Nastoletnie problemy. Anka - Elżbieta Jodko-Kula

Reflow text when sidebars are open.
Rafał
- Jestem Rafał... Szukam Anki... Od wczoraj jej szukam. To taka dosyć wysoka blondynka z piwnymi oczami. Dziwne, prawda? Blondynki mają przeważnie niebieskie oczy albo zielone, a ona ma piwne. Nie, nie piwne - brązowe. Oczy Anki są brązowe. Co poza tym? Ładnie się ubiera. Ma zawsze na sobie mnóstwo spódnic, chustek, kamizelek; wygląda w tym jak Cyganka. Pomimo to stale jej zimno. Nosi jeszcze takie wysokie, czarne glany. Zresztą większość rzeczy, które Anka zakłada na siebie, jest w kolorze czarnym, trochę to smutno wygląda, ale mi się podoba. Anka jest tylko troszeczkę niższa ode mnie, a ja mam metr osiemdziesiąt, przy tym jest szczupła, bardzo szczupła, a właściwie chuda... Strasznie chuda. Ona jest chora na tę chudość, z tej chudości chora. Ona...
Poznaliśmy się w głupi sposób. Właściwie było to dosyć śmieszne. Wracałem ze szkoły do domu pekaesem. Zawsze tak jeżdżę, chyba że szwagier albo brat mają coś do załatwienia w Warszawie, to się z nimi zabieram. Siedziałem w autobusie, gdy nagle zadzwoniła moja komórka. Rzuciłem okiem na ekran, ale nie mogłem skojarzyć numeru, który się wyświetlił.
- Halo! - powiedziałem, starając się jak zwykle nadać swojemu głosowi niskie brzmienie.
- Cześć! - usłyszałem głos jakiejś dziewczyny.
- Cześć! - odpowiedziałem niepewnie, nie mogąc przypomnieć sobie, do kogo ten głos należy. Przez myśl błyskawicznie przelatywały mi wszystkie możliwe dziewczyny, jakie mogłyby do mnie dzwonić, ale nikt konkretny nie przychodził mi do głowy.
Nie miałem stada wielbicielek, a w mojej prawie męskiej klasie tylko dwie koleżanki niezmiernie rzadko obdarzały mnie jakimkolwiek zainteresowaniem. Obie były ładne, zbyt ładne na to, żeby się interesować akurat mną. Więc do tej pory żadna dziewczyna do mnie nie dzwoniła, a jeżeli już, to tylko dla zgrywu. Na przykład udawały, że dzwonią z firmy pogrzebowej i pytały, czy mają dostarczyć trumnę albo informowały mnie, że zaczęły się obowiązkowe szczepienia przeciw wściekliźnie i sugerowały, że powinienem natychmiast udać się do najbliższego punktu weterynaryjnego.
Nie przypominał też głosu mojej siostry, szwagierki lub mamy ani tej smarkuli z naszego bloku, która kiedyś zamęczała mnie, żeby podać jej swój numer, bo nie miała do kogo dzwonić. Ja też nie mam, zwłaszcza w piątek popołudniu, ale to jeszcze nie powód, żeby brać telefon od smarkatej sąsiadki.
- Wiesz, kim jestem? - usłyszałem po chwili.
- No... tego... - zacząłem bełkotać niezbyt rezolutnie. Byłem zły na samego siebie, że nie potrafię wymyślić błyskotliwej odpowiedzi.
- Nie spodziewałeś się, że zadzwonię? - głos nieznajomej był przyjemny i zdecydowany.
- Nie, dlaczego...? - bąknąłem znowu, czerwieniąc się po same uszy. Dziewczyna, siedząca naprzeciw mnie w autobusie, podniosła wzrok i, widząc moją purpurową facjatę, parsknęła śmiechem. Wkurzyła mnie, sam siebie też wkurzałem. Podniosłem się ze swojego miejsca i ruszyłem na tył autobusu.
- Wydaje mi się, że jednak nie wiesz... - usłyszałem znowu w słuchawce.
- Zaczynam się domyślać... - odpowiedziałem niepewnie, marząc, by nieznajoma nie rozłączyła się, słysząc, z jakim palantem rozmawia. Ona dzwoniła i mówiła do mnie, więc w tej chwili musiała o mnie myśleć! Właśnie tylko o mnie!
- Trochę to długo trwa. Dużo mnie będzie kosztowało twoje myślenie. Spadam! Cześć! - powiedziała nieco zniecierpliwionym tonem i wyłączyła się.
Skasowała mnie, nie mówiąc nawet, kim jest i skąd ma mój telefon. Stałem chwilę z głupią miną, wpatrując się w dobrze znany mi pejzaż za szybą podmiejskiego pekaesu. Dziewczyna, która poprzednio z rozbawieniem przyglądała się mojej czerwonej gębie, zajęła się lekturą kolorowego czasopisma. Ona też straciła zainteresowanie moją osobą. W dłoni ściskałem rozgrzaną komórkę i, bawiąc się chwilę klawiszami, znalazłem ten numer w odebranych połączeniach. Nie namyślałem się wcale, gdybym wtedy pomyślał choć przez chwilę, nie nacisnąłbym tego przycisku. A jednak zrobiłem to, jakbym chciał, żeby ten jeden szybki, nieprzemyślany gest odmienił całe moje nieciekawe życie. Wszystko potoczyłoby się inaczej, gdybym jak zwykle zaczął się zastanawiać, rozważać czy robię słusznie, byłoby jak dawniej, ale tym razem stało się jednak inaczej.
- Halo! - usłyszałem po krótkiej chwili głos tej samej dziewczyny.
- To ja - powiedziałem cicho.
- Co za ja? - odpowiedziała nieco zniecierpliwiona.
- No ja, Rafał, dzwoniłaś przed chwilą do mnie - powiedziałem trochę głośniej.
- Rafał a nie Cezary? Wczoraj na czacie podałeś, że masz na imię Cezary - odpowiedziała, a w jej głosie usłyszałem cień zawodu. Błyskawicznie zorientowałem się, że pomyliła mnie z kimś innym.
- A bo tak się wygłupiałem - rzuciłem niby od niechcenia.
- Szkoda, bo mi się podoba to imię - odpowiedziała.
- Mi też, więc niech już zostanie Cezary - szybko dodałem, bojąc się, że to właśnie magia obcego imienia dodała mi uroku.
- Mam tak do ciebie mówić? - zapytała z niedowierzaniem.
- Jeżeli ci się tak podoba... - odpowiedziałem i nagle poczułem się dużo pewniej niż zazwyczaj. Przez przypadek stałem się Cezarym, jakimś tam bliżej nieokreślonym facetem z czatu, który zaintrygował dziewczynę o miłym, niskim głosie. Ktoś już zrobił ten pierwszy krok, a to dla mnie zawsze było najtrudniejsze, teraz wystarczyło tylko przekonywająco zagrać swoją rolę i nie spaprać wszystkiego.
- Dobrze, jak chcesz. Jestem Anka. Wczoraj przedstawiałam ci się swoim własnym imieniem, ale mam wrażenie, że nie za bardzo jarzysz, z kim rozmawiasz - powiedziała.
- No skąd, doskonale cię pamiętam, ale teraz muszę już przerwać, bo mi się karta kończy. Zadzwonię do ciebie później, dobrze? - powiedziałem szybko, z przerażeniem wsłuchując się w ponaglające buczenie komórki.
- Dobrze - usłyszałem w odpowiedzi i mój telefon zamilkł.
Szczerze mówiąc, od samego początku czułem, że pakuję się w niezłe tarapaty. Nie wiedziałem, co naopowiadał jej na czacie ten jakiś tam Cezary, bo, jak łatwo się domyślić, to wcale nie byłem ja. Mam w domu komputer, ale dosyć stary i do tamtej pory nie miałem dostępu do internetu. Ojciec miał od dłuższego czasu kłopoty z kasą i o takich, jak mówił, "luksusowych dyrdymałach" nie mogłem nawet marzyć, tak jak o innych rzeczach.
Od kiedy pamiętam, rodzice rozmawiają ze sobą wyłącznie o pieniądzach, konieczności kupienia czegoś, i o tym, czy pralka wytrzyma jeszcze parę miesięcy, żeby mogli wziąć kolejną pożyczkę. Najgorzej jest po dwudziestym, wtedy najchętniej bym się stamtąd wyprowadził. W domu atmosfera jest nerwowa; wszyscy mają do siebie mnóstwo pretensji. Trzecia dekada miesiąca jest zawsze pełna napięć, lęku i wzajemnych pretensji. Dla dobra ludzkości należałoby ją w ogóle wykreślić z kalendarza. Tak byłoby bezpieczniej dla wielu rodzin.
Ale nie było to dla mnie istotne, najważniejsze, że ona do mnie zadzwoniła i chociaż doskonale wiedziałem, że był to czysty przypadek, nie zamierzałem rezygnować z tej znajomości. Zawsze byłem nieśmiały i jakoś nie szło mi z dziewczynami, więc gdy przytrafiła mi się taka okazja...
Zostałem więc Cezarym, chociaż nie wiedziałem, jakie będą tego konsekwencje.