Narkotyki i narkomania - Wojciech Wanat

-
Proszę czekać

Przez po­nad już dzie­sięć lat opo­wia­dam lu­dziom o nar­ko­ty­kach. Na­uczy­łem się przez ten czas, że waż­niej­sze od tego, jak one dzia­ła­ją, jest to, co po ja­kimś cza­sie ich przyj­mo­wa­nia dzie­je się z psy­chi­ką ludz­ką. Prze­cież skut­ki bra­nia nar­ko­ty­ków znacz­nie wy­bie­ga­ją poza kil­ka go­dzin dzia­ła­nia środ­ka - nie­rzad­ko na­wet po kil­ku­na­stu la­tach abs­ty­nen­cji wi­dać pew­ne zmia­ny.

Zro­zu­mia­łem tak­że, że do każ­dej gru­py po­win­no się mó­wić tro­chę coś in­ne­go. Ro­dzi­ców przede wszyst­kim uświa­do­mię, jak pro­sty­mi me­to­da­mi moż­na spra­wić so­bie przy­jem­ność, żeby wie­dzie­li, na co zwra­cać w domu uwa­gę. Dzie­ciom ra­czej o tym nie opo­wiem, choć mam wra­że­nie, że same po­ra­dzą so­bie z szu­ka­niem ta­kich in­for­ma­cji w ga­ze­tach i In­ter­ne­cie. Wia­do­mo, że do­ro­słym war­to po­wie­dzieć, dla­cze­go nar­ko­ty­ki mogą wy­da­wać się atrak­cyj­ne, a dzie­ciom - dla­cze­go mogą być tak­że nie­bez­piecz­ne. Jak wi­dać, róż­ni­ca w po­dej­ściu do roz­ma­itych grup jest dość sub­tel­na - po pro­stu na­wet le­ka­rze sto­ma­to­lo­dzy za­da­ją inne py­ta­nia niż in­ter­ni­ści.

Dla kogo jest więc ta książ­ka? Bar­dziej dla na­sto­lat­ków czy też dla ro­dzi­ców? Coś in­te­re­su­ją­ce­go znaj­dą tu dla sie­bie opie­ku­no­wie tak­że kil­ku­let­nich dzie­ci, na­uczy­cie­le, po­li­cjan­ci, wła­ści­wie wszy­scy kon­tak­tu­ją­cy się z mło­dzie­żą. Z całą pew­no­ścią do­wie­dzieć się cze­goś mogą rów­nież sami mło­dzi lu­dzie.

Nie na­pi­sa­łem tej książ­ki, żeby stra­szyć wid­mem wszech­obec­nej nar­ko­ma­nii, to na co dzień ro­bią me­dia, czy też po to, by za­re­kla­mo­wać nar­ko­ty­ki. Chciał­bym, aby za jej po­mo­cą moż­na było uzy­skać jak naj­wię­cej in­for­ma­cji o tym, dla­cze­go lu­dzie bio­rą i co moż­na zro­bić, żeby uza­leż­nio­nych było jak naj­mniej. Aby książ­ka była zro­zu­mia­ła dla sze­ro­kie­go gro­na od­bior­ców, uni­ka­łem na­uko­we­go czy te­ra­peu­tycz­ne­go żar­go­nu. Być może ona z tego po­wo­du mniej pre­cy­zyj­na, ale sta­je się bar­dziej oso­bi­sta i ła­twiej­sza w od­bio­rze.

Więk­szość lu­dzi ma okre­ślo­ny sto­su­nek do nar­ko­ty­ków, al­ko­ho­lu i osób uza­leż­nio­nych. Nie­zwy­kle trud­no jest przejść obo­jęt­nie obok tego za­gad­nie­nia. W ja­kimś stop­niu wy­ni­ka to z fak­tu, że wła­ści­wie w każ­dym śro­do­wi­sku moż­na zna­leźć nar­ko­ma­na. Praw­do­po­dob­nie wszy­scy wśród swo­ich zna­jo­mych mają oso­by, któ­rych bli­scy są w ośrod­ku albo po­win­ny się tam zna­leźć. Czę­sto o tym się nie mówi - uza­leż­nie­nie jest w Pol­sce cią­gle spra­wą wsty­dli­wą.

Nie ma pro­stych re­cept na uza­leż­nie­nie - jest to cho­ro­ba, ale nie moż­na jej wy­le­czyć. Trze­ba z niej wyjść tak jak z bez­dom­no­ści, czy­li głów­nie dzię­ki wła­sne­mu ogrom­ne­mu wy­sił­ko­wi. Bar­dzo rzad­ko zda­rza się jed­nak, żeby uda­ło się to zro­bić bez po­mo­cy z ze­wnątrz. Tak samo jak nie­zwy­kle trud­no jest tak sa­mo­dziel­nie wy­cho­wać dziec­ko, aby było zu­peł­nie bez­piecz­ne. To samo moż­na po­wie­dzieć o pra­cy szko­ły, two­rze­niu śro­do­wi­ska lo­kal­ne­go, któ­re jest przy­ja­zne dzie­ciom. A kie­dy brak go­to­wych re­cept, trze­ba szu­kać dro­gi dla każ­de­go dziec­ka, dla każ­dej szko­ły. To, co jest do­bre w jed­nej sy­tu­acji, może za­szko­dzić w in­nej.

Je­śli ktoś chce upo­rząd­ko­wać swo­ją wie­dzę na te­mat nar­ko­ma­nii albo po pro­stu jak naj­wię­cej do­wie­dzieć się na jej te­mat, pro­po­nu­ję spe­cy­ficz­ną me­to­dę: wy­obraź­cie so­bie nar­ko­ma­na. To może być mu­zyk, mło­dy dzien­ni­karz, stu­dent, może też być zwy­kły ćpun z Cen­tral­ne­go. Na­ry­suj­cie go - na spo­rej kart­ce, naj­le­piej ko­lo­ro­wy­mi kred­ka­mi - i na­daj­cie mu imię. Kie­dy bę­dzie­cie czy­tać ko­lej­ne roz­dzia­ły tej książ­ki, po­pa­trz­cie cza­sem na nie­go, wy­obraź­cie so­bie, co prze­ży­wał w da­nym mo­men­cie swo­je­go nar­ko­mań­skie­go ży­wo­ta, o czym my­ślał, co czuł i co od­czu­wa­li jego bli­scy. Być może w taki spo­sób le­piej uda się wam zro­zu­mieć, co dzie­je się z kimś uza­leż­nio­nym.

Pro­ste py­ta­nia

Jak wy­ja­śnić ko­muś, kto nig­dy nie ze­tknął się z nar­ko­ty­ka­mi, co dzie­je się z czło­wie­kiem po przy­ję­ciu ja­kie­goś środ­ka? Bez tego bar­dzo trud­no zro­zu­mieć, dla­cze­go lu­dzie bio­rą. Wca­le nie jest ła­twiej wy­tłu­ma­czyć oso­bie, któ­ra nig­dy nie mia­ła żad­nych nie­przy­jem­nych do­świad­czeń z nar­ko­ty­ka­mi, że zwy­czaj­nie mogą być one nie­bez­piecz­ne.

Czter­na­sto­let­nie uczen­ni­ce za­py­ta­ły swo­ją na­uczy­ciel­kę bio­lo­gii, co prze­ży­wa się w cza­sie or­ga­zmu. Usi­ło­wa­ła im to wy­tłu­ma­czyć, choć była prze­ko­na­na, że je­dy­na peł­na od­po­wiedź na to py­ta­nie brzmi: jak prze­ży­je­cie, to bę­dzie­cie wie­dzia­ły. Po­dob­nie jest z nar­ko­ty­ka­mi. Ktoś, kto nig­dy nie sty­kał się z nimi, nie po­tra­fi zro­zu­mieć mo­ty­wów kie­ru­ją­cych ludź­mi, któ­rzy po nie się­ga­ją.

Czy nar­ko­ty­ki po­win­ny bu­dzić wy­łącz­nie ne­ga­tyw­ne sko­ja­rze­nia? Prze­cież na­wet tak wie­lu lu­dzi o wy­so­kim sta­tu­sie spo­łecz­nym otwar­cie przy­zna­je się do kon­tak­tów z nimi. Więc może nar­ko­ty­ki mają tak­że swo­je do­bre stro­ny? Cze­mu nar­ko­ma­na­mi, w peł­nym tego sło­wa zna­cze­niu, zo­sta­je tyl­ko nie­wiel­ka gru­pa lu­dzi, sko­ro tak wie­le osób się­ga po środ­ki odu­rza­ją­ce? Co wła­ści­wie zna­czy sło­wo nar­ko­man? Czy jest ich na­praw­dę tak nie­wie­lu?

Lu­dzie szu­ka­ją od­po­wie­dzi na dwa ro­dza­je py­tań zwią­za­nych z nar­ko­ty­ka­mi: jak dzia­ła­ją, co czu­je ktoś, kto wziął nar­ko­tyk i ja­kie są dłu­go­ter­mi­no­we skut­ki bra­nia oraz dla­cze­go lu­dzie się­ga­ją po nar­ko­ty­ki. Może wyda się to ab­sur­dal­ne, ale py­ta­nia o skut­ki za­da­ją oso­by nie­ma­ją­ce jesz­cze kon­tak­tów z nar­ko­ty­ka­mi - nad przy­czy­na­mi czę­ściej za­sta­na­wia­ją się ci, któ­rzy bio­rą lub bra­li.

Nie moż­na dać jed­no­znacz­nej, peł­nej od­po­wie­dzi na żad­ne z tych py­tań. Dzia­ła­nie ludz­kiej psy­chi­ki nie jest do koń­ca po­zna­ne. Na do­brą spra­wę nie wie­my, jak po­wsta­ją na­sze my­śli, uczu­cia i pra­gnie­nia. Na­wet w przy­bli­że­niu nie po­tra­fi­my zba­dać wszyst­kich me­cha­ni­zmów rzą­dzą­cych na­szym mó­zgiem, tyl­ko mniej wię­cej orien­tu­je­my się na przy­kład, któ­ra z jego czę­ści od­po­wia­da za od­czu­wa­nie przy­jem­no­ści, a któ­ra za mowę. Jego dzia­ła­nie opi­su­je się dzię­ki nie­zwy­kle skom­pli­ko­wa­nej sta­ty­sty­ce i dla­te­go je­dy­nie z pew­nym praw­do­po­do­bień­stwem moż­na okre­ślić, ja­kie skut­ki spo­wo­du­je che­micz­ny bo­dziec, ja­kim jest nar­ko­tyk. W przy­pad­ku roz­wa­żań na te­mat środ­ków odu­rza­ją­cych moż­na więc scha­rak­te­ry­zo­wać tyl­ko naj­czę­ściej wy­stę­pu­ją­ce efek­ty. Jak dany nar­ko­tyk po­dzia­ła na kon­kret­ną oso­bę, nie mo­że­my prze­wi­dzieć. Na­wet po ka­wie, któ­ra po­bu­dza więk­szość osób, nie­któ­rzy ła­twiej za­sy­pia­ją, a ko­fe­ina prze­cież w po­rów­na­niu z nar­ko­ty­ka­mi de­li­kat­nie wpły­wa na or­ga­nizm.

Po­wo­dy, przez któ­re oso­by nie­uza­leż­nio­ne pró­bu­ją środ­ków odu­rza­ją­cych, są bar­dzo skom­pli­ko­wa­ne i trud­ne do wy­ja­śnie­nia, na­wet dla nich sa­mych. Każ­dy ma swo­je po­bud­ki do bra­nia, kło­po­ty, któ­rych z ich po­mo­cą pró­bu­je się po­zbyć - strach, brak mi­ło­ści, nie­na­wiść, po­czu­cie od­rzu­ce­nia. Im wię­cej jest ta­kich czyn­ni­ków, tym więk­sza szan­sa, że z cza­sem to nar­ko­ty­ki sta­ną się naj­więk­szym pro­ble­mem. Pierw­szy raz czę­sto po­wo­do­wa­ny jest cie­ka­wo­ścią. Uza­leż­nie­ni z ko­lei bio­rą, bo mu­szą, gdyż nar­ko­tyk stał się nie tyle czymś po­trzeb­nym im do ży­cia, ile że jest ich ca­łym ży­ciem. Je­śli wsta­ją rano, aby iść do pra­cy, ukraść coś albo uda­wać przed sobą i in­ny­mi, że ro­bią coś po­ży­tecz­ne­go, to tyl­ko dla­te­go, by mieć pie­nią­dze na bra­nie i żeby jak naj­dłu­żej utrzy­my­wać po­zo­ry, że nad wszyst­kim pa­nu­ją, że nie są jesz­cze nar­ko­ma­na­mi.

Me­cha­nizm po­wro­tów do nar­ko­ty­ków sta­je się bar­dziej zro­zu­mia­ły, gdy za­sta­no­wi­my się nad ob­ra­zem świa­ta, w któ­rym ży­je­my. Prze­cięt­ny Po­lak i, jak są­dzę, prze­cięt­ny Eu­ro­pej­czyk nie znaj­du­je w swo­im ży­ciu zbyt wie­lu po­wo­dów do ra­do­ści. Kie­dy rano za­wią­zu­je sznu­ro­wa­dła, jego wzrok wbi­ja się w zie­mię i tak już zo­sta­je do koń­ca dnia. Nie­wie­le osób po­tra­fi cie­szyć się, za­chwy­cać zwy­kłą, sza­rą co­dzien­no­ścią. Jaki to wła­ści­wie ma zwią­zek z nar­ko­ma­nią? To prze­cież oczy­wi­ste - kto chciał­by ucie­kać od rze­czy­wi­sto­ści, w któ­rej jest szczę­śli­wy? Tym­cza­sem bar­dzo nie­wie­lu mło­dych lu­dzi ma ko­goś, kto po­tra­fi uka­zy­wać im pięk­no świa­ta i kto ich uczy, jak dą­żyć do szczę­ścia. A je­śli nie znaj­du­je się ra­do­ści w re­al­nym świe­cie, za­czy­na się jej po­szu­ki­wać zu­peł­nie gdzieś in­dziej.

Nar­ko­ty­ki nie obie­cu­ją cze­goś na przy­szłość - na­tych­miast po­wo­du­ją eu­fo­rię, za­do­wo­le­nie, czy­li dają to, cze­go się w nich szu­ka. Wy­star­czy wstrzyk­nąć kom­pot czy kil­ka razy za­cią­gnąć się ma­ri­hu­aną albo ścią­gnąć kre­skę am­fe­ta­mi­ny, aby zna­leźć się w od­mien­nym świe­cie, żeby po­czuć się in­a­czej, zno­wu mieć ener­gię do pra­cy. To o wie­le prost­sze niż po­szu­ki­wa­nie, zdo­by­wa­nie szczę­ścia. Nar­ko­ty­ki da­dzą je na­tych­miast, no, chy­ba że aku­rat ma się pe­cha i to­war bę­dzie tref­ny albo or­ga­nizm za­re­agu­je in­a­czej niż zwy­kle.

Jaki jest fi­zjo­lo­gicz­ny me­cha­nizm dzia­ła­nia nar­ko­ty­ków? Każ­dy z nich w ja­kiś spo­sób wpły­wa na funk­cjo­no­wa­nie ukła­du ner­wo­we­go. Nie­któ­re ro­bią to na po­zio­mie prze­wo­dze­nia im­pul­sów ner­wo­wych, a inne po pro­stu draż­nią okre­ślo­ne ośrod­ki mó­zgu, na przy­kład ośro­dek od­de­cho­wy lub przy­jem­no­ścio­wy. Po krót­kim cza­sie od przy­ję­cia środ­ka - kil­ka­na­ście mi­nut czy se­kund - czło­wiek za­czy­na od­czu­wać coś, co psy­cho­lo­go­wie na­zy­wa­ją gra­ty­fi­ka­cją. To jest wła­śnie to, cze­go ocze­ku­je się od nar­ko­ty­ku - po­bu­dze­nia, nad­mia­ru ener­gii, głę­bo­kie­go uspo­ko­je­nia, ha­lu­cy­na­cji. Efekt za­le­ży od tego, jaki śro­dek zo­stał przy­ję­ty. Tak przy­najm­niej po­win­no wszyst­ko prze­bie­gać. Jed­nak nie za­wsze nar­ko­tyk speł­nia ocze­ki­wa­nia swo­je­go kon­su­men­ta. Po­nad­to z re­gu­ły po okre­sie bar­dzo do­bre­go sa­mo­po­czu­cia przy­cho­dzi czas, kie­dy trze­ba pła­cić za przy­jem­ność zwią­za­ną z nar­ko­ty­kiem. Je­śli gra­ty­fi­ka­cją było po­bu­dze­nie, or­ga­nizm jest zmę­czo­ny, a na­strój wła­ści­wie bez wzglę­du na ro­dzaj nar­ko­ty­ku - pod­ły. Do w mia­rę nor­mal­ne­go sta­nu wra­ca się po kil­ku, cza­sem na­wet kil­ku­na­stu dniach. Część osób wcze­śniej ko­lej­ny raz się­ga po nar­ko­tyk z nie­znacz­nie słab­szym skut­kiem i z odro­bi­nę więk­szym doł­kiem po usta­niu jego dzia­ła­nia.

Co po­wo­du­je, że nar­ko­tyk tak ła­two po­tra­fi wcią­gnąć, stać się spo­so­bem na ży­cie, jego ce­lem? Naj­pro­ściej od­po­wie­dzieć: bo tak dzia­ła­ją nar­ko­ty­ki. Dają su­biek­tyw­ne wra­że­nie, że roz­wią­zu­ją się pro­ble­my. Jed­nak póź­niej zo­sta­je się z nimi sam na sam. Czło­wiek sta­je się wo­bec nich co­raz bar­dziej bez­rad­ny, bo po­zba­wio­ny po­zor­nej siły, jaką da­wał nar­ko­tyk. Poza tym za­czy­na­ją cią­żyć nowe kło­po­ty - zwią­za­ne z bra­niem. Ja­sne, że bar­dzo nie­wie­le osób przy­zna się, że za po­mo­cą nar­ko­ty­ków pró­bu­ją coś zmie­nić w swo­im ży­ciu. Uświa­do­mie­nie so­bie ta­kie­go fak­tu jest pierw­szym kro­kiem do peł­ne­go uwol­nie­nia się.

Ktoś, kto bie­rze nar­ko­ty­ki, w oczach wie­lu osób jest kimś stra­co­nym już na za­wsze. Wy­cho­waw­czy­nie jed­ne­go z in­ter­na­tów za­chwy­ca­ły się umie­jęt­no­ścia­mi, po­sta­wą i kul­tu­rą osób koń­czą­cych ośro­dek w Gło­sko­wie, ale żad­na z nich nie chcia­ła­by, żeby ktoś taki był mę­żem cór­ki i oj­cem jej wnu­ków - owszem, nar­ko­man może być uczyn­ny, życz­li­wy i za­rad­ny, ale za­wsze po­zo­sta­nie nar­ko­ma­nem. Zresz­tą nie każ­dy, kto się­gnął po nar­ko­ty­ki, nim się sta­je. Tyl­ko od nie­licz­nych środ­ków moż­na uza­leż­nić się już przy pierw­szym kon­tak­cie. Nar­ko­ty­ków moż­na uży­wać, na­wet nad­uży­wać, a póź­niej z nimi ze­rwać, jed­nak zda­niem wie­lu osób ich dzia­ła­nie jest na tyle in­ten­syw­ne, ich wpływ na psy­chi­kę jest tak zna­czą­cy, że na­wet rzad­kie kon­tak­ty mogą wy­wo­łać nie­prze­wi­dy­wal­ne na­stęp­stwa. Dzie­je się tak szcze­gól­nie u mło­dych lu­dzi, któ­rzy nie­zwy­kle szyb­ko po­pa­da­ją w uza­leż­nie­nia.

Nar­ko­ty­ki nie rzą­dzą się pra­wa­mi lo­gi­ki, ich uży­wa­nie jest sprzecz­ne z ra­cjo­nal­nym my­śle­niem. Ktoś, kto bie­rze kom­pot i jest za­ka­żo­ny wi­ru­sem HIV, wstrzy­ku­je so­bie z dział­ka­mi nar­ko­ty­ku ko­lej­ne por­cje mi­kro­or­ga­ni­zmów, skra­ca­jąc so­bie ży­cie. Zwy­kle świet­nie zda­je so­bie z tego spra­wę i boi się śmier­ci oraz roz­wo­ju cho­ro­by, ale ani świa­do­mość dzia­ła­nia na wła­sną szko­dę, ani strach nie mogą go po­wstrzy­mać. Oso­ba, u któ­rej am­fe­ta­mi­na po­wo­du­je gwał­tow­ne sko­ki ci­śnie­nia, a cza­sem na­stęp­ne­go dnia za­pa­ści, mimo wszyst­ko bę­dzie ją bra­ła.

Kie­dy ktoś przez wie­le dni bie­rze lub pije, żeby uciec przed wła­sny­mi pro­ble­ma­mi, bywa na­ga­by­wa­ny przez swo­je oto­cze­nie - wszy­scy py­ta­ją: co ci to daje? Nie­ła­two wte­dy od­po­wie­dzieć na to py­ta­nie, bo trud­no wy­tłu­ma­czyć so­bie bez­sens bra­nia, kie­dy pod ręką jest to­war, kie­dy ży­cie po­zba­wio­ne jest celu i sen­su, kie­dy czło­wiek po pro­stu boi się nad­cho­dzą­cych dni czy go­dzin. Nar­ko­tyk sta­je się spo­so­bem uciecz­ki. Tu­taj nie ma miej­sca na żad­ne "po co", na żad­ne "co ci to da" - jest tyl­ko śle­pa, bez­myśl­na uciecz­ka od trud­no­ści, od re­al­ne­go świa­ta, któ­ry boli, uciecz­ka od pust­ki, nudy, od lęku, a przede wszyst­kim - od sa­me­go sie­bie. Tacy "ucie­ki­nie­rzy" są wła­śnie bar­dzo po­dat­ni na uza­leż­nie­nie - je­śli ktoś za­czy­na roz­wią­zy­wać swo­je pro­ble­my za po­mo­cą nar­ko­ty­ków, znaj­du­je się w gru­pie naj­wyż­sze­go ry­zy­ka. Dla­te­go war­to za­dać so­bie py­ta­nie: czy je­stem za­do­wo­lo­ny ze swo­je­go ży­cia, czy je­stem w nim szczę­śli­wy. Je­śli mam przed czym ucie­kać, nar­ko­ty­ki będą dla mnie groź­ne.

Wo­kół nar­ko­ty­ków na­ro­sło wie­le mi­tów. Dla nie­któ­rych osób mają one być dro­gą do peł­niej­sze­go ży­cia, do nie­za­leż­no­ści od sys­te­mu czy wol­no­ści. Czło­wiek bio­rą­cy na­wet tak zwa­ne mięk­kie nar­ko­ty­ki z cza­sem cał­ko­wi­cie skon­cen­tru­je się na wła­snym wnę­trzu, sta­nie się nie­obec­ny w re­al­nym świe­cie. Zresz­tą czas, kie­dy bra­nie było za­ję­ciem eli­tar­nym, już daw­no stał się prze­szło­ścią. Te­raz bio­rą: ki­bo­le, zło­dzie­je, dre­chy szu­ka­ją­ce dymu, na­ro­dow­cy i pro­sty­tut­ki. Nie jest to już jak daw­niej sam kwiat mło­dzie­ży.

Jak wy­glą­da dro­ga prze­cięt­ne­go nar­ko­ma­na? Oczy­wi­ście żeby zo­stać nar­ko­ma­nem, trze­ba wziąć nar­ko­tyk po raz pierw­szy. To taka furt­ka, przez któ­rą trze­ba przejść. Jak wie­lu z tych, któ­rzy eks­pe­ry­men­tu­ją z nar­ko­ty­ka­mi, uza­leż­nia się? Nie­wie­lu, ale je­dy­nie peł­na abs­ty­nen­cja może dać gwa­ran­cję, że ktoś nie zo­sta­nie nar­ko­ma­nem.

Dru­gim eta­pem nar­ko­ty­ko­wej dro­gi są eks­pe­ry­men­ty - pró­by do­bie­ra­nia od­po­wied­nich ilo­ści środ­ka, oto­cze­nia, spo­so­bów po­stę­po­wa­nia, tak żeby od­czuć jak naj­przy­jem­niej­sze efek­ty, a za­ra­zem do­brze funk­cjo­no­wać w ży­ciu. Rów­no­cze­śnie trwa po­szu­ki­wa­nie "swo­je­go" nar­ko­ty­ku. Każ­dy typ oso­bo­wo­ści po­trze­bu­je in­ne­go ro­dza­ju bodź­ców. Oso­by, któ­re od cza­su do cza­su po­trze­bu­ją za­strzy­ku ener­gii, bo kon­cen­tru­ją się na osią­ga­niu suk­ce­sów w ży­ciu, będą pre­fe­ro­wa­ły środ­ki po­bu­dza­ją­ce. Ktoś z na­tu­ry bar­dziej re­flek­syj­ny, komu do­skwie­ra ży­cie w po­śpie­chu i zgieł­ku, znaj­dzie uko­je­nie w ma­ri­hu­anie lub he­ro­inie. Nie­ste­ty, wła­śnie taki "po­trzeb­ny" nar­ko­tyk jest za­ra­zem naj­bar­dziej nie­bez­piecz­ny. Wie­lo­krot­ne od­czu­cie po­zy­tyw­nych, ocze­ki­wa­nych, efek­tów jego dzia­ła­nia może skła­niać do tego, by co­raz czę­ściej się­gać po wy­pró­bo­wa­ny już śro­dek.

Trze­ci etap to faza po­wro­tów. Częst­sze bra­nie cha­rak­te­ry­zu­je się tym, że co­raz trud­niej się obyć bez nar­ko­ty­ku. Ktoś, kto jest w ta­kim sta­nie, nie jest jesz­cze uza­leż­nio­ny, ale nar­ko­ty­ki zaj­mu­ją co­raz wię­cej miej­sca w jego ży­ciu. Po­świę­ca się im co­raz wię­cej cza­su, co­raz czę­ściej się o nich roz­ma­wia. Już pra­wie wszy­scy zna­jo­mi to lu­dzie rza­dziej lub czę­ściej bio­rą­cy. Jed­no­cze­śnie za­czy­na bra­ko­wać cza­su i sił na za­ję­cia nie­zwią­za­ne z nar­ko­ty­ka­mi. Tak na­praw­dę to jest to mo­ment, w któ­rym za­czy­na­ją się praw­dzi­we kło­po­ty. Do­pie­ro te­raz oka­zu­je się, że nar­ko­tyk, któ­ry do tej pory był źró­dłem roz­ryw­ki, a co naj­wy­żej by­wał cza­sem po­moc­ny, sta­je się czymś waż­nym, jak­by przy­ja­cie­lem, na któ­re­go po­moc za­wsze moż­na li­czyć i z któ­re­go po­mo­cy co­raz czę­ściej się ko­rzy­sta. Jed­no­cze­śnie za­czy­na on tak­że cią­żyć na co­dzien­nym ży­ciu - na pla­nach na przy­szłość, na za­wie­ra­nych zna­jo­mo­ściach. W tym wła­śnie mo­men­cie kosz­ty sta­ją się więk­sze niż zy­ski wy­ni­ka­ją­ce z bra­nia nar­ko­ty­ków. Tyle że spo­strze­ga się to do­pie­ro po la­tach, kie­dy czło­wiek już na do­bre wy­trzeź­wie­je. W tym okre­sie jak man­trę po­wta­rza się sło­wa: prze­cież nad wszyst­kim pa­nu­ję, w każ­dej chwi­li mógł­bym prze­stać. I fak­tycz­nie od­sta­wia się nar­ko­ty­ki na ja­kiś czas, ale tyl­ko po to, by udo­wod­nić so­bie, że wszyst­ko jest w po­rząd­ku. Czło­wiek po­tra­fi zra­cjo­na­li­zo­wać każ­dą swo­ją de­cy­zję, czy­li uza­sad­nić każ­dy swój wy­bór. Do tego celu moż­na użyć dwóch me­cha­ni­zmów: palę ma­ri­hu­anę, bo jest mniej szko­dli­wa niż al­ko­hol (nie jest) albo wiem, że so­bie szko­dzę, ale wolę żyć kró­cej, lecz bar­dziej szczę­śli­wie (to dla­cze­go pro­cent uśmiech­nię­tych pa­la­czy ma­ri­hu­any jest zna­czą­co niż­szy niż wśród abs­ty­nen­tów?). Praw­dę mó­wiąc, nie ufam lu­dziom, któ­rzy za­ży­wa­ją nar­ko­ty­ki i po­twier­dza­ją opi­nię o ich nie­szko­dli­wo­ści. Dla mnie naj­bar­dziej wia­ry­god­ne są oso­by, któ­re bio­rą lub bra­ły i stwier­dza­ją, że nar­ko­ty­ki to nie jest to. Oni wie­dzą naj­le­piej. Wie­rzę im tak samo jak swo­je­mu naj­więk­sze­mu przy­ja­cie­lo­wi, któ­ry jest stu­pro­cen­to­wym mię­so­żer­cą, a po­pie­ra we­ge­ta­ria­nizm - on nie ra­cjo­na­li­zu­je swo­je­go wy­bo­ru wy­god­ny­mi dla sie­bie ar­gu­men­ta­mi.

Ostat­nią, czwar­tą fazą jest uza­leż­nie­nie. Wte­dy to nar­ko­tyk sta­je się naj­waż­niej­szą rze­czą w ży­ciu czło­wie­ka, za­stę­pu­je bli­skie oso­by, za­in­te­re­so­wa­nia, pa­sje i am­bi­cje. Ist­nie­ją dwa ro­dza­je uza­leż­nie­nia: fi­zycz­ne, czy­li ta­kie, w któ­rym bra­nie nar­ko­ty­ku lub leku po­wo­du­je zmia­nę w funk­cjo­no­wa­niu or­ga­ni­zmu, oraz psy­chicz­ne, po­le­ga­ją­ce na od­czu­wa­niu po­trze­by bra­nia ja­kie­goś środ­ka i po­wra­ca­nia do sta­nu prze­zeń wy­wo­ły­wa­ne­go. Uza­leż­nie­nie fi­zycz­ne ob­ja­wia się pod­no­sze­niem to­le­ran­cji na dany śro­dek (z cza­sem po­trzeb­na jest co­raz więk­sza jego daw­ka, żeby uzy­skać taki sam efekt) i ob­ja­wa­mi abs­ty­nen­cyj­ny­mi, czy­li tak zwa­nym gło­dem nar­ko­ty­ko­wym. Nie wszyst­kie nar­ko­ty­ki po­wo­du­ją uza­leż­nie­nie fi­zycz­ne - na do­brą spra­wę tyl­ko opia­ty, al­ko­hol i środ­ki uspo­ka­ja­ją­ce. Ko­ka­ina, je­den z naj­sil­niej uza­leż­nia­ją­cych nar­ko­ty­ków, fi­zycz­nie nie uza­leż­nia. Samo od­tru­cie, czy­li przy­wró­ce­nie or­ga­ni­zmu do nor­mal­ne­go sta­nu, trwa kil­ka­na­ście dni i za­wsze po­win­no za­koń­czyć się suk­ce­sem. Dal­szy ciąg pra­cy z oso­ba­mi uza­leż­nio­ny­mi to lata te­ra­pii, a i tak zda­niem wie­lu osób ktoś, kto od­sta­wił nar­ko­ty­ki i prze­szedł peł­ny cykl te­ra­peu­tycz­ny, po­zo­sta­je za­le­czo­nym nar­ko­ma­nem. Je­śli ktoś od pew­ne­go cza­su utrzy­mu­je "pu­stą" abs­ty­nen­cję, bez te­ra­pii, czy­li nie ko­rzy­sta z te­ra­pii, nie prze­cho­dzi we­wnętrz­nych prze­mian, jest po pro­stu nar­ko­ma­nem, któ­re­go cze­ka tyl­ko ko­lej­ny na­wrót bra­nia.

Nie każ­dy, kto spró­bu­je nar­ko­ty­ku, bę­dzie póź­niej do nie­go wra­cał. Wie­le osób po pierw­szym do­świad­cze­niu nie kon­ty­nu­uje prób. Nie wszy­scy spo­śród tych, któ­rzy po­zwa­la­ją so­bie na eks­pe­ry­men­ty z nar­ko­ty­ka­mi, po ja­kimś cza­sie za­czy­na­ją brać ich co­raz wię­cej. Wresz­cie nie wszy­scy, któ­rzy bio­rą czę­sto i w du­żych ilo­ściach, uza­leż­nia­ją się. Gdy­by każ­dy kon­takt z nar­ko­ty­kiem nie­uchron­nie pro­wa­dził do uza­leż­nie­nia, w nie­da­le­kiej przy­szło­ści mie­li­by­śmy w spo­łe­czeń­stwie po­waż­ny pro­cent nar­ko­ma­nów. Na­wet gdy­by jed­na oso­ba na dzie­sięć uza­leż­nia­ła się, star­czy­ło­by pra­cy dla kil­ku po­ko­leń te­ra­peu­tów. Na szczę­ście ry­zy­ko uza­leż­nie­nia nie jest aż tak wiel­kie. Cze­mu więc bije się na alarm w spra­wie nar­ko­ty­ków?

Po­wo­dów jest wie­le. Nie­bez­pie­czeń­stwa zwią­za­ne z nar­ko­ty­ka­mi prze­cięt­nej oso­bie ko­ja­rzą się z uza­leż­nie­niem i z AIDS. Jest ich jed­nak znacz­nie wię­cej. Cza­sem uży­wa­nie nar­ko­ty­ków po­wo­du­je dość znacz­ne i nie­od­wra­cal­ne zmia­ny w psy­chi­ce, nie­rzad­ko po­łą­czo­ne z or­ga­nicz­ny­mi zmia­na­mi mó­zgu. Nie­któ­re nar­ko­ty­ki mogą spo­wo­do­wać ujaw­nie­nie się ukry­tych ob­ja­wów cho­rób psy­chicz­nych. Sza­cu­je się, że oko­ło pro­cen­ta lu­dzi ma ta­kie wła­śnie ukry­te pre­dys­po­zy­cje, któ­rych nie spo­sób stwier­dzić, do­pó­ki za­bu­rze­nia się nie ujaw­nią. Na­wet jed­no­ra­zo­wy kon­takt z nar­ko­ty­kiem może skoń­czyć się psy­cho­zą lub schi­zo­fre­nią.

Spo­tka­nia z nar­ko­ty­ka­mi to swo­je­go ro­dza­ju gra w ro­syj­ską ru­let­kę. Ktoś, kto przez wie­le mie­się­cy pa­lił ha­szysz i zu­peł­nie do­brze funk­cjo­no­wał, w pew­nym mo­men­cie może "prze­grać" i po­paść w głę­bo­ką de­pre­sję. Z dnia na dzień, bez żad­nych sy­gna­łów ostrze­gaw­czych. Moż­na przez lata "wy­gry­wać" - brać róż­ne nar­ko­ty­ki i nie mieć po­waż­niej­szych pro­ble­mów ze sobą. Praw­da jest jed­nak taka, że skut­ki bra­nia nar­ko­ty­ków ku­mu­lu­ją się - w koń­cu pa­to­lo­gicz­ne zmia­ny sta­ną się wresz­cie do­strze­gal­ne, choć może to na­stą­pić do­pie­ro po la­tach. Cza­sem wy­star­czą do tego mie­sią­ce lub na­wet ty­go­dnie, ale może się oczy­wi­ście zda­rzyć i tak, że nie na­stą­pi to nig­dy. Czę­sto też przy­czy­ny ta­kich zmian czy na­wet sam fakt ich po­ja­wia­nia się jest wy­pie­ra­ny.

Praw­dę o nar­ko­ty­kach po­ka­zu­je sta­ty­sty­ka, choć są przy­kła­dy sprzecz­ne z tym, co ona mówi. Nie­ma­ło osób po­wo­łu­je się na nie. "Pi­sze się, że pa­lą­cy ma­ri­hu­anę mają pro­ble­my z na­uką, mój ko­le­ga z kla­sy pali, a zdał ma­tu­rę ze śred­nią sześć". Je­śli ktoś, kto to opo­wia­da, nie do­da­je, że ten­że ko­le­ga wy­le­ciał póź­niej dwu­krot­nie z pierw­sze­go roku stu­diów, to po pro­stu ma­ni­pu­lu­je rze­czy­wi­sto­ścią. Tak czy owak, jed­nost­ko­wy przy­pa­dek o ni­czym nie świad­czy - do­pie­ro po­rów­na­nie licz­nych grup róż­nią­cych się je­dy­nie tym, że jed­na pali ma­ri­hu­anę, a dru­ga nie, po­zwo­li okre­ślić, czy ten nar­ko­tyk wpły­wa na efek­tyw­ność na­uki. W każ­dej po­pu­la­cji znaj­dą się oso­by po­nad­prze­cięt­ne - wy­bit­ni ucze­ni, ar­ty­ści, po­li­ty­cy. Ale czy Char­lie Par­ker był tak wy­bit­nym sak­so­fo­ni­stą, a Jimi Hen­drix gi­ta­rzy­stą, dla­te­go że bra­li, czy po­mi­mo tego fak­tu? Nie wiem i nig­dy się tego nie do­wiem, brak dru­gie­go ta­kie­go czło­wie­ka nie po­zwo­li na po­rów­na­nie.

Po nar­ko­ty­kach do­cho­dzi do po­waż­nych za­truć, nie­kie­dy śmier­tel­nych, zda­rza­ją się też pró­by sa­mo­bój­cze. Bar­dzo wie­le wy­pad­ków przy­tra­fia się oso­bom, któ­re wzię­ły ja­kiś śro­dek. I je­śli ktoś pod wpły­wem LSD na­bie­ra ocho­ty na la­ta­nie, to jest groź­ny przede wszyst­kim dla sie­bie, ale je­śli sia­da za kół­kiem, sta­je się za­gro­że­niem dla in­nych. A co­raz wię­cej osób pro­wa­dzi na haju albo w mo­men­cie, kie­dy nar­ko­tyk prze­sta­je dzia­łać, a prze­cież bar­dzo moc­no wpły­wa to na kon­cen­tra­cję.

Nie spo­sób okre­ślić, w ja­kim miej­scu nar­ko­ty­ko­wej dro­gi ktoś się znaj­du­je. Je­śli nig­dy nie pró­bo­wał nar­ko­ty­ków albo ma za sobą po­je­dyn­cze pró­by sprzed lat, wy­da­je się, że na tę dro­gę nie wkro­czył. Ja­sny jest tak­że przy­pa­dek osób, u któ­rych uza­leż­nie­nie zo­sta­ło lub po­win­no już zo­stać zdia­gno­zo­wa­ne. Je­śli jed­nak ktoś "pod­bie­ra" nar­ko­ty­ki, jego pro­ble­my już się za­czę­ły, choć nie wi­dać jesz­cze wy­raź­nych oznak uza­leż­nie­nia. Na tej dro­dze nie ma dro­go­wska­zów typu: do uza­leż­nie­nia dwa mie­sią­ce. To, że jest się nar­ko­ma­nem, czło­wiek uświa­da­mia so­bie w mo­men­cie, kie­dy ten stan trwa już od ja­kie­goś cza­su i nie moż­na po­wie­dzieć, od jak daw­na. Bar­dzo trud­no jest tak­że okre­ślić kry­te­ria, na pod­sta­wie któ­rych z całą pew­no­ścią moż­na po­wie­dzieć, że ktoś jest już uza­leż­nio­ny. Oso­ba pa­lą­ca raz w mie­sią­cu ma­ri­hu­anę uza­leż­nio­na ra­czej nie jest, a ktoś trzy razy dzien­nie po­da­ją­cy so­bie kil­ka cen­tów kom­po­tu - z całą pew­no­ścią tak. W mia­rę pew­ną dia­gno­zę może po­sta­wić je­dy­nie do­bry te­ra­peu­ta.

Wie­le osób, zwłasz­cza mło­dych, wzru­sze­niem ra­mion re­agu­je na py­ta­nie, czy nie boją się, że z cza­sem mogą się uza­leż­nić. "Co ja mam wspól­ne­go z ćpu­na­mi z Cen­tral­ne­go? Od cza­su do cza­su za­pa­lę so­bie sku­na i tyle. Wszyst­ko mam pod kon­tro­lą". No do­brze, ale co to zna­czy od cza­su do cza­su? A na­wet je­śli rzad­ko się­ga się po nar­ko­ty­ki, to czy tak musi po­zo­stać? Ilu dzi­siej­szych nar­ko­ma­nów kil­ka lat temu, oka­zyj­nie tyl­ko pa­ląc ma­ri­hu­anę, pla­no­wa­ło z roz­ma­rze­niem, jak to w przy­szło­ści za­czną brać co­raz to inne środ­ki, jak będą kraść, wy­no­sić rze­czy z domu, jak zo­sta­ną nar­ko­ma­na­mi peł­ną gębą? Nikt nie pla­nu­je ta­kie­go ży­cia. Ktoś po­wie: stra­chy na La­chy!, uza­leż­nia się może jed­na oso­ba na ty­siąc kon­tak­tu­ją­cych z nar­ko­ty­ka­mi, w psy­chia­try­ku lą­du­ją może dwie ko­lej­ne, więc dla­cze­go to mam być wła­śnie ja? A dla­cze­go nie?

Ta­kim ty­po­wym spo­so­bem ra­cjo­na­li­zo­wa­nia de­cy­zji o bra­niu jest po­wta­rza­nie, że le­piej żyć kró­cej, ale za to bar­dziej barw­nie, niż dłu­go, zdro­wo i nie­cie­ka­wie. Co gor­sza, ten ste­reo­typ po­wie­la­ją cza­sem tak­że ci, któ­rzy po­win­ni być roz­sąd­ni. Mło­dy czło­wiek usły­szał od te­ra­peu­ty: je­śli brał pan he­ro­inę, to już nic lep­sze­go się panu w ży­ciu nie przy­tra­fi. A ja po­wiem, że to nie­praw­da. Jest kil­ka do­świad­czeń bar­dziej ra­do­snych, lep­szych niż kop po he­ro­inie. Każ­dy może zna­leźć ta­kie rze­czy - dla jed­nych będą to góry, dla in­nych ża­gle czy pra­ca. Tyle że trze­ba za­dać so­bie py­ta­nie: cze­go ocze­ku­ję od ży­cia? Nie moż­na mieć jed­no­cze­śnie szczę­ścia che­micz­ne­go i "czy­ste­go". O to dru­gie jest znacz­nie trud­niej, ale może być ono trwa­łe i sta­łe, bez wa­hań od eks­ta­zy do de­pre­sji.

Może i mają ra­cję ci, któ­rzy jak do­tych­czas nie chcą zre­zy­gno­wać z tych ła­two osią­ga­nych przy­jem­no­ści i na przy­szłość od­kła­da­ją trwa­łe war­to­ści oraz sa­tys­fak­cje. Tyle że pro­blem tkwi w tym, że na­wet przej­ścio­we uży­wa­nie nar­ko­ty­ków może po­wo­do­wać pew­ne zmia­ny. Arab­skie przy­sło­wie mówi: nikt dwa razy nie słu­cha tej sa­mej baj­ki. Kie­dy po raz pierw­szy sły­szy­my baj­kę, zmie­nia­my się, więc ko­lej­ny raz słu­cha jej już tro­chę inna oso­ba. Po­dob­nie jest z nar­ko­ty­ka­mi - ktoś, kto prze­żył szcze­gól­ne zwią­za­ne z nimi do­zna­nia, wkro­czył w świat nar­ko­ty­ków, więc bar­dzo dłu­go może od­czu­wać po­trze­bę po­wro­tu do tych in­ten­syw­nych i spe­cy­ficz­nych sta­nów. To tak jak po praw­dzi­wej, głę­bo­kiej mi­ło­ści ba­nal­ny wy­da­je się zwy­kły flirt, tak jak po je­dze­niu do­brych do­mo­wych po­sił­ków sma­ku­ją ham­bur­ge­ry. Niby wszyst­ko jest ta­kie, ja­kie było wcze­śniej, ale ży­cie sta­je się jak­by bar­dziej pła­skie. Dla­te­go bar­dzo waż­ne jest, by zna­leźć ja­kąś pa­sję - coś, co bę­dzie źró­dłem rów­nie sil­nych do­znań. Moż­na jesz­cze na­uczyć się czer­pać ra­dość i sa­tys­fak­cję z co­dzien­no­ści, ale to znacz­nie trud­niej­sza dro­ga. Je­śli to, co prze­ży­ło się pod wpły­wem nar­ko­ty­ku, po­zo­sta­je naj­in­ten­syw­niej­szym do­świad­cze­niem, na­wet po la­tach sły­szy się we­wnętrz­ny głos: nie chcesz prze­żyć tego jesz­cze raz? Nie bądź fra­je­rem, to prze­cież nie boli!

Ist­nie­ją dwa sprzecz­ne po­glą­dy na te­mat ry­zy­ka zwią­za­ne­go ze środ­ka­mi odu­rza­ją­cy­mi. We­dług pierw­sze­go każ­de, na­wet jed­no­ra­zo­we przy­ję­cie nar­ko­ty­ku jest nie­bez­piecz­ne, a do­kład­niej - wią­że się z ry­zy­kiem ne­ga­tyw­nych kon­se­kwen­cji: wy­pad­ków, cho­rób czy ta­kie­go wpły­wu na psy­chi­kę, któ­re zna­czą­co zwięk­szy po­trze­bę po­now­ne­go się­ga­nia po nar­ko­tyk. Dru­gi z nich spro­wa­dza się do stwier­dze­nia, że je­śli prze­strze­ga się pew­nych re­guł, nar­ko­ty­ki nie mogą być nie­bez­piecz­ne dla zdro­wia. Szcze­rze mó­wiąc, nie prze­ma­wia to do mnie, sko­ro ży­je­my w świe­cie, w któ­rym jaz­da sa­mo­cho­dem czy cho­dze­nie uli­cą zwią­za­ne jest z pew­nym, choć nie­wiel­kim ry­zy­kiem - prze­cież bra­nie nar­ko­ty­ków jest nie­co bar­dziej nie­bez­piecz­ne niż jaz­da au­to­bu­sem.

Nie­ste­ty, bar­dzo wie­lu mło­dych lu­dzi pró­bu­je nar­ko­ty­ków. Czę­sto py­ta­ją wprost, jak może po­dzia­łać ja­kiś śro­dek, czy jest bez­piecz­ny, czy moż­na się od nie­go uza­leż­nić ła­twiej niż od in­nych. Na ta­kie py­ta­nia nig­dy nie moż­na dać jed­no­znacz­nej od­po­wie­dzi, po­nie­waż ry­zy­ko uza­leż­nie­nia jest róż­ne i za­le­ży za­rów­no od po­szcze­gól­nych nar­ko­ty­ków, ja­kich się za­ży­wa, jak i od osób, któ­re je bio­rą. Nie­któ­rzy są­dzą jed­nak, że je­śli nie po­tra­fi­my po­wstrzy­mać mło­dych lu­dzi przed eks­pe­ry­men­ta­mi z nar­ko­ty­ka­mi, to na­le­ży przy­najm­niej do­star­czyć im in­for­ma­cji, jak ro­bić to naj­bez­piecz­niej. Może brzmi to jak he­re­zja, ale je­śli fak­tem są po­wszech­ne kon­tak­ty na­sto­lat­ków z nar­ko­ty­ka­mi, to czy nie le­piej przy­go­to­wać ich do tego, za­miast cho­wać gło­wę w pia­sek? Praw­do­po­dob­nie za­kro­jo­ne na sze­ro­ką ska­lę dłu­go­ter­mi­no­we ba­da­nia sta­ty­stycz­ne po­ka­żą, któ­re po­dej­ście jest lep­sze.

Czy za­kaz uży­wa­nia nar­ko­ty­ków jest ogra­ni­cza­niem wol­no­ści czło­wie­ka? Prze­cież do­ro­sła oso­ba ma pra­wo de­cy­do­wać o swo­im ży­ciu - po­wta­rza­ją prze­ciw­ni­cy re­stryk­cyj­nych ustaw an­ty­nar­ko­ty­ko­wych. Jed­nym z ar­gu­men­tów jest stwier­dze­nie, że wol­ność jest pra­wem ro­bie­nia do­wol­nych rze­czy, pod wa­run­kiem że czło­wiek jest zde­cy­do­wa­ny po­no­sić kon­se­kwen­cje swo­ich dzia­łań. Ale czy to wła­śnie oso­ba bio­rą­ca po­no­si naj­więk­sze kon­se­kwen­cje? Kto pła­ci za nie­go ra­chun­ki - te czy­sto fi­nan­so­we - kto go utrzy­mu­je, spła­ca dłu­gi? Ale naj­waż­niej­sze są kosz­ty zwią­za­ne z emo­cja­mi, krzyw­dy, ja­kie wy­rzą­dza się bli­skim. Ktoś, kto bie­rze, za­my­ka się w her­me­tycz­nym krę­gu: nar­ko­tyk, lu­dzie, któ­rzy ze mną bio­rą, do­staw­cy, cza­sem jesz­cze ci, któ­rzy ak­cep­tu­ją taki styl ży­cia. To za­stę­pu­je wszyst­ko: re­la­cje z ludź­mi - te bar­dzo bli­skie i te co­dzien­ne w pra­cy - pa­sje, ra­do­ści. Po­zo­sta­je pust­ka, kłam­stwo, roz­pacz­li­wa sa­mot­ność. Ktoś taki nie chce uświa­da­mić so­bie tego, co się wła­ści­wie dzie­je - uda­je przed sobą, że wszyst­ko jest w po­rząd­ku. Kosz­ty mu­szą po­no­sić bli­scy. Co to jest więc za wol­ność? Je­śli czło­wiek nie wy­obra­ża so­bie ży­cia bez cze­goś, prze­sta­je być wol­ny. A u ko­goś, kto bie­rze od ja­kie­goś cza­su na­wet na­po­mknię­cie, że nar­ko­ty­ki są czymś złym i po­wi­nien z nich zre­zy­gno­wać, bu­dzi z za­sa­dy bar­dzo ostry sprze­ciw. Po­dob­nie zresz­tą jak stwier­dze­nie, że ktoś znaj­du­ją­cy się w po­dob­nej sy­tu­acji jest już uza­leż­nio­ny.

Bra­nie nar­ko­ty­ków to pu­łap­ka. Naj­pierw wa­bią eg­zo­ty­ką, in­ten­syw­ny­mi przy­jem­no­ścia­mi: świat sta­je się barw­niej­szy, wszyst­ko, co się mówi i sły­szy, jest bar­dziej in­te­re­su­ją­ce, lu­dzie, któ­rych się spo­ty­ka, wy­da­ją się inni, bar­dziej swo­bod­ni i nie­za­leż­ni, seks spra­wia znacz­nie wię­cej przy­jem­no­ści. Tego się rze­czy­wi­ście do­świad­cza, tyl­ko to chce się do­strze­gać. Wszyst­ko wy­da­je się być pod kon­tro­lą.

Po­tem nar­ko­ty­ki za­czy­na­ją wcią­gać - wte­dy pę­tla na szyi po­wo­li się za­ci­ska. Czy są one czymś jed­no­znacz­nie złym? Czy bu­ta­pren jest zły? Prze­cież mogę nim skle­ić buty. A mor­fi­na? Prze­cież po­ma­ga prze­trwać chwi­le ogrom­ne­go cier­pie­nia pod­czas cho­ro­by. Nar­ko­ty­ki tak jak mło­tek nie są ani złe, ani do­bre - moż­na z nich zro­bić do­bry i zły uży­tek. Je­śli za­cznie­my ucie­kać w nie przed swo­ją sła­bo­ścią, swo­imi lę­ka­mi, mo­że­my znisz­czyć wła­sne ży­cie.

Nowotwór duszy

Uza­leż­nie­nie to no­wo­twór du­szy. Tak jak wie­le no­wo­two­rów, jest to cho­ro­ba nie­ule­czal­na, po­stę­pu­ją­ca i śmier­tel­na. Zwy­kły no­wo­twór może być zło­śli­wy lub nie­zło­śli­wy. Z uza­leż­nie­niem jest in­a­czej. Może zda­rzyć się tak, że jest ono na tyle mało de­struk­cyj­ne, że w ja­kimś stop­niu spra­wia kło­pot oto­cze­niu, ale nie za­gra­ża sa­me­mu uza­leż­nio­ne­mu. Tak może być w przy­pad­ku uza­leż­nie­nia od te­le­wi­zji, za­ku­pów czy od od­czu­wa­nia za­gro­że­nia. Jed­nak na­wet zu­peł­nie nie­zło­śli­wa na­rośl może zmie­nić swój cha­rak­ter. Dla­te­go wła­śnie tak­że kom­pul­syw­ne oglą­da­nie te­le­wi­zji z cza­sem może na tyle za­bu­rzyć ży­cie czło­wie­ka, że nie może już nor­mal­nie funk­cjo­no­wać.

Dużo wcze­śniej niż pierw­sze ob­ja­wy cho­ro­bo­we po­ja­wia się w or­ga­ni­zmie czło­wie­ka po­je­dyn­cza ko­mór­ka no­wo­two­ro­wa, któ­ra póź­niej roz­mna­ża się i zmie­nia w guz. W każ­dym z nas co­dzien­nie po­wsta­ją ty­sią­ce ta­kich ko­mó­rek, jed­nak cza­sa­mi pod wpły­wem pew­nych ze­wnętrz­nych czyn­ni­ków lub chwi­lo­we­go osła­bie­nia układ od­por­no­ścio­wy nie może się z nimi upo­rać. Tak po­wsta­ją no­wo­two­ry. W po­dob­ny spo­sób two­rzy się no­wo­twór du­szy - wy­wo­łu­ją go co­dzien­ne na­wy­ki. Wy­pi­ja­ne po pra­cy drin­ki, gra na au­to­ma­tach, roz­ła­do­wy­wa­nie stre­sów za­ku­pa­mi albo fa­jecz­ką w ja­kimś mo­men­cie może prze­ro­dzić się w uciecz­kę, a po­tem w uza­leż­nie­nie.

Bry­tyj­scy epi­de­mio­lo­dzy do­szli do wnio­sku, że dzie­więć­dzie­siąt pięć pro­cent przy­pad­ków no­wo­two­rów wy­ni­ka z czyn­ni­ków śro­do­wi­sko­wych, z na­sze­go spo­so­bu od­ży­wia­nia, z bra­ku ak­tyw­no­ści, pa­le­nia pa­pie­ro­sów i nad­uży­wa­nia al­ko­ho­lu. Za­cho­wa­nia, któ­re zwięk­sza­ją praw­do­po­do­bień­stwo za­cho­ro­wa­nia na raka, okre­śli­li mia­nem czyn­ni­ków ry­zy­ka. Stwier­dzi­li tak­że, że przy jed­no­cze­snym wy­stę­po­wa­niu róż­nych czyn­ni­ków ich wpływ się nie su­mu­je, tyl­ko mno­ży. Je­śli więc pa­le­nie zwięk­sza ry­zy­ko po­ja­wie­nia się ja­kie­goś no­wo­two­ru dzie­się­cio­krot­nie, a pi­cie al­ko­ho­lu sied­mio­krot­nie, to oso­ba, któ­ra pije i pali, ma sie­dem­dzie­siąt razy więk­sze "szan­se" na ten ro­dzaj raka.

W przy­pad­ku uza­leż­nie­nia tak­że mówi się o czyn­ni­kach ry­zy­ka - są to ce­chy ro­dzi­ny oraz oso­bo­wo­ści, któ­re zwięk­sza­ją moż­li­wość uza­leż­nie­nia się.

Czy ja­kieś sy­tu­acje ro­dzin­ne w szcze­gól­ny spo­sób sprzy­ja­ją uza­leż­nie­niu? Tak, ale żeby być w peł­ni uczci­wym, trze­ba pod­kre­ślić tu­taj dwie rze­czy: ce­chy ro­dzi­ny, któ­re będę wy­mie­niał, je­dy­nie zwięk­sza­ją praw­do­po­do­bień­stwo uza­leż­nie­nia. Je­śli więc na­wet w ja­kiejś ro­dzi­nie wy­stę­pu­je wie­le sy­tu­acji, któ­re opi­szę, nie jest pew­ne, że dziec­ko zo­sta­nie nar­ko­ma­nem lub uza­leż­ni się od cze­goś in­ne­go. Jed­no­cze­śnie ich brak nie gwa­ran­tu­je bez­pie­czeń­stwa. Wszyst­kie te ce­chy moż­na spro­wa­dzić do zda­nia: uza­leż­nie­niu sprzy­ja ro­dzi­na dys­funk­cyj­na.

Z całą pew­no­ścią dys­funk­cyj­na jest roz­bi­ta ro­dzi­na. Na­rzu­ca się tu jed­nak kil­ka uwag. Pro­blem tkwi nie tyl­ko w tym, że je­den ro­dzic musi od­gry­wać role za­zwy­czaj dzie­lo­ne po­mię­dzy mat­kę i ojca. Czę­sto waż­niej­sza jest trau­ma, któ­rą prze­ży­wa dziec­ko, w mo­men­cie gdy ro­dzi­ce się roz­cho­dzą - dla­te­go nie za­wsze war­to wią­zać się ze wzglę­du na dziec­ko. To, co ono prze­ży­je pod­czas roz­wo­du, bar­dziej mu za­szko­dzi niż wy­cho­wa­nie przez sa­mot­ną mat­kę czy ojca. War­to też zdać so­bie spra­wę z tego, że le­piej wy­cho­wa dziec­ko je­den ro­dzic niż para, któ­ra cią­gle jest w kon­flik­cie czy w któ­rej je­den z ro­dzi­ców jest szko­dli­wy. Cza­sem roz­wód jest lep­szy tak­że dla dziec­ka.

Kil­ka­krot­nie wzra­sta praw­do­po­do­bień­stwo uza­leż­nie­nia, je­śli dziec­ko jest je­dy­na­kiem. Nie ma ono wie­lu oka­zji do prze­ćwi­cze­nia umie­jęt­no­ści spo­łecz­nych. Nie bu­du­je w domu wię­zi z ró­wie­śni­ka­mi, nie uczy się tam ko­mu­ni­ka­cji. Bar­dzo czę­sto ro­dzi­ce je­dy­na­ków są na­do­pie­kuń­czy. Moż­na jesz­cze wy­dłu­żać li­stę przy­czyn, przez któ­re je­dy­na­cy są bar­dziej po­dat­ni na uza­leż­nie­nie. Mnie wy­star­cza­ją sta­ty­sty­ki. Z po­rów­na­nia po­pu­la­cji je­dy­na­ków i dzie­ci z ro­dzin wie­lo­dziet­nych wy­ni­ka, że w pierw­szej z tych grup czę­sto­tli­wość po­pa­da­nia w uza­leż­nie­nie ro­śnie. Kil­ku­krot­nie zwięk­sza się ona tak­że w przy­pad­ku dzie­ci z ro­dzin, w któ­rych pali mi­ni­mum jed­no z ro­dzi­ców. Po czę­ści dla­te­go, że od opie­ku­nów uczą się pod­sta­wo­wych dla uza­leż­nie­nia me­cha­ni­zmów: ra­cjo­na­li­zo­wa­nia - palę, choć mi to szko­dzi, ale mam coś w za­mian (uspo­ka­jam się, spra­wia mi to przy­jem­ność, mam mniej­sze szan­se na raka okręż­ni­cy) oraz me­cha­ni­zmu za­prze­cze­nia - owszem, pa­le­nie szko­dzi, ale mnie nie, bo u nas w ro­dzi­nie dzia­dek pa­lił sześć­dzie­siąt lat i nic mu się nie sta­ło; ka­szel i trzy za­wa­ły były wy­ni­kiem prze­cią­gów. Poza tym w ta­kim wy­pad­ku do dzie­ci kie­ru­je się sprzecz­ne ko­mu­ni­ka­ty: wer­bal­ne - nie pal, pa­le­nie jest nie­zdro­we - oraz nie­wer­bal­ne - ja palę, a więc pa­le­nie nie może być złe. To tro­chę jak z psem, któ­re­mu po­zwa­la się na coś, żeby po chwi­li go za to uka­rać. Z cza­sem głu­pie­je i pies, i dziec­ko.

Dwa bie­gu­ny za­cho­wań szcze­gól­nie nie­bez­piecz­nych to z jed­nej stro­ny na­do­pie­kuń­czość i przy­zwa­la­nie oraz by­cie szcze­gól­nie au­to­ry­tar­nym - z dru­giej. Prze­su­nię­cie w któ­rą­kol­wiek stro­nę jest błę­dem. Ro­dzi­ce nad­mier­nie ka­rzą­cy mie­wa­ją kło­po­ty z na­wią­zy­wa­niem kon­tak­tów z dziec­kiem, przez co z cza­sem nie umie ono ko­mu­ni­ko­wać się z oto­cze­niem. Czę­sto ma tak­że pro­ble­my z sa­mo­oce­ną. Na szczę­ście rzad­ko koń­czy się to w taki spo­sób, że nie po­tra­fi przy­znać się ro­dzi­com, iż nie zda­ło do ko­lej­nej kla­sy, więc idzie na tory. Mimo wszyst­ko to tak­że jest moż­li­we.

Na­do­pie­kuń­czy ro­dzi­ce, tacy, któ­rzy naj­mniej­szą na­wet prze­szko­dę usu­ną spod nóg dziec­ka, po­wo­du­ją, że nie uczy się ono ra­dzić so­bie z trud­no­ścia­mi. Kie­dy wyj­dzie w nor­mal­ny świat, stres może oka­zać się zbyt ogrom­ny. Im póź­niej to na­stę­pu­je, tym jest mu trud­niej. Nad­mier­ne przy­zwa­la­nie spra­wia, że dziec­ko nie może okre­ślić gra­nic wła­snej wol­no­ści. Wbrew po­zo­rom bez­piecz­niej czu­ją się dzie­ci, któ­re do­kład­nie wie­dzą, co im wol­no.

Czę­ściej uza­leż­nia­ją się dzie­ci z ro­dzin, w któ­rych jest ktoś uza­leż­nio­ny - z re­gu­ły ro­dzic al­ko­ho­lik lub brat nar­ko­man. Co­raz czę­ściej zda­rza się, i ten trend bę­dzie się po­głę­biał, że dziec­ko uczy się ta­kich za­cho­wań od ro­dzi­ców czy krew­nych.