Następne 100 lat. Prognoza na XXI wiek. Mocarstwo nad Wisłą? - George Friedman


Reflow text when sidebars are open.
Tytuł oryginału:The Next 100 Years. A Forecast for the 21st Century
Copyright ? 2009 by George Friedman
All rights reserved. No parts of this book may be used or reproduced in any manner whatsoever without the written permission from the Publisher
This translation published by arrangement with Doubleday, an imprint of The Knopf Doubleday Publishing Group, a Division of Random House, Inc.
Copyright ? 2009 for the Polish edition by AMF Plus Group Sp. z o.o. Copyright ? 2009 for the Polish translation by Maciej Antosiewicz
RedakcjaMirosław Grabowski
KorektaMaciej Korbasiński Elżbieta Jaroszuk
Projekt okładki: Julia T. Wołejko
Zdjęcie "World Globe" z kolekcji ?iStockphoto.com
ISBN: 978-83-60532-24-9
WydawcaAndrzej Findeisen / AMF Plus Group Sp. z o.o. Al. Solidarności 91/28, 00-144 Warszawa Tel. (22)620-7868, faks (22)620-6533 Poczta elektroniczna: wydawca.amfplus@gmail.com www.amfplus.com.pl
Wyłączny dystrybutorFirma Księgarska Jacek Olesiejuk ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki www.olesiejuk.pl
Wydanie I Skład, łamanie: Plus 2 Witold Kuśmierczyk, Warszawa Druk i oprawa: Druk-Intro S.A., Inowrocław
UWERTURA
WPROWADZENIE DO ERY AMERYKAŃSKIEJ
Wyobraźcie sobie, że latem 1900 roku mieszkaliście w Londynie, ówczesnej stolicy świata. Europa rządziła półkulą wschodnią. Prawie nie dałoby się znaleźć miejsca, które nie byłoby pośrednio kontrolowane, jeśli nie bezpośrednio zarządzane, z europejskiej metropolii. Europa cieszyła się pokojem i niesłychanym dobrobytem. Dzięki handlowi oraz inwestycjom wzajemna zależność poszczególnych krajów europejskich była tak wielka, iż poważni ludzie utrzymywali, że wojna jest niemożliwa - a gdyby nawet do niej doszło, to zakończyłaby się w ciągu kilku tygodni, ponieważ światowe rynki nie wytrzymałyby takiego napięcia. Przyszłość wydawała się ustalona: pokojowa, rozkwitająca Europa miała rządzić światem.
A teraz wyobraźcie sobie lato 1920 roku. Europa została rozdarta wyniszczającą, trwającą cztery lata wojną. Kontynent leżał w ruinie. Niektóre imperia - austro-węgierskie, rosyjskie, niemieckie i osmańskie - zniknęły z mapy. Zginęły miliony ludzi. Wojna zakończyła się po interwencji milionowej armii amerykańskiej - armii, która przyszła, a potem równie szybko odeszła. W Rosji zapanował komunizm, ale nie było jasne, czy przetrwa. Kraje leżące na peryferiach europejskiej potęgi, takie jak Stany Zjednoczone i Japonia, wyłoniły się nagle jako wielkie mocarstwa. Ale jedno było pewne - traktat pokojowy, który narzucono Niemcom, gwarantował, że szybko się one nie podźwigną.
Wyobraźcie sobie lato 1940 roku. Niemcy nie tylko się podźwignęły, ale też podbiły Francję i uzyskały dominację w Europie. Komunizm przetrwał, a Związek Sowiecki sprzymierzył się z hitlerowskimi Niemcami. Wielka Brytania samotnie przeciwstawiała się Niemcom i z punktu widzenia większości rozsądnych ludzi wojna dobiegła końca. Nawet gdyby nie ziściły się niemieckie marzenia o tysiącletniej Rzeszy, to los kontynentu był przesądzony na całe stulecie. Niemcy miały zapanować nad Europą i odziedziczyć jej imperium.
A teraz wyobraźcie sobie lato 1960 roku. Niemcy zostały pokonane już w 1945 roku. Europa była okupowana, podzielona między Stany Zjednoczone i Związek Sowiecki. Europejskie imperia upadały, a dwa mocarstwa rywalizowały o to, kto będzie ich spadkobiercą. Stany Zjednoczone wy-łoniły się jako światowe supermocarstwo. Trzymały Związek Sowiecki w okrążeniu i dysponując miażdżącą przewagą w dziedzinie broni nuklearnej, mogły go unicestwić w ciągu kilku godzin. Panowały nad wszystkimi oceanami i dzięki swojej potędze nuklearnej były w stanie dyktować warunki całemu światu. Związek Sowiecki mógł co najwyżej mieć nadzieję na przewlekły impas - chyba żeby wojska sowieckie wkroczyły do Niemiec i podbiły Europę. To była wojna, na którą wszyscy się przygotowywali. A drugim zagrożeniem, o jakim należało pamiętać, były maoistowskie Chiny.
Teraz wyobraźcie sobie lato 1980 roku. Stany Zjednoczone zostały pokonane w siedmioletniej wojnie - nie przez Związek Sowiecki, lecz przez komunistyczny Wietnam Północny. Uważano, i same Stany też uważały, że znalazły się w odwrocie. Wypędzone z Wietnamu, zostały później wypędzone również z Iranu, gdzie pola naftowe, nad którymi nie sprawowały już kontroli, mogły w każdej chwili wpaść w ręce Związku Sowieckiego. Aby powstrzymać swego głównego rywala, Stany Zjednoczone zawarły sojusz z maoistowskimi Chinami - amerykański prezydent i chiński przewodniczący odbyli przyjazne spotkanie w Pekinie. Jedynie ten sojusz wydawał się zdolny do powstrzymania rosnącego w potęgę Związku Sowieckiego.
A teraz wyobraźcie sobie lato 2000 roku. Nastąpił całkowity rozpad Związku Sowieckiego. Chiny wciąż były komunistyczne z nazwy, ale stawały się kapitalistyczne w praktyce. NATO wkroczyło do Europy Wschodniej, a nawet do dawnego Związku Sowieckiego. Świat cieszył się pokojem i dobrobytem. Wszyscy wiedzieli, że względy geopolityczne ustąpiły przed względami ekonomicznymi, a jedynych problemów przysparzały lokalne ogniska zapalne, takie jak Haiti czy Kosowo.
A potem przyszedł jedenasty września 2001 roku i świat znowu stanął na głowie.
Kiedy mówimy o przyszłości, możemy być pewni tylko jednego: że zdrowy rozsądek zawodzi. Nie ma żadnego magicznego dwudziestoletniego cyklu; nie ma żadnej prostej siły rządzącej tym wzorem. Jest po prostu tak, iż rzeczy, które w danym momencie historii wydają się trwałe i pewne, mogą się zmienić z błyskawiczną szybkością. Epoki nastają i przemijają. W relacjach międzynarodowych świat, na który patrzymy dzisiaj, będzie wyglądał zupełnie inaczej za dwadzieścia lat... albo nawet mniej. Upadek Związku Sowieckiego trudno było sobie wyobrazić, i o to właśnie chodzi. Konwencjonalna analiza polityczna odznacza się niezwykłym brakiem wyobraźni. Traktuje przemijające chmury jako trwałe i jest ślepa na doniosłe, długofalowe zmiany, które dokonują się na oczach świata.
Gdybyśmy żyli na początku XX stulecia, nie dałoby się przewidzieć tych wydarzeń, które właśnie wymieniłem. Ale coś jednak można było przewidzieć i w istocie przewidziano. Było na przykład oczywiste, że zjednoczone w 1871 roku Niemcy są wielką potęgą w niepewnym położeniu (osaczone pomiędzy Rosją i Francją) i pragną przebudować system europejski i światowy. Wszystkie wielkie konflikty pierwszej połowy XX wieku toczyły się o pozycję Niemiec w Europie. Choć trudno było przewidzieć czas i miejsce, wybuch wojny wydawał się prawdopodobny i wielu Europejczyków go przewidziało.
Najtrudniejszą część tego równania stanowiła prognoza, że będą to wojny aż tak wyniszczające i że po obu wojnach światowych Europa utraci swoje imperium. Znaleźli się jednak tacy, zwłaszcza po wynalezieniu dynamitu, którzy przewidywali, iż wojna spowoduje katastrofalne zniszczenia. Gdyby przepowiednie dotyczące technologii połączono z przepowiedniami w dziedzinie geopolityki, przewidziano by również spustoszenie Europy. W XIX wieku z pewnością prognozowano wzrost potęgi Stanów Zjednoczonych i Rosji. Alexis de Tocqueville i Friedrich Nietzsche przewidzieli przyszłe znaczenie tych krajów. A zatem na początku XX stulecia, przy zachowaniu dyscypliny i odrobinie szczęścia, dałoby się przewidzieć jego ogólne zarysy.
XXI STULECIE
Wchodząc w XXI stulecie, musimy wskazać jedno zasadnicze dla niego wydarzenie, odpowiednik zjednoczenia Niemiec w XX wieku. Po uprzątnięciu szczątków imperium europejskiego, jak również tego, co pozostało po Związku Sowieckim, mamy jedno mocarstwo dysponujące przeważającą potęgą. Tym mocarstwem są Stany Zjednoczone. Z pewnością, jak to zwykle bywa, można odnieść obecnie wrażenie, że Stany swoimi nieudolnymi poczynaniami przysparzają sobie problemów na całym świecie. Ale przemijający chaos nie powinien wprowadzać nas w błąd. Gospodarczo, militarnie i politycznie Stany Zjednoczone są najpotężniejszym krajem świata i nie ma nikogo, kto mógłby rzucić wyzwanie tej potędze. Podobnie jak w przypadku wojny hiszpańsko-amerykańskiej sto lat temu, mało kto będzie wkrótce pamiętał o wojnie pomiędzy Stanami a radykalnymi islamistami, niezależnie od przeważających dzisiaj nastrojów.
Od czasu wojny secesyjnej Stany Zjednoczone przeżywały niezwykły wzrost gospodarczy. Z marginalnego, rozwijającego się państwa przekształciły się w potęgę gospodarczą większą niż cztery następne najlepiej rozwinięte kraje razem wzięte. Stały się również dominującą na świecie siłą militarną. Pod względem politycznym Stany Zjednoczone wywierają praktycznie wpływ na wszystko, czasem celowo, a czasem po prostu przez samą swoją obecność. Czytelnikowi będzie się z pewnością wydawać, iż jest to książka amerykocentryczna, napisana z amerykańskiego punktu widzenia. Może to prawda, twierdzę jednak, że dzisiejszy świat obraca się wokół Stanów Zjednoczonych.
Nie dzieje się tak wyłącznie za sprawą amerykańskiej potęgi. Ma to również związek z fundamentalną zmianą w sposobie funkcjonowania świata. Przez minione pięćset lat Europa była ośrodkiem systemu międzynarodowego, a jej imperia, po raz pierwszy w historii ludzkości, stworzyły jednolity system globalny. Głównym szlakiem wiodącym do Europy był północny Atlantyk. Ten, kto panował nad północnym Atlantykiem, panował nad dostępem do Europy - i dostępem Europy do świata.
Potem, na początku lat osiemdziesiątych XX wieku, wydarzyło się coś niezwykle istotnego. Po raz pierwszy handel prowadzony szlakami morskimi przez Pacyfik zrównał się z handlem transatlantyckim. Ponieważ po drugiej wojnie światowej Europa stała się skupiskiem drugorzędnych mocarstw i zmieniła swoje nawyki handlowe, północny Atlantyk przestał być jedynym kluczem do wszystkiego. Obecnie państwo panujące nad północnym Atlantykiem i nad Pacyfikiem mogłoby, gdyby sobie tego życzyło, sprawować kontrolę nad całym światowym handlem, a co za tym idzie - światową gospodarką. W XXI stuleciu każdy kraj położony nad oboma oceanami ma ogromną przewagę.
Biorąc pod uwagę koszt budowy potęgi morskiej i olbrzymi koszt rozmieszczenia jej na świecie, mocarstwo posiadające dostęp do obu oceanów stało się najważniejszym aktorem na scenie światowej z tego samego powodu, z jakiego Wielka Brytania odgrywała tę rolę w XIX stuleciu: żyła z morza, nad którym musiała panować. W ten sposób Ameryka Północna zastąpiła Europę jako punkt ciężkości na świecie, a ten, kto panuje nad Ameryką Północną, może być pewny swojej pozycji dominującej potęgi światowej. W XXI wieku, przynajmniej, będą to Stany Zjednoczone.
Potęga Stanów Zjednoczonych w połączeniu z ich położeniem geograficznym czyni z nich głównego aktora XXI stulecia. Ale z pewnością nie przysparza im powszechnego uwielbienia. Wręcz przeciwnie, ich potęga budzi strach. Historia XXI wieku zatem, zwłaszcza jego pierwszej połowy, będzie się obracać wokół dwóch przeciwstawnych dążeń. Po pierwsze, drugorzędne mocarstwa utworzą koalicję, aby spróbować powstrzymać Stany Zjednoczone i pozbawić je dominującej roli. Po drugie, Stany Zjednoczone będą podejmowały działania prewencyjne, aby nie dopuścić do powstania takiej koalicji.
Jeśli postrzegamy początek XXI stulecia jako świt ery amerykańskiej (następującej po erze europejskiej), widzimy, że zaczyna się ona od grupy muzułmanów usiłujących odtworzyć kalifat - wielkie imperium islam-skie ciągnące się od Atlantyku do Pacyfiku. Nieuchronnie musieli oni uderzyć na Stany Zjednoczone, pragnąc wciągnąć największe światowe mocarstwo w wojnę, ukazać jego słabość i w ten sposób zapoczątkować islamskie odrodzenie. Stany Zjednoczone odpowiedziały atakiem na świat islamski. Ich celem nie było jednak zwycięstwo. Nie jest nawet jasne, co oznacza zwycięstwo. Chodziło po prostu o rozerwanie i skłócenie świata islamskiego, ażeby uniemożliwić powstanie jego imperium.
Stany Zjednoczone nie muszą wygrywać wojen. Wystarczy, jeśli nie dopuszczą do tego, aby druga strona zbudowała potęgę, która mogłaby rzucić im wyzwanie. Na jednej płaszczyźnie XXI stulecie będzie serią konfrontacji z udziałem pomniejszych mocarstw, próbujących stworzyć koalicję i powstrzymać amerykańską hegemonię, oraz Stanów Zjednoczonych, organizujących operacje militarne w celu rozerwania koalicji. W XXI stuleciu wybuchnie więcej wojen niż w XX, ale będą to wojny mniej katastrofalne, zarówno z powodu zmian technologicznych, jak i charakteru geopolitycznego wyzwania.
Jak widzimy, przemiany prowadzące do nowej ery są zawsze szokująco nieoczekiwane, a pierwsze dwadzieścia lat nowego stulecia nie będzie tu wyjątkiem. Wojna Stanów Zjednoczonych z islamistami już się kończy i dojrzewa następny konflikt. Rosja odtwarza swoją strefę wpływów, a owa strefa będzie niewątpliwie wyzwaniem dla Stanów Zjednoczonych. Rosjanie ruszą na zachód, na wielką Nizinę Środkowoeuropejską. Rekonstruując swoją potęgę, Rosja zetknie się z podporządkowanym amerykańskim wpływom NATO w trzech państwach bałtyckich - Estonii, Łotwie i Litwie - a także w Polsce. Na początku XXI wieku będą inne płaszczyzny tarcia, ale ta nowa zimna wojna dostarczy punktów zapalnych po wygaśnięciu wojny z islamistami.
Rosjanie muszą podjąć próbę odbudowania swojej potęgi, a Stany Zjednoczone muszą im w tym przeszkodzić. Ale w ostatecznym rozrachunku Rosja nie może wygrać. Jej głębokie problemy wewnętrzne, gwałtowny spadek demograficzny i słaba infrastruktura sprawiają, że na dłuższą metę szanse Rosji na przetrwanie są nikłe. A druga zimna wojna, mniej przerażająca i znacznie mniej globalna niż pierwsza, zakończy się tak jak pierwsza - rozpadem Rosji.
Jest wielu takich, którzy przewidują, że następnym zagrożeniem dla Stanów Zjednoczonych staną się Chiny, nie Rosja. Nie zgadzam się z tym poglądem z trzech powodów.
Po pierwsze, kiedy spojrzy się uważnie na mapę Chin, widać, że jest to naprawdę kraj bardzo izolowany. Z Syberią na północy, Himalajami i dżunglami na południu i większą częścią ludności skupioną we wschodniej części kraju, Chińczykom nie jest łatwo prowadzić ekspansję.
Po drugie, przez stulecia Chiny nie były potęgą morską, a stworzenie floty wymaga nie tylko budowy okrętów, lecz także obsadzenia ich dobrze wyszkolonymi i doświadczonymi marynarzami.
Po trzecie, jest głębszy powód, aby nie obawiać się Chin. Chiny są wewnętrznie niestabilne. Ilekroć otwierają swoje granice na świat zewnętrzny, wzrasta zamożność prowincji nadbrzeżnych, ale przeważająca większość Chińczyków w głębi kraju nadal cierpi nędzę. Prowadzi to do napięć, konfliktów i destabilizacji. Prowadzi również do decyzji gospodarczych podejmowanych z powodów politycznych, czego rezultatem jest nieudolność i korupcja. Nie po raz pierwszy Chiny otworzyły się na handel zagraniczny i nie po raz ostatni efektem będzie ich destabilizacja. I nie po raz ostatni pojawią się postacie takie jak Mao, aby odciąć kraj od wpływów zewnętrznych, wprowadzić równość - czyli powszechną nędzę - i zacząć cykl na nowo. Są tacy, którzy wierzą, że tendencje ostatnich trzydziestu lat będą trwać w nieskończoność. Ja uważam, że chiński cykl wejdzie w swoją następną nieuchronną fazę w nadchodzącym dziesięcioleciu. Chiny, dalekie od tego, aby stać się zagrożeniem, są krajem, który Stany Zjednoczone będą próbowały wzmocnić i spoić jako przeciwwagę dla Rosji. Obecny chiński dynamizm gospodarczy nie przekształci się w długotrwały rozwój.
W połowie stulecia pojawią się nowe siły, kraje, które nie są dzisiaj uważane za wielkie mocarstwa, lecz ja oczekuję, że w ciągu następnych kilkudziesięciu lat staną się potężniejsze i bardziej pewne siebie. Wyróżniają się zwłaszcza trzy.
Pierwszym jest Japonia, drugie najlepiej rozwinięte gospodarczo państwo świata, a zarazem najbardziej zagrożone, ponieważ uzależnione od importu surowców, których samo prawie nie posiada. Ze swoją militarystyczną przeszłością Japonia nie pozostanie tym marginalnym pacyfistycznym krajem, którym była wcześniej. Nie może. Problemy demograficzne i niechęć do imigracji na większą skalę zmuszą ją do szukania nowych robotników w innych krajach. Słabości Japonii, o których pisałem w swoich poprzednich książkach i z którymi poradziła sobie lepiej, niż się spodziewałem, wymuszą w końcu zmianę polityki.
Dalej mamy Turcję, obecnie siedemnaste najwyżej rozwinięte gospodarczo państwo świata. W odległej przeszłości wielkie imperium islamskie zostało zdominowane przez Turków. Imperium osmańskie upadło pod koniec pierwszej wojny światowej, a jego miejsce zajęła współczesna Turcja. Ale Turcja jest oazą stabilizacji wśród chaosu. Bałkany, Kaukaz i świat arabski na południu są niestabilne. W miarę wzrostu tureckiej potęgi - a jest to już najpotężniejsze gospodarczo i militarnie państwo tego regionu - rosną też tureckie wpływy.
A wreszcie Polska. Polska nie była wielką potęgą od XVI wieku. Ale kiedyś nią była - i, jak sądzę, będzie znowu. Umożliwią to dwa czynniki. Po pierwsze, upadek Niemiec. Ich gospodarka jest silna i wciąż się rozwija, ale straciła dynamikę, którą się odznaczała przez dwa stulecia. Ponadto w ciągu następnych pięćdziesięciu lat gwałtownie spadnie liczba ludności, jeszcze bardziej podkopując ich potencjał gospodarczy. Po drugie, ponieważ Rosjanie naciskają na Polskę od wschodu, Niemcy nie będą mieli ochoty na trzecią wojnę z Rosją. Stany Zjednoczone jednak wesprą Polskę, udzielając jej ogromnej pomocy gospodarczej i technicznej. Wojny - jeśli nie powodują wyniszczenia kraju - stymulują wzrost gospodarczy, a Polska stanie się najważniejszą potęgą w bloku państw stawiających czoło Rosjanom.
Japonia, Turcja i Polska będą patrzeć na Stany Zjednoczone z jeszcze większą pewnością siebie po drugim upadku imperium rosyjskiego. Wytworzy się wybuchowa sytuacja. Jak zobaczymy w dalszej części książki, stosunki pomiędzy tymi czterema krajami w znacznym stopniu ukształtują XXI stulecie, doprowadzając ostatecznie do następnej wojny światowej. Ta wojna będzie toczona inaczej niż wszystkie inne w historii - z użyciem broni, która dzisiaj należy do królestwa fantastyki naukowej. Ale, jak spróbuję wykazać, konflikt połowy XXI wieku wyrośnie z dynamicznych sił zrodzonych we wcześniejszych dekadach.
Ta wojna, podobnie jak druga wojna światowa, przyniesie niezwykłe osiągnięcia techniczne, a jedno z nich odegra szczególnie istotną rolę. Wszystkie walczące strony, z wielu oczywistych powodów, będą poszukiwały nowych form energii, aby zastąpić węglowodory. Promieniowanie słoneczne jest teoretycznie najbardziej wydajnym źródłem energii na Ziemi, lecz wymaga ogromnych odbiorników, które zajmują mnóstwo miejsca na powierzchni planety i powodują wiele negatywnych skutków ekologicznych. W dodatku cykl ich pracy jest przerywany wraz z nadejściem nocy. Jednak podczas zbliżającej się wojny światowej rozwijane wcześniej koncepcje umieszczonych w przestrzeni kosmicznej generatorów energii elektrycznej, dostarczanej na Ziemię w postaci promieniowania mikrofalowego, przekształcą się raptownie z teorii w rzeczywistość. Podczepione pod wojskowy program kosmiczny, nowe źródło energii uzyska takie samo zabezpieczenie finansowe ze środków rządowych jak Internet czy koleje. A to zapoczątkuje wielki boom gospodarczy.
Ale u podłoża tego wszystkiego będzie leżał jeden najistotniejszy dla XXI stulecia fakt: koniec eksplozji demograficznej. Do 2050 roku liczba ludności w rozwiniętych krajach uprzemysłowionych gwałtownie spadnie. Do 2100 roku nawet najsłabiej rozwinięte kraje osiągną wskaźnik urodzin, który ustabilizuje liczbę ich ludności. Od 1750 roku cały system globalny był budowany w przeświadczeniu o stałym wzroście demograficznym. Więcej robotników, więcej konsumentów, więcej żołnierzy - takie były zawsze oczekiwania. W XXI wieku jednak to przestanie być prawdą. Zmieni się cały system produkcji. Zmiana spowoduje, że świat będzie musiał w większym stopniu oprzeć się na technologii - zwłaszcza na robotach, które zastąpią pracę rąk ludzkich - i na intensywnych badaniach genetycznych (nie tyle w celu przedłużenia życia, ile przedłużenia okresu produkcyjnego).
Jaki będzie najbardziej bezpośredni skutek kurczącej się liczby ludności na świecie? To całkiem proste, w pierwszej połowie stulecia spadek demograficzny spowoduje poważne niedobory siły roboczej w rozwiniętych krajach uprzemysłowionych. Dzisiaj te kraje zastanawiają się, jak zatrzymać napływ imigrantów. W pierwszej połowie XXI wieku staną wobec problemu, jak ich skłonić do przyjazdu. Rządy posuną się aż do tego, że będą płacić cudzoziemcom, by ich zachęcić do imigracji. Obejmie to również Stany Zjednoczone, które wszelkimi środkami będą nakłaniać Meksykanów do przyjazdu - zakrawa to na ironię, lecz taka zmiana jest nieuchronna.
Owe przemiany doprowadzą do ostatniego kryzysu w XXI stuleciu. Meksyk jest obecnie piętnastym najlepiej rozwiniętym gospodarczo krajem świata. W miarę jak Europejczycy będą pozostawać w tyle, Meksykanie, podobnie jak Turcy, zaczną zajmować coraz wyższe miejsca w rankingach, aż pod koniec wieku Meksyk stanie się jedną z największych potęg gospodarczych na świecie. Podczas wielkiej migracji na północ, popieranej przez Stany Zjednoczone, skład etniczny dawnej Cesji Meksykań-skiej (czyli obszarów Stanów Zjednoczonych odebranych Meksykowi w XIX stuleciu) gwałtownie się zmieni i większa część tego rejonu stanie się zdecydowanie meksykańska.
Rząd meksykański będzie traktował rzeczywistość społeczną po prostu jako zadośćuczynienie za historyczne klęski. Spodziewam się, że do roku 2080 dojdzie do poważnej konfrontacji pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a coraz potężniejszym i pewnym siebie Meksykiem. Konfrontacja może mieć nieprzewidziane konsekwencje dla Stanów i prawdopodobnie nie zakończy się do 2100 roku.
Większość tego, co powiedziałem, może się wydawać trudna do pojęcia. Idea, że XXI stulecie może się zakończyć konfrontacją pomiędzy Meksykiem a Stanami Zjednoczonymi, z pewnością jest mało prawdopodobna w 2009 roku, podobnie jak wizja potężnej Turcji czy Polski. Ale cofnijmy się do początku tego rozdziału, gdzie opisałem, jak wyglądał świat w dwudziestoletnich odstępach w XX wieku, a będzie nam łatwiej zrozumieć, do czego zmierzam: zdrowy rozsądek to jedyna rzecz, na którą nie można liczyć.
Oczywiście im dokładniejszy jest opis, tym mniej staje się wiarygodny. Nie da się przewidzieć szczegółów nadchodzącego stulecia - poza tym, że od dawna nie będę już żył i nigdy się nie dowiem, jakie błędy popeł-niłem. Ale twierdzę, że naprawdę można zobaczyć szerokie zarysy tego, co nastąpi, i spróbować nadać temu jakąś interpretację, choćby była to jedynie interpretacja czysto spekulatywna. O tym właśnie jest niniejsza książka.
PROGNOZOWANIE STO LAT NAPRZÓD
Zanim zagłębię się w szczegóły wojen światowych, tendencji demograficznych czy przemian technologicznych, muszę opowiedzieć o swojej metodzie - to znaczy wyjaśnić, jak mogę przewidzieć to, co opisuję. Nie chcę, aby traktowano poważnie szczegóły wojny w 2050 roku, którą przepowiadam. Ale chcę być traktowany poważnie, kiedy mówię o przysz-łych metodach prowadzenia wojny, o centralizacji amerykańskiej potęgi, o prawdopodobieństwie, że inne kraje rzucą jej wyzwanie, i o krajach, które moim zdaniem to uczynią. Wymaga to paru słów wyjaśnienia. U większości racjonalnie myślących ludzi idea konfrontacji, a nawet wojny amerykańsko-meksykańskiej musi budzić uzasadnione wątpliwości, chciałbym jednak zademonstrować, dlaczego i w jaki sposób można występować z takimi twierdzeniami.
Wspomniałem już, że racjonalnie myślący ludzie nie są zdolni do przewidywania przyszłości. Hasło Nowej Lewicy: "Bądź praktyczny, żądaj tego, co niemożliwe" - musi się zmienić: "Bądź praktyczny, oczekuj tego, co niemożliwe". To założenie leży u podstaw mojej metody. Z innej, bardziej konkretnej perspektywy nazywa się to geopolityką.
Geopolityka nie jest po prostu pretensjonalnym zastąpieniem terminu "stosunki międzynarodowe". Jest sposobem myślenia o świecie i przewidywania tego, co się zdarzy. Ekonomiści mówią o niewidzialnej ręce, kiedy samolubne, doraźne działania ludzi prowadzą do tego, co Adam Smith nazwał "dobrobytem narodów". Geopolityka odnosi pojęcie niewidzialnej ręki do zachowania narodów i innych aktorów na scenie międzynarodowej. Dążenie narodów i ich przywódców do realizacji samolubnych, doraźnych celów prowadzi jeśli nie do "dobrobytu narodów", to przynajmniej do przewidywalnych zachowań, istnieje zatem możliwość przepowiedzenia kształtu przyszłego systemu międzynarodowego.
Geopolityka i ekonomia zakładają, że gracze są racjonalni, przynajmniej w tym sensie, że znają swój samolubny, doraźny cel. Jako racjonalnym graczom rzeczywistość zapewnia im ograniczone możliwości wyboru. Przyjmuje się, że ludzie i narody dążą do swoich celów może nie zawsze w pełni konsekwentnie, lecz przynajmniej nie na oślep. Wyobraźmy sobie partię szachów. Na pozór wydaje się, że każdy z graczy ma dwadzieścia potencjalnych ruchów otwierających. W rzeczywistości jest ich znacznie mniej, ponieważ większość tych ruchów jest zła i szybko prowadzi do przegranej. Im lepiej ktoś gra w szachy, tym wyraźniej widzi swoje opcje i tym mniej ruchów jest dla niego dostępnych. Im lepszy gracz, tym bardziej przewidywalne ruchy. Arcymistrz gra z absolutnie przewidywalną precyzją - dopóki nie wykona jednego błyskotliwego, nieoczekiwanego posunięcia.
Narody zachowują się w taki sam sposób. Miliony lub setki milionów ludzi tworzących naród są ograniczone przez rzeczywistość. Wydają spośród siebie przywódców, którzy nie zostaliby przywódcami, gdyby postępowali irracjonalnie. Głupcom nieczęsto udaje się wspiąć na sam szczyt. Przywódcy rozumieją, jakie mają do wyboru następne ruchy, i wykonują je jeśli nie bezbłędnie, to przynajmniej względnie poprawnie. Od czasu do czasu pojawia się arcymistrz z oszałamiającym, nieoczekiwanym i zwycięskim posunięciem, ale w większości przypadków działanie rządu polega po prostu na wykonywaniu niezbędnych i logicznych kolejnych ruchów. Ludzie kierujący polityką zagraniczną państwa działają w taki sam sposób. Jeśli przywódca umiera, na jego miejsce przychodzi inny, który najprawdopodobniej będzie kontynuował to, co robił jego poprzednik.
Nie twierdzę, że przywódcy polityczni są geniuszami, mędrcami czy choćby przyzwoitymi ludźmi. Po prostu wiedzą, jak się dochodzi do władzy, gdyż w przeciwnym razie nie zostaliby przywódcami. Wszystkie społeczeństwa uwielbiają wyrażać się z lekceważeniem o swoich przywódcach politycznych, a oni sami z pewnością popełniają błędy. Ale błędy, które popełniają, jeśli im się uważnie przyjrzeć, rzadko są głupie. Co bardziej prawdopodobne, zostały wymuszone przez okoliczności. Wszyscy chcielibyśmy wierzyć, że my - albo nasz ulubiony kandydat - nigdy nie postąpilibyśmy tak głupio. Rzadko jest to prawdą. Toteż geopolityka nie traktuje indywidualnego przywódcy nadmiernie poważnie, w każdym razie nie bardziej, niż ekonomia traktuje indywidualnego przedsiębiorcę. Obaj są graczami, którzy wiedzą, jak postępować, ale nie mogą łamać ściśle ustalonych reguł swojej profesji.
Dlatego politycy rzadko działają swobodnie. Ich działania są zdeterminowane przez okoliczności, a polityka publiczna jest odpowiedzią na rzeczywistość. W wąskich granicach decyzje polityczne mogą mieć znaczenie. Ale nawet najbardziej błyskotliwy przywódca Islandii nigdy nie przekształci tego kraju w światowe mocarstwo, podobnie jak najgłupszy władca Rzymu w okresie jego największego rozkwitu nie zdołał podkopać rzymskiej potęgi. W geopolityce nie chodzi o dobro i zło, o zalety i wady polityków ani o spory w polityce zagranicznej. Geopolityka zajmuje się szerszymi bezosobowymi siłami, które ograniczają narody i jednostki, zmuszając je do takich albo innych działań.
Kluczem do zrozumienia ekonomii jest założenie, iż zawsze są niezamierzone konsekwencje. Działania, które ludzie podejmują z własnych uzasadnionych powodów, przynoszą nieprzewidziane i nieplanowane rezultaty. To samo dotyczy geopolityki. Można wątpić, czy maleńki Rzym, kiedy rozpoczynał swoją ekspansję w VII wieku p.n.e., miał skonkretyzowany plan podboju świata śródziemnomorskiego pięćset lat później. Ale pierwsze posunięcia jego mieszkańców przeciwko sąsiednim wioskom zapoczątkowały proces, który był zarówno ograniczony przez rzeczywistość, jak i brzemienny w niezamierzone konsekwencje. Rzymska potęga ani nie została zaplanowana, ani nie pojawiła się tak po prostu.
Prognozowanie geopolityczne nie opiera się zatem na założeniu, że wszystko jest z góry ustalone. Stąd wniosek, że to, co ludzie robią, to, co spodziewają się osiągnąć, i ostateczny rezultat nie są jednym i tym samym. Narody i politycy dążą do swoich doraźnych celów tak samo ograniczeni przez rzeczywistość, jak mistrz szachowy jest ograniczony przez szachownicę, pionki i reguły. Czasem przyczyniają się do wzrostu potęgi narodu. Czasem prowadzą naród do katastrofy. Ostateczny rezultat rzadko będzie tym, co początkowo zamierzali osiągnąć.
Geopolityka opiera się na dwóch założeniach.
Po pierwsze - że ludzie organizują się w grupy większe od rodzin, a czyniąc to, muszą angażować się w politykę. Zakłada również, że przejawiają wrodzoną lojalność wobec rzeczy, wśród których się urodzili, ludzi i miejsc. Lojalność wobec plemienia, miasta czy narodu jest czymś naturalnym. W naszych czasach tożsamość narodowa ma ogromne znaczenie. Geopolityka uczy, że relacje pomiędzy narodami są ważnym wymiarem ludzkiego życia, a to oznacza, że wojna jest wszechobecna.
Po drugie, geopolityka zakłada, że charakter narodu, podobnie jak relacje pomiędzy narodami, jest w znacznym stopniu określony przez geografię. Używamy terminu "geografia" w szerokim znaczeniu. Obejmuje ono fizyczną charakterystykę miejsca, ale idzie też dalej, określając wpływ miejsca na jednostki i społeczności. W starożytności różnica pomiędzy Spartą a Atenami była różnicą pomiędzy śródlądowym miastem a morskim imperium. Ateny były bogate i kosmopolityczne, Sparta natomiast była uboga, prowincjonalna i bardzo surowa. Spartanin ogromnie się różnił od Ateńczyka, zarówno kulturowo, jak i politycznie.
Jeśli zrozumiemy te założenia, wówczas możliwe stanie się myślenie w kategoriach wielkich zbiorowisk ludzkich, zespolonych naturalnymi ludzkimi więziami, ograniczonych przez geografię, działających w określony sposób. Stany Zjednoczone są Stanami Zjednoczonymi i dlatego muszą się zachowywać w określony sposób. To samo dotyczy Japonii, Turcji czy Meksyku. Kiedy drążymy głębiej i widzimy siły, które kształtują te narody, możemy zobaczyć, że ich możliwości wyboru są ograniczone.
XXI stulecie będzie takie samo jak wszystkie inne stulecia. Będą wojny, będzie ubóstwo, będą triumfy i klęski. Będzie tragedia i szczęście. Ludzie będą pracować, zarabiać, mieć dzieci, kochać, a czasem nienawidzić. Jedyną rzeczą, która nie podlega cyklicznym przemianom, jest natura ludzka. Ale XXI stulecie będzie wyjątkowe w dwojakim sensie: wyznaczy początek nowej ery i przyniesie powstanie nowego światowego mocarstwa. To nie zdarza się często.
Żyjemy obecnie w erze amerykańskiej. Aby ją zrozumieć, musimy zrozumieć Stany Zjednoczone, nie tylko dlatego, że są tak potężne, lecz także dlatego, że ich kultura przeniknie świat i go zdefiniuje. Podobnie jak kultura Francji i kultura Wielkiej Brytanii czyniły to w czasach ich potęgi, tak kultura amerykańska, choć młoda i barbarzyńska, zdefiniuje sposób myślenia i życia świata. Studiując zatem XXI stulecie, musimy studiować Stany Zjednoczone.
Gdybym mógł wygłosić tylko jedną opinię na temat XXI wieku, powiedziałbym, że skończyła się era europejska, a zaczęła północnoamerykańska, i że Ameryka Północna pozostanie zdominowana przez Stany Zjednoczone przez następne sto lat. Wydarzenia XXI stulecia będą się obracać wokół Stanów Zjednoczonych. To wcale nie znaczy, że są one państwem sprawiedliwym czy moralnym. To z pewnością nie znaczy, że rozwinęły już dojrzałą cywilizację. To znaczy, że pod wieloma względami historia XXI stulecia będzie historią Stanów Zjednoczonych.
1
ŚWIT ERY AMERYKAŃSKIEJ
W Ameryce panuje głęboko zakorzenione przekonanie, że Stany Zjednoczone stoją u progu zniszczenia. Wystarczy poczytać listy do redakcji, poszperać w Internecie, posłuchać publicznych dyskusji. Katastrofalne wojny, niekontrolowany deficyt, wysokie ceny benzyny, strzały na uniwersytetach, korupcja w gospodarce i w rządzie, a także nieskończona litania niedociągnięć - w większości prawdziwych - stwarzają poczucie, że amerykańskie marzenie prysło i że Ameryka przeżyła już okres swojej największej świetności. Jeśli to was nie przekonuje, posłuchajcie Europejczyków. Zapewnią was, że najlepsze dni Ameryki już minęły.
Dziwne jest to, że wszystkie te złe przeczucia, a także wiele podobnych, występowały już za prezydentury Richarda Nixona. Panuje ciągły strach, że amerykańska potęga i zamożność są iluzoryczne i że katastrofa czai się tuż za rogiem. To poczucie wykracza poza ideologię. Obrońcy środowiska i chrześcijańscy konserwatyści głoszą to samo przesłanie. Jeśli się nie poprawimy, zapłacimy za to wysoką cenę - a i tak może być już za późno.
Warto zauważyć, że naród, który wierzy w swoje oczywiste przeznaczenie, ma nie tylko przeczucie nadciągającej katastrofy, ale też doskwierające poczucie, że kraj po prostu nie jest już taki jak kiedyś. Żywimy głęboką tęsknotę za "prostszą" epoką lat pięćdziesiątych. To dosyć osobliwe przekonanie. Z wojną koreańską i McCarthym na jednym końcu, Little Rock pośrodku, "Sputnikiem" i Berlinem na drugim i bardzo realną groźbą wojny nuklearnej przez cały czas, lata pięćdziesiąte były w rzeczywistości okresem wielkiego niepokoju i złych przeczuć. Bardzo popularna książka wydana w tamtej dekadzie nosiła tytuł The Age of Anxiety ("Era niepewności"). W latach pięćdziesiątych ludzie spoglądali tęsknie na wcześniejszą Amerykę, tak jak my spoglądamy tęsknie na lata pięćdziesiąte.
Amerykańska kultura stanowi obłędne połączenie upajającej pychy i głębokiego przygnębienia. Rezultatem jest poczucie pewności siebie nieustannie podkopywane strachem, że utoniemy w wyniku topnienia pokrywy lodowej, spowodowanego globalnym ociepleniem, albo rozgniewany Bóg ukarze nas za małżeństwa homoseksualne, przy czym jedno i drugie będzie naszą winą. Huśtawka amerykańskich nastrojów sprawia, że na początku XXI stulecia trudno jest wyrobić sobie właściwe pojęcie o Stanach Zjednoczonych. Ale nie ulega wątpliwości, że są one niebywale potężne. Może i zmierzają ku katastrofie, ale trudno to dostrzec, kiedy patrzy się na podstawowe fakty.
Przyjrzyjmy się kilku wymownym liczbom. Amerykanie stanowią około 4 procent ludności świata, ale wytwarzają około 26 procent wszystkich dóbr i usług. W 2007 roku amerykański produkt krajowy brutto wynosił około 14 bilionów dolarów w porównaniu ze światowym PKB rzędu 54 bilionów dolarów - około 26 procent światowej działalności gospodarczej realizuje się w Stanach Zjednoczonych. Drugą co do wielkości gospodarką świata jest Japonia z PKB w wysokości około 4,4 biliona dolarów - czyli około jednej trzeciej amerykańskiego. Stany Zjednoczone dysponują potencjałem gospodarczym większym niż cztery następne najlepiej rozwinięte kraje razem wzięte: Japonia, Niemcy, Chiny i Wielka Brytania.
Wielu ludzi wskazuje na spadek produkcji w przemyśle samochodowym i stalowym, które w poprzednim pokoleniu były filarami amerykańskiej gospodarki, jako na przykład obecnej deindustrializacji Stanów Zjednoczonych. Z pewnością znaczna część przemysłu przeniosła się za ocean. To pozostawiło Stany z produkcją przemysłową rzędu zaledwie 2,8 biliona dolarów (w 2006 roku): największą na świecie, ponad dwa razy większą niż w następnej największej potędze gospodarczej, Japonii, i większą niż produkcja przemysłowa Japonii i Chin razem wzięta.
Mówi się o niedoborach ropy naftowej, które z pewnością występują i niewątpliwie się zwiększają. Należy sobie jednak uświadomić, że w 2006 roku Stany Zjednoczone produkowały 8,3 miliona baryłek ropy dziennie, w porównaniu z 9,7 miliona w przypadku Rosji i 10,7 miliona w przypadku Arabii Saudyjskiej. Amerykańska produkcja ropy naftowej sięga 85 procent produkcji Arabii Saudyjskiej. Stany Zjednoczone produkują więcej ropy niż Iran, Kuwejt czy Zjednoczone Emiraty Arabskie. Import ropy do kraju jest ogromny, ale biorąc pod uwagę jego produkcję przemysłową, to zrozumiałe. Jeśli chodzi o produkcję gazu ziemnego, w 2006 roku Rosja zajmowała pierwsze miejsce z 0,62 miliarda metrów sześciennych, a Stany Zjednoczone drugie - z 0,52 miliarda metrów sześciennych. Amerykańska produkcja gazu ziemnego jest większa niż pięciu następnych największych producentów razem wziętych. Innymi słowy, chociaż istnieje poważna obawa, że Stany Zjednoczone są całkowicie uzależnione od zagranicznych zakupów energii, w rzeczywistości są jednym z największych jej producentów na świecie.
Uwzględniając rozmiary amerykańskiej gospodarki, warto zauważyć, że jak na standardy światowe Stany Zjednoczone wciąż są słabo zaludnione. Średnia gęstość zaludnienia na świecie wynosi 49 mieszkańców na kilometr kwadratowy. W Japonii wynosi ona 338, w Niemczech 230, a w Ameryce zaledwie 31. Jeśli wyłączymy Alaskę, która w większości jest niezamieszkana, gęstość zaludnienia w Stanach Zjednoczonych wzrasta do 34. W porównaniu z Japonią czy Niemcami lub resztą Europy Stany są bardzo słabo zaludnione. Nawet jeśli zestawimy liczbę ludności z powierzchnią ziemi ornej - ziemi nadającej się pod uprawy - okaże się, że Ameryka ma pięć razy więcej ziemi na osobę niż Azja, prawie dwa razy więcej niż Europa i trzy razy więcej, niż wynosi średnia światowa. Gospodarka składa się z ziemi, pracy i kapitału. W przypadku Stanów Zjednoczonych liczby pokazują, że kraj nadal się rozwija - ma mnóstwo miejsca na zwiększenie wszystkich trzech składowych.
Można znaleźć wiele odpowiedzi na pytanie, dlaczego amerykańska gospodarka jest tak potężna, ale najprostsze wyjaśnienie odwołuje się do potęgi militarnej. Stany Zjednoczone całkowicie dominują na kontynencie, który jest narażony na inwazję i okupację, i przewyższają potencjałem militarnym swoich sąsiadów. Niemal wszystkie inne potęgi przemysłowe na świecie doświadczyły w XX stuleciu niszczycielskich skutków działań wojennych. Stany Zjednoczone prowadziły wojnę, lecz sama Ameryka jej nie zaznała. Potęga militarna i rzeczywistość geograficzna stworzyły rzeczywistość ekonomiczną. Inne kraje traciły mnóstwo czasu, aby przezwyciężyć skutki wojen. Stany Zjednoczone nie. W istocie rozwijały się dzięki wojnom.
Rozważmy jeden prosty fakt, do którego będę wracał wielokrotnie. Amerykańska marynarka wojenna sprawuje kontrolę nad światowymi oceanami. Czy jest to dżonka na Morzu Południowochińskim, dau u wybrzeży Afryki, tankowiec w Zatoce Perskiej czy pełnomorski jacht na Karaibach, każdy statek na świecie porusza się pod czujnym okiem amerykańskich satelitów, a swobodę ruchów zapewnia mu - lub ogranicza - amerykańska flota. Połączone siły morskie reszty świata nawet się nie zbliżają do potencjału amerykańskiej marynarki wojennej.
Coś takiego nie zdarzyło się dotąd w historii ludzkości, nawet w przypadku Wielkiej Brytanii. Różne państwa zdobywały lokalnie dominację na morzach, ale nigdy na skalę globalną ani aż tak przytłaczającą. To znaczyło, że Stany Zjednoczone mogły najeżdżać na inne państwa - ale nigdy nie zostały najechane. A zatem w ostatecznym rozrachunku sprawowały kontrolę nad światowym handlem, co stało się podstawą amerykańskiego bezpieczeństwa i amerykańskiego dobrobytu. Stany Zjednoczone zdobyły panowanie na morzach po drugiej wojnie światowej, umocniły je w ostatniej fazie ery europejskiej, a teraz stanowi ono drugą stronę amerykańskiej potęgi gospodarczej, podstawę potęgi militarnej państwa.
Niezależnie od przejściowych problemów, jakie występują w Stanach Zjednoczonych, najistotniejszym czynnikiem w sprawach międzynarodowych jest ogromna koncentracja potęgi gospodarczej, militarnej i politycznej w jednym miejscu. Wszelkie próby przewidzenia biegu wydarzeń w XXI stuleciu, jeśli nie wychodzą od uznania niezwykłego charakteru amerykańskiej potęgi, są oderwane od rzeczywistości. Ale pozwolę sobie również na szersze, bardziej nieoczekiwane stwierdzenie: Stany Zjednoczone stoją dopiero u progu swojej potęgi. XXI stulecie będzie stuleciem amerykańskim.
To stwierdzenie wynika z głębszej przesłanki. Przez minione pięćset lat system globalny opierał się na potędze atlantyckiej Europy, krajów europejskich leżących nad Oceanem Atlantyckim: Portugalii, Hiszpanii, Francji, Anglii i w mniejszym stopniu Holandii. Te kraje przekształciły świat, tworząc pierwszy globalny system polityczny i gospodarczy w historii ludzkości. Jak wiemy, potęga europejska załamała się w XX stuleciu, wraz z europejskimi imperiami. W ten sposób powstała próżnia, którą wypełniły Stany Zjednoczone, dominująca potęga w Ameryce Północnej i jedyne mocarstwo leżące nad Atlantykiem i nad Pacyfikiem. Ameryka Północna upomniała się o miejsce, które Europa zajmowała przez pięćset lat, od wyprawy Kolumba w 1492 roku do upadku Związku Sowieckiego w 1991 roku. Stany Zjednoczone stały się punktem ciężkości systemu międzynarodowego.
Dlaczego? Aby zrozumieć XXI stulecie, należy zrozumieć fundamentalne zmiany strukturalne, jakie nastąpiły pod koniec XX wieku, przygotowując scenę pod nową epokę, która będzie różnić się od poprzedniej diametralnie w formie i treści, tak jak Stany Zjednoczone różnią się od Europy. Moja teza nie sprowadza się tylko do tego, że wydarzyło się coś niezwykłego. Otóż Stany Zjednoczone nie miały tu wielkiego wyboru. Nie chodzi o politykę. Chodzi o sposób, w jaki działają bezosobowe siły geopolityczne.
EUROPA
Aż do XV stulecia ludzie żyli w zamkniętych, odizolowanych światach. Ludzkość nie wiedziała, że tworzy jedną strukturę. Chińczycy nie znali Azteków, a Majowie nie znali Zulusów. Europejczycy mogli słyszeć o Japończykach, ale naprawdę również ich nie znali - i z pewnością jedni i drudzy nie oddziaływali na siebie wzajemnie. Wieża Babel nie tylko uniemożliwiła ludziom porozumiewanie się ze sobą. Sprawiła, że poszczególne cywilizacje nie znały innych cywilizacji.
Europejczycy zamieszkujący wschodni brzeg Oceanu Atlantyckiego zburzyli bariery pomiędzy odizolowanymi obszarami i przekształcili świat w jedną całość, w której wszystkie elementy zaczęły na siebie oddziaływać. To, co się stało z australijskimi aborygenami, było ściśle związane z brytyjską polityką wobec Irlandii i potrzebą znalezienia zamorskich kolonii karnych dla brytyjskich więźniów. To, co się stało z inkaskimi królami, było ściśle związane ze stosunkami pomiędzy Hiszpanią a Portugalią. Imperializm atlantyckiej Europy stworzył jeden świat.
Atlantycka Europa stała się środkiem ciężkości systemu globalnego. Wydarzenia w Europie wpływały na to, co działo się w innych częściach świata. Inne narody i obszary zawsze spoglądały jednym okiem na Europę. Od XVI do XX stulecia nie było właściwie części świata, która oparłaby się europejskim wpływom i potędze. Wszystko, na dobre i na złe, obracało się wokół Europy. A jej osią był północny Atlantyk. Kto panował nad tym akwenem, panował nad drogą do świata.
Europa nie była ani najbardziej cywilizowanym, ani najbardziej rozwiniętym regionem na świecie. Dlaczego więc stała się jego środkiem? W XV stuleciu, w porównaniu z Chinami czy światem islamskim, była technicznie i intelektualnie zacofana. Dlaczego więc te małe, leżące na uboczu państwa doszły do takiego znaczenia? I dlaczego rozpoczęły swoją dominację właśnie wtedy, a nie pięćset lat wcześniej albo pięćset lat później?
Potęga europejska opierała się na dwóch czynnikach: pieniądzach i geografii. Europa była uzależniona od importu towarów z Azji, zwłaszcza z Indii. Pieprz na przykład służył nie tylko jako przyprawa, lecz także do konserwowania mięsa; jego import miał zasadnicze znaczenie dla gospodarki europejskiej. Azja obfitowała w luksusowe dobra, których Europa potrzebowała i za które płaciła, a towary z Azji wędrowały drogą lądową, słynnym Szlakiem Jedwabnym, a później innymi szlakami, póki nie dotarły nad Morze Śródziemne. Wzrost potęgi Turcji - o której usłyszymy znacznie więcej w XXI stuleciu - zamknął te szlaki i zwiększył koszt importowanych towarów.
Europejscy kupcy rozpaczliwie pragnęli znaleźć nową drogę. Hiszpanie i Portugalczycy - Iberowie - wybrali rozwiązanie pokojowe. Wiedzieli, że jedyny szlak do Indii, który pozwala ominąć Turków, prowadzi wzdłuż wybrzeża afrykańskiego i dalej na Ocean Indyjski. Zakładając, że Ziemia jest okrągła, myśleli też o innej drodze - drodze, która zaprowadzi ich do Indii, jeśli popłyną na zachód.
Wykaz map
Był to wyjątkowy moment. Atlantyckiej Europie groziło coraz głębsze zacofanie i nędza. Ale trudności gospodarcze, podobnie jak zagrożenie tureckie, były bardzo realne, należało zatem jakoś im przeciwdziałać. Był to również krytyczny moment psychologiczny: Hiszpanie, po wygnaniu muzułmanów z Półwyspu Iberyjskiego, osiągnęli szczyt barbarzyńskiej pychy. A wreszcie środki do podjęcia takich poszukiwań znajdowały się w zasięgu ręki. Odpowiednio wykorzystane zdobycze techniki mogły przynieść rozwiązanie problemu.
Iberowie mieli karawelę nadającą się do dalekomorskich podróży. Mieli przyrządy nawigacyjne, od kompasu do astrolabium. A wreszcie mieli broń, zwłaszcza armaty. Wszystkie te elementy zostały zapożyczone od innych kultur, lecz Iberowie zintegrowali je w skuteczny system gospodarczy i militarny. Mogli popłynąć do odległych miejsc. Kiedy zaś tam dotarli, mogli walczyć - i zwyciężyć. Ludzie, którzy usłyszeli wystrzał armatni i zobaczyli walący się budynek, stawali się bardziej ulegli w negocjacjach. Iberowie mogli wszędzie wedrzeć się siłą i brać wszystko, czego zapragnęli. W ciągu następnych kilku stuleci europejskie okręty, działa i pieniądze zdominowały świat i stworzyły pierwszy system globalny, erę europejską.
A oto szczypta ironii: Europa zapanowała nad światem, ale nie zdołała zapanować nad sobą. Przez pięćset lat kontynent rozdzierały wojny domowe i w rezultacie nigdy nie powstało imperium europejskie - zamiast niego było imperium brytyjskie, imperium hiszpańskie, imperium francuskie, imperium portugalskie, i tak dalej. Narody europejskie najeżdżały, podbijały i ujarzmiały resztę świata, a jednocześnie wykrwawiały się w nieustannych wojnach między sobą.
Europa nie była w stanie się zjednoczyć z wielu powodów, ale w ostatecznym rozrachunku wszystko sprowadzało się do prostego szczegółu geograficznego: kanału La Manche. Najpierw Hiszpanie, później Francuzi, a w końcu Niemcy zdołali uzyskać dominację na kontynencie, ale nikt nie przekroczył Kanału. Ponieważ nikt nie mógł podbić Wysp Brytyjskich, żadnemu zdobywcy nie udało się opanować całej Europy. Okresy pokoju były po prostu tymczasowymi rozejmami. Pierwsza wojna światowa, w której zginęło 10 milionów ludzi - znaczna część młodego pokolenia - wyczerpała Europę, podkopując jej pewność siebie, doprowadzając do ruiny gospodarkę i niszcząc kulturę. Europa stała się zaledwie cieniem dawnej świetności. A potem nastąpiły wydarzenia jeszcze gorsze.
OSTATNIA BATALIA STAREJ ERY
Stany Zjednoczone wyszły z pierwszej wojny jako światowe mocarstwo. Była to jednak potęga w wieku niemowlęcym. Geopolitycznie Europejczycy zachowali jeszcze siły do następnej walki, a Amerykanie nie byli psychologicznie gotowi do zajęcia stałego miejsca na scenie światowej. Pojawiły się jednak dwa nowe czynniki. Podczas pierwszej wojny światowej Stany Zjednoczone obwieściły grzmiącym głosem o swojej obecności. I pozostawiły w Europie tykającą bombę zegarową. Był nią traktat wersalski, który wprawdzie zakończył wojnę, ale pozostawił nierozwiązane źródło konfliktów, które do niej doprowadziły. Wersal gwarantował zatem nową wojnę, a po jej zakończeniu - wzrost amerykańskiej potęgi.
I wojna rzeczywiście wybuchła w 1939 roku, dwadzieścia jeden lat po zakończeniu poprzedniej. Niemcy znowu uderzyły pierwsze, tym razem podbijając Francję w ciągu sześciu tygodni. Stany Zjednoczone początkowo trzymały się na uboczu, lecz dokładały wszelkich starań, aby wojna nie zakończyła się niemieckim zwycięstwem. Wielką Brytanię, która pozostała na placu boju, wspierały dostawami w ramach lend-lease'u, czyli pożyczki-dzierżawy. Wszyscy pamiętamy o pożyczce - Amerykanie dostarczali Brytyjczykom niszczycieli i najrozmaitszego wyposażenia do walki z Niemcami - ale o dzierżawie zwykle się zapomina. Tymczasem zgodnie z układem Wielka Brytania przekazała niemal wszystkie swoje bazy morskie na półkuli zachodniej Stanom Zjednoczonym. Kontrola nad tymi bazami w połączeniu z rolą, jaką amerykańska marynarka wojenna odgrywała w patrolach atlantyckich, oznaczała, że Brytyjczycy oddali Amerykanom klucze do północnego Atlantyku, który był przecież europejską bramą do świata.
Według ostrożnych szacunków druga wojna światowa kosztowała świat około 50 milionów zabitych (żołnierzy i cywilów łącznie). Europa została rozdarta na strzępy, wiele krajów legło w ruinie. Natomiast Stany Zjednoczone utraciły w walce około 0,5 miliona żołnierzy i nie poniosły prawie żadnych strat cywilnych. Pod koniec wojny amerykański przemysł był znacznie silniejszy niż przed wojną; Stany były jedynym państwem walczącym, w którym wystąpiło takie zjawisko. Żadne amerykańskie miasta nie zostały zbombardowane (nie licząc bazy Pearl Harbor), żadne amerykańskie terytoria nie znalazły się pod okupacją (z wyjątkiem dwóch małych wysp w archipelagu Aleutów), a Stany Zjednoczone poniosły mniej niż 1 procent strat wojennych.
Za tę cenę po drugiej wojnie światowej uzyskały nie tylko kontrolę nad północnym Atlantykiem, lecz także panowanie nad światowymi oceanami. Okupowały również Europę Zachodnią, kształtując przyszłość takich krajów jak Francja, Holandia, Belgia, Włochy, a także sama Wielka Brytania. Jednocześnie, niemal na marginesie kampanii europejskich, podbiły i okupowały Japonię.
W ten sposób Europa straciła swoje imperium - po części z wyczerpania, po części dlatego, że nie była w stanie udźwignąć kosztów jego utrzymania, a po części dlatego, że Stany Zjednoczone nie chciały, aby je utrzymała. Imperium stopniało w ciągu następnych dwudziestu lat przy zdawkowym jedynie oporze ze strony Europejczyków. Rzeczywistość geopolityczna (która po raz pierwszy dała o sobie znać w dylemacie hiszpańskim stulecia wcześniej) doprowadziła do katastrofalnego finału.
Oto pytanie: czy wzrost potęgi Stanów Zjednoczonych, które w 1945 roku wyłoniły się jako dominujące światowe mocarstwo, był błyskotliwą makiaweliczną grą? Amerykanie osiągnęli światową hegemonię kosztem 500 tysięcy zabitych w wojnie, w której zginęło 50 milionów ludzi. Czy Franklin Roosevelt był błyskotliwie bezwzględny, czy też status supermocarstwa został osiągnięty niejako przy okazji dążenia do realizacji "czterech swobód" i Karty Narodów Zjednoczonych? W ostatecznym rozrachunku nie ma to znaczenia. W geopolityce najważniejsze są konsekwencje niezamierzone.
Konfrontacja amerykańsko-sowiecka - znana jako zimna wojna - była konfliktem naprawdę globalnym. Zasadniczo sprowadzała się do rywalizacji o to, kto odziedziczy postrzępione światowe imperium europejskie. A chociaż obie strony dysponowały wielką potęgą militarną, Stany Zjednoczone miały naturalną przewagę. Związek Sowiecki był państwem ogromnym, lecz zasadniczo śródlądowym. Ameryka była niemal równie wielka, lecz miała łatwy dostęp do światowych oceanów. Podczas gdy Rosjanie nie mogli powstrzymywać Amerykanów, Amerykanie z pewnością mogli powstrzymywać Rosjan. I na tym polegała amerykańska strategia: na powstrzymywaniu i okrążaniu Rosjan. Od Przylądka Północnego w Norwegii po Turcję i Aleuty Stany Zjednoczone stworzyły zwarty pas krajów sojuszniczych, graniczących ze Związkiem Sowieckim - pas, który po 1970 roku obejmował również Chiny. W każdym punkcie, gdzie Rosjanie mieli port, blokowała ich geografia i amerykańska marynarka wojenna.
W geopolityce istnieją dwa zasadnicze przeciwstawne poglądy na geografię i mocarstwowość. Jeden z nich, sformułowany przez Anglika Halforda Johna Mackindera, głosi, że panowanie nad Eurazją oznacza panowanie nad światem. Jak to ujął sam autor: "Kto rządzi Europą Wschodnią [Europą rosyjską], włada sercem kontynentu. Kto rządzi sercem kontynentu, włada światową wyspą [Eurazją]. Kto rządzi światową wyspą, włada światem". Ten sposób myślenia zdominował brytyjską strategię, a podczas zimnej wojny także strategię amerykańską, ponieważ Stany Zjednoczone próbowały powstrzymać i okrążyć europejską Rosję. Inny pogląd przedstawił admirał Alfred Thayer Mahan, uważany za największego amerykańskiego myśliciela geopolitycznego. W swojej książce The Influence of Sea Power on History Mahan polemizuje z Mackinderem, dowodząc, że panowanie nad morzami oznacza panowanie nad światem.
Historia wykazała, że oba te poglądy są słuszne, w pewnym sensie. Mackinder miał rację, podkreślając znaczenie potężnej i zjednoczonej Rosji. Rozpad Związku Sowieckiego wyniósł Stany Zjednoczone do rangi jedynego światowego mocarstwa. Ale to Mahan, Amerykanin, zrozumiał dwa najistotniejsze czynniki. Rozpad imperium sowieckiego był konsekwencją amerykańskiej potęgi morskiej i otworzył Stanom Zjednoczonym drogę do światowej dominacji. Co więcej, Mahan miał rację, kiedy twierdził, że taniej jest przewozić towary morzem niż za pomocą innych środków. Już w V stuleciu p.n.e. Ateńczycy byli bogatsi od Spartan, ponieważ Ateny miały port, flotę handlową i flotę wojenną, która jej strzegła. Mocarstwa morskie zawsze są zamożniejsze od lądowych sąsiadów, nawet jeśli nie dysponują żadną inną przewagą. U zarania globalizacji w XV stuleciu ta prawda stała się niepodważalną zasadą geopolityki.
Amerykańskie panowanie na morzach oznacza, że Stany Zjednoczone mogły nie tylko prowadzić, ale też kontrolować globalny handel morski. Mogły ustanawiać własne reguły, a przynajmniej kwestionować cudze, odmawiając innym państwom dostępu do światowych szlaków handlowych. Na ogół Stany wpływały na handel międzynarodowy w sposób bardziej subtelny, posługując się dostępem do ogromnego amerykańskiego rynku jako czynnikiem kształtującym zachowania innych państw. Nie powinno zatem dziwić, iż niezależnie od własnych zasobów naturalnych czerpały ogromne korzyści ze swojej potęgi morskiej, a Związek Sowiecki, jako mocarstwo lądowe, nie mógł z nimi współzawodniczyć.
Ponadto panowanie na morzach dawało Stanom Zjednoczonym także wielkie korzyści polityczne. Ameryka była zabezpieczona przed inwazją, ale mogła najeżdżać inne kraje - kiedy chciała i jak chciała. Od 1945 roku Stany Zjednoczone mogły uczestniczyć w konfliktach zbrojnych bez obawy o przerwanie swoich linii zaopatrzeniowych. Żadne obce mocarstwo nie mogło prowadzić wojny na kontynencie północnoamerykańskim. W istocie żadne inne państwo nie mogło prowadzić morskich operacji desantowych bez zgody Stanów Zjednoczonych. Kiedy w 1982 roku Brytyjczycy rozpoczęli wojnę z Argentyną o Falklandy, było to możliwe tylko dlatego, że Stany Zjednoczone się temu nie sprzeciwiły. Wcześniej, w 1956 roku, Brytyjczycy, Francuzi i Izraelczycy dokonali inwazji na Egipt wbrew amerykańskim życzeniom i musieli się wycofać.
Wykaz map
Przez całą zimną wojnę sojusz ze Stanami Zjednoczonymi był zawsze bardziej opłacalny niż sojusz ze Związkiem Sowieckim. Rosjanie mogli zaoferować broń, poparcie polityczne, nieco technologii i mnóstwo innych rzeczy. Ale Amerykanie mogli zaoferować dostęp do międzynarodowego systemu handlowego i prawo do wejścia na amerykański rynek. To przeważało nad wszystkimi innymi korzyściami. Wyłączenie z systemu oznaczało nędzę, włączenie - bogactwo. Weźmy na przykład różne losy Korei Północnej i Południowej, Niemiec Wschodnich i Zachodnich.
Warto zauważyć, że przez całą zimną wojnę Stany Zjednoczone psychologicznie znajdowały się w defensywie. Korea, maccartyzm, Kuba, Wietnam, "Sputnik", lewacki terroryzm w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, ostra krytyka Reagana ze strony europejskich sojuszników - wszystko to wywoływało w Ameryce ciągłe poczucie przygnębienia i niepewności. Nieustannie się wydawało, że Stany Zjednoczone tracą swoją przewagę w zimnej wojnie. Ale pod tymi pozorami, w obiektywnej rzeczywistości układu sił, Rosjanie nigdy nie mieli szansy. O rozdźwięku pomiędzy amerykańską psychiką a rzeczywistością geopolityczną należy pamiętać z dwóch powodów. Po pierwsze, świadczy on o niedojrzałości amerykańskiej potęgi. Po drugie, świadczy o straszliwej mocy. Ponieważ Amerykanie czuli się niepewnie, zdobywali się na niezwykły wysiłek i wkładali w swoje działania masę energii. W sposobie, w jaki Stany Zjednoczone - od przywódców politycznych do inżynierów, wojskowych i pracowników wywiadu - prowadziły zimną wojnę, nie było nic z niedbalstwa ani pewności siebie.
To jeden z głównych powodów zaskoczenia, z jakim Stany przyjęły swoje zwycięstwo w zimnej wojnie. Wraz z sojusznikami zdołały okrążyć Związek Sowiecki. Rosjanie nie mogli mierzyć się z Amerykanami na morzu i musieli poświęcać sporą część budżetu na rozbudowę wojsk lądowych i produkcję pocisków, lecz nie byli w stanie nadążyć za amerykańskim wzrostem gospodarczym ani kusić swoich sojuszników korzyściami ekonomicznymi. Związek Sowiecki pozostawał coraz bardziej w tyle. A potem upadł.
Upadek Związku Sowieckiego w 1991 roku, 499 lat po wyprawie Kolumba, zakończył całą epokę w historii. Źródło potęgi nie biło już w Europie, która tym samym przestała być punktem centralnym globalnej rywalizacji. Po 1991 roku jedynym światowym mocarstwem pozostały Stany Zjednoczone i to one przejęły rolę ośrodka systemu międzynarodowego.
Powiedzieliśmy już, jak Stany Zjednoczone doszły do potęgi w XX stuleciu. Do tego dodajmy jeszcze jeden fakt - rzadko przytaczaną, a niezwykle wymowną statystykę, o której wspomniałem wcześniej. W 1980 roku, kiedy konflikt amerykańsko-sowiecki zbliżał się do punktu kulminacyjnego, po raz pierwszy w historii handel prowadzony szlakami morskimi przez Pacyfik zrównał się wielkością z handlem transatlantyckim. Zaledwie dziesięć lat później, kiedy Związek Sowiecki się rozpadał, handel na Pacyfiku przewyższył o 50 procent handel transatlantycki. Cała geometria handlu międzynarodowego, a zatem systemu globalnego, ulegała bezprecedensowej zmianie.
Jak to wpłynęło na resztę świata? Aby ująć rzecz najprościej - koszty sprawowania kontroli nad szlakami morskimi są ogromne. Większość krajów nie może sobie na to pozwolić i jest uzależniona od państw, które dysponują odpowiednimi środkami. Potęgi morskie uzyskują zatem wielkie możliwości oddziaływania politycznego, a inne państwa nie chcą im się przeciwstawiać. Utrzymanie kontroli nad tysiącami mil wód terytorialnych kosztuje niewyobrażalnie drogo. W perspektywie historycznej tylko kilka krajów było na to stać, a dzisiaj nie jest to ani łatwiejsze, ani tańsze. Spójrzmy na budżet wojskowy Stanów Zjednoczonych i sumy wydawane na marynarkę wojenną oraz na powiązane z nią systemy satelitarne. Koszt utrzymania w Zatoce Perskiej lotniskowców wraz z ich eskortą jest znacznie wyższy niż całkowity budżet wojskowy większości krajów. Sprawowanie kontroli nad Atlantykiem lub Pacyfikiem bez posiadania linii brzegowej na obu oceanach przekraczałoby możliwości ekonomiczne niemal wszystkich państw.
Tylko w Ameryce Północnej mógł powstać transkontynentalny kraj, zdolny do rozciągnięcia swojej potęgi zarówno na Atlantyk, jak i Pacyfik. U progu ery amerykańskiej Stany Zjednoczone są bez wątpienia dominującą potęgą. W latach 1944-1945 dokonały jednocześnie inwazji na Europę i Japonię. Sprawowały kontrolę militarną nad oboma oceanami i utrzymują ją do dziś. Dlatego właśnie są w stanie patronować nowej erze.
Należy jednak pamiętać, że niegdyś dominującą pozycję w Europie uzyskała Hiszpania i to ona patronowała pierwszemu stuleciu ery europejskiej. Chociaż spodziewam się, iż Ameryka Północna będzie środkiem ciężkości systemu globalnego przez kilka kolejnych wieków, spodziewam się również, że Stany Zjednoczone utrzymają dominującą pozycję na tym kontynencie przynajmniej przez jedno stulecie. Ale, podobnie jak w przypadku Hiszpanii, to wcale nie oznacza, iż zdominują go na zawsze. Może się wiele zdarzyć - od wojny domowej lub klęski w wojnie toczonej gdzieś na świecie aż do pojawienia się na granicach Stanów nowych państw.
Na krótką metę jednak - a rozumiem przez to następne sto lat - twierdzę, iż potęga Stanów Zjednoczonych jest do tego stopnia przytłaczająca i tak głęboko zakorzeniona w rzeczywistości gospodarczej, technologicznej i kulturowej, że w XXI stuleciu kraj nadal będzie się umacniał, choć mogą nim wstrząsać wojny i kryzysy.
Nie jest to nie do pogodzenia z amerykańskim brakiem wiary we własne siły. Psychologicznie Stany Zjednoczone stanowią osobliwą mieszan-kę nadmiernej pewności siebie i niepewności. Co ciekawe, to samo dotyczy dorastającego umysłu, a na takim właśnie etapie znajdują się Stany w XXI stuleciu. Największe światowe mocarstwo przeżywa ostry kryzys tożsamości wieku dojrzewania, połączony ze świadomością niewiarygodnej potęgi oraz irracjonalną huśtawką nastrojów. Historycznie Stany Zjednoczone są niezwykle młodym i dlatego niedojrzałym społeczeństwem. W tym okresie nie powinniśmy więc oczekiwać od Ameryki niczego innego oprócz zuchowatości i zwątpienia. Czy nie tak właśnie dorastający młodzieniec odczuwa siebie i swoje miejsce w świecie?
Ale jeśli myślimy o Stanach Zjednoczonych jako o państwie niedojrzałym, na wczesnym etapie swojej historii, to wiemy również, że niezależnie od ich wizerunku własnego czeka je dorosłość. Dorośli bywają zwykle bardziej zrównoważeni i silniejsi niż młodzieńcy w wieku dojrzewania. Dlatego logiczny wydaje się wniosek, że Ameryka znajduje się we wczesnej fazie swojej potęgi. Nie jest w pełni cywilizowana. Podobnie jak Europa w XVI stuleciu, wciąż jest barbarzyńska (to opis, nie osąd moralny). Jej kultura jeszcze się nie ukształtowała. Jej wola jest potężna. Emocje pchają ją w różnych, nieraz przeciwstawnych kierunkach.
Kultury funkcjonują w jednym z trzech stadiów. Pierwszym stadium jest barbarzyństwo. Barbarzyńcy wierzą, że zwyczaje ich wioski są prawami natury i że każdy, kto żyje inaczej, nie zasługuje nawet na pogardę i musi zostać wygnany albo unicestwiony. Trzecim stadium jest dekadencja. Dekadenci odrzucają cynicznie wszelkie wartości. Jeśli kimś pogardzają, to tymi, którzy w coś wierzą. O nic nie warto walczyć.
Drugim i najrzadszym stadium jest cywilizacja. Ludzie cywilizowani potrafią pogodzić ze sobą dwie przeciwstawne idee. Wierzą, że istnieją prawdy i że ich kultury zbliżyły się do tych prawd. Ale jednocześnie dopuszczają możliwość, że się mylą. To połączenie wiary i sceptycyzmu jest wewnętrznie niestabilne. Kultury przechodzą przez barbarzyństwo do cywilizacji, a później do dekadencji, w miarę jak sceptycyzm podkopuje pewność siebie. Ludzie cywilizowani walczą selektywnie, ale skutecznie. Oczywiście we wszystkich kulturach zdarzają się osobnicy barbarzyńscy, cywilizowani i dekadenccy, ale w różnych okresach każda kultura jest zdominowana przez jedną zasadę.
Europa była barbarzyńska w XVI stuleciu, kiedy pewne siebie chrześcijaństwo dawało impuls do pierwszych podbojów. W XVIII i XIX wieku Europa osiągnęła stadium cywilizacji, a w XX wieku popadła w dekadencję. Stany Zjednoczone dopiero zaczynają swoją kulturową i historyczną podróż. Do tej pory nie były wystarczająco spójne, żeby wykształcić jednolitą kulturę. W miarę jak stają się środkiem ciężkości świata, rozwijają kulturę, która jest nieuchronnie barbarzyńska. Ameryka to kraj, gdzie prawica pogardza muzułmanami za ich wiarę, a lewica za ich stosunek do kobiet. Te różne na pozór punkty widzenia łączą się w przekonaniu, że własne wartości są oczywiście najlepsze. I tak jak w przypadku wszystkich barbarzyńskich kultur, Amerykanie są gotowi walczyć za te oczywiste dla nich prawdy.
Nie należy upatrywać w tym krytyki, ponieważ nie można krytykować dojrzewającego młodzieńca za to, że jest niedojrzały. To konieczne i nieuniknione stadium rozwoju. Ale Stany Zjednoczone są kulturą młodą i dlatego nieporadną, bezpośrednią, czasami brutalną i często rozdzieraną wewnętrznymi sporami - ludzi o różnych poglądach jednoczy tylko przekonanie, że ich wartości są najlepsze. Stany Zjednoczone znajdują się na tym właśnie etapie, ale, podobnie jak Europa w XVI stuleciu, mimo swojej nieporadności będą się wykazywać znaczącą skutecznością działania.
2
TRZĘSIENIE ZIEMI
WOJNA Z ISLAMISTAMI
Era amerykańska rozpoczęła się w grudniu 1991 roku, kiedy rozpadł się Związek Sowiecki, a Stany Zjednoczone stały się jedynym światowym mocarstwem. Ale XXI stulecie zaczęło się naprawdę dziesięć lat później, jedenastego września 2001 roku, kiedy porwane samoloty wbiły się w World Trade Center i Pentagon. Była to pierwsza prawdziwa próba ery amerykańskiej. Można się spierać, czy Stany Zjednoczone naprawdę wygrały wojnę z islamistami - ale z pewnością osiągnęły swoje cele strategiczne. Jest również jasne, że ta wojna, tak jak wszystkie wojny, zbliża się do jakiegoś końca.
Ludzie mówią o "długiej wojnie" i panuje przekonanie, że Stany Zjednoczone i muzułmanie będą ze sobą walczyć przez całe stulecie. Jak zwykle bywa, to, co wydaje się trwałe, jest tylko fazą przejściową. Przypomnijmy sobie dwudziestoletnią perspektywę, którą się posłużyliśmy. Konflikt może trwać, ale strategiczne wyzwanie dla amerykańskiej potęgi dobiega końca. Al Kaida nie osiągnęła swoich celów. Stany Zjednoczone odniosły sukces, nie tyle wygrywając wojnę, ile nie pozwalając wygrać jej islamistom, a z perspektywy geopolitycznej to wystarczy. XXI stulecie zaczęło się amerykańskim sukcesem, który z pozoru wygląda na klęskę, a nawet na głębokie polityczne i moralne upokorzenie.
Celem al Kaidy w 2001 roku nie było po prostu przeprowadzenie ataku na Stany Zjednoczone. Cel polegał na przeprowadzeniu ataku, który zademonstrowałby słabość Ameryki i siłę terrorystów. Ukazanie słabości Ameryki, jak wierzyli przywódcy al Kaidy, podkopałoby te rządy w świecie islamskim, które dążąc do ustabilizowania swojej pozycji, utrzymują stosunki ze Stanami Zjednoczonymi. Al Kaida chciała obalić rządy w takich krajach jak Egipt, Arabia Saudyjska, Pakistan czy Indonezja, ponieważ wiedziała, że nie osiągnie swoich celów, jeśli uzyska kontrolę jedynie nad Afganistanem, który był zbyt słaby i izolowany, aby służyć za coś więcej niż tymczasową bazę.
Upadek Związku Sowieckiego miał dla międzynarodowego systemu doniosłe konsekwencje. Jedna była szczególnie zaskakująca. Potężny Związek Sowiecki i potężne Stany Zjednoczone stabilizowały w istocie system globalny, utrzymując równowagę pomiędzy mocarstwami. Działo się tak zwłaszcza na granicach imperium sowieckiego, gdzie obie strony były gotowe do wojny. Na przykład Europa stała się w wyniku zimnej wojny obszarem zamrożonym. Najmniejszy ruch mógł doprowadzić do zbrojnej konfrontacji, toteż ani Rosjanie, ani Amerykanie na taki ruch sobie nie pozwalali. Najciekawszym aspektem zimnej wojny były tak naprawdę wszystkie wojny, do których nie doszło. Rosjanie nie dokonali inwazji na Niemcy. Nie nastąpiło uderzenie na Zatokę Perską. A przede wszystkim nie było nuklearnego holokaustu.
Należy przyjrzeć się uważnie minionym dwóm dekadom. Stanowią one podstawę tego, co stanie się w następnych stu latach - i dlatego w tym rozdziale poświęcę więcej miejsca przeszłości niż przyszłości. Spójrzmy na upadek Związku Sowieckiego jak na wielkie zawody w przeciąganiu liny, w których jedna strona nagle osłabła i puściła linę. Strona wciąż trzymająca linę wygrała, ale straciła równowagę i zwycięstwo spowodowało wielkie zamieszanie i rozgardiasz. Lina, podtrzymywana dotąd przez obie strony, a teraz poluzowana, zaczęła się zachowywać w nieprzewidywalny sposób. Działo się tak zwłaszcza na granicach obu bloków.
Niektóre zmiany miały charakter pokojowy. Niemcy się zjednoczyły, a państwa bałtyckie, podobnie jak Ukraina i Białoruś, uzyskały niepodległość. Czechosłowacja przeżyła swój aksamitny rozwód, dzieląc się na Republikę Czeską i Słowację. Inne zmiany przebiegały bardziej gwałtownie. W Rumunii doszło do burzliwej rewolucji wewnętrznej, a Jugosławia rozpadła się na kawałki.
Spośród wszystkich krajów graniczących z dawnym blokiem sowieckim Jugosławia stanowiła twór najbardziej sztuczny. Nie była państwem narodowym, lecz obszarem, gdzie stykały się ze sobą różne zantagonizowane narody, grupy etniczne i religie. Wymyślona przez zwycięzców pierwszej wojny światowej, stała się rejonem najbardziej zajadłej rywalizacji w Europie. Zwycięzcy uważali, że aby zapobiec wojnie na Bałkanach, należy połączyć wszystkie te grupy w jednym państwie. Była to interesująca teoria. Ale Jugosławia okazała się wykopaliskiem archeologicznym złożonym ze skamieniałych narodów, pozostałych po starożytnych podbojach i wciąż trzymających się swoich odrębnych tożsamości.
W europejskiej historii Bałkany były punktem zapalnym. Tędy przebiegała rzymska droga na Bliski Wschód i turecka droga do Europy. Na Bałkanach zaczęła się pierwsza wojna światowa. Każdy zdobywca pozostawiał tam po sobie naród lub religię, a wszystkie one wzajemnie się nienawidziły. Każda walcząca strona dopuszczała się wobec innych straszliwych okrucieństw, a wszystkie one były pamiętane, jakby wydarzyły się wczoraj. Nie jest to region, gdzie przyjęłaby się zasada "przebaczyć i zapomnieć".
Wykaz map
Jugosławia podzieliła się podczas drugiej wojny światowej, kiedy Chorwaci wzięli stronę Niemiec, a Serbowie stronę aliantów. Później zjednoczył ją komunistyczny przywódca Josip Broz Tito. Jugosławia była marksistowska, lecz antysowiecka. Nie chciała się stać sowieckim satelitą i współpracowała z Amerykanami. Uwięziona w polu siłowym pomiędzy NATO a Układem Warszawskim, utrzymywała swą niepewną spójność.
W 1991 roku, kiedy pole siłowe uległo dezintegracji, części składowe Jugosławii oderwały się od siebie. Był to uskok geologiczny, który spowodował potężne trzęsienie ziemi. Stare, lecz przygniecione i zamrożone narodowości nagle odkryły, że mają swobodę manewru. Pojawiły się nazwy, których nie słyszano od pierwszej wojny światowej: Serbia, Chorwacja, Czarnogóra, Bośnia i Hercegowina, Macedonia, Słowenia. Wraz z tymi narodami zbudziły się do życia również mniejszości etniczne w obrębie sąsiednich narodów, domagając się prawa do secesji. Rozpętało się piekło - i był to moment, który wywarł istotny wpływ na kształtowanie się XXI stulecia.
Wojna w Jugosławii była błędnie interpretowana jako zjawisko lokalne, wydarzenie idiosynkratyczne. Miała jednak znacznie szerszy kontekst. Była to pierwsza i najważniejsza reakcja na upadek Związku Sowieckiego. Namiętności, które tłumiono przez niemal pięćdziesiąt lat, nagle rozpaliły się na nowo. Zamrożone granice stały się płynne. Było to zjawisko lokalne, które umożliwiła - i w nieunikniony sposób wywołała - zmiana globalna.
Co więcej, wojna w Jugosławii nie była zjawiskiem odosobnionym, lecz jedynie północnym przedłużeniem linii uskoku, która ciągnęła się aż do Hindukuszu, gór dominujących nad północnym Afganistanem i Pakistanem. Eksplozja jugosłowiańska stanowiła preludium do znacznie potężniejszego trzęsienia ziemi, które zapoczątkował upadek Związku Sowieckiego.
ISLAMSKIE TRZĘSIENIE ZIEMI
Konfrontacja amerykańsko-sowiecka obejmowała peryferia Związku Sowieckiego. Pod koniec zimnej wojny ta granica miała trzy odcinki. Pierwszym był odcinek europejski, ciągnący się od Norwegii do pogranicza niemiecko-czeskiego. Odcinek azjatycki biegł od Aleutów przez Japonię do Chin. Był jeszcze trzeci, od północnego Afganistanu do Jugosławii. Upadek Związku Sowieckiego miał największy wpływ na ten trzeci odcinek. Najpierw rozpadła się Jugosławia, lecz chaos rozszerzał się na cały region i objął nawet kraje nieprzylegające do linii frontu.
W latach zimnej wojny obszar od Jugosławii do Afganistanu i Pakistanu był względnie spokojny. Zdarzały się izolowane ruchy, takie jak przejście Iranu z pozycji proamerykańskich na antysowieckie i antyamerykańskie jednocześnie, sowiecka inwazja na Afganistan czy wojna irańsko-iracka. Ale w jakiś dziwny sposób zimna wojna przyniosła stabilizację w tym regionie. Bez względu na to, ile zdarzało się konfliktów wewnętrznych, nigdy nie przeradzały się one w poważne, przekraczające granice państw kryzysy.
Po upadku Związku Sowieckiego region uległ gwałtownej destabilizacji. A jest to region w przeważającej większości muzułmański - jeden z trzech najważniejszych na świecie, obok obszarów w Afryce Północnej i w Azji Południowo-Wschodniej. Ten ogromny, wielonarodowy, niezwykle zróżnicowany region ciągnie się od Jugosławii do Afganistanu, a na południu obejmuje Półwysep Arabski. Pod wieloma względami nie jest oczywiście jednolity, ale tak go traktujemy, ponieważ stanowił południowy odcinek sowieckiego pogranicza.
Należy pamiętać, że linia demarkacyjna zimnej wojny biegła właśnie przez ten region muzułmański. Azerbejdżan, Uzbekistan, Turkmenistan, Kirgistan i Kazachstan były republikami muzułmańskimi wchodzącymi w skład Związku Sowieckiego. Istniały też muzułmańskie obszary w Federacji Rosyjskiej, takie jak Czeczenia.
Wykaz map
Cały ten region jest historycznie niestabilny. Przebiegają tamtędy wielkie szlaki handlowe i strategiczne, z których korzystali zdobywcy od Aleksandra Wielkiego do Brytyjczyków. Zawsze był to geopolityczny punkt zapalny, ale koniec zimnej wojny naprawdę zdetonował beczkę prochu. Kiedy upadł Związek Sowiecki, sześć republik muzułmańskich uzyskało nagle niepodległość. Kraje arabskie na południe od nich straciły albo swojego patrona (Irak i Syria), albo wroga (Arabia Saudyjska i inne kraje nad Zatoką Perską). Indie straciły patrona, a Pakistan poczuł się nagle uwolniony od indyjskiego zagrożenia - przynajmniej tymczasowo. Cały system relacji międzynarodowych wyleciał w powietrze. Znikły ostatnie resztki stabilizacji.
Wykaz map
Rosjanie wycofali się z Kaukazu i Azji Środkowej w 1992 roku. W rezultacie tego odpływu wyłoniły się kraje, które od co najmniej stulecia nie były wolne, nie miały tradycji samorządności, a czasem nawet funkcjonującej gospodarki. Jednocześnie amerykańskie zainteresowanie tym regionem spadło. Po operacji "Pustynna Burza" w 1991 roku amerykańskie zaangażowanie w miejscach takich jak Afganistan wydawało się bezcelowe. Zimna wojna dobiegła końca. Zniknęło zagrożenie strategiczne dla amerykańskich interesów i region mógł się rozwijać na własną rękę.
Szczegółowy opis destabilizacji regionu, a zwłaszcza Afganistanu, jest tutaj równie zbędny jak dokładna prezentacja wydarzeń w Jugosławii. Można to podsumować w następujący sposób: od końca lat siedemdziesiątych Stany Zjednoczone pomagały tworzyć w Afganistanie siły, które mogłyby się przeciwstawić Związkowi Sowieckiemu - a po jego upadku te siły zwróciły się przeciwko Stanom. Ludzie wyszkoleni do potajemnych działań, zaznajomieni z metodami amerykańskiego wywiadu, zorganizowali antyamerykańską operację, która obejmowała wiele etapów i której kulminacją był jedenasty września 2001 roku. W odpowiedzi Stany Zjednoczone wysłały wojska, najpierw do Afganistanu, a następnie do Iraku, i cały region szybko się rozpadł.
Podobnie jak to było z imperium sowieckim po drugiej wojnie światowej, Stany Zjednoczone wykorzystały islamistów do własnych celów, a później musiały uporać się z potworem, którego stworzyły. Ale to był mniejszy problem. Bardziej niebezpieczny dylemat polegał na tym, że upadek Związku Sowieckiego naruszył system wzajemnych relacji, który zapewniał w regionie względny porządek. Z al Kaidą czy bez niej, muzułmańskie organizmy państwowe w obrębie dawnego Związku Sowieckiego i na południe od niego stały się niestabilne i - tak jak w Jugosławii - ta niestabilność musiała w ten czy inny sposób oddziaływać na jedyne światowe mocarstwo, Stany Zjednoczone. Była to istna burza. Od granicy austriackiej do Hindukuszu region zatrząsł się, a Stany Zjednoczone podjęły działania, aby nad tym zapanować, z różnym skutkiem, mówiąc oględnie.
Jest jeszcze jeden aspekt, na który warto zwrócić uwagę, zwłaszcza w świetle tendencji demograficznych, które omówimy w następnym rozdziale. W świecie muzułmańskim panował ogromny niepokój wewnętrzny, a jedną z głównych przyczyn niestabilności regionu stanowił opór islamskich tradycjonalistów przeciwko zmianom zwyczajów, zwłaszcza dotyczącym pozycji kobiet. Walka pomiędzy tradycjonalistami a zwolennikami sekularyzacji wstrząsnęła społecznościami regionu, a Stany Zjednoczone obarczono odpowiedzialnością za podsycanie dążeń do sekularyzacji. Taka ocena sytuacji może się wydawać oczywista i powierzchowna, ale, jak się przekonamy, ma to znaczenie głębsze i szersze, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Zmiany w strukturze rodziny, opór wobec tych zmian i jedenasty września są ze sobą ściśle powiązane.
Z szerszej perspektywy geopolitycznej jedenasty września zakończył okres przejściowy pomiędzy końcem zimnej wojny a początkiem następnej ery: wojny Stanów Zjednoczonych z islamistami. Ci ostatni nie mogli zwyciężyć, jeśli przez zwycięstwo rozumiemy odtworzenie kalifatu, imperium islamskiego. Podziały w świecie islamskim okazały się zbyt głębokie do przezwyciężenia, a Stany Zjednoczone - zbyt potężne, by dało się je pokonać. Chaos nie mógł się przekształcić w zwycięstwo islamistów.
Ta era jest nie tyle konsekwentnym procesem, ile regionalnym spazmem, rezultatem dezintegracji pola siłowego. Podziały etniczne i religijne w świecie islamskim oznaczają, że nawet gdyby Stany Zjednoczone zo-stały wyparte z regionu, nie wyłoniłaby się żadna stabilna baza polityczna. Świat islamski był podzielony i niestabilny przez ponad tysiąc lat i nie wygląda na to, żeby w najbliższym czasie miał się ściślej zjednoczyć. W dodatku nawet klęska Stanów w tym regionie nie podkopie globalnej potęgi amerykańskiej. Podobnie jak wojna w Wietnamie, będzie po prostu wydarzeniem przejściowym.
W tej chwili konflikt amerykańsko-islamski wydaje się tak doniosły i znaczący, że trudno sobie wyobrazić, aby po prostu wygasł. Poważni ludzie mówią, że potrwa on całe następne stulecie, ale z dwudziestoletniej perspektywy zarysowanej na pierwszych stronach tej książki wizja świata zdominowanego przez wojnę amerykańsko-islamską w 2020 roku jest mało prawdopodobna. Tak naprawdę to, co dzieje się w świecie islamskim, nie ma większego znaczenia. Jeśli zakładamy, że amerykańska potęga nadal będzie postępować wzdłuż krzywej rosnącej, w roku 2020 Stany Zjednoczone powinny stanąć przed zupełnie innymi wyzwaniami.
AMERYKAŃSKA WIELKA STRATEGIA I WOJNY ISLAMSKIE
Jest jeszcze jeden element amerykańskiej dynamiki, który powinniśmy wziąć pod uwagę: globalna strategia, która warunkuje amerykańską politykę zagraniczną. Amerykańska reakcja na jedenasty września wydawała się nie mieć sensu i na pierwszy rzut oka nie miała. Sprawiała wrażenie chaotycznej i przypadkowej, ale na głębszym poziomie takiej właśnie należało oczekiwać. Oceniane z perspektywy czasu, przypadkowe na pozór działania Stanów Zjednoczonych nabierają wielkiego sensu.
Wielka strategia zaczyna się tam, gdzie kończy się polityka. Załóżmy na chwilę, że Franklin Roosevelt nie ubiegał się o trzecią kadencję w 1940 roku. Czy Japonia i Niemcy zachowałyby się inaczej? Czy Stany Zjednoczone pogodziłyby się z japońską dominacją na zachodnim Pacyfiku? Czy zaakceptowałyby klęskę Wielkiej Brytanii i jej floty w starciu z Niemcami? Szczegóły mogłyby się zmienić, ale trudno sobie wyobrazić, że Stany Zjednoczone nie przystąpiły do wojny lub że wojna nie zakończyła się alianckim zwycięstwem. Cokolwiek by się zmieniło, główne zarysy konfliktu określone przez wielką strategię pozostałyby takie same.
Czy amerykańska strategia podczas zimnej wojny mogłaby polegać na czymś innym niż na powstrzymywaniu Związku Sowieckiego? Stany Zjednoczone nie mogły dokonać inwazji na Europę Wschodnią. Armia sowiecka była po prostu zbyt wielka i zbyt silna. Ale Stany Zjednoczone nie mogły też pozwolić, aby Związek Sowiecki zagarnął Europę Zachodnią, ponieważ gdyby przejął kontrolę nad tamtejszym przemysłem, na dłuższą metę uzyskałby przewagę nad Stanami Zjednoczonymi. Powstrzymywanie nie było opcjonalną polityką; było jedyną możliwą amerykańską reakcją na poczynania Związku Sowieckiego.
Wszystkie kraje mają własne wielkie strategie, ale to nie znaczy, że wszystkie kraje mogą osiągnąć swoje cele strategiczne. Celem Litwy jest wolność od obcej okupacji. Ale gospodarka, demografia i geografia pozwalają jej na osiągnięcie tego celu jedynie tymczasowo. Stany Zjednoczone, w odróżnieniu od niemal całej reszty państw świata, osiągnęły większość swoich celów strategicznych, o których powiem za chwilę. Gospodarka i społeczeństwo są tam nastawione na ich realizację.
Wielka strategia kraju jest tak głęboko zakodowana w narodowym DNA i wydaje się tak naturalna i oczywista, że politycy i generałowie nie zawsze są jej świadomi. Do tego stopnia określa ona ich sposób myślenia, iż jest niemal podświadomą rzeczywistością. Ale z perspektywy geopolitycznej zarówno wielka strategia kraju, jak i sposób myślenia jego przywódców stają się oczywiste.
Wielka strategia nie zawsze dotyczy wojny. Dotyczy wszystkich procesów, które tworzą narodową potęgę. Ale w przypadku Stanów Zjednoczonych, bardziej niż w przypadku innych krajów, wielka strategia dotyczy wojny i wzajemnych powiązań między wojną a życiem gospodarczym. Stany Zjednoczone są, historycznie, krajem wojowniczym.
Stany Zjednoczone toczyły wojnę przez 10 procent okresu swojego istnienia. Ta statystyka obejmuje tylko większe wojny - wojnę 1812 roku, wojnę meksykańsko-amerykańską, wojnę secesyjną, pierwszą i drugą wojnę światową, wojnę koreańską, wojnę wietnamską. Nie obejmuje drobnych konfliktów, takich jak wojna hiszpańsko-amerykańska czy operacja "Pustynna Burza". W XX stuleciu Stany Zjednoczone prowadziły wojnę przez 15 procent czasu. W drugiej połowie wieku było to 22 procent. A od początku XXI stulecia, od 2001 roku, Stany Zjednoczone ciągle prowadzą wojnę. Wojna jest istotną częścią amerykańskiego doświadczenia, a jej natężenie stale rośnie. Jest wbudowana w amerykańską kulturę i głęboko zakorzeniona w amerykańskiej geopolityce. Jej cel musi być jasno rozumiany.
Ameryka zrodziła się z wojny i walczy do dzisiejszego dnia. Wielka strategia Norwegii może dotyczyć bardziej gospodarki niż wojny, lecz amerykańskie cele strategiczne i amerykańska wielka strategia biorą się ze strachu. To samo można powiedzieć o wielu innych krajach. Rzym nie zamierzał podbijać świata. Chciał się bronić i realizując to dążenie, stał się imperium. Początkowo Stany Zjednoczone, tak jak w wojnie 1812 roku, jedynie odpowiadały na atak Brytyjczyków, walcząc o zachowanie niepodległości. Każdy strach jednak, raz zażegnany, tworzy nowe zagrożenia i nowe obawy. Narody kierują się strachem przed utratą tego, co posiadają.
Stany Zjednoczone mają pięć celów geopolitycznych, które kształtują ich wielką strategię. Rozważmy je w kategoriach tego strachu. Zwróćmy uwagę, że w miarę jak posuwamy się w dół listy, te cele stają się coraz większe, ambitniejsze i trudniejsze.
1. CAŁKOWITE ZDOMINOWANIE AMERYKI PÓŁNOCNEJ PRZEZ ARMIĘ STANÓW ZJEDNOCZONYCH
Gdyby Stany Zjednoczone pozostały państwem złożonym z odrębnych stanów usytuowanych pomiędzy wybrzeżem atlantyckim a pasmem górskim Alleghenów, prawdopodobieństwo ich przetrwania byłoby znikome. Musiały się nie tylko zjednoczyć, lecz także rozprzestrzenić na ogromne terytorium pomiędzy Alleghenami a Górami Skalistymi. To dało Stanom Zjednoczonym zarówno strategiczną głębię, jak i jedne z najbogatszych terenów rolniczych na świecie. Co ważniejsze, były to tereny ze znakomitym systemem żeglownych rzek, co pozwoliło dostarczać nadwyżki płodów rolnych na światowe rynki, tworząc unikatową w historii klasę przedsiębiorców farmerów.
Wykaz map
Zakup Luizjany w 1803 roku dał Stanom Zjednoczonym prawo do jej ziem. Ale dopiero bitwa pod Nowym Orleanem w 1814 roku, w której Andrew Jackson pokonał Brytyjczyków, zapewniła krajowi prawdziwe panowanie nad tym obszarem, ponieważ Nowy Orlean był wąskim gardłem całego systemu rzecznego. Jeśli bitwa pod Yorktown ukształtowała naród, to bitwa pod Nowym Orleanem ukształtowała jego gospodarkę. A wszystko to przypieczętowała bitwa pod San Jacinto, kilkaset kilometrów na zachód od Nowego Orleanu, gdzie armia meksykańska została rozbita przez Teksańczyków i już nigdy nie zdołała zagrozić dolinie rzeki Missisipi. Odwrót armii meksykańskiej nie był nieunikniony. Meksyk był pod wieloma względami krajem lepiej rozwiniętym i potężniejszym niż Stany Zjednoczone. W rezultacie jego klęski armia amerykańska stała się dominującą siłą w Ameryce Północnej i zapewniła panowanie nad kontynentem Stanom Zjednoczonym - ogromnemu i bogatemu krajowi, któremu nikt nie mógł zagrozić.
2. ELIMINACJA WSZELKICH ZAGROŻEŃ DLA STANÓW ZJEDNOCZONYCH ZE STRONY DOWOLNEGO PAŃSTWA NA PÓŁKULI ZACHODNIEJ
Kiedy już Ameryka Północna została opanowana, kolejnym bezpośrednim zagrożeniem stała się Ameryka Łacińska. W rzeczywistości Ameryka Północna i Południowa są wyspami, a do tego słabo połączonymi: Panamę i Amerykę Środkową trudno jest przebyć wielkim armiom. Pełna unifikacja Ameryki Południowej wydaje się mało prawdopodobna. Jeśli spojrzymy na jej mapę, to pomijając nieprzebyty teren, zobaczymy, że nie może tam powstać żadna potęga transkontynentalna: kontynent jest przecięty na dwie części (zob. mapa na s. 58). Nie ma szans, aby zagrożenie dla Stanów Zjednoczonych przyszło stamtąd.
Największe zagrożenie na tej półkuli stwarzały mocarstwa europejskie z bazami morskimi w Ameryce Południowej i Środkowej oraz na Karaibach, jak również wojska lądowe w Meksyku. Tego właśnie dotyczyła doktryna Monroego - na długo przedtem, zanim Stany Zjednoczone uzyskały zdolność powstrzymywania Europejczyków przed zakładaniem baz w tym rejonie, blokowanie Europejczyków stało się strategicznym imperatywem. Stany naprawdę obawiają się Ameryki Łacińskiej tylko wówczas, kiedy jakieś obce mocarstwo ma tam swoje bazy.
Wykaz map
3. CAŁKOWITA KONTROLA NAD PODEJŚCIAMI MORSKIMI DO STANÓW ZJEDNOCZONYCH SPRAWOWANA PRZEZ AMERYKAŃSKĄ MARYNARKĘ WOJENNĄ W CELU WYKLUCZENIA JAKIEJKOLWIEK MOŻLIWOŚCI INWAZJI
W 1812 roku brytyjska flota wpłynęła do zatoki Chesapeake i spaliła Waszyngton. Przez całe XIX stulecie Stany Zjednoczone obawiały się, że Brytyjczycy, całkowicie panujący nad północnym Atlantykiem, odetną im dostęp do oceanu. Nie zawsze był to strach irracjonalny: Brytyjczycy nieraz rozważali taką możliwość. Ten problem, w różnych kontekstach, był źródłem amerykańskiej obsesji na punkcie Kuby: od wojny hiszpańsko-amerykańskiej aż po zimną wojnę.
Zapanowawszy nad półkulą zachodnią pod koniec XIX stulecia, Stany Zjednoczone starały się nie dopuszczać żadnego mocarstwa morskiego do szlaków wodnych prowadzących do ich wybrzeży. Najpierw zabezpieczyły podejścia na Pacyfiku. Podczas wojny secesyjnej nabyły Alaskę. W 1898 roku zaanektowały Hawaje. Te dwa posunięcia zażegnywały groźbę ataku na kontynent od zachodu, ponieważ nieprzyjacielska flota nie miałaby gdzie zakotwiczyć, żeby uzupełnić zaopatrzenie. W latach drugiej wojny światowej Stany Zjednoczone, wykorzystując słabość Brytyjczyków i odpychając ich od amerykańskich wybrzeży, zapanowały nad Atlantykiem, a pod koniec wojny zbudowały flotę tak potężną, że Brytyjczycy nie mogli odtąd prowadzić żadnych operacji na Atlantyku bez amerykańskiej zgody. Dzięki temu Stany zostały całkowicie zabezpieczone przed inwazją.
4. CAŁKOWITE PANOWANIE NAD ŚWIATOWYMI OCEANAMI W CELU UMOCNIENIA BEZPIECZEŃSTWA STANÓW ZJEDNOCZONYCH I UZYSKANIA KONTROLI NAD MIĘDZYNARODOWYMI SZLAKAMI HANDLOWYMI
Fakt, że Stany Zjednoczone wyszły z drugiej wojny światowej nie tylko z najpotężniejszą marynarką wojenną, lecz także z rozrzuconymi po całym świecie bazami morskimi, stworzył nową rzeczywistość. Jak już wspomniałem wcześniej, każda jednostka pływająca - handlowa lub wojenna, od Zatoki Perskiej do Morza Południowochińskiego i Karaibów - może być śledzona przez marynarkę wojenną Stanów Zjednoczonych, która decyduje, czy ma dany obiekt obserwować, zatrzymać czy zatopić. Od końca drugiej wojny światowej połączone siły wszystkich flot świata nie mogą się równać z amerykańską potęgą morską.
Stanowi to odzwierciedlenie najważniejszego faktu geopolitycznego: Stany Zjednoczone sprawują kontrolę nad wszystkimi oceanami. Żadne inne mocarstwo w historii nie było do tego zdolne. A taka kontrola stanowi nie tylko podstawę amerykańskiego bezpieczeństwa, lecz także fundament systemu międzynarodowego. Nikt nie wypłynie w morze, jeśli Stany Zjednoczone nie wyrażą na to zgody. W ostatecznym rozrachunku utrzymanie kontroli nad światowymi oceanami jest najważniejszym celem geopolitycznym Stanów Zjednoczonych.
5. UNIEMOŻLIWIENIE WSZYSTKIM INNYM KRAJOM ZAKWESTIONOWANIA GLOBALNEJ POTĘGI MORSKIEJ STANÓW ZJEDNOCZONYCH
Po dokonaniu niezwykłego wyczynu, jakim było uzyskanie dominacji nad światowymi oceanami, Stany Zjednoczone oczywiście chciały ją utrzymać. Najprostszy sposób polegał na tym, aby zniechęcić inne państwa do budowy floty wojennej, a można to było osiągnąć, stwarzając sytuację, w której nikt nie czułby się zmuszony do tego przedsięwzięcia - albo nie miałby na nie środków. Jedna strategia, "marchewki", sprowadza się do tego, żeby zapewnić wszystkim dostęp do morza bez potrzeby budowy floty. Druga strategia, "kija", polega na uwikłaniu potencjalnych przeciwników w lądowe konfrontacje, tak aby koszt utrzymania żołnierzy i czołgów nie pozostawił im funduszy na budowę marynarki wojennej.
Stany Zjednoczone wyszły z zimnej wojny, mając dalekosiężny cel i ustaloną strategię. Owym celem było niedopuszczenie do zyskania przez jakiekolwiek mocarstwo eurazjatyckie potęgi, która pozwoliłaby mu przeznaczyć istotne środki na tworzenie floty wojennej. Ponieważ nie istniała już jedna groźba eurazjatyckiej hegemonii, Stany Zjednoczone skupiły się na drugorzędnych, lokalnych hegemonach, którzy mogliby osiągnąć w swoim regionie taki stopień bezpieczeństwa, by skierować uwagę na morze. Dlatego Stany pracowały nad stworzeniem układu wciąż zmieniających się sojuszy, obliczonych na spętanie rąk potencjalnemu lokalnemu hegemonowi.
Musiały zatem być przygotowane do regularnych i nieprzewidzianych interwencji na całym obszarze kontynentu eurazjatyckiego. Po upadku Związku Sowieckiego zaangażowały się w szereg operacji, mających na celu utrzymanie lokalnej równowagi i niedopuszczenie do wyłonienia się lokalnego mocarstwa. Pierwsza znacząca interwencja nastąpiła w Kuwejcie, gdzie Stany Zjednoczone pokrzyżowały ambicje irackie, kiedy imperium sowieckie było już martwe, ale jeszcze nie zostało pogrzebane. Do kolejnej doszło w Jugosławii - w celu zastopowania serbskich dążeń do hegemonii na Bałkanach. Trzecia seria interwencji nastąpiła w świecie islamskim, a ich celem było zniweczenie marzeń al Kaidy (lub kogokolwiek innego) o stworzeniu silnego imperium islamskiego. Interwencje w Afganistanie i w Iraku stanowiły część tego planu.
Mimo całego hałasu i wrzawy były to drobne epizody. W Iraku, podczas największej z tych operacji, Stany Zjednoczone użyły niespełna 200 tysięcy żołnierzy i straciły niecałe 5 tysięcy zabitych. Stanowiło to około 6-8 procent strat poniesionych w Wietnamie i około 1 procenta strat w drugiej wojnie światowej. Dla kraju z ponad 250-milionową ludnością siły okupacyjne takich rozmiarów to drobnostka. Skłonność Stanów do nadmiernego dramatyzowania drobnych interwencji wynika ze względnej niedojrzałości narodu (i mówię to jako ojciec żołnierza, który odsłużył dwie tury w Iraku).
Powyższe pozwala nam zrozumieć amerykańską reakcję na islamskie ataki i większość tego, co się wydarzyło. Osiągnąwszy systematycznie swoje cele strategiczne, Stany Zjednoczone miały nadrzędny cel, polegający na niedopuszczeniu do wyłonienia się wielkiej potęgi w Eurazji. Tutaj jednak pojawia się paradoks: celem interwencji nie było osiągnięcie czegoś - bez względu na to, co głosiła polityczna retoryka - lecz zapobieżenie czemuś. Stany chciały zapobiec stabilizacji na obszarach, gdzie mogła się wyłonić inna potęga. Ich celem nie była więc stabilizacja, lecz destabilizacja. I to tłumaczy sposób, w jaki zareagowały na islamskie trzęsienie ziemi - nie chciały dopuścić do powstania wielkiego, potężnego państwa islamskiego.
Odkładając na bok retorykę, stwierdźmy: Stany Zjednoczone nie są zainteresowane pokojem w Eurazji. Nie są też zainteresowane wygraniem wojny. Podobnie jak to było w Wietnamie czy w Korei, celem tych konfliktów jest po prostu powstrzymanie innej potęgi lub destabilizacja regionu, a nie zaprowadzenie porządku. W odpowiednim czasie nawet zdecydowana amerykańska klęska jest do zaakceptowania. Zasada wykorzystania minimum siły, kiedy staje się to absolutnie konieczne, aby utrzymać równowagę w Eurazji, jest jednak - i pozostanie - myślą przewodnią amerykańskiej polityki zagranicznej w XXI stuleciu. Będą nowe interwencje w nieprzewidzianych miejscach i w nieoczekiwanych momentach. Amerykańskie działania będą się wydawały irracjonalne i rzeczywiście takie by były, gdyby cel podstawowy polegał na ustabilizowaniu Bałkanów czy Bliskiego Wschodu. Ale ponieważ podstawowym celem pozostanie najprawdopodobniej destabilizacja Serbii lub al Kaidy, interwencje będą całkowicie racjonalne. Na pozór nigdy nie doprowadzą do czegoś zbliżonego do "rozwiązania" i zawsze będą dokonywane siłami niewystarczającymi, by mogły się okazać decydujące.
PO WSTRZĄSACH WTÓRNYCH
System międzynarodowy jest obecnie poważnie zdestabilizowany. Stany Zjednoczone są tak potężne, że kontrolowanie amerykańskich poczynań stało się prawie niemożliwe dla reszty świata. Naturalną skłonnością systemu międzynarodowego jest dążenie do równowagi. W zdestabili-zowanym świecie mniejsze państwa czują się zagrożone ze strony sil-niejszych. I aby dorównać większej potędze, zawierają koalicje z innymi krajami. Kiedy Stany Zjednoczone poniosły klęskę w Wietnamie, sprzymierzyły się z Chinami, żeby szachować Rosjan, którzy zanadto urośli w siłę.
Tworzenie koalicji w celu powstrzymania Stanów Zjednoczonych w XXI stuleciu będzie ogromnie trudne. Słabszym krajom łatwiej jest dojść do porozumienia z Amerykanami niż przyłączyć się do antyamerykańskiej koalicji - budowanie i utrzymywanie koalicji to uciążliwe zadanie. A jeśli koalicje się rozpadną, jak to bywa z koalicjami, Stany Zjednoczone mogą nie okazać pobłażliwości.
W efekcie otrzymujemy następującą sprzeczność: z jednej strony Stany Zjednoczone budzą głęboką niechęć i lęk, z drugiej - poszczególne kraje nadal próbują znaleźć sposób, aby dojść z nimi do porozumienia. Ten brak równowagi, jak również wszelkie próby powstrzymania Stanów Zjednoczonych, zdominuje XXI stulecie. Będzie to niebezpieczne stulecie, zwłaszcza dla reszty świata.
W geopolityce stosuje się zasadnicze kryterium znane jako "margines błędu". Określa ono, ile miejsca ma dany kraj na popełnianie pomyłek. Margines błędu składa się z dwóch elementów: rodzaju zagrożeń, przed którymi stoi kraj, i siły, jaką dysponuje. Niektóre kraje mają ów margines bardzo mały. Przywiązują ogromną wagę do najdrobniejszych szczegółów polityki zagranicznej, świadome, że najmniejsze potknięcie może być katastrofalne. Izrael i Palestyna nie mają dużego marginesu błędu z racji swoich niewielkich rozmiarów i położenia. Islandia z kolei ma mnóstwo miejsca na błędy. Jest mała, lecz żyje w przestronnym sąsiedztwie.
Stany Zjednoczone mają ogromny margines błędu. Są bezpieczne w Ameryce Północnej i dysponują straszliwą potęgą. Dlatego w globalnym wykorzystywaniu swojej potęgi przejawiają skłonność do beztroski. To nie jest głupota. Po prostu nie ma potrzeby zachowywać ostrożności - jeśli chodzi o ścisłość, większa rozwaga mogłaby czasem ograniczać skuteczność. Jak bankier gotowy udzielić pożyczki na niekorzystnych warunkach w przewidywaniu, że na dłuższą metę dobrze na tym wyjdzie, Stany Zjednoczone podejmują kroki, które inne kraje uważają za lekkomyślne. Dla innych bowiem krajów rezultaty byłyby bolesne albo druzgocące. Stany natomiast tak właśnie postępują i rozkwitają.
Widzieliśmy to w Wietnamie i widzimy również w Iraku. Te konflikty są po prostu odosobnionymi epizodami w amerykańskiej historii, bez większego znaczenia - chyba że dla Wietnamczyków i Irakijczyków. Stany Zjednoczone są krajem młodym i barbarzyńskim. Szybko ulegają emocjom i brakuje im historycznej perspektywy. Tak naprawdę umacnia to amerykańską potęgę, dając krajowi emocjonalne środki do pokonania przeciwnika. Stany zawsze reagują przesadnie. To, co w pierwszym momencie wydaje się straszliwą katastrofą, motywuje Amerykanów do zdecydowanego rozwiązywania problemów. Rozkwitająca potęga reaguje przesadnie. Dojrzała potęga zachowuje równowagę. Potęga chyląca się ku upadkowi traci zdolność do odzyskania równowagi.
Stany Zjednoczone są bardzo młodym krajem, a jeszcze młodszym jako dominujące światowe mocarstwo. Jak silny i niedojrzały młodzian mają skłonność reagować nazbyt emocjonalnie na wydarzenia, które kilka lat później niemal odchodzą w zapomnienie. Liban, Panama, Kuwejt, Somalia, Haiti, Bośnia i Kosowo wydawały się w swoim czasie odgrywać niezwykle ważne, a nawet decydujące znaczenie. W rzeczywistości niewielu Amerykanów o nich pamięta - a jeśli pamięta, nie potrafi jasno sprecyzować, co tak naprawdę wciągnęło Stany Zjednoczone w konflikt. Emocje chwili szybko się wypalają.
Druga strona tego zjawiska jest taka, że Libańczycy, Panamczycy, Kuwejtczycy, Somalijczycy, Bośniacy i Kosowianie długo pamiętają o swoich perturbacjach z amerykańską potęgą. To, co dla Stanów Zjednoczonych jest przemijającym zdarzeniem, staje się momentem przełomowym w historii innych krajów. Tutaj odkrywamy pierwszą i zasadniczą asymetrię XXI stulecia. Stany Zjednoczone mają globalne interesy i angażują się w wiele lokalnych potyczek. Dla nich żadne zaangażowanie nie jest ostateczne. Jednak dla krajów, które są przedmiotem amerykańskiego zainteresowania, każda interwencja jest wydarzeniem przeobrażającym. Często kraj jest bezradny wobec amerykańskich działań, a to poczucie bezradności rodzi gniew nawet w najkorzystniejszych okolicznościach. Gniew jeszcze narasta, kiedy jego przedmiot, Stany Zjednoczone, okazuje się niewrażliwy i obojętny. W XXI stuleciu będziemy mieli do czynienia zarówno z amerykańską obojętnością na konsekwencje własnych działań, jak i z oporem oraz gniewem świata wobec Ameryki.
PODSUMOWANIE
W miarę jak wojna amerykańsko-islamska zbliża się do końca, pierwszą linią obrony przeciwko islamskim radykałom stają się same państwa muzułmańskie. To one są ostatecznymi celami al Kaidy, gdyż niezależnie od swojego nastawienia wobec islamu czy Zachodu nie zamierzają jej przekazać władzy politycznej. Prędzej wykorzystają swoją potęgę - wywiad, służby bezpieczeństwa i potencjał wojskowy - żeby zgnieść al Kaidę.
Stany Zjednoczone wygrywają, dopóki al Kaida przegrywa. Świat islamski pogrążony w chaosie, niezdolny do zjednoczenia, oznacza, że Stany Zjednoczone osiągnęły swój cel strategiczny. Od 2001 roku Stany Zjednoczone niewątpliwie wywołały chaos w świecie islamskim, budząc wrogość wobec Ameryki - i zapewne rodząc terrorystów, którzy zaatakują ją w przyszłości. Ale regionalne trzęsienie ziemi nie prowadzi do powstania regionalnego supermocarstwa. W istocie region jest bardziej podzielony niż kiedykolwiek, i to najprawdopodobniej zamyka saldo tej ery. Rezultatem będzie zapewne amerykańska klęska lub impas w Iraku i Afganistanie, a obie wojny na pozór zakończą się źle dla Stanów Zjednoczonych. Nie da się ukryć, że Amerykanie prowadzili wojnę w Iraku nieumiejętnie, niezręcznie i pod wieloma względami nieudolnie. Tak naprawdę okazali się niedojrzali, upraszczając kwestię i decydując się na użycie siły. Ale na szerszej, strategicznej płaszczyźnie nie ma to znaczenia. Dopóki muzułmanie walczą między sobą, Stany Zjednoczone wygrały swoją wojnę.
To nie oznacza, że w jakimś momencie nie może się wyłonić w świecie islamskim państwo narodowe, które stanie się regionalną potęgą i zakwestionuje interesy Stanów Zjednoczonych. Turcja jest historyczną potęgą w owym świecie i - jak zobaczymy w następnych rozdziałach - stanie się nią ponownie. Jej wzlot będzie rezultatem nie chaosu spowodowanego upadkiem Związku Sowieckiego, lecz nowej dynamiki. Gniew nie tworzy historii. Tworzy ją siła. Siła może być wspierana przez gniew, ale bierze się z bardziej fundamentalnych czynników: geografii, demografii, technologii i kultury. Wszystkie one zdefiniują amerykańską potęgę, tak jak amerykańska potęga zdefiniuje XXI stulecie.