Narzeczona - Marcel Moss

Kup ebooka

49.99 zł
41.49 zł (38,49 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ 1

ODETA

OBECNIE

Już prawie kwadrans stoję przed szkołą i czekam na swoją siedmioletnią córkę, Małgosię. Większość dzieci zdążyła już wyjść z budynku - niektóre z mamami, którym odruchowo posyłam uśmiech i macham ręką na powitanie. Znając Małgosię, pewnie utknęła jeszcze w bibliotece, wybierając kolejne książki, albo została po lekcji, żeby zasypać nauczycielkę serią pytań o właśnie omawianą lekturę. Niedawno wychowawczyni powiedziała mi, że gdyby wszyscy uczniowie byli tak dociekliwi jak moja córka, to nie starczyłoby czasu nawet na sprawdzenie listy obecności. Nie przypominam sobie, żebym w jej wieku była taka sama. Podejrzewam, że Małgosia ma to po tacie.

Hubert... Na samą myśl o nim czuję przyjemne mrowienie w żołądku. Dziś mija dziesięć lat od dnia, w którym powiedziałam mu "tak". Dziesięć lat - brzmi poważnie, niemal jak staż uprawniający do udzielania innym rad o tym, jak budować udany związek. A jednak my wciąż potrafimy pokłócić się o głupoty, takie jak źle włożone do zmywarki naczynia czy porozrzucane w łazience brudne skarpety. Może właśnie na tym polega magia dobrego małżeństwa. Na wzajemnym akceptowaniu - albo przynajmniej tolerowaniu - swoich wad.

Dziś wieczorem Hubert zabiera mnie na romantyczną kolację. Już w zeszłym tygodniu poprosił, żebym nie planowała nic na czwartek, bo ma wobec nas "ambitne zamiary". Niby co miałabym planować? Ostatnio jedyne stałe punkty mojego harmonogramu to sprzątanie domu w każdy poniedziałek, środę i piątek. Wcześniej regularnie chodziłam na pilates i salsę, ale z tą systematycznością też ostatnio bywa różnie. Wszystko przez lipcowe wakacje na Sycylii - wynajęliśmy tam dom na trzy tygodnie i od rana do wieczora zajadaliśmy się lokalnymi przysmakami. Wróciłam nie tylko jakieś pięć kilogramów cięższa, ale też kompletnie rozleniwiona. Do tej pory chyba nie doszłam do siebie, choć doskonale wiem, że powinnam w końcu się zmotywować i zacząć praktykować dawne nawyki.

Cała ja - systematyczność i konsekwencja nigdy nie były moją mocną stroną.

W pewnym momencie podchodzi do mnie znajoma mama i ucinamy sobie krótką pogawędkę. Nie mogę się oprzeć i wspominam jej o rocznicowej kolacji. Prawda jest taka, że od kilku dni żyję wyłącznie dzisiejszym wieczorem i odliczam minuty do tej chwili. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz wyszliśmy z Hubertem na miasto tylko we dwoje. Kiedyś potrafiliśmy robić to niemal w każdy weekend, ale odkąd na świat przyszła nasza córka, coś się zmieniło. Nie twierdzę, że to czyjaś wina - może po prostu tak bywa, gdy rodzice skupiają się na dziecku. Problem w tym, że Małgosia jest już na tyle duża, że nie potrzebuje naszej obecności przez całą dobę. Nic złego się nie stanie, jeśli jeden wieczór posiedzi z nią opiekunka. No co? Rodzice też mają prawo wyjść z domu i poczuć się jak dorośli ludzie.

W końcu ją dostrzegam. Biegnie w moją stronę, z przyklejonym do twarzy uśmiechem i grubą książką pod pachą. Czyli jednak biblioteka.

- Mamo! - krzyczy i rzuca mi się na szyję.

Łapię ją, czując w ramionach jej szczupłe ciałko i tę energię, która nigdy jej nie opuszcza. I oby tak już pozostało.

- Jak minął dzień? - pytam, poprawiając jej kołnierzyk mundurka.

- Dobrze.

- Jakieś oceny?

- Nie, ale pani Borowska powiedziała, że ładnie czytam.

- A jakieś uwagi do dzienniczka? - prycham. Małgosia przecząco kręci głową. - Nic? Już nie gadasz bez przerwy z Agatą na angielskim?

- Oj, przestań robić aferę - obrusza się, a ja odpowiadam śmiechem i całusem w czubek jej głowy.

W drodze do auta Małgosia opowiada o bójce dwóch kolegów z klasy. Słucham jej jednym uchem, bo myślami jestem już w tej luksusowej restauracji Teyana na Powiślu i widzę siebie, jak w oczekiwaniu na danie główne smakuję wykwintne sery. Wiem, to żenujące, że robię wielkie wydarzenie ze zwykłej kolacji, ale dla mnie to naprawdę coś wyjątkowego.

- Mamo? Halo, tu Ziemia! - Małgosia mnie szturcha, zanim wchodzimy na jezdnię. - Życie ci niemiłe?

Dopiero wtedy zauważam nadjeżdżające auto.

- Wybacz, zamyśliłam się.

- No co ty nie powiesz?

Gdy samochód nas mija, przebiegamy na drugą stronę ulicy i wsiadamy do naszego Opla. Zanim uruchamiam silnik, na moment zamykam oczy i cofam się myślami o dwanaście lat. Do nocy, która zmieniła całe moje życie.

Był sylwester dwa tysiące czternastego roku. Miałam dwadzieścia sześć lat i tkwiłam w stanie, który najlepiej oddaje słowo "zawieszenie". Dwa razy rzuciłam studia - za pierwszym razem doszłam do wniosku, że stomatologia nie jest dla mnie, za drugim... że filologia angielska również. Do tego pozwoliłam, by imprezowy styl życia wymknął mi się spod kontroli. Dorabiałam jako barmanka w klubie, do którego jeszcze niedawno przychodziłam ze znajomymi. Było w tym coś śmiesznego i jednocześnie żałosnego - jakby moje życie zatoczyło koło, tylko że zamiast stać po właściwej stronie baru, znalazłam się po tej drugiej, udając przed sobą i innymi, że panuję nad wszystkim i właśnie to zawsze chciałam robić.

Klub pękał w szwach. Tego wieczoru wszyscy szukali czyjegoś towarzystwa. Nawet ci, którzy na co dzień przekonywali samych siebie, że samotność im nie przeszkadza, w sylwestra nagle przypominali sobie, że o północy wypada mieć się do kogo uśmiechnąć.

On jednak siedział sam.

Pamiętam to bardzo dobrze. Nie dlatego, że od razu mnie zachwycił, lecz dlatego, że wyglądał, jakby ktoś odciął mu prąd. Tkwił ze spuszczoną głową przy barze i w zamyśleniu sączył piwo. Zastanawiałam się, po co w ogóle tu przyszedł, skoro nawet nie próbował bujać się w rytm ogłuszającej muzyki.

Co jakiś czas zagadywałam do niego, pytając, czy podać mu coś jeszcze. Robiłam to nawet wtedy, gdy w szklance wciąż miał połowę piwa. Coś mnie w nim intrygowało - chyba właśnie ta cisza i obojętność wobec całej tej sylwestrowej gorączki. A może to wcale nie była obojętność? W końcu, jakby nie patrzeć, sam tu przyszedł.

W miarę jak zbliżała się północ, ludzie byli coraz bardziej podpici i ożywieni. On jednak wciąż siedział niemal nieruchomo, niczym marmurowy posąg, i wbijał wzrok w blat kontuaru. Nie wiem, co mi wtedy strzeliło do głowy, ale po noworocznym toaście, gdy już wyściskałam się ze współpracownikami, wyszłam zza baru z dwoma drinkami - jednym dla niego, drugim dla siebie - i bez pytania usiadłam obok, ignorując jego uniesione brwi.

- Yyy... a co ty robisz? - zapytał, wyraźnie zdezorientowany.

- Ratuję ci sylwestra - odpowiedziałam, wciskając mu w dłoń szklankę z drinkiem i unosząc swoją. - Czas na toast.

- Za co?

Wzruszyłam ramionami.

- Za to, żeby nowy rok był mniej chujowy niż poprzedni.

Odpowiedział jedynie lekceważącym prychnięciem i odwrócił wzrok, jakby chciał dać mi do zrozumienia, że nie życzy sobie dalszej interakcji. Uznałam jednak, że nie pozwolę mu na tak jawną ignorancję. Chwyciłam go za podbródek, zmusiłam, by na mnie spojrzał, i spontanicznie pocałowałam go w usta.

Po wszystkim uśmiechnęłam się w typowy dla siebie sposób - jak dziewczyna, która przez całe życie udaje pewną siebie, bo nie chce, żeby inni zobaczyli jej prawdziwe, kruche oblicze.

Na jego twarzy dostrzegłam zaskoczenie. Przez chwilę siedzieliśmy nieruchomo, wpatrzeni w siebie, jakby ktoś zatrzymał czas. W końcu wziął łyk drinka i się odezwał:

- Niezły. Jak się nazywasz?

- Nie ma nazwy. To autorski drink.

- Nie. Chodzi mi o twoje imię - powtórzył głośniej.

- Ach, sorry, nie dosłyszałam. Jestem Odeta. A ty?

- Hubert.

Uścisnął moją dłoń. Nie zaprotestowałam.

- Dzięki za uratowanie mi sylwestra - powiedział.

- Uratowanie? Jeszcze nie zademonstrowałam ci wszystkich swoich umiejętności.

- Wierz mi, to, co zrobiłaś, to i tak było więcej, niż oczekiwałem od tej nocy. - Zaśmiał się, nie odrywając ode mnie spojrzenia.

W tamtej chwili czułam, że między nami rodzi się jakaś więź. Jednak nie miałam pojęcia, jak bardzo ta noc odmieni nasze życie.

Gdy wracam do teraźniejszości, łapię się na tym, że się uśmiecham. Małgosia od razu to zauważa i patrzy na mnie podejrzliwie.

- O czym myślisz? - pyta.

- O niczym - odpowiadam, ściskając mocniej jej dłoń. - Po prostu... przypomniało mi się coś miłego.

- Co? - nie odpuszcza.

- Opowiem ci kiedy indziej. To historia dla dorosłych.

- Czyli myślałaś o całowaniu - stwierdza z powagą moja córeczka, która najwyraźniej uważa, że wie już wszystko.

- Tak. O całowaniu - przyznaję, a ona odpowiada zniesmaczonym prychnięciem.

*

Dwadzieścia minut później skręcamy w naszą ulicę. Już z daleka dostrzegam stojącą na podjeździe furgonetkę i trzech mężczyzn kręcących się wokół niej.

- A co tu się dzieje? - mruczę pod nosem, po czym zauważam Huberta.

Wychodzi z domu i znika za szeroko otwartymi tylnymi drzwiami auta.

Parkuję przy płocie i proszę Małgosię, żeby wysiadła od strony posesji.

- Kochanie, wróciłyśmy! - wołam, gdy wchodzimy na podwórko.

Hubert wyłania się zza furgonetki i rusza w naszą stronę. Małgosia dopada do niego pierwsza i z impetem rzuca mu się w ramiona. Prawdziwa córeczka tatusia.

- Jak było w szkole?

- Super! - odpowiada i od razu biegnie do domu.

- Nasza córka to chyba jedyne dziecko, które lubi chodzić do szkoły - żartuje mój mąż, po czym obejmuje mnie w biodrach i całuje z czułością. - Stęskniłem się.

- Nie widzieliśmy się raptem parę godzin - odpowiadam, po czym spoglądam w stronę furgonetki. - Co to jest?

- Prezent - mówi enigmatycznie, uśmiechając się pod nosem.

- Hubert... wiesz, że nie lubię niespodzianek.

- Uważaj, bo ci uwierzę - prycha i prowadzi mnie bliżej auta. - No i? Podoba ci się?

Zamieram. W środku stoi przepiękny biały fortepian.

Na moment odbiera mi dech. Mam ochotę się rozpłakać i zawiesić mojemu mężowi na szyi, ale się powstrzymuję - nie będę się rozklejać przy obcych facetach.

- Nie... Hubert, ty naprawdę...?

- Mhm. Ciągle słyszę, że tęsknisz za graniem. Teraz już nic nie stoi na przeszkodzie, żebyś do tego wróciła.

Trzech mężczyzn bierze się za wnoszenie instrumentu. Dwóch ma białe koszulki z logo sklepu, trzeci ubrany jest w czarny T-shirt i szare szorty. Wygląda jak przypadkowy biegacz, którego mój mąż zgarnął z ulicy, żeby pomógł z dźwiganiem.

Gdy fortepian w końcu ląduje w salonie, ogarnia mnie dziwne poczucie, że dopiero teraz to pomieszczenie jest kompletne.

- Idealnie - mówię z zachwytem, gdy ustawiają instrument przy oknie.

Chwilę później Hubert wyciąga portfel i wręcza każdemu napiwek. "Biegacz" wzbrania się przez moment, ale ostatecznie chowa banknot do kieszeni szortów.

- Dzięki - rzuca i wychodzi jako pierwszy.

Gdy zostajemy sami, mąż podchodzi do mnie i obejmuje mnie w pasie.

- I jak? - pyta. - Zadowolona z prezentu?

Wciągam powietrze, próbując się nie rozkleić, choć teraz już właściwie mogę.

- Jest piękny. Ale... Hubert, naprawdę nie musiałeś tak się wykosztowywać.

- To żaden problem. - Wzrusza ramionami.

Jego biuro rachunkowe rozkręciło się na dobre. Kilka miesięcy temu pozyskali dużego klienta - wielką korporację, za którą przyszły pieniądze, jakich ani on, ani ja wcześniej nie widzieliśmy na oczy.

- Chcę usłyszeć, jak grasz - mówi, po czym ciszej dodaje: - Dla mnie.

Nagle w salonie pojawia się Małgosia i obejmuje mnie od tyłu.

- Mamo, zagraj Taylor Swift!

- Taylor Swift? Nie znam jej piosenek - odpowiadam.

- Jak to nie znasz? - oburza się. - Przecież ona jest taka znana...

- Nie przeczę, ale jestem za stara na jej muzykę.

Małgosia marszczy brwi.

- Ale ona jest prawie w twoim wieku, mamo.

Hubert parska śmiechem.

- No proszę, zostałaś zaorana przez siedmiolatkę - kwituje z rozbawieniem.

- Świetnie. Dzięki za wsparcie - mruczę, choć sama też się śmieję. Cóż poradzę na to, że chwilami zachowuję się bardziej jak babcia niż mama?

Siadam na ławie i przykładam opuszki palców do chłodnych klawiszy instrumentu. Układam dłonie tak jak kiedyś i momentalnie przechodzą mnie dreszcze. Stresuję się. I to bardzo. Czuję się, jakbym spotkała niewidzianego od lat znajomego, z którym mam niedomknięte sprawy.

- To co nam zagrasz? - pyta Hubert.

Nie zastanawiam się długo. Wybieram Imagine Johna Lennona - utwór, którego uczyłam się najdłużej.

Zaczynam grać. Pierwsze takty idą gładko, potem popełniam drobny błąd. Słyszę go natychmiast, ale najwyraźniej umyka Hubertowi i Małgosi, bo ani jedno, ani drugie nie reaguje. Gram dalej, wchodząc w melodię i pozwalając palcom przypomnieć sobie to, co przez lata skrywało się w podświadomości.

Małgosia stoi obok, w absolutnej ciszy, wpatrzona w klawisze. Na jej twarzy maluje się zdumienie - nie jestem pewna, czy kiedykolwiek widziała mnie przy fortepianie. Może nie dowierza, że jej mama potrafi coś takiego.

Gdy kończę, kładę dłonie na udach i wsłuchuję się w oklaski moich bliskich.

- Mamo, to było super! - ekscytuje się Małgosia.

Chwilę później Hubert nachyla się i całuje mnie w czubek głowy.

- Wiedziałem, że nadal to w sobie masz - mówi cicho, gładząc mnie po ramieniu.

Uśmiecham się, choć ten uśmiech jest słodko-gorzki. Te kilka minut gry przypomniało mi o latach, które odpuściłam. O tym, gdzie mogłabym dzisiaj być, gdybym wtedy nie zeszła z obranej drogi. Ale może życie nie polega na rozpamiętywaniu tego, czego już nie da się zmienić, tylko na skupianiu się na tym, co wciąż jest przed nami? Bo na przyszłość - w przeciwieństwie do przeszłości - mamy realny wpływ.

I ja zamierzam o swoją zawalczyć.

ROZDZIAŁ 2

Po raz pierwszy od dobrych pięciu lat wkładam beżową sukienkę, którą ostatnio miałam na sobie na ślubie koleżanki. Przez moment, stojąc przed lustrem w sypialni, martwię się, że materiał zaraz zaprotestuje. Na szczęście bez większego problemu dopinam zamek. Oddycham z ulgą, choć widzę, że boczki nieco mi odstają. Ratuję się więc szerokim szalem, który nonszalancko zarzucam na przedramiona. Jest elegancko. Może nawet zbyt elegancko, ale przecież to dziesiąta rocznica ślubu. Poza tym dawno się nie stroiłam. Raz na jakiś czas chyba mogę?

Po zrobieniu perfekcyjnego makijażu staję przed lustrem i robię sobie zdjęcie, które od razu dodaję na Instagram. Nie obserwuje mnie zbyt wiele osób, ale robię to dla siebie. Rzadko mam okazję wyglądać tak jak dzisiaj i chcę wracać do tego momentu.

Hubert jak zawsze świetnie prezentuje się w garniturze, który wybrałam mu jakiś czas temu. Granat idealnie podkreśla jego posturę, a biała koszula w połączeniu z muszką dodają mu eleganckiego sznytu. Łapię się na tym, że patrzę na niego z dumą, jakby był nie tylko moim mężem, ale też kimś, kogo właśnie wypuściłam w świat jako luksusowy produkt.

*

Wnętrze restauracji jest dokładnie takie jak na zdjęciach w sieci: stonowane, bez nadęcia. Dostajemy stolik niedaleko wejścia, ale osłonięty wysoką ścianką z donicami pełnymi żywych roślin. Jest intymnie, ale nie na tyle, żebyśmy czuli się odizolowani od reszty lokalu.

- Odpowiada ci to miejsce? - pyta Hubert, rozglądając się uważnie. - Bo jeśli się boisz, że jakiś robal zeskoczy ci z liścia na ramię, to możemy poprosić o inny stolik.

- Daj spokój. - Macham ręką. - Co najwyżej możemy zamienić się miejscami.

- Żartujesz? - oburza się teatralnie. - Żebym to ja stał się celem robala?

Śmieję się cicho, a w tym momencie podchodzi do nas ubrany na czarno kelner. Przedstawia się z imienia i wręcza nam menu.

- Wrócę do państwa za parę minut, dobrze?

- Oczywiście - odpowiadam, posyłając mu szeroki uśmiech.

Pół godziny później kończę drugi kieliszek wina i ostatni kęs przystawki. Wolałabym, żeby Hubert pił alkohol ze mną - nie lubię, gdy tylko ja jestem pijana. On jednak chciał przyjechać autem i raczy się bezalkoholowym Chardonnay. No cóż, więcej procentów dla mnie. Zamówiłam też deskę serów, które w rzeczywistości smakują jeszcze lepiej, niż sobie wyobrażałam, przeglądając menu w internecie.

Mąż nie odrywa ode mnie wzroku.

- Wiesz - mówi w pewnym momencie, pochylając się ku mnie - moglibyśmy na chwilę się stąd wymknąć.

- Dokąd? - pytam, choć doskonale wiem, o czym myśli.

- Do toalety.

- Nie możemy. - Kręcę głową. - Zaraz przyniosą danie główne.

- Dziesięć minut nas nie zbawi.

- A dasz radę uwinąć się w pięć? - pytam, przygryzając zalotnie wargę.

Uśmiecha się tym swoim łobuzerskim uśmiechem, który pamiętam z początków naszego związku.

- Jeśli mnie odpowiednio nakręcisz... to kto wie.

Nie mam szansy, by odpowiedzieć, bo obok stolika zjawia się kelner. Zabiera puste talerze i uprzejmie pyta, czy może już przynieść danie główne.

- Za piętnaście minut - odpowiada Hubert.

- Nie ma problemu.

Gdy znów zostajemy sami, mąż spogląda na mnie z nieukrywaną dumą.

- Widzisz? Wynegocjowałem dla nas kwadrans.

- Teraz już mniej - poprawiam go i powoli wstaję z krzesła. - Idziesz czy nie?

Po jego minie widzę, że właśnie taką lubi mnie najbardziej.

- Prowadź, kotku.

Zmierzając z nim w stronę toalety, staram się zachować powagę. W środku jednak aż podskakuję z radości, że mimo tak długiego stażu wciąż mamy w sobie te pokłady spontaniczności, za które tak bardzo pokochałam Huberta. Tamtej nocy, dwanaście lat temu, nawet przez myśl by mi nie przeszło, że ten ponury facet siedzący samotnie przy barze okaże się takim ziółkiem. A jednak intuicja mnie nie zawiodła, kiedy postanowiłam się przy nim zakręcić.

Teraz znowu czuję się jak zwariowana studentka na pierwszej randce. I, co zaskakujące, podoba mi się to bardziej, niż powinno.

*

Wracamy do stolika wyraźnie podekscytowani, choć oboje udajemy, że nic się nie wydarzyło. Ja jednak rozglądam się po sali z niepokojem, czując się jak uczennica podstawówki, która narozrabiała i teraz się boi, że ktoś ją przyłapie. Przez moment odnoszę wrażenie, że wszyscy na nas patrzą. Że nawet kelnerzy wiedzą. A jeśli oni nie, to na sto procent para przy stoliku obok się domyśla. Widzę to w ich spojrzeniach.

Gdy siadamy, kelner niemal od razu do nas podchodzi. Przez ułamek sekundy zastanawiam się, czy coś zauważył, czy w jego spojrzeniu czai się cień rozbawienia albo dezaprobaty. Nic z tych rzeczy. Jest profesjonalny, nienagannie uprzejmy.

- Czy są już państwo gotowi na danie główne? - pyta spokojnie. - Kuchnia czeka.

- Tak - odpowiadamy niemal jednocześnie.

Gdy kelner znika, spoglądamy na siebie i wymieniamy niewinne uśmiechy, jakbyśmy właśnie uszli bezkarnie z drobnego wykroczenia. Tyle lat razem, a wciąż potrafimy tak głupio się cieszyć. To dobra wiadomość.

Wkrótce później zapominam o całym świecie. Przede mną ląduje homar i już po pierwszym kęsie wiem, że to najlepszy, jakiego kiedykolwiek jadłam. Co prawda nie próbowałam ich wiele, ale ten... ten jest absolutnie doskonały. Delikatny, idealnie doprawiony, dosłownie rozpływa się w ustach. Zachwycona zamykam oczy i cieszę się chwilą.

- Widzę, że trafiłem - zauważa Hubert z satysfakcją.

- Jeśli to sen, to proszę, nie budź mnie - mruczę, sięgając po kolejny kęs.

Parę minut później mój mąż odkłada sztućce i opiera łokcie o stół.

- Kochanie, mam dla ciebie bardzo dobrą wiadomość. Chciałem poczekać z nią do dzisiaj.

Unoszę wzrok, zaciekawiona.

- Zamieniam się w słuch.

- Dopinamy szczegóły wynajmu przestrzeni biurowej w Krakowie. Chcę otworzyć tam drugą filię - wyjawia.

Dłoń z widelcem zastyga mi w powietrzu. Patrzę uważnie na Huberta, próbując to sobie poukładać.

- W Krakowie? - powtarzam.

- Tak. To duży krok. Ogromny, jeśli mam być szczery. - Bada mnie wzrokiem i pyta: - Dlaczego masz taką minę?

- Jaką?

- Wyglądasz, jakbyś była... smutna. Przecież to oznacza jeszcze większe zyski.

- Wiesz, że cieszę się z twoich sukcesów - mówię szybko.

- Z naszych sukcesów - poprawia mnie od razu.

Uśmiecham się delikatnie, ale zaraz potem poważnieję i wzdycham.

- Po prostu martwi mnie to, że jeszcze rzadziej będziesz w domu.

- Nie - odpowiada bez wahania. - Na co dzień biurem w Krakowie będzie zarządzać Kaja. Ja zamierzam tylko tam wpadać.

Wystarczy jedno słowo, żebym poczuła, jak napięcie ze mnie schodzi.

- Aaa... Kaja. Czyli wreszcie zejdzie ci z oczu - kwituję.

- A ty nadal jesteś o nią zazdrosna... - Hubert się śmieje. - Wiesz przecież, że ona woli dziewczyny.

- Zawsze to powtarzasz - przypominam mu z udawaną surowością. - A ja za każdym razem mówię, że jest jakaś szansa, że tylko tak gadasz, by uśpić moją czujność.

- Uwierz mi, nie musisz się o nią martwić. - Puszcza do mnie oko. - To co, wzniesiemy toast za rozwój firmy?

- A co dalej? - pytam, unosząc kieliszek. - Londyn? Nowy Jork?

- Najlepiej cały świat - odpowiada bez wahania. - Co ty na to? Chcesz go podbić ze mną?

Zamiast odpowiedzi poruszam wymownie palcem z obrączką.

- A mam inne wyjście?

Hubert stuka swoim kieliszkiem w mój. Idealny wieczór...

*

Godzinę później, gdy jesteśmy już po deserze, nasza randka wchodzi w kolejną fazę, o której nie miałam pojęcia. Światła w lokalu delikatnie przygasają, a na niewielką scenę wychodzi kilku muzyków i wokalistka. Zaczyna śpiewać nastrojowy bluesowy kawałek, który aż kipi od emocji. Znakomicie pasuje do tego miejsca i atmosfery.

Hubert wstaje i wyciąga do mnie rękę.

- Zatańczymy?

Nie protestuję ani przez sekundę.

Na parkiecie jest jeszcze niewiele par, mamy więc przestrzeń tylko dla siebie. Hubert kładzie dłonie na moich biodrach, a ja opieram się o jego pierś. Tańczymy powoli, wtuleni w siebie, jakby świat poza nami przestał istnieć. Czuję zapach perfum, które podarowałam mu na urodziny, i delektuję się jego pewnym, mocnym dotykiem. To dla mnie wymarzona rocznica ślubu. Bez pośpiechu i hałasu. Tylko my i nasza miłość.

I wtedy Hubert się wzdryga. Nieznacznie, ale wyczuwalnie. Jego ciało napina się, a po chwili całkiem sztywnieje.

Odsuwam się o krok.

- Co jest? - pytam go cicho.

Nie odpowiada. Zamiast tego patrzy gdzieś ponad moim ramieniem, w stronę głównego wejścia. Odwracam się instynktownie i zauważam jakąś kobietę. Stoi tuż przy drzwiach i rozgląda się po sali, jakby kogoś szukała. Ma proste czarne włosy, bladą cerę i jest ubrana zupełnie nieadekwatnie do tego miejsca: w wytarte dżinsy i za duży sweter w poziome paski. Wygląda, jakby weszła tu przez pomyłkę. Albo z desperacji.

Spoglądam ponownie na mojego męża.

- Hubert... co jest? - pytam już mniej spokojnie. - Kojarzysz ją?

Kręci delikatnie głową, ale robi to jakby mimowolnie.

- To niemożliwe - mamrocze.

Zanim udaje mi się zapytać go o cokolwiek więcej, puszcza mnie i robi krok w jej stronę.

- Zaczekaj tu - rzuca przez ramię.

- Hubert! - wołam.

- Proszę - dodaje, już idąc. - Nie ruszaj się stąd.

Zostaję sama na środku parkietu, kompletnie zdezorientowana. Patrzę, jak mój mąż podchodzi do tamtej kobiety i mówi coś szybko, nachylając się w jej stronę. Z początku ona stoi nieruchomo, jakby z uwagą go słuchała. A potem... coś w niej pęka.

Zaczyna uderzać go pięściami w klatkę piersiową i ramiona. Krzyczy coś, czego nie słyszę przez muzykę i szum rozmów, ale widzę, że jej twarz wykrzywia furia. Ludzie wokół odwracają głowy. Kelnerzy zamierają w pół kroku. Muzyka nieco cichnie.

Boże, co tu się dzieje?!

Podbiegam do nich.

- Hubert! - rzucam, chwytając go za rękę. - Kim ona jest?

Nie udaje mi się uzyskać odpowiedzi, bo kobieta wyrywa mu się i na cały lokal krzyczy:

- Jak mogłeś mi to zrobić?! - Jej głos drży, ale jest w nim coś przeraźliwie czystego. - Wiedziałeś, że cię kocham! Wiedziałeś, draniu!

Mój mąż próbuje ją uspokoić, ale ona nagle wybucha płaczem.

- Nigdy ci tego nie wybaczę! Pożałujesz! - Odpycha go, odwraca się na pięcie i wybiega z restauracji.

Zapada cisza.

Stoimy z Hubertem naprzeciw siebie jak sparaliżowani. Dopiero po chwili dociera do mnie, że wszyscy na nas patrzą, a kilku gości trzyma w dłoniach wycelowane w nas smartfony.

Rozglądam się bezradnie, a potem przenoszę wzrok na mojego męża. Ma lekko rozchylone usta i kręci głową, jakby próbował obudzić się z bardzo złego snu.

- Ja... Odeto, ja nie wiem... - zaczyna. - Wszystko ci wytłumaczę. Przysięgam, że wszystko ci... Skarbie...?

Patrzę na niego i mam wrażenie, że idealny wieczór właśnie rozsypał się na moich oczach. A to, co jeszcze przed momentem było romantyczną kolacją, zamieniło się w największy koszmar, na który nie byłam gotowa.

ROZDZIAŁ 3

- Wsiadasz czy nie? - pyta mnie Hubert, gdy stoimy na parkingu obok naszego auta.

Nie odpowiadam mu. Nie jestem w stanie. Mam wrażenie, jakby ktoś wyrwał mi z głowy wszystkie myśli i zostawił w niej tylko nieznośny szum. A najgorsze, że z każdą sekundą staje się jakby głośniejszy.

Przed oczami wciąż mam ostatnie minuty w restauracji. Te spojrzenia i wpatrzone w nas twarze. A do tego uniesione smartfony... Czuję, jak po plecach przechodzą mnie ciarki zażenowania, gdy uświadamiam sobie, że ktoś być może właśnie wrzuca nagranie do sieci. "Rocznica ślubu zakończona skandalem", "Kochanka rujnuje romantyczną kolację". Idealny materiał na viralowy post.

Po tym, co się wydarzyło, Hubert natychmiast poprosił o rachunek. Kelner był nienagannie uprzejmy, ale w jego oczach widziałam ciekawość. I coś jeszcze: współczucie. Zapłaciliśmy, nie dokończywszy wina, i wyszliśmy w pośpiechu, jakbyśmy uciekali z miejsca zbrodni.

Najgorsze jednak jest to, że mąż wciąż nic mi nie powiedział. Obiecał, że wszystko wyjaśni, ale dopiero gdy już stąd odjedziemy.

Dlaczego tak mu się spieszy? Czy chodzi o wstyd przed gośćmi i obsługą? A może o strach, że ta wariatka wróci i zrobi kolejną scenę zazdrości?

- Odeto - rzuca ponownie, już ostrzej. - Wsiadasz?

- Nie - odpowiadam bez wahania.

Hubert przeczesuje dłonią włosy.

- Przestań. Nie wygłupiaj się.

Prycham nerwowym śmiechem.

- Że niby to ja się wygłupiam? Mam ci przypomnieć, co właśnie odwaliłeś?

- Nic nie odwaliłem - mówi z irytacją. - To ta durna Adrianna zrobiła scenę.

- Aha. Adrianna - powtarzam powoli. - Czyli tak ma na imię twoja kochanka, o której nie raczyłeś mi wspomnieć. No bo w sumie który facet wspomina żonie o kochance?

- Uspokój się - mówi, wyraźnie tracąc cierpliwość. - Ona nie jest moją kochanką. To wszystko jest dużo bardziej skomplikowane.

- To kim jest? - pytam, czując, że głos zaczyna mi drżeć. - Wyjaśnij mi to tu i teraz.

Hubert rozgląda się nerwowo po parkingu.

- Nie tutaj. Wsiądź do auta. Pojedziemy w jakieś spokojniejsze miejsce i wtedy...

- Spokojniej już nie będzie - przerywam mu. - Kobieta, z którą ewidentnie coś cię łączy, właśnie na oczach obcych ludzi zniszczyła naszą rocznicę. I postawiła znak zapytania nad naszym małżeństwem.

- Przesadzasz - kwituje nerwowo. - Dramatyzujesz.

Patrzę na niego z niedowierzaniem.

- Dramatyzuję? - powtarzam cicho. - Hubert, dramatyzować to ja dopiero zacznę.

Między nami zapada ciężka, uwierająca cisza. W końcu niechętnie otwieram drzwi auta i siadam na fotelu pasażera. Robię to, bo nie mam już siły stać tutaj i być widowiskiem dla zerkających przez okno restauracji ludzi, których nic nie obchodzę.

- Jedź na jakąś stację benzynową - mówię chłodno. - Najlepiej taką z dużym parkingiem.

Hubert bez słowa zajmuje miejsce za kierownicą i odpala silnik. Ja zaś mam przeczucie, że to, co zaraz usłyszę, zmieni znacznie więcej niż tylko ten wieczór.

*

Droga zajmuje najwyżej pięć minut, ale mam wrażenie, jakby ciągnęła się w nieskończoność. Milczymy, bo napięcie między nami jest tak duże, że każde słowo mogłoby wybuchnąć jak granat. Serce bije mi przyspieszonym, nierównym rytmem, a myśli krążą wokół kobiety, która zrujnowała naszą rocznicę.

Kątem oka zerkam na Huberta. Co chwilę ociera dłonie o uda, jakby były mokre od potu. Jest wyraźnie zdenerwowany. Może nawet przerażony.

Nagle skręca i wjeżdża w boczną, polną drogę. Pokonujemy kilkadziesiąt metrów, aż w końcu zatrzymuje auto pośrodku niczego. W oddali majaczy powstające osiedle domów jednorodzinnych. Reszta to ciemne pole i cisza niosąca mi w uszach echo wrzasków Adrianny.

- I co teraz? - rzucam kąśliwie. - Zabijesz mnie na odludziu i gdzieś zakopiesz?

Hubert piorunuje mnie wzrokiem.

- Mogłaś sobie darować - warczy. - Za kogo ty mnie masz? Co?

Wzruszam ramionami.

- Sama już nie wiem - odpowiadam szczerze.

Hubert wysiada pierwszy i odchodzi kilka kroków dalej, jakby wciąż się obawiał, że ktoś nas usłyszy. Że mimo otaczającej nas pustki i ciemności prawda i tak wyjdzie na jaw. W końcu niechętnie wysiadam i ja. Zatrzaskuję drzwi, podchodzę kilka metrów, ale zatrzymuję się w bezpiecznej odległości. Gładzę się po odsłoniętych ramionach. To naprawdę chłodny wieczór.

- No? - odzywam się. - Czekam na wyjaśnienia.

Hubert zwraca się przodem do mnie i rozkłada ręce, jakby chciał mi dać do zrozumienia, że nie ma przede mną nic do ukrycia. Akurat!

- Przysięgam ci, że nie mam romansu. Nigdy cię nie zdradziłem. Przez wszystkie lata naszego małżeństwa byłem wierny tylko tobie. Przysięgam na życie naszej córki, że nie zbliżyłem się do żadnej innej kobiety!

- Nigdy więcej nie przysięgaj na nasze dziecko - syczę przez zaciśnięte zęby.

Podchodzi bliżej i próbuje mnie objąć. Odpycham go.

- Nie dotykaj mnie! - Cofam się o pół kroku.

Hubert odczekuje chwilę, dając nam obojgu czas na ostudzenie emocji.

- Znam tę kobietę z przeszłości - zaczyna. - Ale nie widziałem jej od dwunastu lat. Nie mam pojęcia, dlaczego pojawiła się dziś w tej restauracji ani czego ode mnie chciała. Jestem tak samo skołowany jak ty.

Prycham nerwowo.

- Chyba oszalałeś. Naprawdę myślisz, że ci w to uwierzę? - pytam. - Ona wpada do lokalu jak po swoje, robi scenę, krzyczy przy wszystkich, że cię kocha, oskarża cię o coś, czego nawet nie precyzuje... i ty chcesz mi wmówić, że nie mieliście żadnego kontaktu? Hubert, czy ty masz mnie za idiotkę?! - Podchodzę bliżej i dodaję: - Wyjaśnij mi, o co jej chodziło. Czego ona od ciebie chciała? Co ty jej, do cholery, zrobiłeś?!

Mój mąż milczy. Masuje głowę dłońmi, jakby natłok myśli mu ją przegrzał. W końcu wzdycha ciężko, z rezygnacją.

- Nazywa się Adrianna Skowron. Spotykałem się z nią przez niecałe dwa lata. Z początku... byliśmy bardzo szczęśliwi. Wydawało mi się, że spotkałem tę jedyną. A potem coś zaczęło się psuć.

Patrzę na niego bez słowa.

- W pewnym momencie - ciągnie - w dniu naszego ślubu... ona po prostu zniknęła.

Marszczę lekko brwi.

- Jak to zniknęła?

- Normalnie. Po prostu rozpłynęła się w powietrzu. Od tamtej pory nigdy o niej nie słyszałem. - Podchodzi do mnie szybko, chwyta za ramiona i lekko mną potrząsa. - Przysięgam ci, Odeto, że od dwunastu lat nie miałem z nią żadnego kontaktu.

Stoję jak wryta. Dopiero teraz dociera do mnie to, co chwilę wcześniej powiedział.

- Zaraz... czekaj... jakiego ślubu? - pytam ledwo słyszalnym głosem. - O czym ty mówisz?

- Odeto, ja...

Patrzę na niego, jakbym widziała go pierwszy raz w życiu.

- Miałeś narzeczoną? Ale... nigdy mi o niej nie wspominałeś.

Coś we mnie pęka. Łzy same napływają mi do oczu. Odwracam się do niego plecami i ocieram policzki dłonią.

Hubert znowu próbuje się zbliżyć.

- Nie podchodź - mówię ostro i odchodzę kilka kroków dalej.

Potrzebuję trochę czasu, by zapanować nad stresem. Staram się miarowo oddychać, ale rozchwianie sprawia, że nie potrafię wziąć spokojnego wdechu.

- Chcę wiedzieć wszystko - mówię stanowczo, gdy udaje mi się nieco ochłonąć. - Co was łączyło. Każdy szczegół.

Hubert przeciera twarz dłońmi i rzuca krótkie spojrzenie ku niebu, jakby prosił świętych o pomoc w przetrwaniu tej rozmowy.

- Nigdy ci o niej nie powiedziałem, bo żałowałem każdej chwili spędzonej z tą kobietą - mówi cicho. - Najchętniej wymazałbym ten epizod ze swojego życia. On nie ma dla mnie żadnego znaczenia. Żadnego, rozumiesz?

- Skoro nie ma, to dlaczego go ukrywałeś?

- Bo wstydziłem się tego, że dopuściłem do siebie kogoś tak niezrównoważonego. Nie chciałem, żebyś widziała we mnie słabego i naiwnego mężczyznę.

Patrzę na niego w milczeniu, starając się stać prosto. Czuję jednak, że nogi coraz bardziej mi miękną.

- Podejrzewam, że była chora - ciągnie Hubert. - Pewnie schizofrenia albo poważne zaburzenia emocjonalne.

- Schizofrenia? Brzmi jak idealna wymówka.

- Ona nie była święta! W przeszłości nadużywała narkotyków i raz omal nie zaćpała się na śmierć. Całą winą obarczono jej problematycznego brata, który miał ją w to wciągnąć, ale kto wie, jak było naprawdę...

- Zaczekaj, bo się gubię... To w końcu Adrianna była schizofreniczką czy narkomanką?

- Pewnie tym i tym - odpowiada. - Gdybyś ją wtedy widziała, na kilka tygodni przed ślubem... Nie rozumiałem, dlaczego tak dziwnie się zachowywała... Była nerwowa, podejrzliwa, jakby czegoś się bała. Robiła mi awantury o byle co. A potem... w dniu ślubu, kilka godzin przed ceremonią, zniknęła. Zostawiła tylko liścik.

- Co w nim było? - pytam.

- Napisała: "Nie dam rady. Wybacz. Nie szukaj mnie".

- Pamiętasz każde słowo - zauważam kąśliwie.

- Dziwisz mi się? Te słowa długo chodziły za mną jak cień. Próbowałem zrozumieć, dlaczego uciekła. Przeżyłem traumę.

- Czyli to wszystko wydarzyło się dwanaście lat temu - mówię powoli. - Jeszcze zanim się poznaliśmy?

Hubert przytakuje.

- Ślub miał się odbyć w połowie sierpnia. Ciebie poznałem w sylwestra.

Przypominam sobie tamtą noc. Jego twarz. Smutek w oczach.

- To dlatego byłeś taki ponury? - pytam. - Taki... jakby cię tam nie było?

- Tak - odpowiada bez wahania. - To był najgorszy czas w moim życiu. Przez Adriannę myślałem, że już nic dobrego mnie nie spotka. A potem pojawiłaś się ty. Ta piękna, seksowna barmanka, która nie tylko uratowała mi noc... ale i życie. - Robi krok w moją stronę. - Proszę cię... Wybacz mi. Ta kobieta to przeszłość. Wróćmy do domu i zapomnijmy o tej chorej akcji.

Prycham nerwowo, ocierając przy tym łzy.

- Wybacz mi - powtarzam po nim. - Musiałabym być bardziej szalona niż ta twoja Adrianna...

- Ona nie jest moja - wchodzi mi w słowo mąż.

- Doprawdy? - Posyłam mu wymowne spojrzenie, kończąc myśl: - Musiałabym być szalona, by przejść do porządku nad tym, co ona zrobiła. Na razie mam w głowie za duży mętlik. Poza tym znam tylko strzępki informacji. I wiedz jedno: przed nami ciężki czas. Bardzo ciężki.

- Skarbie, daj spokój... - rzuca błagalnym tonem Hubert.

- Przygotuj się na długie rozmowy. Bo ja nie odpuszczę, dopóki nie dowiem się wszystkiego o tej wariatce, która właśnie zrujnowała naszą rocznicę. - Robię krótką pauzę, po czym dodaję: - I kto wie... co jeszcze zamierza.