Słowo wstępne do wydania drugiego
Pomimo rozwoju komunikacji i sieci
społecznościowych zawód dyplomaty zachowuje pewne cechy
charakterystyczne dla swoich przodków, dziś i w przeszłości. Należy do
nich znaczenie osobistych więzi między członkami korpusu
dyplomatycznego, zwłaszcza między dwoma zaprzyjaźnionymi i sojuszniczymi
krajami. Dlatego z wielką przyjemnością przedstawiam tę niezwykłą pracę
mojego przyjaciela, ambasadora Tomasza Orłowskiego. Zaprzyjaźniliśmy się
ponad trzydzieści lat temu: na przełomie lat 80. i 90. obaj
rozpoczynaliśmy karierę w Paryżu, Tomasz jako pierwszy sekretarz w Ambasadzie RP, a ja jako skromny urzędnik "odpowiedzialny za kraje
Europy Środkowej i Wschodniej" w Dyrekcji Spraw Europejskich MSZ. Mur
berliński właśnie upadł; Polacy, napędzani niezachwianą wiarą w demokrację, zdołali rok wcześniej, dzięki determinacji i odwadze,
pokonać znienawidzony reżim komunistyczny, który trzymał ich w łańcuchach przez 45 lat. Demokracja ponownie rozkwitła w Warszawie, a w Paryżu ludzie na nowo odkrywali "inną Europę", od której byli
niesprawiedliwie odcięci przez pół wieku. Tomasz w znakomitym hôtel de
Monaco i ja kilkaset metrów dalej na Quai d'Orsay rozpoczęliśmy dzieło
dyplomatycznego jednoczenia dwóch narodów, polskiego i francuskiego,
których przyjaźń sięga daleko wstecz.
Od nieoficjalnych spotkań w kawiarniach w VII dzielnicy po spotkania
robocze z naszymi przełożonymi, od trudnych negocjacji do późnych godzin
nocnych po nudne konferencje międzynarodowe, narodziła się między nami
przyjaźń. Trwa ona do dziś. Później nasze kariery potoczyły się własnymi
torami, ale nie traciliśmy siebie nawzajem z oczu. W regularnych
odstępach czasu, podczas pełnienia naszych stanowisk we Francji lub w Polsce, zawsze spotykaliśmy się z taką samą przyjemnością przy dobrej
wódce, najlepiej Chopin, lub dobrym burgundzie, aby niestrudzenie
splatać więzi między naszymi dwoma krajami i przezwyciężać wszelkie
nieporozumienia.
Oczywiście byłem zachwycony, że mój polski towarzysz z lat 90. został
mianowany ambasadorem Polski we Francji w 2007 roku, a jeszcze bardziej
szczęśliwy, że pozostał tam, jako znak zaufania, na które zasłużył
zarówno w Paryżu, jak i w Warszawie, przez siedem lat. Tomasz Orłowski
jest więc rekordzistą, któremu nie dorówna żadna osoba z naszych służb
dyplomatycznych.
Nasz zakochany przewodnik po Francji, czyli dyplomatyczna ratatouille
to kolejne dzieło twórczego ambasadora, kolegi i przyjaciela. Na
wszystkich stronach ambasador Orłowski przypomina nam drobnymi akcentami
i przykładami, że dobry dyplomata musi mieć trzy podstawowe cechy:
- Przede wszystkim umiejętność opuszczenia swojego biura, bez względu na
to, jak jest wygodne, i jak najczęstszego wychodzenia w teren poza
stolicę. To dzięki niestrudzonemu podróżowaniu po całym goszczącym
kraju, poznawaniu jego władz, burmistrzów, prefektów, wybranych
przedstawicieli i mieszkańców tak blisko, jak to możliwe, rozumiemy jego
różnorodność i ogólne znaczenie. Ambasador Orłowski robił to
niestrudzenie przez siedem lat urzędowania: od Lille po Marsylię, od
Bordeaux po Strasburg i od Brestu po Metz, przemierzył kraj jak nikt
inny.
- Bystry zmysł obserwacji. Nie wystarczy wyjść w teren: trzeba widzieć i rozumieć to, co się widzi. Wiele osób na wszystkich szczeblach
przychodzi i nie słucha, a zatem nie rozumie. Dyplomaci często mają
wrodzony dar obserwacji i interpretacji. Ale jak każda cecha ten dar
również musi być kultywowany. Ta empatia i ta jakość rozeznania są
wzmacniane tydzień po tygodniu, a następnie rok po roku, poprzez pracę,
powtarzanie podróży i spotkań, ich różnorodność i coraz bardziej
szczegółową wiedzę na temat historii lub geografii kraju przyjmującego.
Strona po stronie Tomasz Orłowski znakomicie pokazuje nam, że podążał tą
ścieżką pracy aż do doskonałości.
- Wreszcie, i to jest ostatni i często najtrudniejszy etap, ostatni
kamień, który uzupełnia most i pozwala nam przekroczyć rzekę wiedzy w odpowiednich warunkach, dyplomata musi być w stanie przekazać swoje
doświadczenie w przyjemny i przystępny sposób. Nie męcząc czytelnika, a jeśli to możliwe, nawet go nie rozpraszając, autor musi wiedzieć, jak
przedstawić swoje wnioski w przyjemny sposób. I w tym ambasador Orłowski
przoduje bardziej niż ktokolwiek inny. Tylko w ten sposób "ratatouille"
staje się strawna i lekka zarówno dla ciała, jak i umysłu.
Ambasador Tomasz Orłowski kultywował te trzy podstawowe cechy każdego
dobrego dyplomaty - otwartość umysłu, obserwację i analizę - przez całą
swoją błyskotliwą karierę, a zwłaszcza podczas pobytu we Francji. Z niezaprzeczalnym talentem opanował je w niezrównanym stopniu.
Nasz zakochany przewodnik po Francji, czyli dyplomatyczna ratatouille
jest świadectwem tego mistrzostwa. Jest to pyszna, lekka, delikatna
książka, którą należy delektować się powoli, jeśli to możliwe, popijając
przy kominku kieliszek koniaku. Wprowadzi cię w wiele często mało
znanych aspektów mojego kraju, Francji. Życzę miłej lektury, a jeszcze
lepiej... miłej degustacji.
Étienne de Poncins
Ambasador Francji w Polsce
En réalité, chaque lecteur est, quand il lit,
le propre lecteur de soi-m?me.
Każdy czytelnik, kiedy czyta,
jest czytelnikiem samego siebie1.
MARCEL PROUST
Przeszło dwadzieścia lat temu pojawiła się
we Francji bardzo oryginalna seria książkowa publikowana przez
wydawnictwo Plon pod nazwą "Dictionnaire amoureux". Najprościej ten
termin odda w tłumaczeniu na polski pojęcie "zakochany słownik". Jej
każdy tom stanowi sumę wiedzy autora o kraju, regionie czy mieście,
dyscyplinie nauki, sztuki i innej twórczości człowieka lub natury.
Szczególną cechą tego wydawnictwa jest połączenie w nim dwóch
sprzecznych z pozoru podejść, encyklopedycznie obiektywnego i subiektywnie uczuciowego. Pisze się w nim, tylko i aż, o wszystkim, co
się kocha. Nie pisze się wyczerpująco o wszystkim, a jedynie o tym, co
lubi się szczególnie i co uważa się za niezwykłe. W zakochanym słowniku
nie znajduje się kompendium wiedzy w formie logicznie uporządkowanego
zbioru suchych haseł, lecz wybór wrażliwych esejów, który jest
podyktowany osobistymi emocjami i sympatiami. Z perspektywy czasu
zyskują one jeszcze więcej mocy, jak długo dojrzewające wino. Powstaje w ten sposób własny i zupełnie subiektywny obraz kraju czy dyscypliny,
które autor chce przedstawić. W zakochanym słowniku nie dziwią białe
plamy, bo nie oznaczają one niewiedzy czy niestaranności, lecz wybór
tego, co nam jest drogie i czym chcielibyśmy podzielić się z czytelnikami. Nie ośmielimy się porównać tego podejścia z esejami
Zbigniewa Herberta, ale trudno byłoby wyprzeć się inspiracji jego
pisarstwem: "w szkicach staram się połączyć informacje z bezpośrednim
wrażeniem, uwzględniając także tło ludzkie, krajobraz, nastrój i kolor
opisywanych miejsc" (z listu do wydawcy).
Dla naszej opowieści przejęliśmy tę tak bardzo francuską formę,
nazywając ją "zakochanym przewodnikiem". W naszym zakochanym przewodniku
nie znajdzie się każdej miejscowości dumnej ze swojej gotyckiej katedry,
manierystycznego pałacu z czerwonej cegły w stylu Ludwika XIII, krytych
hal targowych czy też pomnika poległych Morts pour la France. Nie
poinformuje on, której restauracji "Guide Michelin" przyznał dwa
widelce, a którą poleca Guide du routard z racji niskich cen i dobrej
kuchni. Z pełną świadomością mało handlowego podejścia uprzedzamy: nie
ma co brać go w taką podróż! Chcemy za to zaoferować czytelnikom nasze
subiektywne i zakochane spojrzenie na Francję, by wytłumaczyć, dlaczego
przemieszkaliśmy tu ponad dwadzieścia lat, nie znajdując innego kraju,
który byłby nam równie bliski.
Jak przekonać do fascynacji krajem, o którym złośliwi mawiają, że Pan
Bóg stworzył go tak doskonałym, że dla zachowania równowagi zdecydował
się zasiedlić go Francuzami? Zamiast akademickiego i nużącego wykładu
posłużymy się językiem własnych wrażeń, tych jakże francuskich
impressions, obrazów ulotnych i trudnych do wyjaśnienia, jeśli nie
znajdzie się dokładnie w tym miejscu, dokładnie o tej porze dnia i roku,
dokładnie w tym kontekście, w którym je poznawaliśmy. Tak jak jeden z najwybitniejszych impresjonistów, Claude Monet, potrafił malować co dwie
godziny na kolejnych obrazach te same zakola Sekwany pod Vétheuil czy tę
samą fasadę gotyckiej katedry w Rouen, trzydzieści razy ukazując ją tę
samą i inną, za każdym razem w innym oświetleniu zmieniającym kolor jej
kamienia.
Poznawaliśmy Francję na rozmaite sposoby, jako studentka i stypendysta,
a potem doktorant, jako młodzi małżonkowie objeżdżający ją możliwie
najtaniej, ale i najpełniej. Jako młodzi dyplomaci, kiedy zmiany 1989
roku pozwoliły nam stawiać pierwsze kroki w tym fascynującym zawodzie i w niepowtarzalnym czasie, wreszcie jako para ambasadorska, która zyskała
niepospolity przywilej reprezentowania Rzeczypospolitej przez wiele lat,
gdy budowaliśmy naszą pozycję w Europie. Bo, jak się mówi między
dyplomatami, sukces misji polega często na tym, żeby być we właściwym
miejscu we właściwym czasie! Każda z tych Francji dała nam się poznać
inaczej, tym bardziej że poznawaliśmy ją od początku prezydentury
François Mitterranda, a dokładnie od roku 1983, aż do chwili obecnej.
Francuzi wypowiadają się o swoim kraju z niewiarygodnym przekonaniem o jego wyjątkowości: la douce France, słodka Francja, la fille aînée de
l'Église, najstarsza córka Kościoła, la Grande Nation, Wielki Naród,
la France, m?re des arts, des armes et des lois, Francja, matka sztuk,
kowanej broni i prawa (Joachim du Bellay), l'Hexagone, Sześciokąt, le
missionnaire de la civilisation en Europe, misjonarz cywilizacji w Europie (Victor Hugo), la patrie des droits de l'homme, ojczyzna praw
człowieka, la France ne peut ?tre la France sans la grandeur, Francja
nie może być Francją bez wielkości (de Gaulle), l'exception culturelle
française, francuska wyjątkowość kulturalna, le pays du fromage, kraj
serów, których jest jakoby prawie dwa tysiące odmian. Oczywiście ten
pretensjonalny brak umiaru powiela negatywne stereotypy, może budzić i budzi u wielu ludzi irytację, a nawet kpiny. Trudno się nie uśmiechnąć,
usłyszawszy pytanie: jaka jest różnica między Francuzem i Bogiem? Bóg
nie uważa się jednak za Francuza. A jak odróżnić Włocha od Francuza? Bo
przecież wygląda jak uśmiechnięty Francuz. Częsty francuski brak umiaru
w samozachwycie wywołuje nagminność zachowań obrazowo zwanych
frankofobią. Ilekroć zdarza mi się pisać o frankofonii, korektor
komputera uparcie zmienia ją we frankofobię! Czyżby raził on nawet
sztuczną inteligencję?
Często spotkamy się z takimi stereotypami w Polsce, kraju tak silnie
związanym z Francją historią zawiedzionych miłości i bolesnej
obojętności, pokładanych nadziei i gorzkich rozczarowań, niespełnionych
oczekiwań i braku wdzięczności. Znamy je i wiemy, że choć są nierzadko
niesprawiedliwe, mogą wynikać z naszej niezwykłej bliskości, którą
wyraził generał de Gaulle w swoim historycznym sejmowym przemówieniu:
Polonais, Français, nous nous ressemblons tant et tant! - Polacy,
Francuzi, tak bardzo jesteśmy do siebie podobni! W stosunku do Francji
zawsze liczyliśmy na więcej, a otrzymywaliśmy mniej. Ale być może
zbytnio idealizowaliśmy w naszych pragnieniach jej siłę, intencje i determinację. Tymczasem Dieu est trop haut, et la France trop loin -
Bóg wysoko, Francja daleko, jak skarżono się podczas naszych
dziewiętnastowiecznych powstań.
A tymczasem Victor Hugo przed stu pięćdziesięciu laty głosił: "Dwa
narody spośród wszystkich od czterech wieków odgrywały bezinteresowną
rolę w kulturze europejskiej - te narody to Francja i Polska.
Zapamiętajcie, panowie! Francja rozpraszała ciemności, a Polska
odpierała barbarzyńców. Francja rozpowszechniała idee, a Polska stała na
straży obrony granic. Naród francuski był misjonarzem kultury w Europie,
a naród polski był jej rycerzem"2.
Francja nigdy nie pozostawia Polaków obojętnymi, budzi często skrajne
emocje, od fascynacji do odrzucenia, łącznie z pozorną obojętnością. My
należymy do kategorii zakochanych w jej pięknie, do tych, którzy uznają
jak Hugo Grocjusz, twórca prawa międzynarodowego, że la France, le plus
beau royaume apr?s celui du ciel - tylko królestwo niebieskie jest
lepsze od królestwa Francji.
Nasz "zakochany przewodnik" wypełnią nasze własne wspomnienia i wrażenia
z Francji, wszystko, co zwykło się po francusku nazywać coup de c?ur,
czyli uderzenia serca, a co w naszym języku oddaje bardziej "miłość od
pierwszego wejrzenia". Będą wśród nich miasta i miasteczka, które nas
oczarowały swoją nastrojowością, architekturą czy jakością i urokiem
życia. Będą poszczególne zabytki, muzea czy wystawy, dla których warto
było odbyć podróż w najodleglejsze zakątki kraju. Będzie olbrzymia mapa
zróżnicowanych smaków, regionalnych specjałów, kuchni, win i serów. Będą
świadectwa ludzkich przyjaźni, które z Francuzami nawiązuje się często
trudno, ale które potem okazują się głębokie i trwałe. Będą krótkie
odbłyski Paryża dyplomatycznego, w którym bywaliśmy, tego la vie
parisienne, które tak zmieniło się od czasów Talleyranda, a jednocześnie tak wiele z nich zachowało. Nasze eseje nie będą
standardowe, czasem parę zdań, czasem długi opis, tak jak różne bywają
coups de c?ur. Piszemy go na cztery ręce, jak to zrobiła w swoich
wspomnieniach para zaprzyjaźnionych z nami francuskich dyplomatów,
Monique i Alain Bry, bo uczestnicząc w tych samych zdarzeniach, każde z nas widziało je inaczej.
Nie chcemy Państwu proponować nowej książki kucharskiej, encyklopedii
sztuki francuskiej, podręcznika historii i geografii ani informatora
turystycznego. Pomyśleliśmy o czymś w rodzaju pisarskiej ratatouille,
czyli prowansalskiej potrawy z duszonych warzyw. Sekret właściwego
przygotowania tego prostego i pysznego dania polega bowiem na tym, aby
każde z pokrojonych w grubą kostkę warzyw, bakłażana, cukinii, papryki,
pomidorów i cebuli, było usmażone oddzielnie na gorącej oliwie, a dopiero pod koniec połączone. W ten sposób ratatouille zachowuje
bogactwo ich smaków i nie rozgotowuje się na pozbawioną wyrazu papkę.
Zrozumieli z pewnością Państwo nasze zamierzenie, "zakochany przewodnik"
jest świadectwem życia, nie ma z góry narzuconych granic i dlatego też
będzie sprawiał wrażenie dzieła nieukończonego. To jest również
zaproszenie do prowadzenia własnych "zakochanych przewodników",
zapisywania wrażeń i takiego odczekania z ich publikacją, by dojrzały w naszych myślach, wyszlachetniały i utraciły wszystko, co przemijające.
Aleksandra i Tomasz Orłowscy
Arles
Największa gmina Francji metropolitalnej,
niegdyś stolica cesarska i dawna katedra prymasa Galii, miasto
impresjonistów, rzymskich aren, Pól Elizejskich i plaży Napoleona. To
wcale nie Paryż, tylko niewielkie prowansalskie miasteczko Arles, w którym zakochaliśmy się bez pamięci przed przeszło trzydziestoma laty.
Niektórzy uznają za właściwe nazywać je małym Rzymem, z czym nie możemy
się zgodzić, bo pozornie nobilitujące porównanie nie oddaje jego
absolutnej wyjątkowości, gdzie zabytki archeologiczne toną w żywej
wyrazistości nastrojów, kolorów, zapachów i smaków Prowansji. Jest
bowiem Arles kwintesencją poezji i obrazów, najlepiej wyrażonych przez
Mistrala i van Gogha.
Każdy kolejny raz, kiedy bywamy tutaj, spacerujemy wąskimi zaułkami,
błąkamy się po pobliskich ruinach opactwa Montmajour i po Fontvieille z wiatrakiem Daudeta, po enigmatycznym Mauzoleum Juliuszów, młodych
galo-rzymskich patrycjuszów z czasów Oktawiana Augusta, w Saint-Rémy-de-Provence i nadmiernie eksploatowanych turystycznie, jak na
nasz gust, umocnieniach Baux-de-Provence, doznajemy najbardziej
niepowtarzalnych, nieziemskich, czasem niepokojących wrażeń. Nazwałem je
absurdalnie fizyczną obecnością diabła, jakby tamtejsze powietrze
przenikało nieprzeciętne natężenie tajemniczości, niewytłumaczalności
nastroju, które zresztą wcale nie jest przykre. Próbując nadać pozory
rozsądku naszym nieracjonalnym odczuciom, jako archeolog wyjaśniałem to
niespotykaną intensywnością osadnictwa ludzkiego na tym terenie,
niezmiennie trwającego przynajmniej od trzech tysięcy lat. Jakby
nagromadzona energia pokoleń trwała tu i oddziaływała na nasze zmysły.
Gdy dzielimy się tymi wrażeniami z Patrickiem de Carolisem, znakomitym
dziennikarzem i pisarzem pochodzącym z Arles i nieprzytomnie w nim
zakochanym, to odczuwalne nasycenie niezgłębioną energią tłumaczy on
sąsiedztwem Rodanu, wielkiej rzeki, która dopływa do centrum miasta i uderza w nie, po czym ostro zakręca na zachód. "Rodan w istocie jest
potężny, ciemny i ciężki jak bawół"3 (Zbigniew Herbert).
Camargue, słone rozlewiska i w tle zarys murów Arles (? Y. Le Magadure/CRT Provence-Alpes-Côte d'Azur)
Niespotykane rozmiary gminy miejskiej, liczącej ponad siedemset
pięćdziesiąt kilometrów kwadratowych - podczas gdy Paryż ma ich około
stu - wynikają z administracyjnego przyłączenia do niej delty Rodanu,
słynnych rozlewisk, ryżowisk i pastwisk Camargue ciągnących się aż do
morza. Tam właśnie, przy samym ujściu Rodanu, znajduje się piaszczysta
plaża Napoleona, łachy piasku osadzające się na styku wód rzeki i morza,
które połączono w długi na dziesięć kilometrów pas laguny. Stolicą
cesarską Arles zostało w późnych czasach imperium rzymskiego, gdy coraz
trudniejsze scentralizowane zarządzanie jego olbrzymim terytorium
rozdzielono pomiędzy czterech współcesarzy nazwanych z grecka
tetrarchami. Wspaniały porfirowy pomnik tetrarchów, czterech
współwładców obejmujących się ramionami na znak jedności ich państwa,
został wmurowany w narożnik weneckiej bazyliki Świętego Marka. Potem
Arles stało się ulubioną rezydencją Konstantyna Wielkiego, wreszcie, sto
lat później, stolicą zachodniego cesarstwa, po zajęciu i złupieniu Rzymu
przez barbarzyńców w 408 roku. Stołeczna aura miasta pozwoliła jego
arcybiskupowi nosić przez kolejne wieki tytuł prymasa Galii, czyli
większej części dzisiejszej Francji, o który później spierało się z Vienne, aż na koniec straciło go na rzecz Lyonu.
Z czasów rzymskich pochodzą liczne zabytki Arles, antyczny teatr, forum
z resztką frontonu świątyni, termy Konstantyna oraz areny wzniesione
prawie w tym samym czasie co ich wielki rzymski wzorzec, Koloseum, ale w przeciwieństwie do niego nadal tętniące życiem. W średniowieczu
przebudowane na umocnione i wzmocnione wieżami obronnymi rezydencje
możnych rodów. Początek XIX wieku zmienia je z kolei w plaza de toros,
scenerię tradycyjnych les férias, walk byków hodowanych w licznych
manadach na Camarague, i mniej krwawych courses camarguaises, podczas
których trzeba zdobyć kokardę umocowaną pomiędzy rogami byczka, żeby
zwyciężyć. Mieszanina tradycji hiszpańskich oraz portugalskich
kultywowana tu przez Romów przybywających do pobliskiego,
najsłynniejszego sanktuarium cygańskiego w Saintes-Maries-de-la-Mer i uwieczniona przez van Gogha, a obecnie przez wspaniałe, barokowe
widowiska Goyesque d'Arles, do dziś ma tysiące zagorzałych zwolenników,
do których - mimo licznych zaproszeń - się nie zaliczamy. Goyesque jest
corridą organizowaną w ramach święta ryżu z Camargue. Wyróżnia ją
jedynie oprawa artystyczna powierzana wybitnym malarzom, dekoratorom,
architektom i stylistom. Kostiumy toreadorów muszą nawiązywać do ubiorów
z czasów, gdy malował ich Francisco Goya. Piaskowa arena przygotowana do
walki z byczkiem jest natomiast zdobiona ulotnym rysunkiem, który
następnie ulega starciu. Christian Lacroix wykorzystał w nim motywy
peleryny i epoletów toreadora, Jean-Pierre Formica rysował na piasku
wątki z wierzeń o byku perskiego Mitry, a Rudy Ricciotti pokrył barwiony
na purpurowo piasek setkami tysięcy czerwonych róż i ich płatków.
Ktoś z uważnych czytelników może spytać: no ale skąd w Arles Pola
Elizejskie? To antyczne rzymskie cmentarzysko, którego nazwa ze
zniekształcenia Elisi Campi przetrwała w języku prowansalskim jako
Alyscamps, tak jak sam cmentarz służył miastu przez kolejne wieki, już
jako miejsce pochówku chrześcijańskiego. Herbert pisał, że to "wielki
salon śmierci, w którym zmarli wyznaczali sobie
rendez-vous"4. Podobno ich trumny, jeśli wyrazili za życia
pragnienie pochowania na Alyscamps, puszczano wolno na fale Rodanu, by
wyławiano je przy cmentarzu. Jak tu nie odczuwać skumulowanej, jak w deszczowej chmurze, energii obecności setki pokoleń! Jego nadzwyczajna
pozycja miała ponoć brać się z legend, jak choćby tej, że pochowano tam
Rolanda wśród dwunastu parów poległych wraz z nim w pirenejskim wąwozie
Roncevaux. Majestatyczne topolowe aleje biegnące pomiędzy opuszczonymi,
na wpół zrujnowanymi sarkofagami i kaplicami grobowymi zatopionymi w bujnej zieleni, ten splot "wspaniałości i ludzkiej romantyczności", jak
pięknie obwołał Lawrence Durrell całą Prowansję, ma niezwykłą moc
imaginacji. Wyobraźnia podpowiada romantyczne wizje malarskie Caspara
Davida Friedricha, bo i Alyscamps oczywiście inspirowały artystów, by
przypomnieć tylko niedościgłe płótna Vincenta van Gogha i Paula
Gauguina. Dramatycznej historii pasji twórczej, przyjaźni dwóch wielkich
postimpresjonistów i choroby van Gogha nie będziemy opisywać.
Okres intensywnego użytkowania Alyscamps kończy się wraz z przeniesieniem stąd szczątków Świętego Trofima, pierwszego biskupa
miasta, do poświęconej mu w połowie XII wieku nowej bazyliki
prymacjalnej w samym centrum miasta. To jedno z absolutnych arcydzieł
architektury romańskiej w Prowansji. Nietypowo strzeliste wnętrze,
pozbawione dekoracji, ciemne - bo okna oświetlające nawę umieszczono
bardzo wysoko - i chłodne nawet latem, emanuje majestatem godnym
cesarskich koronacji, które odbyli tu Fryderyk Barbarossa i Karol IV
Luksemburski. Nadzwyczajności bazylice przydaje jednak monumentalny
rzeźbiony portal dostawiony do pozbawionej ornamentacji fasady.
Inspiruje go z pewnością trójpiętrowa struktura rzymskich łuków
triumfalnych, jakie przynajmniej dwa stały w Arles. U szczytu, gdzie na
łuku przedstawiano triumfującego cesarza, tronuje w półkolistym
tympanonie Chrystus na majestacie. Poniżej biegnie wąski pas fryzu,
który na łuku zajmował pochód zwycięskich legionów i spętanych jeńców, a tu - procesja zbawionych i, naprzeciw, zakutych w kajdany potępionych.
Pod nim przedzielone kolumnami wielkie postacie apostołów i świętych
depczących piekielne bestie, jak zwycięzcy legioniści między pokonanymi
i łupami. Stojąc przed tym portalem, mógłbym tłumaczyć godzinami jego
ikonografię czerpiącą ze źródeł zarówno antycznych, jak biblijnych, co
pokazują choćby sceny z historią Herkulesa, ale zazwyczaj upał jest ode
mnie silniejszy.
Wytworna przez swoją strzelistość fasada, którą uświetnia ceremonialna
brama portalu, może jedynie ustępować miejsca współczesnemu jej i odległemu od niej tylko o jakieś trzydzieści kilometrów na wschód
kościołowi opactwa Saint-Gilles-du-Gard. Jest ono miejscem
wielowiekowego kultu pustelnika Świętego Idziego, którego sława w średniowieczu dotarła aż do Polski. Kronika Galla Anonima opisuje
pielgrzymkę Władysława Hermana i jego książęcej małżonki Judyty wysłanej
do Świętego Idziego, którego wstawiennictwo pomogło w poczęciu potomka,
Bolesława Krzywoustego. Pewien mnich z opactwa miał wrócić do Polski
wraz z książęcymi pątnikami i to on stał się nieznanym autorem kroniki
nazywanym dlatego Gallem Anonimem. Wprawdzie współcześni historycy
wątpią w książęcą pielgrzymkę do Prowansji i skłaniają się do myślenia,
że para udała się do węgierskiej filii opactwa w Somogyvár, ale nie
umniejsza to znaczenia kultu Świętego Idziego. Fasada kościoła
opackiego, rozwinięta dla odmiany horyzontalnie, została przepruta
trzema portalami o półokrągłych łukach, z których środkowy wyróżniono
wielkością. Łuki oparte na kolumnach, pomiędzy którymi występują z muru
wielkie statuy świętych, jak rzymskich legionistów, i łączące się -
biegnącym przez całą długość fasady - rzeźbionym fryzem przedstawiającym
uroczysty wjazd Chrystusa do Jerozolimy, jeszcze silniej powtarzają
strukturę antycznego łuku triumfalnego.
Kiedy nasyci się oczy romańskim portalem wejścia do katedry, dość
nieporęcznie wtłoczonej w sąsiedztwo zwyczajnych domów, co nasuwa na
myśl kulturystę w zbyt ciasnej marynarce, przychodzi pora, by odkryć
dostawiony do niej krużganek arkadowy. Wchodzi się nań z sąsiedniej
bramy po prawej ręce i uderza natychmiast wrażenie odwrotne:
przestrzeni, swobody, otwartości. Takie nieoczekiwane i chyba
niezamierzone doznanie musi być wspólne wszystkim zwiedzającym, jak
pokazuje opis Herberta. "Nad delikatnie rysowanymi arkadami wznoszą się
masywne mury katedry i ciężki schodkowaty dach klasztoru. Według
wszelkich prawideł to otoczenie powinno zdusić dziedziniec klasztorny,
zabrać mu powietrze, zrobić z niego wnętrze ocembrowanej studni. I jest
rzeczą niepojętą, jak mistrzowie żywego kamienia potrafili przemienić tę
niewielką przestrzeń w ogród pełen delikatnej lekkości i wdzięku"5.
Arles, katedra Saint-Trophime, portal o strukturze antycznego łuku triumfalnego (? F. Rigal/CRT Provence-Alpes-Côte d'Azur)
Wreszcie Arles nam współczesne. Miasto czerpiące ze swojej przeszłości,
aby budować wokół kultury swoją przyszłość opartą na bogactwie
dziedzictwa. Już dziś ogłoszone międzynarodowym centrum fotografii
dzięki sukcesowi festiwalu Rencontres d'Arles. Dołączają do niego
fundacja Vincent van Gogh Arles, działająca od niedawna we wspaniale
odnowionym szpitalu hôtel-Dieu Saint-Esprit, i LUMA Arles,
wielodyscyplinarny kompleks twórczości artystycznej, który będzie się
rozwijał w wieżowej budowli zaprojektowanej przez Franka Gehry'ego na
tyłach les Alyscamps.
Ta zakochana wizyta w Arles już trwa za długo, a nie zdążyliśmy jeszcze
opowiedzieć o tylu coups de c?ur. Królujący z wysokości swojego
pomnika na Forum Frédéric Mistral poeta symbol Prowansji. "Mistral o nazwisku, które predestynowało" (Jean Aicard), ten, który odrodził język
prowansalski i który nazywał się - dziwnym zbiegiem okoliczności - jak
porywisty, zimny północny wiatr dmący w całej dolinie Rodanu.
Przeszywającego zimna Prowansji - na ogół kojarzącej się z zapachami
lata - nie sposób sobie nawet wyobrazić bez lodowatego podmuchu
mistrala. Wystarczy spojrzeć na tutejsze szopki bożonarodzeniowe,
zwyczajowo tworzone od wieków, by dostrzec, jak malutkie gliniane
figurki prowansalskich pasterzy, santons de Provence, zaludniają
dzikie, posępne, pozbawione zimą roślinności jałowe szare skały. Zapewne
tak właśnie wyglądało prawdziwe Boże Narodzenie w Betlejem. A potem, jak
pozwalał odczuć René Char: "Kwietniowy mistral przynosi takie cierpienie
jak żadne inne tchnienie Boreasza. Nie unicestwia, pozbawia nadziei. Gdy
budzą się pierwsze liście, szerokimi pociągnięciami kosi delikatne
nadejście życia. Okrutny wiatr, jałmużna wiosny". Wiatr noszący po
prowansalsku imię mistrza, mistral, bo decyduje o życiu i o śmierci,
tak jak mistrzem powtórnie narodzonego języka stał się Frédéric Mistral.
Mistral nie pochodził wprawdzie z Arles, tylko z Maillane, ale to z Arles - a nie z Aix-en-Provence, dawnej prowincjonalnej metropolii
królewskiej, nie z Awinionu, zachowującego ekskluzywną pozycję stolicy
papieskiej, nie z Marsylii, ponadczasowego symbolu śródziemnomorskiego
tygla - uczynił żywe uosobienie Prowansji. Stworzony przez niego ruch
felibrów, który obrał na siedzibę zabytkowy miejski pałac Muzeum
Arlezyjskiego, Museon Arlaten, nie był jedynie grupą etnografów
zbierających ginące zwyczaje ludowe i filologów badających dawny
prowansalski język literacki, który przetrwał w formie dialektu
pozbawionego wersji pisanej. Był głosem regionu wykluczanego z rozwoju
gospodarczego opartego na ekspansji przemysłowej i pozbawianego własnej
tożsamości przez wybujałość scentralizowanej administracji. Spuścizna
Mistrala nie ogranicza się do literatury, za którą został wyróżniony
Nagrodą Nobla, jest widocznie przesączona silną rewindykacją społeczną.
Jego Prowansja nie pochodzi z niefrasobliwych przewodników Petera
Mayle'a, jest za to bliska realizmu Marcela Pagnola pokazującego
twardych i dumnych ludzi żyjących na jałowej, biednej ziemi, którą
słońce w równym stopniu rozświetla, jak wypala. Jemu zawdzięcza
odnowienie całej kultury ludu, który zaprzeczył konstytucyjnemu
założeniu Republiki, że Francuz to ten, co mówi po francusku. Wprawdzie
starania Mistrala o nauczanie prowansalskiego w szkole publicznej
zrealizowały się dopiero w stulecie powołania Félibrige, ale legły one
u podstaw uznania przez całą Europę istnienia fenomenu języków
regionalnych i mniejszościowych. Jego zwycięską determinację najlepiej
wyraziły poetyckie słowa: "Gdy dobry Bóg zaczyna powątpiewać w świat,
przypomina sobie wówczas, że stworzył Prowansję".
Czas przejść do Arlezjanki. Jej symboliczną postać w tradycyjnym,
mieniącym się kolorami stroju malował van Gogh, opisywał Daudet, a Bizet
wyrażał muzyką, w której pobrzmiewają tony cudownej prowansalskiej
kolędy La Marche des rois, La Marcho di R?i:
De-matin
ai rescountra lou trin
De tres grand R?i qu'anavon en vouiage.
W porannym słońcu
Ujrzałem jadących
Trzech wielkich królów gońców.
Literacka Arlezjanka jest opowieścią o poznanej na arenach pięknej
narzeczonej, która nie pojawia się na własnym ślubie, a co więcej, choć
cała narracja noweli toczy się wokół niej, nie pojawi się w niej w ogóle. Stąd francuskie powiedzenie attendre l'Arlesienne, czekać na
Arlezjankę, czyli wypatrywać kogoś daremnie, a szerzej: oczekiwać na
świętego nigdy. Tak jak "czekać na Godota". Stroje Arlezjanek i gardians, konnych pasterzy z Camargue, silnie zainspirowały twórczość
projektanta mody Christiana Lacroix, który notabene także pochodzi z Arles. Wprawdzie spotyka się ich coraz mniej na tradycyjnym sobotnim
targu marché provençal, ciągnącym się między opasującymi stare miasto
bulwarami Lices i Clémenceau, ale nadal pełno na nim śpiewnego,
słonecznego akcentu sprzedawców, mieszaniny lawendy i pastisu, likieru
anyżkowego, skąpanych w zapachach świeżych warzyw, owoców, przypraw i ziół, oliwy, wina, miodu, oliwek, kozich i owczych serów Tome d'Arles,
suszonych szynek i kiełbasek.
Nasza stała kwatera główna w Arles, Grande Cabanne, czyli stary
prowansalski dwór zagubiony wśród rozlewisk dawnego koryta Rodanu, od
XVI wieku pozostający w rodzinie naszych przyjaciół Chantal i François-Xaviera de Sambucy de Sorgue. François-Xavier, a dla bliskich
FX, pochodzi z owerniackiej szlachty, która osiedliła się na
przedmieściach Arles kilkaset lat temu, natomiast księżniczka Chantal z orleańskich Burbonów jest w prostej linii prapraprawnuczką króla Ludwika
Filipa. Umieszczamy ich między najbardziej bezpretensjonalnymi,
otwartymi, przyjaznymi, gościnnymi i życzliwymi ludźmi, jakich
kiedykolwiek spotkaliśmy.
Poznaliśmy się przed laty na kolacji, którą wydawali w ekskluzywnym
paryskim Jockey Clubie. Im skądinąd wszyscy goście zawdzięczali tego
wieczoru doskonały nastrój tanecznej zabawy, tak swobodny, że w pewnej
chwili poczułem mocne, kumplowskie klepnięcie w plecy. Zdziwiony
bezceremonialnością odwróciłem się z intencją obsobaczenia ordynusa, a tu zobaczyłem zawstydzoną księżniczkę, która poufałym kuksańcem chciała
pozdrowić swojego męża, a wymierzyła go przez pomyłkę obcemu. Bo chociaż
FX jest trochę starszy ode mnie, łatwo nas pomylić przez podobnie gładko
ogoloną głowę, a na dodatek tego wieczoru prezentowaliśmy się w smokingach prawie identycznie. Nie sposób opisać konfuzji Chantal, którą
jednak szybko rozładowaliśmy. Dopiero później, kiedy blisko
zaprzyjaźniliśmy się z nimi, wspominając ten wieczór, Chantal przyznała
mi się z naturalną prostotą, że miała podówczas dużo szczęścia, bo
zazwyczaj klepie męża w zupełnie inną część ciała, powiedzmy, dużo
niżej. W takiej sytuacji najlepiej posłużyć się anglo-normandzką dewizą
Orderu Podwiązki: Honi soit qui mal y pense, hańba temu, kto o tym źle
myśli! A z czasem zdążyliśmy się na tyle przyzwyczaić, by nie dziwić się
i nie prostować, kiedy ludzie witali FX jako polskiego ambasadora, a mnie jako męża księżniczki.
Normandia
Klimatycznie i kulturowo bliższa nam jako
kraina o trwałych śladach najeźdźców przybyłych z chłodu północy. Kraina
jabłek i mleka, tak jak Polska, a nie winorośli i oliwek, z którymi
bardziej kojarzy się Francja. Wiosną Normandia, gdy - rosnące pomiędzy
biało-czarnymi szachulcowymi domostwami, bo tak poprawnie nazywa się
technikę colombage - jabłonie okrywają się miriadami bladoróżowych
kwiatów, szczególnie przypomina nasze strony. Z kolei normańscy wojowie
w stożkowatych hełmach i długich kolczugach, zdobywający drewniane
grody, wyhaftowani na powszechnie znanej tkaninie z Bayeux, wydają się
bardzo podobni do drużynników Bolesława Chrobrego. A na koniec ciepło
się na sercu robi na widok wszechobecności polskich flag.
Ponieważ w Normandii nigdy nie zapomniano, że Polacy byli czwartą obok
Amerykanów, Brytyjczyków i Kanadyjczyków armią sojuszniczą, która
zwycięsko biła się tutaj o jej wyzwolenie. Biało-czerwone barwy między
alianckimi flagami w każdym miasteczku pamiętamy z naszych pierwszych
podróży, nawet w czasach, gdy nasz kraj oddzielała od Europy żelazna
kurtyna. Tym większą dumą napełniło nas uczestnictwo w międzynarodowych
oficjalnych obchodach pięćdziesiątej i siedemdziesiątej rocznicy D-Day u boku prezydentów Rzeczypospolitej. Kiedy pierwszy raz ambasador wysłał
mnie w 1991 roku na uroczystość na polskim cmentarzu
Urville-Langannerie, liczni jeszcze wówczas żołnierze 1 Dywizji
Pancernej generała Maczka, kombatanci przybyli w znacznej mierze z Anglii - przyzwyczajeni do nieobecności dyplomatów PRL - przyglądali mi
się z pewną rezerwą. Ale o tym później.
Dla wielu paryżan Normandia jest trochę jak Mazury dla warszawiaków,
niedalekim i pięknym kierunkiem wyjazdów weekendowych. Dystans, który
dzieli Paryż od Deauville, kojarzącego się z Marcelem Proustem
najelegantszego kąpieliska z cenionymi wyścigami konnymi, jest równy
wypadowi z Warszawy do Olsztyna. Świetny, ale czasem chłodny klimat,
który daje powietrzu niepowtarzalną malarską przejrzystość, piękne
piaszczyste plaże, tereny do golfa i jeździectwa. No i trudny wybór
między świeżutkimi ostrygami i homarami a cielęciną w sosie
śmietanowo-jabłkowym i drobiem duszonym w calvadosie. Potem quatuor
serów o renomie światowej: camembert z niepasteryzowanego mleka,
pochodzący z wioski o tej samej nazwie, leżącej tuż obok słynnej
"Maczugi" naszych maczkowców, livarot zwany pułkownikiem, le
colonel, z racji obiegających go pięciu słomianych warkoczy jak na
oficerskim kepi, pont-l'év?que o średniowiecznej metryce i neufchâtel w formie serduszka. Nie uchodzi na koniec zapomnieć o lokalnych alkoholach produkowanych z jabłek, musującym cydrze tak
cudownie gaszącym pragnienie (zgodnie ze złotą myślą Henry'ego Monniera
"o naturze tak przewidującej, że każe rosnąć jabłoniom w Normandii,
wiedząc dobrze, że to region, gdzie pije się najwięcej cydru"),
calvadosie skutecznie konkurującym z koniakami (Młynarski śpiewał:
"calvados to coś więcej niż trunek - to sposób bycia"), którego mały
kieliszek podaje się tradycyjnie między daniami, nazywając go le trou
normand, normandzką dziurą, przerwą w jedzeniu ułatwiającą trawienie.
Historię Normandii w największym skrócie spina podwójna klamra: wyprawa
i podbój Anglii przez Wilhelma Zdobywcę w 1067 roku oraz lądowanie
aliantów w czerwcu 1944 roku, dwa wydarzenia, które z pewnością zmieniły
świat i które zdają się stale tu obecne. Ilustruje ją przykład Bayeux,
cudownego niewielkiego średniowiecznego miasta, dla którego katedry
królowa Matylda poleciła wyhaftować znakomitą tkaninę opowiadającą
historię zajęcia Anglii przez jej królewskiego męża. Bayeux, położone
pośrodku plaż lądowania, było też pierwszym miastem Francji, które w tydzień po wyzwoleniu odwiedził generał de Gaulle. Ta klamra spina
również bardzo złożone i ambiwalentne przez wieki związki
francusko-brytyjskie, oparte na grze przyciągania i odtrącania, pomiędzy
Entente cordiale a francuskim wetem dla przystąpienia Wielkiej
Brytanii do Wspólnego Rynku. Perfidny Albion dla jednych i froggies,
żabojady, dla drugich, a równocześnie niedościgły wzór dla Francuzów i ukochany kraj osiedlenia dla Brytyjczyków. Jak stwierdził humorysta
Alphonse Allais: "Nie rozumiem Anglików! My we Francji nadajemy naszym
ulicom nazwy zwycięstw: Wagram, Austerlitz... a oni używają dla swoich
nazw klęsk: Trafalgar Square, Waterloo Place". Waterloo, synonim
najboleśniejszej klęski, a z drugiej strony setki tysięcy brytyjskich
żołnierzy poległych za Francję podczas obu wojen światowych. Generał de
Gaulle, który w przeddzień kapitulacji w kampanii 1940 roku wygłasza z anteny BBC w Londynie do Wolnych Francuzów historyczne wezwanie do oporu
w jedynym terminie wskazanym mu przez Brytyjczyków, 18 czerwca, czyli w rocznicę klęski pod Waterloo. Dzisiejsza Normandia to miejsce, gdzie
królowa Elżbieta II - która skądinąd nadal nosi tytuł jej księżnej, choć
realnie władzę zachowała jedynie nad jej skrawkiem, czyli Wyspami
Normandzkimi - przyjeżdżała prywatnie do ziemiańskich domów pojeździć
konno i gdzie witały ją nieprawdopodobne owacje na uroczystościach
siedemdziesięciolecia lądowania.
U góry: Klifowe wybrzeże w Étretat (? M. G. Clément/CRT Normandie) Pośrodku: Wszystkie sery Normandii (? A. Sölter/CRT Normandie) Na dole: Port rybacki w Honfleur (? Von Pelchrzim/CRT Normandie)
Lądowanie w Normandii, znane także pod kryptonimami "Overlord" i D-Day,
było z pewnością nie tylko największą, ale i najbardziej brawurową
operacją desantową w historii. Proste słowa generała Eisenhowera: OK.
Let's go, "Ruszamy", na zapowiadane przez meteorologów krótkie
rozpogodzenie w sztormowej pogodzie, które posłużyły za rozkaz do ataku,
są synonimem odwagi świadomej ryzyka i odpowiedzialności. "Nie podoba mi
się to, ale nie widzę, jak moglibyśmy zrobić inaczej" - dodał. Na tych
słowach, jako apelu do polityków naszych czasów o wolę działania, oparł
swoje pamiętne przemówienie prezydent François Mitterrand podczas
ceremonii pięćdziesiątej rocznicy lądowania 6 czerwca 1994 roku.
Pamiętam reakcję francuskiego dziennikarza obok mnie: Powinien zacząć od
siebie! W każdym razie te słowa nadal nie utraciły aktualności,
Mitterrand zaś miał swój znaczący wkład w nasz udział w obchodach
rocznicy D-Day. Sam desant 6 czerwca był tylko początkiem operacji,
która potrwała półtora miesiąca, doprowadziła do wyzwolenia Normandii i otwarcia drogi na Paryż. Polscy pancerniacy generała Maczka nie
uczestniczyli w czerwcowym desancie, bo ich ciężki sprzęt dopłynął
dopiero w drugim rzucie, po opanowaniu przez aliantów wybrzeża i uruchomieniu w lipcu portów. Dlatego nasze zwycięstwo obchodzimy na
"Maczudze", leżącym ponad siedemdziesiąt kilometrów na południe od plaż
lądowania wzgórzu Montormel, w rocznicę jego zdobycia 21 sierpnia.
Utrzymanie wzgórza mimo zmasowanego ataku niemieckich dywizji pancernych
oznaczało zamknięcie po ciężkich walkach całości sił niemieckich w kotle
Falaise. Umownie wyznacza je napotkanie przez zwiad dragonów pułkownika
Zgorzelskiego amerykańskich żołnierzy 359 pułku piechoty kapitana
Watersa w miasteczku Chambois.
Z powodu nieobecności naszych wojsk w D-Day nie wszyscy uwzględniają ich
rolę w operacji normandzkiej. Aż wreszcie stało się. Na początku roku
1994 nieoczekiwanie zadzwoniła do mnie szefowa gabinetu prezydenta
Mitterranda i powiedziała: Skończyły się podziały zimnej wojny,
prezydent Republiki postanowił zaprosić Polskę do oficjalnego udziału w obchodach rocznicy lądowania w Normandii, a po uroczystości
międzynarodowej zamierza udać się wraz z prezydentem RP na Polski
Cmentarz Wojenny Urville-Langannerie, podobnie jak pojedzie na cmentarz
amerykański, brytyjski i kanadyjski. I tak pięćdziesiąt lat po
wydarzeniach drugiej wojny światowej wzruszeni zobaczyliśmy naszych
żołnierzy defilujących obok historycznych sojuszników na słynnej plaży
Omaha. Odzyskaliśmy na zawsze nasze miejsce. Dlatego było dla mnie
absolutnie oczywiste, że szykując - już jako ambasador - nasz udział w obchodach siedemdziesiątej rocznicy lądowania, poprosiłem i uzyskałem
bez kłopotu obecność prezydenta Francji u boku prezydenta RP na naszym
cmentarzu wojskowym. Bo jak mawiał generał Maczek: "Żołnierz polski
walczy o wolność wszystkich narodów, ale umiera tylko dla Polski".
Desant aliancki został podzielony na dwa sektory: amerykański na zachód
od Bayeux z dwiema plażami, Omaha i Utah, oraz anglo-kanadyjski na
wschód od Bayeux z plażami Gold, Sword i Juno. Na wysokim brzegu nad
plażą Omaha znajduje się amerykański cmentarz Coleville-sur-Mer, liczący
ponad dziewięć tysięcy grobów żołnierzy. Niekończące się rzędy białych
krzyży na soczystej normandzkiej trawie mają dla Amerykanów moc podobną
do tego, co my czujemy na Monte Cassino. Odwiedzają go zawsze prezydenci
USA, a ambasador amerykański każdego roku zaprasza 6 czerwca swoich
odpowiedników, brytyjskiego, kanadyjskiego, polskiego, norweskiego i holenderskiego, do modlitewnej uroczystości. Brytyjczycy mają kilka
cmentarzy, największy znajduje się w samym Bayeux, a drugi w Ranville,
niedaleko plaży Sword. Również Kanada ma liczne cmentarze: Bény-sur-Mer
mieści się w pobliżu plaży Juno, a Cintheaux sąsiaduje z naszym
cmentarzem wojennym, w pół drogi z Caen do Falaise. Norwegowie mają
tylko symboliczny grób załogi niszczyciela Svenner, jedynego
sojuszniczego okrętu zatopionego w dniu D-Day i pierwszych poległych
tego dnia.
Polski Cmentarz Wojenny Urville-Langannerie w Normandii, wśród kombatantów 1. Dywizji Pancernej prof. Andrzej Maczek, syn generała (zbiory własne autora)
Organizacja takich obchodów rocznicowych jest w równym stopniu
wzruszająca, jak skomplikowana. Spotyka się ostatnich świadków tych
bezprzykładnych wydarzeń, a w tym samym czasie pokonuje się duże
przeszkody, by w krótkim czasie przewieźć i rozmieścić znaczną liczbę
uczestników na nieznacznej przestrzeni. Moim chrztem bojowym były
obchody pięćdziesiątej rocznicy, jako że otrzymałem zadanie
przygotowania polskiego udziału w centralnych uroczystościach, które
odbyły się bezpośrednio na plaży Omaha, i opracowania ceremonii
polsko-francuskiej na naszym cmentarzu. Oczywiście nadąłem się straszną
dumą, acz nie obyło się bez nerwów. Po okazałej paradzie wojskowej i morskiej z udziałem naszych żołnierzy i marynarzy, odbieranej na plaży
przez królowe brytyjską i niderlandzką, władców Norwegii, Belgii,
Luksemburga, prezydentów USA, Francji, Polski, Czech i Słowacji oraz
premiera Kanady, musiałem jak najszybciej przejechać na odległy polski
cmentarz.
Mój kierowca, zagubiony wśród setek innych samochodów - a czasy były
przedkomórkowe - stracił orientację i odjechał sam, pozostawiając mnie
na plaży z trzema naszymi kombatantami, spośród których wyróżniał się
starszy pan w pełnym mundurze przedwojennego ułana. Uczepiłem się w desperacji jakiegoś żandarma kierującego ruchem, groźbą i prośbą
szukając u niego pomocy w przewiezieniu nas do Urville-Langannerie.
Zrozumiawszy, że nie uwolni się od mojej natarczywości, a może przez
szacunek dla kombatantów, po chwili zdobył on jakimś tajemnym sposobem
zdezelowaną granatową furgonetkę żandarmerii. Jadąc na jęczącym sygnale
tak szybko, jak mogła, dowiozła nas na nasz cmentarz wojenny, gdzie
miałem poprowadzić ceremonię, sporo czasu przed prezydentami Polski i Francji. W pamięci pozostały wzruszenie, zmęczenie i nerwy, marsowość
kombatantów i jowialność żandarmów, zachowujących się zupełnie jak
podwładni Louisa de Fun?sa w komedii Żandarm z Saint-Tropez. Tak to
zresztą ocenili moi rozbawieni koledzy z Ministerstwa Spraw
Zagranicznych w alei Szucha.
Region bogaty od zawsze dzięki rolnictwu i żegludze (spod Caen wyruszył
Wilhelm Zdobywca na podbój Anglii, z Rouen wypływali odkrywcy
francuskiej Kanady, Cherbourg był przez wieki najpotężniejszym portem
wojennym) słynie nie tylko ze swego zróżnicowanego krajobrazu, ale i klimatu zdominowanego przez bliskość kanału La Manche. Terytorium
Normandii wyznaczają z jednej strony ciągnące się dziesiątkami
kilometrów plaże bielutkiego piasku, na których lądowali alianccy
żołnierze, z drugiej urwiste wybrzeże kredowe z charakterystycznym
łukiem klifowym w Étretat, od zachodu rygluje je wznoszące się pośród
podmokłych łąk opactwo Mont-Saint-Michel, które przypływy i odpływy
morza odcinają od lądu lub łączą je z nim, a półwysep Cotentin wbija się
ostrym klinem w kanał. Poniżej rozciąga się bezkresna nizina wypasu
bydła i hodowli koni, którą od południa zamykają morenowe jeziora i lesiste wzgórza Szwajcarii normandzkiej, a od wschodu meandry ujścia
Sekwany, wijącej się pośród jabłoniowych sadów.
Oceaniczny klimat przynosi Normandii wilgotne powietrze i zmienną
pogodę. Ociepla ją wprawdzie Golfstrom przepływający kanałem, ale
wiejące nad nim silne wiatry przynoszą częste opady, które przechodzą
tak szybko, jak nadeszły. Przekonują o tym odwiedziny w Cherbourgu, nad
którym stale przepływają deszczowe chmury. Łagodzący temperaturę wpływ
morza pozwala tu bujnie mnożyć się roślinom egzotycznym, które od wieków
przywoziły okręty francuskich podróżników i odkrywców. Ale też gdy
niespodziewanie zaskoczy nas gwałtowny deszcz, możemy zdać sobie sprawę,
że powszechnie znane Parasolki z Cherbourga nie są nazwą przypadkową!
Mer Cherbourga obdarowuje zresztą swoich gości takimi luksusowymi
parasolami z wyhaftowanym herbem miasta, wyrabianymi pod zastrzeżoną
marką Le Véritable Cherbourg, czyli "autentycznie cherbourskie".
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki