina i jego świat. Ale cie­bie mogę.

Juan znów ją objął, znów poczuł jej ciało; pozwo­lił jej wło­żyć sobie rękę w spodnie i dał się pie­ścić.

- Star­czy - powie­dział w końcu. - Nie mam teraz ochoty.

Spoj­rzeli na sie­bie w tym upale, w słońcu, oboje pod­nie­ceni i tro­chę sza­leni i smutni. Sły­chać było wez­braną rzekę, ner­wo­wego ptaka. Dom, daleki i pogrą­żony w ciszy, zda­wał się mar­twy. Kiedy wyjadą goście? Par­king na­dal był pełny. Juanowi prze­szło przez myśl, że opo­wie jej o Mer­ce­des, ale to nie był dobry moment. Nie powie­dział tego jesz­cze Ste­phe­nowi. Zrobi to w samo­lo­cie.

- Gdzie masz samo­chód? Chcę ci coś dać, ale nikt nie może nas zoba­czyć.

Tali zapro­wa­dziła go za rękę do swo­jego renault 6, cał­ko­wi­cie przy­sło­nię­tego war­stwą czer­wo­na­wego kurzu. Otwo­rzyła drzwi, a Juan usiadł na tyl­nym sie­dze­niu. Wyjął z torby Rękę Chwały, którą zna­lazł mię­dzy gra­tami Mar­ce­liny. Była dosko­nale zacho­wana. Tali przyj­rzała się jej z podzi­wem, wzięła bar­dzo deli­kat­nie.

- Co to ma zna­czyć?

- Rosa­rio chciała, żeby była twoja. Oni nie wie­dzą, że mamy Rękę Chwały, nie wie­dzą o jej ist­nie­niu. Twoja sio­stra zawsze dobrze ją ukry­wała. Wła­ści­wie oboje ją ukry­wa­li­śmy.

- Jesteś sza­lony! Sio­stra ni­gdy by mi jej nie dała.

- No cóż, daję ci ją ja. Wiesz, jak jej użyć? Pomoże ci zablo­ko­wać Gaspara. Sama Ręka nie wystar­czy, ale bar­dzo pomoże.

- Wiem, jak jej uży­wać. Rosa­rio nie poży­czała jej, ale dużo mi wyja­śniła. Była szczo­dra, prawda?

Juan uśmiech­nął się do niej. Była mniej wię­cej szczo­dra, to prawda. Dał znak Tali, żeby ją scho­wała. Ona wło­żyła Rękę do ple­cio­nej torebki. Ich roz­mowę prze­rwał klak­son. Ste­phen zapa­ko­wał już do samo­chodu torby i Gaspara. Mamy bilety, krzyk­nął. Musimy w godzinę doje­chać na lot­ni­sko.

- Czemu ty z niej nie sko­rzy­stasz?

- Nie mogę, przy­po­mina mi o tym, co zro­bi­łem, nie zniosę tego. Nie zawiedź mojego syna, Tali - powie­dział Juan. - Ni­gdy nie prze­staną go śle­dzić.

- Nie martw się. We trójkę znaj­dziemy jakiś spo­sób. I w końcu odkry­jesz ten klu­czowy znak. Musisz być cier­pliwy. I Święty ci w tym pomoże.

- On będzie dora­stał, zmie­niał się. Trzeba będzie go ochra­niać, nie pozwo­lić im się do niego zbli­żyć.

Tali uca­ło­wała go w czoło, żeby zamilkł, żeby jej zaufał. Juanowi prze­mknęło przez myśl, żeby jej powie­dzieć, że w innym życiu byłaby jego żoną, ale zamilkł. Nie było innego życia. Nie chciał kła­mać.

Brad­ford klę­czy w ocze­ki­wa­niu, ponie­waż wie, że to nastąpi tej nocy, myśli, że wszystko przy­po­mina te durne histo­rie o minu­tach poprze­dza­ją­cych śmierć; nawet jego pacjenci, ci inte­li­gentni i ci mniej - gdyż wszy­scy w obli­czu śmierci głu­pieją - nie­raz mu opo­wia­dali: obrazy prze­su­wają mi się przed oczami, widzę całe swoje życie. Cho­ciaż ono nie jest wła­ści­wie moje, myśli Brad­ford, to moje życie z nim, bo to, co było przed­tem, mimo że nie jest pozba­wione sensu, nie ma już zna­cze­nia. Wie, że to nastąpi tej nocy, czuje to w miej­scu, gdzie bra­kuje mu pal­ców, palce nie­obecne, które Ciem­ność pożarła dawno temu, wzy­wają te obecne i tej nocy Ciem­ność jaśnieje; jak to wytłu­ma­czyć komuś, kto ni­gdy nie widział takiej jaśnie­ją­cej ciem­no­ści, ema­nu­ją­cej z owego chłopca, który teraz jest męż­czy­zną, i jest ogromny i blady, i ze spusz­czoną głową otwiera ramiona; niech­by w ostat­niej chwili ją pod­niósł. Zanim wnik­nie w Ciem­ność, Brad­ford chce spoj­rzeć w jego żółte oczy, a teraz palą go bli­zny, które zosta­wił mu na brzu­chu; kiedy zbli­żyły się do niego te pazury, szpony, paznok­cie, uwie­rzył. Potem ni­gdy nie jest łatwo ich sobie przy­po­mnieć, czarne i zaostrzone palce nie wyglą­dają jak ludz­kie ani zwie­rzęce, raczej jak jakieś narzę­dzie mecha­niczne, pro­teza, ele­ment prze­bra­nia; jego ręce roz­szar­pały mu brzuch, a on spo­dzie­wał się widoku sza­rych wnętrz­no­ści roz­wle­czo­nych po łące w upalną noc, ale nie, rany pul­so­wały i nie eks­plo­do­wały, i nie otwie­rały się, i nie otwo­rzyły, a kiedy chło­piec, który już był męż­czy­zną, zaskle­pił je, zro­bił to czy­stym zim­nem. I cho­ciaż teraz Brad­ford jest nagi, nie widzi swo­ich blizn, ale je czuje, zimne i pło­nące, lód, który pali, wszystko to przy­wo­łuje Ciem­ność, to nastąpi tej nocy, obyś mi pozwo­lił spoj­rzeć ci w oczy, Juanie, ten ostatni raz.

Pierw­szy raz oczy chłopca były pod­krą­żone, jak teraz, jak zawsze. Brad­ford skoń­czył wła­śnie spe­cja­li­za­cję z chi­rur­gii naczy­nio­wej i dołą­czył do naj­bar­dziej pre­sti­żo­wego zespołu w kraju, w Szpi­talu Wło­skim. Był rok 1957, kiedy przy­wie­ziono mu tego chłopca, pacjenta innego szpi­tala, który nie mógł już dłu­żej zaj­mo­wać się jego lecze­niem. Miał pięć lat i Brad­ford posta­no­wił nie cze­kać z ope­ra­cją. To miał być jego pierw­szy zabieg wro­dzo­nej wady serca - tetra­lo­gii Fal­lota. Od początku dzie­ciak nie dawał o sobie zapo­mnieć: umie­rał, a mimo to patrzył na niego wyzy­wa­jąco i wynio­śle, cho­ciaż jego rodzice - para tępych emi­gran­tów z Europy Pół­noc­nej, któ­rzy gdyby nie ich przy­gar­bie­nie i słu­żal­czość, wyglą­da­liby jak wcie­le­nie Thora i Frei, płacz­li­wie powta­rza­jący, że bie­dac­two, że ich nie stać, że umrze, dok­to­rze, że moja sio­stra też cho­ro­wała na serce (o, jakże Brad­ford nie­na­wi­dził takiego pro­stac­twa) - byli parą wie­śnia­ków zasłu­gu­ją­cych na upo­ko­rze­nie. A ich syn nie. Miał nie­bie­skawą skórę, wargi barwy fio­letu, już nie mógł cho­dzić. Nawet nie dostrze­gał uni­że­nia rodzi­ców i wyda­wał się kon­cen­tro­wać na oddy­cha­niu, na życiu, z mocą, którą Brad­ford uznał za mon­stru­alną i która dodała mu odwagi, aby zope­ro­wać chłopca z wyko­rzy­sta­niem naj­bar­dziej - dla pacjen­tów i leka­rzy - zaawan­so­wa­nych metod tam­tych cza­sów. Powta­rza je teraz na klęcz­kach, a tym­cza­sem Ciem­ność roz­ciąga się nad jego głową, ostat­nim razem też tak było, Ciem­ność, która ogar­niała niebo, a podobno jej wła­dza jest coraz mniej­sza? Nie czuje się tego tej nocy, w tym nie­zno­śnym upale. Brad­ford wspo­mina i czeka: cię­cie poziome od mostka pod pachę do trze­ciej prze­strzeni mię­dzy­że­bro­wej, roz­dzie­le­nie dru­giej i trze­ciej chrząstki, wej­ście do jamy opłuc­nej, lewe płuco wyglą­da­jące nor­mal­nie, i nagle Brad­ford prze­rwał swoje wspo­mnie­nie, obo­jętny na to, co działo się wokół niego, jęki i skry­bów, któ­rzy gorącz­kowo noto­wali - on sam ni­gdy nie sły­szał głosu Ciem­no­ści - i powie­dział do sie­bie, że to nie­prawda, tam­ten chło­piec od wewnątrz ni­gdy nie wyglą­dał nor­mal­nie, od wewnątrz był piękny. Jego ciało w dotyku było zimne; w owych cza­sach pod­czas ope­ra­cji tem­pe­ra­turę ciała obni­żano tak bar­dzo, że zabieg przy­po­mi­nał raczej sek­cję zwłok albo lek­cję ana­to­mii, chyba że organy się poru­szały, oddy­chały, krwa­wiły albo tęt­niły. Chło­piec nie był nor­malny nie tylko ze względu na swoją wadę serca, która - kiedy już otwarto mu bok - oka­zała się jesz­cze bar­dziej zło­żona, niż to zakła­dali kar­dio­lo­dzy, gdyż do zespołu Fal­lota docho­dziło jesz­cze wiele innych wad: uby­tek w prze­gro­dzie mię­dzy­ko­mo­ro­wej dłu­go­ści dzie­się­ciu mili­me­trów i bar­dzo poważna ano­ma­lia pra­wej tęt­nicy wień­co­wej, która miała znacz­nie utrud­nić chi­rur­giczną korek­cję zwę­że­nia zastawki płuc­nej; jak on zdo­łał dotrzeć żywy na tam­ten stół ope­ra­cyjny? Nie był nor­malny, ponie­waż od wewnątrz był piękny, dotyk jego spra­co­wa­nego i prze­ro­śnię­tego serca wydał się Brad­fordowi doświad­cze­niem na miarę spo­tka­nia z nimfą w jakimś świę­tym lesie, zło­tego poranka, zasko­cze­nia na widok kwiatu, który otwie­rał się w nocy. Kolory wnę­trza tego chłopca były bar­dziej inten­sywne, jego krew pach­niała jakimś nie­zna­nym sło­nym meta­lem, arte­rie przy­po­mi­nały szare i nie­bie­skie, i czer­wone maź­nię­cia pędz­lem. Prawa tęt­nica płucna ziden­ty­fi­ko­wana i prze­cięta. Górna żyła płucna zbyt mała, ziden­ty­fi­ko­wana, prze­cięta lewa tęt­nica pod­oboj­czy­kowa, trans­po­zy­cja tęt­nicy krę­go­wej do pnia tar­czowo-szyj­nego. Klips na tęt­nicy pod­oboj­czy­ko­wej w punk­cie dystal­nym od jej odej­ścia od aorty. Dwa klipsy na lewej tęt­nicy płuc­nej, pierw­szy w miej­scu odej­ścia, drugi przy wej­ściu do płuc. Nacię­cie poprzeczne ściany tęt­nicy płuc­nej. Zespo­le­nie za pomocą nici jedwab­nej mię­dzy zakoń­cze­niem lewej tęt­nicy pod­oboj­czy­ko­wej a bokiem lewej tęt­nicy płuc­nej. Po usu­nię­ciu klip­sów pra­wie nie stwier­dza się krwa­wie­nia.

To ciało ma w środku jedwab, pomy­ślał Brad­ford i przy­po­mniał sobie, jak szybko chło­piec doszedł do sie­bie, nie upły­nął jesz­cze dzień, a on już się zaró­żo­wił i usiadł w łóżku, jed­nak pie­lę­gniarki, które w każ­dym innym przy­padku byłyby wzru­szone, o dziwo, nie prze­ja­wiały wobec "cho­rut­kiego" praw­dzi­wej ser­decz­no­ści. Mówiły o nim "cho­rutki", co za drań­stwo, do pacjen­tów należy się zwra­cać po imie­niu, a one uda­wały, że go lubią, ale przy­cho­dziło im to z tru­dem i nic dziw­nego, skoro była to mała bestia wście­ka­jąca się na swoje ciało, na wszyst­kich, któ­rzy chcieli jej pomóc, i na rodzi­ców, a łagod­niała, fizycz­nie się roz­luź­niała, jedy­nie przy swoim bra­cie, jesz­cze jed­nym z tych dum­nych chło­pa­ków, za któ­rych, zda­niem Brad­forda, nale­ża­łoby podzię­ko­wać Pero­nowi; a jego powi­nien nie­na­wi­dzić, cho­ciaż w rze­czy­wi­sto­ści był mu obo­jętny i nawet tro­chę go podzi­wiał, nie uwa­żał, aby sta­no­wił zagro­że­nie dla jego klasy ani nie odczu­wał żad­nych skut­ków eko­no­micz­nych jego rzą­dów, ponie­waż wyznawcy Kul­tów Cie­nia zawsze trzy­mają się bli­sko wła­dzy i w związku z tym nie pod­le­gają wah­nię­ciom dzie­jów. Tak więc Brad­forda nie obcho­dził Perón ani jego żona - owa fascy­nu­jąca, śmier­tel­nie chora kobieta - i w duchu był mu wdzięczny za owych peł­nych aro­gan­cji chłop­ców, któ­rzy nie spusz­czali głowy; taki był Juan i taki był jego brat Luis, w owym cza­sie nie­mal nasto­la­tek z oczami koloru akwa­ma­ryny, brat prze­sia­du­jący z chłop­cem dłu­żej niż rodzice, któ­rzy stale się spie­szyli, stale z wymówką, że muszą pra­co­wać, że auto­busy, że tram­waje, że muszą zaro­bić na chleb; Brad­ford ich nie zno­sił, cuch­nęli cia­snotą i dymem, czę­ściowo dla­tego, wła­śnie dla­tego, że wie­dział, że się gnież­dżą w jakimś domku na pery­fe­riach, popro­sił o spo­tka­nie z kie­row­ni­kiem zespołu, dyrek­to­rem kli­niki i ordy­na­to­rem oddziału kar­dio­lo­gii i wystą­pił do nich o pozwo­le­nie na zatrzy­ma­nie chłopca w szpi­talu na stałe. Mówił o warun­kach higie­nicz­nych w rodzin­nym domu dziecka, ale także o pio­nier­skich meto­dach, które miały zapew­nić szpi­ta­lowi miej­sce w awan­gar­dzie chi­rur­gii już nie regio­nal­nej, ale świa­to­wej, a wspo­mi­na­jąc o dobrych roko­wa­niach chłopca, wcale nie prze­sa­dził: w odróż­nie­niu od więk­szo­ści pacjen­tów z wro­dzoną kar­dio­mio­pa­tią ten nie był nie­do­ży­wiony, miał nor­malny wzrost, odpo­wiedni do wieku - było to nie­zwy­kłe: zawsze był taki, cho­ciaż cza­sami tra­cił na wadze - i dosko­nale zniósł pierw­szą ope­ra­cję palia­tywną. Za kilka mie­sięcy Brad­ford chciał prze­pro­wa­dzić drugą, roz­le­glej­szą, korek­cyjną. Zgo­dzili się. Wice­dy­rek­tor kli­niki, rów­nież czło­nek Brac­twa, cho­ciaż niskiego szcze­bla, był bli­skim przy­ja­cie­lem rodziny. Gon­zalo Biedma. Jego zna­ko­mita córka miała w przy­szło­ści zostać prawą ręką Brad­forda; ręką, któ­rej teraz mu bra­ko­wało.

Tak wła­śnie dzia­łały wpływy: żeby dostać to, czego chciał, musiał tylko popro­sić. Przez długi czas Brad­ford myślał, że to było tylko to: wpływy, brac­twa, towa­rzy­skie spo­tka­nia, maso­ne­ria pod inną nazwą, gdzie się piło i cza­sami śpie­wało przy for­te­pia­nie, zebra­nia kobiet, obno­szą­cych się ze swymi cięż­kimi klej­no­tami, i męż­czyzn połą­czo­nych sekre­tami polo­wań i zami­ło­wa­niem do sta­rych ksią­żek, spo­tka­nia, na któ­rych w pew­nym momen­cie zaczy­nało się mówić o róż­ni­cach mię­dzy wyznaw­cami Wisznu a zwo­len­ni­kami Śiwy i dys­ku­to­wało się o set­kach odmian tan­try­zmu. Przez długi czas fakt, iż jego rodzina sta­no­wiła część Kultu Cie­nia, Brac­twa, zna­czył tylko tyle, że poru­szała się w mię­dzynarodowym kręgu pie­nię­dzy, przy­wi­le­jów i sto­sun­ków.

To, że Brac­two to coś innego, zro­zu­miał jako osiem­na­sto­la­tek, tuż przed wstą­pie­niem na uni­wer­sy­tet, kiedy ojciec zabrał go na jakiś rytuał na wieś, nie do wła­snego majątku, tylko nale­żą­cego do Flo­rence Mathers, Angielki, jak ją nazy­wano w rodzi­nie; dziwne, że nazy­wali ją Angielką, jakby oni sami też nie byli Angli­kami, ale Brad­ford czuł, że nie, że już nimi nie są, on uro­dził się w Buenos Aires, jego ojciec rów­nież. Mówili po angiel­sku, cho­dzili do angiel­skich szkół, ale już nie byli Angli­kami. Ojciec zwykł mawiać z dumą: jestem Kre­olem całą gębą. Brad­ford nie przy­wią­zy­wał do tego żad­nej wagi. Był chi­rur­giem i kar­dio­lo­giem: jego ojczy­zną były chore ciała.

Po rytu­ale ojciec opo­wie­dział mu o mediach. O braku mediów. O ist­nie­niu wielu Kul­tów Cie­nia, róż­nią­cych się mię­dzy sobą inter­pre­ta­cjami i prak­ty­kami; nie­które z nich były sobie wro­gie, inne łączyły więzy bra­ter­stwa. Tam­tego wie­czoru na wsi, pod­czas gdy kil­koro męż­czyzn i kobiet snuło się jesz­cze po majątku i polach niczym luna­tycy, macha­jąc rękami w powie­trzu i pła­cząc, stra­sząc psy i konie, zro­zu­miał, że to nie klub. Że Flo­rence jest kapłanką. Jorge Brad­ford zoba­czył rze­czy, któ­rych nie potra­fił wyja­śnić. Rze­czy, które na wiele nocy ode­brały mu sen i kazały wró­cić do ksią­żek ojca; ni­gdy nimi nie gar­dził, ale prze­stu­dio­wał je dość pobież­nie. Teraz stały się rów­nie ważne co jego semi­na­ria, książki medyczne, wyczer­pu­jąca rezy­den­tura. Posta­no­wił spę­dzić kilka mie­sięcy w Lon­dy­nie, żeby udo­sko­na­lić się jako chi­rurg i odwie­dzić wielką biblio­tekę Brac­twa, znaj­du­jącą się w tym mie­ście. Flo­rence, Angielka, która mię­dzy jedną podróżą a drugą spę­dzała jakiś czas w Anglii, pozwo­liła mu prze­czytać Księgę z wła­snymi notat­kami oraz inter­pre­ta­cjami doda­nymi przez eks­per­tów. Brad­ford uwie­rzył. Miał swoje wąt­pli­wo­ści, które jed­nak szybko miały się roz­wiać.

Teraz, kiedy klę­czy, sły­chać jęk i Ciem­ność zabiera Ini­cjo­wa­nego wyso­kiego wzro­stu. Jesz­cze jest daleko, o jakieś trzy­dzie­ści metrów. Tej nocy ma przyjść po niego, ale zostało mu tro­chę czasu. Przy­po­mniał sobie swoje pierw­sze spo­tka­nie z Ciem­no­ścią. Było nie­ocze­ki­wane i przy­kre, zupeł­nie jakby nie­chcący wdep­nął do rynsz­toka.

Druga ope­ra­cja małego Juana Peter­sona została prze­pro­wa­dzona w pięć mie­sięcy po korek­cji palia­tyw­nej. Hipo­ter­mia, wspo­mi­nał Brad­ford: błę­kitny chło­piec znowu zanu­rzony w lodzie, piękny jak nie­bosz­czyk. Przy­po­mniał sobie przy­jem­ność, z jaką prze­ci­nał piłą mostek, tępy i nie­szczę­śliwy wyraz twa­rzy instru­men­ta­riuszki, musiał jej powie­dzieć, ratu­jemy mu życie, pro­szę się ogar­nąć, to nie jest żadne łzawe słu­cho­wi­sko, a ona wymam­ro­tała coś o współ­czu­ciu, od czego pra­wie zadrżały mu ręce, a to już naj­gor­sze, co może spo­tkać chi­rurga. Była to ope­ra­cja nie­znana dotych­czas w kraju, zapla­no­wana na trzy pro­ce­dury: zamknię­cie ubytku prze­grody mię­dzy­ko­mo­ro­wej łatą, otwar­cie zastawki płuc­nej i usu­nię­cie prze­ro­śnię­tego mię­śnia, a następ­nie umiesz­cze­nie łaty w pra­wej komo­rze i w pniu płuc­nym w celu poprawy krą­że­nia płuc­nego. Jeśli star­czy czasu, zamknię­cie ubytku w prze­gro­dzie mię­dzy­przed­sion­ko­wej. Star­czyło: Brad­fordowi udało się doko­nać tego wszyst­kiego w ciągu sze­ściu godzin, pod­czas któ­rych odpo­czy­wał zale­d­wie przez kilka minut; nie chciał, aby kto­kol­wiek inny zakła­dał szwy, nawet na naj­prost­szych odcin­kach.

Chwile poprze­dza­jące obja­wie­nie pamię­tał z nie­zno­śną pre­cy­zją. Kiedy już miał ogło­sić, że skoń­czył, że przy­stę­puje do zamy­ka­nia, serce, które wytrzy­mało tak długo, przy­spie­sza­jąc tylko nie­znacz­nie w nie­któ­rych momen­tach, nagle zaczęło gwał­tow­nie bić, wpa­dło w aryt­mię i Brad­ford roz­po­znał migo­ta­nie komór, nie­kon­tro­lo­wane drże­nie mię­śnia, nie­chybny objaw śmierci. Ostroż­nie przy­stą­pił do ręcz­nej reani­ma­cji, wyma­gało to zde­cy­do­wa­nia i deli­kat­no­ści, i kazał przy­go­to­wać defi­bry­la­tor, nowo­cze­sny sprzęt, w razie potrzeby z powo­dze­niem sto­so­wany przez zespół kar­dio­chi­rur­gii naczy­nio­wej.

Zanim zdą­żyli go użyć, zga­sło świa­tło. Była to wil­gotna prze­rwa w dosta­wie prądu, tak to Brad­ford zapa­mię­tał, jako zimną wil­goć. Chło­piec od kilku minut był reani­mo­wany ręcz­nie, ale potrzebna mu była defi­bry­la­cja. Lampa gazowa, latarki, świece, gene­ra­tor, cokol­wiek, krzyk­nął i nagle prze­raź­li­wie nama­cal­nie poczuł, że inna ręka wyciąga go z ciała chłopca. Brad­ford wrza­snął do zespołu chi­rur­gów, co wy robi­cie, i w ciem­no­ści - dopiero świ­tało - usły­szał, nic, dok­to­rze, nic nie robimy, reszta szpi­tala ma prąd, prze­rwa w dosta­wie jest tylko tutaj, na chi­rur­gii, i kiedy ktoś zbli­żył lampę gazową do stołu ope­ra­cyj­nego, wszy­scy zoba­czyli jasno i wyraź­nie, że nad otwartą klatką pier­siową chłopca, nad spo­koj­nym ser­cem unosi się to, co można było opi­sać jedy­nie jako skra­wek nocy, ale przej­rzy­sty, może sadzę, gęsty dym, a kiedy chi­rurg asy­stu­jący chciał tego dotknąć, prze­szyć na wylot, szep­cząc, co tu się dzieje, dobry Boże, ledwo jego palce musnęły czarny pył, krzyk­nął i wycią­gnął dłoń, i to już nie była jego dłoń, teraz bra­ko­wało w niej połowy trzech naj­dłuż­szych pal­ców, środ­ko­wego, ser­decz­nego i wska­zu­ją­cego, a on krzy­czał i krzy­czał, i prądu cią­gle nie było, a Brad­ford nie zamie­rzał ryzy­ko­wać jak jego asy­stent, bo cho­ciaż nie rozu­miał, co się dzieje, i nie mógł w to uwie­rzyć, wie­dział, że ta ciem­ność, która powoli się cofała, jest nie­bez­pieczna. Wię­cej niż nie­bez­pieczna. Ciem­ność, o któ­rej opowie­dział mu ojciec, ta, którą przy­wo­ły­wały media Brac­twa, ta, któ­rej roz­pacz­li­wie szu­kała Angielka. Chło­piec od pięt­na­stu minut miał zatrzy­ma­nie akcji serca, a pie­lę­gniarki wykrzy­ki­wały jakieś nie­do­rzecz­no­ści, opa­try­wały asy­stenta, ktoś mówił, że to wypa­dek, że asy­stent nie­chcący wziął do ręki skal­pel, to nie­moż­liwe, ale ludzie, kiedy muszą uwie­rzyć, wolą uspra­wie­dli­wiać, zmy­ślać, zaprze­czać i nie widzieć. Brad­ford prze­cze­kał popłoch pie­lę­gnia­rek, ane­ste­zjo­lożki i instru­men­ta­riuszki, które mówiły, że widziały, jak ciem­ność oto­czyła chłopca niczym kokon, odcze­kał, aż ta się cof­nęła, i ponow­nie się­gnął do nie­ru­cho­mego serca chłopca, i wyszep­tał do niego, no, jesteś tu z jakie­goś powodu, jeśli jesteś gło­sem bogów, bij, i serce zabiło mu w dłoni, jakby ni­gdy się nie zatrzy­my­wało. Brad­ford zamknął klatkę pier­siową sam i w mil­cze­niu, nie słu­cha­jąc wyja­śnień, narze­kań i skarg pozo­sta­łych, nawet nie wie­dział, kim są, czy innymi leka­rzami, czy dyrek­cją, czy jesz­cze kimś innym. Kiedy skoń­czył szyć, przy­pad­kiem odsu­nął zie­lone prze­ście­ra­dło zakry­wa­jące ramiona chłopca i wtedy zoba­czył dowód. Znak. Rękę na ramie­niu chłopca, odcisk ręki, niczym bli­zna po opa­rze­niu. Nic dziw­nego, powie­dział sobie nawet jesz­cze wtedy: cza­sami zimno lodu sto­so­wa­nego dla osią­gnię­cia hipo­ter­mii pod­czas ope­ra­cji zosta­wiało opa­rze­liny; tym bar­dziej nie było w tym nic dziw­nego po tym nie­szczę­śli­wym zda­rze­niu, do jakiego doszło na sali ope­ra­cyj­nej. Jakaś pie­lę­gniarka mogła oprzeć tam dłoń, a lód zosta­wił ślad. Obej­rzał go dokład­nie. Był głę­boki. Wyglą­dał na zadaw­niony. To była bli­zna. Lewa ręka na lewym ramie­niu, Lewa Ręka Ciem­no­ści. Czy­tał już o tym znaku. Rozu­miał, co ozna­cza.

Zacze­kał, aż chło­piec się wybu­dzi w sali inten­syw­nej tera­pii. Dzie­sięć godzin. Był prze­ko­nany o uszko­dze­niach mózgu - wyja­śnił je rodzi­com, któ­rzy zda­wali się nic z tego nie rozu­mieć, tak jak zresztą niczego - a jed­nak star­szy brat, ow­szem, zro­zu­miał, skąd się brała ta inte­li­gen­cja u tych małych grin­gos, spo­dzie­wał się śpiączki, spo­dzie­wał się nowej aryt­mii, która osta­tecz­nie by go zabiła. Zamiast tego około połu­dnia chło­piec obu­dził się i ence­fa­lo­gram wyglą­dał nor­mal­nie; Brad­ford zarzą­dził, aby nie pozwo­lono mu cier­pieć nawet przez sekundę, a ponie­waż nie mógł spać, ale musiał z kimś poroz­ma­wiać, w dro­dze do domu omal nie roz­bił samo­chodu i w takim nastroju zastu­kał do drzwi sio­stry, swo­jej ponu­rej sio­stry, która zaj­mo­wała dwa pię­tra w tym samym budynku co on, w jed­nej z sie­dzib rodo­wych w Buenos Aires, naj­oka­zal­szej, naj­pięk­niej­szej. Mer­ce­des miesz­kała w apar­ta­men­cie, w któ­rym pra­wie zawsze mał­żo­nek zosta­wiał ją samą; wyszła za mąż za męż­czy­znę boga­tego, zabaw­nego i nie­wier­nego. A jej córka Rosa­rio więk­szość czasu spę­dzała w szkole, a następ­nie w swoim pokoju albo z kole­żan­kami. Brad­ford kochał swoją sio­strze­nicę: pod jej pozorną weso­ło­ścią kryła się praw­dziwa inte­li­gen­cja. Brad­ford mówił, a Mer­ce­des słu­chała w ciszy prze­ry­wa­nej dźwię­kiem łyżeczki do her­baty i zegara, sto­ją­cego w salo­nie na pocze­snym miej­scu. Nie spiesz się, stwier­dziła. Dla­tego zwró­cił się do Mer­ce­des: bo była zimna. Jeśli to, co zaszło, jest prawdą, musi być twój. Musi być nasz. Ale nie wolno nam budzić podej­rzeń. Nie mogę go zosta­wić w rękach tej ciem­noty, Mer­ce­des, tych wie­śnia­ków. Oczy­wi­ście, że nie, ale musimy być ostrożni.

Ach, ten plan, myśli Brad­ford na klęcz­kach, sły­sząc coraz wię­cej zdu­szo­nych jęków i czu­jąc, że pło­nie mu brzuch, że nie zostało mu już dużo czasu. Pozwo­li­łem twoim rodzi­com cię zabrać. Zatrud­ni­łem ludzi, żeby mi dono­sili, a oni opo­wia­dali o two­jej pła­czą­cej matce, pija­nym ojcu, bra­cie, porząd­nym jak zawsze, jedy­nym porząd­nym w tym żało­snym bla­sza­nym domu. O nędz­nej szkółce, do któ­rej cię posłali i którą tak szum­nie nazy­wali szkołą, pod­czas gdy ty zasłu­gi­wa­łeś na coś znacz­nie lep­szego. Kar­dio­lo­dzy twier­dzili, że twój stan się popra­wia, ale nie potra­fili opa­no­wać aryt­mii, a ja domy­śli­łem się, ach, domy­śli­łem się, jesz­cze zanim nade­szła noc, która połą­czyła nas na zawsze, że to był strach, że to, z czym nie mogłeś sobie pora­dzić, to panika, tak nazy­wało się to zbio­rowe prze­ra­że­nie nimf, kiedy poja­wiał się wielki bóg Pan, panika, i to wła­śnie czu­łeś, tamto prze­ra­że­nie. Znowu przy­wie­ziono cię do kli­niki, byłeś szczu­pły, ale jesz­cze silny, twój ojciec plótł jakieś głu­poty, że nie może się tobą zaj­mo­wać, moja radość w obli­czu jego alko­ho­li­zmu i nędzy oraz chro­ma­nia two­jej matki; i tej pierw­szej nocy, kiedy wszystko się potwier­dziło, bo wszystko widzia­łeś, w szpi­talu było gorzej, oczy­wi­ście, pozwo­li­łem ci cier­pieć, musia­łem się upew­nić, to była próba, którą tak czy ina­czej musia­łeś przejść, pozwo­li­łem ci dojść do kresu, a potem cię reani­mo­wa­łem - ileż to razy, Juanie; już jako doro­sły żar­tem nazy­wa­łeś mnie swoim oso­bi­stym resu­scy­ta­to­rem - i tam­tej nocy, kiedy wie­dzia­łem i ja, i wszy­scy, że nie prze­ży­jesz, jeśli aryt­mie komo­rowe na­dal będą się powta­rzać, odby­li­śmy roz­mowę. Co się dzieje, spy­ta­łem, a ty opo­wie­dzia­łeś mi o męż­czy­znach i kobie­tach, któ­rych nikt inny poza tobą nie widzi, i że do cie­bie mówią, ale też o jakimś lesie za oknem i o sto­pach uno­szą­cych się w powie­trzu, i o kimś, kto wgry­zał się w kark jakiejś kobie­cie, i powie­dzia­łeś, że nie wiesz, kim oni są, ale że nie zni­kają. Tutaj jest ich wię­cej, powie­dzia­łeś, tutaj krzy­czą. Oczy już ci nie błysz­czały. I nauczy­łem cię naj­prost­szej metody blo­ko­wa­nia tego, co się z tobą działo, takiej, któ­rej ja sam ni­gdy nie potrze­bo­wa­łem, ale któ­rej Angielka uczyła wszyst­kich człon­ków Brac­twa. Poło­ży­łem ci dłoń powy­żej żołądka, tak jak sły­sza­łem, że ona im tłu­ma­czyła, a ty cof­ną­łeś się lekko, twoje ciało miało już dość obma­cy­wa­nia i ran. Jed­nak wytrzy­ma­łeś i w kilka sekund opa­no­wa­łeś tę tech­nikę. To nie było oszu­stwo ani suge­stia, byłeś tym, na kogo cze­ka­li­śmy, byłeś medium; kiedy prze­sta­łeś widzieć to, co widzia­łeś, opa­dłeś na poduszkę i stop­niowo twoje oddy­cha­nie i serce się uspo­ko­iły, i spy­ta­łeś, co mam zro­bić, jeśli wrócą, a ja odpowie­dzia­łem, tym­cza­sem powtó­rzyć to ćwi­cze­nie. Ach, Juanie, ta ufność tam­tego pierw­szego razu. Obym mógł spoj­rzeć ci w oczy ostatni raz, zanim wniknę w Ciem­ność.

Kiedy wyzdro­wia­łeś, zabra­łem cię do domu. Od tej pory się nie roz­sta­wa­li­śmy. Kiedy Ciem­ność, którą otwo­rzy­łeś, ode­brała mi palce, już ni­gdy nie mogłem się zna­leźć wewnątrz cie­bie. Mogłem tylko patrzeć. Jesz­cze dwu­krot­nie. I to było wszystko. A teraz Ciem­ność mnie zabiera: naj­pierw wyjada wnętrz­no­ści i to nie boli, mam czas, żeby myśleć i pró­bo­wać patrzeć ci w oczy, ale są już daleko, ty już jesteś daleko, i pro­szę Ciem­ność o litość, bo teraz sły­szę ją pierw­szy raz.

Lito­ści. A kiedy Ciem­ność znowu gry­zie i czuję zapach jej rado­ści zmie­szany z zapa­chem mojej krwi, pod­czas gdy widzę, jak zjada moje ręce, ramiona, jak rzuca się na mój bok, przy­po­mi­nam sobie, że kie­dyś mi powie­dzia­łeś, że Ciem­ność nie rozu­mie, że nie zna żad­nego języka, że to bóg dziki albo zbyt daleki. Czy będę zapa­mię­tany jako czło­wiek, który zna­lazł i nie­je­den raz oca­lił medium? Czy będą o mnie pisać, czy moje imię będzie wyma­wiane z podzi­wem? Nie powi­nie­nem myśleć o swo­jej chwale. Niech pozo­sta­nie tajem­nicą, jeżeli tak musi być. Już nie pro­szę o litość. Nie ma na tym świe­cie słów na opi­sa­nie wni­ka­nia w Ciem­ność, na ten ostatni kęs.

Gaspar otwo­rzył okno i poczuł na skó­rze zimną wil­goć mżawki. Było już sobot­nie popo­łu­dnie: sklep rowe­rowy powi­nien być otwarty. Musiał odpro­wa­dzić rower do naprawy: łań­cuch i szpry­chy zerwały się pod­czas głu­piego wypadku, jaki miał tego ranka, kiedy za rogiem domu ude­rzył w kra­węż­nik. Lubił jeź­dzić bar­dzo szybko, zwłasz­cza w soboty, wcze­śnie, kiedy na ulicy nikogo nie było. Nie­zbyt się poka­le­czył, miał tylko zadra­pa­nia na łok­ciach, kola­nach, dra­śnięty poli­czek.

Pró­bo­wał wymknąć się po cichu, żeby nie obu­dzić ojca, jed­nak ze zdzi­wie­niem stwier­dził, że nie śpi, jest poważny, ale spo­kojny, i z fili­żanką her­baty w ręce wycho­dzi z kuchni. W domu, jak zwy­kle, nie paliło się świa­tło elek­tryczne: w nie­mal pustym salo­nie, w któ­rym stał jedy­nie sztruk­sowy fotel - żółty, bar­dzo duży, pra­wie łóżko - włą­czony był tylko tele­wi­zor. Na widok Gaspara Juan zbli­żył się i zapa­lił małą nocną lampkę sto­jącą na pod­ło­dze. W dru­giej ręce trzy­mał papie­rosa.

- Nie wolno ci palić - powie­dział Gaspar.

- Prze­stań pie­przyć. - I ujął jego twarz czub­kami pal­ców, żeby obej­rzeć świeże dra­śnię­cie. Potem schy­lił się i obrzu­cił wzro­kiem spodnie popla­mione sma­rem z rowe­ro­wego łań­cu­cha.

- Prze­wró­ci­łem się.

- Tylko mi tu nie kłam. Ostrze­gam cię pierw­szy raz.

- Jecha­łem szybko i wpa­dłem na kra­węż­nik.

Gaspar poczuł, że ojciec przy­suwa do niego twarz i obwą­chuje go w spo­sób, który wydał mu się... zabor­czy? Coś w tym rodzaju. Jakby miał go zjeść, ale tak naprawdę. Cho­ciaż była w tym rów­nież czu­łość.

- Ile razy ci tłu­ma­czy­łem, że musisz uwa­żać? Jeste­śmy sami. Ja jestem chory. Jeśli uznają, że cię zanie­dbuję, przyjdą po cie­bie. Roz­dzielą nas. Nie mogę stale cię pil­no­wać.

- Wiem. Nic się nie stało.

- Dobrze. Umyj się dokład­nie mydłem.

- Już sobie prze­my­łem i prze­tar­łem wodą utle­nioną. Myślisz, że plama z dżin­sów zej­dzie?

- Nie mam poję­cia - stwier­dził Juan i zacią­gnął się mocno papie­ro­sem. Znowu wziął do ręki fili­żankę z her­batą, posta­wił ją na pod­ło­dze i zga­sił nocną lampkę. - Jak nie zej­dzie, kupisz sobie dru­gie.

- Dobrze się czu­jesz, tato?

- Lepiej. A ty?

- Też. Pójdę do parku, zoba­czę, czy mi napra­wią rower. Potem pew­nie zostanę u Pabla.

- Jak chcesz. Będę w pokoju.

- Na dole czy na górze?

Juan wahał się chwilę. W końcu powie­dział:

- Na dole.

- Wrócę na noc. Masz co jeść?

Juan nie odpo­wie­dział, ale pod­szedł do Gaspara i powoli roz­warł mu dłoń, którą tam­ten miał zaci­śniętą w pięść, po czym pogła­skał jej wnę­trze, jakby chciał je ogrzać.

Sto­jąc za rogiem, Pablo naj­pierw usły­szał, a następ­nie zoba­czył Gaspara i jego rower. Jak zawsze, kiedy go widział, uśmiech­nął się, po czym zmu­sił do powagi: wsty­dził się oka­zy­wać, jak bar­dzo ucie­szył go jego widok. Nie tylko on tak reago­wał. Wszy­scy lubili Gaspara: pan z kio­sku z gaze­tami i skle­pi­karz, bla­charz i pra­wie wszy­scy rodzice, dziew­czynki, które śmiały się, kiedy prze­cho­dził. Gaspar miesz­kał w rezy­den­cji, cho­dził do naj­droż­szej w dziel­nicy szkoły, która miała wła­sny basen pły­wacki i była dwu­ję­zyczna, ale nie zacho­wy­wał się aro­gancko ani nie dawał odczuć, że ma forsę, był nor­malny i hojny, poży­czał wszystko, ubra­nie, magne­to­wid, kar­net do wypo­ży­czalni kaset, książki. Życie Gaspara bar­dzo się róż­niło od codzien­no­ści innych: jego tata cho­ro­wał i nie­mal nie wycho­dził, nie pra­co­wał; do sprzą­ta­nia i goto­wa­nia przycho­dziła spe­cjalna gospo­sia: kiedy Gaspar był w szkole, zosta­wiała gotowe jedze­nie w kuchni, on sam pra­wie jej nie widy­wał. Inni goście, adwo­kaci i księ­gowi, jak ich nazy­wał Gaspar, przy­no­sili pie­nią­dze i opła­cali cze­sne za szkołę i inne wydatki. Nikt nie pro­wa­dził takiego trybu życia, przy­naj­mniej spo­śród ludzi zna­nych Pablowi. Mając wszystko podane na tacy. Cho­ciaż byli zamożni, Peter­so­no­wie nie żyli jak boga­cze: pra­wie nie mieli sprzę­tów. Jed­nak ni­gdy nie bra­ko­wało im forsy i jeśli cze­goś potrze­bo­wali, natych­miast zja­wiali się owi dziwni pra­cow­nicy; przy­by­wali punk­tu­al­nie, zupeł­nie jakby byli w pogo­to­wiu.

A poza tym Gaspar jest super­ładny, pomy­ślał Pablo, ale natych­miast przy­gryzł dolną wargę, ponie­waż wie­dział, że nie wolno mu o tym myśleć; nie minął jesz­cze tydzień od chwili, gdy jego tata wytar­gał go za włosy, bo za długo zasta­na­wiał się nad wybo­rem ubra­nia, w któ­rym miał pójść na uro­dziny wujka. Ni­gdy wcze­śniej cze­goś takiego nie zro­bił, z ust zala­ty­wało mu zapa­chem mate, kiedy rzu­cił, chyba nie jesteś peda­łem, co? Pablo lubił się dobrze ubie­rać. Powie­dział to ojcu, a ten nie­mal go ude­rzył. Po powro­cie z uro­dzin obmy­ślił plan: na ostat­niej stro­nie zeszytu do odra­bia­nia lek­cji w trzech kolum­nach spi­sał wszyst­kie swoje ubra­nia, a następ­nie połą­czył je strzał­kami; był to rodzaj tabelki nary­so­wa­nej przy uży­ciu kolo­ro­wych kre­dek, tak jak się tego nauczył w kla­sie przy łącze­niu zdań. Teraz musi tylko wykuć te kom­bi­na­cje na pamięć albo przed wyj­ściem szybko rzu­cać na nie okiem i w ten spo­sób nie będzie tra­cić wię­cej czasu na spraw­dza­nie, czy brą­zowe sztruk­sowe spodnie pasują do zie­lo­nej bluzy, czy nie.

Gaspar ni­gdy nie miał takich pro­ble­mów. Wła­śnie go widział, jak zbliża się na rowe­rze w cien­kiej blu­zie w kolo­rze musz­tar­do­wym, która była na niego tro­chę za duża, nie­bie­skich dżin­sach i butach marki Top­per, i to nie było genialne ubra­nie, ale na nim genial­nie leżało. Nawet kiedy miał na sobie coś dziw­nego, rezul­tat był super­ancki: na przy­kład nosił bar­dzo dłu­gie skó­rzane paski, które cza­sami mu zwi­sały. Nale­żały do jego ojca i nie­raz musiał się nimi owi­jać. A mimo to męska klamra i sta­ro­modna skóra nie wyglą­dały jak kostium, lecz sta­no­wiły akcent wyróż­nia­jący go na tle innych. Oczy­wi­ście, że nie cho­dziło tylko o ubra­nie: cho­dziło o spo­sób, w jaki odgar­niał włosy z twa­rzy, dłu­gie nogi i ciem­no­nie­bie­skie oczy, okrą­głe i pozor­nie nie­winne przy­naj­mniej dopóty, dopóki się nie uśmiech­nął albo nie roz­gnie­wał, a wtedy działo się coś przedziw­nego, bo wyraz oczu pra­wie mu się nie zmie­niał i Pablo nie wie­dział, jak to okre­ślić, bo i podo­bało mu się, i wzbu­dzało nie­uf­ność; przy­po­mi­nał mu jego kota, który mru­cząc, pozwa­lał się gła­skać i nagle, ni stąd, ni zowąd, ot tak, machał w powie­trzu pazu­rami, nie mając zamiaru zra­nić, a jedy­nie po to, żeby dać jasno do zro­zu­mie­nia, że już dostał to, czego potrze­bo­wał.

Zrów­naw­szy się z nim, Gaspar się­gnął do tyl­nej kie­szeni i podał Pablowi nieco zgnie­cioną gumę do żucia. Sto­jąc na chod­niku i cho­wa­jąc się pod jakimś bal­ko­nem, który posłu­żył im za dach, bo się roz­pa­dało, zaczęli robić balony.

- Pój­dziesz ze mną do parku? - spy­tał, wska­zu­jąc na rower. - Nie masz poję­cia, jak się wywa­li­łem, ale nic mi nie jest.

Mówił to spo­koj­nie i Pablo wie­dział, że pod­czas upadku Gaspar praw­do­po­dob­nie nawet się nie prze­stra­szył. Miał w sobie jakąś twar­dość: byli w tym samym wieku, ale w odczu­ciu Pabla przy­ja­ciel był znacz­nie star­szy. Może dla­tego, że nie miał mamy, że jego tata był chory, że nie miał przy sobie rodziny, że był raczej samotny. Nie śmiał się zbyt czę­sto i bar­dzo uważ­nie słu­chał. Mama Pabla mówiła, że jest dziec­kiem, które prze­żyło traumę; mama Vicky - że jest dziec­kiem smut­nym. Mama Adeli, czwar­tej przy­ja­ciółki z grupy papu­żek nie­roz­łą­czek, mówiła, Juan jest wdow­cem i cho­ruje, samemu nie­ła­two wycho­wy­wać chłopca. Z Gaspa­rem wszystko w porządku.

Kiedy ulewa prze­ro­dziła się w mżawkę, Pablo zasu­nął zamek kurtki i powie­dział, idziemy. Park był bar­dzo bli­sko, zale­d­wie dwie­ście metrów dalej. Tam­tego popo­łu­dnia z powodu złej pogody było w nim pusto; kiedy świe­ciło słońce, pra­wie nie było miej­sca, gdzie można by zagrać w piłkę albo usiąść i napić się gase­osy, gdyż cała dziel­nica wyle­gała na zanie­dbany traw­nik, pod stu­let­nie drzewa, mię­dzy ścieżki z czer­wo­nej ziemi. Wła­śnie mieli przejść przez ulicę, kiedy zoba­czyli nad­bie­ga­jące Vicky i Adelę. Vicky pła­kała; jej ciemne roz­pusz­czone włosy lśniły jak u mło­dej Japonki. Adela, pro­wa­dziła ją za rękę; miała na sobie ogromną, żółtą, nie­prze­ma­kalną kurtkę, wyglą­da­jącą jak namiot i cał­ko­wi­cie zasła­nia­jącą kikut jej lewego ramie­nia.

- Ej, co jest - ode­zwał się Gaspar i pod­szedł do Vicky. Ona objęła go za szyję i krzyk­nęła, że Diana zgi­nęła, od rana jej nie ma. Diana była jed­nym z dwóch psów Vicky, naj­uko­chań­szym, ośmio­let­nim owczar­kiem nie­miec­kim, który towa­rzy­szył jej prak­tycz­nie przez całe życie.

- Ucie­kła przed moim wred­nym tatą - powie­działa Vicky. I pośród łez i pochli­py­wań zdo­łała opo­wie­dzieć, że ojciec zosta­wił otwarte drzwi wej­ściowe i Diana - bez smy­czy - wybie­gła na chod­nik. On ją zawo­łał, ona nie posłu­chała. Mieli nadzieję, że wróci, ale Vic­to­ria i jej matka uparły się, żeby poje­chać jej szu­kać samo­cho­dem. Nic. I tak od dzie­wią­tej rano.

- Teraz my jej szu­kamy; kiedy nie ma tylu aut, może jest spo­koj­niej­sza - powie­działa Adela i swoim jedy­nym ramie­niem odsu­nęła sobie z czoła wil­gotny kosmyk.

- Może być w parku - stwier­dził Gaspar.

- Wła­śnie tam szły­śmy.

- My też. Oddam rower do naprawy i pójdę z wami.

Całą czwórką ruszyli alejką obok domów w stylu angiel­skim w stronę parku. Adela jak zawsze zajęła miej­sce obok Gaspara. Zaczęła mówić o psach, które wra­cały; psach, które sia­dały w drzwiach szpi­tali i cze­kały, aż ich cho­rzy wła­ści­ciele zostaną wypi­sani; o takich, które miesz­kały na cmen­ta­rzach, bo towa­rzy­szyły swoim panom aż do końca. Lubiła fan­ta­zjo­wać i prze­sa­dzać i coraz czę­ściej kła­mała, ale to zno­sili, i nie tylko z lito­ści. Była zabawna. Miesz­kała z mamą w nieco odsu­nię­tym od ulicy domu, który był tro­chę mroczny, bo stał w głębi kwar­tału ulic i słońce zasła­niały mu oko­liczne budynki oraz drzewa rosnące na dużych patiach sąsia­dów. Mimo to dom był cał­kiem ładny; mama Adeli, Betty, dobrze dobie­rała dywany i repro­duk­cje obra­zów, miała pro­ste, ale wygodne kolo­rowe meble, cza­sami przy­kry­wane kapami w andyj­skie wzory. Był to na wpół hipi­sow­ski dom i bar­dzo różny, uwa­żał Pablo, od jego domu ze sta­rymi szkla­nymi ozdób­kami po babci, poma­rań­czo­wymi ptasz­kami i bia­łymi łabę­dziami, czar­nymi tuka­nami z żół­tymi dzio­bami i różo­wymi fla­min­gami, któ­rych nie wolno mu było doty­kać. Adela nie miała taty i wła­ści­wie nie było wia­domo dla­czego, czy umarł, czy odszedł. Nikt nie miał odwagi gło­śno powie­dzieć, że może był zagi­nio­nym, cho­ciaż nie­któ­rzy ośmie­lali się twier­dzić, że jest odwrot­nie, że jako poli­cjant zgi­nął w akcji.

Rów­nie tajem­ni­czy był powód, dla któ­rego bra­ko­wało jej ramie­nia. Kikut był nie­duży i pro­por­cjo­nalny, jakby odcięty równo powy­żej łok­cia. Matka Adeli mówiła, że taka się uro­dziła, że to wada wro­dzona. Wiele dzieci bało się jej albo brzy­dziło. Śmiały się, mówiły do niej "potwora", "paskuda", "wybra­ko­wana strzyga"; że ją wynajmą do cyrku, że jej zdję­cie na pewno jest w książ­kach do medy­cyny. Bolało ją to, cza­sami pła­kała, ale posta­no­wiła zawsze odpo­wia­dać na drwiny żar­tami albo wyzwi­skami. Nie chciała nosić pro­tezy. Zazwy­czaj nie ukry­wała kikuta. Jeśli w oczach jakie­goś dziecka albo nawet doro­słego zoba­czyła wstręt, potra­fiła prze­je­chać mu kiku­tem po twa­rzy albo usiąść tuż obok i swoim bez­u­ży­tecz­nym wyrost­kiem muskać mu ramię, aż dopro­wa­dzała go nie­mal do łez.

Jej wer­sja doty­cząca nie­obec­nego ramie­nia była spek­ta­ku­larna, czego można się było po niej spo­dzie­wać. Opo­wia­dała, że zaata­ko­wał ją pies, czarny dober­man. Pies osza­lał, dober­manom to się zda­rza, to rasa, która według Adeli ma zbyt małą czaszkę w sto­sunku do wiel­ko­ści mózgu: dla­tego stale boli je głowa i wariują. Mówiła, że zaata­ko­wał ją, kiedy miała dwa lata. Mówiła też, że pamięta: ból, war­cze­nie, odgłos kła­pią­cych szczęk, pla­miącą trawę krew. To było na działce jej dziad­ków i to dzia­dek zabił psa: strzał był nie­zwy­kle celny, ponie­waż pies, kiedy został tra­fiony, trzy­mał jesz­cze maleńką Adelę w zębach.

Nie­zwy­kłe było to, że Gaspar, który zawsze naj­chęt­niej słu­chał i naj­mniej dys­ku­to­wał z całej czwórki, ni­gdy nie chciał w tę wer­sję uwie­rzyć. Nie możesz tego pamię­tać, mówił. Mia­łaś dwa lata. Ja ledwo pamię­tam moją mamę, a kiedy umarła, mia­łem sześć.

- No tak, ale to było bar­dzo trau­ma­tyczne prze­ży­cie - odpo­wia­dała Adela i pod­kre­ślała słowo "trau­ma­tyczne", któ­rego się nie­dawno nauczyła.

- Odbiło ci? To z moją mamą też było trau­ma­tyczne.

- Coś musisz pamię­tać.

I Gaspar upie­rał się, że ow­szem, że tro­chę tak, ale za mało, chciał przy­po­mnieć sobie wiele wię­cej; to były migawki, krót­kie luźne scenki z jakie­goś filmu. A z cza­sów, kiedy miał dwa lata, nic a nic. Nikt niczego nie pamięta, kiedy ma dwa lata, to nie­moż­liwe, obsta­wał przy swoim.

- Mnie tam wszystko jedno, możesz sobie kła­mać - mówił, a Adela się wku­rzała. - Ale w pew­nych spra­wach musisz to robić lepiej.

Po tych kłót­niach Adela zawsze odcho­dziła z bar­dzo zaczer­wie­nioną twa­rzą i uszami; była pie­go­wata i nad­zwy­czaj jasno­włosa, a przy bla­dej cerze jej zęby wyda­wały się żółte. Pod nie­mal bia­łymi rzę­sami miała małe brą­zowe oczy.

- Zacze­kaj­cie tu - powie­dział Gaspar, kiedy doszli do parku Castelli.

Posłu­chali go: Adela wytarła kurtką do sucha drew­nianą ławkę i cała trójka usia­dła w mil­cze­niu. Park zaj­mo­wał dwa­na­ście kwar­ta­łów i na jego tere­nie znaj­do­wała się szkoła, dwa baseny pły­wac­kie - jeden na otwar­tym powie­trzu, drugi kli­ma­ty­zo­wany; to tam Gaspar pły­wał w week­endy, kiedy basen w jego szkole był zamknięty - różany ogród i ogromna fon­tanna, wyrzu­ca­jąca stru­mie­nie róż­nej wyso­ko­ści zsyn­chro­ni­zo­wane tak, by spra­wiały wra­że­nie, iż woda tań­czy. Na placu zabaw dla dzieci stała rów­nież karu­zela, ale oni byli już za duzi, aby tam cho­dzić, chyba że na hamaki; zwłasz­cza dziew­częta lubiły hamaki oraz różany ogród z per­golą z XIX wieku, ciem­no­zie­lo­nymi pną­czami i ścież­kami z czer­wo­nych kamy­ków, które zosta­wiały plamy na butach.

Gaspar wkrótce wró­cił ze sklepu z rowe­rami i zor­ga­ni­zo­wał poszu­ki­wa­nie: Pablo miał się zająć czę­ścią od szkoły do alei wio­dą­cej do kościoła; on sam oko­licą fon­tanny i base­nów; dziew­częta podzie­liły mię­dzy sobą różany ogród i obszar wokół wej­ścia do metra. Szu­kaj­cie dobrze, powie­dział. Może być prze­stra­szona. Za wszyst­kimi drze­wami i pod wszyst­kimi ław­kami. Szkoła jest zamknięta, ale na pewno jest ten pan, który jej pil­nuje; Pablo, zawo­łaj go i zapy­taj, naci­śnij dzwo­nek. Ja zro­bię to samo na base­nie. Za godzinę znowu tu się spo­ty­kamy. Pozo­stali kiw­nęli pota­ku­jąco głową, a Gaspar, zanim przy­stą­pił do szu­ka­nia, schy­lił się i napił wody ze sta­rego cera­micz­nego źró­dełka w kształ­cie lwiej głowy w kolo­rze nie­bie­skim, które prze­cie­kało i na ścieżce z czer­wo­nej ziemi zosta­wiało małą krwawą strużkę.

Gaspar okrą­żył budy­nek klubu; miesz­czący się w nim bar był otwarty i nie było w nim klien­tów - zapewne z powodu desz­czu i godziny: mieli zacząć się scho­dzić w oko­li­cach pod­wie­czorku - więc wszedł do środka. Jedyny kel­ner i wła­ści­ciel znali go: cza­sami jadł tam coś w soboty i nie­dziele po pły­wa­niu, a nawet odra­biał lek­cje przy któ­rymś ze sto­li­ków z wido­kiem na naj­bar­dziej zadrze­wioną część parku, kiedy jego ojciec był w bar­dzo złym humo­rze, co w ostat­nim roku zda­rzało się coraz czę­ściej, jakby ów męż­czy­zna, który z nim miesz­kał, był kimś innym, kto zamie­niał się w kogoś bar­dziej mil­czą­cego, gwał­tow­nego i odle­głego. Gaspar zaczął tęsk­nić za daw­nym ojcem.

Zapy­tał, czy widzieli psa, jed­nak ani kel­ner, ani wła­ści­ciel nie przy­po­mi­nali sobie żad­nego owczarka nie­miec­kiego: po parku krą­żyło wiele psów, więk­szość z nich znali, zosta­wiali im jedze­nie, ale żaden nowy nie rzu­cił im się w oczy. Gaspar przy­jął szklankę fanty, którą poczę­sto­wał go wła­ści­ciel, i dalej prze­szu­ki­wał schody po każ­dej stro­nie fon­tanny. W środ­ko­wej czę­ści park usy­tu­owany był na wznie­sie­niu, urzą­dzono go na nie­wiel­kim pagórku i ów stok koń­czył się odkry­tym base­nem, teraz już zamknię­tym aż do następ­nego lata: okrą­żył go i popa­trzył na tram­po­linę. Prze­ci­snął się mię­dzy wąskimi kra­tami - tro­chę go to kosz­to­wało: cho­ciaż był bar­dzo szczu­pły, jesz­cze chwila, a będzie za duży na to, żeby przejść mię­dzy prę­tami - i zawo­łał Dianę, wyda­jąc gwizd, o któ­rym wie­dział, że pies go roz­po­zna. Nic. Zawró­cił znad basenu i znowu zawo­łał: dziwne, dozorcy nie było. Może wziął sobie wolny wie­czór, mżyło, komu by się chciało wcho­dzić do wody. On to robił, cza­sami: lubił pły­wać, kiedy było zimno i nikt go nie pil­no­wał; wycho­dzić, szczę­ka­jąc zębami, mając cały basen tylko dla sie­bie. O tych eska­pa­dach ojciec oczy­wi­ście nie wie­dział.

Zamknął oczy. Bolał go poli­czek i tro­chę kolana; jesz­cze tro­chę krwa­wiły, wcze­śniej obej­rzał je w łazience i już czuł napię­cie skóry, robiły mu się strupki.

Psa nie było w pobliżu fon­tanny ani basenu, więc zaczął szu­kać za drze­wami. W parku rosło ich dużo i Gaspar żało­wał, że się na nich nie zna, nie wie, które to topola, a które nie­śplik, gdyż odróż­niał jedy­nie sosny. Niech­by takich rze­czy uczyli w szkole zamiast ułam­ków albo tych bzdur o orga­ni­zmach jed­no­ko­mór­ko­wych. Szło mu dobrze, bo nauka nie spra­wiała mu trud­no­ści, ale się nudził, i to od dawna. Sam dobie­rał sobie lek­tury: ojciec może i był zmienny w nastro­jach i mógł budzić lęk, ale pozwa­lał mu czy­tać wszystko. Teraz czy­tał Dra­culę: widział już z dzie­sięć fil­mów, a książka róż­niła się cał­ko­wi­cie od każ­dego z nich. Przy­szło mu na myśl pewne zda­nie i dreszcz, który poczuł przy fon­tan­nie, nie był już spo­wo­do­wany jedy­nie tym, że miał na sobie bluzę z cien­kiego mate­riału: teraz owo zda­nie wydało mu się straszne. "Umarli podró­żują szybko". Wypo­wia­dał je jeden z boha­te­rów, towa­rzysz podróży Jona­thana Har­kera, który jechał do domu Hra­biego. Poszu­kał tej książki po angiel­sku, w biblio­tece ojca, który w roz­tar­gnie­niu ryso­wał coś w jed­nym ze swych zeszy­tów. Zna­lazł ją od razu i w ory­gi­nale brzmiało ono: for the dead tra­vel fast. Angiel­ska wer­sja książki zawie­rała ponadto infor­ma­cję, że zda­nie to zostało prze­ło­żone z nie­miec­kiego i że pocho­dziło z poematu zaty­tu­ło­wa­nego Lenore. Zapy­tał ojca, czy go ma - ojciec miał wiele tomów poezji - a on, nie prze­sta­jąc ryso­wać czy pisać, nie patrząc na niego, odparł, że nie. To prawda?, spy­tał go wtedy. To prawda, że umarli podró­żują szybko?

Ojciec pod­niósł w końcu głowę i stwier­dził po pro­stu, nie­któ­rzy.

Zbiegł po scho­dach na espla­nadę, na któ­rej stał pomnik tygrysa sza­blo­zęb­nego, i obszedł park ścieżką rów­no­le­głą do ulicy Mitre. Vicky i Adela już cze­kały na niego w alta­nie w pobliżu róża­nego ogrodu. Z ich min domy­ślił się, że też nie zna­la­zły psa.

- Wróci, Vicky - powie­dział Gaspar. - Jak chcesz, zro­bimy foto­ko­pie jej zdję­cia i roz­wie­simy w skle­pach i na latar­niach. Znaj­dziemy ją.

Vicky pła­kała.

- Jest stara, zgubi się.

Nad­biegł Pablo i zanim pokrę­cił prze­cząco głową, spoj­rzał na Gaspara.

- Wyzna­czysz nagrodę? - spy­tała Adela. - Jak to zro­bisz, będzie super.

- A skąd wezmę forsę na nagrodę? Tata mi na to nie da.

- Ja ci poży­czę, to nie pro­blem - ode­zwał się Gaspar i popro­sił Adelę, żeby z nim poszła do punktu ksero.

Resztę wie­czoru spę­dzili na przy­go­to­wy­wa­niu pla­katu zagi­nio­nej Diany w for­ma­cie kartki papieru maszy­no­wego. Vicky wybrała zdję­cie z jasnym tłem, żeby się lepiej wyróż­niała. Hugo, ojciec Vicky, żar­tem zwró­cił się do Gaspara, mówiąc, że w związku z infla­cją wyzna­cza­nie nagrody nie ma sensu, a Vicky tak się obra­ziła, że z pła­czem zamknęła się w swoim pokoju. Adela i Gaspar dokoń­czyli kolaż, a tym­cza­sem Pablo słu­chał wyja­śnień Hugona, jak to się stało, że pies uciekł. Rze­czy­wi­ście zosta­wił otwarte drzwi. Na minutę, bo zapo­mniał para­sola, a był mu potrzebny - kiedy wycho­dził rano do pracy, do apteki, padało. I coś psa prze­stra­szyło, coś, co spa­dło w głębi domu. Może Vir­gi­nia, młod­sza sio­stra Vicky, rzu­ciła zabawką o ścianę albo bab­cia, która nie­do­sły­szała, pogło­śniła radio i to pode­rwało psa, który pędem wybiegł. On też go kocha, wprost uwiel­bia, i krew go zalewa na myśl, że Vicky go za to obwi­nia i robi takie przed­sta­wie­nie.

- Wróci - powie­działa Adela i od nowa zaczęła opo­wia­dać aneg­doty o psach wier­nych swoim panom. Skoń­czyw­szy wpi­sy­wać numer tele­fonu Vicky, Gaspar wstał i zastu­kał do drzwi jej pokoju.

- Idziemy roz­le­piać pla­katy. Chodź z nami, weź prze­stań.

Zapa­dła pełna napię­cia cisza i Vicky otwo­rzyła drzwi. Miała zaczer­wie­nione oczy, ale już nie pła­kała.

- Prze­stań - powtó­rzył Gaspar. - Już zro­bi­li­śmy pla­katy.

Popa­trzyli na sie­bie w ciem­no­ści kory­ta­rzyka mię­dzy poko­jami. Żarówka była prze­pa­lona. Gaspar przy­po­mniał sobie lato, które spę­dził z Vicky i jej rodziną w Mar del Plata: gry palet­kami na plaży, tro­chę pły­wa­nia - nie za wiele: bar­dzo się oba­wiali, że Gaspar wypły­nie za daleko, a on nie chciał ich dener­wo­wać - spa­cery po wil­got­nym pia­sku o zmierz­chu. Dużo roz­ma­wiał z Vicky, cza­sami aż zasy­piali bar­dzo późno, przy zapa­lo­nej lampce noc­nej. To były dru­gie waka­cje, kiedy dołą­czał do rodziny Peirano, wynaj­mu­ją­cej na czas urlopu apar­ta­ment w pobliżu na wpół opu­sto­sza­łych plaż przy latarni mor­skiej, duży i wygodny, za który, jak podej­rze­wał Gaspar, to nie oni pła­cili. Był pra­wie pewien, że wie, kto pokrywa koszty wynajmu, ale ni­gdy by się do tego nie przy­znał. Ojciec niczego mu nie wyja­śniał ani za pierw­szym, ani za dru­gim razem. Pozwo­lił mu na mie­siąc jechać nad morze. Skoro cię zapra­szają, jedź. Mam do nich zaufa­nie. Każ­dego lata pra­cow­nicy, któ­rzy przy­wo­zili im pie­nią­dze, poja­wiali się rów­nież na wybrzeżu, żeby upew­nić się, że ma wszystko, czego potrze­buje. Nie zawsze byli to ci sami męż­czyźni, ale Gaspar znał już wszyst­kich, było ich sied­miu, ośmiu, jeśli doli­czyć szo­fe­rów, któ­rzy wozili jego ojca do leka­rza albo gdzie­kol­wiek chciałby poje­chać. Jako dziecko tego nie zauwa­żał, ale kiedy pod­rósł, już tak; wyraź­nie było widać, że nikt nie ma takich asy­sten­tów czy opie­ku­nów. Kiedy zapy­tał o to ojca, ten za całą odpo­wiedź rzu­cił, twoja matka była bogata, to i ty też. Na pewno widzia­łeś w tele­wi­zji, co się może przy­tra­fić boga­tym ludziom. Gaspar przy­po­mniał sobie wia­do­mo­ści o porwa­niach i wyja­śnie­nia mamy Vicky: to bez­ro­botne zbrojne ramię dyk­ta­tury, mówiła, teraz się wzięli za szan­ta­żo­wa­nie i żąda­nie oku­pów, znają się na porwa­niach jak mało kto. Zna­czy, że co: że coś mi grozi? Że mogą mnie porwać? Nie, cią­gnął ojciec, bo tamci cię pil­nują. A kiedy znowu zapy­tał, odpo­wiedź była iden­tyczna, a iry­ta­cja ogromna. Toteż teraz godził się na to.

Pierw­sze waka­cje Gaspar spę­dził genial­nie. Ale w trak­cie dru­gich nie wia­domo czemu któ­rejś nocy poczuł strach o ojca i wymknął się z apar­ta­mentu do budki tele­fo­nicz­nej. Opie­ra­jąc się o podziu­ra­wioną pla­sti­kową ścianę okrą­głej kabiny, która przy­po­mi­nała mu wiel­kie jajko, wiele razy pró­bo­wał dodzwo­nić się do domu. I następ­nej nocy znowu dzwo­nił. Nikt nie pod­no­sił słu­chawki. Był sty­czeń. Gaspar wie­dział, że latem ojciec wyjeż­dża na kilka dni, ma przy­ja­ciół, ale ni­gdy na tak długo. Naj­wy­żej dzie­sięć. Był 15 stycz­nia, a on nie odbie­rał i Gaspar już miał popro­sić Lidię i Hugona Peirano, żeby mu pozwo­lili wró­cić, żeby kupili mu bilet, cho­ciaż nie za bar­dzo wie­dział, co mógłby zro­bić, gdyby przy­je­chał do pustego domu. Zadzwo­nić do stryjka do Bra­zy­lii? Poroz­ma­wiać z księ­go­wymi? Popro­sić o kon­takt z dziad­kami ze strony mamy, któ­rych od lat nie widział i ledwo pamię­tał? Sie­dząc na stop­niach przy wej­ściu do budynku w Mar del Plata, pod­czas gdy tury­ści wcho­dzili i wycho­dzili, jedni, żeby pójść na kola­cję do restau­ra­cji, dru­dzy z zaku­pami z super­mar­ketu, żeby ugo­to­wać coś w apar­ta­men­tach, Gaspar się roz­pła­kał, a Vicky powie­działa:

- Na pewno się znaj­dzie. Nie trzeba nic mówić. Jutro znowu zadzwo­nimy.

I tym razem, kiedy zadzwo­nił, ojciec zmę­czo­nym i poiry­to­wa­nym gło­sem powie­dział, cześć. Gdy roz­po­znał jego głos, pod Gaspa­rem ugięły się kolana.

- Dzwo­ni­łem do cie­bie - powie­dział ura­żony. - Ni­gdy nie wyjeż­dżasz na tyle dni.

- Gaspa­rze, baw się dobrze - odparł ojciec i odło­żył słu­chawkę.

Teraz, kiedy patrzył na Vicky, Gaspar przy­po­mi­nał sobie tamte dni nie­pew­no­ści sprzed zale­d­wie trzech mie­sięcy. A ona ski­nęła pota­ku­jąco głową. Rozu­miała. Zwią­zała sobie jedwa­bi­ste i bar­dzo ciemne włosy w koń­ski ogon.

- Prze­pra­szam, powin­nam wam pomóc przy tych pla­ka­tach.

A potem znowu objęła Gaspara, który poca­ło­wał ją w głowę i wcią­gnął zapach jej wło­sów, przy­po­mi­na­jący tro­chę deszcz, a tro­chę modny szam­pon, który tam­tego roku tak się dziew­czy­nom podo­bał: zie­lony i pach­nący sokiem jabł­ko­wym.

Dom Vic­to­rii Peirano stał cią­gle nie­skoń­czony. Działka była duża i budy­nek cią­gnął się wzdłuż chod­nika łączą­cego fron­towy ogró­dek i garaż z czę­ścią tylną: znaj­do­wało się tam skromne podwórko z szopą, pod którą w cie­niu cytry­no­wego drzewa spały psy i nie­mal każ­dej nie­dzieli roz­pa­lano grill. W tym hała­śli­wym i bała­ga­niar­skim domu każdy kładł się spać, kiedy chciał; jeśli mieli chęć jeść wszy­scy razem przy stole, to jedli, jeśli nie, zabie­rali swój talerz do pokoju albo szli na tył domu, bab­cia w radiu słu­chała tang i nikt ni­gdy nie mógł zna­leźć zawie­ru­szo­nych papie­rów.

Nie przy­po­mi­nał domu far­ma­ceuty i lekarki. Cza­sami Vic­to­ria myślała, że to nie­spra­wie­dliwe, że jej rodzice są biedni, gdyż szkolni kole­dzy, któ­rzy mieli rodzi­ców leka­rzy, miesz­kali w innych domach. Nie­raz usły­szała, jak mówią o tym, jakiego mają pecha, o stra­co­nych oka­zjach; matka pra­co­wała w szpi­talu publicz­nym i brała dyżury w kli­nice poło­żo­nej dwa­dzie­ścia prze­cznic dalej; ojciec nie chciał zosta­wić apteki, w któ­rej zaczął pra­co­wać w wieku osiem­na­stu lat, uwiel­biał wła­ści­ciela, nie przej­mo­wał się niską pen­sją. Nie­raz kłó­cili się o pie­nią­dze, ale byli szczę­śliwi. Dobrze się razem bawili. A forsę wyda­wali na waka­cje: w Bari­lo­che, w Pehu­encó, w Mar del Plata, w górach Cór­doby, w Doli­nie Księ­ży­co­wej. Gaspar spę­dzał dużo czasu z tą rodziną. Jego wła­sny dom był obszerny i ele­gancki i - wie­dział o tym - cała dziel­nica mu go zazdro­ściła; ale był także ciemny i pusty, miał wyschnięty ogród, nie­wiele mebli i pano­wała w nim obo­wiąz­kowa cisza.

- Może zosta­nie­cie na kola­cji? - spy­tała Lidia, matka Vicky. Wró­ciła ze szpi­tala pra­wie o dzie­wią­tej wie­czo­rem z kil­koma piz­zami, które wystar­czyło wsta­wić do pie­kar­nika. Dopiero się dowie­działa o ucieczce psa i wysłu­chaw­szy wszyst­kiego, zwró­ciła się do męża:

- Jesteś dupek, Hugo. No, naprawdę.

I pogra­tu­lo­wała dzie­ciom, że zro­biły pla­katy. Zosta­wili je we wszyst­kich skle­pach, kio­skach, w barze w parku, w wypo­ży­czalni rowe­rów, na latar­niach: naza­jutrz była nie­dziela i o ile nie będzie padało, na ulicę wyj­dzie znacz­nie wię­cej ludzi, i jeśli ktoś widziałby psa, to musiał się zna­leźć. Zosta­wili też numery tele­fo­nów Adeli i Pabla; Gaspara nie: jego ojciec nie zno­sił sygnału dzwonka.

Roz­ło­żyw­szy pizze na kuchen­nym bla­cie, żeby tro­chę prze­sty­gły, Lidia poszła do swo­jego pokoju, zdjęła biały far­tuch i jesz­cze raz zapro­siła Pabla i Gaspara na kola­cję. Pablo powie­dział, że mama na niego czeka. Gaspar powie­dział, że nie, dzię­kuję.

- Jak się czuje twój tata? - spy­tała Lidia, zanim weszła pod prysz­nic.

- Nie wiem - powie­dział szcze­rze Gaspar. - Dla­tego też chcę iść. Ale jest mu lepiej niż kilka dni temu, dzięki.

- Jakby co, daj znać.

Gaspar ski­nął ręką na poże­gna­nie. Żało­wał, że nie ma roweru: zle­cił mecha­ni­kowi, żeby dodat­kowo zmie­nił świa­tełko, któ­rego uży­wał, kiedy zapa­dał zmrok, bo ostat­nio prze­ry­wało. Adela wyszła razem z nim: ze wszyst­kich to ona miesz­kała naj­bli­żej niego. Lubił z nią prze­by­wać: przy niej potra­fił się odprę­żyć, bo mógł być szczery.

- Myślisz, że Diana się znaj­dzie?

Sierść nieco szorstka, jęzor stale na wierz­chu i ten uro­czy entu­zjazm - nagle Gaspar przy­po­mniał sobie to wszystko i poczuł gulę w gar­dle. Kochał tego psa. Ponie­waż nie pozwa­lano mu trzy­mać w domu zwie­rząt, przy­wią­zy­wał się do pupili przy­ja­ciół. Diana była jego ulu­bie­nicą.

- Nie - powie­dział. - Nie sądzę, żeby się zna­la­zła.

- Ja też nie, ale nie chcia­łam nic mówić.

- A może wła­śnie odwrot­nie i my się mylimy.

- Oby. A ty czemu nie masz psa?

- Tata nie znosi zwie­rząt.

To nie było dokład­nie tak; kie­dyś powie­dział "Nie chcę w domu niczego żywego". Ale to zabrzmia­łoby zbyt dziw­nie, nawet dla Adeli.

- Twój tata jest strasz­nie porą­bany.

Roze­śmieli się. Adela powie­działa to lekko i ze zna­jo­mo­ścią tematu: Betty, jej matka, kiedy była smutna, dużo piła. Nie była agre­sywna, nie wyży­wała się na Adeli, a jedy­nie zamy­kała z butelką i cza­sami wymio­to­wała w łazience. Albo w miesz­ka­niu. Gaspar nie­raz poma­gał Adeli opróż­niać z wina kie­liszki, które znaj­do­wali w kątach, a w łazience uży­wać odświe­ża­cza do pomiesz­czeń, jeśli Betty źle wytarła swoje rzy­go­winy. Nie upi­jała się bar­dzo czę­sto, ale kiedy już to robiła, dni były trudne. Gaspar nie spie­szył się, po czę­ści, żeby móc spę­dzić z Adelą wię­cej czasu, a po czę­ści dla­tego, że z powodu braku ręki była nieco spo­wol­niona, jakby bra­ko­wało jej wio­sła do odpy­cha­nia. Już nie padało, Adela zosta­wiła kurtkę w domu Vicky i miała na sobie tylko czer­woną bluzę z ręka­wem pod­wi­nię­tym powy­żej kikuta. Zawsze mówiła, że nie­na­wi­dzi nosić pustego, zwi­sa­ją­cego rękawa. Wolała, żeby to, co oczy­wi­ste, było na widoku. Gaspar lubił towa­rzy­stwo Adeli także dla­tego, że była gada­tliwa, a jego mil­cze­nie jej nie prze­szka­dzało. Teraz jed­nak się nie odzy­wała. I to nie z powodu psa, który nie był jej przy­ja­cie­lem; wolała trzy­mać się od psów z daleka, obsta­wała przy tym z całą sta­now­czo­ścią, żeby móc trwać przy swo­jej histo­rii o ataku dober­mana.

Gaspar posta­no­wił prze­rwać ciszę:

- Coś ci jest?

- To, co zawsze, ale cza­sem jest gorzej.

- Dobra, gadaj.

- To tro­chę obrzy­dliwe.

- To i lepiej.

Adela popchnęła go tak, że aż się potknął.

- Bał­wan.

Mówiła ze spusz­czo­nym wzro­kiem, jakby patrzyła pod nogi.

- Ramię mnie swę­dzi. To ramię - powie­działa i poru­szyła kiku­tem.

- No to się podrap.

- Nie bądź kre­ty­nem. Swę­dzi mnie tam, gdzie go nie mam. Już byłam u leka­rza. To się nazywa koń­czyna fan­to­mowa, powie­dział. I to dla­tego, że mózg nie reje­struje, że już jej nie masz, no i czuje się różne rze­czy.

Gaspar popa­trzył na nią z uwagą w świe­tle żół­ta­wych lamp ulicz­nych. Włosy Adeli ota­czał rodzaj aure­oli: puszyły się od wil­goci.

- Nie­prawda.

Spoj­rzała na niego z nie­na­wi­ścią, mru­żąc ciemne oczy.

- Czemu ni­gdy mi nie wie­rzysz?

- Nie może cię swę­dzieć coś, czego nie ma.

- A wła­śnie że mnie swę­dzi, a ty nic nie rozu­miesz - zawo­łała Adela i z pła­czem rzu­ciła się bie­giem do domu, nie dając mu spoj­rzeć sobie w twarz. Gaspar już miał pobiec za nią, ale pozwo­lił jej odejść. Był zmę­czony, głodny, a zanim pod­grzeje kotlety w pie­kar­niku, minie jesz­cze jakiś czas. Nie wie­dział, czy ma chleb, żeby zro­bić sobie kanapkę. Powi­nien był przy­jąć zapro­sze­nie na kola­cję, ale chciał wró­cić do domu, pobyć tro­chę sam i zoba­czyć tatę.

Powoli pogrą­żył się w chłod­nej ciem­no­ści domu i zanim prze­szedł do kuchni, zaj­rzał do pokoju na par­te­rze, w któ­rym spał ojciec.

Lampka nocna na pod­ło­dze, pusta szklanka na sto­liku i ojciec z odkrytą pier­sią sie­dzący na łóżku; już ni­gdy nie sypiał na leżąco. Gaspar nie potra­fił stwier­dzić, czy śpi, czy nie: widział tylko, że ma zamknięte oczy.

Zapa­lił świa­tło w kuchni, nie­mal jedy­nym pomiesz­cze­niu w domu, nie licząc łazienki, gdzie pozwa­lano mu korzy­stać z gór­nego oświe­tle­nia. W lodówce zna­lazł dwa kotlety. Pową­chał je: natka pie­truszki, bułka tarta, tro­chę cytryny i meta­liczny zapach suro­wego mięsa. Posma­ro­wał ole­jem jedną z blach pie­kar­nika i włą­czył go. Żeby pło­mień na dobre się roz­pa­lił, trzeba było dłuż­szy czas trzy­mać wci­śnięty guzik, pra­wie minutę. Jeśli zwol­niło się go za szybko i pół­kole nie­bie­skiego ognia zga­sło, nale­żało odcze­kać ponad dzie­sięć minut, zanim można było znowu spró­bo­wać. Tej nocy nie miał odwagi sma­żyć ze względu na skwier­czący hałas oleju; nie chciał obu­dzić ojca, a poza tym dania sma­żone - cza­sami, kiedy kładł się spać, a jesz­cze ich dobrze nie stra­wił - wywo­ły­wały u niego jeden z naj­bar­dziej znie­na­wi­dzo­nych kosz­ma­rów; o męż­czyź­nie, uno­szą­cym się w powie­trzu ponad jego głową, z któ­rego rąk ska­py­wały gorące kro­pelki, sączące się z cze­goś, co trzy­mał w ramio­nach; cze­goś żywego i nie­du­żego, co umie­rało; w jego śnie było to bar­dzo wyraźne; nie potra­fił odróż­nić, czy to był jakiś czło­wiek czy zwie­rzę, bo go nie widział; jedyne, co widział, to stopy czło­wieka fru­wa­ją­cego w powie­trzu i kawa­łek jego nóg, bla­dych niczym kości, dokład­nie nad swoją głową. Tak więc kotlety z pie­kar­nika. I pomi­dor prze­kro­jony na pół, z odro­biną oliwy i ore­gano.

Lubił goto­wać. Chciałby czę­ściej to robić dla ojca, który ostat­nio jadał mało i nie­chęt­nie. Gaspar wie­dział, że jest bar­dzo chory, zawsze to wie­dział, jed­nak teraz wyczu­wał coś gor­szego, o czym nie chciał myśleć: czuł, że wkrótce umrze. Cią­gle był taki zmę­czony, taki roz­draż­niony, taki słaby, tak nie­by­wale deli­katny, i to wła­śnie jego ojciec, wysoki, silny, o tak wiel­kich dło­niach, że kiedy go tuliły, mogły objąć całą jego głowę, a kiedy go biły, były niczym ręka­wice bok­ser­skie bez osłony tka­niny i gumy, czy­sta furia kości cięż­kiej dłoni i bru­tal­nych cio­sów na odlew.

Zdjął buty i skar­petki, które mu zwil­got­niały, i na sznurku roz­pię­tym w kuchni poszu­kał suchych. Nie chciało mu się spać, więc kiedy zjadł już kotlet z pomi­do­rem, obok tale­rza roz­ło­żył mapę poli­tyczną Azji, którą miał wypeł­nić. Popa­trzył na linie wyzna­cza­jące gra­nice państw i cho­ciaż przy odra­bia­niu lek­cji wolno było korzy­stać z pomocy ency­klo­pe­dii, spró­bo­wał przy­po­mnieć sobie nazwy bez zaglą­da­nia do niej: tak miało być na kla­sówce. Chiny, Pekin. Pra­wie dla żartu zama­lo­wał ogromny kraj na żółto. Wyspa tam na górze to Japo­nia. Tokio. Na czer­wono. Lubił geo­gra­fię. Nie lubił mate­ma­tyki ani tym bar­dziej geo­me­trii, ale od tego miał Belén, kole­żankę, która chciała zostać inży­nie­rem i która roz­wią­zy­wała za niego zada­nia i za pomocą kąto­mie­rza wyko­ny­wała rysunki tech­niczne, w zamian on pisał za nią prace domowe z angiel­skiego i hisz­pań­skiego. Wymiana była dosko­nała, nie mówiąc już o tym, że Belén mu się podo­bała. Inne dziew­czyny też mu się podo­bały, ale żadna nie wyda­wała się taka ładna jak Belén ani też przy żad­nej nie był jed­no­cze­śnie zde­ner­wo­wany i zado­wo­lony. Fakt, że chciała stu­dio­wać inży­nie­rię, spra­wiał, że podo­bała mu się jesz­cze bar­dziej: była inna niż wszyst­kie.

Cią­gle jesz­cze nie miał odwagi jej popro­sić, żeby się z nim umó­wiła albo żeby została jego dziew­czyną. Wie­dział, że inne nabi­jały się z niej, robiąc alu­zje do ich imion, Belén i Gaspar: Betle­jem - miej­sce naro­dzin Jezusa, i Kac­per - jeden z Trzech Króli. To miał być żart. Jego imię i imię dziew­czyny, która naj­bar­dziej mu się podo­bała, razem sta­no­wiły obiekt żar­tów. A ona była pewna sie­bie, taka ładna z tymi swo­imi sze­ro­kimi ustami i ciem­nymi oczyma, i skórą tak cienką, że zda­wała się prze­zro­czy­sta, na policz­kach było jej widać wszyst­kie nie­bie­skie żyłki; Gaspa­rowi wyda­wało się, że też jest rodza­jem mapy. I te skar­petki, które nosiła, białe, znacz­nie poni­żej kolan, i posre­brzany pier­ścio­nek na małym palcu.

Teraz nie mógł sobie przy­po­mnieć sto­licy Iranu. Tehe­ran czy Bag­dad? Zde­cy­do­wał się na Tehe­ran i zama­lo­wał kraj na fio­le­towo. Zostało mu jesz­cze wiele kra­jów, które zawsze mu się myliły: pamię­tał nazwy - Male­zja, Indo­ne­zja, Kam­bo­dża - ale nie potra­fił odróż­nić ich zary­sów na mapie. Nie chciało mu się iść na pierw­sze pię­tro i szu­kać ency­klo­pe­dii: mógł to zro­bić następ­nego dnia.

Na bosaka ruszył do swo­jego pokoju: jego okno wycho­dziło na ulicę, a raczej na fron­towy ogró­dek, który był wąski i w któ­rym stało kilka dużych donic z zaschniętą zie­mią. Okno było zamknięte, a roleta opusz­czona i Gaspar go nie otwo­rzył. Przej­rzał to, co leżało do czy­ta­nia na noc­nym sto­liku, ale nie miał ochoty na żadną książkę, nawet na tomik poezji; lubił je naj­bar­dziej ze wszyst­kiego, cho­ciaż ich nie rozu­miał, bo cza­sami, kiedy prze­czy­tał na głos dwa słowa, a one razem wywo­ły­wały jakiś piękny efekt, zbie­rało mu się na płacz. Nie chciało mu się rów­nież słu­chać muzyki na nowym walk­ma­nie, przy­wie­zio­nym przez stryjka z Bra­zy­lii na Boże Naro­dze­nie. Nie mógł też oglą­dać fil­mów, bo swoje wideo poży­czył Pablowi. Musiał iść spać. Zdjął spodnie, ale został w pod­ko­szulce; bluzę rzu­cił na krze­sło. Otar­cia na kola­nach już zaschły, naza­jutrz poczuje swę­dze­nie, a potem będzie zry­wać strupy i nim się wygoją, minie dużo czasu; zawsze robił tak samo.

Zanim się przy­krył, zło­żyw­szy poduszkę na pół, z szu­flady wyjął jeden z zeszy­tów z kolek­cji histo­rii sztuki indiań­skiej i ludo­wej, który napi­sała jego mama i w któ­rym było jej zdję­cie. Inne jej arty­kuły, nie­które po angiel­sku, zamiesz­czone były w róż­nych książ­kach znaj­du­ją­cych się w domu. Gaspar znał na pamięć tytuł każ­dego z nich. Świat ludów Tupi-Guaraní w przeded­niu kon­kwi­sty, Gdyby Bóg był jagu­arem: kani­ba­lizm i chrze­ści­jań­stwo wśród Guara­nów, Socio­cul­tu­ral dimen­sion of epi­lepsy: an anth­ro­po­lo­gi­cal study among Guaraní com­mu­ni­ties in Argen­tina i wiele wię­cej, rów­nież na inne tematy, jed­nak żaden z owych roz­dzia­łów ani żadna z krót­kich bro­szu­rek nie zawie­rały jej zdję­cia. A ten zeszyt tak. Ojciec powie­dział, że cała kolek­cja skła­dała się z dzie­się­ciu zeszy­tów, jed­nak w domu mieli zale­d­wie pięć. Twoja mama była dumna, ale też bar­dzo wku­rzona, bo była jedyną kobietą w tej kolek­cji, opo­wia­dał. Czemu wku­rzona?, spy­tał Gaspar. Z wielu powo­dów: bo było mało antro­po­lo­żek, i nie zapra­szano ich na wykłady i kon­gresy, bo męczyła ją praca wyłącz­nie z męż­czy­znami.

Jak infor­mo­wano na pierw­szej stro­nie, zeszyt nale­żał do kolek­cji opu­bli­ko­wa­nej przez Cen­trum Sztuk Wizu­al­nych Museo del Barro w Para­gwaju. Tytuł brzmiał: Sztuka tubyl­cza a sztuka mety­ska w auto­chto­nicz­nych gru­pach Guara­nów. Otwie­rał go czte­ro­stro­ni­cowy tekst bez obraz­ków, bar­dzo trudny, przy­naj­mniej dla Gaspara, obja­śnia­jący, co to są "rodziny języ­kowe" wśród języ­ków auto­chto­nicz­nych i defi­niu­jący poję­cie "ludowy"; ten wyda­wał mu się nudny. Ale dzie­sięć następ­nych stron miało zdję­cia, i to kolo­rowe, które uwiel­biał. Były na nich: drew­niana rzeźba głowy zakrwa­wio­nego Chry­stusa z XVII wieku; inny Chry­stus, w peł­nej postaci, nazy­wany "od słupa", cały poka­le­czony i z rękami przy­wią­za­nymi do pala się­ga­ją­cego mu do pasa; jakaś prze­dziwna Matka Boska, rodzaj popier­sia bez nóg, z prze­szy­tym szpa­dami bla­sza­nym ser­cem umiesz­czo­nym na zewnątrz klatki pier­sio­wej - nazy­wała się "Bole­sna"; dalej obraz, na któ­rym ukrzy­żo­wa­nemu Chry­stusowi stru­mie­niami try­skała z boku krew, a anioł zbie­rał ją do zło­tego kie­li­cha jak do wia­dra. Druga część zeszytu, jego ulu­biona, nosiła tytuł: Ludowy poczet świę­tych. Były w niej cztery zdję­cia przed­sta­wia­jące różne szkie­lety, które nazy­wały się San La Muerte - Święte Umrzyki. Na jed­nym szkie­let był bar­dzo wysoki, w lewej ręce trzy­mał kosę, a w pra­wej mio­tłę; na dru­gim gru­biutki i niski, miał dory­so­wane uśmiech­nięte usta i krótką kosę, która przy­po­mi­nała raczej nóż: ten był zabawny. Następny już nie: umiesz­czony w trum­nie poma­lo­wa­nej na czarno, poważny, wyglą­dał, jakby wsta­wał. A naj­dziw­niej­szy był ostatni: pod­pis gło­sił, że został wyrzeź­biony w kości (nie wyja­śniał, czy zwie­rzę­cej, czy ludz­kiej), mie­rzył zale­d­wie pięć cen­ty­me­trów i z głową pod­partą rękami sie­dział, jakby cze­kał na jakiejś ławce. Dalej znaj­do­wał się San Son, męż­czy­zna ubrany na czer­wono, ze szpadą w ręce dosia­da­jący jagu­ara, drew­niany. I Santa Librada, ukrzy­żo­wana kobieta. Ostat­nia część, zawie­ra­jąca rysunki miej­sco­wych Indian, była naj­nud­niej­sza: ptaki i tatu­aże, i ogromne paję­czyny roz­pięte mię­dzy drze­wami, ryby w rzece, kro­ko­dyle, ludzie sadzący wiel­kie rośliny przy­po­mi­na­jące dynie.

Na tyl­nej okładce umiesz­czono zdję­cie jego mamy i krótką infor­ma­cję o jej życiu i stu­diach. Brzmiała tak: "Rosa­rio Reyes Brad­ford uro­dziła się w Buenos Aires w 1949 r. i jako pierw­sza Argen­tynka uzy­skała tytuł dok­tora antro­po­lo­gii Uni­wer­sy­tetu w Cam­bridge, w Wiel­kiej Bry­ta­nii. Spe­cja­li­zuje się w antro­po­lo­gii sym­bo­licz­nej, antro­po­lo­gii reli­gii oraz etno­gra­fii Indian Guara­nów. Pro­wa­dzi wykłady i bada­nia na Uni­wer­sy­te­cie w Buenos Aires. Opu­bli­ko­wała ponad dwa­dzie­ścia arty­ku­łów w Argen­ty­nie, Para­gwaju, Bra­zy­lii, Kolum­bii, Mek­syku, Sta­nach Zjed­no­czo­nych, Anglii, Fran­cji i Bel­gii. Jest autorką książki Tekoporá: bada­nia antro­po­lo­giczne nad histo­rią, reli­gią i onto­lo­gią Indian Guara­nów".

Obok zdję­cia był tekst pod­pi­sany przez mamę, w któ­rym dzię­ko­wała Cri­stino Esco­ba­rowi, dyrek­to­rowi muzeum, oraz wydaw­nic­twu, indiań­skim wspól­no­tom Mbyá z Misio­nes i połu­dnio­wego Para­gwaju, całej liście innych osób, a na końcu znaj­do­wało się to, co Gaspara naj­bar­dziej inte­re­so­wało. Brzmiało to tak: "Dzię­kuję Tali, mojej sio­strze, naj­lep­szej przy­ja­ciółce i współ­pra­cow­nicy. Dzię­kuję Juanowi za jego bez­wa­run­kową miłość i Gaspa­rowi, męż­czyź­nie mego życia, który odważ­nie zno­sił nie­obec­ność swo­jej mamy i za każ­dym razem, kiedy wra­cała, witał ją z rado­ścią, nie robiąc jej wyrzu­tów". Gaspar zapy­tał ojca, czemu o Tali, przy­ja­ciółce rodziny, którą od czasu do czasu widy­wał, mówiła jako o swo­jej "sio­strze", a Juan odparł, że to taki zwrot, bo bar­dzo się kochały. Gaspar poczuł roz­cza­ro­wa­nie: miał nadzieję, że okaże się jego cio­cią, chciał mieć tro­chę wię­cej rodziny.

Spró­bo­wał zebrać wszyst­kie swoje wspo­mnie­nia o mamie: jak scho­dziła po scho­dach i kła­dła mu na czole zimną chu­s­teczkę, kiedy bolała go głowa; jak mówiła, że zaraz wróci, żeby cichutko usiadł i zacze­kał (bar­dzo wyraź­nie pamię­tał to "cichutko"), a potem odcho­dziła kory­ta­rzem, ale gdzie on mógł być, ten kory­tarz. Pamię­tał też jakiś bul­war albo molo, jakie bywają nad morzem, ale zamiast wody widział pod nim drzewa. Korony drzew. Ona pro­wa­dziła go za rękę i miała ciemne włosy. I jak leżąc w łóżku, uczyła go zna­cze­nia kart. I jak sto­jąc na czub­kach pal­ców, cało­wała tatę, a on, pochy­lony, obej­mo­wał ją w pasie.

Na zdję­ciu, które wid­niało obok podzię­ko­wań, mama patrzyła pro­sto w obiek­tyw. Zeszyt wydano w roku 1979, ale czarno-białe zdję­cie, jak mu wyja­śnił tata, zro­biono wcze­śniej. Ubrana była w białą bluzkę z krót­kim ręka­wem: ramiona miała bar­dzo szczu­płe, ale - i Gaspar tro­chę się wsty­dził, że tak myśli - była bar­dzo cycata. Cho­dziło o to, że była bar­dzo ładna, a on nie lubił tak myśleć o swo­jej mamie, jed­nak z roz­pusz­czo­nymi i nieco potar­ga­nymi wło­sami i mię­si­stymi war­gami wyglą­dała pięk­nie. Kie­dyś tata powie­dział mu, że zawsze bar­dzo mało się malo­wała i że u kobiet w tam­tych cza­sach było to nie­zwy­kle rzad­kie. Poproś któ­re­goś z kole­gów, żeby ci poka­zał zdję­cie swo­jej mamy sprzed dzie­się­ciu lat, a sam zoba­czysz. I Gaspar to zro­bił, i rze­czy­wi­ście: mama Vicky miała wokół oczu tyle ciem­nego cie­nia, że wyglą­dała jak szop pracz z kre­skó­wek, a do tego jesz­cze usta pokryte czer­wie­nią i kolo­rowe plamy na policz­kach. Naj­go­rzej było z brwiami. Mama Pabla, na przy­kład, na swo­ich ślub­nych zdję­ciach po pro­stu ich nie miała, ba, tylko cie­niu­sień­kie, nary­so­wane na skó­rze. Jego mama, na tym zdję­ciu i na innych, miała nor­malne brwi. Czemu kobiety wyry­wają sobie brwi, dopy­ty­wał się Gaspar, a tata, uśmie­cha­jąc się, odparł, że jego mama zada­wała sobie to samo pyta­nie. Twoja mama sza­lała na punk­cie ubrań i mody, powie­dział, ale do nikogo nie była podobna. Na zdję­ciu nosiła sze­roką bran­so­letkę: jeśli przyj­rzało się jej z uwagą, można było dostrzec, że był to wąż z pół­otwartą pasz­czą i roz­wi­dlo­nym języ­kiem, który opie­rał się na jej nad­garstku.

Zamknął zeszyt i wytarł oczy prze­ście­ra­dłem. Z kie­szeni bluzy wysta­wała jedna z foto­ko­pii zdję­cia pyska Diany. Resztę zosta­wił na kuchen­nym bla­cie. Nie było sensu wycho­dzić i roz­le­piać ich teraz, gdy padało. Pomy­ślał o psie. Głów­nie leżał i bawił się piłeczką teni­sową. Miał jakiś pro­blem z bio­drami i z tru­dem się pod­no­sił: naj­pierw szedł powoli, a potem już poru­szał się nor­mal­nie, jakby jego bio­dra musiały się tro­chę roz­cho­dzić, zanim na nowo zaczną funk­cjo­no­wać. Był dobry i nieco przy­głupi, dla­tego takie dziwne, że sobie poszedł.

Gaspar czy­tał gdzieś - w jakimś cza­so­pi­śmie? opo­wia­da­niu? nie pamię­tał - że jeśli się cze­goś bar­dzo mocno zapra­gnie, jeśli się skon­cen­truje, zamknie oczy i szcze­rze poprosi o to, czego się chce, można to osią­gnąć. Pomy­ślał o Dia­nie, o jej wiel­ga­śnym łbie i nieco zapa­dłym grzbie­cie, o tym, jak cza­sami przy­tom­niała, szcze­gól­nie kiedy Elec­tra, młod­sza suczka Vicky, zacze­piała ją i z wywa­lo­nym jęzo­rem i tym rodza­jem uśmie­chu, jakie psy cza­sami mie­wają, razem bie­gały za domem po nie­wiel­kim ogro­dzie obsta­wio­nym dokoła donicz­kami, wiel­kimi doni­cami z kwia­tami, hor­ten­sjami i różami, i aza­liami, eks­plo­zjami fio­letu i czer­wieni na tle pobie­lo­nych cegieł. Zasnął, myśląc o Dia­nie pała­szu­ją­cej kwiaty jaśminu i o babci Vicky krzy­czą­cej na nią, żeby nie ruj­no­wała jej roślin, przy któ­rych się tyle napra­co­wała.

Naj­pierw obu­dził się z zimna i stwier­dził, że przez sen się roz­ko­pał. Bar­dzo czę­sto mu się to zda­rzało. Pod­czas ostat­nich waka­cji Vicky powie­działa, że strasz­nie się wierci i mówi przez sen. Co mówię, zapy­tał, a Vicky bar­dzo poważ­nie odparła, że nie dało się tego zro­zu­mieć. Gaspar jej nie uwie­rzył. Posta­no­wił, że któ­rejś nocy musi nasta­wić magne­to­fon, żeby się nagrać i posłu­chać.

Za dru­gim razem, kiedy się obu­dził, nie od razu poznał, gdzie się znaj­duje: śniła mu się Diana. To był dziwny sen: zna­lazł ją w base­nie w parku, uno­siła się na wodzie, pew­nie się uto­piła, ale kiedy ją wołał, pod­no­siła głowę i pod­pły­wała do niego zzia­jana i zado­wo­lona, z wiel­kim tru­dem macha­jąc przed­nimi łapami. To nie sen go obu­dził: zro­biły to wła­śnie łapy. Psie łapy, które dra­pały roletę, oraz skom­le­nie psa, który chce wejść.

- Diana! - powie­dział gło­śno i pomy­ślał, że od razu, w środku nocy, zapro­wa­dzi ją do Vicky. Wstał szybko, otwo­rzył okno i pod­niósł roletę. Na zewnątrz nie było nic. Tylko kraty ogro­dze­nia, zamknięta furtka i pusty ogró­dek; lekki, ale nie­usta­jący deszcz padał na chod­nik, śli­ski i sre­brzy­sty w świe­tle latarni. Niebo było zachmu­rzone i jasne: to była wil­gotna i świe­tli­sta noc. Wysta­wił głowę za okno i cichym gło­sem powie­dział, Diana!, ale wtedy poczuł nagłe szarp­nię­cie za włosy, które wcią­gnęło go z powro­tem do pokoju, i pchnię­cie, które - cho­ciaż nie­zbyt silne - ode­rwało go od okna i rzu­ciło na ścianę. Zoba­czył ojca, w samych czar­nych spoden­kach, jed­nym ruchem zamy­kał okno i opusz­czał roletę z szyb­ko­ścią, która wydała mu się dziwna, zbyt gwał­towna. Popa­trzył na niego. Nie był ani zły, nic a nic, ani wście­kły. Był zasko­czony.

- Co robisz? - zwró­cił się do niego nie­zbyt gło­śno, nie krzy­czał. Gaspar roz­luź­nił ramiona, które odru­chowo sku­lił. - Czemu wzy­wasz zmar­łych?

- To był pies Vicky.

- Jaki pies? O czym ty mówisz?

- Vicky zgi­nął pies i wła­śnie usły­sza­łem, jak dra­pie roletę!

Teraz ojciec się odprę­żył, porzu­cił groźną pozy­cję i prze­su­nął dło­nią po wło­sach. Lewą brew miał wygiętą w łuk w typo­wym dla sie­bie gry­ma­sie nie­do­wie­rza­nia, cza­sami pogardy, a kiedy indziej, naj­rza­dziej, na znak, że coś go roz­śmie­szyło. Usiadł na łóżku Gaspara i zarzu­cił sobie koc na ramiona.

- Idź mi przy­nieś to, co piłem, jest na noc­nym sto­liku. I papie­rosy.

Gaspar nie lubił, kiedy ojciec palił w jego pokoju, zosta­wiał mu straszny smród; w ogóle nie lubił, kiedy palił, ale już raz go popro­sił, żeby prze­stał, i dal­sze nale­ga­nie nie miało sensu. Przy­niósł szklankę whi­sky i papie­rosy. Ojciec zapa­lił jed­nego i natych­miast go zga­sił na pod­ło­dze.

- Chodź tu. - I zro­bił mu miej­sce obok sie­bie, żeby okryć go kocem.

Wypił łyk whi­sky i prze­su­nął powoli języ­kiem po war­gach, po czym stwier­dził:

- Pies nie żyje. To nie był pies Vicky. O ile to był pies.

Gaspar poczuł, że ze stra­chu zasy­cha mu w ustach. Ojciec popa­trzył na niego uważ­nie: miał pod­krą­żone oczy, a wargi lekko fio­le­towe niczym topie­lec.

- Jesteś pewien? Wyszła prze­cież dziś rano...

- Jestem pewien.

Od ojca zala­ty­wało alko­ho­lem. Jest tro­chę pod­pity, pomy­ślał Gaspar, ale z nim ni­gdy nie było wia­domo. Usiadł wygod­niej na łóżku i przy­pad­kiem dotknął zeszytu leżą­cego na poduszce. Wziął go i odło­żył na noc­nym sto­liku.

- Pró­bo­wa­łeś kie­dyś tego z nią, z twoją mamą?

- Czego?

- Tego, co zro­bi­łeś dziś w nocy, kiedy wzy­wa­łeś psa kole­żanki.

- Ja go nie wzy­wa­łem...

- Gaspar, obaj dosko­nale wiemy, o czym mówimy.

Co miał mu odpo­wie­dzieć? Bał się ojca sie­dzą­cego tak pod kocem, a także świa­tła noc­nej lampki, desz­czu, który nagle przy­brał na sile - pory­wane wia­trem kro­ple biły o roletę - i łap ducha psa, któ­rych dra­pa­nie sły­szał w gło­wie.

Muszę powie­dzieć mu prawdę, pomy­ślał.

- Tak, pró­bo­wa­łem, ale ni­gdy nic z tego nie wyszło.

Ojciec wes­tchnął głę­boko, a kiedy wypusz­czał powie­trze, zro­bił to powoli, drżąc.

- Nie wolno utrzy­my­wać przy życiu tego, co umarło - powie­dział. - Ni­gdy wię­cej tego nie rób.

- Nie wie­dzia­łem, że pies nie żyje.

- Nie, jasne, że nie. Ale nie rób tego wię­cej. To bar­dzo nie­bez­pieczne.

- Ni­gdy bym go nie wzy­wał; jak miał­bym go wzy­wać, skoro nie żyje.

- Ale matkę wzy­wa­łeś.

Gaspar zawa­hał się.

- Nie wie­dzia­łem, że jak się o niej myśli i chce, żeby wró­ciła, to się ją wzywa.

Ojciec jed­nym łykiem skoń­czył whi­sky.

- W zasa­dzie tak nie jest. Nie chcę, żebyś to znowu zro­bił.

- Już zro­zu­mia­łem, tato.

- Duchy ist­nieją naprawdę. I nie zawsze przy­cho­dzą te, które się wezwało.

Ojciec ponow­nie się­gnął po papie­rosa i tym razem wypa­lił go w ciem­no­ściach. Chwi­lami, kiedy wypusz­czał dym, kasz­lał. Zrzu­cił koc z ramion i teraz okry­wał sobie tylko dłu­gie i szczu­płe nogi poro­śnięte jasnym mesz­kiem. Papie­ros dopa­lił się powoli w resztce whi­sky w szklance. Gaspar cze­kał, aż ojciec sobie pój­dzie, ale on wycią­gnął się w łóżku, więc sam przy­siadł na brzegu z kola­nami pod­cią­gnię­tymi do brody.

- Nie mogę zasnąć - ode­zwał się ojciec, jakby się tłu­ma­czył.

Popa­trzyli na sie­bie w pół­mroku. Na zewnątrz deszcz tar­gał drzewa i Gaspar znowu miał wra­że­nie, że sły­szy łapy psa, tym razem bie­gną­cego po chod­niku, ale pró­bo­wał nie zwra­cać na to uwagi.

- Mogę cię o coś zapy­tać?

- Tobie też nie chce się spać.

- Nie, a poza tym już się tro­chę prze­spa­łem. Wczo­raj roz­ma­wia­łem z Adelą i powie­działa, że cza­sami swę­dzi ją ramię, któ­rego nie ma. Powie­dzia­łem, że kła­mie, bo to jasne, że mnie okła­mała, prawda? Ale roz­pła­kała się i sobie poszła, no i nie wiem; ja poznaję, kiedy zmy­śla, straszna z niej oszu­ka­nica, więc pomy­śla­łem, że może mówiła prawdę.

Juan uśmiech­nął się i usiadł. Gaspar zauwa­żył, że kiedy leżał, trud­niej mu było oddy­chać, a tym bar­dziej, jeśli mieli roz­ma­wiać.

- Nie okła­mała cię. W przy­padku ampu­ta­cji to zda­rza się bar­dzo czę­sto. Myślę, że w mózgu na­dal ist­nieje strefa odpo­wie­dzialna za bra­ku­jący organ i dla­tego wywo­łuje wra­że­nia, które wydają się spójne. Nie czu­jemy skórą, synu, czu­jemy mózgiem. Ból jest w mózgu.

- Naprawdę?

- Zro­bimy doświad­cze­nie. Przy­nieś mi... niech pomy­ślę: ręka­wiczkę, taką, któ­rej używa się przy bada­niach. Mamy? Pie­lę­gniarka jakieś zosta­wiła?

- Tak, w łazience.

- Dobrze. Ręka­wiczkę, dwie szczo­teczki do zębów i nóż. I potrzebny mi jesz­cze kawa­łek deski.

- Twoja rysow­nica?

- Nie taki duży.

- Kilka dni temu spa­dła osłona rolety w salo­nie. Stoi pod ścianą.

- Nie zauwa­ży­łem.

- Potem ją napra­wię: kiedy przyj­dzie gospo­sia albo tamci od forsy, przy­trzy­mają mi krze­sło.

- Ta osłona się nada, jest wysoka. Przy­nieś z biblio­teki kilka słow­ni­ków, żeby ją pode­przeć. Pospiesz się, bo chcę ci coś poka­zać.

Gaspar szybko wyszedł z pokoju, sta­ra­jąc się ukryć swój entu­zjazm. Gdyby ojciec zauwa­żył, jak się cie­szy, że może się z nim poba­wić, spę­dzić jakiś czas, mógłby odejść bez żad­nego wyja­śnie­nia. Od dawna Gaspar znał te nagłe zmiany nastroju i już nie pró­bo­wał tłu­ma­czyć sobie, dla­czego tak się dzieje: po pro­stu, skoro ojciec chce pobyć z nim przez chwilę, musi to wyko­rzy­stać i już.

Zgro­ma­dził wszystko i poło­żył na mate­racu. Ojciec ukląkł z jed­nej strony łóżka i pole­cił mu zro­bić to samo z dru­giej. Potem popro­sił, żeby wło­żył bluzę i nadmu­chał ręka­wiczkę jak balon.

- Zoba­czymy, czy damy radę go zawią­zać, żeby został taki nadmu­chany i przy­po­mi­nał rękę.

Gaspa­rowi udało się to po dwóch pró­bach. Ręka­wiczka była nie­duża i po nadmu­cha­niu wyglą­dała jak krótka dłoń, same palce.

- Teraz wycią­gnij z bluzy rękę. Prawą. Niech rękaw wisi luźno. A teraz roz­łóż ten pusty rękaw na łóżku.

Juan umie­ścił nadmu­chaną ręka­wiczkę w miej­scu, gdzie powinna znaj­do­wać się dłoń Gaspara. Potem usta­wił osłonę pio­nowo na łóżku, niczym para­wan, i popro­sił Gaspara, żeby swoją wła­sną prawą rękę poło­żył po jej dru­giej stro­nie.

- Nazy­wają to ilu­zją gumo­wej ręki - powie­dział i dłoń Gaspara, znaj­du­jącą się za osłonką, uło­żył w tej samej pozy­cji, pal­cami do góry, tak że wyglą­dała jak prze­wró­cony pająk, na tej samej wyso­ko­ści co ręka z gumy.

- Nie patrz na tamtą rękę. Patrz na ręka­wiczkę i na drugą rękę, nie tę, która jest za osłonką. I ją też połóż na łóżku, jak­byś miał trzy ręce.

Następ­nie Juan wziął szczo­teczkę do zębów i deli­kat­nie pogła­skał nią środ­kowy palec Gaspara w ręce za osłonką oraz środ­kowy palec ręki z gumy.

- Jak dobrze pój­dzie - cią­gnął - poczu­jesz, że ta gumowa ręka jest twoja.

Juan powtó­rzył to samo z dwiema szczo­tecz­kami do zębów naraz i nic nie powie­dział. Gaspar wstrzy­my­wał oddech. Ze środ­ko­wego palca szczo­teczki prze­su­nęły się rów­no­cze­śnie na oba palce wska­zu­jące i oba kciuki.

- Nie odry­waj wzroku od gumo­wej ręki - rzu­cił Juan. Osłonka stała pod­trzy­my­wana czte­rema uło­żo­nymi słow­ni­kami. Gła­ska­nie cią­gle trwało; na zewnątrz deszcz ustał, teraz sły­chać było jedy­nie wiatr i jakiś prze­jeż­dża­jący samo­chód.

- Kiedy prze­su­wam szczo­teczką po ręka­wiczce, czu­jesz ten ruch na swo­jej ręce?

- Prze­suń jesz­cze raz - popro­sił Gaspar i zamknął oczy. Tak, wła­śnie to czuł wbrew temu, że bar­dzo wyraź­nie widział żółtą ręka­wiczkę wysta­jącą z rękawa swo­jej nie­bie­skiej bluzy. - Tak, czuję, jakby to była moja ręka.

- Dobrze. Otwórz oczy - powie­dział Juan i szybko chwy­cił nóż. Pew­nym i pre­cy­zyj­nym ruchem wbił go w śro­dek ręka­wiczki. Gaspar zoba­czył zbli­ża­jący się nóż i pomy­ślał nie, nie, nie wbi­jaj mi go!, i stłu­mił krzyk, bo zanim rzu­cił się w tył, żeby unik­nąć zra­nie­nia, już zdał sobie sprawę, na czym pole­gał trik. Czuł, że nóż wbija mu się w rękę, pod­czas gdy w rze­czy­wi­sto­ści czu­bek ostrza prze­bił latek­sową ręka­wiczkę, wypusz­cza­jąc z niej powie­trze.

- O kur­czę - powie­dział. Juan uśmiech­nął się do niego. - Powi­nie­neś to zro­bić na uro­dzi­no­wym przy­ję­ciu! To lep­sze od magi­ków!

- Sam zrób, skoro teraz już umiesz. Z pla­sti­kową ręką, na przy­kład od jakie­goś mane­kina, wycho­dzi jesz­cze lepiej. Widzisz? Czu­jemy mózgiem.

- To jest super. Chcesz, żebym ja ci tak zro­bił?

- Nie.

- Gdzie się tego nauczy­łeś?

Juan nagle spo­waż­niał.

- W szpi­talu. Kie­dyś, gdy tam leża­łem, poka­zał mi to jeden lekarz, dla zabawy.

Ponow­nie narzu­cił na sie­bie koc i wszedł do łóżka. Gaspar usu­nął książki i osłonę i odło­żył wszystko do kąta. Ojcu nie prze­szka­dzało, że w domu jest bała­gan albo że roz­rzuca rze­czy byle gdzie.

- Czyli to, co mi powie­działa Adela, to prawda.

- Nie tylko prawda, ale też nic nie­zwy­kłego. Dzi­wię się, że wcze­śniej o tym nie wie­dzia­łeś albo że ona sama przed­tem o tym nie wspo­mniała.

- To co mam zro­bić?

- Musisz ją prze­pro­sić.

Gaspar prze­wró­cił oczami.

- Pomy­li­łeś się i wła­śnie to musisz zro­bić. A ona ma prawo przez jakiś czas się z cie­bie pona­bi­jać.

Gaspar poka­zał język. Następ­nie wycią­gnął się w łóżku obok ojca, który podzie­lił się z nim kocem.

- Tato, ty możesz spraw­dzić, gdzie jest Diana, gdy­byś chciał.

Juan prze­su­nął Gaspa­rowi dło­nią po wło­sach, mięk­kich i bar­dzo czy­stych, i podra­pał go po karku.

- Nie lubię i nie powi­nie­nem upra­wiać jasno­wi­dze­nia w tak drob­nej spra­wie.

- Ale mógł­byś.

- Mógł­bym. Kocha­łeś tego psa?

Gaspar zasta­no­wił się.

- Tak. A poza tym kocham Vicky i kocham Elec­trę, tę drugą suczkę. Jest ogłu­piała. Cały wie­czór pła­kała. Diana jest dla niej jak mama, bo jest stara, cho­ciaż nie jest jej praw­dziwą mamą. Tęskni za nią.

- Tęskni, bo już wie, że tamta nie żyje. Zwie­rzęta mają zdol­ność postrze­ga­nia, jaką my utra­ci­li­śmy.

Juan wstał z łóżka i zrzu­cił z sie­bie koc, który cał­ko­wi­cie zakrył Gaspara. Wziął nóż i prze­dziu­ra­wioną ręka­wiczkę i powie­dział:

- Śpimy.

Gdyby można było popa­trzeć na tę część dziel­nicy z góry, prze­la­tu­jąc nad kwar­ta­łami ulic niczym we śnie albo heli­kop­te­rem, zoba­czy­łoby się domy z tara­sami; więk­szość z nich na tyłach mia­łaby patia, a nie­które, bar­dzo nie­liczne, rów­nież baseny. Widzia­łoby się dużo drzew rosną­cych wzdłuż chod­ni­ków - ogromną oso­bli­wość tego mia­sta - i kilka nie­wiel­kich fabryk, zamknię­tych albo dzia­ła­ją­cych zale­d­wie przez parę godzin dzien­nie. Dziel­nicę prze­cina aleja dzie­ląca ją na dwie iden­tyczne czę­ści i cho­ciaż jest wąska, miesz­kańcy jed­nej strony zazwy­czaj już tam zostają, robią tam zakupy, mają swo­ich przy­ja­ciół; to nie to, że nie ufają albo że czują się inni od tych z dru­giej strony, lecz dla­tego, że aleja funk­cjo­nuje niczym rzeka, niczym natu­ralna gra­nica.

Vic­to­ria, Gaspar, Pablo i Adela miesz­kają na lewo od alei. Dwa­dzie­ścia metrów od niej, przy ulicy Vil­la­real, stoi dom Adeli. Z pra­wej strony gra­ni­czy ze skle­pem Turiego, a z lewej z tyl­nym patio do?i Maríi i don Ramona, któ­rzy mają drzewa owo­cowe i kie­dyś mieli kur­nik, już zli­kwi­do­wany.

Dom Gaspara znaj­duje się w tym samym kwar­tale ulic co dom Adeli, ale przy ulicy R. Pinedo, pro­sto­pa­dłej do Vil­la­real. Stoi w poło­wie kwar­tału, pra­wie dokład­nie pośrodku, i zaj­muje jedną czwartą jego powierzchni. To jedyny luk­su­sowy, wytworny budy­nek w całej dziel­nicy, jed­nak z powodu zanie­dba­nia jest brudny i zapusz­czony. Patio na tyłach, z ele­ganc­kimi ścież­kami z płyt i reszt­kami tego, co kie­dyś pew­nie było fon­tanną, jest cał­ko­wi­cie znisz­czone, trawa nie rośnie, stoi tylko suszarka do bie­li­zny, która kiedy wieje, ledwo się obraca. Górny taras pokry­wają tysiące odłam­ków z zie­lo­nych prze­zro­czy­stych szkla­nych bute­lek, jakby chciano nie dopu­ścić do tego, żeby ktoś się wspiął albo żeby jakieś zwie­rzę dostało się do środka.

Trzeba przejść na drugą stronę ulicy R. Pinedo i ponow­nie skrę­cić w Vil­la­real, żeby dojść do domu Vic­to­rii, poło­żo­nego mię­dzy skrom­nym i stale nagrza­nym kio­skiem a domem Wło­chów, cza­sami zamie­nia­ją­cym się w warsz­tat kowal­ski. Od tyłu gra­ni­czy z tar­ta­kiem, który pra­cuje tylko dwa dni w tygo­dniu, ale w powie­trzu zosta­wia świeży zapach tro­cin i roślin; zapach nowo­ści, poma­ga­jący zapo­mnieć, że ten nie­wielki zakład, liczący zale­d­wie dwóch pra­cow­ni­ków, stoi w obli­czu zamknię­cia.

Dom Pabla przy ulicy Mariana Moreno naj­bar­dziej rzuca się w oczy. Ma dwa pię­tra i jest pokryty dachówką. W ogródku od frontu rosną hor­ten­sje, krzaki róż i bratki. Jego matka uczy angiel­skiego. Ojciec pra­cuje jako kie­row­nik w fir­mie sprze­da­ją­cej sprę­żony gaz do samo­cho­dów; w całej pro­win­cji otwiera filie i sta­cje tan­ko­wa­nia. Wielu myśli, że splaj­tuje, że ludzie ni­gdy nie odejdą od ben­zyny, z przy­zwy­cza­je­nia; że boją się wozić w bagaż­niku zbior­nik z gazem, bo oba­wiają się wybu­chu. Mylą się. Ten biz­nes sprawi, że będzie bogaty. Ona chce mieć jesz­cze jedno dziecko, bo czuje się samotna. Z Pablem nie za dobrze się rozu­mieją. Nie chce powta­rzać tego, co jej mąż mówi o ich synu. Ona też to widzi. Gdyby była dobrą matką, i tak by go kochała, mimo wszystko, ale nie jest aż tak dobrą matką i chce znowu spró­bo­wać, może nowe dziecko uda się jej lepiej. Podwórko za domem gra­ni­czy z maga­zy­nem dużej dru­karni. Panuje w nim cisza. Obok maga­zynu, któ­rego wej­ście sta­nowi żela­zna wisząca kur­tyna poma­lo­wana na zie­lono, pod nume­rem 504 przy ulicy Vil­la­real, mię­dzy Moreno a Ortiz de Rosas, stoi opusz­czony dom. Wielu sąsia­dów, prze­cho­dząc obok zardze­wia­łej bramy, pod­świa­do­mie przy­spie­sza kroku; chcą jak naj­szyb­ciej zosta­wić ją za sobą, cho­ciaż nawet nie zdają sobie z tego sprawy. I sta­rają się na nią nie patrzeć.

Któ­re­goś popo­łu­dnia po szkole Vic­to­ria poszła z mamą do super­mar­ketu i zauwa­żyła, że na wyso­ko­ści opusz­czo­nego domu, mama nie tylko przy­spie­szyła kroku, ale wręcz bie­gła po owych sta­rych, żół­tych i nad­kru­szo­nych pły­tach. Vic­to­ria spy­tała dla­czego. Roze­śmiała się.

- Ależ jestem głu­pia! Boję się tego domu, ale nie przej­muj się.

- Dla­czego?

- Dla niczego, bo jest opusz­czony. Powie­dzia­łam: nie przej­muj się. Boję się, że w środku ktoś może się ukry­wać, jakiś zło­dziej, cokol­wiek, ale to wymy­sły.

Vic­to­ria dalej zasy­py­wała ją pyta­niami, ale nie udało się jej uzy­skać wię­cej infor­ma­cji. Tylko tyle, że wła­ści­ciele, jakieś mał­żeń­stwo sta­rusz­ków, zmarli dobre pięt­na­ście lat wcze­śniej. Umarli razem?, dopy­ty­wała się Vic­to­ria. Nie, jedno po dru­gim. Tak to bywa w sta­rych mał­żeń­stwach: kiedy jedno umiera, dru­gie natych­miast gaśnie. I od tam­tej pory dzieci kłócą się o schedę. Co to jest scheda?, chciała wie­dzieć Vic­to­ria. To, co się dzie­dzi­czy. Kłócą się o to, komu przy­pad­nie dom. Prze­cież ten dom jest do dupy, stwier­dziła Vic­to­ria. Może i tak, ale pew­nie to jedyne, co mają.

Dom na pierw­szy rzut oka niczym się nie wyróż­nia, ale gdyby uno­sząc się wysoko w powie­trzu, można było opu­ścić się niżej i zatrzy­mać na wprost niego, dałoby się zauwa­żyć szcze­góły. Drzwi, żela­zne, poma­lo­wane na ciemny brąz. Ogród od frontu ma bar­dzo niską i wysu­szoną trawę. Jest wypa­lona, zrów­nana z zie­mią, nie ma w niej ani śladu zie­leni: w tym ogro­dzie panuje susza i zima jed­no­cze­śnie. Cza­sami dom wygląda, jakby się uśmie­chał. Para zamknię­tych oczu - okien poza­bi­ja­nych na głu­cho cegłami - nadaje mu nie­mal ludzki wygląd, a łań­cuch z kłódką, szar­pany przez dzieci z dziel­nicy, które darem­nie pró­bują otwo­rzyć drzwi wej­ściowe, mię­dzy oczami-oknami wygląda nie­raz jak pół­ko­li­ste, uśmiech­nięte usta. Któ­rejś nocy, dokład­nie w Nowy Rok, kiedy na ulicy było pełno ludzi, Vic­to­ria pode­szła do niego. Miała wra­że­nie, że na sie­bie patrzą, że jego zabite okna to dwoje kwa­dra­to­wych oczu, które mówiły do niej: oszu­ki­wa­łem cię, kiedy przez te wszyst­kie lata prze­cho­dzi­łaś moim chod­ni­kiem, uda­wa­łem głu­piego, ukry­wa­łem się, ale teraz chcę, żebyś wie­działa, chcę, żebyś wszyst­kim opowie­działa, że coś w sobie mam. Vic­to­ria bie­giem wró­ciła do rodzi­ców, któ­rzy na próżno pró­bo­wali odpa­lić sztuczne ognie, i nic nie powie­działa. Pamię­tała, że wymie­niła spoj­rze­nie z Juanem Peter­so­nem, który, o dziwo, stał na ulicy ze szklanką piwa w ręce. Nie ode­zwał się do niej, cho­ciaż był bar­dzo poważny. Hugo Peirano w końcu pod­pa­lił lont, a Vic­to­ria zasło­niła uszy i zamknęła oczy. Kiedy je otwo­rzyła, Juana Peter­sona już w tłu­mie nie było, a pusta szklanka po piwie stała na dachu jakie­goś porzu­co­nego auta, rdze­wie­ją­cego przy kra­węż­niku.

Gaspar zaspał: zda­rzało się tak, jeśli poło­żył się późno, zwłasz­cza w nie­dzielę, ponie­waż snu nie prze­ry­wał mu wtedy żaden hałas. Ni­gdy się nie lenił ani nie wyle­gi­wał w łóżku, nawet w naj­zim­niej­sze zimowe poranki. Tro­chę się bał leżeć zbyt długo: przy­po­mi­nało mu to cho­robę i zmę­cze­nie ojca. A cza­sami miał wra­że­nie, że jeśli dalej będzie spał, przy­kryty, oddy­cha­jąc swoim wła­snym zapa­chem, może wię­cej nie wstać, popa­da­jąc w ów stan pustki, tak bar­dzo przy­po­mi­na­jący uno­sze­nie się na wodzie, kiedy jest się wykoń­czo­nym, bo się za długo pły­wało.

Przy­go­to­wał sobie śnia­da­nie, zasta­na­wia­jąc się, co robić: dalej szu­kać psa, a może przed wyj­ściem zamknąć się w łazience z jakimś maga­zy­nem porno - nie chciał, żeby ojciec zastał go na oglą­da­niu tych saty­no­wych stron; cho­ciaż był pewien, że by się nie roz­gnie­wał, jed­nak tro­chę się wsty­dził - posłu­chać meczu o czwar­tej po połu­dniu, kupić coś do jedze­nia, bo kiedy spę­dzał wiele godzin z pustym żołąd­kiem, bolała go głowa. Pod­grze­wa­jąc w gar­nuszku mleko i kro­jąc chleb, żeby posma­ro­wać go masą kaj­ma­kową, wyj­rzał przez drzwi do kuchni, chcąc spraw­dzić, czy ojciec się obu­dził. Drzwi do sypialni były zamknięte, a to nie­ko­niecz­nie ozna­czało, że śpi, raczej że nie chce, żeby kto­kol­wiek mu prze­szka­dzał. Lepiej będzie, jeśli szybko wyj­dzie. Póź­niej może zjeść lunch w barze w parku Castelli.

Kiedy usiadł przy kuchen­nym stole, by zjeść śnia­da­nie, zoba­czył notatkę. Ojciec zosta­wił ją na odwro­cie foto­ko­pii zdję­cia Diany. Tekst, napi­sany jego wyraź­nym pismem, brzmiał: "Pies jest na par­kingu przy Lla­ne­zie. Pocho­waj go, zanim zgnije". Natych­miast zro­zu­miał, co miał na myśli: "Lla­neza" nazy­wał się super­mar­ket poło­żony po dru­giej stro­nie parku. Ani przez sekundę nie wąt­pił, że pies tam jest. Dłu­go­pi­sem leżą­cym na stole odpi­sał pod wia­do­mo­ścią "Dzięki" i z ustami peł­nymi chleba wyszedł na ulicę. Nie padało, ale było wil­gotno i tro­chę chłodno, więc pod­su­nął zamek bluzy wysoko, zakry­wa­jąc sobie szyję.

Sklep rowe­rowy był w nie­dziele otwarty, ponie­waż oprócz sprze­daży i napraw pro­wa­dził rów­nież wyna­jem rowe­rów tym, któ­rzy w week­end chcie­liby pojeź­dzić po parku. Gaspar ode­brał swój z nowym świa­teł­kiem do jeż­dże­nia w nocy i zapła­cił pie­niędzmi, które zawsze nosił zwi­nięte w kie­szeni spodni albo kurtki. Na napra­wio­nym i jadą­cym lżej rowe­rze (gdyż mecha­nik naoli­wił łań­cuch) dotarł na par­king przy super­mar­ke­cie. Na widok ogona i łap psa gwał­tow­nie zaha­mo­wał. Zwie­rzę nie­wąt­pli­wie było mar­twe. Był w nim ten sam spo­kój co w gołę­biach z roz­pru­tymi brzu­chami leżą­cych na chod­ni­kach; coś osta­tecz­nego i dale­kiego, odrzu­ca­ją­cego, bo obcego. Nie obej­rzał jego pyska i bar­dzo szybko, nie opie­ra­jąc się na sio­dełku ani nie prze­sta­jąc peda­ło­wać, zawró­cił do domu Vicky. Wie­dział, że o tej porze Hugo Peirano będzie na ulicy mył samo­chód, słu­cha­jąc zapewne któ­re­goś z meczów roz­gry­wa­nych w połu­dnie.

I tak było. Hugo Peirano palił papie­rosa i pole­wał z węża swo­jego żół­tego tau­nusa. Jak dla auta to głupi kolor, pomy­ślał Gaspar. Zaha­mo­wał hała­śli­wie przy kra­węż­niku i nie scho­dząc z roweru, przy­wi­tał się z ojcem przy­ja­ciółki. Naj­pierw pozwo­lił mu się wyga­dać: o mistrzo­stwach, które zaczy­nały się w lipcu; o tym, że poprzed­niej nocy wiatr zerwał mu osłony z grilla i że musi oddać auto do mecha­nika.

Kiedy skoń­czył, Gaspar powie­dział:

- Zna­la­złem Dianę.

Hugo zesztyw­niał z wężem w ręce. W tej pozy­cji leciało nie­wiele wody, jed­nak dosyć, żeby zamo­czyć mu spodnie. Z wyrazu twa­rzy Gaspara wywnio­sko­wał, że zna­le­zie­nie psa nie­ko­niecz­nie ozna­czało dobrą wia­do­mość.

- Jest na par­kingu przy super­mar­ke­cie za par­kiem.

- Jesteś pewien, że to ona?

- Tak, widzia­łem ją, kiedy sze­dłem po rower.

- Ożeż ty, kurwa twoja mać - wyszep­tał Hugo i spu­ścił wzrok, żeby Gaspar nie zoba­czył, że zro­zu­miał i że śmierć psa go poru­szyła. Gaspar także pochy­lił głowę; wie­dział, że więk­szość męż­czyzn nie chce, aby ktoś widział, że pła­czą, zwłasz­cza kiedy to był jakiś inny facet, a tym bar­dziej dzie­ciak.

- Dobra. Co za pech, biedne zwie­rzę. Mówimy Vicky? Czy uda­jemy, że zagi­nęła?

Naprawdę o to pytał czy to tylko takie gada­nie? Na wszelki wypa­dek Gaspar był cał­ko­wi­cie szczery:

- Prze­cież nie będziemy przed Vicky ukry­wać, że Diana nie żyje. Jak się dowie, to nas znie­na­wi­dzi.

- Masz rację. Chodź ze mną - powie­dział Hugo, a Gaspar wpro­wa­dził rower do garażu Peira­nów, zamknął drzwi i ruszył chod­ni­kiem za ojcem przy­ja­ciółki. Sły­chać było, jak kobiety - dziew­czynki, bab­cia, mama - grają w karty na stole obok grilla za domem, jak w każdą nie­dzielę przed obia­dem.

- On jest w tam­tym domu - powie­działa zna­cząco Adela. - Co nie, mamo?

- Nie wiem, w jakim domu. I nie wie­rzę, żeby się tam poja­wiał jakiś wisie­lec.

Gaspar spoj­rzał na Betty i zauwa­żył, że w tonie jej głosu pobrzmie­wał nie­po­kój. Wokół szyi miała oku­tany szal w kolo­rze nie­bie­skim, w któ­rym wyglą­dała dziw­nie, niczym ptak; wra­że­nie to inten­sy­fi­ko­wał kształt jej nosa. Gaspar myślał nie­raz, że nazy­wa­nie jej Betty było tro­chę nie­spra­wie­dliwe, ponie­waż kobieta taka wysoka i taka deli­katna w swo­ich gestach zasłu­gi­wała na pełne imię, Beatriz, a nie zdrob­nie­nie.

Adela opo­wia­dała dalej. Przy­je­chały bul­do­żery, żeby wybu­rzyć domy i zro­bić auto­stradę. Tę, która bie­gnie nam nad głową. Nie­któ­rzy ludzie nie chcieli oddać swo­ich domów. Ten facet, kiedy przy­szli go zmu­sić, żeby sobie poszedł, powie­sił się. I tak go zna­leźli. Wynie­śli go i zbu­rzyli dom. I teraz w nie­które noce widać cień, jak się buja. Ja go widzia­łam. Jak się znowu pojawi, to ci pokażę.

- To prawda, że w taki spo­sób burzyli domy? - Gaspar zwró­cił się z pyta­niem do Betty.

- Tak, bo jak mia­łeś się bro­nić? Z dyk­ta­turą nie było dys­ku­sji.

- Nie pro­te­sto­wa­li­ście? Czy­ta­łem, że były pro­te­sty.

- Jakieś tam były, ale nie­wiele można było zdzia­łać. Dyk­ta­tura posta­no­wiła zro­bić tu auto­stradę i kazała się ludziom wyno­sić. Nie można było nego­cjo­wać. Przy­dzie­lili im jakieś gów­niane miesz­ka­nia.

Nad dachem baru prze­jeż­dżały samo­chody: pod auto­stradą, na całej jej dłu­go­ści, wybu­do­wano lokale. W ostat­nich latach otwarto tam rów­nież kilka kor­tów teni­so­wych, a teraz urzą­dzano baseny, a nawet szkoły i skwerki. Gaspar lubił przy­glą­dać się pozo­sta­ło­ściom po pię­tro­wych domach jed­no­ro­dzin­nych albo blo­kach miesz­kal­nych: tape­tom z dzie­cin­nych pokoi, z małp­kami i żół­wiami, prysz­ni­com i kra­nom na tle mato­wych kafel­ków, nawet ścia­nie, noszą­cej jesz­cze ślady po obra­zach, które nie­gdyś na niej wisiały.

- Przy­się­gam, że go widzę. Ma roz­sta­wione sze­roko nogi i bar­dzo duże ręce.

Betty wes­tchnęła.

- Wie­rzę ci, cór­ciu - powie­działa. Gaspar nie potra­fił roz­szy­fro­wać tonu jej wypo­wie­dzi: czy naprawdę w to wie­rzyła, czy mówiła tak, żeby Adela zapo­mniała o tej obse­sji i zja­dła swoją kanapkę z maśla­nej bułki z szynką i serem. Gaspar popro­sił o grzankę. Tam­tego dnia poszedł odra­biać lek­cje do baru, bo ojciec był nie­spo­kojny; krą­żył po domu dużymi kro­kami i kiedy nie spo­sób było zgad­nąć, co mu prze­szka­dza i dla­czego, lepiej było zejść mu z drogi.

Nie­ocze­ki­wa­nie Betty spy­tała:

- Ty też widzisz różne rze­czy, Gaspa­rze? Tak jak Adela?

Szu­kała w nim wspól­nika? To było dziwne. Rodzice zazwy­czaj woleli, żeby ich dzieci nie opo­wia­dały o czymś takim jak cień wisielca na auto­stra­dzie. Betty cią­gle cze­kała na odpo­wiedź i popra­wiała sobie szal. Miała bar­dzo dłu­gie włosy i nosiła je roz­pusz­czone.

- Nie - odparł Gaspar. - Takie rze­czy nie ist­nieją.

- Czyli ni­gdy nic nie widzia­łeś.

- A pani widziała?

Adela prze­rwała im.

- Wiesz, co by było genialne? Pójść na cmen­tarz lodó­wek. Tak go nazy­wają. Zaraz obok szkol­nego boiska.

- Nie wiem, czemu tam są - powie­dział Gaspar.

- Wyrzu­ciła je fabryka, gdzie je wytwa­rzano, kiedy się zamknęła - wyja­śniła Betty. - To jeden z wielu pań­stwo­wych zakła­dów, które się zamknęły. Nie mogli ich sprze­dać, bo wstrzy­mali pro­duk­cję. To nie­bez­pieczne miej­sce, bo ten model lodó­wek ma drzwi, które się blo­kują i łatwo można się w środku zatrza­snąć.

- No wła­śnie - cią­gnęła Adela. - Sły­sza­łam, że nie­któ­rzy ludzie zosta­wiają w nich swoje psy, kiedy już nie chcą ich dłu­żej mieć.

- Co za głu­pota - ode­zwał się Gaspar, upiw­szy łyk kawy z mle­kiem. - Po co mie­liby je tam zamy­kać, skoro mogą je puścić wolno i gotowe?

- Psy wra­cają, prze­cież nawet zostają w szpi­talu, kiedy im umrze pan, albo kładą się na jego gro­bie.

- Znowu te wra­ca­jące psy, masz jakąś obse­sję. Jak dostaną nie­złe wciry, to wię­cej nie wra­cają, nie są głu­pie. Nie trzeba zamy­kać ich w lodów­kach. Zmy­ślasz.

- Nie. I jesz­cze mówią, że są tam nowo naro­dzone dzieci kobiet, które ich nie chcą. I pomor­do­wani. Zagi­nieni. Zabierz mnie tam, Gaspar.

- Jesz­cze nie zwa­rio­wa­łem. Naj­praw­do­po­dob­niej nic takiego tam nie ma, ale na pewno miesz­kają ludzie, bo w pobliżu są slumsy, to daleko i nie wiemy, kto się tam może ukry­wać.

- Wyobraź sobie, co by było, gdy­by­śmy coś zna­leźli!

- Adela, dosyć - ode­zwała się Betty. - Popa­dasz w obse­sję i sama się nakrę­casz; Gaspar ma rację. Nie widzisz, że nie chce cię zabrać? A poza tym nie możesz tak mówić o zagi­nio­nych, to brak sza­cunku, już ci mówi­łam. Nikt nie wie, gdzie są ci pomor­do­wani. Z całą pew­no­ścią nie ma ich w jakichś lodów­kach nad Ria­chu­elo. Dosyć.

- Gaspar zawsze naj­pierw mówi, że nie, a potem ustę­puje, prawda?

Adela uśmiech­nęła się i prze­krzy­wiła głowę; miała war­ko­cze, jeden się roz­plą­tał i Betty od nowa zaczęła ją cze­sać, sta­ran­nie. War­ko­cze ni­gdy się długo nie trzy­mały.

- Nie odpo­wie­działa mi pani, Betty - stwier­dził Gaspar. - Czy kie­dyś coś pani widziała?

Oczy Betty zda­wały się zacho­dzić łzami, jakby była czymś wzru­szona albo jakby ją pie­kły. Na zewnątrz zapa­dała noc i w pra­wie pustym barze kel­ne­rzy oglą­dali w tele­wi­zji mecz.

- Innym razem ci opo­wiem, teraz, kiedy ona jest taka pod­nie­cona, wolę zamilk­nąć.

- Opo­wiedz! Ni­gdy mi nic nie opo­wia­dasz - popro­siła Adela.

- Bo wariu­jesz - powie­działa Betty i poca­ło­wała ją w czoło. - Możesz jej pomóc odro­bić lek­cje z języka i lite­ra­tury, Gaspa­rze? Nic nie rozu­mie, a każą im prze­pro­wa­dzić ana­lizę zdań. Przy­jadę po was za godzinę, dobrze?

Gaspar powie­dział, że tak, i Adela pod­su­nęła mu swój nie­chlujny zeszyt; wszyst­kie brzegi kar­tek były poza­wi­jane, a pismo - drżące pocią­gnię­cia dzie­cin­nych pal­ców - wyglą­dało, jakby jego autorką była znacz­nie młod­sza dziew­czynka.

Tam­tego wie­czoru Pablo wraz z rodzi­cami miał odwie­dzić dziad­ków, jed­nak do wyjazdu nie doszło. Zanim wyru­szyli autem, rodzice się pokłó­cili. Matka krzyk­nęła, że nie chce widzieć tych zasra­nych sta­ru­chów, a ojciec odpo­wie­dział, że jasne, że on też nie chce, żeby ją taką zoba­czyli, brudną i roz­mem­łaną. Miał rację: matka była brudna, cały czas paliła i pła­kała przed tele­wi­zo­rem. Sły­szał, jak kie­dyś mówiła do tele­fonu, że może gdyby mieli jesz­cze jedno dziecko, toby coś pomo­gło, ale że "nie da rady" znowu "prze­cho­dzić przez doświad­cze­nie" utraty kolej­nego. Nie chciał, żeby matka zacho­dziła w ciążę, nie chciał mieć brata ani sio­stry, skoro mię­dzy rodzi­cami źle się ukła­dało: nie wie­rzył, aby nie­mowlę mogło cokol­wiek napra­wić, jego szkolni kole­dzy mieli młod­sze rodzeń­stwo i opo­wia­dali, że sta­rzy się kłó­cili, nie mogli spać, bo małe wrzesz­czało, stale byli zmę­czeni i w złych humo­rach.

Kiedy matka zamknęła się w sypialni, żeby tam pła­kać, a ojciec z zawrotną szyb­ko­ścią odje­chał, Pablo posta­no­wił pójść poszu­kać Gaspara. To zawsze było skom­pli­ko­wane, bo nie mógł do niego zadzwo­nić. Co prawda mógł zapu­kać do drzwi, jed­nak cza­sami - nie wie­dział dla­czego - bał się to robić. Jeśli Juan Peter­son był w domu, rzadko reago­wał: cza­sem wyglą­dał przez szybę w oknie na górze i kiedy widział, że to on, co naj­wy­żej wołał Gaspara, jed­nak w więk­szo­ści przy­pad­ków dalej robił swoje, a jego igno­ro­wał. Pablo nie oba­wiał się, że ojciec Gaspara mógłby otwo­rzyć drzwi, bo to się ni­gdy nie zda­rzało. Nie potra­fił spre­cy­zo­wać, czego się boi.

Było zimno, toteż Pablo wło­żył swe­ter i puchową kurtkę i żeby się roz­grzać, pobiegł do domu Gaspara. Na ulicy nie spo­tkał nikogo, a poza­my­kane okna led­wie prze­pusz­czały szmer włą­czo­nych tele­wi­zo­rów, cho­ciaż pozwa­lały widzieć świa­tło, żyw­sze, jeżeli ekran był kolo­rowy.

Kiedy dotarł na miej­sce, zasko­czony sta­nął na chod­niku jak wryty. Oba wej­ścia były otwarte: i furtka do wyschnię­tego ogródka na fron­cie, i drzwi wej­ściowe do budynku. Co się mogło stać? Pablo zaj­rzał do środka: w domu było bar­dzo ciemno, wyglą­dał na opu­sto­szały, ale to było nor­malne. Cza­sami tylko w pokoju Gaspara, wycho­dzą­cym na ulicę, paliło się świa­tło.

Wszedł, nie robiąc hałasu: drew­niane drzwi wpu­ściły go w abso­lut­nej ciszy, a kiedy otwo­rzył je nieco sze­rzej, nie wydały żad­nego dźwięku. Jed­nak zale­d­wie sta­nął w prze­stron­nym przed­po­koju ("hallu", jak go kie­dyś nazwał Gaspar, okre­śla­jąc dziw­nym sło­wem, które zapewne powtó­rzył za ojcem), wie­dział, że dzieje się coś dziw­nego. Nie bywał w tym domu na tyle czę­sto, żeby znać jego odgłosy i ruchy, jed­nak zdał sobie sprawę, że na dru­gim pię­trze coś stuka w drew­nianą pod­łogę, a całe powie­trze wewnątrz jest duszne niczym na kli­ma­ty­zo­wa­nym base­nie; nawet te nie­liczne dźwięki, te ude­rze­nia na górze, docie­rały do niego jakby poprzez wodę i nie potra­fił ich zlo­ka­li­zo­wać. Może pocho­dziły z prze­chod­nich pokoi nale­żą­cych do ojca Gaspara, do któ­rych nie wolno było wcho­dzić, albo z ogrom­nego salonu na pierw­szym pię­trze, który wyglą­dał jak pusta sala balowa. Pablo obszedł naj­pierw par­ter słabo oświe­tlony przez uliczne latar­nie; jedno z okien w pokoju dzien­nym miało pod­nie­sioną roletę - kolejne zanie­dba­nie. Nikogo nie było. Pokój Gaspara był otwarty i pusty, podob­nie jak kuch­nia. Kiedy zna­lazł się w pokoju dzien­nym, który zmie­niał kolor, ile­kroć ulicą prze­jeż­dżał jakiś samo­chód, poczuł strach. Naj­lep­sze, co może zro­bić, pomy­ślał, to sobie iść. Gaspar pew­nie jest u Vicky, u jakie­goś innego kolegi albo na ulicy. Gdy wróci, zapali świa­tło, a on, sto­jąc na chod­niku, je zoba­czy i wywoła go jak zawsze, ciska­jąc jakimś małym kamy­kiem albo patycz­kiem w szybę okna. Jed­nak serce biło mu mocno, umie­rał z cie­ka­wo­ści, a dźwięki docho­dzące z pierw­szego pię­tra nie brzmiały groź­nie. Chwi­lami sły­szał jakieś głosy, dale­kie, prze­fil­tro­wane przez ów nie­zwy­kły korek z wody. Zdał sobie sprawę, że jest spo­cony: upał panu­jący w domu przy­po­mi­nał mu parę w łazience po gorą­cym prysz­nicu albo tę, którą mama uśmie­rzała jego kaszel, kiedy cho­ro­wał. Jed­nak w powie­trzu ani na ścia­nach nie dostrzegł wil­goci; dotknął ich i były cał­kiem suche.

Wszedł po scho­dach, policzki mu pałały; wie­dział, że są czer­wone, o, jakże nie­na­wi­dził tych rumień­ców. Z każ­dym stop­niem przy­cho­dziło mu to coraz trud­niej, jak wtedy, kiedy w snach pró­bo­wał biec, a jego nogi ani drgnęły. Schody były drew­niane i zawsze skrzy­piały, ale teraz Pablo nie sły­szał żad­nego dźwięku poza wła­snym odde­chem, zbyt przy­spie­szo­nym jak na taki nie­wielki wysi­łek. Kiedy dotarł na pierw­sze pię­tro, oparł się o ścianę, żeby zaczerp­nąć powie­trza. Tam pokoje były roz­pla­no­wane wokół głów­nego salonu; ostat­nie trzy zaj­mo­wał ojciec Gaspara. Krót­sze schodki pro­wa­dzące na kory­tarz, z któ­rego wcho­dziło się do dwóch pokoi peł­nią­cych funk­cję biblio­teki; ten kory­tarz miał drew­nianą balu­stradę, rodzaj gale­rii albo antre­soli, skąd widać było salon z drew­nianą pod­łogą i ogrom­nym oknem, zasło­nię­tym ciem­nymi kota­rami niczym kur­tyną. Za nim znaj­do­wał się bal­kon wycho­dzący na tylny ogród, który kie­dyś musiał być piękny, a teraz był rów­nie wyschnięty co rośliny od frontu. Żeby dojść do sie­bie, Pablo usiadł na stop­niach schod­ków pro­wa­dzą­cych do biblio­teki. Nikogo nie widział i już nie sły­szał stu­ka­nia. Na­dal czuł się tro­chę zamro­czony i zauwa­żył, że ma szyję mokrą od potu. Może dom miał cen­tralne ogrze­wa­nie? Gaspar ni­gdy o tym nie wspo­mi­nał. Prze­ciw­nie: zwy­kle skar­żył się na brak grzej­ni­ków.

Pablo wstał, żeby sobie pójść, kiedy jakiś ruch w pustym salo­nie spra­wił, że prze­stał oddy­chać. Sku­lił się na schod­kach; widać było tylko jego oczy. W salo­nie był jakiś męż­czy­zna - roz­su­wał kotary i otwie­rał okna. W świe­tle księ­życa - ogród na tyłach domu nie był oświe­tlony - Pablo zoba­czył, że jest nagi. Nagle z jakie­goś pokoju wyszedł ojciec Gaspara. On też był nagi i w sre­brzy­stej poświa­cie wydał się Pablowi ogromny, nie­zwy­kle wysoki i silny. Męż­czy­zna, który otwo­rzył okna, też był wysoki, ale nie aż tak; pod­szedł do jed­nego z kątów salonu, przy­kuc­nął i zapa­lił świecę. Oczy­wi­ście Pablo ich nie widział, jed­nak sądząc po ruchach nagiego męż­czy­zny - który był siwy, cho­ciaż nie wyglą­dał na sta­rego, nic a nic, wyda­wało się, że jest w wieku jego taty albo tylko odro­binę star­szy - nali­czył ich sie­dem. Sie­dem świec. I wtedy na pod­ło­dze pustego salonu zauwa­żył jakiś rysu­nek: biały krąg, a w nim jakiś wzór, któ­rego nie potra­fił do końca roz­szy­fro­wać. Kre­ski, kilka kółek. Ojciec Gaspara wszedł do kręgu, jakby prze­kra­czał jakieś drzwi i klę­cząc, cze­kał na nagiego męż­czy­znę. Obaj w cał­ko­wi­tym bez­ru­chu przez chwilę wpa­try­wali się w sie­bie, aż wresz­cie ojciec Gaspara poca­ło­wał nagiego męż­czy­znę i zro­bił to bez żad­nej deli­kat­no­ści, nie tak, jak to Pablo widy­wał na fil­mach, ani nie tak, jak ludzie całują się na ulicy, i nagle zaparło mu dech, bo ni­gdy nie widział dwóch cału­ją­cych się męż­czyzn, nawet sobie nie wyobra­żał, że mogliby to robić, myślał, że to... zabro­nione? Coś w tym rodzaju. Ojciec Gaspara usiadł na pod­ło­dze i Pablo zoba­czył, że nagi męż­czy­zna robi coś nie­wia­ry­god­nego, nie­moż­li­wego: siada mu na fiu­cie i zaczy­nają się pie­przyć jak w maga­zy­nach porno, ale dodat­kowo się ruszają. Widział to w tych pismach, które Gaspar cho­wał w garażu, takie pie­prze­nie, ale nie dwóch męż­czyzn: widział, jak męż­czy­zna wsa­dzał w tyłek kobie­cie, i uznał, że to obrzy­dliwe. Jed­nak teraz nie wyda­wało mu się obrzy­dliwe. Ow­szem, wsty­dził się tego, co widzi, a jed­no­cze­śnie nie mógł ode­rwać wzroku: ojciec Gaspara zmu­szał tego dru­giego, żeby sta­nął na pod­ło­dze na czwo­ra­kach, a sam, wypro­sto­wany, lśniący od potu niczym mokry posąg, zacho­dził go od tyłu i robili to jak psy, w abso­lut­nej ciszy prze­ry­wa­nej tylko ocie­ra­niem się ciał. Pablo bał się, że zoba­czą, jak się tam chowa i pod­gląda, a zara­zem był to naj­lep­szy moment, żeby się wymknąć, bo tamci dwaj byli sku­pieni na sobie. Jak poko­nać ten odci­nek mię­dzy salo­nem a scho­dami tak, żeby go nie zauwa­żyli? Teraz Pablo czuł, że cały pot na nim zasy­cha i jest lodo­waty, w domu już nie było gorąco, ale działo się coś jesz­cze gor­szego: wyda­wało się, że pokoje zapeł­niły się ludźmi. Sły­szał nawet szmer cichych roz­mów i ruch kla­mek u drzwi. W górę i w dół. Kroki na scho­dach. Świece, które na ciała męż­czyzn rzu­cały zbyt dłu­gie cie­nie. Ze stra­chu nogi odmó­wiły mu posłu­szeń­stwa, a jed­no­cze­śnie, kiedy tak patrzył na tych męż­czyzn - któ­rzy znowu byli zwró­ceni twa­rzami do sie­bie - czuł, że kręci mu się w gło­wie, że krew zaczyna mu pły­nąć lekko, i miał ochotę się roz­pła­kać, cho­ciaż nie był smutny i już się nie bał; nie rozu­miał, co ci męż­czyźni robili wewnątrz okręgu, ale podo­bało mu się to, podo­bały mu się silne ramiona opie­ra­jące się na pod­ło­dze, plecy wil­gotne od potu i śliny, spo­sób, w jaki chwy­tali się za policzki i kark, kiedy się cało­wali, i meta­liczny i słodki zapach, który docie­rał do jego nosa, kiedy tak ukry­wał się na schod­kach. Co robić? Ojciec Gaspara miał zamknięte oczy i wyglą­dał jakoś ina­czej; jest piękny, pomy­ślał Pablo, piękny, wszy­scy mówili, że cho­ruje, jak to moż­liwe? Czy cho­rzy nie są zawsze brzydcy? W sła­bym świe­tle świec i księ­życa Pablo widział tors ojca Gaspara i jakże długą bli­znę, ale to było wła­śnie to, bli­zna, a nie oznaka sła­bo­ści. Nie spra­wiała, że z jej powodu był mniej piękny. Ten drugi miał bli­zny na ple­cach, zdo­łał zauwa­żyć Pablo. Wyglą­dali jak pocięci tym samym nożem albo jak roz­dzie­leni syjam­scy bra­cia.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki