ROZDZIAŁ V
ALTANKA BOFFINA
Przed pewnym londyńskim domem - narożnym domem niedaleko placu Cavendish Square - od paru lat siadywał mężczyzna z drewnianą nogą, który w czasie chłodów zwykł trzymać w koszu drugą nogę. Mężczyzna ów zarabiał na utrzymanie w sposób następujący: Każdego dnia, o ósmej z rana, kuśtykał do swojego narożnego domu, dźwigając krzesło, stojak do wieszania odzieży, dwa krzyżaki, deskę, koszyk oraz parasol - wszystko związane razem. Po odpowiednim rozmieszczeniu deska i krzyżaki tworzyły ladę, koszyk dostarczał nieco słodyczy i owoców na sprzedaż, następnie zaś służył do grzania nogi, rozstawiony stojak zmieniał się w parawan oraz wystawę doborowej kolekcji półpensowych ballad, a ustawione na jego tle krzesło stanowiło do końca dnia posterunek mężczyzny z drewnianą nogą - posterunek umocniony dzięki kontaktowi oparcia krzesła ze słupem latarni ulicznej. Podczas deszczu mężczyzna rozpościerał parasol nad zapasem towarów, nie nad sobą, a przy pięknej pogodzie zwijał go, obwiązywał szpagatem i ukosem kładł między krzyżakami, gdzie wyglądał niby sztucznie pędzona i zmięta sałata głowiasta, która na rozmiarach zyskała tyle, ile utraciła na kolorze i świeżości.
Mężczyzna z drewnianą nogą opanował swój narożnik prawem niedostrzegalnego zasiedzenia. Nigdy nie przesuwał się o cal bodaj i co dzień siadywał tak, jak po raz pierwszy zasiadł pod boczną ścianą narożnego domu. Zimą był to narożnik smagany wyjącym wiatrem, w lecie zasypany kurzem, a nieprzyjemny przy najpiękniejszej porze. Jeżeli nawet na głównej ulicy panował spokój, tam wirowały strzępki papieru i źdźbła słomy, a beczka woziwody, skręcając w tym miejscu, zataczała się zawsze i podskakiwała, niby pijana lub krótkowzroczna, i pozostawiała za sobą błoto, jakkolwiek wszędzie dokoła było czysto i sucho.
Po przedniej stronie kramu wisiał, niby kociołek nad żarem, niewielki anons zredagowany przez mężczyznę z drewnianą nogą i własnoręcznie przezeń wypisany.
Posyłki zała
Twia sumien
Nie dla szanowne
Go państwa uniż
Ony sługa
Z szacunkiem
Silas Wegg.
Z biegiem czasu Silas Wegg wmówił sobie, że etatowo pełni funkcje gońca w narożnym domu, chociaż zlecenia stamtąd otrzymywał nie więcej niż kilka razy na rok i to od kogoś ze służby. Ale nie na tym koniec. Uwierzył również, że przynależy do grona domowników, wobec czego ma wobec domu obowiązki i winien interesować się lojalnie i wiernie jego sprawami. Z tej racji mawiał zawsze "Nasz dom" i chociaż jego sprawy znał jedynie z wyobraźni i najzupełniej błędnie, rad był uchodzić za zaufanego sługę. Konsekwentnie dotykał kapelusza, ilekroć w oknach zobaczył kogoś z mieszkańców, o których wiedział tak niewiele, że z uporem nazywał ich według własnego pomysłu: "Panna Elizabeth", "Panicz George", "Ciocia Jane", "Wujaszek Parker", do czego nie upoważniało go oczywiście nic prócz fantazji.
Nad samym domem sprawował taką samą urojoną władzę, jak nad domownikami i nurtem ich życia. Nie był w nim nigdy i najczęściej kontemplował tylko czarną, spasioną rurę wodociągową, która wlokła się przez podwórko i w sąsiedztwie kuchennych drzwi niknęła w wilgotnym, kamiennym korytarzu, przypominając pijawkę, co "przystała" doskonale. Jednakże okoliczność ta nie przeszkadzała bynajmniej straganiarzowi w urządzaniu "Naszego domu" wedle własnego planu. Był to duży, obdrapany budynek z wieloma ślepymi oknami i ciemnymi pomieszczeniami od strony kuchennego podwórka, toteż rozlokowanie wnętrza zgodnie z zewnętrznym wyglądem pochłonęło niemało trudów i wysiłku umysłowego. Ale gdy raz dokonał dzieła, był kontent i nie wątpił, że z zawiązanymi oczami znalazłby drogę wszędzie - od okratowanych facjatek na wysokim dachu do dwu żelaznych gasideł przed paradnymi drzwiami, które zdawały się zachęcać wszystkich miłych gości, aby zechcieli odejść, nim zdążą próg przestąpić.
Niewątpliwie stragan Silasa Wegga był najnędzniejszy pośród nędznych, małych straganów w całym Londynie i wystawiał na sprzedaż najlichsze towary. Usta cierpły na widok jego jabłek, żołądek wzdrygał się na widok jego pomarańcz, zęby bolały na widok jego orzechów. Te ostatnie tworzyły zazwyczaj niewielki, żałosny stosik uwieńczony drewnianą miarką bez widocznego wnętrza, która rzekomo reprezentowała wartość jednego pensa, określoną zgodnie z Wielką Kartą Wolności. Zapewne skutkiem nadmiaru wschodnich wiatrów (narożnik ów zwracał się ku wschodowi) stragan i towary były suche niczym pustynia, nie inaczej niż ich opiekun. Wegg - mężczyzna sękaty i z gruba ciosany - twarz miał wyrazistą nie bardziej niż kołatka strażnika nocnego. Kiedy się śmiał, następowały raptowne skurcze i zaczynał się klekot. Prawdę mówiąc, sprawiał wrażenie człowieka tak drewnianego, iż obdarzony wyobraźnią obserwator mógłby sądzić, że Silas Wegg uzyskał drewnianą nogę w sposób naturalny, a jeżeli jego normalny rozwój nie ulegnie zahamowaniu, przed upływem, dajmy na to; pół roku, będzie posiadał kompletną parę kończyn z drewna.
Pan Wegg był spostrzegawczy, czy też, jak sam się wyrażał, "miał wzrok bystry do obserwacji". Siedząc na krześle wspartym o słup latarni, każdego dnia pozdrawiał swoich stałych przechodniów i szczycił się umiejętnym stopniowaniem tych pozdrowień. Na przykład ukłon, jakim witał duchownego, stanowił połączenie laickiego uszanowania z subtelnym cieniem jak gdyby modlitewnej medytacji. Pana doktora obdarzał ukłonem bardziej poufałym, stwierdzając z całym respektem, iż jest to dżentelmen obznajmiony dokładnie z jego wnętrzem. Z satysfakcją korzył się przed osobistościami wysoko postawionymi, a na widok "Wujaszka Parkera", który - przynajmniej w jego mniemaniu - służył był w armii, przykładał otwartą dłoń do ronda kapelusza na sposób wojskowy, czego ów sztywny, stary dżentelmen o gniewnych oczach i zapalczywym wyrazie twarzy zdawał się absolutnie nie doceniać.
Pośród towarów, którymi Silas handlował, tylko pierniki nie odznaczały się twardością. Pewnego dnia jakiś nieszczęsny malec zakupił wystawionego na sprzedaż po obniżonej cenie bardzo uszkodzonego rozmiękłego konia z piernika i takąż klatkę z ptaszkiem, więc Wegg dobył spod swojego krzesła blaszaną puszkę i chcąc zastąpić te straszliwe okazy innymi, spoglądał na pokrywę, gdy nagle znieruchomiał na moment i przemówił do siebie:
- Aha! Znów jesteś.
Słowa te sprowokował krępy, przygarbiony, pochylony w bok jegomość w sędziwym wieku i żałobie, który zabawnie godnym krokiem zbliżał się z wolna do narożnika, ubrany w płaszcz z szorstkiego sukna i z grubą laską w ręku. Nosił grube trzewiki, grube skórzane sztylpy i rękawice tak grube, jak gdyby przycinał kolczaste żywopłoty. Ubiorem i postawą przywodził na myśl potężny i obwisły kształt nosorożca. Miał grube fałdy na policzkach, czole, powiekach, wargach, uszach, ale pod krzaczastymi brwiami i szerokim rondem kapelusza połyskiwały szare oczy, jasne, żywe, po dziecięcemu dociekliwe. Ogólnie biorąc, był to stary jegomość o nader osobliwym wyglądzie.
- Aha! Znów jesteś - powtórzył do siebie pan Wegg. - Coś ty za jeden? Z hecarskiej budy jesteś czy skąd? Niedawno osiedliłeś się w naszej dzielnicy czy z całkiem innej przychodzisz? Może jesteś niezależny materialnie, a może w twoim przypadku ukłon to czysta strata fatygi? No jak tam? Ostatecznie nie poskąpię ci ukłonu.
Medytując tak w czasie, gdy odkładał na miejsce blaszaną puszkę i zastawiał piernikowe sidła na jakieś inne naiwne dziecię, wstał i rzeczywiście nie poskąpił ukłonu.
- Uszanowanie panu! Uszanowanie! Uszanowanie!
(- Mówi mi pan i uszanowanie! - bąknął do siebie straganiarz. - Nic z niego nie będzie. Szkoda ukłonu.)
- Uszanowanie panu! Uszanowanie! Uszanowanie!
"Jakiś wesoły staruszek i ludziom życzliwy, no nie?" - pomyślał pan Wegg i dodał na głos: - Witam szanownego pana.
- A co? Przypomina pan mnie sobie? - zapytał nowy znajomy, który przestał maszerować godnym krokiem i pochylony w bok przystanął przed straganem: głos miał szorstki o lekko napastliwym tonie, nie pozbawiony jednak wesołej nuty.
- Zauważyłem, że w ciągu ostatniego tygodnia szanowny pan mijał nasz dom kilkakrotnie.
- Nasz dom? - powtórzył stary jegomość. - To znaczy...? - i grubym paluchem prawej rękawiczki wskazał narożny budynek.
- Tak jest! - brzmiała odpowiedź uzupełniona skinieniem głowy.
- Aha! Rozumiem. Ciekaw też jestem - ciągnął stary jegomość tonem natrętnego zainteresowania, piastując na lewej ręce swoją sękatą laskę w taki sposób, jak gdyby była niemowlęciem. - Ciekaw też jestem, ile pan tu obecnie zarabia.
- Dla naszego domu pełnię doraźne funkcje - odrzekł zagadnięty sucho i nieufnie. - Moje pobory nie zostały dotychczas ustalone.
- Aha! Pobory nie zostały dotychczas ustalone. Rozumiem. Nie zostały ustalone... Uszanowanie panu! Uszanowanie! Uszanowanie!
- Jakiś pomylony stary cymbał - mruknął do siebie pan Wegg, korygując uprzednią pochlebną opinię.
Pomylony stary cymbał odszedł swoim godnym i powolnym krokiem, zaraz jednak zawrócił, by zapytać:
- Jak zarobił pan drewnianą nogę?
- Zwyczajnie. W wypadku - odparł cierpko Silas, urażony nieco pytaniem w kwestii tak osobistej.
- Polubił ją pan?
- Cóż... Nie muszę trzymać jej ciepło - odpowiedział straganiarz zbity cokolwiek z tropu niecodziennością pytania.
- Nie musi trzymać jej ciepło! - zawołał tamten zwracając się do swojej laski, którą kołysał na ręce. - Cha, cha, cha! Nie musi trzymać jej ciepło! Słyszał pan kiedy nazwisko Boffin?
- Nie! - rzucił pan Wegg, coraz bardziej rozdrażniony osobliwą indagacją. - Nigdy nie słyszałem nazwiska Boffin.
- A podoba się panu?
- Otwarcie mówiąc, nie - padła odpowiedź w tonie bliskim desperacji. - Nie twierdzę, by mi się podobało.
- Dlaczego nie podoba się panu?
- Nie wiem dlaczego! - wybuchnął pan Wegg. - Ale nie podoba mi się z całą pewnością.
- A więc usłyszy pan zaraz coś takiego, że będzie panu przykro - podjął z uśmiechem natręt. - Ja nazywam się Boffin.
- Nic na to nie poradzę - odburknął straganiarz, a wyraz jego twarzy świadczył o obraźliwym dodatku: "i nie poradziłbym, gdybym nawet mógł".
- Pozostaje panu jeszcze jedna szansa - ciągnął uśmiechnięty nadal pan Boffin. - Czy podoba się panu imię Nikodem? Proszę się zastanowić. Nik. Noddy.
- Nie jest to imię - odrzekł Silas zasiadając na krześle z miną łagodnej rezygnacji oraz melancholijnej szczerości - którym chciałbym być tytułowany przez kogokolwiek cieszącego się moim szacunkiem. Inne osoby mogą naturalnie nie żywić podobnych obiekcji. Nie wiem dlaczego! - dodał żywo, uprzedzając kolejne pytanie.
- Noddy Boffin - podjął stary jegomość. - Noddy to moje imię. Noddy albo Nik Boffin. A pan jak się nazywa?
- Silas Wegg. Nie wiem... - dorzucił śpiesznie odwołując się do zastosowanego już raz środka ostrożności. - Nie wiem, dlaczego Silas. Nie wiem, dlaczego Wegg.
- A zatem, Wegg - podjął pan Boffin i mocniej przygarnął laskę do piersi - chciałbym przedstawić panu pewną propozycję. Pamięta pan, kiedy mnie pan pierwszy raz zobaczył?
Mężczyzna z drewnianą nogą spojrzał nań z wyrazem zastanowienia w oku i cokolwiek łagodniej, ponieważ zaświtała mu nadzieja zysku.
- Niech no sobie przypomnę - podjął. - Nie jestem całkiem pewien, chociaż normalnie mam wzrok bystry do obserwacji. Czy to nie było w poniedziałek z rana, kiedy chłopak od rzeźnika przyszedł do naszego domu po obstalunki i kupił u mnie balladę, a że nie zna się na muzyce, musiałem mu ją prześpiewać?
- Racja, Wegg, racja! Tyle że chłopak od rzeźnika kupił nie jedną balladę.
- Aha. Kupił kilka. Chciał dostać dobry towar za dobre pieniądze, więc zasięgał mojej rady względem wyboru i razem prześpiewaliśmy całą kolekcję. Tak było, słowo daję! On stał tutaj, proszę pana, ja siedziałem tutaj, proszę pana, jak teraz siedzę, a pan, szanowny panie Boffin, był tam, gdzie teraz, z tym samiutkim kijem pod tą samiutką pachą i odwrócony do nas tymi samiutkimi plecami. Słowo daję! - zawołał Silas Wegg i pochylił się nieco, by zajrzeć za pana Boffina i znaleźć potwierdzenie ostatniej swojej obserwacji. - Słowo daję! Był pan odwrócony do nas tymi samiutkimi plecami!
- I co robiłem? Jak pan myśli, Wegg?
- Wyglądało na to, proszę pana, że wypatruje pan oczy szukając kogoś po tamtej stronie ulicy.
- Nic podobnego, Wegg! Podsłuchiwałem!
- Naprawdę? - powiedział straganiarz z nutą powątpiewania.
- Ma się rozumieć nie w zdrożnych zamiarach, ponieważ pan śpiewał rzeźnikowi, a niepodobna, by wyśpiewywał pan rzeźnikowi sekrety i to na ulicy.
- O ile mnie pamięć nie zawodzi, nigdy mi się to dotąd nie trafiło, ale mogłoby się trafić. Człowiek nie może przewidzieć, co mu przyjdzie do głowy jednego czy drugiego dnia - odparł Silas z rezerwą, gdyż nie chciał utracić ani trochę korzyści, jaką mogłoby mu przynieść dobrowolne wyznanie starego jegomościa.
- Krótko mówiąc - podjął ten ostatni - podsłuchiwałem pana i podsłuchiwałem rzeźnika. A teraz, Wegg... Nie ma pan przypadkiem drugiego krzesła, co? Trochę mi dech zapiera.
- Nie mam drugiego krzesła - odparł podnosząc się Silas - ale tym mogę służyć. Stanie to dla mnie prawdziwa przyjemność.
- Jak Boga kocham! zawołał pan Boffin sadowiąc się na krześle z zadowoloną miną i nadal niańcząc laskę, niby niemowlę. - Przyjemne miejsce, co? Siedzieć tak i ze wszystkich stron mieć te ballady, jak końskie okulary z drukowanych kartek! Czysta rozkosz!
- Jeżeli się nie mylę - podjął Wegg i wsparłszy dłoń o blat swojego kramu, pochylił się nad rozprawiającym Boffinem - szanowny pan był łaskaw wspomnieć o jakiejś propozycji, którą rozważa.
- Do tego zmierzam. Racja! Do tego właśnie zmierzam. Chciałem powiedzieć, że kiedy podsłuchiwałem tamtego rana, podsłuchiwałem z uznaniem, prawie z grozą! Pomyślałem też sobie: "Oto człowiek z drewnianą nogą, literat z drew..."
- N...no, niezupełnie, szanowny panie.
- Jak to? Zna pan wszystkie te śpiewki w słowie i melodii, a jak chce pan którą zaśpiewać, wystarczy przetrzeć okulary i jazda! Sam to widziałem - zawołał pan Boffin. - Na własne oczy!
- Niech będzie, proszę pana - odrzekł Silas i ustępliwie skłonił głowę. - Powiedzmy zatem, literat.
- Literat z drewnianą nogą - uzupełnił pan Boffin - i obznajmiony z wszelkim drukiem! Tak pomyślałem sobie tamtego rana - ciągnął i pochyliwszy się do przodu, by rozłożony stojak nie krępował swobody jego ruchów, zakreślił prawą ręką łuk możliwie najobszerniejszy. - Obznajmiony z wszelkim drukiem! Zgadza się, prawda?
- Święta prawda, szanowny panie. Sądzę, że nie mógłby pan pokazać mi angielskiego druku, z którym nie potrafiłbym dać sobie rady - przyznał pan Wegg z należytą skromnością.
- Tak z miejsca?
- Z miejsca.
- A nie mówiłem! Teraz proszę uważać. Ma pan przed sobą człowieka bez drewnianej nogi i nie obznajmionego z wszelkim drukiem.
- Czyżby? - zdziwił się Silas coraz bardziej pewien siebie. - Edukacja zaniedbana?
- Za-nie-dbana! - wyskandował pan Boffin. - To nie całkiem trafny wyraz. Widzi pan, potrafię tylko tyle, że, jak mi kto pokaże literę. "B", odpowiem zaraz Boffin.
- Cóż, proszę pana - powiedział Silas tonem zachęty i otuchy - zawsze to coś.
- Coś, ale, słowo daję, bardzo niewiele.
- Może i mniej, szanowny panie, niż umysł dociekliwy powinien sobie życzyć - zgodził się pan Wegg.
- Proszę posłuchać. Ja wycofałem się już z interesów i z panią Boffin (Henrietty Boffin, bo jej ojcu było na imię Henry, a matce Hetty, rozumie pan?) żyję w dostatku dzięki testamentowi nieboszczyka szefa.
- Szef umarł, proszę pana?
- Człowieku! Czy nie wspomniałem o nieboszczyku szefie? Otóż za późno teraz, żebym zaczął od początku szuflować i przesiewać abecadło i podręcznik gramatyki. Pierniczeję pomału i, widzi pan, wolę nie przejmować się niczym. Ale chcę czytać, składnie i śmiało czytać jakieś wspaniałe księgi w tomach okazałych niby doroczny pochód Lorda Majora. No i jak, Wegg, mógłbym urządzić sobie takie czytanie? Mógłbym to urządzić, gdybym płacił komuś o odpowiednich kwalifikacjach - rączką laski stuknął w pierś Silasa - gdybym płacił takiemu człowiekowi solidne honorarium, dajmy na to dwa pensy za godzinę, a on przychodziłby i czytał.
- Hm... Bardzo mi szanowny pan pochlebia - odparł Silas, który poczynał widzieć siebie w innym świetle. - Czy o tej właśnie propozycji była uprzednio mowa?
- Tak. Odpowiada panu?
- Biorę ją pod rozwagę, proszę pana.
- Nie chcę - podjął Boffin wielkodusznie - wyzyskiwać literata... literata z drewnianą nogą. Nie poróżni nas pół pensa na godzinę. Porę sam pan wybierze, pewno po uporaniu się z dziennymi obowiązkami w tym tutaj domu. Mieszkam niedaleko Maiden Lane, w kierunku Holloway, a jak pan tu załatwi swoje sprawy i ruszy na północny zachód, rychło będzie pan na miejscu. Dwa i pół pensa na godzinę - ciągnął powstając i dobył z kieszeni kawałek kredy, by na siedzeniu krzesła przeprowadzić rachunek własną metodą. - Dwie długie kreski i jedna krótka to razem dwa i pół pensa; dwie krótkie dają jedną długą, a dwa razy po dwie długie cztery długie, razem pięć długich. Sześć wieczorów w tygodniu po pięć długich wieczór - mówił kreśląc piątki kresek indywidualnie - to będzie trzydzieści długich. Okrągła sumka, co? Całe pół korony!
Pan Boffin wskazał ręką swoje obszerne i bezbłędne obliczenie, starł je rękawiczką i zasiadł na szczątkach.
- Pół korony - powtórzył zamyślony Silas. - Tak... To niezbyt dużo, proszę pana. Pół korony.
- Na tydzień, widzi pan.
- Na tydzień. Tak. I tyle wysiłku intelektualnego. Czy myślał pan w ogóle o poezji? - zapytał pogrążony wciąż w zadumie.
- Poezja wypadnie drożej?
- Wypadnie drożej - potwierdził Silas. - Bo jeżeli ktoś miele poezję wieczór po wieczorze, ma prawo oczekiwać wynagrodzenia za zgubny wpływ takiego zajęcia na władze umysłowe.
- Przyznam otwarcie, Wegg - podjął pan Boffin - że o poezji nie myślałem. Chyba że od czasu do czasu przyjdzie panu ochota, by mnie i panią Boffin uraczyć jedną ze swoich ballad. Wtedy może pan popadać w poezję.
- Rozumiem szanownego pana - odparł Wegg. - Ale nie jestem muzykiem z zawodu, więc niechętnie podjąłbym się takiej roboty. Jeżeli więc popadnę niekiedy w poezję, poproszę, by szanowny pan zechciał to potraktować jako przyjacielską usługę.
Pan Boffin spojrzał nań rozjaśnionym wzrokiem i uścisnąwszy ponownie jego dłoń, zawołał, że to więcej, niż śmiałby oczekiwać, i że usługę przyjmie naprawdę wdzięcznym sercem.
- A co pan sądzi, Wegg, o warunkach? - zapytał z nie tajonym niepokojem.
Silas, który sprowokował ów niepokój powściągliwym zachowaniem i poczynał rozumieć dobrze swojego klienta, odparł z taką miną, jak gdyby rzucał zdanie nad wyraz szlachetne.
- Szanowny panie, ja nie targuję się nigdy.
- Tak też i sądziłem! - powiedział tamten tonem niemałego uznania.
- Słusznie, proszę pana. Nie targowałem się nigdy i nie będę targował. W rezultacie odpowiem na propozycję z miejsca i otwarcie: Zgoda za, dajmy na to, podwójną zapłatę.
Pan Boffin był, zdaje się, nie przygotowany na takie właśnie zakończenie, lecz dobił interesu jeszcze jednym uściskiem dłoni, mówiąc:
- Cóż, pan wie lepiej niż ja, ile się za takie coś należy. Mógłby pan zacząć dziś wieczorem?
- Tak, proszę pana - odrzekł powściągliwie Wegg, rad pozostawić całą niecierpliwość przeciwnej stronie. - Nie widzę przeszkód, skoro to panu odpowiada. Czy zaopatrzył się pan w nieodzowne narzędzie? Znaczy się, w jakąś książkę, szanowny panie?
- Kupiłem jedną na wyprzedaży - padła odpowiedź. - Osiem tomów! Czerwień ze złotem! W każdym tomie czerwona wstążka, aby zakładać miejsce, w którym zrobiło się przerwę. Zna pan tę książkę?
- Jej tytuł, szanowny panie? - zapytał Silas.
- Hm... Myślałem, że zna pan ją i bez tytułu - powiedział rozczarowany nieco pan Boffin. - Nazywa się ona "Schyłek i upadek Imperium Ruskiego" - (powyższe przeszkody brał z wolna i nader ostrożnie).
- Aha! - Wegg skinął głową tak, jak gdyby widział dobrego przyjaciela.
- Zna pan to?
- Nie powiem, że ostatnimi czasy miałem z tym wiele do czynienia, bo zajęty byłem innymi sprawami. Ale czy to znam? Czy znam stare poczciwe schylanie się i upadanie Ruskiego? Tak, szanowny panie! Od czasu kiedy byłem nie większy niż laska szanownego pana. Od czasu kiedy mój najstarszy brat opuścił chatkę, by zaciągnąć się do wojska, a przy tej okazji, jak opiewa skomponowana specjalnie ballada:
U progu chatki tej, panie Boffin,
Młode klękło dziewczę;
Trzymając w górze śnieżnobiały szal, proszę pana,
Który (co mój starszy brat zauważył) łopotał na wiet
Za niego szeptała, panie Boffin,
Modlitwy swe,
Mój brat ich nie słyszał, panie Boffin,
Ale otarł łzę.
Pan Boffin rozczulony dawnym familijnym dramatem i przyjacielską usłużnością Wegga, który tak rychło popadł w poezję, obdarzył go jeszcze jednym uściskiem dłoni i poprosił szalbierza z drewnianą nogą, aby zechciał wyznaczyć godzinę spotkania. Wegg zaproponował ósmą.
- Dom, w którym mieszkam, nazywa się Altanka. Altanka Boffina. Pani Boffin ochrzciła go tak, kiedy przypadł nam na własność. Jak pan przejdzie mniej więcej milę, powiedzmy, milę i ćwierć, jeżeli pan sobie życzy, w kierunku Maiden Lane i Battle Bridge i spotka pan kogoś, kto nie będzie znał tej nazwy (a, prawdę mówiąc, prawie nikt jej nie zna), niech pan pyta o Harmonijny Areszt, to każdy skieruje pana, dokąd trzeba. Z radością - ciągnął pan Boffin klepiąc Silasa po ramieniu z nie lada entuzjazmem - będę oczekiwał pana. Nie zaznam chwili spokoju, póki pan nie przyjdzie. Otwierają się przede mną sekrety druku. Literat, literat z drewnianą nogą - wzrokiem pełnym uznania objął tę ozdobę, jak gdyby gwarantowała wysoki poziom osiągnięć właściciela - zacznie prowadzić mnie dziś wieczorem przez nowe życie! Jeszcze raz rączka, Wegg. Uszanowanie! Uszanowanie! Uszanowanie!
Z tymi słowy odszedł swoim powolnym i godnym krokiem, a pan Wegg, pozostawiony sam przy straganie, dobył z kieszeni małą, pokutniczo szorstką chusteczkę i z miną bardzo serio podniósł ją do nosa. Przez czas pewien ściskał ów organ i jednocześnie zerkał z zastanowieniem wzdłuż ulicy, jak gdyby ścigał wzrokiem oddalającą się postać. Na jego twarzy osiadł wyraz głębokiej powagi, jakkolwiek bowiem w głębi duszy sądził, iż pan Boffin jest wyjątkowo naiwny, więc nastręcza się korzystna okazja i pieniądze, których niepodobna obliczyć z góry, zarazem jednak nie chciał poniżać się przyznaniem, iż absolutnie nie nadaje się do nowych zadań, ani w całej historii dostrzegać bodaj trochę elementu śmieszności. Niewątpliwie byłby nawet gotów do sprzeczki z każdym, kto ośmieliłby się kwestionować jego dawną zażyłość z wspomnianymi wyżej ośmioma tomami "Schyłku i upadku". Jego niezmierna powaga była pełna skupienia i czujna nie dlatego, by powątpiewał o własnej osobie, ale że widział konieczność przeciwdziałania cudzym wątpliwościom na swój temat. Był w tym podobny do nader licznej kategorii szalbierzy, którzy z równym uporem zwykli zachowywać pozory wobec samych siebie, jak wobec bliźnich.
Oprócz powagi brała Wegga w posiadanie specyficznego rodzaju wyniosłość: dumne poczucie, że jest potrzebny w roli oficjalnego interpretatora tajemnic. Ale nie skłaniało go to do szczodrości w sensie handlowym, raczej do skąpstwa i gdyby drewniana miarka mogła pomieścić mniej orzechów, z pewnością tego dnia mniej by ich mieściła. Wreszcie zapadła noc i przyćmionym okiem objęła Silasa Wegga, który w podniosłym nastroju kuśtykał zmierzając do Altanki Boffina.
Dom ów był do odnalezienia nie mniej trudny niż Piękna Rosamond bez znajomości sekretu . Znalazłszy się we wskazanej dzielnicy, pan Wegg bez powodzenia pytał kilka osób o Altankę Boffina, póki nie przypomniał sobie wreszcie Harmonijnego Aresztu. Słowa te wywołały błyskawiczną zmianę usposobienia pewnego ochrypłego dżentelmena i osła, którzy uprzednio byli zupełnie zbici z tropu.
- Aha! Chodzi o starego Harmona! - powiedział ochrypły dżentelmen, który poganiał zaprzężonego do wózka osła, posługując się marchwią zamiast bicza. - Czemu pan od razu tak nie mówił? Edward i ja będziemy go mijać. Skacz pan na furę!
Silas przyjął zaproszenie, a ochrypły dżentelmen w te słowa zwrócił uwagę na trzecią w towarzystwie osobę:
- A teraz patrz pan na uszy Edwarda. O co pan pytał? Jeszcze raz, szeptem.
- O Altankę Boffina - szepnął pan Wegg.
- Edward! (Uważaj pan na jego uszy.) Jazda do Altanki Boffina!
Osioł nie drgnął nawet i uszy miał opuszczone.
- Edward! (Uważaj pan na jego uszy.) Jazda do starego Harmona! Momentalnie osioł podniósł uszy i ruszył z miejsca kłusem, który począł wytrząsać z pana Wegga zdania akcentowane osobliwie.
- Czyt-oby-łkie-dy-ar-reszt? - zapytał trzymając się deski.
- Nie taki, do jakiego mogliby zamknąć na przykład pana czy mnie - odrzekł przewodnik. - Tak dom nazwano, ponieważ stary Harmon żył tam w odosobnieniu.
- Ad-la-cze-gona-zywasie-harm-onijny?
- Bo stary Harmon nigdy się z nikim nie zgadzał. Kapuje pan? Tak się gadało: Areszt Harmona. Harmonijny Areszt. Grało to w jedną stronę i drugą.
- A znap-anpa-nabof-fina? - pytał dalej Wegg.
- No chyba! Wszyscy go tutaj znają. Edward go zna. (Uważaj pan na jego uszy.) Edward! Noddy Boffin!
Efekt ostatnich słów był wysoce niepokojący, gdyż łeb Edwarda zniknął na moment, jego tylne kopyta wystrzeliły w górę, kłus uległ znacznemu przyśpieszeniu i wzmogła się trzęsionka. Wobec tego pan Wegg musiał poświęcić całą energię trzymaniu się deski i rozważaniom, czy ów hołd złożony Boffinowi ma charakter pochlebny, czy też przeciwnie.
Niebawem Edward stanął przed jakąś furtką, a Silas wykorzystał sposobność, aby nieznacznie zsunąć się z wózka. Ledwie zdążył wylądować, jego były woźnica machnął marchewką i powiedział:
- Kolacja, Edward!
W tym momencie on, tylne kopyta, pojazd i cały osioł - wszystko to ruszyło gwałtownie i, zdawać się mogło, uleciało w powietrze, jak gdyby w swojego rodzaju apoteozie.
Silas pchnął otwartą szeroką bramę i objął wzrokiem oparkaniony teren, gdzie na tle nieba rysowały się jakieś ciemne kopce, a do Altanki prowadziła ścieżka dobrze widoczna w księżycowym świetle i wytyczona dwoma krawężnikami z podsypanych popiołem szczątków naczyń stołowych. Nadchodząca ścieżką biała postać okazała się nie widmem, lecz gospodarzem altanki, który do przyswajania sobie wiedzy ubrał się wygodnie i nieoficjalnie w krótki biały kitel. Literackiego przyjaciela powitał nader serdecznie, powiódł do wnętrza altanki i tam zaprezentował pani Boffin - zażywnej damie o rumianej, pogodnej twarzy, wystrojonej (ku niemałej konsternacji gościa) w głęboko dekoltowaną wieczorową suknię z czarnego atłasu oraz aksamitny czarny kapelusz, pokaźnych rozmiarów i przybrany piórami.
- Pani Boffin, Wegg - przemówił jej małżonek - ma wygórowane ambicje względem alegancji. Przynosi jej to zaszczyt, co? Jeżeli o mnie chodzi, to nie jestem jeszcze tak, jak mógłbym być, alegancki. Henrietty, moja stara, ten pan będzie schylał Ruskie Imperium.
- Tuszę - odrzekła pani Boffin - że zrobi to doskonale temu panu i tobie.
Pokój wyglądał dziwacznie, a umeblowaniem i wyposażeniem przypominał Silasowi zbytkownie i po amatorsku urządzoną izbę szynkową bardziej niż cokolwiek innego. Przed kominkiem stały dwie drewniane ławy, jedna po prawej stronie, druga po lewej, a przed każdą z nich znajdował się stół odpowiednich rozmiarów. Na jednym z owych stołów widać było osiem tomów, płasko ułożonych szeregiem, niby ogniwa baterii; na drugim czworokątne butelki o wyglądzie szczególnie obiecującym zdawały się wspinać na palce i nad frontowym rzędem szklanek oraz miską białego cukru wymieniać porozumiewawcze spojrzenia z nowo przybyłym. W schowku tuż obok ognia parował czajnik, a kot drzemał przed kratą przytrzymującą węgle. Na wprost kominka, między ławkami, sofa, stołeczek pod nogi i mały stolik tworzyły kącik poświęcony pani Boffin. Były jaskrawe i pozbawione dobrego smaku, ale kosztowne, o charakterze mebli salonowych, więc wyglądały bardzo osobliwie w zestawieniu z drewnianymi ławami oraz syczącym pod sufitem płomykiem gazowej lampy. Leżący na podłodze dywan w kwiaty nie sięgał do kominka, lecz jego barwna roślinność kończyła się wnet za stołeczkiem pani Boffin, aby ustąpić miejsca piaskowi i trocinom. Pan Wegg zauważył też pełnym zdumienia wzrokiem, iż krainę kwiatów zdobią ornamenty tak bezużyteczne, jak wypchane ptaki oraz owoce z wosku pod szklanymi kloszami, natomiast w strefie pozbawionej wegetacji widnieją na półkach treściwe wiktuały, a pośród nich duży kawał zapiekanki i ledwie napoczęta zimna pieczeń. Sam pokój - duży, chociaż niski - miał masywne futryny staroświeckich okien oraz potężne belki w krzywym pułapie, co zdawało się świadczyć, że ongi dom był okazały i stał samotnie wśród wiejskiej okolicy.
- No i co, Wegg? Podoba się tu panu? - zapytał Boffin na swój obcesowy sposób.
- Jestem pełen podziwu, szanowny panie - odrzekł Silas. - Jaki komfort przy tym kominku!
- A rozumie pan, o co chodzi?
- Ogólnie biorąc, szanowny panie, rozumiem w zasadzie... - zaczął Wegg rozwlekle, z domyślną miną i głową pochyloną w bok, jak zwykli czynić ludzie nieskłonni do szczerości; ale Boffin przerwał mu szorstko:
- Nic pan nie rozumie, Wegg, więc zaraz panu wszystko wytłumaczę. Pokój urządziliśmy według wzajemnego porozumienia między panią Boffin a mną. Jak już wspominałem, pani Boffin ma wygórowane ambicje względem alegancji. Mnie nie zależy jeszcze na tym. Nie sięgam wyżej niż dostatek i to dostatek, jakim potrafię cieszyć się wygodnie. No i co? Jaką przyniosłaby korzyść kłótnia o to między mną a panią Boffin? Nie kłóciliśmy się nigdy, zanim Altanka Boffina przypadła nam na własność, dlaczego mielibyśmy się kłócić po objęciu domu w posiadanie? Wobec tego pani Boffin urządziła swoją część pokoju na własny sposób, ja urządziłem swoją część pokoju na własny sposób. No i mamy wszystko naraz: swoje towarzystwo (bez pani Boffin dostałbym melancholijnego bzika), alegancję i wygody. Jeżeli stopniowo będę nabierał bardziej wygórowanych ambicji względem alegancji, pani Boffin zacznie posuwać się także stopniowo. Jeżeli pani Boffin utraci trochę gustu do alegancji, wtedy jej dywan cofniemy w odpowiednim stopniu. Jeżeli obydwoje pozostaniemy na miejscu, no, to wszystko w porządku i daj buzi stara!
Pani Boffin, która przez cały czas słuchała z uśmiechem, podeszła do pana i władcy, objęła go pulchnymi ramionami i nader chętnie polecenie wykonała. Elegancja, w postaci czarnego, aksamitnego kapelusza z piórami, usiłowała stanąć na przeszkodzie, ale w stosowny sposób została zgnieciona.
- Teraz, Wegg - podjął pan Boffin ocierając usta z taką miną, jak gdyby pocałunek pokrzepił go znacznie - zaczyna pan rozumieć nas i nasze sprawy. Altanka to urocza posiadłość, ale, widzi pan, trzeba oceniać ją stopniowo. Jej zalety poznaje się pomału, co dnia nową. Na każdy kopiec prowadzi serpentynowa ścieżka, z której co chwila zmienia się nasz teren i cała okolica. A jak pan wejdzie na samą górę, widok na sąsiednie podwórka będzie nieporównany. Plac nieboszczyka ojca pani Boffin, który prowadził handelek strawą dla psów, ogląda pan stamtąd niczym swój własny. Szczyt najwyższego kopca jest uwieńczony ażurowym pawilonem z listewek, gdzie, jak przyjdzie lato, przeczyta pan na głos niejedną książkę i po przyjaźni wiele razy popadnie w poezję. Jeżeli tak nie będzie, to, słowo daję, nie moja wina. A teraz, Wegg, od czego zacznie pan czytanie?
- Dziękuję szanownemu panu - odparł Wegg takim tonem, jak gdyby czytanie nie było dlań niczym nowym. - Normalnie zaczynam od dżinu z wodą.
- Zwilża organa mowy. Prawda, Wegg? - zapytał pan Boffin z naiwnym zaciekawieniem.
- Ni-ie, szanowny panie - odparł chłodno Silas. - Nie posłużyłbym się takim określeniem. Raczej zmiękcza, szanowny panie. Zmiękcza, to moim zdaniem słowo odpowiednie.
Drewniana pewność siebie oraz siła Wegga dotrzymywały kroku radosnemu oczekiwaniu jego ofiary. Pełne wyrachowania myśli ukazywały mu wizje rozlicznych dróg do zysku, jaki może przynieść ta znajomość, nie przesłaniały wszakże naczelnej idei właściwej ludziom twardym i dalekowzrocznym, aby nie sprzedać się za tanio.
Elegancja pani Boffin - boginka mniej nieubłagana niż zazwyczaj idol czczony pod tą nazwą - nie wzbraniała jej przygotować napitku dla literackiego gościa, a następnie zapytać, jak mu mieszanka smakuje. Odpowiedział łaskawie i zajął miejsce na literackiej ławie, a gospodarz domu począł sadowić się na drugiej, jako słuchacz z oczyma pełnymi żywego zaciekawienia.
- Przykro mi, Wegg, że pozbawiam pana fajki - powiedział nabijając swoją. - Ale nie zdoła pan robić dwu rzeczy naraz. Aha! O jednym zapomniałem. Jak przyjdzie pan tu wieczorem i coś na półce wpadnie panu w oko, proszę się nie krępować.
Silas, który sposobił się do nałożenia okularów, odłożył je niezwłocznie i odrzekł wesoło:
- Szanowny pan czyta w moich myślach! Jeżeli mnie wzrok nie oszukuje, widzę na półce przedmiot podobny do zapiekanki. Czy to istotnie może być zapiekanka?
- Istotnie, Wegg - odparł pan Boffin i dość niepewnie zerknął w stronę "Schyłku i upadku".
- Albo przestałem rozpoznawać zapach owoców, albo to zapiekanka z jabłkami. Prawda, szanowny panie?
- To zapiekanka z cielęciną i szynką - sprostował błąd gospodarz.
- Czyżby, szanowny panie? Trudno doprawdy o zapiekankę, którą można by nazwać lepszą niż taki szynko-cielak - powiedział pan Wegg z uczuciem.
- Skosztuje pan, Wegg?
- Dziękuję, panie Boffin. Myślę, że nie odmówię. W innym towarzystwie nie skorzystałbym zapewne z zaproszenia, ale w pańskim, szanowny panie! Ponadto galaretka spotykana często tam, gdzie natrafia się na szynkę, zmiękcza organ, cudownie zmiękcza, panie Boffin.
Silas nie wspomniał, jaki organ ma na myśli, lecz zdanie swoje wygłosił w sensie pogodnego uogólnienia.
Wobec tego zapiekanka znalazła się na stole i zacny pan Boffin próbował własną cierpliwość, pokąd Wegg nie zakończył prób z nożem i widelcem i nie zniknęło danie. W tym czasie poinformował tylko gościa, iż lokowanie zawartości spiżarni na widocznym miejscu może nie być "aleganckie" w ścisłym tego słowa znaczeniu, lecz jego (pana Boffina) zdaniem świadczy o gościnności; w tej sytuacji nie mówi się komuś, kto przyszedł w odwiedziny: "Takie a takie produkty żywnościowe mamy w piwnicy. Co przynieść na górę?", lecz miast podobnego zwrotu bez głębszego sensu można rzec po prostu i śmiało: "Rozejrzyj się po półkach, przyjacielu, a jeżeli zobaczysz coś w swoim guście, postaw na stole".
Wreszcie Silas odsunął talerz i nałożył okulary, pan Boffin zapalił fajkę i rozjaśnionym wzrokiem spojrzał w otwierający się przed nim świat, a jego małżonka zasiadła elegancko na sofie, jak ktoś, kto postanowił wytrwać wśród słuchaczy, jeżeli zdoła, jeżeli zaś przekona się, że nie zdoła, zapadnie w drzemkę.
- Ehem! - rozpoczął pan Wegg. - To, panie Boffin i proszę łaskawej pani, jest pierwszy rozdział pierwszego tomu "Schyłku i upadku"... - tu zaciął się i surowo spojrzał na książkę.
- Co się stało, Wegg?
- Widzi szanowny pan, przypomniało mi się właśnie - odparł Wegg tonem wątpliwej szczerości i jeszcze raz surowo spojrzał na książkę - że dziś z rana popełnił pan drobną omyłkę, a ja chciałem ją z miejsca sprostować, lecz coś innego odwróciło moją uwagę. O ile się nie mylę, wspomniał pan o Ruskim Imperium, prawda?
- O Ruskim. Czy to nie tak, Wegg?
- Nie, proszę pana. Chodzi o Rzymskie Imperium. Rzymskie!
- Na czym polega różnica, Wegg?
- Różnica, szanowny panie... - Silas zająknął się znowu i był bliski załamania, gdy nagle spłynęła nań myśl olśniewająca. - Różnica, szanowny panie? Hm, stawia mnie pan w drażliwej sytuacji, panie Boffin. Wystarczy chyba, jeżeli nadmienię, że tę różnicę odłóżmy lepiej do innej okazji, gdy pani Boffin nie będzie nas zaszczycać swoim towarzystwem. W obecności damy, szanowny panie, wypada tę różnicę pominąć milczeniem.
Taką metodą pan Wegg walecznie i po rycersku wybrnął z drażliwej sytuacji, a gdy powtórzył z iście męską delikatnością: "W obecności damy, szanowny panie, wypada tę różnicę pominąć milczeniem" - własny kłopot podrzucił Boffinowi, który odczuł z przykrością, iż pozwolił sobie na gruby nietakt.
Ostatecznie Silas przystąpił do dzieła sucho i z niezachwianym stoicyzmem. Galopował z prostotą przez obcy kraj i wszystko, co napotykał po drodze; brał przeszkody trudnych wyrazów biograficznych i geograficznych; doznawał wstrząsów przy spotkaniach z Trajanem, Hadrianem oraz Antoninami; potknął się na Polibiuszu (wymawiał Polly Buss, wobec czego pan Boffin sądził, że chodzi o rzymską dziewicę, a pani Boffin, iż to właśnie powód pominięcia różnicy milczeniem); Antoninus Pius omal nie wysadził go z siodła, lecz Augusta minął gładkim cwałem, aby następnie poradzić sobie równie dobrze z Kommodusem który, jako Komdious, został uznany przez pana Boffina za niegodnego swojego angielskiego pochodzenia i rządzącego rzymskim ludem nie na poziomie przyzwoitego nazwiska. Wraz ze zgonem tej osobistości pan Wegg zakończył pierwsze czytanie, w którego trakcie - niemal od początku - pełne zaćmienie świecy pani Boffin za kręgiem czarnego aksamitu byłoby nad wyraz niepokojące, gdyby nie towarzyszył im regularnie mocny odór przypalanych piór, co działał niby środek orzeźwiający i budził zacną damę. Silas czytał raczej "z głowy" i przywiązywał możliwie najmniej myśli do znaczenia tekstu, a więc z zapasów wyszedł stosunkowo świeży. Ale pan Boffin, który wnet odłożył nie dokończoną fajkę, następnie zaś siedział z wytrzeszczonymi oczyma i całą mocą intelektu chłonął zadziwiające nieprawości Rzymian, odebrał cięgi takie, że ledwie był w stanie życzyć literackiemu przyjacielowi dobrej nocy i wymamrotać: "Jutro".
- Komdious - mówił do siebie, zerkając na księżyc, gdy zamknął za gościem bramę. - Komdious walczy w jakimś tam widowisku z dzikimi zwierzętami siedemset trzydzieści pięć razy, zawsze w tym samym charakterze! Jakby nie dosyć tego było, w tym samym widowisku pokazuje się naraz setkę lwów! Jakby nie dosyć tego było, Komdious, w innym charakterze, zabija także lwy setkami! Jakby nie dosyć tego było, Vittles (też ładnie się nazywa) przeżera w siedem miesięcy sześć milionów w angielskiej walucie! Wegg nic się tym wszystkim nie przejmuje, ale, słowo daję, dla takiego jak ja starucha są to przerażające pomysły! No i nawet teraz, kiedy Komdious dawno został uduszony, nie wiem, czy naród zdoła się poprawić - zakończył pan Boffin i dodał sunąc wolnym krokiem w kierunku Altanki i po drodze w zadumie kiwając głową. - Jeszcze dziś rano nie wiedziałem, że tyle przerażających pomysłów można znaleźć w druku. Teraz wiem!