Ponieważ tzw. swobodną twórczością, to jest tzw. śpiewaniem ptaszka na
gałęzi, nic dla społeczeństwa i narodu zrobić nie mogłem, postanowiłem
po szeregu eksperymentów zwierzyć się ogółowi z moich poglądów na
narkotyki, zaczynając od najpospolitszego: tytoniu, a kończąc na
najdziwniejszym chyba peyotlu (któremu rezerwuję osobne miejsce), w celu
choćby małego wspomożenia dobrych potęg w walce z tymi
najstraszniejszymi, poza wojną, nędzą i chorobami, wrogami ludzkości.
Może i ta praca (z powodu pewnego tonu w sformułowaniu gorzkich prawd)
potraktowana będzie humorystycznie lub negatywnie, jak moja estetyka,
filozofia, sztuki sceniczne, istotne portrety, dawne kompozycje itp.
"swobodne wytwory". Oświadczam oficjalnie, że piszę poważnie i chcę
wreszcie coś bezpośrednio pożytecznego zdziałać, a na idiotów i ludzi
nieuczciwych sposobu nie ma, jak to w ciągu mojej dość smutnej
działalności miałem sposobność przekonać się. Mówi się komuś: "Jesteś
głupi, ucz się, a może zmądrzejesz" - nic nie pomoże, bo człowiek głupi
jest przy tym zarozumiały i to, nawet jeśliby mógł przy usilnej pracy
zmądrzeć, uniemożliwia mu wybrnięcie z błędnego koła. Mówi się draniowi:
"To nieładnie być taką świnią, zastanów się, popraw się" - próżne
gadanie: nie rozumiemy tego, że większość draniów jest świadomie właśnie
draniowata - oni wiedzą o tym i nie chcą być innymi, o ile tylko mogą
draniowatość tę dobrze zamaskować. "Czy można patykowi przebaczyć, że
jest patykiem" - jak mówił Tadeusz Szymberski - i miał rację.
Byłem niegdyś "fighting manem" - człowiekiem bojowym par excellence,
miałem idee i chciałem o nie walczyć - nie było gdzie i z kim.
Bynajmniej nie sprzeniewierzyłem się moim ideom (Czysta Forma w malarstwie i w teatrze i reforma artystycznej krytyki), tylko
przyszedłem do przekonania, że są one w każdym razie obecnie nie na
czasie i że może w ogóle minął dla nich ich czas. To, co twierdziłem
jeszcze przed wojną, a co wyraziłem w czwartej części książki pod
tytułem Nowe formy w malarstwie..., że sztuka ginie, dzieje się na
naszych oczach, a wobec tego, czy będzie i jaka będzie krytyka
artystyczna w moim znaczeniu, to jest krytyka formalna, jest bez
znaczenia. Co innego, jeśli rzecz idzie o literaturę nie jako sztukę -
tam jest jeszcze coś do powiedzenia i może jeszcze się na ten temat
wypowiem. Obecnie jestem stosunkowo pogodnym osobnikiem lat średnich,
który o żadnych "wyczynach" w wielkim stylu już nie marzy i pragnie jako
tako skończyć to życie, którego dotąd przynajmniej mimo klęsk i niepowodzeń nie żałuje. Co będzie, to będzie. Zaznaczyć tylko muszę, że
"dziełko" niniejsze będzie nosić charakter wysoce osobisty, a więc
niejako pośmiertny. Nie jest to megalomania i chęć zaprzątania swoją
(nikomu dotąd niepotrzebną) osobą ludzi zajętych czym innym i daleko
przyjemniejszym. Ale pisząc o moich osobistych przeżyciach, nie mogę
pominąć siebie. W każdym razie będzie tu podana w sposób przystępny
część prawdy o mnie, i to prawdy bezpośrednio dla ogółu pożytecznej.
Czymże to jest wobec potwornych plotek, które o mnie krążą. Pod tym
względem w naszym już i tak wyjątkowo plotkarskim i lubiącym bawić się
oszczerstwami społeczeństwie spotkało mnie, zdaje się, wyróżnienie. Mimo
całego braku megalomanii, co z całą uczciwością podkreślam, mam
wrażenie, że doborem bzdur i kłamstw, jakie o mnie mówiono i mówi się
jeszcze, nie każdy przeciętnie znany u nas człowiek poszczycić się może.
Nie będę wchodził tu w przyczyny tego zjawiska, ale sądzę, że pewną rolą
w wytworzeniu się niechęci ogólnej w stosunku do mnie była trudność w zgłębieniu mnie intelektualnym przez ludzi bez odpowiednich do tego
kwalifikacji, a po wtóre, pewne niezwracanie przeze mnie uwagi na opinię
publiczną, przez co czyny, które u innego przeszłyby bez zwrócenia uwagi
(np. wypicie aż trzech wódek w jakimś barze), w stosunku do mnie
wywoływały niekorzystne dla mnie oburzenie, nieproporcjonalne do ich
wartości. Mniejsza z tym.
A więc: zaczynam pisać dziś (6 II 1930 r.) tę książkę "na P", to znaczy
w stanie palenia. Jutro, jak zwykle, przestaję palić - sądzę, że tym
razem definitywnie lub na czas bardzo długi - i rozdział o nikotynie
będę pisał w miarę odzwyczajania się od papierosów, przy czym jest
możliwość, że w środku pisania zapalę znowu i "nie omieszkam zwierzyć
się" z tego faktu przed ewentualnymi czytelnikami. Tyle razy się to
zdarzało! Z nikotyną walczę już od lat dwudziestu ośmiu i mimo częstych
okresów abstynencji (do kilku tygodni) nie zdołałem całkowicie jej
przezwyciężyć. Możliwe to jest i teraz, mimo zaczęcia niniejszej pracy.
Zbliża się jednak chwila, w której staje się to koniecznym, o ile nie
miałbym zrezygnować z wszelkich wyższych aspiracji w stosunku do siebie
samego. Detale na ten temat później. Sądzę, że ten sposób opisu - to
znaczy na NP11, czyli w stanie niepalenia
- będzie dość istotny, ponieważ jednocześnie pragnąc ulubionego i znienawidzonego narkotyku ostatniego chyba rzędu (niech będą przeklęci
Indianie i ci, którzy to świństwo do nas zawlekli), będę mógł lepiej
zanalizować ogarniające nałogowego palacza pokusy i podać sposoby ich
odparcia na tle wspomnień ohydnego samopoczucia (często maskowanego
przed sobą i innymi) przy powrocie do tej świńskiej, bezpłodnej i ogłupiającej trucizny. Właśnie niedawno nie paliłem aż cztery dni (a wiadomo, że drugi dzień jest najgorszy i że trzeciego zaczyna się
poprawa) - aż tu "trach" i zapaliłem na nowo (zanalizuję mechanizm tego
faktu później), i wszystko "fajt" od początku. Oczywiście nie
wytrzymałem i zapaliłem dziś rano - po prostu, żeby zobaczyć, jak to tam
wszystko wygląda na P. Nie żebym "znowu już tak" nie mógł wytrzymać,
tylko tak sobie: jeszcze raz na świat spojrzeć z "tamtej strony"
(upadku, ogłupienia, zniechęcenia itp.), a potem już definitywnie
"szlus". Tak to się tłumaczy przed sobą te historie. Nie - najgorszą
rzeczą jest słabość - durchhalten2 - a jak, o tym napiszę
w rozdziałku o nikotynie. Zapaliłem - to jest ponury fakt (kogoż to
właściwie obchodzi, ale chodzi o innych, o tysiące, miliony
zaczadziałych, otępiałych, sflaczałych) - i piszę dalej tę przedmowę w stanie zupełnego otumanienia. Właśnie chciałem się zająć dalej moją
filozoficzną pracą (bardzo ryzykowna historia i jeszcze nie wiem, co z tego wyjdzie), ale okazało się to absolutnie niemożliwym: tępota, brak
tego, co dr mat. Stefan Glass nazywa igriwost' uma3, brak
możności jakiego takiego skupienia się. To tylko zwierzenia tymczasowe -
wszystko będzie opisane z "detajlami" później. Zacząłem pisać tę
przedmowę z rozpaczy, nie mogąc się zabrać z powodu zatrucia nikotyną do
czegoś lepszego, chcąc raz zacząć to "dziełko", usprawiedliwić przed
sobą własną swą egzystencję. Czy wszelka "twórczość" nie pochodzi z tych
źródeł?
Wracając do opinii publicznej: byłem i jestem dotąd nałogowym palaczem,
walczącym bohatersko od lat dwudziestu ośmiu ze straszliwym
przyzwyczajeniem. Do pewnego stopnia można by mnie uważać w pewnych
okresach za nałogowego pijaka, o ile za takiego (różne są standardy -
wzorce) uzna się kogoś, kto urzyna się przeciętnie raz na tydzień, potem
nie pije miesiąc albo i więcej i który miał jedną jedyną w życiu
pięciodniówkę (a propos pewnej premiery scenicznej - okoliczność wysoce
łagodząca) i do dziesięciu trzydniówek, i który nigdy nie chlał wódy
rano przy goleniu się. Ale nigdy nie byłem kokainistą - temu przeczę
stanowczo, mimo że dla wielu perwersyjnych kretynów i to moje
oświadczenie może być właśnie dowodem za, a nie przeciw4. O ile
można by mnie nazwać okresowym pijakiem, Wochensaufer5,
na przestrzeni lat dziesięciu, to proponowałbym nazwę Quartalkokainist
w okresie trzyletnim, i to z dużą przesadą. Dwa razy w życiu zażyłem
kokainę na trzeźwo i zaraz postarałem się zapić to świństwo. Inne
wypadki zażywania tego drogu (z czym się nigdy nie kryłem, podpisując
rysunki robione w tym stanie odpowiednią marką Co) połączone były zawsze
z wielkimi "popojkami a la mani?re russe6". Nigdy nie byłem
morfinistą, mając idiosynkrazję do tego specyfiku (raz w życiu miałem
zastrzyk minimalny i o mało nie umarłem), ani eteromanem, z powodu
jakiegoś braku zaufania do eteru, mimo że używałem go parę razy w życiu:
z wódką i przez wdychanie. Rysunki, owszem, były dość ciekawe i przy
wdychaniu uczucie ginięcia świata i ciała, a potem "metafizycznego
osamotnienia w przestrzennej pustyni" zabawne, ale jakoś to nie
przemawiało nigdy do mego przekonania. Innego zdania jest dr Dezydery
Prokopowicz, który opracuje w "dziełku" tym część eteryczną. Bohdan
Filipowski, okultysta i długoletni nałogowy morfinista, zajmie się swoim
ulubionym drogiem, na myśl o którym mnie robi się wprost zimno - tak
straszne rzeczy przeżyłem wtedy w Petersburgu, gdy przez cztery godziny
walczyłem ze śmiercią wśród torsji i zamierania serca. Tak więc
stanowczo odpieram zarzuty co do nałogowego używania wyżej wymienionych
preparatów, przyznając się do sporadycznego używania peyotlu i meskaliny, pierwszego wyrobu dr. Rouhier, a drugiej fabrykacji
wspaniałej firmy "Merck". Również przeczę przy sposobności, jakobym
oddawał się homoseksualizmowi, do którego czuję wstręt najwyższy;
jakobym żył płciowo z moją syjamską kotką, Schyzią (Schizofrenią,
Isottą, Sabiną, którą bardzo lubię, ale nic poza tym) i jakoby nierasowe
zresztą kocięta z niej zrodzone były do mnie podobne; jakobym miał
stragan portretowy na Wystawie Poznańskiej i robił dziesięciominutowe
portrety po dwa złote (czego te dranie nie wymyślą!); jakobym był
blagierem i rzucał się na kobiety przy lada sposobności; jakobym uwodził
mężów żonom, chodził we fraku (nigdy nie miałem fraka w ogóle) na
Giewont, pisał sztuki sceniczne dla kawału, nabierał i kpił, i nie umiał
rysować. Wszystko to są plotki wymyślone przez jakieś obskurne baby,
kretynów i idiotów, a nade wszystko przez draniów chcących mi
zaszkodzić. Odpieram te znane mi plotki i z góry te wszystkie, które
krążyć jeszcze o mnie w Zakopanem i jego przysiółkach będą. Szlus.
Jeszcze jedna rzecz: może kto pomyśleć, że piszę tę książkę dla
autoreklamy. Otóż nie: będą tam opowiedziane rzeczy, które mi wcale
zaszczytu nie przynoszą, a głównym celem jej jest uchronienie dalszych
pokoleń od dwóch najpotworniejszych "ogłupjansów" (stupéfiants):
tytoniu i alkoholu, tym groźniejszych, że są one dozwolone, a szkodliwość ich niedostatecznie jest uświadomiona. Narkotykami "białymi"
wyższej marki zajmuje się dziś elita ludzkości i te nie są tak groźne -
to arystokracja narkotyzmu. Niebezpieczniejsze są te szare, codzienne,
demokratyczne jady, na które każdy bezkarnie pozwolić sobie może.
Metoda moja jest czysto psychologiczna. Chodzi mi o zwrócenie uwagi na
skutki psychiczne trucizn tych, skutki, które każdy, nawet początkujący,
może już w miniaturze na sobie oglądać na długo przed tym, nim
całkowicie opanowanym zostanie. Ja nie będę przed wami rozbijał jaj
(kurzych) i wrzucał ich do spirytusu, abyście zobaczyli, jak ścina się
białko pod wpływem "przezroczystego płynu" (jak to czynił za mojej
pamięci śp. książę Giedroyć); ja nie będę wam pokazywał w przezroczach
zakopconych płuc i rozdętego serca palacza ani zdegenerowanej wątroby
pijaka, ani zanikłego, wielkości piąstki, żołądka kokainisty - "ja nie
będę grał Wam pieśni smutnej, o cienie, lecz dam tryumf dumny i okrutny..." itd. - chcę wam ukazać drobne psychiczne przesunięcia, które w ostatecznym swym rozwinięciu dają obraz zupełnie innych niż w punkcie
wyjścia osobowości, duchowo zdeformowanych, pozbawionych wszelkiego tzw.
geistu (słowo polskie "duch" nie oddaje tego, co niemieckie Geist i francuskie esprit - dryg, mknik, wyskrzyk, wybłysk, wypęd itp.), siły
twórczej i tego rozpędu w Nieznane, do którego konieczna jest odwaga i beztroska, zabijana systematycznie przez ohydny nałóg. Mnie od skutków
nikotyny, od której dotąd całkowicie wyzwolić się nie zdołałem,
uratowało to, że często i czasem na dość długo (kilka tygodni)
przestawałem palić, tak że w sumie pół lub jedną trzecią roku faktycznie
nie paliłem. Oczywiście działanie takiej abstynencji par
intermittence7 nie mogłoby być tak korzystne jak wielkie
ciągłe okresy wyrzeczenia się zupełnego - ale i to zrobiło swoje. Ale
ci, którzy palą stale, a w 90% wypadków muszą palić coraz więcej,
popełniają systematycznie duchowe samobójstwo ratami, nieznacznie, sami
o tym nie wiedząc, pozbawiając każde przeżycie barw i blasków i niszcząc
rzecz najcenniejszą: intelekt, za cenę przyjemności prawie żadnej. Bo
czyż nałogowy palacz ma w ogóle jakąś przyjemność? Tylko negatywną -
zaspokojenia wstrętnej, nienaturalnej potrzeby. Tak jest podobno ze
wszystkimi narkotykami, o ile dany osobnik doprowadzi się do
dostatecznie wysokiego stopnia znałogowania.
Jeśli młodzieńcowi lat szesnastu pokażecie wątrobę czterdziestoletniego
alkoholika, przerośniętą i zdegenerowaną, czy przestanie pić na ten
widok? Nie - zbyt daleko jest od niego ten rok czterdziesty, jest czymś
niewyobrażalnym - wiem to z własnego doświadczenia. A zresztą każdy
mówi: "E - czy będę żył o kilka lat dłużej, czy krócej, to jest "ganc
Wurst und Pomade"8 - chodzi o tę chwilę". A potem, jak
przyjdzie te ostatnie pięć lat, których się taki nieszczęśnik
lekkomyślnie wyrzekł i które mogą być mu faktycznie odjęte, to na głowie
staje taki, aby przedłużyć to życie, którego w większej ilości wypadków
przedłużać już nie warto. Żyje potem taki osobnik po własnej istotnej
śmierci, zidiociały, wewnętrznie, a często i zewnętrznie zniedołężniały,
niezdolny do wydatnej pracy, zhipokondryczały, liczący tylko puls co
pięć minut i zażywający tony lekarstw, które nie mogą już odrodzić
zdegenerowanych komórek. Trzeba ukazać skutki psychiczne, doraźne,
których powolnego postępu (schleichender Vorgang9 - brrr!
Strach!) nie każdy może zaobserwować, a szczególniej ten, co używa
danego narkotyku stale, bez przerwy. Wyższe narkotyki dają wściekłe
reakcje - zaraz widać ich szkodliwość. Chęć pokonania tych reakcji, a nie pragnienie pozytywnych skutków, jest często przyczyną popadania
ludzi w nałogi. Nikotyna nie daje wyraźnej "glątwy" (katzenjammer) i tym jest niebezpieczniejsza dla ogółu. Oddać się kokainie czy morfinie
bez zastrzeżeń mogą w większości wypadków tylko osobniki już jakby
predysponowane, degeneraci i tak niewiele co warci. Tytoń zaczadza, a alkohol spala powoli najlepsze czasem mózgi. Są tacy, co mówią: "Palę i piję, nic mi to nie szkodzi i doskonale się czuję" - oczywiście do
czasu. Całe masy drobnych niedomagań psychofizycznych kumulują się
powoli, ażeby potem nagle wybuchnąć w postaci zupełnie określonej
choroby psychicznej lub fizycznej. Ale pomyśl, o osobniku nieszczęsny,
jak byś świetnie się czuł, gdybyś tego wcale nie robił, jeśli organizm
twój jest tak silny, że nawet przy ciągłym zatruwaniu go może jeszcze
znośnie funkcjonować. Jakim byś był, gdybyś tego nie robił, nie dowiesz
się nigdy. Szkody tej niepodobna zmierzyć i ocenić. Wiedzą o niej trochę
ci, którzy przestawali i zaczynali znowu. Cóż bym ja dał, żeby odwrócić
te dwadzieścia osiem lat palenia, i to z przerwami. A dziś, kiedy mi to
szkodzi stokroć więcej niż wtedy, gdy miałem lat osiemnaście, jest mi
również stokroć trudniej rzucić wstrętny nałóg niż za "dobrych dawnych
czasów". A cóż musi się dziać z prawdziwymi alkoholikami i kokainistami,
do jakich zaliczyć się mimo wielkiej chęci moich "wrogów" nie mogę -
strach pomyśleć.
Tak więc zaczynamy: jutro jest bal, urzynam się i pojutrze koniec.
Daleko łatwiej rozprawić się z nikotyną na tle lekkiej choćby "glątewki"
poalkoholowej.
7 II 1930 r.
Lew Tołstoj twierdził podobno, że człowiek, który nigdy w życiu swym nie
zapalił papierosa, niezdolnym jest do prawdziwej zbrodni w całym
znaczeniu tego słowa. Jest w tym zdaniu pewna przesada, bo wiadomo, że
np. w Europie choćby na długo przed wprowadzeniem tytoniu ludzie
mordowali się niezgorzej. Może dopomagał im w tym alkohol - czort wie -
nie moim zadaniem jest pisać historię narkotyków całego świata. Zresztą
- kiedyś nie było też alkoholu. Ale jak tylko daleko sięgnie się w dzieje ludzkie, zawsze na jakieś "omany narkotyczne" natrafić można.
Widocznie świadomość doprowadzona do pewnego stopnia wyostrzenia nie
mogła wprost znieść samej siebie wśród metafizycznej potworności
Istnienia i czymś musiała łagodzić swą własną perspikację10.
Używanie narkotyków połączone było zawsze z obrzędami religijnymi, było
częścią integralną różnych kultów. Religia i sztuka też były przecież
kiedyś zasłonami dla zbyt okropnie jaskrawo świecącej z czarnej otchłani
Bytu - Wiecznej Tajemnicy. Dopiero począwszy od Grecji, rozpoczyna się
pojęciowa walka z tajemnicą tą - walka, która musi skończyć się
oczywiście porażką. My żyjemy w epoce wielkiego przełomu. Wszystkie
elementy przeszłości i zarysowującej się przyszłości są w naszych
czasach pomięszane. Sądzę, że na tle społecznego uspokojenia, do którego
zdążamy, zbliża się czas końca wszelkich omanów, a z nim także końca
narkotyków. Dzisiejsza klęska narkomanii jest też ich ostatnim
przedśmiertnym podrygiem na tle pomięszania przeszłości z przyszłością.
Ponieważ lepiej jest, aby coś już zgangrenowanego i niezdolnego do życia
odpadło prędzej, chcemy niniejszą pracą przyczynić się do przyspieszenia
tego procesu. Co dawniej było na miejscu, było czymś twórczym, dziś może
być balastem utrudniającym skonsolidowanie się przyszłego ustroju
ludzkości. Do takich balastów należą bezwzględnie narkotyki, jakkolwiek
rola niektórych (nikotyny i alkoholu) może wydawać się pewnym ludziom na
razie społecznie dodatnią. Mimo przesady w rzekomym zdaniu Tołstoja
twierdzę, że nikotyna może być doskonałym wstępem do alkoholizmu i wszelakiego omamienia: stwarza pewien typ mechanizmu psychicznego, który
daje się zastosować do każdego innego nałogu. Człowiek palący znajduje
się już na tej równi pochyłej, z której w dowolną przepaść stoczyć się
można, a na dnie której może znaleźć się i zbrodnia, nawet jeśli ku niej
żadnych specjalnych predyspozycji nie było. Mało jest notorycznych
pijaków, którzy by wcale nie palili. Pod pojęciem prawdziwego pijaka
rozumiem kogoś stale, codziennie używającego alkoholu do końca życia -
chyba jeśli strach przed śmiercią zabronił mu już w ostatniej nieomal
chwili przed wypełnieniem się jego życia używać zabójczego płynu i przedłużyć trochę w ten sposób zmarnowane w ogóle istnienie. Ludzie
niepalący, a pijący, co - jak twierdzę - rzadko stosunkowo się zdarza,
przestają zwykle pić w porę, przed czasem krytycznym, mniej więcej koło
czterdziestki, i są w stanie dokończyć swych istnień we względnej
jasności ducha. Przykładem klasycznym tego typu jest Boy, który przecie
pisał kiedyś hymny pochwalne na cześć alkoholu, a teraz używa go czasem
jedynie, w wypadkach prawdziwie wielkich uroczystości. Dlatego wydajność
jego nie słabnie i ma on możność rozwoju wewnętrznego aż do końca dni
swoich.
Jest w człowieku pewne nienasycenie istnieniem samym, nienasycenie
pierwotne, związane z samym faktem koniecznym istnienia osobowości,
które nazywam metafizycznym i które, o ile nie jest zabite nasycaniem
nadmiernym uczuć życiowych, pracą, wykonywaniem władzy, twórczością
itp., może być złagodzone jedynie przy pomocy narkotyków. Für elende
Müssiggänger ist Opium geschaffen11 - powiedział, zdaje się,
ktoś. Pozorna sprzeczność tego twierdzenia z następnymi wywodami na
temat "społeczności" nikotyny i alkoholu (o ile są używane w dawkach
nieprzekraczających pewnych granic) w związku ze społeczną mechanizacją
będzie wyjaśniona w dalszym ciągu. W ogóle dzielę narkotyki na pozornie
społeczne i wyraźnie aspołeczne, ale - o tym później. Otóż nienasycenie
to, o którym była mowa wyżej, a które polega na ograniczoności każdego
indywiduum w Czasie i Przestrzeni i na przeciwstawieniu się jego
nieskończonej całości Istnienia, nazwałem kiedyś uczuciem metafizycznym.
Występuje ono w najrozmaitszych związkach z innymi stanami i uczuciami,
tworząc różne z nimi amalgamaty, a opiera się o bezpośrednio daną
jedność naszego "ja", naszej osobowości. Może ono być jako takie motorem
różnych działań i może nadawać specjalne zabarwienie czynnościom
niebędącym bezpośrednim jego przejawem. Jeśli dominuje w psychice danego
osobnika, jest przyczyną twórczości religijnej, artystycznej lub
filozoficznej. Jeśli jest tylko podrzędną składową całości danej
psychiki, może być powodem umetafizycznienia dowolnych sfer działalności
odpowiedniego osobnika lub nadawać tylko specyficzny charakter jego
przeżyciom wewnętrznym. Nie będę tu przedstawiał w skrócie moich
poglądów filozoficznych i estetycznych. Ostatnie znalazły wyraz w książkach już wydanych: Nowe formy w malarstwie..., Szkice estetyczne
i Teatr. Co do filozofii, możliwym jest, że ogłoszę niedługo
podstawową moją pracę na ten temat. Na razie wystarczą może powyższe
wyjaśnienia. Otóż twierdzę, że wszystkie narkotyki, tak "społeczne", w początkowych i w małych dawkach, jak i aspołeczne, nasycają do pewnego
stopnia wynikające z samej istoty Bytu, to znaczy z ograniczenia
indywiduum: nienasycenie i tęsknotę, aby w dalszym działaniu przytępić
te stany i zabić je zupełnie. Podobnie działają: religia, sztuka i filozofia, które początkowo wyrażają na różne sposoby metafizyczny
niepokój, łagodząc zasłonami konstrukcji uporządkowania uczuć
metafizycznych w kultach, konstrukcji form artystycznych w sztuce i systemów pojęciowych w filozofii - okropność samotności indywiduum w bezsensownym Bycie, następnie, w związku z uspokojeniem społecznym,
degenerują się i zanikają w miarę zanikania samego niepokoju, do czego
same się przyczyniły.
Jeszcze jedna kwestia: kiedyś Debora Vogel (dr phil. i poetka) zarzuciła
mi pewną niekonsekwencję w teorii historycznego rozwoju form
artystycznych w związku z moim twierdzeniem, że uczucie metafizyczne,
zdefiniowane wyżej, przeszedłszy punkt maksymalnego natężenia swego
wyrazu, zaczyna w miarę uspołeczniania się ludzkości maleć, dążąc w granicy do zera. Dowodziłem tego na fakcie upadku religii, kończenia się
filozofii w impasie negatywnego określenia granic poznania i rozwydrzenia nieprzekraczalnego form artystycznych. "Jakże więc zanik
wyrażanej treści, jednej i tej samej w całej sztuce, tj. poczucia
jedności w wielości samej w sobie - spytała perfidnie Debora - pogodzić
z rozwydrzeniem wyrazu?". Może niedosłownie cytuję jej słowa, ale coś
takiego "rzekła". Na to "odparłem" surowo: "Zarzut niesłuszny. Dawniej
ludzie byli duchowo zdrowsi, mniej przyspieszeni życiem. Siły duchowe
indywidualne mniej więcej pozostają te same, a siła społeczna rośnie,
wymagając coraz większego natężenia ze strony indywiduów, które nie mogą
nadążyć stawianym wymaganiom standardu pracy i wysiłku. Społeczeństwo
pod każdym względem przerastać zaczyna zdolności swoich elementów co do
wypełniania funkcji, które na nie nakłada. W sferze sztuki dawniejsi
twórcy długo żarli materiał, długo go trawili i długo dojrzewały owoce
ich pracy. Artyści przeżywali siebie w tworzeniu form spokojnych i wielkich, a widzowie i słuchacze mogli doznawać mocnych artystycznych
wrażeń od dzieł prostych i pozbawionych elementu perwersji, tj.
tworzenia harmonijnych całości z części jako takich w swym działaniu
nieprzyjemnych. Dziś, kiedy uczucia podstawowe dla sztuki, związane z poczuciem jedności i jedyności "ja", zanikają, artysta, aby wydrzeć z siebie moment metafizycznego zachwytu, musi spiętrzyć daleko
potężniejsze środki wyrazu. Widz czy słuchacz, mając mały zapas uczuć
tych do przeżycia, może doznać wyładowania jedynie pod wpływem dzieł
szarpiących mu z dostateczną siłą nerwy. Do tego dołącza się kwestia
zblazowania i wyczerpania środków artystycznych w miarę rozwoju sztuki,
która już teraz dokładnie się przed nami zarysowuje. Dawniej artysta
wyprzedzał mało swoją epokę, różnił się od poprzedników swych
minimalnymi, w porównaniu do dzisiejszych czasów, zmianami koncepcji
ogólnej i związanymi z nią deformacjami rzeczywistości i uczuć. W miarę
uspołeczniania się ludzkości, postępującej mechanizacji i przyspieszenia
życia artysta właśnie, jako ten osobnik wyspecjalizowany w kierunku
bezpośredniego wyrażenia metafizycznych uczuć, musiał pod względem form
ich wyrazu oddalić się od społecznego podłoża, którego pod względem
życiowym jest funkcją. Stąd pochodzi wzrastający rozdźwięk między
prawdziwymi artystami a organizującym się w formy przyszłości
społeczeństwem i ograniczenie istotnego zrozumienia ich dzieł do małych
grup zanikających osobników danego typu. Sądzę, że jasnym jest, dlaczego
zanik uczuć metafizycznych prowadzi do rozwydrzenia form artystycznych,
które jest końcem sztuki w ogóle na naszej planecie". Ale dość o tym -
nie brnijmy w zapomniane i nikomu niepotrzebne już teorie artystyczne.
Otóż narkotyki z początku zastępują pewnym nielicznym osobnikom sztukę,
religię i filozofię (mówię oczywiście o zdeklarowanych nałogowcach jadów
wyższego rzędu), a następnie wyjaławiają ich pod tym względem -
spotęgowanego przeżywania ich osobowości - zupełnie, niszczą ich
kompletnie pod każdym względem, odgraniczając od społeczeństwa,
zamykając w ich własnym niedostępnym świecie obłędnych przeżyć i deformując poczucie ich rzeczywistości do granic, poza którymi wszelkie
porozumienie ich z normalnymi ludźmi staje się niemożliwe. Inaczej rzecz
się ma z alkoholem w małych dawkach i nikotyną. Jady te przytępiają
zdenerwowanego współczesnego człowieka powoli, niszcząc w nim również
osobowość, ale nie rujnując w ten sposób, aby niezdolnym był do
spełniania mechanicznych funkcji w dzisiejszym społeczeństwie. Europa na
tle jej starej kultury i zdegenerowanej ludności może by nie zniosła
zaprowadzonej od razu prohibicji alkoholowo-tytoniowej na tle
niewspółmierności życia z dogasającymi uczuciami metafizycznymi, które
jednak przeszkadzają, jak mały kamyk zabłąkany w tryby precyzyjnej
maszyny. Ale małe początkowe dawki tytoniu i alkoholu, uspokajające w pierwszych fazach nałogu rozszarpane nerwy Europejczyków, muszą
wzrastać, a przy tym wzrasta ciągle zupełnie niepotrzebnie ilość
konsumentów w następnych pokoleniach, które przy odpowiedniej tresurze
mogłyby się zupełnie inaczej uspokoić. Starsi zatruwają się coraz
bardziej, czyniąc się przedwcześnie niezdolnymi do pracy, a młodzi za
ich przykładem coraz wcześniej zaczynają pić i palić, przez co zatraca
się nawet uspokajające znaczenie tytoniu i alkoholu, a czas kryzysu, to
jest czas, w którym trucizny te zaczynają działać aspołecznie, przesuwa
się w kierunku początku życia - następuje systematyczne skrócenie okresu
wydajności ludzkiej i przedwczesne zużycie najzdolniejszych jednostek,
jako obdarzonych subtelniejszymi systemami nerwowymi. Skutki ujemne
niedługo przeważać będą nad dodatnimi, a wtedy będzie już pod pewnymi
względami za późno - im dalej w przyszłość, tym gwałtowniejszy będzie
szok reakcji w razie gwałtownej prohibicji, która okaże się czy prędzej,
czy później konieczną. Wydaje mi się, że ludzie kierujący, zaślepieni w jednym kierunku: ekonomicznym, nie zdają sobie sprawy z wagi zagadnień
psychicznych, dotyczących poszczególnych osobników, których scałkowanie
daje wysokie współczynniki w ogólnej sumie społecznej. Społeczeństwo
kokainistów byłoby czymś wręcz potwornym - o tym wie każdy. Ale nie
każdy jest w stanie pojąć, że w stosunku do tego, jakim byłoby
społeczeństwo abstynentów narkotycznych, naród palaczy i umiarkowanych
alkoholików jest proporcjonalnie również czymś strasznym. A w takich
narodach obecnie żyjemy, jesteśmy ich elementami, nie wiedząc, w jak
okropnej atmosferze przebywamy i jacy sami jesteśmy.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki