Restaurację Amore nad jeziorem Niegocin oblegał tłum turystów. Jadłodajnia znajdowała się tuż przy przystani i przyciągała zgłodniałych dobrym jedzeniem i wakacyjnym wystrojem. Wprost z pomostu wchodziło się na obszerny zadaszony taras. Po obu stronach niskich, ale dość szerokich schodów stały wielkie drewniane beczki, na których wdzięczyły się donice z czerwonymi pelargoniami, nad wejściem kołysał się sznur kolorowych żarówek, obszerne stoły i wygodne drewniane krzesła zapraszały do odpoczynku. Wygłodniałym żeglarzom trudno było przejść obojętnie obok unoszących się w powietrzu zapachów smażonej ryby, frytek, naleśników czy porządnego schabowego, tym bardziej że w Amore serwowano niedrogie i zawsze świeże dania dnia, a z tarasu rozciągał się bajeczny widok na wodę i zacumowane na przystani jachty. Rozbawione towarzystwo rozsiadało się tu więc na długie godziny. Po obfitym posiłku raczono się kuflem piwa i przesiadywano na tarasie do późnego wieczora w oczekiwaniu na potańcówkę przy muzyce na żywo. Tak, turyści tu wypoczywali. Nic dziwnego, że już około szesnastej znalezienie wolnego stolika graniczyło z cudem.
Ubrana w turkusową sukienkę przed kolana i z zawiązanym na biodrach czarnym kelnerskim fartuchem Natasza Małecka lawirowała między stolikami, dzierżąc przed sobą wielką tacę. Roznosiła dania, a potem sprzątała talerze i opróżnione kufle. Jej wysokie obcasy zahaczały od czasu do czasu o nierówności wyżłobione w drewnianej podłodze, nie dała sobie jednak wytłumaczyć, że powinna włożyć wygodne płaskie obuwie. Z uporem wartym lepszej sprawy tłumaczyła, że bez szpilek czuje się naga. Nie raz, nie dwa jej życiowy partner i dzierżawca obiektu Dariusz Pytlak urządzał jej karczemną awanturę, wróżąc, że przewróci się i wyleje gorącą zupę na gości, i dopiero wtedy napytają sobie biedy, ale Natasza, choć czuła respekt przed partnerem, tej jednej rzeczy wybić sobie z głowy nie dała. Od babci przejęła bowiem żelazną zasadę, że choćby przeciwności losu zaglądały w oczy, nie zwalnia to kobiety z obowiązku dbania o siebie. "Makijaż, fryzura, elegancki ubiór, życzliwość i uśmiech to oręż każdej damy" - mawiała babcia Maria. Nauczyła wnuczkę przerabiać zakupione w lumpeksie ubrania, a także dobierać do nich niedrogą biżuterię, toteż wielu gości restauracji odprowadzało Nataszę wzrokiem, gdy elegancka, szczupła i zwinna uwijała się między stolikami.
- Natasza! Trzy razy frytki i filet z kurczaka na dziewiątkę! - zawołał kucharz, wychylając głowę z okienka. Poczekał aż kelnerka ułoży dania na prostokątnej bambusowej tacy, po czym dodał ciszej: - Współczuję, że zostałaś z tym sama. Kto by się spodziewał, że Ewka rzuci robotę tak z dnia na dzień. Szef charakterek ma, daje popalić, no ale czy to pierwszy raz obsztorcował kogoś niesłusznie? - spytał retorycznie i nie czekając na odpowiedź, przetarł pot z czoła, po czym zniknął w czeluści okienka, skąd rozszedł się rumor upuszczonej patelni.
Młoda kobieta pomyślała z niechęcią, że Darek rzeczywiście nie przebiera w słowach. Bywa opryskliwy w stosunku do personelu i w stosunku do niej. Z roku na rok stawał się coraz bardziej nerwowy. Byle błahostka wyprowadzała go z równowagi, a jego krzyki wprawiały w zażenowanie gości restauracji. Gdy w chwilach intymności tłumaczyła Darkowi, że wszystkim żyłoby się i pracowało o wiele lepiej, gdyby nie jego ciągłe awantury, zbywał ją, mówiąc, że prowadzenie w Polsce biznesu to ciągła walka i dlatego stał się nerwowy. Wciąż jednak obiecywał poprawę. Po miłosnych igraszkach nawet próbował być milszy i bardziej wyrozumiały, ale cierpliwości starczało mu na dzień, góra dwa, a potem byle co wywoływało karczemny zatarg i kończyło się wyzwiskami. Natasza i pracownicy starali się schodzić mu z drogi, ale nie zawsze się udawało.
Niosąc przed sobą tacę, dziewczyna zamyśliła się tylko na ułamek sekundy. To wystarczyło, by w obszernym przejściu wpaść prosto na Dariusza. Taszczył na ramieniu pełny keg piwa, który mu się omsknął i uderzył w niesioną przez Nataszę tacę. Talerze upadły, roztrzaskując się na brązowej terakocie wewnątrz lokalu. Filety z kurczaka plasnęły na posadzkę, rozbryzgując tłuszcz, a frytki doleciały aż do stóp siedzących na zewnątrz lokalu klientów, zostawiając na deskach tarasu tłuste smugi.
- Do jasnej cholery! Gdzie ty masz oczy?! Tysiąc razy ci powtarzam, nie łaź na obcasach! Ogarnij się, bo się pożegnamy! Mam dość wywalania pieniędzy w błoto! Zmarnowałaś trzy porcje kurczaka i frytki. Myślisz, że pieniądze rosną na drzewie?! Sama nie potrafisz zarobić, to i nie doceniasz tego, co ci spadło z nieba jak ślepej kurze ziarno. - Darł się w furii. Przeturlał keg pod ścianę i wyciągnął z tylnej kieszeni dżinsów paczkę niebieskich LM-ów. Wsadził sobie papierosa do ust. Wiedziała, że ma ochotę zapalić natychmiast, ale powstrzymał się, bo lokal wewnątrz również był pełen gości. Ludzie przyglądali się tej scenie z nieprzyjemnym zdziwieniem. Krzyki i wyzwiska nie pasowały do idyllicznej, letniej scenerii i przytulności restauracji Amore.
Natasza wstydziła się podnieść wzrok. Nie chciała widzieć litościwych spojrzeń turystów. Przygryzła wargę. Zazdrościła ślicznym młodym kobietom i ich partnerom wesołości i beztroski. Ona też chciała się śmiać, chciała się bawić, pragnęła cieszyć się życiem, a tymczasem w imię źle pojętej miłości tkwiła tu już prawie dziesięć lat.
- A miało być tak pięknie - szepnęła z westchnieniem. - Obiecywał mi miłość po grób. Tymczasem miłość wytrwała dwa, może trzy lata, póki nie dopadła jej codzienność.
Dziewczyna przeszła obok kontuaru. Położyła tacę na barze i skierowała się do pakamery po szczotkę. Czuła na plecach świdrujące spojrzenia klientów. Ręce jej drżały, a w gardle zaschło. W kuchni zaległa cisza, zapewne kucharz zastygł w oczekiwaniu na rozwój wypadków. Natasza schyliła się po wiadro i mop, a po policzku popłynęła jej łza. Odruchowo wytarła ją wierzchem dłoni i natychmiast pomyślała, że rozmazała tusz. Wstydziła się wyjść na salę po awanturze i jakby nigdy nic z gracją zabrać się do sprzątania. Oparła się plecami o ścianę i, zniechęcona, przymknęła oczy. Co ja tu robię? Dlaczego pozwalam się upokarzać? Zdumiały ją własne myśli. Przecież takich scen i takich awantur z Dariuszem przeżyła setki. Wiedziała, że jego złość nie będzie trwała długo i że nocą, kiedy zmęczeni położą się do łóżka, przygarnie ją i niezdarnie bąknie, żeby się już nie droczyła. Znów westchnęła. Powoli, jakby wciąż się namyślając, rozwiązała czarny fartuch opasający jej biodra, zawiesiła go na kiju od mopa, a mop oparła o ścianę. Wyszła z pakamery i spojrzawszy w oczy kucharza, który akurat wychylił głowę z okienka, zapewne po to, by jej rzucić jakieś pokrzepiające słowo lub uśmiech, ominęła rozbite szkło. Uważając, by nie nadepnąć na rozrzucone jedzenie, przeszła przez taras i odprowadzana współczującymi spojrzeniami turystów, skierowała się na przystań.
- A ty dokąd? Kto posprząta ten chlew? Ej, Natasza! Wracaj, do cholery! - usłyszała za sobą wołanie Dariusza, ale nie odwróciła się ani nie zatrzymała. - Wracaj! Słyszysz?!
Zaczerpnęła swobodniej tchu. Strach, który odczuwała przy każdej awanturze z partnerem, uleciał tak szybko, jak się pojawił. W złych chwilach Dariusz ciągle wykrzykiwał, że od dziesięciu lat ma Nataszę na karku i już dłużej nie zniesie jej nieporadności. Kobieta wiele razy bała się, że któregoś razu on rzeczywiście spełni groźbę i każe jej się wynosić, a ona nie będzie miała dokąd wrócić.
- Nie, już się nie boję - powiedziała do siebie. - Nie boję się - powtórzyła dobitnie. W jednej chwili zrozumiała, że nie chce być tu, w tym miejscu. Zmrużyła oczy przed oślepiającym słońcem. Ciepły wiatr rozkołysał dół turkusowej sukienki, ukazując szczupłe opalone nogi w srebrnych sandałkach na szpilce. Natasza odsunęła jasne kosmyki z czoła, przerzuciła na plecy włosy związane w koński ogon i ruszyła przed siebie. Minęła kilka zacumowanych jachtów po obu stronach pomostu. Bujały się leniwie na wodzie kołysane wiatrem. Wróciła myślami do małej klitki we Fromborku przy ulicy Kapelańskiej, gdzie się wychowała. Nie widziała się z babcią prawie dziesięć lat. Sama nie mogła uwierzyć, że minęło aż tyle czasu. Dzwoniła do seniorki z początku co drugi, trzeci dzień, a potem raz w tygodniu, ale nadal obawiała się powrotu w rodzinne strony. Bała się, że ludzie jeszcze pamiętają TAMTO. Serce ścisnęło jej się z żalu na wciąż żywe w jej pamięci wspomnienia. Teraz jednak nie miała wyjścia. Postanowiła wrócić do domu i zmierzyć się z rzeczywistością, o której wolałaby zapomnieć. Chyba lepsze to niż wegetacja tutaj - oceniła. Westchnęła i zapatrzyła się w połyskującą w słońcu taflę wody.
- Ahoj, piękna pani - doleciał do niej z jachtu miły męski głos. Podniosła wzrok i natrafiła na śmiejące się oczy mężczyzny w średnim wieku. Ubrany był w granatową koszulę polo i białe spodnie do kolan. - Proszę porzucić smutki i popłynąć ze mną. Ot, niedaleko, tylko na koniec świata! - rzucił z uśmiechem.
Przysłoniła dłonią oczy, robiąc daszek przed natarczywym słońcem, i odwzajemniła uśmiech. Była to serdeczna, nic nieznacząca propozycja, ale wypowiedziana tak ciepło, że Natasza chętnie spaliłaby za sobą mosty, po raz kolejny postawiła wszystko na jedną kartę i popłynęła z tym nieznanym jej człowiekiem dokądkolwiek. Byleby dalej stąd.
- Proszę się zastanowić, bo właśnie odcumowuję łajbę i płynę, gdzie mnie oczy poniosą.
Stała bez słowa, patrząc na niego, a gdy odpływał, pomachała mu dłonią. Patrzyła jeszcze, jak krząta się po pokładzie, zwijając linę, a potem pozazdrościła mu prawdziwej swobody i wolności. Wolność - zamyśliła się - jakie to musi być cudowne uczucie. Nie tłumaczyć się przed nikim, być sobie sterem żeglarzem, okrętem i płynąć, dokąd się zechce. Opuściła ramiona i przymknęła powieki. Mam dwadzieścia dziewięć lat, a już przegrałam życie - oceniła w duchu.
- Natasza! Wracaj do roboty! - usłyszała za sobą krzyk Dariusza. W jego głosie pobrzmiewała irytacja i tłumiona złość. - Ludzie czekają na żarcie, a ty ceregiele urządzasz. Bo co? Bo ci zwróciłem uwagę, że jedzenie marnujesz? O to tyle szumu? No już, nie dąsaj się. Może i faktycznie nieco za mocno zareagowałem, ale wiesz, jak jest - zaczął pojednawczo. - No, wracaj, wracaj... wiesz przecież, że Ewka odeszła i nie mamy żadnej innej kelnerki.
- Nie masz, chciałeś powiedzieć. Ty zatrudniasz, ty zwalniasz... Ja... nie mam tu nic do powiedzenia. - Wzruszyła ramionami. - Jesteśmy ze sobą dziesięć lat, a wszystko tu jest twoje.
- Teraz chcesz o tym rozmawiać, jak roboty od zarąbania w knajpie?
- Nie, wcale nie chcę o tym rozmawiać. Ot, po prostu dotarło do mnie, że moje rzeczy zmieszczą się w połowie walizki. Nawet wypłaty nie mam, bo mój facet jest szefem. O każdą złotówkę muszę pytać.
- No przecież jesteśmy na dorobku... - Zniecierpliwił się.
- Nie, Darek. Nie my. - Pokręciła głową. - Ty - podkreśliła wypowiedziane słowo - jesteś na dorobku. Zresztą, już nie, bo Amore działa jak rozpędzona lokomotywa, tylko po drodze wyrzucasz maszynistów i tylko patrzeć, jak grzmotniesz w ścianę. A co do wspólności majątkowej... to nigdy nie brałeś mnie pod uwagę jako życiowej partnerki. Nigdy.
- No nie, ty chyba oszalałaś! - krzyknął. - Ludzie czekają na obiad, a tobie w głowie kasa. Zawsze wiedziałem, że jesteś materialistką. Teraz kombinujesz, co twoje, co moje... Wyrzygujesz mi, że interes rozkręciłem?
- Darek... odchodzę - weszła mu w słowo.
- Co znaczy: odchodzę? Dokąd? Do babki? Ludzie cię we Fromborku zgnoją. Myślisz, że zapomnieli? - Wydął nieestetycznie usta. Przygładził rozwiane przez wiatr jasne włosy i wbił w nią na poły gniewne, na poły niedowierzające spojrzenie.
- Żałuję, że ci się zwierzałam. Odchodzę. Tym razem naprawdę. Zastanawiam się, jak mogłam tak długo tu wytrzymać. Chociaż... kiedyś potrafiłeś być miły. - Popatrzyła na niego. W jej wzroku tliły się resztki dawnej miłości. Gdy się poznali dziesięć lat temu we Fromborku, zakochała się w nim bez pamięci. Uratował ją przed ludzkim złym gadaniem. Wyrwał z nieszczęścia i była mu za to wdzięczna. Teraz jednak stał się oprawcą. Owszem, nigdy jej nie uderzył, ale była pewna, że te krzyki, zmiany nastroju i oskarżenia o wszystkie niepowodzenia w restauracji to nic innego jak znęcanie psychiczne.
- Wrócisz, szybciej, niż ci się wydaje. We Fromborku ludzie pamiętają o tamtej twojej sprawce. A nawet jeśli zapomnieli, w co wątpię, to i tak nie będziesz miała z czego żyć. Gdzie znajdziesz pracę? Co, wyrwiesz babce emeryturę czy będziesz się prosiła o kromkę chleba? Niezła perspektywa. Życzę powodzenia w takim razie. Jeśli nie chce ci się zasuwać w Amore, to zabieraj swoje rzeczy i żegnaj. Tylko nie waż się wziąć sobie forsy z kasy na drogę. Guzik mnie obchodzi, jak dotrzesz do tej dziury. Skoro po tym wszystkim, co dla ciebie zrobiłem, zostawiasz mnie w samym środku sezonu, to radź sobie sama. Widać się pomyliłem co do ciebie. Jesteś nic niewarta. - Odwrócił się, wyciągnął z kieszeni paczkę papierosów i włożył jednego do ust. Zatrzymał się i chroniąc zapalniczkę w obu dłoniach, by wiatr nie zdmuchnął ognia, przypalił papierosa, po czym szybkim krokiem ruszył w stronę tarasu. Część ludzi, zniesmaczona awanturą, opuściła lokal. Jednak więcej niż połowa, sącząc piwo, wciąż czekała na zamówione dania.
Ostra wymiana zdań z Dariuszem zachwiała jej postanowieniem. Zawsze potrafił tak odwrócić kota ogonem, że czuła się winna. Teraz też twarde postanowienie wyjazdu zaczęło się kruszyć. Bała się przyszłości. Tego, że sobie nie poradzi, tego, że ludzie znów zaczną jej dokuczać. Bała się, że gdy tylko wróci do Fromborka, TAMTO będzie ponownie nawiedzało ją w snach. Zapragnęła zadzwonić do babci i się poradzić, co ma robić, ale jej telefon komórkowy został w Amore. Telefon jest na firmę. Zapewne mi go zabierze - stwierdziła w myślach. Trudno. Jeśli nie wyrwę się stąd teraz, nie wyrwę się już nigdy. Zrobiła kilka niepewnych kroków w stronę restauracji. Nie chciała jednak wracać jak zbity pies, przyspieszyła więc kroku, podniosła głowę i wyprostowała ramiona. Obeszła budynek, nie patrząc ani razu w stronę tarasu, i stromymi schodami weszła do dwupokojowego mieszkania nad lokalem. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że wszystko jest tu prowizoryczne. Zajęci od rana do późnej nocy pracą w restauracji, nie mieli czasu zająć się wystrojem czy choćby gruntowniej posprzątać. Na poręczach krzeseł piętrzyły się ubrania, przy drzwiach bezładnie rozrzucone kilka par butów i kapci utrudniały swobodne poruszanie, rozłożona wersalka z byle jak odrzuconą pościelą nie pierwszej świeżości sprawiała przygnębiające wrażenie. Natasza nie obwiniała się o bałagan. Nie miała ani jednego dnia wolnego, by ogarnąć mieszkanie. W restauracji pracowała siedem dni w tygodniu, a obsługa gości bawiących się na wieczornych potańcówkach przy muzyce na żywo przeciągała się do późnej nocy. Bywała tak zmęczona, że czasami, gdy wchodziła na górę, po prostu zrzucała z siebie sukienkę, chusteczką do demakijażu zmywała tusz i resztki fluidu i padała wyczerpana na łóżko. Dopiero rano brała prysznic.
Wyciągnęła z szafy torbę podróżną, spakowała do niej ubrania, buty i kosmetyki. Przeszła do kuchni, otworzyła górną szafkę nad okapem i wyjęła przerdzewiałą puszkę po herbacie. Chwilę się mocowała z wieczkiem, ale w końcu odskoczyło. Przechowywała w niej resztę z pieniędzy, które udało jej się wygospodarować z kwot na konkretny cel, a to na dentystę, a to na buty czy inne potrzeby. Zakupami jedzenia czy środków czystości zajmował się Dariusz. Kupował je na fakturę i sam jeździł po towar, a ponieważ był sknerą, Natasza musiała nieźle się nakombinować, by wyjąć z firmowej kasy sto czy dwieście złotych. Nawet napiwki oddawała, bo jęczał, że restauracja wciąż jest w fazie rozwoju. Wyjęła z puszki zwitek banknotów i przeliczyła. Było tego niecałe siedemset złotych.
Nasłuchiwała chwilę, bo wydawało jej się, że z dołu znów dochodzą krzyki. Słyszała podniesione głosy Dariusza i kucharza. Pokręciła głową z dezaprobatą. Za chwilę zostanie nie tylko bez kelnerki, ale i bez kucharza - mruknęła. Zanim opuściła mieszkanie, w którym spędziła ostatnie dziesięć lat, weszła do łazienki, poprawiła makijaż i uczesała włosy. Zarzuciła ciężką szarą torbę na ramię i ostrożnie, by nie pośliznąć się w srebrnych wysokich sandałach, zeszła po schodach.
Do dworca w Giżycku miała spory kawał drogi. Uszła kilka kroków i odwróciła się akurat w momencie, gdy Dariusz z tacą pełną kufli z piwem wyszedł na taras. Spojrzał na nią spod ściśniętych brwi. Wyczytała w jego oczach wyrzut pomieszany ze złością. Leciutkie ukłucie żalu szarpnęło jej sercem. Popatrzyła jeszcze raz na taras i na okna na pierwszym piętrze. Harowała tu jak wół, ale to miejsce znała. Przez pierwszych kilka lat nawet je kochała. Choć Dariusz był interesownym dusigroszem, kochała go, a może po prostu była mu wdzięczna, że wyrwał ją z Fromborka w najgorszym momencie jej życia. A teraz przyjdzie jej się zmierzyć z TAMTYM. Nie wiedziała, czy znajdzie w sobie dość siły i czy jest na to gotowa. Dariusz odwrócił pełen nagany wzrok i zaczął rozstawiać kufle na stolikach. Ona zaś odrzuciła z ramienia włosy związane w koński ogon i ruszyła przed siebie, by zmierzyć się z demonami przeszłości.