1
- Ej, myślisz, że taki podryw jest dobry?
Adnan rzuca na moje łóżko smartfona i wyrywa mnie z błogiej lektury kolejnego soczystego romansu, w którym główna bohaterka i jej obiekt westchnień przyjechali właśnie do ustronnego hotelu, a na miejscu okazało się, że ostatni wolny pokój ma tylko jedno łóżko.
Wiem, że nie da za wygraną, odkładam więc książkę i patrzę na ekran telefonu. Gdy widzę, co napisał, natychmiast kręcę głową. Czy często gonią cię pszczoły? Pytam, bo jesteś słodsza niż deser mishti[1].
- Nie znoszę cię, wiesz?
- A ja cię kocham, Z - odpowiada gładko.
- Na pewno zdajesz sobie sprawę, że ona tego nie załapie.
- Czemu tak uważasz?
Klikam jej zdjęcie profilowe na Instagramie, żeby przypomnieć sobie, o którą dziewczynę chodzi.
- Bo jest biała jak cukier?
- Nie oceniaj, Z. Może coś wie o kulturze Desi[2].
Jakoś wątpię. Pozwolę jednak Adnanowi pomarzyć trochę dłużej, skoro sprawia mu to przyjemność. A nigdy nie jest szczęśliwszy niż wtedy, kiedy flirtuje.
Jako dobra przyjaciółka z całego serca mu życzę, żeby znalazł swoją księżniczkę z bajki. Nawet jeśli jest głupkiem, który poznaje dziewczyny tylko poprzez obczajanie profilówek na Insta i pisanie na priva - no bo w końcu ile można? Chłopie, chociaż raz wykaż odrobinę wyobraźni! Historie o zakazanej miłości czy wrogach, którzy zostali kochankami, są o niebo ciekawsze. Nie wspominając już o romansach drugiej szansy!
- W ogóle myślałam, że gadasz z tą nową z klasy maturalnej, Camillą. Co się z nią stało?
Wychodzę z jego czatów i sprawdzam profil Camilli. Przewijając od niechcenia ostatnie zdjęcia, zauważam, że Adnan nie polubił ani jednego posta.
- Zgrywasz trudnego do zdobycia, co?
- Niczego nie lajkuj, Z! - ostrzega Adnan.
Ze strachu jabłko Adama podskoczyło mu kilka razy i już szykował się do skoku, jeślibym choć zbliżyła kciuk do ikonki serduszka. Widząc, jak bardzo jest zdesperowany, postanawiam ukrócić jego cierpienia i rzucam mu komórkę z powrotem. Łapie ją w locie i natychmiast patrzy, czy przypadkiem czegoś nie polubiłam.
- Więc - naciskam delikatnie, ciekawa, czemu nie chce nic powiedzieć - co się stało?
- Nic się nie stało. - Wzrusza ramionami. - W tym problem.
- Jak to nic się nie stało? - Unoszę pytająco brew, bo zawsze coś się dzieje, gdy Adnan flirtuje z dziewczynami.
Nie wiem, jak on to robi, ale jest mocny w te sprawy, szczególnie w porównaniu ze mną. Znaczy mogłoby się wydawać, że powinnam mieć więcej szczęścia w miłości, skoro praktycznie żyję i oddycham romansami w każdej postaci, ale nic z tych rzeczy.
- Przecież ci mówię: nic się nie stało. - Wzdycha ciężko. - Cami jest bardzo skryta. Zauważyłem, jak tylko zaczęliśmy ze sobą gadać, ale myślałem... Sam już nie wiem, że może uda mi się przebić przez ten mur czy coś.
Chociaż mi go żal - w jego spojrzeniu wyraźnie widać rozczarowanie - nie mogę powstrzymać uśmiechu.
- No co? - mówi, wymownie przewracając oczami. - Nieważne. Nawet nie chcę wiedzieć...
- Nazwałeś ją Cami. - Ignoruję go i ciągnę dalej. - Nigdy nie zdrabniasz imion dziewczyn.
- Kto pytał?
- Luuubisz ją! - Szturcham go w ramię, jak jakieś irytujące dziecko.
- Zamknij się! - odwarkuje, ale uśmiecha się mimo woli, co potwierdza, że miałam rację.
Jeśli mam być szczera, od dawna wiedziałam, że ją lubi; że Camilla - oj, sorry, Cami - będzie inna od wszystkich dziewczyn, z którymi Adnan chodził, zanim przeniosła się do naszego liceum. Pierwszą wskazówką było to, że nigdy dotąd nie prosił mnie o pomoc w sprawach sercowych. Świetnie radzi sobie sam, mimo że wypisuje te swoje okropne teksty. Zawdzięcza to wychillowanej postawie, którą przez lata doprowadził do perfekcji, szczupłej, lecz muskularnej budowie ciała, a także dobremu gustowi - jego styl to połączenie markowych ciuchów i ulicznego luzu. Niemałe znaczenie mają też bajeczne włosy i rzęsy, których pozazdrościłaby mu niejedna dziewczyna.
Okej, przynajmniej ja mu zazdroszczę. To jest strasznie nie fair. Moje rzęsy nigdy nie są dość długie, żeby zatrzepotać do kogoś zalotnie, a włosy, chociaż proste i jedwabiste, w ogóle nie mają w sobie życia.
- Myślisz o moich pięknych włosach i ponętnych rzęsach, prawda? - pyta znienacka Adnan. - Już ja znam tę minę.
Naśladuje mnie, marszcząc brwi tak mocno, że aż musi rozmasować sobie skronie. Dokładnie to samo zrobiłam dziesięć sekund temu.
- Zamknij się! - jęczę i rzucam w niego podniszczoną książką ze sterty na stoliku przy łóżku.
Oczywiście Adnan z wprawą unika nadlatującego pocisku i niewiele brakuje, żebym strąciła z biurka oprawione zdjęcie, na którym stoję razem z moją mamą i moim babą[3]. - Ups!
- Zara! - Nagle z dołu woła mnie mama.
- Tak?! - odkrzykuję.
- Obiad gotowy!
- Okej, już idę!
- Serio, potrzebujecie walkie-talkie czy coś - sugeruje Adnan, gdy wkładam szybko kapcie.
Kiedy wreszcie schodzimy, zamiast kameralnego posiłku dla sześciu osób czeka nas prawdziwa uczta. Ciocia Somaiya - mama Adnana - kończy przygotowywać z moją mamą sałatkę, podczas gdy my zajmujemy miejsca i z niecierpliwości niemal zaczynamy stukać sztućcami o stół. Wujek Sumon - tata Adnana - nalewa sobie ajranu[4], jednocześnie puszczając do mnie oko, na co mogę tylko potrząsnąć głową.
- Co tam porabialiście, dzieciaki? - pyta wesoło wujek, po czym upija łyk jogurtowego napoju.
- Adnan od godziny próbuje zagadać dziewczynę, ale wszystkie jego teksty są słabe - odpowiadam za nas dwoje. - Nic dziwnego, że nadal nikogo nie ma.
- Myślałem, że ten z mishti był całkiem dobry.
- W życiu.
Adnan pstryka mnie w skroń, więc w odwecie wykręcam mu sutek.
Wujek patrzy na nas z błyskiem w oku - błyskiem, który znam aż za dobrze po tylu latach wspólnych obiadów.
- Wątpię, żeby mój syn miał problem ze znalezieniem dziewczyny z powodu słabych tekstów, Zara. Wiesz, byłoby znacznie prościej, gdybyście już byli razem. Wszyscy widzą, że jesteście sobie pisani.
- Zgadzam się! - krzyczą równocześnie nasze mamy, wnosząc na stół dwa rodzaje sałatki: jedną z papryczkami naga morich[5], a drugą bez nich, dla Adnana, którego sam zapach chili przyprawia o gwałtowny kaszel.
Nawet teraz widzę, jak Adnan podejrzliwie zerka na miskę przeznaczoną dla wszystkich oprócz niego, którą mama postawiła na drugim końcu stołu. Zupełnie jakby sałatka z naga morich była jego największym wrogiem.
- Czy to taki problem, żebyście chociaż spróbowali pójść na randkę? - rzuca mama, siadając obok mnie.
Wymieniamy z Adnanem znaczące spojrzenia. Myślimy dokładnie to samo: czemu nie możemy mieć normalnych hinduskich rodziców? Ponieważ nasi są absolutnie nietypowi. Nie są jakoś strasznie surowi i nigdy nie zabraniali mi randkowania przed ślubem, jak to często bywa w innych rodzinach z Azji Południowej. Może wynika to z tego, że od własnych rodziców dzieli ich ogromny dystans, a także z tego, jak ciężko walczyli ze stereotypami, które im narzucono, gdy tylko po raz pierwszy stanęli na brytyjskiej ziemi.
Jasne, to wszystko jest niesamowicie godne podziwu, ale okropnie mnie wkurza, że zawsze wtrącają się w moje życie miłosne. Szczególnie jeśli chodzi o Adnana. Relacja na tym poziomie nigdy się nie wydarzyła i na pewno nigdy nie wydarzy.
- Sumon! - Na szczęście ciocia Somaiya wyrywa mnie z tych smętnych myśli i kieruje rozmowę na inne tory. Jedną ręką złapała się za głowę, a drugą próbuje zabrać wujkowi ajran. - Nie możesz tego pić!
Niedawno okazało się, że wujek nie toleruje laktozy. Przez ostatnie dwa tygodnie był tak przybity, jakby opłakiwał stratę bliskiej osoby, a nie rodzaju cukru.
- Ale ja muszę! - Nie daje sobie wyrwać szklanki i, ku przerażeniu cioci, wypija wszystko jednym haustem.
- Tylko nie jęcz mi później, że boli cię brzuch, rozumiesz? - Ciocia grozi mu palcem jak typowa hinduska mama, a my z Adnanem solidarnie robimy to samo.
- Farah? - Mój baba woła mamę, wchodząc do domu.
- Arman? - odkrzykuje mama. Jej głos odbija się echem od ścian, niemal potrząsając wiszącymi na nich drewnianymi ozdobami.
- Walkie-talkie - szepcze mi Adnan do ucha. - Poważnie. Boję się, że twoja rodzina niedługo straci głos.
- Przepraszam za spóźnienie. - Baba całuje mnie w głowę, a mamę w policzek, po czym siada obok niej. Przez sekundę marszczy brwi na widok całej masy jedzenia na stole, ale zaraz zaczyna opowiadać o młodej kobiecie, która przyszła z receptą do apteki, gdzie baba pracuje.
- ...i wtedy zauważyłem, co ma na nadgarstku. Krążek antykoncepcyjny! - mówi, kręcąc głową. - Myślała, że tak się go nosi! A wiecie, co jest najlepsze?
- Co? - pytamy jednogłośnie, nie mogąc uwierzyć, że może być jeszcze lepiej.
- Po paru minutach wróciła z testem ciążowym i powiedziała: "Chyba potrzebuję jeszcze tego".
Głęboki, donośny śmiech wypełnia pokój. Gdy wreszcie przestaje mnie boleć brzuch, baba powtarza: "Test ciążowy!", czym nakręca mnie znowu.
- Nie powinniśmy się z tego śmiać. - Mama próbuje zachować powagę, ale może nie powstrzymać kolejnego chichotu. - Biedna dziewczyna, rodzice pewnie nie rozmawiają z nią otwarcie, skoro nie wie, jak używać antykoncepcji. - Odchrząkuje w nadziei, że zdąży zmienić temat, zanim jeszcze raz wybuchniemy śmiechem. - Ktoś chce herbaty[6] albo mishti?
Wszyscy kiwamy głowami, poza babą, który wygląda, jakby miał kij w tyłku.
- Arman? - dopytuje mama, napełniając czajnik i stawiając go na kuchence.
- Mishti nie, ale poproszę herbatę. - Uśmiecha się sztywno, co do niego niepodobne. Dopiero po chwili rozumiemy dlaczego. - Tylko nie doodh cha[7]. I bez cukru, proszę. Wygląda na to, że mam cukrzycę - mówi najspokojniej w świecie, jakby nie rzucił właśnie bomby.
- Ki[8]? - krzyczy mama równocześnie ze mną. - Żartujesz sobie?
- Nie żartuję.
- Co to znaczy, że masz cukrzycę? - Mama porzuca czajnik i zostawia parzenie herbaty w rękach cioci.
- Czuję się świetnie, naprawdę.
- Co powiedział doktor?
- Farah? - przerywa rozmowę ciocia Somaiya. - Chyba jest coś nie tak z waszą kuchenką. Gaz nie chce się zapalić.
Mama jednak ją ignoruje i uważnie patrzy na babę.
- Nie wiedziałam, że byłeś u lekarza.
- Nie chciałem cię niepotrzebnie martwić.
- Nie chciałeś mnie martwić? - Mama powtarza, jakby nie mogła uwierzyć, że te słowa wyszły z ust jej męża.
Adnan, wujek i ja wodzimy między nimi wzrokiem, jakbyśmy oglądali mecz tenisa, a ciocia dalej zmaga się z kuchenką.
- Palnik syczy, Farah, a nawet go nie włączyłam. - W głosie cioci coraz bardziej słychać panikę, a gdy się odwracam, zauważam na jej czole kropelki potu.
- Pomogę ci, ciociu - mówię i wstaję od stołu.
Kiedy tylko dotykam kurka, mama i baba zaczynają krzyczeć.
- Jak mogłeś trzymać to w tajemnicy?!
- Chciałem cię chronić!
- Chronić? Niby jak kłamstwo ma mnie ochronić?
- Przecież nie kłamałem!
- Ale nic nie powiedziałeś!
Patrzę przez ramię na rodziców. Nigdy wcześniej nie widziałam ich w takim stanie. Adnan łapie mój wzrok, ma napięty wyraz twarzy.
- Farah, proszę, musisz się...
- Co muszę? Słuchać więcej kłamstw?! - Mama potrząsa wściekle głową. - Nie, już dość się nasłu...
- Farah, ta kuchenka jest chyba zep... - wtrąca ciocia.
W tym samym momencie wujek wstaje i oznajmia:
- Lecę do łazienki. Ajran chce już wyjść na wolność.
Jednak ciocię i wujka zagłuszają krzyki rodziców, nic nie jest w stanie się przez nie przebić.
Wtedy wybucha kuchenka.