Nasza część nocy - Mariana Enriquez

Reflow text when sidebars are open.
Tyle światła tego ranka i czyste niebo, zaledwie kilka białych plamek na ciepłym błękicie, przypominających bardziej smugi dymu niż chmury. Było już późno i musiał wyjechać, i ten upalny dzień będzie identyczny jak następny; jeśli spadnie deszcz, znad rzeki napłynie wilgoć, i jeszcze ten przytłaczający klimat Buenos Aires; nigdy nie zdoła opuścić miasta.
Juan bez popijania połknął tabletkę, by zapobiec bólowi głowy, którego jeszcze nie czuł, i wszedł do domu, żeby obudzić syna przykrytego prześcieradłem. Wyjeżdżamy, powiedział, delikatnie nim potrząsając. Chłopiec obudził się natychmiast. Czy inne dzieci też spały snem tak płytkim, tak czujnie? Umyj buzię, powiedział i delikatnie wyjął mu śpioszki z oczu. Nie było czasu na śniadanie, zjedzą po drodze. Wziął torby przygotowane już wcześniej i przez chwilę zastanawiał się, jaką książkę jeszcze dopakować; postanowił dorzucić jeszcze dwie. Spojrzał na leżące na stole bilety na samolot; wciąż jeszcze istniała ta możliwość. Mógł położyć się do łóżka i zaczekać na datę odlotu, za kilka dni. Żeby nie ulec lenistwu, podarł bilety i wyrzucił je do śmieci. Długie włosy sprawiały, że pociła mu się szyja; w słońcu to będzie nieznośne. Nie miał czasu, żeby je obciąć, ale zaczął szukać nożyczek w kuchennych szufladach. Kiedy je znalazł, wrzucił do tej samej plastikowej torebki, w której miał tabletki, ciśnieniomierz, strzykawkę i kilka bandaży, podstawowe artykuły pierwszej pomocy na podróż. Także starannie naostrzony nóż i torbę z prochami, których zamierzał wreszcie użyć. Zapakował też puszkę z tlenem, będzie jej potrzebował. W aucie panował chłód, obicie siedzeń nie nagromadziło w nocy zbyt wiele ciepła. Położył na przednim siedzeniu piknikową lodówkę z lodem i dwoma syfonami wody sodowej. Syn będzie musiał podróżować na tylnym siedzeniu, chociaż on sam wolałby mieć go z przodu, ale było to zabronione, a on nie mógł pozwolić sobie na żadne problemy z policją czy z wojskiem, które brutalnie strzegły dróg. Samotny mężczyzna z synem mógł budzić podejrzenia. Reżim był nieprzewidywalny, a Juanowi zależało na tym, żeby uniknąć wszelkich nieporozumień.
Gaspar, zawołał, nie podnosząc zbytnio głosu. Nie doczekał się odpowiedzi, więc wrócił do domu po chłopca. Gaspar próbował właśnie zawiązać sznurówki tenisówek.
- Ale żeś wszystko poplątał - powiedział i schylił się, żeby mu pomóc. Syn płakał, a ojciec nie potrafił go pocieszyć. Gaspar tęsknił za matką, ona robiła to wszystko instynktownie: obcinała paznokcie, przyszywała guziki, myła go za uszami i pomiędzy palcami stóp, pytała przed wyjściem, czy zrobił siusiu, pokazywała, jak elegancko zawiązać sznurówki. On też za nią tęsknił, ale tego ranka nie mógł zapłakać z synem. Masz wszystko, czego potrzebujesz?, zapytał. Ostrzegam, że nie będziemy po nic wracać.
Od dawna nie prowadził samochodu przez tyle kilometrów. Rosario zawsze nalegała, żeby siadał za kierownicą raz w tygodniu, by nie wyjść z wprawy. Dla Juana auto było za małe, jak prawie wszystko: spodnie za krótkie, koszule zbyt obcisłe, krzesła niewygodne. Upewnił się, że mapa z Klubu Automobilowego znajduje się w schowku, i ruszył.
- Jestem głodny - powiedział Gaspar.
- Ja też, ale zatrzymamy się na śniadanie w świetnym miejscu. Za chwilę, dobrze?
- Jeśli czegoś nie zjem, zwymiotuję.
- A mnie boli głowa, kiedy jestem głodny. Wytrzymaj. To tylko chwilka. Nie wyglądaj przez okno, bo jeszcze bardziej zakręci ci się w głowie.
Sam czuł się gorzej, niż chciał przyznać. Palce rąk mu drętwiały, rozpoznawał w piersi arytmiczne uderzenia serca. Wsunął na nos ciemne okulary i poprosił Gaspara, by opowiedział mu bajkę, którą czytał wieczorem. Miał dopiero sześć lat, ale czytał już płynnie.
- Nie pamiętam.
- Na pewno pamiętasz. Ja też jestem w kiepskim humorze. Spróbujemy jakoś razem się z tym uporać, czy przez całą drogę będziemy mieć miny jak srające koty?
Gaspar roześmiał się na wspomnienie o srających kotach. Potem opowiedział o królowej dżungli, która śpiewała, przechadzając się pomiędzy drzewami, i wszyscy lubili jej słuchać. Pewnego dnia nadeszli żołnierze, a ona przestała śpiewać i stała się wojowniczką. Schwytali ją, spędziła noc w zamknięciu; żeby uciec, musiała zabić pilnującego jej strażnika. Nikt nie chciał uwierzyć, że miała siłę go zabić, bo była bardzo wątła, dlatego uznali ją za czarownicę i spalili; przywiązali ją do drzewa, pod które podłożyli ogień. Ale rano zamiast ciała znaleźli czerwony kwiat.
- Drzewo o czerwonych kwiatach.
- Tak, drzewo.
- Podobała ci się ta historia?
- Nie wiem, bałem się jej.
- Drzewo nazywa się koralodrzew koguci grzebień. Tu nie rośnie ich zbyt wiele, ale niedługo ci je pokażę. Niedaleko domu twoich dziadków jest ich mnóstwo.
W lusterku wstecznym zobaczył, że Gaspar unosi brwi.
- Jak to mnóstwo?
- To legenda, tłumaczyłem ci już, co to jest legenda.
- Więc ta dziewczyna nie istnieje?
- Nazywała się Anahí. Być może istniała, ale tę historię o kwiatach opowiada się po to, by o niej pamiętać, a nie dlatego, że wydarzyła się naprawdę.
- Więc to się stało naprawdę czy nie?
- I tak, i nie. Obie rzeczy naraz.
Lubił patrzeć, jak Gaspar robi się poważny, a nawet zły, jak zagryza kąciki ust, jak otwiera i zamyka pięść.
- Teraz też pali się czarownice?
- Nie, teraz się ich nie pali. Poza tym nie ma już zbyt wielu czarownic.
Łatwo było wyjechać z miasta w niedzielny styczniowy poranek. Zostawili za sobą budynki wcześniej, niż się spodziewał. I niskie baraki z blachy w dzielnicach nędzy. I nagle ukazały się drzewa za miastem i pola. Gaspar już spał, a słońce grzało Juana w ramię, jakby był zwykłym ojcem na weekendowej wycieczce. Ale nie był zwykłym ojcem, inni czasem domyślali się tego, kiedy patrzyli mu w oczy, kiedy rozmawiali z nim przez chwilę, w jakiś sposób wyczuwali niebezpieczeństwo; nie mógł ukrywać, kim jest, przynajmniej niezbyt długo.
Zaparkował przed barem reklamującym gorącą czekoladę i drożdżowe rogaliki. Zjemy śniadanie, powiedział do Gaspara, który obudził się natychmiast i przetarł niebieskie oczy, wielkie, nieco zagubione.
Kobieta, która czyściła stoliki, z całą pewnością wyglądała na właścicielkę baru, poza tym sprawiała wrażenie miłej i skłonnej do plotek. Obrzuciła ich zaciekawionym spojrzeniem, kiedy usiedli z dala od okna, przy lodówce. Chłopiec z samochodzikiem z kolekcji i jego ojciec wysoki na dwa metry, z włosami opadającymi na ramiona. Przetarła ich stolik ścierką i zapisała zamówienie w notesiku, jakby bar był pełny. Gaspar zamówił czekoladę i drożdżówki z masą kajmakową, Juan szklankę wody i kanapkę z serem. Zdjął ciemne okulary i sięgnął po leżącą na stole gazetę, chociaż wiedział, że ważne wiadomości nigdy nie ukazują się w prasie. Nie pisano nic o tajnych centrach zatrzymań ani o nocnych starciach, porwaniach, ani odebranych dzieciach. Tylko kroniki o rozgrywanych w Urugwaju mistrzostwach Ameryki Łacińskiej, które go nie interesowały. Udawanie normalności czasami przychodziło mu z trudem, kiedy nie był skoncentrowany, kiedy był tak bezbrzeżnie smutny i zmartwiony. Poprzedniej nocy próbował jeszcze raz skontaktować się z Rosario. Nie potrafił. Nie było jej nigdzie, nie mógł jej poczuć, odeszła w sposób, którego absolutnie nie potrafił zrozumieć ani się z nim pogodzić.
- Ale upał - powiedział Gaspar.
Chłopak pocił się, miał wilgotne włosy i czerwone policzki. Juan dotknął jego pleców. Miał mokrą koszulkę.
- Poczekaj tu na mnie - powiedział i poszedł do samochodu po nową. Potem zaprowadził chłopca do łazienki, zmoczył mu głowę, otarł pot, włożył świeżą koszulkę, która trochę pachniała benzyną.
Kiedy wrócili do stołu, czekały na nich śniadanie i kobieta; Juan poprosił o szklankę wody dla Gaspara.
- Niedaleko jest świetny kemping, jeśli chcielibyście ochłodzić się w rzece.
- Dziękujemy, ale nie mamy czasu - odparł Juan, siląc się na uprzejmy ton. Rozpiął sobie kilka guzików koszuli.
- Podróżujecie sami? Jakie wielkie oczy ma ten mały! Jak masz na imię?
Juan miał ochotę powiedzieć, nie odpowiadaj jej synu, jedzmy, a ja uciszę ją na zawsze, ale Gaspar zdradził już kobiecie swoje imię, ona zaś, ośmielona, zapytała fałszywym słodziutkim głosem:
- A twoja mamusia?
Juan poczuł ból chłopca w całym swoim ciele. Był to ból pierwotny, niemożliwy do wyrażenia słowami; gwałtowny i przyprawiający o zawrót głowy. Musiał kurczowo chwycić się stołu, żeby uwolnić się od syna i tego bólu. Gaspar nie mógł odpowiedzieć i patrzył na niego, jakby prosił o pomoc. Zjadł zaledwie pół drożdżówki. Juan będzie musiał go nauczyć nie chwytać się w ten sposób, ani jego, ani nikogo innego.
- Przepraszam - Juan starał się zachować panowanie nad sobą, ale ton jego głosu zabrzmiał groźnie - ale co to, kurwa, panią obchodzi?
- Chciałam tylko porozmawiać, nic więcej - odrzekła urażona.
- Wspaniale. Obraża się pani, bo nie chcemy bawić pani durną rozmową, proszę sobie wyobrazić, że pani kretyńska niedyskrecja, wtykanie nosa w nie swoje sprawy są dla nas bolesne. Naprawdę chce pani wiedzieć? Moja żona zginęła trzy miesiące temu potrącona przez autobus, który przeciągnął ją przez dwie przecznice.
- Bardzo mi przykro.
- Nie, nie jest pani przykro, bo nie znała jej pani, tak samo, jak nie zna pani nas.
Kobieta chciała powiedzieć coś jeszcze, ale odeszła prawie z płaczem. Gaspar wciąż patrzył na ojca, ale oczy miał suche. Był trochę wystraszony.
- Nic się nie stało. Skończ śniadanie.
Juan skubał swoją kanapkę z serem; nie był głodny, ale nie mógł brać leków na pusty żołądek. Kobieta wróciła z przepraszającą miną, wyciągając przed siebie ramiona. Niosła dwa soki pomarańczowe. Na koszt firmy, powiedziała i poprosiła o wybaczenie. Nie wyobrażałam sobie takiej tragedii. Gaspar bawił się kolorowym małym samochodem z otwieranymi drzwiczkami i bagażnikiem, prezentem, który stryjek Luis przysłał mu z Brazylii. Juan kazał Gasparowi skończyć czekoladę i wstał, żeby zapłacić przy kontuarze. Kobieta wciąż przepraszała, a Juanowi skończyła się cierpliwość. Kiedy wyciągnęła rękę, żeby przyjąć pieniądze, złapał ją za nadgarstek. Pragnął wysłać jej znak, od którego by oszalała, wbiła sobie do głowy, że powinna obedrzeć ze skóry stopy swojego wnuka albo ugotować psa w sosie własnym. Powstrzymał się. Nie chciał się zmęczyć. Utrzymywanie tej podróży z synem w tajemnicy wykończyło go i na pewno nie pozostanie bez konsekwencji. Zostawił więc kobietę w spokoju.
Gaspar czekał na niego przy drzwiach, włożył ciemne okulary Juana. Ten chciał mu je zabrać, ale chłopiec uciekł mu ze śmiechem. Juan złapał go przy samochodzie i podniósł do góry: Gaspar był lekki i długi, ale nie będzie taki wysoki jak ojciec. Postanowił, że poszukają jakiegoś miejsca na obiad, zanim wyruszą w dalszą drogę do Entre Ríos.
Dzień okazał się wyczerpujący, pomimo że podróż upłynęła całkowicie normalnie: ruch był niewielki, zjedli pyszny obiad w przydrożnym grillu, a potem ucięli sobie drzemkę w cieniu drzew; od rzeki powiewało chłodnym wiatrem. Właściciel grilla też ich zagadywał i był ciekawski, ale nie zapytał o żonę, Juan porozmawiał z nim, popijając wino. Poczuł się źle po drzemce i czuł się tak przez całą drogę do Esquiny; upał był nieznośny. Ale teraz, kiedy próbował wyjaśnić recepcjoniście, że potrzebuje małżeńskiego łóżka dla siebie i pojedynczego dla syna, a cena nie ma znaczenia, zdał sobie sprawę z tego, że być może będzie potrzebował pomocy. Zapłacił z góry i pozwolił, żeby ktoś zajął się wniesieniem jego toreb. W pokoju włączył telewizor, żeby zająć czymś Gaspara, i wyciągnął się na łóżku. Wiedział, jak interpretować to, co się dzieje; arytmia wymknęła się spod kontroli, słyszał świst, ten odgłos wysiłku, mdłości oszalałych zastawek, bolało go w piersi, z trudem oddychał.
- Gaspar, podaj mi torbę - poprosił.
Wyjął z niej ciśnieniomierz i przekonał się, że ma niskie ciśnienie; to dobrze. Położył się na ukos, tylko w ten sposób stopy nie wystawały mu poza materac, i zanim połknął tabletki i spróbował odpocząć, najlepiej zasnąć, wyrwał kartkę z notatnika (z nadrukiem "Hotel Panambí, Esquina"), który leżał dla gości na nocnym stoliku, i zapisał numer telefonu.
- Synu, posłuchaj mnie uważnie. Jeśli się nie obudzę, zadzwoń pod ten numer.
Gaspar otworzył szeroko oczy, a potem skrzywił się, wydął usta w podkówkę.
- Nie płacz. To tylko na wypadek, gdybym się nie obudził, ale przecież się obudzę, okej?
Poczuł, jak serce mu skacze, jakby dodawał gazu, zmieniając bieg. Czy uda mu się zasnąć? Przyłożył palce do szyi. Sto siedemdziesiąt, może więcej. Nigdy nie miał tak wielkiej ochoty, żeby umrzeć, jak teraz, w tym pokoju hotelowym na prowincji, i nigdy tak bardzo się nie bał zostawić syna samego.
- To telefon do stryjka Luisa. Musisz wykręcić najpierw dziewiątkę, a kiedy usłyszysz sygnał, wybierz numer. Jeśli się nie obudzę, potrząśnij mną. A jeśli potrząśniesz mną i wciąż się nie obudzę, zadzwonisz do niego. Najpierw zawiadomisz jego, a potem pana na dole, w recepcji. Rozumiesz?
Gaspar powiedział, że tak, i ściskając kartkę z numerem w dłoni, położył się przy nim, blisko, ale wystarczająco daleko, żeby mu nie przeszkadzać.
Juan obudził się spocony ze snu bez snów. Była już noc, w pokoju paliło się słabe światło; Gaspar włączył nocną lampkę i czytał. Juan patrzył na niego, nie ruszając się z miejsca: chłopiec wyjął z torby książkę i czekał, miał obok siebie na poduszce kartkę z numerem telefonu. Gaspar, zawołał go, a chłopiec zareagował spokojnie, odłożył książkę, podszedł na czworakach, zapytał, czy czuje się lepiej; jak dorosły, jak wiele razy pytali go dorośli, którzy się nim opiekowali. Juan usiadł i zaczekał minutę z odpowiedzią. Serce wróciło do normalnego rytmu albo rytmu normalnego dla niego. Nie był zdenerwowany, nie było mu słabo. Czuję się dobrze, powiedział, posadził sobie Gaspara na nogach i objął go, gładząc ciemne włosy syna.
- Która jest godzina?
Gaspar pokazał mu zegar.
- Znasz się już na zegarku. Powiedz mi.
- Wpół do pierwszej.
W tej miejscowości nie znajdą o tej porze nic otwartego, żeby zjeść kolację. Mógł oczywiście pójść do centrum, wejść do jakiegoś sklepu czy zamkniętej restauracji i wziąć sobie wszystko, co było mu potrzebne, otwarcie drzwi było bardzo proste. Ale jeśli ktoś by go zobaczył, musiałby uporać się z tym świadkiem. A każdy taki drobny czyn mógł się zmienić w długi i wyczerpujący łańcuch śladów, które trzeba zmazać, wspomnień, które należy zniszczyć. Nauczono go tego już wiele lat temu: najlepiej żyć najnormalniej, jak to możliwe. Mógł zrobić rzeczy dla innych nieosiągalne. Jednak każda zdobycz, każdy wysiłek woli, żeby zdobyć to, czego pragnął, miały swoją cenę. W kwestiach mało ważnych nie warto było jej płacić. Teraz powinien przekonać nocnego portiera, żeby przygotował im coś do jedzenia. Nie czuł głodu, Gaspar pewnie też nie, chociaż nie jadł podwieczorku, a on zapomniał wyjąć wodę sodową z samochodu, powinien się zachowywać jak ojciec.
Przed wyjściem z pokoju musiał się jednak wykąpać, bo śmierdział. I może podciąć sobie włosy. Gaspar też potrzebował kąpieli, może nie tak pilnie. Wstał z łóżka, wciąż trzymając Gaspara na rękach, i zaniósł go pod prysznic. Odkręcił kurek z ciepłą wodą, odczekał chwilę i upewnił się, że jest tak, jak podejrzewał.
- Nie wykąpię się w zimnej - oświadczył Gaspar.
- Przecież jest gorąco. Nie? No dobrze, potem umyję cię ręcznikiem.
Juan wszedł pod prysznic, słyszał, że Gaspar, usiadłszy na pokrywie ubikacji, mówi do niego, opowiadał o tym, co czytał i co zobaczył z hotelowego okna, ale Juan go nie słuchał. Prysznic był za nisko, musiał się schylić, żeby umyć głowę, ale przynajmniej hotel zapewniał szampon i mydło. Z biodrami przepasanymi ręcznikiem stanął przed lustrem: mokre włosy sięgały za ramiona, pod oczami miał sińce.
- Przynieś mi nożyczki, są w mniejszej torbie.
- Mogę cię ostrzyc? Tylko trochę.
- Nie.
Juan zapatrzył się we własne odbicie, szerokie ramiona, ciemna blizna przecinająca pierś, oparzenie na ramieniu. Rosario zawsze obcinała mu włosy. Wiele razy też go goliła. Przypomniał sobie jej duże okrągłe kolczyki, nigdy ich nie zdejmowała, czasem nawet do snu. Przypomniał sobie, jak kiedyś się rozpłakała, przykucnąwszy nago na podłodze w łazience, bo przytyła w ciąży. Jak krzyżowała ręce, kiedy usłyszała coś, co wydawało się jej głupotą. Pamiętał, jak krzyczała na niego na ulicy, wściekła; była taka silna, kiedy waliła go pięściami podczas awantur. Ilu rzeczy nie umiał zrobić sam, ilu zapomniał, ile umiała zrobić tylko ona? Rozczesał włosy grzebieniem, ciął tak dobrze, jak umiał. Zostawił sobie dłuższy kosmyk z przodu, potem wysuszył włosy, żeby sprawdzić, czy nie wyszło tragicznie. Rezultat wydał mu się przyzwoity. Miał trochę zarostu na policzkach, ale nie rzucał się w oczy, bo był bardzo blady. Wrzucił obcięte włosy, które zebrał na chusteczce, do klozetu.
- Chodź, zobaczymy, czy uda nam się znaleźć coś do jedzenia.
W hotelowym korytarzu było ciemno i pachniało wilgocią. Przydzielony im pokój znajdował się tuż przy schodach. Juan przepuścił Gaspara przodem, ale chłopiec, zamiast od razu zejść na dół, popędził korytarzem. Z początku Juan myślał, że biegnie do windy. Ale po chwili uświadomił sobie, że Gaspar widzi to samo co on, chociaż reagował zupełnie inaczej, zamiast tego unikać - Juan był przyzwyczajony do tych zjaw i nie zwracał na nie uwagi - idzie na spotkanie, zaintrygowany. To, co kryło się na końcu korytarza, było wystraszone i nie stanowiło niebezpieczeństwa, ale było bardzo stare i jak wszystko, co dawne, żarłoczne i nieszczęśliwe, i zawistne.
Pierwszy raz syn coś wyczuwał, przynajmniej w jego obecności. Czekał, aż to się wydarzy, Rosario była pewna, że stanie się tak już niedługo, a zwykle miewała rację, ale teraz był już pewien, że Gaspar odziedziczył tę zdolność, co pogrążyło go w smutku, ścisnęło za gardło. Nigdy nie robił sobie zbytnich nadziei, że syn będzie normalny, ale tu, na tym korytarzu, ulotniły się one całkowicie, i Juan poczuł żałość jak łańcuch zaciskający się na szyi. Dziedziczną klątwę. Starał się udawać spokój.
- Gaspar - powiedział, nie podnosząc głosu. - Idziemy tędy. Po schodach.
Chłopiec odwrócił się i spojrzał na niego zdezorientowany, jakby obudził się w obcym pokoju ze snu trwającego wiele dni. To spojrzenie trwało zaledwie sekundę, ale Juan je rozpoznał. Musiał nauczyć go zamykać się na ten dryfujący w powietrzu świat, te lepkie tunele, jeziora, zrozumieć, jak ich unikać. I musiał zacząć prędko, bo pamiętał przerażenie z własnego dzieciństwa. A Gaspar nie powinien przeżywać tego samego.
Mój syn urodzi się ślepy, powtarzała zjawa na końcu korytarza, była łysa i ubrana w niebieską sukienkę. Gaspar jej nie słyszał, chociaż możliwe, że ją zobaczył. O niej mówił wcześniej w łazience - o kobiecie siedzącej na placu przed hotelem, która spoglądała w okno z otwartymi ustami. Juan nie zwrócił wtedy na to uwagi, bo syn nie mówił o niej z lękiem, co było dobre. Chłopiec intuicyjnie miał rację, nie było się czego bać, ta kobieta była ledwie echem. Teraz było wiele takich ech. Jak zwykle, kiedy odbywały się masowe morderstwa; efekt podobny do krzyku w jaskini, trwał, póki czas nie położył mu kresu. Do tego kresu było jeszcze daleko, niespokojni zmarli przemieszczali się szybko, chcieli być widziani. The dead travel fast, pomyślał.
Zeszli po schodach po cichu, żeby nie zbudzić innych gości. Kobieta, najpewniej jedna z właścicielek hotelu, przeglądała w recepcji czasopismo. Uniosła głowę na ich widok i wstała; szybkim gestem poprawiła bluzkę i włosy, trochę rozczochrane.
- Dobry wieczór - powiedziała. - Mogę wam w czymś pomóc?
Juan podszedł do kontuaru i oparł dłoń na książce telefonicznej, która leżała otwarta pod lampką.
- Dobry wieczór. Czy może przypadkiem można gdzieś jeszcze coś zjeść?
Kobieta przekrzywiła głowę.
- Być może udałoby się w grillu w klubie rybaka, ale pozwólcie, że zadzwonię i zapytam, bo to spory kawałek stąd.
Spory kawałek, pomyślał Juan, niemożliwe, w tej małej miejscowości nic nie mogło być daleko. Ściany recepcji do połowy wyłożono boazerią, podłoga była obita plastikową wykładziną, klucze wisiały na tablicy. Gaspar podszedł do niewielkiego akwarium i palcem śledził pływającą rybkę. Nikt nie odbiera, oznajmiła kobieta po długiej chwili wiszenia na telefonie. No trudno, pójdziemy spać bez kolacji. Juan uśmiechnął się i zauważył, że kobieta - młoda, około czterdziestki, ale sprawiała wrażenie starszej w smutnym świetle pogrążonego w ciszy hotelu - obserwuje go uważnie i wcale tego nie ukrywa. Zaspałem, wyjaśnił Juan. Podróż z Buenos Aires jest długa i byłem zmęczony.
Na zewnątrz absolutna cisza. Zauważył niebieskie światła radiowozu, ale prawie nie usłyszał silnika. Nawet tę miejscowość patrolowali?
- Przepraszam za niedyskrecję - powiedziała, wychodząc zza blatu recepcji. Wachlowała się, mimo że pracował wiatrak. - Jesteście w pokoju dwieście jeden? Mój pracownik powiedział, że miał dziś wrażenie, że gość z tego pokoju nie czuje się najlepiej. Martwiliśmy się, ale nie słyszeliśmy żadnych odgłosów ani nie zadzwonił pan na recepcję, więc nie chcieliśmy niepokoić.
- A skąd pani wie, że to ja jestem gościem z pokoju dwieście jeden?
- Bo mój pracownik wspomniał, że to wysoki jasnowłosy mężczyzna z dzieckiem.
- Dziękuję za troskę, proszę pani. Teraz czuję się znacznie lepiej, musiałem odpocząć. Pół roku temu miałem operację, czasem wydaje mi się, że jestem już zupełnie zdrowy, i przesadzam z wysiłkiem.
I z rozmysłem, teatralnym gestem Juan oparł jedną dłoń na koszuli rozpiętej do połowy piersi, żeby pokazać wyraźnie ogromną bliznę.
- No dobrze - powiedziała kobieta. - Zrobię wam coś, choćby kanapki. Chłopiec lubi spaghetti? Podgrzejemy je w kąpieli wodnej z odrobiną masła i gotowe.
- Co to jest spaghetti? - zapytał Gaspar, który przestał się interesować akwarium.
- Takie długie kluseczki, słonko - wyjaśniła kobieta i uklękła przed nim. Z masełkiem i serkiem?
- Tak. I też z sosikiem.
- Zobaczymy, co da się zrobić.
- Mogę popatrzeć, jak pani gotuje?
- Lubi gotować - powiedział Juan i wzruszył ramionami, żeby dać wyraz swojemu zdziwieniu.
Godzinę później Gaspar umiał już używać otwieracza do konserw; obaj zjedli makaron, trochę posklejany, z pysznym sosem i napili się wody z lodem, a kobieta towarzyszyła im, popijając słodkie wino i paląc papierosy. Kiedy skończyli, Juan zaproponował, że zmyje naczynia, żeby kobieta mogła wrócić do recepcji, a ona się zgodziła; na odchodnym życzyła mu szybkiego powrotu do zdrowia. Gaspar pomagał powycierać talerze, ale najpierw podziękował, z ustami wciąż umorusanymi sosem, a ona cmoknęła go w policzek.
Nie chciał wejść do pokoju: stanął w drzwiach jak wryty, oczy mu lśniły, wydawał się przestraszony.
- Tato, tam jest jakaś pani - powiedział. Juan zamrugał, żeby ją zobaczyć i poczuć; to była ta sama kobieta co w korytarzu, widocznie krążyła po hotelu.
- Nie patrz na nią. - Ujął twarz Gaspara w dłonie, były tak wielkie, że prawie otaczały mu głowę. - Spójrz na mnie.
Potem usiadł na podłodze i zapalił lampkę nocną. Na szczęście Gaspar nie słyszał, co mówiła. Zawsze lepiej tylko widzieć. Juan przysłuchiwał się jej przez minutę, z czystej ciekawości. Ta sama stara, samotna, rozpaczliwa śpiewka śmierci, echo śmierci. Potem ogłuchł na ten głos, ale jej nie wyrzucił, musiał nauczyć tego syna, i to szybko. Juan nie chciał, by bał się ani minutę dłużej.
- Posłuchaj mnie teraz uważnie.
- Kto to jest, tatusiu?
- Nikt. To tylko wspomnienie.
Położył mu dłoń poniżej mostka i poczuł serce swojego syna, szybkie, silne, zdrowe. Z zazdrości zaschło mu w ustach.
- Zamknij oczy. Czujesz moją dłoń?
- Tak.
- Czego dotykam?
- Brzucha.
- A teraz?
Położył dwa palce drugiej ręki na kręgu znajdującym się za żołądkiem.
- Pleców.
- Nie, nie pleców.
- Kręgosłupa.
- No właśnie. Teraz musisz pomyśleć o tym, co znajduje się między moimi dłońmi, jak wtedy, kiedy boli cię głowa i opowiadasz mi, że wydaje ci się, że coś siedzi tam w środku. Dobrze, pomyśl o tym, co tam jest.
Gaspar zacisnął powieki i zagryzł dolną wargę.
- Już.
- Dobrze. A teraz powiedz tej pani, żeby sobie poszła. Nie mów tego głośno. Możesz powiedzieć po cichu, jeśli chcesz, ale ważne, żeby przemówiła ta część, którą trzymam w dłoniach. Rozumiesz? To ważne.
To mogło zająć nawet całą noc, i Juan o tym wiedział.
- Powiedziałem jej.
Juan spojrzał na kobietę, która stała wciąż obok łóżka, była w ciąży, z otwartymi oczami, wciąż pewnie mówiąc o swoim pierwszym dziecku, w oczach miała pustkę.
- Jeszcze raz. Jakby twój głos dobiegał stamtąd, jakbyś miał w środku usta.
- Mam powiedzieć to na głos?
O co w ogóle pytał? Ale tak poważna wątpliwość wymagała odpowiedzi.
- Tak, dzisiaj tak.
Obraz kobiety powoli się ulotnił jak rozpraszający się dym. Powietrze w pokoju oczyściło się, jakby ktoś otworzył okna. Światło lampki nocnej stało się jaśniejsze.
- Bardzo dobrze, Gasparze, bardzo dobrze.
Chłopiec rozejrzał się po całym pokoju, szukając kobiety, która odeszła. Był poważny.
- Już nie wróci?
- Jeśli wróci, zrobisz to samo co przed chwilą.
Gaspar się trząsł, trochę z wysiłku, trochę ze strachu. Juan przypomniał sobie, jak pierwszy raz odpędzał bezcielesnego: chłopcu przyszło to równie łatwo, może nawet jeszcze łatwiej, zważywszy na sytuację. Oby był to koniec odziedziczonych przez Gaspara talentów. Oby nigdy nie nawiązał takiego rodzaju kontaktu, do jakiego on sam był zdolny. Rosario była pewna, że syn odziedziczy jego umiejętności. Nagle jej wspomnienie stało się tak żywe, jakby dotknął niechcący jakiegoś owada w mroku: Rosario uparcie siedziała na łóżku, w swoich białych szerokich spodniach z bawełny, z włosami związanymi wysoko w koński ogon. Gaspar odziedziczy wszystko, wszystko, co tak bardzo mu ciążyło. Poczuł gorąco w oczach.
- Teraz znów pójdę spać, bo niedługo muszę usiąść za kierownicą.
- Chcę spać z tobą.
- Nie bój się. Idź do łóżka. Jeśli nie będziesz mógł zasnąć, poczytaj książkę. Światło mi nie przeszkadza.
Ale Gaspar nie chciał czytać. Położył się na plecach i czekał, aż zmorzy go sen, wykazując się dyscypliną nietypową dla swojego wieku. Nie zasłonił żaluzji, więc skąpe światło z ulicy wpadało do pokoju, a gałęzie drzew rzucały cienie na ściany. Juan zaczekał, aż oddech Gaspara zacznie wskazywać na to, że chłopiec zasnął, i wtedy zbliżył się do niego: rozchylone usta, małe zęby mleczne, pot sklejający włosy na czole.
Mógł zrobić to we własnym łóżku, siedząc obok. Nie chciał jednak, żeby chłopiec obudził się i to zobaczył. Łazienka była równie dobrym miejscem. Nie potrzebował wiele: wystarczyła cisza, pukiel włosów Rosario, jakieś ostre narzędzie i prochy.
Siedząc na zimnych kafelkach, owinął wokół palców kosmyk włosów Rosario, który woził ze sobą w specjalnym puzderku. Obiecałaś, powiedział jej cichym głosem. I była to poważna obietnica, przypieczętowana ranami i krwią, a nie sentymentalnymi słowami.
Wyjął z plastikowej torebki garść prochów i rozsypał przed sobą na podłodze, tworząc znak północy. Od śmierci Rosario robił to każdej nocy, a rezultat był identyczny - cisza. Pustynia zimnego piasku i mętne gwiazdy. Wymyślił też bardziej podstawowe metody i efekt był zawsze taki sam - wiatr nad pustką.
Powtórzył słowa, pogłaskał kosmyk włosów, przywołał ją zakażonym językiem, którego należało używać podczas rytuału prochów. Z zamkniętymi oczami zobaczył pokoje i puste kąty, zgaszone ogniska, porzucone ubrania, suche rzeki, ale błąkał się dalej, aż w końcu wrócił do hotelowej łazienki, ciszy i dalekiego oddechu syna, i znów ją przywołał. Ani muśnięcia, drżenia, ułudy, podstępnej mary. Nie przychodziła, nie mógł do niej dotrzeć, od śmierci żony nie udało mu się natrafić na najmniejszy ślad jej obecności.
W pierwszych dniach złożył niewłaściwe ofiary. Ktoś powiedział mu kiedyś, że prawdziwej magii nie uprawia się, ofiarowując krew innych. Ofiarowuje się własną, tracąc jakąkolwiek nadzieję, że kiedykolwiek się ją odzyska. Juan podniósł żyletkę, którą wcześniej położył obok siebie i rozciął sobie dłoń skośnie, mniej więcej po linii zwanej linią umysłu albo głowy. Była to nieznośna rana, nigdy nie goiła się do końca, najgorsza z możliwych i dlatego powinna zadziałać. Kiedy poczuł w ciemnościach ciepło krwi, oparł dłoń na znaku usypanym z prochów na podłodze. Wymówił niezbędne słowa i czekał. Cisza przyprawiała go o zawrót głowy. Juan wiedział, że to oznaka tego, że traci moc. Nie miał pewności, czy stało się tak dlatego, że był bardzo chory, czy dlatego, że za bardzo się przemęczał; tak czy siak, utrata mocy wydawała się oczywista. To przywołujące zaklęcie nie wymagało od niego zbyt wielu sił, świat zmarłych był mu bardzo bliski, drzwi były lekkie, z łatwością otwierały się i zamykały. W wypadku innego rytuału, każdego innego, zwątpiłby pewnie, czy jest w stanie go odprawić. W wypadku tego - nie. Ten był jak przeciągnięcie się.
Zrezygnowany umył rękę i starł ręcznikiem krew z podłogi. Już się nie denerwował. Po pierwszych nieudanych próbach przeklinał Rosario, połamał meble i prawie pogruchotał sobie palce, waląc pięścią w podłogę. Teraz po prostu rozczarowany pozbierał prochy i schował z powrotem kosmyk włosów do skrzyneczki. For the dead travel fast, pomyślał jeszcze raz. W sumie była to prawda. Jemu odmówiono tej zwykłej szybkości.
Gaspar wciąż spał, chociaż upłynęło już sporo czasu; rytuał znaku północy wydawał się krótki dla tego, kto go odprawiał, ale zajmował wiele godzin płynących niepostrzeżenie. Już świtało, kiedy polał alkoholem ranę, która nigdy nie goiła się do końca, bo zawsze ciął się i ciął od nowa w tym samym miejscu, żeby dać krew prochom, zwracającym mu tylko tę podejrzaną ciszę, sprawiającą, że myślał o swojej zakneblowanej żonie, z ustami zaszytymi przez kogoś, kto chciał ich rozdzielić na zawsze.
Hotelowe śniadanie serwowano na stołach nakrytych obrusami w kratkę, w sali jadalnej o białych ścianach. Ozdobiono ją obrazami przedstawiającymi ryby, wysuszonymi rybami w witrynach i kolejnym akwarium, trochę większym od tego w recepcji. Esquina była czymś w rodzaju stolicy wędkarstwa. Juan nigdy w życiu nie łowił ryb. I, skoro tematem przewodnim hotelu była ichtiologia, nie rozumiał, dlaczego nazywał się Panambí, co w języku guaraní znaczyło "motyl". Nigdzie nie było motyli, nawet w logo. Napił się niezbyt mocnej herbaty i posmarował Gasparowi tosty masą kajmakową. Syn był bardzo milczący.
- Co się stało?
- Jesteś na mnie zły.
- Nie, synku, jestem w złym humorze. Kiedy skończysz śniadanie, pójdziemy się wykąpać.
Gaspar przepłakał cały ranek, zanim zeszli do jadalni. Odkąd zmarła jego mama, płakał codziennie po przebudzeniu. Czasami tak po prostu, czasem złościło go jakieś głupstwo, czasem mówił, że boli go głowa, chce mu się spać, jest mu za gorąco. Śniła mu się i Juan o tym wiedział, zwykle śnił, że jej śmierć była tylko snem. Zdarzało się, że Juan dawał mu się wypłakać, kiedy indziej siadał przy nim w milczeniu, czasem przemywał mu twarz zimną wodą, ale nigdy nie wiedział dokładnie, co powinien zrobić. Tego ranka, kiedy Gaspar uspokoił się po chwili płaczu i krzyków, wyrywania sobie włosów i walenia pięścią w poduszkę, zaproponował mu, że pójdą na plażę. Gaspar zgodził się i zapytał, czy woda jest zimna jak w Mar del Plata. Powiedział, że nie, to rozlewisko rzeki, a rzeki są zupełnie inne, bardziej podobne do basenu. Było to kłamstwo, ale podziałało. Tak naprawdę to Juan chciał się wykąpać, uznał też, że czas najwyższy, by syn popracował trochę nad techniką, której go uczył. On sam nauczył się pływać w wieku ośmiu lat, przez czystą nieodpowiedzialność swojego brata, który wychodził z nim na spacery i nie wiedział, jak zorganizować mu czas, więc zapisał go na basen. Juan wiedział, że mu nie wolno; jego lekarz Jorge Bradford zabronił mu wyczerpujących ćwiczeń fizycznych. Nigdy nie dowiedział się o popołudniach na basenie albo udawał, że nie ma o nich pojęcia, często zachowywał się ambiwalentnie; stać go było na gesty niesamowicie wyrozumiałe, czasem jednak bywał wredny i trudno było przewidzieć jego reakcje.
Bradford nauczył go zamykania się, gdy Juan miał sześć lat i dochodził do siebie po kryzysie kardiologicznym; wiele ważnych rzeczy w jego życiu wydarzyło się na szpitalnym łóżku, pomiędzy bólem, znieczuleniem i strachem. Skorzystał z tej samej metody, której on sam użył z Gasparem w nocy. Doktor Bradford, ten, który zoperował go, kiedy Juan był umierający, odwiedzał go codziennie, a potem adoptował pod pretekstem, że w ten sposób zapewni mu najlepszą opiekę. Eleganckie porwanie. Zakup: zapłacił za niego. To cud, powiedział Bradford rodzicom, prawdziwy cud, że jeszcze żyje, potrzebuje leczenia i opieki, których państwo, niestety, ze względu na złą sytuację finansową, nie mogą mu zapewnić. A oni się zgodzili.
Tamtej nocy w szpitalnym łóżku Juan nie mógł uciszyć głosów, jakieś ręce macały go po całym ciele - od środka i na zewnątrz - widział ludzi wokół łóżka nawet wtedy, gdy zamykał oczy. I Bradford kazał mu usiąść, zwilżył jego włosy chłodną wodą i powiedział mniej więcej to samo, co Juan powiedział Gasparowi. Użyj głosu dobywającego się spomiędzy kręgosłupa i żołądka, każ im odejść, a sobie pójdą. Pamiętał dobrze, że musiał próbować wiele razy, szukając wskazówek w ciemnych i chciwych oczach tego mężczyzny, dopóki nie zapadła cisza, a sala intensywnej terapii nie stała się na powrót pomieszczeniem pełnym pacjentów, umierających albo po ciężkich urazach. Bradford został z nim, dopóki Juan nie zasnął. Rano, po przebudzeniu, głosy i obrazy wróciły, a Bradford wciąż tam był. Znów udzielił mu wskazówek, a Juanowi udało się za pierwszym razem. Później Bradford poprosił, żeby opowiedział mu o tym, co widział. I Juan wyliczył: budził się i przy stole ze śniadaniem albo w łóżku widział trupa; usta, które się z niego śmiały, dłoń zakrywającą mu twarz i niepozwalającą oddychać w nocy; ptaki i owady, które atakowały go, wlatując prosto w głowę, kiedy wychodził na patio; dwie maleńkie twarze patrzące na niego spod kamienia, którego używała matka, żeby drzwi szopy w głębi się nie zamykały. Opowiedział o tym rodzicom, ale oni nie wydawali się go rozumieć. Bradford owszem.
Rodzice bali się go, próbowali uspokajać i czym prędzej zmieniali temat. Jego brat Luis był inny. Też się bał, ale próbował pomóc. Mówił, żeby myślał o czym innym. Nauczył go pływać.
Teraz on musi nauczyć syna, ale najpierw chciał popływać chwilę w rzece sam. Pojechali samochodem na plażę, która była piękna i czysta, i w dodatku prawie pusta, posadził Gaspara na trawie, pod drzewem, postawił obok przenośną lodówkę. Nalał mu wody sodowej do plastikowego kubka i powiedział, tata idzie popływać, ale nie martw się, jeśli ktoś się do ciebie zbliży, pożałuje. Nie odchodź nigdzie, bo i tak cię znajdę i wiesz, co będzie.
Wchodząc do wody, minął parę wychodzącą na brzeg. Ona była ładna, miała na sobie jednoczęściowy niebieski kostium i powiedziała mu cześć, on spojrzał na niego dość agresywnie i mocno objął ją w pasie. Żadne z nich nie potrafiło uniknąć gapienia się na bliznę na piersi Juana. Jemu to nie przeszkadzało. Pływał piętnaście minut, dokładnie tyle, by się nie nadwyrężyć. Mógł pływać o wiele dłużej, ale musiał uważać na siebie, skoro miał potem usiąść za kierownicą. Rzeka lśniła srebrzyście w promieniach słońca, ale woda była dość mętna. Zanim wyszedł, przez chwilę unosił się na wodzie; od syna czuł wyłącznie spokój. Kiedy woda sięgała mu do kolan, pomachał do Gaspara i krzyknął: chodź, musisz się nauczyć, zdejmij koszulkę i tenisówki. Ułożył Gaspara na wodzie i pochylił się nad nim. Przytrzymam cię, powiedział, kiedy poczuł, że wije się ze strachu, żeby nie pójść na dno. Machaj nogami, dodał, ochlap mnie, rób jak najwięcej hałasu.
Było coś w tym gorącym poranku i śliskiej skórze chłopca na jego rękach, co sprawiło, że poczuł obok siebie Rosario, przypomniał sobie, jak umierała z zimna na angielskiej wsi, przypomniał sobie, jak śpiewała piosenkę Tonight will be fine, jak tańczyła do piosenki Bowiego i skarżyła się, że w radiu nigdy nie puszczają dobrej muzyki, i jej szyję, i piersi, które były duże, ale nigdy nie nosiła stanika, nawet kiedy urodził się Gaspar, i ranki, kiedy ją budził, ona się skarżyła, daj mi pospać, ale po chwili także go obejmowała, a on unosił jej nogi, kładł je na swoich ramionach, pieścił ją językiem i palcami, aż robiła się wilgotna.
Nie mógł jej znaleźć. Mógł zobaczyć tę biedną ciężarną kobietę z hotelu, mógł zobaczyć setki ludzi mordowanych codziennie, a jej nie mógł spotkać. Prosił ją, kiedy jeszcze żyła, prawie żartem, udając postać z powieści, nie zostawiaj mnie samego, haunt me, nie było po hiszpańsku słów, żeby oddać ten czasownik, nie chodziło o zaczarowanie ani o ukazanie się, chodziło o haunt, ale ona nigdy nie wzięła tego na poważnie. Przecież to on miał umrzeć pierwszy, to byłoby logiczne; żałosne, że jeszcze żył.
Czasem myślał, że Rosario się przed nim ukrywa. Albo że coś nie pozwala jej przybyć. Albo że odeszła zbyt daleko.
- A teraz co?
- Teraz włożysz głowę pod wodę. Ale nie zatykaj nosa.
- Utopię się.
- Na pewno się nie utopisz.
Ćwiczyli, jak wstrzymać oddech, nie zanurzając się w wodzie. Gaspar napełniał policzki powietrzem, a Juan poczuł niemożliwy do pomylenia z niczym ból w skroniach. Za dużo czasu na słońcu. Ale nie zamierzał przestać, póki chłopak nie nauczy się wstrzymywać oddechu.
Kiedy ponownie znaleźli się pod drzewem, nalał sobie zimnej wody sodowej i dodał kilka kostek lodu, które pływały w lodówce. Połknął dwie tabletki i zamknął oczy oparty o korzenie, żeby ból nieco ustąpił. Pulsowało mu w głowie, ale przynajmniej rytm był regularny, nieco powolny.
- Nie utopiłem się - powiedział nagle Gaspar.
- Widzisz? Pływanie jest łatwe, szybko się nauczysz.
- Obudzisz się?
- Nie śpię, odpoczywam.
- Chcesz kanapkę?
- Nie, niedługo zjemy obiad. A wieczorem zobaczymy Tali.
- Mogę zrobić kanapkę dla siebie?
Najlepszym sposobem na znalezienie drogi do domu Tali było zlokalizowanie na trasie starego mostu z zardzewiałego żelaza, już nieużytkowanego, porośniętego niemożliwą do powstrzymania zielenią wybrzeża, jej lianami i kwiatami. Obok niego wyłaniała się Kaplica Diabła i wtedy należało jechać prosto drogą z ubitej ziemi, która okazywała się nieprzejezdna, kiedy było błoto. Kaplica stanowiła formalne wejście do Colonia Camila. Tali uwielbiała tu mieszkać, w tej wiosce mającej dwustu mieszkańców i dwa sklepy.
Tali była jego prawie szwagierką. Córką ojca Rosario i jego kochanki z Corrientes, kobiety z klasy średniej, która wyprowadziła się na wieś, założyła świątynię San La Muerte - Świętego Umrzyka - i zyskała lokalną sławę jako uzdrowicielka i wielka piękność. Umarła młodo - Juan i Rosario wiedzieli, że chociaż zachorowała, jej śmierć zdecydowanie nie należała do naturalnych - Adolfo Reyes zaś, który kochał ją naprawdę i kolekcjonował wizerunki świętego (tak się właśnie poznali), dbał o jej świątynię. Tali podtrzymywała teraz tradycję swojej matki, strażniczki i kapłanki świętego. Razem z Rosario stworzyła salę poświęconą San La Muerte w Muzeum Sztuki Ludowej w Asunción, stanowiącą część wystawy stałej, uznawaną za najlepszą w Paragwaju, w regionie i prawdopodobnie na całym świecie.
Od lat w sanktuarium Tali organizowano potajemne uroczystości. Colonia Camila leżała z dala od miast, wprawdzie nad rzeką, chociaż oddzielona od kąpielisk i przystani; można tu było wyznawać w miarę spokojnie wszystkie te kulty, za którymi nie przepadał Kościół i które budziły strach i nieufność. W ostatnich czasach Tali utrzymywała swoje sanktuarium w dyskretnej tajemnicy. Nasłuchała się o wojskowych, którzy roztrzaskiwali domowe ołtarzyki podczas przeszukań, czasem porywali ich właścicieli, przetrzymywali potem kilka nocy w komisariacie, traktując to jako demonstrację siły. Ona była córką bogatego biznesmena mającego kontakty. I tak nie mogliby jej nic zrobić, ale lepiej na siebie uważać.
Adolfo Reyes kupił także sporo hektarów wokół świątyni i domu córki, gdyż na tym terenie znajdowała się Kaplica Diabła don Lorenza Simonettiego. Kościół został zbudowany przez imigranta z Włoch, jednak dziwnym zbiegiem okoliczności nigdy nie został konsekrowany. Tali sprzątała w nim w nocy, przyświecając sobie lampką naftową. Wiele osób widziało w oknach blask, krążyły rozmaite historie o tym, co dzieje się w jego ścianach, ale żadna nie była prawdziwa. Juan potwierdził to Tali i jej ojcu więcej niż raz: w kościele panowała wprawdzie dziwna atmosfera, ale nie nawiedzały go duchy. Adolfo Reyes, który lubił robić sobie rozmaite kpiny, nie zniechęcił się wcale: wymyślał różne plotki, nowe historie do tego stopnia, że nie dało się już odróżnić fikcji od najprawdziwszych faktów dotyczących tej kaplicy i zapomnianej miejscowości.
Lorenzo Simonetti przybył do Corrientes z Włoch jako wdowiec z ośmiorgiem dzieci. W 1904, rok po tym, jak osiedlił się w Colonia Camila, zaczął budować kaplicę, nie prosząc o pozwolenie władz kościelnych. Był rzemieślnikiem: wyrzeźbił Madonnę z drzewa urunday, starając się nadać jej rysy swojej żony zmarłej przy porodzie. Z pomocą sąsiadów wykonał też wszystko inne: prace murarskie, drewniane ławy, szkła do lichych witraży. Dzwony przywiózł mu z Włoch jego rodak. Ołtarz zdobiły blaszane kwiaty i roślinne wzory. Kościół z dżungli i z pogranicza, blisko Brazylii i Paragwaju.
Cały swój entuzjazm włożył jednak don Lorenzo w ścianę zakrystii. Tam umieścił swoje arcydzieło, budzące lęk sąsiadów i przypuszczalnie będące przyczyną dezaprobaty kurii. Drewniana płaskorzeźba zachowała się dobrze mimo upływu czasu, chociaż kolory nieco wyblakły. Była to wizja piekła, przerażająca nastawa ołtarzowa: dzieci z nieproporcjonalnie wielkimi głowami i powykrzywianymi nogami, pląsające w rytualnych tańcach wokół ognisk, bawiące się ze smokami i żmijami. Nagie kobiety przepasane wężami. Pomiędzy nimi oszalałe twarze, zawsze otwarte okrągłe oczy i jeszcze więcej gadów i płazów, przede wszystkim ropuch, ropuchy powtarzają się obsesyjnie, w nawiązaniu do egipskiej plagi. Scenę Sądu Ostatecznego uzupełnia postać człowieka, który czyta książkę i beznamiętnym wzrokiem obserwuje przeraźliwe obrazy pełne bólu.
Simonetti, skończywszy kościół, próbował podarować go kurii, ale księża po obejrzeniu odrzucili dar. Odbyły się kolejne negocjacje, zakończone kolejnymi odmowami. Z przyczyn pozornie biurokratycznych, nikt jednak nie wierzył w to wyjaśnienie. Mówiono, że retabulum przedstawia zlot czarowników, w którym bierze udział sam diabeł, kreolski sabat. Mówiono, że don Lorenzo uczestniczył w takich obrzędach. Simonetti zmarł, nie zdoławszy przekonać księży o świętości swojego dzieła. Być może ślubował - nie był stary, ale chory - że przejdzie drogę z Colonia Camila do Goya, żeby porozmawiać z kościelnymi władzami. Kiedy wrócił, położył się do łóżka, żeby odpocząć, i następnego dnia już nie żył.
W największym sklepie w Colonia Camila, w którym działał również skromny bar, ludzie opowiadali, że widzieli widmo ubranego na czarno Simonettiego, idącego do Goya. Opowiadano również historie o jakimś mrocznym stowarzyszeniu, które odwracało się plecami do ołtarza i klękało przed nastawą ołtarzową przedstawiającą Sąd Ostateczny.
Usłyszała go wcześniej, niż zobaczyła, gdy słońce rozpalało na niebie żółty płomień, a palmy w oddali przypominały cienie. Tali wybiegła z domu, biała sukienka pachniała jaśminowym mydłem, które przywieziono jej z Paragwaju, w pośpiechu zapomniała włożyć butów. Nie wierzyła w to jeszcze, kiedy czuła tylko jego zapach, ale kiedy go zobaczyła z niewielkiego wzniesienia, na którym stały jej dom i świątynia, nie miała już najmniejszych wątpliwości. W wieczornym słońcu jego jasne włosy nabrały pomarańczowych połysków, a czarna koszulka zabarwiła się granatem zmierzchu. Nawet kiedy śmiał się w ten sposób, z otwartymi ustami i zaznaczonymi dołeczkami na policzkach, i było coś rozczulającego w tym, jak zginał bardzo długie nogi, ślizgające się w błocie, i wyciągał ramiona, i mówił do syna, dawaj, a chłopiec drobił małymi kroczkami obok niego, nawet obserwując tę scenę rodzinną i zwykłą, można było zrozumieć, dlaczego nazywano go Złocistym Bogiem, z tymi żyłami na ramionach przypominającymi kable pod skórą i zbyt wielkimi rękami, cienkimi palcami, długimi i szerokimi dłońmi.
Nigdy nie widziała takiego mężczyzny, ani wcześniej, ani później, ani teraz, a kiedy go widywała, zdawał się jej tak niezwykle piękny, że oczy zachodziły jej mgłą i patrzenie na niego było jak zaskakujący zachód słońca, kiedy natura ukazuje swoją grozę i swoje piękno.
- Czyżbyś polubił błoto, chamigo? - krzyknęła. Miała nadzieję, że jej głos, ironiczny i jednocześnie ciepły, nie będzie się łamał, i tak się stało. Juan poznał ją od razu.
- Tali, co to za kataklizm? Ugrzęźliśmy w bagnie!
Juan i Gaspar - już całkiem wyrośnięty i chudy - śmiali się jak wariaci. Tali nie mogła w to uwierzyć. Spodziewała się, że będzie równie wściekły i smutny jak kilka miesięcy wcześniej. Teraz stał tu, w drzwiach jej domu, zwijając się ze śmiechu, z nogami grzęznącymi w błocie, mówiący do syna: "To ruchome piaski Corrientes!".
- No, postarajcie się bardziej, jeśli się przewrócicie, weźmiecie kąpiel.
Tali oparta o bramę chciała nacieszyć się tym niesłychanym spektaklem: Złocisty Bóg żartujący z własnej niezdarności, udający, że pogrąża się w bagnie, że krzyczy ze strachu. Chłopiec, który był lżejszy, wydostał się z błota pierwszy, a Tali otworzyła przed nim bramę. On spojrzał jej w oczy, z ciekawością, uważnie. Cześć, Tali, powiedział. I odwrócił się, reagując okrzykami na to, że ojciec się poślizgnął i prawie upadł.
- Wiesz, Juancito, że droga za domem jest wyasfaltowana?
- Bujasz.
- No dobrze. Wysypali ją tylko szutrem.
- Czemu tamta droga jest szutrowa? Prowadzi do jakiejś większej miejscowości?
- Nie, ale to Corrientes. Nie warto szukać logiki.
- W takim razie potem przestawię samochód. Mam nadzieję, że nie ugrzązł w błocie.
- Najwyżej go popchniemy.
Juan przeskoczył na kawałek suchej trawy i stamtąd zrobił dwa długie kroki; dotarł do bramy. Tali wreszcie mogła popatrzeć na niego z bliska i uświadomiła sobie, że wieczorne światło okazało się złudne, Juan miał opuchnięte oczy i wychudł; te jego dziwne oczy, z tęczówką o wymieszanych kolorach, zielone i niebieskie błyski, i trochę żółtych, były zmęczone i senne. Ale to bladość Juana sprawiła, że Tali zrozumiała, iż wygłupy w błocie były właśnie tym - wygłupami.
- Gdybym nie wiedziała, że żyjesz, pomyślałabym, że mam przed sobą ducha, taki jesteś, kurwa, blady.
Udał, że tego nie słyszy, i objął ją mocno, tak że aż uniósł z ziemi. Pobrudził Tali sukienkę, ale ona się tym nie przejęła. Wtuliła się raz jeszcze, po tak długiej przerwie, w ciało Juana, które było potężne i wrażliwe; zanurzenie się w jego szerokiej piersi, poczucie na koszulce zapachu ciepła, benzyny i płynu przeciw owadom uspokajało. On oddychał głęboko, z ulgą. Zamknęła oczy i wsłuchała się w ten oddech i w nocne owady, które budziły się i bzyczały. Wziął ją za rękę, ona poczuła smutek na koniuszkach jego palców, jakby się z nich sączył. Zauważyła też, że ma brudny bandaż zawiązany na ranie wewnątrz dłoni. Musisz zmienić tę szmatę, zawyrokowała, ale Juan nic nie powiedział. Gaspar siedział na ziemi, próbując doczyścić białe tenisówki.
- Zostaw to, słonko, wypiorę ci je - odezwała się i natychmiast zaczęła działać. Podała mu rękę, zawołała skinieniem dłoni, jakby machała na powitanie, chłopaka pracującego na poletku za domem i poprosiła go, żeby przyprowadził samochód utwardzaną drogą, i podała bardzo chłodne tereré na stole na werandzie. - Mam tylko z werbeny. Zaraz przyniosę coś dla ciebie, mitaí, lubisz coca-colę?
Kiedy wróciła z napojem, Juan wyciągnął się na rozkładanym leżaku i zwilżył sobie twarz zimną wodą.
- Mogłeś uprzedzić, że przyjedziesz, przygotowałabym coś, posprzątała w domu.
- Nie wiedziałem, czy uda mi się dotrzeć na miejsce samemu, więc trochę się pospieszyłem. A kiedy zdałem sobie sprawę, że jest jeszcze wcześnie, postanowiłem cię odwiedzić, zanim ruszę do Puerto Reyes.
- Dobrze się czujesz?
Nie spojrzał na nią. Wolał czerwień zmierzchu pomiędzy drzewami.
- A mały jak się miewa?
- Nie rozmawiajcie o mnie, jakby mnie tu nie było - zaprotestował Gaspar i odstawił na stół szklankę z colą. Zmarszczył czoło i skrzyżował ramiona.
- No właśnie. Jego spytaj.
- Co za charakter, chłopcze. Jak się miewasz?
- Czasem dobrze, czasem źle. Tęsknię za mamą i boję się, kiedy on choruje. - I ze złym, prawie oskarżycielskim wyrazem twarzy wskazał na ojca.
Tali przytuliła chłopca i posadziła sobie na kolanach, chociaż był już na to za duży. Nie wiedziała, co zrobić, bo nigdy wcześniej nie słyszała, żeby sześcioletnie dziecko mówiło tak jasno i szczerze, powiedziała więc, chodź, zmienimy buty, i zapytała Juana, czy przywieźli drugą parę.
No jasne, odpowiedział, przywiozłem też sandały, ale tu może chyba chodzić boso. Nie, boso nie, zaoponowała Tali, za dużo owadów.
W łazience umyła Gasparowi nogi, zmieniła mu tenisówki i koszulkę, słuchając, jak opowiada o widzianych po drodze zwierzętach, nawet jeleniu z rogami. Wydało jej się dziwne, żeby jeleń mógł zawędrować tak daleko od rzeki, ale co mogło naprawdę dziwić, kiedy Juan był blisko?
Tali poznała Juana w Buenos Aires. Ojciec zawiózł ją tam, żeby zmusić Tali do nauki, ale ona uciekała z lekcji, rzucała się na podłogę, płakała. Rosario próbowała ją pocieszać, mówiąc, że szkoła nie jest wcale taka zła, że bywa tam nawet miło, ale Tali odpowiedziała, że to nie jej nienawidzi, lecz miasta. Adolfo Reyes zrezygnował więc z kształcenia młodszej córki w najlepszej szkole w Buenos Aires, w której uczyła się Rosario, i pozwolił jej wrócić na północ, do swojej świątyni i swoich ziółek, i wiejskiej szkoły.
Rosario i ona były nie tylko przyrodnimi siostrami, ale również dobrymi przyjaciółkami. Tali płakała, kiedy Rosario, w wieku osiemnastu lat, wyjechała do Anglii na studia. Miała się uczyć, tak powiedziała Tali, na najlepszym uniwersytecie na świecie i była szczęśliwa. Juan skończył piętnaście i tego roku spędził całe lato w Puerto Reyes. On też był bardzo smutny. Tali, która przyjechała tam z wizytą, aż otworzyła usta ze zdumienia, kiedy znów zobaczyła Juana w chłodnym miejscu na tarasie wychodzącym na rzekę. Dorastała, patrząc na synów imigrantów, wysokich i jasnowłosych jak ten chłopak, Szwedów z Oberá, Niemców z Eldorado, Ukraińców z Aristóbulo del Valle. Podczas wycieczek z ojcem czasem jadła na obiad kiełbasę i podziwiała orchidee na uroczystościach tych wspólnot; zakochiwała się jak głupia w chłopakach o przejrzystych oczach i skórze przyciemnionej słońcem. Ale kiedy Juan wstał z plecionego krzesła i pocałował ją w oba policzki, tamci mężczyźni i kobiety wydali się jej wprawkami niezbyt zdolnego malarza, szkicami niewprawnej dłoni, która próbowała wciąż od nowa, a w końcu narysowała Juana i dała mu życie, i mówiła: o to chodzi, tego szukałam, to właśnie doskonałe wykończenie. Juan miał piętnaście lat, ona siedemnaście, a jednak zapłonęły jej uszy, kiedy patrzyła na niego w milczeniu. Chcesz się przejść?, zapytała Tali. Nie jest chyba bardzo gorąco. Obeszli zdziczały ogród wokół domu. Opowiedziała mu o Skandynawach z Oberá i zapytała, czy jego rodzina też stamtąd pochodzi. Juan odparł, że tak, ale przeprowadzili się do Buenos Aires, bo on był bardzo chory. Może masz tam jeszcze rodzinę. Nie wiem, przyznał Juan.
Tego wieczoru, po kolacji złożonej z kajmana żakare i smażonego manioku, specjalności Rufiny, kucharki z Puerto Reyes, Juan wyrwał kartkę z zeszytu, w którym coś rysował, kiedy pozostali pili kawę (on nie pił), i podał jej obrazek: dwa psy szczekały do księżyca z promieniami przypominającego bardziej słońce, ale był to księżyc, bo miał twarz i to twarz kobiety, w oddali narysował dwa budynki, dwie niskie wieże, po jednej na każdego psa, a przed nimi jezioro albo staw, z którego wychodziło zwierzę przypominające langustę albo skorpiona. Pod spodem widniał napis "La Lune" i Tali natychmiast rozpoznała, że to jedna z kart tarota, którego stawiała Rosario, księżyc z tarota marsylskiego. Siostra próbowała ją nauczyć, ale Tali wolała hiszpańską talię.
- Mogę cię nauczyć, teraz, kiedy ona wyjechała - powiedział Juan.
- Skąd wiesz, że tego chcę?
- Od Rosario, powiedziała, że nie potrafiła ci dobrze tego wytłumaczyć. Ja umiem to zrobić lepiej niż ona.
- A ta karta co oznacza?
- To zależy od interpretacji.
Juan schował ołówek w kieszeni nieskazitelnie białej koszuli, którą miał na sobie. Nie wydawał się chory, chociaż ona wiedziała, że jego stan jest poważny. Czemu ukrywali to przed nią przez ostatnie lata? Dowiedziała się tego później, w dość brutalny sposób.
Wciąż miała tamten rysunek, tamten księżyc, tamte psy.
Gaspar, czysty i ze zmęczoną twarzą, usiadł na drugim leżaku. Już nie zbierało się na deszcz, ale zapadała ciemna i wilgotna noc. Guillermito, chłopak, który pracował u Tali, zapalił światła na patio i na werandzie. Juan zdjął koszulę i otrzepał ją, żeby osuszyć pot. Przyniosę ci wiatrak, zaproponowała Tali. Nie, nie potrzeba, odparł.
- Pewnie cię szukają.
- Nie znajdą mnie. Teraz trochę trudniej utrzymać tajemnicę, ale wciąż mogę to zrobić.
- Betty nie przyjedzie w tym roku?
- Jeśli chodzi o nią i jej córkę, nic się nie zmieniło. Nie może wziąć udziału w Ceremonii, póki nie zdecydują, co z dziewczynką. Na razie bardzo jej to odpowiada. Kiedy zdecydują, co zrobić z małą, a najprawdopodobniej odbiorą ją Betty, zobaczymy, co będzie.
- A wiesz, że w Reyes mają nowe psy? Boję się ich panicznie, są ogromne, przypominają konie. Jeden z nich, czarny, ma chyba z półtora metra, nazywa się Nix.
- Pies nie może mieć półtora metra, przesadzasz.
- Co to jest Nix? - zainteresował się nagle Gaspar.
- Juancito, to dziecko jest niemożliwe, wszystko słyszy.
- Nyks to grecka bogini nocy. Noc.
- A jest w mojej książce?
- Nie sądzę, to zapomniana bogini. Opowiadałem ci już o zapomnianych bogach. Ludzi, którzy ich wyznawali, było niewielu, z czasem robiło się ich coraz mniej i przestano o nich opowiadać.
- To bardzo smutne.
- Tak, to smutne. Ale o Nyks wiadomo kilka rzeczy. Była żoną Ereba, ciemności, która nie jest tym samym co noc, bo możesz też spotkać ją w dzień. Miała synów bliźniaków, Hypnosa i Tanatosa. Hypnos to sen, a Tanatos śmierć. Są podobni, ale oczywiście nie tacy sami.
- I mieszkają wszyscy razem?
- Tego nie wiadomo, więc możesz wyobrazić sobie, co chcesz.
Juan spojrzał na Tali i powiedział, że Gaspar czyta książkę z mitami. Obiecałem, że pokażę mu koralodrzew, ze względu na Anahí. Po cichu Tali powiedziała, dzieciak zanudzi ci się w szkole.
Guillermito podszedł do stołu. Proszę, znajdź mały materac dla chłopca, powiedziała Tali. Poproś Karinę, ona ma mnóstwo materacy. Zza załomu korytarza wyłoniła się dziewczynka trochę większa od Gaspara. Miała ubłocone kolana i włosy uczesane w dwa niechlujnie splecione warkocze.
- Laurita, może zabierzesz Gaspara i pobawicie się razem? Masz ochotę, Gasparze? Potem zawołamy was na kolację.
Dzieci przez chwilę nie wiedziały, o czym rozmawiać, ale Laurita opowiedziała Gasparowi o szczeniaczku, którego dostała, i zapytała, czy chce go zobaczyć, i poszli. Tali zauważyła, że Juan patrzy za nimi, jak odchodzą, i zagryza wargi.
- Nic mu się nie stanie, ona jest stąd, jest przyzwyczajona, zaopiekuje się nim lepiej niż ty. To normalne, co się z tobą dzieje.
- Nic nie jest normalne. Nie mogę z nią porozmawiać.
- Z Rosario? Juan, za parę dni masz Ceremonię. Na tym musisz się teraz skupić.
Juan spojrzał na nią oczyma mieniącymi się kolorami w słabym świetle werandy. Odwinął bandaż i pokazał jej ranę. Tali obejrzała ją uważnie, nie była spuchnięta, nie dostrzegła śladów infekcji.
- Nie mogę jej sprowadzić, nawet używając znaku północy. Skoro nie mogę nawiązać z nią kontaktu za pomocą tego rytuału, to znaczy, że ktoś nie pozwala jej przybyć.
- Ktoś może to zrobić?
- Ktoś potężny tak. Albo kilka osób wspólnie. Myślę, że jest ich kilkoro.
- Czasem nie udaje się nam dotrzeć do naszych zmarłych, wiesz o tym.
- Nie sądzę, żeby tak było w tym przypadku.
Juan spojrzał na Tali i odgarnął sobie z czoła kosmyk włosów.
- Ja nic nie czuję.
Teraz, kiedy nie było już słychać głosów dzieci, Tali przysunęła się do Juana i wyciągnęła do niego rękę. Chodź, wykąpię cię i oczyszczę ci ranę. Kupiłam sobie olbrzymią wannę, jakbym przeczuwała, że może się przydać. On wstał powoli, leniwie, a w korytarzu prowadzącym do łazienki Tali wspięła się na palce i go pocałowała, popchnęła do swojego pokoju i zamknęła plecami drzwi. Seks z Juanem zawsze był nieco brutalny, nawet jeśli on próbował być delikatny, a teraz nie próbował; Tali czuła ból, kiedy rozsuwała nogi, żeby przyjąć tak wielkie ciało, zabolało ją, kiedy upadła na podłogę sypialni, przeszkadzało jej twarde drewno pod plecami. Zawsze następował też moment załamania, czułego, ale też delikatnego, to szarpnięcie, ten przyprawiający o zawrót głowy poślizg, kiedy poznawała dłonie, które targały jej włosy, a on poruszał się w niej. I zawsze przychodziła ta niebezpieczna chwila, kiedy ona musiała go prosić, żeby zatrzymał to, co zaczynało się jak przyjemne wrażenie, drżące i gorączkowe, a kończyło jak szybko wzbierający przypływ, ciepła i zbyt głęboka fala, która już nie przypominała przyjemności. On zawsze jej słuchał i przestawał: tym razem usiadł, przyciągnął ją do siebie tylko jedną ręką i zmusił, by spojrzała mu w oczy.
Potem Juan położył się nagi w łóżku, na boku. I się rozpłakał, wciąż trzymając za rękę Tali, która znała go na tyle dobrze, by słuchać w ciszy tego płaczu i czekać. Angá, pierwszy raz płacze po niej, pomyślała, ale nic nie powiedziała, bo Juan źle znosił współczucie. Pogładziła go po włosach, tak cienkich i jasnych; nie ściemniały mu z wiekiem, jak wielu innym blondynom. Wyzwolił się delikatnie z jej uścisku. Znajdziesz sobie wreszcie kogoś, zapytał, a Tali położyła się u jego boku i zapaliła papierosa, dała mu się zaciągnąć, on zrobił to z zamkniętymi oczyma i wilgotną twarzą, nie wytarł łez. Nie, powiedziała, ty jesteś moim mężczyzną. Ale nie jestem tak odważna jak Rosario. Nie zrobię dla ciebie wszystkiego.
Juan zgasił niedopałek w popielniczce na nocnym stoliku i pocałował Tali; ona poza dymem i werbeną poczuła słony smak łez i chemiczny posmak lekarstw. Idę poszukać Gaspara, powiedział Juan i poszedł, boso i bez koszuli, wciąż miał ubłocone nogi. Po chwili Tali usłyszała, jak rozmawiają niedaleko od okna sypialni. Wciąż mówili o bogini nocy i jej dzieciach bliźniakach, tak podobnych i tak różnych, o śmierci i śnie.
Tali zrobiła Juanowi miejsce, kiedy w nocy wślizgnął się do jej łóżka. Pozwolił Gasparowi spać w salonie - chciał położyć materac tam, a nie w pokoju, i nie było sensu z nim dyskutować, mógł spać, gdzie chciał; Juan wykąpał się, sprawiał wrażenie, że jest myślami gdzie indziej, ona znała go dobrze, więc nawet go nie dotknęła. Szybko zasnął. Leżał plecami do niej. W półmroku mogła dostrzec bliznę zaczynającą się na żebrach i kończącą na plecach, ślad po przebytej w dzieciństwie operacji. Za pierwszym razem, kiedy zobaczyła go nagiego, blizny zrobiły na niej tak wielkie wrażenie, że chciała się wycofać; poza tym była od niego starsza, co robiła w łóżku z chorym nastolatkiem? Działo się to w Puerto Reyes, w jednym z gościnnych pokoi posiadłości. Tali pamiętała, że za pierwszym razem byli ostrożni, on był prawiczkiem i chociaż buzowały w nim hormony, jak w każdym chłopcu w jego wieku, był trochę zdystansowany, jakby potrafił zbadać sytuację i uniknąć nastoletniego niepokoju. I w pewnym sensie potrafił. To przez chorobę, wyjaśnił jej później. Każda rzecz, którą robił, wymagała negocjacji, wyliczeń. Jakby jego obowiązkiem było opiekowanie się delikatnym szklanym skarbem, którego nigdy nie mógł odłożyć na bok ani w bezpieczne miejsce, i musiał poruszać się ostrożnie, by go nie uszkodzić, nie potłuc, namyślając się nad każdym ruchem, zawsze na palcach, zawsze zastanawiając się, czy to gwałtowne posunięcie skończy się wypadkiem, ostatecznym zniszczeniem.
Tamtego lata Tali została inicjowana w Bractwie przez Adolfa Reyesa, swojego ojca, i zaproszona na Ceremonię. Kiedy zobaczyła Juana w miejscu mocy, zemdlała. Nikt nie zauważył, wszyscy byli w jakimś transie. Strach nie potrwał długo. Ojciec od lat opowiadał jej o Bractwie i słyszała historie różnych mediów. Ale nie spodziewała się, że Juan jest medium. Ukrywali to przed nią skrzętnie, nawet Rosario, tak bliska, ukrywała to latami, a Tali wiedziała dlaczego.
Trochę ponad rok później Juan pojechał do Londynu, żeby się zoperować i znów spotkać z Rosario. Zamieszkał na jakiś czas w Anglii, ale nieszczęście sprowadziło go z powrotem. Tali nie złościła się, gdy doszło do niej, że są z Rosario razem, bo czuła, że tak powinno być. Płakała tylko, kiedy się dowiedziała. Potem próbowała o nim zapomnieć, ale jej się nie udało.
Tali zasnęła nad ranem, a kiedy się obudziła, Juan i Gaspar byli już w kuchni i szykowali śniadanie. Włożyła świeżą sukienkę i podeszła do stołu, żeby im pomóc. Gaspar powiedział, robimy smaczne rzeczy. Przez chwilę pomyślała, czemu nie? Czemu nie zająć miejsca siostry, nie zaopiekować się wdowcem po niej i jej dzieckiem?
- Dzień dobry, chłopcy - przywitała się.
Gaspar w niezwykłym skupieniu smarował grzanki, trochę przypalone, ale zupełnie jadalne. Juan powiedział:
- Ochrona twojej świątyni to katastrofa.
Znów ten pogardliwy ton, którego nienawidziła, ta wyższość, która ją irytowała.
- Nie mam twoich umiejętności.
- To oczywiste. Potem zrobię to, co konieczne.
Gaspar dał jej grzankę. Była posmarowana zbyt grubą warstwą marmolady, ale Tali i tak ją zjadła. Postanowiła się nie kłócić.
- Pojedziemy potem nad wodę?
- Tak, tak! - zakrzyknął Gaspar. - Ja już umiem pływać.
- Uczy się - powiedział Juan.
- Możemy pójść, nie ma już sierpików.
- Co to są sierpiki?
- Ryby podobne do piranii. Ale tylko gryzą, nie zjedzą cię.
Gaspar otworzył szeroko oczy.
- Być może będziesz miał szczęście i jakąś zobaczysz.
- Ale nie chcę, żeby mnie pogryzły.
- Nie martw się tym, będę cię chronił.
- Mogę pooglądać telewizję?
Tali powiedziała, że tak, i zaniosła mu mleko i ciasteczka do salonu. Kiedy wróciła do kuchni, Juan siedział przy stole i palił papierosa.
- Wcześnie wstałeś?
- Staram się wcześnie wstawać, bo Gaspar budzi się z płaczem.
Spojrzała mu w oczy i zobaczyła tak wielką złość, że aż się przeraziła. On zgasił papierosa w kubku, wyjął z torby notes i powiedział: musimy załatwić sprawę tej świątyni. Idziemy na spacer, powiedział synowi, wrócimy za jakiś czas. Chłopak pokiwał głową, zahipnotyzowany poranną kreskówką, mimo że antena była kiepska i obraz wypełniał się pionowymi kreskami i deszczem. Po wyjściu Juan zatrzymał się na chwilę w ogrodzie Tali, który był niewielki, ale rosły w nim męczennice, chryzantemy, dalie, niezapominajki, glicynie opierające się na wysokich paprociach, i docierały aż do domu, wspinały się po ścianach do dachu, naparstnice purpurowe, które przypominały kaptury i kilka orchidei zwisających z pnia brzoskwini.
Tali poszła za Juanem do świątyni, którą zamykała na kłódkę. Rzadko ją otwierała, wierni przyjeżdżali głównie w sierpniu, żeby składać ofiary. Jeśli ktoś miał specjalną prośbę, najpierw ją odwiedzał i ustalali wspólnie datę rytuału.
- Chcesz wejść?
- Teraz nie.
Juan otworzył swój notatnik i rysował, trzymając w długich palcach maleńki ołówek. Kiedy robił to na stojąco, zawsze wyginał ciało w łuk, wysuwał do przodu biodra i kulił grzbiet. Nie zajęło mu to zbyt wiele czasu; kiedy skończył, zdjął ciemne okulary, żeby sprawdzić, czy efekt jest zadowalający, i otarł koszulką wilgotne czoło. Potem podszedł do drzwi świątyni, dotknął ich, pogładził.
- Chodź, Tali - powiedział.
Poprosił, żeby przytrzymała rysunek, by dobrze go widzieć, i z tylnej kieszeni spodni wyjął brzytwę. Rozciął sobie środkowy palec prawej dłoni od opuszka do knykcia i opuścił rękę. Kiedy krwawił już dość mocno, skopiował palcem obrazek na pomalowanych na biało drzwiach. Tali spojrzała na pieczęć, była delikatna i zachowywała geometryczną precyzję typową dla rysunków Juana. Dopiero kiedy skończyła podziwiać ochronny znak, który wydawał się prosty, ale nawet w niej powodował odruch odrzucenia, Tali zdała sobie sprawę z ciszy.
- Teraz nie będziesz już potrzebowała innej ochrony. Możesz nawet zostawić drzwi otwarte. - Zamilkł i spojrzał Tali w oczy. - Niedawno podarowano mi tę pieczęć.
- Prosiłeś o ochronę?
Juan spojrzał na bandaż opasujący mu dłoń, brudny i przepocony.
- Tak, prosiłem o ochronę i dają mi ją, chociaż jak zwykle się ociągają. Wiesz dobrze, że wciąż nie dostałem tego, czego naprawdę potrzebuję.
Potem zdrową ręką odebrał notatnik.
- Jeśli chcesz popływać, zrobię ci taki opatrunek, żebyś mógł wejść do wody.
Później, w łazience, Tali oczyściła ranę, myśląc o tym, jak brudne były tamte drzwi i jak kruche jest zdrowie Juana; wiedziała, że dla niego infekcja może być bardzo niebezpieczna. On dał się jej opatrzyć, poprosił tylko, żeby mocniej zacisnęła bandaż.
- Jesteś piękna - powiedział, kiedy skończyła.
- Nie mów tak, wiesz, że tego nie lubię.
- Zawsze byłaś piękna. Rosario była ładna, a ty jesteś piękna.
- Ale ty kochasz ją, więc proszę, nie mów tak.
- Ach, przecież zakochanie nie ma nic wspólnego z pięknem.
Tali wzięła się pod boki i zaczęła głęboko oddychać, żeby nie krzyczeć.
- Wiesz, Juancito, że musisz mnie uprzedzać, zanim przyjedziesz, bo jak nie, to dzieją się takie rzeczy.
- Jakie? - zapytał i usiadł na krawędzi wanny, krzyżując nogi.
- Takie, że nigdy o tobie nie zapominam, ale jakoś sobie radzę, lubię moje rośliny, mój dom, moje psy, mam swoje łóżko i czasem w nocy, kiedy słyszę jakieś kroki, wyobrażam sobie, że to ty, ale najczęściej śpię sobie spokojnie, tylko tyle ci powiem. I nagle przyjeżdżasz z dzieckiem i ja zachowuję się jak idiotka, jak kompletna idiotka, rozumiesz, wyobrażam sobie, że zostaniecie i że będziemy razem, i podobne głupoty. Wyobrażam sobie nawet, to nie do pomyślenia, że moja siostra byłaby zadowolona, gdybyście ze mną zostali. Moja biedna kochana siostra. Nie dajesz mi, kurwa, spokoju.
Ktoś zapukał delikatnie do drzwi łazienki, a Juan powiedział, wejdź, synku. Gaspar wszedł nieśmiało. Tali stanęła wyprostowana obok umywalki i poprawiła sobie włosy, były bardzo długie, prawie do pasa. Czasem myślała, że jest już za stara na takie włosy. Gaspar nawet na nią nie spojrzał.
- Co ci się stało w palec?
- Skaleczyłem się na dworze.
- Czym?
- Rozbitą butelką, która stała tam, żeby koty nie weszły do kurnika.
- Boli cię?
- Nie.
- Kiedy rozcięli cię tu, musiało strasznie boleć. - I Gaspar wskazał na jego pierś.
- Ach, ale to co innego - odparł Juan, a Tali zauważyła, że powstrzymuje uśmiech. - To tylko małe skaleczenie, w palec, mówiłem ci, że po tamtej operacji bolały mnie kości.
- No tak, musieli ci je przeciąć piłą, żeby cię zoperować.
- Ach, dziecko, nie mów tak - jęknęła Tali.
- Pocięli go, nie wiedziałaś? - Gaspar spojrzał na nią, mrugając oczami, jakby drażniło go światło. - Przecięli go na pół, a potem z powrotem zaszyli. Mieli wyleczyć mu serce, ale wydaje mi się, że chyba nie za bardzo im się udało.
Juan zaczął się głośno śmiać. Wziął go na ręce i uniósł wysoko.
- Twojego ojca nie da się wyleczyć! Jesteś okropny, straszysz Tali.
- Chciałem jej tylko wytłumaczyć.
- Już jej wszystko wyjaśniłem przez telefon, dawno temu.
- Więc ja już nie muszę.
- Nie, już nie trzeba jej niczego tłumaczyć.
- A pojedziemy nad wodę?
- Tak, zaraz.
Juan pocałował Gaspara w policzek i wziął Tali za rękę, żeby wyciągnąć ją z łazienki, ale ona powiedziała, idźcie sami, obaj jesteście szaleni. Ja muszę się przebrać i umyć. Nie rób dramatu, szepnął Juan, a ona pokręciła głową. Potrzebowała kilku minut, musiała znaleźć krem do opalania, ręczniki, zwilżyć sobie twarz, zmyć krew z wanny, zaczekać, aż ręce przestaną się jej trząść.
Pojedziemy moim samochodem, powiedziała Tali, ja poprowadzę. Jezioro znajdowało się niedaleko i lepiej było się kąpać w nim niż w rzece, zdradliwej na tym odcinku, z wirami i piaszczystymi głębinami. Panował duszący upał, ale niebo było czyste, ani jednej deszczowej chmurki; może pojawią się później, oby nie, pomyślała Tali, styczniowa wilgoć potrafiła być nieznośna. Ruszywszy, pogładziła Juana po nodze; on włożył bojówki i sprawiał wrażenie, że bardzo mu niewygodnie w renault, o wiele dla niego za małym. Gaspar milczał na tylnym siedzeniu i Tali spróbowała go zagadać o jego rysunki, ale chłopak nie odpowiadał, więc dała sobie spokój. Był w żałobie, i ona też, i rozumiała, jak smutne jest to gorące powietrze, otwarty piec południa, którego żar leje im się na twarze. Umarła mu mama. Nic nie zdoła go ukoić.
Zatrzymała samochód na poboczu i wysiadła.
- Chodź, Gasparze, chcę ci coś pokazać - powiedziała do chłopca z zewnątrz.
Przed drewnianym domem pomalowanym na błękitno, który wyglądał, jakby zaraz miał się zawalić, stał pokryty kwieciem koralodrzew. Gaspar wygramolił się z auta niechętnie, ale posłuchał jej.
- To drzewo, o którym opowiadał ci tata, drzewo tej Indianki, Anahí.
Chłopiec podszedł do pnia i z dołu zaczął się przyglądać czerwonym kwiatom.
- Na gałęzi jest kot.
- Gdzie?
Tali podeszła i spojrzała w górę: rudy kot spał z rozłożonymi łapami w chłodzie liści. Gaspar wciąż był poważny, ona schyliła się, żeby znaleźć się na jego wysokości i spojrzeć mu w oczy. Twoja mama nadal cię kocha, powiedziała. Nie może być dłużej z tobą, ale kocha cię do szaleństwa. Gaspar zasłonił twarz i zaczął płakać, kiwając się na nogach; Tali zostawiła go w spokoju, nie patrzyła w stronę samochodu, nie chciała wiedzieć, czy Juan ich obserwuje, czy zbliża się, żeby im przerwać, czy wpadnie w szał, że przez nią jego syn płacze. Nie wróci już, prawda?, zapytał Gaspar, a Tali nie miała ochoty odpowiadać na to pytanie, ale powiedziała to, co powinna, że nie, nie wróci. Wiedziałaś, że potrącił ją autobus? Tak, nie pamiętasz, że przyjechałam na pogrzeb, możesz nie pamiętać, kiedy człowiek jest bardzo smutny, łatwo zapomina.
- Tu jest dużo autobusów, nie podoba mi się to.
Umiera ze strachu, zrozumiała Tali i chciała go przytulić, ale w postawie chłopca nie było nic, co by ją do tego zachęciło. Jest w tym podobny do ojca, przypominają koty.
- Tutaj nazywamy je busami. Są inne niż autobusy.
Nie pocieszy go tym, ale przynajmniej to była prawda.
- Jedziemy nad wodę?
Nie chce oddalać się od ojca, pomyślała Tali i z zaskoczeniem ujęła dłoń wyciągniętą do niej przez Gaspara. W aucie dalej milczał, ale przynajmniej wyglądał przez okno, wcześniej siedział z pochyloną głową. Juan nic nie mówił, zapalił tylko papierosa i palił go powoli, napełniając sobie płuca dymem, jakby nie wystarczał mu upał.
Reszta dnia przebiegła spokojnie i cicho, pomimo że na plaży i nad jeziorem pełno było ludzi. Gaspar dostał sporo oklasków, kiedy położył się plackiem na wodzie, bez pomocy ojca; wprawdzie nie zjadł zbyt wiele na obiad, ale zgodził się pobawić w kopanie dołów, kiedy zaprosiły go inne dzieci, mające mnóstwo wiaderek i łopatek. Nie odchodźcie daleko, chcemy mieć was na oku, poprosiła Tali, a one odpowiedziały, tak, proszę pani, i usadowiły się nie dalej niż trzy metry. Juan wszedł głęboko do wody, żeby popływać, a Tali, sama pod parasolem, w końcu się uspokoiła. Była już gotowa wysłuchać Juana. Wiedziała, że chce jej coś powiedzieć. Juan nie był jej przygodnym kochankiem. Ona nie była tylko zaklinaczką znad rzeki. Oboje należeli do Bractwa. Mogli udawać, że o tym zapominają, ale nie na długo.
Gaspar nadal kopał swój dołek, który według matki innych dzieci przypominał krater. Radio w jednym z samochodów było włączone, dochodziło stamtąd melancholijne chamamé, gruba kobieta spacerowała brzegiem z czarnym psem, który skakał na nią i sprawiał, że wybuchała śmiechem, dwóch młodych mężczyzn chowało swoje wędki i przynęty, i ryby na pace furgonetki, pewnie przyrządzą je gdzieś na grillu. Tali rozpoznała mężczyznę, który dwa miesiące wcześniej poprosił ją o ochronę, a ona wpuściła go samego do świątyni i pozwoliła pomodlić się do Świętego; pobłogosławiła jego szkielet winem i popiołem. Poznała też kobietę, która przyszła, żeby wywróżyć z kart, co stało się z jej córką. Tali zobaczyła, że nie żyje, że leży pod wodą, i powiedziała o tym. Jedna z tylu dziewczyn zamordowanych przez wojskowych i wrzuconych do rzeki, oczy wyjedzone przez ryby, stopy zaplątane w wodorosty, martwe syreny z brzuchami pełnymi ołowiu. Tali nie kłamała, nie dawała fałszywych nadziei. Ojcowie i matki młodych ofiar dyktatury kontaktowali się z nią, żeby dowiedzieć się przynajmniej, jak zginęły, czy ich ciała znalazły się w masowym grobie pełnym kości, pod wodą czy na jakimś prowincjonalnym cmentarzu. Kobieta teraz na nią nie patrzyła, bawiła się z dziewczynką. Czyżby była to córeczka zmarłej córki? Pamiętała tamto popołudnie, padało, niebo było czarne, ale ona i tak chciała wracać, nie bojąc się piorunów; Tali spoglądała za nią, jak biegnie drogą z ubitej ziemi. Pozbierała karty, ułożyła je w stosik, a potem piła mate, na zewnątrz ciemna szarość, i patrzyła, jak wiatr szarpie drzewem brzoskwini i drzewami w oddali, nad rzeką. Ka'aru, pomyślała, powinna mówić więcej w guaraní, zapominała języka, spędzała zbyt wiele czasu samotnie.
Juan wrócił, ale ona nie widziała, jak szedł po plaży, musiał zrobić kółko. Położył się obok niej na ręczniku. Był tak podekscytowany, że po kilku minutach Tali poważnie się zaniepokoiła.
- Czy ty rozumiesz, że jeśli coś ci się tu stanie, będzie nieszczęście? Wiesz, co mogą mi zrobić? Musielibyśmy jechać aż do Corrientes, żeby udzielono ci pomocy. Nde tavy, kurwa.
Juan przez długą chwilę nie mógł jej odpowiedzieć, a Tali wykorzystała ten czas, by patrzeć na niego z dezaprobatą, póki nie odzyska oddechu.
- Nie rób skandalu - powiedział Juan i napił się seven-upa z butelki.
- Gaspar bawi się spokojnie z innymi dziećmi.
- Wiem. Musimy porozmawiać.
- Odkąd przyjechałeś, wiem, że musimy porozmawiać.
- Potrzebuję twojej pomocy.
Juan usiadł ze skrzyżowanymi nogami, i nagle nie był już jej przyjacielem ani kochankiem, ani nawet mężczyzną, który ją denerwował i w którym była zakochana. Był medium. Tali wiedziała, że otaczający go ludzie nie zdołają usłyszeć, co mówi, a jeśli nawet usłyszą, nic nie zrozumieją w tym nieznanym im języku. Uświadomiła to sobie, bo powietrze wokół nich zaczęło drgać, a delikatne włoski na jej ramionach stawały dęba, jakby nie słońce dotykało jej skóry, tylko sopel lodu.
Naprawdę musisz to robić? Nikt nie wie, że tu jesteś, nie mamy nikogo w pobliżu.
Nie ufam nikomu. Nawet sobie. Gaspar jest w pułapce. Oni chcą, by był moim spadkobiercą. Myślą, że odziedziczył moją zdolność przywoływania Ciemności, albo chcą, żebym przeniósł swoją świadomość do jego ciała, kiedy nadejdzie moment. Wciąż byłbym uwięziony.
Już o tym wiemy, czemu znów mi o tym opowiadasz?
Żeby uporządkować myśli. I poprosić cię. Jestem pewien, że zabili Rosario. Rosario pokłóciła się z matką i z Florence. Kiedy ja leżałem w szpitalu. Rosario poprosiła je, żeby zostawiły nas w spokoju. Że nie mogą mnie dłużej wykorzystywać, że ja już nie chcę przywoływać, i że nigdy nie odda im Gaspara, żeby wykorzystali jego ciało.
Tali poczuła mdłości. To, co słyszała, było niemożliwe.
Moja siostra była szalona. Angá, dlaczego jej nie powstrzymałam?
Dla nich to nie do pomyślenia, że nie chcę użyć ciała Gaspara. Powiedziałem im oczywiście, że to zrobię. Rosario opowiedziała mi o kłótni niedługo przed wypadkiem. Była wściekła, bo po przeprowadzeniu Ceremonii znalazłem się na skraju wyczerpania, ale naraziła Gaspara na niebezpieczeństwo. Znów będą sprawdzać, czy jest medium, jak zawsze, tym razem jednak wynik będzie pozytywny.
Jesteś pewien? Może jest po prostu wrażliwy, i tyle?
Jestem pewien. Jeśli potrafimy sprawić, że tego nie zauważą, że próba jak zwykle się nie powiedzie, pozostanie tylko czekać, żeby osiągnął odpowiedni wiek, bym mógł wejść w jego ciało, i wiem, że przez te lata zdołam znaleźć sposób, żeby go od nich uwolnić. To potrwa, ale jestem zdesperowany i w końcu mi się to uda.
Czemu Rosario nie opowiedziała ci o tym wcześniej?
Przez długie miesiące ciągle trafiałem do szpitala i wypisywali mnie z niego, zanim mogli mnie zoperować. Nie miała odwagi. Nie wiem.
Nie wiń jej za to.
Winię ją. Winię ją, ale jej wybaczam.
Możesz odmówić przywoływania?
Nie. Zmuszą mnie. Już to zrobili przed laty, kiedy się nie zgodziłem, bo składali w ofierze więźniów. W ofierze, o którą nikt ich nie prosił.
Tali spojrzała na swoje dłonie. Ona też nie potrafiła o tym zapomnieć, też miała poczucie winy.
Wciąż jeszcze używają porwanych.
Wiem, ale nie mogę się im przeciwstawić. Zagrozili złamaniem umowy, odebraniem mi Gaspara, wychowaniem Gaspara wśród rytuałów, ta nauka go zniszczy. Wierzą w to, co mówi im Ciemność. Słuchają, są posłuszni. I nie mają nikogo poza mną, kto potrafiłby ją przywołać. Mercedes ciągle szuka innych mediów. Jest kapłanką boga, który ją ignoruje, jak wszyscy bogowie nie zwraca uwagi na swoich kapłanów. Jej bóg rozmawia ze mną. Dla niej zawsze było to coś w rodzaju klątwy, mieć wieszcza tak niegodnego zaufania. Ja wierzę w Ciemność, ale wiara nie oznacza posłuszeństwa. Jak mam nie wierzyć, skoro dzieje się w moim ciele. Dzieje się mojemu ciału. To, co mówi im Ciemność, nie może być interpretowane inaczej. Ciemność jest obłąkana, to bóg dziki, bóg szalony.
Chcę wiedzieć, czy możesz naprawdę się nie zgodzić. Gdybyś chciał.
Oczywiście, że nie, jestem niewolnikiem. Jestem tylko ustami. Ciemność może mnie znaleźć, to przegrana bitwa. Tali, mam do ciebie prośbę. Chcę, żebyś wspólnie ze Stephenem zablokowała Gaspara. Ja robię, co mogę, ale to nie wystarcza, już nie, jestem sam. Wczoraj widział jakąś zjawę, i to nie byle jaką. Teraz pewnie będzie się to zdarzać coraz częściej. Potrzebuję, żebyś chroniła go przed nimi w Puerto Reyes, musisz go kryć, Stephen ci pomoże.
I tak będą chcieli, żebyś użył jego ciała.
Zanim tak się stanie, musi jeszcze upłynąć wiele lat. Mam czas i potrafię ich oszukać. Najtrudniejsze będzie dla mnie pozostać przy życiu. Ale muszę to zrobić. Wychować Gaspara i znaleźć sposób, żeby ocalić go przed Bractwem. Odprawię Ceremonię, jak zwykle. Jestem jak otwarte drzwi, których nie można zamknąć, ale muszę chronić Gaspara. Już odebrali mi Rosario, z wielu powodów, ale przede wszystkim, żeby mnie osłabić. Odbierzemy ci towarzyszkę, żeby nie pomogła ci nas porzucić, żeby nie pomogła ci odejść i nas zdradzić. Moje odejście nie jest możliwe.
Powiedziawszy to, Juan wypuścił ich z bezpiecznej przestrzeni, w której mogli rozmawiać niemal bez poruszania ustami, Tali poczuła wokół siebie coś na kształt niewielkiego wiru, podczas gdy słońce, jezioro, ludzie rozmazywali się w złotym blasku jak przydrożne miraże. Juan położył dłoń na jej czole, natychmiast zaczęła widzieć wyraźniej, a ból głowy, który miał być silny, zmienił się w zaledwie delikatne pulsowanie.
- Dość! - krzyknęła i gwałtownie odsunęła dłoń Juana. Ludzie wokół spojrzeli na nich, a ona uśmiechnęła się, udając, że to zabawa. Juan zbladł. Więc to była prawda. Parę lat temu, doskonale to pamiętała, potajemna rozmowa z kimś nie kosztowała go tyle wysiłku. Teraz używał resztek sił, żeby ona poczuła się lepiej, nie mogła mu na to pozwolić. Żałowała, że nigdy nie nauczyła się tego porządnie, musiał robić to sam. Objęła go, żeby nie stracił równowagi. Nie chciała, żeby Gaspar zobaczył, jak się dotykają, ale teraz nie miała innego wyjścia.
- Spokojnie, czego potrzebujesz? Powiedz mi, co mam zrobić.
- Połóż mnie - powiedział Juan bardzo cicho.
Tali posłuchała go, podłożyła mu torbę pod głowę, jak poduszkę. On dotknął dwoma palcami szyi i zaczął się delikatnie masować. Już nie był wilgotny od wody z jeziora: był zlany potem i oddychał jak po długim biegu. Tali spojrzała na Gaspara, budował coś z brudnego piasku, jakąś konstrukcję pozbawioną konkretnego kształtu. Inne dzieci dekorowały ją gałązkami i piórami. Otarła ręcznikiem pot z Juana, przynajmniej z twarzy i piersi.
- Jeśli możesz, otwórz oczy.
Juan spojrzał na nią i ułożył wygodniej głowę na torbie. Miał rozszerzone źrenice.
- Zawołaj Gaspara.
- Wystraszy się, jak zobaczy cię w takim stanie.
- Zawołaj go.
Gaspar przybiegł cały upaprany w mokrym piasku, uklęknął przy ojcu i zapytał, czego chce. Nic, odparł Juan, przytul się do mnie. Ale wariat z ciebie, powiedział Gaspar, objął go za szyję i opierał się przez chwilę na ramieniu ojca, opowiadając o pałacu, który budują nad brzegiem, potem poczytamy bajki o zamkach? Przed spaniem, powiedział Juan. Teraz wracam do dzieci. Nie umieją budować zamków. No tak. Chcę kubek seven-upa. Weź całą butelkę, podziel się z kolegami. Mają na imię Sebastián i Gonzalo. Dobrze, zabierz plastikowe kubeczki, żebyście nie pili wszyscy z butelki, bo to obrzydliwe.
Gaspar wrócił do zabawy, a chłopcy powitali go okrzykami radości.
Zostali aż do popołudnia. Juan prawie nie wstawał z zaimprowizowanego posłania, które zrobiła dla niego Tali, dopóki Gaspar nie powiedział, że chce się jeszcze raz wykąpać, zanim zrobi się ciemno, i Juan z nim poszedł. Kazał mu pływać z głową nad wodą, potem zanurkować. Wciąż pływał najprostszym kraulem, ale utrzymywał się na powierzchni, nie można było go puszczać, ale dawał radę.
- Jak szybko się uczy - pogratulowała im, kiedy wrócili na plażę, matka dwóch chłopców, z którymi budowali zamki z piasku.
Juan powiedział, że owszem, jest zadowolony. Kobieta, która była młoda, została na brzegu i piła z Tali mate, kiedy on pływał z Gasparem; teraz poczęstowała ich serowymi bułeczkami chipá i drożdżówkami. O, bardzo lubisz te bułeczki, powiedział Juan, podając jedną Gasparowi, który jak tylko ją ugryzł, uśmiechnął się; jadł podobne wiele razy w poprzednich latach w Puerto Reyes. Juan też zjadł i zanim włożył spodnie, poszukał w kieszeni leków. Zażył je bez wstydu przed kobietą, ona instynktownie zaproponowała mu kubek wody sodowej, żeby łatwiej przełknął.
- Och, podziwiam pana, że połyka je pan wszystkie na raz, mnie, kiedy tabletka jest za duża, nie przechodzi przez gardło, chyba mam jakiś defekt.
Juan uśmiechnął się.
- Jestem bardzo przyzwyczajony.
- Mówiłam żonie, że urządzamy tu później śpiewanie, niedaleko kąpieliska nad rzeką. Przyjdzie więcej osób, z gitarami.
- Policja nie przeszkadza tu za bardzo ludziom, którzy się gromadzą - wyjaśniła Tali, kiedy Juan spojrzał na nią zdziwiony.
- I wojsko też nie - potwierdziła kobieta. - Kilka lat temu od razu rozganiali. Ale teraz pozwalają. Odpuszczają. Jesteście zaproszeni. Z synkiem, to rodzinna impreza.
- Chcesz iść? - zapytał Gaspara Juan. - Będzie muzyka.
- A ty chcesz?
- To ja ciebie pytałem.
- Tak.
- Powinieneś odpocząć - powiedziała cicho Tali, ale Juan podszedł do niej, pogłaskał ją po ręce i powiedział: nie martw się, wiem, co robię.
- Będą też empanadas - dodała kobieta, żeby przekonać Tali.
- Widzisz? Nie będziesz musiała gotować.
- Nie zachowuj się jak pajac, Juancito, bardzo cię proszę.
Nie zostali długo. Tali uważała, że empanadas były za tłuste, ale Gasparowi smakowały: czy to nie dziwne, że chłopcu wszystko smakuje?, zapytała Juana, a on odpowiedział, że szczerze mówiąc, nie zna innych dzieci, ale jego syn zawsze taki był, nakarmić go to najprostsza rzecz na świecie, a w dodatku lubił poznawać nowe smaki. Ludzie raczej nie ruszyli do tańca, prócz kilku par gibających się leniwie do Puente Pexoa i Kilómetro 11. Noc zapadła duszna, za rzeką i drzewami niebo było jasne, znak, że się chmurzyło, a wilgotny wiatr zapowiadający burzę nie przynosił ulgi. Matka chłopców, z którymi Gaspar budował zamek, odnalazła ich i poczęstowała plackiem sopa paraguaya, pokrojonym starannie na kawałki. Dym znad rusztu pachniał mięsem i Tali poprosiła Juana o drobne, żeby kupić sobie hot doga. Stojąc w kolejce, przysłuchiwała się rozmowom pijanych już mężczyzn - niektórzy patrzyli na nią czerwonymi oczami; kiedyś poszłaby pewnie po Juana, teraz jednak za wszelką cenę chciała uniknąć bójki. Pili wino, które sprzedawano litrami w puszkach po oleju samochodowym, z wygładzonymi krawędziami, żeby nikt się nie skaleczył. Chcąc ich zignorować, skupiła się na muzyce i zauważyła, że wcale nie grali chamamé. Odwróciła się i w wątłym świetle lampek i lampy gazowej ujrzała dziewczynę o długich, związanych włosach, która śpiewała piękną zambę, boję się, że noc i mnie zostawi bez duszy, poczciwa staruszka tęsknota jest moją jedyną towarzyszką. Kiedy wróciła do Juana, siedzącego na pniu i palącego, powiedział jej: gdyby śpiewała to gdzie indziej, aresztowaliby ją, aresztowaliby nas wszystkich, macie tu szczęście. Bardzo ładna dziewczyna, znasz ją? Tali rąbnęła go w głowę i jasne włosy opadły mu na twarz; nagle Juan wydał się jej nastolatkiem. Nie, nie znam jej. I nie zostaniemy tu dłużej, żebyś ty ją poznał. Wybacz mi, kochana, ale wolę zambę od chamamé. I w każdej szklaneczce wina drży Gwiazda Poranna, śpiewała dziewczyna. A potem przywitała się, przedstawiła i powiedziała, że zaśpiewa bardzo smutną piosenkę wykonawcy, który jest chory; nie wymieniła go z nazwiska i Juan pomyślał, że musi być zakazany. Nie wiem, po co wróciłeś, już o tobie zapomniałam. Chyba o tym wiesz, że kiedy odszedłeś, płakałam, brzmiały słowa, teraz żałuję, że z tej miłości nic nie zostało. Juan przyznał, że nie zna się na muzyce, Rosario słuchała jej częściej, ale był to utwór Daniela Toro, rzeczywiście zakazanego, mimo że jego piosenki opowiadały o miłości. Rosario uważała, że zakazywanie ich to głupota, gdyż wszystkie to tylko czułostkowe bzdury, nie miały w sobie nic politycznego.
Czułostkowe bzdury, pomyślała Tali. Ona prawie się przez nie rozpłakała. Rosario, zawsze byłaś suką, chamiga, pomyślała, bardzo za tobą tęsknię, siostrzyczko.
- Wcale nie jestem pewna, że sytuacja się uspokoiła. Za każdym razem, gdy wróżę z kart, widzę tylko śmierć, coraz więcej śmierci. Wiesz, co widzę? Wojnę. Nie tutaj, na morzu, w zimnie. Nie mam odwagi im o tym mówić, bo więcej do mnie nie przyjdą.
- Jestem pewien, że masz rację - odparł Juan.
Gaspar ziewnął. Chcesz iść spać, synku? Najadłeś się? Tak, ta zupa bez wody była pyszna. Dziewczyna z gitarą oznajmiła, że to już ostatnia piosenka, a kiedy Tali uruchomiła samochód, usłyszeli Dziękuję ci, życie.
- Ma babka odwagę - przyznał Juan. - I chodź, jedziemy, Rosario słuchała tego całymi dniami z Betty, nie chcę, żeby Gaspar sobie przypomniał.
Chłopiec spał już na tylnym siedzeniu. Droga do domu Tali tonęła w ciemnościach, była to droga z ubitej ziemi, więc musiała przyspieszać, wiele razy niemal utknęli w błocie. Burza jednak wciąż nie nadchodziła; dalekie grzmoty, błyskawice i ta wilgotna nieuchronność. Jako dziecko bała się burz, ale teraz, po tylu latach, nie przejmowała się nimi, chyba że woda w rzece przybierała. Powodzie nie docierały do jej domu, zbudowanego na wzgórzu, ale prawie nikt w okolicy nie miał tego szczęścia.
- Połóż go w moim łóżku - powiedziała Tali i zgasiła światło. - Ja dziś prześpię się na materacu. Twój syn potrzebuje cię obok.
Juan nie protestował. W domu było chłodno. Tali czekała na niego w fotelu w salonie. Żadnemu z nich nie chciało się spać.
- Chcesz poprosić Świętego o zdrowie?
- Tali, to na nic.
- Zrobiłeś się okropnie sceptyczny, co z tobą? Pozwól mi pomóc ci, jak mogę.
Juan na chwilę zapatrzył się w sufit. Na zewnątrz w końcu zaczęło padać.
- Większość pacjentów, którzy urodzili się z takim problemem jak ja, w tamtym okresie, kiedy operacje były wciąż eksperymentem, czuje się źle. Mam na myśli tych, co jeszcze żyją. Mnie się udało, ale nigdy nie wyzdrowiałem i ciągle mam sporo problemów. Można powiedzieć, że jestem szczęściarzem.
- Więc chcesz po prostu umrzeć i już?
- Próbowałem i próbuję wielu sposobów leczenia, i nie mówię tylko o medycynie, i pewnie mi pomogły. Rozmawialiśmy o tym wiele razy. Nie chcę umierać, Tali. Boję się. Takich jak ja nie zabiera śmierć. Zabiera ich Ciemność.
- Tego nie wiesz.
- Owszem, wiem. Czasem postanawiam sobie w to nie wierzyć. Ale kiedy wierzę, zrobiłbym wszystko, aby tego uniknąć.
Juan wstał.
- Chodźmy do Świętego. Chcę, żebyś włożyła mi go pod skórę. Możesz? Czy on może mi pomóc przeżyć? Dać mi więcej czasu?
Tali podeszła do Juana, pogłaskała go po podpuchniętych oczach, po nieogolonym zaroście. Potem za rękę wyprowadziła go z domu.
Świątynia była skromna, Pan Śmierci nie. Tali wybrała duży posąg ze srebra, wysokości prawie metra. Święty miał czarną tunikę. Tali podeszła do szkieletu i napełniła małą szklaneczkę whisky, by złożyć mu ją w darze. Potem zapaliła trzy czerwone świeczki. Było ich w świątyni o wiele więcej i jako strażniczka musiała zapalić je wszystkie.
- Nie ruszaj się - powiedziała do Juana. - Zostań na miejscu.
Zapaliła wszystkie świece, niektóre czerwone, inne czarne, i postawiła przed Świętym czerwone goździki, wciąż świeże, w wazonie z białego szkła. Zgasiła światło. W niewielkim sanktuarium pełnym świec srebrna figura Świętego drżała, drżały jego czarny płaszcz i stercząca kosa. W przeciwieństwie do innych przedstawień, w których występował w koronie, tutejszy San La Muerte miał łysą czaszkę, pozbawioną ozdób. Był też bez kaptura. Błyszczące kamienie, widoczne tylko wtedy, gdy płonęły świece, oświetlały od środka oczodoły czaszki. Tej nocy jaśniały jak ogniska. Tali nigdy nie widziała ani nie czuła, by błyszczały w ten sposób.
- Uklęknij, Juanie.
Usłuchał jej, a Tali była mu za to bardzo wdzięczna. Juan nie lubił obrzędów. Ale ona tak, podobnie jak jej siostra, poza tym wierzyła w swojego Świętego. Powiedziała jasnym i czystym głosem:
Potężny San La Muerte,
Skuteczny obrońco i orędowniku tych,
Którzy cię przyzywają,
Błagam cię o wstawiennictwo, by ten chory
Szybko odzyskał zdrowie.
Potężny San La Muerte,
Póki nie nadejdzie ostatnia chwila,
Pozwól mu żyć pełnią życia.
Żeby mógł spełnić powierzoną mu misję.
Niech tak się stanie.
Amen.
Światło sprawiało, że Święty się uśmiechał, a Tali odwzajemniła uśmiech, pokazała zęby w geście obopólnego zrozumienia. Potem zbliżyła się do niego, dotknęła stóp ze srebra - ciepłych po upalnym dniu - i otworzyła szkatułkę z palisandru, leżącą na ołtarzu, przy jego rzeźbie. Przejrzała talizmany. Jeden z nich został wyrzeźbiony w pocisku i pobłogosławiony dwa razy. Tali sama go zdobyła na cmentarzu Mercedes. Matka wskazała jej, gdzie powinna go szukać. Nie chciała tego dla Juana, wcześniej znajdował się pod skórą godnego pogardy człowieka. Wybrała swój ulubiony, miała zamiar zatrzymać go na zawsze, ale teraz postanowiła, że go odda. Był to talizman innego rodzaju. San La Muerte siedział na kamieniu, z łokciami na kolanach, dłońmi podpierał szczęki. Kochała to dziwne przedstawienie.
- Włożę ci w ciało Pana Cierpliwości, tego potrzebujesz najbardziej. Jest z kości chrześcijanina. Tylko wstań.
Wróciła do ołtarza z whisky i żyletką, którą zdezynfekowała alkoholem. Nacięcie na ramieniu powinno mieć niecałe trzy centymetry i Tali zrobiła to dokładnie, starała się nie nacinać zbyt głęboko. Juan miał delikatną skórę, więc łatwo jej poszło. Uniosła ją nieco - w przeciwieństwie do innych wiernych Juan ani się nie poruszył, ani nie westchnął, ani nie wydał z siebie żadnego dźwięku, przyzwyczajony do fizycznego cierpienia - i włożyła figurkę, którą wcześniej zanurzyła w szklance pełnej alkoholu, do rany. Napełniła sobie usta whisky, napluła na nacięcie i wymówiła jakieś słowa w guaraní. Miała też czyste bandaże i chociaż rana była niewielka i przy odrobinie szczęścia powinna się szybko zabliźnić, zrobiła mu opatrunek.
- Już, kochanie - powiedziała. - To najpotężniejszy payé, jaki mam, i mój ukochany. Widzisz światło? Nigdy nie pali się w ten sposób, zawsze jakaś świeca gaśnie. Tym razem nie zgasła żadna.
- Czy twój bóg pogniewa się, jeśli cię pocałuję?
- Nie - powiedziała Tali i pozwoliła się pocałować. - Powinieneś mu coś zostawić. W przeciwnym wypadku rzeczywiście może się zdenerwować.
Juan podszedł do ołtarza, uklęknął i złożył u jego stóp papierosa. Potem skłonił głowę. Zdjął bandaż z dłoni i pozwolił spłynąć kilku kroplom krwi do talerza z wodą stojącego przed posągiem. Tali zrozumiała wówczas doniosłość tego, co się stało. Krew takiego człowieka jak Juan była wielkim darem dla jej świątyni.
Zanim wyszli, Juan objął ją w pasie i szepnął na ucho:
- Czy twój Święty mógłby czegoś popilnować? Teraz, kiedy masz symbol ochronny na drzwiach, nikt tu nie wejdzie. Chciałbym to zostawić.
Juan wyjął z kieszeni srebrne puzderko, Tali widziała je wcześniej, myślała, że to pojemniczek na tabletki. Juan otworzył je. W środku był długi kosmyk kasztanowych włosów, zapleciony w warkoczyk i czule ułożony w spiralę. Kosmyk Rosario, poznała natychmiast. Tali zamknęła puzderko i położyła je za Świętym, pod jego czarną tuniką.
- Przyjedziesz po nie po Ceremonii.
Juan nie odpowiedział, a Tali ogarnęło przeczucie, że teraz ona będzie opiekunką tej relikwii, że przechowuje ją po coś innego, dla kogoś innego. Na zewnątrz już nie padało. Burza trwała krótko. Wyszli. W drodze powrotnej Tali powiedziała:
- Nie myślałam, że Święty będzie dla ciebie ważny.
- Dlaczego? Zawsze go szanowałem.
- Tak, ale nigdy go o nic nie prosiłeś.
- Teraz potrzebuję każdej pomocy.
Znów ciężko oddychał. Ona pierwsza weszła do domu i zajrzała do sypialni. Gaspar spał spokojnie, na boku. Wcześniej nie pomyślała o chłopcu, ale kiedy ostrożnie zamykała drzwi, wyobraziła sobie, jak budzi się sam w domu podczas burzy, i podziękowała w duchu, że tak mocno spał.
- Mam ochotę na whisky - powiedział Juan.
Tali przygotowała dwie szklaneczki z lodem.
- Przywiozłam niedawno z Paragwaju. Jest dość podła, ale jeśli masz zachciankę, to jednak whisky. Boli cię?
- Ramię? Nie.
- A czemu pytasz? Boli cię coś innego?
- Boli mnie palec. Boli mnie dłoń. Boli mnie ukąszenie jakiegoś owada na plecach.
- Powinieneś wziąć antybiotyk, wiesz o tym.
- Na pewno masz jakiś, żeby mi dać.
- Tak, bo ludzie, którzy to robią, nie potrafią o siebie zadbać i dostają infekcji, a ja nie chcę, żeby nikt mnie obwiniał.
- Teraz nic mi nie dawaj. Później.
- Oczywiście, że później - powiedziała Tali, zdjęła mokrą sukienkę i położyła się naga na podłodze. Juan położył się obok niej, a Tali czekała z zamkniętymi oczami, żeby jego oddech stał się spokojniejszy, nie tak ciężki.
Obudziła się rano sama, na materacu w salonie. Juan okrył ją cienkim prześcieradłem i podsunął jej wiatrak. Tali spojrzała na zegar ścienny. Szósta rano. Bardzo wcześnie, ale wiedziała, że nie zdoła już zasnąć. Poszła do sypialni, spojrzała na śpiących Juana i Gaspara. Mimo upału spali objęci, Gaspar oparty na piersi ojca, który obejmował syna ręką w pasie. Tali poszła na palcach po aparat Polaroid, który kupiła sobie w Asunción. Był bardzo głośny, ale miała nadzieję, że wiatrak, który też robił sporo hałasu, wyciszy dźwięk migawki. Nie obudzili się, kiedy robiła im zdjęcie, i wyszła z sypialni, żeby zobaczyć, jak obraz pojawia się powoli na papierze. Światło poranka sączące się przez zasłony dało na zdjęciu szczególny efekt: obaj wydawali się mniej bladzi, bardziej złoci. Juan nie lubił zdjęć, nie zamierzała więc pokazywać mu tego skradzionego wizerunku. Kiedy papier wysechł, położyła je na lodówce, żeby go nie znalazł.
Juan poczuł ból syna jak dzwonek budzika, objął Gaspara, zanim ten zdążył wybuchnąć nieutulonym płaczem, i głaskał go po włosach, póki się nie uspokoił. Zaprowadził go do łazienki, obmył mu twarz, a potem zostawił go, żeby umył zęby. Tali przyszykowała im śniadanie, na stole leżała wiadomość. Pojechała do miasteczka po zakupy.
Juan odpisał na odwrocie. Dziękuję za wszystko, wyjeżdżamy, zobaczymy się w PR. Podgrzał mleko Gasparowi, bo nie znosił pić zimnego. Chłopiec wdrapał się na wysoki stołek bez oparcia. Było mu niewygodnie, z trudem utrzymywał równowagę. Juan nic mu nie powiedział, nie poprosił, żeby przesiadł się na krzesło, tego ranka nie mógł mówić; pulsowało mu w głowie, śnił o wilgotnych korytarzach i śladach dłoni na ścianach, o czarnym świetle, które kąsało.
- Dokąd jedziemy?
- Wyjeżdżamy.
Gaspar odepchnął kubek i wypluł mleko na stół. Nienawidził kożuchów. Nie chcę więcej, jest ohydne, powiedział. Juan widział, jak w złości tężeją mu szczęki, jak zaciska zęby. Nie chcę wyjeżdżać, powiedział Gaspar i skrzyżował ramiona. Czemu nie?, pomyślał Juan. Czemu nie zostawić go tu z Tali, ona zajęłaby się jego synem. Mógłby go czasem odwiedzać. Albo i nie. Za kilka lat zmieniłby się w odległe wspomnienie, Tali mogłaby zostać jego matką, wychowywałby się pomiędzy szkieletami i tajemniczym kościołem; chłopiec znad rzeki, który mówiłby w guaraní, łowiłby sumy. Noce z pacú z rusztu i seks na piasku, pozdrawialiby go flisacy. Mógłby też porzucić go po drodze, w jakimś miejscu niedaleko rzeki. Albo przy wejściu do szpitala, komisariatu. W całym kraju pełno było zaginionych dzieci. Dzieci skradzionych, porzuconych. Dzieci odebranych porwanym. Ktoś by go przygarnął. Nielegalne adopcje były jak epidemia. Gaspar miał szczęście, przyjęliby go z otwartymi ramionami: był ładny, raczej zdrowy. Oczywiście to, co sobie wyobrażał, było niemożliwe. Znaleźliby go w kilka minut, nikt by go nie chronił. Tali była córką Adolfa i niezbyt ważną zbuntowaną wyznawczynią, należała jednak do Bractwa. Gaspar nigdy nie byłby u niej bezpieczny. Nie mieli drogi ucieczki. Mógł o niej fantazjować, i często to robił, ale nie chodziło tylko o to, że i tak by go złapali, lecz i o to, musiał przyznać, że sam nie chciał rezygnować ze swojej potęgi. Mimo całej nienawiści, pogardy, obrzydzenia, jakie budziło w nim Bractwo, to on miał moc, ale tylko ją. Łatwo się czegoś wyrzec, kiedy ma się wiele, pomyślał. On nigdy nie miał nic.
- Idź się ubrać.
Juan wstał i powiedział, posłuchaj mnie, idź natychmiast, ale kiedy chłopiec znów odmówił, pochlipując, ze skrzyżowanymi rękami, Juan uderzył go w policzek otwartą dłonią; od tego ciosu głowa Gaspara przekręciła się na bok, a on sam zachwiał się na stołku i w końcu stracił równowagę. Upadł ciężko na podłogę, stołek też się przewrócił, blisko niego, ale go nie dotknął. Juan podszedł, nie zważając na krzyki chłopca, posadził go jednym szarpnięciem i wtedy zobaczył czerwony policzek i spuchniętą wargę. Ukłucie wyrzutów sumienia zniknęło, kiedy Gaspar zaczął płakać. Zamknij się, powiedział i ciągnąc go za włosy do tyłu, zmusił, by spojrzał mu w oczy. Potrząsnął jego głową, gładkie włosy wplątywały mu się w palce, bo chłopiec był spocony. Nie bądź beksą, nic się nie stało. Gaspar próbował coś powiedzieć, stołek, policzek, a Juan znów zamierzył się na niego, zmuszając, by przestał płakać. Idź się ubierać, powtarzam ostatni raz. Gaspar posłuchał, pobiegł do sypialni i nie zamknął drzwi. Nie ubrał się od razu, najpierw musiał się wyładować, waląc rękami w poduszkę, krzyczał, nienawidzę cię, nienawidzę, ale to Juan mógł znieść.
Nie mógł natomiast znieść słońca tego poranka, zmęczenia, nieustannego bólu w piersi, nie wiedział już, czy jest on konsekwencją ostatniej operacji, zdenerwowania czy też jakiegoś mechanizmu w jego ciele, psującego się jak stary silnik, który nieuchronnie zapala z coraz większym trudem, aż w końcu milknie na zawsze.
Poszedł do sypialni. W ręku miał nożyczki i kopertę. Gaspar włożył bermudy i koszulkę. Siedział na łóżku, próbując zapiąć sandały na rzepy, ale nie wiedział, jak to zrobić.
- Pomogę ci - powiedział Juan, a chłopiec spojrzał na niego suchymi oczyma. Wyciągnął nogę. Miał opuchniętą wargę, ale nie krwawił. Franciszkańskie sandały były nowe i na początku Gaspar ich nienawidził, zawsze wybierał tenisówki. Może włożył je teraz, żeby zaproponować zawieszenie broni. Jest inteligentny, pomyślał Juan.
- Wcale cię nie nienawidzę - powiedział Gaspar. - Przepraszam, tatusiu, wybaczysz mi?
Juan nie odpowiedział. Przyniesionymi z kuchni nożyczkami obciął kosmyk włosów chłopcu, który popatrzył na niego pytająco. Juan nic nie wyjaśnił, obcinał kolejne, a potem wsunął włosy do koperty. Narysował dwa znaki; Tali będzie potrafiła je zinterpretować. Były potrzebne, by chronić Gaspara. Dotknął ramienia i przypomniał sobie, że powinien przemyć ranę po rytuale Tali, gdy włożyła mu pod skórę Święty Szkielet. Ten region i jego kości. Tyle kości. Jak kości z Innego Miejsca, o których Juan nie chciał teraz pamiętać. Rosario opowiadała mu, że Guaranie tradycyjnie składali szczątki swoich zmarłych w glinianych naczyniach i przechowywali je w pobliżu, czasem nawet w domach, bo sądzili, że mogą przywrócić umarłym życie. Trzymali ich nawet w tych na pozór niewinnie wyglądających koszykach z plecionej trzciny, które sprzedawali na straganach przy drodze: szczątki zostawiano w nich dopóty, dopóki się nie zepsuły i nie rozłożyły. Potem myto kości i rodzina trzymała je w drewnianym pojemniku. Pewnie w ich dawnych chatach musiało śmierdzieć. Rosario twierdziła, że w opowieściach księży ewangelizujących Guaranów mowa jest o świątyniach, w których modlono się do tych kości; szkielet wisiał w sieci rozpiętej między dwoma palami lub w hamaku ozdobionym piórami. Wewnątrz intensywnie pachniało, a ksiądz utrzymywał, że ten szkielet był mówiącym demonem.
- Nie zapomnij o plecaku - rzekł i wstał z łóżka. Poszedł do łazienki przemyć ranę alkoholem; wcale go nie zapiekło. Próbował nie patrzeć na siebie w lustrze. Potem zabrał swoją torbę z sypialni Tali. Na odchodnym położył na stole kopertę z kosmykami włosów Gaspara, żeby Tali ich użyła. Czekał na chłopca w słońcu, na patio domu.
- Czy w aucie będzie gorąco?
Juan rozejrzał się wokół. Zieleń była drapieżna, piękna, tyle odcieni, że nie sposób ich nazwać jednym słowem. Samochód stał zaparkowany pod wierzbą.
- Trochę, ale było w cieniu, nie będzie parzyło.
- Kiedy patrzę w słońce, boli mnie głowa. Na niebie pojawiają się te dziwne kwiaty.
- To nie patrz w słońce.
Juan również widział czarne kwiaty na niebie przed atakiem migreny. Byli w tym dziwnie i dokładnie tacy sami. Pytanie, w ilu jeszcze rzeczach byli podobni.
Uruchomił auto, z trudem manewrując po szutrowej nawierzchni, zanim nie dotarł do szosy. Na wyjeździe zobaczył policyjny patrol; zatrzymywał samochody i zaglądał do bagażników, długi sznur pojazdów czekał na swoją kolej. Przejechał obok, spoglądając ukradkiem, udając zaciekawienie, jeden z policjantów pokazał mu gestem, żeby jechał dalej; w ręku trzymał pistolet, jakby miał zaraz strzelać albo potrzebował go do obrony. Juan przyspieszył trochę, nie tak bardzo, by policjant myślał, że ucieka, ale na tyle, by pokazać, że zrozumiał polecenie. Zaniepokojony Gaspar patrzył na niego w lusterku z tylnego siedzenia.
- Przesiądź się do przodu - powiedział synowi.
Bractwo nigdy nie używało policjantów ani żołnierzy jako ofiar. Spójność ideologiczna szefów jest nieskazitelna, myślał Juan. Poświęcają tylko tych, którzy prześladowali ich przyjaciół, tak im pomagają. On współpracował, ale nie czuł się wspólnikiem. Czuł się niewinny. Sam był więźniem.
Pejzaż był teraz upstrzony różem hortensji, refleksy rzeki migały między spokojnymi gałęziami wierzb, a na poboczu zaczęły pojawiać się kobiety z długimi, gęstymi i kręconymi włosami, sprzedające koszyki z trzciny, starannie splecione z włókien roślinnych, bardzo jasnozielonych albo lekko brązowawych, prawie białych jak kość słoniowa. Siedziały w milczeniu, a ich dzieci biegały wokoło, niebezpiecznie blisko drogi. Kobiety i koszyki, wierzby, dzieci i krzyże. Gaspar zapytał o krzyże; widocznie ciemne, małe, niedożywione dzieci niespecjalnie go interesowały. To krzyże na cześć ludzi, którzy zginęli na drodze, w wypadkach. Są tu pochowani? Nie, stawia się je na pamiątkę, ale oni leżą na cmentarzach, jak wszyscy.
Wcale nie jak wszyscy, pomyślał Juan, ale było to już zbyt wiele informacji na ten dzień. Obok tabliczki z napisem "Bella Vista 80 km" stał wielki krzyż, biały, udekorowany różową krepiną, wieloma różańcami i wstążkami do pakowania prezentów. Nowy krzyż ze świeżą dekoracją, jeszcze niezniszczoną upałem ani deszczem. Niedawny zmarły. Ile czasu brakowało, by Gaspar jakiegoś zobaczył? On podróżował zamknięty: nie chciał oglądać potrąconej przez samochód osoby chwiejącej się na nogach, po tym jak zobaczył Rosario na metalowym łóżku w kostnicy; złamane kości udowe, które przecięły skórę nóg i wyłaniały się spod niej różowe od krwi, twarz zapadnięta tam, gdzie przejechało koło; wygląda jak rogalik, pomyślał, tak wyglądała z miejsca, w którym klęczał na podłodze, bo nie mógł utrzymać się na nogach, zniekształcone rysy, strzaskany nos, oczy w jakimś kawałku mózgu i czoło oraz podbródek wybrzuszone jak dwie doskonałe półkule. Przykrył ją po chwili, pogładziwszy po nietkniętych ramionach i wyciągniętych dłoniach. Lekarz, a może pielęgniarka, podał mu nylonową torebkę z pierścionkami Rosario i jej drogimi bransoletkami. Juan nie pamiętał, czy był to lekarz czy pielęgniarka, mężczyzna czy kobieta, ale pamiętał, że zapytał tę osobę, do kogo ma zadzwonić. Nie wiedział, od czego zacząć. Zakład pogrzebowy, pogrzeb, co robić. I ona albo on wytłumaczyli mu to jasno i spokojnie. Juan zapamiętał sobie wszystko, ale zanim zrobił cokolwiek, zanim zadzwonił do Adolfa i Mercedes, powiadomił ochroniarzy i adwokatów, złapał taksówkę przed szpitalem i podał adres szkoły Gaspara. Nie mógł załatwić wszystkich formalności sam. Rozumiał, że to nie syn powinien pomagać mu w organizowaniu pogrzebu. Rozumiał, że musi wziąć to na siebie, a potem tylko go pocieszać, wyjaśnić mu delikatnie, że jego mama nie żyje. A jednak nie obchodziło go wcale, co robią normalni ludzie. Ani Gaspar, ani Rosario, ani on nie byli normalni.
- Mama nie ma krzyża przy ulicy?
- Nie, w mieście nie ma takiego zwyczaju.
- Czemu?
- Zgodnie ze zwyczajem stawia się je przy drogach.
- A możemy jej postawić?
Gaspar zamilkł, ręce opierał o schowek. Na zewnątrz niskie drzewa zdawały się rozczochrane, chaotyczne i bez wątpienia brzydkie. Juan bał się wyprzedzić ciężarówkę, za którą się wlókł, śmierdzącą nawozem. W końcu skręciła w niewyasfaltowaną drogę pomiędzy drzewami, a szosa otworzyła się na żakarandy i koralodrzewy, wszystko stało się nagle fioletowe i czerwone, a Juan nabrał głęboko powietrza, żeby opanować palpitacje w piersi i pulsowanie w szyi.
- Podaj mi wodę, Gasparze.
Chłopak wręczył mu szklaną butelkę - po gaseosie Crush, którą Gaspar uwielbiał - teraz pełną zimnej wody. Przenośna styropianowa lodówka działała całkiem nieźle.
- A co to jest?
Juan spojrzał tam, gdzie pokazywał Gaspar, który wrócił na przednie siedzenie i też pił zimną wodę z butelki.
- To kapliczka.
Zwolnił trochę, żeby zobaczyć, jakiemu świętemu ją wystawiono; nie był to Gauchito, bo brakowało czerwonych kawałków materiału.
Poświęcono ją San Güesito.
Kto to?, kto to?, wypytywał Gaspar. Chłopiec w twoim wieku, mniej więcej. Zabili go pijacy. Czemu, był niedobry? To pijacy byli niedobrzy, nie on. Mieszkał na ulicy, był biedny. Tak naprawdę nie na ulicy, w selwie, niedaleko szosy.
Gaspar zamyślił się w skupieniu. Nie mogę powiedzieć mu prawdy, nie mogę powiedzieć, że zgwałcili Güesita, zanim go zabili. W ilu? Nie pamiętał. Niektórzy mówili o pięciu, inni o dziesięciu. Potem zbezcześcili zwłoki i użyli głowy do rytuałów. Tak go znaleziono, wykrwawionego, bez głowy, przy drodze, ponad dwadzieścia lat temu. Pochowano go na cmentarzu w Goya, a na jego nagrobku położono mnóstwo zabawek, jakimi nie dane było mu bawić się za życia.
- Nie chcę wysiadać.
Juan się z nim zgadzał. Też nie podobał mu się Güesito ani jego figurka, ciemna półnaga lalka z oczami pomalowanymi w stylu jakby egipskim, otoczonymi kreskami, i niewidzącymi. Zaintrygowało go, co też włożono mu do domku z cegieł, który go osłaniał, ale lepiej było kontynuować podróż.
Tabliczka pokazywała teraz 78 kilometrów. Mógł dojechać w godzinę do Bella Vista, miał czas, żeby po drodze porozmawiać z synem. W samochodzie było łatwiej, ruch zdawał się go hipnotyzować. Spędzą noc w dobrym hotelu, w Corrientes. Potrzebował tego, zanim spróbuje zrealizować swój plan. Musi również przywołać pewien rodzaj seksualnej energii, którą niełatwo będzie mu znaleźć w tych miejscowościach. Ten problem mógł jednak odłożyć na później.
- Gaspar, widziałeś jeszcze jakieś kobiety jak ta w hotelu?
- Kobiety nie.
Juan włożył ciemne okulary. Lubił to, że Gaspar rozumiał doskonale, o co go pyta. Spojrzał na chłopca, który zdjął koszulkę, bo było mu gorąco, i zauważył na jego ramieniu siniaka. Uderzenie o podłogę, kiedy wymierzył mu policzek i zrzucił ze stołka. Juan delikatnie przesunął palcem po ciemnej plamie.
- Ale?
- Nad jeziorem, kiedy jedliśmy tę zupę, co nie miała wody, i była muzyka, wyszedł z niego jakiś pan.
- A skąd wiedziałeś, że był jak ta pani w hotelu?
- Bo był goły i cały spuchnięty, nie mógł chodzić sobie tak po prostu. Wtedy zrobiłem tak, jak mnie nauczyłeś, i sobie poszedł.
- Poszedł od razu?
- Tak.
Niesamowite, pomyślał Juan.
- Przestraszyłeś się go?
Gaspar zawahał się chwilkę i przesunął ręką po skroni. Gest wyrażający zmartwienie. Innym było zaciskanie lewej dłoni w pięść. Wielokrotnie Juan zmuszał go, żeby wyprostował palce, Gaspar zaciskał je bardzo mocno, nerwowo. Umrze młodo, jeśli będzie się tak irytował, powiedział kiedyś Rosario, a ona krzyknęła wściekła, żeby nigdy nie mówił tak o Gasparze, jak może być taki okrutny, nasz syn nie umrze. To wszystko wydawało się teraz takie odległe, tamta dyskusja nad ranem, Rosario zabrała poduszkę i poszła spać do innego pokoju, trzaśnięcie drzwi i zapach drogich perfum w pościeli.
- Nie spodobał mi się - odparł Gaspar.
- Daj mi rękę i przysięgnę, żebyś był pewien, że nie kłamię.
Juan zwolnił. Droga była pusta, mógł więc kierować tylko jedną ręką i patrzeć w oczy synowi.
- Przysięgam. Nie mogą ci nic zrobić. To nie są panie ani panowie, to tylko echa. Kiedy krzyczysz w garażu w naszym domu, krzyk do ciebie wraca. Ale to już nie twój głos. Z nimi jest tak samo. Ta kobieta z hotelu i ten mężczyzna z jeziora kiedyś byli ludźmi, teraz już nie są. Nie mogą ci nic zrobić. Nie mogą cię skrzwdzić, bo nie mogą cię dotknąć. Mogą podejść blisko, ale nie dotkną cię, przysięgam.
- A dlaczego ich widzimy?
- Są ludzie, którzy potrafią ich zobaczyć. Są ludzie, którzy potrafią zobaczyć o wiele więcej niż ich.
- Ty widzisz inne rzeczy.
To nie było pytanie.
- Tak.
- Ja też?
- Nie wiem. Jeśli chcesz, zrobimy próbę. I jeśli chcesz, możemy zrobić tak, że będziesz widział takich, co są jak ta pani i ten pan, tylko wtedy, gdy będziesz miał na to ochotę.
- Kiedy będę miał ochotę?
- Tak.
- A czemu miałbym mieć ochotę?
Dobre pytanie. Juan się roześmiał.
- W takim razie nauczę cię, jak nie widzieć ich nigdy.
- Czy czarne kwiaty są jak ci ludzie, których nie ma? Bo widziałem je obok chmur, a teraz boli mnie głowa.
- Gdzie cię boli?
- Tu, za okiem.
Juan wyciągnął rękę w stronę tylnego siedzenia i poszukał torby. Musiał dać synowi aspirynę, zanim migrena się rozszaleje. Popij wodą, powiedział, a potem usiądź spokojnie i zamknij oczy. Gaspar odziedziczył te straszliwe bóle głowy po nim. Nie sposób było ich wyjaśnić szczęśliwcom, którzy nie przeżyli prawdziwej migreny, owych uderzeń młotkiem pod czaszką, oczu jak dwa kamienie inkrustowane w twarzy, światła jak nóż, każdego dźwięku wielokrotnie pomnożonego. I mdłości.
Ale to nie było dla niego najgorsze. Najgorsze, że nie umiał wyleczyć Gaspara z tego bólu. Potrafił go wyleczyć jedynie z bólu, który sam spowodował.
- Chce mi się wymiotować, tato - powiedział Gaspar piętnaście minut później, a Juan zatrzymał samochód na poboczu szosy i otworzył drzwi, żeby chłopiec mógł zwymiotować na asfalt i się nie pobrudzić. Położył mu dłoń na czole, drugą na włosach na karku i poczuł, jak ciało chłopca wysila się, kurczy i poci z bólu. Będzie musiał się zatrzymać w jakimś chłodnym i ciemnym miejscu, żeby syn mógł się przespać; w przeciwnym wypadku w południowym słońcu migrena będzie nie do zniesienia. Musi wracać do domu Tali. Wyjął z lodówki trochę lodu i przesunął kostki po czole Gaspara, który przyciskał dłonie do skroni, jak dorosły.
- Nie płacz, bo będzie jeszcze gorzej - powiedział.
Chłopiec znów zwymiotował. Nie miał już nic w żołądku i aż dygotał z wysiłku. Juan był tak skupiony na podtrzymywaniu mu głowy, że nie zauważył samochodu, który zatrzymał się obok. Usłyszał głos, zanim zwrócił uwagę na obecność auta, i zirytował się sam na siebie, tracił refleks czy co?
- Dzień dobry, wszystko w porządku?
Juan odwrócił się. Obok stał peugeot, a mówił do niego kierowca samochodu; pochodził niewątpliwie z Buenos Aires, był młody i niegroźny. Juan był teraz uważny, studiował nieznajomego w pełnym skupieniu. Można mu zaufać, zrozumiał to z całą pewnością. Kolejny niewinny.
- Mój syn źle się poczuł.
- Potrzebujecie pomocy? Dwieście metrów dalej jest stołówka i sklep spożywczy, zatrzymałem się u rodziny, która je prowadzi, mają telefon.
Dwieście metrów? W szczerym polu? Juan poczuł delikatne ukłucie podejrzliwości i w tej samej chwili zrozumiał, że młodzieniec z auta też ma obawy. Tu, na północy, dyktatura była mniej opresyjna, ale każdemu rozsądnemu człowiekowi w obliczu niecodziennej sytuacji włączał się alarm. Ale, myślał Juan, to wcale nie była niecodzienna sytuacja, dziecko, które źle się poczuło po drodze, w lecie. To normalne. Mógł przyjąć pomoc, a nieznajomy, proponując mu ją, zachował się naturalnie. Nie wyczuwał niebezpieczeństwa.
- Prowadzą ten interes z dala od szosy, chyba nie idzie im najlepiej.
- Tutejsi wiedzą, gdzie jest, widzisz drogę?
Zwracał się do niego na ty, kolejny dobry znak. Juan zobaczył ubitą drogę, stała przy niej nawet drewniana tabliczka z napisem "U Karlenów".
- Posłuchaj, mój syn miewa migreny. Potrzebuje ciemnego i chłodnego miejsca, żeby odpocząć, a nie knajpy i hałasujących pracowników. Zamierzałem poszukać hotelu.
Nieznajomy pokiwał głową.
- Ta rodzina mieszka obok, na pewno mogą go położyć w jakimś pokoju. To tylko dwieście metrów.
Juan spojrzał w oczy nieznajomemu. Miał kręcone włosy i nosił okulary, chociaż teraz nie, ale widać było ślady u nasady nosa. Samochód był dość brudny, facet najwyraźniej podróżował. Miał na sobie czystą beżową koszulę. Jeśli zechce, może go wykorzystać.
- Pojadę za tobą - powiedział Juan.
Stołówka "U Karlenów" wkrótce ukazała się ich oczom. Był to skromny budynek, w połowie z cegieł, w połowie drewniany, z dużym parkingiem, dziedzińcem i domem na tyłach pomalowanym na biało. Miał też taras z długim stołem, pusty mimo pory obiadowej. Dwóch opartych o barierkę mężczyzn piło coś, być może bimber z trzciny cukrowej. Nieznajomy wysiadł pierwszy i powiedział coś kobiecie, która stała przy wejściu, kobiecie w sukience w kwiatki sięgającej do kostek i w fartuchu, z siwymi, upiętymi włosami. Kiedy tylko go wysłuchała, podbiegła do samochodu Juana, który otworzył drzwi od strony kierowcy, przykładając lód do czoła Gaspara; chłopiec nie ruszał głową, wiedział już, że to tylko nasila ból.
Kobieta przedstawiła się jako Zulema, pani Karlen, współwłaścicielka sklepu i stołówki, i powiedziała, że jeśli chce położyć Gaspara w łóżku jej syna, z przyjemnością mu je zaoferuje. Może ktoś rzucił na niego urok, zasugerowała, kiedy Juan się przedstawił i powiedział, że jego syn ma na imię Gaspar. Niewykluczone, odparł, że ktoś go zauroczył, ale nie znam zbyt wiele osób potrafiących skutecznie uleczyć takie złe spojrzenie. Ma pan rację, przyznała pani Karlen, jak to mówią, jest wielu szarlatanów. Chodźcie tędy. Moja matka miewała takie bóle, ale nigdy nie widziałam ich u dziecka. Może ma udar słoneczny? Może, powiedział Juan. Ton kobiety był z lekka krytyczny, facet, który nie umie zaopiekować się dzieckiem, myślała, ale Juan się nie zdenerwował; może nawet miała trochę racji. Nie kupił Gasparowi czapki od słońca, na przykład. Nie zmuszał go do zapinania pasów bezpieczeństwa, a kiedy chłopiec go denerwował, był zdolny brutalnie go pobić, nawet bardziej niż tego ranka. Poszedł za kobietą, niosąc Gaspara na rękach.
- Mój mąż i syn są na wyspie - powiedziała, jakby Juan mógł zrozumieć, o czym mówi. Dom na tyłach miał cementową podłogę, nastoletnia dziewczynka zamiatała patio miotłą z gałęzi palmy. Budynek, w którym pokoje były oddzielone zasłonami z pociętych plastikowych pasków, okazał się zaskakująco chłodny. Na stole Juan zobaczył otwartą butelkę wina, dekorację z plastikowych kwiatów i obrazki Matki Boskiej z Itatí na ścianach, czule oprawione w ramki. Lodówka hałasowała.
- Tutaj - powiedziała pani Karlen i zaciągnęła plastikową zasłonę niewielkiej sypialni z pojedynczym łóżkiem i oknem z zamkniętymi drewnianymi żaluzjami.
Juan zamrugał kilka razy, żeby przyzwyczaić się do mroku, i delikatnie ułożył Gaspara na łóżku. Kobieta zniknęła w kuchni i wróciła po chwili z aluminiowym garnkiem pełnym wody i lodu oraz chustką, którą miał zwilżać czoło syna. Juan podziękował jej, a ona zapytała, czy chce ziemniaki. Tak, ale ja je pokroję, pani musi obsługiwać klientów. To tylko chwilka, powiedziała kobieta. Nie wiem, jak się odwdzięczę, powiedział Juan, lecz pani Karlen kompletnie go zignorowała.
Odsunął poduszkę, żeby jej nie zamoczyć, i poprosił Gaspara, by położył się na boku. Z doświadczenia wiedział, że to najlepsza pozycja, poza tym zapobiegała zakrztuszeniu się wymiocinami, jeśli wrócą mdłości. Zanurzył chusteczkę w garnku z wodą i lodem i umieścił ją Gasparowi na głowie, jak czapkę. Pani Karlen przyniosła bardzo cienkie plasterki ziemniaków i podała je Juanowi, a on położył je na czole Gaspara. Kiedy chłopiec puścił jego rękę, gdy zasnął z otwartymi ustami i oczyma przykrytymi lodowatą chustką, pomyślał, że wyjdzie stamtąd, wsiądzie do samochodu i zostawi go na odludziu. Tak byłoby najlepiej dla ciebie, synu. Wyobraził go sobie dużego, jak obsługuje klientów za ladą, a może nawet spławiającego drewno tratwą. Jeśli go porzuci, wyrośnie na mężczyznę zaciętego i milczącego, znał wielu takich. Wyszedł z pokoju. Na zewnątrz dziewczynka, która wcześniej zamiatała, zapytała, czy malec czuje się lepiej, a on odparł, że śpi, że kiedy się obudzi, na pewno mu przejdzie. Całe szczęście, że tato i mój brat są na wyspie, dzięki temu mamy wolny pokój, gdyby nie to, mogłabym użyczyć swojej sypialni, ale jego jest lepsza. Gdzie oni są?, chciał wiedzieć Juan. Są na wyspie, tną drewno. Macie tartak? Robimy tylko skrzynki na owoce, nic poza tym. Na cytryny i pomarańcze. Niech się pan pójdzie czegoś napić, zaproponowała. Jeśli mały się obudzi, zawołam pana, ja zwykle śpię ze dwie godziny po południu, ale mam bardzo lekki sen.
Uprzejmość nieznajomych, pomyślał Juan. Czyż nie spotkał zbyt wielu dobrych i bezinteresownych ludzi? Czy to nie był znak, czy nie zastawiono na niego pułapki? Może wszystko było ukartowane? Idąc do stołówki, zamknął oczy, żeby lepiej się skoncentrować. Nie wyczuł żadnego zagrożenia. Cykady trajkotały, ptaki umilkły, na polach pulsowała dawna przemoc, wyczuł też nowszą, ale żadna nie była skierowana przeciw niemu ani jego synowi. Poczuł też, jak nagły powiew wiatru, pożądanie nieznajomego z peugeota, który przedstawił się jako Andrés.
Teraz przy stole na tarasie jadło dwóch mężczyzn: jeden z nich kończył talerz makaronu, drugi w roztargnieniu gryzł kanapkę. Ci, którzy pili alkohol oparci o barierkę, wciąż tam stali i rozmawiali o manguruyú. Juan spróbował sobie przypomnieć, co oznacza to słowo: chyba rybę, tak sądził. Jeden z nich mówił: "Jestem brzydszy niż śniadanie z makreli i gotowanej mate" i Juan się uśmiechnął - mężczyzna naprawdę był brzydki, miał na twarzy ślady po jakiejś chorobie wieku dziecięcego i był gruby, niziutki, przypominał mu stereotypowe obrazki gnoma straszącego ludzi podczas sjesty.
Andrés, nieznajomy z peugeota, wyszedł z knajpy z panią Karlen i zapytawszy najpierw o Gaspara, zaproponował coś do picia, jakby sam był kelnerem. Oczywiście nim nie był, na co wskazywał jego sposób bycia i akcent z północnych dzielnic Buenos Aires, i jakość jego ubrań.
- Gaseosę. Bardzo zimną, jeśli mają.
- Mają, nawet nie wiesz, jak niską temperaturę nastawiają tutaj w lodówkach.
Juan uniósł brew. Owszem, wiedział.
- Pracujesz tu?
- Zatrzymałem się na kilka dni, ale nie chcą wziąć ode mnie pieniędzy, dlatego przed wyjazdem postanowiłem im pomóc.
Andrés z trudem otworzył gaseosę Crush. Był zdenerwowany. Nie usiadł przy stole, dopóki dwóch kierowców ciężarówki nie skończyło jeść i dwóch facetów stojących przy barierce, już całkiem pijanych, nie odeszło uciąć sobie drzemki pod wierzbą; Juan dopiero wtedy zorientował się, że są bardzo blisko jeziora.
- Nie chcesz czegoś zjeść?
- Może później - powiedział Juan i zapatrzył się w pustą butelkę po crushu, który wypił trzema łykami.
Andrés poprawił sobie kręcone włosy, całkiem długie, i wyjaśnił, w jaki sposób tu się znalazł. Powiedział, że jest fotografem, że robi projekt o regionie Międzyrzecza. Tak to określił, "projekt". Fotografował przede wszystkim ludzi. Karlenowie pozwolili mu poznać swoją intymność, zrobił im zdjęcia nie tylko w stołówce i w domu, ale także podczas cięcia drewna na wyspie na Paranie, gdzie w nocy krzyczały i biły się małpy carayá. Opowiedział o przeprawie przez rzekę, w tamtą stronę motorówką, w powrotną tratwą. Teraz mężczyźni znów byli na wyspie. Opowiedział też o imprezie, na której robił zdjęcia zaledwie przedwczoraj w nocy; dzieci Karlenów zawiozły go traktorem, bo deszcz sprawił, że na drogach ziemnych zrobiło się mnóstwo błota. Juan słuchał go z uwagą. Czemu Corrientes, czemu te okolice?, zapytał. Bo nie znam Argentyny, odparł Andrés. Mieszkałem wiele lat we Włoszech.
- A czemu wróciłeś? Nie boisz się żołdaków?
Andrés aż podskoczył na krześle.
- Nie popadaj w paranoję - powiedział Juan.
- Dokąd jedziecie?
Juan wiedział, że jest mu winien wyjaśnienie, poza tym tylko w ten sposób mógł zdobyć jego zaufanie. Fotograf był miły, chociaż pewnie uprzejmość nie była bezinteresowna. Juan nie zauważył tego od razu, ale wiedział, jakie wrażenie robi na mężczyznach i kobietach. Nauczył się dostrzegać pożądanie innych i wykorzystywać je, skoro sam nie mógł się nim cieszyć.
- Jedziemy odwiedzić moich teściów, w Posadas.
Nie miał zamiaru mówić mu prawdy, ale jakąś równoległą, wiarygodną, podobną i zawoalowaną jej wersję.
- Są bogaci. Mogłem lecieć samolotem, ale postanowiłem odbyć podróż samochodem. Też tak dobrze nie znam kraju.
Nie było sensu kłamać, bo Gaspar, kiedy się obudzi, na pewno i tak wszystko wypapla, po atakach migreny zawsze robił się gadatliwy, więc powiedział mu, że jest wdowcem i to pierwsza jego podróż z synem.
Pani Karlen, słysząc rozmowę, przyniosła Juanowi talerz z panierowanym sznyclem cielęcym i purée i powiedziała, że powinien coś zjeść. Potem oświadczyła, że też idzie się zdrzemnąć.
- Jeśli mały się obudzi, zaraz pana zawiadomię. Kiedykolwiek pan zechce go zobaczyć, proszę śmiało wejść do domu.
Andrés chciał wiedzieć, dlaczego teściowie Juana są bogaci, a on powiedział, że mają sporą firmę produkującą drewno. Potem zapytał, czy może skorzystać z leżaka, który stał przy wejściu, i Andrés odrzekł, że tak, i sam przyniósł sobie drugi. Przyniósł też dwa piwa. Juan wyjął z kieszeni pieniądze i poprosił, żeby dorzucił je potem do kasy Karlenów. Poprosił go też o drugą gaseosę, nie chcę pić alkoholu, skoro mam prowadzić, wyjaśnił. Myślałem, że zostaniecie dłużej. Nie, jutro muszę być w Posadas.
Fotograf wyglądał na rozczarowanego, potem powiedział mu, że ma już dość zdjęć ludzi. Że zaczął robić zdjęcia przydrożnym świętym. Duże wrażenie zrobił na nim ołtarz San Güesita; o wiele większe, gdy poznał jego historię, a kiedy spotkał Juana i Gaspara na szosie, wybierał się właśnie fotografować inne jego ołtarze.
- Nie chcę ci przeszkadzać - powiedział Juan. - Wciąż masz jeszcze dobre światło, jedź.
- Wolę zostać z tobą - odparł odważnie Andrés i upił łyk piwa. - Teraz ty interesujesz mnie bardziej niż cokolwiek.
Juan uśmiechnął się lekko. Następny krok należał do niego.
- Co za brawura. Nie wiem, czy odważyłbym się tu na podryw, wśród tych podpitych zabijaków.
- E tam. Nie masz pojęcia, jak tu się pieprzy. Na imprezie, tamtej nocy, pieprzyłem się więcej niż przez cały czas, kiedy mieszkałem we Włoszech. Są strasznie napaleni.
Juan roześmiał się.
- Znasz Kaplicę Diabła? Musisz ją sfotografować.
- Coś słyszałem. Ludzie się jej boją.
- Odprawiają tam msze. Chociaż nie jest konsekrowana. Tak mówią. Zamiast wina używają wody po kąpieli nieochrzczonego niemowlęcia. Można by pomyśleć, że odpowiedniejszy byłby kielich krwi, prawda? Ale oni wolą brudną wodę.
- A po co odprawiają te msze? - dopytywał fotograf.
- Po to, po co zwykle robi się takie rzeczy. Żeby wyrządzić komuś krzywdę. Fotografujesz też w nocy? Jeśli tak, możesz pojechać zobaczyć, co się tam dzieje. Jeśli coś będzie się działo, to na pewno w piątki.
- Ty w to wierzysz?
- Nie - skłamał znów Juan. - Moja żona owszem, wierzyła. Jeśli jesteś tu od dawna, nie muszę ci tłumaczyć, że wszyscy są tu trochę czarownikami. Zobaczę, co z moim synem.
W domu panowała kompletna cisza, prócz łagodnego buczenia wiatraków. Poszedł prosto do pokoju, w którym spał Gaspar, i ostrożnie zdjął mu z czoła krążki ziemniaków, już ciepłe i suche; w garnku zostało jeszcze trochę lodu, więc zmoczył chustkę. Udało mu się to, nie budząc chłopca. Wyszedł, starając się nie robić hałasu. Kiedy wrócił do stołówki, fotograf wyjął z pomieszczenia wiatrak i przyniósł jeszcze jeden napój. Tym razem coca-colę. Jej też nie mógł pić. Zakrawało to na żart, próbował mu dogodzić i ciągle nie trafiał. Fotograf już zdjął koszulę. Był chudy, miał nieowłosioną pierś, co przy ramionach porośniętych ciemnymi gęstymi włosami wydawało się zaskakujące. Denerwował się. Juan nie zrobił nic, by go uspokoić. Usiadł blisko niego i poprosił, żeby opowiedział mu więcej o swoich zdjęciach. Andrés rozgadał się o wyspach na rzece i o tym, jak najadł się strachu, oglądając walki małp. Nie udało mu się żadnej sfotografować. Nie interesują mnie zdjęcia zwierząt, powiedział. Robiłbym je tylko dla pieniędzy. Gdyby zlecił mi to "National Geographic", oczywiście. Lubił ludzi i budynki. We Włoszech zmęczył się budynkami, bo wszystkie były ważne i majestatyczne, ale teraz w prostych i na pozór podobnych do siebie domach w Litoralu na powrót odnalazł zainteresowanie miejscami, które zasiedlali ludzie. Juan chciał mu powiedzieć, że powinien uważniej się rozejrzeć, że w tym regionie jest wiele niezwykłych pałacyków z białego kamienia w palmowych gajach, zajmujących całe hektary, wolał jednak zapytać, czy zna Wenecję, i wysłuchał tego, co fotograf miał mu do powiedzenia o kanałach i Pałacu Dożów. I stood in Venice / A palace and a prison on each hand, pomyślał Juan, który dobrze pamiętał te wersy. Zdjął koszulę, powoli, było bardzo gorąco. Czekał na reakcję fotografa: nie na wszystkich blizny po operacjach robiły wrażenie. Niektórym były mniej więcej obojętne, nie mieli wystarczająco dużo informacji, żeby zrozumieć ich znaczenie czy powagę.
Fotograf jednak zrozumiał. Mój Boże, mruknął, ale w jego głosie nie było żalu, raczej zaskoczenie.
- Co ci się stało? - zapytał.
- To blizny po operacjach. Nie strzelali do mnie ani nic. Nie jestem rannym rewolucjonistą.
Fotograf wymamrotał, że wcale tak nie pomyślał. A potem Juan opowiedział mu wszystko: że urodził się z bardzo poważną wadą serca. I że operowali go wiele razy, w dzieciństwie. Kolejny raz, kiedy był nastolatkiem, w Europie. Ostatni raz sześć miesięcy temu.
- Sześć miesięcy? I podróżujesz samotnie?
- Już mi lepiej - oświadczył Juan. Spojrzał fotografowi w oczy, a potem położył głowę na oparciu leżaka.
- Nie wydajesz się chory. Jesteś bardzo blady, ale masz też bardzo jasne włosy. I niesamowite ciało, nie wydajesz się, no nie wiem, osłabiony. Naprawdę źle się czujesz? Operacja sprzed pół roku na nic się nie zdała?
- Coś się poprawiło. Ale nigdy nie będę zupełnie zdrowy. Dlatego nie mogę wypić tej coli, zwłaszcza teraz kiedy mam prowadzić.
- A, z powodu kofeiny? Jesteś odważny, sam w podróży z dzieckiem. Ta blizna na żebrach to też z powodu serca?
Juan dotknął jej palcem: blizna biegła od żeber aż do pleców. Skręcił trochę tułów, żeby fotograf mógł zobaczyć ją w całości.
- Tak, to ta pierwsza.
- A na ramieniu?
- To po oparzeniu.
- Dużo przeszedłeś.
Spojrzeli na siebie w milczeniu.
- Dziękuję, że mi pokazałeś - powiedział fotograf.
- Chciałem, żebyś wiedział, bo może za chwilę umrę na tobie.
Fotograf się roześmiał.
- Jeśli chcesz, zawiozę cię samochodem do Bella Vista.
Juan wstał z leżaka i podszedł do Andrésa, który chwycił go za biodra, jakby się bał, że na niego upadnie.
- Nie chcę, żebyś nigdzie mnie zawoził.
Fotograf pogłaskał płaski brzuch Juana opuszkami palców. Miał czerwone uszy.
- Nie mogę uwierzyć, że chcesz ze mną być. Jesteś najpiękniejszym facetem, jakiego widziałem w życiu. Jesteś więcej niż piękny.
- Zamknij się - powiedział Juan. - Nie tutaj, chodź.
Weszli do stołówki. Juan stanął za kontuarem, z dala od maszyny do krojenia wędlin, i oparł się o lodówkę, która była stara i robiła hałas, i pomalowano ją na brązowo, jakby była z drewna. Tam, w środku, za plastikową zasłonką, fotograf zapytał, czy blizny bolą. Czasami, odparł Juan. Kości, przepona bolą mnie zawsze, gdy zbiera się na deszcz. Obiecaj, że nic ci się nie stanie, poprosił Andrés, rozpinając mu pasek. Juan pozwolił mu się pochylić i zdjąć spodnie. Fotograf jęczał i się pocił, a Juan pomyślał, że jeśli ich nakryją, wszystko może źle się skończyć; pijacy nie byliby mili dla dwóch przyłapanych pedałów. Juan złapał Andrésa mocno za włosy i powiedział: "Wolniej". Fotograf tylko pokiwał lekko głową, a kiedy zmienił rytm, Juan poczuł wilgotny pot na plecach i prawie się ześlizgnął po drzwiach lodówki, która mruczała w upale sjesty. Wtedy zamknął oczy i skupił się na znaku, i znalazł się daleko od upału i sjesty, dryfował między martwymi gwiazdami, szukając pośród kości pieczęci wezwania, pozwolenia, powitania.
Nie musiał mu nawet mówić, żeby przełknął do ostatniej kropli. Andrés smakował go z niepokojącą żarłocznością. Ze wszystkiego, czego ktoś mógłby użyć, żeby zrobić mu krzywdę, najbardziej niebezpieczne było nasienie i Juan nie chciał zostawić nigdzie ani śladu. Podszedł do drzwi, żeby pilnować, by nikt nie wszedł, podczas gdy Andrés masturbował się w kącie, nie mógł wiedzieć, co właściwie się dzieje. Podwójny strumień, tak nazywali to w Bractwie. On, podobnie jak wszyscy, zawsze miał kochanków obojga płci: magiczna androginia. Rytuały były oczywiście bardziej skomplikowane i nie miały wiele wspólnego z tym, co stało się między nim a fotografem, ale Juan zawsze balansował na granicy herezji i niebezpieczeństwa. Poza tym sprawiało mu to przyjemność. Pozwolił pocałować się w usta, włożył koszulę i usłyszał, jak fotograf idzie do łazienki, żeby się umyć. Łazienka była na zewnątrz, ale musiała mieć jakiś prymitywny kran, bo wrócił z mokrymi dłońmi i wytarł je w spodnie. Juan poczuł we własnych dłoniach moc przywołanej energii. Wystarczy mu do tego, co zaplanował, inwokacji, którą chciał odprawić.
- Zostań na noc - poprosił Andrés. - Osvaldo i syn nie wrócą do jutra.
Juan nie odpowiedział. Spojrzał na zegarek: dopiero druga po południu. Nie mówiąc ani słowa, poszedł do samochodu, wyjął z torby białe kartki, które miał do rysowania dla Gaspara. I leki. Syn się budził.
Kiedy wrócił, zobaczył, że Andrés przyniósł mu grejpfrutową fantę. Mam nadzieję, że możesz to pić, tylko mi nie mów, że nie. Juan powiedział, że może, i popił nią tabletki. Fotograf patrzył na niego wilgotnymi oczyma. Juan pomyślał, że zachował się jak egoista, powinien go przelecieć na kontuarze, aż ten zacznie krzyczeć, ale był zmęczony. Zostawił fantę w połowie i poszedł po Gaspara, który siedział na łóżku i rozglądał się wokół raczej z ciekawością niż przestrachem.
- Jak się czujesz?
- Jestem głodny.
- W takim razie już ci lepiej.
Wziął go na ręce i przeszedł powoli przez patio. Muszę mu kupić kapelusz od słońca, pomyślał. Potem poprosił uprzejmie Andrésa, żeby zrobił dla Gaspara kanapkę z kotletem. Kiedy chłopiec jadł, on zapalił papierosa. Zostawił pieniądze za kanapkę na kontuarze.
- Chcę wam zrobić zdjęcie.
- Nie. Nienawidzę zdjęć.
- Jestem dobrym fotografem, naprawdę. Będziesz sławny.
- Tym gorzej.
- Z tym ciałem i tą twarzą nie możesz nienawidzić zdjęć. Co ci szkodzi? Na pamiątkę.
Andrés ustawił ich pod białą ścianą stołówki. Gaspar zostawił kanapkę na stole, chociaż fotograf zapewniał, że może mieć ją w ręku. Wyjdzie brzydko, powiedział chłopiec, a fotograf się roześmiał. Juan skrzyżował ramiona, miał rozpiętą koszulę do połowy klatki piersiowej. Andrés podszedł, żeby ułożyć mu włosy. Gaspar wtulił się w nogę ojca. Zanim zrobił zdjęcie, fotograf spojrzał na nich: chłopiec o okrągłych niebieskich oczach i ciemnych włosach, mający po drzemce i migrenie sińce pod oczami, w niepogniecionej, czyściutkiej koszulce, i piękny mężczyzna, z dłońmi pod ciemną koszulą, spoglądający w obiektyw ze spokojnym wyrazem twarzy, który maskował niechęć. Podbródek podzielony na pół, z długim rowkiem; oczy przede wszystkim zielone, ale także żółte. Blizna błyszcząca lekko, jakby była pokryta warstwą wosku. Zrobił dwa czarno-białe zdjęcia i jedno kolorowe, ale kiedy próbował ich namówić, żeby stanęli w innej pozie, Juan oświadczył, że nie ma mowy. Prześlesz nam zdjęcia?, zapytał Gaspar, który miętosił kanapkę, bo już nie chciał więcej jeść.
- Znasz Posadas? - zapytał nagle Juan.
- Nie, ale zamierzam niedługo się wybrać.
- Zatrzymamy się tam na dwa tygodnie. Dom moich teściów bardzo łatwo znaleźć. Kiedy będziesz na miejscu, szukaj hotelu Savoy. To historyczny budynek, wszyscy go znają. Zajmuje pół kwartału. Drugie pół to dom mojego teścia.
Juan zobaczył w oczach fotografa nadzieję i kłamał dalej.
- Po prostu naciśnij domofon. Gaspar, skończ już tę wodę sodową. Jeśli nie chcesz jeść, zostaw kanapkę albo schowamy ją do lodówki. Boli cię głowa? Nie? To ruszamy.
Fotograf odprowadził ich do samochodu.
- Przyjadę do Posadas cię zobaczyć. Szaleję za tobą. Mówię poważnie, przyjadę.
- Spokojnie - rzekł Juan i wsiadł do auta. Zanim ruszył, powiedział fotografowi, pojedź koniecznie do Kaplicy Diabła, nie zapomnij, spodoba ci się. I proszę, daj to pani Karlen.
Wręczył mu kartkę. Była na niej krótka notka z podziękowaniami. Kiedy ruszył, fotograf biegł jeszcze chwilę za autem, krzycząc: nie znam twojego nazwiska. Juan, który jechał wolno, nacisnął hamulec. Dinesen, powiedział. Jak ta pisarka. Jaka pisarka?, zapytał fotograf, kładąc dłonie na szybie. Isak Dinesen, odparł Juan. No jak to, przecież wychowałeś się w Europie. Fotograf został z tyłu, w słońcu: Juan zdał sobie sprawę z tego, jak bardzo był młody. Dwadzieścia jeden lat, może dwadzieścia dwa. Nie zapytał go o wiek. Nie interesowało go to. Potem znów ruszył, a Gaspar wychylił się przez okno i pomachał fotografowi, stołówce i grubemu psu, obszczekującemu koła samochodu.
Gaspar gadał przez całą drogę do Corrientes, a Juan starał się go słuchać bez irytacji. Przypomniał sobie chłodne popołudnie, kiedy szofer wiózł ich z domu, w którym mieszkali z Rosario, do apartamentu jego teściów przy alei Libertador - zawsze przysyłali szofera, chociaż Rosario uwielbiała prowadzić. Było mu niewygodnie z tymi długimi nogami na tylnym siedzeniu, przy zamkniętych oknach robiło się duszno, a Rosario uparcie bawiła się w jakieś monotonne zgadywanki z Gasparem. Co to jest? Ma długą szyję, cztery nogi i zjada liście z drzew. Żyrafa, krzyczał chłopiec, a w zamkniętej przestrzeni wybuch śmiechu i gratulacje matki odbijały się echem, Juan zaś próbował skupiać się na miejskim pejzażu, ale nie potrafił zablokować docierających z ulicy doznań, był rok 1978 i codziennie dochodziło do mordów. Juan nie znosił wychodzić z domu, nie miał dość siły, by wyciszyć echa i wibracje rozgrywającego się koszmaru; nigdy wcześniej nie czuł nic podobnego. Odsunął się nawet od własnego syna, który był w trudnym wieku i domagał się uwagi, w niczym nie przypominał cudownego dziecka ze słodkich lat niemowlęctwa. Rosario powtarzała wciąż: "Zamknij się na to, pomogę ci", i nie chciała mu uwierzyć, że zwykłe metody nie wystarczały, że trzeba było wymyślić zupełnie nową ochronę, a on nie miał do tego narzędzi. Dwa pierwsze lata dyktatury takie właśnie były: Juan odczuwał to, co się rozpętało, jako bezpośredni atak. Rosario nie przestawała: co szczeka i ma zimny nos? Co ma wąsy i drapie? Co ma osiem nóg i chodzi po ścianach? I krzyki Gaspara. Pamiętał, jak przemoc sprawiała, że czuł się tak, jakby miał wysoką gorączkę, i był pewny, że jeśli chłopiec nie umilknie, skręci mu kark, jak kukiełce albo małemu zwierzątku. Powiedział szoferowi, żeby stanął, i wysiadł z samochodu, nie mówiąc nic Rosario: wolał już wibracje zła na ulicy, czuł, że są mu bliższe, a w każdym razie łatwiejsze do zniesienia niż krzyki w samochodzie. Rosario poszła za nim, a on, pamiętał to dobrze, powiedział jej: nie dotykaj mnie, nie wrócę, zostaw mnie w spokoju. Bo co?, zapytała. Bo zabiję was oboje, odparł, chociaż nie czuł się zdolny pobić Rosario, ale w tym momencie mówił prawdę o tym, co czuje, i chodził całymi godzinami, słuchając i drżąc, aż musiał usiąść na jakiejś ławce na skwerku, zagubiony i skołowany, oddychając nierównomiernie i z trudem. Miasto krzyczało, w powietrzu pełno było próśb i modlitw, i śmiechów, i wycia, i syren, i elektrycznych wibracji, i chlupotania, ale on nie mógł się zmusić do powrotu do domu, a poza rodziną nie miał do kogo pójść.
Dotarł na miejsce w nocy, kiedy błagania i wrzaski, i wystrzały stały się nie do zniesienia, kiedy zaczęły go otaczać echa zamordowanych z zawiązanymi oczyma, związanymi nogami, niektórzy ze spuchniętymi twarzami, a czasem całym ciałem, inni czołgający się w jutowych workach, legion, którego nie potrafił odpędzić. Szukali go. Wiedzieli, że on może ich zobaczyć i rozpoznać. Działali instynktownie, jak ćmy lgnące do światła, ale Juan nie umiał ich przegonić. Rosario czekała na niego w drzwiach, siedziała, chłopiec zaś spał w środku. Nie rób mi tego więcej, powiedziała i wbiła mu paznokcie w ramię, potem pocałowała go i zaczęła płakać. Pomogę ci wzmocnić ochronę, nie mogę uwierzyć, że tak bardzo cię to porusza, możemy się przeprowadzić, w Puerto Reyes jest spokojniej. Nie, odparł mimo rozpaczy. Do Puerto Reyes nie. W pokoju na górze w domu, który wynajmowali wspólnie, ona przygotowała już wszystko, co potrzebne, by wzmocnić jego osłonę, jego ochronę. Kręgi narysowane delikatnie kredą na drewnianej podłodze; biły od nich spokój i moc.
Teraz, w samochodzie w nieznośnym upale popołudnia w Corrientes, Gaspar mówił i mówił, a Juan próbował naprowadzać go na treść, żeby zdobyć więcej informacji na temat jego umiejętności, ale szybko zdał sobie sprawę, że w ten sposób nic nie wskóra. Jeśli chciał się dowiedzieć, co potrafi Gaspar, musiał go przycisnąć. Mógł go, owszem, wybadać. Ale to był zawodny sposób, nawet jeśli syn zechce współpracować. Jeszcze tej nocy pozbędzie się wątpliwości.
Zanim wjechali do stolicy prowincji Corrientes, kolejna grupa wojskowych dała mu znak, żeby zwolnił. Popatrzyli z poważnymi minami na Gaspara, a on, w zdumiewającym przebłysku intuicji, uśmiechnął się do nich; jeden z żołnierzy niespodziewanie odwzajemnił uśmiech. Ręką dał Juanowi znak, żeby jechał dalej. Piętnaście minut później zobaczył most, który wydał się delikatnie narysowany na bezchmurnym niebie, a nad rzeką różową aleję pełną kwitnących krzewów lapacho, trochę przywiędłych od upałów. Siódma wieczór.
- Chcesz zobaczyć zachód słońca? Możemy kupić sobie coś do jedzenia i tu zaczekać.
Brakowało jeszcze co najmniej godziny, był styczeń. Juan kupił lody. Zabrał z lodziarni mnóstwo serwetek, Gaspar jadł lody niezdarnie, a przy tym upale nie można było się na niego złościć, że ciekły mu po dłoniach i przedramionach. Usiedli na drewnianej ławce na deptaku; cementowe filary były trochę zaniedbane i niebo odbijało się w rzece, bardziej niebieskie niż zwykle, ze srebrnymi i brązowymi pasmami.
Gaspar wstał, żeby pozbierać kwiaty lapacho, miał już cały lepki bukiet. Juan zobaczył, jak zapatrzył się na ucięty kwiat leżący na deptaku przy nadbrzeżnej alei; to nie był kwiat lapacho, chłopiec odłożył swój naprędce spleciony bukiet na ziemię i podszedł do niego z tym dziwnym kwiatem w otwartej dłoni, jakby niósł żywe zwierzę. Juan rozpoznał go natychmiast. Była to męczennica, ze swoją biało-fioletową koroną i wyprostowanymi pręcikami i słupkami, przypominającymi owada. To korona i rany Chrystusa, mówiła legenda, od której wzięła się nazwa kwiatu. Zobacz, tato, krzyknął Gaspar, który nigdy nie widział nic podobnego.
- Nazywa się mburucuyá. Pewnie komuś spadł, potem pokażę ci roślinę z takimi kwiatami.
- Jest ich więcej?
- No pewnie, myślałeś, że to jedyny taki na świecie?
- Jest dziwny.
- Ma swoją historię. Jak koralodrzew.
Gaspar czekał na historię z kwiatem w ręku i szeroko otwartymi oczyma, jeszcze okrąglejszymi z ciekawości.
- Była sobie hiszpańska dziewczyna, która zakochała się w Guaraninie. Wiesz, kim są Guaranie?
- Tak, Indianie stąd. Jak te panie przy drodze.
- Ale ojciec dziewczyny nie pozwalał jej zadawać się z Indianinem. Ojciec był kapitanem. Rozumiesz, dlaczego nie chciał?
- Bo kapitanowie są źli.
Juan się uśmiechnął. To też była prawda.
- Tak, są źli, ale tu problem tkwił w tym, że ona była Hiszpanką. Wiesz już, że Hiszpanie nie chcieli mieszać się z Indianami.
- Mama mówiła, że w końcu i tak się mieszali.
- Faktycznie, ale nie na początku. Kapitan nie chciał, żeby jego córka się mieszała. Więc kazał zabić Indianina.
- Jej narzeczonego? Naprawdę?
- Tak. A ona wbiła sobie strzałę z piórami w serce i się zabiła. Z rany wyrósł kwiat.
Niebieskie oczy Gaspara zaszły łzami. Jest tak różny ode mnie, pomyślał Juan, musi się jeszcze tyle nauczyć, by być twardym.
- I co się stało?
- W ranie, kiedy padła martwa, wyrósł ten kwiat.
- Wszystkie te kwiaty to umarłe dziewczyny?
Juan spojrzał na słońce, które miało już dotknąć rzeki. Nie widział czarnych kwiatów na niebie. Czy one też są wspomnieniem zmarłych dziewczyn? Niebo było pomarańczowe, spowite płomieniami.
- Nie. Smutno ci się zrobiło?
- Tak.
- Obaj jesteśmy smutni. Chodź, popatrzymy na słońce.
Gaspar usiadł i Juan poczuł, jak wkłada mu rękę pod koszulę i kładzie lepką dłoń na piersi. Sprawdza moje serce, pomyślał Juan. Już wcześniej go na tym przyłapał. Na przykład kiedy razem spali: czasem czuł jego rączkę na piersi, sprawdzającą bicie serca. Albo zastawał go z głową na swoich żebrach, jak nasłuchiwał. Mój maleńki, powiedział i pogłaskał go po niespokojnej dłoni; nagle poczuł nieprzepartą chęć, żeby napić się wina, żeby się nim upić, upić do nieprzytomności. Poczuł nawet gorzki smak alkoholu na podniebieniu. Popatrz na słońce, popatrz na kolory nieba. Gaspar spojrzał na nie z przymkniętymi oczyma i westchnął głęboko. Zachód słońca nad rzeką był niezwykły, prawie nierealny, z purpurową linią horyzontu i poczerwieniałym niebem.
- Mogę zabrać ten kwiat?
- Tu rośnie ich więcej, możemy poszukać. Lubisz kwiaty? Ja też.
- Naprawdę? Kolega z klasy powiedział mi, że jestem pedałem.
- Dlaczego tak ci powiedział?
- Bo zapytałem panią o jaśminy na podwórku, tak ładnie pachną.
Następnym razem walnij w gębę tego kretyna, pomyślał Juan, ale powiedział:
- Nie ma nic złego w byciu pedałem.
- W takim razie dlaczego...?
Gaspar nie wiedział, jak zakończyć to pytanie, ale Juan zrozumiał, o co mu chodzi.
- Bo mówią tak, żeby cię obrazić, bo ludzie mówią pedał, tak jak mówią palant. Bo ludzie są głupi i przeciętni - powiedział Juan. - Ale ty jesteś inny i ja też jestem inny.
- Co to znaczy przeciętny?
Juan nie odpowiedział.
- Chodź, musimy znaleźć hotel. Tej nocy mamy sporo do zrobienia.
Gaspar pobiegł do samochodu z kwiatem w ręku, któremu już złamał się krzyż ze słupków i pręcików, ale on tego nie zauważył.
Od miejskiego cmentarza dzieliło ich niespełna dwadzieścia przecznic, ale Juan przebył je z niepokojem. Trudno szło się z Gasparem, który był w złym humorze, bo ojciec wyrwał go z głębokiego snu; na szczęście znalazł tylne wyjście z hotelu i nie musiał wychodzić głównym, zwracając na siebie uwagę recepcjonisty. Wiedział, że doszliby o wiele prędzej, gdyby wziął syna na ręce, ale chłopiec był już ciężki, a on nie mógł pozwolić sobie teraz na tak duży wysiłek. Nie miał pewności, czy seks z fotografem posłuży za rytuał przygotowawczy. Był zmęczony i bardzo zagubiony.
Jeśli zostaniesz z tyłu, wiesz, co będzie, powiedział do Gaspara, który pochlipując, szedł dalej, czasem podskakiwał albo kawałek podbiegał. To pewnie niełatwe, pomyślał Juan, dotrzymywać kroku dwumetrowemu mężczyźnie, ale pewne sprawy miały swój czas.
Główne wejście na cmentarz było zamknięte, to nie stanowiło problemu. Zaledwie zwykła kłódka. Juan wziął ją do ręki i opuszkami palców nakreślił na niej znak. Otwarcie. Brama otworzyła się nagle, jakby ktoś ją popchnął, ale nie narobiła hałasu.
Teraz musiał zająć się cmentarnym stróżem. Gaspar, powiedział, chcę, żebyś tu na mnie zaczekał; jeśli ruszysz się z miejsca, ja będę o tym wiedział i pożałujesz. Gaspar wzruszył ramionami i usiadł. Był zmęczony. Może będzie mógł później się przespać. Mieli przed sobą wiele godzin. Była druga w nocy.
Juan wsunął ręce do dużych kieszeni spodni i zaczął nasłuchiwać, żeby zlokalizować stróża. Gdyby ktoś mógł go zobaczyć w ciemności cmentarza, wysokiego i szczupłego na tle głównej alei rodzinnych grobowców, dostrzegłby, jak napręża ramiona, żeby się skoncentrować, i wącha powietrze. Był teraz inny, długie palce poruszały się prawie bezwolnie, szarpiąc tajemnicze struny, i chociaż wytrzeszczał oczy, wzrok miał przytomny. Czuł w ciele energię podwójnego strumienia. Andrés okazał się niespodziewanym prezentem. Oczywiście ten prezent nie pozwalał na uniknięcie intruzów, nocnego odwiedzającego, dozorcy, kogoś, kto mógłby ich zauważyć.
Odwrócił się i poszedł w kierunku niewielkiej stróżówki. Dozorca spał. Było to wielkie szczęście, musiał zaskoczyć go we śnie, nie sądził, że zdoła go pokonać; Juan wprawdzie był dobrze zbudowany, ale nie miał zbyt wiele siły. Podszedł do pryczy, na której spał mężczyzna: drzwi przybudówki znajdującej się obok kaplicy nie były zamknięte na klucz. Stróż nie tylko spał, w dodatku był pijany. Juan wyczuł w powietrzu odór alkoholu, który stał się jeszcze mocniejszy, kiedy uklęknął przy pryczy. Bimber z trzciny cukrowej albo gin. Coś zwalającego z nóg. Czy powinien go mimo wszystko związać? Juan uznał, że tak. Nie mógł ryzykować. Włączył latarkę i postawił ją przy pryczy: musiał działać szybko, nie miał zapasowych baterii. Przekręcił głowę dozorcy, układając go twarzą do góry: mężczyzna się nie obudził, chociaż ściągnął brwi. Juan otoczył mu szyję ręką, żeby znaleźć tętnicę szyjną, która mocno pulsowała, rozszerzona przez alkohol. Wymacał ją i zaczął masować delikatnie i precyzyjnie. Mężczyzna prawie się nie poruszył. Juan odsunął palce, rytm serca stróża zwolnił, aż uderzenia stały się tak rzadkie, jakby w ogóle przestało bić. Juan wiedział, że nie śpi już tylko dlatego, że jest pijany, stracił przytomność. Za chwilę mógł się obudzić albo umrzeć, nie odzyskawszy przytomności z powodu bradykardii. Nie obchodziło go to. Zakneblował mu usta skarpetką, którą przyniósł właśnie w tym celu, potem związał nadgarstki i stopy nylonowym sznurkiem, tak łatwym do kupienia bez wzbudzania podejrzeń ("muszę nim przewiązać paczkę, poproszę bardzo mocny"), a trudnym do przerwania bez użycia ogromnej siły lub noża.
Zanim zostawił nieprzytomnego mężczyznę samego, przeszukał szuflady niewielkiej szafki, zabrał dwa noże i nożyczki. Mogły mu się przydać. Wyszedł i upewnił się, że drzwi do kaplicy są zamknięte. Położył ręce na zamku, który otworzył się przed nim z jęknięciem. Ołtarz, krzyż, kwiaty, wszystko było czyste i w doskonałym porządku: z kaplicy najwyraźniej korzystano, cmentarz leżał na poświęconej ziemi. Z wieloma tak nie było: przed laty ich nie odróżniał. Chrześcijańska demonologia mogła działać też w innych przestrzeniach, ale nie tak skutecznie jak w miejscach poświęconych. Zabrał wszystkie świece, jakie mógł unieść, i świecznik.
Gaspar czekał na niego w tym samym miejscu, siedział przed bramą w złym humorze. Juan zauważył błysk niepokoju i ciekawości w jego lśniących oczach, gdy zobaczył świecznik. Nie bał się, nie był przestraszony. Ojciec zostawiał go w środku nocy przed wejściem na cmentarz, a chłopiec po prostu siedział i czekał, chociaż był wściekły. Bez wątpienia mógł być wyjątkowym Inicjowanym. Obdarzony intuicją, uważny, z pewnością bardziej zdyscyplinowany niż Juan. A jednak nie chciał dla niego takiego życia: postanowił już, że syn nie będzie należał do Bractwa, przynajmniej dopóki zdoła temu zapobiec. Nie da im tego trofeum.
- Ja zaniosę to, a ty świece - powiedział, a Gaspar usłuchał bez pytania. Ruszyli na poszukiwanie płaskiego terenu, minęli rodzinne grobowce i mauzolea, które, jak zwykle na miejskich cmentarzach, znajdowały się w pobliżu wejścia. Przeszli obok mogił usypanych z ziemi i zanim dotarli do okalającego cmentarz muru, znaleźli odpowiednią przestrzeń do działania. Widać było, że już ktoś wcześniej ją wykorzystał. Juan, przygotowany i wrażliwy, wyczuł wibrację niedawno wykopanego masowego grobu z anonimowymi zmarłymi. A także pozostałości po potężnym rytuale afrobrazylijskim, źle odprawionym. Oddalił się od miejsca, gdzie wciąż jeszcze zostały pióra, oddalił się od bezimiennych kości. Przez całą drogę, przyświecając sobie latarką, zbierali z Gasparem kolejne świeczki, niektóre prawie niezużyte, inne były zaledwie niedopałkami, z których wyciekła stearyna. Potrzebowali wszystkich. Nie miał zamiaru korzystać z latarki.
- Gaspar, powbijaj, proszę, świeczki w ziemię i je pozapalaj.
Chłopak umiał korzystać z zapalniczki, nie parząc się. Przez te miesiące po śmierci Rosario i po operacji Juana musiał nauczyć się wielu rzeczy, na przykład zapalania palników. Niekiedy po prostu nikt nie miał czasu, sił ani nastroju, żeby podgrzać mu mleko. Poza tym Juan w przypływie złości odrzucał wszelką pomoc. Kiedyś Betty, kuzynka Rosario, która mieszkała niedaleko z córką, kolejnym świętym dzieckiem Bractwa, zapukała do drzwi, a on ryknął do niej, żeby sobie poszła. Nigdy nie wróciła.
- Rozstaw je blisko. Jak chcesz.
Było ich wiele i Juan obawiał się, że Gaspar jak mały chłopiec zacznie się nimi bawić, układać je w jakieś wymyślne kombinacje, jednak zobaczył, że wykonuje polecenie z entuzjazmem i niejako biurokratyczną skrupulatnością. Juan odwrócił się do niego plecami i zaczął nożem rysować pieczęć numer pięć, którą zobaczył z zamkniętymi oczyma, gdy był z Andrésem. Okrąg i litery imienia piątego ducha, rozmieszczone zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Kolejny okrąg wokół imienia, a w nim pieczęć: była prosta, cztery kółka połączone liniami w rysunku niemal dziecinnym, i bandery z trzech odwróconych trójkątów. Mógł nakreślić ją szybko, z pamięci, bez omyłek.
Pieczęć była wkrótce gotowa; mimo że kosztowało go to niewiele wysiłku, zaczynał czuć ucisk w piersi. Gaspar zapalił świece i stał teraz w żółtym świetle. Dobrze, pomyślał Juan. Brakowało tylko trójkąta, w którym miał pojawić się Piąty. Spojrzał na pieczęć i zrozumiał, że się uda, chociaż nie miał na sobie białych ubrań ani peleryny, ani kadzidła, a znak był tylko narysowany na ziemi, bez krwi i złotej farby, chociaż tak naprawdę tę pieczęć należałoby narysować rtęcią. Skąd miał wziąć rtęć? Juan gardził przepisami okultystów. Zamknął oczy i pozwolił, by jego ciało wypełniła energia podwójnego strumienia, jaką uzyskał dzięki Andrésowi. Była o wiele skuteczniejsza niż jakakolwiek szpada i jakiekolwiek zaklęcie.
- Gaspar - powiedział cichym głosem. - Do mnie, stań obok.
Zanim osiągnął stan najwyższego skupienia - gnosis, tak brzmiał oficjalny termin, ale on nazywał go po prostu koncentracją - a potrafił zrobić to w kilka sekund, położył ręce na ramionach Gaspara.
- Chcę, żebyś się do mnie przytulił i nie puszczał, nieważne, co usłyszysz. Jeśli mnie puścisz, nie będę mógł cię chronić, rozumiesz?
Gaspar powiedział, że tak, a Juan poczuł, że zrozumiał. Portal wzywał go boleśnie, ucisk w klatce piersiowej zmienił się w ostry ból. Nie przejmował się, przejdzie mu, kiedy już przywoła ducha.
Uklęknął w kręgu, a Gaspar spróbował objąć go w pasie. Uczepił się jego spodni, jakby obaj mieli upaść. Intuicja znów była dobra. Inwokacje bywały podobne do spadania.
Juan zaczął przywoływać po cichu i czekał. Formuła inwokacji, którą wymawiał zawsze szeptem, była długa, pomyślał więc, że ją skróci, ale dłonie Gaspara na jego brzuchu powiedziały mu, uważaj, cały rytuał jest już dość nieortodoksyjny. Ze względu na chłopca. Powinien go chronić.
Kroki Piątego były bezgłośne, ale Juan go wyczuł. Tym razem przybrał ludzkie kształty. Teraz musiał być szybki i konkretny. Im dłużej demon tu zostanie, tym trudniej będzie zamknąć portal.
Gaspar uniósł głowę i popatrzył wprost na demona. Potem spojrzał na Juana.
- Kto to jest, tato?
Jego głos był spokojny. Teraz to Juan się przestraszył. Gaspar widział demona, mógł patrzeć na niego obojętnie, chociaż nie miał żadnego przygotowania do takiej wizji. Juan zmusił Gaspara, żeby wtulił twarz w jego pierś. Nie patrz dłużej, powiedział. Obejmij mnie.
W trójkącie bose stopy nie dotykały ziemi i unosiły się na palcach, jak stopy baletnicy stojącej na pointach albo wisielca dyndającego na sznurze. Były szare, jak całe nagie ciało, które zdawało się pokryte suchym błotem. Juan nie mógł zobaczyć jego twarzy, światło świec nie sięgało tak wysoko. Nie musiał jednak jej widzieć, żeby wyczuć niezadowolenie demona: przywykł do tego, że przywoływano go, zachowując wszelkie reguły; irytował się nieco, kiedy przyzywający je pomijał.
Piąty i Juan spotykali się wcześniej wiele razy. Piąty, jeśli chciał, mógł wywołać lub uleczyć chorobę. Nigdy jednak nie zechciał uzdrowić Juana. Mówił także prawdę o rzeczach tajemniczych i ukrytych i był do tego zmuszony: nie potrafił kłamać.
Nie poruszając ustami, Juan rozkazał mu, żeby był posłuszny. Demon upuścił coś na trójkąt. Krople krwi. Chyba przyniósł coś ze sobą, ale Juan nie mógł tego zobaczyć. Poprosił go o racjonalne odpowiedzi na swoje pytania. Słyszał głos demona, dudniący mu w całym ciele. Pytał w języku, którego Juan nie rozumiał i nie potrafił przetłumaczyć, zrozumiał jednak, że pyta dlaczego. Dlaczego został wezwany. Dlaczego Juan nakładał na niego przeraźliwy obowiązek posłuszeństwa. Juan poczuł oddech Gaspara na piersi, a także że jego własne ciało, na granicy wyczerpania, drży, jego ręce lśniły, jakby ociekały wodą. Z czoła kapał pot. Przemówił do demona tak, żeby zrozumiał. Zapytał o Rosario. Zapytał, gdzie ona jest. Czy może ją zobaczyć. Czy potrafi ją znaleźć.
Demon uniósł się trochę wyżej. Nie mógł się zbliżyć: one zawsze starały się być blisko i nigdy im się to nie udawało. Chciał, żeby krew tego, co ze sobą przyniósł, dotknęła Juana. Nie mógł tego osiągnąć i złościło go to, szare stopy wierzgały. Odpowiedź przyszła szybko i była jasna.
Należy do tych, co do ciebie mówią, rzekł.
A potem poprosił o pozwolenie na odejście.
Juan skłonił głowę, podziękował za odpowiedź i przybycie i żeby go zadowolić, wyrecytował głośno formułę pożegnania. Nie drżał mu głos, chociaż wszystkie mięśnie jego ciała były napięte do bólu. Usłyszał łopotanie żagli i powolne skapywanie krwi na trójkąt.
Demon zniknął w ciszy, ale odchodząc, obudził powiew, który zgasił wszystkie świece. Coś go rozwścieczyło. Nie chodziło tylko o niedbałość rytuału. Mogła być to obecność Gaspara. Juan chciał mu podziękować, że nie wyładował na nim swojej furii, ale było za późno. Może wyładuje ją na stróżu, o ile tamten wciąż żyje.
Jest z tymi, co do ciebie mówią.
Drżenie, które przebiegło po całym jego ciele, tak gwałtowne, że aż się przestraszył, że dostanie drgawek, było tylko osłabieniem. Zwykła inwokacja tak go osłabiała? Czyżby tak bardzo pogorszył się jego stan? Ułożył się w okręgu w pozycji płodowej, starając się nie wypuszczać z objęć Gaspara. Świece zgasły, więc nie mógł mu powiedzieć, żeby nie wychodził z kręgu, że jeszcze za wcześnie; nawet nie mógł teraz zobaczyć kręgu, bez światła świec, w dodatku chmura zasłoniła księżyc. Gaspar i tak się nie ruszył, nie wyswobodził się z objęć, nie zostawił go samego, nic nie mówił. Czekał. Płakał i czekał, Juan słyszał, jak jęczy, i nie mógł go pocieszyć; z trudem oddychał. Raz po raz tracił przytomność, próbował zrozumieć słowa demona.
Z tymi, co do ciebie mówią.
Rosario była w Ciemności.
Rozumiał. Tyle razy obiecywała mu, że pójdzie za nim, że zrobi dla niego wszystko. Czy Tali nie powiedziała mu tego kilka dni temu? Ja nie zrobiłabym dla ciebie wszystkiego. Zawsze razem, przyrzekała Rosario. Wiedziała, że Juan należy do Ciemności. Że tam znajdzie się po swojej śmierci. I postanowiła go uprzedzić, dzielić z nim los. Ale, moja ukochana, byłaś głupia, tam nie będzie już ciebie ani mnie, tam nie ma nic poza cieniami, i głodem, i kośćmi, tamten świat jest martwy. Kiedy zawarła ten pakt? Kiedy leżał w szpitalu, na pewno. Uwierzyłaś, że umrę, kretynko. Pewnie nie sądziła, że Ciemność upomni się o nią tak szybko. Nie miała pojęcia o tym, jak żarłoczna jest Ciemność, mimo że on tyle razy próbował jej to wyjaśnić, mimo że tyle razy widziała, jak Ciemność pożera. Nigdy jej tam nie znajdzie. Ciemność była kolekcjonerką kości. Nie dało się z nią rozmawiać. Nie dało się negocjować.
Przez te godziny, kiedy leżał zwinięty w kłębek w głębi cmentarza, na pieczęci, z Gasparem u boku, Juan miał sny. Jak Rosario dostrzegła szansę na pertraktowanie z Ciemnością? W swoich kredowych kołach? W kartach? A skoro tak, to czy jej śmierć nie miała nic wspólnego z Bractwem? Czy śmierć Rosario była jego winą?
Kiedy słońce wyłoniło się dopiero co zza horyzontu, oświetlając białe krzyże, Juan odwrócił się i wyciągnął w kręgu. Nogi wystawały mu na zewnątrz. Gaspar wciąż leżał obok, blady i poważny. Ani na chwilę nie puścił jego ramienia. Musiały skurczyć mu się wszystkie mięśnie. Chciał mu coś powiedzieć, ale chłopiec go uprzedził:
- Musimy stąd iść, tato.
Juan usiadł. Wstanie na nogi wymagało niesamowitego wysiłku, tego gorącego poranka jego ciało ważyło setki kilogramów. Spojrzał na Gaspara. Wydawał się nieobecny i zmartwiony, ale zdecydowany. Puścił jego ramię i wziął go za rękę.
- Idziemy.
I pociągnął go, a Juan nie stawiał oporu. Wiedział, że może nawiązać z synem delikatną i intymną rozmowę, żeby droga wydała mu się naturalna. Zanim opuścili cmentarz, zaczerpnęli wody z kranu, którego odwiedzający używali do podlewania kwiatów. Juan zwilżył sobie włosy i zmoczył głowę Gasparowi, który miał na plecach plecak, a ręce całe w wosku. W nocy nie odważył się poruszyć, nawet oczyścić dłoni. Szare palce przypomniały mu demona. Z pewnością również przypominały go Gasparowi. Wziął chłopca za ręce i zaczął odrywać wosk. Skóra pod spodem nie była ani poparzona, ani nawet bardzo podrażniona. Gaspar niedługo ujawni się jako kolejne medium, przeczuł, czyszcząc mu dłonie. Poza tym ludzie nieobdarzeni specjalnymi możliwościami nie mogli zobaczyć Piątego. Mogli wyczuć jego obecność, niepokój, strach, mogli nawet umrzeć, ale zobaczyć go potrafili tylko ci, co zostali wyszkoleni. Jeśli wizja była naturalna, miało się do czynienia z kimś ze specjalnym darem. Czy możliwe było ukryć coś takiego? Jeśli Gaspar jest medium, jego życie będzie krótkie i gwałtowne. Takie osoby nie żyły długo. Kontakt z pradawnymi bogami wycieńczał je fizycznie i psychicznie. Niektórzy umierali podczas pierwszego kontaktu albo niedługo po nim. Większość w krótkim czasie nieodwracalnie wariowała. Nie było magii ani rytuału, ani wiedzy, które potrafiłyby ich ocalić. Trochę magii i nauki mogło im pomóc dłużej utrzymać w zdrowiu ciało i umysł, ale nie na długo. Osoby będące medium, które żyły tyle co on, należały do wyjątków.
- Chodź, tato, musimy stąd iść.
Juan nie posłuchał, opuścili cmentarz, którego bramy nawet nie pofatygował się zamknąć, dopiero wtedy, kiedy ręce jego syna znowu były czyste. O stróżu przypomniał sobie dużo później, kiedy już prawie dochodzili do hotelu.
Gdy Juan się obudził, znów była noc; uświadomił sobie, że spał ponad dziesięć godzin. Rozejrzał się po ciemnym pokoju za Gasparem i zauważył, że śpi skulony na łóżku obok. Musiał zacząć procedurę mydlenia mu oczu.
Zawsze działo się tak po kontakcie z demonami - wielogodzinny sen. Ale jego zmęczenie było skrajne. Poszedł do łazienki. Zażył leki, popijając wodą z kranu, i umył twarz. Nigdy nie widział w lustrze tego samego co inni. Dla niego własna twarz wyrażała zmęczenie i klęskę, a blizny na piersi i plecach były mapą choroby. Nienawidził być słaby, nienawidził swojego ciała. Inni widzieli mężczyznę niezwykle atrakcyjnego, pragnęli go, byli poruszeni. Juan włożył głowę pod kran i zmoczył włosy. Mimo przespanych godzin czuł się tak nadwrażliwy i zmęczony, że mógł słyszeć kolory.
Gaspar spał z otwartą buzią w pozycji płodowej. Nie zdjął ubrania. Juan nie pamiętał, jak wrócili do hotelu, ale amnezja nie była niczym dziwnym. Obudził Gaspara, potrząsając go mocno za ramię. Chłopiec dopiero po chwili otworzył oczy, ale zanim cokolwiek zobaczył, Juan powiedział:
- Krzyczałeś! Co ci się śniło?
Nieufność, skołowanie. Chłopak wiedział, trudno będzie go oszukać.
- Nic mi się nie śniło - wymamrotał.
- Coś musiało ci się śnić, wrzeszczałeś wniebogłosy.
Mruganie oczami, wątpliwość.
- To nie był sen, poszliśmy na cmentarz, kazałeś mi zapalić świece, a potem powiedziałeś, żebym nie patrzył.
- Miałeś jakiś straszliwy koszmar.
Gaspar rozpłakał się, na co Juan pozwolił.
- To nie był sen! - krzyknął zasmarkany.
- Przecież nie ruszyliśmy się stąd! Zdrzemnęliśmy się tylko i zobacz, dopiero się obudziliśmy, żeby pójść coś zjeść.
- Był tam facet, z którego kapała krew.
- Facet, z którego kapała krew. Dobrze, dość już tego. Zapomnisz. Najłatwiej zapomnieć o snach, kiedy myśli się o czymś innym.
- Przysięgam, ty zemdlałeś, a ja zostałem ze świecami.
- Jesteś przerażony, bo ja źle się czuję. Nie martw się o mnie tak bardzo.
- To nie był sen.
Juan poczuł, że złość wzbiera mu w żołądku, i miał ochotę zlać chłopca i w ten sposób sprawić, że uwierzy w kłamstwo.
- Owszem, był. Opowiedz mi wszystko, ale chodźmy już, bo umieram z głodu, zjemy jakiś fantastyczny podwieczorek, zobaczysz.
Zaniósł Gaspara do łazienki, żeby umyć mu twarz. Chłopak nie protestował. Marszczył tylko brwi i zacisnął w pięść lewą dłoń. Juan delikatnie ją otworzył. Jeśli znów powie, że to nie był sen, złamię mu palec. Gaspar westchnął głęboko i zaczął opowiadać: pamiętał szczegóły z długich chwil, które spędził samotnie. Teraz się bał: Juan słyszał, jak drży mu głos.
Mogłem go w nocy zabić, pomyślał.
W windzie Gaspar nadal opowiadał "sen". A Juan, chociaż go słuchał, jednocześnie myślał. Jest z tymi, co do ciebie mówią. To nie było kłamstwo, ale może źle je zinterpretował. Wielu do niego mówiło, wielu przemówiło kiedyś, czemu był tak pewien, że to oznacza, iż Rosario jest w Ciemności? Kim mogli być ci inni, co do niego przemawiają? Należy do tych, co do ciebie przemawiają, to było najdokładniejsze tłumaczenie słów demona. Zagadka Sfinksa. On zadał złe pytanie, gdyż był zbolały, zmęczony, w żałobie. Na wpół oszalały. I nie bez arogancji pomyślał, że Rosario byłaby zdolna do takiego poświęcenia dla niego. Że byłaby zdolna opuścić własne dziecko.
Zakrył twarz dłońmi. Gaspar opowiadał teraz o demonie, którego widział. O kręgu, nad którym się unosił. A on nie miał sił, żeby wymazać to wspomnienie znakiem zapomnienia, nie w tej chwili.
- Czy on mówił? - zapytał Juan, czując, jak od łez wilgotnieją mu dłonie.
- Nie pamiętam.
- Widzisz, o snach łatwo się zapomina.
Gaspar go nie słyszał. Może nie mógł go usłyszeć. A może demon wcale nie przemówił. Czasem po prostu milczały. Być może to on wyobraził sobie, że słyszy jego słowa.
Weszli do hotelowej restauracji i Juan otarł sobie łzy koszulką. Niektórzy ludzie przyglądali mu się z ciekawością, ale guzik go to obchodziło. Kelnerka, zbyt młoda, unikała jego wzroku, kiedy składał zamówienie, wstydziła się patrzeć, jak płacze. Juan zamówił dla Gaspara serową bułeczkę chipá i czekoladę. Sam nie chciał nic jeść. Śmierdział, teraz zdał sobie z tego sprawę; pot, już suchy, sprawił, że koszulka pod pachami zesztywniała.
- Nic nie chcę - powiedział Gaspar, kiedy przyniesiono mu jedzenie.
Juan poczuł, jak wściekłość pali mu żołądek. Serce biło zbyt szybko, w chaotycznym rytmie; kręciło mu się od tego w głowie, nie mógł usiedzieć na miejscu. Nie chciało mu się spać, ale potrzebował kolejnych godzin odpoczynku. Juan położył dłonie na stole. Czubki palców zsiniały. Pewnie jego usta też były sine. Próbował głęboko oddychać, ale w niczym to nie pomagało. Potrzebował tlenu, i to natychmiast.
- Jedz szybko, Gasparze. I zaczekaj na mnie tutaj.
- Nie chcę zostać sam.
Jęczenie syna napełniło go furią tak jasną i tak ciemną, że prawie biegiem wypadł z restauracji do garażu, gdzie zaparkował samochód. Otworzył bagażnik i wyjął puszkę z tlenem, którą ze sobą przywiózł. Włożył do torby, nie chciał, żeby zobaczyli ją inni goście ani personel hotelu. Stojąc przy oknie restauracji, zastukał w szybę, dał Gasparowi znak, żeby szybko kończył, i poszedł z nim do pokoju.
Juan usiadł na łóżku i położył puszkę z tlenem - białą, z łuszczącą się trochę farbą - na nocnym stoliku, wprawnym, szybkim ruchem otworzył zawór i przyłożył maskę do nosa i ust. Umocował gumkę za uszami i poklepał materac, żeby Gaspar podszedł. Chłopiec usiadł, a Juan oparł plecy o ścianę. Łagodny odgłos nie zdołał zagłuszyć jego walącego serca; palący ból w piersi powiększał jego problemy z oddychaniem. Więc tylko tyle mógł dla niego zdziałać talizman Tali? Czy uda mu się otworzyć Ciemność? Czy będzie to ostatni raz, kiedy to zrobi? Gaspar przyglądał mu się uważnie okrągłymi niebieskimi oczyma, przestraszony, ale nie zaskoczony; po prostu uważnie. Juan zdjął na sekundę maskę i powiedział:
- Wyjmij z torby książkę w twardej okładce.
- Wszystko dobrze, tato?
- Będzie dobrze. Przynieś ją.
Zapakował Historię sztuki Gombricha, żeby oglądać ją z Gasparem. Była to poza tym bezpieczna książka na podróż, żaden żołnierz, który przeszukiwałby auto, nie uznałby jej za podejrzaną. Ręką pokazał synowi, by ją otworzył, a Gaspar jak zwykle sięgnął do ostatnich stron, nigdy nie zaczynał od początku. Chłopiec położył książkę na łóżku, na wolnym kawałku prześcieradła, żeby obaj mogli ją obejrzeć. I wtedy zrobił coś dziwnego, a przynajmniej coś, czego nie robił nigdy wcześniej: przyjrzał się uważnie obrazowi Bawiące się dzieci Kokoschki - zauważył Juan - i zaczął wymyślać historię dwojga maluchów, dziewczynki w czerwonej sukience, chłopca ubranego na niebiesko, i wplatał w tę historię przygody ze szkoły, które Juan już słyszał, i zabawy z dziewczynką, którą poznał w domu Tali. Kiedy się znudził, przerzucił kilka stron i znów zaczął wymyślać. Juan poczuł w całym ciele dreszcz i skupił się, żeby nie stracić przytomności: Gaspar mówił o jakimś zamku i o książętach, których zamknięto w "okrągłej części", w wieży albo pod kopułą, pomyślał Juan i zdał sobie sprawę, że jego syn mówi mu teraz o katedrze św. Pawła zbudowanej przez Wrena w Londynie, bo w książce znalazły się też zdjęcia architektury. Nie mógł spać, ale godzinami mógłby słuchać głosu Gaspara; chłopiec rozumiał to i robił, co należało, podtrzymywał go. Nauczył się tego od matki. Naśladował ją. Ile razy patrzył, jak ona robi to samo, she talks you back to life, mawiała Florence i miała rację. Tak mówiła do niego Rosario, żeby przywrócić go do życia.
Gaspar zamknął książkę, ziewnął i przytulił się do jego piersi. Juan chciał go odsunąć, myśląc, że ciężar chłopca będzie mu przeszkadzać, ale tak się nie stało; kontakt przyniósł mu ulgę. Nie chcę umierać na jego oczach, pomyślał.
Drzwi do łazienki były uchylone i w półprzytomności wywołanej brakiem tlenu Juanowi zdawało się, że widzi wyciągnięte żywe nogi swojej żony; Rosario spędzała dużo czasu w łazience, potrafiła zamknąć się na całą godzinę. Pokój przestał być hotelowym pokojem w Corrientes i Juan poczuł, jak zmienia się w dom w Chelsea, w Londynie, gdzie razem mieszkali. Przypomniał sobie, jak wychodziła z łazienki z książką w ręku, i w okularach, w koszulce z krótkim rękawem, bez bielizny. Potem obraz zniknął. Gaspar wstał nagle z łóżka - nie spał - i zamknął drzwi do łazienki. Juana nie zdziwiła intuicja syna, ale zrobiło mu się go żal; nie pragnął dla niego takiego życia. Nawet dobre momenty nie były tak naprawdę szczęśliwe. Musiał ocalić go przed Bractwem.
Gaspar zamknął książkę o sztuce i otworzył wybór wierszy amerykańskich w przekładach. Kiedy Juan musiał zdjąć maskę, bo zużył cały tlen, spojrzał na swoje palce, które nie były już sine; zrozumiał, że mimo wielogodzinnej arytmii nie umrze tej nocy ani na oczach swojego syna. Znów mu się udało, udało się im obu.
Bilety były tak tanie, że Juan aż się zdziwił, chociaż musiał przyznać, że nie umiał liczyć pieniędzy i nie orientował się w cenach. Podróżował z plikiem banknotów spiętych gumką; przez całe życie utrzymywały go rodzina Rosario i Bractwo. Ile razy mu powtarzali: "Nigdy ci niczego nie zabraknie"? Rozumiał swój przywilej, dystans dzielący go od zwykłych ludzi. Od starszego brata, nie szukając daleko, który zanim wyjechał z kraju, pracował po dwanaście godzin dziennie, a podczas studiów musiał dorabiać w fabryce. W ostatnich miesiącach, teraz, kiedy nie było już Rosario, on, który wcześniej nie przestąpił progu banku, musiał podejmować decyzje: pokazał Gasparowi, gdzie przechowuje pieniądze, i wyjaśnił mu, że może z nich korzystać, kiedy tylko zechce, i do czego służą. Poprosił, żeby dostarczano mu pieniądze raz w tygodniu, żeby robili to księgowi, adwokaci albo po prostu ochroniarze.
Kasjerka za szybą wydała mu resztę, a Juan poczuł, że dopiero teraz budzi się z tych miesięcy bez Rosario i powolnej rekonwalescencji po ostatniej operacji. Stało się to za sprawą powietrza, gorącego, ale niespodziewanie lekkiego, tego dziwnego braku wilgoci tu, w Iguazú. I świadomości, że jeśli przeżyje Ceremonię, on i jego syn będą mieli trochę spokoju; sen przyniósł mu ukojenie i przywrócił wiarę w siebie, w Stephena, w Tali. Ta możliwość wydawała mu się odległa zaledwie miesiąc wcześniej, kiedy po wielu nieprzespanych nocach i nieudanych próbach nawiązania kontaktu z Rosario spalił prawie wszystkie jej rzeczy w naprędce zaimprowizowanym ognisku w ogrodzie za domem. Gaspar usiadł przy nim: patrzył suchymi zdumionymi oczyma, jak płoną rzeczy jego matki. Nie próbował niczego ratować. Później Juan pokazał mu to, co jeszcze zostało: jakieś ubrania, zdjęcia, wszystkie płyty, biżuteria, której nie było sensu niszczyć i która w dodatku należała do Gaspara i miała jakąś wartość; zwłaszcza ta elegancka art nouveau, prawie stuletnia, Rosario bardzo rzadko ją nosiła. Zatrzymał również talię tarota Rosario, wszystkie jej relikwie i akcesoria magiczne, ale tego nie mógł Gasparowi pokazać. Juan postanowił nie zachować prawie nic więcej, nawet listów Rosario, jej kosmyk włosów i ubrania wystarczyły, by ją wezwać, poprosić, by go odwiedziła, teraz już jako duch.
Jeśli tego nie robiła, jeśli nie odpowiadała na jego wezwania, myślał, idąc w kierunku stacji kolejowej parku narodowego, to oznaczało, że albo ktoś ją przetrzymywał i nie pozwalał na kontakt, albo odeszła do miejsca, do którego on nie miał dostępu; innych opcji nie było. Dziwne, w Ciemności miałby przecież do niej dostęp. Powinien mieć. Ale istniały jeszcze inne miejsca, wiele miejsc, tyle z nich wciąż nieznanych.
Gdyby ktoś chciał ją uwięzić, spalenie wszystkiego, żeby temu zapobiec, było głupotą. Wiele z jej rzeczy pozostało oczywiście w Puerto Reyes. Jej włosy na poduszkach, ubrania w komodach, kosmetyki w szufladach. Ale kto? Odpowiedź na pytanie "po co?" była jasna: żeby go osłabić. "Kto?" - było zagadnieniem trudniejszym. Przychodziła mu do głowy Mercedes; nienawidziła własnej córki. Florence? Też. Ale czy by się odważyła? Rosario była żoną medium, matką jego spadkobiercy i miała ambicje. Nie bałyby się zemsty?
- To park?
Gaspar wyrwał go z niekończących się rozważań. Powinien przestać myśleć. Miał przeczucia, gdy udawało mu się rozproszyć uwagę; ta reguła prawie zawsze działała.
- To park, ale jest w nim niespodzianka. Mówiłem ci, że za to, jaki grzeczny byłeś w podróży, pokażę ci coś niezwykłego. Teraz idziemy do pociągu.
- Pociągu?
- Tak. Pociągiem pojedziemy tam, gdzie znajduje się niespodzianka. Chyba że wolisz iść piechotą.
- Nie - zaprotestował Gaspar. - Muszę za tobą biegać.
Chciał w ten sposób powiedzieć, że trudno mu było dotrzymać ojcu kroku; każdy wydawał się synowi gigantyczny. Juan spróbował zwolnić. Było jeszcze wcześnie. Dotarli do Iguazú w południe i zjadłszy po drodze kanapki, weszli do parku wodospadów o pierwszej. Dobra godzina, bo podczas gdy turyści jedli obiad, oni mogli zobaczyć Diabelską Gardziel prawie sami. Zaczęli iść drogą wyciętą w dżungli. Juan kupił Gasparowi czapkę z daszkiem i krem do opalania dla nich obu; mieli szczęście, sprzedawali je na stoiskach przy wejściu do parku. Szli powoli, bo Gaspar przyglądał się każdemu napotkanemu zwierzęciu: ostronosom, tukanowi siedzącemu daleko na gałęzi, zamarłym w bezruchu jaszczurkom. Dotarli do kładki po godzinie i Juan był wdzięczny za tę powolność. Nie czuł zmęczenia i słońce mu nie przeszkadzało, ale poprzedni dzień był wykańczający, bezlitosny. Kładka okazała się w rzeczywistości długim drewnianym mostem nad rzeką, bez żadnych schodów. Przebycie jej nie wymagało wielkiego wysiłku.
Gaspar szedł po kładkach na palcach. Wszystko wokół było bujne i przerażające: drzewa, które dotykały rzeki, ciemna selwa w oddali, olbrzymia i bystra woda. Juan pomyślał, że powinni zastąpić te wiszące kładki konstrukcją z żelaza, każda powódź zmyłaby te deski, nieważne, jak starannie ułożone. Woda gdzieniegdzie była przezroczysta, ale w innych miejscach prądy barwiły ją na czerwono; to kolorowa ziemia mieszała się z rzeką, stanowiło to efekt, sądził Juan, jakiegoś niedawnego osunięcia. Za dziesięć lat albo więcej woda tych wodospadów będzie czerwona jak zimna lawa, jak strumienie niezastygłej krwi. Wody było dużo, nie jak dwa lata wcześniej, kiedy susza obnażyła kolorowe wyschnięte koryta rzeki; z niektórych wodospadów ledwo ciekły strumienie cienkie jak potoczki, swojskie jak prysznic. Juan przyjechał wtedy obejrzeć ten obraz końca świata. Mówiono, że znaleziono wówczas trupy w korycie rzeki, ale chociaż był pewien, że wojskowi są w stanie zrzucać ciała z wodospadów - w dodatku Park Narodowy patrolowały Służby Federalne - nie wierzył, by znaleziono tu jakiekolwiek zwłoki. Siła prądu Iguazú na tym odcinku poniosłaby ciała nie wiadomo gdzie, ale z pewnością daleko od przełomu.
Przeszedłszy dwieście metrów po wiszącej kładce, Juan wziął na ręce Gaspara, który znowu musiał za nim biec. Widział plakaty zabraniające noszenia dzieci na barana, ale nie było mowy, że nie można wziąć ich na ręce. Gaspar znalazł się jednak niebezpiecznie wysoko i sprawiał wrażenie zaniepokojonego. Patrzył nieufnie na wodę przepływającą pod kładką. Kiedy szum Diabelskiej Gardzieli przybrał na sile, a stado ptaków przemknęło po bezchmurnym niebie na brazylijski brzeg rzeki, Gaspar zaczął machać nogami i zdenerwowany, przestraszony powiedział: chcę zejść.
- Boisz się?
- Chcę zejść!
W głosie chłopca pobrzmiewała histeria i Juan go posłuchał. Było jednak jasne, że syn nie czuł lęku wysokości. Niespodziewanie ostronos przebiegł obok Juana, który musiał się przesunąć, by go przepuścić.
- Powiedz mi, co się dzieje.
Gaspar otworzył usta i rozłożył ręce. Potem uniósł je do twarzy. Miał wilgotne przerażone oczy.
- Czy tu jest potwór, który wciąga wodę? Diabeł? Nie chcę zobaczyć diabła.
Umie czytać, pomyślał Juan, i widział tablicę informacyjną.
- Nie ma żadnego diabła, po prostu tak nazwano duży wodospad.
- Nie wierzę ci.
- Usiądźmy na chwilę, potem pójdziemy dalej.
Na kładkach stały ławki z żelaza i drewna, prezent od architekta krajobrazu, tego samego, który zaprojektował ogrody w Puerto Reyes, posiadłości rodziny Rosario, posiadłości, którą miał odziedziczyć Gaspar. Nieliczni turyści szli z wysiłkiem po moście, nieśli termosy i aparaty fotograficzne. Juan czekał cierpliwie, przetarł ciemne okulary rąbkiem koszulki i pociągnął z butelki łyk gaseosy kupionej przy wejściu. Była ciepła i strasznie słodka. Oblizał sobie usta.
Chłopiec stanął na ławce i pochylił się nad nim z miną, którą można by nazwać tylko groźną. Przybliżył tak bardzo twarz, że Juan zobaczył czworo niebieskich oczu, pełnych lęku, ale również determinacji.
- Przywiozłeś mnie tu, żeby rzucić potworowi?
Więc tego się spodziewał. Mógł to być strach podsycony przez te trudne dni, przez niezdrowy sposób przechodzenia żałoby, bo dla jego syna ostatnie miesiące były koszmarem. I na domiar złego miał rację: on sam prowadził go w ramiona potworów. Juan przytulił Gaspara, nie tylko dlatego, że chłopak cały się trząsł, ale również nie chciał, żeby ruszył przed siebie biegiem, żeby mu uciekł. Gaspar szarpał się w jego ramionach. Juan posadził go siłą i złapał za twarz, zmuszając, by na niego spojrzał.
- Gasparze, synku, to tylko woda. To rzeka, w której jest ogromna dziura, i ta woda spada i robi wielki hałas. To piękne. Przywiozłem cię tu dlatego, że to piękne. I jest tęcza. Nie ma żadnego potwora, a ja nigdy nie rzuciłbym cię żadnemu potworowi, który mógłby zrobić ci krzywdę. Nigdy. Spójrz na ludzi, którzy tam idą. Czy wyglądają na przestraszonych? Nie, bo nie ma tu żadnego potwora.
Chłopak rozluźnił trochę zaciśnięte pięści i osuszył nos grzbietem dłoni.
- Chciałem cię tu przywieźć, żebyśmy zobaczyli razem coś pięknego - powiedział Juan. - Ale jeśli chcesz, pójdziemy sobie stąd.
- Jest tęcza?
- Czasem nawet dwie, kiedyś widziałem aż trzy.
I znów objął Gaspara, który tym razem się nie bronił. Nie mówił mu nic więcej, nie chciał, żeby był jeszcze bardziej skołowany. Chłopiec płakał i drżał przez chwilę, ale wreszcie się uspokoił. Juan pogłaskał go po głowie.
- Możemy przyjechać tu kiedy indziej. Jeśli się boisz, zawrócimy. Nie ma problemu.
Juan zobaczył, jak syn osusza sobie mokrą twarz koszulką, gestem, który od niego skopiował.
- Chodźmy, chcę to zobaczyć, jeśli jest tęcza.
Juan zaprowadził go za rękę do Diabelskiej Gardzieli. Kiedy ją ujrzeli, bo dało się zobaczyć wodospad z odległości jakichś dwustu metrów, z kładki, zanim doszło się do tarasu, Juan poczuł, że Gaspar wstrzymuje oddech i patrzy na niego znowu przestraszony, ale teraz powodem tego nie była nieufność; przerażały go ogrom i siła rzeki, która spadała w dół, woda tak potężna, że aż biała i rozpryskująca się w powietrzu, i jej hałas sprawiał, że ci, którzy chcieli rozmawiać, musieli krzyczeć. Nie pozwolił mu oprzeć się na poręczy, jak robili inni turyści. Tato, nie mamy nic, żeby zrobić zdjęcia, krzyknął z pochlapaną twarzą i Juan postanowił, że kupi mu później kilka pocztówek. Tęcze były dwie, jedna w głębi, gdzie woda znikała i zmieniała się w parę i pianę, a druga w oddali, ucięty łuk, który wspinał się aż po sam szczyt zbocza i znikał pomiędzy gałęziami.
W dalszej podróży do Puerto Reyes Gaspar mówił o turkusowych motylach, o tęczy, chciał poznać legendy o nich, i Juan opowiadał mu o skrzatach, o naszyjniku Isztar, ze szlachetnych kamieni, o drodze łączącej Asgard z Ziemią. Gaspar mówił o hałasie, o tym, jak bardzo się zmoczyli, i pytał, dlaczego dziadkowie nie wybudowali sobie domu właśnie tam. Nie można, to park narodowy, nie należy do nikogo, a właściwie należy do państwa. Co to jest państwo? Należy do wszystkich, nie może go kupić jedna rodzina, to chciałem powiedzieć. Ale zbudowali dom niedaleko. Nie pamiętasz go? Tak, powiedział Gaspar, ale tylko mniej więcej. Juan często myślał, że dzieci i staruszkowie są bardzo podobni: w obu przypadkach niepamięć ociera się o demencję, nie potrafią zachować wspomnień o osobach, miejscach ani sytuacjach. Gaspar spędził w tym domu wiele miesięcy życia, odkąd był niemowlęciem. I pamiętał "mniej więcej". Czy o nim też zapomni tak łatwo, czy z rodzicami jest inaczej? To bardzo ładny dom, ciągnął Juan. I jest twój. Będzie twój, kiedy dziadkowie umrą. Twoja mama nie miała rodzeństwa.
- W takim razie jest też twój. Jeśli jest mamy, jest także twój.
- Nie - zaprzeczył Juan. - Nie należy do mnie. Ja nie mam nic. Tylko ciebie.
Dom zbudowano w latach dwudziestych, kiedy rodzina Bradfordów postanowiła rozszerzyć swoje plantacje - wówczas uprawiali głównie pszenicę w prowincji Buenos Aires - o yerba mate. W owej dekadzie prowincja Misiones zaludniała się przybyszami z Europy Wschodniej, Rosji, Skandynawii; Bradfordowie, potomkowie angielskich latyfundystów będący właścicielami najżyźniejszych ziem w Argentynie, wyróżniali się znajomością lokalnej polityki i tym, że dorzucali do interesu poważny kapitał własny. To Santiago Bradford zdecydował, gdzie zbuduje wyśnioną posiadłość w ukochanej dżungli, w której polował i po której się błąkał. Wybrał ziemię nad Paraną, trzydzieści kilometrów od wodospadów Iguazú. Santiago Bradford kupił dwa tysiące hektarów dżungli i zatrudnił architekta Von Plessena i architekta krajobrazu Charlesa Blancharda, żeby zaprojektowali willę, ogrody i most nad rzeką wiszący między drzewami; miał to być swego rodzaju kilometrowy taras, z którego można by patrzeć na nurt, słońce zmieniające niebo w czerwony żar, dziewiczy las na drugim brzegu.
Na północ kupił dodatkowe trzy tysiące hektarów na plantacje yerba mate. I w tym samym czasie, kiedy budował swój wyśniony dom, założył wioskę, którą nazwał Puerto Libertad, rozrastającą się wokół domu i drogi, mającej z czasem stać się szlakiem transportowym. Jednocześnie zaprzyjaźnił się z innym właścicielem plantacji mate, José Reyesem, hiszpańskim milionerem i wdowcem, ojcem dwojga dzieci, z którym dzielił zamiłowanie do polowania. Upłynęły miesiące, zanim rozpoznali się jako członkowie Bractwa. Santiago Bradford należał do rodziny założycielskiej, José Reyes był jedynie Inicjowany. Zbieg okoliczności tak ich zdumiał, że postanowili zostać wspólnikami. Na cześć nowego przyjaciela Bradford postanowił nazwać swoją willę Puerto Reyes.
Dom ukończono w 1929 roku, tuż przed światowym kryzysem gospodarczym, który niemal nie dotknął milionerów. Bradfordowie żywili świat pogrążony w wojnie, teraz handlowali z Bliskim Wschodem, innym światem, tak dalekim, że nie przejmowano się tam spadkami i krachami na nowojorskiej giełdzie.
Santiago Bradford prawie nigdy nie podróżował do Buenos Aires. Kochał rzekę, pot przy żniwach, wilgoć, legendy osadników, opowieści lokalnej ludności o zjawach. Kochał dom o czternastu pokojach, z basenem olimpijskim, dachówkami, chłodnymi galeriami i głównym dziedzińcem, z fontanną, orchideami i wierzbami. W niektórych oknach były francuskie witraże; wokół domu Charles Blanchard posadził pięćset gatunków roślin i wytyczył ścieżki, o których utrzymanie trzeba było nieustannie dbać, bo las wracał, dziki, gotów porosnąć wszystko. Siostra Bradforda poprosiła o szklarnię i dostała ją. Przypominała mu żonę Amandę, zmarłą tak wcześnie, kiedy śmiała się, gdy motyle całowały ją w twarz, machały skrzydłami w niemożliwych kolorach na jej dłoniach, na jej ramionach.
Santiago Bradford nie mógł uwierzyć, że ktoś tak wspaniały jak Amanda mógł urodzić Jorgego i Mercedes, jego dziwne i ponure dzieci. Szczególnie Mercedes, brzydka i sarkastyczna dziewczyna, której nikt nie kochał ani nie szanował. Chwytając się ostatniej deski ratunku, przedstawił jej dobrą partię, syna José Reyesa, Adolfa, młodzieńca nawykłego do życia w dżungli, który ukończył studia w Anglii. Niemożliwy kandydat dla jego oschłej córki. Jednak się dogadali. Adolfo nie zakochał się w Mercedes, ale zrozumiał, że obydwie rodziny pragnęły tych zaręczyn, spełnili więc życzenie swoich rodziców. Żona nie musiała być przecież ukochaną kobietą.
Adolfo twierdził, że Mercedes nie była ładna ani tym bardziej urocza, ale miała w sobie coś w rodzaju szaleństwa ocierającego się o zło, które go pociągało; podniecało go, że byłaby zdolna go zabić, a przynajmniej spróbować. I, co najważniejsze, Bradfordowie byli ważnymi członkami Bractwa, a nie zwykłymi szarakami jak oni. Byli członkami najczystszej krwi. Małżeństwo to katapultowało rodzinę Reyesów, a Bractwo lubiło, żeby stowarzyszonych łączyły więzy krwi i pieniądze. Około 1945 roku Santiago przeprowadził się prawie na stałe do Puerto Reyes. Pampa mnie zmęczyła, mawiał. I poluje się tam ciągle na to samo, wiskacze, jakieś ptaki.
Wracał do Buenos Aires tylko w interesach. Czasem też wtedy, gdy upał stawał się zbyt męczący.
Mercedes i Adolfo pobrali się w 1947 roku, ale nigdy nie wzięli ślubu kościelnego; nic nie robili sobie z plotek i nie obchodziły ich pozory. Tego samego roku umarł jeszcze bardzo młody José Reyes, utopił się w Paranie. Poszedł żeglować pijany. Adolfo był teraz odpowiedzialny za plantacje mate, które stały się wspólną własnością jego rodziny i rodziny żony. Adolfo i Mercedes bali się, że Perón skonfiskuje ich własność, a zwłaszcza że pozbawi ich Puerto Reyes, ale mieli szczęście: Bradfordom odebrano tylko ziemie leżące przy drodze do La Platy, z których i tak nie korzystali - miały zostać zmienione w publiczny park - a Reyesom kazano jedynie poprawić warunki pracowników, co zrobili niechętnie i tylko tymczasowo: utrzymali brutalnych zarządców używających batów, minimalne racje żywnościowe, pracę dzieci. Adolfowi często śnił się okrzyk neike!, dla jego pracowników daleki od tego, co rzeczywiście znaczył w guaraní: "siła". Miał on zmusić mensú, pracownika plantacji mate, do dania z siebie wszystkiego, aż do skraju fizycznego wyczerpania. Sam nie lubił zaglądać na plantacje. Wolał, podobnie jak ojciec, pić whisky, bimber z trzciny cukrowej, wino, coraz więcej, od samego rana. Lubił blondynki, szczególnie hoże córki osadników, ale też delikatniejsze Kreolki. Z upodobaniem kolekcjonował lampy i obrazy, fajki i pierwsze wydania książek - chociaż czytał rzadko - ludowe relikwie Guaranów, amulety, talizmany; był wyznawcą San La Muerte. Jego siostra Nora założyła nieopodal Puerto Reyes, w 1949 roku, pierwszy ogród zoologiczny w Misiones. Z biegiem czasu miał się przeistoczyć w schronisko dla zwierząt, sanktuarium dla gatunków zagrożonych wyginięciem i mekkę argentyńskich weterynarzy. Sama wyjechała do Francji, wyszła za mąż i nigdy nie wróciła do kraju, ale ogród zoologiczny zostawiła wiernym współpracownikom, pionierom ekologii. W tym samym roku Adolfowi i Mercedes urodziła się ich jedyna córka, Rosario.
Adolfo postanowił zbudować dom dla gości i rozweselić starość Santiago kolejną wnuczką, Cataliną, na którą wszyscy mówili Tali, córką swojej kochanki pochodzącej z Corrientes, najpiękniejszej kobiety, jaką kiedykolwiek widział, pół Indianki, pół Włoszki. Spędzał z nią każdą wolną chwilę; śnił o niej w swoje pijackie noce. Razem się upijali, podróżowali po wioskach w poszukiwaniu perełek ludowego rzemiosła, Adolfo przesiadywał do zamknięcia knajp, najpierw z Tali w ramionach, potem z wyrośniętą dziewczynką. Rosario im towarzyszyła, siostry się uwielbiały, bawiły się razem, bardzo trudno było je rozłączyć, kiedy nadchodził koniec wakacji. Mercedes spędziła całą ciążę w łóżku i miała ciężki poród, nie mogła mieć więcej dzieci, więc dużo czytała i podróżowała; starała się bywać w Europie raz na rok, uczestniczyła w sekretnych i intensywnych zgromadzeniach Bractwa. Czasem czytała o Hekate i o wiedźmach z Makbeta, czasem zaszywała paszcze ropuchom i buszowała po cmentarzach. W Londynie uczestniczyła we wszystkich ważnych Ceremoniach; może jej miejsce zamieszkania sytuowało ją na peryferiach, ale w Bractwie zajmowała pozycję centralną. Była szanowana, ważna, była czystej krwi. I chciała jeszcze większej władzy. Mieszkanie w Argentynie nie ujmowało jej ważności; pieniądze, jak mawiali Bradfordowie, to kraj sam w sobie.
Nigdy jednak, nawet w najśmielszych marzeniach, Mercedes nie wyobrażała sobie, że jej brat, bardzo zdolny lekarz, błyskotliwy kardiolog, powie jej pewnej nocy, podekscytowany do szaleństwa, krzycząc, że chyba znalazł medium, ciężko chorego chłopca, pięcioletniego, na którego sercu wykonał zabieg niezwykle wysokiego ryzyka, stanowiący prawdziwe wyzwanie dla jego reputacji i prawdziwy przełom dla tej dyscypliny na kontynencie. Że tak, był pewien; jego moc rozkwitnie. Że powinni mu pomóc, zaopiekować się nim, wychować go. Nie mogą pozwolić mu umrzeć. W jego rodzinie czeka go śmierć, Mercedes, to ciemni imigranci mieszkający w Berisso, parszywym porcie. Nie stać ich nawet na to, żeby zamieszkać w Buenos Aires. Mercedes przez długi czas nie chciała mu uwierzyć, nawet kiedy chłopiec - delikatny, o mrocznym spojrzeniu - chwilowo zamieszkał w budynku przy ulicy Libertador, w Buenos Aires, z całą ich rodziną. Nie chciała mu uwierzyć, chociaż uwierzył mu Santiago, jej własny ojciec, który postanowił nauczyć chłopca magii, języków obcych, mitologii, sztuki. Nie chciała mu uwierzyć, gdyż sądziła, że to ona znajdzie medium; pracowała nad tym usilnie, odkąd ogromnie się rozczarowała co do Rosario, swojej córki, którą mężczyźni z rodziny zabronili jej szkolić. Słabi, moralni mężczyźni, myślała. Dziewczynka nie wydawała się mieć żadnych zdolności, ale te przecież można przywołać. Uch, wściekała się, a kiedy zły humor stawał się nie do zniesienia, wyładowywała się na Rosario, bijąc ją tak, że córka miała potem czerwone plecy.
Nie wierzyła w to, póki medium nie ujawniło się w Puerto Reyes, a mężczyźni prawie oszaleli. Juan wyniósł ich w hierarchii Bractwa - a zwłaszcza Mercedes, bo nosiła nazwisko Bradford - na poziom wcześniej nie do pomyślenia; a oczy Kultu Cienia zwróciły się niespodziewanie i ostatecznie w kierunku willi w selwie otoczonej czerwoną ziemią.
- Więc straciliśmy czas i pieniądze, przesyłając ci bilety lotnicze - stwierdził Adolfo, zanim przywitał się z Juanem, który zaparkował samochód pod drzewami, niedaleko od bramy głównej Puerto Reyes. Adolfo już był pijany, ale jeszcze dużo mu brakowało, żeby zaczął być nieprzyjemny. Niebo groziło deszczem i dom, pomalowany na biało, wyglądał pięknie. - Zawsze kiedy chcesz, udaje ci się zwiać, co? Ci ochroniarze to nieudacznicy.
- Chciałem przyjechać samochodem z Gasparem, potrzebowałem tego czasu z nim. Jak się masz, Adolfo?
- Miewałem lepsze momenty. A jak ty się masz?
Adolfo pochylił się nad Gasparem i zapytał, nie przytulisz dziadka? Gaspar zrobił to bez entuzjazmu. Adolfo miał chude ramiona, nieco spalone słońcem. Po chwili ukazała się Mercedes. Poruszała się z trudem, o kuli, kość udowa, złamana podczas upadku z konia, nigdy dobrze się nie zrosła. Pocałowała chłopca, który próbował się jej wyrwać, i pogłaskała go po włosach obiema rękami. Mój skarbie, mówiła. Potem spojrzała na Juana: zachłanność wykrzywiała jej uśmiech.
Teściowie nie wiedzieli, jak go traktować. Czy z szacunkiem należnym wróżowi, medium, temu, kto rozmawia z bogami? Z naturalnością, z jaką traktuje się członka rodziny? Z surowością, na jaką zasługiwała jego buntowniczość? Jemu było wszystko jedno.
- Mój drogi - powitała go Mercedes. - Już przygotowano pokój. Domyślam się, że masz ochotę odpocząć po tej podróży, która z pewnością była okropna. Tylko ty potrafisz przyjechać, sam prowadząc całą drogę, kiedy możesz wybierać między szoferem a samolotem.
Postanowiła najwyraźniej nie oskarżać go o ucieczkę. Jeszcze raz wymienią ochroniarzy, robili tak za każdym razem, kiedy się im wymykał. Mercedes nosiła ciemne okulary nawet w domu, ale zawsze zdejmowała je, by na niego spojrzeć. Zdawała się lekko zirytowana i niespokojna.
- Przygotowaliście tym razem inny pokój?
- Oczywiście.
Ruszyli chłodnym głównym korytarzem Puerto Reyes. Na białych ścianach wisiały ozdoby Adolfa: trofea myśliwskie, poroża, głowy rysiów o długich uszach. Również oryginalne grafiki Rembrandta, niewielkie, w ozdobnych ramach. Mercedes mówiła, że ta kolekcja niszczeje tutaj, w lesie deszczowym, że te dzieła powinny być przechowywane w Buenos Aires. I Adolfo posłuchał jej, jeśli chodzi o większą część swoich zbiorów, z wyjątkiem Rembrandta i obrazu Cándida Lopeza przedstawiającego szturm na Curupaytí, wiszącego w salonie głównym: żołnierze jak czarne owady i dym na horyzoncie, i ogień na błękitnym niebie. Obraz był piękny i przerażający, Adolfo zaś zdecydowanie odmawiał podarowania go Muzeum Narodowemu; nie chciał też go sprzedać. Rosario krzyczała na niego: tato, to wstyd, że mamy płótno tutaj, cały Cándido jest w Muzeum Historycznym lub Narodowym, to kradzież, to przecież dziedzictwo, a on odpowiadał, niech po niego przyjdą w takim razie, skurwysyny, gówno im dam. Rosario udawała oburzenie, ale Juan widział, że się uśmiecha; mimo kłótni pozostawała z ojcem w dobrych stosunkach, chociaż był człowiekiem płytkim i egoistycznym.
Weszli na pierwsze piętro, Mercedes kazała im przygotować pokój z widokiem na rzekę, jeden z tych, które miały klimatyzację. Gaspar wbiegł do niego, otworzył plecak na łóżku i wyjął swoje samochodziki.
- Jeśli będziesz czegoś potrzebował, tu jest dzwonek.
Kiedy Juan rozejrzał się po pokoju, zauważył od razu, jak wielki wysiłek włożyli w to, żeby pozbyć się wszystkiego, co mogłoby przypominać o Rosario. Nie było bukietów kwiatów ani kadzidła pachnącego drzewem sandałowym, białej pościeli, którą tak uwielbiała, ani jednego przedmiotu czy ozdoby z pokoju na dole - tam Mercedes nie usunęła niczego. Ani lamp, ani orientalnej papierośnicy, ani jednego obrazu czy zdjęcia.
- Dziękuję - powiedział Juan, a ona kiwnęła głową. Spojrzała na niego: miała zimne, zdystansowane spojrzenie, jakby była naćpana.
- Będę w swoim pokoju.
- Nie zamierzam ci przeszkadzać.
Mercedes położyła mu na ramionach chude dłonie; nosiła tylko obrączkę, poza tym wyglądała na zaniedbaną, nie farbowała włosów. Innych mogła oszukać, ale Juan wiedział, że jest zdolna zabić i nie zna litości.
- Jak mógłbyś mi przeszkadzać?
Działała klimatyzacja, szyba dużego okna była tak czysta, że miało się wrażenie, że jest otwarte, rozciągał się z niego widok na ogród. Z innych okien ogromnego pierwszego piętra widać było pole golfowe, o które Adolfo przestał dbać, a selwa w końcu zmieniła je na powrót w plątaninę chaszczy.
Stojąc twarzą do okna, Juan rozebrał się do naga i położył na pościeli, z rękami za głową i zamkniętymi oczami. Słyszał Gaspara, który zajął tymczasem biurko i rysował coś na kartkach, które wyjął z plecaka. Musiał się go pozbyć. Następnych godzin, aż do samej Ceremonii, nie mógł spędzić z synem. Nie mógł się nim teraz zajmować, nie tak, jak on tego potrzebował, w najprostszy sposób, rozerwać go, pobawić się z nim czy wyjść na spacer. Adolfo potrafił zaopiekować się wnukiem, ale teraz był pijany. I lubił broń, lubił żagle, a przede wszystkim miał za długi język. Zostawić z nim Gaspara było zbyt niebezpiecznie.
Spróbował przypomnieć sobie, co Rosario robiła z Gasparem podczas Ceremonii, i uświadomił sobie, że nie ma bladego pojęcia. Ona mu nie opowiadała, a jemu nie przyszło do głowy zapytać.
To był kolejny błąd. Ilu z uczestników kultu, ilu Inicjowanych wiedziało, że Gaspar może dysponować wrodzonymi zdolnościami? Teraz, kiedy chłopiec już ujawnił swoje możliwości, rozejście się plotki było tylko kwestią czasu.
Juan westchnął głęboko i wyciągnął rękę, żeby wezwać Marcelinę. Od lat pracowała w Puerto Reyes, Juan jej ufał. Była dyskretna, skuteczna i miała niesamowity talent do udawania, że nie ma pojęcia, co dzieje się w tym domu, sądzono, że naprawdę nie obchodzą jej sprawy chlebodawców, a z resztą służby mówiła tylko w guaraní. Kobieta zjawiła się na wezwanie natychmiast. Jej głos lekko drżał, kiedy zapytała, tak, proszę pana? Musiała być bardzo zdenerwowana spotkaniem z nim po śmierci Rosario, ta śmierć na pewno szczerze ją zasmuciła. Marcelino, powiedział, możesz poprosić pana Estebana, żeby przyszedł tu do mnie na górę? Tak jest, proszę pana, odpowiedziała, a Juan pomyślał, proszę pana, proszę pana, czemu zmuszali ją, żeby tak się do niego zwracała? Kiedy byli sami, mówiła mu na ty.
Stephen nalegał, żeby w Argentynie nazywali go Estebanem. W Europie używał swojego prawdziwego imienia, tego angielskiego. Juan zawsze mówił na niego Stephen. Znali się od prawie dwudziestu lat i pierwsze spotkanie, tak odległe, miało miejsce właśnie tutaj, w Puerto Reyes. Starszy syn liderki Bractwa, Florence Mathers, i jej męża Pedra Margaralla, wiodącego żywot odludka, miał ciężkie powieki i ciemnoniebieskie oczy; był wysoki, chociaż przy Juanie wydawał się niski. Wszedł bez pukania, ubrany w ciemnobrązową koszulę i czarne spodnie. Był niewątpliwie wściekły. Juan otworzył oczy, ale nie ruszył się z łóżka. Gaspar spojrzał na Stephena z zaciekawieniem, przywitał się z nim i wrócił do swoich rysunków.
Stephen powiedział głośno:
- Proszę, powiedz mi, że nie mam racji.
- Mógłbyś nauczyć się mówić po argentyńsku, spędzasz tu wiele miesięcy w roku. Jak tam twój narzeczony z Misiones?
- Doskonale. Co robiłeś na cmentarzu w Corrientes?
- Śledziłeś mnie?
Stephen rzucił na goły brzuch Juana złożoną stronę gazety. Juan spojrzał na nią. Zdjęcie było fatalnej jakości - lokalny dziennik drukowano najwyraźniej w małej drukarni - ale zrozumiał, że wprawne oko Stephena dostrzegło na ziemi zamazany już symbol. Świece nie zdradzały niczego. Na wszystkich okolicznych cmentarzach adepci brazylijskich kultów ustawiali świece; na wszystkich zarzynali kury i na kartonowych tacach składali dary z owoców.
- Nie zatarłeś nawet śladów.
Juan zaczął czytać artykuł, ale wolał zapytać:
- Czy były jakieś konsekwencje?
- Stróż umarł.
- Nie miałem takiego zamiaru.
Stephen przymrużył oczy, wyrwał mu gazetę z ręki i zaczął ją drzeć na małe kawałki.
- Już zająłem się tym, wysłałem coś policji i rodzinie zmarłego, żeby nie kontynuowali dochodzenia.
Juan nie podziękował. Zapytał, czy Mercedes, Florence i pozostali coś wiedzą. Stephen odparł, że nie, oni nigdy nie czytają lokalnej prasy.
- Co chciałeś wiedzieć?
- Nie naraziliśmy się na niebezpieczeństwo.
- Wy nie. Sąsiedzi mieszkający niedaleko cmentarza już nigdy nie będą spać spokojnie.
- Nic mnie nie obchodzą ci ludzie.
Stephen nie musiał mu mówić, żeby zaczęli rozmawiać w tajemnicy. Cały wysiłek wkładał w to on, w odróżnieniu od tego, co działo się z Tali.
Inwokacja wymaga ogromnej dawki energii. Dzień przed Ceremonią, w twoim stanie, to samobójstwo.
Musiałem się dowiedzieć, czy Gaspar może go zobaczyć.
Mogłeś to zrobić bez wykorzystywania tego niepotrzebnego i prostackiego pokazu siły.
Stephen usiadł w nogach łóżka. Juan wyczuwał jego żal, ale również bezwarunkowy strumień energii trzymającej ich razem. Pokręcił głową i przyciągnął go do siebie. Stephen przysunął się tylko trochę, wystarczająco blisko, żeby pocałować go delikatnie w usta. Juan pogładził jego siwe włosy.
Wszystko jest przygotowane. Tali też zaczęła swoją robotę. Poza moją matką jest w domu dwóch Anglików, którzy trochę znają się na rzeczy. Pozostali to zwykli Inicjowani, Tali przyjeżdża jutro. Spotkamy się we troje wczesnym popołudniem, w pobliżu miejsca Ceremonii.
Znam tych Anglików?
Obaj to skrybowie. Chyba ich znasz.
Jeśli umrę po Ceremonii, chcę, żebyś zawiózł mojego syna do Brazylii, zostaw go mojemu bratu. Wciąż nie znalazłem pieczęci, by go ochronić.
Stephen spojrzał na niego swoimi małymi przenikliwymi oczami.
Nie umrzesz jutro. I nie mogę tego zrobić. Pojadą za nim. Przywoływałeś już w gorszych momentach.
Juan przypomniał sobie poprzedni rok. Tak, był w o wiele gorszym stanie. Żeby utrzymać go na nogach, Stephen musiał przywiązać go do skleconego naprędce krzyża. Robił to już drugi raz. Ciało Juana, przywiązane do drewna, okryte tuniką, jasne włosy, dłuższe niż teraz, opadające mu na twarz. Juan nie pamiętał, co działo się po Ceremonii. Nie obudził się w domu, musieli przewieźć go do szpitala, najpierw w Corrientes, a potem, gdy jego stan był już stabilny, do Buenos Aires. Trzeba było odczekać sześć miesięcy, żeby przeprowadzić operację, która ocaliła mu życie, potrójne by-passy. Dwudzieste ósme urodziny obchodził na intensywnej terapii.
Uważasz, że mogę bezpiecznie zostawić syna z Marceliną?
Jasne. Muszę ci wyjaśnić kilka rzeczy. Ale chcę, żeby go najpierw stąd zabrano.
Juan znów wezwał Marcelinę i poprosił, żeby przyszła. Żeby jej nie zawstydzać, okrył się prześcieradłem i powiedział, żeby przysunęła krzesło do łóżka. Stephen nie ruszył się z miejsca.
- Chcę, żebyś zaopiekowała się Gasparem, aż do niedzieli.
- To dużo czasu, proszę pana.
- Nie mów do mnie proszę pana.
- Chciałabym najpierw powiedzieć, że strasznie mi przykro z powodu Rosario. Bardzo ją kochałam. Jest nam bardzo smutno.
- Już dobrze, Marcelino.
Siedząc na łóżku, oparty na stosie poduszek, wyjaśnił jej, że Gaspar już umie czytać i lubi to, że umie pływać, ale żeby zabierała go tylko na basen. Tak, proszę pana, rzeka jest zdradliwa, a chłopiec jeszcze bardzo mały. Wszystkie ubrania ma w tej torbie, na krześle. Nie grymasi przy jedzeniu. Jeśli rozboli go głowa, daj mu aspirynę i połóż spać. Jeśli zapyta o mnie, powiedz, że jestem w pracy. Zabierz go, żeby obejrzał motyle, może się przestraszyć, chociaż nie sądzę. Na pewno spodoba mu się zoo.
Juana uspokajało to, że Marcelina, jej mąż i dzieci mieszkają w bardzo ładnym małym domu przy wjeździe do Puerto Reyes: od wielu lat byli dozorcami. Gaspar będzie odizolowany od wszystkiego, co wydarzy się w rezydencji, a jednocześnie znajdzie się w odległości zaledwie dwustu metrów. I pod dobrą opieką.
- Powiedz mi, Marcelino, ile pije pan Adolfo? Ale tak naprawdę.
- Dużo. Powiedziałabym, że codziennie wypija dwie butelki whisky. Znajduję w nocy puste.
- Więc jest non stop pijany?
- Nie potrafię powiedzieć.
- Pływa łódką?
- Tak, ale już nie on steruje, tylko mój mąż.
- Jeśli będą pływać po rzece, mogą zabrać Gaspara. Ale tylko z twoim mężem. Tali mówiła mi, że są dwa nowe psy.
- Ogromne. Nie pozwolę chłopcu się do nich zbliżać, też okropnie się ich boję.
Powiedział, że Gaspar lubił też kładkę dochodzącą do wieży widokowej nad rzeką, tę wielką, zbudowaną nad drzewami. Chodziłyśmy tam z nim na spacery z jego mamą, a on pytał, czy właśnie lata, odparła Marcelina. Wolę, żeby nie zbliżał się do domu, powiedział Juan. Uważajcie, żeby nic go nie ugryzło. Nie martw się. Ogród zoologiczny jest bardzo dobrze utrzymany, a ja umiem zajmować się dziećmi.
Potem Juan zawołał Gaspara, który do nich podszedł. Zacisnął w pięść jedną dłoń, a Juan rozprostował mu po kolei wszystkie palce i pomasował rękę. Muszę teraz popracować, powiedział. Gaspar spojrzał na niego podejrzliwie, ale pokiwał głową. A kiedy mnie nie będzie, ona się tobą zajmie. Pamiętasz ją? Gaspar znów pokiwał głową. Nie bój się, wrócę za dwa dni. To niedużo czasu?, zapytał Gaspar. Niedużo. Dwie noce. Sam policz.
- I mam telefon do stryjka.
Juan pocałował Gaspara w czoło. Potem powiedział Marcelinie, żeby wzięła torbę, plecak i kartki, i chociaż zdziwił się, że syn nie zapytał go, dokąd się wybiera, co za pracę ma do wykonania, czy jedzie sam, o rzeczy, które na pewno chciał wiedzieć, a on zawczasu przygotował sobie odpowiedzi, pozwolił mu wyjść bez słowa. Marcelina też milczała. Miała długie włosy związane w koński ogon, bardzo ciężki i ciemny. Podała Gasparowi dłoń, ale on wolał wziąć do ręki plecak.
Stephen położył się obok Juana, imitując jego pozycję, ręce za głową, zamknięte oczy. Od momentu, kiedy się poznali, byli nierozłączni, konspirowali razem, razem ponosili porażki. Stephen był starszym synem Florence, liderki Bractwa. Wychował się, spędzając połowę czasu z ojcem w Cadaqués, a połowę w angielskich elitarnych szkołach. Przez całe życie mieszkał w luksusowych rezydencjach i cieszył się największymi przywilejami, ale czuł się na poły cudzoziemcem, na poły sierotą.
- Słucham cię - powiedział Juan.
Wypróbują małego, jak czynili to ostatnio, ale tym razem nie pozwolą, żebyś był przy tym obecny. Błędem było wywoływanie demona na oczach syna tuż przed tym, jak moja matka i jej najbliższe otoczenie ma sprawdzić jego umiejętności.
Gaspar sądzi, że wizja demona to był sen.
Naprawdę w to wierzysz? Jeśli opowie im o tym śnie, zrozumieją, że go oszukałeś. Popełniłeś błąd, kolejny autodestrukcyjny błąd. Zaczynam wątpić w twoją miłość do syna i zaczynam sądzić, że coś przede mną ukrywasz. Jeśli demon wymknąłby ci się spod kontroli, mógł cię rozszarpać na oczach dziecka. Albo rozszarpać dziecko. To nie do końca prawda, że chciałeś się przekonać, czy on może go zobaczyć. Miałeś inne możliwości, by się tego dowiedzieć. Może po prostu wariujesz? Po co grasz w tę grę?
Czego się dowiedziałeś na temat śmierci Rosario?
Nic nie znalazłem.
Uważam, że źle szukałeś.
Możliwe. Byłem zajęty innymi sprawami. Mercedes w podziemnym tunelu przetrzymuje tłumy więźniów. Niektórzy z nich to dzieci. Eksperymentuje, żeby znaleźć nowe medium, jak nigdy wcześniej, i moja matka się na to godzi. Martwią się, że Gaspar wciąż się nie ujawnił, uważają, że twoja śmierć zbliża się wielkimi krokami, i nie chcą stracić komunikacji. Gaspar jest za mały, żeby w tej chwili próbować przeprowadzić rytuał migracji.
Zapadła cisza. Juan usłyszał szum klimatyzacji.
Posłuchaj mnie. Jeśli stwierdzą, że Gaspar nie jest medium, i tak będzie, bo ukryjemy przed nimi jego możliwości, zaczną przygotowania do Rytuału. Wiesz, że nie wiąże się on z torturami fizycznymi, na tym etapie jest prosty.
Nie chcę, żebyś o tym wspominał. Nigdy nie oddam im mojego syna. Rytuału nie da się odprawić z powodzeniem. Już to sprawdziliśmy.
Widzieliśmy tylko próby. Nieudane. Wiesz, że szanse powodzenia w twoim przypadku są bardzo duże. I nie musiałbyś go im oddawać, wykorzystałbyś ciało syna dla siebie.
To dokładnie to samo. On przestałby istnieć. Nie zmienię zdania. Nawet możliwość tego, że kiedy umrze, znajdzie się w Innym Miejscu, nie sprawi, że się na to zgodzę. Mówisz tak samo jak Rosario.
Jeśli on jest medium, nie ma innego wyjścia, Juanie. Jest niedużo młodszy niż ty, kiedy zaczęli cię wykorzystywać. Przygotowania mojego brata zaczęły się, kiedy był jeszcze młodszy od Gaspara. Używaliby was obu, póki twoje ciało nie odmówi posłuszeństwa. Można byłoby tego uniknąć, gdyby chłopiec nie istniał. Ale istnieje i jest twoim synem. I jeśli nie chcesz użyć jego ciała, żeby przetrwać, pomogę ci. Oszukamy ich, teraz jest to możliwe. I żeby Rytuał się nie powiódł, kiedy przyjdzie na to czas, też. Możemy odsunąć Gaspara od Bractwa i uniknąć tego, że użyją jego ciała do Rytuału.
Mój syn i tak jest w niebezpieczeństwie.
W mniejszym, jeśli nie dowiedzą się, że ma zdolności. I nie dowiedzą się, bo pracowaliśmy ciężko, żeby się tak nie stało, z pomocą Innego Miejsca. Nie ufasz mi, nie wierzysz w nas? W sześć lat możemy ocalić go przed Rytuałem.
Obiecujesz mi to?
Tak naprawdę to ty powinieneś mi to obiecać. Jedynym sposobem na to, żeby Rytuał się nie powiódł, jest to, żebyś ty tego nie chciał. Musiałbyś zachowywać się tak, jakby nie zadziałał, albo sprawić, by nie zadziałał.
Nie znoszę czuć się tak bezbronny, nie znoszę czuć tego tak oczywistego braku mocy, nie znoszę patrzeć, jak bardzo się mylą i upierają się przy tej adoracji.
Ile razy już o tym rozmawialiśmy? A jednak tu jesteś?
Jakbym mógł tego uniknąć.
To był błąd, że nie spróbowaliśmy przejąć kontroli nad Bractwem wcześniej. Nie spróbowaliśmy tak naprawdę.
Juan patrzył w sufit.
Rosario mogła przejąć kontrolę nad Bractwem, z Gasparem i z tobą, wiesz o tym.
Myślisz, że dlatego ją zabili?
Moja matka jest dobrą negocjatorką. Nie znalazłem nawet śladu poważnych podejrzeń, które kazałyby myśleć o jakimś planie. Rosario była buntowniczką, to żadna tajemnica.
Nie zdradź mnie, Stephenie.
A ty mnie nie obrażaj. Przez ciebie znalazłem się w niebezpieczeństwie.
Stephen wstał z łóżka, ale zanim odszedł, położył dłonie na barkach Juana, chociaż nie patrzył mu w oczy.
Matka powiedziała mi raz, że twoja moc jest tak wielka jak twój brak odpowiedzialności. Zawsze będę przy tobie. Dopóki mnie nie odrzucisz, będę przy tobie.
Stephen odsunął się od Juana i nie spojrzawszy na niego, odszedł.
Lekarz zapytał Juana, jak się czuje, a on powiedział mu prawdę, opisał objawy i kryzys. Bradford postanowił zwiększyć dawkę beta-blokerów i leków antyarytmicznych. Potem go zbadał. Dotykał go zdrową ręką, drugą, okaleczoną, ukrywał pod czarną rękawiczką. Chcę, żebyś wziął coś na uspokojenie i się przespał, powiedział. Juan się zgodził, był zmęczony. Będę potrzebował czegoś mocniejszego. Bradford nie spierał się z nim i dał valium w najwyższej dawce. Jesteśmy lepiej przygotowani niż w zeszłym roku, żeby zadbać o twoją rekonwalescencję, zapewnił, gdy Juan połykał dwie tabletki bez popijania. Graciela jest już w domu, towarzyszy jej inny lekarz i zorganizowaliśmy bardzo nowoczesną salę szpitalną.
Dobrze, Jorge, powiedział Juan.
Bradford chciał coś dodać, ale się zawahał. Od dwudziestu lat zachowywał się w ten sam sposób, z obojętnością mającą ukryć oddanie. Juan usnął nago na pościeli i być może za sprawą klimatyzacji śnił o tym, że Ciemność jest zimna i wilgotna, śnił o szczękaniu zębami i o zniekształconych istotach, i lasach dłoni, i wisielcu powieszonym za nogi, i lesie, i wtedy nie mógł iść dalej przed siebie, chodzenie w Ciemności było bardzo trudne, jak wspinaczka, kiedy nie wystarcza powietrza, i rzeczy nabierały w jego oczach znanych kształtów, ale później znów stawały się obrazami popsutymi i niewytłumaczalnymi; las był jasny, ale znajdował się tak daleko i nie miał koloru, i jasna była też zjawa czyhająca pomiędzy drzewami, stosy czaszek, czarna rzeka, która nie szumiała.
Obudził się podniecony, ale nie zagubiony: Puerto Reyes było jego domem bardziej niż jakiekolwiek inne miejsce, nawet teraz, kiedy bywał tu tylko raz w roku. Wziął szybki prysznic i pod wodą, w kłębach pary, pomyślał o Gasparze. Ma się dobrze, poczuł. Jest blisko i ma się dobrze. Ubrał się i ruszył na spotkanie ze Stephenem i Tali, a kiedy wyszedł na korytarz, zrobiło mu się słabo od upału. Gęstego jak smoła. Z tego, co mógł usłyszeć, w domu nie było nikogo. Z pewnością Florence, Mercedes, Bradford i Anne, i inni zebrali się gdzieś, ale ich nie słyszał.
Mógłby oznaczyć każdy kąt tego domu na swojej prywatnej mapie, te same schody, po których teraz schodził, kiedy był małym chłopcem, prowadziły go do Miejsca Mocy. Ogród, w którym Tali pocałowała go pierwszy raz, a on usiłował ukryć swoje zdumienie i radość, nie zmienił się zbytnio. Miał policzone kroki dzielące go od kładki do rzeki.
Kiedy zostawił schody za sobą, poczuł, najpierw w opuszkach palców, a potem za sprawą rozbłysku światła w głowie, jakąś rozpacz w starym tunelu łączącym dwa domy: willę główną i dom dla gości. Tunel przestał być używany po powodzi, znajdował się zbyt blisko rzeki i się zawalił, oprócz jednego fragmentu, najbliższego willi Puerto Reyes: wciąż zostało tam dwieście metrów. Mercedes używała go do przetrzymywania swoich dzieci i więźniów. Zawsze polowała na te porzucone, a tu, na północy, blisko granicy, miała idealne tereny łowieckie, wśród biednych, zapomnianych ludzi, tak bezbronnych, że nie zgłaszali nawet władzom żadnych zaginięć. Od lat mogła liczyć także na przyjaciół wojskowych, którzy przekazywali jej swoich porwanych. Ciemność domaga się ofiar, wyjaśniała na swoje usprawiedliwienie. To nie była prawda. Ciemność o nic nie prosiła i Juan o tym wiedział. W Bractwie to Mercedes była najzagorzalszą zwolenniczką okrucieństwa i perwersji jako drogi do sekretnego oświecenia. Juan uważał też, że dla niej amoralność była oznaką przynależności klasowej. Im bardziej oddalała się od zasad moralnych, tym bardziej dowodziła wyższości swojego pochodzenia. Florence nie podzielała jej metod, ale też nie powstrzymywała Mercedes, która jako członkini jednej z rodzin założycielskich Bractwa cieszyła się swobodą i miała własny sposób działania.
Tali i Stephen czekali na niego pod starą pergolą otoczoną przez posągi z brązu, które Adolfo Reyes kazał przywieźć z Francji. Stephen siedział na schodach pergoli, a Tali stała obok i paliła papierosa. Juan pocałował ją w usta i zaprowadził do środka. Tutaj, blisko Miejsca Mocy, mógł rozmawiać z nimi głośno, bez większego wysiłku otaczając ich wszystkich ścianą milczenia, bo już żywił się Ciemnością, już czuł, jak nowa siła pulsuje mu w żyłach, jak jego uszy i skóra łowią każdy dźwięk, jakby obdarzono go intuicją nocnego zwierzęcia.
- Musieliśmy wykonać podwójną pracę - powiedziała. - Twoje dziecko ma taką moc, że się wyswobodziło. Nie zostawiłeś mi wystarczająco dużo włosów, na szczęście zapomnieliście ubrań.
Juan się uśmiechnął. Wziął ją za rękę i przysunął palce do ust. Cuchnęły suchą słoną krwią.
- Co to za stare sztuczki? - zapytał.
- Stare sztuczki działają - zauważył Stephen.
- Czasem tylko one - przyznał Juan.
Nie widział ze swojego pokoju Miejsca Mocy. A jednak przez otwarte okno wdzierał się zapach świec, które wyznaczą mu drogę w nocy, chociaż on przeszedłby ją na pamięć. Nie denerwował się, nie bał; po prostu czuł. Był gotów na koronę cieni. Wkrótce już miał wejść do tej ciemnej sfery, gdzie niby był, a jednak przestawał istnieć. Umiał wyjść z niej bez trudu, nie zawsze tak było. Teraz czuł się jak gość, któremu dano klucz, żeby wchodził i wychodził, kiedy przyjdzie mu ochota.
Tunikę uszyto z czarnego tiulu; kiedy opadła na jego nagie ciało, Juan wyjął ręce przez otwory rękawów. Ręce muszą być na zewnątrz. Ktoś, prawdopodobnie Florence, kazał przykleić do maski małe rogi młodego jelenia. Juan przejrzał się w lustrze przed wyjściem. Przebranie nie było konieczne, ale Bractwo lubiło uroczyste elementy rytuału, a Juan przyjmował to z rezygnacją. Rozumiał, że wywoływały pożądany efekt.
Zszedł po schodach i na dziedzińcu zobaczył pierwsze świece, w dwóch wijących się równolegle szeregach. Panowała niemal kompletna cisza, z wyjątkiem odgłosów nocnych ptaków, chlupotania rzeki, szczekania psa gdzieś w oddali. Kiedy wyszedł z willi Puerto Reyes i znalazł się na drodze wydartej selwie, spojrzał na swoje dłonie: już nie należały do niego. Już były czarne, jakby zanurzył je w błotnistym stawie. Całkiem czarne, aż po nadgarstki. Ich kształt też się zmieniał. Powoli i bezboleśnie rosły mu palce, z początku wyglądały, jakby zaatakował je nagle reumatyzm, i jednocześnie paznokcie robiły się długie i mocne, zakrzywione, złote sztylety. To był jego znak medium, fizyczna przemiana, która go wyróżniała i była jego klątwą. Bóg o złotych paznokciach.
Zrobił kolejny krok i ujrzał pierwszy szereg Inicjowanych. Przeszedł pomiędzy nimi. Miejsce Mocy przyciągało go, szarpało za skórę. Kiedy na nie wstąpił, odwrócił się i zanim rozpostarł ramiona, omiótł spojrzeniem Inicjowanych, starych w pierwszych rzędach, młodych z tyłu, niektórzy czekali z ciekawością, inni bali się, skrybowie przygotowani, przeznaczeni na ofiarę z zawiązanymi oczyma i spętanymi rękami.
A potem nie widział już nic więcej.
Tali czekała między Inicjowanymi. Widziała swojego ojca w pierwszym rzędzie, obok Mercedes, u boku skrybów, ale ona nigdy nie odważyłaby się zająć tam miejsca. Wolała znaleźć się na drugim planie.
Zawsze uczestniczyła w Ceremoniach. Szła tam dla Juana, ale także dlatego, że to, co przychodziło wraz z nocą, było boskie, choć, miała co do tego pewność, nie było święte. Stephen, jedyna osoba w Bractwie, do której czuła prawdziwą sympatię, słuchał jej uważnie w poprzednich dniach, kiedy pracowali nad ochroną dla Gaspara i próbowali obdarzyć magiczną siłą Juana. Nie chce już więcej przywoływać, ale mówi, że nie może przestać, powiedziała Tali. Jak to nie może?
Stephen, który postarzał się i dziwnie wyszczuplał, odparł, że to kłamstwo. Nie chce przestać, powiedział. Jeśliby tego pragnął, mógłby zrezygnować. Ma moc, żeby się ukryć, ma znajomych, którzy pomogliby mu zniknąć, jeśliby tego pragnął. Nie kłamie, kiedy się usprawiedliwia, ale to tylko wymówki. Nie wiem i nigdy się nie dowiem, jak to jest być w kontakcie z tą siłą, ale wiem, że niełatwo ją zignorować. Nikt by nie potrafił, on też nie. Nie rozumiem i nigdy tego nie pojmę, jak udało mu się przez tyle czasu nie zwariować.
Stephen umoczył we krwi ubrania Gaspara i pociął je na kawałki. Na podłodze namalował kredą symbole. Miał upaprane ręce, podobnie jak Tali.
No, do końca normalny to on nie jest, kolego, odparła, a Stephen się uśmiechnął. No nie. Pogorszy mu się, kiedy zmniejszy się jego moc. Tali chciała wiedzieć, czy moc zmniejsza się dlatego, że pogarsza mu się zdrowie. Nie sądzę, rzekł Stephen. Uważam, że moc ma swój cykl, a jego cykl dobiega końca. Albo gaśnie. Żadne medium nie przetrwało tak długo, dlatego nie wiemy z całą pewnością, co się z nim dzieje ani dlaczego.
A jednak Tali nie czuła teraz wcale, że cykl kończy się, stojąc pośród świec, w nieznośnym upale selwy, z Inicjowanymi, którzy czasem padali na ziemię, płakali i drżeli. Czuła, podobnie jak wszyscy, jak nadchodzi, i nie miała odwagi się odwrócić. To nie był człowiek, którego znała, nie ten, który sypiał w jej łóżku. Ten, co kroczył krokami tak jasnymi, że czuć było, jak każde źdźbło ociera się o jego bose stopy, nie był już właściwie człowiekiem.
Tali miała opuszczoną głowę aż do chwili, kiedy krzyki, jęki i ekstaza pozostałych zmusiły ją, by spojrzała.
Juan znajdował się już na Miejscu Mocy. Tym razem miał maskę. Rozpostarł ramiona i przechylił głowę na bok, z przyklejonym porożem leśnego zwierzęcia wyglądał jak obojętny demon.
Dłonie: Tali widziała, jak je wyciągał. Szpony ptaka, kompletnie czarne, spalone, ale sprawiające wrażenie lepkich. Złote paznokcie lśniły jak noże w świetle świec. Ilu świec? Setek. I wtedy hałas otwieranej Ciemności.
Jest jak dyszenie, pomyślała Tali, jak psy, które dusi obroża; albo psy spragnione, głodne, jak wejście do psiarni. Ciemność narastała najpierw wokół Juana, jakby była parą wydzielaną przez jego ciało, i nagle - Tali zawsze zaskakiwał ten moment - oddalała się od niego we wszystkich kierunkach, robiła się ogromna i płynna, nieco połyskliwa. Trudno było na nią patrzeć, była czarniejsza niż noc, zwarta, zasłaniała drzewa, światła świec, a kiedy rosła, unosiła Juana, który dryfował w niej, wisząc na skrzydłach czerni. Skrybowie pisali, Tali widziała ich, ale nie słyszała niczego prócz dyszenia i tego łopotu skrzydeł. Co słyszeli ci, którzy słyszeli głos Ciemności? Juan kiedyś powiedział jej, że nic, że to czysta sugestia, że to, co pisali, było automatycznym głosem zrodzonym w ich mózgach. A jeśli naprawdę coś słyszeli, dodał, nie mogło to być nic dobrego. Tali wypatrywała w tłumie Stephena, ale teraz było to już niemożliwe: rzędy się rozpadały, niektórzy biegli w stronę drzew, bardziej odporni Inicjowani starali się ich powstrzymać, a z Ciemności wydobywał się lodowaty cuchnący oddech.
Nadszedł moment ofiary. Mercedes była mistrzynią Ceremonii. Ci, których składano w ofierze Ciemności, mieli zasłonięte oczy, związane ręce, potykali się. Naćpani i ślepi, nie mieli pojęcia, z czym przyjdzie im się zmierzyć. Może spodziewali się bólu. Tali zobaczyła młodego mężczyznę, bardzo chudego, całkiem nagiego. Płakał, był przytomniejszy niż pozostali, drżały mu wargi. Gdzie nas prowadzicie?, krzyczał, ale jego krzyki zagłuszały dyszenie Ciemności i pomruki pozostałych.
Mercedes nie miała zbyt wiele roboty. Ciemność była głodna i nigdy nie odrzucała tego, co jej podsuwano. Ci, których złożono w ofierze Ciemności, zostali pożarci w mgnieniu oka. Mieli szczęście, pomyślała Tali. Mówiła ojcu, że jest przeciwna tej praktyce. Rosario też. On z pogardą odparł, że i tak mieli umrzeć. O co im chodziło, czemu tak bardzo broniły tych gówniarzy? Są naznaczeni śmiercią, moje drogie. Wyświadczamy im przysługę.
Wielu członków Bractwa sądziło, że w rzeczywistości był to dla nich zaszczyt. Na przykład dla kogoś takiego jak młody człowiek, ubrany mimo upału w czarny garnitur, który z własnej woli zbliżał się do Ciemności. Tali zobaczyła, jak wyciąga palce, żeby dotknąć twardego czarnego światła, u boku Juana, na wysokości jego bioder.
I zobaczyła, jak Ciemność spowija najpierw jego palce, potem całą dłoń, a w końcu, z pełnym zadowolenia mlaśnięciem, zabiera go całego. Krew z pierwszych kęsów ochlapała Juana, ale on już się nie ruszał. Nie poruszy się jeszcze przez chwilę, póki Ciemność się nie zamknie.
Potem dwie kobiety, które szły za rękę. Jedna młoda, druga starsza. Czyżby matka i córka? Ciemność odgryzła starszej głowę i przez chwilę ciało bez niej szło dalej. Młodsza nawet na to nie spojrzała, a jeśli coś zauważyła, nie zrobiło to na niej wrażenia. Weszła w Ciemność zdecydowana i uśmiechnięta i pociągnęła za sobą bezgłowe ciało, chwyciwszy je za ramię. Zniknęły, pozostawiając tylko ślady krwi, strumienie tryskające z tętnicy szyjnej chlusnęły na wiernych z pierwszych rzędów, którzy teraz cofali się, bo Ciemność opadała, opadała jak dach mroku albo gardziel bez dna i zdawała się mieć oczy i móc wybierać.
Tali widziała, jak połknęła jednym haustem klęczącego nagiego mężczyznę. Potem zobaczyła, jak Inicjowani nie mogą się powstrzymać, żeby unieść ramiona i otrzeć się o Ciemność, która pożerała palce, ręce. Zobaczyła pośród tłumu, zaledwie przez sekundę, Stephena poplamionego krwią; świece wciąż płonęły, ale niewiele mogły wobec czarnej pułapki Ciemności, która spowijała wszystko jak welon.
I wtedy Ciemność zaczęła odpływać. Najpierw ten czarny dach, jakby z nietoperzy, zaczął się unosić, daleko, i kurcząc się, otaczał Juana, który powoli opuszczał ręce i znów spoglądał prosto przed siebie. Ciemność nie znikała, cofała się jak burzowe chmury, ale utrzymywała się wokół medium i wolno opuszczała je na ziemię. Inicjowani, ci przerażeni i ci oczarowani, spokojni, a także skrybowie, wszyscy byli posłuszni tym, którzy mieli twardszy charakter albo większe doświadczenie i od nowa formowali szyki. Niektórzy zapalali świece, które bliskość Ciemności zgasiła. Wszyscy udawali, że nie czują strachu; ci, którzy drżeli, woleli wyjaśniać to ekstazą, wzruszeniem, chwałą, jaką było ujrzenie żywego boga.
Juan klęczał teraz na jednym kolanie, słychać było jego przyspieszony, bolesny oddech. Wciąż otaczała go cieniutka ciemna aureola, która, jak wiedzieli wszyscy, była niezwykle niebezpieczna, cięła jak kosa.
Medium wstało. Ruszyło prosto jak zahipnotyzowane, oczy miało szeroko otwarte i wilgotne. Tali podeszła do niego: pachniało potem, jego ciało pod tuniką było mokre, wydzielało zapach morza, soli i czegoś kwaśnego. Cofnęła się. Nie chciała, by ją naznaczyło. Medium podniosło głowę i zdawało się wąchać noc. Otaczająca je cienka aureola wiła się w powietrzu, unosiła się za nim, jakby jego ciało parowało. Inicjowani przyprowadzali mu zranionych przez Ciemność. Medium - Tali nie mogła nazywać go Juanem, nie poznawała go - kładło swoje czarne dłonie na ich ranach i je wypalało. Kauteryzowało, a Inicjowani krzyczeli z bólu, ale tylko przez chwilę, wierzyli bowiem, że utrata jakiejś części ciała znaczyła ich jako wybranych i ulubionych wyznawców. Kiedy zostawali wyleczeni, płakali ze szczęścia. Dłonie i ręce utracone w Ciemności stawały się teraz nowymi kończynami, odgryzionymi, odciętymi. Ciemność kurczyła się coraz bardziej, Inicjowani padali do nóg medium jak wygłodniałe psy, pomyślała Tali, i ofiarowywali mu swe nagie ciała. Tym razem było ich wielu, wielu żebrzących jak o kromkę chleba, dotykali się, niektórzy drapali. W końcu medium ustępowało. Zwykle naznaczało niewielu. Tym razem wybrało chudą dziewczynę, z płaskim biustem i szerokimi biodrami, która stała z dala od pierwszej linii błagających Inicjowanych, dziewczynę, której usta mówiły, proszę, ale stała spokojnie, dziewczynę niebędącą ani wilczycą, ani uległą suką: dziewczynę przypominającą węża, za sprawą swoich małych oczu i płaskiego nosa. Medium zbliżyło się do niej, okrążyło ją wolnym krokiem i przeciągnęło swymi trzema złotymi paznokciami po jej plecach. Krew spływała po nagich nogach, malowała na nich ciemny pas: Inicjowani patrzyli na to z otwartymi ustami. Potem opowiadali, że rany były tak głębokie, że widać było kręgosłup i żebra. Dziewczyna zachwiała się na nogach, ale medium podtrzymało ją i swoją drugą ręką, która powoli powracała do normalnych kształtów - paznokcie nie były już złotymi szponami, była tylko zdeformowana i czarna, jakby dotknięta reumatyzmem - pogładziło ją po plecach. I przestała krwawić. Otwarte rany zmieniły się w ciemne blizny, jakby ręka była nasączona czasem. Potem medium pozwoliło dziewczynie osunąć się na ziemię, a samo odeszło, powoli, w stronę domu. Ciemna aureola przestała je otaczać. Inicjowani zobaczyli jeszcze, że kiedy skręcało w ścieżkę ze świec, wciąż miało czarne ręce. Nie wolno było iść za nim. Mogli mu towarzyszyć tylko Stephen i wybrana grupa. Tali również, gdyż o to poprosiło samo medium, a jemu pozwalano na pewne kaprysy.
Inicjowani nie mieli pojęcia, co działo się później, nie znali konsekwencji, jakie Ceremonia miała dla zdrowia medium. Musieli zostać przy ołtarzu i razem z Florence odprawiać rytuały zamknięcia, kiedy ranni ustawiali się w kręgach, by posmarowano ich maściami; sprzątano krew, usuwano martwe ciała. Świt, wciąż jeszcze daleki, wieńczył Ceremonię.
Tali nie brała udziału w końcowych rytuałach. Pobiegła, z rozpuszczonymi czarnymi włosami i w białej sukni poplamionej krwią, w stronę ścieżki ze świecami i Juana. Tęskniła za Rosario bardziej niż kiedykolwiek, tęskniła za jej opanowaniem i rozsądkiem.
Tak długo odzyskiwał przytomność, że obserwując drżenie palców czy zmianę rytmu oddechu, Tali nie chciała robić sobie nadziei. Trzeba było czekać. Bradford brzmiał optymistycznie. Doktor Biedma, jego uczennica, wydawała się zmartwiona. Juan stracił przytomność, ale jego serce się nie zatrzymało. Od lat to się nie zdarzało, myślała Tali.
Po dziesięciu godzinach Stephen wyszedł z pokoju. Muszę się przespać, powiedział. Tali położyła mu rękę na plecach, widziała, że jest wycieńczony, i rozumiała, że nie chce spać w tym smutnym pokoju, przy zapalonym świetle, z głośnym monitorem rejestrującym arytmiczne bicie serca Juana, jego ciężki oddech. Nawet Rosario unikała tego, póki Juan był nieprzytomny.
Tali nie chciało się spać. Bradford traktował ją z pogardą, jak zwykle. Dla niego była owocem wybryku Adolfa z jakąś wiejską czarownicą. Tali przygotowała w głowie potężne zaklęcie mające przynajmniej w najbliższych tygodniach zakłócać sen doktorowi Bradfordowi. Zaraz po powrocie do domu zamierzała wykonać nad nim pracę, krótką, ale skuteczną. Juan i Stephen nie powinni się dowiedzieć, zawsze przestrzegali ją przed używaniem magii w celu wyładowania własnej złości lub frustracji. Kim byli, żeby ją osądzać, co za bezczelność, sami robili znacznie gorsze rzeczy.
Tali spojrzała kątem oka na swoje odbicie w szybie. Skończyła już trzydzieści lat. Kiedy mówili jej, że jest piękna, mieli na myśli gęste włosy, ciało nawykłe do długich spacerów i blask ciemnych oczu. Ale nigdy się nie malowała, nie troszczyła się o swoją cerę, nie lubiła pierścionków ani bransoletek; kiedy prawili jej komplementy, zawsze było jakieś ale, wyglądałabyś jeszcze lepiej, gdybyś... Czuła, że się starzeje, że powinna zrobić coś ze zmarszczkami mimicznymi wokół ust i rozstępami na biodrach, których dorobiła się w miesiącach letnich, spędzanych na rowerze, dzięki czemu wyszczuplały jej nogi. Podeszła do łóżka, gdzie Juan nadal leżał nieprzytomny. Pogładziła go po lewej ręce, po ranie, która się nie goiła, i nie doczekała się żadnej reakcji. Przez cały dzień był w takim stanie. I tak nie można było tego porównać z przygnębiającymi godzinami poprzedniego roku, których ona nie zniosła: zamknęła się w szpitalnej łazience, modląc się jak szalona do Świętego, ale przede wszystkim bojąc się; w końcu znalazła ją Rosario i poprosiła, by posiedziała przy Juanie, bo ona musiała spędzić chwilę z Gasparem. Chłopiec, nie przypadkiem, miał wysoką gorączkę, której nie mogli mu obniżyć. Pamiętała, że siostra była zmęczona, miała włosy spięte w kok i działała z godną pozazdroszczenia determinacją. Patrząc na nią, Tali zrozumiała, że przeznaczeniem Rosario było kierowanie Bractwem. A jeśli zabili ją właśnie dlatego? Juan nie chciał ani nie potrafił pojąć polityki Bractwa oraz ogromnych ambicji Rosario. Od tego był Stephen.
Juan wysunął dłoń z jej ręki i jednym ruchem, który wydał się jej bardzo szybki, zdjął z twarzy maskę tlenową. Zanim poszła zawołać Bradforda, pogłaskała go po bladych ustach i opuchniętych powiekach. Jak zwykle po Ceremonii miał takie dziwne oczy. Bardziej przejrzyste, z drobnymi wylewami, zdawały się ślepe. Tali wiedziała, że jego stan poprawi się w kolejnych godzinach. Pochyliła się nad nim i pocałowała go w czoło, a on zapytał, ile czasu minęło. Jeden dzień, mniej więcej, odrzekła. Zaraz wracam, powiedziała i otworzyła drzwi, Bradford stał już po drugiej stronie, jakby coś go zaalarmowało. Tali zostawiła ich samych. Oparła się o okno korytarza. Na zewnątrz niebo groziło kolejną burzą, z nocnej czerni odrywały się fioletowe chmury, a powietrze wydawało się zrobione z miodu. Tali pogładziła talizman pod cienką skórą ramienia, tak niewielki, że przypominał ukąszenie albo wyprysk. Mój Święty, dziękuję ci, powiedziała i obiecała mu w słowach, których nikt nie mógł zrozumieć, wspaniały prezent, kiedy już wróci do domu, do swojej świątyni. Kiedyś zapytała Świętego, kim jest Ciemność, zapytała o to w nocy, wiele lat temu, pośród świec i wina, a Święty odpowiedział za pomocą kart; nieraz, kiedy je stawiała, w samym środku rozdania pojawiała się jedna, będąca odpowiedzią: Księżyc. Była to karta, którą narysował jej Juan i którą Tali rozumiała najmniej, zawsze interpretowana jako znacząca zmiana, zmiana z własnej woli. Ale symbolizowała też rozczarowanie, rozdarcie, halucynacje. A nawet szaleństwo.
Bradford wyszedł z pokoju i skinieniem głowy pokazał Tali, że może wejść. Lekarz miał brudne włosy, a ona poczuła, jak ogarnia ją wstręt, jakby przypadkiem dotknęła garnka z zepsutym mięsem.
Juan siedział na łóżku, zapinał czystą białą koszulę z krótkim rękawem. Na pościeli kłębiły się rurki kroplówek, elektrody i inne medyczne sprzęty. Kiedy na niego spojrzała, zobaczyła, że ma mniej popękanych naczynek w oczach, powoli wracały do swojej normalnej zieleni poplamionej żółcią. Juan poprosił, żeby podeszła: trzęsły mu się ręce, nie mógł zapiąć do końca koszuli. Tali mu pomogła. Zapytała, czy może już stąd wyjść, a on odpowiedział, że Bradford nie pozwala, ale on nie ma zamiaru zostać w łóżku. Chcę, żebyś zabrała mnie na krótki spacer, poprosił. Tali skończyła zapinać mu guziki i zapytała, czy może utrzymać się na nogach. Nie uniosę twojego ciężaru, jeślibyś upadł, powiedziała. Juan postawił stopy na podłodze i oparł ręce na ramionach Tali. Kiedy wstał, wziął głęboki oddech, żeby wyprostować kolana. Mogę, odparł. A gdzie Stephen? Odpoczywa, ale mogę go zawołać.
Pokój, w którym Juan miał dojść do siebie po Ceremonii, znajdował się na parterze; gdyby było inaczej, Tali nie odważyłaby się z nim przespacerować, nie dałby rady zejść po schodach. Pozwoliła mu oprzeć się o siebie z taką siłą, jaką mogła unieść, on obejmował ją w pasie. W krótkim korytarzu prowadzącym na dziedziniec nie spotkali nikogo, na zewnątrz też nie, w pobliżu fontanny i wierzby. Kiedy odeszli kawałek od domu, Juan zapytał:
- Wypróbowali już Gaspara?
- Dziś po południu - odparła Tali. - Mnie nie chcieli nic opowiedzieć, ale Stephenowi tak. Podobno nie przeszedł żadnej z siedmiu prób.
Juan spojrzał na nią z uśmiechem, który sprawiał, że wydawał się bardzo młody, jak nastolatek. Tali nie widziała już twarzy mężczyzny, który przeraził ją poprzedniej nocy. Usiedli na fotelu, jednym z tych, które Mercedes kazała wynieść do ogrodu i zastąpić nimi niewygodne metalowe i drewniane ławki. Tali przycupnęła na skraju fotela, Juan obok niej, ale siedział wyprostowany, żeby lepiej oddychać. W ogrodzie było bardzo ciemno. Kiedy używano klimatyzacji, gaszono wszystkie możliwe światła, nawet jeśli włączony był agregat. Dom dla gości był pełen, starano się zapewnić im wygodę. Nie wolno było zbliżać się do głównej willi, gdzie przebywało medium.
- Nawet nie wiesz, jaką siłę ma ten chłopak - powiedziała Tali. Juan nie odpowiedział. Pozwolił jej mówić. - Mieliśmy ciężkie zadanie. To dlatego, że jest mały?
Juan wyprostował się jeszcze bardziej w fotelu, żeby jej odpowiedzieć. Białka jego oczu wyglądały już prawie normalnie.
- Nie. Skoro jest mały, powinno było pójść łatwiej.
- No cóż, nie był to też poród. Ale trochę mnie to kosztowało. Uciekał mi na wszystkie strony!
Juan otarł ręką czoło. Mimo wilgotnego, trudnego do zniesienia upału nie pocił się.
- Muszę cię prosić o przysługę. Chcę, żebyś go utrzymała w takim stanie. Gaspara.
- No jasne, Juanie. Dopóki nie odejdziesz, pozostanie zablokowany.
- Nie o to mi chodzi.
- Juan, żeby rozmawiać, powinniśmy użyć ciszy, nie?
Pokręcił głową. Był podekscytowany.
- Dziś słyszę, jak rosną rośliny, słyszę każdy szept w domu, kroki gości, nawet lamenty tych, których Mercedes ukrywa w tunelu. Nikt nas nie podsłuchuje. Jesteśmy sami.
I wtedy ją poprosił: chcę, żebyś zablokowała mojego syna na zawsze. Muszę wiedzieć, czy potrafisz to zrobić. Tali powiedziała, że może spróbować, ale wyjaśniła mu także, jak bolesne może to być dla kogoś tak młodego. Odprawiając obrzędy, żeby go zablokować, czuła, jakby robiła fizyczną krzywdę chłopcu. Jakby krzyczał, mówiła Tali i przypomniała sobie te dreszcze, wrażenie, że przecina mięśnie, kiedy manipulowała laleczką zrobioną z krwi, włosów, ubrań i kości. Jakby dusiła silnego kociaka, który dopiero co przyszedł na świat i desperacko pragnie żyć. Stephen musiał kreślić znaki wiele razy, bo znikały, jakby brakowało im mocy, jakby ścierała je jakaś ręka. Utrzymanie Gaspara w tym stanie było możliwe, ale wymagało wiele wysiłku i jak sądziła Tali, miało się okazać dla niego szkodliwe. I oznaczało wyrok śmierci na nią i Stephena, jeśli zostaną odkryci.
Oczy Juana były zimne.
- Nie odkryją was, jeśli odprawicie rytuały w Świątyni. Znak ochronny pozwoli utrzymać w tajemnicy wszystko, co rozegra się w środku.
- Jesteś palantem, nie powiedziałeś mi, że po to go robisz.
- Możesz zablokować mojego syna?
- Nie wiem, co się może stać, kiedy dorośnie.
- Kiedy dorośnie, zobaczymy. Nikt go niczego nie nauczy. Chcę, żeby wierzyli, że się nie nadaje. Jedno podejrzenie wystarczy, żeby zaczęli go wykorzystywać.
Stephen wszedł do ogrodu ścieżką prowadzącą od domu dla gości. Ukucnął przed Juanem i zlustrował go wzrokiem. Przespał się trochę, wydawał się spokojniejszy.
- Moja matka uważa, że Ceremonia była fantastyczna, i chce cię zobaczyć, kiedy poczujesz się lepiej. Twój syn jest z Marceliną.
- Tali opowiedziała mi, że Gaspar nie przeszedł żadnej próby.
Juan pamiętał dokładnie siedem prób. Były proste i miarodajne. Przeszedł je wszystkie bez większego wysiłku, zanim jeszcze ujawnił się jako medium. Gaspar też by je przeszedł, gdyby nie zabiegi Stephena i Tali.
- Dzieciak mógłby być wspaniały, gdybyś go wyszkolił. Jeśli pozwoliłbyś, żebym ja to zrobił. Rosario tego chciała i dobrze o tym wiesz.
- I już dość go nauczyła. Gaspar ma sześć lat i stawia tarota. Nie chcę wracać do tych dyskusji. Nie będziemy się kłócić. Ja już postanowiłem. Nie wycofacie się, prawda?
- Oczywiście, że nie. Będą powtarzać próby raz na rok albo za każdym razem, kiedy uznają to za stosowne. Nie powiedzieli mi, jak to zrobią, ale tego nie możesz odmówić.
- Właśnie prosiłem Tali, żeby zablokowała Gaspara na zawsze, musisz jej pomóc.
Stephen westchnął.
- Słuchaj, wiem, że w tej chwili ostrożność niewiele cię obchodzi, ale rozmawianie o tym tutaj to szaleństwo.
- Pomożesz jej?
- Oczywiście, że tak. I wystarczy już. Wystarczy.
Stephen wziął Juana za obie ręce. Jak Tali, pogłaskał ranę na dłoni. Pójdę po Gaspara, powiedział.
Kiedy chłopiec wszedł do ogrodu, z oczyma klejącymi się od snu, prowadzony przez Stephena, miał bardzo poważną minę, póki nie zobaczył ojca, wtedy zaczął biec, wskoczył na fotel i przytulił go tak mocno, że Tali musiała spojrzeć w inną stronę, na noc i jej burzę, światła w domu dla gości, białe orchidee wiszące nad omszonymi drzewami.
Juan i Gaspar razem spali i razem spędzili poranek, zjedli kolację i śniadanie w łóżku, oglądali telewizję. Juan czuł do niego ten szczególny dystans, jak zwykle po Ceremonii: nadwrażliwość połączoną ze zmęczeniem i zamroczeniem.
Gaspar nie opowiadał nic o próbach, którym poddały go jego babcia, Florence i Anne. Juan nie chciał go wypytywać. Czy pomyślał, że to jakaś zabawa? Opowie mu w swoim czasie. Zmęczony po godzinach utraty przytomności, wolał to zawieszenie. Jednak znał syna na tyle dobrze, by wiedzieć, że skoro nie wspominał o tym, co się stało, to dlatego, że wciąż o tym myślał. A gdy Gaspar milczał i zastanawiał się, to dlatego, że coś mu się nie spodobało, ale nie znajdował jeszcze słów, by o tym opowiedzieć. Potrzebował czasu, a Juan chciał mu go dać. Mówił o czym innym. O zoo, do którego zabrała go Marcelina. Tam opiekują się zwierzętami, mówił, bo źli ludzie na nie polują. Źli ludzie. Juan się uśmiechnął, powtarzał po kimś to wyrażenie. Czuł wyraźnie pracę, jaką wykonali nad nim Tali i Stephen. On mógł wszak wciąż odgadnąć, co myśli jego syn, i rozmawiać z nim, nie wypowiadając słów. Nie czuł już jednak tej wibracji, która narastała, odkąd zobaczyli tamtej nocy w hotelu ducha ciężarnej kobiety. Wibracja była gęsta i pulsująca jak ból głowy. Chłopiec czuł się lepiej bez tego ciężaru.
Bradford wiele razy zaglądał w nocy do Juana, żeby upewnić się, że ma się dobrze. Doktor Biedma też. Gaspar spał tak spokojnie u jego boku, że nawet się nie obudził, kiedy Bradford wchodził i kilkakrotnie mierzył Juanowi ciśnienie. Tak miło było nakryć się prześcieradłem, usiąść na łóżku i patrzeć na noc za oknem, zostawić za sobą rozbryzgniętą krew, obolałe po transformacji dłonie, widok składanych w ofierze, zawiązanych oczu i otwartych ust.
I poza tym zostawić za sobą nowo zdobytą pewność: on nie otworzył Ciemności dla Rosario. Nikt poza nim nie mógł jej otworzyć, a on tego nie zrobił. A ponieważ nikt poza nim nie potrafił otworzyć Ciemności, więc jej tam nie było. Demon go zmylił. Nie był odporny na jego sugestie, chociaż lubił myśleć, że jest. Cóż za arogancja. W każdym razie ulgą było wiedzieć, że Rosario nie znalazła się w lesie dłoni, wśród pól torsów, w lesie kości, który ona uważała za świątynię. Albo w dolinie wisielców, gdzie mężczyźni i kobiety wisieli za nogi, gdzie swoją wieczność spędzał Eddie, młodszy brat Stephena, chłopak, który był szkolony na medium i poniósł klęskę. Na tych pustkowiach nigdy nie było istot żywych. Jedynie ludzkie szczątki. A może był w Bractwie ktoś jeszcze zdolny otworzyć Ciemność? Czyżby Mercedes znalazła medium wśród porwanych, których więziła? Czy on mógł nie zdawać sobie z tego sprawy?
Nie, powiedział głośno. Nie może wciąż o tym rozmyślać, bo zwariuje. W godzinach po Ceremonii najtrudniej było zachować zdrowy rozsądek.
Po śniadaniu poszedł z Gasparem na drewnianą kładkę wiszącą nad koronami drzew i schodzącą stromymi schodkami na czystą plażę, z której widać było główną przystań w Puerto Reyes. Usiadł na grubym piasku i patrzył na syna, który bawił się patykami, szkieletami ryb, swoimi samochodzikami i pluskał się na brzegu. Poprosił, by nikt im nie towarzyszył, z wyjątkiem ochroniarzy, innych niż w Buenos Aires, którzy trzymali się na dystans. Rzeka była jakby zirytowana, wezbrana od deszczu, brązowa i mętna. Poprzedniego dnia Marcelina pożyczyła Gasparowi plastikowe wiaderko i chłopak zbierał do niego kwiaty żakarandy opadłe z drzew, czerwone kwiaty koralodrzewu, rozmaite zielone liście. Juan miał ochotę popływać, ale nie czuł się na tyle silny fizycznie, by to zrobić. Kiedy wyciągał ramiona, wciąż jeszcze trzęsły mu się ręce.
Jego stan mógł się poprawić po kilku dniach albo nie. Bradford mu to wyjaśnił: z medycznego punktu widzenia nie dało się zrobić nic więcej. Miał powiększone, niewydolne serce i to było nieodwracalne. Mógł liczyć na leki, najnowszą wiedzę medyczną i inne środki paliatywne. Najbardziej prawdopodobne były jednak pogorszenie i śmierć w ciągu miesięcy, kilku lat, w ułamku sekundy.
Słońce przyprawiało go o ból głowy.
- Wejdę na drzewo! - krzyknął Gaspar.
Juan żałował, że nie zabrał niczego do picia; był spragniony. Nie chciał prosić o nic ochroniarzy. Patrzył, z jaką wprawą jego syn wspina się po zakrzywionym pniu, a potem stąpa po kolejnych gałęziach, by w końcu usiąść na jednej, dość niskiej, jak na koniu. Nauczył się tego pewnie na spacerach z matką, gdy robili sobie wycieczki, a on zostawał sam, leżąc w łóżku. Kiedy był mały, nigdy nie wszedł na drzewo. Zaborcza zazdrość wypełniła jego usta metalicznym posmakiem i uświadomił sobie, jak niebezpieczne jest to uczucie, co oznacza ono dla Gaspara, dla niego samego, dla tej odrobiny rozsądku, jaka mu jeszcze została.
Wyczuł kroki Stephena; dzieliło ich jakieś sto metrów, nadchodził kładką. Jego krok był trochę chwiejny; przynosił coś do picia, coś z lodem. Patrzył, jak schodzi z wysiłkiem, balansując, po stromych schodkach i z uśmiechem przyjął od niego napój. Była to mrożona herbata, Stephen nienawidził yerba mate we wszystkich możliwych postaciach, ale bardzo lubił herbatę uprawianą w Misiones, wydawała mu się o wiele lepsza, niż uważali przymuszani do pracy przy niej parobkowie.
- Dzień dobry - przywitał się Stephen, kiedy usiadł. Juan wypił szklankę herbaty dwoma łykami, zimno sprawiło, że jego lewe oko mocno zabolało. - Chcą dziś z tobą porozmawiać. Oczywiście uszanują twoją decyzję, jeśli zechcesz przełożyć spotkanie.
- Nie - odparł Juan. - Im szybciej, tym lepiej.
Stephen poskarżył się na upał i zdjął ciemną koszulkę. Od dawna się nie opalał, jego gruba, usiana piegami skóra była blada. Miał opalone tylko przedramiona, jak kierowca ciężarówki. Na plecach bliźniacze blizny, które zaczynały się pod obojczykami i ciągnęły się aż do pasa, były grube i wypukłe. Juan pogładził je opuszkami palców: to on otworzył i zamknął te rany.
Stephen przyjechał do Misiones z matką. Miał piętnaście lat i Florence uznała, że jest już na tyle duży, by wziąć udział w Ceremonii. Juan, dwunastoletni, był wysoki i szczupły; podczas tych pierwszych obrzędów nie rozumiał jeszcze, czym było to wrażenie w rękach, to pragnienie naznaczenia kogoś. Stephen pokazał mu drogę, kiedy stanął przed nim, uklęknął, odwrócił się i odsłonił plecy. Potem opowiedział, że cięcie było bardzo szybkie i bolesne; Juan pamiętał, że jego złote paznokcie szorowały po kościach i żebrach Stephena. Chłopak nie krzyczał ani nie zadrżał, ściskał dłońmi trawę. Wyjaśnił mu, jaką ulgę przynosiły dłonie, kiedy leczyły rany, paznokcie były jak pieszczota. Juan przypomniał sobie, że Florence rozpłakała się wtedy z radości. Uważała to za błogosławieństwo. Trochę mu zazdrościła, musiała przyznać. Sama nosiłaby z dumą blizny po złotych paznokciach. Wiedziała, że te znaki były zobowiązaniem wobec Juana, bliznami wierności. To, że wierność starszego syna miała odtąd być podzielona pomiędzy medium a Bractwo, nie do końca się jej uśmiechało, ale Florence akceptowała decyzje Ciemności i ich nie kwestionowała. Zaszczytem było to, że Ciemność dotknęła jej starszego syna, nieszczęściem, że wzgardziła Eddiem, młodszym, największą porażką jej życia. I szkoda, że nie wybrała jej.
Naznaczeni mieli w Bractwie specjalny status: większy dostęp do wiedzy, rytuałów, udział w podejmowaniu decyzji w wąskim gronie. Byli dotknięci przez bogów. Młoda dziewczyna naznaczona poprzedniej nocy będzie zapraszana na ważne rytuały, będą spełniane jej kaprysy i jeśli Juan sobie tego zażyczy, może być z nim w bliskich stosunkach. Stephen mógł tak swobodnie się z nim kontaktować nie tylko dlatego, że był synem Florence, ale też dlatego, że był jednym z naznaczonych. Z biegiem lat ich więź stała się intymna, braterska, a także seksualna. Jeśli Florence to przeszkadzało, nigdy nie powiedziała tego głośno. Wszyscy jednak wiedzieli, że wolałaby ten przywilej dla swojego drugiego syna. Ale już nikt nie wspominał o Eddiem, który zniknął dziesięć lat wcześniej.
Gaspar potrząsnął gałęzią tak mocno, że niektóre liście doleciały do Juana i Stephena.
- Schodź już! Nie będę cię zdejmował.
Potem nastąpiła cisza i powolne i pełne wahania ześlizgiwanie się dłoni i nóg. Drzewo nie było wysokie i Juan wiedział, że jego syn sobie poradzi. W niecałe pięć minut znów był na plaży i biegł w jego stronę.
- Trudniej się schodzi, niż wchodzi.
- Dziwi cię to?
- Tak, na przykład ze schodami jest odwrotnie.
Jedną rękę miał pełną liści, które dosypał do kolekcji w wiaderku. Cześć, powiedział do niego Stephen i usiadł obok. Kiedy Gaspar zaczął porządkować swoje kwiaty i chwasty, i liście na ciemnym piasku plaży, Juan zapytał go:
- Jak było wczoraj z babcią? Opowiadałeś mi tyle o zoo, ale o tym, jak się z nią bawiłeś, ani słowa.
- Nudziłem się. Powiedziała, że pójdziemy się pobawić, ale bawiliśmy się w dziwne rzeczy, które nie były fajne. Nie lubię być z babcią. Z dziadkiem tak.
- W co się bawiliście?
Gaspar opowiedział o próbach na swój sposób, niespójny i chaotyczny, ale Stephen i Juan, którzy je znali, od razu zrozumieli, o czym mówi. Zasłonili mu oczy i zapytali, kto jest w pokoju. Wymienił obecnych. Nie wyczuł nikogo innego. Kiedy wciąż miał opaskę na oczach, poproszono go, żeby wyobraził sobie symbole. Jak co, zapytał Gaspar. Jak liczby. Albo inne. Opowiedział o kwiatach, które widział, zanim zaczynała go boleć głowa.
- To się nie liczy? - zapytał Juan.
- Chyba nie zwróciło ich uwagi. To aura migrenowa. Nie są idiotami.
Chłopiec mówił jak we śnie, układając obok siebie fioletowe kwiaty, czerwone kwiaty, jasnozielone liście, ciemnozielone liście, korę, jak składniki potrawy przed wrzuceniem do garnka.
- Potem kazali mi iść przez dziwną część zoo, a oni biegali w kółko, tak mi się wydaje. Nie wiem, co to miała być za zabawa. Jak w chowanego, ale ja przestraszyłem się hałasów, poza tym niektórzy nie mieli ubrań i mi się to nie podobało. Dziadek po mnie przyszedł, ale dopiero dużo później. Już w nocy.
- Dobrze. I co jeszcze?
- Potem nudy, posadzili mnie na jakichś kółkach na trawie. Czy są z kredy, tato?
- Tak, są z kredy.
Juan pomyślał: wcześniej były z krwi, synu, ale twoja matka zabroniła im tego, kiedy podrosłeś. To dziwne, że uszanowali jej życzenie.
- I jeszcze jedna nudna rzecz: kazali mi zostać w łóżku z krzywymi nogami i myśleć o rzeczach, które mówili, ale nie zrozumiałem ich dobrze. I mają rękę, taką jak miała w torebce mama, może to ta sama.
Juan zmarszczył brwi. Nie podobało mu się, że wspomniał o tej ręce w obecności Stephena, poza tym wiedział, że jest ukryta. Jeśli ją znaleźli, był to duży problem. Stephen się wtrącił:
- Nie, to nie ta sama. Ta, która należała do Rosario, dalej jest dobrze schowana. W Argentynie mnóstwo jest anonimowych zmarłych, a ten dom był przez lata tajnym więzieniem.
Juan przetarł oczy. Ból głowy, także frustracja sprawiały, że zesztywniała mu szyja.
- Babcia się zdenerwowała, kiedy mi ją podali, bo prawie ją upuściłem, jest strasznie ciężka. Mama nie pozwalała mi jej dotykać i nie wiedziałem, jak ją chwycić.
- Jak się zdenerwowała?
- Zabrała mi ją, zbiła mnie i powiedziała, że jestem debilem, czy coś takiego. Nie wiem, czy powiedziała debil. Ale coś brzydkiego. Tak naprawdę to mi upadła. Jest ciężka.
- Uderzyła cię?
Gaspar zrobił gest wymierzania policzka, dotykając się wierzchem dłoni.
- I tak mnie nie bolało. Naprawdę nie bolało.
Juan spojrzał na Stephena.
- Któregoś dnia ją zabiję - powiedział. I dodał: - Gasparze, proszę, zrób tor wyścigowy dla swoich autek, taki w kształcie ósemki.
Gaspar, jakby wdzięczny za koniec przesłuchania, zaczął bawić się w piasku, udeptując go podeszwami.
Zebranie odbywało się w salonie głównym Puerto Reyes. Migrena, która zaczęła dawać o sobie znać na plaży nad Paraną, teraz waliła Juana młotem w głowę i z każdym gwałtownym i niemiarowym uderzeniem jego serca narastały mdłości. Usiadł na nieodpowiednim fotelu obitym skórą, nieodpowiednim, bo zaraz wilgotniał, był fatalny na upał i wilgoć panujące w salonie, zbyt dużym, niemającym klimatyzacji, jedynie wiatrak na suficie. Zostawił Gaspara śpiącego w objęciach Marceliny. Ból zmuszał go, by zamykał oczy. Było już za późno, żeby wziąć lekarstwo, poza tym wiedział, że potrzebuje czegoś supermocnego, a silny lek przeciwbólowy obniży mu za bardzo ciśnienie, bardziej niż lekarstwa Bradforda, których resztki krążyły w żyłach, kłując go delikatnie w zgięcie łokcia. Z fotela widział obraz Cándida Lopeza. Atak trzeciej kolumny argentyńskiej na Curupaytí. Prostokąt długi na półtora metra, przedstawiający ludziki z drabinami, rannego na noszach, kilka wybuchów, siedzącego na białym koniu mężczyznę, który wydawał się obojętny na wszystko, z uniesioną szpadą, w tle eksplozje jak niskie chmury, ziemia jak bagno, niebo zachmurzone wojną. To było piękne. Ta odległa śmierć, obserwowana, infantylna.
Stephen przygotowywał zimne napoje, jakby czekająca ich rozmowa miała być miłą wymianą zdań, pozbawioną szantażu, rodzajem herbatki dla znajomych. On sam jednak pił whisky z niewyczerpanych zapasów Adolfa. Juan odsunął szklankę pełną lodu: alkohol zwiększał ból. Stephen podszedł i położył mu lód na karku.
- To ci pomaga?
Juan nie odpowiedział. Nie pomagało, ale chciał mieć Stephena blisko. Udowodnił mu swoją lojalność już dawno temu i tak przekonująco, że nie sposób było w nią wątpić.
Tylko Mercedes, Florence i Anne Clark były w salonie. Kobiety, szefowe. Florence włożyła sukienkę w kwiaty, jedwabną, która zdawała się unosić wokół niej. Była wysoka, tego popołudnia prawie nie miała biżuterii ani makijażu, bez niego jej skóra, zbyt blada, nabierała odcienia szarości, a zęby, trochę pożółkłe, ukazywały się tylko, kiedy się śmiała. Upięła włosy, długie i trudne do ułożenia, w kok. Mówiła, że Ciemność objawiła się tym razem w niezwykły sposób. Dwanaścioro dotkniętych, największa liczba, jaką kiedykolwiek udało się osiągnąć. Juan chciał się dowiedzieć, ilu zostało połkniętych, a ona, nie bez dumy, powiedziała, ośmioro, i powiedziała, eight, często tak robiła, mieszała angielski i hiszpański, rozmawiając z Juanem, który rozumiał oba te języki.
Dlatego przede wszystkim chcieliśmy ci podziękować, powiedziała Florence. So grateful. Gdyż bogowie przemówili, a zapis ich słów również jest długi. Wiemy, ile kosztuje to twoje ciało, wiemy, że jesteś pełen wątpliwości. To normalne, że medium ma chwile wahania. Ale my musimy chronić Bractwo przed szaleństwem medium. Wiemy, że twój stan zdrowia się pogorszył. Wiemy, jaką cenę płaci medium za bycie wrotami.
- Medium jest tutaj - zauważył Juan. - Nie mów tak, jakbyś miała na myśli kogoś innego. Zanim zakomunikujecie mi to, co macie do zakomunikowania, muszę się czegoś dowiedzieć i oczekuję odpowiedzi. Mam dość milczenia.
Kobiety uniosły głowy, czekając na pytanie, a on podniósł głos. Na zewnątrz szczekały psy.
- Podróżując tu, przywołałem pewną istotę. Nie muszę wam tłumaczyć, po co to zrobiłem. Odpowiedziała na moje pytanie słowami, które zinterpretowałem w sposób szczególny. Mylnie. I trwałem w tym błędnym przekonaniu z uporem maniaka. Dopiero potem zrozumiałem, że to głupota i że to zamroczenie było dziełem magii. Bardzo skutecznej, bo jej nie wyczułem. Musiałem znaleźć się w tym domu, żeby zrozumieć swój błąd. Żeby zrozumieć, kim są "ci, co do ciebie przemawiają". Chodzi o was.
Przyjrzał się kobietom uważnie. Były spokojne. Anne, ze starannie uczesanymi siwymi włosami, jako jedyna wydawała się nieco zdenerwowana. Była najstarsza i miała najwięcej skrupułów.
- Nie doceniacie mnie. Wiecie, że być może mój cykl dobiega końca. Ale, jak widziałyście wczoraj, ten cykl może spowodować jeszcze bardzo silne wyładowania.
Florence chciała się wtrącić, ale Juan podniósł rękę.
- Nie teraz. Chcę, żebyście mi powiedziały, czemu mną manipulowałyście.
Florence odpowiedziała i była bardzo konkretna.
- Mamy Rosario - powiedziała. -Trzymamy ją w miejscu, w którym nie możesz jej odnaleźć. Out of reach.
Juan zamknął oczy. Ból rozlewał się na szczękę, dlatego zaciskał zęby.
- Gdzie ona jest?
- Tego nie wiemy. Musisz sam to ustalić.
- Rzuciłyście urok, nie wiedząc, jak go odczynić. To chcecie mi powiedzieć?
- Tak, właśnie to. - Florence skrzyżowała ramiona.
- Czemu zabiłyście Rosario? Żeby odebrać mi moc? Myślałyście, że chce przejąć kontrolę nad Bractwem?
Mercedes wstała.
- Nie zabiłyśmy mojej córki. Szanujemy naszą krew. Miała wypadek.
- I wtedy zobaczyłyście okazję.
Mercedes spojrzała na niego stanowczo zza swoich ciemnych okularów. Milczała.
- Nie wierzę wam. Nieważne. Gdzie wysłałyście moją żonę?
- Nie wiemy i nie kłamiemy - odrzekła Florence. - Podczas ostatniej Ceremonii bogowie mówili o różnych miejscach śmierci. Wysłałyśmy jej duszę do jednego z nich. Ale wciąż nam nie pokazali, jak ją znaleźć, i nie możemy nawiązać z nią kontaktu. We just can't. Like you. Co roku, odprawiając dla nas Ceremonię, będziesz mógł zapytać Ciemność, gdzie jest to miejsce i jak można ją stamtąd wyciągnąć. Prędzej czy później ci odpowie.
- Czy to miejsce cierpień?
- Tak - odpowiedziała chłodno Florence. - Musimy być pewne naszego bezpieczeństwa i twojego zaangażowania. Nie możesz jej tam zostawić, prawda? Musisz jej szukać podczas Ceremonii i dlatego przyjeżdżać do Puerto Reyes. Może będziesz prowadził poszukiwania na własną rękę, to już nie nasza sprawa. Musisz tylko wiedzieć, że odpowiedź na twoje pytanie jest tutaj.
Juan przymknął oczy, udając ból, ale tak naprawdę badał energię w salonie, żeby zobaczyć, czy może zrobić im krzywdę. Gdy zbliżył się do Mercedes i do Florence, poczuł to. Coś je chroniło, coś potężnego. Wycofał się. Kiedy stały się takie silne? Wszystkie trzy były wcześniej tylko wyróżniającymi się, praktykującymi czarownicami. Zrozumiał: jego moc malała. Coś, co kiedyś wydawało się niegroźne, teraz stało się ważne i potężne. Siły się wyrównywały. Usłyszał, jakby we śnie, głos Stephena:
Jeśli je wykończysz, nigdy nie powiedzą ci, co zrobiły z Rosario. Oszczędź je.
Wszystko jest w tekstach, mówią. Mogę zajrzeć do tekstów.
Ten tekst na pewno dobrze schowały. Ale dotrzemy do niego, jeśli zachowasz spokój. Masz inne sposoby, żeby ją odnaleźć, one ich nie znają. Nie zapominaj o tym. Znajdziemy ją.
Juan nie miał nic do powiedzenia. Więc Rosario naprawdę była w Ciemności. W pewnym sensie. Demon go nie okłamał, on też nie zinterpretował jego słów do końca źle. Po prostu brakowało mu informacji.
- Chciałyśmy się tylko upewnić, że tu powrócisz i nadal będziesz przywoływał, bo w przeciwnym wypadku ona zostanie tam na zawsze - ciągnęła Florence. - I zgodzisz się na wypróbowanie Rytuału na twoim synu, kiedy będzie to konieczne.
- I udzielisz nam wskazówek, żebyśmy wszyscy mogli zrobić to z powodzeniem - dodała Mercedes. - Do tej pory było to możliwe tylko dla medium. Nie możemy pozwolić, żeby cokolwiek przerwało ten proces.
- Rosario mogła go przerwać - powiedział Juan. - Uważałyście, że ona ma nade mną tę władzę, że będzie chciała chronić swoje dziecko.
Nie było odpowiedzi. Juan mówił dalej:
- Mercedes, nie masz już więcej dzieci, na które mogłabyś przenieść swoją świadomość.
Uśmiechnęła się.
- Juanie, ból głowy zupełnie cię ogłupił. Nie mam syna, za to mam wnuka.
- Ciało Gaspara należy do mnie.
- Jeśli ci się nie uda, to nie. Jeśli postanowisz, że ci się nie uda, jak się obawiam, że zamierzasz zrobić, to ja przeniosę się do jego ciała. To, co się liczy, to krew.
Znów się uśmiechnęła i spojrzała na Florence, która powiedziała:
- Juanie, nigdy nie mieliśmy medium, które można by porównać z tobą. Musimy się zabezpieczać przed tym, co się z tobą dzieje. Media zwykle tracą rozum. They lose their mind! It happened too many times. Stają się nieprzewidywalne, buntują się. Rozumiemy to. Ale to, co Ciemność, nasze pradawne bóstwo, nam daje, nie powinno zostać przerwane przez kaprys albo chwilowe szaleństwo. Nawet przez twoją chorobę. Musimy cię chronić przed twoją własną mocą. Przesłanie nie może zostać zatrzymane tylko dlatego, że ty zwrócisz się przeciwko nam. Ciemność pokazuje nam, jak zwyciężyć śmierć. Pokazuje, jak skontaktować się ze starymi bogami. Imagine that. Musisz przywoływać dla nas. Twoja żona powiedziała, że już nie chcesz tego robić, a my nie możemy na to pozwolić. Wiesz doskonale, że kiedy trzeba zrobić coś dla Bractwa, ja się nie cofnę. I'm so terribly sorry. Jestem ci wdzięczna jak nikomu na świecie. Ale nie mogę ci pozwolić nas opuścić ani na to, żebyś miał nad nami władzę.
- Naprawdę myślicie, że chcę przestać przywoływać? Że Ciemność mi na to pozwoli?
Florence przechyliła głowę i jej kok niemal się rozpadł. Kosmyk rudych włosów zsunął się na czoło.
- Możliwe, że na jakiś czas by ci się to udało, jeśli tego pragniesz. My boimy się, że zechcesz zakończyć swoje życie. You can kill yourself, mógłbyś to zrobić, żeby przestać przywoływać. Nie byłoby to pierwsze samobójstwo medium.
- Mogę też umrzeć podczas każdej Ceremonii.
- Wątpię w to. Wiem, że potrafimy udzielić ci pomocy, i musimy podjąć takie ryzyko. Ale jeśli zechcesz się zabić, nie zostanie nam nic. Teraz, kiedy twoja żona jest uwięziona, nie sądzę, że to zrobisz, będziesz chciał dalej żyć, żeby ją uwolnić. Ciemność powie, gdzie ona jest.
- Poza tym - dodała Mercedes - nie chcę, żebyś myślał, że się poddamy i przestaniemy sprawdzać możliwości mojego wnuka. Moja córka mogła nas okłamywać albo nie, to nieważne. Była ambitna, chciała odziedziczyć Bractwo, nie winię jej za to, ale nigdy jej nie ufałam. Gaspar być może ujawni się później.
- Gaspar nie jest moim spadkobiercą. Nie jest medium.
- Jeszcze nie. Jeśli okaże się, że jednak jest, zostanie naznaczony jak ty. Lewa ręka znajduje swoją drogę, wyciąga palce. Tego nie da się ukryć. It radiates. Wiem, co czujesz do chłopca - mówiła Florence. - Widziałam was razem. Jesteście przepełnieni miłością. Wierzyliśmy, że jest utalentowany. Wciąż w to wierzymy, chociaż dotychczas się nie ujawnił. Jeśli jest, zostanie twoim spadkobiercą. Jeśli nie jest, wiem, że będzie ci trudno odprawić Rytuał, kiedy przyjdzie na to czas. Ale użyjesz jego ciała i będziesz tego chciał. Któż by nie chciał? To akt miłości. Mamy dzieci po to, żeby trwać, są naszą nieśmiertelnością. Żałuję, że Rytuał nie jest możliwy w tej chwili, Gaspar jest za mały. Znam zasady. Lepiej, żebyś to ty zajął jego ciało, prawda? Jeśli postanowisz się zabić, mógłby to zrobić ktoś inny. A tego byś nie chciał, of course you don't.
Juan odetchnął głęboko, zanim zabrał głos.
- Przez te lata, zanim będzie dość duży, byśmy odprawili Rytuał, chcę, żebyście zostawili go w spokoju. Nie chcę, żebyście się z nim kontaktowali. W żaden sposób. Chcę, żeby był normalnym chłopcem przez ten czas, jaki mu pozostał.
- Oczywiście, mój drogi - wtrąciła Florence i spojrzała na Mercedes z ukosa. Nie denerwuj go, mówiły jej oczy. - Nie złamiemy zasad, które ustaliliśmy z tobą i z Rosario, będziecie prowadzić normalne życie. Medium, jak sam wiesz, ujawnia się samo. And it's a powerful revelation. Dowiemy się tego. Zawsze masz przy sobie jakichś członków Bractwa: oni już strzegą twojego syna, nadal będą to robić. Jeśli Gaspar się ujawni, powiedzą nam o tym. Medium nie może ukrywać się w nieskończoność. Poza tym będzie blisko dziewczynki, czarnego cudu. Ona go wzmocni, została dotknięta. Nie chcesz przywozić go tu w lecie, na Ceremonię? Dobrze, nie rób tego. I agree with you. To może być niebezpieczne. No bo co zrobimy, jeśli Ciemność go zechce i stracimy jego ciało? To twoja decyzja, ja nie będę się jej przeciwstawiać.
- Nikomu z was nie wolno się do niego zbliżać. Żadnych kontaktów z Mercedes. Z Adolfem też nie.
Mercedes wstała z krzesła. Juan zobaczył furię w jej oczach.
- Będzie strzeżony, będziemy dostawać raporty. Niemożliwe, by uciekł. Nie ma dokąd. Jego ciało jest bezcenne, konieczne. Znajdziemy sposób, by utrzymać cię przy życiu, aż dorośnie na tyle, żeby móc cię przyjąć.
- Wy nigdy nie utrzymywałyście mnie przy życiu. Moje żałosne życie zawdzięczam Bradfordowi.
- Co do tego nigdy się nie zgodzimy. On był najważniejszy. But we helped too.
Florence mówiła dalej, ale Juan już jej nie słuchał. Był zbyt wściekły i zbyt wycieńczony, żeby się kłócić. Przeszyła go dzika tęsknota za Rosario. Wygrały, on mógł się tylko podporządkować. Tym razem przyszło mu przegrać. Poczuł, że ból sytuuje się za oczami. One miały Rosario, on musiał ją znaleźć. Musiał to zrobić, bo ona zrobiłaby to dla niego. Wstał i skierował się do wyjścia.
- Nie śledźcie mnie - powiedział. - Mogę was wszystkich pozabijać. Czy media nie są samobójcami? Nie tracą rozumu?
Uśmiechnął się do nich. Resztkami sił, w straszliwym bólu, wyszedł z salonu. Na zewnątrz światło słońca było białe jak na pustyni.
Juan poprosił Stephena, żeby zostawił go samego, chciał odpocząć w swoim pokoju, ból głowy nie pozwalał mu myśleć ani chodzić. Gaspar spał na brzuchu. Pachniał chlorem z basenu i miał wilgotne włosy. Nie chciał go budzić. Zawsze się dziwił, że Inicjowani przyjeżdżali na Ceremonię sami. Ilu przyjechało tym razem? Pięćdziesięciu? Sześćdziesięciu? A ich dzieci? Bo przecież wszyscy mieli dzieci. Byli bogaci. Mogli zapłacić opiekunce, dopóki dzieci nie dorosną na tyle, żeby również uczestniczyć w Rytuale. I do tego wieku dorastało się szybko; co innego Adela, to był wypadek. Któregoś razu Ciemność, za jego pośrednictwem, oderwała rękę dziesięciolatkowi. Matka, zamiast w zwykłą ekstazę Inicjowanych, wpadła w histerię, zagroziła, że wszystko wyjawi, że ich oskarży. Florence nie tolerowała tego rodzaju nieposłuszeństwa. Kobieta została wrzucona, z kamieniami u nóg, do Parany. Żeby dołączyła do tych wszystkich pomordowanych leżących w korytach argentyńskich rzek. Zbrodnie dyktatury były bardzo użyteczne dla Bractwa, zapewniały ciała, alibi, wywoływały strumienie bólu i strachu, emocji, które okazywały się użyteczne, by manipulować.
Juan podkręcił trochę klimatyzację i okrył syna kocem. Znalazł w torbie strzykawkę i środek przeciwbólowy w zastrzyku; było już za późno, by zwalczyć migrenę tabletkami. Użył paska, żeby przewiązać ramię i poszukać odpowiedniej żyły. Ledwo widział, co robi; ból głowy mącił mu wzrok. Mimo wszystko się udało. Już nie bał się działań ubocznych tak silnego środka; pomysł, by samemu rzucić się do rzeki, prześladował go jak nieznośne buczenie. Ale jeśli chciałby się utopić, musiałby zabrać ze sobą Gaspara. Albo poprosić Stephena, żeby odszukał jego brata w Rio de Janeiro i przekazał mu dziecko. Ale Bractwo na pewno odebrałoby chłopca bratu, prędzej czy później. Żeby został naczyniem dla Mercedes. Żeby został medium, kiedy odkryją i zniszczą pracę Stephena i Tali, i zabiją ich oboje. Byli w niebezpieczeństwie. Wymyślił ochronę dla syna z użyciem elementów przyniesionych z Innego Miejsca, strefy Ciemności nieznanej Bractwu. Wciąż potrzebował ochrony całkowitej, ostatecznej, która wciąż nie nadchodziła. Pan Cierpliwości, pomyślał i dotknął ramienia. Z zamkniętymi oczyma czekał na efekt działania środka przeciwbólowego. Musiał czekać dość długo. Wiedział, że ból całkiem nie zniknie, ale łupanie w głowie osłabnie, zmniejszy się ciśnienie w skroniach, zwolni puls, który wydawał się tłoczyć gorące żelazo zamiast krwi.
Zamknął powoli drzwi, schował niewielką latarkę w tylnej kieszeni dżinsów i próbując nie robić hałasu, ruszył do tunelu pomiędzy domami. Przed laty używano go z różnych ekscentrycznych powodów; służba przemieszczała się nim, kiedy padał deszcz, żeby nie zabrudzić głównego domu ani domu dla gości kolorowym błotem; przechowywano w nim nieużywane meble i organizowano tajne spotkania; kiedyś urządzono tam podziemną pralnię, gdzie zmywano talerze i prano ubrania. Ale po powodzi tunelu już nie było: rozlewające się błoto zmiotło cegły. Oprócz pierwszego odcinka, który wciąż miał swoją żelazną furtkę zamykaną na kłódkę.
Juan otworzył ją, nie zastanawiając się ani chwili; nie było drzwi, których nie mógłby otworzyć. Od razu poczuł zapach i cierpienie żyjących tu istot. Włączył latarkę i ruszył prawie na kolanach, tunel był za niski i dla niego - dwumetrowego mężczyzny - okazał się okropnie ciasny. I wtedy znalazł pierwsze dziecko.
Było w klatce dla zwierząt, najpewniej przyniesionej z pobliskiego zoo. (Są tam tukany, ojacie!, tukany są niesamowite!, krzyczał podniecony Gaspar). Przypomniał sobie, jak zmuszono Rosario do opieki nad inną grupką porwanych dzieci - Mercedes trzymała je w jednej ze swoich posiadłości w prowincji Buenos Aires - i on postanowił jej pomóc. Wtedy też żyły w klatkach. Teraz pierwszy z chłopców siedział w zardzewiałej i brudnej klatce, służącej pewnie kiedyś do transportu zwierząt. Lewą nogę miał przywiązaną do pleców w pozycji wskazującej na to, że trzeba było złamać mu biodro. Dziecko było bardzo małe (rok?, trudno powiedzieć w tym chlewie), więc łamanie go pewnie poszło bez trudu. Miało też wykrzywioną szyję, z powodu ułożenia stopy, a kiedy Juan zbliżył latarkę, by mu się lepiej przyjrzeć, zareagowało jak zwierzę, otworzyło usta i warknęło, przecięli mu język na pół i teraz był rozdwojony. Wokół niego, w klatce, leżały resztki jego jedzenia: szkielety kotów i małe ludzkie kości.
Juan poszedł dalej. Klatek było mnóstwo. Inni chłopcy i dziewczynki byli więksi. Wiele dzieci patrzyło na niego uważnie swoimi czarnymi oczyma, niektóre były Guaranami i prawdopodobnie nie mówiły po hiszpańsku. Inne były zapewne dziećmi kobiet i mężczyzn, których składano w ofierze Ciemności. Jedne reagowały na jego obecność, cofając się w głąb klatek, inne zaledwie otwierały oczy. Zobaczył istoty z zębami spiłowanymi tak, że ich szczęki wyglądały jak brzeszczoty, zobaczył dzieci z oczywistymi śladami tortur na nogach, plecach, genitaliach; poczuł zapach tych, które musiały być już martwe. Zostawiali tam trupy, żeby te, które jeszcze żyły, przyzwyczaiły się do ich zapachu? Rosario zmuszali do grzebania zmarłych więźniów. Zobaczył sączące się rany, infekcje, oczy, po których spacerowały rzeczne robaki lubiące wilgoć. Zatrzymał się po przejściu mniej więcej stu metrów między torturowanymi istotami, żywymi i martwymi. Domyślił się, że klatki zajmowały cały odcinek tunelu, który przetrwał powódź. Zawrócił, gotowy zmierzyć się z Mercedes, która czekała na niego przy furtce, obok swojego invunche. Juan zgasił latarkę, kiedy Mercedes zapaliła słabą lampę - jedyne oświetlenie tunelu.
- A więc to twoja nowa kolekcja, Mercedes?
- Przyniesie efekt. Nasz bóg tak mówi, pokazuje, że tak trzeba to robić.
- To szalony bóg, jak ty.
- Słucham rozkazów Ciemności.
Juan roześmiał się, a jego śmiech odbił się obscenicznym echem od ścian tunelu. Niektóre z rannych i umierających dzieci aż jęknęły. Z głębi dobiegało agonalne rzężenie.
- Ty nie szukasz tu medium, Mercedes. Chodzi tylko i wyłącznie o twoją przyjemność.
Mercedes opuściła ręce, wcześniej skrzyżowane na piersiach.
- Teraz to nie jest piękne, ale będzie! Kiedy zaczną pracować razem! Bogów jest wielu. Nasz tak mówi i rozkazuje odnaleźć nowe medium. Wszystko jest w Księdze!
Juan podszedł do Mercedes na tyle blisko, że mógł zobaczyć blask w jej oczach za ciemnymi okularami, w których ciągle chodziła, nawet w półmroku tunelu.
- Skąd je bierzesz, Mercedes? To dzieci Indian? Dzieci więźniów? Czemu nie poprosisz o ofiarę bogatych Inicjowanych z Bractwa? Porywasz je w nocy, czy kupujesz od przymierających głodem matek? Rodzice wiedzą, gdzie są ich dzieci, zanim rzucisz je Ciemności na pożarcie? Sporo się nauczyłaś w salach tortur swoich przyjaciół.
- Jakiś ty współczujący. Czemu ich nie ocalisz? Masz moc, żeby to zrobić.
Juan włączył latarkę i podniósł ją na wysokość ciemnych okularów Mercedes. Chciał zobaczyć jej oczy. Chciał ją oślepić.
- To byłoby kolejne okrucieństwo. Nikt nie udzieli im pomocy.
Juan oświetlił swoją dłoń, a Mercedes zaczęła bełkotać i błagać o litość. Próbowała uciec przez furtkę, ale wola Juana zamknęła ją na cztery spusty. Była w tunelu sam na sam ze Złocistym Bogiem i panem Miejsca Mocy.
- Wiesz, którędy przechodzi ten tunel? Nie prowadzi z domu do domu w linii prostej. Ci, którzy go budowali, musieli ominąć podziemne zbiorniki wodne, bo znajduje się bardzo blisko rzeki. I na pewnym odcinku, wiele metrów za początkiem fragmentu, który się zawalił, przecina Miejsce Mocy. Widzisz?
Oświetloną rękę otaczało teraz czarne światło.
- Kobiety media są znacznie potężniejsze. Mają moc przywoływania gdziekolwiek, muszą tylko odpowiednio się skupić albo trzeba odprawić dla nich rytuał. My, mężczyźni, jesteśmy zależni od Miejsc Mocy. Jest ich wiele. Niektóre media po prostu na nie wpadają, inne uczą się je znajdować. Ja to potrafię. Wiem, na jaką odległość i z jaką siłą emanują. Z dala od takich miejsc jesteśmy prawie normalni. Mam naturalny talent, ale kosztuje mnie to wiele energii. Z dala od Miejsca Mocy ty i ja nie różnimy się tak bardzo. Jednak w pobliżu...
Z ręki popłynęło owo ciemne światło, ostre, nóż z cienia. Zbliżył go do jej twarzy.
- Na szczęście dla ciebie ten bóg jest znudzony, chce tylko wiedzieć, czy zabiłaś Rosario. Czy zabiłaś swoją córkę. Chcę, żebyś się do tego przyznała, Mercedes, bo inaczej ta dłoń nie zostawi ci skóry na kościach. Ja nie szanuję więzów krwi. Nic dla mnie nie znaczą.
Mercedes cała się trzęsła. Juan wsunął palce między pręty klatki i krótkim ruchem poderżnął gardło dziecku invunche, które prawie się nie poruszyło. Ciepła krew zalała buty Mercedes.
Pozostałe dzieci, oszalałe od słonego zapachu, zaczęły warczeć.
- Co jeszcze? Kto ją zabił? Rozmawiałem z kierowcą autobusu, który ją potrącił. Nawet nie pamięta wypadku. Został podstawiony. Mogłaś zrobić to oczywiście z czyjąś pomocą. Dlaczego? Co ona ci powiedziała?
Płacz Mercedes zaskoczył Juana. Był konwulsyjny, smutny, rozpaczliwy.
- Miała plan, żeby mnie zabić. Wiedziałeś o tym? Nie powiedziała ci? Musiałam się bronić.
Juan wspomniał Rosario, jej srebrne bransoletki, białą opaskę na włosach i to, że potrafiła mówić w guaraní z szybkością, która zdumiewała wszystkich. Rosario i jej drogie perfumy, ołówek w zębach, kiedy czytała i ustawiała wiatrak tak, by dmuchał jej w plecy, nie w twarz. Rosario i jej listy, i jej palce poplamione tuszem długopisu albo kredą.
Delikatnie narysował okrąg wokół ust Mercedes. Jej wargi i zęby spadły mu na otwartą dłoń. Zaraz potem zamknął jej ranę. Krzyki Mercedes i uwięzionych dzieci ogłuszały go, ale kontynuował swoje zadanie. Przejechał językiem po każdym zębie i patrząc w wytrzeszczone oczy Mercedes, przeżuł jej wargi; już nie cierpiała, bo kiedy rana się zamykała, ból znikał. Blizny po ranach, które zadawał Juan, nigdy nie były miękkie, od razu robiły się twarde i stare. Potem zbliżył twarz Mercedes do swojej i językiem zlizał wszystkie ślady krwi z jej brody i szyi. Kiedy skończył, popchnął ją i przewrócił.
- Powinienem uciąć ci rękę, którą uderzyłaś mojego syna. Jest dla ciebie niczym, co? Ale z tym - otworzył dłoń, żeby pokazać jej błyszczące zęby, niektóre sczerniałe od tytoniu i plomb - mam wystarczająco dużo materiału, żebyś nigdy już go nie dotknęła, nawet nie spróbujesz. Mogę go też użyć, żeby cię kontrolować i zaszkodzić ci w inny sposób.
Mercedes warknęła. Z nagimi dziąsłami i w ciemnych okularach była groteskowa, okropna. Juan nie miał jej nic więcej do powiedzenia. Wyszedł i zamknął za sobą drzwi, zablokował je symbolem; niektórzy członkowie Bractwa, na przykład Florence, będą zdolni rozpoznać go i cofnąć. Ale nie od razu. Mercedes posiedzi tu sobie trochę, słuchając, jak umierają jej pupile, spacerując po tym przeraźliwym tunelu; będą jej podawać jedzenie przez kraty jak zwierzęciu w zoo, będzie dusić się zapachem własnego gówna i rozkładających się dzieci. Nieważne. Oni wygrali, a jemu nie zostało już zbyt wiele czasu, ale teraz przynajmniej wiedział, co chce zrobić.
Juan spakował torbę spokojnie i poprosił Stephena, żeby zawiózł go na lotnisko. Nie mógł wrócić sam, miał na karku ochroniarzy i nie zdołałby się im wymknąć. Z trudem oddychał, a kaszel, nieustanny, męczący, pogarszał się z upływem godzin.
Mercedes jeszcze nie prosiła o uwolnienie z tunelu. Była dumna. Juan chciał wyjechać, zanim Florence dowie się o jego spotkanku z teściową. Gaspar nie spał, leżał ubrany na łóżku i czekał. Odkąd dowiedział się, że wracają samolotem, był podekscytowany, ale milczący i zdenerwowany. Boisz się, ha, ha, ha, ha, Gaspar boi się, że samolot spadnie, kpił z niego Juan, a chłopiec zaczął okładać go pięściami, udając, że jest na niego zły.
Juan przeszedł przez wewnętrzny dziedziniec i galerię do domu Marceliny. Podziękował jej za opiekę nad Gasparem i zaczął czegoś szukać w swojej skórzanej torbie: znalazł naszyjnik, który pod wpływem impulsu kupił dla Tali w luksusowym hotelu z kasynem w Corrientes, ale w końcu jej go nie podarował, bo uznał, że zbytnio się jej nie spodoba. Kamienie pochodziły z kopalni Wanda, niedaleko Iguazú. Niebieskie, białe, różowe, zielone i fioletowe, nanizane tak, że można było owinąć je kilkakrotnie wokół szyi lub nosić jako jeden długi sznur. Marcelina się wzruszyła, bez przekonania próbowała odmówić przyjęcia prezentu, a Juan ostrożnie włożył jej naszyjnik, starając się nie zaplątać go w jej długie ciemne włosy. Wyglądasz w nim świetnie. Mam nadzieję, że ci się podoba. Marcelina pogładziła kamienie, a potem wyjęła z kieszeni fartucha pióro caburé.
- To dla małego - powiedziała.
Juan przyjął amulet w imieniu syna. Potem poprosił Marcelinę, żeby dała mu rzeczy, zostawione przez Rosario na przechowanie. Zaprowadziła go do pokoju, w którym składowano różne stare graty. Juan zaczął w nich szperać, aż znalazł pudło ze znakiem dyskretnie narysowanym w rogu, otworzył je, w środku leżała plastikowa torba, zwyczajna torba na zakupy. Uśmiechnął się, kiedy zobaczył zawartość. Zostawienie relikwii u Marceliny było bardzo inteligentnym posunięciem. Znacznie bezpieczniejszym niż zostawienie jej w świątyni Tali. Bractwo nigdy nie posunęłoby się do tego, żeby grzebać w rzeczach służącej, nawet jeśli była zaufana.
Tali czekała na niego już poza Puerto Reyes, oparta na swoim aucie. Pocałował ją, ujmując jej twarz w dłonie. Stanęła na palcach i zanurzyła mu ręce we włosach.
- Kurwa, całujesz mnie tak, jakby to był ostatni raz. Musisz podjechać do domu, po rzeczy które u mnie zostawiłeś.
Juan tylko pokręcił głową.
- Są twoje. Może da ci jakiś znak.
Tali przyjrzała się mu ciemnymi oczyma.
- Nie chcę, żebyś wracała do tego domu ani brała udział w Ceremoniach - powiedział Juan.
- Nie będziesz mi rozkazywał, dobrze?
- To prośba, nie rozkaz. Przysługa. Co roku, kiedy widzę, że ty i Stephen nie weszliście do Ciemności, oddycham z ulgą. Nie mogę prosić Stephena, żeby nie przyjeżdżał, bo to jego rodzina i jego świat. Ale ciebie mogę.
Juan znów ją objął, znów poczuł jej ciało; pozwolił jej włożyć sobie rękę w spodnie i dał się pieścić.
- Starczy - powiedział w końcu. - Nie mam teraz ochoty.
Spojrzeli na siebie w tym upale, w słońcu, oboje podnieceni i trochę szaleni i smutni. Słychać było wezbraną rzekę, nerwowego ptaka. Dom, daleki i pogrążony w ciszy, zdawał się martwy. Kiedy wyjadą goście? Parking nadal był pełny. Juanowi przeszło przez myśl, że opowie jej o Mercedes, ale to nie był dobry moment. Nie powiedział tego jeszcze Stephenowi. Zrobi to w samolocie.
- Gdzie masz samochód? Chcę ci coś dać, ale nikt nie może nas zobaczyć.
Tali zaprowadziła go za rękę do swojego renault 6, całkowicie przysłoniętego warstwą czerwonawego kurzu. Otworzyła drzwi, a Juan usiadł na tylnym siedzeniu. Wyjął z torby Rękę Chwały, którą znalazł między gratami Marceliny. Była doskonale zachowana. Tali przyjrzała się jej z podziwem, wzięła bardzo delikatnie.
- Co to ma znaczyć?
- Rosario chciała, żeby była twoja. Oni nie wiedzą, że mamy Rękę Chwały, nie wiedzą o jej istnieniu. Twoja siostra zawsze dobrze ją ukrywała. Właściwie oboje ją ukrywaliśmy.
- Jesteś szalony! Siostra nigdy by mi jej nie dała.
- No cóż, daję ci ją ja. Wiesz, jak jej użyć? Pomoże ci zablokować Gaspara. Sama Ręka nie wystarczy, ale bardzo pomoże.
- Wiem, jak jej używać. Rosario nie pożyczała jej, ale dużo mi wyjaśniła. Była szczodra, prawda?
Juan uśmiechnął się do niej. Była mniej więcej szczodra, to prawda. Dał znak Tali, żeby ją schowała. Ona włożyła Rękę do plecionej torebki. Ich rozmowę przerwał klakson. Stephen zapakował już do samochodu torby i Gaspara. Mamy bilety, krzyknął. Musimy w godzinę dojechać na lotnisko.
- Czemu ty z niej nie skorzystasz?
- Nie mogę, przypomina mi o tym, co zrobiłem, nie zniosę tego. Nie zawiedź mojego syna, Tali - powiedział Juan. - Nigdy nie przestaną go śledzić.
- Nie martw się. We trójkę znajdziemy jakiś sposób. I w końcu odkryjesz ten kluczowy znak. Musisz być cierpliwy. I Święty ci w tym pomoże.
- On będzie dorastał, zmieniał się. Trzeba będzie go ochraniać, nie pozwolić im się do niego zbliżyć.
Tali ucałowała go w czoło, żeby zamilkł, żeby jej zaufał. Juanowi przemknęło przez myśl, żeby jej powiedzieć, że w innym życiu byłaby jego żoną, ale zamilkł. Nie było innego życia. Nie chciał kłamać.
Bradford klęczy w oczekiwaniu, ponieważ wie, że to nastąpi tej nocy, myśli, że wszystko przypomina te durne historie o minutach poprzedzających śmierć; nawet jego pacjenci, ci inteligentni i ci mniej - gdyż wszyscy w obliczu śmierci głupieją - nieraz mu opowiadali: obrazy przesuwają mi się przed oczami, widzę całe swoje życie. Chociaż ono nie jest właściwie moje, myśli Bradford, to moje życie z nim, bo to, co było przedtem, mimo że nie jest pozbawione sensu, nie ma już znaczenia. Wie, że to nastąpi tej nocy, czuje to w miejscu, gdzie brakuje mu palców, palce nieobecne, które Ciemność pożarła dawno temu, wzywają te obecne i tej nocy Ciemność jaśnieje; jak to wytłumaczyć komuś, kto nigdy nie widział takiej jaśniejącej ciemności, emanującej z owego chłopca, który teraz jest mężczyzną, i jest ogromny i blady, i ze spuszczoną głową otwiera ramiona; niechby w ostatniej chwili ją podniósł. Zanim wniknie w Ciemność, Bradford chce spojrzeć w jego żółte oczy, a teraz palą go blizny, które zostawił mu na brzuchu; kiedy zbliżyły się do niego te pazury, szpony, paznokcie, uwierzył. Potem nigdy nie jest łatwo ich sobie przypomnieć, czarne i zaostrzone palce nie wyglądają jak ludzkie ani zwierzęce, raczej jak jakieś narzędzie mechaniczne, proteza, element przebrania; jego ręce rozszarpały mu brzuch, a on spodziewał się widoku szarych wnętrzności rozwleczonych po łące w upalną noc, ale nie, rany pulsowały i nie eksplodowały, i nie otwierały się, i nie otworzyły, a kiedy chłopiec, który już był mężczyzną, zasklepił je, zrobił to czystym zimnem. I chociaż teraz Bradford jest nagi, nie widzi swoich blizn, ale je czuje, zimne i płonące, lód, który pali, wszystko to przywołuje Ciemność, to nastąpi tej nocy, obyś mi pozwolił spojrzeć ci w oczy, Juanie, ten ostatni raz.
Pierwszy raz oczy chłopca były podkrążone, jak teraz, jak zawsze. Bradford skończył właśnie specjalizację z chirurgii naczyniowej i dołączył do najbardziej prestiżowego zespołu w kraju, w Szpitalu Włoskim. Był rok 1957, kiedy przywieziono mu tego chłopca, pacjenta innego szpitala, który nie mógł już dłużej zajmować się jego leczeniem. Miał pięć lat i Bradford postanowił nie czekać z operacją. To miał być jego pierwszy zabieg wrodzonej wady serca - tetralogii Fallota. Od początku dzieciak nie dawał o sobie zapomnieć: umierał, a mimo to patrzył na niego wyzywająco i wyniośle, chociaż jego rodzice - para tępych emigrantów z Europy Północnej, którzy gdyby nie ich przygarbienie i służalczość, wyglądaliby jak wcielenie Thora i Frei, płaczliwie powtarzający, że biedactwo, że ich nie stać, że umrze, doktorze, że moja siostra też chorowała na serce (o, jakże Bradford nienawidził takiego prostactwa) - byli parą wieśniaków zasługujących na upokorzenie. A ich syn nie. Miał niebieskawą skórę, wargi barwy fioletu, już nie mógł chodzić. Nawet nie dostrzegał uniżenia rodziców i wydawał się koncentrować na oddychaniu, na życiu, z mocą, którą Bradford uznał za monstrualną i która dodała mu odwagi, aby zoperować chłopca z wykorzystaniem najbardziej - dla pacjentów i lekarzy - zaawansowanych metod tamtych czasów. Powtarza je teraz na klęczkach, a tymczasem Ciemność rozciąga się nad jego głową, ostatnim razem też tak było, Ciemność, która ogarniała niebo, a podobno jej władza jest coraz mniejsza? Nie czuje się tego tej nocy, w tym nieznośnym upale. Bradford wspomina i czeka: cięcie poziome od mostka pod pachę do trzeciej przestrzeni międzyżebrowej, rozdzielenie drugiej i trzeciej chrząstki, wejście do jamy opłucnej, lewe płuco wyglądające normalnie, i nagle Bradford przerwał swoje wspomnienie, obojętny na to, co działo się wokół niego, jęki i skrybów, którzy gorączkowo notowali - on sam nigdy nie słyszał głosu Ciemności - i powiedział do siebie, że to nieprawda, tamten chłopiec od wewnątrz nigdy nie wyglądał normalnie, od wewnątrz był piękny. Jego ciało w dotyku było zimne; w owych czasach podczas operacji temperaturę ciała obniżano tak bardzo, że zabieg przypominał raczej sekcję zwłok albo lekcję anatomii, chyba że organy się poruszały, oddychały, krwawiły albo tętniły. Chłopiec nie był normalny nie tylko ze względu na swoją wadę serca, która - kiedy już otwarto mu bok - okazała się jeszcze bardziej złożona, niż to zakładali kardiolodzy, gdyż do zespołu Fallota dochodziło jeszcze wiele innych wad: ubytek w przegrodzie międzykomorowej długości dziesięciu milimetrów i bardzo poważna anomalia prawej tętnicy wieńcowej, która miała znacznie utrudnić chirurgiczną korekcję zwężenia zastawki płucnej; jak on zdołał dotrzeć żywy na tamten stół operacyjny? Nie był normalny, ponieważ od wewnątrz był piękny, dotyk jego spracowanego i przerośniętego serca wydał się Bradfordowi doświadczeniem na miarę spotkania z nimfą w jakimś świętym lesie, złotego poranka, zaskoczenia na widok kwiatu, który otwierał się w nocy. Kolory wnętrza tego chłopca były bardziej intensywne, jego krew pachniała jakimś nieznanym słonym metalem, arterie przypominały szare i niebieskie, i czerwone maźnięcia pędzlem. Prawa tętnica płucna zidentyfikowana i przecięta. Górna żyła płucna zbyt mała, zidentyfikowana, przecięta lewa tętnica podobojczykowa, transpozycja tętnicy kręgowej do pnia tarczowo-szyjnego. Klips na tętnicy podobojczykowej w punkcie dystalnym od jej odejścia od aorty. Dwa klipsy na lewej tętnicy płucnej, pierwszy w miejscu odejścia, drugi przy wejściu do płuc. Nacięcie poprzeczne ściany tętnicy płucnej. Zespolenie za pomocą nici jedwabnej między zakończeniem lewej tętnicy podobojczykowej a bokiem lewej tętnicy płucnej. Po usunięciu klipsów prawie nie stwierdza się krwawienia.
To ciało ma w środku jedwab, pomyślał Bradford i przypomniał sobie, jak szybko chłopiec doszedł do siebie, nie upłynął jeszcze dzień, a on już się zaróżowił i usiadł w łóżku, jednak pielęgniarki, które w każdym innym przypadku byłyby wzruszone, o dziwo, nie przejawiały wobec "chorutkiego" prawdziwej serdeczności. Mówiły o nim "chorutki", co za draństwo, do pacjentów należy się zwracać po imieniu, a one udawały, że go lubią, ale przychodziło im to z trudem i nic dziwnego, skoro była to mała bestia wściekająca się na swoje ciało, na wszystkich, którzy chcieli jej pomóc, i na rodziców, a łagodniała, fizycznie się rozluźniała, jedynie przy swoim bracie, jeszcze jednym z tych dumnych chłopaków, za których, zdaniem Bradforda, należałoby podziękować Peronowi; a jego powinien nienawidzić, chociaż w rzeczywistości był mu obojętny i nawet trochę go podziwiał, nie uważał, aby stanowił zagrożenie dla jego klasy ani nie odczuwał żadnych skutków ekonomicznych jego rządów, ponieważ wyznawcy Kultów Cienia zawsze trzymają się blisko władzy i w związku z tym nie podlegają wahnięciom dziejów. Tak więc Bradforda nie obchodził Perón ani jego żona - owa fascynująca, śmiertelnie chora kobieta - i w duchu był mu wdzięczny za owych pełnych arogancji chłopców, którzy nie spuszczali głowy; taki był Juan i taki był jego brat Luis, w owym czasie niemal nastolatek z oczami koloru akwamaryny, brat przesiadujący z chłopcem dłużej niż rodzice, którzy stale się spieszyli, stale z wymówką, że muszą pracować, że autobusy, że tramwaje, że muszą zarobić na chleb; Bradford ich nie znosił, cuchnęli ciasnotą i dymem, częściowo dlatego, właśnie dlatego, że wiedział, że się gnieżdżą w jakimś domku na peryferiach, poprosił o spotkanie z kierownikiem zespołu, dyrektorem kliniki i ordynatorem oddziału kardiologii i wystąpił do nich o pozwolenie na zatrzymanie chłopca w szpitalu na stałe. Mówił o warunkach higienicznych w rodzinnym domu dziecka, ale także o pionierskich metodach, które miały zapewnić szpitalowi miejsce w awangardzie chirurgii już nie regionalnej, ale światowej, a wspominając o dobrych rokowaniach chłopca, wcale nie przesadził: w odróżnieniu od większości pacjentów z wrodzoną kardiomiopatią ten nie był niedożywiony, miał normalny wzrost, odpowiedni do wieku - było to niezwykłe: zawsze był taki, chociaż czasami tracił na wadze - i doskonale zniósł pierwszą operację paliatywną. Za kilka miesięcy Bradford chciał przeprowadzić drugą, rozleglejszą, korekcyjną. Zgodzili się. Wicedyrektor kliniki, również członek Bractwa, chociaż niskiego szczebla, był bliskim przyjacielem rodziny. Gonzalo Biedma. Jego znakomita córka miała w przyszłości zostać prawą ręką Bradforda; ręką, której teraz mu brakowało.
Tak właśnie działały wpływy: żeby dostać to, czego chciał, musiał tylko poprosić. Przez długi czas Bradford myślał, że to było tylko to: wpływy, bractwa, towarzyskie spotkania, masoneria pod inną nazwą, gdzie się piło i czasami śpiewało przy fortepianie, zebrania kobiet, obnoszących się ze swymi ciężkimi klejnotami, i mężczyzn połączonych sekretami polowań i zamiłowaniem do starych książek, spotkania, na których w pewnym momencie zaczynało się mówić o różnicach między wyznawcami Wisznu a zwolennikami Śiwy i dyskutowało się o setkach odmian tantryzmu. Przez długi czas fakt, iż jego rodzina stanowiła część Kultu Cienia, Bractwa, znaczył tylko tyle, że poruszała się w międzynarodowym kręgu pieniędzy, przywilejów i stosunków.
To, że Bractwo to coś innego, zrozumiał jako osiemnastolatek, tuż przed wstąpieniem na uniwersytet, kiedy ojciec zabrał go na jakiś rytuał na wieś, nie do własnego majątku, tylko należącego do Florence Mathers, Angielki, jak ją nazywano w rodzinie; dziwne, że nazywali ją Angielką, jakby oni sami też nie byli Anglikami, ale Bradford czuł, że nie, że już nimi nie są, on urodził się w Buenos Aires, jego ojciec również. Mówili po angielsku, chodzili do angielskich szkół, ale już nie byli Anglikami. Ojciec zwykł mawiać z dumą: jestem Kreolem całą gębą. Bradford nie przywiązywał do tego żadnej wagi. Był chirurgiem i kardiologiem: jego ojczyzną były chore ciała.
Po rytuale ojciec opowiedział mu o mediach. O braku mediów. O istnieniu wielu Kultów Cienia, różniących się między sobą interpretacjami i praktykami; niektóre z nich były sobie wrogie, inne łączyły więzy braterstwa. Tamtego wieczoru na wsi, podczas gdy kilkoro mężczyzn i kobiet snuło się jeszcze po majątku i polach niczym lunatycy, machając rękami w powietrzu i płacząc, strasząc psy i konie, zrozumiał, że to nie klub. Że Florence jest kapłanką. Jorge Bradford zobaczył rzeczy, których nie potrafił wyjaśnić. Rzeczy, które na wiele nocy odebrały mu sen i kazały wrócić do książek ojca; nigdy nimi nie gardził, ale przestudiował je dość pobieżnie. Teraz stały się równie ważne co jego seminaria, książki medyczne, wyczerpująca rezydentura. Postanowił spędzić kilka miesięcy w Londynie, żeby udoskonalić się jako chirurg i odwiedzić wielką bibliotekę Bractwa, znajdującą się w tym mieście. Florence, Angielka, która między jedną podróżą a drugą spędzała jakiś czas w Anglii, pozwoliła mu przeczytać Księgę z własnymi notatkami oraz interpretacjami dodanymi przez ekspertów. Bradford uwierzył. Miał swoje wątpliwości, które jednak szybko miały się rozwiać.
Teraz, kiedy klęczy, słychać jęk i Ciemność zabiera Inicjowanego wysokiego wzrostu. Jeszcze jest daleko, o jakieś trzydzieści metrów. Tej nocy ma przyjść po niego, ale zostało mu trochę czasu. Przypomniał sobie swoje pierwsze spotkanie z Ciemnością. Było nieoczekiwane i przykre, zupełnie jakby niechcący wdepnął do rynsztoka.
Druga operacja małego Juana Petersona została przeprowadzona w pięć miesięcy po korekcji paliatywnej. Hipotermia, wspominał Bradford: błękitny chłopiec znowu zanurzony w lodzie, piękny jak nieboszczyk. Przypomniał sobie przyjemność, z jaką przecinał piłą mostek, tępy i nieszczęśliwy wyraz twarzy instrumentariuszki, musiał jej powiedzieć, ratujemy mu życie, proszę się ogarnąć, to nie jest żadne łzawe słuchowisko, a ona wymamrotała coś o współczuciu, od czego prawie zadrżały mu ręce, a to już najgorsze, co może spotkać chirurga. Była to operacja nieznana dotychczas w kraju, zaplanowana na trzy procedury: zamknięcie ubytku przegrody międzykomorowej łatą, otwarcie zastawki płucnej i usunięcie przerośniętego mięśnia, a następnie umieszczenie łaty w prawej komorze i w pniu płucnym w celu poprawy krążenia płucnego. Jeśli starczy czasu, zamknięcie ubytku w przegrodzie międzyprzedsionkowej. Starczyło: Bradfordowi udało się dokonać tego wszystkiego w ciągu sześciu godzin, podczas których odpoczywał zaledwie przez kilka minut; nie chciał, aby ktokolwiek inny zakładał szwy, nawet na najprostszych odcinkach.
Chwile poprzedzające objawienie pamiętał z nieznośną precyzją. Kiedy już miał ogłosić, że skończył, że przystępuje do zamykania, serce, które wytrzymało tak długo, przyspieszając tylko nieznacznie w niektórych momentach, nagle zaczęło gwałtownie bić, wpadło w arytmię i Bradford rozpoznał migotanie komór, niekontrolowane drżenie mięśnia, niechybny objaw śmierci. Ostrożnie przystąpił do ręcznej reanimacji, wymagało to zdecydowania i delikatności, i kazał przygotować defibrylator, nowoczesny sprzęt, w razie potrzeby z powodzeniem stosowany przez zespół kardiochirurgii naczyniowej.
Zanim zdążyli go użyć, zgasło światło. Była to wilgotna przerwa w dostawie prądu, tak to Bradford zapamiętał, jako zimną wilgoć. Chłopiec od kilku minut był reanimowany ręcznie, ale potrzebna mu była defibrylacja. Lampa gazowa, latarki, świece, generator, cokolwiek, krzyknął i nagle przeraźliwie namacalnie poczuł, że inna ręka wyciąga go z ciała chłopca. Bradford wrzasnął do zespołu chirurgów, co wy robicie, i w ciemności - dopiero świtało - usłyszał, nic, doktorze, nic nie robimy, reszta szpitala ma prąd, przerwa w dostawie jest tylko tutaj, na chirurgii, i kiedy ktoś zbliżył lampę gazową do stołu operacyjnego, wszyscy zobaczyli jasno i wyraźnie, że nad otwartą klatką piersiową chłopca, nad spokojnym sercem unosi się to, co można było opisać jedynie jako skrawek nocy, ale przejrzysty, może sadzę, gęsty dym, a kiedy chirurg asystujący chciał tego dotknąć, przeszyć na wylot, szepcząc, co tu się dzieje, dobry Boże, ledwo jego palce musnęły czarny pył, krzyknął i wyciągnął dłoń, i to już nie była jego dłoń, teraz brakowało w niej połowy trzech najdłuższych palców, środkowego, serdecznego i wskazującego, a on krzyczał i krzyczał, i prądu ciągle nie było, a Bradford nie zamierzał ryzykować jak jego asystent, bo chociaż nie rozumiał, co się dzieje, i nie mógł w to uwierzyć, wiedział, że ta ciemność, która powoli się cofała, jest niebezpieczna. Więcej niż niebezpieczna. Ciemność, o której opowiedział mu ojciec, ta, którą przywoływały media Bractwa, ta, której rozpaczliwie szukała Angielka. Chłopiec od piętnastu minut miał zatrzymanie akcji serca, a pielęgniarki wykrzykiwały jakieś niedorzeczności, opatrywały asystenta, ktoś mówił, że to wypadek, że asystent niechcący wziął do ręki skalpel, to niemożliwe, ale ludzie, kiedy muszą uwierzyć, wolą usprawiedliwiać, zmyślać, zaprzeczać i nie widzieć. Bradford przeczekał popłoch pielęgniarek, anestezjolożki i instrumentariuszki, które mówiły, że widziały, jak ciemność otoczyła chłopca niczym kokon, odczekał, aż ta się cofnęła, i ponownie sięgnął do nieruchomego serca chłopca, i wyszeptał do niego, no, jesteś tu z jakiegoś powodu, jeśli jesteś głosem bogów, bij, i serce zabiło mu w dłoni, jakby nigdy się nie zatrzymywało. Bradford zamknął klatkę piersiową sam i w milczeniu, nie słuchając wyjaśnień, narzekań i skarg pozostałych, nawet nie wiedział, kim są, czy innymi lekarzami, czy dyrekcją, czy jeszcze kimś innym. Kiedy skończył szyć, przypadkiem odsunął zielone prześcieradło zakrywające ramiona chłopca i wtedy zobaczył dowód. Znak. Rękę na ramieniu chłopca, odcisk ręki, niczym blizna po oparzeniu. Nic dziwnego, powiedział sobie nawet jeszcze wtedy: czasami zimno lodu stosowanego dla osiągnięcia hipotermii podczas operacji zostawiało oparzeliny; tym bardziej nie było w tym nic dziwnego po tym nieszczęśliwym zdarzeniu, do jakiego doszło na sali operacyjnej. Jakaś pielęgniarka mogła oprzeć tam dłoń, a lód zostawił ślad. Obejrzał go dokładnie. Był głęboki. Wyglądał na zadawniony. To była blizna. Lewa ręka na lewym ramieniu, Lewa Ręka Ciemności. Czytał już o tym znaku. Rozumiał, co oznacza.
Zaczekał, aż chłopiec się wybudzi w sali intensywnej terapii. Dziesięć godzin. Był przekonany o uszkodzeniach mózgu - wyjaśnił je rodzicom, którzy zdawali się nic z tego nie rozumieć, tak jak zresztą niczego - a jednak starszy brat, owszem, zrozumiał, skąd się brała ta inteligencja u tych małych gringos, spodziewał się śpiączki, spodziewał się nowej arytmii, która ostatecznie by go zabiła. Zamiast tego około południa chłopiec obudził się i encefalogram wyglądał normalnie; Bradford zarządził, aby nie pozwolono mu cierpieć nawet przez sekundę, a ponieważ nie mógł spać, ale musiał z kimś porozmawiać, w drodze do domu omal nie rozbił samochodu i w takim nastroju zastukał do drzwi siostry, swojej ponurej siostry, która zajmowała dwa piętra w tym samym budynku co on, w jednej z siedzib rodowych w Buenos Aires, najokazalszej, najpiękniejszej. Mercedes mieszkała w apartamencie, w którym prawie zawsze małżonek zostawiał ją samą; wyszła za mąż za mężczyznę bogatego, zabawnego i niewiernego. A jej córka Rosario większość czasu spędzała w szkole, a następnie w swoim pokoju albo z koleżankami. Bradford kochał swoją siostrzenicę: pod jej pozorną wesołością kryła się prawdziwa inteligencja. Bradford mówił, a Mercedes słuchała w ciszy przerywanej dźwiękiem łyżeczki do herbaty i zegara, stojącego w salonie na poczesnym miejscu. Nie spiesz się, stwierdziła. Dlatego zwrócił się do Mercedes: bo była zimna. Jeśli to, co zaszło, jest prawdą, musi być twój. Musi być nasz. Ale nie wolno nam budzić podejrzeń. Nie mogę go zostawić w rękach tej ciemnoty, Mercedes, tych wieśniaków. Oczywiście, że nie, ale musimy być ostrożni.
Ach, ten plan, myśli Bradford na klęczkach, słysząc coraz więcej zduszonych jęków i czując, że płonie mu brzuch, że nie zostało mu już dużo czasu. Pozwoliłem twoim rodzicom cię zabrać. Zatrudniłem ludzi, żeby mi donosili, a oni opowiadali o twojej płaczącej matce, pijanym ojcu, bracie, porządnym jak zawsze, jedynym porządnym w tym żałosnym blaszanym domu. O nędznej szkółce, do której cię posłali i którą tak szumnie nazywali szkołą, podczas gdy ty zasługiwałeś na coś znacznie lepszego. Kardiolodzy twierdzili, że twój stan się poprawia, ale nie potrafili opanować arytmii, a ja domyśliłem się, ach, domyśliłem się, jeszcze zanim nadeszła noc, która połączyła nas na zawsze, że to był strach, że to, z czym nie mogłeś sobie poradzić, to panika, tak nazywało się to zbiorowe przerażenie nimf, kiedy pojawiał się wielki bóg Pan, panika, i to właśnie czułeś, tamto przerażenie. Znowu przywieziono cię do kliniki, byłeś szczupły, ale jeszcze silny, twój ojciec plótł jakieś głupoty, że nie może się tobą zajmować, moja radość w obliczu jego alkoholizmu i nędzy oraz chromania twojej matki; i tej pierwszej nocy, kiedy wszystko się potwierdziło, bo wszystko widziałeś, w szpitalu było gorzej, oczywiście, pozwoliłem ci cierpieć, musiałem się upewnić, to była próba, którą tak czy inaczej musiałeś przejść, pozwoliłem ci dojść do kresu, a potem cię reanimowałem - ileż to razy, Juanie; już jako dorosły żartem nazywałeś mnie swoim osobistym resuscytatorem - i tamtej nocy, kiedy wiedziałem i ja, i wszyscy, że nie przeżyjesz, jeśli arytmie komorowe nadal będą się powtarzać, odbyliśmy rozmowę. Co się dzieje, spytałem, a ty opowiedziałeś mi o mężczyznach i kobietach, których nikt inny poza tobą nie widzi, i że do ciebie mówią, ale też o jakimś lesie za oknem i o stopach unoszących się w powietrzu, i o kimś, kto wgryzał się w kark jakiejś kobiecie, i powiedziałeś, że nie wiesz, kim oni są, ale że nie znikają. Tutaj jest ich więcej, powiedziałeś, tutaj krzyczą. Oczy już ci nie błyszczały. I nauczyłem cię najprostszej metody blokowania tego, co się z tobą działo, takiej, której ja sam nigdy nie potrzebowałem, ale której Angielka uczyła wszystkich członków Bractwa. Położyłem ci dłoń powyżej żołądka, tak jak słyszałem, że ona im tłumaczyła, a ty cofnąłeś się lekko, twoje ciało miało już dość obmacywania i ran. Jednak wytrzymałeś i w kilka sekund opanowałeś tę technikę. To nie było oszustwo ani sugestia, byłeś tym, na kogo czekaliśmy, byłeś medium; kiedy przestałeś widzieć to, co widziałeś, opadłeś na poduszkę i stopniowo twoje oddychanie i serce się uspokoiły, i spytałeś, co mam zrobić, jeśli wrócą, a ja odpowiedziałem, tymczasem powtórzyć to ćwiczenie. Ach, Juanie, ta ufność tamtego pierwszego razu. Obym mógł spojrzeć ci w oczy ostatni raz, zanim wniknę w Ciemność.
Kiedy wyzdrowiałeś, zabrałem cię do domu. Od tej pory się nie rozstawaliśmy. Kiedy Ciemność, którą otworzyłeś, odebrała mi palce, już nigdy nie mogłem się znaleźć wewnątrz ciebie. Mogłem tylko patrzeć. Jeszcze dwukrotnie. I to było wszystko. A teraz Ciemność mnie zabiera: najpierw wyjada wnętrzności i to nie boli, mam czas, żeby myśleć i próbować patrzeć ci w oczy, ale są już daleko, ty już jesteś daleko, i proszę Ciemność o litość, bo teraz słyszę ją pierwszy raz.
Litości. A kiedy Ciemność znowu gryzie i czuję zapach jej radości zmieszany z zapachem mojej krwi, podczas gdy widzę, jak zjada moje ręce, ramiona, jak rzuca się na mój bok, przypominam sobie, że kiedyś mi powiedziałeś, że Ciemność nie rozumie, że nie zna żadnego języka, że to bóg dziki albo zbyt daleki. Czy będę zapamiętany jako człowiek, który znalazł i niejeden raz ocalił medium? Czy będą o mnie pisać, czy moje imię będzie wymawiane z podziwem? Nie powinienem myśleć o swojej chwale. Niech pozostanie tajemnicą, jeżeli tak musi być. Już nie proszę o litość. Nie ma na tym świecie słów na opisanie wnikania w Ciemność, na ten ostatni kęs.
Gaspar otworzył okno i poczuł na skórze zimną wilgoć mżawki. Było już sobotnie popołudnie: sklep rowerowy powinien być otwarty. Musiał odprowadzić rower do naprawy: łańcuch i szprychy zerwały się podczas głupiego wypadku, jaki miał tego ranka, kiedy za rogiem domu uderzył w krawężnik. Lubił jeździć bardzo szybko, zwłaszcza w soboty, wcześnie, kiedy na ulicy nikogo nie było. Niezbyt się pokaleczył, miał tylko zadrapania na łokciach, kolanach, draśnięty policzek.
Próbował wymknąć się po cichu, żeby nie obudzić ojca, jednak ze zdziwieniem stwierdził, że nie śpi, jest poważny, ale spokojny, i z filiżanką herbaty w ręce wychodzi z kuchni. W domu, jak zwykle, nie paliło się światło elektryczne: w niemal pustym salonie, w którym stał jedynie sztruksowy fotel - żółty, bardzo duży, prawie łóżko - włączony był tylko telewizor. Na widok Gaspara Juan zbliżył się i zapalił małą nocną lampkę stojącą na podłodze. W drugiej ręce trzymał papierosa.
- Nie wolno ci palić - powiedział Gaspar.
- Przestań pieprzyć. - I ujął jego twarz czubkami palców, żeby obejrzeć świeże draśnięcie. Potem schylił się i obrzucił wzrokiem spodnie poplamione smarem z rowerowego łańcucha.
- Przewróciłem się.
- Tylko mi tu nie kłam. Ostrzegam cię pierwszy raz.
- Jechałem szybko i wpadłem na krawężnik.
Gaspar poczuł, że ojciec przysuwa do niego twarz i obwąchuje go w sposób, który wydał mu się... zaborczy? Coś w tym rodzaju. Jakby miał go zjeść, ale tak naprawdę. Chociaż była w tym również czułość.
- Ile razy ci tłumaczyłem, że musisz uważać? Jesteśmy sami. Ja jestem chory. Jeśli uznają, że cię zaniedbuję, przyjdą po ciebie. Rozdzielą nas. Nie mogę stale cię pilnować.
- Wiem. Nic się nie stało.
- Dobrze. Umyj się dokładnie mydłem.
- Już sobie przemyłem i przetarłem wodą utlenioną. Myślisz, że plama z dżinsów zejdzie?
- Nie mam pojęcia - stwierdził Juan i zaciągnął się mocno papierosem. Znowu wziął do ręki filiżankę z herbatą, postawił ją na podłodze i zgasił nocną lampkę. - Jak nie zejdzie, kupisz sobie drugie.
- Dobrze się czujesz, tato?
- Lepiej. A ty?
- Też. Pójdę do parku, zobaczę, czy mi naprawią rower. Potem pewnie zostanę u Pabla.
- Jak chcesz. Będę w pokoju.
- Na dole czy na górze?
Juan wahał się chwilę. W końcu powiedział:
- Na dole.
- Wrócę na noc. Masz co jeść?
Juan nie odpowiedział, ale podszedł do Gaspara i powoli rozwarł mu dłoń, którą tamten miał zaciśniętą w pięść, po czym pogłaskał jej wnętrze, jakby chciał je ogrzać.
Stojąc za rogiem, Pablo najpierw usłyszał, a następnie zobaczył Gaspara i jego rower. Jak zawsze, kiedy go widział, uśmiechnął się, po czym zmusił do powagi: wstydził się okazywać, jak bardzo ucieszył go jego widok. Nie tylko on tak reagował. Wszyscy lubili Gaspara: pan z kiosku z gazetami i sklepikarz, blacharz i prawie wszyscy rodzice, dziewczynki, które śmiały się, kiedy przechodził. Gaspar mieszkał w rezydencji, chodził do najdroższej w dzielnicy szkoły, która miała własny basen pływacki i była dwujęzyczna, ale nie zachowywał się arogancko ani nie dawał odczuć, że ma forsę, był normalny i hojny, pożyczał wszystko, ubranie, magnetowid, karnet do wypożyczalni kaset, książki. Życie Gaspara bardzo się różniło od codzienności innych: jego tata chorował i niemal nie wychodził, nie pracował; do sprzątania i gotowania przychodziła specjalna gosposia: kiedy Gaspar był w szkole, zostawiała gotowe jedzenie w kuchni, on sam prawie jej nie widywał. Inni goście, adwokaci i księgowi, jak ich nazywał Gaspar, przynosili pieniądze i opłacali czesne za szkołę i inne wydatki. Nikt nie prowadził takiego trybu życia, przynajmniej spośród ludzi znanych Pablowi. Mając wszystko podane na tacy. Chociaż byli zamożni, Petersonowie nie żyli jak bogacze: prawie nie mieli sprzętów. Jednak nigdy nie brakowało im forsy i jeśli czegoś potrzebowali, natychmiast zjawiali się owi dziwni pracownicy; przybywali punktualnie, zupełnie jakby byli w pogotowiu.
A poza tym Gaspar jest superładny, pomyślał Pablo, ale natychmiast przygryzł dolną wargę, ponieważ wiedział, że nie wolno mu o tym myśleć; nie minął jeszcze tydzień od chwili, gdy jego tata wytargał go za włosy, bo za długo zastanawiał się nad wyborem ubrania, w którym miał pójść na urodziny wujka. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie zrobił, z ust zalatywało mu zapachem mate, kiedy rzucił, chyba nie jesteś pedałem, co? Pablo lubił się dobrze ubierać. Powiedział to ojcu, a ten niemal go uderzył. Po powrocie z urodzin obmyślił plan: na ostatniej stronie zeszytu do odrabiania lekcji w trzech kolumnach spisał wszystkie swoje ubrania, a następnie połączył je strzałkami; był to rodzaj tabelki narysowanej przy użyciu kolorowych kredek, tak jak się tego nauczył w klasie przy łączeniu zdań. Teraz musi tylko wykuć te kombinacje na pamięć albo przed wyjściem szybko rzucać na nie okiem i w ten sposób nie będzie tracić więcej czasu na sprawdzanie, czy brązowe sztruksowe spodnie pasują do zielonej bluzy, czy nie.
Gaspar nigdy nie miał takich problemów. Właśnie go widział, jak zbliża się na rowerze w cienkiej bluzie w kolorze musztardowym, która była na niego trochę za duża, niebieskich dżinsach i butach marki Topper, i to nie było genialne ubranie, ale na nim genialnie leżało. Nawet kiedy miał na sobie coś dziwnego, rezultat był superancki: na przykład nosił bardzo długie skórzane paski, które czasami mu zwisały. Należały do jego ojca i nieraz musiał się nimi owijać. A mimo to męska klamra i staromodna skóra nie wyglądały jak kostium, lecz stanowiły akcent wyróżniający go na tle innych. Oczywiście, że nie chodziło tylko o ubranie: chodziło o sposób, w jaki odgarniał włosy z twarzy, długie nogi i ciemnoniebieskie oczy, okrągłe i pozornie niewinne przynajmniej dopóty, dopóki się nie uśmiechnął albo nie rozgniewał, a wtedy działo się coś przedziwnego, bo wyraz oczu prawie mu się nie zmieniał i Pablo nie wiedział, jak to określić, bo i podobało mu się, i wzbudzało nieufność; przypominał mu jego kota, który mrucząc, pozwalał się głaskać i nagle, ni stąd, ni zowąd, ot tak, machał w powietrzu pazurami, nie mając zamiaru zranić, a jedynie po to, żeby dać jasno do zrozumienia, że już dostał to, czego potrzebował.
Zrównawszy się z nim, Gaspar sięgnął do tylnej kieszeni i podał Pablowi nieco zgniecioną gumę do żucia. Stojąc na chodniku i chowając się pod jakimś balkonem, który posłużył im za dach, bo się rozpadało, zaczęli robić balony.
- Pójdziesz ze mną do parku? - spytał, wskazując na rower. - Nie masz pojęcia, jak się wywaliłem, ale nic mi nie jest.
Mówił to spokojnie i Pablo wiedział, że podczas upadku Gaspar prawdopodobnie nawet się nie przestraszył. Miał w sobie jakąś twardość: byli w tym samym wieku, ale w odczuciu Pabla przyjaciel był znacznie starszy. Może dlatego, że nie miał mamy, że jego tata był chory, że nie miał przy sobie rodziny, że był raczej samotny. Nie śmiał się zbyt często i bardzo uważnie słuchał. Mama Pabla mówiła, że jest dzieckiem, które przeżyło traumę; mama Vicky - że jest dzieckiem smutnym. Mama Adeli, czwartej przyjaciółki z grupy papużek nierozłączek, mówiła, Juan jest wdowcem i choruje, samemu niełatwo wychowywać chłopca. Z Gasparem wszystko w porządku.
Kiedy ulewa przerodziła się w mżawkę, Pablo zasunął zamek kurtki i powiedział, idziemy. Park był bardzo blisko, zaledwie dwieście metrów dalej. Tamtego popołudnia z powodu złej pogody było w nim pusto; kiedy świeciło słońce, prawie nie było miejsca, gdzie można by zagrać w piłkę albo usiąść i napić się gaseosy, gdyż cała dzielnica wylegała na zaniedbany trawnik, pod stuletnie drzewa, między ścieżki z czerwonej ziemi. Właśnie mieli przejść przez ulicę, kiedy zobaczyli nadbiegające Vicky i Adelę. Vicky płakała; jej ciemne rozpuszczone włosy lśniły jak u młodej Japonki. Adela, prowadziła ją za rękę; miała na sobie ogromną, żółtą, nieprzemakalną kurtkę, wyglądającą jak namiot i całkowicie zasłaniającą kikut jej lewego ramienia.
- Ej, co jest - odezwał się Gaspar i podszedł do Vicky. Ona objęła go za szyję i krzyknęła, że Diana zginęła, od rana jej nie ma. Diana była jednym z dwóch psów Vicky, najukochańszym, ośmioletnim owczarkiem niemieckim, który towarzyszył jej praktycznie przez całe życie.
- Uciekła przed moim wrednym tatą - powiedziała Vicky. I pośród łez i pochlipywań zdołała opowiedzieć, że ojciec zostawił otwarte drzwi wejściowe i Diana - bez smyczy - wybiegła na chodnik. On ją zawołał, ona nie posłuchała. Mieli nadzieję, że wróci, ale Victoria i jej matka uparły się, żeby pojechać jej szukać samochodem. Nic. I tak od dziewiątej rano.
- Teraz my jej szukamy; kiedy nie ma tylu aut, może jest spokojniejsza - powiedziała Adela i swoim jedynym ramieniem odsunęła sobie z czoła wilgotny kosmyk.
- Może być w parku - stwierdził Gaspar.
- Właśnie tam szłyśmy.
- My też. Oddam rower do naprawy i pójdę z wami.
Całą czwórką ruszyli alejką obok domów w stylu angielskim w stronę parku. Adela jak zawsze zajęła miejsce obok Gaspara. Zaczęła mówić o psach, które wracały; psach, które siadały w drzwiach szpitali i czekały, aż ich chorzy właściciele zostaną wypisani; o takich, które mieszkały na cmentarzach, bo towarzyszyły swoim panom aż do końca. Lubiła fantazjować i przesadzać i coraz częściej kłamała, ale to znosili, i nie tylko z litości. Była zabawna. Mieszkała z mamą w nieco odsuniętym od ulicy domu, który był trochę mroczny, bo stał w głębi kwartału ulic i słońce zasłaniały mu okoliczne budynki oraz drzewa rosnące na dużych patiach sąsiadów. Mimo to dom był całkiem ładny; mama Adeli, Betty, dobrze dobierała dywany i reprodukcje obrazów, miała proste, ale wygodne kolorowe meble, czasami przykrywane kapami w andyjskie wzory. Był to na wpół hipisowski dom i bardzo różny, uważał Pablo, od jego domu ze starymi szklanymi ozdóbkami po babci, pomarańczowymi ptaszkami i białymi łabędziami, czarnymi tukanami z żółtymi dziobami i różowymi flamingami, których nie wolno mu było dotykać. Adela nie miała taty i właściwie nie było wiadomo dlaczego, czy umarł, czy odszedł. Nikt nie miał odwagi głośno powiedzieć, że może był zaginionym, chociaż niektórzy ośmielali się twierdzić, że jest odwrotnie, że jako policjant zginął w akcji.
Równie tajemniczy był powód, dla którego brakowało jej ramienia. Kikut był nieduży i proporcjonalny, jakby odcięty równo powyżej łokcia. Matka Adeli mówiła, że taka się urodziła, że to wada wrodzona. Wiele dzieci bało się jej albo brzydziło. Śmiały się, mówiły do niej "potwora", "paskuda", "wybrakowana strzyga"; że ją wynajmą do cyrku, że jej zdjęcie na pewno jest w książkach do medycyny. Bolało ją to, czasami płakała, ale postanowiła zawsze odpowiadać na drwiny żartami albo wyzwiskami. Nie chciała nosić protezy. Zazwyczaj nie ukrywała kikuta. Jeśli w oczach jakiegoś dziecka albo nawet dorosłego zobaczyła wstręt, potrafiła przejechać mu kikutem po twarzy albo usiąść tuż obok i swoim bezużytecznym wyrostkiem muskać mu ramię, aż doprowadzała go niemal do łez.
Jej wersja dotycząca nieobecnego ramienia była spektakularna, czego można się było po niej spodziewać. Opowiadała, że zaatakował ją pies, czarny doberman. Pies oszalał, dobermanom to się zdarza, to rasa, która według Adeli ma zbyt małą czaszkę w stosunku do wielkości mózgu: dlatego stale boli je głowa i wariują. Mówiła, że zaatakował ją, kiedy miała dwa lata. Mówiła też, że pamięta: ból, warczenie, odgłos kłapiących szczęk, plamiącą trawę krew. To było na działce jej dziadków i to dziadek zabił psa: strzał był niezwykle celny, ponieważ pies, kiedy został trafiony, trzymał jeszcze maleńką Adelę w zębach.
Niezwykłe było to, że Gaspar, który zawsze najchętniej słuchał i najmniej dyskutował z całej czwórki, nigdy nie chciał w tę wersję uwierzyć. Nie możesz tego pamiętać, mówił. Miałaś dwa lata. Ja ledwo pamiętam moją mamę, a kiedy umarła, miałem sześć.
- No tak, ale to było bardzo traumatyczne przeżycie - odpowiadała Adela i podkreślała słowo "traumatyczne", którego się niedawno nauczyła.
- Odbiło ci? To z moją mamą też było traumatyczne.
- Coś musisz pamiętać.
I Gaspar upierał się, że owszem, że trochę tak, ale za mało, chciał przypomnieć sobie wiele więcej; to były migawki, krótkie luźne scenki z jakiegoś filmu. A z czasów, kiedy miał dwa lata, nic a nic. Nikt niczego nie pamięta, kiedy ma dwa lata, to niemożliwe, obstawał przy swoim.
- Mnie tam wszystko jedno, możesz sobie kłamać - mówił, a Adela się wkurzała. - Ale w pewnych sprawach musisz to robić lepiej.
Po tych kłótniach Adela zawsze odchodziła z bardzo zaczerwienioną twarzą i uszami; była piegowata i nadzwyczaj jasnowłosa, a przy bladej cerze jej zęby wydawały się żółte. Pod niemal białymi rzęsami miała małe brązowe oczy.
- Zaczekajcie tu - powiedział Gaspar, kiedy doszli do parku Castelli.
Posłuchali go: Adela wytarła kurtką do sucha drewnianą ławkę i cała trójka usiadła w milczeniu. Park zajmował dwanaście kwartałów i na jego terenie znajdowała się szkoła, dwa baseny pływackie - jeden na otwartym powietrzu, drugi klimatyzowany; to tam Gaspar pływał w weekendy, kiedy basen w jego szkole był zamknięty - różany ogród i ogromna fontanna, wyrzucająca strumienie różnej wysokości zsynchronizowane tak, by sprawiały wrażenie, iż woda tańczy. Na placu zabaw dla dzieci stała również karuzela, ale oni byli już za duzi, aby tam chodzić, chyba że na hamaki; zwłaszcza dziewczęta lubiły hamaki oraz różany ogród z pergolą z XIX wieku, ciemnozielonymi pnączami i ścieżkami z czerwonych kamyków, które zostawiały plamy na butach.
Gaspar wkrótce wrócił ze sklepu z rowerami i zorganizował poszukiwanie: Pablo miał się zająć częścią od szkoły do alei wiodącej do kościoła; on sam okolicą fontanny i basenów; dziewczęta podzieliły między sobą różany ogród i obszar wokół wejścia do metra. Szukajcie dobrze, powiedział. Może być przestraszona. Za wszystkimi drzewami i pod wszystkimi ławkami. Szkoła jest zamknięta, ale na pewno jest ten pan, który jej pilnuje; Pablo, zawołaj go i zapytaj, naciśnij dzwonek. Ja zrobię to samo na basenie. Za godzinę znowu tu się spotykamy. Pozostali kiwnęli potakująco głową, a Gaspar, zanim przystąpił do szukania, schylił się i napił wody ze starego ceramicznego źródełka w kształcie lwiej głowy w kolorze niebieskim, które przeciekało i na ścieżce z czerwonej ziemi zostawiało małą krwawą strużkę.
Gaspar okrążył budynek klubu; mieszczący się w nim bar był otwarty i nie było w nim klientów - zapewne z powodu deszczu i godziny: mieli zacząć się schodzić w okolicach podwieczorku - więc wszedł do środka. Jedyny kelner i właściciel znali go: czasami jadł tam coś w soboty i niedziele po pływaniu, a nawet odrabiał lekcje przy którymś ze stolików z widokiem na najbardziej zadrzewioną część parku, kiedy jego ojciec był w bardzo złym humorze, co w ostatnim roku zdarzało się coraz częściej, jakby ów mężczyzna, który z nim mieszkał, był kimś innym, kto zamieniał się w kogoś bardziej milczącego, gwałtownego i odległego. Gaspar zaczął tęsknić za dawnym ojcem.
Zapytał, czy widzieli psa, jednak ani kelner, ani właściciel nie przypominali sobie żadnego owczarka niemieckiego: po parku krążyło wiele psów, większość z nich znali, zostawiali im jedzenie, ale żaden nowy nie rzucił im się w oczy. Gaspar przyjął szklankę fanty, którą poczęstował go właściciel, i dalej przeszukiwał schody po każdej stronie fontanny. W środkowej części park usytuowany był na wzniesieniu, urządzono go na niewielkim pagórku i ów stok kończył się odkrytym basenem, teraz już zamkniętym aż do następnego lata: okrążył go i popatrzył na trampolinę. Przecisnął się między wąskimi kratami - trochę go to kosztowało: chociaż był bardzo szczupły, jeszcze chwila, a będzie za duży na to, żeby przejść między prętami - i zawołał Dianę, wydając gwizd, o którym wiedział, że pies go rozpozna. Nic. Zawrócił znad basenu i znowu zawołał: dziwne, dozorcy nie było. Może wziął sobie wolny wieczór, mżyło, komu by się chciało wchodzić do wody. On to robił, czasami: lubił pływać, kiedy było zimno i nikt go nie pilnował; wychodzić, szczękając zębami, mając cały basen tylko dla siebie. O tych eskapadach ojciec oczywiście nie wiedział.
Zamknął oczy. Bolał go policzek i trochę kolana; jeszcze trochę krwawiły, wcześniej obejrzał je w łazience i już czuł napięcie skóry, robiły mu się strupki.
Psa nie było w pobliżu fontanny ani basenu, więc zaczął szukać za drzewami. W parku rosło ich dużo i Gaspar żałował, że się na nich nie zna, nie wie, które to topola, a które nieśplik, gdyż odróżniał jedynie sosny. Niechby takich rzeczy uczyli w szkole zamiast ułamków albo tych bzdur o organizmach jednokomórkowych. Szło mu dobrze, bo nauka nie sprawiała mu trudności, ale się nudził, i to od dawna. Sam dobierał sobie lektury: ojciec może i był zmienny w nastrojach i mógł budzić lęk, ale pozwalał mu czytać wszystko. Teraz czytał Draculę: widział już z dziesięć filmów, a książka różniła się całkowicie od każdego z nich. Przyszło mu na myśl pewne zdanie i dreszcz, który poczuł przy fontannie, nie był już spowodowany jedynie tym, że miał na sobie bluzę z cienkiego materiału: teraz owo zdanie wydało mu się straszne. "Umarli podróżują szybko". Wypowiadał je jeden z bohaterów, towarzysz podróży Jonathana Harkera, który jechał do domu Hrabiego. Poszukał tej książki po angielsku, w bibliotece ojca, który w roztargnieniu rysował coś w jednym ze swych zeszytów. Znalazł ją od razu i w oryginale brzmiało ono: for the dead travel fast. Angielska wersja książki zawierała ponadto informację, że zdanie to zostało przełożone z niemieckiego i że pochodziło z poematu zatytułowanego Lenore. Zapytał ojca, czy go ma - ojciec miał wiele tomów poezji - a on, nie przestając rysować czy pisać, nie patrząc na niego, odparł, że nie. To prawda?, spytał go wtedy. To prawda, że umarli podróżują szybko?
Ojciec podniósł w końcu głowę i stwierdził po prostu, niektórzy.
Zbiegł po schodach na esplanadę, na której stał pomnik tygrysa szablozębnego, i obszedł park ścieżką równoległą do ulicy Mitre. Vicky i Adela już czekały na niego w altanie w pobliżu różanego ogrodu. Z ich min domyślił się, że też nie znalazły psa.
- Wróci, Vicky - powiedział Gaspar. - Jak chcesz, zrobimy fotokopie jej zdjęcia i rozwiesimy w sklepach i na latarniach. Znajdziemy ją.
Vicky płakała.
- Jest stara, zgubi się.
Nadbiegł Pablo i zanim pokręcił przecząco głową, spojrzał na Gaspara.
- Wyznaczysz nagrodę? - spytała Adela. - Jak to zrobisz, będzie super.
- A skąd wezmę forsę na nagrodę? Tata mi na to nie da.
- Ja ci pożyczę, to nie problem - odezwał się Gaspar i poprosił Adelę, żeby z nim poszła do punktu ksero.
Resztę wieczoru spędzili na przygotowywaniu plakatu zaginionej Diany w formacie kartki papieru maszynowego. Vicky wybrała zdjęcie z jasnym tłem, żeby się lepiej wyróżniała. Hugo, ojciec Vicky, żartem zwrócił się do Gaspara, mówiąc, że w związku z inflacją wyznaczanie nagrody nie ma sensu, a Vicky tak się obraziła, że z płaczem zamknęła się w swoim pokoju. Adela i Gaspar dokończyli kolaż, a tymczasem Pablo słuchał wyjaśnień Hugona, jak to się stało, że pies uciekł. Rzeczywiście zostawił otwarte drzwi. Na minutę, bo zapomniał parasola, a był mu potrzebny - kiedy wychodził rano do pracy, do apteki, padało. I coś psa przestraszyło, coś, co spadło w głębi domu. Może Virginia, młodsza siostra Vicky, rzuciła zabawką o ścianę albo babcia, która niedosłyszała, pogłośniła radio i to poderwało psa, który pędem wybiegł. On też go kocha, wprost uwielbia, i krew go zalewa na myśl, że Vicky go za to obwinia i robi takie przedstawienie.
- Wróci - powiedziała Adela i od nowa zaczęła opowiadać anegdoty o psach wiernych swoim panom. Skończywszy wpisywać numer telefonu Vicky, Gaspar wstał i zastukał do drzwi jej pokoju.
- Idziemy rozlepiać plakaty. Chodź z nami, weź przestań.
Zapadła pełna napięcia cisza i Vicky otworzyła drzwi. Miała zaczerwienione oczy, ale już nie płakała.
- Przestań - powtórzył Gaspar. - Już zrobiliśmy plakaty.
Popatrzyli na siebie w ciemności korytarzyka między pokojami. Żarówka była przepalona. Gaspar przypomniał sobie lato, które spędził z Vicky i jej rodziną w Mar del Plata: gry paletkami na plaży, trochę pływania - nie za wiele: bardzo się obawiali, że Gaspar wypłynie za daleko, a on nie chciał ich denerwować - spacery po wilgotnym piasku o zmierzchu. Dużo rozmawiał z Vicky, czasami aż zasypiali bardzo późno, przy zapalonej lampce nocnej. To były drugie wakacje, kiedy dołączał do rodziny Peirano, wynajmującej na czas urlopu apartament w pobliżu na wpół opustoszałych plaż przy latarni morskiej, duży i wygodny, za który, jak podejrzewał Gaspar, to nie oni płacili. Był prawie pewien, że wie, kto pokrywa koszty wynajmu, ale nigdy by się do tego nie przyznał. Ojciec niczego mu nie wyjaśniał ani za pierwszym, ani za drugim razem. Pozwolił mu na miesiąc jechać nad morze. Skoro cię zapraszają, jedź. Mam do nich zaufanie. Każdego lata pracownicy, którzy przywozili im pieniądze, pojawiali się również na wybrzeżu, żeby upewnić się, że ma wszystko, czego potrzebuje. Nie zawsze byli to ci sami mężczyźni, ale Gaspar znał już wszystkich, było ich siedmiu, ośmiu, jeśli doliczyć szoferów, którzy wozili jego ojca do lekarza albo gdziekolwiek chciałby pojechać. Jako dziecko tego nie zauważał, ale kiedy podrósł, już tak; wyraźnie było widać, że nikt nie ma takich asystentów czy opiekunów. Kiedy zapytał o to ojca, ten za całą odpowiedź rzucił, twoja matka była bogata, to i ty też. Na pewno widziałeś w telewizji, co się może przytrafić bogatym ludziom. Gaspar przypomniał sobie wiadomości o porwaniach i wyjaśnienia mamy Vicky: to bezrobotne zbrojne ramię dyktatury, mówiła, teraz się wzięli za szantażowanie i żądanie okupów, znają się na porwaniach jak mało kto. Znaczy, że co: że coś mi grozi? Że mogą mnie porwać? Nie, ciągnął ojciec, bo tamci cię pilnują. A kiedy znowu zapytał, odpowiedź była identyczna, a irytacja ogromna. Toteż teraz godził się na to.
Pierwsze wakacje Gaspar spędził genialnie. Ale w trakcie drugich nie wiadomo czemu którejś nocy poczuł strach o ojca i wymknął się z apartamentu do budki telefonicznej. Opierając się o podziurawioną plastikową ścianę okrągłej kabiny, która przypominała mu wielkie jajko, wiele razy próbował dodzwonić się do domu. I następnej nocy znowu dzwonił. Nikt nie podnosił słuchawki. Był styczeń. Gaspar wiedział, że latem ojciec wyjeżdża na kilka dni, ma przyjaciół, ale nigdy na tak długo. Najwyżej dziesięć. Był 15 stycznia, a on nie odbierał i Gaspar już miał poprosić Lidię i Hugona Peirano, żeby mu pozwolili wrócić, żeby kupili mu bilet, chociaż nie za bardzo wiedział, co mógłby zrobić, gdyby przyjechał do pustego domu. Zadzwonić do stryjka do Brazylii? Porozmawiać z księgowymi? Poprosić o kontakt z dziadkami ze strony mamy, których od lat nie widział i ledwo pamiętał? Siedząc na stopniach przy wejściu do budynku w Mar del Plata, podczas gdy turyści wchodzili i wychodzili, jedni, żeby pójść na kolację do restauracji, drudzy z zakupami z supermarketu, żeby ugotować coś w apartamentach, Gaspar się rozpłakał, a Vicky powiedziała:
- Na pewno się znajdzie. Nie trzeba nic mówić. Jutro znowu zadzwonimy.
I tym razem, kiedy zadzwonił, ojciec zmęczonym i poirytowanym głosem powiedział, cześć. Gdy rozpoznał jego głos, pod Gasparem ugięły się kolana.
- Dzwoniłem do ciebie - powiedział urażony. - Nigdy nie wyjeżdżasz na tyle dni.
- Gasparze, baw się dobrze - odparł ojciec i odłożył słuchawkę.
Teraz, kiedy patrzył na Vicky, Gaspar przypominał sobie tamte dni niepewności sprzed zaledwie trzech miesięcy. A ona skinęła potakująco głową. Rozumiała. Związała sobie jedwabiste i bardzo ciemne włosy w koński ogon.
- Przepraszam, powinnam wam pomóc przy tych plakatach.
A potem znowu objęła Gaspara, który pocałował ją w głowę i wciągnął zapach jej włosów, przypominający trochę deszcz, a trochę modny szampon, który tamtego roku tak się dziewczynom podobał: zielony i pachnący sokiem jabłkowym.
Dom Victorii Peirano stał ciągle nieskończony. Działka była duża i budynek ciągnął się wzdłuż chodnika łączącego frontowy ogródek i garaż z częścią tylną: znajdowało się tam skromne podwórko z szopą, pod którą w cieniu cytrynowego drzewa spały psy i niemal każdej niedzieli rozpalano grill. W tym hałaśliwym i bałaganiarskim domu każdy kładł się spać, kiedy chciał; jeśli mieli chęć jeść wszyscy razem przy stole, to jedli, jeśli nie, zabierali swój talerz do pokoju albo szli na tył domu, babcia w radiu słuchała tang i nikt nigdy nie mógł znaleźć zawieruszonych papierów.
Nie przypominał domu farmaceuty i lekarki. Czasami Victoria myślała, że to niesprawiedliwe, że jej rodzice są biedni, gdyż szkolni koledzy, którzy mieli rodziców lekarzy, mieszkali w innych domach. Nieraz usłyszała, jak mówią o tym, jakiego mają pecha, o straconych okazjach; matka pracowała w szpitalu publicznym i brała dyżury w klinice położonej dwadzieścia przecznic dalej; ojciec nie chciał zostawić apteki, w której zaczął pracować w wieku osiemnastu lat, uwielbiał właściciela, nie przejmował się niską pensją. Nieraz kłócili się o pieniądze, ale byli szczęśliwi. Dobrze się razem bawili. A forsę wydawali na wakacje: w Bariloche, w Pehuencó, w Mar del Plata, w górach Córdoby, w Dolinie Księżycowej. Gaspar spędzał dużo czasu z tą rodziną. Jego własny dom był obszerny i elegancki i - wiedział o tym - cała dzielnica mu go zazdrościła; ale był także ciemny i pusty, miał wyschnięty ogród, niewiele mebli i panowała w nim obowiązkowa cisza.
- Może zostaniecie na kolacji? - spytała Lidia, matka Vicky. Wróciła ze szpitala prawie o dziewiątej wieczorem z kilkoma pizzami, które wystarczyło wstawić do piekarnika. Dopiero się dowiedziała o ucieczce psa i wysłuchawszy wszystkiego, zwróciła się do męża:
- Jesteś dupek, Hugo. No, naprawdę.
I pogratulowała dzieciom, że zrobiły plakaty. Zostawili je we wszystkich sklepach, kioskach, w barze w parku, w wypożyczalni rowerów, na latarniach: nazajutrz była niedziela i o ile nie będzie padało, na ulicę wyjdzie znacznie więcej ludzi, i jeśli ktoś widziałby psa, to musiał się znaleźć. Zostawili też numery telefonów Adeli i Pabla; Gaspara nie: jego ojciec nie znosił sygnału dzwonka.
Rozłożywszy pizze na kuchennym blacie, żeby trochę przestygły, Lidia poszła do swojego pokoju, zdjęła biały fartuch i jeszcze raz zaprosiła Pabla i Gaspara na kolację. Pablo powiedział, że mama na niego czeka. Gaspar powiedział, że nie, dziękuję.
- Jak się czuje twój tata? - spytała Lidia, zanim weszła pod prysznic.
- Nie wiem - powiedział szczerze Gaspar. - Dlatego też chcę iść. Ale jest mu lepiej niż kilka dni temu, dzięki.
- Jakby co, daj znać.
Gaspar skinął ręką na pożegnanie. Żałował, że nie ma roweru: zlecił mechanikowi, żeby dodatkowo zmienił światełko, którego używał, kiedy zapadał zmrok, bo ostatnio przerywało. Adela wyszła razem z nim: ze wszystkich to ona mieszkała najbliżej niego. Lubił z nią przebywać: przy niej potrafił się odprężyć, bo mógł być szczery.
- Myślisz, że Diana się znajdzie?
Sierść nieco szorstka, jęzor stale na wierzchu i ten uroczy entuzjazm - nagle Gaspar przypomniał sobie to wszystko i poczuł gulę w gardle. Kochał tego psa. Ponieważ nie pozwalano mu trzymać w domu zwierząt, przywiązywał się do pupili przyjaciół. Diana była jego ulubienicą.
- Nie - powiedział. - Nie sądzę, żeby się znalazła.
- Ja też nie, ale nie chciałam nic mówić.
- A może właśnie odwrotnie i my się mylimy.
- Oby. A ty czemu nie masz psa?
- Tata nie znosi zwierząt.
To nie było dokładnie tak; kiedyś powiedział "Nie chcę w domu niczego żywego". Ale to zabrzmiałoby zbyt dziwnie, nawet dla Adeli.
- Twój tata jest strasznie porąbany.
Roześmieli się. Adela powiedziała to lekko i ze znajomością tematu: Betty, jej matka, kiedy była smutna, dużo piła. Nie była agresywna, nie wyżywała się na Adeli, a jedynie zamykała z butelką i czasami wymiotowała w łazience. Albo w mieszkaniu. Gaspar nieraz pomagał Adeli opróżniać z wina kieliszki, które znajdowali w kątach, a w łazience używać odświeżacza do pomieszczeń, jeśli Betty źle wytarła swoje rzygowiny. Nie upijała się bardzo często, ale kiedy już to robiła, dni były trudne. Gaspar nie spieszył się, po części, żeby móc spędzić z Adelą więcej czasu, a po części dlatego, że z powodu braku ręki była nieco spowolniona, jakby brakowało jej wiosła do odpychania. Już nie padało, Adela zostawiła kurtkę w domu Vicky i miała na sobie tylko czerwoną bluzę z rękawem podwiniętym powyżej kikuta. Zawsze mówiła, że nienawidzi nosić pustego, zwisającego rękawa. Wolała, żeby to, co oczywiste, było na widoku. Gaspar lubił towarzystwo Adeli także dlatego, że była gadatliwa, a jego milczenie jej nie przeszkadzało. Teraz jednak się nie odzywała. I to nie z powodu psa, który nie był jej przyjacielem; wolała trzymać się od psów z daleka, obstawała przy tym z całą stanowczością, żeby móc trwać przy swojej historii o ataku dobermana.
Gaspar postanowił przerwać ciszę:
- Coś ci jest?
- To, co zawsze, ale czasem jest gorzej.
- Dobra, gadaj.
- To trochę obrzydliwe.
- To i lepiej.
Adela popchnęła go tak, że aż się potknął.
- Bałwan.
Mówiła ze spuszczonym wzrokiem, jakby patrzyła pod nogi.
- Ramię mnie swędzi. To ramię - powiedziała i poruszyła kikutem.
- No to się podrap.
- Nie bądź kretynem. Swędzi mnie tam, gdzie go nie mam. Już byłam u lekarza. To się nazywa kończyna fantomowa, powiedział. I to dlatego, że mózg nie rejestruje, że już jej nie masz, no i czuje się różne rzeczy.
Gaspar popatrzył na nią z uwagą w świetle żółtawych lamp ulicznych. Włosy Adeli otaczał rodzaj aureoli: puszyły się od wilgoci.
- Nieprawda.
Spojrzała na niego z nienawiścią, mrużąc ciemne oczy.
- Czemu nigdy mi nie wierzysz?
- Nie może cię swędzieć coś, czego nie ma.
- A właśnie że mnie swędzi, a ty nic nie rozumiesz - zawołała Adela i z płaczem rzuciła się biegiem do domu, nie dając mu spojrzeć sobie w twarz. Gaspar już miał pobiec za nią, ale pozwolił jej odejść. Był zmęczony, głodny, a zanim podgrzeje kotlety w piekarniku, minie jeszcze jakiś czas. Nie wiedział, czy ma chleb, żeby zrobić sobie kanapkę. Powinien był przyjąć zaproszenie na kolację, ale chciał wrócić do domu, pobyć trochę sam i zobaczyć tatę.
Powoli pogrążył się w chłodnej ciemności domu i zanim przeszedł do kuchni, zajrzał do pokoju na parterze, w którym spał ojciec.
Lampka nocna na podłodze, pusta szklanka na stoliku i ojciec z odkrytą piersią siedzący na łóżku; już nigdy nie sypiał na leżąco. Gaspar nie potrafił stwierdzić, czy śpi, czy nie: widział tylko, że ma zamknięte oczy.
Zapalił światło w kuchni, niemal jedynym pomieszczeniu w domu, nie licząc łazienki, gdzie pozwalano mu korzystać z górnego oświetlenia. W lodówce znalazł dwa kotlety. Powąchał je: natka pietruszki, bułka tarta, trochę cytryny i metaliczny zapach surowego mięsa. Posmarował olejem jedną z blach piekarnika i włączył go. Żeby płomień na dobre się rozpalił, trzeba było dłuższy czas trzymać wciśnięty guzik, prawie minutę. Jeśli zwolniło się go za szybko i półkole niebieskiego ognia zgasło, należało odczekać ponad dziesięć minut, zanim można było znowu spróbować. Tej nocy nie miał odwagi smażyć ze względu na skwierczący hałas oleju; nie chciał obudzić ojca, a poza tym dania smażone - czasami, kiedy kładł się spać, a jeszcze ich dobrze nie strawił - wywoływały u niego jeden z najbardziej znienawidzonych koszmarów; o mężczyźnie, unoszącym się w powietrzu ponad jego głową, z którego rąk skapywały gorące kropelki, sączące się z czegoś, co trzymał w ramionach; czegoś żywego i niedużego, co umierało; w jego śnie było to bardzo wyraźne; nie potrafił odróżnić, czy to był jakiś człowiek czy zwierzę, bo go nie widział; jedyne, co widział, to stopy człowieka fruwającego w powietrzu i kawałek jego nóg, bladych niczym kości, dokładnie nad swoją głową. Tak więc kotlety z piekarnika. I pomidor przekrojony na pół, z odrobiną oliwy i oregano.
Lubił gotować. Chciałby częściej to robić dla ojca, który ostatnio jadał mało i niechętnie. Gaspar wiedział, że jest bardzo chory, zawsze to wiedział, jednak teraz wyczuwał coś gorszego, o czym nie chciał myśleć: czuł, że wkrótce umrze. Ciągle był taki zmęczony, taki rozdrażniony, taki słaby, tak niebywale delikatny, i to właśnie jego ojciec, wysoki, silny, o tak wielkich dłoniach, że kiedy go tuliły, mogły objąć całą jego głowę, a kiedy go biły, były niczym rękawice bokserskie bez osłony tkaniny i gumy, czysta furia kości ciężkiej dłoni i brutalnych ciosów na odlew.
Zdjął buty i skarpetki, które mu zwilgotniały, i na sznurku rozpiętym w kuchni poszukał suchych. Nie chciało mu się spać, więc kiedy zjadł już kotlet z pomidorem, obok talerza rozłożył mapę polityczną Azji, którą miał wypełnić. Popatrzył na linie wyznaczające granice państw i chociaż przy odrabianiu lekcji wolno było korzystać z pomocy encyklopedii, spróbował przypomnieć sobie nazwy bez zaglądania do niej: tak miało być na klasówce. Chiny, Pekin. Prawie dla żartu zamalował ogromny kraj na żółto. Wyspa tam na górze to Japonia. Tokio. Na czerwono. Lubił geografię. Nie lubił matematyki ani tym bardziej geometrii, ale od tego miał Belén, koleżankę, która chciała zostać inżynierem i która rozwiązywała za niego zadania i za pomocą kątomierza wykonywała rysunki techniczne, w zamian on pisał za nią prace domowe z angielskiego i hiszpańskiego. Wymiana była doskonała, nie mówiąc już o tym, że Belén mu się podobała. Inne dziewczyny też mu się podobały, ale żadna nie wydawała się taka ładna jak Belén ani też przy żadnej nie był jednocześnie zdenerwowany i zadowolony. Fakt, że chciała studiować inżynierię, sprawiał, że podobała mu się jeszcze bardziej: była inna niż wszystkie.
Ciągle jeszcze nie miał odwagi jej poprosić, żeby się z nim umówiła albo żeby została jego dziewczyną. Wiedział, że inne nabijały się z niej, robiąc aluzje do ich imion, Belén i Gaspar: Betlejem - miejsce narodzin Jezusa, i Kacper - jeden z Trzech Króli. To miał być żart. Jego imię i imię dziewczyny, która najbardziej mu się podobała, razem stanowiły obiekt żartów. A ona była pewna siebie, taka ładna z tymi swoimi szerokimi ustami i ciemnymi oczyma, i skórą tak cienką, że zdawała się przezroczysta, na policzkach było jej widać wszystkie niebieskie żyłki; Gasparowi wydawało się, że też jest rodzajem mapy. I te skarpetki, które nosiła, białe, znacznie poniżej kolan, i posrebrzany pierścionek na małym palcu.
Teraz nie mógł sobie przypomnieć stolicy Iranu. Teheran czy Bagdad? Zdecydował się na Teheran i zamalował kraj na fioletowo. Zostało mu jeszcze wiele krajów, które zawsze mu się myliły: pamiętał nazwy - Malezja, Indonezja, Kambodża - ale nie potrafił odróżnić ich zarysów na mapie. Nie chciało mu się iść na pierwsze piętro i szukać encyklopedii: mógł to zrobić następnego dnia.
Na bosaka ruszył do swojego pokoju: jego okno wychodziło na ulicę, a raczej na frontowy ogródek, który był wąski i w którym stało kilka dużych donic z zaschniętą ziemią. Okno było zamknięte, a roleta opuszczona i Gaspar go nie otworzył. Przejrzał to, co leżało do czytania na nocnym stoliku, ale nie miał ochoty na żadną książkę, nawet na tomik poezji; lubił je najbardziej ze wszystkiego, chociaż ich nie rozumiał, bo czasami, kiedy przeczytał na głos dwa słowa, a one razem wywoływały jakiś piękny efekt, zbierało mu się na płacz. Nie chciało mu się również słuchać muzyki na nowym walkmanie, przywiezionym przez stryjka z Brazylii na Boże Narodzenie. Nie mógł też oglądać filmów, bo swoje wideo pożyczył Pablowi. Musiał iść spać. Zdjął spodnie, ale został w podkoszulce; bluzę rzucił na krzesło. Otarcia na kolanach już zaschły, nazajutrz poczuje swędzenie, a potem będzie zrywać strupy i nim się wygoją, minie dużo czasu; zawsze robił tak samo.
Zanim się przykrył, złożywszy poduszkę na pół, z szuflady wyjął jeden z zeszytów z kolekcji historii sztuki indiańskiej i ludowej, który napisała jego mama i w którym było jej zdjęcie. Inne jej artykuły, niektóre po angielsku, zamieszczone były w różnych książkach znajdujących się w domu. Gaspar znał na pamięć tytuł każdego z nich. Świat ludów Tupi-Guaraní w przededniu konkwisty, Gdyby Bóg był jaguarem: kanibalizm i chrześcijaństwo wśród Guaranów, Sociocultural dimension of epilepsy: an anthropological study among Guaraní communities in Argentina i wiele więcej, również na inne tematy, jednak żaden z owych rozdziałów ani żadna z krótkich broszurek nie zawierały jej zdjęcia. A ten zeszyt tak. Ojciec powiedział, że cała kolekcja składała się z dziesięciu zeszytów, jednak w domu mieli zaledwie pięć. Twoja mama była dumna, ale też bardzo wkurzona, bo była jedyną kobietą w tej kolekcji, opowiadał. Czemu wkurzona?, spytał Gaspar. Z wielu powodów: bo było mało antropolożek, i nie zapraszano ich na wykłady i kongresy, bo męczyła ją praca wyłącznie z mężczyznami.
Jak informowano na pierwszej stronie, zeszyt należał do kolekcji opublikowanej przez Centrum Sztuk Wizualnych Museo del Barro w Paragwaju. Tytuł brzmiał: Sztuka tubylcza a sztuka metyska w autochtonicznych grupach Guaranów. Otwierał go czterostronicowy tekst bez obrazków, bardzo trudny, przynajmniej dla Gaspara, objaśniający, co to są "rodziny językowe" wśród języków autochtonicznych i definiujący pojęcie "ludowy"; ten wydawał mu się nudny. Ale dziesięć następnych stron miało zdjęcia, i to kolorowe, które uwielbiał. Były na nich: drewniana rzeźba głowy zakrwawionego Chrystusa z XVII wieku; inny Chrystus, w pełnej postaci, nazywany "od słupa", cały pokaleczony i z rękami przywiązanymi do pala sięgającego mu do pasa; jakaś przedziwna Matka Boska, rodzaj popiersia bez nóg, z przeszytym szpadami blaszanym sercem umieszczonym na zewnątrz klatki piersiowej - nazywała się "Bolesna"; dalej obraz, na którym ukrzyżowanemu Chrystusowi strumieniami tryskała z boku krew, a anioł zbierał ją do złotego kielicha jak do wiadra. Druga część zeszytu, jego ulubiona, nosiła tytuł: Ludowy poczet świętych. Były w niej cztery zdjęcia przedstawiające różne szkielety, które nazywały się San La Muerte - Święte Umrzyki. Na jednym szkielet był bardzo wysoki, w lewej ręce trzymał kosę, a w prawej miotłę; na drugim grubiutki i niski, miał dorysowane uśmiechnięte usta i krótką kosę, która przypominała raczej nóż: ten był zabawny. Następny już nie: umieszczony w trumnie pomalowanej na czarno, poważny, wyglądał, jakby wstawał. A najdziwniejszy był ostatni: podpis głosił, że został wyrzeźbiony w kości (nie wyjaśniał, czy zwierzęcej, czy ludzkiej), mierzył zaledwie pięć centymetrów i z głową podpartą rękami siedział, jakby czekał na jakiejś ławce. Dalej znajdował się San Son, mężczyzna ubrany na czerwono, ze szpadą w ręce dosiadający jaguara, drewniany. I Santa Librada, ukrzyżowana kobieta. Ostatnia część, zawierająca rysunki miejscowych Indian, była najnudniejsza: ptaki i tatuaże, i ogromne pajęczyny rozpięte między drzewami, ryby w rzece, krokodyle, ludzie sadzący wielkie rośliny przypominające dynie.
Na tylnej okładce umieszczono zdjęcie jego mamy i krótką informację o jej życiu i studiach. Brzmiała tak: "Rosario Reyes Bradford urodziła się w Buenos Aires w 1949 r. i jako pierwsza Argentynka uzyskała tytuł doktora antropologii Uniwersytetu w Cambridge, w Wielkiej Brytanii. Specjalizuje się w antropologii symbolicznej, antropologii religii oraz etnografii Indian Guaranów. Prowadzi wykłady i badania na Uniwersytecie w Buenos Aires. Opublikowała ponad dwadzieścia artykułów w Argentynie, Paragwaju, Brazylii, Kolumbii, Meksyku, Stanach Zjednoczonych, Anglii, Francji i Belgii. Jest autorką książki Tekoporá: badania antropologiczne nad historią, religią i ontologią Indian Guaranów".
Obok zdjęcia był tekst podpisany przez mamę, w którym dziękowała Cristino Escobarowi, dyrektorowi muzeum, oraz wydawnictwu, indiańskim wspólnotom Mbyá z Misiones i południowego Paragwaju, całej liście innych osób, a na końcu znajdowało się to, co Gaspara najbardziej interesowało. Brzmiało to tak: "Dziękuję Tali, mojej siostrze, najlepszej przyjaciółce i współpracownicy. Dziękuję Juanowi za jego bezwarunkową miłość i Gasparowi, mężczyźnie mego życia, który odważnie znosił nieobecność swojej mamy i za każdym razem, kiedy wracała, witał ją z radością, nie robiąc jej wyrzutów". Gaspar zapytał ojca, czemu o Tali, przyjaciółce rodziny, którą od czasu do czasu widywał, mówiła jako o swojej "siostrze", a Juan odparł, że to taki zwrot, bo bardzo się kochały. Gaspar poczuł rozczarowanie: miał nadzieję, że okaże się jego ciocią, chciał mieć trochę więcej rodziny.
Spróbował zebrać wszystkie swoje wspomnienia o mamie: jak schodziła po schodach i kładła mu na czole zimną chusteczkę, kiedy bolała go głowa; jak mówiła, że zaraz wróci, żeby cichutko usiadł i zaczekał (bardzo wyraźnie pamiętał to "cichutko"), a potem odchodziła korytarzem, ale gdzie on mógł być, ten korytarz. Pamiętał też jakiś bulwar albo molo, jakie bywają nad morzem, ale zamiast wody widział pod nim drzewa. Korony drzew. Ona prowadziła go za rękę i miała ciemne włosy. I jak leżąc w łóżku, uczyła go znaczenia kart. I jak stojąc na czubkach palców, całowała tatę, a on, pochylony, obejmował ją w pasie.
Na zdjęciu, które widniało obok podziękowań, mama patrzyła prosto w obiektyw. Zeszyt wydano w roku 1979, ale czarno-białe zdjęcie, jak mu wyjaśnił tata, zrobiono wcześniej. Ubrana była w białą bluzkę z krótkim rękawem: ramiona miała bardzo szczupłe, ale - i Gaspar trochę się wstydził, że tak myśli - była bardzo cycata. Chodziło o to, że była bardzo ładna, a on nie lubił tak myśleć o swojej mamie, jednak z rozpuszczonymi i nieco potarganymi włosami i mięsistymi wargami wyglądała pięknie. Kiedyś tata powiedział mu, że zawsze bardzo mało się malowała i że u kobiet w tamtych czasach było to niezwykle rzadkie. Poproś któregoś z kolegów, żeby ci pokazał zdjęcie swojej mamy sprzed dziesięciu lat, a sam zobaczysz. I Gaspar to zrobił, i rzeczywiście: mama Vicky miała wokół oczu tyle ciemnego cienia, że wyglądała jak szop pracz z kreskówek, a do tego jeszcze usta pokryte czerwienią i kolorowe plamy na policzkach. Najgorzej było z brwiami. Mama Pabla, na przykład, na swoich ślubnych zdjęciach po prostu ich nie miała, ba, tylko cieniusieńkie, narysowane na skórze. Jego mama, na tym zdjęciu i na innych, miała normalne brwi. Czemu kobiety wyrywają sobie brwi, dopytywał się Gaspar, a tata, uśmiechając się, odparł, że jego mama zadawała sobie to samo pytanie. Twoja mama szalała na punkcie ubrań i mody, powiedział, ale do nikogo nie była podobna. Na zdjęciu nosiła szeroką bransoletkę: jeśli przyjrzało się jej z uwagą, można było dostrzec, że był to wąż z półotwartą paszczą i rozwidlonym językiem, który opierał się na jej nadgarstku.
Zamknął zeszyt i wytarł oczy prześcieradłem. Z kieszeni bluzy wystawała jedna z fotokopii zdjęcia pyska Diany. Resztę zostawił na kuchennym blacie. Nie było sensu wychodzić i rozlepiać ich teraz, gdy padało. Pomyślał o psie. Głównie leżał i bawił się piłeczką tenisową. Miał jakiś problem z biodrami i z trudem się podnosił: najpierw szedł powoli, a potem już poruszał się normalnie, jakby jego biodra musiały się trochę rozchodzić, zanim na nowo zaczną funkcjonować. Był dobry i nieco przygłupi, dlatego takie dziwne, że sobie poszedł.
Gaspar czytał gdzieś - w jakimś czasopiśmie? opowiadaniu? nie pamiętał - że jeśli się czegoś bardzo mocno zapragnie, jeśli się skoncentruje, zamknie oczy i szczerze poprosi o to, czego się chce, można to osiągnąć. Pomyślał o Dianie, o jej wielgaśnym łbie i nieco zapadłym grzbiecie, o tym, jak czasami przytomniała, szczególnie kiedy Electra, młodsza suczka Vicky, zaczepiała ją i z wywalonym jęzorem i tym rodzajem uśmiechu, jakie psy czasami miewają, razem biegały za domem po niewielkim ogrodzie obstawionym dokoła doniczkami, wielkimi donicami z kwiatami, hortensjami i różami, i azaliami, eksplozjami fioletu i czerwieni na tle pobielonych cegieł. Zasnął, myśląc o Dianie pałaszującej kwiaty jaśminu i o babci Vicky krzyczącej na nią, żeby nie rujnowała jej roślin, przy których się tyle napracowała.
Najpierw obudził się z zimna i stwierdził, że przez sen się rozkopał. Bardzo często mu się to zdarzało. Podczas ostatnich wakacji Vicky powiedziała, że strasznie się wierci i mówi przez sen. Co mówię, zapytał, a Vicky bardzo poważnie odparła, że nie dało się tego zrozumieć. Gaspar jej nie uwierzył. Postanowił, że którejś nocy musi nastawić magnetofon, żeby się nagrać i posłuchać.
Za drugim razem, kiedy się obudził, nie od razu poznał, gdzie się znajduje: śniła mu się Diana. To był dziwny sen: znalazł ją w basenie w parku, unosiła się na wodzie, pewnie się utopiła, ale kiedy ją wołał, podnosiła głowę i podpływała do niego zziajana i zadowolona, z wielkim trudem machając przednimi łapami. To nie sen go obudził: zrobiły to właśnie łapy. Psie łapy, które drapały roletę, oraz skomlenie psa, który chce wejść.
- Diana! - powiedział głośno i pomyślał, że od razu, w środku nocy, zaprowadzi ją do Vicky. Wstał szybko, otworzył okno i podniósł roletę. Na zewnątrz nie było nic. Tylko kraty ogrodzenia, zamknięta furtka i pusty ogródek; lekki, ale nieustający deszcz padał na chodnik, śliski i srebrzysty w świetle latarni. Niebo było zachmurzone i jasne: to była wilgotna i świetlista noc. Wystawił głowę za okno i cichym głosem powiedział, Diana!, ale wtedy poczuł nagłe szarpnięcie za włosy, które wciągnęło go z powrotem do pokoju, i pchnięcie, które - chociaż niezbyt silne - oderwało go od okna i rzuciło na ścianę. Zobaczył ojca, w samych czarnych spodenkach, jednym ruchem zamykał okno i opuszczał roletę z szybkością, która wydała mu się dziwna, zbyt gwałtowna. Popatrzył na niego. Nie był ani zły, nic a nic, ani wściekły. Był zaskoczony.
- Co robisz? - zwrócił się do niego niezbyt głośno, nie krzyczał. Gaspar rozluźnił ramiona, które odruchowo skulił. - Czemu wzywasz zmarłych?
- To był pies Vicky.
- Jaki pies? O czym ty mówisz?
- Vicky zginął pies i właśnie usłyszałem, jak drapie roletę!
Teraz ojciec się odprężył, porzucił groźną pozycję i przesunął dłonią po włosach. Lewą brew miał wygiętą w łuk w typowym dla siebie grymasie niedowierzania, czasami pogardy, a kiedy indziej, najrzadziej, na znak, że coś go rozśmieszyło. Usiadł na łóżku Gaspara i zarzucił sobie koc na ramiona.
- Idź mi przynieś to, co piłem, jest na nocnym stoliku. I papierosy.
Gaspar nie lubił, kiedy ojciec palił w jego pokoju, zostawiał mu straszny smród; w ogóle nie lubił, kiedy palił, ale już raz go poprosił, żeby przestał, i dalsze naleganie nie miało sensu. Przyniósł szklankę whisky i papierosy. Ojciec zapalił jednego i natychmiast go zgasił na podłodze.
- Chodź tu. - I zrobił mu miejsce obok siebie, żeby okryć go kocem.
Wypił łyk whisky i przesunął powoli językiem po wargach, po czym stwierdził:
- Pies nie żyje. To nie był pies Vicky. O ile to był pies.
Gaspar poczuł, że ze strachu zasycha mu w ustach. Ojciec popatrzył na niego uważnie: miał podkrążone oczy, a wargi lekko fioletowe niczym topielec.
- Jesteś pewien? Wyszła przecież dziś rano...
- Jestem pewien.
Od ojca zalatywało alkoholem. Jest trochę podpity, pomyślał Gaspar, ale z nim nigdy nie było wiadomo. Usiadł wygodniej na łóżku i przypadkiem dotknął zeszytu leżącego na poduszce. Wziął go i odłożył na nocnym stoliku.
- Próbowałeś kiedyś tego z nią, z twoją mamą?
- Czego?
- Tego, co zrobiłeś dziś w nocy, kiedy wzywałeś psa koleżanki.
- Ja go nie wzywałem...
- Gaspar, obaj doskonale wiemy, o czym mówimy.
Co miał mu odpowiedzieć? Bał się ojca siedzącego tak pod kocem, a także światła nocnej lampki, deszczu, który nagle przybrał na sile - porywane wiatrem krople biły o roletę - i łap ducha psa, których drapanie słyszał w głowie.
Muszę powiedzieć mu prawdę, pomyślał.
- Tak, próbowałem, ale nigdy nic z tego nie wyszło.
Ojciec westchnął głęboko, a kiedy wypuszczał powietrze, zrobił to powoli, drżąc.
- Nie wolno utrzymywać przy życiu tego, co umarło - powiedział. - Nigdy więcej tego nie rób.
- Nie wiedziałem, że pies nie żyje.
- Nie, jasne, że nie. Ale nie rób tego więcej. To bardzo niebezpieczne.
- Nigdy bym go nie wzywał; jak miałbym go wzywać, skoro nie żyje.
- Ale matkę wzywałeś.
Gaspar zawahał się.
- Nie wiedziałem, że jak się o niej myśli i chce, żeby wróciła, to się ją wzywa.
Ojciec jednym łykiem skończył whisky.
- W zasadzie tak nie jest. Nie chcę, żebyś to znowu zrobił.
- Już zrozumiałem, tato.
- Duchy istnieją naprawdę. I nie zawsze przychodzą te, które się wezwało.
Ojciec ponownie sięgnął po papierosa i tym razem wypalił go w ciemnościach. Chwilami, kiedy wypuszczał dym, kaszlał. Zrzucił koc z ramion i teraz okrywał sobie tylko długie i szczupłe nogi porośnięte jasnym meszkiem. Papieros dopalił się powoli w resztce whisky w szklance. Gaspar czekał, aż ojciec sobie pójdzie, ale on wyciągnął się w łóżku, więc sam przysiadł na brzegu z kolanami podciągniętymi do brody.
- Nie mogę zasnąć - odezwał się ojciec, jakby się tłumaczył.
Popatrzyli na siebie w półmroku. Na zewnątrz deszcz targał drzewa i Gaspar znowu miał wrażenie, że słyszy łapy psa, tym razem biegnącego po chodniku, ale próbował nie zwracać na to uwagi.
- Mogę cię o coś zapytać?
- Tobie też nie chce się spać.
- Nie, a poza tym już się trochę przespałem. Wczoraj rozmawiałem z Adelą i powiedziała, że czasami swędzi ją ramię, którego nie ma. Powiedziałem, że kłamie, bo to jasne, że mnie okłamała, prawda? Ale rozpłakała się i sobie poszła, no i nie wiem; ja poznaję, kiedy zmyśla, straszna z niej oszukanica, więc pomyślałem, że może mówiła prawdę.
Juan uśmiechnął się i usiadł. Gaspar zauważył, że kiedy leżał, trudniej mu było oddychać, a tym bardziej, jeśli mieli rozmawiać.
- Nie okłamała cię. W przypadku amputacji to zdarza się bardzo często. Myślę, że w mózgu nadal istnieje strefa odpowiedzialna za brakujący organ i dlatego wywołuje wrażenia, które wydają się spójne. Nie czujemy skórą, synu, czujemy mózgiem. Ból jest w mózgu.
- Naprawdę?
- Zrobimy doświadczenie. Przynieś mi... niech pomyślę: rękawiczkę, taką, której używa się przy badaniach. Mamy? Pielęgniarka jakieś zostawiła?
- Tak, w łazience.
- Dobrze. Rękawiczkę, dwie szczoteczki do zębów i nóż. I potrzebny mi jeszcze kawałek deski.
- Twoja rysownica?
- Nie taki duży.
- Kilka dni temu spadła osłona rolety w salonie. Stoi pod ścianą.
- Nie zauważyłem.
- Potem ją naprawię: kiedy przyjdzie gosposia albo tamci od forsy, przytrzymają mi krzesło.
- Ta osłona się nada, jest wysoka. Przynieś z biblioteki kilka słowników, żeby ją podeprzeć. Pospiesz się, bo chcę ci coś pokazać.
Gaspar szybko wyszedł z pokoju, starając się ukryć swój entuzjazm. Gdyby ojciec zauważył, jak się cieszy, że może się z nim pobawić, spędzić jakiś czas, mógłby odejść bez żadnego wyjaśnienia. Od dawna Gaspar znał te nagłe zmiany nastroju i już nie próbował tłumaczyć sobie, dlaczego tak się dzieje: po prostu, skoro ojciec chce pobyć z nim przez chwilę, musi to wykorzystać i już.
Zgromadził wszystko i położył na materacu. Ojciec ukląkł z jednej strony łóżka i polecił mu zrobić to samo z drugiej. Potem poprosił, żeby włożył bluzę i nadmuchał rękawiczkę jak balon.
- Zobaczymy, czy damy radę go zawiązać, żeby został taki nadmuchany i przypominał rękę.
Gasparowi udało się to po dwóch próbach. Rękawiczka była nieduża i po nadmuchaniu wyglądała jak krótka dłoń, same palce.
- Teraz wyciągnij z bluzy rękę. Prawą. Niech rękaw wisi luźno. A teraz rozłóż ten pusty rękaw na łóżku.
Juan umieścił nadmuchaną rękawiczkę w miejscu, gdzie powinna znajdować się dłoń Gaspara. Potem ustawił osłonę pionowo na łóżku, niczym parawan, i poprosił Gaspara, żeby swoją własną prawą rękę położył po jej drugiej stronie.
- Nazywają to iluzją gumowej ręki - powiedział i dłoń Gaspara, znajdującą się za osłonką, ułożył w tej samej pozycji, palcami do góry, tak że wyglądała jak przewrócony pająk, na tej samej wysokości co ręka z gumy.
- Nie patrz na tamtą rękę. Patrz na rękawiczkę i na drugą rękę, nie tę, która jest za osłonką. I ją też połóż na łóżku, jakbyś miał trzy ręce.
Następnie Juan wziął szczoteczkę do zębów i delikatnie pogłaskał nią środkowy palec Gaspara w ręce za osłonką oraz środkowy palec ręki z gumy.
- Jak dobrze pójdzie - ciągnął - poczujesz, że ta gumowa ręka jest twoja.
Juan powtórzył to samo z dwiema szczoteczkami do zębów naraz i nic nie powiedział. Gaspar wstrzymywał oddech. Ze środkowego palca szczoteczki przesunęły się równocześnie na oba palce wskazujące i oba kciuki.
- Nie odrywaj wzroku od gumowej ręki - rzucił Juan. Osłonka stała podtrzymywana czterema ułożonymi słownikami. Głaskanie ciągle trwało; na zewnątrz deszcz ustał, teraz słychać było jedynie wiatr i jakiś przejeżdżający samochód.
- Kiedy przesuwam szczoteczką po rękawiczce, czujesz ten ruch na swojej ręce?
- Przesuń jeszcze raz - poprosił Gaspar i zamknął oczy. Tak, właśnie to czuł wbrew temu, że bardzo wyraźnie widział żółtą rękawiczkę wystającą z rękawa swojej niebieskiej bluzy. - Tak, czuję, jakby to była moja ręka.
- Dobrze. Otwórz oczy - powiedział Juan i szybko chwycił nóż. Pewnym i precyzyjnym ruchem wbił go w środek rękawiczki. Gaspar zobaczył zbliżający się nóż i pomyślał nie, nie, nie wbijaj mi go!, i stłumił krzyk, bo zanim rzucił się w tył, żeby uniknąć zranienia, już zdał sobie sprawę, na czym polegał trik. Czuł, że nóż wbija mu się w rękę, podczas gdy w rzeczywistości czubek ostrza przebił lateksową rękawiczkę, wypuszczając z niej powietrze.
- O kurczę - powiedział. Juan uśmiechnął się do niego. - Powinieneś to zrobić na urodzinowym przyjęciu! To lepsze od magików!
- Sam zrób, skoro teraz już umiesz. Z plastikową ręką, na przykład od jakiegoś manekina, wychodzi jeszcze lepiej. Widzisz? Czujemy mózgiem.
- To jest super. Chcesz, żebym ja ci tak zrobił?
- Nie.
- Gdzie się tego nauczyłeś?
Juan nagle spoważniał.
- W szpitalu. Kiedyś, gdy tam leżałem, pokazał mi to jeden lekarz, dla zabawy.
Ponownie narzucił na siebie koc i wszedł do łóżka. Gaspar usunął książki i osłonę i odłożył wszystko do kąta. Ojcu nie przeszkadzało, że w domu jest bałagan albo że rozrzuca rzeczy byle gdzie.
- Czyli to, co mi powiedziała Adela, to prawda.
- Nie tylko prawda, ale też nic niezwykłego. Dziwię się, że wcześniej o tym nie wiedziałeś albo że ona sama przedtem o tym nie wspomniała.
- To co mam zrobić?
- Musisz ją przeprosić.
Gaspar przewrócił oczami.
- Pomyliłeś się i właśnie to musisz zrobić. A ona ma prawo przez jakiś czas się z ciebie ponabijać.
Gaspar pokazał język. Następnie wyciągnął się w łóżku obok ojca, który podzielił się z nim kocem.
- Tato, ty możesz sprawdzić, gdzie jest Diana, gdybyś chciał.
Juan przesunął Gasparowi dłonią po włosach, miękkich i bardzo czystych, i podrapał go po karku.
- Nie lubię i nie powinienem uprawiać jasnowidzenia w tak drobnej sprawie.
- Ale mógłbyś.
- Mógłbym. Kochałeś tego psa?
Gaspar zastanowił się.
- Tak. A poza tym kocham Vicky i kocham Electrę, tę drugą suczkę. Jest ogłupiała. Cały wieczór płakała. Diana jest dla niej jak mama, bo jest stara, chociaż nie jest jej prawdziwą mamą. Tęskni za nią.
- Tęskni, bo już wie, że tamta nie żyje. Zwierzęta mają zdolność postrzegania, jaką my utraciliśmy.
Juan wstał z łóżka i zrzucił z siebie koc, który całkowicie zakrył Gaspara. Wziął nóż i przedziurawioną rękawiczkę i powiedział:
- Śpimy.
Gdyby można było popatrzeć na tę część dzielnicy z góry, przelatując nad kwartałami ulic niczym we śnie albo helikopterem, zobaczyłoby się domy z tarasami; większość z nich na tyłach miałaby patia, a niektóre, bardzo nieliczne, również baseny. Widziałoby się dużo drzew rosnących wzdłuż chodników - ogromną osobliwość tego miasta - i kilka niewielkich fabryk, zamkniętych albo działających zaledwie przez parę godzin dziennie. Dzielnicę przecina aleja dzieląca ją na dwie identyczne części i chociaż jest wąska, mieszkańcy jednej strony zazwyczaj już tam zostają, robią tam zakupy, mają swoich przyjaciół; to nie to, że nie ufają albo że czują się inni od tych z drugiej strony, lecz dlatego, że aleja funkcjonuje niczym rzeka, niczym naturalna granica.
Victoria, Gaspar, Pablo i Adela mieszkają na lewo od alei. Dwadzieścia metrów od niej, przy ulicy Villareal, stoi dom Adeli. Z prawej strony graniczy ze sklepem Turiego, a z lewej z tylnym patio do?i Maríi i don Ramona, którzy mają drzewa owocowe i kiedyś mieli kurnik, już zlikwidowany.
Dom Gaspara znajduje się w tym samym kwartale ulic co dom Adeli, ale przy ulicy R. Pinedo, prostopadłej do Villareal. Stoi w połowie kwartału, prawie dokładnie pośrodku, i zajmuje jedną czwartą jego powierzchni. To jedyny luksusowy, wytworny budynek w całej dzielnicy, jednak z powodu zaniedbania jest brudny i zapuszczony. Patio na tyłach, z eleganckimi ścieżkami z płyt i resztkami tego, co kiedyś pewnie było fontanną, jest całkowicie zniszczone, trawa nie rośnie, stoi tylko suszarka do bielizny, która kiedy wieje, ledwo się obraca. Górny taras pokrywają tysiące odłamków z zielonych przezroczystych szklanych butelek, jakby chciano nie dopuścić do tego, żeby ktoś się wspiął albo żeby jakieś zwierzę dostało się do środka.
Trzeba przejść na drugą stronę ulicy R. Pinedo i ponownie skręcić w Villareal, żeby dojść do domu Victorii, położonego między skromnym i stale nagrzanym kioskiem a domem Włochów, czasami zamieniającym się w warsztat kowalski. Od tyłu graniczy z tartakiem, który pracuje tylko dwa dni w tygodniu, ale w powietrzu zostawia świeży zapach trocin i roślin; zapach nowości, pomagający zapomnieć, że ten niewielki zakład, liczący zaledwie dwóch pracowników, stoi w obliczu zamknięcia.
Dom Pabla przy ulicy Mariana Moreno najbardziej rzuca się w oczy. Ma dwa piętra i jest pokryty dachówką. W ogródku od frontu rosną hortensje, krzaki róż i bratki. Jego matka uczy angielskiego. Ojciec pracuje jako kierownik w firmie sprzedającej sprężony gaz do samochodów; w całej prowincji otwiera filie i stacje tankowania. Wielu myśli, że splajtuje, że ludzie nigdy nie odejdą od benzyny, z przyzwyczajenia; że boją się wozić w bagażniku zbiornik z gazem, bo obawiają się wybuchu. Mylą się. Ten biznes sprawi, że będzie bogaty. Ona chce mieć jeszcze jedno dziecko, bo czuje się samotna. Z Pablem nie za dobrze się rozumieją. Nie chce powtarzać tego, co jej mąż mówi o ich synu. Ona też to widzi. Gdyby była dobrą matką, i tak by go kochała, mimo wszystko, ale nie jest aż tak dobrą matką i chce znowu spróbować, może nowe dziecko uda się jej lepiej. Podwórko za domem graniczy z magazynem dużej drukarni. Panuje w nim cisza. Obok magazynu, którego wejście stanowi żelazna wisząca kurtyna pomalowana na zielono, pod numerem 504 przy ulicy Villareal, między Moreno a Ortiz de Rosas, stoi opuszczony dom. Wielu sąsiadów, przechodząc obok zardzewiałej bramy, podświadomie przyspiesza kroku; chcą jak najszybciej zostawić ją za sobą, chociaż nawet nie zdają sobie z tego sprawy. I starają się na nią nie patrzeć.
Któregoś popołudnia po szkole Victoria poszła z mamą do supermarketu i zauważyła, że na wysokości opuszczonego domu, mama nie tylko przyspieszyła kroku, ale wręcz biegła po owych starych, żółtych i nadkruszonych płytach. Victoria spytała dlaczego. Roześmiała się.
- Ależ jestem głupia! Boję się tego domu, ale nie przejmuj się.
- Dlaczego?
- Dla niczego, bo jest opuszczony. Powiedziałam: nie przejmuj się. Boję się, że w środku ktoś może się ukrywać, jakiś złodziej, cokolwiek, ale to wymysły.
Victoria dalej zasypywała ją pytaniami, ale nie udało się jej uzyskać więcej informacji. Tylko tyle, że właściciele, jakieś małżeństwo staruszków, zmarli dobre piętnaście lat wcześniej. Umarli razem?, dopytywała się Victoria. Nie, jedno po drugim. Tak to bywa w starych małżeństwach: kiedy jedno umiera, drugie natychmiast gaśnie. I od tamtej pory dzieci kłócą się o schedę. Co to jest scheda?, chciała wiedzieć Victoria. To, co się dziedziczy. Kłócą się o to, komu przypadnie dom. Przecież ten dom jest do dupy, stwierdziła Victoria. Może i tak, ale pewnie to jedyne, co mają.
Dom na pierwszy rzut oka niczym się nie wyróżnia, ale gdyby unosząc się wysoko w powietrzu, można było opuścić się niżej i zatrzymać na wprost niego, dałoby się zauważyć szczegóły. Drzwi, żelazne, pomalowane na ciemny brąz. Ogród od frontu ma bardzo niską i wysuszoną trawę. Jest wypalona, zrównana z ziemią, nie ma w niej ani śladu zieleni: w tym ogrodzie panuje susza i zima jednocześnie. Czasami dom wygląda, jakby się uśmiechał. Para zamkniętych oczu - okien pozabijanych na głucho cegłami - nadaje mu niemal ludzki wygląd, a łańcuch z kłódką, szarpany przez dzieci z dzielnicy, które daremnie próbują otworzyć drzwi wejściowe, między oczami-oknami wygląda nieraz jak półkoliste, uśmiechnięte usta. Którejś nocy, dokładnie w Nowy Rok, kiedy na ulicy było pełno ludzi, Victoria podeszła do niego. Miała wrażenie, że na siebie patrzą, że jego zabite okna to dwoje kwadratowych oczu, które mówiły do niej: oszukiwałem cię, kiedy przez te wszystkie lata przechodziłaś moim chodnikiem, udawałem głupiego, ukrywałem się, ale teraz chcę, żebyś wiedziała, chcę, żebyś wszystkim opowiedziała, że coś w sobie mam. Victoria biegiem wróciła do rodziców, którzy na próżno próbowali odpalić sztuczne ognie, i nic nie powiedziała. Pamiętała, że wymieniła spojrzenie z Juanem Petersonem, który, o dziwo, stał na ulicy ze szklanką piwa w ręce. Nie odezwał się do niej, chociaż był bardzo poważny. Hugo Peirano w końcu podpalił lont, a Victoria zasłoniła uszy i zamknęła oczy. Kiedy je otworzyła, Juana Petersona już w tłumie nie było, a pusta szklanka po piwie stała na dachu jakiegoś porzuconego auta, rdzewiejącego przy krawężniku.
Gaspar zaspał: zdarzało się tak, jeśli położył się późno, zwłaszcza w niedzielę, ponieważ snu nie przerywał mu wtedy żaden hałas. Nigdy się nie lenił ani nie wylegiwał w łóżku, nawet w najzimniejsze zimowe poranki. Trochę się bał leżeć zbyt długo: przypominało mu to chorobę i zmęczenie ojca. A czasami miał wrażenie, że jeśli dalej będzie spał, przykryty, oddychając swoim własnym zapachem, może więcej nie wstać, popadając w ów stan pustki, tak bardzo przypominający unoszenie się na wodzie, kiedy jest się wykończonym, bo się za długo pływało.
Przygotował sobie śniadanie, zastanawiając się, co robić: dalej szukać psa, a może przed wyjściem zamknąć się w łazience z jakimś magazynem porno - nie chciał, żeby ojciec zastał go na oglądaniu tych satynowych stron; chociaż był pewien, że by się nie rozgniewał, jednak trochę się wstydził - posłuchać meczu o czwartej po południu, kupić coś do jedzenia, bo kiedy spędzał wiele godzin z pustym żołądkiem, bolała go głowa. Podgrzewając w garnuszku mleko i krojąc chleb, żeby posmarować go masą kajmakową, wyjrzał przez drzwi do kuchni, chcąc sprawdzić, czy ojciec się obudził. Drzwi do sypialni były zamknięte, a to niekoniecznie oznaczało, że śpi, raczej że nie chce, żeby ktokolwiek mu przeszkadzał. Lepiej będzie, jeśli szybko wyjdzie. Później może zjeść lunch w barze w parku Castelli.
Kiedy usiadł przy kuchennym stole, by zjeść śniadanie, zobaczył notatkę. Ojciec zostawił ją na odwrocie fotokopii zdjęcia Diany. Tekst, napisany jego wyraźnym pismem, brzmiał: "Pies jest na parkingu przy Llanezie. Pochowaj go, zanim zgnije". Natychmiast zrozumiał, co miał na myśli: "Llaneza" nazywał się supermarket położony po drugiej stronie parku. Ani przez sekundę nie wątpił, że pies tam jest. Długopisem leżącym na stole odpisał pod wiadomością "Dzięki" i z ustami pełnymi chleba wyszedł na ulicę. Nie padało, ale było wilgotno i trochę chłodno, więc podsunął zamek bluzy wysoko, zakrywając sobie szyję.
Sklep rowerowy był w niedziele otwarty, ponieważ oprócz sprzedaży i napraw prowadził również wynajem rowerów tym, którzy w weekend chcieliby pojeździć po parku. Gaspar odebrał swój z nowym światełkiem do jeżdżenia w nocy i zapłacił pieniędzmi, które zawsze nosił zwinięte w kieszeni spodni albo kurtki. Na naprawionym i jadącym lżej rowerze (gdyż mechanik naoliwił łańcuch) dotarł na parking przy supermarkecie. Na widok ogona i łap psa gwałtownie zahamował. Zwierzę niewątpliwie było martwe. Był w nim ten sam spokój co w gołębiach z rozprutymi brzuchami leżących na chodnikach; coś ostatecznego i dalekiego, odrzucającego, bo obcego. Nie obejrzał jego pyska i bardzo szybko, nie opierając się na siodełku ani nie przestając pedałować, zawrócił do domu Vicky. Wiedział, że o tej porze Hugo Peirano będzie na ulicy mył samochód, słuchając zapewne któregoś z meczów rozgrywanych w południe.
I tak było. Hugo Peirano palił papierosa i polewał z węża swojego żółtego taunusa. Jak dla auta to głupi kolor, pomyślał Gaspar. Zahamował hałaśliwie przy krawężniku i nie schodząc z roweru, przywitał się z ojcem przyjaciółki. Najpierw pozwolił mu się wygadać: o mistrzostwach, które zaczynały się w lipcu; o tym, że poprzedniej nocy wiatr zerwał mu osłony z grilla i że musi oddać auto do mechanika.
Kiedy skończył, Gaspar powiedział:
- Znalazłem Dianę.
Hugo zesztywniał z wężem w ręce. W tej pozycji leciało niewiele wody, jednak dosyć, żeby zamoczyć mu spodnie. Z wyrazu twarzy Gaspara wywnioskował, że znalezienie psa niekoniecznie oznaczało dobrą wiadomość.
- Jest na parkingu przy supermarkecie za parkiem.
- Jesteś pewien, że to ona?
- Tak, widziałem ją, kiedy szedłem po rower.
- Ożeż ty, kurwa twoja mać - wyszeptał Hugo i spuścił wzrok, żeby Gaspar nie zobaczył, że zrozumiał i że śmierć psa go poruszyła. Gaspar także pochylił głowę; wiedział, że większość mężczyzn nie chce, aby ktoś widział, że płaczą, zwłaszcza kiedy to był jakiś inny facet, a tym bardziej dzieciak.
- Dobra. Co za pech, biedne zwierzę. Mówimy Vicky? Czy udajemy, że zaginęła?
Naprawdę o to pytał czy to tylko takie gadanie? Na wszelki wypadek Gaspar był całkowicie szczery:
- Przecież nie będziemy przed Vicky ukrywać, że Diana nie żyje. Jak się dowie, to nas znienawidzi.
- Masz rację. Chodź ze mną - powiedział Hugo, a Gaspar wprowadził rower do garażu Peiranów, zamknął drzwi i ruszył chodnikiem za ojcem przyjaciółki. Słychać było, jak kobiety - dziewczynki, babcia, mama - grają w karty na stole obok grilla za domem, jak w każdą niedzielę przed obiadem.
- On jest w tamtym domu - powiedziała znacząco Adela. - Co nie, mamo?
- Nie wiem, w jakim domu. I nie wierzę, żeby się tam pojawiał jakiś wisielec.
Gaspar spojrzał na Betty i zauważył, że w tonie jej głosu pobrzmiewał niepokój. Wokół szyi miała okutany szal w kolorze niebieskim, w którym wyglądała dziwnie, niczym ptak; wrażenie to intensyfikował kształt jej nosa. Gaspar myślał nieraz, że nazywanie jej Betty było trochę niesprawiedliwe, ponieważ kobieta taka wysoka i taka delikatna w swoich gestach zasługiwała na pełne imię, Beatriz, a nie zdrobnienie.
Adela opowiadała dalej. Przyjechały buldożery, żeby wyburzyć domy i zrobić autostradę. Tę, która biegnie nam nad głową. Niektórzy ludzie nie chcieli oddać swoich domów. Ten facet, kiedy przyszli go zmusić, żeby sobie poszedł, powiesił się. I tak go znaleźli. Wynieśli go i zburzyli dom. I teraz w niektóre noce widać cień, jak się buja. Ja go widziałam. Jak się znowu pojawi, to ci pokażę.
- To prawda, że w taki sposób burzyli domy? - Gaspar zwrócił się z pytaniem do Betty.
- Tak, bo jak miałeś się bronić? Z dyktaturą nie było dyskusji.
- Nie protestowaliście? Czytałem, że były protesty.
- Jakieś tam były, ale niewiele można było zdziałać. Dyktatura postanowiła zrobić tu autostradę i kazała się ludziom wynosić. Nie można było negocjować. Przydzielili im jakieś gówniane mieszkania.
Nad dachem baru przejeżdżały samochody: pod autostradą, na całej jej długości, wybudowano lokale. W ostatnich latach otwarto tam również kilka kortów tenisowych, a teraz urządzano baseny, a nawet szkoły i skwerki. Gaspar lubił przyglądać się pozostałościom po piętrowych domach jednorodzinnych albo blokach mieszkalnych: tapetom z dziecinnych pokoi, z małpkami i żółwiami, prysznicom i kranom na tle matowych kafelków, nawet ścianie, noszącej jeszcze ślady po obrazach, które niegdyś na niej wisiały.
- Przysięgam, że go widzę. Ma rozstawione szeroko nogi i bardzo duże ręce.
Betty westchnęła.
- Wierzę ci, córciu - powiedziała. Gaspar nie potrafił rozszyfrować tonu jej wypowiedzi: czy naprawdę w to wierzyła, czy mówiła tak, żeby Adela zapomniała o tej obsesji i zjadła swoją kanapkę z maślanej bułki z szynką i serem. Gaspar poprosił o grzankę. Tamtego dnia poszedł odrabiać lekcje do baru, bo ojciec był niespokojny; krążył po domu dużymi krokami i kiedy nie sposób było zgadnąć, co mu przeszkadza i dlaczego, lepiej było zejść mu z drogi.
Nieoczekiwanie Betty spytała:
- Ty też widzisz różne rzeczy, Gasparze? Tak jak Adela?
Szukała w nim wspólnika? To było dziwne. Rodzice zazwyczaj woleli, żeby ich dzieci nie opowiadały o czymś takim jak cień wisielca na autostradzie. Betty ciągle czekała na odpowiedź i poprawiała sobie szal. Miała bardzo długie włosy i nosiła je rozpuszczone.
- Nie - odparł Gaspar. - Takie rzeczy nie istnieją.
- Czyli nigdy nic nie widziałeś.
- A pani widziała?
Adela przerwała im.
- Wiesz, co by było genialne? Pójść na cmentarz lodówek. Tak go nazywają. Zaraz obok szkolnego boiska.
- Nie wiem, czemu tam są - powiedział Gaspar.
- Wyrzuciła je fabryka, gdzie je wytwarzano, kiedy się zamknęła - wyjaśniła Betty. - To jeden z wielu państwowych zakładów, które się zamknęły. Nie mogli ich sprzedać, bo wstrzymali produkcję. To niebezpieczne miejsce, bo ten model lodówek ma drzwi, które się blokują i łatwo można się w środku zatrzasnąć.
- No właśnie - ciągnęła Adela. - Słyszałam, że niektórzy ludzie zostawiają w nich swoje psy, kiedy już nie chcą ich dłużej mieć.
- Co za głupota - odezwał się Gaspar, upiwszy łyk kawy z mlekiem. - Po co mieliby je tam zamykać, skoro mogą je puścić wolno i gotowe?
- Psy wracają, przecież nawet zostają w szpitalu, kiedy im umrze pan, albo kładą się na jego grobie.
- Znowu te wracające psy, masz jakąś obsesję. Jak dostaną niezłe wciry, to więcej nie wracają, nie są głupie. Nie trzeba zamykać ich w lodówkach. Zmyślasz.
- Nie. I jeszcze mówią, że są tam nowo narodzone dzieci kobiet, które ich nie chcą. I pomordowani. Zaginieni. Zabierz mnie tam, Gaspar.
- Jeszcze nie zwariowałem. Najprawdopodobniej nic takiego tam nie ma, ale na pewno mieszkają ludzie, bo w pobliżu są slumsy, to daleko i nie wiemy, kto się tam może ukrywać.
- Wyobraź sobie, co by było, gdybyśmy coś znaleźli!
- Adela, dosyć - odezwała się Betty. - Popadasz w obsesję i sama się nakręcasz; Gaspar ma rację. Nie widzisz, że nie chce cię zabrać? A poza tym nie możesz tak mówić o zaginionych, to brak szacunku, już ci mówiłam. Nikt nie wie, gdzie są ci pomordowani. Z całą pewnością nie ma ich w jakichś lodówkach nad Riachuelo. Dosyć.
- Gaspar zawsze najpierw mówi, że nie, a potem ustępuje, prawda?
Adela uśmiechnęła się i przekrzywiła głowę; miała warkocze, jeden się rozplątał i Betty od nowa zaczęła ją czesać, starannie. Warkocze nigdy się długo nie trzymały.
- Nie odpowiedziała mi pani, Betty - stwierdził Gaspar. - Czy kiedyś coś pani widziała?
Oczy Betty zdawały się zachodzić łzami, jakby była czymś wzruszona albo jakby ją piekły. Na zewnątrz zapadała noc i w prawie pustym barze kelnerzy oglądali w telewizji mecz.
- Innym razem ci opowiem, teraz, kiedy ona jest taka podniecona, wolę zamilknąć.
- Opowiedz! Nigdy mi nic nie opowiadasz - poprosiła Adela.
- Bo wariujesz - powiedziała Betty i pocałowała ją w czoło. - Możesz jej pomóc odrobić lekcje z języka i literatury, Gasparze? Nic nie rozumie, a każą im przeprowadzić analizę zdań. Przyjadę po was za godzinę, dobrze?
Gaspar powiedział, że tak, i Adela podsunęła mu swój niechlujny zeszyt; wszystkie brzegi kartek były pozawijane, a pismo - drżące pociągnięcia dziecinnych palców - wyglądało, jakby jego autorką była znacznie młodsza dziewczynka.
Tamtego wieczoru Pablo wraz z rodzicami miał odwiedzić dziadków, jednak do wyjazdu nie doszło. Zanim wyruszyli autem, rodzice się pokłócili. Matka krzyknęła, że nie chce widzieć tych zasranych staruchów, a ojciec odpowiedział, że jasne, że on też nie chce, żeby ją taką zobaczyli, brudną i rozmemłaną. Miał rację: matka była brudna, cały czas paliła i płakała przed telewizorem. Słyszał, jak kiedyś mówiła do telefonu, że może gdyby mieli jeszcze jedno dziecko, toby coś pomogło, ale że "nie da rady" znowu "przechodzić przez doświadczenie" utraty kolejnego. Nie chciał, żeby matka zachodziła w ciążę, nie chciał mieć brata ani siostry, skoro między rodzicami źle się układało: nie wierzył, aby niemowlę mogło cokolwiek naprawić, jego szkolni koledzy mieli młodsze rodzeństwo i opowiadali, że starzy się kłócili, nie mogli spać, bo małe wrzeszczało, stale byli zmęczeni i w złych humorach.
Kiedy matka zamknęła się w sypialni, żeby tam płakać, a ojciec z zawrotną szybkością odjechał, Pablo postanowił pójść poszukać Gaspara. To zawsze było skomplikowane, bo nie mógł do niego zadzwonić. Co prawda mógł zapukać do drzwi, jednak czasami - nie wiedział dlaczego - bał się to robić. Jeśli Juan Peterson był w domu, rzadko reagował: czasem wyglądał przez szybę w oknie na górze i kiedy widział, że to on, co najwyżej wołał Gaspara, jednak w większości przypadków dalej robił swoje, a jego ignorował. Pablo nie obawiał się, że ojciec Gaspara mógłby otworzyć drzwi, bo to się nigdy nie zdarzało. Nie potrafił sprecyzować, czego się boi.
Było zimno, toteż Pablo włożył sweter i puchową kurtkę i żeby się rozgrzać, pobiegł do domu Gaspara. Na ulicy nie spotkał nikogo, a pozamykane okna ledwie przepuszczały szmer włączonych telewizorów, chociaż pozwalały widzieć światło, żywsze, jeżeli ekran był kolorowy.
Kiedy dotarł na miejsce, zaskoczony stanął na chodniku jak wryty. Oba wejścia były otwarte: i furtka do wyschniętego ogródka na froncie, i drzwi wejściowe do budynku. Co się mogło stać? Pablo zajrzał do środka: w domu było bardzo ciemno, wyglądał na opustoszały, ale to było normalne. Czasami tylko w pokoju Gaspara, wychodzącym na ulicę, paliło się światło.
Wszedł, nie robiąc hałasu: drewniane drzwi wpuściły go w absolutnej ciszy, a kiedy otworzył je nieco szerzej, nie wydały żadnego dźwięku. Jednak zaledwie stanął w przestronnym przedpokoju ("hallu", jak go kiedyś nazwał Gaspar, określając dziwnym słowem, które zapewne powtórzył za ojcem), wiedział, że dzieje się coś dziwnego. Nie bywał w tym domu na tyle często, żeby znać jego odgłosy i ruchy, jednak zdał sobie sprawę, że na drugim piętrze coś stuka w drewnianą podłogę, a całe powietrze wewnątrz jest duszne niczym na klimatyzowanym basenie; nawet te nieliczne dźwięki, te uderzenia na górze, docierały do niego jakby poprzez wodę i nie potrafił ich zlokalizować. Może pochodziły z przechodnich pokoi należących do ojca Gaspara, do których nie wolno było wchodzić, albo z ogromnego salonu na pierwszym piętrze, który wyglądał jak pusta sala balowa. Pablo obszedł najpierw parter słabo oświetlony przez uliczne latarnie; jedno z okien w pokoju dziennym miało podniesioną roletę - kolejne zaniedbanie. Nikogo nie było. Pokój Gaspara był otwarty i pusty, podobnie jak kuchnia. Kiedy znalazł się w pokoju dziennym, który zmieniał kolor, ilekroć ulicą przejeżdżał jakiś samochód, poczuł strach. Najlepsze, co może zrobić, pomyślał, to sobie iść. Gaspar pewnie jest u Vicky, u jakiegoś innego kolegi albo na ulicy. Gdy wróci, zapali światło, a on, stojąc na chodniku, je zobaczy i wywoła go jak zawsze, ciskając jakimś małym kamykiem albo patyczkiem w szybę okna. Jednak serce biło mu mocno, umierał z ciekawości, a dźwięki dochodzące z pierwszego piętra nie brzmiały groźnie. Chwilami słyszał jakieś głosy, dalekie, przefiltrowane przez ów niezwykły korek z wody. Zdał sobie sprawę, że jest spocony: upał panujący w domu przypominał mu parę w łazience po gorącym prysznicu albo tę, którą mama uśmierzała jego kaszel, kiedy chorował. Jednak w powietrzu ani na ścianach nie dostrzegł wilgoci; dotknął ich i były całkiem suche.
Wszedł po schodach, policzki mu pałały; wiedział, że są czerwone, o, jakże nienawidził tych rumieńców. Z każdym stopniem przychodziło mu to coraz trudniej, jak wtedy, kiedy w snach próbował biec, a jego nogi ani drgnęły. Schody były drewniane i zawsze skrzypiały, ale teraz Pablo nie słyszał żadnego dźwięku poza własnym oddechem, zbyt przyspieszonym jak na taki niewielki wysiłek. Kiedy dotarł na pierwsze piętro, oparł się o ścianę, żeby zaczerpnąć powietrza. Tam pokoje były rozplanowane wokół głównego salonu; ostatnie trzy zajmował ojciec Gaspara. Krótsze schodki prowadzące na korytarz, z którego wchodziło się do dwóch pokoi pełniących funkcję biblioteki; ten korytarz miał drewnianą balustradę, rodzaj galerii albo antresoli, skąd widać było salon z drewnianą podłogą i ogromnym oknem, zasłoniętym ciemnymi kotarami niczym kurtyną. Za nim znajdował się balkon wychodzący na tylny ogród, który kiedyś musiał być piękny, a teraz był równie wyschnięty co rośliny od frontu. Żeby dojść do siebie, Pablo usiadł na stopniach schodków prowadzących do biblioteki. Nikogo nie widział i już nie słyszał stukania. Nadal czuł się trochę zamroczony i zauważył, że ma szyję mokrą od potu. Może dom miał centralne ogrzewanie? Gaspar nigdy o tym nie wspominał. Przeciwnie: zwykle skarżył się na brak grzejników.
Pablo wstał, żeby sobie pójść, kiedy jakiś ruch w pustym salonie sprawił, że przestał oddychać. Skulił się na schodkach; widać było tylko jego oczy. W salonie był jakiś mężczyzna - rozsuwał kotary i otwierał okna. W świetle księżyca - ogród na tyłach domu nie był oświetlony - Pablo zobaczył, że jest nagi. Nagle z jakiegoś pokoju wyszedł ojciec Gaspara. On też był nagi i w srebrzystej poświacie wydał się Pablowi ogromny, niezwykle wysoki i silny. Mężczyzna, który otworzył okna, też był wysoki, ale nie aż tak; podszedł do jednego z kątów salonu, przykucnął i zapalił świecę. Oczywiście Pablo ich nie widział, jednak sądząc po ruchach nagiego mężczyzny - który był siwy, chociaż nie wyglądał na starego, nic a nic, wydawało się, że jest w wieku jego taty albo tylko odrobinę starszy - naliczył ich siedem. Siedem świec. I wtedy na podłodze pustego salonu zauważył jakiś rysunek: biały krąg, a w nim jakiś wzór, którego nie potrafił do końca rozszyfrować. Kreski, kilka kółek. Ojciec Gaspara wszedł do kręgu, jakby przekraczał jakieś drzwi i klęcząc, czekał na nagiego mężczyznę. Obaj w całkowitym bezruchu przez chwilę wpatrywali się w siebie, aż wreszcie ojciec Gaspara pocałował nagiego mężczyznę i zrobił to bez żadnej delikatności, nie tak, jak to Pablo widywał na filmach, ani nie tak, jak ludzie całują się na ulicy, i nagle zaparło mu dech, bo nigdy nie widział dwóch całujących się mężczyzn, nawet sobie nie wyobrażał, że mogliby to robić, myślał, że to... zabronione? Coś w tym rodzaju. Ojciec Gaspara usiadł na podłodze i Pablo zobaczył, że nagi mężczyzna robi coś niewiarygodnego, niemożliwego: siada mu na fiucie i zaczynają się pieprzyć jak w magazynach porno, ale dodatkowo się ruszają. Widział to w tych pismach, które Gaspar chował w garażu, takie pieprzenie, ale nie dwóch mężczyzn: widział, jak mężczyzna wsadzał w tyłek kobiecie, i uznał, że to obrzydliwe. Jednak teraz nie wydawało mu się obrzydliwe. Owszem, wstydził się tego, co widzi, a jednocześnie nie mógł oderwać wzroku: ojciec Gaspara zmuszał tego drugiego, żeby stanął na podłodze na czworakach, a sam, wyprostowany, lśniący od potu niczym mokry posąg, zachodził go od tyłu i robili to jak psy, w absolutnej ciszy przerywanej tylko ocieraniem się ciał. Pablo bał się, że zobaczą, jak się tam chowa i podgląda, a zarazem był to najlepszy moment, żeby się wymknąć, bo tamci dwaj byli skupieni na sobie. Jak pokonać ten odcinek między salonem a schodami tak, żeby go nie zauważyli? Teraz Pablo czuł, że cały pot na nim zasycha i jest lodowaty, w domu już nie było gorąco, ale działo się coś jeszcze gorszego: wydawało się, że pokoje zapełniły się ludźmi. Słyszał nawet szmer cichych rozmów i ruch klamek u drzwi. W górę i w dół. Kroki na schodach. Świece, które na ciała mężczyzn rzucały zbyt długie cienie. Ze strachu nogi odmówiły mu posłuszeństwa, a jednocześnie, kiedy tak patrzył na tych mężczyzn - którzy znowu byli zwróceni twarzami do siebie - czuł, że kręci mu się w głowie, że krew zaczyna mu płynąć lekko, i miał ochotę się rozpłakać, chociaż nie był smutny i już się nie bał; nie rozumiał, co ci mężczyźni robili wewnątrz okręgu, ale podobało mu się to, podobały mu się silne ramiona opierające się na podłodze, plecy wilgotne od potu i śliny, sposób, w jaki chwytali się za policzki i kark, kiedy się całowali, i metaliczny i słodki zapach, który docierał do jego nosa, kiedy tak ukrywał się na schodkach. Co robić? Ojciec Gaspara miał zamknięte oczy i wyglądał jakoś inaczej; jest piękny, pomyślał Pablo, piękny, wszyscy mówili, że choruje, jak to możliwe? Czy chorzy nie są zawsze brzydcy? W słabym świetle świec i księżyca Pablo widział tors ojca Gaspara i jakże długą bliznę, ale to było właśnie to, blizna, a nie oznaka słabości. Nie sprawiała, że z jej powodu był mniej piękny. Ten drugi miał blizny na plecach, zdołał zauważyć Pablo. Wyglądali jak pocięci tym samym nożem albo jak rozdzieleni syjamscy bracia.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki