Nastoletnie problemy. Karina - Elżbieta Jodko-Kula

Reflow text when sidebars are open.
Rozdział I
Karina weszła na dziedziniec szkolny i ze złością spojrzała na zegarek. Było wpół do ósmej i przed drzwiami gimnazjum nie było jeszcze nikogo, tylko przed bocznym wejściem do sali gimnastycznej zamajaczyła znajoma sylwetka wuefisty.
- Temu to zawsze spieszno do szkoły, chyba tu nocuje, czy co? - pomyślała, przyspieszając kroku. Była zła na siebie, że przyszła tak wcześnie. Wczoraj też była pierwsza z całej klasy. Codziennie przychodziła przed czasem i to dużo przed czasem - tak jakby nie umiała przyjść na ósmą. Punktualność nie była jej osobistą zaletą, chociaż w piętnastym roku życia wiedziała, że nie potrafi się spóźnić. Jej poranne wstawanie było zasługą mamy, która będąc od kilku lat na rencie, bardzo dbała, żeby Karina wcześnie wstawała i wychodziła do szkoły.
- Zupełnie jakbyś chciała się mnie jak najszybciej pozbyć z domu - mówiła nieraz, gdy mama przynaglała ją do wyjścia.
- Wiesz dobrze, że chodzi mi tylko o twoje dobro. Lepiej być za wcześnie niż za późno - odpowiadała matka i Karina, ciężko wzdychając, wychodziła na przystanek.
Od kiedy przeprowadzili się do tego miasta, jakoś nie potrafiła się odnaleźć. Dojeżdżanie do szkoły autobusem początkowo traktowała jako atrakcję, teraz jednak przestało ją bawić.
Właściwie nic już jej nie bawiło, co wiązało się ze szkołą - i nie tylko ze szkołą, w ogóle z nowym miejscem, a nawet miastem. Mimo iż mieszkała tu od ponad roku, to nie miała jakiejkolwiek bliższej koleżanki. Na podwórku nowego osiedla mieszkali głównie młodzi ludzie z małymi dziećmi, gimnazjalistów było niewielu. Zresztą i ci nieliczni, którzy tu mieszkali, mieli pewnie jakichś swoich znajomych, do których spieszyli, mijając Karinę wracającą po lekcjach do domu. W szkole też nie układało się jej najlepiej z koleżankami z klasy. Stopnie miała dobre, bo uczyła się całymi popołudniami. Co zresztą miała robić? Ile i o czym można rozmawiać z mamą? W kółko o szkole? Od kiedy mama przeszła na rentę, jej świat zawęził się jakoś, zmalał.
Pewnie jej też było trudno odnaleźć się w nowym miejscu i Karina była przekonana, że nieraz przeklinała w duchu pomysł ojca z przeprowadzką do tego miasta. Nie ośmieliła się jednak nigdy powiedzieć o tym głośno. Karina też nie zwierzała się rodzicom ze swoich trudności.
Tkwiły więc obie, coraz bardziej samotne, w dużo większym niż kiedyś mieszkaniu, coraz mniej szczęśliwe i dalekie.
Ojca całymi dniami nie było w domu. Siedział od rana do wieczora w warsztacie i pilnował czterech pracowników, którzy naprawiali samochody. Skończywszy pięćdziesiąt lat, zdecydował się opuścić miejsce swojego urodzenia i ruszyć w szeroki świat; uważał to za przejaw swojej odwagi i zaradności. Cieszył się, że przeprowadzka i poczynione inwestycje zapewnią mu spokojną starość i dostatek jego rodzinie. To, że zdecydował się otworzyć warsztat samochodowy na obrzeżach dużego miasta, pozwoliło mu osiągnąć to, czego nigdy nie doczekałby się w rodzinnym miasteczku. Tam nie było aż tylu samochodów znanej zachodniej marki, w których naprawianiu się wyspecjalizował. Co innego tu, gdzie było dużo ludzi i znacznie więcej samochodów. Mógł rozwinąć skrzydła i cieszyć się, że, jak to mawiał, zdąży "pożyć" przed emeryturą. Był z siebie dumny, zadowolony z rozwijającego się warsztatu i z tego, że Karina może chodzić do gimnazjum w dużym mieście. Od żony wymagał, żeby zajmowała się domem i dbała o swoje zdrowie, a od córki... Od córki niewiele wymagał - tylko tego, żeby nie sprawiała kłopotów, dobrze się uczyła, o ósmej wieczorem była w domu i chodziła przyzwoicie ubrana, czyli według niego skromnie, schludnie i bez ekstrawagancji.
Do połowy pierwszej klasy Karina usiłowała podzielać radość ojca i starała się cieszyć życiem wielkiego miasta, nowym mieszkaniem i ładnie umeblowanym pokojem. Z czasem jednak jej entuzjazm zdawał się przygasać, a na twarzy dziewczyny coraz częściej gościł smutek.
Matka, zaaferowana urządzaniem nowego domu, początkowo nie widziała, co dzieje się z córką. Gdy jednak po zimowych feriach usłyszała, że Karina nie chce wracać do szkoły, zastanowiła się nad tym głębiej i powiedziała o tym mężowi.
- Też mi powód do rozmyślań - prychnął. - A tobie chciało się chodzić do szkoły, jak miałaś czternaście lat? Chyba byłaby nienormalna, gdyby w tym wieku biegła radośnie, słysząc dźwięk dzwonka wzywającego na lekcje.
Matka głęboko westchnęła, czując, że mąż nie zrozumiał, co miała na myśli, odparła więc szybko:
- Ale w podstawówce lubiła szkołę, miała dużo koleżanek, przychodziły do niej...
- Tu też mogą przychodzić, tylko niech za bardzo nie wrzeszczą, bo po pracy chcę mieć spokój - odburknął ojciec i położywszy się do łóżka, przykrył głowę kołdrą.
- Ale ona nigdzie nie wychodzi, z nikim się nie spotyka - nie ustępowała.
- To i całe szczęście - ziewnął spod kołdry. - Dzięki Bogu nie włóczy się z byle kim. Na szczęście dobrze ją wychowaliśmy. A poza tym, nie zgadzam się, żeby Karina sama łaziła po mieście. Nie po to ciężko pracuję, żeby moja jedyna córka narażała się na niebezpieczeństwo. Musisz jej pilnować i dbać o to, żeby jej się nic nie stało, a jeżeli chce się z kimś spotykać, to niech zaprosi go do domu - zakończył swoją wypowiedź i nim próbowała mu odpowiedzieć, zachrapał cicho.
- Może masz rację? - mruknęła pod nosem i odgoniwszy od siebie ponure myśli, wyszła do łazienki. Idąc przez korytarz, zauważyła światło w pokoju córki. Uchyliła drzwi i zajrzała do środka.
- Gaś światło, bo jutro idziesz do szkoły - powiedziała i w tej samej chwili zauważyła, że Karina już śpi, weszła więc do pokoju i sama zgasiła nocną lampkę.
Po rozmowie z mężem mama przestała się niepokoić o Karinę; jej złe humory kładła na karb trudnego wieku i nie dopytywała o przyczyny smutku.
Lato dziewczynka spędziła u dziadków w miasteczku, w którym się wychowała, gdyż tego roku nie było pieniędzy na wakacyjne wojaże. Karina najwyraźniej była jednak z tego zadowolona i bez żalu siedziała w domu dziadków, spotykając się z koleżankami z dawnej szkoły. Nikomu nie mówiła o tym, że bardzo tęskni i że w nowym środowisku źle się czuje. To był tylko jej problem, tajemnica, którą znał tylko jej pamiętnik.
Do końca sierpnia zwlekała z powrotem do domu. Mama złościła się nawet, że Karina nie chce przyjechać wcześniej, żeby skompletować szkolne podręczniki i przybory, ale wobec oporu córki sama kupiła większość potrzebnych rzeczy, zdziwiona trochę, że Karina po raz pierwszy nie przejawiała zainteresowania własnymi zakupami.
Mama kupiła jej też kilka bluzek, bluzę i buty na zmianę, co nie było takie trudne, gdyż nosiły ten sam rozmiar buta.
Kiedy Karina wróciła wreszcie od dziadków, z dumą pokazała jej wszystkie zakupy.
- Podobają ci się bluzki? - zapytała, rozkładając przed córką trzy półgolfy z dzianiny w nieokreślonych ciemnych kolorach.
- Nie bardzo - powiedziała dziewczynka, bez przekonania spoglądając na rozłożone zakupy.
- Jak to? Nie podobają ci się? - zapytała mama zawiedzionym głosem.
- W szkole nikt nie nosi takich bluzek - powiedziała Karina, wzruszając ramionami.
- Te z ubiegłego roku były już za małe...
- I całe szczęście, bo też były okropne. Cieszyłam się, że z nich wyrosłam.
- To w czym zamierzałaś pójść do szkoły? Przecież jutro jest rozpoczęcie roku szkolnego.
- Nie musiałaś tego kupować beze mnie, chciałam wybrać sobie to, w czym będę chodzić.
- To trzeba było wcześniej wrócić - powiedziała mama wyraźnie obrażona, odwróciła się na pięcie i wyszła z pokoju Kariny.
Dziewczyna jeszcze raz przyjrzała się bluzkom i ze złością wrzuciła je do szafy. Na koniec zostawiła bawełnianą bluzę, która mimo że nie wydawała jej się tak okropna jak bluzki, też wylądowała na samym dnie.
Karina ciężko usiadła na łóżku i przez chwilę zastanawiała się na tym, co robić. Rozmowa z mamą nie miała już sensu. Kiedy była obrażona, to nawet najrozsądniejszy argument do niej nie trafiał. Karinie więc nie pozostawało nic innego, jak tylko przeczekać. Może za jakiś czas uda się coś jeszcze wynegocjować. Spróbuje wbić się w którąś z ubiegłorocznych bluzek i będzie chodzić w bluzie, której ciemny granat ożywiał całkiem fajny czerwono-biały wzorek.
Najgorzej będzie z butami na zmianę. Trampki, które leżały teraz na biurku, nie nadawały się do niczego.
Podeszła do biurka, spojrzała na sznurowane szmaciaki i ze wstrętem cisnęła je w kąt pokoju. W napadzie wściekłości kopnęła krzesło i ciężko usiadła na tapczanie. Ze złości podniosła do ust palce i, mimo że postanowiła już nigdy tego nie robić, zaczęła obgryzać paznokcie.
Nie był to powód do dumy. Poobgryzane paznokcie nie wyglądały pięknie i Karina często chowała dłonie w rękawy bluzek, teraz jednak, gdy wyrosła, rękawy zeszłorocznych ubrań nie zasłonią jej tajemnicy. Zostaje więc tylko bluza...
Spojrzała na rozrzucone trampki i z obrzydzeniem odwróciła głowę, po chwili jednak spojrzała na nie jeszcze raz i sięgnęła po ten leżący bliżej.
Pochyliła się i z pewną nadzieją wsunęła do niego nogę. Po chwili na jej twarzy pojawił się radosny uśmiech.
- Mamo, te trampki są za małe. Nie mogę ruszyć palcem, widocznie noga mi urosła - krzyknęła triumfalnie, ale nie usłyszała żadnej odpowiedzi z jej strony.
Rozdział II
- Cześć, dziewczyny! - zawołała Marta, doganiając Julię i Olę, które właśnie weszły na szkolny dziedziniec.
- Cześć! - rzuciła Olka i zwolniła kroku. Julka uśmiechnęła się tylko, spoglądając na Martę przez ramię.
- Dawno was nie widziałam. Jak tam wakacje? - zapytała Marta, zrównując się z dziewczynkami. - Gdzie byłaś? - dodała szybko, patrząc na Julię.
Julka lekko wzruszyła ramionami i powiedziała bez entuzjazmu:
- E tam, szkoda gadać - burknęła. - Cały czas czekałam, aż się starzy zdecydują... Mama chciała do Paryża, mnie marzyły się Wyspy Kanaryjskie, ale... - z rezygnacją pokręciła głową.
Marta i Ola spojrzały na nią z wyczekiwaniem.
- Co ale?... - przynagliła Marta.
- Daj spokój, szkoda gadać - Julka machnęła ręką.
Olka przyjrzała się koleżance i zatrzymując się na chwilę, powiedziała:
- Przecież wyjeżdżałaś gdzieś w sierpniu! Próbowałam się z tobą skontaktować, ale nie odbierałaś komórki.
- Zmieniłam telefon.
- Dzwoniłam też na domowy i twój brat powiedział, że wyjechałaś z rodzicami. Gdzie byłaś?
- W Chałupach! - burknęła Julia, spuszczając głowę.
Marta ze zdziwienia wytrzeszczyła oczy.
- Gdzie? W czyich chałupach? - zapytała.
Ola postukała się palcem w czoło i wyjaśniła:
- Głupia jesteś? Nie wiesz, gdzie są Chałupy? Nad morzem...
- Karaibskim? - zapytała Marta, widocznie dalej nic nie rozumiejąc, ale nie doczekała się odpowiedzi, bo w tym momencie od strony szkoły nadbiegła Kasia, wołając do nich już z daleka:
- Cześć, dziewczyny, widziałyście Karinę?
- A po co ci ta idiotka?! - burknęła Marta, zła, że nie dowiedziała się dokładnie, gdzie leżą Chałupy.
Kaśka zatrzymała się obok dziewcząt i wzruszyła ramionami.
- Nie mów tak, ona nie jest taka zła... - powiedziała spokojnie.
- Nie truj, co ona nas obchodzi - dodała Ola.
- Wychowawczyni jej szuka - wyjaśniła Kasia.
- To niech ją sobie znajdzie, chyba nie sądzisz, że będziemy jej w tym pomagać - skwitowała Julka, poprawiając włosy.
- Dobrze, dobrze, nie gorączkuj się tak, sama jej poszukam. A swoją drogą pospieszcie się, bo zaraz będzie dzwonek.
- Dobra, spadaj! - warknęła Julka, ale tego już Kasia nie usłyszała, bo minąwszy kolejną grupkę dziewcząt, znikła za rogiem budynku.
Kiedy znowu zostały same, Olka spojrzała na Julię i zapytała:
- No to jak było w tych Chałupach?
Julka pogardliwie wydęła wargi i wzruszyła ramionami.
- Do luftu! Wcale nie chciałam tam jechać. Pogoda koszmarna, towarzystwo nudne. Wszyscy ciekawsi faceci pozajmowani, a poza tym nawet nie chciało mi się nikogo podrywać, bo miałam myśli zaprzątnięte Robertem.
Julka spojrzała w niebo i na jej twarzy pojawił się marzycielski uśmiech. Ola trąciła Martę w bok i spojrzała na nią porozumiewawczo.
- No właśnie, a jak tam twoja miłość? - zapytała po chwili.
- Kwitnie! Dlatego właśnie nie miałam ochoty nigdzie wyjeżdżać. No chyba że z nim, ale na to niestety starzy się nie zgodzili - odpowiedziała Julka, bezradnie rozkładając ręce.
- Robert był z Markiem na obozie żeglarskim - powiedziała Ola.
- Masz dobre informacje... Czyżbyś dalej była zakochana w Marku? - zapytała Julka, uważnie przyglądając się koleżance.
Ola zaczerwieniła się lekko i nie patrząc na Julkę, powiedziała:
- Nie jestem zakochana, zwyczajnie podoba mi się...
- Dobra, dobra, już ja swoje wiem. Rzeczywiście byli na tym obozie w lipcu, a ja w sierpniu w Chałupach i dlatego prawie nie wiedzieliśmy się, ale i tak jest cudownie. Patrzcie, jaką bransoletkę od niego dostałam.
Dziewczyny pochyliły się nad wyciągniętą ręką Julki.
- Fajna - powiedziała Marta, kiwając głową.
- Super, musiała kosztować majątek - podsumowała Ola, patrząc z zazdrością na bransoletkę.
- I kosztowała! - Julka potarła palcem bransoletkę i opuściła rękę. - Cieszę się, że wam się podoba. Też uważam, że jest niezła.
Dziewczyny usłyszały dzwonek i przyspieszyły kroku. W drzwiach spotkały nauczycielkę historii, panią Nowakowską.
- Mam nadzieję, że na moją lekcję nie zamierzacie się spóźnić - powiedziała, marszcząc brwi.
- Nie, nie, tylko teraz zagadałyśmy się trochę - odpowiedziała Marta ze skruszoną miną i ruszyła za koleżankami.