ROZDZIAŁ 1
Matka często mawiała, że siłą kobiety jest władza nad mężczyzną. Aurora wtedy słuchała jej zapamiętale, wierząc w każde, przesiąknięte dozą pewności słowo. Ale prawda była taka, że po tych długich latach wcale nie uważała, żeby ta miała rację. Jeśli istotnie by tak było, to czy Dan nie powinien być tutaj z nią?
Dana zaś nie było. Nie było go, precyzując, od przeszło ponad dwóch lat, gdy żegnała go, stojąc samotnie na cholernej werandzie, i patrzyła, jak czarny motor znika pomiędzy obcymi samochodami. Tamtego dnia nie wiedziała, co ze sobą zrobić, więc nie zrobiła nic. Właściwie można było uznać, że nie robiła nic, odkąd Dan zniknął.
Dlatego jej życie przypominało niekończącą się udrękę. Wychodziła z domu tylko po to, aby zrobić zakupy albo żeby pójść do kościoła. Nie miała przyjaciół ani rodziny, ponieważ wyrzekła się ich pięć lat temu, gdy oddała serce pewnemu brutalnemu typowi o ciemnych włosach i szczeniackim spojrzeniu, więc istniała sama dla siebie. Samotnie gotowała, samotnie jadła, samotnie oglądała cholerne seriale Netflixa. Dni przeraźliwe jej się dłużyły, noce z kolei wydawały się nieustającym koszmarem. Czasami nie mogąc zasnąć, przypominała sobie Daniela i serce zaczynało walić jej tak przeraźliwe, że łzy samoistnie nachodziły do oczu. Potem płakała przez następne godziny, aż zmęczenie ją usypiało.
Taki właśnie tryb życia wiodła, więc nic dziwnego, że powoli się dusiła.
Obejrzała po południu tysięczny raz Titanica, co jeszcze bardziej przyprawiło ją o mdłości. Niemniej zacisnęła zęby i przemyła twarz, by się uspokoić. Wspomnienia nie były czymś, czego właśnie w tym momencie potrzebowała. Szczerze mówiąc, zbyteczne przenoszenie się do przeszłości niemal Aurorę zabijało. Wydawała się wtedy wrakiem człowieka. Jego marną imitacją.
- Cholera! - warknęła, gdy nagle rozległo się przytłumione pukanie do drzwi.
Nie spodziewała się ani tego, ani usłyszenia po chwili donośnego dzwonka, który przeniknął brutalnie przez wszystkie ściany posiadłości, oznajmiając, że przybył niezapowiedziany gość.
Aurora drgnęła, zerknęła odruchowo w lustrzane odbicie w łazience i zobaczyła zmęczoną, drobną dziewczynę o niepewnym, strachliwym spojrzeniu.
Potem szybko oderwała wzrok od brązowych oczu i ruszyła do holu.
Nim otworzyła cztery zamki, zerknęła przez wizjer. Nie zdziwiła się, widząc starszego listonosza, ponieważ to była jedyna osoba, która zwykła ją odwiedzać. Chociaż czasami zdarzyło się, że jacyś nowi sąsiedzi próbowali nawiązać z nią kontakt, zaprzyjaźnić się, Aurora stanowczo dystansowała się w takich chwilach, pamiętając, co obiecała Danowi.
Uchyliła drzwi, nie odpinając przy tym łańcucha. Listonosz, już do tego przyzwyczajony, jedynie podał jej do ręki listy przez małą szparę. Aurora dostrzegła, że z trudem powstrzymał się przed wywróceniem oczami.
- Nie zabiję pani przecież - mruknął pod nosem.
Aurora wychwyciła tę niezbyt przyjemną uwagę, ale jedynie pospiesznie zatrzasnęła wejście. Skrzywiła się odruchowo, analizując jego słowa. Mimo że wiedziała, iż miejscowi uważają ją za wariatkę, to i tak czasami ją to naprawdę bolało.
W każdym razie zaraz potem przejrzała nadesłane wiadomości. Wszystkie dotyczyły opłat, oprócz trzeciego listu, który był ofertą pracy. Nie żeby to ją dziwiło. Odłożyła papierzyska na blat stołu w przestronnej kuchni. Postanowiła, że potem zajmie się przelewami na komputerze, a teraz po prostu zrobi coś na kolację.
- Może później coś przeczytam - mruknęła do siebie, otwierając lodówkę.
Coraz częściej zdawała się rozmawiać sama ze sobą, ponieważ cisza w tak dużym domu była iście przerażająca. Szczególnie nocą, kiedy ciemność owiewała każdy zakamarek, a okna skrzypiały z podmuchami wiatru. Drżała w takich chwilach na całym ciele, bojąc się, że zaraz ukaże się jej jakaś zmora, albo gorzej - człowiek. A konkretnie intruz nadesłany przez wrogów Daniela.
Zdziwiła się, zauważając, że skończyły się jej jajka. I mleko. Chciała zrobić sobie omlet, ale nie mogła przez brak produktów. Zerknęła na wiszący zegarek nad szafką. Wskazywał dziewiętnastą, więc nie było aż tak późno.
Wychyliła się do małego okna i odsunęła białe firanki. Faktycznie na dworze nie panowały jeszcze egipskie ciemności. Było dość szarawo, aczkolwiek lampy uliczne już się włączyły, powodując przyjemną, dość romantyczną atmosferę. Ludzie zresztą wciąż tłoczyli się na chodnikach grupkami.
Aurora naprawdę chciała zjeść ten pieprzony omlet i, niewiele myśląc, zdecydowała się przejść do pobliskiego sklepu. Zgarnęła klucze, włożyła zamszową kurtkę, wsunęła przetarte trampki i po chwili wybiegła na zewnątrz.
Przywitało ją rześkie, przyjemne powietrze. Nie było zimo, jedynie gdy sporadycznie wiał wiatr, chłód przenikał przez ubrania. Ale nawet to jej się podobało. Rzadko opuszczała swoją bezpieczną przystań, chociaż naprawdę marzyła, by móc częściej to robić. Niestety, wpojone przez Dana zasady skutecznie ją od tego odwodziły. W myślach słyszała jego surowy ton głosu, mówiący, że ma być ostrożna.
Przeszła obok bawiących się dzieciaków sąsiadów. Te natychmiast zamilkły. Taka sytuacja nie była jednak pierwszą ani ostatnią, więc Aurora się tym nie przejęła. Wiedziała, że dzieciaki mówią między sobą, iż jest nawiedzona. Poza tym sama się za taką miała.
Przygryzła wargę, nagle gwałtownie przystając, gdy przed nią wyrósł dość postawny policjant z surową miną. Najpierw z zainteresowaniem i lekkim przestrachem zerknęła na niego, potem dopiero na widowisko za nim. Zobaczyła żółte taśmy, odgradzające przejście, oraz rząd samochodów, kilka z nich należało do stróżów prawa. Syrena dopiero po chwili zawyła, jakby z opóźnieniem, a może Aurora była tak pochłonięta własnymi myślami, że jej wcześniej nie usłyszała.
- Musi pani iść naokoło, bo to trochę potrwa, nim ten bajzel ogarniemy - powiedział do niej donośnym, acz spokojnym barytonem.
Aurora skinęła głową, mimowolnie idąc w stronę, którą wskazał policjant. Przeszła w bok i wylądowała na niezbadanej dróżce. Oczywiście teoretycznie znała tę drogę na skróty, ale w praktyce nigdy nie miała okazji tędy przechodzić.
Stawiała niepewne kroki, co rusz oglądając się na policjanta, który wciąż stał w oddali i z widoczną irytacją wymalowaną na twarzy się jej przyglądał. Aurora stwierdziła, że jedynie robi z siebie durnia, więc już więcej nie zerkała w tamtym kierunku. Ruszyła sprawniej, zauważając, że dróżka teraz się rozszerzyła, a ona wylądowała w epicentrum, zdawało się, miasta. Przyuważyła znajome sklepy oraz lśniące neony. Dodatkowo usłyszała głośne dźwięki muzyki. Niefortunnie dla niej, zorientowała się, że przed sobą ma jakiś klub nocny.
Ludzie tłoczyli się przed nim i Aurora nie zdążyła przejść przez ulicę, bo ta była już zagrodzona przez samochody, które stanęły na czerwonym świetle, pół metra od siebie. Miała ochotę przekląć, gdy zmuszona była przepchać się przez ten szerzący się tłum. Naciągnęła kaptur na głowę, żeby nikt się do niej przypadkiem nie doczepił, i z głębokim wdechem ruszyła, starając się wyminąć nieznajomych.
Niemal z ulgą dotrwała do końca chodnika i już uśmiechnęła się z satysfakcją, że przetrwała, ale właśnie wtedy wpadła na czyjeś umięśnione, potężne ciało, które odruchowo ją przytrzymało, kiedy prawie upadła. Ręce na biodrach były silne i wyraźnie pewne tego, co robiły.
Aurora zadarła głowę, ale zobaczyła jedynie lśniące oczy, których koloru nie potrafiła określić - było tak ciemno, a przytłumione światła niewiele dawały. Była jednak pewna, że mężczyzna ma lepszy widok na jej twarz. Stali przy latarni, z której to sylwetkę Aurory oświetlała żółta poświata.
Jedyne, co dostrzegła, to zmarszczone, wysokie czoło. Mężczyzna patrzył na nią w jawnym zaintrygowaniu, wciąż mocno przytrzymując. Serce Aurory mocno zabiło w nagłej panice. Ale nie potrafiła się ruszyć, niczym zamrożona.
- Przepraszam. - W końcu usta uformowały słowa, bez jej świadomości.
Nieznajomy nagle ją puścił i Aurora z nasilającym się strachem zrobiła krok, potem następny, aż w końcu w popłochu wycofała się całkowicie. I gdy niknęła w kolejnym tłumie, miała dziwne wrażenie, że te pogrążone w cieniach oczy wciąż się w nią wpatrują. Z jawną fascynacją.