Naśladowca - Nadine Matheson

Kup ebooka

35.92 zł
28.02 zł (22,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Pro­log

Go­dzina szó­sta czter­dzie­ści cztery, na­brzeże Gre­en­wich, od­pływ. Ma­xwell Tho­mas spa­ce­ruje z psem nad rzeką. Nie spo­dziewa się, że znaj­dzie ludz­kie szczątki. Stąpa po sza­rej gli­nie, mo­krych oto­cza­kach i odłam­kach szkła, omi­ja­jąc ka­wałki drewna i wy­rzu­cone opony sa­mo­cho­dowe. Gdy spusz­cza Pe­trę ze smy­czy, za­uważa, jak pro­mie­nie słońca od­bi­jają się od ja­kie­goś przed­miotu na ziemi. Schyla się i ostroż­nie pod­nosi bły­skotkę. Wczo­raj zna­lazł śre­dnio­wieczną szpilkę i rzym­ską mo­netę. Tym ra­zem to tylko po­ła­mane ogniwa łań­cuszka od korka do wanny. Roz­cza­ro­wany pro­stuje się i wi­dzi, że jego pies za­wzię­cie wę­szy w bło­cie. Jest ko­niec lata. Fala upa­łów trwa nie­prze­rwa­nie, tem­pe­ra­tura po­woli ro­śnie. Ma­xwell ociera kro­ple potu z czoła. Ko­szulka przy­kleja się do fał­dów tłusz­czu na brzu­chu. O szó­stej czter­dzie­ści osiem pod­cho­dzi do suczki i wi­dzi, co przy­kuło jej uwagę.

- Jezu święty. Ja pier­dolę.

Od­ciąga psa za ob­rożę. Bły­ska­wicz­nie uwal­nia się ad­re­na­lina, serce ło­mo­cze w uszach. Te same uczu­cia to­wa­rzy­szyły mu wczo­raj przy zna­le­zie­niu rzym­skiej mo­nety. Cie­ka­wość i eks­cy­ta­cja, które te­raz szybko zni­kają. Ogar­niają go obrzy­dze­nie i strach, do­pa­dają silne mdło­ści. Trzę­sącą się dło­nią wyj­muje te­le­fon. Ko­mórka upada na mo­kry żwir. Ma­xwell wy­ciera ekran o dżinsy, spraw­dza, czy obiek­tyw apa­ratu jest czy­sty. Fo­to­gra­fuje od­ciętą rękę.

Pół­tora ki­lo­me­tra da­lej He­ather Ro­szicky, pro­fe­sor ar­che­olo­gii, nad­zo­ruje grupę stu­den­tów dru­giego roku, któ­rzy koń­czą prace te­re­nowe nad rzeką w miej­scu daw­nej stoczni Dept­ford. He­ather opiera się o mur, spo­gląda na ze­ga­rek i wzdy­cha. Do ko­lej­nego przy­pływu po­zo­stały jesz­cze cztery go­dziny, ona jed­nak chęt­nie by już stąd po­szła i wró­ciła do swo­jego ga­bi­netu. Musi do­piąć osta­teczną wer­sję książki o schyłku wy­ko­pa­lisk nad Ta­mizą, za­nim wy­dawca spełni obiet­nicę, że ją za­mor­duje. Już dwu­krot­nie prze­su­wała ter­min i wy­dała całą za­liczkę.

Ci­szę prze­rywa krzyk. He­ather wi­dzi bie­gnącą w jej stronę stu­dentkę, dziew­czynę o imie­niu Shui. Po­zo­stali co­fają się od omsza­łych ka­mieni, He­ather zaś ru­sza ku dziew­czy­nie, która po­tyka się o ka­wa­łek drewna i upada na zie­mię.

- Co się stało? - pyta.

Shui kręci głową i za­czyna pła­kać, He­ather po­maga jej wstać. Stu­denci roz­ma­wiają gło­śno i wszy­scy na­raz zbli­żają się do pro­fe­sorki. Ktoś chwyta ją za ra­mię i cią­gnie w kie­runku gni­ją­cych stopni promu. Gdy He­ather spo­gląda na stocz­niowy ba­sen wy­peł­niony mętną wodą, czuje, jak w jej gar­dle wzbiera krzyk. Mię­dzy czar­nymi i zie­lon­ka­wymi frag­men­tami roz­trza­ska­nego drewna wi­dzi bez­głowy ludzki kor­pus.

Chri­stian Ma­tei, mon­ter me­bli ku­chen­nych, idzie w stronę Nel­son Mews, ostat­niego za­ułka przy Wa­ter­gate Street w Dept­ford. Rzeka jest nie­da­leko, wy­daje mu się, że sły­szy krzyk ko­biety, ale w tym sa­mym mo­men­cie jego uwagę od­wraca dźwięk fał­szu­ją­cej trąbki. Do­tarł­szy do domu pod nu­me­rem pięt­na­ście, otwiera furtkę i wy­rzuca pu­sty ku­bek po ka­wie do śmiet­nika na pod­jeź­dzie.

- Cho­lera - klnie w swoim oj­czy­stym al­bań­skim, po­nie­waż ku­bek od­bija się od ku­bła i lą­duje na ziemi. Gdy Chri­stian schyla się, by go pod­nieść, za­uważa coś ką­tem oka. Pół me­tra da­lej krąży nad czymś chmara much. Kawa zmie­szana z so­kami żo­łąd­ko­wymi pod­cho­dzi mu do gar­dła. Wy­mio­ciny lą­dują na mu­chach ob­sia­da­ją­cych od­ciętą ludzką nogę w po­cząt­ko­wym sta­dium roz­kładu.

Roz­dział 2

- Ile mamy czasu do przy­pływu? - za­py­tała Hen­ley zwró­cona twa­rzą do rzeki, ob­ser­wu­jąc, jak drobne fale roz­bi­jają się o zruj­no­wane molo. Zer­k­nęła na ze­ga­rek. Od pierw­szego zgło­sze­nia upły­nęły pra­wie dwie go­dziny.

- Spraw­dzi­łem w In­ter­ne­cie: mak­si­mum przy­pływu przy­pada za pięć dzie­siąta - od­parł Ra­mo­uter, omi­ja­jąc czę­ściowo za­nu­rzoną w wo­dzie oponę. Jego oczy szkliły się z nie­po­koju. - Od­pływu: pięt­na­ście po trze­ciej. Słońce wze­szło o szó­stej trzy­dzie­ści dwie. Ktoś miał trzy go­dziny na pod­rzu­ce­nie ciała i na­dzieję, że zo­sta­nie zna­le­zione jesz­cze przed przy­pły­wem.

- Być może - przy­znała Hen­ley. - Ale rów­nie do­brze mo­gło zo­stać po­rzu­cone po wscho­dzie słońca albo gdzieś da­lej, w gó­rze rzeki, a prąd zniósł je aż tu­taj. - Uważ­nie po­wio­dła wzro­kiem po szkla­nej fa­sa­dzie za­bu­do­wań Bor­th­wick Wharf, pu­stych prze­strze­niach han­dlo­wych i biu­ro­wych wy­cho­dzą­cych na ta­ras, gdzie nie było ka­mer mo­ni­to­ringu. Wąt­piła, by ka­mery in­sta­lo­wane przez lo­kalny sa­mo­rząd obej­mo­wały tę część ulicy. Ta oko­lica Dept­ford była za­nie­dby­wana, od­kąd się­gała pa­mię­cią.

- Czy ktoś do­ty­kał ciała? - za­py­tała An­thony'ego, który zja­wił się u jej boku.

- We­dle mo­jej wie­dzy: nie. W każ­dym ra­zie nie ru­szała go ko­bieta, która je za­uwa­żyła. Ma­tei, ten ro­bot­nik bu­dow­lany, po­wie­dział, że nie tknął nogi, ale nie­stety zwy­mio­to­wał na nią, co z pew­no­ścią nie uła­twia nam sprawy. Za­nim tu przy­je­cha­łem, spoj­rza­łem na ręce zna­le­zione nieco da­lej w dół rzeki. Na pierw­szy rzut oka wy­daje się, że mo­gli przy nich maj­stro­wać po­szu­ki­wa­cze skar­bów.

- Za­wsze znaj­dzie się ktoś taki.

Wiatr ustał, po­wie­trze ci­chutko trzesz­czało od elek­trycz­no­ści z po­bli­skiej tra­fo­sta­cji.

- Ogra­ni­czamy za­bez­pie­cza­nie do­wo­dów do trasy wio­dą­cej od uliczki do miej­sca zna­le­zie­nia kor­pusu - po­in­for­mo­wał An­thony. - Wąt­pię, by sprawca już po wszyst­kim usiadł so­bie spo­koj­nie z kub­kiem kawy.

- Może kawy nie wy­pił, ale je­śli trzy­mać się pro­po­no­wa­nej przez Ra­mo­utera teo­rii, ten, kto pod­rzu­cił tu czę­ści ciała, z pew­no­ścią do­brze zna rzekę - od­parła Hen­ley. - Nie bę­dziemy ci prze­szka­dzać. Prze­spa­ce­ru­jemy się z Ra­mo­ute­rem.

- Do­kąd idziemy? - za­py­tał Ra­mo­uter.

- Spo­tkać się z Eastwood.

- Chcesz tam iść na pie­chotę?

Hen­ley ro­biła, co mo­gła, by ode­pchnąć od sie­bie uczu­cie fru­stra­cji. Ra­mo­uter wy­jął te­le­fon.

- We­dług map Go­ogle'a molo w Gre­en­wich jest po­nad pół­tora ki­lo­me­tra stąd - oznaj­mił.

- Twój roz­sie­wacz po­sie­ka­nych zwłok nie jest je­dy­nym, który zna rzekę! - krzyk­nął An­thony za od­da­la­jącą się zde­cy­do­wa­nym kro­kiem Hen­ley.

Złote zwień­cze­nia dwóch ko­puł na da­chu Kró­lew­skiej Wyż­szej Szkoły Ma­ry­narki Wo­jen­nej prze­szy­wały bez­chmurne niebo. Na­gie maszty od­re­stau­ro­wa­nego kli­pera Cutty Sark do­peł­niały hi­sto­ryczną pa­no­ramę, z któ­rej sły­nie Gre­en­wich. Ta olśnie­wa­jąca, wy­bie­lona wer­sja hi­sto­rii kon­tra­sto­wała z wy­rzu­ca­nymi na brzeg nie­czy­sto­ściami. W pew­nym mo­men­cie Hen­ley za­trzy­mała się, zdała so­bie bo­wiem sprawę, że nie sły­szy od­głosu skó­rza­nych po­de­szew Ra­mo­utera śli­zga­ją­cych się na mo­krym żwi­rze.

- Skąd je­steś? - za­py­tała, cze­ka­jąc, aż Ra­mo­uter zdej­mie ma­ry­narkę i roz­luźni kra­wat. Gdy po­ziom wody w rzece za­czął stop­niowo się pod­no­sić, przy­su­nęła się bli­żej po­ro­śnię­tego mchem muru.

- Uro­dzi­łem się w West Brom­wich. W wieku dwu­na­stu lat prze­pro­wa­dzi­łem się do Brad­ford. - Ra­mo­uter pró­bo­wał otrze­pać spodnie z przy­kle­jo­nego do nich błota, ale tylko je roz­ma­zał. - Dużo wrzo­so­wisk, żad­nych rzek. Sa­mo­cho­dem by­łoby o wiele szyb­ciej.

- Tak jest szyb­ciej. Chyba że lu­bisz stać przez pół go­dziny w korku, cze­ka­jąc na pod­nie­sie­nie mo­stu na Creek Road.

- Do­brze znasz tę oko­licę?

Hen­ley po­mi­nęła to py­ta­nie mil­cze­niem. Nie wi­działa sensu w tłu­ma­cze­niu, że mo­głaby po­ko­nać tę trasę z za­mknię­tymi oczami. Że była nie­mal zro­śnięta z tą czę­ścią po­łu­dniowo-wschod­niego Lon­dynu.

- Ten, kto po­rzu­cił kor­pus, wy­brałby wła­śnie tę drogę. Nie scho­dziłby do rzeki po to, żeby póź­niej wró­cić na po­ziom ulicy i pod­je­chać na Wa­ter­gate Street. Tu­taj w dole byłby mało wi­doczny. Oświe­tle­nie by­łoby mi­ni­malne.

- Czę­ści ciała sporo ważą - na­po­mknął Ra­mo­uter, sta­ra­jąc się do­trzy­mać Hen­ley kroku. - Ludzka głowa to cię­żar co naj­mniej czte­rech ki­lo­gra­mów.

- Wiem. - Wy­jęła dzwo­niącą ko­mórkę. Spraw­dziw­szy nu­mer, nie ode­brała.

- Głowa, tu­łów, ręce, nogi. W su­mie sześć osob­nych ka­wał­ków.

- To też wiem. Po­wiedz, do czego wła­ści­wie zmie­rzasz? - Hen­ley za­cze­kała, aż Ra­mo­uter ją do­goni, a na­stęp­nie prze­su­nęła go w stronę muru opo­ro­wego, jak gdyby opie­ko­wała się dziec­kiem.

- Mó­wię tylko, że to spory cię­żar, jak na tasz­cze­nie go tam i z po­wro­tem o trze­ciej nad ra­nem. - Przy­sta­nął i oparł się o mur, pró­bu­jąc zła­pać od­dech.

Hen­ley nie przy­znała mu otwar­cie ra­cji. Z kie­szeni ża­kietu wy­jęła czarną gumkę i zwią­zała w koń­ski ogon gę­ste czarne loki. Za­po­mniała, ile ener­gii wy­maga marsz po po­chy­łym brzegu rzeki. Co gor­sza, czuła się psy­chicz­nie nie­przy­go­to­wana do cze­ka­ją­cego ją za­da­nia, zwłasz­cza że usi­łu­jący za nią na­dą­żyć sta­ży­sta nie miał po­ję­cia, że to jej pierw­sze nie­mal od roku wy­stą­pie­nie w cha­rak­te­rze star­szej śled­czej.

- Po­nura hi­sto­ria, co? - za­wo­łała Ro­xanne Eastwood z wy­działu śled­czego, gdy Hen­ley do­tarła wresz­cie na pierw­sze miej­sce zbrodni. - Dzień do­bry, Ra­mo­uter. Tra­fiła ci się nie­zła fu­cha na po­czą­tek.

Hen­ley za­wsze uwa­żała, że Eastwood wy­gląda i za­cho­wuje się jak praw­dziwy de­tek­tyw. Stała na brzegu rzeki z pewną miną, pod­wi­nęła rę­kawy ża­kietu, w ręku trzy­mała no­tat­nik. Przy­go­to­wała się do pracy w tych wa­run­kach: jej dżinsy oraz te­ni­sówki pa­mię­tały lep­sze czasy.

- Dzień do­bry, Eastie. Jak się czu­jesz poza biu­rem? - za­py­tała Hen­ley, a jej wzrok po­wę­dro­wał ku tech­ni­kowi, który wkła­dał od­ciętą rękę do czar­nego worka.

- To ja po­win­nam cię o to za­py­tać - od­parła Eastwood z za­tro­skaną miną.

Hen­ley mil­cząco do­ce­niła ten wy­raz em­pa­tii i po­ło­żyła dłoń na ra­mie­niu Eastwood.

- Ale skoro py­tasz, czuję się par­szy­wie. Chyba się spie­kłam. - Eastwood prze­su­nęła dło­nią po za­czer­wie­nio­nym czole. - Tech­nicy kry­mi­na­li­styki będą się stąd za chwilę zwi­jać. Nie mają tu zbyt wiele do ro­boty. Za­pa­ko­wać, ozna­czyć i po za­wo­dach.

- Gdzie jest pan Tho­mas?

- Kiedy wi­dzia­łam go ostat­nio, nasz po­szu­ki­wacz skar­bów zmie­rzał w stronę skle­pów. Twier­dził, że musi ku­pić wodę dla psa. - Eastwood po­krę­ciła głową, naj­wy­raź­niej nie wie­rząc w ani jedno słowo męż­czy­zny. - Wy­sła­łam za nim po­li­cjanta, żeby go miał na oku. Nie zdzi­wi­ła­bym się, gdyby się oka­zało, że fa­cet wrzu­cił już na In­sta­gram zdję­cia swego zna­le­zi­ska.

- Niech go za­wiozą do ko­mi­sa­riatu. Ra­mo­uter może spi­sać jego ze­zna­nia. - Hen­ley po­wie­działa to ce­lowo, żeby sta­ży­sta wie­dział, kto tu rzą­dzi. - Je­śli jest ty­po­wym zbie­ra­czem, to krę­cił się tu od świtu, cze­ka­jąc na od­pływ. Gdzie do­kład­nie zna­lazł ręce?

- Tam. - Eastwood zsu­nęła na nos oku­lary prze­ciw­sło­neczne i wska­zała spie­nione fale po­zo­sta­wione przez tram­waj wodny. Za­zna­czone miej­sce zna­la­zło się już pod wodą. W miarę jak rzeka od­zy­ski­wała swoje te­ry­to­rium, w po­wie­trzu wy­czu­wało się po­śpiech i na­pię­cie.

- Mó­wił coś jesz­cze?

- Tylko tyle, że drugą rękę zna­lazł mniej wię­cej metr od pierw­szej.

- Po nitce do kosz­mar­nego kłębka - skwi­to­wała Hen­ley.

- Na­wet mi nie mów. A nim za­py­tasz o mo­ni­to­ring, mają tu mnó­stwo ka­mer...

- Tylko ani jedna nie jest skie­ro­wana na ten od­ci­nek rzeki.

- Otóż to.

Hen­ley wy­jęła dzwo­niący te­le­fon. Za­mie­niw­szy kilka słów, za­koń­czyła roz­mowę.

- To dok­tor Linh Choi. Nie zdą­ży­łeś jej po­znać, jest na­szym pa­to­lo­giem kry­mi­nal­nym. Wła­śnie przy­je­chała - wy­ja­śniła Hen­ley Ra­mo­ute­rowi i otarła pot z karku.

- Mamy więc dwie ręce, obie nogi i tu­łów - pod­su­mo­wał sta­ży­sta. - A gdzie głowa?

Do­bre py­ta­nie. Hen­ley przy­po­mi­nała so­bie, co znaj­duje się mię­dzy tymi dwiema lo­ka­li­za­cjami. Szkoła pod­sta­wowa, dwa przed­szkola i plac za­baw wśród miesz­kań i do­mów. Jesz­cze tylko bra­ko­wało, żeby na­tknięto się na głowę w pia­skow­nicy.

- Mogę szybko rzu­cić okiem? - zwró­ciła się do asy­stentki z ekipy śled­czej An­thony'ego, która przed chwilą wło­żyła od­ciętą rękę do pla­sti­ko­wego worka i za­pi­sy­wała coś w no­te­sie.

- Ja­sne. - Asy­stentka roz­pięła za­mek bły­ska­wiczny i od­su­nęła fo­lię na boki.

- Szlag... - mruk­nęła pod no­sem Hen­ley. Puls jej przy­spie­szył, żo­łą­dek wy­ko­nał salto.

- Och - wy­krztu­sił Ra­mo­uter, zaj­rzaw­szy Hen­ley przez ra­mię. Jedną rękę ob­le­piał żwir. Pa­sma wo­do­ro­stów krzy­żo­wały się na sta­rych bli­znach. I druga ręka. Szczu­pły prze­gub, pa­lec ser­deczny nieco dłuż­szy niż wska­zu­jący, po­ła­mane pa­znok­cie. Czarna skóra. Hen­ley za­dźwię­czały w uszach słowa Pel­la­cii. "Za wcze­śnie na stwier­dze­nie, czy na­leżą do jed­nej ofiary, czy ofiar jest wię­cej".

- Za­dzwoń do nad­ko­mi­sa­rza Pel­la­cii - po­le­ciła Ra­mo­ute­rowi. - Po­wiedz mu, że mamy dwie po­ten­cjalne ofiary.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

Roz­dział 1

Naj­waż­niej­sze to za­cho­wać spo­kój. Nie dać po so­bie po­znać, że działa jej na nerwy. Ko­lejny raz.

- Rob, nie mam na to czasu. Spóź­nię się do pracy - po­wie­działa Hen­ley, bio­rąc ze sto­lika klu­czyki do sa­mo­chodu.

- I w tym wła­śnie pro­blem. Ty ni­gdy...

Resztę zda­nia za­głu­szył trzask za­my­ka­nych drzwi fron­to­wych, ale znała ciąg dal­szy.

"Ty ni­gdy nie masz czasu. Za­wsze sta­wiasz pracę na pierw­szym miej­scu".

Ko­mi­sarz An­je­lica Hen­ley spoj­rzała za sie­bie na sze­re­gowy dom ze świeżo po­ma­lo­wa­nymi na nie­bie­sko drzwiami. Za­sta­na­wiała się - nie po raz pierw­szy - jak to o niej świad­czy, że chęt­niej zaj­muje się gwał­ci­cie­lami i mor­der­cami niż wła­snym mę­żem. W lu­sterku wstecz­nym spraw­dziła swój wy­gląd. Wy­pa­dła z domu w po­śpie­chu i nie zdą­żyła za­ma­sko­wać drob­nej bli­zny na pra­wym po­liczku oraz cieni pod oczami. Dzwo­niący te­le­fon prze­rwał ser­wis dro­gowy ra­dia BBC Lon­dyn, a na wy­świe­tla­czu po­ja­wiło się na­zwi­sko roz­mówcy: Ste­phen Pel­la­cia.

- Gdzie je­steś? - po­wie­dział na dzień do­bry.

- Cóż za miłe po­wi­ta­nie. Je­stem na Dept­ford Broad­way. Będę za ja­kieś dzie­sięć mi­nut - od­parła.

- Za­wra­caj. Jedź na ko­niec Wa­ter­gate Street.

- Wa­ter­gate Street? Po co?

- Mamy sprawę. Zna­le­ziono tam kilka czę­ści ciała roz­rzu­co­nych po oko­licy. Za wcze­śnie na stwier­dze­nie, czy na­leżą do jed­nej ofiary, czy ofiar jest wię­cej. Ra­mo­uter jest już w dro­dze. Spo­tkasz się z nim na miej­scu.

Hen­ley ostro za­ha­mo­wała, po­nie­waż sku­ter wje­chał jej tuż przed ma­skę. W mgnie­niu oka po­wró­ciło na­pię­cie, skurcz prze­szył ciało.

- Dla­czego wy­sy­łasz Ra­mo­utera? - Na próżno sta­rała się ukryć gniew, który prze­bi­jał z każ­dego słowa. - Z ja­kiego po­wodu uwa­żasz, że ja...

Pel­la­cia zi­gno­ro­wał py­ta­nie.

- Prze­ślę ci ma­ilem szcze­góły z sys­temu dys­po­zy­tor­skiego.

Hen­ley ude­rzyła dło­nią w kie­row­nicę. Tylko tego bra­ko­wało, żeby ja­kiś nad­gor­liwy i nie­do­świad­czony de­tek­tyw pa­łę­tał się jej pod no­gami.

Wa­ter­gate Street, boczna wiecz­nie za­kor­ko­wa­nej Creek Road, była zwy­kle spo­kojna, ale tym ra­zem po­mimo siód­mej czter­dzie­ści rano oko­liczni miesz­kańcy otwie­rali drzwi i gro­ma­dzili się przed do­mami, za­cho­dząc w głowę, co robi na ich ulicy sznur ra­dio­wo­zów. Ga­łę­zie wi­śnio­wych drzew two­rzyły nad jezd­nią bal­da­chim, rzu­ca­jąc na nią upiorne cie­nie po­mimo pa­lą­cego słońca. Hen­ley za­par­ko­wała auto na­prze­ciwko pubu The Ad­mi­ral, w od­le­gło­ści kilku me­trów od po­li­cyj­nego kor­donu, przy któ­rym ze­brał się tłu­mek lu­dzi.

De­tek­tyw sta­ży­sta, po­ste­run­kowy Sa­lim Ra­mo­uter, stał za ta­śmą po­li­cyjną nie­da­leko ga­piów. Był ubrany w gra­na­towy gar­ni­tur, białą ko­szulę i kra­wat. Hen­ley wi­działa, jak błysz­czą w słońcu jego wy­pa­sto­wane czarne buty. Był nowy w ich ze­spole. Choć w po­li­cji pra­co­wał już od pew­nego czasu, na­dal wy­glą­dał jak żół­to­dziób nie­ska­żony rze­czy­wi­sto­ścią, o któ­rej już wkrótce przy­po­mni mu praca na uli­cach Lon­dynu.

Wcze­śniej Pel­la­cia za­po­wie­dział, że sier­żant Paul Stan­ford bę­dzie od­po­wie­dzialny za Ra­mo­utera i to on wpro­wa­dzi go w taj­niki za­wodu, nie ona. Hen­ley wła­śnie ak­tu­ali­zo­wała in­for­ma­cje w ra­por­cie CRIS[1] do­ty­czące in­nej sprawy, gdy Pel­la­cia przed­sta­wił jej Ra­mo­utera. Te­raz sta­ży­sta wy­dał się jej wyż­szy, niż go za­pa­mię­tała: pra­wie metr osiem­dzie­siąt wzro­stu. Poza tym za­pu­ścił brodę, praw­do­po­dob­nie po to, by za­ma­sko­wać swój mło­dzień­czy wy­gląd.

Ra­mo­uter naj­pierw za­ło­żył ra­miona na piersi, na­stęp­nie je opu­ścił, aż wresz­cie splótł je za ple­cami. Nie po­do­bała jej się ani ta jego prze­jęta mina, ani wi­doczny brak do­świad­cze­nia, choć sama też nie wy­glą­dała w tej chwili na­zbyt wład­czo. Miała na so­bie dżinsy, te­ni­sówki, ko­szulkę z na­dru­kiem Won­der Wo­man oraz ża­kiet, który le­żał przez ty­dzień na tyl­nym sie­dze­niu sa­mo­chodu. Ten strój bar­dziej nada­wał się do biura niż do pracy w cha­rak­te­rze star­szego ofi­cera śled­czego na miej­scu zbrodni.

* * *

- Dzień do­bry. - Ra­mo­uter wy­cią­gnął rękę.

Hen­ley zi­gno­ro­wała ten gest.

- Gdzie jest de­tek­tyw sier­żant Stan­ford? - Po­ka­zała le­gi­ty­ma­cję umun­du­ro­wa­nemu po­li­cjan­towi, który uniósł ta­śmę.

- Nie wiem. Po­le­cono mi tylko prze­ka­zać, że de­tek­tyw Eastwood jest w dro­dze na miej­sce zbrodni w Gre­en­wich wraz z umun­du­ro­wa­nymi funk­cjo­na­riu­szami oraz tech­ni­kami śled­czymi - od­parł Ra­mo­uter, wyj­mu­jąc rękę zza ple­ców i po­dą­ża­jąc za Hen­ley. Za­trzy­mali się na krótko przed Nel­son Mews 15. Dwóch tech­ni­ków kry­mi­na­li­styki w gra­na­to­wych kom­bi­ne­zo­nach ku­cało przy ziemi i zbie­rało do­wody. Trzeci stał i ro­bił zdję­cia pod­jazdu.

- Zda­jesz so­bie sprawę, do­kąd idziemy, prawda? - za­py­tała Hen­ley, gdy Ra­mo­uter do­tknął furtki.

- Po­roz­ma­wiać z pa­nem Ma­tei?

- Tak, a kiedy skoń­czymy, po­proś któ­re­goś z tech­ni­ków o ochra­nia­cze na buty, za­nim do­trzemy do scho­dów.

Dom przy Nel­son Mews 15 dzie­liła nie­wielka od­le­głość od stopni Wa­ter­gate, gdzie droga zwę­żała się i prze­cho­dziła w cia­sną uliczkę wy­bru­ko­waną ko­cimi łbami. Szli wzdłuż parku. Z boku ja­kaś star­sza ko­bieta i młoda Chinka roz­ma­wiały z po­li­cjan­tem.

- To He­ather Ro­szicky - po­in­for­mo­wał Ra­mo­uter. - Zna­la­zła...

- Wiem, co zna­la­zła.

Im da­lej w głąb uliczki, tym za­pach rzeki sta­wał się sil­niej­szy. Mie­sza­nina sta­gnu­ją­cej wody, ście­ków i oleju sil­ni­ko­wego. Hen­ley sły­szała, jak drobne fale roz­bi­jają się na ka­mie­ni­stym brzegu. Długi ciąg do­mów sze­re­go­wych gra­ni­czył z Bor­th­wick Wharf, gdzie dawne chłod­nie i za­kłady prze­twór­stwa mię­snego prze­kształ­cono w nad­rzeczne apar­ta­menty i lo­kale usłu­gowo-han­dlowe.

Na końcu ta­rasu po­ja­wił się star­szy tech­nik kry­mi­na­li­styki An­thony Tho­mas na­cią­ga­jący fio­le­towe rę­ka­wiczki z la­teksu. Hen­ley nie za­ufa­łaby ni­komu in­nemu. Nikt nie za­bez­pie­czał śla­dów tak do­brze jak on. Tho­mas był skru­pu­latny i, co naj­waż­niej­sze, lo­jalny.

Hen­ley nie pra­co­wała z nim na miej­scu zbrodni od dwóch lat. Z jed­nej z szu­fla­dek pa­mięci wy­chy­nął mgli­sty ob­raz An­thony'ego, który wpro­wa­dził ją do po­miesz­cze­nia z roz­ście­lo­nym na pod­ło­dze du­żym ar­ku­szem fo­lii. I gę­siej skórki od na­wiewu z kli­ma­ty­za­cji, który spo­wił ją lo­do­wa­tym chło­dem. Nie bar­dzo sły­szała słowa do­by­wa­jące się z ust An­thony'ego, gdy prze­cze­sy­wał jej włosy i wy­skro­by­wał brud zza pa­znokci, cze­ka­jąc, aż do­wody opadną na fo­lię u jej stóp. Czuła się bez­bronna pod­czas oglę­dzin le­kar­skich i na­no­sze­nia jej si­nia­ków oraz ska­le­czeń na mapę ciała. Tym ra­zem to ona pa­dła ofiarą zbrodni. Ta świa­do­mość ude­rzyła ją z więk­szą siłą niż nóż, który prze­bił jej brzuch. Szko­lono ją na de­tek­tywa, nie na ofiarę.

- Nie spo­dzie­wa­łem się, że spo­tkamy się w te­re­nie - po­wie­dział An­thony. - Przy­je­cha­łaś się ro­zej­rzeć?

- Na to wy­gląda - od­parła. Była mu wdzięczna, że nie ro­bił żad­nych ce­re­gieli z tego, że wi­dzi ją poza ko­mi­sa­ria­tem po raz pierw­szy od dwóch lat.

- Su­per, wra­cają dawne czasy. - Ze sto­ją­cej na ziemi skrzynki wy­jął kilka par nie­bie­skich ochra­nia­czy na obu­wie i po­dał je Hen­ley. - Kim jest twój ko­lega?

Hen­ley do­ko­nała pre­zen­ta­cji.

- Aha, no­wi­cjusz. Też mam jed­nego. - Wska­zał mło­dego męż­czy­znę sto­ją­cego nie­ru­chomo za jego ple­cami z apa­ra­tem fo­to­gra­ficz­nym w ręku. Nie­bie­ski kom­bi­ne­zon miał za­pięty po samą szyję i prze­no­sił nie­spo­kojne spoj­rze­nie z Hen­ley na An­thony'ego. - Fajna za­bawa, co? - po­wie­dział An­thony z cięż­kim wes­tchnie­niem. - Wi­dzimy się nad rzeką.

- Chodźmy - rzu­ciła Hen­ley do Ra­mo­utera. - Prze­ko­najmy się, z czym mamy do czy­nie­nia.

Hen­ley spoj­rzała na wy­ta­tu­owany kor­pus le­żący w od­le­gło­ści co naj­mniej dwóch me­trów od męt­nych wód Ta­mizy. Z ki­ku­tami nóg od­cię­tych na wy­so­ko­ści ud. Na bia­łej skó­rze po­ły­ski­wały kro­pelki wody. Tu­łów oparto o omszałe schody mię­dzy bu­twie­ją­cym, strza­ska­nym drew­nem two­rzą­cym nie­gdyś frag­ment po­mo­stu. W tej chwili była pewna tylko jed­nego: że wi­dzi ciało bia­łego męż­czy­zny z upodo­ba­niem do ta­tu­aży w stylu ja­poń­skich mang, któ­remu od­cięto nogi, prze­ci­na­jąc ko­ści udowe oraz ra­miona po­ni­żej bi­cep­sów. Cię­cia nie były gład­kie i wy­ko­nane z chi­rur­giczną pre­cy­zją jak tamte, które wi­działa kilka lat temu. Gdy po raz pierw­szy zo­ba­czyła roz­człon­ko­wane zwłoki - ręce, nogi, tu­łów i głowa osobno - po­rzu­cone pod wia­duk­tem ko­le­jo­wym w Le­wi­sham, sta­nęła jak wryta, nie­zdolna do żad­nego ru­chu. Od tam­tej pory na­uczyła się być twarda.

Gdy kuc­nęła, po­czuła na­pię­cie w łyd­kach. Głowa ofiary zo­stała od­cięta tuż po­wy­żej grdyki. Małe ka­wałki ko­ści były wbite w po­szar­paną tcha­wicę i ster­czały po­śród strzę­pów mię­śni i za­krze­płej krwi. Żół­tawy tłuszcz i tkanka łączna przy­po­mi­nały su­rowe mięso kur­czaka trzy­mane zbyt długo bez lo­dówki. Hen­ley wy­pro­sto­wała się i głę­boko wes­tchnęła. Wiatr niósł od rzeki sło­nawy za­pach zgni­li­zny. Nie po­tra­fiła od­na­leźć w mó­zgu prze­gró­dek, dzięki któ­rym mo­głaby od­dzie­lić lo­gicz­nie my­ślącą, za­har­to­waną de­tek­tyw od po­kie­re­szo­wa­nej psy­chicz­nie ko­biety o nie­za­go­jo­nych jesz­cze ra­nach, sto­ją­cej te­raz nad brze­giem rzeki.

Cof­nęła się i wró­ciła na schody Wa­ter­gate. Pró­bo­wała strzą­snąć z sie­bie kłu­jący jak igły nie­po­kój, nie umiała jed­nak po­zbyć się uczu­cia, że ten ludzki kor­pus zo­stał tu wy­sta­wiony spe­cjal­nie dla niej.

Za­pra­szamy na www.pu­bli­cat.pl
Ty­tuł ory­gi­nałuThe Jig­saw Man
Pro­jekt okładki ? ER­WAN DE­NIS
Fo­to­gra­fie na okładce? Fo­to­gra­fia­Ba­sica/E+/Getty Ima­ges
Ko­or­dy­na­cja pro­jektuNA­TA­LIA STECKA-KU­BA­NEK, KON­RAD ZA­TYLNY
Re­dak­cjaMAŁ­GO­RZATA GRO­CHOCKA
Ko­rektaUR­SZULA WŁO­DAR­SKA
Re­dak­cja tech­nicznaADAM KO­LENDA
Co­py­ri­ght ? 2021 by NJ Ma­the­son Ltd.
Po­lish edi­tion ? Pu­bli­cat S.A. MMXXIII (wy­da­nie elek­tro­niczne)
Wy­ko­rzy­sty­wa­nie e-bo­oka nie­zgodne z re­gu­la­mi­nem dys­try­bu­tora, w tym nie­le­galne jego ko­pio­wa­nie i roz­po­wszech­nia­nie, jest za­bro­nione.
All ri­ghts re­se­rved
ISBN 978-83-271-6254-0
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.
jest zna­kiem to­wa­ro­wym Pu­bli­cat S.A.
PU­BLI­CAT S.A.
61-003 Po­znań, ul. Chle­bowa 24 tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00 e-mail: of­fice@pu­bli­cat.pl, www.pu­bli­cat.pl
Od­dział we Wro­cła­wiu 50-010 Wro­cław, ul. Pod­wale 62 tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66 e-mail: wy­daw­nic­two­dol­no­sla­skie@pu­bli­cat.pl