Rozdział 2
- Ile mamy czasu do przypływu? - zapytała Henley zwrócona twarzą do rzeki, obserwując, jak drobne fale rozbijają się o zrujnowane molo. Zerknęła na zegarek. Od pierwszego zgłoszenia upłynęły prawie dwie godziny.
- Sprawdziłem w Internecie: maksimum przypływu przypada za pięć dziesiąta - odparł Ramouter, omijając częściowo zanurzoną w wodzie oponę. Jego oczy szkliły się z niepokoju. - Odpływu: piętnaście po trzeciej. Słońce wzeszło o szóstej trzydzieści dwie. Ktoś miał trzy godziny na podrzucenie ciała i nadzieję, że zostanie znalezione jeszcze przed przypływem.
- Być może - przyznała Henley. - Ale równie dobrze mogło zostać porzucone po wschodzie słońca albo gdzieś dalej, w górze rzeki, a prąd zniósł je aż tutaj. - Uważnie powiodła wzrokiem po szklanej fasadzie zabudowań Borthwick Wharf, pustych przestrzeniach handlowych i biurowych wychodzących na taras, gdzie nie było kamer monitoringu. Wątpiła, by kamery instalowane przez lokalny samorząd obejmowały tę część ulicy. Ta okolica Deptford była zaniedbywana, odkąd sięgała pamięcią.
- Czy ktoś dotykał ciała? - zapytała Anthony'ego, który zjawił się u jej boku.
- Wedle mojej wiedzy: nie. W każdym razie nie ruszała go kobieta, która je zauważyła. Matei, ten robotnik budowlany, powiedział, że nie tknął nogi, ale niestety zwymiotował na nią, co z pewnością nie ułatwia nam sprawy. Zanim tu przyjechałem, spojrzałem na ręce znalezione nieco dalej w dół rzeki. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że mogli przy nich majstrować poszukiwacze skarbów.
- Zawsze znajdzie się ktoś taki.
Wiatr ustał, powietrze cichutko trzeszczało od elektryczności z pobliskiej trafostacji.
- Ograniczamy zabezpieczanie dowodów do trasy wiodącej od uliczki do miejsca znalezienia korpusu - poinformował Anthony. - Wątpię, by sprawca już po wszystkim usiadł sobie spokojnie z kubkiem kawy.
- Może kawy nie wypił, ale jeśli trzymać się proponowanej przez Ramoutera teorii, ten, kto podrzucił tu części ciała, z pewnością dobrze zna rzekę - odparła Henley. - Nie będziemy ci przeszkadzać. Przespacerujemy się z Ramouterem.
- Dokąd idziemy? - zapytał Ramouter.
- Spotkać się z Eastwood.
- Chcesz tam iść na piechotę?
Henley robiła, co mogła, by odepchnąć od siebie uczucie frustracji. Ramouter wyjął telefon.
- Według map Google'a molo w Greenwich jest ponad półtora kilometra stąd - oznajmił.
- Twój rozsiewacz posiekanych zwłok nie jest jedynym, który zna rzekę! - krzyknął Anthony za oddalającą się zdecydowanym krokiem Henley.
Złote zwieńczenia dwóch kopuł na dachu Królewskiej Wyższej Szkoły Marynarki Wojennej przeszywały bezchmurne niebo. Nagie maszty odrestaurowanego klipera Cutty Sark dopełniały historyczną panoramę, z której słynie Greenwich. Ta olśniewająca, wybielona wersja historii kontrastowała z wyrzucanymi na brzeg nieczystościami. W pewnym momencie Henley zatrzymała się, zdała sobie bowiem sprawę, że nie słyszy odgłosu skórzanych podeszew Ramoutera ślizgających się na mokrym żwirze.
- Skąd jesteś? - zapytała, czekając, aż Ramouter zdejmie marynarkę i rozluźni krawat. Gdy poziom wody w rzece zaczął stopniowo się podnosić, przysunęła się bliżej porośniętego mchem muru.
- Urodziłem się w West Bromwich. W wieku dwunastu lat przeprowadziłem się do Bradford. - Ramouter próbował otrzepać spodnie z przyklejonego do nich błota, ale tylko je rozmazał. - Dużo wrzosowisk, żadnych rzek. Samochodem byłoby o wiele szybciej.
- Tak jest szybciej. Chyba że lubisz stać przez pół godziny w korku, czekając na podniesienie mostu na Creek Road.
- Dobrze znasz tę okolicę?
Henley pominęła to pytanie milczeniem. Nie widziała sensu w tłumaczeniu, że mogłaby pokonać tę trasę z zamkniętymi oczami. Że była niemal zrośnięta z tą częścią południowo-wschodniego Londynu.
- Ten, kto porzucił korpus, wybrałby właśnie tę drogę. Nie schodziłby do rzeki po to, żeby później wrócić na poziom ulicy i podjechać na Watergate Street. Tutaj w dole byłby mało widoczny. Oświetlenie byłoby minimalne.
- Części ciała sporo ważą - napomknął Ramouter, starając się dotrzymać Henley kroku. - Ludzka głowa to ciężar co najmniej czterech kilogramów.
- Wiem. - Wyjęła dzwoniącą komórkę. Sprawdziwszy numer, nie odebrała.
- Głowa, tułów, ręce, nogi. W sumie sześć osobnych kawałków.
- To też wiem. Powiedz, do czego właściwie zmierzasz? - Henley zaczekała, aż Ramouter ją dogoni, a następnie przesunęła go w stronę muru oporowego, jak gdyby opiekowała się dzieckiem.
- Mówię tylko, że to spory ciężar, jak na taszczenie go tam i z powrotem o trzeciej nad ranem. - Przystanął i oparł się o mur, próbując złapać oddech.
Henley nie przyznała mu otwarcie racji. Z kieszeni żakietu wyjęła czarną gumkę i związała w koński ogon gęste czarne loki. Zapomniała, ile energii wymaga marsz po pochyłym brzegu rzeki. Co gorsza, czuła się psychicznie nieprzygotowana do czekającego ją zadania, zwłaszcza że usiłujący za nią nadążyć stażysta nie miał pojęcia, że to jej pierwsze niemal od roku wystąpienie w charakterze starszej śledczej.
- Ponura historia, co? - zawołała Roxanne Eastwood z wydziału śledczego, gdy Henley dotarła wreszcie na pierwsze miejsce zbrodni. - Dzień dobry, Ramouter. Trafiła ci się niezła fucha na początek.
Henley zawsze uważała, że Eastwood wygląda i zachowuje się jak prawdziwy detektyw. Stała na brzegu rzeki z pewną miną, podwinęła rękawy żakietu, w ręku trzymała notatnik. Przygotowała się do pracy w tych warunkach: jej dżinsy oraz tenisówki pamiętały lepsze czasy.
- Dzień dobry, Eastie. Jak się czujesz poza biurem? - zapytała Henley, a jej wzrok powędrował ku technikowi, który wkładał odciętą rękę do czarnego worka.
- To ja powinnam cię o to zapytać - odparła Eastwood z zatroskaną miną.
Henley milcząco doceniła ten wyraz empatii i położyła dłoń na ramieniu Eastwood.
- Ale skoro pytasz, czuję się parszywie. Chyba się spiekłam. - Eastwood przesunęła dłonią po zaczerwienionym czole. - Technicy kryminalistyki będą się stąd za chwilę zwijać. Nie mają tu zbyt wiele do roboty. Zapakować, oznaczyć i po zawodach.
- Gdzie jest pan Thomas?
- Kiedy widziałam go ostatnio, nasz poszukiwacz skarbów zmierzał w stronę sklepów. Twierdził, że musi kupić wodę dla psa. - Eastwood pokręciła głową, najwyraźniej nie wierząc w ani jedno słowo mężczyzny. - Wysłałam za nim policjanta, żeby go miał na oku. Nie zdziwiłabym się, gdyby się okazało, że facet wrzucił już na Instagram zdjęcia swego znaleziska.
- Niech go zawiozą do komisariatu. Ramouter może spisać jego zeznania. - Henley powiedziała to celowo, żeby stażysta wiedział, kto tu rządzi. - Jeśli jest typowym zbieraczem, to kręcił się tu od świtu, czekając na odpływ. Gdzie dokładnie znalazł ręce?
- Tam. - Eastwood zsunęła na nos okulary przeciwsłoneczne i wskazała spienione fale pozostawione przez tramwaj wodny. Zaznaczone miejsce znalazło się już pod wodą. W miarę jak rzeka odzyskiwała swoje terytorium, w powietrzu wyczuwało się pośpiech i napięcie.
- Mówił coś jeszcze?
- Tylko tyle, że drugą rękę znalazł mniej więcej metr od pierwszej.
- Po nitce do koszmarnego kłębka - skwitowała Henley.
- Nawet mi nie mów. A nim zapytasz o monitoring, mają tu mnóstwo kamer...
- Tylko ani jedna nie jest skierowana na ten odcinek rzeki.
- Otóż to.
Henley wyjęła dzwoniący telefon. Zamieniwszy kilka słów, zakończyła rozmowę.
- To doktor Linh Choi. Nie zdążyłeś jej poznać, jest naszym patologiem kryminalnym. Właśnie przyjechała - wyjaśniła Henley Ramouterowi i otarła pot z karku.
- Mamy więc dwie ręce, obie nogi i tułów - podsumował stażysta. - A gdzie głowa?
Dobre pytanie. Henley przypominała sobie, co znajduje się między tymi dwiema lokalizacjami. Szkoła podstawowa, dwa przedszkola i plac zabaw wśród mieszkań i domów. Jeszcze tylko brakowało, żeby natknięto się na głowę w piaskownicy.
- Mogę szybko rzucić okiem? - zwróciła się do asystentki z ekipy śledczej Anthony'ego, która przed chwilą włożyła odciętą rękę do plastikowego worka i zapisywała coś w notesie.
- Jasne. - Asystentka rozpięła zamek błyskawiczny i odsunęła folię na boki.
- Szlag... - mruknęła pod nosem Henley. Puls jej przyspieszył, żołądek wykonał salto.
- Och - wykrztusił Ramouter, zajrzawszy Henley przez ramię. Jedną rękę oblepiał żwir. Pasma wodorostów krzyżowały się na starych bliznach. I druga ręka. Szczupły przegub, palec serdeczny nieco dłuższy niż wskazujący, połamane paznokcie. Czarna skóra. Henley zadźwięczały w uszach słowa Pellacii. "Za wcześnie na stwierdzenie, czy należą do jednej ofiary, czy ofiar jest więcej".
- Zadzwoń do nadkomisarza Pellacii - poleciła Ramouterowi. - Powiedz mu, że mamy dwie potencjalne ofiary.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki