Nasz wspólny przyjaciel - Charles Dickens

Kup ebooka

34.99 zł
27.99 zł (8,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

KSIĘGA PIERWSZA

USTA I PUCHAR

Obskurna, zaniedbana łódka, oblepiona iłem i madą, zdawała się mieć związek raczej z dnem niż powierzchnią rzeki, ale zarówno ona, jak znajdujące się w niej osoby robiły niewątpliwie to, co często zwykły robić, szukały tego, czego często zwykły szukać. Mężczyzna bez nakrycia zmierzwionej głowy, z ogorzałymi rękami odsłoniętymi powyżej łokci sprawiał wrażenie człowieka w półdzikim stanie; luźny węzeł chustki, którą miał na szyi, zwisał ku obnażonej piersi wśród niechlujnej gęstwiny brody i faworytów; odzienie, jakie nosił, zdawało się zrobione z rzecznego szlamu oblepiającego jego czółno. Jednakże bystre spojrzenia mężczyzny świadczyły o jego zawodowym nawyku, a czegoś podobnego dowodziły również najdrobniejsze bodaj czynności dziewczyny, sprawne poruszenia jej rąk, a najbardziej chyba utajony w czujnych oczach wyraz jak gdyby odrazy i lęku.

- Trzymaj się, Lizzie! Prąd tutaj rwący. Trzymaj łódź przed czołem odpływu! - mówił mężczyzna, lecz ufając wprawie i doświadczeniu córki, nie posługiwał się sterem i ze zdwojoną uwagą obserwował wzburzone wody.

Dziewczyna zapatrzona weń bacznie wzdrygnęła się nerwowym dreszczem, kiedy promień zachodzącego słońca rozjaśnił wnętrze czółna i krwistą purpurą ubarwił wilgotną plamę, przypominającą nieco kształt ludzki spowity płachtą.

Mężczyzna odczuł jej niepokój, chociaż zaprzątały go zbliżające się fale odpływu.

- Co ci znów? - zapytał. - Ja nic nie widzę w wodzie.

Szkarłatny odblask zniknął, ustał nerwowy dreszcz dziewczyny, a ojciec, który tylko na moment zwrócił ku niej wzrok, zapatrzył się znów w powierzchnię rzeki. Wszędzie, gdzie wartki prąd napotykał przeszkody, spojrzenia mężczyzny zatrzymywały się na chwilę. Łakomie obejmowały liny lub łańcuchy każdej przycumowanej do nadbrzeży łodzi czy barki, przepatrywały uformowane na podobieństwo strzały smugi wokół filarów Southwark Bridge, badały tłukące mętną wodę koła rzecznych parostatków i spiętrzone wokół niektórych przystani kłody przyniesionego nurtem drewna. Nagle, mniej więcej w godzinę po zapadnięciu zmroku, mężczyzna naprężył linki steru i zwrócił dziób czółna ku brzegowi po stronie hrabstwa Surrey.

ROZDZIAŁ V

ALTANKA BOFFINA

Przed pewnym londyńskim domem - narożnym domem niedaleko placu Cavendish Square - od paru lat siadywał mężczyzna z drewnianą nogą, który w czasie chłodów zwykł trzymać w koszu drugą nogę. Mężczyzna ów zarabiał na utrzymanie w sposób następujący: Każdego dnia, o ósmej z rana, kuśtykał do swojego narożnego domu, dźwigając krzesło, stojak do wieszania odzieży, dwa krzyżaki, deskę, koszyk oraz parasol - wszystko związane razem. Po odpowiednim rozmieszczeniu deska i krzyżaki tworzyły ladę, koszyk dostarczał nieco słodyczy i owoców na sprzedaż, następnie zaś służył do grzania nogi, rozstawiony stojak zmieniał się w parawan oraz wystawę doborowej kolekcji półpensowych ballad, a ustawione na jego tle krzesło stanowiło do końca dnia posterunek mężczyzny z drewnianą nogą - posterunek umocniony dzięki kontaktowi oparcia krzesła ze słupem latarni ulicznej. Podczas deszczu mężczyzna rozpościerał parasol nad zapasem towarów, nie nad sobą, a przy pięknej pogodzie zwijał go, obwiązywał szpagatem i ukosem kładł między krzyżakami, gdzie wyglądał niby sztucznie pędzona i zmięta sałata głowiasta, która na rozmiarach zyskała tyle, ile utraciła na kolorze i świeżości.

Mężczyzna z drewnianą nogą opanował swój narożnik prawem niedostrzegalnego zasiedzenia. Nigdy nie przesuwał się o cal bodaj i co dzień siadywał tak, jak po raz pierwszy zasiadł pod boczną ścianą narożnego domu. Zimą był to narożnik smagany wyjącym wiatrem, w lecie zasypany kurzem, a nieprzyjemny przy najpiękniejszej porze. Jeżeli nawet na głównej ulicy panował spokój, tam wirowały strzępki papieru i źdźbła słomy, a beczka woziwody, skręcając w tym miejscu, zataczała się zawsze i podskakiwała, niby pijana lub krótkowzroczna, i pozostawiała za sobą błoto, jakkolwiek wszędzie dokoła było czysto i sucho.

Po przedniej stronie kramu wisiał, niby kociołek nad żarem, niewielki anons zredagowany przez mężczyznę z drewnianą nogą i własnoręcznie przezeń wypisany.

Posyłki zała

Twia sumien

Nie dla szanowne

Go państwa uniż

Ony sługa

Z szacunkiem

Silas Wegg.

Z biegiem czasu Silas Wegg wmówił sobie, że etatowo pełni funkcje gońca w narożnym domu, chociaż zlecenia stamtąd otrzymywał nie więcej niż kilka razy na rok i to od kogoś ze służby. Ale nie na tym koniec. Uwierzył również, że przynależy do grona domowników, wobec czego ma wobec domu obowiązki i winien interesować się lojalnie i wiernie jego sprawami. Z tej racji mawiał zawsze "Nasz dom" i chociaż jego sprawy znał jedynie z wyobraźni i najzupełniej błędnie, rad był uchodzić za zaufanego sługę. Konsekwentnie dotykał kapelusza, ilekroć w oknach zobaczył kogoś z mieszkańców, o których wiedział tak niewiele, że z uporem nazywał ich według własnego pomysłu: "Panna Elizabeth", "Panicz George", "Ciocia Jane", "Wujaszek Parker", do czego nie upoważniało go oczywiście nic prócz fantazji.

Nad samym domem sprawował taką samą urojoną władzę, jak nad domownikami i nurtem ich życia. Nie był w nim nigdy i najczęściej kontemplował tylko czarną, spasioną rurę wodociągową, która wlokła się przez podwórko i w sąsiedztwie kuchennych drzwi niknęła w wilgotnym, kamiennym korytarzu, przypominając pijawkę, co "przystała" doskonale. Jednakże okoliczność ta nie przeszkadzała bynajmniej straganiarzowi w urządzaniu "Naszego domu" wedle własnego planu. Był to duży, obdrapany budynek z wieloma ślepymi oknami i ciemnymi pomieszczeniami od strony kuchennego podwórka, toteż rozlokowanie wnętrza zgodnie z zewnętrznym wyglądem pochłonęło niemało trudów i wysiłku umysłowego. Ale gdy raz dokonał dzieła, był kontent i nie wątpił, że z zawiązanymi oczami znalazłby drogę wszędzie - od okratowanych facjatek na wysokim dachu do dwu żelaznych gasideł przed paradnymi drzwiami, które zdawały się zachęcać wszystkich miłych gości, aby zechcieli odejść, nim zdążą próg przestąpić.

Niewątpliwie stragan Silasa Wegga był najnędzniejszy pośród nędznych, małych straganów w całym Londynie i wystawiał na sprzedaż najlichsze towary. Usta cierpły na widok jego jabłek, żołądek wzdrygał się na widok jego pomarańcz, zęby bolały na widok jego orzechów. Te ostatnie tworzyły zazwyczaj niewielki, żałosny stosik uwieńczony drewnianą miarką bez widocznego wnętrza, która rzekomo reprezentowała wartość jednego pensa, określoną zgodnie z Wielką Kartą Wolności. Zapewne skutkiem nadmiaru wschodnich wiatrów (narożnik ów zwracał się ku wschodowi) stragan i towary były suche niczym pustynia, nie inaczej niż ich opiekun. Wegg - mężczyzna sękaty i z gruba ciosany - twarz miał wyrazistą nie bardziej niż kołatka strażnika nocnego. Kiedy się śmiał, następowały raptowne skurcze i zaczynał się klekot. Prawdę mówiąc, sprawiał wrażenie człowieka tak drewnianego, iż obdarzony wyobraźnią obserwator mógłby sądzić, że Silas Wegg uzyskał drewnianą nogę w sposób naturalny, a jeżeli jego normalny rozwój nie ulegnie zahamowaniu, przed upływem, dajmy na to; pół roku, będzie posiadał kompletną parę kończyn z drewna.

Pan Wegg był spostrzegawczy, czy też, jak sam się wyrażał, "miał wzrok bystry do obserwacji". Siedząc na krześle wspartym o słup latarni, każdego dnia pozdrawiał swoich stałych przechodniów i szczycił się umiejętnym stopniowaniem tych pozdrowień. Na przykład ukłon, jakim witał duchownego, stanowił połączenie laickiego uszanowania z subtelnym cieniem jak gdyby modlitewnej medytacji. Pana doktora obdarzał ukłonem bardziej poufałym, stwierdzając z całym respektem, iż jest to dżentelmen obznajmiony dokładnie z jego wnętrzem. Z satysfakcją korzył się przed osobistościami wysoko postawionymi, a na widok "Wujaszka Parkera", który - przynajmniej w jego mniemaniu - służył był w armii, przykładał otwartą dłoń do ronda kapelusza na sposób wojskowy, czego ów sztywny, stary dżentelmen o gniewnych oczach i zapalczywym wyrazie twarzy zdawał się absolutnie nie doceniać.

Pośród towarów, którymi Silas handlował, tylko pierniki nie odznaczały się twardością. Pewnego dnia jakiś nieszczęsny malec zakupił wystawionego na sprzedaż po obniżonej cenie bardzo uszkodzonego rozmiękłego konia z piernika i takąż klatkę z ptaszkiem, więc Wegg dobył spod swojego krzesła blaszaną puszkę i chcąc zastąpić te straszliwe okazy innymi, spoglądał na pokrywę, gdy nagle znieruchomiał na moment i przemówił do siebie:

- Aha! Znów jesteś.

Słowa te sprowokował krępy, przygarbiony, pochylony w bok jegomość w sędziwym wieku i żałobie, który zabawnie godnym krokiem zbliżał się z wolna do narożnika, ubrany w płaszcz z szorstkiego sukna i z grubą laską w ręku. Nosił grube trzewiki, grube skórzane sztylpy i rękawice tak grube, jak gdyby przycinał kolczaste żywopłoty. Ubiorem i postawą przywodził na myśl potężny i obwisły kształt nosorożca. Miał grube fałdy na policzkach, czole, powiekach, wargach, uszach, ale pod krzaczastymi brwiami i szerokim rondem kapelusza połyskiwały szare oczy, jasne, żywe, po dziecięcemu dociekliwe. Ogólnie biorąc, był to stary jegomość o nader osobliwym wyglądzie.

- Aha! Znów jesteś - powtórzył do siebie pan Wegg. - Coś ty za jeden? Z hecarskiej budy jesteś czy skąd? Niedawno osiedliłeś się w naszej dzielnicy czy z całkiem innej przychodzisz? Może jesteś niezależny materialnie, a może w twoim przypadku ukłon to czysta strata fatygi? No jak tam? Ostatecznie nie poskąpię ci ukłonu.

Medytując tak w czasie, gdy odkładał na miejsce blaszaną puszkę i zastawiał piernikowe sidła na jakieś inne naiwne dziecię, wstał i rzeczywiście nie poskąpił ukłonu.

- Uszanowanie panu! Uszanowanie! Uszanowanie!

(- Mówi mi pan i uszanowanie! - bąknął do siebie straganiarz. - Nic z niego nie będzie. Szkoda ukłonu.)

- Uszanowanie panu! Uszanowanie! Uszanowanie!

"Jakiś wesoły staruszek i ludziom życzliwy, no nie?" - pomyślał pan Wegg i dodał na głos: - Witam szanownego pana.

- A co? Przypomina pan mnie sobie? - zapytał nowy znajomy, który przestał maszerować godnym krokiem i pochylony w bok przystanął przed straganem: głos miał szorstki o lekko napastliwym tonie, nie pozbawiony jednak wesołej nuty.

- Zauważyłem, że w ciągu ostatniego tygodnia szanowny pan mijał nasz dom kilkakrotnie.

- Nasz dom? - powtórzył stary jegomość. - To znaczy...? - i grubym paluchem prawej rękawiczki wskazał narożny budynek.

- Tak jest! - brzmiała odpowiedź uzupełniona skinieniem głowy.

- Aha! Rozumiem. Ciekaw też jestem - ciągnął stary jegomość tonem natrętnego zainteresowania, piastując na lewej ręce swoją sękatą laskę w taki sposób, jak gdyby była niemowlęciem. - Ciekaw też jestem, ile pan tu obecnie zarabia.

- Dla naszego domu pełnię doraźne funkcje - odrzekł zagadnięty sucho i nieufnie. - Moje pobory nie zostały dotychczas ustalone.

- Aha! Pobory nie zostały dotychczas ustalone. Rozumiem. Nie zostały ustalone... Uszanowanie panu! Uszanowanie! Uszanowanie!

- Jakiś pomylony stary cymbał - mruknął do siebie pan Wegg, korygując uprzednią pochlebną opinię.

Pomylony stary cymbał odszedł swoim godnym i powolnym krokiem, zaraz jednak zawrócił, by zapytać:

- Jak zarobił pan drewnianą nogę?

- Zwyczajnie. W wypadku - odparł cierpko Silas, urażony nieco pytaniem w kwestii tak osobistej.

- Polubił ją pan?

- Cóż... Nie muszę trzymać jej ciepło - odpowiedział straganiarz zbity cokolwiek z tropu niecodziennością pytania.

- Nie musi trzymać jej ciepło! - zawołał tamten zwracając się do swojej laski, którą kołysał na ręce. - Cha, cha, cha! Nie musi trzymać jej ciepło! Słyszał pan kiedy nazwisko Boffin?

- Nie! - rzucił pan Wegg, coraz bardziej rozdrażniony osobliwą indagacją. - Nigdy nie słyszałem nazwiska Boffin.

- A podoba się panu?

- Otwarcie mówiąc, nie - padła odpowiedź w tonie bliskim desperacji. - Nie twierdzę, by mi się podobało.

- Dlaczego nie podoba się panu?

- Nie wiem dlaczego! - wybuchnął pan Wegg. - Ale nie podoba mi się z całą pewnością.

- A więc usłyszy pan zaraz coś takiego, że będzie panu przykro - podjął z uśmiechem natręt. - Ja nazywam się Boffin.

- Nic na to nie poradzę - odburknął straganiarz, a wyraz jego twarzy świadczył o obraźliwym dodatku: "i nie poradziłbym, gdybym nawet mógł".

- Pozostaje panu jeszcze jedna szansa - ciągnął uśmiechnięty nadal pan Boffin. - Czy podoba się panu imię Nikodem? Proszę się zastanowić. Nik. Noddy.

- Nie jest to imię - odrzekł Silas zasiadając na krześle z miną łagodnej rezygnacji oraz melancholijnej szczerości - którym chciałbym być tytułowany przez kogokolwiek cieszącego się moim szacunkiem. Inne osoby mogą naturalnie nie żywić podobnych obiekcji. Nie wiem dlaczego! - dodał żywo, uprzedzając kolejne pytanie.

- Noddy Boffin - podjął stary jegomość. - Noddy to moje imię. Noddy albo Nik Boffin. A pan jak się nazywa?

- Silas Wegg. Nie wiem... - dorzucił śpiesznie odwołując się do zastosowanego już raz środka ostrożności. - Nie wiem, dlaczego Silas. Nie wiem, dlaczego Wegg.

- A zatem, Wegg - podjął pan Boffin i mocniej przygarnął laskę do piersi - chciałbym przedstawić panu pewną propozycję. Pamięta pan, kiedy mnie pan pierwszy raz zobaczył?

Mężczyzna z drewnianą nogą spojrzał nań z wyrazem zastanowienia w oku i cokolwiek łagodniej, ponieważ zaświtała mu nadzieja zysku.

- Niech no sobie przypomnę - podjął. - Nie jestem całkiem pewien, chociaż normalnie mam wzrok bystry do obserwacji. Czy to nie było w poniedziałek z rana, kiedy chłopak od rzeźnika przyszedł do naszego domu po obstalunki i kupił u mnie balladę, a że nie zna się na muzyce, musiałem mu ją prześpiewać?

- Racja, Wegg, racja! Tyle że chłopak od rzeźnika kupił nie jedną balladę.

- Aha. Kupił kilka. Chciał dostać dobry towar za dobre pieniądze, więc zasięgał mojej rady względem wyboru i razem prześpiewaliśmy całą kolekcję. Tak było, słowo daję! On stał tutaj, proszę pana, ja siedziałem tutaj, proszę pana, jak teraz siedzę, a pan, szanowny panie Boffin, był tam, gdzie teraz, z tym samiutkim kijem pod tą samiutką pachą i odwrócony do nas tymi samiutkimi plecami. Słowo daję! - zawołał Silas Wegg i pochylił się nieco, by zajrzeć za pana Boffina i znaleźć potwierdzenie ostatniej swojej obserwacji. - Słowo daję! Był pan odwrócony do nas tymi samiutkimi plecami!

- I co robiłem? Jak pan myśli, Wegg?

- Wyglądało na to, proszę pana, że wypatruje pan oczy szukając kogoś po tamtej stronie ulicy.

- Nic podobnego, Wegg! Podsłuchiwałem!

- Naprawdę? - powiedział straganiarz z nutą powątpiewania.

- Ma się rozumieć nie w zdrożnych zamiarach, ponieważ pan śpiewał rzeźnikowi, a niepodobna, by wyśpiewywał pan rzeźnikowi sekrety i to na ulicy.

- O ile mnie pamięć nie zawodzi, nigdy mi się to dotąd nie trafiło, ale mogłoby się trafić. Człowiek nie może przewidzieć, co mu przyjdzie do głowy jednego czy drugiego dnia - odparł Silas z rezerwą, gdyż nie chciał utracić ani trochę korzyści, jaką mogłoby mu przynieść dobrowolne wyznanie starego jegomościa.

- Krótko mówiąc - podjął ten ostatni - podsłuchiwałem pana i podsłuchiwałem rzeźnika. A teraz, Wegg... Nie ma pan przypadkiem drugiego krzesła, co? Trochę mi dech zapiera.

- Nie mam drugiego krzesła - odparł podnosząc się Silas - ale tym mogę służyć. Stanie to dla mnie prawdziwa przyjemność.

- Jak Boga kocham! zawołał pan Boffin sadowiąc się na krześle z zadowoloną miną i nadal niańcząc laskę, niby niemowlę. - Przyjemne miejsce, co? Siedzieć tak i ze wszystkich stron mieć te ballady, jak końskie okulary z drukowanych kartek! Czysta rozkosz!

- Jeżeli się nie mylę - podjął Wegg i wsparłszy dłoń o blat swojego kramu, pochylił się nad rozprawiającym Boffinem - szanowny pan był łaskaw wspomnieć o jakiejś propozycji, którą rozważa.

- Do tego zmierzam. Racja! Do tego właśnie zmierzam. Chciałem powiedzieć, że kiedy podsłuchiwałem tamtego rana, podsłuchiwałem z uznaniem, prawie z grozą! Pomyślałem też sobie: "Oto człowiek z drewnianą nogą, literat z drew..."

- N...no, niezupełnie, szanowny panie.

- Jak to? Zna pan wszystkie te śpiewki w słowie i melodii, a jak chce pan którą zaśpiewać, wystarczy przetrzeć okulary i jazda! Sam to widziałem - zawołał pan Boffin. - Na własne oczy!

- Niech będzie, proszę pana - odrzekł Silas i ustępliwie skłonił głowę. - Powiedzmy zatem, literat.

- Literat z drewnianą nogą - uzupełnił pan Boffin - i obznajmiony z wszelkim drukiem! Tak pomyślałem sobie tamtego rana - ciągnął i pochyliwszy się do przodu, by rozłożony stojak nie krępował swobody jego ruchów, zakreślił prawą ręką łuk możliwie najobszerniejszy. - Obznajmiony z wszelkim drukiem! Zgadza się, prawda?

- Święta prawda, szanowny panie. Sądzę, że nie mógłby pan pokazać mi angielskiego druku, z którym nie potrafiłbym dać sobie rady - przyznał pan Wegg z należytą skromnością.

- Tak z miejsca?

- Z miejsca.

- A nie mówiłem! Teraz proszę uważać. Ma pan przed sobą człowieka bez drewnianej nogi i nie obznajmionego z wszelkim drukiem.

- Czyżby? - zdziwił się Silas coraz bardziej pewien siebie. - Edukacja zaniedbana?

- Za-nie-dbana! - wyskandował pan Boffin. - To nie całkiem trafny wyraz. Widzi pan, potrafię tylko tyle, że, jak mi kto pokaże literę. "B", odpowiem zaraz Boffin.

- Cóż, proszę pana - powiedział Silas tonem zachęty i otuchy - zawsze to coś.

- Coś, ale, słowo daję, bardzo niewiele.

- Może i mniej, szanowny panie, niż umysł dociekliwy powinien sobie życzyć - zgodził się pan Wegg.

- Proszę posłuchać. Ja wycofałem się już z interesów i z panią Boffin (Henrietty Boffin, bo jej ojcu było na imię Henry, a matce Hetty, rozumie pan?) żyję w dostatku dzięki testamentowi nieboszczyka szefa.

- Szef umarł, proszę pana?

- Człowieku! Czy nie wspomniałem o nieboszczyku szefie? Otóż za późno teraz, żebym zaczął od początku szuflować i przesiewać abecadło i podręcznik gramatyki. Pierniczeję pomału i, widzi pan, wolę nie przejmować się niczym. Ale chcę czytać, składnie i śmiało czytać jakieś wspaniałe księgi w tomach okazałych niby doroczny pochód Lorda Majora. No i jak, Wegg, mógłbym urządzić sobie takie czytanie? Mógłbym to urządzić, gdybym płacił komuś o odpowiednich kwalifikacjach - rączką laski stuknął w pierś Silasa - gdybym płacił takiemu człowiekowi solidne honorarium, dajmy na to dwa pensy za godzinę, a on przychodziłby i czytał.

- Hm... Bardzo mi szanowny pan pochlebia - odparł Silas, który poczynał widzieć siebie w innym świetle. - Czy o tej właśnie propozycji była uprzednio mowa?

- Tak. Odpowiada panu?

- Biorę ją pod rozwagę, proszę pana.

- Nie chcę - podjął Boffin wielkodusznie - wyzyskiwać literata... literata z drewnianą nogą. Nie poróżni nas pół pensa na godzinę. Porę sam pan wybierze, pewno po uporaniu się z dziennymi obowiązkami w tym tutaj domu. Mieszkam niedaleko Maiden Lane, w kierunku Holloway, a jak pan tu załatwi swoje sprawy i ruszy na północny zachód, rychło będzie pan na miejscu. Dwa i pół pensa na godzinę - ciągnął powstając i dobył z kieszeni kawałek kredy, by na siedzeniu krzesła przeprowadzić rachunek własną metodą. - Dwie długie kreski i jedna krótka to razem dwa i pół pensa; dwie krótkie dają jedną długą, a dwa razy po dwie długie cztery długie, razem pięć długich. Sześć wieczorów w tygodniu po pięć długich wieczór - mówił kreśląc piątki kresek indywidualnie - to będzie trzydzieści długich. Okrągła sumka, co? Całe pół korony!

Pan Boffin wskazał ręką swoje obszerne i bezbłędne obliczenie, starł je rękawiczką i zasiadł na szczątkach.

- Pół korony - powtórzył zamyślony Silas. - Tak... To niezbyt dużo, proszę pana. Pół korony.

- Na tydzień, widzi pan.

- Na tydzień. Tak. I tyle wysiłku intelektualnego. Czy myślał pan w ogóle o poezji? - zapytał pogrążony wciąż w zadumie.

- Poezja wypadnie drożej?

- Wypadnie drożej - potwierdził Silas. - Bo jeżeli ktoś miele poezję wieczór po wieczorze, ma prawo oczekiwać wynagrodzenia za zgubny wpływ takiego zajęcia na władze umysłowe.

- Przyznam otwarcie, Wegg - podjął pan Boffin - że o poezji nie myślałem. Chyba że od czasu do czasu przyjdzie panu ochota, by mnie i panią Boffin uraczyć jedną ze swoich ballad. Wtedy może pan popadać w poezję.

- Rozumiem szanownego pana - odparł Wegg. - Ale nie jestem muzykiem z zawodu, więc niechętnie podjąłbym się takiej roboty. Jeżeli więc popadnę niekiedy w poezję, poproszę, by szanowny pan zechciał to potraktować jako przyjacielską usługę.

Pan Boffin spojrzał nań rozjaśnionym wzrokiem i uścisnąwszy ponownie jego dłoń, zawołał, że to więcej, niż śmiałby oczekiwać, i że usługę przyjmie naprawdę wdzięcznym sercem.

- A co pan sądzi, Wegg, o warunkach? - zapytał z nie tajonym niepokojem.

Silas, który sprowokował ów niepokój powściągliwym zachowaniem i poczynał rozumieć dobrze swojego klienta, odparł z taką miną, jak gdyby rzucał zdanie nad wyraz szlachetne.

- Szanowny panie, ja nie targuję się nigdy.

- Tak też i sądziłem! - powiedział tamten tonem niemałego uznania.

- Słusznie, proszę pana. Nie targowałem się nigdy i nie będę targował. W rezultacie odpowiem na propozycję z miejsca i otwarcie: Zgoda za, dajmy na to, podwójną zapłatę.

Pan Boffin był, zdaje się, nie przygotowany na takie właśnie zakończenie, lecz dobił interesu jeszcze jednym uściskiem dłoni, mówiąc:

- Cóż, pan wie lepiej niż ja, ile się za takie coś należy. Mógłby pan zacząć dziś wieczorem?

- Tak, proszę pana - odrzekł powściągliwie Wegg, rad pozostawić całą niecierpliwość przeciwnej stronie. - Nie widzę przeszkód, skoro to panu odpowiada. Czy zaopatrzył się pan w nieodzowne narzędzie? Znaczy się, w jakąś książkę, szanowny panie?

- Kupiłem jedną na wyprzedaży - padła odpowiedź. - Osiem tomów! Czerwień ze złotem! W każdym tomie czerwona wstążka, aby zakładać miejsce, w którym zrobiło się przerwę. Zna pan tę książkę?

- Jej tytuł, szanowny panie? - zapytał Silas.

- Hm... Myślałem, że zna pan ją i bez tytułu - powiedział rozczarowany nieco pan Boffin. - Nazywa się ona "Schyłek i upadek Imperium Ruskiego" - (powyższe przeszkody brał z wolna i nader ostrożnie).

- Aha! - Wegg skinął głową tak, jak gdyby widział dobrego przyjaciela.

- Zna pan to?

- Nie powiem, że ostatnimi czasy miałem z tym wiele do czynienia, bo zajęty byłem innymi sprawami. Ale czy to znam? Czy znam stare poczciwe schylanie się i upadanie Ruskiego? Tak, szanowny panie! Od czasu kiedy byłem nie większy niż laska szanownego pana. Od czasu kiedy mój najstarszy brat opuścił chatkę, by zaciągnąć się do wojska, a przy tej okazji, jak opiewa skomponowana specjalnie ballada:

U progu chatki tej, panie Boffin,

Młode klękło dziewczę;

Trzymając w górze śnieżnobiały szal, proszę pana,

Który (co mój starszy brat zauważył) łopotał na wiet

Za niego szeptała, panie Boffin,

Modlitwy swe,

Mój brat ich nie słyszał, panie Boffin,

Ale otarł łzę.

Pan Boffin rozczulony dawnym familijnym dramatem i przyjacielską usłużnością Wegga, który tak rychło popadł w poezję, obdarzył go jeszcze jednym uściskiem dłoni i poprosił szalbierza z drewnianą nogą, aby zechciał wyznaczyć godzinę spotkania. Wegg zaproponował ósmą.

- Dom, w którym mieszkam, nazywa się Altanka. Altanka Boffina. Pani Boffin ochrzciła go tak, kiedy przypadł nam na własność. Jak pan przejdzie mniej więcej milę, powiedzmy, milę i ćwierć, jeżeli pan sobie życzy, w kierunku Maiden Lane i Battle Bridge i spotka pan kogoś, kto nie będzie znał tej nazwy (a, prawdę mówiąc, prawie nikt jej nie zna), niech pan pyta o Harmonijny Areszt, to każdy skieruje pana, dokąd trzeba. Z radością - ciągnął pan Boffin klepiąc Silasa po ramieniu z nie lada entuzjazmem - będę oczekiwał pana. Nie zaznam chwili spokoju, póki pan nie przyjdzie. Otwierają się przede mną sekrety druku. Literat, literat z drewnianą nogą - wzrokiem pełnym uznania objął tę ozdobę, jak gdyby gwarantowała wysoki poziom osiągnięć właściciela - zacznie prowadzić mnie dziś wieczorem przez nowe życie! Jeszcze raz rączka, Wegg. Uszanowanie! Uszanowanie! Uszanowanie!

Z tymi słowy odszedł swoim powolnym i godnym krokiem, a pan Wegg, pozostawiony sam przy straganie, dobył z kieszeni małą, pokutniczo szorstką chusteczkę i z miną bardzo serio podniósł ją do nosa. Przez czas pewien ściskał ów organ i jednocześnie zerkał z zastanowieniem wzdłuż ulicy, jak gdyby ścigał wzrokiem oddalającą się postać. Na jego twarzy osiadł wyraz głębokiej powagi, jakkolwiek bowiem w głębi duszy sądził, iż pan Boffin jest wyjątkowo naiwny, więc nastręcza się korzystna okazja i pieniądze, których niepodobna obliczyć z góry, zarazem jednak nie chciał poniżać się przyznaniem, iż absolutnie nie nadaje się do nowych zadań, ani w całej historii dostrzegać bodaj trochę elementu śmieszności. Niewątpliwie byłby nawet gotów do sprzeczki z każdym, kto ośmieliłby się kwestionować jego dawną zażyłość z wspomnianymi wyżej ośmioma tomami "Schyłku i upadku". Jego niezmierna powaga była pełna skupienia i czujna nie dlatego, by powątpiewał o własnej osobie, ale że widział konieczność przeciwdziałania cudzym wątpliwościom na swój temat. Był w tym podobny do nader licznej kategorii szalbierzy, którzy z równym uporem zwykli zachowywać pozory wobec samych siebie, jak wobec bliźnich.

Oprócz powagi brała Wegga w posiadanie specyficznego rodzaju wyniosłość: dumne poczucie, że jest potrzebny w roli oficjalnego interpretatora tajemnic. Ale nie skłaniało go to do szczodrości w sensie handlowym, raczej do skąpstwa i gdyby drewniana miarka mogła pomieścić mniej orzechów, z pewnością tego dnia mniej by ich mieściła. Wreszcie zapadła noc i przyćmionym okiem objęła Silasa Wegga, który w podniosłym nastroju kuśtykał zmierzając do Altanki Boffina.

Dom ów był do odnalezienia nie mniej trudny niż Piękna Rosamond bez znajomości sekretu . Znalazłszy się we wskazanej dzielnicy, pan Wegg bez powodzenia pytał kilka osób o Altankę Boffina, póki nie przypomniał sobie wreszcie Harmonijnego Aresztu. Słowa te wywołały błyskawiczną zmianę usposobienia pewnego ochrypłego dżentelmena i osła, którzy uprzednio byli zupełnie zbici z tropu.

- Aha! Chodzi o starego Harmona! - powiedział ochrypły dżentelmen, który poganiał zaprzężonego do wózka osła, posługując się marchwią zamiast bicza. - Czemu pan od razu tak nie mówił? Edward i ja będziemy go mijać. Skacz pan na furę!

Silas przyjął zaproszenie, a ochrypły dżentelmen w te słowa zwrócił uwagę na trzecią w towarzystwie osobę:

- A teraz patrz pan na uszy Edwarda. O co pan pytał? Jeszcze raz, szeptem.

- O Altankę Boffina - szepnął pan Wegg.

- Edward! (Uważaj pan na jego uszy.) Jazda do Altanki Boffina!

Osioł nie drgnął nawet i uszy miał opuszczone.

- Edward! (Uważaj pan na jego uszy.) Jazda do starego Harmona! Momentalnie osioł podniósł uszy i ruszył z miejsca kłusem, który począł wytrząsać z pana Wegga zdania akcentowane osobliwie.

- Czyt-oby-łkie-dy-ar-reszt? - zapytał trzymając się deski.

- Nie taki, do jakiego mogliby zamknąć na przykład pana czy mnie - odrzekł przewodnik. - Tak dom nazwano, ponieważ stary Harmon żył tam w odosobnieniu.

- Ad-la-cze-gona-zywasie-harm-onijny?

- Bo stary Harmon nigdy się z nikim nie zgadzał. Kapuje pan? Tak się gadało: Areszt Harmona. Harmonijny Areszt. Grało to w jedną stronę i drugą.

- A znap-anpa-nabof-fina? - pytał dalej Wegg.

- No chyba! Wszyscy go tutaj znają. Edward go zna. (Uważaj pan na jego uszy.) Edward! Noddy Boffin!

Efekt ostatnich słów był wysoce niepokojący, gdyż łeb Edwarda zniknął na moment, jego tylne kopyta wystrzeliły w górę, kłus uległ znacznemu przyśpieszeniu i wzmogła się trzęsionka. Wobec tego pan Wegg musiał poświęcić całą energię trzymaniu się deski i rozważaniom, czy ów hołd złożony Boffinowi ma charakter pochlebny, czy też przeciwnie.

Niebawem Edward stanął przed jakąś furtką, a Silas wykorzystał sposobność, aby nieznacznie zsunąć się z wózka. Ledwie zdążył wylądować, jego były woźnica machnął marchewką i powiedział:

- Kolacja, Edward!

W tym momencie on, tylne kopyta, pojazd i cały osioł - wszystko to ruszyło gwałtownie i, zdawać się mogło, uleciało w powietrze, jak gdyby w swojego rodzaju apoteozie.

Silas pchnął otwartą szeroką bramę i objął wzrokiem oparkaniony teren, gdzie na tle nieba rysowały się jakieś ciemne kopce, a do Altanki prowadziła ścieżka dobrze widoczna w księżycowym świetle i wytyczona dwoma krawężnikami z podsypanych popiołem szczątków naczyń stołowych. Nadchodząca ścieżką biała postać okazała się nie widmem, lecz gospodarzem altanki, który do przyswajania sobie wiedzy ubrał się wygodnie i nieoficjalnie w krótki biały kitel. Literackiego przyjaciela powitał nader serdecznie, powiódł do wnętrza altanki i tam zaprezentował pani Boffin - zażywnej damie o rumianej, pogodnej twarzy, wystrojonej (ku niemałej konsternacji gościa) w głęboko dekoltowaną wieczorową suknię z czarnego atłasu oraz aksamitny czarny kapelusz, pokaźnych rozmiarów i przybrany piórami.

- Pani Boffin, Wegg - przemówił jej małżonek - ma wygórowane ambicje względem alegancji. Przynosi jej to zaszczyt, co? Jeżeli o mnie chodzi, to nie jestem jeszcze tak, jak mógłbym być, alegancki. Henrietty, moja stara, ten pan będzie schylał Ruskie Imperium.

- Tuszę - odrzekła pani Boffin - że zrobi to doskonale temu panu i tobie.

Pokój wyglądał dziwacznie, a umeblowaniem i wyposażeniem przypominał Silasowi zbytkownie i po amatorsku urządzoną izbę szynkową bardziej niż cokolwiek innego. Przed kominkiem stały dwie drewniane ławy, jedna po prawej stronie, druga po lewej, a przed każdą z nich znajdował się stół odpowiednich rozmiarów. Na jednym z owych stołów widać było osiem tomów, płasko ułożonych szeregiem, niby ogniwa baterii; na drugim czworokątne butelki o wyglądzie szczególnie obiecującym zdawały się wspinać na palce i nad frontowym rzędem szklanek oraz miską białego cukru wymieniać porozumiewawcze spojrzenia z nowo przybyłym. W schowku tuż obok ognia parował czajnik, a kot drzemał przed kratą przytrzymującą węgle. Na wprost kominka, między ławkami, sofa, stołeczek pod nogi i mały stolik tworzyły kącik poświęcony pani Boffin. Były jaskrawe i pozbawione dobrego smaku, ale kosztowne, o charakterze mebli salonowych, więc wyglądały bardzo osobliwie w zestawieniu z drewnianymi ławami oraz syczącym pod sufitem płomykiem gazowej lampy. Leżący na podłodze dywan w kwiaty nie sięgał do kominka, lecz jego barwna roślinność kończyła się wnet za stołeczkiem pani Boffin, aby ustąpić miejsca piaskowi i trocinom. Pan Wegg zauważył też pełnym zdumienia wzrokiem, iż krainę kwiatów zdobią ornamenty tak bezużyteczne, jak wypchane ptaki oraz owoce z wosku pod szklanymi kloszami, natomiast w strefie pozbawionej wegetacji widnieją na półkach treściwe wiktuały, a pośród nich duży kawał zapiekanki i ledwie napoczęta zimna pieczeń. Sam pokój - duży, chociaż niski - miał masywne futryny staroświeckich okien oraz potężne belki w krzywym pułapie, co zdawało się świadczyć, że ongi dom był okazały i stał samotnie wśród wiejskiej okolicy.

- No i co, Wegg? Podoba się tu panu? - zapytał Boffin na swój obcesowy sposób.

- Jestem pełen podziwu, szanowny panie - odrzekł Silas. - Jaki komfort przy tym kominku!

- A rozumie pan, o co chodzi?

- Ogólnie biorąc, szanowny panie, rozumiem w zasadzie... - zaczął Wegg rozwlekle, z domyślną miną i głową pochyloną w bok, jak zwykli czynić ludzie nieskłonni do szczerości; ale Boffin przerwał mu szorstko:

- Nic pan nie rozumie, Wegg, więc zaraz panu wszystko wytłumaczę. Pokój urządziliśmy według wzajemnego porozumienia między panią Boffin a mną. Jak już wspominałem, pani Boffin ma wygórowane ambicje względem alegancji. Mnie nie zależy jeszcze na tym. Nie sięgam wyżej niż dostatek i to dostatek, jakim potrafię cieszyć się wygodnie. No i co? Jaką przyniosłaby korzyść kłótnia o to między mną a panią Boffin? Nie kłóciliśmy się nigdy, zanim Altanka Boffina przypadła nam na własność, dlaczego mielibyśmy się kłócić po objęciu domu w posiadanie? Wobec tego pani Boffin urządziła swoją część pokoju na własny sposób, ja urządziłem swoją część pokoju na własny sposób. No i mamy wszystko naraz: swoje towarzystwo (bez pani Boffin dostałbym melancholijnego bzika), alegancję i wygody. Jeżeli stopniowo będę nabierał bardziej wygórowanych ambicji względem alegancji, pani Boffin zacznie posuwać się także stopniowo. Jeżeli pani Boffin utraci trochę gustu do alegancji, wtedy jej dywan cofniemy w odpowiednim stopniu. Jeżeli obydwoje pozostaniemy na miejscu, no, to wszystko w porządku i daj buzi stara!

Pani Boffin, która przez cały czas słuchała z uśmiechem, podeszła do pana i władcy, objęła go pulchnymi ramionami i nader chętnie polecenie wykonała. Elegancja, w postaci czarnego, aksamitnego kapelusza z piórami, usiłowała stanąć na przeszkodzie, ale w stosowny sposób została zgnieciona.

- Teraz, Wegg - podjął pan Boffin ocierając usta z taką miną, jak gdyby pocałunek pokrzepił go znacznie - zaczyna pan rozumieć nas i nasze sprawy. Altanka to urocza posiadłość, ale, widzi pan, trzeba oceniać ją stopniowo. Jej zalety poznaje się pomału, co dnia nową. Na każdy kopiec prowadzi serpentynowa ścieżka, z której co chwila zmienia się nasz teren i cała okolica. A jak pan wejdzie na samą górę, widok na sąsiednie podwórka będzie nieporównany. Plac nieboszczyka ojca pani Boffin, który prowadził handelek strawą dla psów, ogląda pan stamtąd niczym swój własny. Szczyt najwyższego kopca jest uwieńczony ażurowym pawilonem z listewek, gdzie, jak przyjdzie lato, przeczyta pan na głos niejedną książkę i po przyjaźni wiele razy popadnie w poezję. Jeżeli tak nie będzie, to, słowo daję, nie moja wina. A teraz, Wegg, od czego zacznie pan czytanie?

- Dziękuję szanownemu panu - odparł Wegg takim tonem, jak gdyby czytanie nie było dlań niczym nowym. - Normalnie zaczynam od dżinu z wodą.

- Zwilża organa mowy. Prawda, Wegg? - zapytał pan Boffin z naiwnym zaciekawieniem.

- Ni-ie, szanowny panie - odparł chłodno Silas. - Nie posłużyłbym się takim określeniem. Raczej zmiękcza, szanowny panie. Zmiękcza, to moim zdaniem słowo odpowiednie.

Drewniana pewność siebie oraz siła Wegga dotrzymywały kroku radosnemu oczekiwaniu jego ofiary. Pełne wyrachowania myśli ukazywały mu wizje rozlicznych dróg do zysku, jaki może przynieść ta znajomość, nie przesłaniały wszakże naczelnej idei właściwej ludziom twardym i dalekowzrocznym, aby nie sprzedać się za tanio.

Elegancja pani Boffin - boginka mniej nieubłagana niż zazwyczaj idol czczony pod tą nazwą - nie wzbraniała jej przygotować napitku dla literackiego gościa, a następnie zapytać, jak mu mieszanka smakuje. Odpowiedział łaskawie i zajął miejsce na literackiej ławie, a gospodarz domu począł sadowić się na drugiej, jako słuchacz z oczyma pełnymi żywego zaciekawienia.

- Przykro mi, Wegg, że pozbawiam pana fajki - powiedział nabijając swoją. - Ale nie zdoła pan robić dwu rzeczy naraz. Aha! O jednym zapomniałem. Jak przyjdzie pan tu wieczorem i coś na półce wpadnie panu w oko, proszę się nie krępować.

Silas, który sposobił się do nałożenia okularów, odłożył je niezwłocznie i odrzekł wesoło:

- Szanowny pan czyta w moich myślach! Jeżeli mnie wzrok nie oszukuje, widzę na półce przedmiot podobny do zapiekanki. Czy to istotnie może być zapiekanka?

- Istotnie, Wegg - odparł pan Boffin i dość niepewnie zerknął w stronę "Schyłku i upadku".

- Albo przestałem rozpoznawać zapach owoców, albo to zapiekanka z jabłkami. Prawda, szanowny panie?

- To zapiekanka z cielęciną i szynką - sprostował błąd gospodarz.

- Czyżby, szanowny panie? Trudno doprawdy o zapiekankę, którą można by nazwać lepszą niż taki szynko-cielak - powiedział pan Wegg z uczuciem.

- Skosztuje pan, Wegg?

- Dziękuję, panie Boffin. Myślę, że nie odmówię. W innym towarzystwie nie skorzystałbym zapewne z zaproszenia, ale w pańskim, szanowny panie! Ponadto galaretka spotykana często tam, gdzie natrafia się na szynkę, zmiękcza organ, cudownie zmiękcza, panie Boffin.

Silas nie wspomniał, jaki organ ma na myśli, lecz zdanie swoje wygłosił w sensie pogodnego uogólnienia.

Wobec tego zapiekanka znalazła się na stole i zacny pan Boffin próbował własną cierpliwość, pokąd Wegg nie zakończył prób z nożem i widelcem i nie zniknęło danie. W tym czasie poinformował tylko gościa, iż lokowanie zawartości spiżarni na widocznym miejscu może nie być "aleganckie" w ścisłym tego słowa znaczeniu, lecz jego (pana Boffina) zdaniem świadczy o gościnności; w tej sytuacji nie mówi się komuś, kto przyszedł w odwiedziny: "Takie a takie produkty żywnościowe mamy w piwnicy. Co przynieść na górę?", lecz miast podobnego zwrotu bez głębszego sensu można rzec po prostu i śmiało: "Rozejrzyj się po półkach, przyjacielu, a jeżeli zobaczysz coś w swoim guście, postaw na stole".

Wreszcie Silas odsunął talerz i nałożył okulary, pan Boffin zapalił fajkę i rozjaśnionym wzrokiem spojrzał w otwierający się przed nim świat, a jego małżonka zasiadła elegancko na sofie, jak ktoś, kto postanowił wytrwać wśród słuchaczy, jeżeli zdoła, jeżeli zaś przekona się, że nie zdoła, zapadnie w drzemkę.

- Ehem! - rozpoczął pan Wegg. - To, panie Boffin i proszę łaskawej pani, jest pierwszy rozdział pierwszego tomu "Schyłku i upadku"... - tu zaciął się i surowo spojrzał na książkę.

- Co się stało, Wegg?

- Widzi szanowny pan, przypomniało mi się właśnie - odparł Wegg tonem wątpliwej szczerości i jeszcze raz surowo spojrzał na książkę - że dziś z rana popełnił pan drobną omyłkę, a ja chciałem ją z miejsca sprostować, lecz coś innego odwróciło moją uwagę. O ile się nie mylę, wspomniał pan o Ruskim Imperium, prawda?

- O Ruskim. Czy to nie tak, Wegg?

- Nie, proszę pana. Chodzi o Rzymskie Imperium. Rzymskie!

- Na czym polega różnica, Wegg?

- Różnica, szanowny panie... - Silas zająknął się znowu i był bliski załamania, gdy nagle spłynęła nań myśl olśniewająca. - Różnica, szanowny panie? Hm, stawia mnie pan w drażliwej sytuacji, panie Boffin. Wystarczy chyba, jeżeli nadmienię, że tę różnicę odłóżmy lepiej do innej okazji, gdy pani Boffin nie będzie nas zaszczycać swoim towarzystwem. W obecności damy, szanowny panie, wypada tę różnicę pominąć milczeniem.

Taką metodą pan Wegg walecznie i po rycersku wybrnął z drażliwej sytuacji, a gdy powtórzył z iście męską delikatnością: "W obecności damy, szanowny panie, wypada tę różnicę pominąć milczeniem" - własny kłopot podrzucił Boffinowi, który odczuł z przykrością, iż pozwolił sobie na gruby nietakt.

Ostatecznie Silas przystąpił do dzieła sucho i z niezachwianym stoicyzmem. Galopował z prostotą przez obcy kraj i wszystko, co napotykał po drodze; brał przeszkody trudnych wyrazów biograficznych i geograficznych; doznawał wstrząsów przy spotkaniach z Trajanem, Hadrianem oraz Antoninami; potknął się na Polibiuszu (wymawiał Polly Buss, wobec czego pan Boffin sądził, że chodzi o rzymską dziewicę, a pani Boffin, iż to właśnie powód pominięcia różnicy milczeniem); Antoninus Pius omal nie wysadził go z siodła, lecz Augusta minął gładkim cwałem, aby następnie poradzić sobie równie dobrze z Kommodusem który, jako Komdious, został uznany przez pana Boffina za niegodnego swojego angielskiego pochodzenia i rządzącego rzymskim ludem nie na poziomie przyzwoitego nazwiska. Wraz ze zgonem tej osobistości pan Wegg zakończył pierwsze czytanie, w którego trakcie - niemal od początku - pełne zaćmienie świecy pani Boffin za kręgiem czarnego aksamitu byłoby nad wyraz niepokojące, gdyby nie towarzyszył im regularnie mocny odór przypalanych piór, co działał niby środek orzeźwiający i budził zacną damę. Silas czytał raczej "z głowy" i przywiązywał możliwie najmniej myśli do znaczenia tekstu, a więc z zapasów wyszedł stosunkowo świeży. Ale pan Boffin, który wnet odłożył nie dokończoną fajkę, następnie zaś siedział z wytrzeszczonymi oczyma i całą mocą intelektu chłonął zadziwiające nieprawości Rzymian, odebrał cięgi takie, że ledwie był w stanie życzyć literackiemu przyjacielowi dobrej nocy i wymamrotać: "Jutro".

- Komdious - mówił do siebie, zerkając na księżyc, gdy zamknął za gościem bramę. - Komdious walczy w jakimś tam widowisku z dzikimi zwierzętami siedemset trzydzieści pięć razy, zawsze w tym samym charakterze! Jakby nie dosyć tego było, w tym samym widowisku pokazuje się naraz setkę lwów! Jakby nie dosyć tego było, Komdious, w innym charakterze, zabija także lwy setkami! Jakby nie dosyć tego było, Vittles (też ładnie się nazywa) przeżera w siedem miesięcy sześć milionów w angielskiej walucie! Wegg nic się tym wszystkim nie przejmuje, ale, słowo daję, dla takiego jak ja starucha są to przerażające pomysły! No i nawet teraz, kiedy Komdious dawno został uduszony, nie wiem, czy naród zdoła się poprawić - zakończył pan Boffin i dodał sunąc wolnym krokiem w kierunku Altanki i po drodze w zadumie kiwając głową. - Jeszcze dziś rano nie wiedziałem, że tyle przerażających pomysłów można znaleźć w druku. Teraz wiem!

ROZDZIAŁ VI

WYRZUTKI

Gospoda "Pod Sześciu Ochoczymi Dokerami", porównana uprzednio do wzdętej narośli sterczącej nad groblą, od dawna osiadła na miejscu w stanie krzepkiego inwalidztwa. W swojej konstrukcji nie miała ani jednej prostej podłogi i chyba ani jednej prostej linii, wszelako przetrwała już i z pewnością przetrwa wiele lepiej utrzymanych budowli oraz schludniejszych zakładów tej branży. Z zewnątrz był to wąski, koślawy, drewniany galimatias dużych okien, spiętrzonych bezładnie jedne nad drugimi niby rozsypujący się stosik pomarańcz, uzupełniony niedorzeczną werandą, która zwisała nad wodą. Prawdę mówiąc, cały dom wraz z żałosnym masztem flagowym na dachu zwisał nad wodą, jak gdyby w postawie lękliwego skoczka, który tak długo zwleka na skraju nadbrzeża, że bez wątpienia nigdy nie da nura.

Opis ten prezentuje frontową fasadę "Sześciu Ochoczych Dokerów", oglądaną z rzeki. Przeciwległa strona mieściła co prawda paradne wejście, była jednak tak niepozorna, że w porównaniu z frontonem sprawiała wrażenie rączki żelazka do prasowania, postawionego pionowo na szerszym końcu. Rączka ta tkwiła u dolnej krawędzi urwistego pustkowia, które mieściło podwórko oraz zaułek i zdawało się przytłaczać "Sześciu Ochoczych Dokerów" tak, że za drzwiami nie pozostawał ni cal wolnej przestrzeni. Z tej racji oraz dlatego, że podczas wysokiej wody cały dom niemal pływał, przy okazjach wielkiego rodzinnego prania u "Dokerów" widywano bieliznę poddaną temu zabiegowi, która schła na sznurach przeciągniętych w izbach recepcyjnych oraz gościnnych.

Wydawać się mogło, że mętne wspomnienia z lat młodości nawiedzają w sędziwym wieku drewno, tworzące obudowę kominków, belkowania stropów, przepierzenia, podłogi i drzwi "Sześciu Ochoczych Dokerów". W wielu miejscach było ono guzowate i spękane na modłę bardzo starych drzew, gdzieniegdzie wypadały z desek sęki, a tu i ówdzie wyginało się na niejakie podobieństwo gałęzi. W stanie jak gdyby drugiego dzieciństwa sprawiało wrażenie, iż na specyficzny sposób opiewa gadatliwie wczesny okres własnego życia. Nie bez racji zapewne stali bywalcy "Dokerów" utrzymywali nieraz, że przy właściwym oświetleniu widują na niektórych filungach - zwłaszcza starego orzechowego schowka w kącie baru - zarysy miniaturowych lasów i maleńkich drzewek, jak gdyby roślin matecznych w cienistej szacie liści.

Bar w gospodzie "Pod Sześciu Ochoczymi Dokerami" przedstawiał widok zdolny zmiękczyć ludzkie serce. Wnętrze miał mało co większe niż typowa dorożka, nikt jednak nie mógłby sobie życzyć, aby ta szczupła przestrzeń była obszerniejsza, gdyż zapełniały ją i przyozdabiały małe, pękate baryłki, butelki przystrojone podobiznami gron winorośli, cytryny w siatkach, herbatniki w łubiankach, szarmanckie rączki aparatu do ściągania piwa, które biły niskie pokłony gościom zamawiającym ów napój, sery w zacisznym kąciku, a w najzaciszniejszym, tuż obok ognia na kominku, mały stolik pani domu, z reguły nakryty obrusem. Przystań ta była odgrodzona od brutalnego świata oszklonym przepierzeniem i drzwiami, których dolna i górna część otwierały się samodzielnie. Niższą z nich wieńczyła obita ołowianą blachą półka, jak gdyby lada dla wygody tych, co chcieli tam stawiać szklanki z trunkiem. Bar oglądany przez nie zamkniętą górną połowę drzwi emanował przytulnością tak miłą, że klienci pili zazwyczaj pod uroczym złudzeniem, iż znajdują się w jego wnętrzu, jakkolwiek stali w mrocznej, pełnej przeciągów sieni, potrącani raz po raz przez wychodzących lub wchodzących.

Izby szynkowne - bardziej i mniej reprezentacyjna - znajdowały się od strony rzeki i w oknach miały czerwone zasłony odpowiadające kolorem nosom stałych bywalców gospody "Pod Sześciu Ochoczymi Dokerami". Obie były wyposażone w bardzo dogodne pogrzebacze o zakończeniu podobnym w kształcie do stożkowatego kapelusza, pomyślanym tak, by można było nim wiercić zaciszne wnęki w żarze, celem podgrzewania piwa przyprawionego korzeniami, oraz trunków tak smakowitych, jak purl, flip lub psi nos . Pierwszy z wymienionych kordiałów stanowił chlubę "Dokerów", którzy łagodnie apelowali do uczuć przechodnia za pośrednictwem szyldziku umieszczonego na futrynie drzwi wejściowych i opatrzonego napisem "Specjalność - Wczesny Purl". Wydaje się, że purl należy zawsze przyjmować wcześnie, chociaż trudno ustalić, czy dla usprawnienia funkcji systemu trawienia, czy tylko w myśl reguły: jak ranny ptaszek łapie robaka, tak ranny purl łapie klienta. Należy jeszcze dodać, że rączka żelazka do prasowania mieściła naprzeciw baru maleńką komórkę w formie trójgraniastego kapelusza, dokąd nie trafiał nigdy bezpośrednio promyk słońca, księżyca lub gwiazdy; atoli według zabobonnych wierzeń komórka ta stanowiła sanktuarium, gdzie przy gazowym świetle zażywa się dostatniego wypoczynku i samotności, co potwierdzał napis widoczny na jej drzwiach: "Ustronie".

Panna Potterson - wyłączna właścicielka i zarządczyni "Ochoczych Dokerów" - królowała wyniośle na swoim tronie w barze, a człek musiałby rzeczywiście upić się do nieprzytomności, by przypuścić, iż zdoła wygrać z nią spór na jakikolwiek temat. Znana była powszechnie jako panna Abbey Potterson i sama tak o sobie mówiła, więc niektórzy wodniacy o głowach nie najbardziej klarownych (niby wody Tamizy) hołdowali mętnemu poglądowi, że z racji dostojeństwa i stanowczości imię odziedziczyła po katedrze Westminster Abbey lub co najmniej łączy ją jakiś związek z tym przybytkiem. Jednakże Abbey to tylko zdrobnienie Abigail, imienia, którym pannę Potterson ochrzczono w kościele Limehouse, przed sześćdziesięcioma z górą laty.

- Pamiętaj, Riderhood - rzekła pewnego wieczora panna Abbey Potterson i wymownym gestem zwróciła wskazujący palec ku otwartej górnej połowie drzwi baru - pamiętaj, że nie trzeba cię u "Dokerów" i wolimy tu próżne miejsce po tobie od twojego towarzystwa. Ale gdybyś nawet był mile widziany, nie dostałbyś dzisiaj ani kropelki po tym kuflu piwa, więc wykorzystaj go możliwie najlepiej.

- Ale widzi pani, panno Abbey - odparł konsument niezwykle pokornym tonem - jeżeli zachowuję się przykładnie, nie może pani mnie nie obsłużyć.

- Ja nie mogę? - padła surowa odpowiedź.

- Bo, widzi pani, panno Abbey, wedle prawa...

- Ja jestem tutaj prawem, mój człowieku - przerwała panna Abbey - a jeżeli w to wątpisz, mogę cię zaraz przekonać.

- Przecież nie powiedziałem, że wątpię, panno Abbey.

- Tym lepiej dla ciebie.

Dostojna Abbey wrzuciła do podręcznej kasy klientowską półpensówkę i zasiadłszy na krześle przed kominkiem, wróciła do gazety, którą uprzednio czytała. Była wysoka, trzymała się prosto i twarz miała przystojną mimo surowego wyrazu, a sprawiała wrażenie raczej przełożonej szkoły niż władczyni "Sześciu Ochoczych Dokerów". Mężczyzna po drugiej stronie lady - zezowaty wodniak o krzywym uśmiechu - zerknął na pannę Abbey tak, jak gdyby był jej uczniem w niełasce.

- Strasznie pani dla mnie niedobra, panno Abbey.

Panna Potterson czytała dalej ze zmarszczonymi brwiami i klienta nie darzyła uwagą, dopóki ten nie szepnął:

- Panno Abbey! Proszę pani! Można pani powiedzieć słówko?

Wtedy raczyła zwrócić wzrok w stronę petenta i zobaczyła, że ów dotyka palcem niskiego czoła i wyciąga szyję nad dolną połową drzwi, jak gdyby prosił o zezwolenie, by szczupakiem przesadzić ladę i na równych nogach wylądować w barze.

- No? - rzuciła tak krótko, jak sama była długa. - Powiedz to słówko. Śmiało!

- Panno Abbey, proszę wybaczyć mi śmiałość, że zapytam, czy nie podoba się pani mój charakter?

- Oczywiście! - przyznała panna Abbey.

- Nie boi się pani...

- Ciebie z pewnością się nie boję - przerwała godnie - jeżeli do tego zmierzałeś.

- Ależ, panno Abbey, proszę wybaczyć, ja wcale nie zmierzałem do tego.

- Do czego w takim razie?

- Strasznie pani niedobra dla mnie. Naprawdę, panno Abbey. Chciałem tylko zapytać pokornie, czy pani boi się, że własność towarzystwa mogłaby nie być całkiem bezpieczna, gdybym zaglądał tu często?

- Po co ci ta wiadomość?

- Bo, panno Abbey, nie śmiałbym urazić pani, ale chciałbym wiedzieć, czemu do "Dokerów" nie może mieć wstępu taki, jak ja, a może mieć wstęp taki, jak Rybak?

- Rybak nie trafił nigdy tam, gdzie ty trafiłeś - odpowiedziała, a na jej twarzy pojawił się cień zakłopotania.

- Znaczy się do kozy, panno Abbey? Pewno i nie trafił, ale może na to zarobić. Podejrzewają go teraz o coś znacznie gorszego, niż mnie podejrzewali.

- Kto podejrzewa Hexama?

- Chyba dużo ludzi, a już na pewno ja.

- Ty niewiele znaczysz - rzuciła panna Potterson i z dezaprobatą ściągnęła brwi.

- Byłem z nim w spółce. Proszę pamiętać, panno Abbey, byłem z nim w spółce. No i dlatego wiem o jego sprawkach więcej, niż kto inny może wiedzieć. Rozumie pani, panno Abbey? Ja byłem z nim w spółce i ja go podejrzewam.

- W takim razie - podjęła z jeszcze bardziej zakłopotanym wyrazem twarzy - pogrążasz sam siebie.

- Nic podobnego, panno Abbey. Wie pani, jak sprawa stoi? Stoi tak, proszę pani. Kiedy byłem z nim w spółce, nigdy nie potrafiłem dogodzić Rybakowi. A czemu nie potrafiłem mu dogodzić? Bo nie miałem szczęścia i nie łowiłem tylu, ilu było trzeba. A on miał szczęście. Zawsze miał szczęście, panno Abbey. Rozumie pani, proszę pani? Są gry, w których decyduje tylko szczęście. Są inne, w których trzeba wprawy, nie tylko szczęścia.

- Któż wątpi, człowieku, że Rybak wprawnie łowi to, co łowi - rzuciła dama.

- A może z równą wprawą dostarcza tego, co łowi? - odpowiedział Riderhood i pokiwał głową.

Panna Potterson spojrzała nań marszcząc znów brwi, a on zerknął ku niej z ukosa.

- Jak ktoś prawie przy każdym odpływie jest na rzece i chce z rzeki wyłowić mężczyznę albo kobietę, bardzo pomoże szczęściu, panno Abbey, jeżeli zawczasu da po głowie jakiemuś mężczyźnie albo kobiecie i wrzuci to do wody.

- Panie Wszechmogący! - zawołała bezwiednie.

- Rozumie pani, panno Abbey? - podjął Riderhood wyciągając szyję, by rzucić słowo do baru, bo jego głos brzmiał tak, jak gdyby ugrzęzła mu w gardle własna zmierzwiona szopa włosów. - Rozumie pani! Tak powiadam, panno Abbey, i powiadam, że będę go miał na oku. Rozumie pani, panno Abbey? I pociągnę go do odpowiedzialności, panno Abbey, zrobię to chociażby za dwadzieścia lat! Kto on taki? Czemu honorować go z powodu córki? A bo to ja nie mam też córki, hę?

Z tymi słowy pan Riderhood, który własną gadaniną przywiódł się do opilstwa głębszego i zawziętości sroższej niż na początku rozmowy, zabrał swój kufel i chwiejnym krokiem odszedł do mniej reprezentacyjnej izby szynkownej.

Nie było tam Rybaka, lecz znajdował się dość silny oddział wychowanków panny Abbey, którzy w razie potrzeby zdradzali objawy niepospolitej delikatności. Wraz z uderzeniem dziesiątej w drzwiach stanęła władczyni "Ochoczych Dokerów" i rzuciła pod adresem osobnika w wypłowiałej czerwonej bluzie: - Czas na ciebie, George Jones! Obiecałam twojej żonie, że będziesz punktualny - a Jones wstał posłusznie, życzył zebranym dobrej nocy i momentalnie opuścił towarzystwo. O pół do jedenastej opiekunka zajrzała do izby i przemówiła: - William Williams, Bob Glamour, Jonatan! Czekają na was - a William Williams, Bob Glamour oraz Jonatan nie mniej pokornie pożegnali kompanię i zniknęli. Ale dokonał się cud jeszcze większy, gdy jegomość o pijackim nosie i w mocno błyszczącym kapeluszu po długim wahaniu zamówił u posługacza kolejną miarkę dżinu z wodą, a panna Abbey nie tylko nie przysłała trunku, lecz osobiście zjawiła się w szynkownej izbie, mówiąc: - Wypił pan już, kapitanie Joey, tyle, ile pójdzie na zdrowie. - Wówczas kapitan z niepewną miną jął rozcierać kolana i bez słowa protestu zapatrzył się w ogień, a reszta towarzystwa zamamrotała: - Tak jest, panie kapitanie! Panna Abbey ma rację. Trzeba słuchać panny Abbey, kapitanie. - Jednakże posłuszeństwo wzmogło tylko opiekuńczą czujność miast ją uśpić, więc panna Potterson przebiegła wzrokiem uległe twarze swojej szkółki i dostrzegłszy dwu młodych ludzi wymagających napomnienia, przemówiła: - Tom Tootle! Chłopak, który ma się żenić w przyszłym miesiącu, powinien o tej porze być w domu i spać. A ty, Jack Mullins, nie kuksaj go w bok, bo jutro wcześnie zaczynasz pracę i to samo mówię do ciebie. Ruszcie się obaj! Dobrej nocy. Wiem, że przyzwoici z was chłopcy. - Słysząc to Tootle cały w pąsach zerknął na Mullinsa, a Mullins cały w pąsach zerknął na Tootle'a, jak gdyby debatowali, kto ma ruszyć pierwszy, i w rezultacie wstali jednocześnie, by z szerokim uśmiechem wyjść tuż przed panną Abbey, w której obecności reszta zebranych nie miała odwagi uśmiechać się podobnie.

W tak prowadzonym zakładzie posługacz w białym fartuchu i z rękawami koszuli skręconymi w twarde wałki nad obnażonymi łokciami stanowił tylko czysto formalną i tradycyjną aluzję do możliwości zastosowania siły fizycznej. Punktualnie o stałej godzinie, gdy zamykano lokal, pozostali tam jeszcze goście poderwali się i w idealnym ordynku jęli wychodzić rzędem, a panna Abbey stojąc w drzwiach baru celebrowała obrzęd przeglądu i odprawy. Wszyscy życzyli jej dobrej nocy i ona życzyła dobrej nocy wszystkim z wyjątkiem Riderhooda. Wystarczyło to asystującemu jej służbowo roztropnemu posługaczowi, by z głębi duszy wysnuć wniosek, iż człowiek ów zostanie po wieczne czasy wyrzutkiem, pozbawionym prawa wstępu do gospody "Pod Sześciu Ochoczymi Dokerami".

- Słuchaj, Bob Gliddery! - zwróciła się panna Abbey do posługacza. - Skoczysz teraz do Hexama i szepniesz jego córce, Lizzie, że mam z nią do pomówienia.

Z wzorowym pośpiechem Bob Gliddery oddalił się, by wrócić poprzedzając Lizzie, akurat w chwili gdy jedna z dwu zatrudnionych w gospodzie dziewcząt postawiła na małym stoliku obok kominka wieczerzę przeznaczoną dla panny Potterson, a składającą się z gorących parówek i purée z ziemniaków.

- Wejdź, moja droga, wejdź i siadaj - powiedziała panna Abbey. - Nie zjadłabyś czego?

- Nie, proszę pani. Dziękuję. Jadłam już kolację.

- I mnie się zdaje, że jadłam kolację. - Panna Abbey odsunęła nie tknięte danie. - Przejadłam się nawet. Zdenerwowana jestem, Lizzie.

- Bardzo mi przykro, proszę pani.

- To czemu, na miłosierdzie Boże, denerwujesz mnie, moja droga?

- Ja panią denerwuję, proszę pani?

- Pomału, pomału. Nie rób takiej zdziwionej miny. Powinnam naturalnie zacząć od słów wyjaśnienia, ale mam zwyczaj krótko rąbać prawdę. Zawsze byłam porywcza. Słuchaj, Bob Gliddery! Załóż łańcuch u drzwi i jazda na dół! Zjedz kolację.

Z szybkością, którą nadała mu zapewne wzmianka zarówno o porywczości, jak o kolacji, Bob Gliddery posłuchał i wnet zadudniły na schodach jego buty zstępujące w kierunku dna rzeki.

- Lizzie Hexam. Lizzie Hexam - podjęła panna Potterson - jak często wbijam ci w głowę, że powinnaś odczepić się od ojca i żyć przyzwoicie?

- Bardzo często, proszę pani.

- Bardzo często, mówisz? Właśnie. I z równym powodzeniem mogłabym gadać do żelaznego komina najpotężniejszego parowca morskiego, który mija "Sześciu Ochoczych Dokerów".

- Nie, proszę pani - zaoponowała dziewczyna. - Komin nie byłby wdzięczny, a ja jestem.

- Czasami, słowo daję, prawie się wstydzę zainteresowania twoją osobą - podjęła zrzędnie panna Abbey - bo podejrzewam, że działoby się inaczej, gdybyś nie była taka ładna. Czemu nie jesteś brzydka?

Lizzie pokwitowała kłopotliwe pytanie jedynie skruszoną miną.

- Trudno - ciągnęła tamta - nie jesteś brzydka, więc nie ma co zastanawiać się nad tym. Jak cię widzą, tak cię piszą; ja, prawdę mówiąc, także. A ty pewno powiesz, że nadal będziesz uparta?

- Nie jestem uparta, proszę pani. Mam nadzieję.

- Niezłomna?? Tak to się chyba mówi.

- Podobnie, proszę pani. Wytrwała!

- Że też człowiek uparty nigdy nie przyzna się do uporu! - rzuciła panna Potterson i z irytacji potarła nos. - Ja przyznałabym się, gdybym taka była. Ale jestem porywcza, a to całkiem inna historia. Lizzie Hexam, Lizzie Hexam, zastanów się jeszcze! Czy wiesz o swoim ojcu najgorsze?

- Czy wiem o swoim ojcu najgorsze? - powtórzyła otwierając oczy szeroko.

- Wiesz, na jakie naraża się podejrzenia? Wiesz, o co go już posądzają?

Myśl o codziennym zatrudnieniu ojca ciężko zaważyła na niej i dziewczyna z wolna wzrok spuściła.

- Wiesz, Lizzie? Mów śmiało - natarła starsza kobieta.

- Może powie mi pani, panno Abbey, co to za podejrzenia?... Bardzo proszę - zapytała Lizzie po pauzie, nie odrywając spojrzenia od podłogi.

- Niełatwo powiedzieć coś takiego córce, ale nie ma rady. Powiedzieć muszę. Ci i owi myślą, że twój ojciec przyczynia się czasami do śmierci ludzi, których zwłoki później znajduje.

Lizzie usłyszała o podejrzeniach niewątpliwie fałszywych jej zdaniem, miast słusznych i zgodnych z prawdą, których się obawiała, więc jak gdyby kamień spadł jej z serca i swoim zachowaniem zdumiała pannę Potterson. Szybko podniosła wzrok, pokręciła głową i bliska triumfu omal się nie roześmiała.

- Nie znają ojca ci, co tak mówią.

"Przyjęła to spokojnie - pomyślała tamta - bardzo spokojnie."

- Pewno - podjęła dziewczyna, olśniona nagłym wspomnieniem - gada tak ktoś, kto ma do ojca urazę, kto mu się już odgrażał. Riderhood! Prawda, proszę pani?

- Szczerze mówiąc, prawda.

- Ma się rozumieć. Był wspólnikiem ojca. Ojciec z nim zerwał, więc Riderhood mści się. Był strasznie zły, kiedy ojciec przepędził go, w mojej obecności. No i, panno Abbey... Czy nigdy, bez ważnego powodu, nie wspomni pani słowem o tym, co zaraz powiem?

Lizzie pochyliła się do przodu, by dalej mówić szeptem.

- Mogę ci to przyrzec - odparła panna Potterson.

- Tamtego wieczoru, kiedy powyżej mostu ojciec wpadł na ślad zabójstwa Harmona i płynęliśmy do domu, już za mostem pokazała się z ciemności łódka Riderhooda. A później wiele razy myślałam i myślałam, że tyle jest zachodu z rozwikłaniem tej zbrodni i nic zrobić się nie da, a może to sam Riderhood był sprawcą i rozmyślnie pozwolił ojcu znaleźć ciało? Mówiłam sobie, że to myśli złe i okrutne, ale dziś, kiedy on podejrzenia przerzuca na ojca, wracam do nich i zaczynam wierzyć, że są prawdziwe. Czy mogą być prawdziwe myśli, które podsuwa mi zmarły?

Ostatnie pytanie rzuciła pod adresem raczej ognia na kominku niż władczyni "Ochoczych Dokerów", a następnie niepewnym wzrokiem rozejrzała się po barze.

Ale panna Potterson, jak przystoi nauczycielce zwykłej przywoływać wychowanków do porządku, zaprezentowała sprawę w świetle bez wątpienia z tego świata.

- Biedna, zabobonna dziewczyno - powiedziała - czy nie rozumiesz, że niepodobna obarczyć konkretnym podejrzeniem jednego z tej pary nie obarczając zarazem drugiego w sensie bardziej ogólnym? Pracowali razem. Ich wspólne sprawy i sprawki ciągnęły się czas pewien. Jeżeli nawet myśli, które snujesz, byłyby słuszne, można by przyjąć, że jednemu łatwo przyszło do głowy coś, co robili w zmowie.

- Mówi pani tak, panno Abbey, bo nie zna pani ojca. Wcale go pani nie zna. Wcale!

- Lizzie, Lizzie! Porzuć ojca. Nie musisz zrywać z nim zupełnie, ale go porzuć. Radź sobie z dala od niego, nawet nie z przyczyn tego, co dziś ode mnie usłyszałaś. Nie nasza rzecz sądzić tę sprawę i, miejmy nadzieję, uniknie ona sądu. Ale zastanów się nad tym, co ci już dawniej mówiłam. Mniejsza o to, czy dla twojej urody, czy nie, lubię cię. Lizzie, chcę ci pomóc. Daj pokierować sobą. Nie bocz się. Pozwól, bym nakłoniła cię do życia lepszego i szczęśliwszego.

Pod wpływem zacnych uczuć oraz własnych rozumnych perswazji panna Abbey zaczęła mówić łagodniejszym tonem, a nawet objęła wpół dziewczynę. Jednakże ta odpowiedziała tylko:

- Dziękuję pani. Serdecznie dziękuję. Ale nie mogę. Nie chcę. O czymś podobnym nie wolno mi myśleć. Im ciężej ojcu, tym bardziej potrzeba mu oparcia we mnie.

Panna Abbey - jak wszyscy ludzie surowi, gdy złagodnieją przelotnie - czuła, iż należy się jej pewne zadośćuczynienie, a raczej uległa charakterystycznej reakcji i zlodowaciała.

- Trudno - rzuciła. - Zrobiłam wszystko, co było w mojej mocy. Teraz ty sama musisz obrać drogę. Jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz. Ale swojemu ojcu powiedz jedno: niech nie pokazuje się tu więcej.

- Ach, panno Abbey! Wzbrania mu pani wstępu do domu, gdzie wiem na pewno, że jest bezpieczny?

- "Dokerzy" - padła odpowiedź - muszą dbać o własne sprawy, nie tylko cudze. Ciężkiej pracy wymagało zaprowadzenie tu porządku i zrobienie z gospody tego, czym jest obecnie. Ciężko trzeba pracować co dnia i co nocy, by ład utrzymać. Nie życzę sobie plamy, która mogłaby narazić "Dokerów" na złą sławę. Wymówiłam dom Riderhoodowi i wymawiam dom Rybakowi. Nie chcę jednego ani drugiego. Od Riderhooda i od ciebie dowiedziałam się, że na obydwu ciążą podejrzenia, a nie chcę robić wyboru między nimi. Obydwu dotknął wiecheć umazany smołą, więc nie mogę pozwolić, aby ta sama smoła przylgnęła i do "Dokerów". Tyle mi wiadomo w tej kwestii.

- Dobranoc, panno Abbey - szepnęła smutno Lizzie Hexam.

- Co...? Aa... Dobrej nocy - odparła tamta i z politowaniem pokręciła głową.

- Proszę mi wierzyć, panno Abbey, że jestem pani serdecznie wdzięczna.

- W niejedno potrafię uwierzyć - odrzekła godnie panna Potterson - a więc i w to spróbuję, Lizzie.

Nie tknęła przygotowanej wieczerzy i wypiła ledwie pół szklanki tradycyjnego grzanego porto. Wobec tego żeńska służba gospody - dwie tęgie siostry o wyłupiastych czarnych oczach, płaskich i mocno błyszczących czerwonych twarzach, tępych nosach i silnie kręconych czarnych włosach przypominających peruczkę lalki - wywnioskowała, że "naszą panią" ktoś pod włos dziś czesał, i wymieniała uwagi na ten temat. A dnia następnego posługacz wygłosił zdanie, że nikt nie "pędził go tak do łóżka" od czasu, gdy nieboszczka matka co wieczór zachęcała go do spoczynku pogrzebaczem.

Lizzie Hexam oddalała się od "Sześciu Ochoczych Dokerów", a pobrzękiwanie łańcucha, którym zabezpieczano tam drzwi, niweczyło ulgę, jakiej poprzednio doznała. Noc była czarna, wietrzna, nadrzeczna pustka pełna melancholii, klekot żelaznych ogniw i zgrzyt rygli czy skobli pod ręką panny Abbey zdawały się odpychać dziewczynę. Szła pod niskim sklepieniem nieba i coraz bardziej ulegała wrażeniu, że spowija ją ponury cień morderstwa, kiedy zaś woda sięgnęła jej stóp, zanim uprzytomniła sobie, że nadchodzi przypływ, odczuła, że ogarnia ją powódź myśli, które mkną z jakiejś niewidzialnej próżni, by trafiać prosto w serce.

Była pewna, że ojciec jest podejrzewany bezpodstawnie. Pewna! Pewna! Ale, choć wyraz ów raz po raz powtarzała bezgłośnie, zawsze przychodziła po nim i pogłębiała wątpliwości próba rozumowania, dowiedzenia, iż rzeczywiście jest pewna. Riderhood dokonał zbrodni i na ojca zastawia sidła. Riderhood nie dokonał zbrodni, ale złośliwie postanowił obciążyć ojca poszlakami, które gotowe trzyma w ręku. Obydwu ujęciom kwestii towarzyszyła ta sama szybka reakcja i przerażające prawdopodobieństwo, że ojciec, chociaż niewinny, może zostać uznany za winnego. Lizzie słyszała o osobach straconych za morderstwo, a następnie uniewinnionych na podstawie dowodów i zdawała sobie sprawę, że tamci nieszczęśnicy nie byli początkowo w matni takiej, jaka zagraża jej ojcu. Ludzie zaczynają stronić od niego, szeptać przeciwko niemu, ustępować mu z drogi. Na początek to co najmniej stanowi fakt niewątpliwy. Niebawem we wzrastających ciemnościach Lizzie utraciła z oka ogromną, czarną rzekę i jej posępne, pogrążone w mrokach brzegi i stojąc nad nią czuła, że nie może również pojąć niezmiernej, ponurej nędzy życia obarczonego podejrzeniami, odciętego od zła i dobra, chociaż wie, że stoi na jego skraju, ono zaś leży przed nią i toczy się ku wielkiemu oceanowi - Śmierci.

Pośród zamętu jedno uprzytomniła sobie jasno. A że od wczesnego dzieciństwa nawykła robić szybko to, co było możliwe - kryć się przed deszczem, chronić od zimna, łagodzić głód - przerwała medytacje i pośpieszyła do domu.

W izbie było cicho. Na stole płonęła lampka, w rogu na pryczy leżał Charley pogrążony we śnie. Lizzie pochyliła się nad bratem, pocałowała go delikatnie i stanęła opodal stołu.

- Będzie po pierwszej - szepnęła do siebie - bo panna Abbey dawno zamknęła gospodę i przypływ wzbiera. Ojciec jest w Chiswick i nie przyjdzie mu na myśl wracać przed początkiem odpływu, tak koło pół do piątej. O szóstej obudzę Charleya. Posiedzę tutaj. Będę słyszała bicie kościelnego zegara.

Bardzo cicho postawiła przy skąpym żarze krzesło, usiadła na nim i otuliła się szalem.

- Biedny Charley! - westchnęła. - Nie ma dziś dla niego matowego odblasku nad ogniem.

Zegar wybił drugą i zegar wybił trzecią, i zegar wybił czwartą, a ona siedziała wciąż z cierpliwością kobiety świadomej swojego celu. Nad ranem już, pomiędzy czwartą a piątą, zsunęła trzewiki (aby jej kroki nie obudziły brata), skąpo podsyciła ogień, postawiła na nim wodę i przygotowała stół do śniadania. Następnie z lampką w ręku wspięła się na drabinę, wróciła wkrótce i poruszając się cicho tam i ówdzie, przysposobiła mały tobołek. Wreszcie z własnej kieszeni oraz z obudowy komina i spod miski postawionej dnem do góry na najwyższej półce jęła dobywać półpensówki, niewiele monet sześciopensowych, jeszcze mniej szylingów i pracowicie, bezszelestnie liczyć je i układać w niski stożek. Była tym tak zajęta, że drgnęła gwałtownie, gdy jej brat usiadł na łóżku i zawołał:

- Ooo!.. Co to?

- Przestraszyłeś mnie, Charley.

- Przestraszyłem! To ja się zląkłem, jak dopiero co otworzyłem oczy i zobaczyłem, że w głuchą noc siedzisz, niby duch młodej lichwiarki!

- Już nie głucha noc, Charley. Dochodzi szósta.

- Naprawdę? Ale co ty właściwie robisz, Liz?

- Wciąż odprawiam wróżby nad twoim losem.

- Kiepski będzie mój los, sądząc po tym, co widzę - powiedział chłopiec. - Czemu układasz pieniądze?

- Dla ciebie, Charley.

- Nic nie rozumiem!

- Wstań teraz, Charley, umyj się, ubierz. Później ci wszystko wytłumaczę - odparła.

Jej spokój oraz niski, dobitny głos, jak zawsze wywarły wpływ na chłopca, który wnet zanurzył głowę w miednicy z wodą, wyprostował się i przez zmięty ręcznik spojrzał na siostrę.

- Jak żyję - podjął wycierając się tak, jak gdyby był najzagorzalszym wrogiem samego siebie - nie widziałem podobnej do ciebie dziewczyny. Co ty szykujesz, Liz?

- Gotów jesteś do śniadania?

- Możesz nalewać... Co! I tobołek!

- Aha. Tobołek.

- Nie powiesz chyba, że też dla mnie?

- Właśnie to powiem, Charley.

Z poważniejszą niż uprzednio miną i ruszając się wolniej, chłopiec skompletował garderobę i zasiadłszy przy małym stoliku przywarł zdumionym spojrzeniem do twarzy siostry.

- Widzisz, mój drogi, zrozumiałem, że nadeszła odpowiednia pora, abyś rozstał się z nami. Postanowiłam tak przede wszystkim dlatego, że błogosławiona odmiana zapewni ci lepszą, bardziej dostatnią przyszłość, może za miesiąc, może już za tydzień.

- Skąd wiesz, że mam rozstać się z wami?

- Nie wiem skąd, Charley, ale wiem. - Mimo niezmienionego na pozór tonu głosu i opanowanego wyrazu twarzy, dziewczyna nie ufała sobie, nie śmiała spojrzeć na brata; wolała nie odrywać wzroku od przygotowań śniadania i w skupieniu krajała i smarowała masłem kromki chleba, nalewała herbatę. - Ojca mnie pozostaw, Charley. Będę radzić z nim sobie, jak potrafię. Ty musisz odejść.

- Nie cackasz się ze mną, co? - burknął i w kwaśnym humorze zabrał się do chleba z masłem.

Lizzie milczała.

- Powiem ci, o co chodzi - podjął gniewnie i prawie z płaczem. - Samolubna jędza z ciebie. Myślisz, że dla trojga mamy za mało. Chcesz się mnie pozbyć.

- Jeżeli wierzysz w to, Charley, ja też jestem gotowa uwierzyć, że samolubna jędza ze mnie, więc myślę, że dla trojga mamy za mało i chcę się ciebie pozbyć.

Chłopiec podbiegł do niej, zarzucił jej ręce na szyję i dopiero wówczas Lizzie straciła panowanie nad sobą. A kiedy je straciła, pochylona nad bratem wybuchnęła płaczem.

- Nie płacz, Liz! Nie płacz! Ja chętnie pójdę z domu. Będę zadowolony. Wiem, że wyprawiasz mnie dla mojego dobra.

- Ach, Charley, Charley! Bogu wiadomo, że nie inaczej.

- Ależ tak, tak! Nie gniewaj się o to, co powiedziałem. Zapomnij o tym. No i pocałuj mnie, Liz.

Po chwili milczenia dziewczyna wypuściła brata z objęć, by obetrzeć oczy, i wnet odzyskała krzepiący, pełen spokoju wpływ na niego.

To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.

ROZDZIAŁ III

DRUGI CZŁOWIEK

Kiedy spódnice dam wstępujących na schody Veneeringów poczęły znikać na piętrze, Mortimer wyszedł również z jadalni, powiedział służbie, że życzy sobie widzieć posłańca, który list przyniósł, i z hallu skręcił do biblioteki pełnej nowiuteńkich książek w nowiuteńkich suto złoconych oprawach. Posłańcem okazał się chłopiec lat około piętnastu. Przez pewien czas Mortimer patrzał na niego, on zaś przyglądał się ścianie i nowiuteńkim pielgrzymom zdążającym do Canterbury - umieszczonym w złotych ramach, które zajmowały miejsca więcej niż krajobraz, a rzeźby na nich były liczniejsze niż pielgrzymi.

- Kto to napisał?

- Ja, proszę pana.

- A kto kazał ci napisać?

- Mój ojciec. Jesse Hexam.

- On znalazł zwłoki?

- Tak, proszę pana.

- Co robi twój ojciec?

Chłopiec zawahał się, spojrzał z wyrzutem ku pielgrzymom, jak gdyby oni wplątali go w drażliwą sytuację, i wreszcie bąknął skubiąc prawą nogawkę spodni:

- Zarabia na życie nad rzeką.

- Daleko tam?

- Dokąd, proszę pana? - zapytał chłopiec ostrożny teraz i znowu w drodze do Canterbury.

- Do mieszkania twojego ojca.

- Ładny kawałek drogi, proszę pana. Przyjechałem dorożką i dorożka czeka na zapłatę. Jeżeli pan chce, możemy nią wrócić, a zapłaci pan później. Najprzód pojechałem do pańskiej kancelarii, bo tak było napisane w papierach, co je znaleźli w kieszeni. Ale tam nie zastałem nikogo, tylko chłopaka w moich latach. On przysłał mnie tutaj.

Chłopiec stanowił szczególny zlepek niezupełnego prymitywu i niezupełnej cywilizacji. Głos miał ochrypły i prostacki, twarz pospolitą i równie pospolitą i źle wyrośniętą postać. Ale był czystszy niż zazwyczaj wyrostki takiego pokroju, jego pismo, chociaż zbyt duże i okrągłe, wyglądało nieźle, a na grzbiety książek zerkał z rozbudzonym zainteresowaniem, sięgającym głębiej niż okładka. Nikt umiejący czytać nie spogląda nigdy na książkę - nawet zamkniętą książkę na półce - tak jak ktoś, kto czytać nie potrafi.

- Może wiesz, chłopcze, czy zastosowano jakieś środki, by topielca przywrócić do życia? - podjął Mortimer szukając jednocześnie swojego kapelusza.

- Nie pytałby pan o to, proszę pana, gdyby pan widział, w jakim on jest stanie. Równie łatwo byłoby przywrócić do życia rzesze faraonowe, co utonęły w Morzu Czerwonym. A gdyby Łazarz chociaż przez pół tak spróchniał, byłby to największy z wszystkich cudów.

Mortimer miał już kapelusz na głowie.

- O! - zawołał odwracając się w stronę posłańca. - Widzę, chłopcze, że jesteś obyty z Morzem Czerwonym.

- Czytałem o tym w szkole z nauczycielem.

- I o Łazarzu?

- O nim także. Tylko niech pan nic nie mówi ojcu! Nie mielibyśmy w domu chwili spokoju, gdyby się dowiedział. To pomysł mojej siostry.

- Masz dobrą siostrę, prawda?

- Aha, wcale niezłą - przyznał chłopiec. - Ale ona mało co umie. Poznaje tylko litery, bo ją nauczyłem.

Posępny Eugene nadszedł z rękami w kieszeniach i asystował przy końcowej części dialogu. Kiedy chłopak wyraził się lekceważąco o swojej siostrze, ujął go stanowczym ruchem za podbródek i jego twarz obrócił ku sobie, aby popatrzeć na nią.

Wyrostek stawił opór.

- Co to, proszę pana? Myślę, że pozna mnie pan, jak się drugi raz spotkamy?

Eugene nie udzielił odpowiedzi, lecz zwrócił się do Mortimera z propozycją:

- Mogę ci towarzyszyć, jeżeli sobie życzysz. Zgoda?

Wobec tego pojechali w trójkę wehikułem, który przywiózł chłopca. Dwaj przyjaciele (kolegowali niegdyś w szkole średniej) zasiedli we wnętrzu karetki i zapalili cygara. Posłaniec ulokował się na koźle, obok dorożkarza.

- Posłuchaj, Eugene - zaczął po drodze Mortimer - od pięciu lat figuruję na zaszczytnej liście notariuszy przy wysokim sądzie Chancery oraz radców prawa cywilnego. I co? Przeciętnie raz na dwa tygodnie słucham bezpłatnie poleceń w kwestii testamentu lady Tippins, która nie ma nikomu nic do zapisania, a ponadto nie miałem nigdy sprawy, z wyjątkiem tej romantycznej historii.

- A ja - podchwycił Eugene - siedem lat temu zostałem powołany do palestry jako rzecznik sądowy, i od tej pory nie prowadziłem nigdy żadnej sprawy i nigdy nie będę prowadził. A gdyby nawet trafiło się coś takiego, nie wiedziałbym, jak się do tego zabrać.

- Nie jestem pewien - podjął Mortimer z kamiennym spokojem - czy w mojej aktualnej sprawie mam znaczną przewagę nad tobą.

Eugene ułożył nogi na przednim siedzeniu dorożki.

- Nienawidzę swojej profesji - oznajmił.

- Nie zrobi ci różnicy, jeżeli umieszczę nogi obok twoich? - zapytał Mortimer. - Dziękuję. Ja także nienawidzę swojej profesji.

- Została mi narzucona - ciągnął posępny Eugene. - Okazało się, że w rodzinie potrzeba nam obrońcy sądowego. No i mamy świetnego!

- Została mi narzucona - powtórzył Mortimer. - Okazało się, że w rodzinie potrzeba nam notariusza. No i mamy świetnego!

- Jest nas czterech w spółce adwokackiej - podjął Eugene. - Wszystkie nazwiska, wypisane jak trzeba, zdobią drzwi czarnej nory nazywanej apartamentem. Każdy z nas ma czwartą część kancelisty, Ali Baby w jaskini rozbójników. A z całej tej kompanii jeden Ali Baba zasługuje na jaki taki szacunek.

- Ja tkwię sam u szczytu ohydnej klatki schodowej, w kancelarii z widokiem na cmentarz, i dysponuję całym kancelistą. Chłopak nie ma do roboty nic, prócz gapienia się na cmentarz, więc strach bierze na myśl, co z niego będzie, gdy osiągnie wiek dojrzały. Nie wiem, czy w tym nędznym gawronim gnieździe medytuje nad wiedzą, czy nad morderstwami? Nie wiem, czy gdy dorośnie po długich samotnych rozmyślaniach, zechce oświecać, czy też truć bliźnich? Zastanawiam się nad tym i tak wygląda jedyny okruch moich zainteresowań zawodowych. Można cię prosić o ogień? Bardzo dziękuję.

Eugene rozsiadł się wygodniej, skrzyżował ramiona na piersi i paląc z zamkniętymi oczyma, mówił dalej trochę przez nos:

- A rozmaici idioci gadają o energii! W całym słowniku, pod wszystkimi literami od "A" do "Z" nie znajdziesz nic, co mierziłoby mnie bardziej niż wyraz "energia". Bzdurna paplanina! Papuzie skrzeczenie! Co, u licha, mam zrobić? Wypaść na ulicę, porwać za kołnierz pierwszego lepszego faceta o zamożnym wyglądzie, potrząsnąć nim i przemówić: "Prawuj się zaraz, kundlu, i mnie zaangażuj albo żegnaj się z życiem!" To byłby dowód energii, co?

- W pełni zgadzam się z tobą, Eugene. Ale daj mi prawdziwą okazję, daj coś, dla czego warto działać z rozmachem, a pokażę ci swoją energię.

- Ja także - dorzucił Eugene.

Istnieje znaczne prawdopodobieństwo, że w ciągu tegoż wieczora i w zasięgu miejskich doręczeń londyńskich urzędów pocztowych dziesięć tysięcy innych młodych mężczyzn wypowiadało takie same, pełne nadziei słowa.

Koła toczyły się i toczyły coraz to bardziej w dół, opodal Monumentu i Tower, i Doków, i dalej, jeszcze niżej, poprzez Ratcliffe i Rotherhithe, gdzie nagromadzone szumowiny ludzkie zdają się spływać z terenów wyżej położonych i zalegać w moralnym rynsztoku, pokąd pod własnym ciężarem nie przestąpią nadbrzeża, aby zatonąć w rzece. Dalej i dalej, pośród statków jak gdyby osiadłych na lądzie i domów jak gdyby pływających - gdzie bukszpryty zaglądają w okna, a okna gapią się na statki - toczyły się koła, by stanąć wreszcie u zbiegu mrocznych uliczek zmywanych przez wody rzeki, lecz nie zmywanych na żadną inną modłę. Tam chłopiec zeskoczył z kozła i otworzył drzwi karetki.

- Dalej musi pan pójść pieszo, proszę pana. To niedaleko - powiedział w liczbie pojedynczej, by ostentacyjnie pominąć Eugene'a.

- Diablo zapadły kąt! - mruknął Mortimer potykając się na kamieniach i śmieciach nadbrzeża, gdy chłopiec skręcił szybko w boczny zaułek.

- Tam, proszę pana, mieszka mój ojciec; tam gdzie się świeci.

Nędzny budynek sprawiał wrażenie starego wiatraka. Na czole miał spróchniałą drewnianą brodawkę wskazującą miejsce, gdzie niegdyś znajdowały się śmigi, jednakże w mrokach nocy całość rysowała się nader mętnie. Chłopiec podniósł klamkę, otworzył drzwi i wszyscy weszli od razu do niskiej, okrągłej izby, gdzie stał mężczyzna zapatrzony w czerwony ogień, a dziewczyna zajęta szyciem siedziała opodal. Ogień płonął w nie przytwierdzonym do komina zardzewiałym metalowym koszu, na stole zaś kopciła i połyskiwała zwyczajna lampka w kształcie cebulki hiacynta, osadzona w szyjce kamionkowej butelki. W jednym kącie stała drewniana ława lub prycza, w drugim wiodły na piętro również drewniane schody - tak prymitywne i strome, że przypominały raczej drabinę. Pod ścianą stało kilka opartych o nią starych wioseł, a w innym miejscu mały kredensik z wystawą najpospolitszych naczyń stołowych i kuchennych. Nie tynkowany pułap stanowił zarazem podłogę izby na piętrze, a że był bardzo stary, sękaty, brudny i pozapadany, zdawał się jeszcze bardziej obniżać to pomieszczenie. Pułap, ściany i podłoga były obficie upstrzone śladami mąki, minii, wilgoci oraz jakimiś innymi plamami zapewne z czasów funkcjonowania wiatraka, wszystko zaś przedstawiało obraz zniszczenia i niechlujstwa.

- Jest ten pan, ojcze.

Mężczyzna stojący nad czerwonym ogniem odwrócił się, podniósł kudłatą głowę i spojrzał na przybyłych wzrokiem drapieżnego ptaka.

- Pan, proszę pana, nazywa się Mortimer Lightwood?

- Tak brzmi moje nazwisko - odparł Mortimer. - Czy to, co pan znalazł - zerknął niepewnie w kierunku pryczy - jest tutaj?

- Nie powiem, żeby akurat tutaj, ale niedaleko. Wszystko załatwiłem formalnie. W porę zawiadomiłem policję i policja wzięła ciało pod opiekę. Nikt nie marnował czasu. Policja już wydrukowała ogłoszenie, a tu jest papier, co w druku pisze o tym.

Hexam uniósł butelkę z lampką i przybliżył do zawieszonego na ścianie policyjnego ogłoszenia z nagłówkiem: ZNALEZIONO ZWŁOKI. Dwaj przyjaciele zaczęli czytać, a przyświecający im Hexam czytał tymczasem w ich twarzach.

- Jak widzę, biedak miał przy sobie tylko papiery - powiedział Lightwood przenosząc wzrok z opisu tego, co znaleziono, na znalazcę.

- Tylko papiery.

Dziewczyna podniosła się i wyszła ze swoim szyciem w ręku.

- Pieniędzy nie było, oprócz trzech pensów w kieszeni pod połą surduta - ciągnął Mortimer.

- Trzy. Monety. Po pensie - potwierdził Hexam trzema osobnymi zdaniami.

- Kieszenie spodni próżne i wywrócone.

Rybak przytaknął skinieniem głowy.

- Tak często bywa. Nie wiem, czy to robi woda, czy jak? Proszę tu spojrzeć - ciągnął przybliżając butelkę do drugiego bardzo podobnego arkusza. - Jego kieszenie też były próżne i wywrócone. Albo tutaj. - Oświetlił sąsiedni arkusz. - Jej kieszenie też były próżne i wywrócone. I tego, proszę pana. I tego. Ja nie umiem czytać i wcale nie chcę umieć, ale wszystko wiem wedle miejsca na ścianie. To był marynarz, a na ramieniu miał wytatuowane dwie kotwice, banderę i litery G.F.T. Proszę spojrzeć i sprawdzić.

- Rzeczywiście.

- A to była młoda kobieta w szarych trzewikach i bieliźnie znaczonej krzyżykiem. Proszę zobaczyć, czy nie tak?

- Rzeczywiście.

- Ten miał paskudną ranę ciętą przez oko, a tutaj są dwie młode siostry, które przywiązały się chustką jedna do drugiej. Tu stoi napisane o starym pijaczynie w bamboszach i szlafmycy, który, jak później wyszło na jaw, obiecał, że zrobi dziurę w wodzie za postawioną z góry kwaterkę rumu; no i dotrzymał słowa pierwszy i ostatni raz w życiu. Pięknie mi tapetują pokój, a ja ich wszystkich znam. Na tyle jestem uczony.

Szerokim gestem oświetlił całość dekoracji - jak gdyby blaskiem własnej inteligencji i wiedzy - a następnie umieścił butelkę na stole i stojąc za nim, jął bystro przyglądać się gościom. Miał osobliwą cechę niektórych ptaków drapieżnych, bo gdy marszczył czoło, podnosiła się jego niechlujna czupryna.

- Myślę, że nie wszystkich ich pan wyłowił, prawda? - zapytał Eugene.

- A pan, za przeproszeniem, jak się nazywa? - odparł z wolna drapieżny ptak.

- To mój przyjaciel - wtrącił Mortimer Lightwood. - Pan Eugene Wrayburn.

- Aha... Pan Eugene Wrayburn. I czego to pan Eugene Wrayburn chciałby się ode mnie dowiedzieć?

- Zapytałem po prostu, czy pan sam wyłowił ich wszystkich?

- Rozumiem i odpowiem po prostu: prawie wszystkich.

- Czy w wielu przypadkach zdarzały się uprzednio morderstwa lub rabunek? Jak pan przypuszcza?

- Ani tak, ani inaczej - odburknął Hexam. - Przypuszczenia to nie moja robota. Gdyby pan musiał zarabiać na życie z dnia na dzień wyciąganiem takich rzeczy z rzeki, nie byłby pan na pewno skory do przypuszczeń. Czy mam pokazać drogę?

Lightwood twierdząco skinął głową, więc Rybak otworzył drzwi, w których ukazała się nagle twarz bardzo blada i zatroskana - twarz człowieka niewątpliwie zdenerwowanego.

- Co się stało? - zapytał Rybak Hexam. - Zwłoki zgubiły się? Czy może znaleziono drugie, hę?

- Ja się zgubiłem - odrzekł nieznajomy śpiesznie i bardzo nerwowo.

- Zgubił się pan?

- Jestem... Jestem tutaj obcy... Nie potrafię znaleźć drogi. Szukałem miejsca, gdzie mógłbym zobaczyć to, co jest tutaj opisane. Być może chodzi o znajomego mi człowieka.

Przybysz dyszał ciężko i mówił nie bez wysiłku, lecz pokazywał świeżo wydrukowane ogłoszenie policyjne, którego egzemplarz, wilgotny jeszcze, zdobił również ścianę izby. Zapewne świeżość arkusza albo też dokładna obserwacja jego ogólnego wyglądu podszepnęła Hexamowi gotowy wniosek.

- Panie mecenasie Lightwood. Ten pan w naszej sprawie.

- Pan Lightwood?

Podczas krótkiej pauzy Mortimer i nieznajomy bystro spojrzeli sobie w twarze. Nie znali się wzajemnie.

- O ile się nie mylę - powiedział Mortimer przerywając kłopotliwą ciszę z właściwą mu swobodą i opanowaniem - pan był łaskaw wymienić moje nazwisko.

- Powtórzyłem je po tym człowieku.

- Wspomniał pan również, że jest obcy w Londynie.

- Najzupełniej obcy.

- Czy szuka pan niejakiego Harmona?

- Nie.

- A więc mogę niemal zapewnić, iż znajduje się pan na mylnym tropie i najprawdopodobniej nie znajdzie tego, co znaleźć się obawia. Życzy pan sobie pójść z nami?

Niedługie kołowanie zaułkami grząskimi od błota, które mógł zostawić po sobie ostatni brzydko pachnący przypływ, doprowadziło ich do balustrady z obrotową furtką i jasno świecącej lampy posterunku policyjnego. W bielonym pomieszczeniu zastali dyżurnego inspektora, który posługując się piórem, atramentem i linijką zapisywał coś z tak gorliwym skupieniem, jak gdyby był mnichem w klasztorze położonym na szczycie wysokiej góry i nie słyszał furiackiego wycia kobiety szturmującej drzwi celi na położonym tuż obok podwórku. Z tą samą miną pustelnika pochłoniętego medytacjami porzucił księgi i przywitał Rybaka skinieniem głowy, które zdawało się mówić wyraźnie: "O, wiemy wszystko o tobie, a pewnego dnia musisz przeciągnąć strunę". Następnie poinformował pana Mortimera Lightwooda oraz towarzyszące mu osoby, że będzie im służyć bez zwłoki. Dokładnie i schludnie, ze spokojem godnym iluminatora mszału, dokończył dzieła liniowania, które go ostatnio absorbowało, jak gdyby całkiem nie zdawał sobie sprawy z istnienia kobiety coraz gwałtowniej szturmującej drzwi celi i dzikim wrzaskiem dopominającej się o wątrobę jakiejś innej kobiety.

- Latarkę - powiedział inspektor sięgając po klucze, a gdy wręczył mu ją podkomendny, dodał: - Panowie pozwolą.

Jednym z kluczy otworzył chłodny loszek w głębi podwórka i wszyscy weszli tam, by wyjść jeszcze prędzej. Na razie nikt nie zabierał głosu, jedynie Eugene bąknął pod adresem przyjaciela:

- Mało co gorszy od lady Tippins.

Przy akompaniamencie wrzaskliwego domagania się czyjejś wątroby - jeszcze donośniejszego po ciszy tego, co przyszli obejrzeć - wrócili do bielonej wapnem biblioteki klasztornej, gdzie dzięki uprzejmości opata zapoznali się ze streszczeniem akt sprawy. Brak wskazówek, w jaki sposób zwłoki trafiły do rzeki. W takich przypadkach najczęściej brak wskazówek. Jest zbyt późno, by ustalić niewątpliwie, kiedy nastąpiły uszkodzenia ciała - przed śmiercią czy po śmierci. Jedno godne zaufania orzeczenie lekarskie powiada: przed śmiercią. Drugie godne zaufania orzeczenie lekarskie powiada: po śmierci. Steward statku, którym John Harmon odbywał powrotny rejs do kraju, stawił się, widział zwłoki i pod przysięgą gotów jest stwierdzić ich tożsamość. Świadczy o niej również ubranie, a także znalezione przy nieboszczyku papiery. Jak stać się mogło, że ów człowiek zeszedł na ląd, a następnie zniknął bez śladu do czasu wyłowienia go z Tamizy? Cóż, najprawdopodobniej zaawanturował się trochę, sądząc, że to nieszkodliwa zabawa, a tymczasem zabawa okazała się zgubna. Jutro rozprawa u koronera i werdykt orzeknie z pewnością, że zabójca jest nieznany lub zgon nastąpił skutkiem nieszczęśliwego wypadku.

- Wygląda na to, że wzięło pańskiego towarzysza, mocno go wzięło - powiedział pan inspektor, gdy streszczenie akt dobiegło końca.

- Prawie ma dosyć, co?

Zdania te wymówił przytłumionym głosem, zerkając bystro i nie po raz pierwszy w stronę nieznajomego.

Mortimer Lightwood wyjaśnił, iż ten pan bynajmniej mu nie towarzyszy.

- Czyżby? - zdziwił się inspektor i jak gdyby nastawił uszu. - Skąd go pan wytrzasnął?

Mortimer Lightwood udzielił dalszych wyjaśnień.

Pan inspektor streszczał akta sprawy i prowadził rozmowę siedząc za biurkiem, z łokciami wspartymi o blat i dłońmi złożonymi tak, że palce prawej stykały się z odpowiednimi palcami lewej. Obecnie nie drgnął nawet, poruszył tylko oczyma, kiedy przemówił znacznie dobitniejszym tonem:

- O mało pan nie zemdlał, proszę szanownego pana. Widać nie przywykł pan do takich rzeczy?

Nieznajomy, który dotychczas stał z opuszczoną głową wsparty o kominek, obejrzał się i odpowiedział:

- Nie przywykłem... To okropny widok.

- Pewno spodziewał się pan rozpoznać kogoś?

- Tak.

- I rozpoznał pan?

- Nie. Okropny widok! Przerażający! Okropny!

- Kogo obawiał się pan zobaczyć? - pytał dalej pan inspektor.

- Proszę nam podać rysopis. Może zdołamy coś pomóc.

- Nie, nie! - odparł szybko nieznajomy. - To nie przydałoby się na nic. Dobranoc.

Pan inspektor nie drgnął nawet, nie wydał żadnego rozkazu, lecz jego podkomendny wsparł się palcami w obrotową furtkę, przytrzymał ją lewą ręką, prawą zaś, w której dzierżył zwróconą przez szefa latarkę, uniósł niedbałym gestem i oświetlił twarz nieznajomego.

Głos zabrał pan inspektor:

- Zginął pana przyjaciel, widzi pan. Albo zginął pana nieprzyjaciel, widzi pan. Inaczej, widzi pan, nie przyszedłby pan tutaj. No i co? Chyba to rzecz naturalna zapytać, o kogo chodzi?

- Wybaczy pan, ale nikt zapewne nie może zdawać sobie sprawy jaśniej od pana, że rodziny wolą nie rozgłaszać swoich wewnętrznych niesnasek lub tragedii, jeżeli można tego uniknąć. Nie przeczę, że zadając pytanie spełnia pan obowiązek, ale proszę mi nie odmawiać prawa od uchylenia się od odpowiedzi. Dobranoc.

Powiedziawszy to nieznajomy ruszył znów ku obrotowej furtce, przed którą tkwił podkomendny zapatrzony w szefa i nieruchomy niczym posąg.

- Przynajmniej - powiedział pan inspektor - może nie zgłosi pan zastrzeżeń przeciw pozostawieniu mi biletu wizytowego?

- Nie zgłosiłbym zastrzeżeń - odparł nieznajomy zaczerwieniony lekko i wyraźnie zbity z tropu - gdybym miał bilet wizytowy. Ale go nie mam.

- Przynajmniej - powtórzył pan inspektor nie zmieniając pozy ani tonu - może nie zgłosi pan zastrzeżeń przeciw napisaniu swojego nazwiska i adresu?

- Najmniejszych zastrzeżeń - zgodził się nieznajomy.

Pan inspektor zanurzył pióro w kałamarzu i zręcznie umieściwszy je na ćwiartce papieru, tuż obok własnego łokcia, przyjął dotychczasową pozę. Nieznajomy podszedł do biurka i w czasie, gdy pan inspektor obserwował go z ukosa tak przenikliwie, jak gdyby chciał zapamiętać każdy włos na pochylonej głowie, napisał drżącą lekko ręką: Juliusz Handford, "Gospoda pod Szachownicą", Palace Yeard, Westminster.

- Zatrzymał się pan tam, jak sądzę?

- Tak.

- A zatem jest pan przybyszem z prowincji?

- Co?... Aha... Z prowincji.

- Dobrej nocy życzę.

Podkomendny ustąpił z drogi, obrócił furtkę, a pan Juliusz Handford opuścił posterunek policji.

- Posterunkowy! - odezwał się pan inspektor. - Pilnować tej kartki i mieć go dyskretnie na oku, sprawdzić, czy rzeczywiście stanął w tamtej gospodzie, dowiedzieć się o gościu, ile można.

Posterunkowy wyszedł, a pan inspektor stał się znowu opatem zacisznego klasztoru, umoczył pióro w atramencie i spokojnie wrócił do swoich ksiąg. Dwaj przyjaciele spoglądali nań, raczej ubawieni jego zawodowymi manierami niż usposobieni nieufnie wobec pana Juliusza Handforda, ale przed rozstaniem zapytali, czy pan inspektor podejrzewa może coś nieładnego?

Opat odrzekł powściągliwie:

- Trudno coś powiedzieć. Jeżeli w grę wchodzi morderstwo, mógł je popełnić każdy. Włamywacz czy doliniarz musi mieć praktykę, lecz nie zabójca. Wszystkich nas stać na coś takiego. Widziałem dziesiątki ludzi, którzy zgłaszali się celem rozpoznania zwłok. Nigdy jednak nie widziałem, by ktoś był wstrząśnięty w taki sposób. Ma się rozumieć, w grę mógł wchodzić żołądek, nie sumienie. Byłby to dziwny żołądek, ale w tej sprawie wszystko przedstawia się dziwnie. Szkoda, że nie ma słowa prawdy w przesądzie, że zwłoki krwawią, kiedy dotknie ich ręka zabójcy. Zwłoki nigdy nie dają znaku. Taka tam hałasuje ile wlezie i będzie tak przez całą noc - (na myśli miał krzykliwe dopominanie się o czyjąś wątrobę). - Ale od nieboszczyków diabła tam się człowiek dowie.

Do czasu rozprawy u koronera, wyznaczonej na dzień jutrzejszy, nie pozostało nic do załatwienia, więc przyjaciele rozstali się z Rybakiem i jego synem, którzy odeszli swoją drogą. Ale u ostatniego skrzyżowania uliczek Hexam kazał chłopcu wracać do domu, sam zaś powędrował "na pół kufelka" do szynku z czerwonymi zasłonami w oknach, który niby wzdęta narośl sterczał nad groblą.

Chłopiec odemknął drzwi - jak uprzednim razem - i znowu zastał siostrę siedzącą przy ogniu i zajętą szyciem. Kiedy wszedł, uniosła głowę.

- Dokąd chodziłaś, Liz? - zapytał.

- Tak sobie. Spacerowałam po ciemku.

- Po co? Przecież wszystko było, jak trzeba.

- Jeden z tych panów, ten, co to nic nie mówił, jak tutaj byłam, strasznie mi się przyglądał. Bałam się, że niepotrzebnie może wypatrzyć coś w mojej twarzy. Ale mniejsza z tym, Charley. Miałam gorsze zmartwienie, kiedy przyznałeś się ojcu, że trochę umiesz pisać.

- Drobiazg! Wmówiłem mu, że bardzo źle to robię i moich kulfonów pewno nikt nie odczyta. A jak pisałem i smarowałem papier palcem, ojciec był całkiem zadowolony.

Dziewczyna odłożyła robotę, przysunęła swój stołek bliżej ognia i stołka, na którym siedział chłopiec, a jej dłoń spoczęła na jego ramieniu.

- Charley! Postarasz się nie marnować czasu? Postarasz się, prawda?

- Ma się rozumieć. Ja to bardzo lubię.

- Wiem, Charley, wiem. Pracujesz ciężko. Dobrze się uczysz. Wiem. Ja też pracuję trochę, obmyślam różne rzeczy, kombinuję. Czasami budzę się ze snu i myślę, jakby uciułać tu szylinga, tam szylinga i w ten sposób przekonać ojca, że pomału zaczynasz zarabiać nad rzeką.

- Jesteś ulubienicą ojca. O wszystkim go możesz przekonać.

- Chciałabym, Charley, żeby tak było. Bo gdyby mi się udało przekonać ojca, że nauka to coś dobrego i że moglibyśmy wszyscy żyć lepiej, umarłabym z radością.

- Nie mów o swojej śmierci, Liz!

Dziewczyna splotła dłonie na ramieniu brata, wsparła o nie świeży, śniady policzek i siedząc tak, zapatrzona w ogień, mówiła dalej:

- Czasami, wieczorem, kiedy ty jesteś w szkole, a ojciec...

- "Pod Sześcioma Ochoczymi Dokerami" - podchwycił i szybkim ruchem głowy wskazał kierunek szynku z czerwonymi zasłonami w oknach.

- Aha. Siedzę wtedy, patrzę w ogień i zdaje mi się, że widzę nad rozżarzonym węglem, o tam, gdzie teraz jest odblask...

- To gaz, Liz - wtrącił znów chłopiec. - Gaz dobywa się z drewna, które dostało się pod muł i pod wodę i leżało tak od czasów arki Noego. Spójrz! Wezmę pogrzebacz, poruszę...

- Daj spokój, Charley. Ogień zanadto rozgorzeje. Mówiłam o matowym odblasku, co pokazuje się i znika tuż nad żarem. Kiedy patrzę tam wieczorami, widzę... jak gdyby obrazy.

- Pokaż taki obraz! - zawołał. - Powiedz, gdzie patrzeć.

- Na to, Charley, potrzeba moich oczu.

- Śmiało, Liz! Powiedz chociaż, co twoje oczy oglądają?

- My tam bywamy, Charley: ja i ty z czasów, kiedy byłeś maleńki i nigdy nie znałeś matki.

- Nie gadaj, Liz, że nigdy nie znałem matki - przerwał raz jeszcze. - Znałem siostrzyczkę, która była mi i siostrą, i matką naraz.

Objął ją obydwiema rękami, przygarnął, ona zaś roześmiała się z zadowoleniem i w oczach jej zabłysły łzy radości.

- My tam bywamy, Charley - podjęła. - Kiedyś ojciec wychodził do pracy i dom zamykał na klucz, bo strach mu było, że się spalimy albo powypadamy z okna. Siadywaliśmy wtedy na naszym progu i na innych progach, siadywaliśmy na brzegu rzeki, włóczyliśmy się, aby czas jakoś zabić. Ty, Charley, ciężki byłeś do noszenia, więc często musiałam odpoczywać. Raz sen nas morzył i drzemaliśmy w jakimś kącie, raz byliśmy głodni, ale najczęściej i najbardziej dokuczało zimno. Pamiętasz?

- Pamiętam - odparł Charley, ściskając siostrę kilkakrotnie - że chowałem się pod mały szal i tam było mi ciepło.

- Czasami deszcz padał, więc wślizgiwaliśmy się pod jakieś czółno albo szukali innej kryjówki, czasami było ciemno, więc siadaliśmy pod latarnią gazową, aby patrzeć na ludzi przechodzących ulicą w jedną i drugą stronę. Wreszcie ojciec nadchodził i zabierał nas do domu, a dom po dniu na dworze wydawał się takim cudownym schronieniem! Ojciec zzuwał mi trzewiki i przy ogniu suszył moje stopy, a później, kiedy ty spałeś już od dawna, sadzał mnie obok siebie, przy ogniu, i palił fajkę. Zauważyłam wtedy, że ręce ojca są duże, ale nigdy nie ciężkie, kiedy mnie dotyka, a jego głos brzmi szorstko, ale nigdy gniewnie, kiedy do mnie mówi. Tak dorastałam i ojciec ufał mi coraz bardziej, widział we mnie swoją towarzyszkę i, niech jaki chce będzie, ale ni razu mnie nie zbił.

W tym momencie zasłuchany chłopiec wydał pomruk, jak gdyby chciał powiedzieć: "Za to mnie bija!"

- Od czasu do czasu, Charley, oglądam takie obrazy z przeszłości.

- A przyszłość? Śmiało, Liz! Jeszcze raz, śmiało! Pobaw się trochę we wróżby.

- Widuję siebie, Charley. Mieszkam nadal z ojcem, trzymam się ojca, ponieważ on mnie kocha i ja kocham jego. Nie potrafię nawet przeczytać książki, bo gdybym się uczyła, ojciec myślałby, że chcę go opuścić, i utraciłabym wpływ na niego. Nie mam takiego wpływu, jaki mieć bym chciała, i nie mogę powstrzymać go od pewnych strasznych rzeczy, ale żyję nadzieją, że i na to przyjdzie wreszcie pora. A tymczasem wiem, że dla ojca jestem ostoją, a gdybym nie dochowała mu wiary, on stałby się zły i szalony, przez zemstę albo z żalu, czy dla jednej i drugiej przyczyny.

- Wróż dalej, Liz! Opowiadaj, jak mnie pokazują twoje obrazy.

- Właśnie chciałam o nich mówić - odrzekła dziewczyna, która od początku nie zmieniła pozy, teraz zaś smutno potrząsnęła głową. - Wszystko inne wiodło do ciebie. A więc jesteś...

- Gdzie, Liz? Gdzie?

- Wciąż w matowym odblasku nad ogniem.

- Diabelnie dużo widzisz w tym twoim matowym odblasku nad ogniem - powiedział przenosząc wzrok z oczu Lizzie ku żelaznemu koszowi na węgle, który na swoich cienkich nóżkach był trochę podobny do szkieletu.

- Jesteś tam, Charley, pracą torujesz sobie drogę, w tajemnicy przed ojcem uczysz się w szkole coraz lepiej i lepiej, zdobywasz nagrody, zostajesz... Jak to mówiłeś, kiedy rozmawialiśmy o tym?

- Aha! Niby wróżka, a nie wie, jak kogoś takiego nazwać! - zawołał Charley, kontent, zdaje się, z drobnego niedomagania matowego odblasku nad ogniem. - Zostaję praktykantem stypendystą.

- Zostajesz praktykantem stypendystą i wciąż uczysz się coraz lepiej i lepiej i wreszcie jesteś nauczycielem o rozległej wiedzy, cieszysz się powszechnym szacunkiem. Ale już wcześniej ojciec odkrył twoją tajemnicę i to rozłączyło cię z nim, a także ze mną.

- Nieprawda, Liz! Nie rozłączyło!

- Ależ tak, Charley, tak. Widzę najwyraźniej, że twoja droga nie jest naszą, a gdyby nawet dało się zyskać przebaczenie ojca (w co nie wierzę), to nasza droga rzuciłaby cień na twoją. Widzę, również, Charley...

- Wciąż najwyraźniej? - zapytał żartobliwie.

- Aha. Wciąż. Widzę, że dokonasz wiele, jeżeli swoją drogę odetniesz od życia ojca i zrobisz nowy, dobry początek. Widzę więc, że zostałam sama z ojcem, staram się prostować jego ścieżki, umacniać swoje wpływy i żyję nadzieją, że dzięki jakiemuś pomyślnemu zbiegowi okoliczności, kiedy on będzie chory albo będzie... sama nie wiem?... uda mi się namówić go, by zajął się czymś lepszym.

- Mówiłaś, Liz, że nie potrafisz przeczytać książki. Ale całą bilbiotekę masz w tym swoim matowym odblasku nad ogniem.

- Cieszyłabym się, Charley, gdybym umiała czytać. Boleśnie odczuwam swój brak wykształcenia. Ale odczuwałabym go bardziej, gdybym nie rozumiała, że ten brak właśnie łączy mnie z ojcem. Słyszysz? To jego kroki!

Było już po północy, więc ptak drapieżny powędrował prosto na grzędę, aby w południe dnia następnego wrócić "Pod Sześciu Ochoczych Dokerów", w nowym dlań charakterze świadka zeznającego na rozprawie wstępnej u koronera.

Pan Mortimer Lightwood - jak skrupulatnie doniosła prasa - wystąpił tam w podwójnej roli: świadka, a jednocześnie wybitnego prawnika, który przysłuchiwał się przewodowi sądowemu z ramienia osób reprezentujących interesy zmarłego. Pan inspektor też przysłuchiwał się rozprawie zachowując na osobisty użytek swoje obserwacje. Pan Juliusz Handford nie otrzymał wezwania i "Pod Sześciu Ochoczymi Dokerami" był obecny jedynie w myślach inspektora, lecz jak się okazało, podał prawdziwy adres i nie zalegał z regulowaniem należności w gospodzie, gdzie ponadto wiedziano o nim tylko tyle, że prowadzi odosobniony i spokojny tryb życia.

Wydarzenie wzbudziło zainteresowanie szerokich kół, dzięki zeznaniom pana Mortimera Lightwooda na temat okoliczności, w jakich nieboszczyk John Harmon powracał do Anglii, które to okoliczności (na zasadzie wyłącznych praw) były w ciągu dni kilku szeroko omawiane przy obiadowych stołach, a Veneering, Twemlow, Podsnap oraz wszyscy Buforowie relacjonowali je, każdy na własną modłę, i z reguły przeczyli sobie nawzajem. Dalszy rozgłos zapewniły sprawie zeznania Joba Pottersona, stewarda okrętowego, oraz współpasażera niejakiego Jacoba Kibble'a, którzy stwierdzili, iż nieboszczyk John Harmon wysiadł na ląd z małą walizką, a w walizce tej miał kwotę przekraczającą siedemset funtów w gotowiźnie, uzyskaną ze sprzedaży skromnego majątku. Dodatkowy przedmiot zaciekawienia stanowił Jesse Hexam, który wyłowił z Tamizy tak wiele zwłok i na którego korzyść jakiś gorący wielbiciel, podpisujący się "Zwolennik godziwego pochowku" (pewno przedsiębiorca pogrzebowy) nadesłał osiemnaście znaczków pocztowych w pięciu listach do redakcji "Timesa".

Na podstawie złożonych przez świadków zeznań ława przysięgłych orzekła, że ciało Johna Harmona, posiadające liczne obrażenia, zostało wyłowione z Tamizy w stanie daleko posuniętego rozkładu; że wspomniany John Harmon poniósł śmierć w wysoce podejrzanych okolicznościach, wszelako przewód rozprawy wstępnej nie wyjaśnił w najmniejszym stopniu, kto mógłby być sprawcą tej śmierci. Ława przysięgłych uzupełniła werdykt zaleceniem dla Ministerstwa Spraw Wewnętrznych (bardzo rozumnym, zdaniem pana inspektora), aby przyznać stosowną nagrodę za rozwikłanie zagadki. W ciągu czterdziestu ośmiu godzin ukazało się ogłoszenie o wyznaczonej nagrodzie w sumie stu funtów oraz amnestii dla wszystkich osób zainteresowanych, z wyłączeniem bezpośrednich sprawców itd., itd., wszystko jak należy i formalnie.

Ogłoszenie to skłoniło do tym głębszych medytacji pana inspektora, który przez czas pewien przystawał zamyślony na nadrzecznych schodach lub groblach albo czółnem snuł się po Tamizie i usiłował dodawać jakoś jedno do drugiego. Ale zależnie od sukcesów takiego dodawania można otrzymać w ogólnym wyniku albo kobietę i rybę osobno, albo też łącznie syrenę. Niestety pan inspektor potrafił uzyskać ledwie syrenę, w którą nie uwierzyliby oczywiście ani sędzia, ani panowie przysięgli.

A zatem - niby wody, dzięki którym trafiła do świadomości ludzkiej - sprawa, zwana potocznie zabójstwem Harmona - przybierała i opadała, przypływała i odpływała, raz w Londynie, raz na prowincji, czasami wśród pałaców, czasami wśród ruder, niekiedy w gronie dostojnych lordów, dam z arystokracji i doborowego towarzystwa, niekiedy między pracującymi na roli, rzemieślnikami i tragarzami portowymi, by wreszcie, po długim okresie spokojnej wody, odpłynąć i zagubić się w morzu.

ROZDZIAŁ II

"CZŁOWIEK SKĄDŚTAM"

Państwo Veneeringowie byli nowiuteńkimi ludźmi, zamieszkałymi w nowiuteńkim domu, w nowiuteńkiej dzielnicy Londynu. Całe ich otoczenie było nowe, niby z pudełka. Mieli wyłącznie nowe meble, wyłącznie nowych przyjaciół, wyłącznie nową służbę, nowe srebro stołowe, nową karetę, nową uprząż i konie. Ich portrety były nowe, a sami państwo Veneeringowie stanowili małżeństwo zaślubione o tyle świeżo, o ile dało się to legalnie pogodzić z posiadaniem nowiuteńkiego dziecka; gdyby mogli zaopatrzyć się w pradziadka, niewątpliwie przybyłby on do domu prosto z wielkiego magazynu meblowego - opakowany w rogoże, bez jednej rysy lub skazy i wypoliturowany po czubek głowy.

Bo w rezydencji Veneeringów wszystkie sprzęty i przedmioty były starannie polerowane na wysoki połysk - od zdobnych nowiuteńkim herbem krzeseł w hallu do najbardziej nowomodnego fortepianu i (przenosząc się wyżej) nowiuteńkiej drabiny przeciwpożarowej. Urządzenie domu znajdowało niejaki odpowiednik w gospodarzach, których powierzchowność trochę nazbyt zalatywała warsztatem i sprawiała wrażenie lepkiej od świeżej politury.

Veneeringowie budzili ciągle wątpliwości skromnego sprzętu używanego podczas obiadów, który łatwo dawał się przetaczać na rolkach, a gdy nie znajdował zastosowania, bywał przechowywany nad remizą pojazdów do najęcia, przy Duke Street w dzielnicy Saint James. Sprzęt ów nosił nazwisko Twemlow. Jako stryjeczny brat lorda Snigswortha cieszył się stałym zapotrzebowaniem i w wielu domach reprezentował - można by powiedzieć - stół obiadowy w jego normalnym stanie. Na przykład państwo Veneeringowie wydając obiad rozpoczynali zazwyczaj od Twemlowa, a następnie uzupełniali ten kwiat płatkami, czyli dobierali doń gości. Czasami stół składał się z Twemlowa i pół tuzina płatków, czasami z Twemlowa i tuzina płatków, czasami Twemlow bywał rozdmuchiwany do największych rozmiarów i pysznił się dwudziestką płatków. Przy uroczystych okazjach pan Veneering i pani Veneering zasiadali naprzeciw siebie pośrodku stołu, co jeszcze bardziej potwierdza paralelę, im więcej bowiem rozdmuchiwano Twemlowa, tym dalej znajdował się on od środka stołu, a bliżej kredensu po jednej stronie jadalni lub też kotar przesłaniających okna po drugiej.

Nie to jednak dręczyło słaby umysł Twemlowa. Do podobnych sytuacji nawykł i potrafił godzić się z nimi. Otchłań, której dna sięgnąć nie był w stanie, od której zaczynały się rosnące wciąż i przybierające na sile kłopoty w życiu Twemlowa, stanowiło pytanie bez odpowiedzi, czy jest najstarszym przyjacielem Veneeringa, czy też najnowszym. Roztrząsaniom tego problemu prostoduszny dżentelmen poświęcał wiele żmudnych godzin - nie tylko w swojej siedzibie nad remizą pojazdów do najęcia, lecz również pośród sprzyjających medytacjom, chłodnych cieni placu Saint James Square. A było to tak. Twemlow spotkał pierwszy raz Veneeringa w swoim klubie, gdzie Veneering nie znał wtedy nikogo, prócz jegomościa, który dokonał prezentacji, i sprawiał wrażenie najserdeczniejszego pod słońcem przyjaciela Veneeringa, jakkolwiek ich związki narodziły się przed dwoma dniami, kiedy to więzy unii dwojga dusz scementowała przypadkowa dysputa na temat niecnego stanowiska władz klubowych w kwestii przyrządzania filetów z cielęcego combra. Niezwłocznie po zawarciu znajomości Twemlow otrzymał zaproszenie na obiad u Veneeringa i zjadł obiad, w którym uczestniczył również ów jegomość z klubu. Następnie, bardzo rychło, Twemlow otrzymał zaproszenie na obiad u owego jegomościa z klubu i zjadł obiad, w którym uczestniczył również Veneering. W domu jegomościa z klubu zasiedli do stołu deputowany do Parlamentu, inżynier, płatnik Długu Narodowego, autor wiersza o Szekspirze, ktoś wiecznie niezadowolony oraz ktoś piastujący urząd publiczny, a wszystkie te osoby sprawiały wrażenie kompletnie obcych dla Veneeringa. Ale niezwłocznie po tym przyjęciu Twemlow otrzymał zaproszenie na obiad u Veneeringa, wydany specjalnie po to, by mógł spotkać deputowanego do Parlamentu, inżyniera, płatnika Długu Narodowego, autora wiersza o Szekspirze, kogoś wiecznie niezadowolonego oraz kogoś piastującego urząd publiczny, a w trakcie obiadu odkrył, że wspomniani panowie są najserdecznejszymi pod słońcem przyjaciółmi Veneeringa, natomiast pani Veneering darzy małżonki wspomnianych panów (wszystkie były również obecne) najgorętszym uczuciem i nieograniczonym zaufaniem.

Doszło do tego, że pan Twemlow nieraz obejmował czoło dłonią i mówił do siebie w swoim mieszkaniu: "Nie mogę myśleć o tym. Coś takiego wystarczy, by rozmiękczyć najtwardszy mózg". Ale myślał i myślał nieustannie, i nie potrafił znaleźć rozwiązania.

W dniu, o którym mowa, Veneeringowie wydają wieczorny bankiet. Ma w nim wziąć udział Twemlow plus jedenaście płatków - w sumie czternaście osób. Czterech nieliberyjnych lokai o wydatnych gorsach stoi szeregiem w hallu. Piąty wstępuje na schody z miną tak ponurą, jak gdyby chciał przemówić: "Oto jeszcze jeden żebrak przyszedł na obiad; takie jest życie" - i anonsuje:

- Pa-an Twemlow!

Pani Veneering wita serdecznie miłego pana Twemlowa; pan Veneering wita serdecznie swojego kochanego Twemlowa. Pani Veneering nie oczekuje, by w gruncie rzeczy pana Twemlowa interesowało coś tak nudnego jak niemowlęta, ale pan Twemlow w charakterze starego przyjaciela musi i może zechce spojrzeć na niemowlę. Pan Veneering serdecznie i z przejęciem kiwa głową nad nowiuteńkim sprzętem.

- Ha! Lepiej będziesz poznawać przyjaciela rodziny, kruszynko, jak zaczniesz coś spostrzegać - mówi i niebawem prezentuje swojemu kochanemu Twemlowowi dwu przyjaciół: pana Bootsa oraz pana Brewera i najwyraźniej nie ma pojęcia, który z nich jest który.

Później przytrafia się coś okropnego.

- Pa-an Podsnap! Pa-ani Podsnap!

- Podsnapowie, moja droga - zwraca się pan Veneering do małżonki, zerkając z życzliwym zainteresowaniem ku otwartym drzwiom.

Zbyt uśmiechnięty i przerażająco rześki, okazały mężczyzna, który pojawia się w drzwiach z żoną u boku, niezwłocznie ją porzuca, aby skoczyć w stronę Twemlowa, wołając donośnie:

- Witam! Witam! Rad jestem poznać pana! Ma pan prześliczny dom. Chyba nie przybywamy za póżno? Rad jestem z tej okazji. Słowo daję.

Kiedy pierwszy wstrząs mija, Twemlow w swoich staromodnych małych, schludnych trzewikach i w małych, schludnych jedwabnych pończochach dwukrotnie uskakuje do tyłu, jak gdyby chciał przesadzić stojącą za nim sofę. Jednakże okazały mężczyzna dopada go i okazuje się mocniejszy.

- Niechaj mi wolno będzie - mówi, usiłując zwrócić na siebie uwagę pozostałej w oddali małżonki - zaprezentować naszego sympatycznego gospodarza pani Podsnap. Pani Podsnap będzie rada z tej okazji. Słowo daję - kończy z przerażającą rześkością, jak gdyby ów zwrot wydawał mu się wiecznie zielony i zawsze młody.

Tymczasem pani Podsnap, która nie może tak się omylić, gdyż pani Veneering jest jedyną w polu widzenia damą, pomaga małżonkowi najlepiej, jak umie, bo z żałosnym wyrazem twarzy patrzy na Twemlowa, później zaś nie bez współczucia oznajmia pani Veneering: po pierwsze, że niestety pan Veneering coś mizernie wygląda; po drugie, że dziecina już jest bardzo podobna do niego.

Wątpić należy, czy ktokolwiek wzięty za kogoś innego może być kontent z tej racji. W każdym razie pan Veneering, wystrojony na ten wieczór w nowiuteńką, godną młodego Antinousa koszulę o batystowym gorsie, nie uznał za komplement faktu, iż poczytano go za Twemlowa, który jest zasuszony, zwiędły i o jakieś trzydzieści lat starszy. Pani Veneering również odczuła dotkliwie imputowanie jej małżeństwa z Twemlowem. Natomiast Twemlow jasno zdawał sobie sprawę, że jest osobą urodzoną nierównie lepiej niż Veneering, a więc sklasyfikował okazałego mężczyznę jako impertynenta i osła.

W nader zawikłanej sytuacji pan Veneering z wyciągniętą dłonią podchodzi do okazałego mężczyzny i daje wyraz zadowoleniu, iż może go powitać, na co ów osobnik, niepoprawny w swojej przerażającej rześkości, odpowiada bez wahania:

- Dziękuję. Wstyd mi, słowo daję, że nie mogę sobie chwilowo przypomnieć, gdzie spotkałem już pana. Ale rad jestem z tej okazji. Słowo daję.

Następnie rzuca się na Twemlowa, który z wszystkich swych wątłych sił stawia opór i nastaje, by jako Veneeringa zaprezentować go pani Podsnap, lecz przybycie innych gości kładzie kres nieporozumieniu. Wtedy pan Podsnap jeszcze raz wymienia uściski dłoni z Veneeringiem jako Veneeringiem oraz Twemlowem jako Twemlowem i ostatecznie kończy sprawę ku całkowitej własnej satysfakcji.

- Zabawne, co? - mówi. - Ale rad jestem z tej okazji. Słowo daję!

Twemlow ma za sobą własne straszliwe przeżycie, pamięta przemianę Bootsa w Brewera i Brewera w Bootsa, a ponadto widzi, że z siedmiorga pozostałych gości cztery zagadkowe postacie błędnie toczą wokół wzrokiem, jak gdyby, pokąd Veneering ich nie dopadnie, absolutnie nie zdawały sobie sprawy, kto właściwie jest Veneeringiem. Twemlow korzysta z tych doświadczeń, a mózg jego twardnieje, zbliżając się do konkluzji, iż mimo wszystko on jest najstarszym przyjacielem Veneeringa. Niebawem jednak następuje kolejne rozmiękczenie i Twemlow gubi się zupełnie, gdy jego oczy napotykają Veneeringa i okazałego mężczyznę, którzy w małym saloniku od podwórka, tuż obok drzwi do ogrodu zimowego, ściskają się niczym bracia bliźniacy, a jego uszy (za pośrednictwem pani Veneering) zostają poinformowane, iż tenże okazały mężczyzna będzie ojcem chrzestnym niemowlęcia.

- Do stołu podano! - oznajmia melancholijny sługa tonem, jakim mógłby powiedzieć: "Zstąpcie na dół, o, nieszczęsne dzieci rodzaju ludzkiego, a zostaniecie otrute".

Twemlow, nie mając przydzielonej sobie damy, zstępuje po schodach na ostatku, dłonią obejmując czoło. Boots i Brewer sądzą, że jest niedysponowany, więc szepcą między sobą: "Facet słabnie. Widać nie jadł lunchu". Ale jego oszałamiają tylko życiowe zawiłości nie do przezwyciężenia.

Ożywiony dzięki zupie Twemlow gwarzy dobrotliwie z Bootsem i Brewerem na temat kroniki sądowej w prasie. W trakcie rybnego stadium bankietu Veneering zwraca się doń w roztrząsanej właśnie kwestii, czy jego kuzyn, lord Snigsworth, jest w Londynie, czy też poza Londynem. Twemlow wyjaśnia, że jego kuzyn jest poza Londynem.

- W Snigsworth Park? - pyta pan domu.

- Tak. W Snigsworth - odpowiada Twemlow.

Boots i Brewer dochodzą do wniosku, iż znajomość z kimś takim warto kultywować, a Veneering upewnia ich raz jeszcze, że Twemlow to sprzęt opłacalny. Tymczasem lokaj krąży wokół stołu, jak posępny alchemik, i po każdym pytaniu: "Można służyć chablis?" - zdaje się dorzucać: "Nie chciałbyś, gdybyś wiedział, z czego się to robi".

Wielkie lustro nad kredensem odbija stół i całe towarzystwo. Odbija nowy herb Veneeringów: polerowanego lub lśniącego wielbłąda wykonanego w złocie lub srebrze. Kolegium Heraldyczne wyszukało Veneeringowi praszczura-krzyżowca, który zdobił tarczę wielbłądem (lub mógłby zdobić, gdyby wpadł był na taki pomysł), a zatem karawana wielbłądów strzeże owoców, kwiatów i świec lub przyklęka, by wziąć ładunek soli. W lustrze przegląda się Veneering: śniady czterdziestolatek o falujących włosach, skłonny do otyłości, przebiegły, tajemniczy, nieprzenikniony - można by rzec, średnio przystojny, zawoalowany prorok, który nie prorokuje. Przegląda się pani Veneering: blondynka o jasnych włosach w obfitości mniejszej, niż mogłaby sobie życzyć, zdobna orlim nosem i palcami przypominającymi orle szpony, wspaniała w wieczorowej toalecie i klejnotach, entuzjastyczna, łaskawa, świadoma, że ją również spowija rąbek mężowskiego woalu tajemniczości. Przegląda się Podsnap zajadający suto: po obu stronach łysej głowy dwa małe skrzydełka sztywnych niby drut, jasnych włosów, bardzo podobne do szczotek, paciorki szkarłatnych plam na czole, niżej pokaźny obszar zmiętego kołnierzyka. Przegląda się pani Podsnap: kobieta dobra dla profesora Owena, mnóstwo kości i szyi, nozdrza jak u konia na biegunach, surowe rysy, a na głowie majestatyczny stroik, który Podsnap obwiesił wotami ze złota. Przegląda się Twemlow: szary, zasuszony, układny, wrażliwy na wschodni wiatr, ubrany w kołnierzyk i krawat na modłę Pierwszego Dżentelmena Europy; policzki ma zapadłe, jak gdyby przed laty podjął wielki wysiłek, by zamknąć się w sobie, i osiągnąwszy tyle, nie mógł dokazać więcej. Przegląda się dojrzała młoda dama: kruczoczarne loki i cera dostatecznie jasna, gdy dostatecznie upudrowana, jak to obecnie ma miejsce; dojrzała młoda dama jest najwyraźniej usidlana przez dojrzałego młodego dżentelmena, który ma za dużo nosa na twarzy, za dużo rudej barwy w faworytach, za dużo torsu w kamizelce, za dużo blasków w spinkach, oczach, guzikach, konwersacji, zębach. Przegląda się urocza stara lady Tippins zajmująca miejsce po prawej stronie Veneeringa: ogromna, tępa, bezbarwna, podługowata twarz, żywo przypominająca odbicie ludzkiej twarzy w łyżce stołowej, na czubku głowy farbowany kok stanowiący odpowiednie przejście do gęstwy sztucznych włosów dalej w tyle; lady Tippins z satysfakcją traktuje protekcjonalnie siedzącą naprzeciw niej panią Veneering, która z nie mniejszą satysfakcją daje się protekcjonalnie traktować. Przegląda się jeszcze jeden z najstarszych przyjaciół Veneeringa, jakiś "Mortimer", który nigdy uprzednio nie był w tym domu i, zdaje się, nie ma chęci wrócić tu więcej; z niepocieszoną miną siedzi po lewej stronie pani Veneering, bo został omotany przez lady Tippins (przyjaciółkę z lat chłopięcych) i zmuszony, by przyjść do Veneeringów i mówić, jakkolwiek nie jest usposobiony rozmownie. Przegląda się Eugene, przyjaciel Mortimera, jak gdyby pogrzebany żywcem na oparciu krzesła, za ramieniem dojrzałej młodej damy, przystrojonym naramiennikiem z pudru; z posępną miną szuka ukojenia w pucharze szampana, ilekroć Alchemik raczy puchar napełnić. Wreszcie lustro odbija Bootsa i Brewera oraz drugą parę nadętych Buforów zainstalowanych między resztą towarzystwa a możliwymi nieprzewidzianymi wydarzeniami.

Obiady u Veneeringów bywają doskonałe - inaczej nie przychodziliby tam wciąż nowi ludzie - a więc wszystko idzie składnie. Lady Tippins przeprowadza serię doświadczeń na swoim systemie trawienia, tak skomplikowanych i śmiałych, że gdyby dało się je ogłosić drukiem wraz z wynikami, rodzaj ludzki mógłby odnieść niemałą korzyść. Nieustraszona stara wędrowniczka kosztuje wiktuałów z wszystkich części świata, a gdy po zdobyciu przez nią Bieguna Północnego służba uprząta talerzyki po lodach, z ust lady Tippins padają słowa:

- Veneering, mój drogi...

(Twemlow unosi dłoń do czoła, bo wydaje mu się nagle, iż lady Tippins musi być najstarszą przyjaciółką.)

- Veneering, mój drogi, zapewniam pana, że to najdziwaczniejsza historia! Ale jak ktoś, kto daje ogłoszenie, nie wymagam, abyś mi wierzył na słowo. Przedstawiam odpowiednie referencje. Mortimer to moje referencje. On wie wszystko na ten temat.

Mortimer unosi opadające powieki i lekko rozchyla wargi. Później uśmiecha się mętnie, jak gdyby mówił: "Po co to komu?" - opuszcza znów powieki i zamyka usta.

- Hej, Mortimer! - Lady Tippins uderza drewnianą oprawą złożonego zielonego wachlarza po knykciach swojej lewej ręki (szczególnie bogatej w knykcie). - Stanowczo żądam, abyś powiedział wszystko, co masz do powiedzenia o tym człowieku z Jamajki.

- Słowo honoru, jak żyję, nie słyszałem o żadnym człowieku z Jamajki, prócz jednego, który był czyimś bratem - odpowiada Mortimer.

- No to z Tabago.

- Nie słyszałem też o nikim z Tabago.

- Prócz - dorzuca Eugene tak nieoczekiwanie, że dojrzała młoda dama, która zdążyła zupełnie o nim zapomnieć, usuwa sprzed niego ramię przyozdobione naramiennikiem z pudru - prócz naszego przyjaciela, co długo odżywiał się zapiekanką z ryżu i żelatyną, póki wreszcie na jego to lub owo lekarz nie zalecił czegoś innego i barania noga nie zakończyła jego dni.

Stół ożywił się nieco, gdyż odniósł wrażenie, że Eugene wschodzi. Ale było to złudne wrażenie: Eugene zaszedł znów niebawem.

- Przyznasz chyba, moja kochana - podejmuje lady Tippins zwracając się do pani Veneering - że to zachowanie najnikczemniejsze pod słońcem? Prowadzam swoich amantów, po dwu i trzech na raz pod warunkiem, że będą mi posłuszni i wierni. I co się dzieje? Oto pierwszy amant, szef wszystkich moich niewolników, publicznie zaniedbuje przyjęte zobowiązania! A mój drugi amant, nieokrzesany jeszcze, to prawda, ale, jak liczyłam, dobrze zapowiadający się na przyszłość, udaje, że nie może sobie przypomnieć czegoś, co zna na pamięć! Czemu tak postępują? Aby mnie drażnić, bo wiedzą, że mam do nich słabość!

Makabryczne bajeczki na temat amantów to stały konik lady Tippins. Zawsze znajduje się w jej orszaku paru amantów, ona zaś prowadzi mały ich rejester, wpisuje tam nowego amanta albo wykreśla dawnego, albo przenosi amanta na czarną listę, albo awansuje do wyżyn błękitnej listy, albo sumuje amantów, czy też zajmuje się swoim notatnikiem na inną modłę. Panią Veneering zachwyca ten rodzaj humoru. Zachwyca również Veneeringa. Podobnym wypowiedziom dodają być może pikanterii żółte plamy na szyi lady Tippins, podobne w kolorze do łapek kurczęcia.

- Z miejsca skazuję na banicję fałszywego łotra. Już dziś skreślę go z Kupidonu (tak, moja kochana, nazywam rejestr amantów). Ale stanowczo życzę sobie wysłuchać opowieści o "Człowieku Skądśtam", a ponieważ utraciłam własne wpływy, proszę cię, kochanie - (to do pani Veneering) - abyś wydusiła z niego tę historię. Ach, ty krzywoprzysięzco! - (to do Mortimera, przy wtórze kolejnego trzaśnięcia wachlarzem).

- Wszyscy jesteśmy zainteresowani "Człowiekiem Skądśtam" - wtrąca Veneering.

Wówczas czwórka Buforów ożywia się równocześnie i rozbrzmiewają naraz cztery głosy:

- Głęboko zainteresowani!

- Przejęci!

- Romantyczna historia!

- Może to człowiek znikąd!

Nagle pani Veneering (ujmujące wady lady Tippins są widać zaraźliwe) składa ręce niby napraszające się dziecko, zwraca twarz ku swojemu sąsiadowi z lewej strony i powiada:

- Ja, plosię... Baldzo plosię... Niech będzie o ćlowieku skądśtam.

Wobec czego czwórka Buforów jednocześnie poruszona jakąś zagadkową siłą, woła chórem:

- Dalszy opór niemożliwy!

- To żenujące - zaczyna niemrawo Mortimer - bardzo żenujące, doprawdy, mieć zwrócone na siebie oczy całej Europy. Ale pocieszam się tym, że w tajnikach serca przeklną państwo lady Tippins, gdy wyjdzie na jaw, jak wyjść musi, iż ten "Skądśtam" to okropny nudziarz. Przykro mi, lecz muszę ogołocić go z romantyczności i dać mu określone miejsce zamieszkania. Otóż ma on przybyć z miejscowości, której nazwa wyleciała mi z pamięci, zapewne jednak nasunie się państwu, skoro powiem, że wyrabia się tam wino.

- Day i Martin? - podpowiada Eugene.

- Nie, nie! - przeczy niewzruszony Mortimer. - Ta firma kojarzy się z porto. Mój człowiek ma przybyć z kolonii, skąd pochodzą wina południowoafrykańskie. Słuchaj, stary! Nie chodzi przecież o statystykę, lecz o dziwną historię.

Zazwyczaj tak się dzieje, że przy stole Veneeringów nikt nie zwraca szczególnej uwagi na samych Veneeringów, a ktoś, kto ma coś do powiedzenia, zwraca się do osoby z własnego wyboru.

- Ów człowiek - ciągnie Mortimer spoglądając na Eugene'a - nosi nazwisko Harmon i jest jedynym synem groźnego starego łotra, który zbił pieniądze na śmieciach.

- Spodnie z czerwonego sztruksu i dzwonek? - pyta ponury Eugene.

- A także drabinka i kosz, jeżeli sobie życzysz. W każdym razie, tak czy inaczej dorobił się jako przedsiębiorca wywózki śmieci i mieszkał w norze pośród pagórkowatej okolicy składającej się z samych śmieci. Na własnych niewielkich terenach stary zrzędliwy kutwa działał niby wulkan w zamierzchłych czasach, bo wzniósł własne pasmo wzgórz, których formację geologiczną stanowiły śmiecie. Pył węglowy, odpadki warzyw, kości, różne skorupy, śmiecie segregowane i nie segregowane - krótko mówiąc, wszelkiego autoramentu śmiecie.

W tej chwili Mortimer przypomina sobie przelotnie panią Veneering i pod jej adresem rzuca kilka następnych słów. Później szuka znowu słuchacza, sonduje Twemlowa i nie znalazłszy oddźwięku zwraca się ostatecznie do Buforów, którzy przyjmują go entuzjastycznie.

- Duchowej istocie (sądzę, że to właściwe wyrażenie) tej szacownej osoby szczyt satysfakcji sprawiało wyklinanie najbliższych krewnych i wyrzucanie ich za drzwi. Rzecz naturalna, rozpoczął działalność od ukochanej małżonki i w rezultacie mógł sobie pozwolić swobodnie na identyczne potraktowanie głupich kaprysów córki. Wybrał dziewczynie męża odpowiadającego bez zastrzeżeń własnym, lecz bynajmniej nie jej gustom i rozpoczął kroki, by w charakterze posagu wydzielić sam nie wiem ile, ale jakąś zawrotną ilość śmieci. W tym stadium sprawy biedaczka oznajmiła z całym respektem, iż jest potajemnie zaręczona z bardzo popularnym osobnikiem, któremu powieściopisarze i wierszokleci dają miano Inny, a zatem małżeństwo po rodzicielskiej myśli mogłoby tylko uczynić śmiecie z jej serca i śmiecie z jej życia, czyli na znaczną skalę włączyć ją do ojcowskiej branży. Dostojny starzec zareagował natychmiast i (w mroźną zimową noc, jak powiadają) wyklął dziewczynę i wyrzucił za drzwi.

W tym momencie Alchemik, który nisko widać oszacował anegdotę Mortimera, przydziela Buforom nieco francuskiego wina, a ci, poruszeni znów zagadkową siłą, wlewają je w siebie jednocześnie, robią szczególnie zadowolone miny i wołają chórem na cztery głosy:

- Słuchamy dalej!

- Zasoby pieniężne Innego były, jak to się zawsze dzieje, bardzo ograniczone. Myślę nawet, że nie użyję zbyt mocnego wyrażenia, gdy nazwę go skończonym golcem. Mimo to Inny poślubił pannę, o której mowa i, pokąd nie zmarła, żył z nią w skromnym domku, który miał prawdopodobnie ganek zdobny splotami kapryfolium i wiciokrzewu. W kwestii oficjalnej przyczyny zgonu młodej kobiety odsyłam państwa do urzędu stanu cywilnego dzielnicy, w której był położony ów skromny domek, sądzę jednak, że troski i niepokoje od zarania życia mogły z tym mieć coś wspólnego, chociaż nie zostały uwidocznione na liniowanych kartkach i drukowanych formularzach. Bezsprzecznie tak właśnie być musiało z Innym, którego utrata młodej żony kompletnie załamała i przeżył ją nie więcej niż o jeden rok.

W tonie obojętnego Mortimera coś zdawało się świadczyć, że on, człowiek z dobrego towarzystwa, pozwala sobie na słabość wzruszania się własną opowieścią - naturalnie w granicach, na które w jakichkolwiek warunkach zdobyć się wolno dobremu towarzystwu. Ukrywał to wzruszenie troskliwie, ale odczuwał je chyba. Ponury Eugene również uległ zbliżonym uczuciom, bo zrobił jeszcze bardziej ponurą minę i zawzięcie począł manipulować nożykiem deserowym. Natomiast czarująca lady Tippins oznajmiła, że gdyby Inny wyżył, z pewnością zostałby wpisany na czoło rejestru jej amantów, a dojrzała młoda dama wzruszyła naramiennikami z pudru i roześmiała się z jakiejś poufnej i dla niej tylko przeznaczonej uwagi dojrzałego młodego dżentelmena.

- Obecnie - podejmuje Mortimer - musimy wrócić (jak zwykli mówić powieściopisarze, chociaż czytelnik wolałby, aby nie wracali) do naszego "Skądśtam". Miał czternaście lat i tanim kosztem kształcił się w Brukseli, gdy jego siostra została skazana na wygnanie. Po niejakim czasie dowiedział się o tym, prawdopodobnie od niej, bo matka już nie żyła. Nie wiem, jak się dowiedział. W każdym razie natychmiast zdezerterował ze szkoły i przyjechał do Anglii. Musiał być dzielny i zaradny, by zdobyć się na podróż dysponując tylko kieszonkowym w sumie pięciu sous na tydzień. Ale dotarł tu jakoś i stanąwszy przed ojcem wystąpił śmiało w obronie siostry. Czcigodny rodzic uciekł się do klątwy i wyrzucenia za drzwi, a chłopiec przerażony i wstrząśnięty do głębi, zbiegł, by na świecie szukać lepszego losu, zamustrował na jakiś statek i ostatecznie osiadł gdzieś w stronach, gdzie robią wina południowoafrykańskie. Był drobnym posiadaczem ziemskim czy też farmerem lub plantatorem. Mogą to państwo nazwać, jak się im podoba.

Nagle szuranie nogami daje się słyszeć w hallu i ktoś puka do drzwi jadalni. Alchemik podchodzi do nich, przez chwilę konferuje godnie z kimś niewidocznym i opuszcza pokój udobruchany widać godziwą przyczyną pukania.

- Tak się złożyło, że nasz "Skądśtam" został odnaleziony niedawno, po czternastu latach na obczyźnie.

Jeden Bufor, ku zgorszeniu trzech pozostałych, wyłamuje się nieoczekiwanie i własną odrębność podkreśla pytaniem:

- Jak odnaleziony i dlaczego?

- A prawda! Dziękuję za przypomnienie - odpowiada Mortimer. - Czcigodny rodzic umarł.

Ten sam Bufor ośmielony powodzeniem mówi:

- Kiedy?

- Pewnego dnia. Jakiś rok temu.

- Na co? - pyta gładko ten sam Bufor. Ale napotyka melancholijny przykład rozczarowania, gdyż pozostała trójka spogląda nań lodowato, a nikt inny nie darzy go uwagą.

- Czcigodny rodzic umarł - powtarza Mortimer, który na moment przypomina sobie, że Veneering siedzi u stołu, i po raz pierwszy doń się zwraca.

- Umarł - wtóruje z powagą zaszczycony tak Veneering, krzyżuje ramiona na piersiach i marszczy czoło, by w należytym skupieniu słuchać dalszego ciągu; ale w tej chwili znajduje się znów sam w posępnym świecie.

- Znaleziono jego testament - ciągnie Mortimer chwytając spojrzeniem oko pani Podsnap, bardzo podobne do oka konia na biegunach - datowany rychło po ucieczce syna. Zgodnie z ostatnią wolą zmarłego najniższa kopa w paśmie wzgórz śmieciowych wraz z domkiem stojącym u jej stóp ma przypaść staremu słudze, który jest zarazem jedynym egzekutorem testamentu. Resztę majątku, bardzo pokaźnego majątku, stary zapisał synowi. Nadto polecił, by go pogrzebano z pewnymi dziwacznymi ceremoniami oraz zastosowano środki zapewniające, że nie powróci do życia. Ma się rozumieć, nie będę nudził państwa szczegółami. No i to wszystko, z wyjątkiem...

Nagle urywa się opowieść. Alchemik wraca do jadalni, więc wszyscy spoglądają ku niemu - nie dlatego, by ktokolwiek chciał go oglądać, lecz z racji specyficznego dziwactwa natury ludzkiej, które każe korzystać z każdej sposobności, by popatrzeć gdziekolwiek, byle nie na osobę mówiącą w tej chwili.

- ...z wyjątkiem warunku, iż dziedzictwo syna zależy od jego małżeństwa z dziewczyną, która w dniu sporządzania testamentu miała mniej więcej pięć lat, a obecnie jest panną na wydaniu. Dzięki poszukiwaniom i ogłoszeniom w prasie okazało się, że nasz "Skądśtam" to ów syn, który, niewątpliwie bardzo zdziwiony, jest teraz w drodze do Anglii, gdzie odziedziczy nie lada fortunkę i pojmie żonę.

Pani Podsnap pyta, czy ta młoda osoba jest młodą osobą nie pozbawioną urody i wdzięku? Mortimer nie potrafi na to odpowiedzieć.

Pan Podsnap pyta, co stałoby się z nie lada fortuną, gdyby warunek w kwestii małżeństwa nie został dotrzymany? Mortimer wyjaśnia, że wszystko dostałoby się wówczas wspomnianemu już staremu słudze, z zupełnym pominięciem i wydziedziczeniem syna. Również w przypadku śmierci syna, ów sługa zostałby wyłącznym spadkobiercą.

Pani Veneering udało się właśnie obudzić pochrapującą lady Tippins, której knykcie zręcznie zaatakowała przez stół stosem talerzy i salaterek, gdy całe towarzystwo oprócz samego Mortimera uprzytomniło sobie, iż Alchemik stoi nad Mortimerem z upiorną miną i usiłuje doręczyć mu złożoną ćwiartkę papieru.

Pani Veneering opanowana ciekawością zastyga na moment. Natomiast Mortimer, mimo rozlicznych sztuczek Alchemika, spokojnie pokrzepia się kieliszkiem madery i absolutnie nie dostrzega ewenementu zwracającego powszechną uwagę. Wreszcie lady Tippins, która ma zwyczaj budzić się z drzemki całkiem nieprzytomnie, odzyskuje świadomość miejsca oraz otoczenia i zabiera głos:

- Człowieku bardziej fałszywy niż Don Juan! Czemu nie przyjmujesz listu z rąk Komandora?

Wówczas Alchemik podsuwa złożony arkusik pod nos Mortimera, ten zaś odwraca się i mówi:

- Co to takiego?

Alchemik nachyla się i szepce.

- Kto? - pyta Mortimer.

Alchemik ponownie nachyla się i szepce.

Mortimer patrzy nań i rozwija kartkę. Czyta ją, powtórnie przebiega wzrokiem, odwraca na nie zapisaną stronę, a wreszcie czyta po raz trzeci.

- Wiadomość otrzymałem wyjątkowo na czasie - podejmuje i ze zmienioną twarzą spogląda wokół stołu. - Mamy zakończenie historii o "Człowieku Skądśtam".

- Już się ożenił?

- Nie chce się żenić?

- Pośród śmieci znaleziono kodycyl?

- Nie! - odpowiada Mortimer. - Same pomyłki. Finał jest bardziej ostateczny i dramatyczny, niż sądziłem. "Skądśtam" utonął!

ROZDZIAŁ I

NA ZWIADACH

Za naszych czasów - jednakże w roku, którego określać bliżej nie ma potrzeby - kiedy jesienny dzień chylił się ku zmierzchowi, łódź brudna i o podejrzanym wyglądzie płynęła Tamizą, między żelaznym mostem Southwark Bridge a London Bridge zbudowanym z kamienia. W łodzi znajdowały się dwie osoby: krzepki mężczyzna o szpakowatych włosach w nieładzie i spalonej słońcem twarzy oraz dziewiętnasto- lub dwudziestoletnia śniada dziewczyna, podobna doń wystarczająco, by móc rozpoznać, iż jest jego córką. Dziewczyna posługiwała się swobodnie parą wioseł. Mężczyzna niedbale wsunął za pas dłonie, w których piastował zwisające luźno linki steru, i z uwagą rozglądał się dokoła. Nie miał sieci, powroza z haczykami ni wędki, a zatem nie mógł uchodzić za rybaka; nie był też przewoźnikiem, bo jego łódka, nie malowana i nie ozdobiona napisem, nie miała wyściełanej ławeczki dla pasażera - nie miała żadnego wyposażenia oprócz zardzewiałego bosaka i zwoju sznurów; była mała i wywrotna, nie mogła zatem służyć do przewozu towarów, więc człowiek ów nie trudnił się z pewnością ani transportem rzecznym, ani obsługą zawijających do portu statków. Trudno było odgadnąć, czego wypatruje, lecz bez wątpienia szukał czegoś wzrokiem pożądliwym i pełnym napięcia. Godzinę wcześniej przypływ osiągnął kulminację i przemienił się w odpływ, więc mężczyzna bacznie obserwował bruzdy i wiry rozlanej szeroko, nadciągającej fali, a czółno raz sunęło opornie przeciwko nurtowi, raz umykało przed nim, zależnie od wskazówek, jakich córce udzielał sternik, przy pomocy nieznacznych poruszeń głową. Dziewczyna śledziła jego twarz nie mniej czujnie, niż on śledził powierzchnię Tamizy, ale w czujności jej spojrzeń był wyraz jak gdyby lęku i grozy.

Dziewczyna patrzała ciągle w twarz ojcu, więc odpowiedziała wnet poruszeniami wioseł. Łódka błyskawicznie zmieniła kurs, zadrżała jak gdyby od raptownego szarpnięcia, a mężczyzna wychylił ponad rufę górną połowę ciała.

Lizzie naciągnęła na głowę i twarz kaptur peleryny, którą miała na sobie, i odwróciła się tak, by falbany na przodzie kaptura zwrócić ku ujściu rzeki, czyli w kierunku, w jakim zmierzali. Dotychczas czółno ledwie się posuwało manewrując prawie na miejscu; obecnie brzegi szybko się przesuwały, w tyle pozostawały plamy świateł i cieni pod zapalonymi już latarniami na London Bridge, umykały szeregi statków stojących u nadbrzeży po jednej i drugiej stronie.

Wreszcie mężczyzna wyprostował się na ławce czółna. Ręce i ramiona miał mokre i brudne, więc obmył je wychyliwszy się znów za burtę. W prawej dłoni ściskał coś, co również opłukał w rzece. Były to pieniądze. Nim wsunął je do kieszeni, zabrzęknął raz nimi, chuchnął, popluł - "na szczęście", jak mruknął ochrypłym głosem.

- Lizzie!

Dziewczyna drgnęła znowu, zwróciła wzrok ku ojcu i dalej wiosłowała w milczeniu. Jej twarz była dziwnie blada. Mężczyzna miał haczykowaty nos, co wraz z pałającymi oczyma i szopą skudłaconych włosów upodabniało go do nastroszonego drapieżnego ptaka.

- Zdejmże to z twarzy.

Dziewczyna zsunęła kaptur.

- O tak... No i dawaj wiosła. Ja popracuję trochę.

- Nie! Ach, nie, ojcze! Nie mogę... Naprawdę, ojcze! Nie mogę usiąść tak blisko... tamtego.

Wstał już, chcąc zamienić z córką miejsca, lecz powstrzymał go jej trwożny okrzyk, więc zasiadł znów u steru.

- Co złego może ci tamto zrobić?

- Nic. Nic, ojcze! Ale ja nie mogę...

- Myślę, że nie cierpisz nawet widoku rzeki.

- Ja... rzeczywiście nie lubię rzeki, ojcze.

- Jak gdyby nie ona dawała ci utrzymanie! Jak gdyby nie była dla ciebie pożywieniem i napojem.

Dziewczyna wzdrygnęła się raz jeszcze i na moment przestała wiosłować. Zdawać się mogło, że zasłabnie. Mężczyzna nie zauważył tego, gdyż spoglądał teraz za rufę na coś, co jego łódź holowała.

- Czemu to, Lizzie, jesteś niewdzięczna dla swojej najlepszej przyjaciółki? Ogień, przy którym grzałaś się, kiedy byłaś niemowlęciem, wyławiałem z rzeki, w sąsiedztwie barek węglowych. Woda wyrzuciła na brzeg koszyk, w którym sypiałaś, a ja przerobiłem go później na kolebkę. Wystrugałem bieguny z kloca przyniesionego też przez Tamizę z wraku jakiegoś statku.

Lizzie odjęła prawą dłoń od wiosła, dotknęła ust i przesławszy ojcu tkliwy pocałunek, jęła znowu wiosłować bez słowa. W tym momencie z łódką zrównała się druga, o podobnym wyglądzie, lecz utrzymana nieco schludniej i przez czas niejaki obie sunęły cicho obok siebie.

- Dobrze znów poszło, Rybaku, hę? - Człowiek, który sam siedział przy wiosłach w swoim czółnie, zerknął z ukosa na ojca Lizzie. - Od razu wiedziałem, że poszło dobrze, jak spojrzałem na bruzdę za twoją łódką.

- Aha - odburknął szorstko Rybak. - A ty co? Znów na wodzie?

- Na wodzie, wspólniku.

Rzeka połyskiwała delikatnym, żółtawym odblaskiem księżyca. Nowo przybyły sunął burta w burtę, pozostając o pół czółna w tyle. Ciekawie zerkał za rufę sąsiedniej łodzi.

- Jak tylko się pokazałeś - mówił - zaraz sobie powiedziałem: "Oho! Jest Rybak i znów dobrze mu poszło". Niech zdechnę, jeżeli nie pomyślałem: "Znów dobrze mu poszło!" Nie bój się, wspólniku, nie denerwuj; ja go tam nie tknę wiosłem - dodał, gdy Rybak poruszył się niespokojnie na swoim miejscu przy sterze.

Z tymi słowy nowo przybyły dobył z wody wiosło po stronie sąsiedniej łódki i chwycił ręką jej burtę.

- Wygląda na to, Rybaku - ciągnął - że on dosyć dostał. Więcej mu nie trzeba. Musiał wędrować w tę i nazad z niejednym przypływem i odpływem. Prawda, wspólniku? Pewnie też minął mnie, jak szedł w górę ostatni raz. Byłem na wodzie, o tam, pod mostem. Tak mi się zdaje, wspólniku, że masz w sobie coś z sępa, hę? Jak te ptaszyska potrafisz zwietrzyć padlinę.

Mówił to wszystko przytłumionym głosem i raz po raz spoglądał w stronę Lizzie, która niebawem podniosła kaptur. Mężczyźni umilkli i z obrzydliwym zainteresowaniem jęli gapić się na wodną bruzdę za czółnem Rybaka.

- Między nami zgoda, hę? Mam go wziąć na pokład, wspólniku?

- Nie! - padła odpowiedź tak szorstka, że tamten spojrzał z tępym zdziwieniem na Rybaka, nim odpowiedział:

- Zjadłeś, wspólniku, coś, co ci nie poszło na zdrowie?

- Właśnie! - przyznał Rybak. - Za dużo się nałykałem "wspólników". Nie jestem twoim wspólnikiem.

- Od kiedy to wielmożny pan Rybak Hexam nie jest moim wspólnikiem, hę?

- Od czasu, kiedy ci zarzucono kradzież, obrabowanie żywego człowieka - odparł Hexam z nietajoną pogardą.

- A gdyby mi zarzucono obrabowanie nieżywego człowieka?

- Tego nie mógłby ci nikt zarzucić.

- A tobie?

- Także nie. Czy nieżywemu potrzebne są pieniądze? Czy nieżywy może być właścicielem pieniędzy? Do jakiego świata należy nieżywy człowiek? Do tamtego. Do jakiego świata należą pieniądze? Do tego. Jakże zwłoki mogłyby dysponować pieniędzmi? Jakim cudem mogłyby posiadać pieniądze, chcieć ich, odczuwać brak pieniędzy, dopominać się o pieniądze? Nie udawaj, że nie wiesz, jaka jest różnica między tym, co złe i dobre. Chociaż takie coś w sam raz pasuje do łajdaka, który okradł żywego człowieka.

- Powiem ci, jak to się przedstawia...

- Nic mi nie powiesz. Ja tobie powiem, jak to się przedstawia. Skorzystałeś z okazji i wsunąłeś łapę do kieszeni jednego marynarza: żywego marynarza. Wykręciłeś się i myślisz, żeś strasznie cwany. Niech będzie! Ale po takim zdarzeniu przestań mi wspólnikować. Dawniej pracowaliśmy razem. Teraz nie pracujemy i nigdy nie będziemy pracować. Wynoś się! Odbijaj!

- Rybaku! Jeżeli wyobrażasz sobie, że tak mnie spławisz, to...

- Jeżeli tak cię nie spławię, popróbuję inaczej. Rąbnę podnóżkiem przez palce albo w łeb bosakiem. Odbijaj! A ty, Lizzie, ciągnij do domu! Ciągnij, skoro nie chciałaś puścić do wioseł ojca.

Dziewczyna ruszyła szybko i niebawem drugie czółno zostało daleko za rufą. Ojciec Lizzie rozsiadł się wygodnie. Z miną człowieka zadowolonego z siebie i godnego zapalił fajkę, aby delektując się dymem obserwować to, co miał na holu. "To" jak gdyby opierało się chwilami, kiedy łódź zwalniała, chwilami próbowało odzyskać swobodę, przeważnie jednak sunęło posłusznie za łódką. Nowicjusz mógłby sobie wyobrażać, iż przepływające nad tym fale jak gdyby odzwierciedlają zmiany wyrazu twarzy człowieka niewidomego. Wszelako Rybak nie był nowicjuszem, a wyobraźni nie miał.

ROZDZIAŁ IV

RODZINA R. WILFERA

Reginald Wilfer to imię i nazwisko o dostojnym brzmieniu, od razu przywodzące na myśl tablice pamiątkowe w wiejskich kościółkach, inskrypcje na witrażach, innymi zaś słowy de Wilferów, którzy przybyli do Anglii z Wilhelmem Zdobywcą. Bo z genealogii wynika znamienny fakt, iż żadni de Tacy czy de Owacy nie przybyli nigdy z nikim innym niż Zdobywca.

Atoli rodzina naszego Reginalda Wilfera była nader miernego pochodzenia i stanu. Jego przodkowie od pokoleń pracowali w dokach, akcyzie lub urzędach celnych, sam zaś R. Wilfer był ubogim biuralistą: biuralistą tak ubogim z racji ograniczonej pensji i nieograniczonej rodziny, że nigdy nie zdołał zaspokoić skromnego celu swoich ambicji, aby wystąpić w stroju nowym całkowicie, nie wyłączając nakrycia głowy i obuwia. Zazwyczaj jego czarny kapelusz bywał rudy, nim R. Wilfer mógł pozwolić sobie na nowy surdut; spodnie bielały na szwach i kolanach, nim był w stanie zakupić nową parę butów, buty zdzierały się, nim uciułał na nowe spodnie, kiedy zaś przyszła kolej na kupno cylindra, ów lśniący szczegół garderoby wieńczył z reguły żałosne pamiątki rozmaitych minionych okresów.

Gdyby konwencjonalny cherubinek dorósł i został odziany, można by go sfotografować jako wierną podobiznę Wilfera. Pyzata i okrągła, pełna słodyczy i młodocianej naiwności postać stanowiła przyczynę, dla której, w przypadku gdy nie traktowano Wilfera z góry, odnoszono się doń pobłażliwie. Ktoś obcy, kto o dziesiątej wieczorem przyszedłby do jego skromnej siedziby, mógłby się zdumieć zastawszy go przy kolacji. Jego twarz i figura były tak chłopięce, że dawny nauczyciel szkolny, który natknąłby się nań, dajmy na to w Cheapside, nie zapanowałby prawdopodobnie nad pokusą, by z miejsca przetrzepać mu skórę trzciną. Krótko mówiąc, był to konwencjonalny cherubin według utartych wyobrażeń - poszarzały co nieco, z zatroskaną miną i w sytuacji życiowej nie do pozazdroszczenia.

Przez skromność niechętnie przyznawał się do Reginalda, mniemając, że jest to imię świadczące o przesadnych pretensjach życiowych oraz pewności siebie. Podpisywał się tylko inicjałem "R", a o właściwym znaczeniu tej spółgłoski mówił jedynie najbliższym znajomym, zastrzegając dyskrecję. Z tego powodu przyjął się w okolicy Mincing Lane żartobliwy zwyczaj dorabiania Wilferowi imion z przymiotników oraz imiesłowów rozpoczynających się od litery "R". Niektóre z nich - Rumiany, Różowy, Radosny, Ramolowaty - były mniej lub więcej trafne; sens innych, takich na przykład jak Ryczący, Rozgłośny, Rogaty, Raptus, polegał na braku logicznego zastosowania. Ale największą popularność zyskało przezwisko "Raróg", którym w przypływie natchnienia obdarzył Wilfera pewien jowialny dżentelmen z branży farmaceutycznej; rozpoczynało ono początkową i jedyną strofę chóralnej pieśni biesiadnej z owym jowialnym dżentelmenem w partii solowej:

Raróg, twaróg, hu-ho-ho!

Nuci sobie, bo-wo-wo!

W rezultacie cherubin dostawał nawet oficjalne listy pomniejszej wagi, opatrzone adresem: "Wielmożny Pan Raróg Wilfer", a w odpowiedziach podpisywał się wytrwale: "Z poważaniem R. Wilfer".

Był biuralistą w hurtowni drogeryjnej Chicksey, Veneering i Stobbles. Jego pierwotni pracodawcy Chicksey i Stobbles zostali pochłonięci przez Veneeringa, swojego byłego komiwojażera, który opanowanie najwyższej władzy zasygnalizował znaczną ilością lustrzanych szyb w oknach, przepierzeniami z mahoniu na wysoki połysk oraz zdobiącą drzwi wejściowe przedsiębiorstwa kolosalną i niebywale błyszczącą tablicą z nazwą firmy.

Pewnego wieczora R. Wilfer zamknął swoje biurko i wsunąwszy do kieszeni pęk kluczy - z miną taką, jak gdyby to był dziecinny bąk do zabawy - ruszył w kierunku domu. Dom ów znajdował się w Holloway, dzielnicy położonej w północnej części Londynu i naówczas oddzielonej od miasta polami oraz kępami drzew. Pomiędzy mostem Battle Bridge a miejscem zamieszkania R. Wilfera ciągnął się obszar podmiejskiej Sahary; wypalano tam cegłę i dachówkę, gotowano kości, trzepano dywany, strzelano do królików, wojowano z psami, a przedsiębiorcy wywózki śmieci wznosili swoje hałdy. Na skraju tej pustyni, gdzie światła cegielń rzucały posępne plamy na kłęby mgły, R. Wilfer westchnął i smutno kiwając głową, szepnął do siebie:

- Mój Boże! Jak by to mogło być, gdyby nie było tak, jak jest.

Wygłosiwszy tę zaczerpniętą nie tylko z osobistych doświadczeń maksymę na temat żywota ludzkiego, śpiesznym krokiem jął zmierzać do kresu wędrówki.

Pani Wilfer należała oczywiście do niewiast wysokich i z gruba ciosanych. Jej pan i władca był cherubiniczny, więc naturalnym rzeczy porządkiem i w zgodzie z matrymonialną regułą o wzajemnym przyciąganiu się kontrastów, ona była majestatyczna. Miała obyczaj obwiązywania głowy chustką ściągniętą pod brodą na węzeł. Stroik ten oraz rękawiczki noszone w domu poczytywała za swojego rodzaju pancerz przeciw niepowodzeniom (występowała tak w momentach przygnębienia lub kłopotów), a zarazem w pewnym sensie ubiór galowy. Nic więc dziwnego, że R. Wilfer upadł nieco na duchu, gdy zobaczył uroczyście odzianą małżonkę, która zstąpiła po paru stopniach i ruszyła przez małe podwórko od frontu, aby otworzyć furtkę.

Coś niedobrego stało się z drzwiami domu, gdyż R. Wilfer spojrzał na nie przystanąwszy na schodkach i zawołał:

- Oo! Co to?

- Aha - wyjaśniła pani Wilfer. - Ten człowiek przyszedł osobiście z obcęgami, zdjął szyldzik i zabrał z sobą. Mówił, że nie ma widoków na zapłatę, no i otrzymał zamówienie na szyldzik od innej "Pensji dla Panienek", więc tak (chodzi o grawerowany szyldzik)... lepiej będzie dla wszystkich stron zainteresowanych.

- Może i lepiej, kochanie. Jak myślisz?

- Ty tutaj rządzisz, R.W. - odrzekła małżonka. - Jest tak, R. W., jak myślisz ty, nie ja. Może nawet byłoby najlepiej, gdyby ten człowiek zabrał również drzwi.

- Kochanie, nie poradzilibyśmy sobie bez drzwi.

- Czyżby?

- Ma się rozumieć, kochanie. Jak?

- Jest tak, R.W., jak ty myślisz, nie ja.

Z takimi pełnymi uległości słowy wierna małżonka poprzedzając pana domu zeszła po kilku schodkach do położonego w półsuterenie od frontu pokoju - na poły kuchni, na poły bawialni - gdzie mniej więcej dziewiętnastoletnia dziewczyna, wyjątkowo zgrabna i urodziwa, lecz o krnąbrnym i raczej niesfornym wyrazie zarówno twarzy, jak ramion (u jej płci i w jej wieku te ostatnie bywają szczególnie wyraziste) grała w warcaby z młodszą od siebie panienką, ostatnią latoroślą rodu Wilferów. Aby nie przeciążyć tej strony drobiazgowymi wiadomościami o innych Wilferach, wystarczy potraktować ich hurtowo i napomknąć, że byli liczni i w rozmaitym charakterze "znajdowali się na szerokim świecie", jak brzmi potoczne powiedzonko. Byli tak liczni, że gdy które z przywiązanych dziatek przyjeżdżało w odwiedziny, R. Wilfer zdawał się przeprowadzać w myśli krótkie obliczenie arytmetyczne i mówić do siebie: "Aha! Jest jedno z nich", nim przemówił na głos: "Jak się miewasz, John", lub "Jak się miewasz, Susan" - zależnie od osoby miłego gościa.

- No i co, szczebiotki? Jak się dzisiaj miewacie? - powitał R. W. córki i zwrócił się do żony, która zdążyła już zasiąść w skromnym kąciku i skrzyżować rękawiczki na kolanach. - Myślałem właśnie, kochanie, że wynajęliśmy tak korzystnie piętro, a zatem nie mielibyśmy miejsca do nauczania pensjonarek, gdyby nawet pensjonarki...

- Mleczarz powiedział o dwu panienkach z najlepszego towarzystwa, które poszukują odpowiedniego zakładu, i wziął naszą kartę - przerwała pani Wilfer tak surowo i monotonnie, jak gdyby odczytywała na głos uchwałę parlamentarną. - Powiedz ojcu, Bello, że stało się to w zeszły poniedziałek.

- Ależ, mamusiu, więcej nie słyszałyśmy nic na ten temat - odparła Bella, starsza z dziewcząt.

- A na dobitkę, kochanie - podjął małżonek - jeżeli nie masz miejsca, by ulokować dwie młode osoby...

- Za pozwoleniem - przerwała znowu pani Wilfer - to nie młode osoby. Panienki z najlepszego towarzystwa. Powiedz ojcu, Bello, że tak właśnie wyraził się mleczarz.

- Kochanie, przecież to wszystko jedno.

- Nie wszystko jedno - zaoponowała pani Wilfer z tą samą godną monotonią. - Bardzo przepraszam.

- Chciałem nadmienić, kochanie, że to wszystko jedno pod względem miejsca. Pod względem miejsca. Skoro brak ci miejsca, by ulokować dwie młode istoty, w których doskonałą pozycję towarzyską nie wątpię zgoła, gdzie ulokowałabyś te dwie młode istoty? Nie posunę się dalej, a swoją opinię opieram jedynie - ciągnął R. W. pojednawczo zarazem, przymilnie i przekonywająco - słusznie, jak z pewnością przyznasz, kochanie, na zasadach miłości bliźniego.

- Więcej nie mam nic do powiedzenia - odparła pani Wilfer z potulnym gestem rękawiczek. - Jest, R.W., tak, jak myślisz ty, nie ja.

W tej chwili rozdrażnienie panny Belli i utrata trzech pionków naraz - tym gorsza, że uwieńczona zyskaniem przez przeciwniczkę królowej - skłoniły ową młodą damę do zrzucenia ze stołu tablicy i pionków, które jej młodsza siostra zaczęła zbierać na klęczkach.

- Biedna Bella! - westchnęła pani Wilfer.

- I biedna Lawinia. Jak sądzisz, kochanie?

- Za pozwoleniem, nie! - odpaliła małżonka.

Szanowna ta matrona posiadała zadziwiający dar łagodzenia własnych trosk i złych humorów posługując się wynoszeniem pod niebiosy swojej rodziny. W danym przypadku zastosowała wspomnianą metodę w sposób następujący:

- Nie, R. W.! - ciągnęła - Lawinia nie zaznała bolesnych doświadczeń, jakie dotknęły Bellę. Próba, na którą została wystawiona twoja córka Bella, jest, że się tak wyrażę, bez precedensu, a Bella znosi ją co najmniej godnie. Spójrz na swoją córkę Bellę, jedyną z całej rodziny ubraną w czerń, wspomnij, w jakiej sytuacji tę czerń oblekła, uprzytomnij sobie, jak twoja córka Bella zachowuje się w tej sytuacji, a wtedy złóż głowę na poduszkę i powiedz: "Biedna Lawinia!"

Panna Lawinia - nadal w klęczącej pozie - zabrała głos mówiąc, że nie chce, aby ojczulek czy też ktokolwiek inny mówił o niej "biedna".

- Z pewnością nie chcesz, dziecino - podchwyciła matka - bo masz szlachetną, odważną duszę. Twoja siostra Cecylia ma też szlachetną, odważną duszę na inny sposób: duszę pełną czystego oddania, przepiękną duszę! Samopoświęcenie Cecylii świadczy o subtelnym, prawdziwie niewieścim charakterze, który rzadko napotyka charakter równy mu, a nigdy lepszy. Mam w tej chwili w kieszeni list twojej siostry Cecylii, który nadszedł dziś z rana, ledwie w trzy miesiące po ślubie nieszczęśliwego dziecka. Donosi ona, że jej mąż musi przyjąć pod dach swoją zrujnowaną ciotkę, a dalej pisze wzruszająco: "Ale będę mu wierna, mamusiu! Nie opuszczę go, nie zapomnę, nie wolno mi zapomnieć, że jest moim mężem. Niech ta ciotka przybywa!" Czy to nie wspaniałe? Czy nie dowodzi prawdziwie kobiecego serca? - Zacna dama wykonała rękawiczkami nieokreślony gest, jak gdyby chciała dodać, że niepodobna rzec więcej na ten temat, a następnie zacisnęła mocniej węzeł pod brodą.

Bella, która siedziała teraz na dywanie przed kominkiem i grzejąc się nie odrywała piwnych oczu od płomieni, a w ustach trzymała pukiel swoich ciemnych włosów, najprzód parsknęła śmiechem, później westchnęła ciężko i przemówiła niemal przez łzy:

- Ty mi nie współczujesz, ojczulku, ale z pewnością trudno znaleźć pod słońcem dziewczynę bardziej niż ja nieszczęśliwą. Wiesz, jacy biedni jesteśmy. - (Zapewne wiedział o tym, musiał zresztą wiedzieć z najoczywistszych względów.) - Wiesz, że błysnęła mi wizja bogactwa, aby rozpłynąć się wkrótce. Wiesz, czemu noszę tę komiczną żałobę, której tak nienawidzę, dlaczego jestem rzekomą wdową, chociaż nigdy nie byłam zamężna. Nie współczujesz mi, ojczulku... Ależ tak! Współczujesz! Współczujesz!

Nagłą zmianę tonu spowodowała mina R.W., którego dziewczyna ściągnęła z krzesła, a gdy znalazł się w pozie bardzo sprzyjającej uduszeniu, obdarzyła całusem i pogłaskała po obu policzkach.

- Powinieneś mi współczuć, ojczulku, prawda?

- Tak. Powinienem, moja droga, i współczuję.

- Słusznie, ojczulku, słusznie. Czułabym się lepiej, gdyby zostawili mnie w spokoju i nic nie powiedzieli. Ale ten wstrętny pan Lightwood uważał za swój obowiązek, jak pisał, zawiadomić mnie, na co się zanosi, no i musiałam przepędzić George'a Sampsona.

- Nigdy nie dbałaś o George'a Sampsona - powiedziała Lawinia prostując się z ostatnim uratowanym pionkiem w palcach.

- A czy mówię, że dbałam, moja panno? - odparła Bella i przygryzając znowu pukiel włosów, westchnęła po raz wtóry. - George Sampson był bardzo przywiązany, wielbił mnie i cierpliwie znosił wszystko, co z nim wyprawiałam.

- Traktowałaś go okropnie - wtrąciła znowu młodsza siostra.

- A czy mówię, moja panno, że go tak nie traktowałam? Nie myślę sentymentalizować na temat George'a Sampsona. Powiadam tylko, że George Sampson to w każdym razie coś lepszego niż nic.

- Nawet tego nie dawałaś mu odczuć - zaatakowała jeszcze raz Lawinia.

- Smarkata jesteś i głupia - obruszyła się Bella. - Inaczej nie plotłabyś podobnych bredni. Jak, twoim zdaniem, miałam się zachować? Poczekaj, aż dorośniesz, a na razie nie mów o sprawach, których nie rozumiesz. - Rozprawiwszy się z młodszą siostrą, zaczęła znowu biadać i popłakiwać, raz przygryzając pukiel włosów, raz wyjmując go z ust, jak gdyby dla sprawdzenia, ile zostało odgryzione. - Okropna historia! Jak świat światem nie zdarzyła się chyba gorsza! I mniej martwiłoby mnie, gdyby nie była tak śmieszna. Ktoś zupełnie nieznajomy miał przyjechać i, czy zechce, czy nie zechce, ożenić się ze mną. Już to samo było wystarczająco śmieszne, nie mówiąc nawet o pierwszym spotkaniu i o tym, że nigdy, nigdy, ani jedno z nas, ani drugie, nie mogłoby udawać, że w grę wchodzi małżeństwo z miłości. Śmieszny był fakt, że za nic nie mogłabym pokochać tamtego człowieka. Jakim cudem? Przecież byłam mu zapisana w testamencie, niby tuzin łyżek, a cała sprawa została z góry przygotowana składnie i schludnie, jak gdyby ktoś pokrajał i ususzył skórkę pomarańczową. Co tu w takich warunkach mówić o pomarańczowym kwiecie! Wstyd i śmiech, doprawdy! Ale komiczną na wiele sposobów sytuację ułatwiłyby pieniądze. Bo ja kocham pieniądze i pragnę ich, pragnę gorąco. Nie znoszę biedy, a my jesteśmy poniżająco biedni, obrzydliwie biedni, haniebnie, nieprzyzwoicie. No i co? Została mi cała żenująca sytuacja, a na domiar złego ten komiczny ubiór! Jestem pewna, że gdyby ludzie znali całą prawdę, w czasie gdy miasto trzęsło się od pogłosek na temat zabójstwa Harmona i mówiło o prawdopodobieństwie samobójstwa, rozmaici bezwstydni nicponie żartowaliby w klubach i podobnych miejscach, mówiąc, że tamten biedak wolał grób w wodzie niż mnie. Być może nawet kursowały podobne dowcipy, bardzo być może! Nie dziwiłabym się wcale. Tak czy inaczej to okropna historia, a ja jestem najnieszczęśliwsza pod słońcem! Wyobrazić sobie tylko, że jestem rzekomą wdową, która nigdy nie była zamężna! Wyobrazić sobie tylko, że zostałam równie biedna, jak dawniej, a na domiar złego noszę żałobę po kimś, kogo wcale nie znałam i z pewnością nie cierpiałabym, gdybym znała.

Lament młodej damy przerwało w tym miejscu co najmniej drugie lub trzecie pukanie do drzwi, uprzednio nie dosłyszane.

- Kto tam? - przemówiła pani Wilfer w tonie odczytywania uchwały parlamentarnej. - Entrez!

Do pokoju wkroczył dżentelmen, więc panna Bella krzyknęła krótko i piskliwie, poderwała się z dywanu przed kominkiem i włosy uporządkowała, jak należy, z tyłu głowy.

- Służąca otwierała właśnie drzwi, kiedy nadszedłem. Skierowała mnie tutaj i powiedziała, że jestem oczekiwany. Przepraszam, bo należało, zdaje się, poprosić, aby mnie zaanonsowała.

- Ależ bynajmniej - odparła pani Wilfer. - Bynajmniej. To są dwie z moich córek. R.W., ten pan wynajął piętro w twoim domu i był łaskaw zapowiedzieć się na dzisiejszy wieczór, kiedy ciebie można zastać.

Dżentelmen ciemnowłosy i śniady. Twarz wyrazista, można rzec przystojna. Bardzo złe maniery. Był w najwyższym stopniu zmieszany, zbity z tropu, nieufny, zakłopotany. Przez czas krótki spoglądał na Bellę, aby następnie utkwić wzrok w podłodze, przemawiając do pana domu:

- Pokoje odpowiadają mi w zupełności, a także ich cena i dzielnica, w której się znajdują. Wobec tego, proszę pana, sądzę, że sprawę między nami zakończy krótka umowa, powiedziałbym raczej notatka, i oczywiście zapłata komornego? Chciałbym bez zwłoki sprowadzić swoje meble.

W trakcie tej krótkiej przemowy Cherubin parokrotnie czynił okrągłe gesty, wskazując krzesło. Ostatecznie młody dżentelmen zasiadł na tym sprzęcie i jedną niepewną rękę wsparł o róg stołu, drugą uniósł i rondem kapelusza przesłonił usta.

- Ten pan, R.W. - zabrała głos pani Wilfer - życzyłby sobie nająć apartament kwartalnie. Z jednej i drugiej strony obowiązywałoby w takim razie trzymiesięczne wypowiedzenie.

- Czy wolno zapytać szanownego pana o rodzaj referencji? - powiedział przyszły gospodarz, przekonany, iż jest to sprawa oczywista.

- Wydaje mi się - odparł młody dżentelmen po krótkiej pauzie - że referencje nie są konieczne, a, prawdę mówiąc, byłoby dla mnie kłopotliwe, ponieważ nie mam znajomych w Londynie. Ja nie proszę pana o referencje, może więc pan zechce nie wymagać ich ode mnie. Będzie to sprawiedliwe dla obydwu stron. W gruncie rzeczy ja okażę więcej zaufania, bo wpłacę z góry tyle, ile pan zażąda, no i zamierzam powierzyć panu swoje ruchomości, które gdyby pan znalazł się... to oczywiście rozważania czysto hipotetyczne... w trudnych warunkach materialnych...

Sumienie kazało zarumienić się Cherubinowi, więc pani Wilfer, która, jak zwykle, zasiadała z godnością w skromnym kąciku, pośpieszyła na odsiecz, mówiąc tonem głębokiego przekonania:

- Rzecz zrozumiała!

- ...mógłbym utracić - dokończył przyszły lokator.

- Cóż - przyznał z pogodą R. Wilfer - gotowizna i majątek ruchomy to ostatecznie najlepsze referencje.

- Najlepsze, ojczulku? Tak sądzisz? - zapytała z cicha panna Bella, nie obejrzawszy się nawet przez ramię i nadal grzejąc stopę przy kominku.

- Jedne z najlepszych, moje dziecko.

- A moim zdaniem nietrudno byłoby je uzupełnić w sposób ogólnie przyjęty - odparła Bella i potrząsnęła lokami.

Młody dżentelmen wysłuchał jej z pełnym skupienia wyrazem twarzy, ale nie podniósł wzroku ani nie zmienił pozy. Później siedział bez słowa i ruchu do momentu, kiedy R. Wilfer przyjął proponowane warunki i, aby dobić targu, rozłożył na stole przybory do pisania. Cisza trwała nadal; przyszły gospodarz pisał, przyszły lokator obserwował tę czynność.

R.W. przy pracy wyglądał niby cherubin - skryba z obrazu pędzla (wątpliwego, jak się potocznie mówi, czyli w istocie rzeczy nie nastręczającego żadnych wątpliwości) jakiegoś dawnego mistrza. Wreszcie dokument został sporządzony w dwu jednobrzmiących egzemplarzach i podpisany w obecności panny Belli, pełnego lekceważenia świadka, przez układające się strony: R. Wilfera oraz pana Johna Rokesmitha.

Gdy przyszła kolej na podpis Belli, pan Rokesmish, który stał teraz, jak uprzednio siedział, niepewną ręką wsparty o brzeg stołu, przyglądał się dziewczynie ukradkiem, lecz bystro. Objął wzrokiem wdzięczną postać pochyloną nad dokumentem i pytającą: "Gdzie podpisać, ojczulku? Tutaj? W tym rogu?" Objął wzrokiem piękne ciemne włosy, ocieniające zalotną twarzyczkę. Objął wzrokiem zamaszysty podpis - tak śmiały, jak gdyby nie kobiecy zgoła. Później dziewczyna i młody człowiek spojrzeli na siebie wzajemnie.

- Jestem pani szczerze obowiązany.

- Obowiązany? Czemu?

- Tyle miała pani przeze mnie kłopotu.

- Ze złożeniem podpisu? A, tak... Ale ostatecznie jestem córką pańskiego gospodarza, proszę pana.

Pan Rokesmith mógł już tylko zapłacić zgodnie z umową osiem suwerenów, umowę schować do kieszeni i odejść, co też zrobił możliwie najnieporadniej, i został odprowadzony do furtki przez pana domu. Kiedy R. W. z lichtarzem w ręku wrócił na łono rodziny, zastał to łono wezbrane nie lada wzburzeniem.

- Ojczulku! - zawołała Bella. - Przyjęliśmy na lokatora mordercę.

- Albo rozbójnika, ojczulku - dorzuciła Lawinia.

- Za nic nikomu w twarz nie spojrzy - podjęła Bella. - Jak żyję, nie widziałam podobnego typka!

- Moje kochane - odparł ojciec - to po prostu dżentelmen nieśmiały, szczególnie, że się tak wyrażę, wobec panienek w waszym wieku.

- Nonsens! - wybuchnęła starsza siostra. - Co nasz wiek go obchodzi?

- I to jaki wiek? - zapytała młodsza. - Przecież nie jesteśmy w jednym wieku.

- Nie wtrącaj się, Lavvy! - skarciła ją Bella. - Poczekaj, aż będziesz w wieku stosownym do zadawania takich pytań! A ty, ojczulku, zapamiętaj moje słowa. Między mną a panem Rokesmithem objawiła się instynktowna antypatia i głęboka nieufność. Zobaczysz, że wyniknie stąd coś złego!

- Kochanie i moje panienki! - odrzekł spokojnie cherubiniczny ojciec rodziny. - Między mną a panem Rokesmithem objawiło się osiem suwerenów, myślę więc, że wyniknie stąd coś dobrego na kolację, jeżeli szybko uzgodnimy sprawę jadłospisu.

Był to gładki i przyjemny zwrot rozmowy, bo wystawne posiłki rzadko trafiały się w gospodarstwie domowym Wilferów, a kształtne i ozdobione dołeczkami ramiona panny Belli nieraz komentowały regularne pojawianie się o dziesiątej wieczorem tego samego wciąż sera holenderskiego. Zdawać się mogło, że nawet skromny "Holender" jest świadomy własnego braku urozmaicenia, gdyż na familijny stół przybywał zazwyczaj zroszony potem zażenowania. Po zwięzłej dyskusji na temat zalet sznycli cielęcych, nerkówki i homara zapadła decyzja na korzyść sznycli cielęcych. Pani Wilfer uroczyście rozdziała się z chustki oraz rękawiczek, co stanowić miało ofiarny wstęp do przysposobienia patelni, a R. W. we własnej osobie udał się po zakup wiktuałów. Niebawem wrócił niosąc owe wiktuały w świeżym liściu kapuścianym, gdzie plaster szynki czule obejmował cielęcinę. Wkrótce z patelni na ogniu jęły dochodzić melodyjne syczenia i jak gdyby przygrywać wesołym odblaskiem tańczącym w przytulnych salonach dwu pełnych butelek, które dekorowały stół.

Lavvy rozpostarła obrus. Bella uznawana bez zastrzeżeń ozdoba rodziny - siedziała w najwygodniejszym fotelu i zatrudniała obie ręce przy układaniu włosów w dodatkowe fale, a od czasu do czasu rzucała krótkie wskazówki tyczące kolacji:

- Mocno wysmażony, mamusiu.

- Postaw prosto solniczkę, moja panno! Nie bądźże małą flądrą!

W tym czasie ojciec rodziny oczekiwał kolacji siedząc między nożem a widelcem i pobrzękując w kieszeni pieniędzmi pana Rokesmitha. Wreszcie napomknął, że sześć z ośmiu suwerenów przyszło akurat w porę dla właściciela domu, i ułożył je w stosik na białym obrusie, by dobrze się im przypatrzeć.

- Nie cierpię właściciela domu! - rzuciła Bella, ale spostrzegłszy żałosny wyraz twarzy R. W., usiadła obok niego przy stole i trzonkiem widelca jęła czochrać mu włosy.

Do obyczajów rozpieszczonej panienki należało czesanie rodziny - dlatego być może, że sama miała włosy wyjątkowo ładne i poświęcała im niemało starań i czasu.

- Powinieneś mieć własny dom, biedny ojczulku. Zasługujesz na to.

- Tak samo, moje dziecko, jak każdy inny.

- Mnie zależy bardziej, żebyś dom miał ty jeden, nie każdy inny - powiedziała Bella i ująwszy podbródek ojca, sczesała na jedną stronę jego lniane włosy. - No i żal mi pieniędzy oddawanych potworowi, który tyle z nas ciągnie, chociaż brak nam wszystkiego... Wszystkiego! A jeżeli powiesz... bo wiem, że powiesz, ojczulku: "Ani to rozsądne, Bella, ani uczciwe", odpalę: "Być może, ojczulku, bardzo być może, lecz tak się przedstawia jeden ze skutków ubóstwa i nienawiści, mojej zawziętej nienawiści, do ubóstwa". Teraz, ojczulku, wyglądasz ślicznie. Czemu zawsze nie nosisz takiej fryzury? No i mamy sznycelki! Jeżeli mój jest niedostatecznie wysmażony, wróci, mamusiu, na patelnię, żeby był, jak należy.

Jednakże sznycel okazał się wysmażony dostatecznie, nawet na gust Belli, toteż młoda dama zajęła się łaskawie najprzód nim, a następnie parą współzawodniczących butelek, z których jedna zawierała rum, druga mocne szkockie piwo. Przy życzliwej pomocy wrzątku i cytrynowej skórki zapach rumu wypełnił pokój, a w okolicy huczącego ognia koncentrował się tak, że wiatr wędrujący nad dachem domu unosił niewątpliwie smugi doskonałej woni, pobrzęczawszy wprzód nad kominem niby ogromna pszczoła.

- Przyznasz, ojczulku - zaczęła Bella, sącząc z wolna pachnący kordiał i grzejąc stopę przed kominkiem - że stary pan Harmon zrobił ze mnie (o nim nic nie powiem, bo nie żyje) fenomenalną idiotkę... Czemu tak postąpił, jak sądzisz?

- Niepodobna odgadnąć, moje dziecko. Od czasu kiedy jego ostatnia wola została ujawniona, mówiłem ci niezliczoną ilość razy, że wątpię, czy zamieniłem z nim bodaj sto słów. Jeżeli dla kaprysu chciał nas zadziwić, to kaprysowi uczynił zadość, bo z pewnością byliśmy zdumieni.

- A kiedy po raz pierwszy mnie zauważył, tupałam i wrzeszczałam. Prawda, ojczulku? - podjęła Bella, kontemplując wyżej wspomnianą stopę.

- Tupałaś, moje dziecko, maleńkimi nóżkami i wrzeszczałaś cienkim głosikiem, i okładałaś mnie czapeczką, którą specjalnie w tym celu zdarłaś z główki - odparł R. W. takim tonem, jak gdyby miłe wspomnienia potęgowały smak rumu - ponieważ nie chciałem pójść drogą dokładnie taką, jaka odpowiadała tobie. Wtedy starszy pan, który siedział na pobliskiej ławce, odezwał się w te słowa: "Sympatyczna dziewuszka, bardzo sympatyczna. I dobrze zapowiada się na przyszłość". Taka też byłaś, kochana Bello.

- No i zapytał, jak mi na imię. Prawda, ojczulku?

- Aha. Zapytał, jak ci na imię, a także o moje nazwisko i, kiedy w następną niedzielę z rana szliśmy na spacer tą samą drogą, widzieliśmy go powtórnie. Tak się skończyło wszystko, moje dziecko.

Skończył się również rum z wodą i skórką cytrynową, a w każdym razie R. W. wypił swoją porcję, co zasygnalizował delikatnie, bo przechylił w tył głowę i próżną szklankę ustawił dnem do góry na czubku nosa i górnej wardze. Pani Wilfer winna zapewne zdobyć się na miłosierny uczynek i zaproponować dolewkę, lecz nie zrobiła tego i zakomenderowała krótko:

- Pora do łóżka!

Wobec tego butelki odstawiono na bok i rodzina udała się na spoczynek - pani Wilfer pod eskortą cherubina, niczym surowa święta z malowidła lub też matrona potraktowana alegorycznie.

- Jutro o tej porze - powiedziała Lawinia, gdy siostry znalazły się same w swoim pokoju - zamieszka tu pan Rokesmith, a my będziemy czekać, kiedy poderżnie nam gardła.

- Mimo to - odparła Bella - mogłabyś nie stać między mną a świecą. To jeszcze jeden skutek ubóstwa! Żeby dziewczyna o takich włosach musiała czesać się w kilku calach lustra i przy jednej marnej świeczce!

- Na te włosy, Bello, złapałaś George'a Sampsona, chociaż nie miałaś odpowiednich przyborów do ich czesania.

- Ty nieznośna smarkulo! Na włosy złapałam George'a Sampsona! Nie opowiadaj o łapaniu mężczyzn, moja panno, póki sama nie dorośniesz do, jak się wyraziłaś, łapania.

- Może już dorosłam - burknęła Lawinia i gniewnie potrząsnęła głową.

- Co takiego? - zapytała szorstko Bella. - Co takiego, moja panno?

Młodsza siostra nie powtórzyła wypowiedzianego zdania ani też nie udzieliła wyjaśnień, więc starsza zajęła się układaniem włosów i monologiem na temat czarnych stron ubóstwa, kiedy to człowiek nie ma co na siebie włożyć, nie ma w czym wyjść na miasto, zamiast wygodnej toaletki zadowala się obskurną skrzynką i musi brać do domu podejrzanych lokatorów. Ostatnią niedogodność zaakcentowała szczególnie mocno, a bez wątpienia zaakcentowałaby mocniej, gdyby wiedziała, że pan Juliusz Handford ma bliźniaczego brata w osobie pana Johna Rokesmitha.