Wnarwiony
Gaudeamus. Immatrykulacja. Wreszcie się dostałem. Dadzą indeks w łapę.
Wielki dzień, który powinien zadecydować o reszcie życia - a ono dopiero
się rozkręca.
I rzeczywiście zadecyduje. Zaczynam go, stojąc na stacji kolejowej w Tłuszczu, gdzie wyrzuciła mnie podmiejska kolej elektryczna. Teraz
przesiadka na starą trakcję, jeszcze parowo-spalinową. Tu robię krok w przeszłość. Pakuję się oto do jednego z wagoników, nazywanych przeze
mnie musztardówkami. Miały bowiem poprzeczny przekrój jak dawne szklanki
musztardówki o ściankach łukowato zagiętych u dołu. Te wagony trochę
przypominały powozy. Ich ściany gięły się u dołu do środka, by dać
miejsce stopniom, ciągnącym się przez całą długość wagonu i pozwalającym
przemieszczać się w czasie jazdy. Dziś takie wagoniki znamy tylko z filmów, wtedy jeszcze snuły się po zapomnianych liniach.
W środkowym biegu Narwi.
Wnętrze wagonu nie ma już w sobie nic z powozu. Na długiej ławie pod
wąskim okienkiem śpi nieogolony gość w roboczych łachach. Chłoporobotnik
stacyjny wraca po służbie i paru łykach z musztardówki do domu w którejś
z wiosek? Dyskretnie wydobywam z torby enerdowski aparat Praktica PL
Nova I - dziś równie zabytkowy jak wagon - by na filmie Fotopan F
polskiej produkcji pstryknąć fotkę towarzyszowi podróży. Mały parowóz
kociołek, dziś już do obejrzenia tylko w skansenach kolejnictwa, ciągnie
mnie do stacji, nomen omen, Dalekie. I jest to dla mnie naprawdę
daleka wyprawa, choć dziś jazda samochodem ze stolicy zajęłaby niecałą
godzinę.
Narew poniżej Tykocina.
Opuszczam stację i zewsząd otaczają mnie jednolite bory sosnowe Puszczy
Białej. Narasta niepokój. Czy aby w tym wymarzonym dniu, gdy zaczynam
być studentem, spełni się też inne marzenie - o skarbie natury,
wyśnionym plenerze dla fotografa przyrody? Leśna linia oddziałowa
prowadzi prosto jak strzelił w pożądaną stronę. Chyba - bo dzień jest
szary, jesienny i mglisty, a to nie ułatwia orientacji w kierunkach
świata. Dwa dzięcioły czarne bawią się na pniu sosny w chowanego, co
rusz wyglądają jeden na drugiego zza pnia, to znów ganiają się po
ciemnej od wilgoci korze i wydają wibrujący trel. Idę żwawo, a w końcu
zniecierpliwiony zaczynam biec. Wreszcie daleko w głębi leśnej tryby
zaczyna migotać białe światełko, oznaczające koniec lasu i początek
otwartej przestrzeni.
Jeszcze ze dwa kilometry tego marszobiegu i oto przed nią staję.
Wysoczyzna pokryta lasem się urywa, strome zbocze spływa w dół ku pustej
zamglonej przestrzeni. Przez kołderkę mgły przeświecają ciągnące się po
horyzont łąki z pasmami rudziejących traw na brzegach rowów. Przez
środek pomyka jasna wstęga żwirówki. Patrzę i nie wierzę. Przecież na
mapie w opisie Puszczy Białej wyraźnie stało: "na północ rozległe
malownicze Pulwy - bagna"!
A może to nie tutaj? Pomyliłem drogę? Mgła, dzień bez słońca. Po głowie
kołaczą mi się zapamiętane nazwy wsi z otoczenia poszukiwanego
uroczyska: Rząśnik, Wincentowo, Wola Pulewna, Sieczychy... Ruszam po
miękkiej, mokrej powierzchni dawno skoszonej łąki. Jakaś wieś naprawdę
wyłania się z październikowej szarości wraz z majaczącą na łące postacią
chłopa. On mi powie, co to za wiocha.
- A musi to bedo Siecichy! - objaśnia, patrząc trochę podejrzliwie,
trochę ze zdziwieniem.
- A Bagno Pulwy to gdzie?
- Pulwy? To musi bedzie ta łąka! - wyrokuje - A pan to pewnie
nietutejszy?
- Z Warszawy. A tu jest gdzieś jakieś mokre miejsce, bagno?
- A nie, tu wszędzie tak. - Zatacza ręką koło, patrząc ze zdziwieniem na
gościa, który w ten szary, mokry poranek przyjechał tu z odległej
stolicy, żeby... zobaczyć bagno. Czyli coś, co szanujący się rolnik mógł
wtedy uważać tylko za haniebne świadectwo gospodarczego zacofania
swojego regionu.
Pulwy... Już sama nazwa była dla mnie zachęcająca. Te pulwy to pewnie
wystające z wody, wielkie jak głowy kępy turzycowe, tworzące rozległą,
po horyzont rozciągniętą szachownicę. Na mapie Mazowsza w tym miejscu
widniał obły detal o kształcie ludzkiego oka, gęsto zakreskowany na
niebiesko. Wydawał się jakimś klejnotem na tle siatki dróg, nazw wiosek,
błękitnych linii rzek. Był wyjątkowy. I od południa przylegał do masywu
puszczy. Oczyma opętanymi przez żądzę fotograficznego szaleństwa już
widziałem te zamaskowane w koronach drzew gniazda bielików, orlików,
gadożerów, sokołów wędrownych i jastrzębi, wyprawiających się na te
dzikie bagna po łatwo dostępne jadło. A tam widziałem brodzące i zakładające gniazda kuliki, brodźce, bekasy, a może i niebywale rzadkie
sowy błotne. Dalej kałuże pełne ptaków, płazów, gadów i wszystkiego, co
tylko skrzydlaty drapieżca może upolować. A tymczasem... nad łąkami
trzepotało jakieś stadko zbierających się do jesiennej wędrówki czajek -
i tyle.
Wracałem już nie na skrzydłach. Smętny i wnerwiony. Tym razem wędrówki
nie ożywiły ruchliwe i krzykliwe dzięcioły. Las też wydawał mi się
zwykły, drzewa wypielęgnowane, proste - jak w każdym borze rozsiadłym na
mazowieckich piaskach. W Dalekiem ukazał mi się tartak, przedtem jakoś
niezauważony. I tak jakoś wypadło, że pociąg, który nadjechał, był
prowadzony nie starym kociołkiem, ale zieloną spalinówką, ciągnącą
wagony w niczym nieprzypominające powozów - zwykłe podmiejskie trumny
czy stodoły, jak je nazywano, z uchylanymi oknami i korytarzykiem przez
środek, jak w tramwaju. Wróciła codzienność, a wszystko wokół jakby
chciało mi uświadomić, że uporczywie szukam czegoś, co już prawie
przeminęło.
Ale ten dzień i tak okazał się dniem zaprzysiężenia - choć nie takiego,
jakiego należało się spodziewać po dwudziestolatku, który dostał się na
uczelnię. Nie złożyłem uroczystego ślubowania. I rzeczywiście ze studiów
nic nie wyszło. Zamiast tego ślubowałem sobie, po trosze pod wpływem
rozczarowania mazowieckim mokradłem, że zacznie się dla mnie epoka
poszukiwania prawdziwych mokradeł, nieuregulowanych rzek, podmokłych
lasów i wszystkiego, co jeszcze dzikie.
To zaprowadziło mnie - i moich braci, towarzyszy tych wypraw i mrzonek -
w widły Narwi i Biebrzy, do krainy prawdziwych bagien, zalewisk oraz
rzecznych meandrów. Tam też po kilku latach poznałem inne Pulwy. To duży
obszar narwiańskich zalewisk naprzeciw miejscowości Wizna, które wiosną,
przeważnie przykryte wodą, rozbrzmiewają głosami wędrujących gęsi,
ptaków siewkowych, żurawi, kaczek i północnych łabędzi krzykliwych.
Podczas wiosennych zalewów tamtejsze Pulwy razem z wezbraną rzeką tworzą
jedno wielkie lustro wody. A gdy ta opadnie, wśród wynurzonych,
zasypanych kwieciem rzeżuchy, firletki czy kosaćca łąk co rusz wędrowcom
zastępują drogę wąskie, kręte jeziora - dawne koryta rzeki.
Gdy wpatrywałem się w moje mazowieckie Pulwy na mapie, wydawały mi się
czymś tak wyjątkowym, jedynym w swoim rodzaju i zagadkowym, że w ogóle
nie kojarzyłem ich z rzeką. Tymczasem bliższe spojrzenie na fizyczną
mapę regionu pokazuje, że to nic innego jak resztka dawnego zakola
Narwi, dziś oddalona o wiele kilometrów od samej rzeki. Ale z dawnych
przekazów wynika, że niegdyś zakole było odnogą rzeki i - z najbliższym
otoczeniem - trudnym do przebycia terenem bagiennym, stanowiącym
naturalną granicę między Mazowszem a Podlasiem. Jego osuszania podjęto
się jeszcze w XIX wieku, kiedy do tej żmudnej pracy sprowadzono
niemieckich osadników. Na starym cmentarzu w jednej z tutejszych wiosek
można znaleźć omszałe resztki mogił ówczesnych meliorantów.
Na to bagno Pulwy, które tak mnie rozczarowało, nie wyruszyłem nigdy
więcej. Wróciłem z tego miejsca wnerwiony. Tym bardziej wessały mnie
mokradła podlaskiego - bagiennego - odcinka Narwi, zwłaszcza unikatowe w skali Europy miejsca, gdzie styka się ona z dziką Biebrzą. Mogę rzec, że
właśnie wtedy stałem się wnarwiony.
***
Minęło pół wieku i oto okazało się, że Bagno Pulwy ma wśród
przyrodników, zwłaszcza mazowieckich, swoich wiernych fanów. Odkryli oni
bowiem, że nie jest ono wcale - jak sądziłem, patrząc na nie w smutny
dzień jesienny - przyrodniczą pustynią. Gniazdują tam na przykład,
anonsowane jeszcze przez dziewiętnastowiecznego ornitologa Władysława
Taczanowskiego, kuliki wielkie. Widuje się wilki, a na przelotach
stacjonują tam duże stada gęsi. Pulwy doczekały się opracowania pod
tytułem Awifauna lęgowa bagna Pulwy1, a wraz z powstaniem sieci
Natura 2000 zostały uznane za jedną z ostoi w kategorii SOO (specjalne
obszary ochrony siedlisk). A że dziś nie trzeba tam już jechać z przesiadką pociągiem ciągniętym przez parowóz, bo każdy turysta i przyrodnik ma samochód, wyprawa w to miejsce ze stolicy nie zajmuje
więcej niż godzinę, nie mówiąc już o podróży z Wyszkowa, Ostrołęki czy
Pułtuska. Dlatego ten dawny, zamarły, a potem jeszcze przekształcony
fragment Narwi jest często odwiedzany, a nawet popularny.
Tak jest dziś nad całą Narwią. Ta rzeka, choć na różne sposoby nękana i eksploatowana przez ludzi, ma zadziwiającą zdolność zachowywania
naturalnych walorów. Rzeka niepokorna, która tym, którzy próbują ją
okiełznać i całkiem dosłownie wpuścić w kanał, daje odczuć, że porywają
się z motyką na słońce, a za swoje akcje przyjdzie im słono zapłacić.
Właśnie dlatego wędrówka wzdłuż jej brzegów - to płaskich i podmokłych,
to urwistych, z szerokim widokiem - jest tak ekscytująca i pełna
niespodzianek. Można być wnerwionym, ale chyba częściej - urzeczonym.
Woda, pot i łzy
Czas na wodowanie. Miejsce na pokładzie, jedyne dostępne, zajmuje
kapitan i pasażer w jednej osobie, czyli mój brat Grzegorz Kłosowski,
obarczony ciężką armatą - obiektywem o ogniskowej 500 milimetrów. Ja
wystąpię w roli silnika, a może bardziej holownika ciągnącego nasz
wehikuł. Na razie obaj stoimy w płytkiej wodzie ze świadomością, że
także w dalszej części rejsu, z dala od brzegu, nie będzie ona wiele
głębsza. Chociaż krajobraz zdaje się mówić co innego: bezmiar wód
rozpościera się po horyzont, zamknięty prawie zewsząd ledwie widoczną,
błękitną wstążką dalekiej puszczy, a tylko od zachodu przęsłami na
moście kolejowym linii Czeremcha-Cisówka.
Ale wielka woda rozciąga się jeszcze dalej niż widoczny most, przed tamą
spiętrzającą wody Narwi. I naprawdę wielka dopiero się stanie - gdy
napełnianie zbiornika zostanie zakończone. Tutaj, przed tamą, dominuje
natomiast płycizna, miejscami pokryta pływającą roślinnością typową dla
otwartych wód. W te miejsca właśnie się udamy. Ja - ciągnący naszą
nadmuchaną łajbę za sznur, Grzesiek - usiłujący wiosłować. Przeważnie na
darmo, bo tu lepiej się odpychać nie od wody, ale od twardego dna.
Jezioro Siemianowskie. Tak dziś wypada nazywać zbiornik retencyjny
Siemianówka.
Para rodzicielska rybitw białowąsych - wzorem innych gatunków rybitw -
wspólnie opiekuje się potomstwem.
Wieś Bondary, położona w pobliżu tamy zbiornika, to zlepek dawnej
wiejskości, współczesnej nadwodnej rekreacji i śladów po wielkiej
budowie.
Celu eskapady nie sposób stracić z oczu ani z uszu. Białe skrzydła i połyskujące między nimi czerwone dzioby trzepoczą bowiem nad
powierzchnią wody, napełniając powietrze ostrym wrzaskiem. Spowalniamy
naszą i tak ślimaczą podróż w oczekiwaniu, aż ptaki się uspokoją,
zlustrują nas, intruzów, i zaczną ignorować. Wiemy, że to nastąpi.
Rybitwy nie są szczególnie płochliwe, w większości tkwią spokojnie w gniazdach, które pływają na liściach roślin wśród zielonego kożucha
rzęsy. Jedne siedzą jeszcze na jajach, ale większość w tych nawodnych
kolebkach ma już pisklęta. Skrzydlaci rodzice co rusz podlatują, pikują
ku gniazdom i wprost z powietrza podają młodym małe rybki czy owady
wodne. Wkrótce zamieniam się, na ile tylko mogę, w kotwicę, a braciszek,
celując z grubej optycznej rury, zgarnia fotograficzny plon. Teraz moje
zadanie polega na utrzymaniu gumowej krypy w bezruchu, bo lada powiew
przesuwa ją, dokąd chce, a optyczny myśliwy nie może ustawić ostrości na
żywych modelach, jakich mamy wokół.
Nasi modele - dodajmy od razu - to stworzenia wyjątkowo cenne, bo
należące do niebywale rzadkiego gatunku, do niedawna znanego z jednego
tylko miejsca w naszym kraju. Od pewnego czasu powiększają zasięg
występowania, który obejmuje coraz to nowe wody śródlądowe. Rybitwa jako
taka to żadna ornitologiczna sensacja; żyje ich nad naszymi wodami
wewnątrz lądu i nad morzem wiele gatunków, przeważnie bardzo do siebie
podobnych, także dość pospolitych. Ta, na której spotkanie właśnie się
wybraliśmy, też niewiele się od nich różni, więc równie atrakcyjne
zdjęcia moglibyśmy uzyskać, zasadziwszy się gdziekolwiek nad większą
rzeką czy stawem na pospolitą rybitwę rzeczną. Ale to jest przecież
rybitwa białowąsa! Nazwa zdaje się zapowiadać ptasią niezwykłość. Ptak z wąsami?
Bez przesady. Ta szarawa rybitwa ma poniżej czarnej czapki, po bokach
części twarzowej, jaśniejsze, łukowate plamy. To takie niby-wąsy.
Zresztą w trzcinach, rosnących tu i ówdzie wzdłuż brzegów, żyje ptak z prawdziwymi wąsami: wąsatka. Są one długie, czarne na jasnym tle,
zaostrzone, godne dawnego szlachcica. Ale i je natura tylko domalowała
tym małym ptaszkom, nie wiedzieć czemu tworząc dwa półksiężyce czarnego
pigmentu wśród morza jasnych piórek.
Wszystkie rybitwy to wodne strzały. Spadają z nieba i ostro pikują w wodę. Robią to zwłaszcza samce u progu pory lęgowej, bo chcąc oczarować
partnerkę, muszą się przed nią zjawić z rybką w dziobie i skłaniać, by
przyjęła ten prezent. Jeśli nie chce - trzeba szukać następnej. Ten dar
to odpowiednik naszego pierścionka zaręczynowego. I podobnie jak sam
pierścionek jest w istocie bezużyteczny, bo samica sama sobie nałowi
ryb, ile zechce. Ale to, podobnie jak pierścionek, dowód sprawności i zaradności przyszłego ojca.
Rybitwy tworzące parę wspólnie opiekują się potomstwem. Na trzech jajach
- bo tyle ich składają, jako że łódeczkowaty kształt ciała ptaka może
najlepiej okryć i ogrzać trójkę - siedzą zwykle na zmianę. Później na
wyścigi karmią młode, które wykluwają się okryte puchem - a nie gołe i wymagające dalszego wysiadywania jak u ptaków wróblowych - niemniej
przez pewien czas pozostają jeszcze w kolebce gniazdowej. To właśnie
najlepszy czas dla naszych aparatów, bo ptasi rodzice co chwilę zjawiają
się ze zdobyczą w dziobie, by karmić pisklęta. Przez cały dzień z chwiejącego się na wodzie pontonu celujemy do równie chwiejnych,
unoszących się na wodzie gniazd. Znaczny to trud dla łapiących ostrość
oczu i rąk trzymających ciężki długoogniskowy obiektyw.
No ale to przecież - powtórzmy - rybitwa białowąsa! W świecie
ornitologów rzadkość, a to zawsze największy atut odnotowanej obserwacji
lub zrobionego takiej skrzydlatej istocie zdjęcia. Jakby samo ptasie
życie schodziło na drugi plan. My musimy połączyć jedno z drugim: rzadki
gatunek wesprzeć atrakcyjnością i dynamiką zdjęć. Będziemy jedynymi, a przynajmniej jednymi z pierwszych w Polsce, którzy pokażą na zdjęciach
ten gatunek ptaka. Mamy wszak przełom lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych XX wieku. Zbiornik retencyjny koło Siemianówki w górnym odcinku Narwi dopiero powstał i właśnie jest napełniany wodą, a kolonia rybitw białowąsych na rozrastającym się zalewie stanowi zupełną
nowość. O tutejszych gniazdach powiedział nam - zapewniając tym samym
pierwszeństwo ich uwiecznienia - niestrudzony ornitolog faunista, a więc
człowiek zajmujący się badaniem, gdzie żyją jakie ptaki i ile ich jest,
niemający sobie pod tym względem równych Zenek Lewartowski, ptasi
rachmistrz i terenowiec.
Nie ma to jak dobry przewodnik. Ale najlepszego mieli chyba w tamtym
czasie uczniowie Technikum Leśnego w Białowieży. Nauczyciel botaniki
Arkadiusz Szymura nie poprzestawał na roślinach. W wiosenne weekendy
zbierał grupę chętnych i ruszał z nimi na podbój tamtejszych mokradeł.
Choć z Białowieży nie jest tam daleko, należało zorganizować całą
wyprawę. Uczniowie i ich przewodnik jechali lokalnym pociągiem z Hajnówki do Siemianówki. Tam przez całą noc czekali na kolejny pociąg do
Cisówki, by przedostać się nasypem i mostem na drugą stronę spiętrzanej
rzeki. Innej przeprawy nie było. Blady świt i stukot kół piętrowego
wagonu, którego już się dziś nie usłyszy, zmieszany z bulgotaniem
cietrzewi. Siedziały przy samym torze albo na pagórkach wystających z mokradeł i tokowały jak najęte - wspomina jeden z uczestników tych
wypraw.
Wysypywali się z jednowagonowego, choć piętrowego składu na stacji w Cisówce, zbudowanej niegdyś w tym przygranicznym zakątku w otoczeniu
lasów i torfowisk przez samych miejscowych gospodarzy. Młodzi wędrowcy
wyruszali stamtąd wszędzie, dokąd dało się dojść, a nie była to łatwa
wędrówka, bo gąbka torfowisk, nieco podsuszonych przez melioracje łąk,
zaczęła wtedy nasiąkać spiętrzaną w zbiorniku wodą. Potworzyły się
nieprzebyte bagniska. Szymura pokazał im pierwsze rybitwy białowąse. "Te
wycieczki z Arkiem Szymurą nauczyły mnie więcej niż późniejsze studia
leśne", wspomina pilny uczestnik eskapad, Jarosław Chyra, dziś wydawca i działacz Polskiego Towarzystwa Ochrony Ptaków. Jak wspomina, wkroczenie
w obszar odgrodzony z jednej strony rzeką, z drugiej granicą państwa, a z trzeciej zdążającym ku niej torem kolejowym dawało poczucie, że się
utknęło w jakiej dziczy bez wyjścia.
"A jeszcze parę lat wcześniej... pięknie tu było", wspomina z westchnieniem gospodyni z Bondar, wioski położonej niedaleko dzisiejszej
tamy spiętrzającej wody Narwi. "Rzeka wiła się wśród łąk pełnych
kwiecia. Myślicie, że nam się ta budowa zbiornika podobała?".
Uroki dawnej Narwi pamięta z pewnością pan Aleksander Kardasz,
pochodzący z Nowosadów, wsi położonej jakieś 3 kilometry na północ od
brzegów dzisiejszego zbiornika. Tu ukończył cztery klasy podstawówki, w sąsiednich Szymkach jeszcze dwie. Ale dla chłopaka życie w urokliwej,
lecz zapadłej wiosce nie było nęcącą perspektywą. Posłany do
Białegostoku ukończył technikum wodno-melioracyjne i zaczął pracę przy
konserwacji rowów w bagiennej Niecce Gródecko-Michałowskiej. Budowa
zbiornika otworzyła przed nim szanse awansu zawodowego. Wkrótce doszedł
do stanowiska kierownika nadzoru. On też mógł odpowiedzieć okolicznym
mieszkańcom na pytanie, po co zbiornik. Komu miał się przydać? I dlaczego tutaj, na przedpolach Puszczy Białowieskiej, w dziewiczym
przygranicznym zakątku?
Ano przede wszystkim dla wyrównania bilansu wodnego tej okolicy, która,
wedle ówczesnej wiedzy, doświadczała deficytu wody. Ale zbiornik ten
miał być przede wszystkim rezerwuarem wody pitnej dla odległego o około
50 kilometrów Białegostoku, niepołożonego, w przeciwieństwie do
większości dużych miast, nad rzeką z prawdziwego zdarzenia, a jedynie
nad wątłą Białą. Poza wszystkim inwestycja wpisywała się w gigantomanię
schyłku epoki gierkowskiej i jej skłonność do tworzenia postępu dużymi
skokami, bez oglądania się na skutki uboczne, a czasem też bez
należytego analizowania gospodarczej zasadności zamierzeń.
Plan miał oczywiście kilka potencjalnych wariantów i dziś pan Kardasz
uważa, że wybrano niewłaściwy. Jego zdaniem zaporę piętrzącą wodę
powinno się ulokować dalej na wschód, w naturalnym przewężeniu
narwiańskiego koryta. Zatamowanie spływu wody zawsze sprawia, że jej
poziom powyżej tamy podnosi się na znacznej długości, co tworzy tak
zwaną cofkę. Przy takim położeniu tamy owa cofka sięgnęłaby już poza
granicę kraju, na terytorium dzisiejszej Białorusi, a ówczesnej
Białoruskiej SSRR. Czyli prawie do początku biegu Narwi, niedaleko
miejsca innej szalonej inwestycji melioracyjnej, jakich wiele
zrealizowano na białoruskim Polesiu.
Sięgnijmy więc do źródeł tej dzikiej rzeki.
Narew bierze swój początek wśród bagien zachodniego Polesia,
przylegających od wschodu do białoruskiej części Puszczy Białowieskiej.
To tu znajdują się między innymi Bagno Dzikie i Dziki Nikor. Tylko to
pierwsze jest dziś dzikim bagnem. Drugie padło ofiarą gruntownego
osuszenia przy pomocy systemu głębokich rowów. Wpłynęło to na całą
Puszczę Białowieską - poziom wód gruntowych się obniżył, co przyczyniło
się do szybszego usychania świerków. Miało to także wpływ na obfitość
wody w rodzącej się rzece. Białoruscy przyrodnicy zabrali się za
odtworzenie Dzikiego Nikora przez ponowne nawodnienie. Zaczynająca tu
swój żywot Narew już u źródeł doświadcza tego, co czeka ją na całej
długości: rozdarcia między tym, co dzikie i naturalne, a tym, co
przekształcone. To znamię odciśnięte na całej rzece, zbyt dużej i ważnej, by ludzie zechcieli ją zostawić w spokoju - co udało się choćby
wpadającej do niej na Podlasiu Biebrzy.
Ale w czasie, gdy zbiornik Siemianówka, dziś zwany Jeziorem
Siemianowskim, dopiero miał powstać, nikt jeszcze nie myślał o odtwarzaniu bagien. Skoro zaś władze sowieckie chciały je osuszać, nie
widziały niczego korzystnego w narwiańskiej cofce, która niechybnie
nadciągnęłaby z okolic Siemianówki i podniosła poziom wód w bagiennym
gruncie na wschód od granicy. Na nic się zdały negocjacje strony
polskiej z sowiecką. Tamę, a tym samym cały zalew, trzeba było przesunąć
na zachód. A to oznaczało wyrok dla kilku wsi, których terytoria miały
się znaleźć pod wodą...
Jarosław Stocki, dziś nadleśniczy w Nadleśnictwie Browsk w Gruszkach na
terenie Puszczy Białowieskiej, pochodzący z nadnarwiańskiej Łuki,
przytacza jeszcze jedną okoliczność, która zdecydowała o takim wyborze.
Tama usytuowana we wschodniej, bagiennej i płaskiej części doliny, gdzie
brzegi są od siebie znacznie oddalone, musiałaby mieć ponad dwa
kilometry. A tymczasem dalej na zachód, pod Bondarami, było morenowe
przewężenie, rodzaj naturalnej bramy pozwalającej zbudować tamę o długości jedynie 800 metrów. Tam też robiono odwierty dla poznania
charakteru gruntu. Wedle obowiązujących procedur powinno się ich wykonać
kilka, by liczba próbek z podłoża była reprezentatywna i pozwalała
ocenić, czy grunt pod fundamenty budowli jest jednolity. Ale w niektórych miejscach wiertła trafiły na głazy, więc dalej nie wiercono,
pobrano za to podwójną liczbę próbek z zaledwie dwóch odwiertów, które
miały odpowiednią głębokość. Informacje o głazach, które nie pozwoliły
dalej wiercić, zatajono.
Jarosław Stocki pamięta tę historię, bo robotnicy wykonujący odwierty
zatrzymali się wtedy w jego rodzinnym domu, widział nawet słoje z pobranymi próbkami. Później się okazało, że źle zbadany grunt
doprowadził do częściowego zalania rozpoczętej budowy. Ten fakt
potwierdza, że przedsięwzięcie od początku stało na grząskim - nie tylko
z powodu bagiennego otoczenia - gruncie. Ale przecież w pobliżu budowy
stanęła i przez lata stała tablica z wielkim napisem: "Zbiornik Wodny
Siemianówka. Świadectwo okresu przyspieszonego rozwoju Białostocczyzny,
symbol realizacji zadań rozwoju gospodarki żywnościowej oraz programu
Partii i Państwa, VI 1977". Dopiero po upadku komuny dyskretnie
zamalowano dolną część napisu.
Stocki miał dziewięć lat, gdy jego ojciec, budujący właśnie nową oborę,
usłyszał: nie buduj, bo nie wiadomo, czy nie będziecie się musieli stąd
wynosić. Nie tylko mieszkańcy Łuki, ale też Bołtryk, Bud i paru innych
wiosek usłyszeli, że zostaną wysiedleni. Dość długo nie było jasne, jak
i kiedy - niektórzy przez parę lat żyli w niepewności. Dla rodziny
Stockich stało się to realne, gdy zawitali do nich robotnicy wykonujący
odwierty pod budowę jazu. Potem ruszyły prace ziemne i pejzaż dawnej
Narwi z jej przyległościami zaczął odbiegać od tego, co Jarosław znał z dzieciństwa, czyli obrazu rzeki niezbyt szerokiej i głębokiej, ale
niepokornej. Żyjącej własnym rytmem. "Bywało, że i trzy razy w roku
wylewała. Na wiosnę, na czerwcową świętojankę i jeszcze jesienią.
Dziadek mówił na przykład: "Nie będzie jeszcze zimy, bo rzeka nie
wylała!"", wspomina dziś. A zimy bywały ostre. Dziadek pana Jarosława -
rocznik 1889 - opowiadał, jak spławiano rzeką pnie sosen. Staczano je z pochyłości stoku na lód i czekano na roztopy. Wtedy wiązano je w tratwy,
które przez dwa tygodnie płynęły do Tykocina, a stamtąd - czasem już
drogą lądową - w świat. Spławianie zanikło dopiero w okresie
międzywojennym. Została po nim nazwa jednej z wsi: Binduga.
Aż stało się najgorsze. Mieli zabrać dobytek i się wynieść. Dokąd chcą.
Nie wszyscy chcieli. Wśród nich był wtedy Stocki senior - sołtys Łuki.
Skrzyknął grupę tych, którzy nie wyobrażali sobie opuszczenia ojcowizny.
I zostali - na dobre i złe. Jak wspomina Jarosław Stocki: "Nie było
łatwo. Płacono wprawdzie odszkodowania, a wynoszącym się gwarantowano
działki budowlane gdzieś na białostockich Zaściankach albo w niezbyt
dalekim Michałowie".
Owszem, w Michałowie i w rozciągniętych blisko powstającej tamy
Bondarach zbudowano osiedle bloków dla ludzi opuszczających wsie. Dla
niektórych, młodszych, był to nawet pewien awans. "No nie powiem, byli
tacy, co się cieszyli, że zamieszkają w lokalach z łazienką i CO. Ale... Z tych, co zostali na wsi, wielu do dziś żyje, no a ci, co poszli do
bloków przeważnie już nie...", zauważa Stocki.
Bo dla starszych, zakorzenionych w tej ziemi od pokoleń, był to dramat.
Nie przesadza się starych drzew. Samo patrzenie, jak rujnowane są ich
domy, jak woda zabiera uprawiane przez lata pola, było torturą. Jakie
panowały nastroje? W odpowiedzi Jarosław Stocki odczytuje i jednocześnie
tłumaczy z języka białoruskiego wiersz miejscowego poety, Teodora
Chlabicza:
Nad rzeką, na pagórku, rozciągnęła się Łuka
Póki co tam los gorzki
Ona tam stoi tylko do czasu
Tamte wioski żyją tylko do czasu
Nie wiadomo, czy to będzie pięć lat
Na Narwi zrobią zaporę
Będą wioski wysiedlać
Czego tutaj oczekiwać
Czekać dwa lata, może rok
Trzeba się rozjeżdżać (...)
Zatrzymają dużo czystej wody
Zrobią z rzeki jezioro
Popłyną tędy turyści
Ale nie będzie mojej Łuki
Od południa las sosnowy, a od północy rzeka
Tam stawiają nowe chaty
Będzie nowa Łuka
Tam będzie dużo nowych domów
Nie wiadomo ile póki co
A jak się Łuka rozrośnie
Zależy od bocianów
Zbiornik pełen łez, Czy słyszysz, jak płacze ziemia - takie i podobne
tytuły pojawiły się w mediach. Ten ostatni to tytuł nostalgicznego i zarazem dramatycznego filmu dokumentalnego Tamary
Sołoniewicz2.
Po latach łzy obeschły, ale niektórzy ze starszych gospodarzy nigdy nie
pogodzili się z losem. Dość szybko też się okazało, że zbiornik nie
spełnił pokładanych w nim nadziei. Nie stał się rezerwuarem wody
komunalnej dla Białegostoku, nie przyczynił się do poprawy bilansu
wodnego w rolnictwie, a w samej dolinie Narwi poniżej zbiornika wręcz
pogłębił jej deficyt. Uporczywe zatrzymywanie wody w zbiorniku niemal
zlikwidowało wiosenne zalewy, które przedtem zapewniały żyzność łąkom na
odcinku wielu kilometrów poniżej zapory. Wydajność zbiornika okazała się
zresztą zbyt mała, a twórcy inwestycji jakby zapomnieli o tym, że woda
paruje. Naturalne torfowiska w rejonie źródeł i w górnym biegu Narwi,
gdzie powstał zbiornik, zatrzymywały wodę i oddawały ją rzece stopniowo,
gdy zebrał się jej nadmiar. Zbiornik racjonuje ją wedle reguł ustalonych
przez zarządcę, którym dziś są Wody Polskie, a część zatrzymywanej wody
traci w wyniku parowania. W płytkiej wodzie pojawiły się zakwity sinic.
Nawet dużo poniżej zbiornika ludzie narzekają, że woda nie taka, że
błotnista, że ryb mniej.
Tym razem wypatrujemy nad wodami zbiornika nie ptaków, ale polujących o zmierzchu nietoperzy.
Pan Kardasz niechętnie mówi o minusach i zawiedzionych nadziejach
związanych z obiektem, który był także jego dziełem. Podkreśla, że ta
wielka woda ma walory rekreacyjne, przyciąga wędkarzy, wodniaków, a nawet plażowiczów. Białostocczyzna nie ma żadnego naturalnego jeziora, a w regionie płyną tylko górne, jeszcze wątłe biegi rzek. Między innymi z tego względu zbiornik przyjął dumną nazwę Jeziora Siemianowskiego. A jednak w pamięci pana Aleksandra musiał się wyraźnie zapisać obraz
przeszłości, dawnych wsi i okrutnego losu wysiedleńców, skoro na
emeryturze zaczął zbierać wszelkie pamiątki, fotografie i dokumenty,
które ocalały z potopu. Wydał nawet własnym sumptem niskonakładowy album
- chyba jedyne wyraźne świadectwo tego minionego świata3.
Jarosław Stocki też gromadzi różne ślady lokalnej historii: albumy,
opracowania, mapy. Jego rodzina była zmuszona wybudować nowe
gospodarstwo w innym miejscu, podobnie jak ci, którzy wraz z nimi
zostali nad rzeką. Tak powstała wieś Nowa Łuka. Gdy zaczęto napełniać
zbiornik, woda podeszła pod dawny dom Stockich, wokół zabudowań pływały
gęsi, a oni sami odpłynęli, by od podstaw wznieść nowy dom. Jak wspomina
pan Jarosław: "Było ciężko, bo przyszły lata dziewięćdziesiąte, zmiana
ustroju, wartości pieniądza. Całe odszkodowanie, jakie dostaliśmy,
straciło wartość. Ci, co się od razu wynieśli na nowe działki, zdążyli
jeszcze kupić materiały i pobudować się po dawnych, niskich cenach, ale
my...?".
Jezioro Siemianowskie to raj dla czapli. Nie tylko pospolitych czapli
siwych (z prawej), ale też obecnych od czterdziestu lat w Polsce czapli
białych, którym wody tego jaziora wyjątkowo służą.
Udało się im jednak wybudować dom i Jarosław gospodarował w nim z pomocą
rodziców i brata przez trzydzieści lat. Hodował krowy, co dopiero
ostatnio zarzucił. Ale że zawsze ciągnęło go do lasu, studiował
leśnictwo w Warszawie, a powróciwszy do Nowej Łuki, wiódł podwójne życie
zawodowe: pracował w gospodarstwie i w niedalekim nadleśnictwie Browsk z siedzibą w Gruszkach, na północnym skraju Puszczy Białowieskiej. W ten
sposób mocno zapuścił korzenie w krainie dzieciństwa. Stopniowo
awansował, aż objął stanowisko nadleśniczego. Wciąż jest więc u siebie.
Jak deklaruje: "Zbiornik jest mi obcy, to coś sztucznego, od czego mnie
odrzuca. Zwłaszcza że przypomina mi trud naszych przenosin i urządzania
się na nowo. Nawet na ryby wolę sobie pojechać do Słobódki, wprost nad
rzekę, choć do zalewu miałbym bliżej".
Dziś można powiedzieć, że straty spowodowane tą przemianą były dla
niektórych bolesne, a zyski dla całego regionu - wątpliwe, choć jezioro
nie jest martwą taflą. Reklamuje się je jako atrakcję, która faktycznie
przyciąga latem turystów, na których czekają coraz liczniejsze kwatery
agroturystyczne, obiekty sportowe, plaża i duży parking. Ludzkie życie
rozkwita, ale w standardowej, banalnej i hedonistycznej formie. I z właściwymi takiemu stanowi rzeczy przypadkami. Jarosław Stocki
przyznaje: "Za moich młodych lat w dawnej rzece kąpaliśmy się co dzień
po parę razy, ale żeby kto utonął? To byłoby wielkie wydarzenie. A dziś,
w zbiorniku? Topielec za topielcem...".
A co z ptakami? Obraz skrzydlatej fauny zmienił się podobnie jak obraz
ludzkiej społeczności. Jak zauważa profesor Przemysław Chylarecki,
ornitolog z Muzeum i Instytutu Zoologii PAN w Warszawie: "Dawna tutejsza
ptasia fauna, typowa dla torfowisk i dziś stanowiąca rzadkość w związku
z ich osuszaniem, została zastąpiona przez tę związaną z otwartą wodą, a więc dużo pospolitszą - kaczki, łabędzie, mewy - jako że otwartych wód w naszym kraju nie brak. Jednak w okresie ptasich wędrówek potrafią tu
stacjonować wielkie stada dzikich gęsi, żurawi i innych skrzydlatych
podróżników, za którymi podążają ptasiarze, licząc na wyłuskanie ze stad
jakichś rzadkości: bernikli, nurów i czego tam jeszcze"4.
Mieści się tu też strefa przejściowa pomiędzy zbiornikiem a położoną
powyżej niespiętrzoną rzeką. To obszar bagienny, który przyciągnął nas -
mnie i brata - z pontonem i teleobiektywami. Rybitwy białowąse, które
dawniej gniazdowały w Polsce tylko nad poleskim stawem Siemień - a więc
też akwenem po części sztucznym - znalazły tu nową siedzibę. Dziś ich
kolonia liczy wiosną kilkadziesiąt gniazd. Cóż, przyroda nie znosi
próżni i próbuje wykorzystać na swój sposób każdy zbudowany przez ludzi
obiekt. Najskuteczniej czynią to ruchliwe, bez trudu przemieszczające
się ptaki, gotowe podbijać nowe, dogodniejsze tereny. Rybitwy białowąse
rozprzestrzeniły się po kraju i dziś są już nad Biebrzą, na Mazurach i Pomorzu.
W pogodny wrześniowy wieczór przybywamy nad wschodni kraniec zbiornika w towarzystwie profesora Ireneusza Ruczyńskiego z Instytutu Biologii
Ssaków PAN w Białowieży. W przyrodzie panuje spokój, nie widać i nie
słychać ptaków. Przez żelazny most przetacza się pociąg towarowy
ciągnięty przez dwa hałaśliwe i dymiące spalonym mazutem gagariny.
Łoskot pociągu długo zakłóca wieczorną ciszę, aż wreszcie wszystko
milknie. Linia kolejowa przebiegała tędy od dawna - kończyła swoją
polską część w Cisówce - ale mostu dawniej nie było. Wątła w tym miejscu
Narew grzecznie przesączała swoje wody przepustami pod nitką torów.
Istoty, które chcemy dziś obserwować, możemy namierzyć tylko za
pośrednictwem urządzenia przetwarzającego ultradźwięki na odgłosy
słyszalne dla ludzkiego ucha. Trudno będzie te istoty wypatrzyć nawet
przez instrumenty optyczne. To wszak nietoperze, niekiedy filigranowych
odmian, jak karlik, mopek, nocek, borowiaczek... Większość z nich żyje i rozmnaża się w górnym piętrze Puszczy Białowieskiej, w dziuplach
najwyższych drzew, i wydaje się nie mieć nic wspólnego z wodą. W ciepłe
wieczory nad taflą unoszą się jednak roje owadów, a te maleńkie latające
ssaki przybywają tłumnie nad Siemianówkę. Bez trudu pokonują kilkanaście
kilometrów z puszcz Białowieskiej, Ladzkiej czy rozciągniętej na północy
Knyszyńskiej. Nie brakuje więc takich, którzy nad tą wielką, dawniej
nieobecną wodą znajdą coś dla siebie.
Zbiornik zmienił oblicze Narwi na długości dziesiątek kilometrów. Można
to poznać dopiero, gdy się wędruje w dół rzeki, w kolejnych uroczyskach,
osadach, a nawet miastach. Zmienił Narew nie zawsze na korzyść i nie
zawsze zgodnie z wolą jego budowniczych. Jest czymś w rodzaju opaski
uciskowej nałożonej rzece już w początkach jej biegu. Choć - trzeba
przyznać - nie tylko on wpłynął na oblicze królowej podlaskich rzek. W przeciwnym kierunku, w górę Narwi, od lat siedemdziesiątych postępowała
gangrena melioracji: prostowanie, pogłębianie nurtu, osuszanie rowami
przyległych mokradeł. Ale już tu, w tafli zalewu, jak w lustrze odbija
się twarz całej rzeki - od źródeł do ujścia. Z jej zarysami, bruzdami i bliznami, ze śladami ciosów, które jej zadaliśmy.
Przeplatają się tu gospodarka i dzikość, uwidoczniają wszelkie zmiany,
jakich doświadczają polskie niziny i ich wody, dawne formy rolnictwa
kontrastują z nowymi, a ludzkie dramaty z powodzeniem i postępem. To
rzeka znękana, miejscami ujarzmiona, uwięziona w sztucznym korycie
skazanym na erozję denną. Ale mimo wszystko wciąż naturalna i wolna.
Jaka tam pustelnia
Śnieg, wsparty solidnym mrozem, pokrył drzewa, nadnarwiańskie łęgi i dachy. Pobielił i wtopił w otoczenie monastyr w Odrynkach, zamaskował
bielą jego cepeliowską świeżość, a przez to upodobnił do wielu
okolicznych cerkwi niosących powiew przeszłości. Właściwie tego
zamglonego zimowego dnia widać było tylko pozłacane wieżyczki.
Dziewiętnasty stycznia to prawosławne święto Objawienia Pańskiego, zwane
też Jordanem lub Świętem Wody. Także tej przepływającej wśród trzcin tuż
obok bramy świątyni. Tuż za bramą, nad samą rzeką, ustawiono ołtarz, a poniżej schodków prowadzących z brzegu nad wodę szarzał wycięty w lodzie
krzyż. Co rusz braciszkowie, spowici kłębami pary, biegali po
skrzypiącym śniegu z naczyniami ciepłej wody - miała ona być przedmiotem
obrzędu, a na koniec darem dla przybyłych wiernych. Później będzie tu
parowała także zupa, bo zgodnie z wolą założyciela klasztoru, ojca
Gabriela, nikt nie ma prawa wyjść głodny.
Do prawosławnego skitu w Odrynkach można dojść na piechotę kładką (z prawej) albo dojechać drogą, zaczynającą się we wsi przy... studni,
opatrzonej ostrzegawczym znakiem odblaskowym.
Pomimo mroźnego wietrzyku przybyło sporo chętnych do udziału w obrzędach. Parking połyskiwał mnóstwem samochodów. Nie wiadomo, czy
należały do wiernych, czy do gapiów, dziennikarzy i fotoreporterów. Ci
ostatni zajęli już najlepsze miejsca wokół przerębla uformowanego w kształt krzyża. Sam też czym prędzej zająłem pozycję - jak się potem
okazało, całkiem dogodną. Urozmaiceniem uroczystości miały być kąpiele
morsów. Wszystko jednak zepsuła Siemianówka - znów ta Siemianówka! -
spuściwszy dzień wcześniej falę wody ze zbiornika. Zalała ona gruby lód
na rzece, po czym z wierzchu zamarzła i stworzyła drugą taflę,
oddzieloną teraz od tej dolnej warstwą wody. Przebicie się przez dwie
tafle okazało się ponad możliwości organizatorów wydarzenia, a krzyż
wycięto tylko w zewnętrznej warstwie.
Obchody styczniowego święta wody w 2020 roku.
Za rozłożoną na pozłacanym stojaku świętą księgą przez kłęby pary
przeświecała srebrzysta sylwetka terenowej toyoty. Tu zresztą na każdym
kroku stare przeplata się z nowym, a sacrum z profanum. Rozpoczęły się
obrzędy, których punktem kulminacyjnym miało być zamaczanie przez
kapłana niewielkiego krzyża w większym krzyżu, czyli przeręblu. Wycięty
fragment grubej tafli stał obok przymarznięty do lodowej pokrywy rzeki.
Później wierni cisnęli się do dwóch dużych garów, skąd do plastikowych
butelek po napojach, słoików czy menażek zakonnicy nalewali poświęconą
wodę. Przypisuje się jej cudowne własności. Ba, podobno reaguje na
modlitwę i muzykę, a pod ich wpływem ma zmieniać swoją strukturę
fizyczną. Tak twierdzi badaczka z Uniwersytetu Woroneskiego, Irina
Kosinowa, według której spokojna muzyka klasyczna - zapewne też
cerkiewna - ożywia wodę, a hałaśliwa i zawierająca obraźliwe słowa czyni
ją mętną i martwą. Swoim studentom zaleca wręcz, by takiej muzyki nie
słuchali, a więc rock, pop czy hip-hop raczej odpadają. Psując w ten
sposób wodę, psulibyśmy samych siebie. Bo - jak przypomina Kosinowa -
jesteśmy przecież "workami wody"5. Przynajmniej z tym ostatnim
stwierdzeniem, biorąc pod uwagę duży udział wody w składzie chemicznym
ciała, trudno się nie zgodzić...
Święto Wody - to prastara prawosławna tradycja. Tradycja stara, ale
tutejsza cerkiew - nowa. To chyba najświeższej daty prawosławny obiekt
sakralny w Polsce. I zarazem jedyny w naszych granicach prawosławny
skit, czyli pustelnia. Utworzył ją tu, na wzniesieniu otoczonym niczym
fosą zakolem Narwi, archimandryta Gabriel. Przyszedł z klasztoru w Supraślu, bo ponoć typowe życie klasztorne było już dlań zbyt komfortowe
i chciał zaznać prawdziwej samotności w warunkach ascezy. Najpierw stał
tu skromny budyneczek, właściwie barak odcięty od świata przez wiosenne
rozlewiska i zimowe kry. Warunki dla pustelnika - wypada przyznać -
idealne. Gabriel odprawiał czasem nabożeństwa, czym podobno naraził się
ojczulkom z cerkwi w niedalekiej Narwi, bo część wiernych wolała
uczęszczać do Gabriela niż do nich. Okazuje się, że służba niebiosom nie
jest wolna od typowo ziemskiej konkurencji.
Gdy po dziewięciu latach spartańskiego życia Gabrielowi się zmarło,
samotnia przez pewien czas stała pusta, ale wkrótce przybyło do niej
trzech mnichów ze znanego klasztoru w Jabłecznej. Jeden z nich już w poprzednim miejscu pobytu zajmował się fotografowaniem na szklanych
płytach przy pomocy wielkiego starego aparatu zaopatrzonego w miech
poruszający obiektyw. Postanowiłem, że go kiedyś odwiedzę i przypatrzę
się tej niezwykłej robocie. W filmie Romana Wasiluka, w którym pokazano
życie mnichów w Jabłecznej, widać, jak mnich prezentuje swoją pracę
odwiedzającej klasztor dzieciarni. Mnie jednak wcale nie było łatwo
zorganizować takie spotkanie.
Przez lata skit się rozbudował - powstała niewielka, starannie
wykończona cerkiew i szereg pomniejszych budynków. Ze wsi Odrynki
można tu dojść długą kładką wiodącą przez zalewiska i moczary. Sporo
ludzi ochoczo z niej korzysta, choć niekoniecznie są to wierni.
Z lotu ptaka obiekt wygląda jak ozdobny guzik przyszyty do zielonego
krajobrazu pradoliny Narwi i zapięty na pętelkę zakola rzeki. Nie każdy
może go zobaczyć, bo na filmowanie z drona trzeba mieć zgodę
archimandryty. Klasztor wydaje się czymś obcym i tak też go widzą
przyrodnicy, ptasiarze, miłośnicy kresowych moczarów i inni romantycy.
Gdyby klasztor był wiekowy, dach pokryty patyną, na strychu zagnieździła
się kolonia rzadkich gatunków nietoperzy, a na sąsiednich drzewach
założyłyby kolonię czaple lub chociaż bociany - to co innego. Fani
dzikiej przyrody wolą to, co stare, wrośnięte w zielone otoczenie, bo to
kojarzy im się z oddalającymi się czasami, gdy twory przyrody dominowały
nad tworami człowieka. Zresztą monastyr powstał na terenie chronionym -
to obszar objęty programem Natura 2000, gdzie nie powinno się wznosić
budowli tego typu.
Czy aby prawosławni założyciele uzyskali niezbędne zezwolenia na budowę?
Czy nie jest to kolejna budowlana samowolka, na którą lokalne władze
przymknęły oko ze względu na radość mieszkańców wynikającą z bliskości
świętego miejsca?
Miejsce zostało wybrane przez braci prawosławnych wcale nie przypadkowo.
Stała za nim tradycja. To tu wedle dawnych podań książę Wiśniowiecki
znalazł cudowną ikonę. W VII wieku przez kilkadziesiąt lat działał tu
klasztor Wniebowstąpienia Pańskiego. Gabriel był archimandrytą klasztoru
w Supraślu. Władza kościelna chciała go uczynić biskupem gorlickim, ale
nie przyjął awansu, gdyż nie chciał się rozstawać z Podlasiem. Został
zdegradowany, a wtedy postanowił na dobre zakorzenić się w podlaskiej
ziemi. Rozpoczął budowę skitu. Uzyskał aprobatę przełożonych i od 2009
roku mieszkał jak prawdziwy pustelnik - w baraku, hodując pszczoły,
uprawiając zioła i zawiadując budową cerkwi oraz jej przyległości, co
czynił z dużą pomocą wiernych. Powstały także budynki dla przyszłych
zakonników, ale Gabriel nie zajął żadnego z nich. W swym baraku mieszkał
aż do śmierci.
Pustkowie ma jednak swoje mankamenty i nawet dobry Bóg nie zawsze jest w stanie przeciwstawić się złu. Skit raz już częściowo spłonął, został też
zdewastowany przez wrogich fanatyków. Pożar też nie powstał zapewne w wyniku "zwarcia w instalacji elektrycznej", bo używany tu prąd pochodzi
z agregatu.
Kto nie zamierza pielgrzymować kładką, może dojechać do monastyru
żwirową drogą wśród łąk. Skit jest stale udostępniany zwiedzającym,
wielka tablica przed bramą informuje, w jakich godzinach można wejść do
środka, co wolno, a czego nie. Fotografować i filmować można za zgodą
przewodnika, nie wolno latać dronami ani wprowadzać psów, a kobiety
powinny zasłonić nogi, dekolt i ramiona.
Tamtego dnia ruszyłem nią na przełomie lata i jesieni. Droga kluczyła
wśród wierzbowych zarośli. Liście, rozczesywane przez wiatr, lśniły jak
zielonkawe blaszki. Z każdym metrem było coraz bardziej dziko, odludnie,
pusto. Dla mnie, przyrodnika, to najbliższe duszy i ciału środowisko.
Chyba podobnie się czują mieszkańcy skitu, którego wieżyczki ledwo
wystają ponad żółknącą burzę listowia.
U bram świątyni przywitała mnie koparka, a nieopodal, spod wiaty
przeznaczonej zapewne dla turystów, leciały w eter nie religijne pieśni,
ale soczyste zdania w polsko-łacińskiej mowie, które świętą wodę
musiałyby uczynić mętną. To robotnicy budujący w pobliżu przystań dla
łodzi ucinali sobie pogawędkę. Za bramą już cisza. Kawałek dalej brodaty
mnich skrzętnie zgarniał pierwsze liście, które spadły z drzew. Rzuciłem
"szczęść Boże" i spytałem o mnicha fotografa. Napotkany, wpatrując się w ziemię, oświadczył cichym głosem, że tamten jest zajęty. Lekko
pochylony, nawet zgarbiony, robił wrażenie kogoś, kto próbuje się
zamknąć przed światem w jakiejś niewidzialnej zbroi. Po chwili dodał:
- Poszukamy go, ale jak na niego trafimy, to nie będę mógł go odrywać od
zajęć.
Sam oderwał się jednak od swoich i poprowadził mnie wzdłuż szeregu
blaszanych baraków, przypominających garaże na podmiejskim blokowisku.
Wszystkie były pomalowane na zielono, jak większość tutejszych budynków
i budyneczków. Dominowały ciemna zieleń, brąz i złoto.
- A te baraki? - spytałem.
- To szopy na różne narzędzia - poinformował mój przewodnik.
Sporo ich. Mnisi żyją wszak według reguły: modlitwa i praca, praca i modlitwa.
Rezultaty było widać, bo parkowe otoczenie wyglądało na idealnie
zadbane, czyste, krzaki były przycięte, a trawa wykoszona. Jakże różniło
się ono od typowych podlaskich podwórek, na których toczy się
gospodarskie życie. Zakonnik dzwonił pękiem kluczy, otwierając wejście
do cerkiewki.
Przed nami otworzyło się przytulne wnętrze wypełnione ikonami, obrazami
i sprzętami właściwymi liturgii. Półmrok rozjaśniały złocenia, przez
okna wpadało nieco słonecznego blasku. Nie zastaliśmy niestety
poszukiwanego mnicha fotografa. Mój przewodnik na chwilę przysiadł.
Przez jego duchową zbroję zaczynała przebijać uczynność. Objaśnia, co
widzimy.
- No a jak się żyje w pustelni, w ascezie? - spytałem.
- Przyzwyczaiłem się - zapewnił. - Osiemnaście lat w Jabłecznej zrobiło
swoje!
Na beznamiętnej twarzy mnicha pojawił się ślad uśmiechu. A może mi się
tylko wydawało?
Dowiedziałem się, że zamieszkujący skit ojczulkowie są też
przyzwyczajeni do kaprysów rzeki. Czasem odcina ich od świata woda,
czasem kra lub rzadki już dziś kopny śnieg, ale zawsze trafi tu ktoś z pomocą. Wiernych coraz więcej, chociaż - jak przyznał mój rozmówca - na
mszach zbiera się zwykle nie więcej niż dwadzieścia, trzydzieści osób.
Obok cerkwi stoi budyneczek stanowiący - jak usłyszałem - letnią
świątynię, ale jak dotąd czynną tylko 14 i 15 września, w dzień
tutejszych patronów, świętych Teodozjusza i Antoniego Pieczerskich.
Mój informator początkowo nie chciał się przedstawić, dopiero po
dłuższej chwili, jakby ze skrępowaniem, wymówił swoje klasztorne imię:
Antoni.
- Nie chcę żadnego rozgłosu! - przyznał cicho, ale z mocą, jakby znów
chowając się w swojej zbroi.
Nawet nie proponowałem zdjęć.
Ale jak to jest żyć w pustelni? I czy naprawdę jest ona możliwa w XXI
wieku, nawet wśród bezkresu zarastających mokradeł? Czy nie ma się
ochoty wyjść do ludzi?
- Nie potrzebujemy wychodzić w świat. To świat do nas przychodzi -
zapewnił ojciec Antoni. - Coraz liczniej. Bo jesteśmy otwarci!
Pamiętałem święto Jordanu sprzed dwóch lat. Tęgo zresztą zmarzłem
podczas wysłuchiwania modłów.
- Więcej tu było fotopstryków niż wiernych - mówił Antoni. - Ale tak to
już teraz jest. Więc przestaliśmy urządzać obchody tego święta. Niech w innych cerkwiach obchodzą. Tutaj zakłóca to spokój.
To jednak nie znaczyło, że mnisi chcą się odciąć od ludzi. Przeciwnie -
każdy gość będzie witany przyjaźnie i z chęcią, zapewnił zakonnik,
prowadząc mnie pomiędzy budynkami otoczonymi parkiem. Nie spotkaliśmy
fotografa.
- Są tu w pobliżu cerkwie - ciągnął ojciec Antoni - bardzo znane.
Puchły, Trześcianka, Soce... To się nazywa Kraina Otwartych Okiennic. I co? Te cerkwie poza świętami są zamknięte. My pozostaniemy otwarci.
Dlatego chętnie wróciłem tam późną jesienią. Ojciec Antoni znów zgarniał
opadłe liście, ale tym razem na moje spotkanie wyszedł sam ihumen
Sofroniusz.
- Kto z nas tu zajmuje się fotografią? - spytał, patrząc na mnie, jakbym
urwał się z jednego z rosnących obok świerków. - Wszyscy się zajmujemy!
O, proszę - rzekł i otworzył galerię w telefonie komórkowym.
Gdy zapytałem o dawną technikę, na jego twarzy pojawił się lekko
ironiczny uśmiech. No a przecież...
Ojciec Sofroniusz na zdjęciach dokumentuje przede wszystkim życie
mnichów. To codzienne, przy zwykłej pracy, ale i to świąteczne, przy
posłudze w cerkwi. Aparatów ma mnóstwo - i to nie byle jakich: tu piękne
drewniane camery obscury do fotografii otworkowej, które sam wykonał, tu
aparaty wielkoformatowe, tu małoobrazkowe, średnioobrazkowe, a tu
jeszcze udało mu się kupić okazyjnie piękny zabytkowy aparat do
fotografii ambrotypowej6.
- czytałem w reportażu Agaty Sawczenko. Ambrotypia to jedna z dawnych
technik fotograficznych, polegająca na naświetlaniu szklanych płyt i pozwalająca uzyskać pojedynczy, unikatowy obraz bez możliwości robienia
zeń odbitek. Wykonywanie ambrotypii to benedyktyńska robota, więc jakby
stworzona dla mnicha w klasztorze. Zresztą w cytowanej wyżej relacji
Sofroniusz wyznaje, że robił to "Z potrzeby serca (...). Bo człowiek musi
się rozwijać. A żeby się rozwijać, to musi czasem pójść do tyłu. Teraz
jest cyfra, Photoshop i koniec. A ja wciąż się cofam i wciąż mam tyle do
poznania, jeśli chodzi o stare techniki fotografii"7. To on
zajmował się tajemniczą, dziś muzealną techniką fotografii - choć w dalszej części reportażu czytamy, że dawno już jej nie praktykował.
Mnie jednak pokazywał tylko zdjęcia cyfrowe. Może o tamtych chciał już
zapomnieć, więc nie przyznawał mi się do nich? Migały mi przed oczyma
barwne i - trzeba przyznać - staranne pod względem technicznym i kompozycyjnym obrazki. Może nadal chciał się rozwijać, ale już nie
zamierzał się cofać? Na zdjęciach jego towarzysze z klasztoru w scenerii
skansenu w Białowieży. Właśnie wrócili z wypadu do Puszczy
Białowieskiej, podczas którego zrobił te zdjęcia. Jak to? Pustelnicy
jeżdżą na wycieczki krajoznawcze?
Wierni zaopatrują się w poświęconą wodę, której przypisuje się niezwykłe
właściwości.
- Pustelnia? Jaka to tu pustelnia... - zauważył z wyraźnym rozbawieniem
Sofroniusz. - To jest dziś zwyczajny monastyr prawosławny jak inne.
Pustelnia to tu była za czasów ojca Gabriela.
Mój klasztorny rozmówca rzeczywiście nie miał w sobie nic z pustelnika.
Zdrowa cera, krągła twarz, z lekka drwiący uśmiech nieznikający z wyrazu
oczu i kącików ust. Tylko siwiejący zarost upodabniał go do towarzyszy z tej pustelni-nie pustelni.
- My tu wszyscy jesteśmy do siebie podobni - stwierdził.
Nie powiedziałbym... Od pozostałych braciszków, w większości długobrodych,
biły jednak jakaś melancholia, jakieś wyciszenie. Ich szef ihumen
wyglądał zaś na osobę nie z niebios, a z życia wziętą. Wyluzowany,
wesoły, nigdy nie wiadomo, czy kpi, czy o drogę pyta. Postanowiłem już
nie poruszać kwestii zabytkowych ambrotypii i spytałem, jak mu się żyje
w klasztorze.
- Bardzo dobrze - odpowiedział bez wahania. - Bo na co dzień ludzi nie
ma, można mieć własny pokój, swobodę, miejsce na książki, zdjęcia.
Skoro dawna fotografia poszła do szuflady, to może jej miejsce zajęła
jakaś inna? Może przyrodnicza? Przecież tyle naturalnych miejsc naokoło.
- Nie, przyroda nas nie interesuje - podkreślił z mocą ihumen. - No tak,
zwierzęta tu się widzi. Przychodzą żubry, łosie, jelenie, dzikie ptaki...
Kuropatwy to nawet biegały nam po placu - dodał niedbale.
Ale pasję, owszem, ma. To samochody terenowe. Lubi jeździć, umie też
przy nich co nieco zrobić. Warsztaty zaaranżowali w zielonych boksach.
Na podjeździe stały trzy samochody: terenowy i dwie osobówki.
- Każdy mnich ma swój pojazd? - dopytywałem.
- Nie, jaki swój? Wszystkie są klasztorne! - wyjaśnił z lekkim wyrzutem
w głosie.
Ten terenowy na trudne warunki, gdy po roztopach drogi są błotniste i pełne kałuż, a zdarzy się, że i śnieg je zawali.
- My tu przecież nie jesteśmy samowystarczalni - tłumaczył Sofroniusz. -
Nawet nasz ogród niewiele przynosi. Ziemia słaba, nawieziona, żeby
budynki na podmokłym terenie stanęły. Nie wyżywi nas, trzeba jeździć
choćby do sklepu.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki