Dla mojej rodziny
1
Ojciec gwałtownie wyprzedzał inne samochody, pędził, trąbił. Oparłem głowę o pas bezpieczeństwa, próbowałem ignorować to, jak szybko jedziemy, nie byłem pewny, czy próbuje być szybszy niż tornado, czy po prostu jest na mnie zły. Pokłóciłem się z matką. Zadzwoniła do niego, żeby mnie odebrał z jej mieszkania. Nie cierpiał się z nią kontaktować. Był środek dnia, wiosna. Cień skradał się przez pola. Kruki zerkały z linii wysokiego napięcia. Zawyły syreny alarmowe.
- Pokaż mi się - powiedział ojciec. Zahaczył kciukiem płatek mojego ucha. - No więc?
Spojrzałem na drogę, przypominając, że prowadzi.
- Co ci powiedziała? - zapytałem.
- Odpowiadasz pytaniem na pytanie? Powiedziała, że przestałeś się kontrolować.
- I nic więcej?
- Dlaczego jesteś taki czerwony?
Zawstydzony zamilkłem, wyłączyłem się. Wiedział, że płakałem. Kiedy stanęliśmy na podjeździe, otworzyłem drzwi auta. Ojciec kazał mi je zamknąć. Zatrzasnąłem zbyt mocno.
- Chciałem iść do kina - powiedziałem. - Miałem plany.
- Zanim wydano ostrzeżenie o tornadzie?
Skinąłem głową.
Powtórzył pytanie.
- Tak, zanim.
- No i?
- Powiedziałem, że wychodzę, a ona zablokowała drzwi, więc złapałem telefon i uciekłem do swojego pokoju.
- Zatem dzisiaj postanowiła, że jednak będzie matką. - Zaśmiał się jak wariat. - Musiała cię trzymać? - pytał, ale właściwie stwierdzał. - Zrobiła ci krzywdę?
Próbowałem sobie przypomnieć. Popchnęła mnie na łóżko. Przewróciła na brzuch. Wykręciła palce, zabrała telefon. Próbowałem ją zrzucić. I wtedy jej ręka trzymająca telefon trafiła mnie w głowę. Wymacałem tkliwe miejsce na czaszce, nacisnąłem mocno, żeby zabolało, żeby guz stał się widoczny.
- Nie wiem - odparłem. - Nie.
- Uderzyła cię?
- Chyba nie chciała.
Przyciągnął mnie do siebie, objął, poklepał po plecach do rytmu pracujących wycieraczek. Niezręczny to był uścisk. Tak przytulasz obcego człowieka, którego chcesz pocieszyć.
- W porządku, synu - powiedział. - W porządku. - Puścił, usiadłem prosto. Przed jeepem stał mój starszy brat z rozłożonymi rękami, pokazując na deszcz, który się wzmagał. - Wejdźmy do środka.
Dla ojca przestrzeganie prawa do prywatności oznaczało szacunek. Pukał, nawet kiedy drzwi naszych pokoi były otwarte, i czekał na zaproszenie. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, dlaczego czasami, gdy drzwi do niego były zamknięte, nie odpowiadał. Po separacji przydzielił każdemu z nas osobną łazienkę. Sam zachował tę największą, na górze, którą kiedyś dzielił z matką. Do łazienki brata, na tym samym piętrze co nasze pokoje, wchodziło się z korytarza. Zanim tata zdecydował, który z nas ją dostanie, odmierzył krokami odległość - pokój brata był bliżej. Mnie przypadła łazienka dwa piętra niżej, przy piwnicy. Tylko w te późne wieczory, kiedy wyglądając przez okno mojego pokoju z zapalonym cygarem, ojciec budził mnie szeptem: "Bądź moimi oczami", wolno mi było korzystać z łazienki w korytarzu, i to wyłącznie dlatego, że tata wszedł do mnie bez pytania.
Tutaj, w dolnej łazience, mówił do nas kanał pogodowy ze stojącego w piwnicy telewizora. Brat oglądał polaroidy wywołujące się na blacie przy umywalce. Kształty jak zjawy przybierały moją postać. Moje spuszczone powieki. Moje potargane włosy, które targałem bardziej, kołnierz koszuli, który wyciągałem, żeby wyglądać gorzej. Ojciec chyba był niezadowolony.
- Za dobrze wyglądasz - powiedział. - Kiedy cię zgarnąłem, byłeś w dużo gorszej formie, prawda?
To pytanie miało przekonać mojego brata.
- Tak - odparłem.
- Więcej światła? - zapytał brat.
Przyniósł z piwnicy lampę, włączył ją, przechylił klosz.
- A teraz, synu, spróbuj wyglądać tak, jak się czułeś, kiedy cię uderzyła.
Ojciec nacisnął spust migawki. Z ust aparatu wysunęło się zdjęcie. Brat położył je na stosiku. Czekaliśmy.
- Lampa pomogła? - zapytał ojciec.
Brat potrząsnął głową.
- Kurwa - rzucił ojciec.
Wstrzymałem oddech, przygryzłem wargę, aż poszła krew, potem jeszcze mocniej.
Dwa kolejne zdjęcia.
- Co myślisz? - zapytał ojciec brata. - Da się jeszcze coś zrobić?
- Makijaż? - zasugerował brat.
- Masz kosmetyki? - zapytał tata.
- Ma, na górze - odparłem. - Obok lalek i tamponów.
- Mogę go strzelić? - zażartował brat. - Powinno zadziałać.
Ojciec odwrócił się do mnie.
- Co o tym myślisz, synu?
Brat zaczął protestować, że żartował, ale ojciec go uciszył. Zbyt długo się wahałem.
- Myślałem, że chcesz jechać z nami - powiedział do mnie ojciec.
- Bo chcę.
- Myślałem, że jesteś nasz.
- Bo jestem.
- Przysięgnij.
- Już przysięgałem.
Ojciec odłożył aparat.
- Dlaczego nie każesz przysięgać jemu? - Pokazałem na brata.
- Bo to ty o wszystkim opowiadasz matce - odparł ojciec.
- Proszę, po prostu przysięgnij - przekonywał brat.
- Możesz zostać w Kansas - powiedział ojciec. Odwrócił się i chciał wyjść z łazienki. - Twój brat i ja wyjeżdżamy bez ciebie.
- Nie, tato - zaprotestował brat.
- Dobra - rzuciłem. - Przysięgam. Znowu.
Ojciec wrócił do łazienki, podniósł aparat. Położył mi ręce na ramionach, odwrócił do siebie.
- Zamknij oczy - polecił.
Zamknąłem.
- Masz mnie posłuchać. Słuchasz? Kiedy się urodziłeś, to znaczy zaraz po porodzie, matka nie chciała cię przytulać, żadnego z was. Oddała mi was od razu, gdy dostała niemowlęta od lekarza. Nigdy nie widziałem czegoś takiego. Która matka nie chce utulić swojego dziecka? Mogę przeboleć, że nigdy nie stała się dla mnie porządną żoną. Ale to, jaką była okropną matką? Dręczyło mnie to przez lata. Pamiętasz, jak to wyglądało, gdy byłeś mały? Przed wojną? - Wojną nazywał rozwód. - Też byłem dzieciakiem. Bawiliśmy się razem. We trzech. Pamiętasz?
Tak, pomyślałem, pamiętam. Mój brat i ja siedzimy na dywanie, oglądamy telewizję i nagle słyszymy gardłowy ryk. Patrzymy na siebie. Nie ma czasu na reakcję. Moje serce przyspiesza na sekundę przed tym, jak tata na czworakach wchodzi do salonu i ryczy. Wspinamy się na niego, wspólnie próbujemy pokonać bestię.
- Pamiętasz, synu?
- Tak.
Ścisnął mnie za ramiona.
- To zakończy wojnę - powiedział. - Żadnej opieki. Żadnych alimentów. To nas uwolni. Będziemy mogli zacząć życie od nowa. Zobaczysz. W Nowym Meksyku znowu stanę się dzieciakiem. Wszyscy będziemy dzieciakami. Jak ci się to podoba? Nie tego chcesz?
Skinąłem głową.
Słyszałem, jak ojciec uruchamia aparat.
Poczułem, że brat podchodzi do mnie.
Nie otwierając oczu, założyłem ręce za plecami. Bestia pokonana, rozłożona na dywanie. Leżymy z bratem na jej brzuchu, twarzami do siebie. Brat ma włosy ciemniejsze od moich. Skórę również. Jego koloryt zdradza wrodzone porozumienie z naszym ojcem. Mają te same zaspane, roześmiane oczy, które w świetle słońca robią się butelkowobrązowe. Ja mam jasne włosy jak matka i jej orzechowe oczy. Tylko uszy odziedziczyłem po ojcu, wielkie jak jego, gdy był w moim wieku. Bestia oddycha, a nasze głowy unoszą się i opadają, a w uśmiechu ukradzionym ojcu, który on pewnie ukradł z jakiegoś filmu, usta mojego brata odsłaniają górny rząd zębów niczym powoli podnoszona kurtyna. Otworzyłem oczy. Cofnięta ręka brata, gotowa do zamachu. Nie chciałem, żeby mnie uderzył. Nie chciałem, żeby musiał mnie uderzyć.
- Czekaj - powiedziałem.
- Co? - odezwał się ojciec.
Patrząc w lustro, zrobiłem smutną minę. To nas uwolni, powtarzałem sobie. Tego ode mnie potrzebowali. Prawą ręką uderzyłem się w prawy policzek. W lewy - lewą dłonią, potem znowu, mocniej, zmieniając strony, zapędzając się za każdym razem nieco dalej, aż w końcu głowa odskakiwała mi nie od uniku, ale od ciosu. Prawą, lewą, prawą, lewą. Odwróciłem się do ojca.
- Już - powiedziałem. - Rób zdjęcie. - Pokazałem mu policzek. - Z tego kąta. - Prawą, prawą, prawą. - Rób - powiedziałem. - Następne. Rób następne.
Brat wyjmował kolejne zdjęcia z ust aparatu. Ojciec klikał, aż przycisk się zaciął. Kiedy wszystkie się wywołały, wybraliśmy pięć fotografii do okazania opiece społecznej.
Godzinę później, gdy deszcz płynął strumieniem po jedynym oknie, w piwnicy zrobiło się ciemno. We trzech w milczeniu oglądaliśmy prognozę pogody. Burza, która na początku wyglądała jak ameba przesuwająca się po ekranie, stała się nieruchomymi opaskami czerwieni i żółci, jakby telewizor zamarzł albo burza osiadła jak nowa formacja skalna we wschodnim Kansas. Ojciec siedział skulony na krześle, obcasami przytrzymując się niższego szczebelka. Szykował się do skoku.
- Chodźmy zapolować na tornado - powiedział.
Pojechaliśmy do wieży ciśnień.
Ciemność narastała, nie ze wschodu, ale z zachodu. Z chmur na przodzie burzy spłynęła błyskawica. Ogromne stado ptaków walczyło z wiatrem. Ojciec wyznaczył nagrodę dla tego, kto pierwszy dostrzeże tornado. Tkwiliśmy tam przez jakiś czas, szeroko otwartymi oczami badając horyzont. Ale nic nie zauważyliśmy i w końcu odjechaliśmy. W domu okazało się, że oderwało płot od ziemi. Kiedy ojciec zobaczył szkodę, zaśmiał się i powiedział:
- To burza zapolowała na nas.
A kiedy przeprowadziliśmy się do Nowego Meksyku, wracał do tego zawsze, gdy coś się udało, ale też wtedy, kiedy coś się nie udało.