Następczyni - Oliwia Gwizdalska

Kup ebooka

54.52 zł
45.24 zł (46,34 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Przedmowa

Cześć! Nazywam się Oliwia Gwizdalska i jestem... no właśnie, kim? Autorką powieści? Aktorką? Nauczycielką z tendencją do autodestrukcji? A może business woman, posiadającą ukryty motyw i obmyślającą najlepszy plan morderstwa? Nic z tych rzeczy! Jestem zwykłą kobietą, pracującą na etacie, wiodącą najnormalniejsze życie.

Piszę odkąd pamiętam. Proza czy poezja - nie ma to znaczenia. Liczy się tylko, aby pisać. Ćwiczyć swój umysł, ubierać myśli w słowa, kształtować swoją kreatywność i wyobraźnię w sobie tylko znane kształty. Twoja głowa jest jedynym narzędziem, jakiego potrzebujesz. Ważne, aby mieć otwarty umysł na wszelkie pomysły. Bo - tak między nami - w literaturze nie ma rzeczy niemożliwych. To, co powołasz do życia słowem, istnieje.

Ale dość o mnie. Jeżeli czytacie ten tekst to znaczy, że prawdopodobnie zakupiliście moją książkę. Dlaczego? Może jestem Wam w jakiś sposób bliska. Albo szukaliście czegoś do czytania i moja książka w jakiś sposób trafiła Wam w ręce. A może po prostu chcecie wyłapać wszystkie moje błędy lub skrytykować samą historię. I wiecie co? To też jest w porządku.

Książka, którą trzymacie w rękach bądź wyświetlacie na ekranach swoich urządzeń została przeze mnie napisana w wieku szesnastu lat. Długo się wstrzymywałam, aby pokazać ją światu, zawsze pisałam do przysłowiowej "szuflady". Ale w końcu nadszedł czas, aby podzielić się stworzoną przeze mnie historią. Od momentu napisania powieści minęło prawie trzynaście lat. Gdybym miała stworzyć podobną historię teraz, wiem, że najprawdopodobniej wyglądałaby zupełnie inaczej. Użyłabym innego stylu, języka, zmieniłabym fabułę, dodałabym wiele elementów. Ale zależało mi, żeby pozostawić ją w stanie pierwotnym. Dlaczego? - spytacie. Szczerze? Kompletnie nie mam pojęcia. Może z sentymentu i nostalgii. A może ze zwykłego uporu.

W każdym razie nie wierzyłam, że uda mi się kiedykolwiek wydać moją powieść. To tylko dowodzi tego, jak człowiek niewiele wie o przyszłości. Dlatego zaklinam Was, nie bójcie się marzyć i spełniać tych marzeń. Nawet jeżeli ma minąć aż trzynaście lat do osiągnięcia celu.

A teraz, nie przedłużając więcej, życzę Wam przyjemnej lektury!

Prolog

Niebo przybrało ciemną, granatową barwę. Noc okryła wszystko czarną płachtą, której nie rozjaśniał blask gwiazd czy światło księżyca. Nic. W królestwie Alyrii, a może i na całym świecie, zapadła cisza. Cisza wyczekiwania.

Błyskawice pojawiły się znienacka. Rozświetliły niebo, ukazując zamek w upiornym świetle. Potem zaczął padać deszcz. Ciężkie krople lądowały na ziemi z głuchym łoskotem, tworząc kałuże lub - co gorsza - wsiąkając w glebę, czego skutkiem było gęste niczym krew błoto. Następnie pojawił się wiatr. Silny i pełen energii. Usuwał wszystko, co pojawiło się na jego drodze. Był wszędzie. Rozpętała się prawdziwa nawałnica.

Huragan ciskał deszczem we wszystkie strony. Pioruny straszyły, że wedrą się do zamku, by rozpocząć wojnę ze wszystkim, nieważne - żywym czy martwym. Ale to była tylko groźba. W zachodnim skrzydle zamku toczyła się prawdziwa walka.

W komnacie płonęły świece, rozświetlając mrok nocy. Wiatr trząsł złowrogo okiennicami. Ciszę mącił dźwięk zawieruchy na zewnątrz i rozlegający się od czasu do czasu głośny krzyk. Wysoki wrzask, pełen bólu, który mogła wydać tylko jakaś nadprzyrodzona istota, przenikał ciało o wiele bardziej niż ziąb, który panował w pomieszczeniu.

- Pani, słyszysz mnie? - stara kobieta pochyliła się nad o wiele młodszą, która krzyknęła kolejny raz - Już prawie, Wasza Wysokość. Niedługo będzie po wszystkim. Jeszcze troszeczkę.

- Nie dam rady.... - głos królowej był jak zefirek. Ulotny i słaby.

- Obmyj jej czoło - rozkazała stara akuszerka swojej pomocnicy. Tamta, ledwie podlotek, szybko spełniła polecenie.

- Teraz, Wasza Wysokość. Teraz!

Kobieta leżąca na łożu wrzasnęła, ale zaczęła przeć. Włożyła w to całą swoją siłę i nadzieję. Po jej twarzy spływały pot i łzy, łącząc się ze sobą w dzikim tańcu. Pragnęła teraz tylko usłyszeć kwilenie nowonarodzonego dziecka. Spazmy bólu przeszywały jej ciało raz po raz, powodując kolejne krzyki.

- Mocniej, Wasza Wysokość. Mocniej!

Starała się, naprawdę się starała. Ale nie miała tyle siły, a z każdym kolejnym wysiłkiem, jaki wkładała w wydanie dziecka na świat, słabła. Poczuła na czole chłodną szmatkę. Dyszała ciężko, jej twarz była rozpalona, a ciało wycieńczone. Nie wiedziała, jak długo jeszcze jest w stanie wytrzymać.

Akuszerka pierwsza uświadomiła sobie, że coś jest nie tak. Nie chodziło o to, że dziecko nie chciało przyjść na świat. Ono po prostu nie mogło.

- Źle się ułożyło - akuszerka spojrzała na twarz swojej królowej. Strach ścisnął starą kobietę za gardło. Oblicze władczyni lśniło od potu, spojrzenie miała ledwo przytomne - Pani, spróbuję je przekręcić, ale jest w takiej pozycji, że... - zawiesiła głos.

Ciężarna wiedziała, o co chodzi. Mimo obezwładniającego bólu wyczytała to w twarzy pochylającej się nad nią kobiety, dostrzegła grozę czającą się głęboko w jej oczach. Przyszedł czas wyboru. Jeśli chodzi o nią, decyzja była prosta. Akuszerka dostrzegła to w jej twarzy i zaciśniętych ustach - determinację.

- Lera, biegnij po króla. Natychmiast!

Młodej pomocnicy nie trzeba było powtarzać dwa razy. Rzuciła szmatkę, którą ocierała władczyni czoło i wybiegła z pomieszczenia. Akuszerka nakazała królowej oddychać głęboko, ale ta zamiast tego złapała ją za rękę.

- Ratuj... ratuj dziecko - wydyszała - To nie jest prośba.

Stara kobieta zawahała się. Jednak jedno spojrzenie w oczy władczyni, ślady zębów na bladych wargach i zduszony krzyk bólu, wywołany przez kolejny skurcz, sprawiły, że wiedziała co powinna zrobić. Powoli, z powagą skinęła głową i zabrała się do wykonania swojej powinności.

Była opanowana, tego wymagało jej zajęcie. Mimo wątpliwości zrobiła to, czego od niej wymagano i już po chwili w komnacie rozległo się kwilenie dziecka. Zawinęła je w czyste prześcieradło i w tym samym czasie do pomieszczenia wpadła Lera, krzycząc, że król już biegnie - i to dosłownie. Kiedy młoda dziewczyna zobaczyła dziecko zapiszczała z wrażenia, a jej twarz rozjaśniła się. Za chwilę jednak zbladła, zobaczywszy swoją władczynię, leżącą bez ruchu na wielkim łożu. Jej oczy rozszerzyły się z przerażenia.

W tym momencie król wbiegł do komnaty. Rozejrzał się roztargniony. Pierwsze, co zobaczył, to szok na twarzy młodziutkiej pomocnicy. Sama akuszerka miała na swoim obliczu wypisany taki smutek, że władca poczuł, jak wszystkie wnętrzności zaplątują mu się w supeł.

- To dziewczynka, Wasza Wysokość - powiedziała stara kobieta drżącym głosem, wyciągając ku niemu płaczące niemowlę. Mężczyzna nawet nie spojrzał na dziecko. Jego twarz kolorem przypominała marmur. Ruszył na chwiejnych nogach do łoża, gdzie spoczywała jego żona. Upadł na kolana i złapał jej bezwładne ręce. Podniósł je do ust i ucałował. A potem gorzko zapłakał.

W taki właśnie sposób przyszła na świat Królewska Córa.

Mam na imię Deirdre, a to moja historia.

Rozdział 8

Przybyłem do Irveronu, by szukać pomocy. Miałem ze sobą tylko nadzieję. Wznosiłem modły do bogów, aby nie otrzymać odmowy pomocy - pomocy, której potrzebowałem. I otrzymałem ją.

- Zawalił się wąwóz pomiędzy Alyrią, a Gelonem - powiedział lord Borund - Pojedynczy człowiek ma szansę przejść tamtędy, ale wozy kupieckie i karawany niestety nie. Nasz trakt kupiecki z królem Torvolem został zerwany i musimy szybko coś z tym zrobić, ponieważ w większości to on dostarczał broni naszym rycerzom i żelazo do jej wykuwania. Śmiem twierdzić, że bez niego nasza armia może upaść. Nie możemy do tego dopuścić. Wychodzę z założenia, a myślę, że lord Sankess, Wielki Mistrz Rycerski, zgodzi się ze mną, że wyposażenie rycerza jest podstawą każdego królestwa. Wojna nadchodzi nieoczekiwanie i musimy na to zważać. Oczywiście, miecze i zbroje są również produkowane w Irveronie, ale spójrzmy prawdzie w oczy, w tym mieście nie ma wielu dobrych kowali. Jednym z nich jest Inekh, ale nie może wykuwać broni dla każdego naszego rycerza, nawet jeśli zapłacimy mu sto sztuk złota za jeden miecz.

- Co zatem proponujesz, Borundzie?

- Najlepszym wyjściem jest stworzenie nowego traktu kupieckiego. Można też spróbować naprawić szkody, jakich doznał obecny, ale będzie to kosztowne i trudne. Istnieje nieuczęszczana droga. Tutaj - Borund wskazał jakieś miejsce na rozłożonej na stole mapie - Kiedyś tędy prowadził szlak kupiecki. Był używany dwa stulecia temu. Od kiedy jednak powstał nowy, łatwiejszy i krótszy, zaniechano podróży tą drogą. Zapewne obszar jest zarośnięty, ale przy odrobinie chęci i złota zdołamy doprowadzić go do stanu używalności.

- A czy jest bezpieczny?

- Jak najbardziej, Wasza Wysokość.

- W takim razie dobrze. Lordzie Borundzie, lordzie Sanksessie, wy dwoje się tym zajmiecie. Przy okazji może warto zamienić słówko z tym Inekhiem, czy nie zechciałby się podjąć produkowania większej ilości broni i zbroi? Oczywiście za odpowiednią opłatą. Warto być przygotowanym na podobne sytuacje.

- Oczywiście - lord Borund skłonił głowę.

- Tathysie?

- Wasza Wysokość - odezwał się Tathys Varny - skarbiec królewski znajdzie środki na dokonanie tego wszystkiego, jednakże musimy uważać i nie szastać tym, co mamy. Jest dobrze, ale mogłoby być lepiej i na razie zalecałbym raczej skąpstwo. Dla dobra królestwa, oczywiście.

- Rozumiem. Daj im tyle, ile potrzebują, ale tak, aby nie popaść w żadne długi.

- Oczywiście, Wasza Wysokość.

- Czy to wszystko na dzisiaj?

- Jeszcze jedna sprawa, Wasza Wysokość - odezwał się lord Jellyn - Nowy cieśla zbudował okręt. Szczyci się nim na prawo i lewo, trudno jednak się dziwić, jest naprawdę wspaniały. Chciałby nazwać statek imieniem Waszej Wysokości. Wiem, że to wielce niestosowna prośba, uważam jednak, że Wasza Wysokość powinien ją rozważyć. Okręt zapiera dech w piersiach.

- Podaj mi jego namiary, a ja odwiedzę go niebawem i obejrzę okręt. Jeśli jest tak wspaniały jak mówisz, wtedy się zastanowię.

- Jak sobie życzysz, panie - lord Jellyn skłonił głowę.

- Dobrze. Deirdre, co o tym sądzisz?

Drgnęłam. Ojciec zwrócił się bezpośrednio do mnie, co nie miało jeszcze miejsca na żadnym posiedzeniu. Poczułam przypływ dumy, którą po chwili zastąpiła niepewność. Nie byłam obeznana w wielu sprawach, a nie chciałam wykazać się brakiem owej wiedzy, nie w towarzystwie Rady Starszych.

- Uważam - zaczęłam ostrożnie - że wszystko, co tutaj padło, jest właściwe. Jednakże - ciągnęłam pewniej - przyszła mi do głowy pewna myśl. Broń jest istotnie niezwykle ważna. Zostało wspomniane, że ów Inekh jest najlepszym kowalem. Czy ma jakichś czeladników?

- Nie wydaje mi się - lord Sankess zmarszczył brwi - Ma syna, którego zamierza uczyć swego rzemiosła, ale chłopiec ma obecnie zaledwie dwa latka.

- Co sugerujesz, pani? - spytał Borund.

- Wyślijcie kilka osób na nauki do niego. Jeśli jest tak dobry jak powiadacie, nauczy ich tego, co sam potrafi. Będziemy mieć nie jednego, a kilku dobrych kowali, którzy będą mogli się poszczycić tworzeniem broni i zbroi dla rycerzy. Jeśli mogę coś zasugerować... - zawiesiłam głos, ale ojciec machnął ręką, abym kontynuowała - ... w Dzielnicy jest mnóstwo bezdomnych chłopców. Żebrzą i kradną, bo tylko to znają i potrafią. Jeśli zostaliby uczniami kowala, mieliby jakiś cel, a także zaczęli nowe, lepsze życie. W dodatku...

- ... spadłaby przestępczość w Irveronie - dokończył lord Borund - Pani, jesteś nadzwyczaj mądra.

- Zwykła spekulacja - wzruszyłam ramionami, ale w środku pęczniałam z dumy. Zwłaszcza widząc pełne uznania spojrzenie ojca.

Mój pomysł został zaaprobowany i cotygodniowa narada dobiegła końca. W głębi ducha odetchnęłam z ulgą. Odkąd zostałam Następczynią, ojciec kazał mi brać udział we wszelkich spotkaniach Rady Starszych. W większości jednak okropnie się nudziłam. Jedynym ciekawym zajęciem było obserwowanie Vitalia. Czasem również dostrzegałam na sobie jego wzrok. W tych momentach zbierałam całą godność na jaką było mnie stać i udawałam, że wcale nie przypatrywałam mu się przez ten cały czas. Bawiło mnie również to, jak moja obecność wpływa na Wielkiego Kapłana. Najpierw otwierał kilka razy usta i zamykał, jakby chciał się sprzeciwić, ale bał się to uczynić. Potem odwracał się ode mnie, udając wyższość i nie zaszczycając spojrzeniem. Wtedy uśmiechałam się do niego szeroko, tak aby to zobaczył. Jego twarz robiła się czerwona, a ciało dygotało ze złości. W tym momencie zawsze miałam ochotę wybuchnąć śmiechem, ale powstrzymywałam się ze względu na oficjalny charakter spotkań.

- Dobrze się spisałaś, moje dziecko - odezwał się ojciec, kiedy zostaliśmy sami - Chodź, posilimy się, a później potowarzyszysz mi na audiencji.

Posiłek był skromny, biorąc pod uwagę gusta mojego ojca i jego żony. Nathaira dołączyła do nas. Cały dzisiejszy dzień spędziła ze swoimi Towarzyszkami na robótkach ręcznych i haftowaniu.

- Jak było na naradzie? - spytała, kiedy usiedliśmy wszyscy przy wielkim stole. Ojciec wyjaśnił jej podjęte decyzje, podczas gdy kilkoro służących podeszło, aby podać jedzenie. Gulasz z jagnięciny, kaczka z orzechami i cynamonem i mój przysmak, pieczone gruszki w miodzie. Do tego ja i Nathaira dostałyśmy kielich czerwonego wina, a ojciec kufel najlepszego ale.

Po skończonym posiłku razem z ojcem udaliśmy się do Sali Tronowej. Czekała nas audiencja. Król udzielał jej od czasu do czasu wszystkim swoim poddanym. Było to wydarzenie otwarte, więc każdy mógł zjawić się przed obliczem władcy i prosić o posłuchanie. Zjawiali się nie tylko pomniejsi lordowie z Alyrii, wielkie damy, arystokracja czy rycerze, ale również kupcy, wieśniacy, żebracy, a nawet prostytutki. Ojciec zasiadł na Kamiennym Tronie, a ja obok, na siedzisku z czerwonego jedwabiu. Król skinął głową strażnikom na znak, że jest gotowy i audiencja rozpoczęła się.

Sprawy dotyczyły najrozmaitszych sfer ludzkiego życia. Tutaj ktoś kogoś zabił, klient nie zapłacił za towar, pobito brata, który jest na skraju śmierci. Patrzyłam na tych ludzi, bezradnych i szukających pomocy u króla. Młode kobiety płakały rzewnymi łzami, padały na kolana i całowały stopy władcy, mężczyźni byli pewni siebie i stanowczy w swoich prośbach, staruszkowie załamywali ręce, uginając się w ukłonach. Ale wszyscy mieli w oczach to samo. Nadzieję. Szukali pomocy, swego rodzaju ratunku i wierzyli, że król jest na tyle litościwy i sprawiedliwy, że jest w stanie uśmierzyć ich ból. Był dla nich niczym bóg, jak niegasnące światło, jak ten, który daje, nie pragnąc nic w zamian oprócz lojalności i miłości. A jeśli ktokolwiek z tych, którzy przybyli dzisiejszego dnia, był przeciwny mianowaniu mnie Następczynią, nie okazał tego. Patrzyli na mnie z szacunkiem i każdy, bez wyjątku, skłaniał głowę przed moją osobą. Uśmiechałam się do nich i myślę, że to właśnie ten gest zapewnił mi ich przychylność. Nie odzywałam się, ale obdarzałam ich współczuciem, które budziło się gdzieś w środku i pragnęło ujścia, zwłaszcza kiedy patrzyłam na tych brudnych, ubranych w łachmany ludzi. Mężczyźni mieli ogorzałe od słońca i wiatru twarze i spracowane dłonie, a kobiety tuliły do piersi dzieci. Te, które przyszły z noworodkami, prosiły o moje błogosławieństwo, zwłaszcza jeśli maleństwa były dziewczynkami. Uważałam, że nie mam prawa robić czegoś takiego, ale nie odmówiłam ani razu.

Nadszedł wieczór. Byłam już zmęczona, a ludzie wciąż przybywali. W końcu przyszedł ostatni człowiek. Mężczyzna zbliżył się niepewnie.

- Wasza Wysokość - padł na kolana - Pani.

Zmrużyłam oczy. Coś mi mówiło, że ten człowiek przebył długą drogę, aby tutaj dotrzeć. Był zdyszany, a dłonie mu drżały, ale głos był pełen siły.

- Powstań - odezwał się ojciec. Poddany zrobił to i spojrzał królowi prosto w oczy - Jak cię zwą i co cię sprowadza?

- Mam na imię Kosma, Wasza Wysokość. Pochodzę z Bimderu. Kilka dni temu zaatakowano nas. Moja żona i dzieci, sąsiedzi... wszystkich wyrżnięto - przełknął ślinę.