Rollandowi, mojemu mężowi, który jest cierpliwym i odważnym człowiekiem.
Crystal, naszej córce, która wraz ze swoim mężem, Brockiem Humanem, wypełnia cudowne obietnice, które Bóg zaplanował właśnie dla niej.
Elishy, naszemu niesamowitemu synowi, który jest jednym z najbardziej uduchowionych chrześcijan, jakich znam. Elisha pomógł mi, kiedy pisałam książkę oraz podczas prac edytorskich.
Chcę podziękować mojej duchowej córce, dr Jen Miskov, za inspirację oraz za pomoc podczas redagowania i opracowania książki. Szczególne podziękowania kieruję do Laury Taranto, jednej z wyjątkowych osób posługujących w Mozambiku, która wspierała mnie i czuwała nade mną każdej nocy, nawet gdy brakowało prądu, a połączenie internetowe było przerywane. Napełniona Duchem Świętym, wspierała mnie w ostatnich godzinach do trzeciego już ostatecznego terminu oddania tekstu i czuwała aż do minuty przed północą.
Chciałabym wyrazić swoją wdzięczność wszystkim lojalnym, zaangażowanym i napełnionym Duchem Świętym wierzącym, którzy są częścią naszej rodziny Iris Global i pomagali podczas posługi w ponad trzydziestu krajach na całym świecie. Dziękuję także Ani należącej do grona moich najlepszych przyjaciół. Dzięki miłości, która jest w naszych sercach, możemy wypełniać obietnicę zawartą w tej książce.
Przedmowa
Narodziny cudów to książka, która mogła być napisana - przynajmniej napisana dobrze - jedynie przez pewną grupę osób. Nadanie książce wyjątkowego charakteru wymaga od autora czerpania z ponadnaturalnego stylu życia, który jest rzadko spotykany nie tylko w dzisiejszych czasach, ale także w całej historii Kościoła. Takie życie stało się udziałem Autorki, podobne do życia bohaterów Biblii. Widziałem to na własne oczy.
Moja przyjaźń z Rollandem i Heidi Bakerami miała początek około szesnastu lat temu. Byłem świadkiem, jak Bóg dokonał przełomów, które tylko nieliczni byli sobie w stanie wyobrazić. Na zawsze pozostanie mi w pamięci moja wizyta w Mozambiku, kiedy dwóch niewidomych mężczyzn dostało się do Iris Global w mieście Pemba. Po tym jak krótko pomodliliśmy się za nich, usłyszałem słowa Heidi: "Wróćcie jutro, a będziecie widzieć!". Kolejnym dniem była niedziela.
O świcie do bazy zaczęło przybywać coraz więcej ludzi; wszyscy gromadzili się, aby czcić Boga podczas porannej posługi. Modlitwa tych wiernych była ponadczasowa i pełna pasji. To był znak ich miłości do Boga.
Dwóch niewidomych wróciło do obozu, tak jak im polecono. Oznaką ich wyjątkowego stanu, był dla mnie fakt, że jeden z tych mężczyzn nie miał źrenic ani tęczówek. Po bardzo krótkiej modlitwie obaj mężczyźni zaczęli widzieć. A ten, który nie miał źrenic, otrzymał nowe, piękne, brązowe oczy. Każdy z nich z radością ogłosił Jezusa swoim Zbawicielem i dołączył do grona nowych wierzących, którzy zostali tego dnia ochrzczeni w oceanie.
To było piękne. To było wspaniałe.
Bakerowie mieszkają w miejscu, które desperacko potrzebuje pomocy, a oni sami szukają najtrudniejszych przypadków, dzięki którym mogą pokazać miłość Boga. Dlatego doświadczyli wiele cierpienia i tragedii. Nie znam osób, których wiara byłaby poddana większej próbie niż wiara Rollanda i Heidi Bakerów. Mimo tego wszystkiego pierwsze miejsce zajmuje radość. Widziałem, jak bolesne więzy zostały zerwane dzięki wyjątkowym spotkaniom i przełomom, które mogą pochodzić tylko od Boga.
Wspominam o tym, ponieważ czytelnik powinien mieć świadomość, że ta książka nie powstała na podstawie jednego spotkania albo jednego pozytywnego doświadczenia. Nie opiera się na przemyśleniach grupy teoretyków. Została wyrzeźbiona przeciwnościami oraz wieloma łzami. Bez względu na te wszystkie przeszkody wypływa z niej dobra nowina o Królestwie, piękno oraz moc Słowa Bożego. Jeśli komuś wydaje się, że tego wszystkiego może doświadczyć tylko wyjątkowa osoba, myli się. To armia wierzących, którymi opiekują się posługujący pod przywództwem Rollanda i Heidi Bakerów. Oni potrafią przynosić cuda do pozornie beznadziejnych sytuacji. Mając tę świadomość, łatwiej jest docenić sposób, w jaki Heidi potrafi zgłębić tajemnice i podzielić się cennymi wskazówkami, na temat wypełniania Bożych obietnic. Ta książka doda każdemu odwagi i mądrości, bez względu na to, w którym momencie podróży w tej chwili się znajduje. Poprzez swoje życie Heidi pokazuje, jak ważne jest trwanie przy obietnicach danych nam przez Boga, aż się wypełnią.
Przez wiele lat czułem, że Maria, matka Jezusa, pokazała, jak niesamowite cuda mogą dokonać się na tym świecie. Właśnie ona jest wzorem dla Heidi, to wspaniałe. Heidi przygląda się, jak Maria radziła sobie z tym, co było w jej sercu, i jak stawiała czoła wielu życiowym przeciwnościom.
Jeśli tak samo, jak to było w przypadku Marii, Bóg napełnia Twoje serce obietnicami, które wydają się niemożliwe Tobie i ludziom wokół Ciebie, lub szukasz mądrości odnośnie do czegoś, co jeszcze nigdy się nie wydarzyło, to dzięki tej książce zbliżysz się do Ojca i otrzymasz narzędzia, które pomogą ci owocnie przeżyć Twoją podróż.
Heidi podkreśla znaczenie ciągłej bliskości jako najważniejszego punktu Twojej podróży oraz zachęca czytelnika do szukania oparcia w Bogu oraz do bycia poddanym i zatraconym w Jego miłości. Heidi udowadnia, że właśnie dzięki temu możemy stać się nieustraszeni, pełni nadziei i silni nawet w najtrudniejszych chwilach. Widziałem, jak ona i Rolland żyją w ten sposób od wielu lat i jestem przekonany, że tajemnicą ich sukcesu jest Boże działanie.
Bóg powiedział do Heidi: "Tylko jeśli będziecie pracować razem, będziecie zbierać żniwo". Heidi wyjaśnia radość i siłę działania razem z Chrystusem w obietnicach, które zostały wypełnione. Dzieli się swoją wizją z następnym pokoleniem, które powstaje i biegnie w kierunku swojego przeznaczenia, i niesie obietnice, które będą ukazywać wielką miłość Boga na całym świecie, i to nie tylko jednemu, ale także kolejnym pokoleniom.
Ta książka jest pełna inspiracji i zachęty oraz oświetla drogę, która jest przed nami. Drogę z Bogiem.
-Bill Johnson
Starszy pastor kościoła Bethel Church w Redding
Autor książki Kiedy niebo nawiedza Ziemię
oraz Ugościć Boga
Rozdział 1 - Obietnica
W szóstym miesiącu posłał Bóg anioła Gabriela do miasta w Galilei, zwanego Nazaret, do Dziewicy poślubionej mężowi imieniem Józef, z rodu Dawida; a Dziewicy było na imię Maryja. Wszedłszy do Niej, [anioł] rzekł: "Bądź pozdrowiona, łaski pełna, Pan z Tobą, "błogosłowiona jesteś między niewiastami"".
Ona zmieszała się na te słowa i rozważała, co by miało znaczyć to pozdrowienie. Lecz anioł rzekł do Niej: "Nie bój się, Maryjo, znalazłaś bowiem łaskę u Boga. Oto poczniesz i porodzisz Syna, któremu nadasz imię Jezus. Będzie On wielki i zostanie nazwany Synem Najwyższego, a Pan Bóg da Mu tron Jego praojca, Dawida. Będzie panował nad domem Jakuba na wieki, a Jego panowaniu nie będzie końca".
Ewangelia św. Łukasza 1:26-33; BT
Mieszkam w północnej części Mozambiku. Każdego tygodnia wyruszam w głąb lądu i odwiedzam daleko położone wioski. Wiem, jak wygląda życie w skromnych warunkach, w miejscach pozbawionych elektryczności i bieżącej wody. W miejscach, których kontakt ze światem zewnętrznym jest bardzo ograniczony.
Często myślę o tym, że miejsce pochodzenia Marii nie różniło się zbytnio od takich małych afrykańskich wiosek. Zastanawiam się, co akurat robiła, gdy ukazał się jej anioł. Wyobrażam ją sobie zajętą codziennymi obowiązkami - przynoszeniem wody ze studni, praniem ubrań w glinianej misce czy smażeniem ryb na ognisku.
Tamtego dnia nie spodziewała się anioła, który miał całkowicie zmienić jej życie. Jaka byłaby twoja reakcja na pojawienie się anioła, który mówi ci, że jesteś "niezwykle błogosławiony"?
Widziałam anioły. Czułam, jak obecność Pana wypełnia pomieszczenie. Boża moc sprawiała, że ludzie padali na kolana. Na widok anioła większość ludzi upadłaby na twarz z obawy i przerażenia. Drżeliby przed Bogiem pełnym chwały.
Maria zareagowała w taki właśnie sposób. Była przerażona. Biblia opisuje jej lęk. Nie wydaje mi się, żeby już wtedy miała głębokie i niesamowite życie duchowe. Prawdopodobnie była zwykłą nastolatką kochającą Boga. Myślę, że była podobna do nas - krucha i delikatna.
Jak to możliwe, by młoda dziewczyna wiedziała, jak się zachować w sytuacji, gdy anioł pojawia się w jej pokoju, oznajmując, że zajdzie w ciążę z łaski Boga? Jak mogłaby zareagować? Jak powiedzieć o tym swoim rodzicom? "Mamo, raduj się razem ze mną! Przyszedł do mnie anioł i jestem w ciąży! Wszyscy powinni świętować!"
A co z jej narzeczonym? Czy powiedziałaby mu: "Józefie, tak bardzo chcę ci coś powiedzieć! Jestem taka szczęśliwa! Bóg obdarzył mnie łaską - i będę miała dziecko! Ty nie jesteś ojcem, ale nie martw się. To wspaniały dar. Józefie, ciesz się razem ze mną!".
Każdemu wydaje się, że chce otrzymać słowo od Boga, ale jak zareagujemy, gdy to się stanie? Wielu z nas pragnie cudów w swoim życiu. Przykład Marii uczy nas, że wyjątkowe cuda mogą przysporzyć nam równie wyjątkowych kłopotów. Dar, który Maria otrzymała miał poważne konsekwencje. Jej sekret mógł pozostać w ukryciu tylko przez jakiś czas. W końcu to, co zostało jej obiecane, zaczęło być widoczne. Zastanawiam się, ilu ludzi jej uwierzyło, kiedy podzieliła się tym, że jest w ciąży dzięki Duchowi Świętemu.
Czasami Boże obietnice mogą wydawać się dziwne lub nieprzekonujące, a nawet szalone. Czasami wielkie obietnice wywołują niezrozumienie, a nawet wyrzuty ze strony otoczenia.
Jak mamy zrozumieć obietnicę?
Jeśli pragniemy przychylności Boga w naszym życiu, powinniśmy zastanowić się nad tym, w jaki sposób może się ona przejawiać. Nie zawsze obietnice wypełnią się w postaci gotówki, awansu lub podobnych darów. Łaska, którą została obdarowana Maria, polegała na tym, że prosta żydowska dziewczyna nagle zaszła w ciążę. Prawdopodobnie będzie musiała poradzić sobie z plotkami, krytyką i dezaprobatą ze strony swojej społeczności. Po pierwsze, musiała pielęgnować, chronić i kochać życie, które w niej rosło, bez względu na ból i brak zrozumienia.
Jeśli Bóg mówi do nas w niezwykły sposób, daje nam dziwne zadanie lub wysyła nas w nieoczekiwane miejsce, to możemy zawahać się, zanim podejmiemy decyzję, aby podzielić się nowiną z rodziną i przyjaciółmi. Będziemy martwić się o to, jak zareagują. To całkiem naturalne. Przez chwilę wyobraź sobie ten moment, w którym Maria musiała powiedzieć swojej rodzinie o wizycie anioła i o wspaniałej obietnicy danej od Boga. Ta obietnica wypełniała się - to było trudno zrozumieć i zaakceptować, nie tylko dlatego, że Maria była dziewicą, ale także z tego powodu, że jej dzieckiem był Syn Boży, Mesjasz Izraela.
Często próbujemy znaleźć sposób, jak wyjaśnić innym ludziom o wiele mniej skomplikowane zdarzenia. Nie każdy uważa, że oddanie wszystkiego nędzarzom trzeciego świata i przebywanie z nimi jest mądre. Nie każdy rozumie ideę czterdziestodniowego postu. Nie każdy potrafi pojąć, na czym polega nauczanie o Jezusie w miejscach, w których można za to zostać ukamienowanym. Nie każdy potrafi pojąć poświęcenie całego życia opiece nad ofiarami handlu seksem, zmuszanymi do prostytucji w Indiach. Z niezrozumieniem spotyka się także poddanie się dyscyplinie miejsc takich jak Harvard i Yale w celu szerzenia Dobrej Nowiny.
Prawda jest taka, że czasem nasze rodziny i przyjaciele nie rozumieją tego, na czym nam zależy. Czasem mogą to docenić dopiero dziesięć lub dwadzieścia lat później.
Kiedy miałam szesnaście lat, Duch Święty przyszedł do mnie. Pierwszą rzeczą, która miała miejsce po tym wydarzeniu, była utrata wszystkich moich przyjaciół. Kiedy powiedziałam moim bliskim o swoim powołaniu, nie byli zbyt pozytywnie nastawieni. Byli przekonani, że wstąpiłam do sekty. Krótko po tym musiałam zostawić chłopaka, którego kochałam całym swoim sercem. Bóg powiedział mi, że to nie on będzie moim mężem.
Kilka lat później spotkałam mojego przyszłego małżonka. Kiedy w końcu się pobraliśmy, od razu wyruszyliśmy na misję. Mieliśmy bilet w jedną stronę i trzydzieści dolarów. Od tamtego czasu nauczamy i służymy biednym i potrzebującym w Azji, Anglii i Afryce, oddając ich każdego po kolei Królestwu Bożemu.
To wszystko działo się wiele lat przed tym, zanim moi rodzice zdecydowali się zapytać o to, co robię w życiu. Mimo wszystko byłam wypełniona radością, że zdążyłam oddać ich Jezusowi, zanim umarli. Mój tata tak bardzo się zaangażował, że w wieku siedemdziesięciu dwóch lat został pastorem!
Kiedy odszedł, moja mama dołączyła do mnie w Mozambiku na kilka miesięcy. Uczyła nasze dzieci angielskiego i pomagała w naszej służbie z wielką radością.
Bóg we wszystkim przywraca ład!
"Bóg daje mi miasto!"
Kiedy miałam osiemnaście lat, uczęszczałam na uczelni w Południowej Kalifornii (obecnie Uniwersytet Vanguard) na spotkania, które jeszcze bardziej pomagały mi skupiać się na tym, co właściwe.
Pamiętam jak podczas pewnego spotkania byłam podenerwowana słowami mówcy, ponieważ to, o czym mówił, wydawało się bardzo aroganckie. Jedynym powodem, dla którego nadal słuchałam, było to, że stanowiłam część grupy goszczącej tego człowieka. Musiałam siedzieć w pierwszym rzędzie. A on mówił rzeczy, które nie miały dla mnie najmniejszego sensu. To wszystko było zbyt niewiarygodne, zbyt wyjątkowe. Ten człowiek twierdził, że Bóg powiedział mu, że On daje mu miasto. Powtórzył to dwa razy: "Bóg przekazał mi, że On daje mi miasto!".
Kiedy myślałam o tym, jak bardzo to wszystko było aroganckie, nagle zauważyłam dwóch aniołów, jednego na jego lewym ramieniu, a drugiego na prawym. Potem za jego plecami zobaczyłam Jezusa we własnej osobie. Otaczała Go jasna aura.
To było objawienie. Nie zasnęłam, nadal byłam w stanie widzieć wszystko inne i innych dookoła. Jezus wskazał prosto na mnie i powiedział: "Posłuchaj go. On mówi prawdę!".
Później już nie byłam w stanie uczestniczyć w kolejnych zajęciach. Dowlokłam się do małego pokoju modlitewnego w tylnej części kaplicy i uwielbiałam Boga całą duszą.
Popłakując, wołałam do Boga, że jeśli On może dać komuś miasto, to może także dać komuś cały naród. To spotkanie całkowicie mnie odmieniło.
Konferencja za milion dolarów
Prawie dwadzieścia lat po tym, Randy Clark położył na mnie ręce podczas konferencji Toronto Airport Christian Fellowship (teraz Catch the Fire) i powiedział mi: "Bóg chce, abyś podjęła decyzję, czy On ma powierzyć ci mieszkańców Mozambiku".
Ja i mój mąż, Rolland, udaliśmy się na to spotkanie w Kanadzie, ponieważ byliśmy głodni Boga i desperacko Go potrzebowaliśmy. Wymagało to od nas poniesienia dużych kosztów, ponieważ inny duży kościół oznajmił, że jeżeli wrócimy do Toronto, to stracimy jego wsparcie wynoszące milion dolarów na budowę nowego centrum dla dzieci. Ten kościół miał poważne teologiczne obawy odnośnie do tego, co może stać się w Toronto. Nie chcieli być kojarzeni z tym ruchem w żaden sposób, nawet pośrednio przez nas.
Desperacko potrzebowaliśmy tych pieniędzy. Jakiś czas przed tym wydarzeniem straciliśmy prawie wszystkie środki, które mieliśmy w Afryce, ponieważ urzędnicy pobili nasze dzieci i w jeden weekend zabrali nam nasze pierwsze centrum dla dzieci. Nasza rodzina, pracownicy i trzysta dwadzieścioro dzieci zostaliśmy bez dachu nad głową.
Tamten kościół chciał, abyśmy złożyli pisemną obietnicę, że nigdy ponownie nie weźmiemy udziału w działaniach kościołów odnowienia w Toronto lub Pensacoli. W przeciwnym wypadku mamy zapomnieć o zaoferowanych przez nich pieniądzach. Mimo że mieliśmy wielkie potrzeby, podjęcie decyzji było bardzo łatwe. Pragnęliśmy większej obecności Boga bez względu na wszystko. Byliśmy świadomi, że wyjazd na kolejną konferencję w Toronto będzie nas dużo kosztował - bilet wstępu za milion dolarów!
Pastor, który wstrzymał środki, nadal jest dla nas cennym przyjacielem i szanujemy jego posługę. Po jakimś czasie pogodziliśmy się z nim, ale wtedy on po prostu nie rozumiał wielu wydarzeń, które miały miejsce w Toronto, kiedy ludzie byli dotykani przez Ducha Świętego.
Podczas tamtej konferencji Randy Clark z wielką gorliwością i przekonaniem nauczał o namaszczeniu, mocy i przeznaczeniu, które Bóg nam ofiaruje. W połowie jego kazania nagle poczułam tak ogromną potrzebę Boga, że tam, przed tysiącami ludzi, mimo że nie usłyszałam wezwania do wyjścia do przodu, a mówca nie przerwał swojej wypowiedzi, poczułam, że muszę pobiec do przodu. Uklękłam, podniosłam moje ręce i zaczęłam krzyczeć.
Nawet ja sama zastanawiałam się, co się ze mną dzieje. Nie mogłam uwierzyć w to, że moje zachowanie było takie nieokiełznane. W normalnej sytuacji nigdy nie zachowałabym się w taki sposób, ale wtedy Duch Święty napełnił mnie taką potrzebą Jego obecności, że nie byłam w stanie martwić się o to, co pomyślą inni.
Randy przestał głosić. Położył na mnie swoje ręce i powiedział: "Bóg chce, abyś podjęła decyzję: czy On ma powierzyć ci mieszkańców Mozambiku?".
Z całej drzemiącej we mnie siły wykrzyknęłam "Tak!".
Mówił dalej: "Ślepi zobaczą, głusi usłyszą, kalecy będą chodzić, martwi powstaną, a biedni usłyszą dobrą nowinę".
Moc Boga uderzyła we mnie niczym piorun. Trzęsłam się i krzyczałam. Naprawdę myślałam, że umrę. Czułam, że Bóg mówi do mnie "Dobrze. Chcę, żebyś umarła". Wierzę w to, że Bóg pragnie naszej śmierci, ale On nie chce, abyśmy pozostali martwi. On chce naszej śmierci, abyśmy mogli zmartwychwstać w mocy Jego chwały. On chce dać nam nowe życie, które nie będzie już nasze, tylko oddane Mu w całości.
Pamiętam, jak głośne "Tak!" wypłynęło prosto z mojego serca. W tamtym momencie nie zastanawiałam się nad tym. Jeśli bym choć przez chwilę to rozważyła, z całą pewnością byłoby to głośne "Nie!"
Siedem dni i nocy po tym wydarzeniu czułam obecność i moc Boga tak intensywnie, że byłam sparaliżowana. Nie mogłam chodzić, mówić, a nawet się poruszyć. Duch Święty przekazał innym, że co jakiś czas powinni mnie napoić. Byłam noszona do toalety.
Ludzie byli rozbawieni. Cała ta sytuacja wydawała im się śmieszna. Ja nie widziałam w tym nic zabawnego. To był dla mnie święty i pełen mocy czas.
Po tym wszystkim wróciliśmy do Mozambiku.
W ciągu następnego roku stawaliśmy przed coraz to większymi wyzwaniami. Rolland i nasza córka zapadli na ostrą odmianę malarii. U mnie zdiagnozowano stwardnienie rozsiane. Nasza sytuacja finansowa stała się jeszcze gorsza. Pozostające pod naszą opieką dzieci z Mozambiku mieszkały w namiotach razem z robakami i szczurami, które każdej nocy gryzły ich stopy.
Ale ja nadal wierzyłam w obiecane mi słowo. Przez cały rok modliłam się o uzdrowienie dla wszystkich niewidomych w Mozambiku. Każdy z nich spotkał Jezusa, ale żaden nie odzyskał wzroku.
Ale po roku Bóg otworzył niebo. Słowo zaczęło się wypełniać. Niewidomi zaczęli widzieć, głusi słyszeć, niepełnosprawni ruchowo - chodzić. Trzech z naszych pastorów z Mozambiku doświadczyli tego, że ludzie powstawali z martwych. Kościół rozwijał się w ogromnym tempie. Od tego momentu historia naszej wspólnoty jest wypełniona po brzegi wspaniałymi opowieściami.
W czasie gdy otrzymałam objawienie, planowaliśmy utworzenie jednego kościoła w Hong Kongu, jednego w Anglii i jednego w Mozambiku. To był widoczny owoc naszej długoletniej służby. Mieliśmy dwa małe kościoły w Mozambiku - dzieci obowiązkowo musiały chodzić do centrum dla dzieci, gdzie odbywało się dla nich nabożeństwo przed niedzielnym obiadem. Spotkania w naszym drugim kościele odbywały się na wysypisku śmieci.
Później widzieliśmy dziesięć tysięcy kościołów powstałych w Mozambiku i innych sąsiadujących krajach. Dotarliśmy do ponad trzydziestu krajów na całym świecie. Kilka tysięcy nowych kościołów powstało w Cabo Delgado, prowincji wysuniętej na północ Mozambiku, w naszym przybranym domu i ojczyźnie południowoafrykańskich plemion Makua i Makonde, do których kiedyś najtrudniej było dotrzeć.
Kiedy Pan Bóg powiedział mi o swoim pragnieniu, że cały Mozambik będzie Go znał, czułam się dziwnie, prosząc Go o pomoc. W porównaniu ze standardami światowymi, nasza posługa nie była wielkim sukcesem. Widzieliśmy kilka cudów, ale ta obietnica wydawała się niemożliwa do wypełnienia. Każdy najmniejszy aspekt wydawał mi się dziwny, zapewne tak samo wydawało się Marii. Wiem, że jestem tylko jedną skromną osobą w ogromnym i wspaniałym planie Boga wobec Mozambiku.
Jestem tylko prostą posługującą. Wierzę jednak, że jeśli Bóg może użyć osła, może też użyć mnie. Chcę być motorem napędzającym Bożą chwałę. Chciałam wierzyć w to, że Boża miłość i chwała może wylewać się z mojego prostego życia - tak samo jak może wylewać się z twojego prostego życia. Bez względu na to, jak niemożliwa wydaje się obietnica Boga, możemy odpowiedzieć na to jak Maria - głośnym "TAK!".
Nawet najcichsze "tak" jest ważne dla Boga.