Nasz ostatni dzień - Adam Silvera

Reflow text when sidebars are open.
DROGI CZYTELNIKU,
Zawsze pisałem bardzo osobiste książki, a Nasz ostatni dzień nie jest wyjątkiem. Jednak w przeciwieństwie do dwóch poprzednich, historia w tej powieści nie jest jakimś dziwnym przetworzeniem moich własnych doświadczeń, lecz czymś, co narodziło się z mojego niedoświadczenia. Jestem jeszcze młody, ale już straciłem wiele lat życia. Straciłem mnóstwo czasu, wybrzydzając przy jedzeniu, nie wygłaszając swoich opinii, kłamiąc zamiast tworzyć głębsze relacje, nie przyznając się do swojej orientacji przed skończeniem dziewiętnastu lat, nie odzywając się do wielu fajnych chłopaków w metrze, nie śpiewając przy znajomych w obawie przed fałszowaniem i tak dalej, i tak dalej.
Właśnie przy tworzeniu tej książki stałem się odważniejszy. Zainspirował mnie taki jeden chłopiec, który burzył swoje mury, cegła po cegle, aż nie uwolnił się od licznych kompleksów i lęków. A także przez innego chłopca, który namówił mnie, bym wyzbył się nieśmiałości i naprawił wszystko, dopóki wciąż mam na to czas. Spróbowałem mięsa z krokodyla i nigdy więcej tego nie powtórzę. Jestem gotów bronić swoich przekonań. Mówię prawdę, nawet jeśli jest niewygodna, wiedząc, że z niej bierze się trwalsza przyjaźń. Przyznałem się do swojej orientacji absolutnie przed wszystkimi, w tym - co chyba najważniejsze - przed uczniami w konserwatywnych stanach, w których mam spotkania w szkołach, bez względu na to, jak bardzo może to wkurzać ich rodziców. Nigdy nie zagadywałem do ładnych chłopaków w metrze, ale to ja wykonałem pierwszy ruch w kierunku gościa mojego współlokatora, który ciągle ze mną flirtował, a teraz jest moim chłopakiem. Śpiewałem karaoke z innymi twórcami YA w barze o trzeciej nad ranem, w środku tygodnia, i było to w równym stopniu okropne, co cudowne.
Naprawdę uważam, że należy jak najszybciej zacząć żyć pełnią życia i najlepiej, jak potrafimy, bo w przeciwieństwie do postaci z tej książki nie wiem, ile mi jeszcze zostało czasu w tym wszechświecie. I Wy też nie wiecie. Dlatego nie zwlekajcie zbyt długo ze staniem się takimi, jakimi chcecie być - zegar tyka.
Ściskam mocno,
5 września 2017
MATEO TORREZ
00:22
Prognoza Śmierci dzwoni z najpoważniejszym ostrzeżeniem, jakie można dostać - dzisiaj umrę. Nie, cofam to, ostrzeżenie to zbyt mocne słowo, ponieważ ostrzeżenia sugerują, że można czegoś uniknąć. Na przykład jak kierowca samochodu zatrąbi na kogoś przechodzącego na ślepo przez ulicę. W tym przypadku raczej zostałem uprzedzony. Moja komórka rozdzwoniła się po drugiej stronie pokoju, z charakterystycznym i niekończącym się dźwiękiem gongu. Już zaczynam panikować, sto myśli zalewa mi umysł i nie pozwala skupić się na niczym innym. Założę się, że właśnie taki chaos słyszy spadochroniarz podczas pierwszego skoku z samolotu. Chociaż nigdy nie będę miał pewności.
To szaleństwo. Minutę temu czytałem wczorajszy wpis na blogu Odliczaczy - gdzie Zgonersi rejestrują swoje ostatnie godziny za pomocą statusów, zdjęć i live'ów, a ten konkretny dotyczył studenta pierwszego roku college'u, który próbował znaleźć dom dla swojego golden retrivera - a teraz sam umrę.
Dzisiaj... Nie... Tak. Tak.
Czuję ucisk w piersi. Dzisiaj umrę.
Zawsze bałem się śmierci. Głupie z mojej strony było myśleć, że ten lęk w jakiś sposób mnie przed nią uchroni. Oczywiście nie ostatecznie, ale na dość długo, żebym naprawdę mógł dorosnąć. Tata kładł mi do głowy, że powinienem udawać, że jestem głównym bohaterem historii, któremu nigdy nic złego się nie dzieje, a już na pewno nie umiera, ponieważ bohater musi trwać, żeby przybyć na ratunek. Jednak hałas w mojej głowie cichnie i teraz po drugiej stronie czeka na mnie herold, by powiedzieć mi, że umrę dzisiaj, w wieku osiemnastu lat.
Rany, ja naprawdę...
Jest tak wiele rzeczy, które wolałbym w tej chwili robić zamiast odbierać to połączenie, na przykład mógłbym pobiec do łóżka taty i przeklinać w jego poduszkę, że wybrał sobie zły moment, by wylądować na oddziale intensywnej terapii. Albo walić pięścią w ścianę, bo mama skazała mnie na wczesną śmierć, umierając przy moich narodzinach. Telefon dzwoni już chyba trzynasty raz i nie mogę go dłużej ignorować, tak samo jak nie mogę uciec przed tym, że dzisiaj umrę.
Zsuwam laptopa ze skrzyżowanych nóg i wstaję z łóżka, zataczając się trochę, bo naprawdę mi słabo. Podchodzę do biurka z prędkością - i energią - zombiaka.
Połączenie przychodzące od Prognozy Śmierci, oczywiście.
Trzęsę się, ale naciskam zielony przycisk. Nic nie mówię. Nie jestem pewien, co powinienem powiedzieć. Oddycham tylko, bo mam w sobie mniej niż dwadzieścia cztery godziny oddechów - tyle ile średnio wykonuje w ciągu dnia nieumierająca osoba - i równie dobrze mogę już zacząć je wykorzystywać.
- Timothy, z tej strony Andrea z Prognozy Śmierci. Jesteś tam?
Timothy.
Wcale nie nazywam się Timothy.
Zadzwoniła do niewłaściwej osoby.
- Wybrała pani zły numer - informuję Andreę. Moje serce się uspokaja, chociaż bardzo mi żal tego całego Timothy'ego. Naprawdę. - Nazywam się Mateo. - Dostałem imię po ojcu i wiem, że chciałby, bym je kiedyś przekazał synowi. Teraz mogę, o ile faktycznie kiedyś dorobię się dziecka.
Słyszę stukanie w klawisze po drugiej stronie, kobieta pewnie poprawia wpis w bazie danych.
- Och, proszę wybaczyć. Timothy to mężczyzna, z którym dopiero co rozmawiałam; nie przyjął wieści zbyt dobrze, biedaczysko. Nazywasz się Mateo Torrez, zgadza się?
I tak oto ostatnia nadzieja pryska jak bańka mydlana.
- Mateo, proszę, potwierdź, że to ty. Obawiam się, że mam jeszcze dzisiaj wiele telefonów do wykonania.
Zawsze wyobrażałem sobie, że mój herold - to ich oficjalny tytuł, nie ja go wymyśliłem - okaże mi współczucie i przekaże wieści łagodnie, może nawet zacznie opowiadać o tym, jak to moja śmierć będzie wyjątkowo tragiczna, bo jestem jeszcze taki młody. Szczerze mówiąc, nie przeszkadzałoby mi, gdyby była radośniejsza, może poradziłaby mi dobrze się bawić przez resztę czasu i wykorzystać go jak najlepiej, skoro przynajmniej wiem, co się stanie. W ten sposób nie utknąłbym w domu, układając puzzle z tysiąca elementów, których nigdy nie skończę, albo masturbując się, bo seks z drugim człowiekiem mnie przeraża. Jednak ta kobieta sprawia, że czuję się źle, bo marnuję jej czas, a ona, w przeciwieństwie do mnie, ma go bardzo dużo.
- Okej. Mateo to ja. Jestem Mateo.
- Mateo, z przykrością powiadamiam cię, że w ciągu najbliższych dwudziestu czterech godzin spotka cię przedwczesna śmierć. I chociaż nie jestem w stanie w żaden sposób temu zapobiec... - Heroldka ciągnie swoją przemowę o tym, jakie to życie czasami jest niesprawiedliwe i nic się nie da z tym zrobić. Nie powinienem się na nią wściekać, ale słyszę, że jest znudzona recytowaniem tekstu, który wyrył się w jej pamięci po setkach, może tysiącach takich rozmów. Te pozbawiły ją również resztek empatii. Podejrzewam, że może nawet w tej chwili piłuje sobie paznokcie albo gra sama ze sobą w kółko i krzyżyk.
Na Odliczaczach Zgonersi publikują wszystko, od relacji z samej rozmowy z heroldem, aż po plany na spędzenie Dnia Ostatecznego. To, w skrócie, taki Twitter dla Zgonersów. Przeczytałem setki postów, w których Zgonersi przyznawali się do wypytywania heroldów o okoliczności śmierci, ale wszyscy wiedzą, że takie szczegóły nie są dostępne dla nikogo. Nawet dla prezydenta Reynoldsa, który cztery lata temu został zabity przez jednego ze swoich agentów w bunkrze, w którym próbował ukryć się przed nieuniknionym. Ludzie z Prognozy Śmierci mogą podać jedynie datę śmierci, a nie dokładną godzinę czy też sposób, w jaki się to stanie.
- ...czy wszystko jest dla ciebie zrozumiałe?
- Tak.
- Logując się na naszą stronę, możesz wypełnić formularz i podać specjalne życzenia co do swojego pogrzebu, a także wpisać inskrypcję, jaka powinna znaleźć się na nagrobku. Albo może wolałbyś zostać skremowany, w takim wypadku...
Byłem tylko na jednym pogrzebie. Moja babcia umarła, kiedy miałem siedem lat, a potem wpadłem w szał, bo nie chciała się obudzić. Pięć lat później pojawiła się Prognoza Śmierci i nagle nikt nie spał na własnym pogrzebie. To niesamowite, że teraz możemy pożegnać się z najbliższymi przed śmiercią, ale czy nie lepiej ostatnie godziny spędzić na prawdziwym życiu? Może miałbym inne zdanie na ten temat, gdybym faktycznie liczył, że na moim pogrzebie ktoś się zjawi. Gdybym miał więcej przyjaciół niż palców.
- I Timothy, w imieniu całego zespołu Prognozy Śmierci składam ci serdeczne kondolencje. Przeżyj ten dzień najlepiej, jak się da, dobrze?
- Jestem Mateo.
- Przykro mi, Mateo. Strasznie mi głupio. To była długa noc, a te rozmowy potrafią być takie stresujące i...
Rozłączam się bez słowa, co jest niegrzeczne, wiem o tym. Ale nie mogę słuchać gadania o tym, że ktoś miał ciężką noc, skoro ja sam mogę umrzeć na Bóg jeden wie co w ciągu najbliższej godziny, a może nawet za dwadzieścia minut: mógłbym zakrztusić się kroplami na kaszel; mógłbym wyjść po coś i spaść ze schodów albo złamać sobie kark jeszcze przed wydostaniem się na zewnątrz; ktoś mógłby się włamać i mnie zamordować. Jedyne, co mogę zdecydowanie wykluczyć, to śmierć ze starości.
Opadam na podłogę, na kolana. Wszystko się dzisiaj skończy, a ja nie mogę nic z tym zrobić. Nie mogę udać się w podróż po opanowanej przez smoki krainie, by zdobyć berło zdolne powstrzymać śmierć. Nie mogę wskoczyć na latający dywan w poszukiwaniu dżina, by życzyć sobie prostego, szczęśliwego życia. Mógłbym spróbować odnaleźć jakiegoś szalonego naukowca, który by mnie zamroził, ale są duże szanse, że umarłbym w połowie tego wariackiego eksperymentu. Śmierć jest nieunikniona dla każdego, a dla mnie dzisiaj jest pewnikiem.
Lista ludzi, za którymi będę tęsknić - o ile zmarli w ogóle mogą za kimś tęsknić - jest tak krótka, że nie powinienem nazywać jej listą: na pewno za tatą, bo starał się, jak mógł; Lidią, bo nie tylko nie ignorowała mnie na korytarzu, ale nawet siadała ze mną w czasie lunchu, została moją partnerką na nauce o Ziemi, a nawet opowiadała mi o tym, że chce zostać ekolożką i że powinienem wyświadczyć sobie przysługę, żyjąc na świecie, który ona będzie szturmem ratować. I tyle.
Gdyby kogoś interesowała moja lista osób, za którymi nie będę tęsknił, i tak nie podam żadnych nazwisk. Nikt nie zrobił mi nic złego. I nawet rozumiem, dlaczego niektórzy ludzie nie dali mi nigdy szansy. Naprawdę rozumiem. Jestem chodzącą paranoją. Nie pozwalałem ludziom robić nic fajnego - na przykład jeździć na rolkach po parku albo samochodem w nocy - bo ktoś z nich mógłby w ten sposób narazić swoje życie. Mógłby. Za to będę tęsknić za straconymi szansami, by żyć pełnią życia i naprawdę zaprzyjaźnić się z ludźmi z klasy. Będę tęsknić za tym, że nigdy nie zbliżyłem się do nich w trakcie wspólnego nocowania, w czasie którego nikt nie śpi, tylko gra całą noc na konsoli albo w planszówki. A wszystko dlatego, że za bardzo się bałem.
Najważniejsza osoba, której będzie mi brakowało, to Mateo z Przyszłości, który może wreszcie by trochę wyluzował i zaczął żyć. Trudno mi go sobie dobrze wyobrazić, ale myślę, że próbowałby nowych rzeczy, na przykład zapaliłby trawkę z przyjaciółmi, zrobiłby prawko i wskoczył w samolot do Portoryko, żeby poznać lepiej swoje korzenie. I może zacząłby się z kimś spotykać, może spodobałoby mu się takie towarzystwo. Pewnie grałby na fortepianie dla przyjaciół, śpiewałby dla nich, a już z pewnością na jego pogrzeb przyszłoby mnóstwo ludzi i stypa przedłużyłaby się na cały weekend - byłoby pełno nowych osób, które nie miały szansy przytulić go ten ostatni raz.
Mateo z Przyszłości pewnie przedstawiłby dłuższą listę osób, za którymi będzie tęsknił.
Ale ja nigdy nie dorosnę, by stać się Mateo z Przyszłości. Nikt nigdy się ze mną nie upali, nikt nie posłucha mojej gry na fortepianie i nikt nie usiądzie obok mnie w aucie taty, gdy już zrobię prawko. Nigdy nie pokłócę się z przyjaciółmi o to, kto weźmie lepsze buty na kręgle albo kto może wybrać Wolverine'a w grze wideo.
Kładę się z powrotem na podłogę, słucham muzyki i myślę o tym, że teraz naprawdę warto zaryzykować życie. Skoro i tak umrę.
00:42
Tata, gdy jest zdenerwowany, bierze gorący prysznic na uspokojenie. Zacząłem go naśladować mniej więcej wtedy, gdy skończyłem trzynaście lat, ponieważ pojawiły się konfundujące Myśli Mateo i potrzebowałem mnóstwa Czasu z Mateo, żeby je jakoś ogarnąć. Wszedłem teraz pod prysznic, ponieważ czuję się winny za żywienie nadziei, że świat, a przynajmniej jakaś jego część poza Lidią i tatą, przyjmie moje odejście ze smutkiem. Ponieważ jednak nie chciałem żyć niezwyciężenie, tak jak ci wszyscy, którzy nie dostali swojego powiadomienia, zmarnowałem te wszystkie wczoraj i skończyły mi się wszystkie jutra.
Właściwie to nikomu o tym nie powiem. Może tylko tacie, bo on i tak jest nieprzytomny i mnie nie usłyszy. Nie chcę spędzić ostatniego dnia życia, zastanawiając się, czy ludzie są szczerzy, gdy wyrażają przy mnie smutek. Nikt nie powinien w ostatnich chwilach doszukiwać się u innych fałszu.
Muszę jakoś wyjść do świata, oszukać samego siebie, że to tylko kolejny zwyczajny dzień. Odwiedzić tatę w szpitalu i po raz pierwszy od dzieciństwa potrzymać go za rękę. Po raz ostatni też... Rany, to naprawdę będzie ostatni raz.
Odejdę, zanim zdążę przyzwyczaić się do swojej śmiertelności.
Muszę też zobaczyć Lidię i jej roczną córeczkę, Penny. Lidia wybrała mnie na ojca chrzestnego małej, kiedy ta urodziła się w marcu zeszłego roku, i szkoda, że akurat ja zostałem wpisany jako jej opiekun na wypadek śmierci Lidii, skoro jej chłopak, Christian, odszedł trochę ponad rok temu. Pewnie, jak niby osiemnastolatek bez dochodu miałby wychowywać dziecko? Krótka odpowiedź: nie będzie tego robił. Ale miałem przecież dorosnąć i opowiadać Penny historie o jej matce ratującej świat i wyluzowanym ojcu, i powitać ją w swoim domu, gdy już stałbym się wystarczająco niezależny finansowo i przygotowany do tej roli. Teraz zniknę z jej życia, zanim zdążę w ogóle stać się kimś więcej niż gościem w albumie ze zdjęciami. Może Lidia będzie opowiadać o mnie jakieś historie, a Penny będzie kiwać głową, może zażartuje z moich okularów, a potem przewróci stronę w albumie, by obejrzeć zdjęcia osób, które naprawdę zna i na których jej zależy. Dla niej nie będę nawet duchem. Nie ma jednak powodu, żeby nie połaskotać jej po raz ostatni albo nie zetrzeć z jej buzi groszkowo-dyniowej papki, albo dać Lidii chwilę odpoczynku, żeby mogła się skupić na nauce albo umyć zęby czy włosy, a może się zdrzemnąć.
Kiedy jednak jakimś cudem oderwę się od najlepszej przyjaciółki i jej córeczki, będę musiał iść i żyć.
Zakręcam kran i woda przestaje na mnie płynąć; to nie jest najlepszy dzień na godzinny prysznic. Zabieram okulary z umywalki i zakładam je. Wychodzę z wanny, ślizgam się na kałuży wody i gdy upadam do tyłu, spodziewam się sprawdzić tę teorię o życiu przelatującym przed oczami, ale w ostatniej chwili chwytam wieszak na ręczniki i odzyskuję równowagę. Oddycham głęboko, wdech i wydech, ponieważ umrzeć akurat w ten sposób byłoby strasznie niefajnie; ktoś dodałby mnie na bloga "Głupie śmierci" w kategorii "nokaut pod prysznicem". Ta strona brzydzi mnie na tak wielu poziomach.
Pragnę wyjść i żyć - najpierw jednak muszę wydostać się z tego mieszkania w jednym kawałku.
00:56
Wypisuję podziękowania dla moich sąsiadów spod 4F i 4A, informując ich, że to mój Dzień Ostateczny. Elliot z 4F sprawdzał, co u mnie, odkąd tata trafił do szpitala. Przynosił mi obiady, bo nasza kuchenka stoi zepsuta od zeszłego tygodnia, kiedy to tata próbował zrobić empanady. Sean z 4A planował wpaść w sobotę, żeby ją zreperować, ale to już nie będzie konieczne. Tata będzie wiedział, jak ją naprawić, a może też przyda mu się jakieś zajęcie dla odwrócenia uwagi po tym, jak ja już odejdę.
Idę do szafy i wyciągam niebiesko-szarą flanelową koszulę, którą Lidia kupiła mi na osiemnaste urodziny, i zakładam ją na biały podkoszulek. Jeszcze nie pokazywałem się w niej ludziom. Ta koszula sprawi, że będę dzisiaj czuł bliskość przyjaciółki.
Spoglądam na zegarek - stary zegarek taty, który oddał mi po tym, jak kupił sobie taki elektroniczny z podświetleniem dla jego chorych oczu - i widzę, że już prawie pierwsza w nocy. Normalnie grałbym do późna na konsoli, nawet jeśli na drugi dzień miałbym być nieprzytomny w szkole. Przynajmniej mogę się wyspać w czasie okienek. Nie powinienem był traktować ich tak lekko. Trzeba było zapisać się na dodatkowe zajęcia, na przykład na sztukę, chociaż nie mógłbym nic narysować, nawet gdyby od tego zależało moje życie (oczywiście nie zależy i rysowanie nic by nie pomogło; chciałbym móc powiedzieć, że to nie ma znaczenia, ale ma, i to ogromne, prawda?). Może trzeba było dołączyć do jakiegoś zespołu i grać na klawiszach, zdobyć jakąś rozpoznawalność, zanim przeszedłbym na śpiewanie w chórkach, a potem może w duecie z kimś fajnym, by na koniec zaryzykować solo. Cholera, może nawet występowanie w teatrze byłoby super, gdybym dostał rolę, która by mnie otworzyła. Ale nie, ja wolałem wykorzystać kolejne okienko na drzemkę.
Jest za dwie minuty pierwsza. Gdy wybije pełna godzina, zmuszę się do wyjścia z tego mieszkania. Stanowiło jednocześnie moje sanktuarium i moje więzienie, a teraz muszę iść i odetchnąć świeżym powietrzem, zamiast przedzierać się tylko przez ulice, by dotrzeć z punktu A (szkoła) do punktu B (dom) i z powrotem. Będę liczył drzewa, może zaśpiewam ulubioną piosenkę, mocząc nogi w rzece Hudson, i po prostu postaram się z całych sił zostać zapamiętanym jako młody mężczyzna, który umarł za wcześnie.
Wybija pierwsza w nocy.
Nie mogę uwierzyć, że nigdy więcej nie wrócę do swojego pokoju.
Przekręcam klucz w zamku, otwieram drzwi.
Kręcę głową i zatrzaskuję je z powrotem.
Nie zamierzam wychodzić na świat, który zabije mnie przedwcześnie.
RUFUS EMETERIO
01:02
Prognoza Śmierci dobija się do mnie akurat w chwili, gdy próbuję zatłuc nowego chłopaka mojej byłej dziewczyny. Ciągle na nim siedzę, przyszpilając go do ziemi kolanami, a jedyny powód, dla którego jeszcze nie trzasnąłem go znowu w oko, to ten dzwonek rozbrzmiewający w mojej kieszeni; głośny alarm Prognozy Śmierci, który wszyscy znają aż za dobrze albo z osobistych doświadczeń, albo z telewizji, albo każdego gównianego serialu, bo jest nadużywany dla dramatycznego efektu. Moi kumple, Tagoe i Malcolm, nie kibicują już naszej walce. Stoją w zupełnej ciszy, a ja tylko czekam, aż telefon tego frajera Dziobaka też się rozdzwoni. Ale nic takiego się nie dzieje. Może powiadomienie o mojej śmierci właśnie uratowało kolesiowi życie.
- Odbierzesz, Roof? - rzuca Tagoe.
Nagrywał solówkę, bo strasznie jara go oglądanie bijatyk w internecie, ale teraz gapi się na swoją komórkę, jakby się bał, że do niego też zadzwonią.
- Nie ma, kuźwa, mowy - mówię.
Serce wali mi jak szalone, nawet szybciej, niż kiedy pierwszy raz rzuciłem się na Dziobaka; nawet szybciej, niż kiedy pierwszy raz go trzasnąłem i powaliłem na ziemię. Jego lewe oko jest już spuchnięte, a w prawym widzę tylko czyste przerażenie. Prognoza Śmierci dzwoni do trzeciej nad ranem. Koleś wcale nie ma pewności, czy nie zabiorę go ze sobą.
Ja też nie wiem.
Mój telefon milknie.
- Może to pomyłka - rzuca szybko Malcolm.
Komórka znowu się rozdzwania.
Malcolm się zamyka.
Nie miałem nadziei. Nie znam żadnych statystyk czy coś, ale rzadko się słyszy, żeby Prognoza Śmierci coś pojebała. My, Emeterio, niekoniecznie mieliśmy szczęście w pozostawaniu przy życiu, ale za to przedwczesne spotkania ze stwórcą to nasza martwa specjalność.
Trzęsę się, a w głowie brzęczy mi panika, jakby ktoś cały czas mnie bił. A to dlatego, że nie mam zielonego pojęcia, jak umrę. Wiem tylko tyle, że to się stanie. A jakoś życie nie staje mi przed oczami, chociaż niekoniecznie spodziewam się, by stanęło później, kiedy faktycznie będę o krok od śmierci.
Dziobak wije się pode mną, a ja podnoszę pięść, żeby go uspokoić.
- Może gość ma przy sobie jakąś broń - rzuca Malcolm.
Chłopak jest największy z naszej paczki. Taki olbrzym by się przydał, gdy moja siostra nie mogła odpiąć pasów po tym, jak nasz samochód wpadł do rzeki Hudson.
Przed telefonem od Prognozy Śmierci nie przyszłoby mi do głowy, że Dziobak może mieć przy sobie broń, bo to my go napadliśmy, gdy wracał z pracy. Ale nie zamierzam stawiać na szali swojego życia, nie. Rzucam komórkę. Zaczynam przeszukiwać Dziobaka, sprawdzając, czy nie chowa gdzieś scyzoryka. Podnoszę się, a on zostaje na ziemi.
Malcolm wyciąga plecak Dziobaka spod niebieskiego auta, gdzie wrzucił go Tagoe. Otwiera go i wywraca do góry nogami; wypadają jakieś komiksy z Czarną Panterą i Hawkeyem.
- Pusto.
Tagoe podbiega do Dziobaka i przysięgam, że zaraz kopnie w jego głowę jak w piłkę, ale tylko podnosi mój telefon z ziemi i odbiera połączenie.
- Do kogo? - Nikt nie jest zdumiony, że drga mu szyja. - Zaraz, zaraz, to nie on. Zaraz. Czekaj chwilę. - Wyciąga do mnie komórkę. - Mam się rozłączyć, Roof?
Nie wiem, wciąż mam Dziobaka, zakrwawionego i pobitego, na parkingu szkoły podstawowej, i przecież nie muszę rozmawiać z heroldem, żeby wiedzieć, że Prognoza Śmierci nie dzwoni, by pogratulować mi wygranej na loterii. Wyrywam Tagoe telefon z ręki, wkurzony i skołowany, i mógłbym zwymiotować, ale rodzice i siostra tego nie zrobili, więc ja też nie będę.
- Pilnujcie go - mówię kolegom. Kiwają głowami. Nie wiem, kiedy stałem się samcem alfa. Trafiłem do domu zastępczego kilka lat później niż oni.
Odchodzę kawałek, jakby prywatność w tej chwili miała jakiekolwiek znaczenie, i upewniam się, że nie wchodzę w plamę światła przy lampce oznaczającej wyjście ewakuacyjne. Nie zamierzam dać się przyłapać w środku nocy z krwią na knykciach.
- Słucham?
- Dobry wieczór. Z tej strony Victor z Prognozy Śmierci. Chciałbym rozmawiać z Rufusem Emmy-terio.
Totalnie przeinacza moje nazwisko, ale nie ma sensu go poprawiać; jestem ostatnim członkiem rodziny Emeterio.
- Tak, to ja.
- Rufusie, z przykrością informuję, że w ciągu najbliższych dwudziestu czterech godzin...
- Dwudziestu trzech godzin - przerywam mu, maszerując tam i z powrotem wzdłuż samochodu. - Dzwonisz po pierwszej. - To jakaś farsa. Pozostali Zgonersi dostali swój telefon godzinę temu. Może gdyby Prognoza Śmierci skontaktowała się ze mną wcześniej, nie czekałbym przed restauracją, gdzie pracuje ten frajer Dziobak, żeby zagonić go na parking.
- Tak, masz rację, przepraszam - mówi Victor.
Minutę temu byłem w środku całkiem pusty, ale teraz zaczynam się nakręcać na maksa. Nie odzywam się, bo nie chciałbym wyładowywać złości na kolesiu, który po prostu wykonuje swoją pracę, chociaż nie mam zielonego pojęcia, po cholerę ktoś w ogóle przyjmuje taką posadę. Udawajmy, że mam przed sobą jakąś przyszłość, zróbmy mi tę przyjemność - nie wyobrażam sobie sytuacji, w której nagle budzę się i stwierdzam: "chyba przyjmę zmiany od dwunastej do trzeciej i będę dzwonił do ludzi, mówiąc im, że ich życie dobiegło końca". A jednak Victor i wielu innych postanowiło tak zrobić. Czaję, nie należy zabijać posłańca i tak dalej, nawet jeśli posłaniec dzwoni powiedzieć, że jakaś nieznana siła zgładzi cię przed końcem dnia.
- Rufus, z żalem zawiadamiam cię, że w ciągu najbliższych dwudziestu trzech godzin spotka cię przedwczesna śmierć. Chociaż nie ma nic, co mógłbyś w tej sprawie zrobić, dzwonię, by poinformować cię, jakie masz opcje. Po pierwsze, jak się czujesz?
Chce wiedzieć, jak się czuję, jasne. Sądząc po jego tonie, tak naprawdę nie obchodzę go ani trochę bardziej niż inni Zgonersi, do jakich dzisiaj zadzwoni. Te rozmowy są pewnie nagrywane, a chłopak nie zamierza ryzykować posady, odwalając robotę po łebkach.
- Nie wiem, jak się czuję. - Ściskam telefon, żeby nie rzucić nim o ścianę, na której ktoś namalował białe i brązowe dzieciaki trzymające się za rączki pod tęczą. Oglądam się przez ramię i widzę, że Dziobak ciągle leży twarzą do ziemi, a Malcolm i Tagoe gapią się na mnie; lepiej niech pilnują gościa, dopóki nie zastanowię się, co z nim począć. - Po prostu powiedz mi, jakie mam opcje. - To powinno być dobre.
Victor mówi mi, jaką przewidują pogodę na ten dzień (podobno ma padać przed południem i później też, o ile w ogóle tego doczekam), jakie specjalne wydarzenia organizowane są w mieście (nie mam najmniejszej ochoty iść na żadne z nich, a już w szczególności nie na zajęcia z jogi w parku, i to nie ze względu na deszcz), co muszę załatwić w związku z pogrzebem i gdzie mogę dostać zniżkę na obiad, jeśli użyję dzisiejszego kodu dla Zgonersów. Wypuszczam to wszystko drugim uchem, bo denerwuję się tym, jak potoczy się mój Dzień Ostateczny.
- Skąd wy to wiecie? - przerywam mu. Może chłopak się nade mną zlituje, a ja będę mógł zdradzić coś kumplom na temat wielkiej tajemnicy. - Skąd wiecie o Dniach Ostatecznych? Istnieje jakaś lista? Jakaś szklana kula? Jakiś kalendarz z przyszłości?
Wszyscy w dalszym ciągu spekulują, skąd Prognoza Śmierci otrzymuje te niezwykle ważne informacje. Tagoe opowiedział mi o różnych szalonych teoriach, które wyczytał w internecie. Jedna zakłada konsultacje z zespołem prawdziwych jasnowidzów, a inna, zupełnie odpałowa, mówi o obcym przypiętym do wanny i zmuszonym do raportowania o Dniach Ostatecznych. W tej teorii jest kilka porąbanych punktów, ale nie mam dzisiaj czasu ich komentować.
- Obawiam się, że tymi informacjami nie dzielą się z heroldami - odpowiada Victor. - Jesteśmy równie ciekawi, jednak nie potrzebujemy tej wiedzy do wykonywania swoich obowiązków. - Kolejna beznamiętna wypowiedź. Mógłbym się założyć o wszystko, że gość zna prawdę, ale milczy, bo nie chce stracić pracy.
Pieprzyć go.
- Jo, Victor, bądź przez chwilę człowiekiem. Nie wiem, czy wiesz, ale mam siedemnaście lat. Za trzy tygodnie kończę osiemnaście. Czy nie wkurza cię, że nigdy nie pójdę do college'u? Nie ożenię się? Nie będę miał dzieci? Nie będę podróżował? Wątpię. Tylko sobie siedzisz wyluzowany na swoim tronie w jakimś boksie, wiedząc, że masz przed sobą jeszcze kilka dekad, co?
Victor chrząka.
- Chcesz, żebym był człowiekiem, Rufus? Chcesz, żebym zsiadł z tronu i był z tobą szczery? Okej, no to posłuchaj. Godzinę temu rozmawiałem przez telefon z kobietą, która z płaczem opowiadała o tym, że już nie będzie dłużej matką, bo jej czteroletnia córka dzisiaj umiera. Błagała, żebym powiedział jej, jak ma uratować życie dziecka, a przynajmniej, jak zginie, żeby mogła spróbować to zmienić. Tylko że ja nie mam żadnych odpowiedzi. A potem musiałem złożyć zawiadomienie do Działu Młodzieży, żeby wysłali policjanta na wszelki wypadek, gdyby to jednak matka była odpowiedzialna, co, wierz mi lub nie, wcale nie jest najbardziej obrzydliwą rzeczą, jaką zrobiłem na tym stanowisku. Rufus, żal mi cię. Naprawdę. Ale nie jestem niczemu winien i niestety mam jeszcze wiele takich telefonów do wykonania dzisiaj. Możesz mi wyświadczyć przysługę i się nie stawiać?
Cholera.
Nie stawiam się przez resztę rozmowy, chociaż gość nie powinien opowiadać mi o innych Zgonersach. Nie potrafię nie myśleć o matce, której córka nigdy nie pójdzie do tej szkoły za moimi plecami. Na koniec Victor rzuca mi tekstem, który często słyszę w programach telewizyjnych i filmach, gdzie Prognoza Śmierci pojawia się w życiu bohaterów.
- W imieniu Prognozy Śmierci składam serdeczne kondolencje z powodu twojej śmierci. Postaraj się przeżyć ten dzień jak najlepiej.
Nie umiem stwierdzić, który z nas rozłącza się pierwszy, ale to i tak nie ma znaczenia. Stało się - a dokładniej stanie. Dzisiaj jest mój Dzień Ostateczny, mój Armagedon. Nie wiem, jak to się odbędzie. Modlę się, żebym nie utonął jak rodzice i siostra. Jedyną osobą, której naprawdę zrobiłem coś paskudnego, jest Dziobak, serio, więc nie spodziewam się kulki, ale kto tam wie, przypadkowe strzały też się zdarzają. Sposób nie jest aż tak istotny, bardziej liczy się to, jak spędzę pozostały mi czas, ale ta niewiedza ciągle cholernie mnie dręczy. W końcu umiera się tylko raz.
Może Dziobak jednak będzie za to odpowiedzialny.
Wracam do nich szybkim krokiem. Podnoszę Dziobaka za kołnierz i uderzam nim o ceglany mur. Krew wypływa z otwartej rany na czole, a ja nie mogę uwierzyć, że koleś potrafił mnie tak sprowokować. Nie powinien był pieprzyć wszystkich tych głupot o tym, dlaczego niby Aimee już dłużej mnie nie chciała. Gdyby do mnie nie dotarły, moja dłoń nie ściskałaby mu teraz gardła, a on nie czułby jeszcze większego strachu niż ja.
- Wcale mnie nie "pokonałeś", okej? Aimee nie rzuciła mnie ze względu na ciebie, więc wybij to sobie z głowy, i to szybko. Kochała mnie, sprawy się skomplikowały i w końcu przyjęłaby mnie z powrotem. - Jestem tego pewien; Malcolm i Tagoe myślą tak samo. Nachylam się bliżej, patrząc Dziobakowi prosto w zdrowe oko. - Lepiej, żebym cię nie widział przez resztę swojego życia. - Jasne, niewiele go już zostało. Ale ten gość jest zdrowo rąbnięty i może zrobić coś głupiego. - Czaisz?
Dziobak kiwa głową.
Puszczam jego gardło i wyjmuję jego telefon z kieszeni. Rzucam nim o ścianę, ekran rozsypuje się na kawałki. Malcolm jeszcze je miażdży butami.
- Wynoś się stąd.
Malcolm łapie mnie za ramię.
- Nie puszczaj go. On ma znajomości.
Dziobak idzie tuż przy ścianie, wystraszony, jakby szedł przy oknie na wysokim piętrze.
Strącam dłoń kumpla z ramienia.
- Powiedziałem, żebyś się stąd wynosił.
Dziobak przyśpiesza, biegnie zygzakiem. Nie ogląda się nawet raz, żeby sprawdzić, czy go nie gonimy. Nie zatrzymuje się też, żeby zabrać swoje komiksy i plecak.
- A czy on nie ma jakichś znajomości w gangu? - pyta Malcolm. - Co, jeśli przyjdą się na tobie zemścić?
- To nie jest prawdziwy gang, a jego wyrzucili. Nie ma sensu bać się gangu, który wziąłby pod swoje skrzydła kogoś takiego jak Dziobak. Nie może nawet zadzwonić do nich czy do Aimee. Zadbaliśmy o to. - Nie chciałbym, żeby dodzwonił się do Aimee przede mną. Muszę się przed nią najpierw wytłumaczyć, sam nie wiem, może nie będzie chciała mnie widzieć, gdy się już dowie. Nieważne, że to mój Dzień Ostateczny.
- Ci z Prognozy Śmierci też już nie mogą do niego zadzwonić - stwierdza Tagoe, jego szyja drga dwa razy.
- Nie miałem zamiaru go zabijać.
Moi kumple milczą. Widzieli, jak go tłukę, jakbym nie miał wyłącznika.
Nie przestaję się trząść.
Mogłem go zabić, nawet jeśli nie chciałem. Nie wiem, czy potrafiłbym żyć z tym, że go ukatrupiłem. Nie, to kłamstwo i dobrze o tym wiem, po prostu staram się być twardzielem. Ale nie jestem. Ledwo udało mi się przeżyć fakt, że nie umarłem z resztą rodziny - a to przecież nie była moja wina. Nie ma mowy, żebym pogodził się z tym, że pobiłem kogoś na śmierć.
Ruszam w kierunku naszych rowerów. Moja kierownica wplątała się w koło Tagoe po tym, jak goniliśmy Dziobaka i zeskoczyliśmy szybko, żeby go powalić.
- Nie możecie ze mną jechać - mówię, podnosząc rower. - Rozumiecie to, prawda?
- Nie, jesteśmy z tobą, tylko...
- Nie ma mowy - przerywam mu. - Jestem jak tykająca bomba i nawet jeśli nie wybuchniecie razem ze mną, możecie się poparzyć. Może nawet dosłownie.
- Nie możesz się nas pozbyć - stwierdza Malcolm. - Idziemy tam, gdzie ty.
Tagoe kiwa głową, ale ta przechyla mu się na prawo, jakby jego ciało sprzeciwiało się instynktowi, by ruszyć moim śladem. Zaraz znowu przytakuję, tym razem bez przeszkód.
- Wy dwaj jesteście jak moje cienie, bez kitu - mówię.
- To dlatego, że jesteśmy czarni? - rzuca Malcolm.
- Dlatego, że ciągle za mną chodzicie - wyjaśniam. - Lojalni do końca.
Do końca.
To ich zamyka. Wsiadamy na rowery i wyjeżdżamy na jezdnię, nasze koła podskakują ciągle na wybojach. Wybrałem zły dzień, żeby zapomnieć kasku.
Tagoe i Malcolm nie mogą zostać ze mną cały dzień, wiem to. Ale jesteśmy Plutonami, braćmi z tego samego domu zastępczego, i nie odwrócimy się od siebie.
- Wracajmy do domu - mówię.
I wracamy.
1
Nie chciałabym zabrzmieć dramatycznie, ale niech Bóg zlituje się nade mną i nie pozwoli Morgan wybierać piosenek. Ta dziewczyna to tatusiek z przedmieść z kryzysem wieku średniego w ciele licealistki.
Właśnie klęczy na podłodze i korzysta ze stołka do keyboardu jako biurka, a każdy tytuł na jej liście to jakiś mierny klasyk rocka. Jestem bardzo tolerancyjna, ale jako Amerykanka, muzyk i szanujący się człowiek uważam za swój obowiązek i przywilej zawetować to gówno.
Pochylam się i zaglądam jej przez ramię.
- Żadnego Bon Joviego. Zapomnij o Journey.
- Serio? - rzuca Morgan. - Ludzie uwielbiają Don't Stop Believin'.
- Ludzie uwielbiają heroinę. Czy to znaczy, że mamy zacząć brać heroinę?
Anna unosi brwi.
- Leah, czy ty właśnie...
- Czy właśnie porównałam Don't Stop Believin' do heroiny? - Wzruszam ramionami. - Owszem, zrobiłam to.
Anna i Morgan wymieniają Spojrzenie. To Spojrzenie mówi "popatrz tylko, zaraz się zacznie".
- Posłuchajcie. Ta piosenka to jeden wielki bajzel. Tekst nie trzyma się kupy.
Uderzam lekko w werbel, żeby mój tekst lepiej wybrzmiał.
- A mi się podoba - stwierdza Anna. - Niesie nadzieję.
- Nie chodzi o to, czy niesie nadzieję. Chodzi o to, jak strasznie nieprawdopodobne jest, by istniał pociąg o północy, który jedzie, cytuję, "gdziekolwiek".
Znowu wymieniają Spojrzenie, tym razem wzruszając nieznacznie ramionami.
Tłumaczenie: "ma trochę racji".
Tłumaczenie tłumaczenia: "Leah Catherine Burke jest prawdziwym geniuszem i nie powinnyśmy były kwestionować jej gustu muzycznego".
- Chyba nie powinnyśmy dodawać niczego nowego, dopóki Taylor i Nora nie wrócą - oznajmia Morgan.
I ma rację. Przez próby do szkolnego musicalu Taylor i Nora były poza zasięgiem od stycznia. Chociaż reszta składu spotyka się kilka razy w tygodniu, beznadziejnie się ćwiczy bez wokalistki i głównej gitarzystki.
- Okej - mówi Anna. - W takim razie skończyłyśmy już, tak?
- Pytasz, czy skończyłyśmy próbę?
Cóż, chyba niepotrzebnie wspominałam Journey. Naprawdę to czaję. Jestem biała, powinnam uwielbiać słabego klasycznego rocka. Ale myślałam, że wszystkim nam podoba się żywa dyskusja na temat muzyki i heroiny. Może jednak wymknęła się spod kontroli, bo teraz Morgan składa keyboard, a Anna pisze do mamy, żeby ją odebrała. No to chyba gra się skończyła.
Moja matka przyjedzie dopiero za jakieś dwadzieścia minut, więc zostaję jeszcze w sali muzycznej. Właściwie nie przeszkadza mi to. Nawet całkiem fajnie jest grać samej. Pozwalam, by pałeczki mnie prowadziły, od wielkiego bębna do werbla i z powrotem. Trochę dopełnienia na tonach. Trochę czzz czz czzz na hi-hacie, a potem crash.
Crash.
Crash.
I jeszcze raz.
Nie słyszę wibracji telefonu, dopóki nie rozlega się powiadomienie z poczty głosowej. To musi być moja mama. Zawsze dzwoni, esemesy pisze tylko w ostateczności. Można by pomyśleć, że ma pięćdziesiąt albo milion lat, ale w rzeczywistości zaledwie trzydzieści pięć. Ja osiemnaście. Śmiało, policzcie. Można powiedzieć, że jestem grubą Rory Gilmore ze Slytherinu.
Nie odsłuchuję wiadomości, bo mama zawsze w takiej sytuacji wysyła mi od razu esemesa. I faktycznie, za moment dostaję to: BARDZO CIĘ PRZEPRASZAM, KOCHANIE. NIE DAM RADY SIĘ WYRWAĆ. MOŻESZ POJECHAĆ DZISIAJ AUTOBUSEM?
JASNE, odpowiadam.
JESTEŚ NAJLEPSZA. Emotikonka z buziakiem.
Szefowa mamy w kancelarii to niepowstrzymany robot i pracoholiczka, więc to się często zdarza. Albo to, albo randka. To nawet nie jest zabawne, w życiu uczuciowym mojej matki dzieje się więcej niż w moim. W tej chwili spotyka się z jakimś kolesiem o imieniu Wells. Jest łysy i bogaty, ma takie malusie uszy, a do tego wydaje mi się, że dobiega pięćdziesiątki. Widziałam się z nim raz, przez pół godziny, a on w tym czasie zdążył powiedzieć sześć żartów słownych i dwa razy rzucić "kurna".
Tak czy inaczej, kiedyś miałam własny samochód, więc to nie miało wielkiego znaczenia - jeśli wracałam do domu przed mamą, po prostu wchodziłam do środka przez garaż. Jednak w zeszłe lato auto mamy się zepsuło, więc musiałam oddać jej moje, a to z kolei oznacza, że dzisiaj jadę do domu z trzydziestoma pięcioma pierwszoklasistami. Nie to, żebym była zgorzkniała.
Powinnam opuścić salę muzyczną do piątej, więc rozkładam perkusję i zanoszę do magazynku, bęben po bębnie. Tylko ja korzystam ze szkolnej perkusji. Wszyscy inni mają własne, w wyszykowanych piwnicach osobistych willi. Mój przyjaciel Nick posiada Yamahę DTX450K, który można dopasować do własnych potrzeb, a nawet nie jest perkusistą. Mnie nawet za milion lat nie będzie stać na taki sprzęt. Ale tak to już jest w Shady Creek.
Autobus odjeżdża dopiero za pół godziny, więc chyba pójdę pooglądać próbę. Nikogo nie obchodzi, że wejdę na widownię, chociaż przedstawienie ma premierę w piątek. Szczerze mówiąc, bywam tam tak często, że ludzie pewnie biorą mnie już za część obsady. Większość moich przyjaciół gra - nawet Nick, który nigdy wcześniej nie starał się o żadną rolę. Jestem pewna, że zrobił to wyłącznie po to, by spędzać czas ze swoją obrzydliwie uroczą dziewczyną. Ponieważ jednak jest żywą legendą, dostał od razu główną rolę.
Idę bocznym korytarzem, który prowadzi prosto na salę prób, i wślizguję się za drzwi. Oczywiście pierwszą osobą, jaką widzę, jest jedyny w swoim rodzaju Simon Spier, mój brach numer jeden i wielki pożeracz Oreo.
- Leah! - Stoi za kulisami, częściowo przebrany, otoczony przez kolegów. Nie mam pojęcia, jakim cudem pani Albright zdołała namówić tylu facetów do wzięcia udziału w castingu. Simon odsuwa się od nich. - Przyszłaś w samą porę, żeby posłuchać mojej piosenki.
- Tak właśnie planowałam.
- Naprawdę?
- Nie.
- Nienawidzę cię. - Najpierw trąca mnie łokciem, a potem przytula. - Nie, kocham cię.
- W ogóle mnie to nie dziwi.
- Nie mogę uwierzyć, że zaraz usłyszysz, jak śpiewam.
Uśmiecham się szeroko.
- Pełna ekscytacja.
Zaraz pada wyszeptane polecenie, które nie do końca słyszę, i chłopcy ustawiają się w rzędzie, zwarci i gotowi. Szczerze mówiąc, nie mogę na nich patrzeć bez rozbawienia. Tytuł musicalu to "Józef i cudowny płaszcz snów w technikolorze", a wszyscy bracia Józefa noszą puszyste sztuczne brody. Nie wiem, może tak było napisane w didaskaliach w Biblii czy coś.
- Nie życz mi powodzenia - rzuca Simon. - Tylko połamania nóg.
- Chyba powinieneś już iść.
- Dobra, ale słuchaj, nie jedź autobusem. Po próbie wybieramy się do Waffle House.
- Przyjęłam.
Chłopaki wchodzą na scenę, a ja chowam się głębiej za kulisami. Teraz, gdy tłum się przerzedził, widzę Cala Price'a, inspicjenta, siedzącego za biurkiem za kotarą.
- Hej, Wiewióra.
Właśnie tak się do mnie zwraca, chociaż żaden ze mnie rudzielec. Nie przeszkadza mi to - Cal jest słodki jak bułeczka cynamonowa - ale za każdym razem, kiedy to słyszę, czuję ukłucie w sercu.
Tata nazywał mnie Wiewiórą. Kiedy jeszcze do mnie dzwonił.
- Widziałaś już tę scenę? - pyta Cal, a ja kręcę głową. Uśmiecha się i daje mi znak, żebym podeszła.
Chłopcy się zataczają. Nie potrafię inaczej tego opisać. Nauczyciel szkolnego chóru wygrywa jakąś brzmiącą francusko piosenkę na pianinie, a Simon wychodzi na środek, przyciskając dłoń do serca.
- Czy pamiętasz tamte dobre lata w Kanaan...
Głos mu drży, tylko troszeczkę, a jego francuski akcent to katastrofa. A jednak jest niesamowicie zabawny - pada na kolana, łapie się za głowę, jęczy - i nie chcę przesadzać, ale możliwe, że właśnie patrzę na najbardziej ikoniczny występ w historii teatru.
Nora staje obok mnie.
- Zgadnij, ile razy słyszałam, jak śpiewa to w sypialni.
- Proszę, powiedz, że nie ma o tym pojęcia.
- Nie ma pojęcia, że go słyszę.
Przykro mi, Simon, ale jesteś zbyt cenny. Gdybyś nie był gejem i w związku, totalnie bym za ciebie wyszła. I bądźmy szczerzy, poślubienie Simona byłoby czymś wspaniałym - i nie tylko dlatego, że byłam w nim żałośnie zakochana przez większość podstawówki. Nie, chodzi o coś więcej. Chętnie dołączyłabym do tej rodziny, bo Spierowie są dosłownie idealni. Nora zostałaby moją szwagierką, a do tego mają jeszcze zarąbistą starszą siostrę w college'u. A poza tym Spierowie mieszkają w wielkim, wspaniałym domu, w którym nie roi się od porozrzucanych wszędzie rzeczy. Kocham nawet ich psa.
Piosenka milknie, a ja wymykam się i idę na sam koniec widowni. To miejsce znane jest dzieciakom z teatru jako Alejka Macanek. Ale teraz siedzę tu zupełnie sama i poświęcam próbie tylko część uwagi. Oglądam wszystko z daleka. Nigdy nie brałam udziału w przedstawieniu, chociaż mama ciągle próbuje namówić mnie na casting. Rzecz w tym, że można spędzić całe lata na rysowaniu beznadziejnych prac w szkicowniku i nikt nie musi ich oglądać. Możesz grać na perkusji w pustej sali, dopóki nie poczujesz się wystarczająco pewnie na koncert. A jednak aktor nie może poświęcić kilku lat na graniu z dala od ludzi. Aktor ma publiczność od pierwszego dnia.
Rozbrzmiewa muzyka. Abby Suso wychodzi na środek, ma na sobie wielki naszyjnik z koralików i perukę Elvisa. I śpiewa.
Oczywiście jest niesamowita. Co prawda nie posiada takiej skali jak Nick i Taylor, ale potrafi pociągnąć nutę i jest zabawna. Właśnie w tym rzecz: na scenie totalnie się wygłupia. W pewnym momencie pani Albright wybucha śmiechem. A to już coś - nie tylko dlatego, że jej śmiech to wręcz rechot, ale dlatego, że pani Albright widziała to już tysiące razy. Abby jest aż tak dobra. Nawet ja nie potrafię odwrócić od niej wzroku.
Kiedy występ dobiega końca, pani Albright zaprasza aktorów na scenę, żeby wygłosić uwagi. Wszyscy rozkładają się na platformach, ale Simon i Nick trzymają się tyłu sceny, blisko Abby. Oczywiście.
Nick otacza ją ramieniem, a ona przytula się do niego. Oczywiście.
Nie ma tutaj Wi-Fi, więc nie mam się czym zająć i muszę słuchać uwag pani Albright, a później także dziesięciominutowego, nieproszonego monologu Taylor Metternich o "zatraceniu się w odgrywanej postaci". Ukułam taką prywatną teorię, że Taylor podnieca się brzmieniem własnego głosu. Jestem pewna, że przeżyła już serię małych orgazmów, i to na naszych oczach.
Pani Albright wreszcie kończy próbę i wszyscy wychodzą, po drodze zabierając plecaki - ale Simon, Nick i Abby nadal stoją niedaleko orkiestry. Podnoszę się i przeciągam, po czym ruszam w ich stronę. W głębi ducha chciałabym obsypać ich komplementami, jednak coś mnie powstrzymuje. Może to zbyt boleśnie szczere, trochę zbyt w stylu Leah z piątej klasy. Nie wspominając już o tym, że na samą myśl o wychwalaniu Abby robi mi się niedobrze.
Przybijam Simonowi piątkę.
- Byłeś zajebisty.
- Nie wiedziałam nawet, że tu jesteś - rzuca Abby.
Trudno powiedzieć, co właściwie ma na myśli. Może to jakiś ukryty przytyk. Na przykład "Co ty w ogóle tutaj robisz, Leah?". Albo: "Nawet nie zwróciłam na ciebie uwagi, jesteś taka nieistotna". Może przesadzam. Nieraz już mi się to zdarzało w przypadku Abby.
Kiwam głową.
- Słyszałam, że wybieracie się na gofry.
- Tak, czekamy tylko na Norę.
Mija nas Martin Addison.
- Hej, Symeonie - mówi.
- Hej, Rubenie - odpowiada Simon, podnosząc wzrok znad telefonu.
Tak nazywają się grani przez nich bohaterowie. Tak, Simon gra postać o imieniu Symeon, bo pani Albright chyba nie mogła sobie darować. Ruben i Symeon są braćmi Józefa, a ja jestem pewna, że wszystko to byłoby bardzo urocze, gdyby nie brał w tym udziału Martin Addison.
Martin nie zatrzymuje się, a z oczu Abby lecą gromy. Naprawdę trudno wyprowadzić ją z równowagi, a Martinowi udaje się to osiągnąć samym istnieniem. I tym, że ciągle próbuje zagadywać do Simona, jakby zeszły rok nigdy się nie wydarzył. Jest taki cholernie bezczelny. Simon nie rozmawia z Martinem zbyt wiele, ale wkurza mnie, że w ogóle to robi. Oczywiście nie mogę mu mówić, do kogo ma się odzywać. Wiem jednak - po prostu to widzę - że Abby wkurza się tak samo jak ja.
Simon wraca do telefonu, najwyraźniej pisząc do Brama. Spotykają się trochę ponad rok i są jedną z tych par, które przyprawiają o mdłości swoim szczęściem. Nie chodzi o to, że robią nie wiadomo co na oczach innych ludzi. W szkole prawie się nie dotykają, pewnie dlatego, że jest tutaj pełno dinozaurów, którzy są dupkami wobec gejów. Ale Simon i Bram cały dzień piszą do siebie i rzucają sobie tak wymowne spojrzenia, jakby nie mogli wytrzymać pięciu minut bez bliskiego kontaktu. Jeśli mam być zupełnie szczera, trudno im nie zazdrościć. Nie chodzi nawet o ten cały cukierkowo-magiczno-erotyczny romans jak z bajki. Chodzi o to, że się odważyli. Mieli jaja, żeby powiedzieć "walić to, walić Georgię, walić wszystkich dupkowatych homofobów".
- Bram i Garrett spotkają się z nami na miejscu? - pyta Abby.
- Tak. Właśnie schodzą z boiska. - Simon się uśmiecha.
Ostatecznie ląduję na fotelu pasażera w samochodzie Simona. Z tyłu siedzi Nora i przekopuje się przez swój plecak. Ma na sobie dżinsy z podciągniętymi nogawkami, całe upaćkane farbą, a włosy spięła w bezładny koczek. Jedno ucho ma poprzekłuwane na całej długości, a w nosie mały niebieski kolczyk, który założyła sobie w zeszłe wakacje. Dziewczyna jest po prostu przeurocza. Uwielbiam to, jak bardzo przypomina Simona, oraz to, że oboje wyglądają jak ich starsza siostra. Są dosłownie rodziną kopiuj-wklej.
Wreszcie Nora wyściubia nos z plecaka, pokazując ogromną, nieotwartą jeszcze torebkę M&M'sów.
- Umieram z głodu.
- Przecież jedziemy do Waffle House - mówi Simon, ale i tak wyciąga rękę po cukierki.
Biorę garść i są idealnie rozpuszczone - co znaczy tyle, że nie do końca, po prostu trochę miękkie w środku.
- Czyli nie było tragedii, co? - pyta Simon.
- Mówisz o sztuce?
Kiwa głową.
- Ani trochę. Było super.
- No, ale ludzie ciągle jeszcze mylą tekst, a premiera już w piątek. A pieprzony Potifar skopał dzisiaj całą piosenkę. Boże, potrzebuję gofra.
Wyciągam telefon i sprawdzam Snapchata. Abby opublikowała epicko długą story z próby, a wygląda to jak profesjonalna komedia romantyczna. Krótkie ujęcie Nicka i Taylor śpiewających na scenie. Selfie Abby i Simona, z bardzo bliska. A potem jeszcze większe zbliżenie na twarz Simona, na którym jego dziury w nosie są takie wielkie. Abby wrzuciła w jedną z nich emoji z pandą. A potem znowu Abby i Nick, i tak w kółko.
Wkładam komórkę z powrotem do kieszeni. Simon skręca na autostradę Mount Vernon. Czuję się dziwnie podenerwowana - jakby coś mnie niepokoiło, ale zapomniałam co. Jakby ktoś wbijał mi małą szpilkę w mózg.
- Nie rozpoznaję piosenki, którą wygrywasz - oznajmia Nora.
Dopiero po chwili zdaję sobie sprawę, że zwraca się do mnie, a kolejny moment zajmuje mi zauważenie, że pukam w drzwiczki schowka.
- Ha. Nie mam pojęcia.
- To leci jakoś tak - mówi Nora, wystukując prosty rytm na oparciu mojego fotela. Bum-tap-bum-tap. Całe osiem nut, szybkich i rytmicznych. Mój umysł natychmiast uzupełnia resztę.
To Don't Stop Believin'. Mój mózg to dupek.
TERAZ
PONIEDZIAŁEK, 20 LISTOPADA 2016
W alternatywnym wszechświecie wciąż żyjesz, Theo, ale ja pozostaję na tym prawdziwym, gdzie tego ranka masz pogrzeb. Wiem, że podsłuchujesz. I powinieneś wiedzieć, że naprawdę się wkurzyłem, bo przysięgałeś nigdy nie umierać, a jednak oto leżysz w otwartej trumnie. A jeszcze bardziej boli świadomość, że to nie pierwsza złamana przez ciebie obietnica.
Raz jeszcze przypomnę szczegóły tego przyrzeczenia. Złożyłeś je w sierpniu zeszłego roku. Uwierz mi, że nie mówię do ciebie z wyższością, w detalach wspominając tamtą i inne chwile. Wątpię, żebym nawet cię czymś zaskoczył, bo przecież zawsze żartowaliśmy z tego, w jaki dziwny sposób działa twój mózg. Znałeś tyle nieistotnych faktów, że można by wypełnić nimi całe zeszyty, ale od czasu do czasu zapominałeś o czymś ważnym, na przykład o moich urodzinach w tym roku (siedemnasty maja, nie osiemnasty), a do tego nigdy nie ogarniałeś należycie wieczornych zajęć, chociaż kupiłem ci fajny organizer z zombiakami na okładce (który pewnie Sam Wiesz Kto kazał ci wyrzucić). Po prostu chciałbym, żebyś pamiętał pewne rzeczy tak, jak ja je zapamiętałem. A jeśli wspominanie przeszłości wkurza cię teraz - a wiem, że wkurzało, gdy wyjechałeś z Nowego Jorku do Kalifornii - wiedz, że mi przykro, ale nie bądź na mnie zły, że znowu to wszystko przeżywam. Zostawiłeś mi tylko przeszłość.
Złożyliśmy sobie kilka obietnic tamtego dnia, kiedy zerwałem z tobą, żebyś mógł zrobić swoje tam, w Santa Monica, bez oglądania się na mnie. Niektóre z nich skończyły się źle, chociaż nie zostały złamane - na przykład przyrzekłem nie znienawidzić cię, chociaż dałeś mi ku temu wiele powodów, a ty nie przestałeś być moim przyjacielem nawet wtedy, gdy poprosił cię o to chłopak. Jednak tego dnia, kiedy szliśmy z Wade'em na pocztę, żeby wysłać twoje kartony do Kalifornii, ty maszerowałeś tyłem i omal nie wpadłeś pod samochód. Wiedziałem, do czego zmierzamy - chcieliśmy móc znowu odnaleźć siebie nawzajem, kiedy nadejdzie odpowiedni moment, bez względu na wszystko - i kazałem ci przyrzec, że zawsze będziesz o siebie dbał i nigdy nie umrzesz.
- Dobra. Nigdy nie umrę - powiedziałeś wtedy i przytuliłeś mnie.
Jeśli istniała jakaś obietnica, którą mogłeś złamać, to zdecydowanie nie tę. A teraz została godzina do momentu, kiedy będę zmuszony podejść do trumny i pożegnać się z tobą.
Tylko że to nie będzie pożegnanie.
Zawsze będziesz przy mnie, zawsze mnie wysłuchasz. Jednak ujrzenie twojej twarzy po raz pierwszy od lipca i jednocześnie po raz ostatni będzie zupełnie nieznośne; zwłaszcza w niechcianym towarzystwie twojego chłopaka.
Nie będę dzisiaj wspominał jego imienia tak długo, jak to tylko możliwe, dobrze? Jeśli mam mieć jakieś szanse na przetrwanie tego i kolejnych dni, muszę wrócić do samego początku, kiedy to dwóch chłopców zaprzyjaźniło się przy układaniu puzzli. I pokochało.
Dopiero kiedy ci przeszło, wszystko potoczyło się w złym kierunku. To te wydarzenia po naszym rozstaniu sprawiają, że robię się nerwowy. Teraz, gdziekolwiek jesteś, widzisz mnie. Wiem, że jesteś tutaj i obserwujesz mnie, by samemu wszystko poskładać. Nie tylko te wstydliwe czyny doprowadzają mnie do szaleństwa, Theo. Także świadomość, że to jeszcze nie koniec.
WSPOMNIENIA
NIEDZIELA, 8 CZERWCA 2014
Ten dzień przejdzie do historii.
Czas biegnie szybciej niż pociąg, ale dobrze, bo siedzę obok Theo McIntyre'a. Znam go od szkoły podstawowej, kiedy to przyciągnął moje spojrzenie w trakcie przerwy. Pomachał i powiedział: "Pomóż mi, Griffin. Odbudowuję Pompeje". Oczywiście chodziło o puzzle z Pompejami, składające się ze stu elementów. Wtedy nie miałem pojęcia, czym są Pompeje; myślałem, że Wezuwiusz to kryjówka jakiegoś komiksowego imperatora. Oczarowały mnie dłonie Theo, którymi wybierał elementy według koloru jeszcze przed rozpoczęciem układania, oddzielając granitowe ulice od pokrytych popiołem ruin. Pomogłem mu z niebem, ale zupełnie spartoliłem chmury. Niewiele udało nam się wtedy ułożyć, za to od tamtej chwili staliśmy się sobie bliscy.
Dzisiaj wybieramy się na przejażdżkę z Manhattanu na Brooklyn, żeby sprawdzić, czy ukryte na pchlim targu skarby mają faktycznie tak mocno zawyżone ceny, jak wszyscy mówią. Bez względu na to, gdzie jesteśmy - na Brooklynie czy Manhattanie, w szkole czy w Pompejach - postanowiłem tego nieparzystego dnia przenieść naszą znajomość z Theo na wyższy poziom. Mam tylko nadzieję, że mi na to pozwoli.
- Przynajmniej mamy przedział dla siebie - mówię.
To nawet trochę podejrzane, że jest tu tak pusto. Ale nie kwestionuję tego zrządzenia losu. Jestem zbyt zajęty wyobrażaniem sobie, jakby to było już zawsze dzielić tę czy jakąkolwiek inną przestrzeń z tym wszechwiedzącym miłośnikiem kartografii, puzzli, animacji i testowania ludzkiej cierpliwości. Normalnie w zatłoczonym pociągu siedzimy z Theo bardzo blisko siebie, dotykamy się biodrami i ramionami. To prawie jak przytulanie, tylko że nie muszę tak szybko puszczać. Szkoda, że teraz Theo siedzi naprzeciwko, ale przynajmniej mogę na niego popatrzeć. Spoglądam w te niebieskie oczy, które wszystkim się zachwycają (nawet reklamami wybielania zębów, które wiszą w pociągu); na te jasne włosy, które mokre robią się ciemniejsze; na ten podkoszulek z Gry o tron, który kupiłem mu na urodziny w lutym.
- O wiele trudniej jest gapić się na ludzi, kiedy ich nie ma - oznajmia Theo i patrzy mi w oczy. - Zostałeś mi tylko ty.
- Jestem pewien, że na pchlim targu znajdą się jacyś interesujący ludzie. Na przykład hipsterzy.
- Hipsterzy to nie ludzie, to postaci - poprawia mnie Theo.
- Nie kpij z nich. Niektórzy pod tymi czapeczkami i flanelami skrywają prawdziwe uczucia.
Theo wstaje i robi jakąś marną pompkę na barierce; dzięki umysłowi dostaje najwyższe noty, ale mięśnie ma za słabe, by wyniosły go tak wysoko. Poddaje się i zaczyna podskakiwać między ławkami, niczym jakiś gimnastyk. Wolałbym, żeby zrobił przewrót i usiadł obok mnie. Trzyma się barierki i rozciąga nogę tak, że kładzie ją na przeciwległe siedzenie, a jego koszulka podnosi się tak, że skupiając wzrok na szerokim uśmiechu Theo, mogę jednocześnie zobaczyć fragment nagiej skóry. To może być ostatnia ku temu okazja.
Pociąg kołysze się i zatrzymuje, a my wreszcie wysiadamy.
Manhattan to nasz dom i w ogóle, więc Theo nigdy na niego nie narzeka, ale wiem, że chciałby widzieć więcej graffiti na ścianach, jak w Brooklynie, oświetlanych przez promienie letniego słońca. Po drodze na pchli targ Theo pokazuje swoje ulubione prace: małego chłopca w czerni i bieli, idącego po kolorowych literach układających się w słowo SEN; puste lustro domagające się odnalezienia najpiękniejszej na świecie w idealnie pochylonej kaligrafii, która mogłaby rywalizować z idealnym charakterem pisma Theo; samolot okrążający Neptuna, który jest tak fantazyjny, że nie kręci mi się w głowie od lęku przed lataniem; rycerze siedzący wokół Ziemi jak wokół okrągłego stołu. Żaden z nas nie ma pojęcia, co to miałoby znaczyć, ale i tak jest fajne.
Droga na pchli targ jest długa i gorąca, idziemy aż na East River. Theo zauważa trucka z napojami i wydaje dziesięć dolarów na dwa kubki lemoniady, tylko że ta zaraz się kończy i zostaje nam tylko ssanie kostek lodu, żeby nie umrzeć z przegrzania.
Theo zatrzymuje się przy stoliku z gadżetami z Gwiezdnych wojen.
- Siedemdziesiąt dolarów za zabawkowy miecz świetlny? - rzuca Theo, krzywiąc się.
Wewnętrzny głos Theo jest do bani. To problem.
Czterdziestoletnia sprzedawczyni podnosi wzrok.
- To słynny miecz świetlny - stwierdza beznamiętnie. - Jest rzadki i powinnam życzyć sobie za niego jeszcze więcej.
Napis na jej koszulce głosi: KSIĘŻNICZKA LEIA NIE JEST DAMĄ W OPAŁACH, KTÓREJ SZUKASZ.
Theo odpowiada uśmiechem na jej groźne spojrzenie.
- Czy ktoś tutaj odstawił Obi-Wana i uciął komuś rękę?
Moja wiedza na temat Gwiezdnych wojen jest dość ograniczona, a to samo dotyczy wiedzy Theo na temat Harry'ego Pottera. Jest jedynym znanym mi szesnastolatkiem, który nie interesuje się słynnym czarodziejem. Jednego wieczoru kłóciliśmy się przez całą godzinę o to, kto wygrałby pojedynek między Lordem Voldemortem i Darthem Vaderem. Jestem zaskoczony, że wciąż się przyjaźnimy.
- Pokrywa baterii łatwo wychodzi i dzieci ciągle wkładają ją sobie do ust - mówi kobieta, już nie do Theo, lecz do równie niezadowolonego faceta w jej wieku, który nie może ogarnąć zegarka R2-D2.
- Dobra. - Theo żegna się i odchodzi.
Spacerujemy przez kilka minut (dokładnie cztery).
- To już koniec? - pytam. Jest gorąco, zaraz się rozpuszczę, a do tego przekonaliśmy się już, że niektóre z tych skarbów są nieprzyzwoicie drogie.
- Nie ma mowy - rzuca Theo. - Nie możemy wrócić z pustymi rękami.
- Więc kup coś.
- A może ty mi coś kupisz?
- Nie potrzebujesz tego miecza świetlnego.
- Nie, głupku, kup mi coś innego.
- Mogę założyć, że ty kupisz coś mnie, prawda?
- Brzmi sprawiedliwie - oznajmia Theo i stuka w swój niebezpieczny zegarek słoneczny. Jest naprawdę niebezpieczny i nie powinien go nosić, a ja nie wiem nawet, jak i dlaczego go zdobył. Jego ostre wskazówki podrapały już wystarczająco dużo niczego niespodziewających się ludzi, w tym mnie, by Theo wrzucił to cholerstwo do ognia, a potem pozwał producenta. A jednak on nadal go nosi, bo jest wyjątkowy. - Spotkajmy się przy wejściu za dwadzieścia minut. Gotowy?
- Start.
Theo odbiega, omal nie wpadając na brodatego mężczyznę, który niesie na barkach dziewczynkę. Znika w ciągu kilku sekund. Sprawdzam czas na telefonie - szesnasta osiemnaście, parzyście - i pędzę w przeciwnym kierunku, do labiryntu pełnego pamiątek na sprzedaż. Biegnę między skrzynkami starych tenisówek, obok przekrzywionej wystawki brudnych luster - jak w opuszczonym gabinecie w parku rozrywki, mijam stojaki z kwiecistymi paszminami powiewającymi jak na wietrze z ukrytego wiatraka, a także kosze z muszelkami sprzedawanymi razem z pędzlami malarskimi.
Muszelki są nawet fajne, ale nie krzyczą do mnie: "Theo! Jesteśmy idealne dla Theo!".
Jakąś minutę później docieram do miejsca, które naprawdę przemawia do mnie językiem Theo. Łapacz snów z wiklinowym kołem zafarbowanym na jego ulubiony odcień zielonego. Cały stolik maleńkich statków w butelkach. Niedawno czytał o misternym budowaniu takich modeli, mając nadzieję wykonać jeden samodzielnie. Tylko że teraz zamiast zwykłego statku chce kosmiczny, bo on wszystko robi w swoim stylu.
Wciąż mam bardzo dużo czasu, całe dwanaście minut. Szkoda, że Theo nie jest większym fanem fantasy, bo znajduję naprawdę kozackie nożyki do listów. W sumie liczę, że zdążył już tutaj dotrzeć i zaskoczy mnie jednym z nich, najlepiej takim z pochewką jak od miecza albo tym z kościaną rączką. Nic nie szkodzi, mam jeszcze mnóstwo czasu... Właściwie to już nie, bo według mojego telefonu zostało tylko dziewięć minut; nieparzysta liczba wzbudza we mnie niepokój, więc znowu biegnę, drapiąc się po dłoni. Jakimś cudem wracam do świata pomyłek. Theo nie przyda się zestaw garnków i patelni śniadaniowych, bo woli jadać płatki z sokiem pomarańczowym. Na pewno nie potrzebuje narzędzi do ogrodu, chyba że razem z nimi można kupić instrukcję, jak za ich pomocą wyhodować gry i programy komputerowe za darmo.
A potem trafiam w dziesiątkę.
Puzzle.
Zerkam jeszcze raz na telefon: zostało sześć minut. Nie czuję już niepokoju, zastąpiła go ekscytacja. Wiem, że Theo nie ma żadnej z tych układanek: ani steampunkowej stodoły lecącej na skrzydłach zbudowanych z fragmentów satelity; ani sani świętego Mikołaja, ciągniętych przez delfiny pod wodą (nie chcę wiedzieć, co jest w tych zapakowanych prezentach, ale chciałbym usłyszeć domysły Theo); ani puzzli 3D w kształcie piłki nożnej - fajnie, że trójwymiarowe, ale niefajnie, że sportowe. Nie jestem pewien, co Theo myśli o puzzlach 3D, ale te konkretne chyba by go nie przekonały.
I nagle bum, mam to. Czwarta układanka z kolei: przeklęty statek piracki. Piraci lądują za burtą, wyrzucani przez silny wiatr i pochłaniani przez wzburzone fale; niektórzy próbują wspiąć się z powrotem, podczas gdy jeden z nich wisi na wysuniętej desce. Wiem, że Theo wymyśliłby do tego obrazka jakąś kapitalną historię. Sprzedawczyni wkłada puzzle do brązowej siatki i chociaż kosztują dziewięć dolarów, daję jej dychę i biegnę z powrotem.
Theo czeka na mnie przy wejściu, oparty o ścianę, żeby schować się w cieniu, niczym wampir, który za późno wstał - a może za wcześnie? Nie dziwię mu się. Obaj jesteśmy solidnie spoceni. Spogląda na swój zegarek słoneczny.
- Zostały tylko dwie minuty! Wynośmy się stąd, zanim obaj staniemy w płomieniach, albo gorzej, spalisz sobie skórę.
Wracamy do metra, a ja mam tylko jedną wskazówkę: pudełko, które jest idealnym sześcianem. Nie potrafię sobie wyobrazić, co mogłoby skrywać. Stacja metra znajduje się pod ziemią, ale w tłumie jest równie nieznośnie, co na słońcu, jakbyśmy rozbili obóz na szczycie wulkanu i zamknęli szczelnie namiot. Jakimś cudem udaje nam się przetrwać sześć minut czekania i gdy otwierają się drzwi pociągu, biegniemy na siedzenie w kącie, by zająć miejsce, zanim zrobi to dwóch kolesi na oko w wieku studenckim. Klimatyzacja działa i wreszcie czuję się bardziej sobą.
- Prezenty? - pyta Theo, celując palcem w moją torbę.
- Ty skończyłeś zakupy wcześniej, więc zaczynasz - mówię, przesuwając nieco nogę, żeby nasze kolana od czasu do czasu przypadkiem się ocierały.
- Nie wiem, co to za pokręcona logika, ale niech ci będzie.
Podaje mi pudełko, które okazuje się zawierać coś niezbyt ciężkiego i grzechoczącego w środku. Otwieram i wyjmuję figurkę samego Rona Weasleya, najlepszego przyjaciela Harry'ego Pottera.
- I co myślisz? - pyta Theo. - Wiem, że to twój ulubiony bohater, więc pewnie już masz jego figurkę, ale pomyślałem, że ta jest całkiem fajna. Zwłaszcza że wydaje się taka poobijana, jakby niejedno przeszła.
Kiwam głową. To prawda: mały Ron Weasley jest nieźle poturbowany, farba odłazi na jego rudych włosach i czarnej pelerynie. Ale to nie Ron jest moim ulubionym bohaterem. Łatwo o ten błąd, bo jego lubię najbardziej z trójki protagonistów - przykro mi, Harry i Hermiono - a przecież nikt nie robi figurek drugoplanowych postaci, które były ważne tylko w jednej książce. A jednak moim najulubieńszym bohaterem w całej serii jest Cedrik Diggory. Właściwie to ze wszystkich książek w ogóle, nie tylko świata Harry'ego Pottera. Kiedy Cedrik zginął na końcu Turnieju Trójmagicznego, płakałem o wiele dłużej, niż miałbym odwagę przyznać. Jego śmierć to bez wątpienia najboleśniejsza strata, jaką przeżyłem. Ale to nic, przecież ja też nie wiem, kogo Theo lubi najbardziej z Gwiezdnych wojen. Powiedziałbym, że Yodę, ale to głupio brzmi, nawet dla mnie. Nieważne, liczą się chęci.
- Super - mówię. - I wcale nie mam jego figurki, więc dzięki.
Zastanawiam się, czy poprzedni właściciel znudził się tą serią i oddał Rona w lombardzie za pięćdziesiąt centów czy coś. Ktoś stracił, by zyskać mógł ktoś inny.
- Dobra, twoja kolej.
Brakuje mi tej pustki, jaka towarzyszyła nam w podróży na Brooklyn. Teraz czuję na sobie wzrok pasażerów przyglądających się naszej wymianie, wysnuwających wnioski na temat tego, co musi nas łączyć. Szkoda, że się mylą. Podwójnie szkoda, że Theo po dzisiejszym dniu będzie zbyt wystraszony, żeby być choćby moim przyjacielem.
Tymczasem wyjmuję z torby układankę i widzę, jak jego oczy otwierają się szeroko.
- Rany, osiemset elementów. Musisz to ułożyć razem ze mną.
- A jaka kryje się za nimi historia?
Theo przygląda się przez chwilę obrazkowi.
- To oczywiście początek apokalipsy zombie.
- Oczywiście. Powiedz mi, jak to się stało, że piraci zostali zarażeni jako pierwsi?
- Wirus zombie istniał od zawsze, ale naukowcy rozumieli, że najlepiej trzymać go jak najdalej od lądu. Doskonale zdawali sobie sprawę, że człowiek jest z natury głupi i znudzony, więc prędzej czy później sprowadzi na świat zagładę, żeby tylko nie iść w poniedziałek rano do pracy. Dlatego umieścili wirusa na wyspie. Nie zdradzę ci jej nazwy, bo aż tak ci nie ufam, Griff. Niestety nie wzięli pod uwagę możliwości wystąpienia tego niezwykle silnego sztormu, który widzisz na obrazku. Burza zniszczyła wyspę i uwolniła wirus do powietrza, a ten w pierwszej kolejności dotarł do piratów. No, właściwie to najpierw zaraził papugę kapitana Hoyta-Sumnera, a ona przeniosła chorobę na pokład Łupieżczej Mary.
Nie mogę już dłużej zachować powagi i się uśmiecham.
- Skąd ty bierzesz te nazwy?
- Nie zmyśliłem jej, wszystko można odnaleźć w źródłach. Mógłbyś poczytać o historii twojej przyszłości - odpowiada Theo.
- A jak się nazywa papuga?
- Fulton, ale wszyscy nazywają ją Zgniłkiem po tym, jak przez nią wszyscy piraci stali się chodzącymi trupami. W późniejszym czasie przemianowali statek na Wstrętnego szwendacza, co wydaje się trafne.
Naprawdę chciałbym spędzić godzinę w jego głowie, powspinać się po tych różnistych trybikach.
- Ci piraci zombie są dość inteligentni, żeby nawigować statek? - dopytuję. - Mamy przerąbane.
- Lepiej dołącz do mnie - odpowiada Theo. - Wiem, jak nas uratować.
Theo zaczyna tłumaczyć różne strategie przetrwania apokalipsy. Będziemy musieli zbudować fortecę gdzieś wysoko, z działami i innymi praktycznymi broniami, na przykład wojskowymi kuszami, którymi można wypuszczać płonące strzały. To łatwe: chyba potrafiłbym takiej używać, tyle się naczytałem książek fantasy. Najwyraźniej będę musiał nauczyć się też gotowania, ponieważ Theo będzie zbyt zajęty trzymaniem warty - jest pewien, że do czasu, aż pojawią się między nami nieumarli, pozna sposób na uniezależnienie się od snu - i nie będzie mógł sam gotować, więc jeśli ja tego nie zrobię, sami staniemy się obiadem.
- Brzmi nieźle, prawda?
- Nie mogę obiecać, że uda mi się przygotować coś zjadliwego, ale w takiej sytuacji nie będziemy mogli wybrzydzać.
Theo wyciąga rękę i uściskiem dłoni przypieczętowujemy naszą umowę, pewni już naszych ról na wypadek pirackiej apokalipsy zombie. Dotyk jego skóry przyprawia mnie o szybsze bicie serca.
- Muszę ci coś powiedzieć - oznajmiam, puszczając jego dłoń.
Pociąg metra jedzie szybko i głośno, a ciekawskie spojrzenia już zdążyły się od nas odwrócić. Wszyscy są pogrążeni we własnych światach.
- Ja też muszę ci coś powiedzieć - stwierdza Theo.
- Kto pierwszy?
- Zagramy w papier, kamień, nożyce?
Obaj pokazujemy kamień.
- Może powiemy to na trzy cztery? - proponuje.
- Nie wydaje mi się, żeby moje coś nadawało się do tego. Ty mów pierwszy.
- Zaufaj mi. Założę się, że chcemy powiedzieć to samo. W ten sposób będzie łatwiej - stwierdza Theo.
Nie zamierzam się kłócić. Może on ma do powiedzenia coś gorszego niż ja i nie będę się czuł tak źle.
- Na trzy?
- Cztery.
Theo uśmiecha się lekko, a potem kiwa głową.
- Raz, dwa, trzy, cztery.
- Chyba tracę rozum - wyrzucam z siebie w tej samej chwili, gdy Theo mówi:
- Podobasz mi się.
Theo rumieni się, jego uśmiech znika.
- Zaraz, czekaj? - Wierci się i gapi przez okno, ale jesteśmy w podziemnym tunelu, więc widzi tylko ciemność i własne odbicie. - Myślałem, że powiesz, że ci się podobam. Czy ty w ogóle jesteś gejem, Griff?
- Tak - przyznaję, po raz pierwszy w życiu, co sprawia, że serce bije mi jak szalone, a twarz płonie. Wiem tylko, że każdego innego bym okłamał.
- Dobrze. To znaczy, fajnie - odpowiada Theo. Chyba kusi go, żeby znowu spojrzeć mi w oczy, ale ostatecznie wbija wzrok z powrotem w okno. - Dlaczego bałeś się o tym powiedzieć? O tym, że chyba wariujesz?
- Racja, to druga rzecz. Chyba mam zespół natręctw.
- Musiałbyś mieć zdecydowanie większy porządek w pokoju - oznajmia Theo.
- Tu nie chodzi o bycie zorganizowanym. Zauważyłeś, że ostatnio zawsze próbuję iść po lewej stronie innych osób? Nie robiłem tego, gdy byliśmy dziećmi. No i jest jeszcze ta moja obsesja liczenia, wolę, by wszystko było parzyste, oprócz kilku wyjątków, na przykład jedynki i siódemki. Głośność, timer na mikrofalówce, liczba rozdziałów do przeczytania przed odłożeniem książki, liczba przykładów w zdaniu. To denerwujące, jestem nieustannie nakręcony.
Theo kiwa głową ze zrozumieniem.
- Też kiedyś tak miałem. Może nie aż tak mocno, ale moim zdaniem to oznaka twojego geniuszu. O ile dobrze pamiętam, Nikola Tesla miał obsesję na punkcie trójki i czasami okrążał budynek trzy razy, zanim do niego wszedł. Ale Griff, równie dobrze twoje natręctwa mogą być tylko niegroźnymi dziwactwami. - Jego spojrzenie znowu odnajduje moją twarz. - Możemy później o tym poczytać!
Może ma rację. Może wcale nie jestem jakimś wariatem z tikami nerwowymi, który drapie swoje dłonie, gdy się niepokoi, woli chodzić po lewej stronie, ciągnie za płatki uszu i operuje wyłącznie parzystymi liczbami. Może to jak automatyczne wyostrzenie w aparacie i skupiam się na jednej rzeczy, ignorując całą resztę.
- Trochę mnie to przeraża, bo nie wiem, jaki będę w przyszłości. Boję się, że to się rozwinie i za kilka lat stanę się takim Griffinem, z którym zbyt trudno będzie ci się przyjaźnić. - Nie mogę uwierzyć, że mu się z tego zwierzam; czuję się przedziwnie, ale nie mogę przestać. Może ta spowiedź odpędzi chorobę.
Theo przysuwa się do mnie.
- Ja mam prawdziwe powody do zmartwień, chłopie, na przykład nie wiem, czy piraci zombie będą potrafili używać haków i zamków lontowych, czy może zabiją nas za pomocą zębów i paznokci. Nie przerażasz mnie i nigdy nie staniesz się zbyt trudny dla naszej przyjaźni. - Theo klepie mnie po kolanie. Jego dłoń spoczywa na nim przez pełną minutę. - I przepraszam, jeśli właśnie zmusiłem cię, byś przyznał się do swojej orientacji. Czekaj... Czy ja jestem pierwszą osobą, której to powiedziałeś?
Kiwam głową, słysząc dudnienie w uszach.
- Do niczego mnie nie zmusiłeś. Okej, właściwie to może trochę, ale i tak chciałem ci to wyznać. Nie miałem tylko jaj ani przygotowanej przemowy. Bałem się, że intuicja źle mi podpowiedziała. W rodzinie od strony matki zdarzały się urojenia.
- Nie masz urojeń - zapewnia Theo. - I nie jesteś wariatem.
Sięga po moją rękę i nie chodzi o przybicie piątki. Wiem, że świat nie uległ zmianie, wciąż działają prawa fizyki, ale nagle moja perspektywa przesunęła się nieco na prawo i do przodu. Dostrzegam przed sobą wreszcie coś, co zawsze chciałem zobaczyć. W tej chwili jestem tak zdesperowany, że nie powiem nic, co mogłoby znowu przesunąć świat na lewo.
Ściskam dłoń Theo, sprawdzając, co my tutaj właściwie robimy. Czuję, jakbym odpowiadał na pytanie, którego nie mam odwagi zadać.
- Zostań ze mną, dobra? - mówi Theo.
- Przecież nie wysiądę z jadącego pociągu.
Theo puszcza. Zapadam się trochę w sobie, jakbym go zawiódł.
- Nigdy nikomu o tym nie mówiłem, ale od kilku lat wymyślam alternatywne wszechświaty. Znasz mnie i wiesz, że ciągle się zastanawiam, co by było, gdyby... - Odwraca się na moment. - Ostatnio zadawałem sobie to pytanie coraz częściej i częściej. Wiele z tych gdybań to fajna zabawa, ale część dotyczy rzeczy bardzo osobistych. Każdej nocy przed zaśnięciem przeglądam wszystkie notatki na papierze albo na telefonie i zapisuję w specjalnym zeszycie. Dziesiątki alternatywnych światów.
Nagle się zatrzymujemy. Jedni pasażerowie wychodzą, inni odsuwają się, dając nam nieco przestrzeni - ale gdy tylko drzwi się zamkną, Theo znowu ma moją niepodzielną uwagę.
- Wcześniej napisałem coś po wewnętrznej stronie ramienia, jeszcze w czasie polowania na prezenty - ciągnie. - Nie pokażę ci teraz. Będzie bez spojlerów. Ale przypomniałem sobie o czymś. W każdym wszechświecie, jaki ostatnio stworzyłem, pojawiała się twoja twarz. I pomyślałem, że jeśli nie będzie ci to odpowiadać, nie znienawidzę cię, ale będę potrzebował trochę czasu dla siebie, aż zdystansuję się na tyle, bym mógł wymyślać światy bez ciebie.
Theo odwraca się i widzę napis nad jego lewym łokciem; nie przypomina typowej dla niego pięknej kaligrafii, bo nawet on nie potrafi ładnie pisać na własnej skórze. Napis głosi: Alternatywny wszechświat: Griffin Jennings jest moim chłopakiem i tyle.
- Nie wiem, czy to ma dla ciebie jakiś sens, ale chcę, żeby to była prawda - tłumaczy Theo, wciąż wyciągając do mnie rękę, jakby chciał wypalić te krzywe litery w mojej pamięci. - Jeśli to niemożliwe, zrozumiem i mam nadzieję, że nadal zdołamy być przyjaciółmi. Po prostu nie wyobrażam sobie nie spróbować. - Wreszcie opuszcza ramię. - Musisz teraz coś powiedzieć.
Czuję się, jakby ktoś wrzucił mnie do alternatywnego świata pełnego wspaniałości. Nie mogę uwierzyć, że właśnie prowadzimy tę rozmowę. Nie mogę uwierzyć, że flirtuję z Theo, a on flirtuje ze mną. Ten nowy świat doskonale mi pasuje. Nie mogę mu tego wszystkiego powiedzieć, przynajmniej na razie.
- Właśnie miałem taki zamiar.
- Dobra, ale tylko jeśli to coś dobrego. Jeśli nie, siedź cicho.
- Już od jakiegoś czasu stresowałem się o to samo, stary. Nie wiem, kiedy bym się zebrał na odwagę, ale pewnie i tak nie pobiłbym tego twojego tekstu o alternatywnych światach. Zwyczajnie powiedziałbym, że mi się podobasz.
- Wspomniałbyś chociaż o tym, jaki jestem przystojny?
- Przystojny to może dużo powiedziane, ale na pewno fajnie na ciebie popatrzeć.
- Dobrze wiedzieć.
Powinienem zdradzić mu, jak bardzo lubię brzmienie jego prozy; słów, które zapisuje w zeszytach, garbiąc się przy biurku. Zawsze chcę je poznać. Powinienem powiedzieć o moich fantazjach, że przy następnym nocowaniu w jego domu moglibyśmy spać w jednym łóżku, że nie musielibyśmy używać oddzielnych kołder i nie byłoby dziwnie. Powinienem powiedzieć mu, jak miło jest patrzeć, jak odwraca klepsydrę i sprawdza, czy zdąży ułożyć wielką układankę samodzielnie. Zawsze mu wtedy kibicuję, bo wiem, jak się cieszy z sukcesu. Powinienem powiedzieć mu, jak bardzo się cieszę, że od jakiegoś czasu zbliża się do mnie. Ale nie mówię ani jednej z tych rzeczy teraz, bo może będę mógł to zrobić wtedy, gdy nadejdzie właściwy moment.
- Dlaczego dzisiaj, Theo?
- Przez zdjęcie, które Wade zrobił nam wczoraj - wyjaśnia.
Zdaję sobie sprawę, że przez cały czas trwania tej przygody ani razu nie pomyślałem o Wadzie. Jesteśmy we trzech paczką i nawet nie wkurza mnie ten brak parzystości. Może dlatego, że to jakoś zawsze działało - jeden wyjątek tego wszechświata. Na przykład wczoraj po południu u Theo urządziliśmy sobie turniej - Theo i ja przeciwko Wade'owi grającemu z komputerem, drużyny powstałe dzięki ciągnięciu losów z czapki Wade'a - i było niełatwo, bo Wade jest naprawdę dobry, a poziom komputera był ustawiony na najwyższy, ale wygraliśmy. Wstaliśmy i triumfalnie rzuciliśmy się sobie w ramiona, jakbyśmy dopiero co wygrali wojnę z obcymi albo, co teraz pasowałoby bardziej, z piratami zombie.
Wade kazał nam zapozować do zdjęcia. Przybraliśmy z Theo poważne miny, ale i tak zaraz się roześmialiśmy.
- Zobaczyłem nas i pomyślałem, że dość tego. Już od jakiegoś czasu chciałem z tobą być. Zdjęcie zrobione przez Wade'a sprawiło, że bez ciebie było mi jeszcze trochę trudniej - tłumaczy Theo.
- Ja chyba czuję to samo - odpowiadam. - Co teraz? Jak przypieczętujemy nasz związek? Pewnie jakimś pocałunkiem, ale akurat nie mam nastroju. - Przy ostatnich słowach głos mi się trochę łamie, bo to kłamstwo. Postanawiam powiedzieć nieprawdę, bo prawda mogłaby przynieść tego rodzaju szczęście, które otwiera nieskończoną ilość alternatywnych wszechświatów. Naprawdę żałuję, że nie mam gumy, ale to Wade zawsze je przy sobie nosi. - Może uściśniemy sobie ręce?
Robimy to i żaden z nas nie puszcza.
- To fajne, ale dziwne - mówię.
- Bardzo fajne i bardzo dziwne - stwierdza Theo. - Ale chyba pasujemy do siebie, co nie?
- Na pewno, Theo.
Nie mogę się doczekać ciągu dalszego.
1
AUTUMN
14 STYCZNIA, 10:48
Widziałam cię zaledwie wczoraj.
Niemożliwe, żeby to była prawda. To nie może być prawda.
Cały czas czekam na twój telefon.
Użytkownik Tavia nie korzysta teraz z Hangouts. Odczyta twoje wiadomości później.
____________________________________________________
Od: HeCalledItAutumn@gmail.com
Do: TaviaViolet@gmail.com
Data: 16 stycznia, 17:17
Temat: <brak tematu>
Prawie cały twój pogrzeb gapiłam się w telefon.
Mogłabym cię pożegnać w swoim pokoju ze świeczkami o zapachu wanilii, kilkoma twoimi ulubionymi piosenkami, fiołkami i puszką pomarańczowego napoju gazowanego. Ale zamiast tego musieliśmy odbyć ten publiczny rytuał, podczas którego wszyscy stoją i oglądają nawzajem swoje łzy. Już po przebudzeniu wiedziałam, że to będzie najgorszy dzień w moim życiu.
Kiedy docieramy do kościoła, twój brat idzie na sam przód i całuje wieko trumny, ale ja nie mogę tam podejść. Więc po prostu kieruję się do drugiego rzędu ławek i siadam na samym końcu. Patrzę w telefon, oglądam niekończący się strumień twoich zdjęć i staram się nie rozglądać. Po raz pierwszy doceniam, że robiłaś sobie tyle selfie, i trochę mi głupio, bo zawsze sobie z ciebie żartowałam, że jesteś próżna. Nie jestem pewna, czy umiałabym jeszcze oddychać bez tych setek cyfrowych kwadratów z twoją twarzą. Po chwili podnoszę wzrok i wykorzystuję inne kwadraty - te z zabarwionego światła słonecznego wlewającego się przez witrażowe okna - odmierzam nimi czas, kiedy wędrują po wnętrzu.
Siedzę z twoją rodziną. Twoja mama ściska w dłoni różaniec i płacze w zupełnie bezgłośny sposób. Twój tata utkwił wzrok gdzieś przed sobą, ale tak naprawdę na nic nie patrzy. Dante pocałował trumnę i siedzi obok mnie, a po tym, jak jego ramię ociera się o moje, poznaję, że płacze.
Jakaś część mnie chce się od niego odsunąć, ale jestem jak sparaliżowana.
Moja rodzina siedzi kilka rzędów za mną. Sukienka mojej matki jest nieskazitelna, ale jej niebieskie oczy są smutne, a mój tata cały czas pochyla głowę, jakby świat bez ciebie nie był wart oglądania. Pomiędzy ich blond głowami wyróżnia się geometryczny czarny bob Willow i strasznie spodobałaby ci się ta fryzura, gdybyś tu była. Gdzieś pomiędzy końcem ferii zimowych a wczoraj rozjaśniła obcięte tępymi nożyczkami końcówki i zafarbowała je na ostry róż. Wygląda jak gwiazda k-popu, pomijając spuchnięte, czerwone oczy. Kiedy przyleciała wczoraj z college'u, położyła się ze mną na łóżku zaraz po wejściu do domu i masowała mi plecy małymi okrężnymi ruchami.
Willow widzi, że na nią patrzę, więc wstaje ze swojej ławki i podchodzi do mojej. Wiesz, że w ogóle nie wyglądam jak moja siostra, nawet w te lepsze dni. Ale z takimi włosami, jakie ma teraz - gęstymi, kanciastymi i różowymi (a moje wyglądają jak zawsze: za długie i cienkie, i płaskie) - wyglądamy jak obce sobie dziewczyny. Ja przypominam postać z koreańskiej dramy, które razem oglądałyśmy - jeszcze zanim w cudowny sposób stanie się piękna.
Ale kiedy Willow do mnie podchodzi, dotyka moich prostych, czarnych włosów, jakby to był jedwab. Trzyma mnie za rękę, jak gdyby była ze szkła, i przygląda mi się odrobinę zbyt uważnie. Ściskam jej palce, zanim ją puszczę, żeby znów móc używać telefonu, a ona odsuwa się i dalej milczy. Nawet nie próbuje mnie zmusić do rozmowy, co jest jakimś cudem, bo myślałam, że będzie się narzucać - wiesz, jaka bywa moja siostra. Ale zachowuje się idealnie. Ludzie zapominają, jak bardzo w takich chwilach pomaga cisza.
Nikt z mojej rodziny niczego nie powiedział, ale poznaję, co czują, po tym, jak siostra sięga do mojej ręki. Po tym, jak patrzy na mnie matka. Po tym, w jaki sposób ojciec wypowiada moje imię. Są tacy szczęśliwi, że nie byłam z tobą tamtego wieczoru, aż nie mogą oderwać ode mnie rąk, oczu ani głosu. Ale za każdym razem, kiedy myślę o tym, że mnie tam nie było, czuję, jakbym tonęła.
Kiedy pojechałaś beze mnie na imprezę Aleksy, było mi przykro, że nie poprosiłaś mnie, żebym z tobą poszła; że pojechałaś, chociaż ja wcale nie chciałam się tam wybierać. To głupie, ale zabolało, a Margo i Faye też tam były, więc nawet nie miałam do kogo napisać i ponarzekać. Zamierzałam zjeść lody, poczytać książkę i położyć się wcześnie spać.
Wtedy zadzwonił Dante.
Poszłam do twojego domu, żeby z nim posiedzieć - przyjemnie spędzić czas bez ciebie, bo ty robiłaś coś beze mnie.
A teraz muszę z tym żyć: flirtowałam z nim, kiedy powinnam była cię powstrzymywać.
Z jakiegoś powodu ksiądz prosi wszystkich o powstanie. Nie zwracam na niego uwagi, więc kiedy Dante podnosi mnie i stawia obok siebie, nie od razu zdaję sobie sprawę, że to czas na modlitwę. Jego dotyk wyciąga mnie ze świata wewnątrz mojego telefonu, gdzie nadal się uśmiechasz, śpiewasz i żyjesz. I na sekundę po prostu uwieszam się na twoim bracie.
Nie umiem stać na własnych nogach w świecie, w którym nie istniejesz.
Dante odczytuje ciężar mojego ciała jako zaproszenie. Przytula moją głowę pod swoją brodą i czuję, jak kilka jego łez spada mi na przedziałek na głowie.
To zbyt skomplikowane - to, co do niego czuję - ale nie mogę myśleć o tym teraz, kiedy ledwo stoję na nogach. Więc opieram się dłonią na jego biodrze i mocno trzymam. A kiedy powracają do mnie dźwięki wokół i słyszę modlitwę księdza, zamiast zamknąć oczy, patrzę na twoje zdjęcie stojące z przodu kościoła w wieńcu fiołków.
Po kilku minutach takiego stania przy wsparciu Dantego trochę przestaję czuć się tak, jakbym tonęła. A przynajmniej, gdybym opadła, on nie pozwoliłby mi uderzyć o dno samej.
Na cmentarzu Willow znowu chwyta mnie za rękę jak dobra starsza siostra, a ja opieram się o nią tak, jak o Dantego w kościele. Płacze i płacze, kiedy ksiądz spryskuje grób wodą święconą, a ja po prostu patrzę na brudny rąbek jego szaty. Wymawia twoje pełne imię w taki sposób, w jaki robi to twoja babcia, w tym samym czasie, kiedy czytam je w nekrologu, który z jakiegoś powodu nadal trzymam w ręce.
- Ołk-taaa-wia Wi-ooo-lee-taa So-toł.
Octavia Violeta Soto.
A mnie robi się zimno.
Kilka minut później mam rzucić garść ziemi do twojego grobu, jak wszyscy inni, ale po tym, jak twój tata zaczyna płakać, po prostu nie mogę. Kiedy przychodzi moja kolej, pada już deszcz, i większość ziemi i tak zamieniła się w błoto. Więc tylko wciskam zamokły nekrolog do kieszeni. Obrywam płatki z żółtej róży, po jednym, i pozwalam im opaść - jaśnieją na tle czarnej ziemi wokół - tuż przed opuszczeniem trumny do ziemi.
Szarpiąc kolejne aksamitne płatki, nie próbuję się domyślić, czy ktoś mnie kocha, tak jak ty to zwykle robiłaś ("Czy on mnie kocha? Nie kocha? Autumn, on mnie kocha!"). Po prostu mówię tej róży, jak bardzo będę za tobą tęsknić. Jak bardzo już tęsknię.
Tęsknię za tobą.
Tęsknię za tobą.
Tęsknię za tobą.
Nigdy nie pada Nie tęsknię.
A na kwiatku nie ma dość płatków. Nie ma dość płatków na świecie.
W limuzynie Dante musi wyjąć kolczastą łodygę z mojej drżącej ręki, bo nadal ją ściskam, mimo że pozostał na niej tylko nagi, brzydki pąk.
Wiele godzin później, gdy nasi znajomi, twoja dalsza rodzina oraz moja rodzina opuszczają twój dom, ja zostaję. Pomagam Dantemu ogarnąć wszystkie mrożone casserole, gulasze i espanady, które ludzie zostawili na stole w waszej kuchni.
Kiedy kończymy, wyciągam znowu telefon i zatracam się w nim. Ale Dante zaczyna spacerować po waszym salonie, obecny tu i teraz.
Kopie w nogę waszego stołu. Uderza pięścią w ścianę i mówi, że to wszystko bzdury. Nie chcę tu być, żeby patrzeć, jak Dante wybucha, ale odkąd umarłaś, nie potrafię opuścić twojego domu. Wciąż nie mogę się zmusić do wyjścia.
Dante otwiera i zamyka dłoń po uderzeniu w ścianę. Zwija ją w zaciśniętą pięść, jakby trzymał jedną ze swoich pałeczek perkusyjnych. Patrzy na mnie ciemnymi, zmrużonymi oczami.
- Twoim zdaniem to też są bzdury, prawda?
Chodzi mu o komentarze pod twoimi zdjęciami. Pojawiają się bez przerwy przez cały tydzień.
Milczę. Zerkam do telefonu i czytam kilka najnowszych.
Nie mam prawa nic mówić. Przeglądam twoje zdjęcia od wypadku, tak samo jak wszyscy inni. Klikam w każde, jakie opublikowałaś, czytam twoje podpisy i hasztagi, jakby to były modlitwy. Ignoruję wszystkie wiadomości typu "Spoczywaj w pokoju", "Będziemy tęsknić" czy "Najlepsi umierają młodo" od ludzi, którzy prawie z tobą nie rozmawiali, a teraz piszą tak pod twoimi selfie. W komentarzach jest więcej ikonek złamanego serca niż dzieciaków w naszej szkole.
Ale Dante ma rację. To wszystko bzdury. Więc patrzę na niego i kiwam głową.
Po moim potwierdzeniu Dante przenosi wzrok na przeciwległy kraniec pokoju. Nie potrafię przewidzieć, co teraz powie.
- Musimy to pokasować.
Zapomniałam, że wasz ojciec siedzi cały czas z nami w pokoju, a to do niego teraz mówi Dante, pewnie dlatego, że wasz tata zawsze był tym typem ojca, który się wszystkim zajmuje. Jak wtedy, kiedy kłócił się z naszym nauczycielem o to, że kazał nam zostać po lekcjach za przekazywanie sobie karteczek, podczas gdy tak naprawdę podałam ci tylenol w pudełku origami, bo bolał cię brzuch. Albo wtedy, gdy zgłosił się do trenowania naszej drużyny piłki nożnej dziewczyn w gimnazjum, po tym jak opłacony trener został zwolniony. Ale od czasu twojego wypadku po prostu siedzi, jakby nic już nie miało znaczenia. A może jakby wszystko miało jakieś znaczenie, tylko on nie wiedział, od czego zacząć.
Dante nie może usunąć twoich kont. Twoja mama zlikwidowała już twoją komórkę. Wiem to tylko dlatego, że w kółko dzwoniłam na twój numer, kiedy siedziałam wczoraj na szkolnym parkingu - wyłącznie po to, żeby twój głos wypełnił przestrzeń wokół mnie, jak dawniej.
Chciałam zapamiętać, jak brzmiałaś. Kiedy zmieniałaś ton, i jak mogłam dosłyszeć grającą cicho piosenkę w tle. Teraz nie mogę pozbyć się twojego głosu z głowy.
"Cześć, tu telefon Tavii. Pewnie leży w mojej kieszeni, w torebce albo na łóżku, i jestem pewna, że naprawdę chcę z tobą porozmawiać. Więc zostaw mi jakąś uroczą wiadomość, bo cię kocham".
Kiedy zadzwoniłam po raz ostatni, zamiast tego odtworzyła się automatyczna wiadomość. I to było straszne, zamiast ciebie usłyszeć: "Przepraszamy. Dodzwoniłeś się do numeru, który został zawieszony lub nie istnieje. Jeżeli uważasz, że ta wiadomość jest błędna, sprawdź numer i spróbuj jeszcze raz".
Nie musiałam sprawdzać twojego numeru, ale spróbowałam jeszcze raz.
Nie patrząc na twojego tatę ani Dantego, wyszukuję twoje imię, wybieram twój numer i ustawiam telefon na tryb głośnomówiący. A kiedy ten nagrany głos robota mówi nam, że numer został zlikwidowany, twój tata zerka na mnie z drugiego końca pokoju. Kręci głową, jakby nie mógł sobie z tym poradzić; mamrocze coś po hiszpańsku, wstaje i wychodzi. Minutę później słyszę trzaśnięcie frontowych drzwi.
Spoglądam na Dantego, a w nim wszystko łagodnieje. Surowe kąty jego twarzy zmieniają się w łuki. Onyksowa czerń jego oczu roztapia się w melasę.
- Wiedziałeś - pytam - że jej telefon już umarł?
Rumienię się trochę, kiedy słyszę, jak wypowiadam ostatnie słowo. On kręci głową.
Żałuję, że nie zrobiłam screenshotów wszystkich zdjęć, jakie mi wysyłałaś, każdego selfie z filtrami, które dodawały blasku twoim oczom albo przyprawiały ci uszy i oczy jakiegoś uroczego zwierzątka, bo one były prywatne, przeznaczone tylko dla mnie - a te, które chce usunąć Dante, są publiczne, każdy może je zobaczyć. Te prywatne rzeczy trwały jednak tylko kilka sekund, a teraz przepadły na zawsze, podobnie jak ty. Skoro twój telefon też nie działa, muszę zachować każdy fragment ciebie, który jeszcze nie zniknął.
A skoro Dante sprawia wrażenie łagodniejszego, proszę go, żeby nie pozbywał się twoich kont.
- Skoro nie ma już jej telefonu, to zdjęcia są jednymi z ostatnich rzeczy, które pozostały, a należą tylko do niej.
Nadal wygląda tak, jakby chciał w coś uderzyć, ale tylko przygląda mi się w milczeniu.
- Zobaczę, czy jest jakiś sposób, żeby wyłączyć komentarze - obiecuję, chociaż wiem, że nie ma.
Marszczy brwi, ale po chwili kiwa głową.
- I napiszę jakąś prośbę do ludzi, żeby przestali - dodaję.
Nie przyznaję, że znam wszystkie twoje hasła i mogłabym usunąć każdy twój ślad w zaledwie kilka sekund.
Nie przyznaję, że nadal wysyłam ci wiadomości prywatne i maile, ani że w każdej wolnej chwili oglądam stare filmiki, na których śpiewasz i grasz na pianinie. Nie przyznaję się Dantemu, że kiedy tylko wyjdę z tego domu, założę słuchawki i zadzwonię na swoją pocztę głosową, bo sześć miesięcy temu zostawiłaś mi zabawną wiadomość, i całe szczęście, że jakoś nigdy jej nie usunęłam.
Ani razu nie płakałam, ale do tego też się nie przyznaję. Ręce mi drżą za każdym razem, kiedy myślę o twoim imieniu, a Dante nie może o tym wiedzieć.
Dość ma na głowie.
Po jego minie widzę, że myśli o tym, jak dowiedzieliśmy się o wypadku. Jakiś idiota z naszego liceum zrobił zdjęcie wywróconego samochodu i wrzucił je na swoją relację z czarno-białym filtrem i podpisem "KUUUURDE. Właśnie widziałem straszny wypadek". I akurat Perry wysłał mi zrzut ekranu z tym zdjęciem i wiadomością:
"Cholera. To chyba nie jest auto Tavii?"
To było jej auto. Naklejka na zderzaku z logo Unraveling Lovely, które zaprojektowałyśmy ubiegłego lata na trasę koncertową, nie pozostawiała żadnych wątpliwości.
Wiedziałam, że byłaś w drodze, żeby zobaczyć się z Perrym, ale on nie miał o tym pojęcia. Nawet mu nie odpisałam.
Czuję, że Dante na mnie patrzy. Pewnie wie, że też wspominam tamten wieczór.
- Wszystko w porządku? - pyta.
Ciągle to do siebie teraz mówimy, kiedy tylko jedno przyłapie drugie na tym, że gdzieś odpływa; zawsze kiedy jest oczywiste, że myślimy o tobie. Kiwam głową, chociaż już nigdy nie będę się czuła w porządku, ale nie wiem, co innego mogłabym powiedzieć.
Zadaję mu to samo pytanie.
- A z tobą?
I on też kiwa głową, dopełniając błędnego koła kłamstwa, które powtarzamy sobie od wielu dni, odkąd po raz pierwszy zobaczyliśmy tamto zdjęcie twojego samochodu.
Kłamstwo jest naszym nowym językiem. To jedyny sposób, w jaki w ogóle potrafimy rozmawiać.
Dante przez cały dzień trochę za dużo mi się przyglądał i zaczyna to do mnie docierać, więc wstaję. Już od jakiegoś czasu nie widziałam twojej mamy. Ciężki wzrok twojego brata podąża za mną jak cień, kiedy wychodzę z pokoju. Ale nie oglądam się za siebie.
Kiedy znajduję twoją mamę, siedzi na twoim łóżku. Trzyma na kolanach zwinięty różaniec.
Siadam na podłodze u jej stóp. Uśmiecha się i głaszcze mnie po głowie, jakbym była szczeniakiem, a cały ten pokój pachnie tobą. Aromat wanilii zawsze unosił się z twoich otwartych opakowań szamponów, kremów do rąk, z twoich świeczek. Dziś jest tak samo, tylko ciebie tutaj nie ma, a sam ten zapach bez ciebie wydaje się niewłaściwy, jak echo słyszane wiele kilometrów dalej od osoby, która je wywołuje. To więcej, niż mogę znieść.
Z drugiego końca korytarza zaczyna grać głośna muzyka. Twoja mama wzdycha, a ja odwracam głowę, ale żadna z nas nie wstaje, żeby zajrzeć do Dantego.
- Hej, Autumn - mówi trochę za późno, ale uśmiecha się szczerze. Twoja mama zawsze była taka opanowana, ale ręce jej się trzęsą, tak jak przed tym, kiedy zemdlała w szpitalu.
- Dobry wieczór - odpowiadam. Naciągam rękawy na własne drżące palce.
A potem po prostu siedzimy tam w milczeniu i obie za tobą tęsknimy, bo powitania są miłe i zgrabne, dużo prostsze od pożegnań.
SPIS TREŚCI
DROGI CZYTELNIKU
Część pierwsza. PROGNOZA ŚMIERCI
MATEO TORREZ
RUFUS EMETERIO
MATEO
RUFUS
MATEO
RUFUS
MATEO
RUFUS
MATEO
RUFUS
MATEO
RUFUS
MATEO
Część druga. OSTATNI PRZYJACIEL
ANDREA DONAHUE
RUFUS
MALCOLM ANTHONY
MATEO
RUFUS
AIMEE DUBOIS
MATEO
RUFUS
MATEO
DELILAH GREY
MATEO
RUFUS
MATEO
RUFUS
PATRICK "DZIOBAK" GAVIN
RUFUS
AIMEE DUBOIS
MATEO
RUFUS
MATEO
LIDIA VARGAS
RUFUS
TAGOE HAYES
KENDRICK O'CONNELL
MATEO
RUFUS
MATEO
DELILAH GREY
MATEO
Część trzecia. POCZĄTEK
MATEO
RUFUS
DELILAH GREY
VIN PEARCE
MATEO
RUFUS
MATEO
RUFUS
DEIRDRE CLAYTON
MATEO
RUFUS
DAMIEN RIVAS
MATEO
ZOE LANDON
MATEO
DZIOBAK
MATEO
RUFUS
FUNKCJONARIUSZ ANDRADE
DZIOBAK
RUFUS
DZIOBAK
Część czwarta. KONIEC
MATEO
HOWIE MALDONADO
GANG BEZ NAZWY
DELILAH GREY
RUFUS
MATEO
RUFUS
DALMA YOUNG
MATEO
PLUTONI
RUFUS
MATEO
RUFUS
MATEO
RUFUS
LIDIA VARGAS
DELILAH GREY
VICTOR GALLAGHER
RUFUS
PODZIĘKOWANIA
"Leah gubi rytm" (fragment)
"Zostawiłeś mi tylko przeszłość" (fragment)
"Piękno, które pozostanie" (fragment)
Polecamy również