STYCZEŃ
1 STYCZNIA. NOWY ROK
Albo Nowy Rok. Kiedyś to były czasy, teraz nie ma czasów! Stary jeszcze dobrze nie zasnął po sylwestrze, a już stara go szmatą witała w nowym roku. Że wstawaj, Janusz, że już szósta. Trzeba w piecu napalić. Że chuchniesz i nie trzeba rozpałki, bo wczorajsze napitki wciąż aktywne. I stary wstawał. Właściwie to nie wstawał. Czołgał się do piwnicy, gdzie stał piec. Tam miał święty spokój. I klina. Jak już się rozbudził trzema klinikami, sięgał do szuflady w starym kredensie, która służyła za składzik wszystkiego. Rok w rok to samo. Jak zaprogramowany. Trzy kliny i do szuflady. Jakby tam złoto jakieś trzymał. A trzymał tam nowy kalendarz. Z namaszczeniem wieszał go przy piecu tuż obok swojego miejsca do kontemplowania.
Dla starego piwnica była całym królestwem. Całym światem. Lekiem na całe zło. Piec, bimbrownia, gąsiory z winem, tytoń podjebany z pola sąsiadów na skręty własnej produkcji. I tylko on miał klucz do tego raju. Do jedynego miejsca, gdzie nie sięgała jurysdykcja matki. Pokój uciech. I ten kalendarz. Goła baba, obowiązkowo w centralnej części. Jak byłem mały, to matka kazała staremu zasłaniać cycki modelki. Stary wieszał klucze w miejscach, gdzie wypadały sutki. Matka zła, ojciec uradowany. I już awantura gotowa.
Nie wiem, co on miał z tym kalendarzem. Niby nigdy w niego nie spoglądał, a życie i tak wyznaczały daty zapisane pod każdym miesiącem. Stary kalendarz miał we łbie, ale ten na ścianie był jak insygnia władzy. Wieszanie było symbolem, że oto rozpoczynamy kolejny cykl życia. Że oto od dziś czeka nas coś nowego. Tylko pierdolenie matki zawsze stare.
Stary wyłazi z piwnicy bardziej najebany, niż wchodził, i wtedy dopiero zaczyna się Nowy Rok. Matka już w garach. Najebana odgrzewa śledzie, które zostały z wczoraj. Smaży sałatkę warzywną z resztkami cekinów z kreacji koleżanki. Miesza kompocik z suszu i kiepów. Kroi żółty ser i drze się na babkę, że to sernik i że jak babka się nie zna, to niech milczy. Babka i tak najczęściej milczy. My oczywiście też nie śpimy, bo w domu gwar. Ale nami matka się nie przejmuje. Może i lepiej, bo jeszcze natarłaby nas kremem z eklerek i wmawiała ojcu, że sama nas upiekła, a wiadomo, że to stary dba o jej piec.
Na obiad przychodzi Rysiek, szwagier ojca. Przynoszą z piwnicy butelczynę na specjalną okazję. Ojciec ma takich flaszek na specjalną okazję średnio pięćset na rok i ciągle dorabia nowe. Wiadomo, że jeszcze wczorajsze nikogo nie puściło. Nawet matka w miarę w humorze. Biesiada. Nieraz próbowaliśmy palucha w kieliszku namoczyć, ale to zaraz było słuchania. Że gdzie dzieciom do alkoholu! Że to trucizna, że ojciec nie pije, matka nie pije, to i dzieci nie będą. Że oni to tylko na specjalną okazję i symbolicznie. Że jak dorośniemy, to ze starym po piwie wypijemy, ale póki pod tym dachem mieszkamy, to mamy być porządni, a nie jakaś patola, a z rodziców mamy brać dobry przykład. Tak jakby to się wykluczało, ale nikt nie śmiał tego pierdolenia podważyć, bo matka brudną szmatą po dupie lała.
Nawet nie trzeba było czekać do wieczora, a impreza już lepsza niż w sylwestra. Stary szuka resztek fajerwerków, matka tańczy w rytm powtórek w telewizji. Babka milczy. Dzieci pchają paluchy w kieliszek z winem. Rysiek zaczyna śpiewać kolędę i wyjeżdża do starego z tekstem, że dzisiaj Światowy Dzień Kaca. A stary na to, że może i światowy, ale na pewno nie polski, bo w naszym kraju do kaca nikt nie dopuszcza.
Nowy rok. Nowy cykl. Teraz to nie ma czasów. Teraz ludzie mają kaca po jednym piwie. Kiedyś flaszka na śniadanie, na obiad i na kolację - wszyscy zdrowi byli. Do czego to doszło? O tempora, o mores, o kurwa!
6 STYCZNIA. TRZECH KRÓLI
Albo Trzech Króli. Chuj, nie święto. Ale wolne. Kiedyś nie było wolne i to był jedyny minus tego święta. Teraz jest wolne i to jest jedyny plus tego święta. Królowie od razu awansowali w hierarchii ważnych wydarzeń.
Pierwszy ważniejszy przerywnik w życiu rodziny od czasu świąt i sylwestra. Pierwsze pajęczyny wyłażą już z kątów. Stary czasem obchodził Sześciu Króli trzeciego stycznia, ale i Trzema Królami szóstego poprawiał.
Święto rzucone w przestrzeń życia bez ładu i składu. Bez wpływu na nic i na nikogo.
Ale jest okazja. A jak jest okazja, to okazji nie trzeba szukać.
Pamiętam, jak jeszcze ten dzień nie był wolny, ale akurat wypadał w niedzielę i ojciec zarządził imprezę rodzinną. Po świętach zostało trochę wędzonego mięcha, alko zawsze czekało w piwnicy, nawet babka się ożywiła i zrobiła blok czekoladowy. Babka w tych okolicach obchodziła też swoje urodziny. Nikt nie wiedział które, a i ona chyba nie pamiętała. Czasem żartowała, że chodziła do przedszkola z Marylą Rodowicz, ale w to nikt nigdy nie wierzył. Ludzie nie żyją tak długo.
Pukanie do drzwi. Są. Kolejno wbijają.
Praciotka, siostra babki. Najszybsza, najsprytniejsza, w wieku nieokreślonym, ale bitwę pod Grunwaldem pamięta.
Siostra matki. Dama. Temu dała, tamtemu dała.
Mąż damy. Cichy, spokojny, opanowany, chyba już dawno opadły mu ręce. Wszystko mu opadło.
No i Andrzej.
Impreza jak zawsze. Kanapki z boczkiem i frustracją. Sałatka z niespełnionych marzeń. Nalewka z zazdrości i nienawiści. Podpierdolkowe rozmowy w rodzinnym gronie. Dama wbija szpilę matce, że ta całe życie się uczyła, a i tak skończyła pod jednym dachem ze swoją matką. A ona zawsze z kwiatka na kwiatek, mąż bogaty, ona w futrze. Babka już czerwona, ale milczy. Matka wybucha jak kiedyś staremu wino w stulitrowym gąsiorze. I poszło po ścianach. I już spływa krwią. I już wszystkich paskudzi, a szkła wkurwu ciachają atmosferę. Jakby ktoś się w kościele spierdział. Będzie wojna!
Matka jej na to, że z każdym się puszczała, że damę rżnie, a tak serio to ją każdy rżnął. Że ona się zawsze takiej siostry wstydziła, że ona zawsze porządna, a siostra jak podmieniona, że dobre imię rodziny szarga i siara przed sąsiadami, przed proboszczem, i w ogóle wstyd i słów brak. Dama jej na to, że matka skapcaniała, za mąż wyszła szybko, to niewylatana, wpadła za pierwszym zamachem, to i się nie wyszumiała, a teraz sfrustrowana chodzi. Ten jej Janusz, typowy Janusz, że typowa rodzina, że zacofka, że wstyd, że dramat. No wojna.
Siedzę z Pioterem pod sypiącą się choinką. Jemy te lizaki z choinki, co od 20 lat wiszą dla ozdoby, i słuchamy rodzinnych historii. Matka i ciotka wyciągają sobie największe brudy. Jedna drugiej wypomina, z kim spała. Ojciec i wujek - strach w oczach. Praciotka się śmieje. Babka milczy jak zwykle. Andrzej je pajęczynę w kącie.
W końcu dowiedzieliśmy się, ile ciotka miała aborcji, a ile matka. Matka do damy, że dzieci nie ma, że grzech, że do kościoła nie chodzi, że dzieci skrobała, a potem jeszcze jakieś antykoncepcje, że koniec świata. A ciotka jej na to, że ona jeszcze pełnoletnia nie była, jak dzieci urodziła, a potem skrobanek miała więcej niż ona. No to matka, że ona chociaż dwójkę dzieci dla ojczyzny porodziła. To ciotka jej na to, że nie dla ojczyzny, tylko żeby szybciej za mąż wyjść. Co tam się działo! Trzech króli nie było, ale trzy królowe - i owszem. Trzecia królowa - babka, znaczy się - milczała jak zwykle.
Babka czekała na moment. Jak dwie królowe się zasapały, babka milczenie przerwała. I mówi do nich spokojnym głosem, że jakby wiedziała, że takie wredne córki urodzi, to obie by wyskrobała. Że całe szczęście, że teraz jest ta antykoncepcja, że ludzie nie tak otumanione, że coś się dzieje, że krok naprzód i tylko jej córki opóźnione. Że jakby dziadek żył, toby mu powiedziała, że jego plemniki jakieś trefne. Ale dziadka już nie ma, więc może powiedzieć głośno, że to nie jego plemniki.
Matka oczy w słup. Ciotka to samo. A babka dalej snuje opowieść. Że kiedyś w tych czasach odległych, zaraz gdzieś po bitwie pod Grunwaldem, co to z siostrą swoją pamięta przecież, swobody było więcej niż teraz. Ojciec dyscypliny pilnował. O ósmej w domu. Ale do ósmej - róbta, co chceta. I szesnastolatka za mąż wydana, bo ciasto w piekarniku rośnie. I afery nie było, a były skrobanki. I jakieś zioła, żeby w ciążę nie zajść - marne to, ale wszelkich sposobów się czepiano.
Że teraz rozwiązłość? Dobre sobie! Człowiek zawsze chciał się życiem cieszyć, tylko kiedyś mu tego nikt nie wypominał. Ciotka i matka próbują się dowiedzieć, kto w takim razie jest ich ojcem, ale babka tylko ramionami wzrusza, bo nie wie, to nie jej problem. Dla niej to żaden problem. Bo to jej córki mają problem. Zawsze. Dwie siostry jak dwa obozy. Tak blisko, a tak daleko. Oczy sobie wydrapują, jakby cokolwiek prócz wspólnej matki miało znaczenie. Ciotce i matce jakby kto w ryj dał. Płaczą, szlochają, godzą się, przepraszają. Ale to nie one płakały. To wódka płakała.
Chwilowo pogodzone. Ojciec z wujkiem odetchnęli. Praciotka wydłubuje mak z zębów i strzela nim do salaterki z sałatką. Andrzej jak zwykle. Cisza. Radość nastała. My pod tą choinką wciąż nie wierzymy, co tu się odjebało. Ciumkam tego cukierka pałeczkę z choinki.
Kurwa, chyba złamałem sobie ząb na tej dwudziestoletniej pałeczce. Nie warto rozgrzebywać cukierków sprzed lat, bo to może się skończyć tragicznie.
13 STYCZNIA. DZIEŃ POLSKIEJ WÓDKI
Albo Dzień Polskiej Wódki. W domu nigdy się nie przelewało. Stary dbał, żeby w kieliszku było co do kropelki równo z brzegiem. Żadnego przelewania. Wszystko wyliczone, jakby na Harvardzie matmę z wyróżnieniem skończył. Dzień święty święcił po swojemu. Jak była wódka, to wódką, ale zazwyczaj spożywał własne wynalazki. A wynalazcą był lepszym niż da Vinci. Swoje mikstury rozpisywał kredą na ścianie w piwnicy. Ścierał, udoskonalał, poprawki nanosił. Aż doszedł do perfekcji. Aż na jego bimbrze Andrzej WSK-ę mógł odpalić.
WSK-a Andrzeja to była legenda. Tak jak Andrzej. Podobno tą WSK-ą w stanie wojennym sam Wałęsa jechał. A jak papież - ten prawdziwy, bo Polak - był z wizytą w ojczyźnie, to pod ołtarzem stała. A potem, za Kwaśniewskiego już, to podobno nawet zagrała w teledysku do piosenki Ole Olek. Pół wsi nuciło! W ogóle stary był fanem Olka. Zawsze powtarzał, że to jego ulubiony prezydent, bo nigdy akcyzy na wódkę nie podniósł.
Czasy były wyśmienite. Polska rosła w siłę. Na targu można było kupić koszulki z Abibasa. Spodnie piramidy. A nam ojciec napój w woreczku kupował przy okazji wypadu na bazar. Zaraz przy wejściu na targ stała taka drewniana buda. Piwko z wkładką dla ojców, picie w woreczku dla dzieci. Ojciec zamiast robić sprawunki, to rozsiadał się tam na dłuższą chwilę i gawędził z innymi towarzyszami niedoli, których żonki wysłały na zakupy. Dzieci? Jak to dzieci. Ręce oblepione tą cukrzycą z woreczka zapraszały osy na obiad, a one same kręciły się w pobliżu. A to zieloną papierówkę się znalazło, a to mirabelki. Co sprytniejszy to i gumy kulki zajumał z kiosku obok, bo baba wystawiała je przed okienkiem. I ta piosenka w tle. Jaki to był hit! Ole, Olek, na prezydenta tylko ty!
Na środku targu stał stół z kasetami. Disco polo szło jak woda. Olek kupił te wybory na targu, pod budką z piwem, w remizach i na festynach. A potem pokazał swoją prawdziwą ludzką twarz, jak to powtarzał ojciec. Prawdziwy, nasz, Polak. Bardziej nasz niż papież. Bo wypił jak chłop, a nie w sukience chodził. Ale to tylko przy swoich ojciec takie exposé wygłaszał. Bo przy obcych - wiadomo! Papież największy Polak! Przy swoich - Kwaśniewski największy Polak! Przy matce, jak chciał się jej podlizać, stwierdzał natomiast, że największym Polakiem to jest Wodecki, bo matka Wodeckiego uwielbiała. Pewnie dlatego kombinowała z tą trwałą, ale włosów Wodeckiego nigdy nie osiągnęła. Stary natomiast wszystko z alko kojarzył. Kwaśniewski - wiadomo. Wodecki - bo jak Wódecki. A papież... Papież to nie wiadomo, ale to przecież największy Polak. Przy obcych oczywiście.
I stary tak pół życia przesiedział pod tą budką, śmiejąc się z kumpla, co zamiast wypić browarka, kasety sprzedawał na słońcu. Ten jego kolega teraz jest deweloperem i ma dom w Hiszpanii. Jebał na to w tym słońcu, krok po kroku i rok po roku. Po kasetach na targu przeskoczył na wypożyczalnię wideo, potem kafejka internetowa, potem kolejne biznesy. Stary mówi, że nakradł, bo uczciwie to by się nikt nie dorobił. On tyle lat robi, na wszystkim się zna, jest specjalistą w wielu dziedzinach, ale pleców nie ma, nie kradł... nie licząc tego, co z zakładu pracy kiedyś wynosił, ale wiadomo - państwowe to i jego, to mógł.
No to stary mówi, że proszę, wzór na najlepszy bimber opracowałem, Maria Kuria się przy mnie chowa. I proszę, zobacz, jak drewno do pieca równo poukładane, jak od linijki, nikt tak nie umie. Zobacz, dzieciaku, jaka precyzja, jaki kunszt. I na sporcie się znam, na każdym. Jakby nie kontuzja w latach siedemdziesiątych, tobym na olimpiadzie startował! I tylko garba się dorobiłem! Tamten to kradł. Uczciwie jeszcze nikt się nie dorobił. Znajomości miał. Szuja. Chuj. Złodziej jebany.
I tak stary umiał rozprawiać godzinami o znajomych szujach.
A bimber faktycznie umiał odjebać perfekcyjnie. Jak już WSK-a Andrzeja na starego samogonie ruszyła, to we wsi okrzyknięto go Panoramiksem. Tylko matka za nim krzyczała inaczej. Zazwyczaj menelu, pijaku, ochlejmordo i inne misiaczki, jak to w prawdziwej polskiej rodzinie.
I niby ten dzień święty ojciec święcił, ale cały rok. Taki to on pobożny. Przykładny. W kościele zawsze w pierwszym rzędzie. Może raz do roku, ale zawsze w pierwszym. Zawsze pod wpływem, bo zawsze ten jeden dzień w roku w pasterkę wypadał. Kultura picia w Polsce. Dzień Polskiej Wódki...
Ojciec powtarza, że kiedyś to były czasy, teraz to nie ma czasów. Kiedyś każdy i wszędzie pił i nikt się nie czepiał, a teraz ani w robocie nie pozwalają, ani w parku, ani nigdzie. Zaraz cyk i mandacik. A Polak nie wielbłąd i pić musi, hłe hłe hłe. Dzieci kiedyś od małego obyte, że jak impreza, to musi być pite. A teraz te dzieci pod kloszem chowane - i co z nich wyrośnie? Jakieś pizdusie w rurkach, co nic o życiu nie wiedzą!
Ani wojska teraz, ani wódki, bezstresowe wychowanie - i kto to widział? Stary ma zawsze rację. Większość moich kolegów z podstawówki wychowana w prawilnie tradycyjnych domach. Była wódka. Był kościół. Była stara w garach. I był stary z ciężką ręką. I wszyscy wyszli na ludzi. No chyba że akurat umarli. Tylko pięciu na dwadzieścia chłopa w klasie siedzi w więzieniu. Z dziesięciu w trakcie lub po terapii. Kilku w AA. I jeden się powiesił. A teraz te dzieci to nic się nie nauczą. Kiedyś to było...
17 STYCZNIA. ŚWIATOWY DZIEŃ PIZZY
Albo Światowy Dzień Pizzy. Na chacie pogarda. Bo jaka picka? Co wam się, gówniarze, zgniłego Zachodu zachciewa? Matka zaraz wam drożdżowe ciasto zrobi. Kaszą napcha i będzie. Pieróg, a nie jakieś wymysły. Kiedyś nie było piców żadnych i ludzie zdrowo żyli! Goloneczka, smalec, wódeczka, galareta. To są polskie dania. Ha tfu! Jak dziadek na wojnie był, to piców nie było i wszyscy żyją. Chyba że akurat umarli. Ale umarli honorowo, a nie jedząc jakieś zagraniczne gówno. Zagraniczne chcą nas zniewolić. Najpierw ichniejsze jedzenie, potem obce słowa, obyczaje zachodnie jakieś i tak krok po kroku ten kraj niszczą.
Siedemnastego jeszcze choinka w kącie stała i straszyła ostrymi igłami, które wbijała w dywan z Turcji. Stary nie wiedział, że ta choinka to z Niemiec przyszła. Kiedyś nawet próbowaliśmy mu to przekazać, to nas szmatą matki zdzielił po plecach, wykrzykując, że chuja ona tam, a nie niemiecka, jak sam z państwowego lasu kradł! Las ten w życiu Niemca nie widział! I zamknąć mordy i koniec tematu, szanujcie tatusia, dyskusji nie ma! Koniec!
Jak koniec, to koniec, nikt staremu nie wytknął, że niemieckim golfem jeździł i ukraińską wódkę pił, bo dopiero by się zaczęło. O tym, że jego dziadek miał nazwisko na -uk zakończone i daleko za Bugiem mieszkał, to nawet matka bała się wspomnieć, chyba że w kłótni.
Stary zawsze był anty wszystko, chyba że akurat był pro, a z pro najbardziej lubił prostytutki, ale to inna historia.
Kiedy w najbliższym mieście otworzyli pierwszą pizzerię, miałem jeszcze gluta pod nosem. Pojechaliśmy ze starym po sprawunki na targ. Zapach taki, że język do dupy uciekał. Młody byłem, to i odwagi więcej, mówię mu więc, że chodźmy skosztować tej nowości, bo dzieciaki na wsi mówiły, że taki pyszny placek, taki zapach, smak, że nowość jak z filmów i jak zostanie nam z zakupów, to może by tatuś kupił. Stary na to, że na co ci pica jakaś, w domu matka picę lepszą zrobiła, nasmażyła placków kartoflanych, za parę groszy wszyscy się najedzą, a nie jakaś droga bułka z grzybami, na co to komu, w domu jedzenia pod dostatkiem, a poza tym tatuś wam parę lat temu zapiekanki sprawił, pamiętasz?
Pamiętałem, a jak. Andrzej po pijaku betek nazbierał. Stary po pijaku te grzyby do domu przyniósł. Cały chleb pokroił na wielkie pajdy, grzyby usmażył, chleb posypał, keczupem polał i dał nam na kolację. Jak mi zaczęły spod szafy jednorożce wychodzić, nawet mi się podobało. Jak zielone karły żonglowały pomidorami w kuchni, też mi się podobało. Ale jak tyranozaur nasrał babce w salaterkę, to i ja się zesrałem. Matka wróciła do domu. Dzieci zasrane, zarzygane, ojciec śpi, babka salaterkę czyści. Po karetkę trzeba, a telefon jeden na wsi, u sołtysa. Ani dzieci zostawiać, ani lecieć dzwonić. W końcu babka mówi, że ona ziół zaparzy - wie które, bo Władek (znaczy się dziadek) też te grzyby jadał i ona nas oczyści. Oczyściła. Tydzień sraliśmy dalej, niż widzieliśmy. Ale przeżyliśmy. Tylko co to za życie...
Ojciec szmatą zebrał od matki, że dzieciaki potruć chciał, że co z niego za ojciec, że tyle już bachory pieniędzy pochłonęły, że szkoda by było, jakby teraz szlag je trafił, bo kto szklankę wody poda na starość? Pal licho wodę, ale co z wódą?! Na to babka się wtrąca, że jej nikt wody przecież nie podaje, a dwie córy odchowała i może lepiej było je tymi Władziowymi grzybami podkarmiać regularnie.
Matka czerwona. Babka też, ale ze śmiechu. Babka mało się zawsze odzywała, ale jak się odezwała, to jakby rój szerszeni do zajętej latryny wpuścić - ni skończyć, ni uciekać. Jakoś ta historia szczęśliwie się skończyła, Pioter tylko do dziś grzybów nie jada, bo go wątroba boli. Matka zabroniła staremu czymkolwiek nas karmić. No to nie karmił. I na pizzę też nie chciał zabrać, ze strachu przed mokrą szmatą matki.
Najgorzej przez ten zakaz było, jak stara do siostry na tydzień pojechała. Ojciec niby zawsze podkreśla, że pantoflarzem nie jest, ale zakaz matki złamać się bał. Dobrze, że lato było. Żywiliśmy się nadzieją na rychły powrót matuli i sfermentowanymi mirabelkami zza płotu. Za płotem mieszkał Marecki i za te mirabelki śrutami z wiatrówki w nas walił. Nie jadł ich, ale żadne gówniaki nie będą jego własności ruszały! Dupy nas bolały, ale w brzuchu wiatr hulał. Albo dupa, albo brzuch. Wybór jak między sraczką a zatwardzeniem.
Ryzykowaliśmy i zagryzaliśmy te mirabelki marzeniami o miejskich rarytasach z pizzerii. Czasami udało się też czyjąś krowę na łące w kubek wydoić, ale wtedy nawet jak Marecki nam śrutów nie napakował w zady, to mirabelki plus mleko i tak dawały efekt piekącej dupy. Nie narzekaliśmy, bo i kto by nas słuchał.
Pierwszy raz pizzę zjadłem, jak sobie zarobiłem na zbieraniu wiśni. Cały dzień zapieprzu, żeby luksusu zaznać. W domu powiedziałem, że część zarobku zgubiłem. Matka szmatą zdzieliła, resztę zarobku zabrała do mistycznego miejsca, do którego trafiły pieniądze z komunii. Ale pizzę zjadłem. Warto było! Pierwszy kęs smakował buntem. Drugi wolnością. Trzeci radością. Czwarty wyrzutami sumienia. Piąty już mokrą szmatą matki. Kolejne tak samo. Ale warto było! Jakże warto było dla pierwszych trzech kęsów! Nikomu nie powiedziałem, nikt nie pytał, bo i kto by mnie słuchał.
21, 22 STYCZNIA. DZIEŃ BABCI I DZIADKA
Albo Dzień Babci i Dziadka. Dziadka to ja pamiętam! Bardzo dużo gadał w przeciwieństwie do babki. To go poniekąd zgubiło. Babka cicha, ale umiała nawet Andrzeja zgasić. I tak dziadek. Podobno prawie sam wojnę wygrał, ale jednak nie, bo był akurat zajęty i w tym czasie zasnął, a jak się obudził, to już podpisywali papiery dziewiątego maja. Potem datę na ósmego zmienili. Dziadek i tak uparcie twierdził, że wszystko miało miejsce siódmego, ale nikt go nie słuchał, bo zawsze pierdolił trzy po trzy i mu głupoty wychodziły, czego najlepszym dowodem są dwie córki, w tym moja stara.
I tak oto dziadek Władek uważał się za bohatera wojennego, chociaż podczas wojny karabinu na oczy nie widział. Wiedział za to, jak Niemcowi sprzedać krowę sąsiadów. Za tę krowę to do dziś Mareccy nas nienawidzą i na Andrzejki gównami szyby w domu smarują. Jak była łapanka na wsi, to dziadek kartoflami rzucał. Ale nie w ruskich. W ognisko rzucał, bo jak ludzie ze wsi po ziemiankach się chowali, to on szedł i im pole przekopywał. A potem cyk, grilling wojna edyszyn. Ani Niemiec, ani Ruski dziadka nie ruszyli. Dziadek umiał w interesy. Wiedział, komu cześć, komu chwała, a komu chała. Po wojnie wyparł się wszystkiego co złe, a kto fikał - ten znikał. Ludzie zawsze dziadka szanowali. Tak dziadek mówił. Tylko Marecki nie zniknął, mimo że przeczył. Nikt nie wie, jak do tego doszło, ale słowo przeciw słowu. Jedni wierzyli Mareckim, drudzy dziadkowi. Kto wierzył Mareckim - ten znikał. A Mareccy jak te huby, nie do zajebania.
Po wojnie dziadziuś też wiedział, z kim się układać. Dom pobudował, willę prawdziwą, ale babkę poznał. Babka jak jej siostra - wiek nieokreślony. I tak jak dziadek wojnę pamiętał, tak babka chyba i potop szwedzki. I tak sobie trwali. Dwie córki zrobili. Dziadek jak zobaczył, co za cholerstwo spłodził, to bał się robić trzecie podejście do syna, bo za trzecim podejściem mógł już tylko sam diabeł powstać.
A za komuny dziadziusiowi dom zabrali. Podobno złe komunisty, ale on sam, jak trzeba było, to w ZOMO pałką ludzi napierdalał. A jak trzeba było mówić, że ZOMO złe, to pluł na ZOMO i gardził, i twierdził, że w ZOMO nie był.
Dom babka w karty przegrała. Cała rodzina musiała wrócić do walącej się chaty. Pieniądze to nie wszystko, najważniejsza jest przecież miłość. Pewnie dlatego babka zaczęła po cichu bzykać się z okolicznym pszczelarzem, co miał kasy jak miodu. I jakoś tak dziadek sobie trwał - on mordą po wsi kłapał, babka czym innym. Córki rosły. Mężów znalazły. My się pojawiliśmy. I wszystko w tej chacie. I w tej chacie dziadka zgubiło gadanie.
Bo dziadek to gadał, że tradycja to, tradycja tamto, że za jego czasów, że kiedyś to było, że teraz to nie ma czasów. A czasy przecież były, bo to były te czasy, o których mój stary mówi, że wtedy to były czasy. Ale dziadek nigdy nie wiedział, kiedy ze sceny zejść, to go stary strącił z planszy. Nieoficjalnie. Oficjalnie dziaduś od chlania na tamten świat poszybował. No i dostał dziadek tradycję za swoje pierdolenie głupot.
Dziadzio Władzio ubolewał, że tradycja ginie. To stary postanowił postąpić zgodnie z tradycją. W największy mróz wystawił dziadka na dwór, bo kiedyś była taka tradycja, że starych ludzi za próg się wystawiało, żeby nie wadzili. Posadził go na ławce takiego ubranego na letniaczka i mówi mu, że to staropolska tradycja. I poszedł. Wcześniej z dziadkiem bimber zrobili i stary podstępem do niego, że zróbmy zakład, bo zdaje się, że ten bimber chujowy, lekki, żaden to bimber. Dziadek wkurw, bo sam pędził i mówi, że zakład, że mocny. Stary mu, że zakład, i jak na dworze do rana posiedzi, to mu uwierzy i przecinamy.
I wystawił dziadka. Dziadek na tym wkurwie, że zięć obraża jego bimber, poszedł bez marudzenia. I siedział. I siedział. I nic. A że dziadek uparty był, to z posterunku trzy dni nie schodził! Albo i pięć. Aż stary sobie przypomniał. Poszedł, a dziadek sztywny jak pranie suszone na mrozie. I stary nad nim głową pokiwał, że masz swoją tradycję, stary chuju. To jest prawdziwa staropolska tradycja, że jak staruch jest bezużyteczny, do roboty się nie nadaje i w chałupie tylko smrodzi, to się go na mróz wystawia. Chciałeś tradycję? To masz! Pogrzeb dziadka był huczny, Mareccy pokaz pirotechniczny zamówili, a wieś tydzień piła.
A babka - jak to babka. Cicha zawsze była. Od zawsze przetaczała się po chałupie razem z pajęczynami. Przesiadywała w starym fotelu i wkurwiała samym spojrzeniem. Ojca najbardziej wkurwiała. Ale i z matką żarły się do krwi. Znaczy matka żarła, babka to dwa słowa rzuciła i nie trzeba było sprzątać, bo zawsze pozamiatała. Potop musiała pamiętać, bo z twarzy miała tak ze czterysta lat z dokładką. Stary ją od dobrych kilkunastu lat sromotnikami podkarmiał, ale babka Lodzia była nie do ruszenia. Na wsi mówili, że to ostatnia czarownica, ale na moje oko matka była jeszcze gorsza.
W ogóle to imię. Dziadek mówił, że imię znamienne, bo jak na wojnę poszedł, chociaż wcale nie był na wojnie, to Lodzia całą wieś obskoczyła z tymi lodami. Z tego to powodu baby na wsi jej nie lubiły, ale ich mężowie i owszem. Takie tam żarciki, bo normalnie to babka religijna fchuj. Do kościoła choćby na czworakach. Z kościoła też się zdarzało, że na czworakach, bo wszystkich proboszczów znała, niejednemu obiady gotowała, chociaż dziadek twierdził, że ona tam z tymi lodami.
Kiedyś podsłuchałem kłótnię rodziców, jak stary się darł, że babka zawsze wolała loda niż kolejnego płoda, to i komunię od księży często przyjmowała do buzi. Za dzieciaka tego nie rozumiałem. Teraz to nawet nie chcę. Na stare lata siadła na dupie i jej się pozmieniało. W głowie jej się porobiło. Staremu umiała tak dojebać, że lepszej teściowej nie uświadczysz. Jak protesty były, to osiem gwiazdek na drutach wydziergała. Teraz zamiast biegać do kościoła, by ścieżki wydeptywać, to twierdzi, że to sekta. Jak obrady sejmu ogląda, to w telewizor pluje. Stary wkurwiony, bo on jest w teamie Bóg, horror, ojczyzna, a babce odjebało i go przedrzeźnia, że bób, humus i włoszczyzna. Stary nawet nie wie, co to ten cały humus, i myśli, że to coś z gejami, no i gotuje się jeszcze bardziej. Bo stary nie lubi ani gejów, ani Mareckich, ani Andrzeja, ani babki, ani nikogo. Stary wszystkich traktuje tak samo - wszystkich nienawidzi po równo. Nawet siebie. Siebie to chyba najbardziej. A babka jest babka. Kochana może nie jest, ale tak jej się porobiło, że chyba najmądrzejsza w całej wsi. Odkąd na wiosce podpięli internet, to ona surfuje po necie jak stary wyjadacz.
Internet stał się drugim domem babki. Przez to jeszcze mniej mówi. Bo pisze. Ma Fejsa, ma Insta, ma nawet Twittera! Ostatnio nawet na Tik-Toku jakieś tańce odpierdala. Ale najbardziej lubi dyskusje na grupach. W darknecie jakimś bitcoina kupowała, zanim ktokolwiek wiedział, że takie coś istnieje. Przejebała wszystko na jakimś skamie, ale wszystkim powtarza, że jeszcze się odegra i kupuje altcoiny za końcówki emerytury. Mówi, że jak solana w końcu dobije do tysiąca dolarów, to będzie taka bogata, że wszystkie żuczki skamerskie zniszczy za to, że ją przekręcili na hajs, a biznes miał być mega i na lata.
No i był, do lata. Babkowe bitki poszły się jebać. Ale babka się nie poddaje. Zaczęła uczyć się programowania, kursy online robi, alty kupuje i czyta Wikipedię na wyrywki. Wcale nie mówi, że kiedyś to było. Bo kiedyś gówno było. I ja się z Lodzią zgadzam.
Na Dzień Dziadka i Babci zawsze robiłem laurki. Dziadek sprzedawał je potem na targu, wmawiając ludziom, że upośledzone dzieci (poniekąd miał rację) malowały i całość pieniędzy przeznacza na te biedne dzieci. Oczywiście kasę przepijał. Babka laurki zbierała i potem robiła z nich papierowe samoloty, powtarzając, że "wnusiu, ty spierdalaj z tego kraju, szukaj samolotu i leć jak najdalej stąd".
Teraz wiem, że miała rację. Teraz ja już laurek nie robię, a babka woli, jak jej kilka serum albo raydium na portfel kryptowalutowy wyślę. Jak chcę się z nią podrażnić, to ją szantażuję, że dogecoiny dostanie, a ona strasznie psów nie lubi i pluje za mną niby w złości, ale i tak wiem, że gdzieś tam pod tymi czterystuletnimi - albo i sześćsetletnimi? - zmarszczkami ma serce. Złośliwe, ale jednak. Wiem, bo kiedyś miała operację na serce, a jakby nie miała, toby nie było operacji. Chyba że operacji nie było. Z babką to chuj wie.
STUDNIÓWKA