Konstancja
***
Wiem, że mój widok pana zaskakuje. Wszedł pan tu pewnym krokiem, przedstawił się w progu, przystanął na moment, a później zbliżał się do mnie już wolniej i ostrożniej, jak gdybym mogła się spłoszyć i uciec. Przepraszam za kaszel. Nie jestem chora, w moim wieku czasem po prostu się kaszle, zwłaszcza jeśli człowiek jest na tyle lekkomyślny, by spontanicznie się śmiać. Wszystko trzeba planować z wyprzedzeniem, nawet nagłą wesołość. Kiedy usłyszał pan kaszel, znowu się pan zatrzymał. Był już pan najwyżej dwa metry ode mnie. Widział pan fotel, podnóżek, fragment poduszki, o którą się opieram. Widział moje kościste palce zaplecione wokół filiżanki z niedopitą czekoladą. I pewnie pachniała panu ta czekolada, może nadal pachnie. Przebiła się nawet przez zapach leków i starości. Pan jest jeszcze młody i nie powinien takiego zapachu czuć. Zaraz pan dostanie swoją filiżankę czekolady. Pan niezbyt lubi? To zupełnie jak ja, ale czasem już tak jest, że szukamy czegoś, co przywołuje wspomnienia, i dla mnie tym czymś jest właśnie czekolada. Smak. Szukał pan kiedyś kogoś poprzez smak? Ja wolę gorzkie, słone, kwaśne, lecz wspomnienie o nim jest zawsze zamknięte w słodyczy, w czekoladzie. Wiadomo dlaczego. W muzyce też, jednak muzyka była czymś nadrzędnym w naszym życiu, czymś świętym, a czekolada - czymś całkiem zwykłym, od czego poprawiał się humor i psuły zęby.
Słyszę pana z prawej strony, wiem, że nastąpił pan na rozchybotaną deskę cztery kroki od okna, upuścił coś, po czym zebrał to coś z podłogi, szurnął fotelem, przysuwając go bliżej mnie, i wreszcie usiadł. Wybrał pan ten lekko zapadnięty i teraz usiłuje przybrać wygodną pozycję. Poduszkę z kanapy niech pan sobie weźmie. I podłoży pod... wie pan pod co.
O! A teraz, przed minutą, było na przykład tak.
Cztery kroki do kanapy i cztery od kanapy do fotela, klepanie poduszki, szuranie. Kiedy siadał pan po raz drugi, coś panu chrupnęło w kolanie. W tej chwili wydaje się pan bardziej zadowolony, nie wierci się i nie wzdycha. Jestem pewna, że póki nie zaczniemy naprawdę rozmawiać, będzie pan lekko hałasować, by wyraźniej zaznaczyć swoją obecność. Robi pan to dla mnie. Tak się panu wydaje, że tego potrzebuję. Ubiera się pan w dźwięki, by mieć kształt, chce mi się pan jakoś pokazać. Ludzie lubią się jakoś pokazywać, muszą się pokazywać, bez pokazywania się nie istnieją. Nie istnieją w ciszy i ciemności. Nie widać, nie słychać, nie ma. Czy nie tak myślimy? Dopiero kiedy coś zostaje nam zabrane - jeden zmysł na przykład - zaczynamy rozumieć, że w tym istnieniu chodzi o więcej niż pokazywanie się komuś jakoś.
I co? Całkiem nieźle? Przyzwyczaiłam się i nauczyłam wielu rzeczy przez te trzydzieści kilka lat.
Trochę już panu współczuję i naprawdę chcę, by poczuł się pan swobodniej. Wiem to, co najważniejsze, wiem, po co pan tu przyszedł. Pan też widzi, że mimowolnie obracam głowę w stronę kredensu, gdzie w szufladzie pod kluczem trzymam rzeczy, które na pewno chciałby pan zobaczyć. Wystarczy sześć kroków, moich oczywiście. Pana - może trzy. Cztery? Prawda, zapomniałam o chrupiącym kolanie. Niech będzie. Pan w ogóle składa się z czwórek. Cztery kroki, cztery ruchy, cztery chrząknięcia. Łatwo da się przewidzieć ten rytm. Jest pan trochę jak walc.
Oto i czekolada. Dziękuję, Julio. To moja szwagierka.
Pan lubi to imię? Takie nosiła pana żona? Nosiła, ale już nie nosi? Rozumiem.
Przepraszamy za bałagan, dopiero się tutaj instalujemy. Mój mąż zmarł, tak, dziękuję. Jeszcze do niedawna przyjmowałabym pana u nas w Raduczu, ale Skierniewice to przyjemne miasto, nie uważa pan? Rodzina chciała mnie gdzieś po śmierci męża ulokować, wie pan, wetknąć do jakiegoś swojego dworu, usadzić na fotelu, obłożyć poduszkami, donosić mi herbatę i ciasteczka, czytać mi książki, słowem - cackać się ze mną. A przecież nie jestem chora. To nie choroba, to jedynie jej skutki, ale teraz już tyle czasu minęło i... No, dość powiedzieć, że nie zgodziłam się i przyjechałam tutaj. Będziemy sobie żyć we dwie, stare siwe wdowy, będziemy sobie we dwie siedzieć przy kominku i odmawiać zdrowaśki albo i nie, to się zobaczy. Czy to nie jest najprzyjemniejsza starość, jak pan myśli? Człowiek ma spokój, ciszę, ma swoją ciemność, może myśleć, o czym chce, robić, co chce. Nie musi już projektować przyszłości, zastanawiać się nad jutrem, nad tym, co się zaplanuje na obiad albo że trzeba suknię córki dać do reperacji i obstalować nowe trzewiki dla syna. Nic nie trzeba. Można wszystko. Wolno mi teraz wrócić tam, gdzie byłam, a gdzie przez lata nie chciałam wracać. Siedząc na tym fotelu, proszę pana, mogę być w dowolnym miejscu i w dowolnym punkcie przeszłości, wynalazłam wehikuł czasu, najpewniejszy, bo składający się ze wspomnień. Nie zmienię rzeczy, które już się wydarzyły, ale lubię na nie patrzeć, lubię je od nowa przeżywać. Teraz nie muszę się spieszyć, mogę wszystko robić powoli, po kilkakroć, ile chcę i kiedy chcę. Jestem u siebie, jestem wszędzie, jestem dziewczyną w białej sukni i z różami we włosach.
Najgorzej to siedzieć komuś na głowie, nawet własnym dzieciom. Nie chciałam tak. Bo przecież sobie radzę, prawda? Zawsze sobie radziłam.
Jak się panu podoba dom? Sądzę, że jest dość ładny, ale nie mogę tego wiedzieć na pewno. Parterowy w każdym razie. Nie ma schodów, więc nie ma też ryzyka, że się potknę i stracę na nich zęby, które się dotąd uchowały, a przecież jak wiemy, nie wszystko się uchowało.
Pan chce rozmawiać o nim. A ja? Ja się czasem zastanawiam, dlaczego trzymam tę nić - nić życia - już tak długo. Bo przecież czułam i żyłam. To za mną. Byłam czuta i byłam żyta, jak by powiedział Frycek. Dawno temu śmiałam się, że tak się przecież nie mówi, że nie ma takich słów, ale on odpierał, że może ich, owszem, nie było, ale już są, bo je właśnie wymyślił. A jeśli się coś wymyśli, to to coś jest. Nie było słów i są. Nie było muzyki i jest. Nie było miłości i...
Tak słyszałam, właśnie tak, od kilku osób. Nie chcieli być dla mnie niemili, a może chcieli, teraz już nie wiem. Że on sobie tę miłość wymyślił, bo takie były czasy. Trzeba było kogoś kochać i do kogoś wzdychać, dla kogoś tworzyć. Wymyślił sobie miłość do mnie. O, takie słowa usłyszałam.
Powiedziałam to wreszcie na głos. Gorąco mi i wstyd, bo przecież pan mnie nie zna, a ja nie znam pana, ale ostatecznie to przecież nieważne, od czego zaczniemy tę rozmowę. Prędzej czy później i tak - nie zważając na salonowe decorum, bo i ja nie jestem wielką damą - zaczniemy mówić o miłości. Frycek powiedziałby: "Daj buzi i zgoda". Przed rozmową, po rozmowie, w trakcie, kiedy się w czymś nie zgadzaliśmy, kiedy ja miałam obiekcje, wątpliwości, kiedy mnie coś uwierało. Frycek by się nie zgodził z tymi ludźmi, którzy mu wmawiali wymyśloną miłość. Kłóciłby się z nimi w swoim stylu spokojnym i chłodnym, bardzo denerwującym, bo jak się człowiek zapalał, a on reagował tak chłodno, to się go chciało udusić. Miłości, w każdym razie, sobie nie wymyślił. Wymyślał tylko słowa i muzykę, a cała reszta była prawdą. Karmił się nią - tą prawdą - i nie był zdolny do oszustwa. Dlatego właśnie takie, a nie inne są jego dzieła. To nie arytmetyka, lecz wspomnienia, opowieści i echo przeżytych emocji. Wiem, że przyznałby mi rację, wiem, bo nieraz słyszałam, jak mówił, że coś stanęło na pamiątkę, że coś jest wspominaniem przy księżycu. Coś Fryc opowiedział fortepianowi, a później niechybnie fortepian musiał opowiedzieć nam. I słuchaliśmy. Zabieraliśmy te opowieści ze sobą, żyliśmy z nimi, żyliśmy z nim. Już się nie dało inaczej. Fryc nie był z kamienia, ale z żywych tkanek, nie był pomnikiem, był człowiekiem o ciepłej skórze i oczach, które czasem zachodziły łzami. Pił za dużo kawy i za dużo czekolady, za mało jadł i za często nie sypiał po nocach. Lubił się bawić, tańczyć i przesiadywać w szlafroku do południa, pisząc listy do przyjaciół. Patrzył mi w oczy, a później się chwiał, jak gdyby mu się zakręciło w głowie.
Słuchałam po latach, co mówili o nim ludzie, słuchałam, jak go przerabiali na kamień i złoto, jak odbierali mu oddech i krew, jak wygładzali na nim wszystkie kanty i czynili z niego ideał. Słuchałam, że mu stawiają gdzieś tam pomniki i że go teraz odkrywają młodzi, że go grają na koncertach i niedawno nawet koncert taki słyszałam. Julcia mnie wzięła kilka dni temu. Nie musiała mówić, że fortepianista rzucał się przy klawiszach, że dłoń mu się w szpon osobliwy układała, że miny stroił boleściwe, że nerwy swoje własne przenosił na palce i na muzykę. A przecież to nie tak trzeba. To nerwy Frycka trzeba odnaleźć i wygrać, to jego ból umieć odczytać, a nie swój własny.
Wciąż go słyszę. Przez całe lata można słyszeć melodię, którą ktoś nam grał dawno temu, tak jak nikt już dziś zagrać nie umie. Pamiętam Walca Des-dur, uderzanego śmiało i o rozkołysanym rytmie, który to rytm teraz każdy mu próbuje odebrać. Czy pan się ze mną zgodzi? Czy pan też ma wrażenie, że obecnie tak się to próbuje wykonać, jak gdyby wcale nie walca grano, ale co innego? Nikt nie ma odwagi nut przytrzymać. Za bardzo to Straussem pachnie, co? Walc taki taneczny, taki przyjemny dla ucha, taki niegodny Frycka. Fryc tylko się droczył, że walca napisał, bo u niego walc to nie walc. Co zrobić? Jak tłumaczyć, że on był wtedy szczęśliwy, że właśnie walc mu w duszy grał? Nie pisał tego Fryc cierpiący i chory, lecz Fryc, który żartował i pił wino w Dziurce, Kopciuszku i Honoratce, wracał nad ranem do domu i wstawał z bólem głowy, kiedy słońce było już wysoko na niebie, a później fortepianowi gadał różne rzeczy, różne swoje "nudy", tylko kawę wcześniej wypiwszy... Tak właśnie robił. Dlaczego więc w walcu tym wygrywać teraz ból i nerwy, dlaczego nie radosne tony? Tak radosne, że aż się żyć chce?
Pan wciąż we wiadomym kierunku patrzy?
Owszem, proszę pana, są tam. Schludnie złożone, w kopertach, przewiązane wstążką. Taką samą wstążkę jemu dałam, kiedy wyjeżdżał. I mówią, że on ją ponoć zachował, że do końca życia trzymał. Ale o tej wstążce mniej się opowiada niż o listach od innej. Z tamtą miał się żenić. Może i obie nas zaklął w przedmiotach i słowach. Może tylko tak nas mógł zatrzymać. Albo chciał. Może tylko tak chciał?
Owszem, są tam. Ja też mam swoje przedmioty. Listy, które zachowałam do końca życia, jego podobiznę na kości słoniowej, pierścionek, wycinki z gazet.
Nie widzę ich, ale jednocześnie widzę. Tam w środku, we mnie, gdzie pozostały na zawsze niezmienione, gdzie nie zżółkły i nie zmiękły, gdzie nie rozmazał się atrament i każda litera wciąż jest wyraźna tak jak wtedy, gdy ją zobaczyłam po raz pierwszy. Gdy jeszcze w ogóle mogłam nie tylko słyszeć, lecz także widzieć słowa. A widzieć słowa Frycka to było zawsze szczególne przeżycie. Bo kiedy człowiek widział słowa Frycka, zawsze widział jednocześnie jego samego, wsłuchiwał się w brzmienie głosu, tempo mówienia i intonację, wiedział, które frazy Fryc wypowie głośniej, które z goryczą, a które ze śmiechem. Bo Frycek pisał tak, jak mówił, tak jak się wtedy między sobą rozmawiało, kiedy się miało dwadzieścia lat i mieszkało w Warszawie. To było osobliwe miejsce. Beczka prochu, rozedrgana i na skraju wytrzymałości. Wiedzieliśmy, że w powietrze lada chwila wzbije się słup iskier i już nie będzie powrotu. Po Miodowej odzywało się echo kawiarnianych pokrzykiwań, na ścianie Belwederu ktoś wysmarował hasło, że lokal będzie do wynajęcia od Nowego Roku, po kątach szeptano, młodym chłopcom szaleńczo błyszczały oczy i każdy, każdy tak zachłannie rzucał się na życie.
Może z dekadę temu podczas wizyty u warszawskiego lekarza słyszałam, jak jedna dama skarżyła się drugiej, że jej córka wywołała skandal, spacerując sama po Ogrodzie Saskim przez dobrą godzinę albo i dłużej. Sama! A przecież porządnej pannie samej nie wypada. Przypomniałam sobie wtedy nasze przechadzki, kiedy z Anią Wołków wymykałyśmy się z bursy Konserwatorium i gnałyśmy do Ogrodu Saskiego, by tam się zagubić w alejkach i niby przypadkiem kogoś spotkać. Albo w ogrodzie botanicznym za Pałacem Kazimierzowskim wśród zapachów dojrzałej wiosny, kwiatowych rabat i gęstej zieleni pochwycić niby przypadkiem czyjąś dłoń. To było dawno temu. Nie znałyśmy emancypantek walczących o prawo do głosowania dla kobiet i o ich udział w życiu politycznym, nie próbowałyśmy spełnić marzeń o studiowaniu, a mimo to mniej nas pilnowano i więcej miałyśmy chwil dla siebie, by się ukryć przed światem, uciec, pobyć sam na sam z kimś, z kim sam na sam być się nie powinno. Nie urodziłam się zresztą księżniczką, a mój ojciec nie miał pałacu. Znanych Frycowi Radziwiłłówien czy innej "Moriolki" pewnie bardziej pilnowano. My jednak - ja i Ania Wołków - czułyśmy się wolne. Dwie rzeczy się dla nas wtedy liczyły - śpiew i marzenia o wielkiej scenie. Byłyśmy artystkami - jak Frycek. Nie tak genialnymi, ale na pewno artystkami. Chyba ja też stałam się wtedy emancypantką, choć nie pamiętam, czy znałam takie słowo. Chciałam spełniać marzenia i czuć satysfakcję. Chciałam, by ludzie usłyszeli moje nazwisko, chciałam, owszem, osiągnąć sukces, być kimś.
I on też to wiedział, on we mnie widział artystkę. Słyszał mój głos, tam, w Wiedniu i Stuttgarcie, w czasach, gdy krok za krokiem oddalał się od Polski - i ode mnie - zmierzając w stronę przeciwną, do Paryża, do miejsca, o którym marzył od dawna i o którym razem snuliśmy niegdyś śmiałe fantazje. Słyszał mój głos i wiedział, co zamierzam. Jechał jednak dalej w kierunku przeciwnym - przeciwnym do mnie - a ja nic nie powiedziałam. Nie zatrzymałam go i nie poprosiłam, by zawrócił. Wiedziałam, że nie zawróci, i bałam się takiej odpowiedzi, rozsypania iluzji, nagłej świadomości, że od początku żyłam tylko złudzeniem. Brzmi żałośnie? Teraz zawsze mogę powiedzieć, że nie wrócił, bo przecież go nie poprosiłam.
Dobrze się czuję, tak.
Byłam przez chwilę jakby nieobecna?
Owszem. Porzuciłam pana i zostałam sama ze sobą. Ludziom takim jak ja czasem się to zdarza. Mnie ostatnio coraz częściej i w ten właśnie sposób porzucam czasem wszystkich. Przeszłość co chwilę mnie do siebie wzywa i poddaję się jej ochoczo, bo oferuje więcej niż teraźniejszość. W przeszłości byłam młoda i piękna, śpiewałam, nosiłam atłasowe pantofelki, zbyt luźno sznurowałam gorset i niecierpliwym gestem odgarniałam loki z czoła. Biegałam i głośno się śmiałam, przerabiałam po nocach suknie, by ich krój odpowiadał najnowszej modzie. Widziałam. Wodziłam za nim wzrokiem, a kiedy to wreszcie poczuł, szybko spoglądałam gdzie indziej, udając, że jego widok wcale mnie nie zajmował. Innym razem to jego spojrzenie czułam na sobie. Wyczekiwałam momentu i odwracałam głowę tak, by nasze oczy się nagle spotkały. On nie umiał udawać, że patrzy gdzie indziej i że mój widok jest mu obojętny. Bladł, czerwieniał, lecz oczu nie odwracał. W ogóle niczego nie umiał udawać, chyba że naprawdę, ale to naprawdę nie miał wyjścia. Dlatego też taki bywał zły, kiedy rozmawiałam z jakimś rosyjskim urzędnikiem, który odwiedził akurat mnie i Anię w Konserwatorium, aby niby to pośpiewać razem duety i porozmawiać o muzyce. Widziałam tę złość. Widziałam zazdrość, niepewność i kompleksy. Czuł się gorszy od Moskali, bo był chudszy i niższy, bo był młodszy i nie miał wąsów, a jedynie gładką, piękną buzię z nieco za dużym nosem. Głupi! Jak późno to wszystko zrozumiał. Ale zrozumiał, wie pan? Pisał o tym w swoim dzienniku, jak mi mówiono. Że jeśli do niego przyjdę, otrze moje łzy i przypomni mi przeszłość, kiedy Moskali nie było, kiedy tylko kilku Moskali chciało mi się przypodobać, a ja z nich drwiłam, bo on tam był, on był, a nie... a nie... mój mąż.
Wiem, muszę do pana wrócić z tej swojej przeszłości. Muszę wrócić do rurkowego czepeczka i ciemnych okularów, do słabego i starego ciała, patykowatych palców i ciemności. Już. Już tu znowu jestem.
Pokażę je panu. Pan ich teraz nie będzie czytał, bo przecież rozmawiamy, ale chociaż pan zobaczy. Zaraz, chwileczkę.
Dobrze, oto one. Przepraszam, że ostentacyjnie odrzuciłam pana pomoc, i wiem, że się potknęłam, ale to nowy dom, jeszcze nie zdążyłam go poznać na swój sposób.
Muszę je chwilę potrzymać. Koperty, pudełko z pierścionkiem i mała podobizna na kości słoniowej. "Jeśli podobizna ta mogłaby sprawić radość...". Tak pisał z Wiednia do swojego przyjaciela Jana Matuszyńskiego. O mnie pisał, o mojej radości. Jan miał minę niewyraźną, kiedy mi ten list przekazywał. Za każdym razem, choć jednocześnie był uprzejmy, zawsze bardzo grzeczny, nigdy mi złego słowa nie powiedział, choć nie wiem, co myślał. Sądzę, że raczej nie chciał być między nami pośrednikiem i uważał, że niczym to nie jest poza tym, że przedłużaniem tylko cierpienia. Jednak robił to przecież i dlatego ta szuflada. Nie tylko on zresztą... lecz o tym panu później opowiem, po kolei.
To właśnie ta miniatura, proszę spojrzeć. Tutaj Fryc jest wciąż młody. Nie pluje krwią i nie umiera w cierpieniach, które ja mogłam sobie tylko wyobrażać.
I ona też, prawda? Nie przyszła do niego. Pan już u niej był?
Chyba nieco męcząca jest ta wizyta. Poproszę Julcię, by przyniosła podwieczorek. Mamy dobre bułeczki i znakomite konfitury z malin. W taką pogodę w sam raz.
I zagram coś panu. Może Balladę f-moll. On napisał ją już po mnie... chciałam powiedzieć po tym rozdziale swojego życia, w którym akurat i ja się znalazłam. Dostałam później od kogoś nuty. Jeszcze później grałam i gram nadal z pamięci. Taki utwór trudno grać w ten sposób, dlatego u mnie to zawsze raczej jakiś fragment. Chyba że mam akurat lepszy dzień. Zobaczymy, czy dziś mam i jak fortepian tutaj zabrzmi, w nowym domu.
Słyszy pan tam dwa zakończenia? Jedno jest raczej pozorne, a drugie...
***
Pan jest z Warszawy, zna Warszawę, sporo w niej przeżył. Żona. Ojciec i brat. Fortepian... jego fortepian! I pan to widział? Ja widzieć nie mogłam, mnie tylko mówiono. Kto by pomyślał, że za mojego życia tyle będzie wojen, powstań, spisków, tyle zmian na gorsze. Czy pan nie ma wrażenia, że nigdy nie uczymy się na błędach i zawsze mamy nadzieję na wygraną, choć przecież znamy już smak porażki i wiemy, jakie są jej konsekwencje?
Rozumiem, wtedy się inaczej myśli, kiedy się nie patrzy wstecz, a uczestniczy na bieżąco. Kiedy to się dzieje i trzeba decydować - dołączyć albo nie. I wie pan, teraz można uznać, że dla nas wszystkich istniał w gruncie rzeczy jedyny słuszny wybór, który historia mogła ocenić pozytywnie, ale tak naprawdę wcale nie. Oczywiście chciało się wolności. My jej nie mogliśmy pamiętać, jednak sporo o niej słuchaliśmy od starszych. Rosło w nas poczucie wspólnej tożsamości, konieczność kultywowania naszych tradycji, szacunku dla języka i kultury. Coś się działo, rozwijało w naszych umysłach i sercach. Jak to teraz górnolotnie i śmiesznie brzmi po tylu porażkach i rozczarowaniach. Nie wiem, jak panu tę rzecz wyjaśnić. Im mocniej się czuliśmy Polakami, tym bardziej chcieliśmy działać. Coś robić, cokolwiek. I jeśli mnie pan teraz zapyta, odpowiem, że to coś poszło nieco w złą stronę. Może za mało jednak wiedzieliśmy, może bardziej czuliśmy, niż myśleliśmy, a kiedy się bardziej czuje, niż myśli, to się nie ma cierpliwości, chce się wszystkiego już, natychmiast. Jeśli mnie pan teraz zapyta, powiem, że chyba lepiej było wtedy się uczyć, tworzyć, inaczej tę siłę budować. On dobrze zrobił, że wyjechał i nie wrócił. Bardzo dobrze zrobił. Jeśli mnie pan teraz zapyta, tak właśnie odpowiem.
Oczywiście żyliśmy w tamtym czasie wspólnie i z obcymi, uczyliśmy się od nich i niewielu się na to skarżyło. Pan uważa? Nie mówię, że nikt się nie skarżył, ale jednak niewielu. Mnie uczył Włoch Soliva, Frycka - Niemiec Elsner. Konflikty się rysowały dopiero bliżej wojny, zwłaszcza między Solivą a Karolem Kurpińskim, dyrektorem muzycznym Narodowego. Później panu o tym opowiem. Muszę opowiedzieć, bo ja i moja koleżanka Ania Wołków byłyśmy w ten konflikt naturalnie wpisane jako uczennice Włocha. Skomplikowane jest to wszystko, proszę słuchać. Z upływem lat człowiek uczy się porządkować. Wyrzuca z pamięci to, co nieważne, i zostawia tylko rzeczy, które miały dla niego znaczenie. A może to się dzieje samo i bez naszego udziału?
***
Nie będę pana szczegółowo zanudzać moim dzieciństwem i wczesną edukacją. Wspomnę o tym, co mi się wydaje istotne, bo przecież pan chce wiedzieć, kim jestem i jaka jestem, a o takich sprawach w dużej mierze decyduje nasze pochodzenie, rodzina i wcześnie zawarte znajomości.
Moja matka Salomea pochodziła od Olendrów, nosiła nazwisko Wilkin i choć nigdy mi o tym nie opowiadała z detalami, ze strzępów jej słów wywnioskowałam, że przybyła do Warszawy z Wielkopolski. Wraz z innymi dziewczętami z rodziny szukała pracy lub męża, trudno powiedzieć. Wśród Olendrów raczej nie znano społecznej hierarchii, wszyscy byli sobie równi i imali się różnych zajęć, bez patrzenia na to, czy są ich godni, czy nie. Moja matka miała swoje ambicje, lecz nie wstydziła się krewnej, która podjęła się służby w pałacu Sapiehów. Krewna służąca być może nie była dla niej powodem do chluby, ale co Sapiehowie to Sapiehowie, prawda? Zawsze można trafić gorzej. Moja matka także mogła, a jednak poznała mojego ojca i musiała wywrzeć na nim takie wrażenie, że zdecydował się ją poślubić.
Mój ojciec Andrzej wywodził się ze zubożałej szlachty i podjął się zajęcia, które często wybierali młodzi mężczyźni o podobnym do niego statusie. Został murgrabią. Musi pan wiedzieć, że był dobry na tym urzędzie i godny zaufania, co zostało szybko zauważone w wyższych kręgach i co mu pomogło w dalszej karierze. Nie będę pana zasypywać nazwiskami i stanowiskami osób, dla których pracował mój ojciec, a jedynie wspomnę, że na zarządcę kamienicy przy Zakroczymskiej przyjął go pan Szaniecki, bo nie miał czasu samodzielnie doglądać spraw związanych z prowadzeniem domu. To właśnie wtedy mój ojciec mógł się najbardziej wykazać jako murgrabia. Wykonywał swoje obowiązki wzorowo i mojej rodzinie zaczęło się dobrze wieść. Zajęła jedno z mieszkań w kamienicy zarządzanej przez ojca i tam też przyszłam na świat. Zakroczymska była moim domem przez kilkanaście lat, choć budynek w pewnym momencie zmienił właściciela i został kupiony przez pewnego Francuza, bardzo zaangażowanego w życie społeczne Warszawy, opiekę społeczną i działalność filantropijną. W przeciwieństwie do Szanieckiego był często na miejscu i aż tak bardzo nie potrzebował usług mojego ojca. Z korzyścią dla tego ostatniego, który - tak to trzeba nazwać - awansował i objął posadę burgrabiego pałacu Bielińskich przy Królewskiej. Właściciel pałacu Feliks Łubieński również nie mógł poświęcić domowi tyle czasu, ile by wymagała sytuacja. A mój ojciec był przecież godny zaufania i dobry w zarządzaniu, polecano go i zachwalano, więc któż sprawdziłby się tam lepiej?
Nie przeprowadziliśmy się oczywiście do pałacu, ale mieszkaliśmy nadal w mieszkaniu na Zakroczymskiej. Dzieciństwo miałam dobre, spokojne. Kojarzę je z poczuciem bezpieczeństwa, z zapachem ojca, który wracał z pracy i mierzwił mi włosy, a później przynosił matce nowinki z wielkiego świata. Poznawał różnych ludzi dzięki swojemu zajęciu, czasem tych naprawdę wysoko postawionych, których nazwiska powtarzano z podziwem, rumieńcem, uwielbieniem, strachem, podejrzliwością, nienawiścią - elity musiały być przecież zróżnicowane, tylko w ten sposób dało się uniknąć nudy. My sami nie należeliśmy do najświetniejszych kręgów towarzyskich Warszawy, lecz powodziło nam się dobrze - to oczywiście zależało od tła, na którym chciałabym nas przedstawić. Nie pamiętam jednak, by czegoś mi wtedy brakowało. Moja matka miała ładny salonik, suknie stosowne do jej pozycji średniozamożnej mieszczki, a sąsiedzi pozdrawiali ją i szanowali. Obracała się w zacnych, ale mieszczańskich kręgach towarzyskich i jeśli już bywała na balach, to w Resursie Kupieckiej, nie u warszawskich hrabin i książąt. Hrabiny i księżne widywałam wtedy jedynie z daleka. W przeciwieństwie do małego Frycka rozpieszczanego przez całą arystokrację stolicy.
Nie od razu tę różnicę widziałam. Dopiero później zaczęłam dostrzegać, że Warszawa wykracza poza Zakroczymską, że sąsiedni pałac Sapiehów nie jest tu jedynym pałacem, że są też inne, wspaniałe, należące do wielkich tego świata. Zrozumiałam, że poza pałacami są też dwory, że ludzie prawdziwie zamożni i liczący się w społeczeństwie to ci, którzy posiadają majątki na wsi i w nich spędzają letnie miesiące. Układałam całość fragment po fragmencie, aż miałam jasny obraz mojej pozycji społecznej i perspektyw na przyszłość. Moja matka była jednak bardzo ambitna, już wtedy gdy wydała mnie na świat, marzyła albo roiła sobie, że musi mnie jakoś naznaczyć, "uszlachetnić". Godne szacunku i prawdziwie szlacheckie pochodzenie ojca nie wystarczało. Wybrała mi więc na matkę chrzestną Konstancję Żwanową, naturalną córkę naszego króla Stanisława.
Szybko panu wytłumaczę, jak to było możliwe, dobrze? Otóż Żwanowa była naturalną córką Magdaleny Sapieżyny i króla. Pałac Sapiehów, jak mówiłam, mieścił się przy Zakroczymskiej, a służącą była tam Anna Wilkin, krewna mojej matki. Anna pomagała Konstancji w walce o uznanie jej praw do majątku Sapiehów po tym, jak w Petersburgu zmarł nasz - wtedy już były - król. Pan na pewno rozumie, że znalazła się w niepewnej sytuacji, bała się o przyszłość, a zapewne i czuła się pokrzywdzona względem majętnego przyrodniego rodzeństwa, legalnych dzieci swojej matki. Nie będę się wdawać w szczegóły, bo to nie przedmiot tej historii. Przywołuję ją tylko dlatego, że chcę panu co nieco powiedzieć o mojej matce. Moja matka wybrała mi na chrzestną królewską córkę! Bękarcią, ale zawsze. Na nic lepszego nie mogłabym liczyć. Mój ojciec był burgrabią pałacu Bielińskich, krewna mojej matki była służącą, a w żyłach Konstancji Żwanowej płynęła krew Poniatowskiego i Sapieżyny. "Uszlachetniłam" się więc w taki oto sposób. To było coś, co mogłam podać jako swój atut. W rozgrywkach tego świata liczy się przecież urodzenie. Nie zalety jednostki, nie talent i inteligencja, ale rodzina, z jakiej jednostka wyszła, majątek, który posiada, zaszczyty, dobra, więzy krwi. Czy to nie śmieszne? Czy to się kiedyś zmieni? Fakt, że moja matka chrzestna była córką króla, nie miał dla mnie nigdy szczególnego znaczenia, za to dla kogo innego mógł mieć. Ja się tym jednak nie zajmowałam, a jedynie tej Konstancji Żwanowej współczułam. Jej życie nie było lekkie. Kto wie? Może właśnie tym mnie naznaczyła, bo i moje, proszę pana, wcale takie nie było.
Tyle pan powinien wiedzieć, to się później okaże pomocne, by zrozumieć moją matkę. Teraz już nie mam do niej żalu - nie żyje, być może chciała dobrze, trudno powiedzieć. Ja ostatecznie nie byłam tak nieszczęśliwa jak Konstancja Żwanowa. Życie ułożyło mi się w dużej mierze nie pod wpływem moich własnych decyzji, ale w tej chwili myślę, że może mi zabrakło odwagi, by się jeszcze zastanowić, zaryzykować, poczekać. Albo nie tyle się bałam, ile nie widziałam alternatywy. Czasem tak jest, nie sądzi pan? Widzimy jakieś rozwiązanie i wydaje się nam, że tylko ono jest dobre, jedynie sensowne. To straszne, prawda? Myśleć, że się nie ma wyboru. Ja tak właśnie myślałam rok po wyjeździe Frycka. Do tego jeszcze dojdziemy.
Miałam rodzeństwo. Dwie starsze siostry i młodszego brata. Klementyna wyszła dobrze za mąż za Wiktora Wojniewicza, prawnika, który ciężką pracą wyrobił sobie nazwisko i pozycję, był do mojej rodziny pozytywnie nastawiony, a dużo później, choć moja siostra już nie żyła, odwiedzał nas w Raduczu i utrzymywał z nami serdeczne stosunki. Wspierał też moją drugą siostrę, Emilię. Musi pan wiedzieć, że Emilia z nas wszystkich najgorzej sobie poradziła z życiem i jej smutny los pośrednio wpłynął też na mnie. Obiecałam sobie, że nie będę nikogo obwiniać za swoje życiowe wybory, ale już niedługo zrozumie pan, o czym mówię. Emilia bowiem, proszę pana, źle skończyła. Myślałam o niej dużo, kiedy się decydowałam przyjąć oświadczyny mojego męża. Bardzo dużo. Pan nie jest kobietą, pan nie wie, czego się kobieta w życiu obawia, jak niewielkie otwierają się przed nią możliwości. Pan nie wie, jak często kobiecie się wydaje, że ma naprawdę związane ręce i tylko jedna rzecz ją może uratować. Emilia się nie uratowała. Opowiem panu jeszcze o niej. Miałam też młodszego brata, Aleksandra. Szczęśliwa, wielodzietna, mieszczańska rodzina, prawda? Z początku tak. Pan jednak wie, że wszystko się może zmienić, wszystko można utracić. Wystarczy jedno zdarzenie, czyjeś zniknięcie na przykład. I świat wydaje się już całkiem inny, zaczyna na nas warczeć, pokazywać, gdzie nasze miejsce, i że to wcale nie tam, gdzie sądziliśmy.
Póki co, jestem dorastającą panienką i pupilką rodziców. Mam talent, a talent może mi otworzyć wiele drzwi. Warszawa musi docenić piękną i ładnie śpiewającą dziewczynę wykazującą już w młodym wieku nieprzeciętny talent aktorski. Nie wiem, kto to pierwszy zauważył. Może śpiewałam jakąś kolędę? Wykonywałam je czasem w wieczór wigilijny tuż po wytropieniu na niebie pierwszej gwiazdki. Później naśladowałam pastuszków przy stajence, każdy miał inny głos, a gdy mówiłam basem, moje siostry głośno się śmiały.