Narcyz - Izabela M. Krasińska

Kup ebooka

46.90 zł
38.93 zł (39,87 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZ­DZIAŁ 1

2001 rok

- Tośka, długo jesz­cze? - sły­szę po­iry­to­wany głos star­szej sio­stry.

Prze­wra­cam oczami i kil­koma kę­sami roz­pra­wiam się z resztą ka­napki. Jest szó­sta rano, trwają wa­ka­cje, a mimo to mu­sia­łam wcze­śnie wstać. Po­wód jest ten sam co za­wsze: praca w polu. Dziś czeka nas zbie­ra­nie siana, czego szcze­rze nie cier­pię. Od ma­cha­nia gra­biami za­wsze bolą mnie plecy i ra­miona, ale moje star­sze ro­dzeń­stwo ma jesz­cze go­rzej. Im przy­pa­dło w udziale wrzu­ca­nie go na przy­czepę cią­gnika. Wszy­scy mu­simy się spie­szyć, bo po po­łu­dniu za­po­wia­dają bu­rzę. Je­śli siano zmok­nie, oj­ciec nas za­bije. Nie ob­cho­dzi go, że mamy wolne od szkoły, że wa­ka­cje to rze­komo czas od­po­czynku oraz za­bawy. Od rana do wie­czora ga­nia nas do ja­kichś za­jęć, przez co wszy­scy cho­dzimy źli i smutni. Ro­dzice zu­peł­nie nie dbają o to, że mam do­piero dwa­na­ście lat. Wpraw­dzie dają mi lżej­sze prace do wy­ko­na­nia, co nie zmie­nia faktu, że spę­dzam w polu lub przy ob­rzą­dza­niu zwie­rząt go­spo­dar­skich pra­wie cały dzień. Z za­zdro­ścią spo­glą­dam na młod­sze ro­dzeń­stwo, które jest zbyt małe, by po­ma­gać tak jak ja, star­sza sio­stra oraz brat. W su­mie jest nas pię­cioro, trzy córki i dwóch sy­nów. Ja­rek, naj­star­szy z nas, ma osiem­na­ście lat, Zu­zia szes­na­ście. To­mek, mój młod­szy brat, ma sie­dem, a Ka­sia pięć lat. Go­spo­dar­stwo ro­dzi­ców jest cał­kiem duże, przez co wciąż bra­kuje rąk do pracy, tata jed­nak cią­gle wzbra­nia się przed zmo­der­ni­zo­wa­niem sprzętu rol­ni­czego. Mimo że wszy­scy na­ma­wiają go do za­kupu kom­bajnu albo prasy kost­ku­ją­cej do siana, ten ka­te­go­rycz­nie od­ma­wia i po­wta­rza, że do­póki wciąż ma siłę, po­ra­dzi so­bie bez tych wszyst­kich "ta­ła­łajstw". Nie­stety nie przy­szło mu do głowy, że znacz­nie uła­twiłby i przy­spie­szył pracę za­równo so­bie, jak i nam. Jak za­wsze upiera się przy swo­ich ra­cjach, które są, de­li­kat­nie mó­wiąc, mocno prze­sta­rzałe.

- Tośka, chodź, bo oj­ciec już się wku­rzył! - Zu­zia za­gląda do kuchni i pa­trzy na mnie z dez­apro­batą. Tak jak ja nie cierpi pracy przy sia­nie, ale żadna z nas nie od­wa­ży­łaby się sprze­ci­wić ta­cie. Jest bar­dzo srogi i po­ryw­czy, o czym nie­raz się bo­le­śnie prze­ko­na­ły­śmy. Nosi czarne, gę­ste wąsy, co na­daje mu jesz­cze groź­niej­szy wy­gląd, ni­gdy się z nami nie bawi ani nie oka­zuje nam czu­ło­ści. Za­zwy­czaj wraca do domu do­piero wie­czo­rem, gdy ob­rzą­dzi już in­wen­tarz i za­bez­pie­czy staj­nię oraz obory. Mama po­daje mu ko­la­cję, roz­ma­wiają, po czym tata się myje, ogląda te­le­wi­zję i kła­dzie spać. Od mo­mentu, gdy po­ja­wia się w domu, wszy­scy milk­niemy, by go nie zde­ner­wo­wać zbyt gło­śną za­bawą czy śmie­chem.

Miesz­kamy w ośmioro w nie­wy­koń­czo­nym domu jed­no­ro­dzin­nym. Na dole mamy trzy po­koje, ła­zienkę, to­a­letę, kuch­nię oraz ko­tłow­nię, pię­tro na­to­miast od lat stoi pu­ste. Kiedy tata ma do­bry hu­mor, a zda­rza się to bar­dzo rzadko, obie­cuje, że każ­demu z nas wy­re­mon­tuje wła­sny po­kój. Cza­sem zmie­nia zda­nie i wtedy się oka­zuje, że całe pię­tro ma na­le­żeć do Jarka albo do Zuzi, w za­leż­no­ści, które pierw­sze weź­mie ślub. Na ra­zie gnieź­dzimy się na dole, ro­dzice z Ka­sią w jed­nym, chło­paki w dru­gim, a ja z bab­cią i Zuźką w trze­cim po­koju. Bab­cia to mama taty. Jest tak samo oschła jak on, dla­tego nie spę­dzam z nią zbyt wiele czasu. Zaj­muje się Tom­kiem i Ka­sią, kiedy my wszy­scy idziemy w pole, cza­sem go­tuje i sprząta, głów­nie jed­nak na­rzeka, że nie jest ni­czyją niańką ani ku­charką. Nie wiem, dla­czego za­wsze mówi to w obec­no­ści mamy, a nie ojca. Mama nie ko­men­tuje jej słów, w ogóle rzadko się od­zywa, we wszyst­kim słu­cha na­szego taty. To on rzą­dzi w domu, za­raz po nim de­cy­du­jący głos ma bab­cia.

Po­słusz­nie ru­szam za Zu­zią, a kiedy wy­cho­dzimy na ze­wnątrz, oj­ciec od razu za­czyna na mnie krzy­czeć:

- Psia­krew, co za cho­lerno guz­drała! Żresz ciun­gle, nie ma co się dzi­wić, że się co­raz grub­szo ro­bisz! Pa­kuj się na ciun­gnik i je­dziemy!

Po­słusz­nie speł­niam jego po­le­ce­nie, choć po­liczki palą mnie ze wstydu, a po twa­rzy spły­wają da­rem­nie po­wstrzy­my­wane łzy. Tak, lu­bię jeść i je­stem nieco okrą­gła, ale na pewno nie gruba! Je­dze­nie mnie uspo­kaja, mniej się stre­suję, gdy coś prze­ką­szę, zresztą tata rów­nież nie na­leży do chu­dziel­ców. Ma duży brzuch, cały jest wielki i prze­ra­ża­jący, przy­po­mina mi Si­no­bro­dego z ba­śni Per­raulta. Kiedy coś prze­skro­biemy, do­sta­jemy od niego la­nie. Za­zwy­czaj jest to kilka moc­nych klap­sów, za­wsze jed­nak długo pa­mię­tam każdy z nich.

Nie cier­pię swo­jego ży­cia, wsty­dzę się tego, że mamy go­spo­dar­stwo i pra­cu­jemy w polu. Moje ko­le­żanki i ko­le­dzy też miesz­kają na wsi, ale tylko kil­koro z nich jest w ta­kiej sa­mej bez­na­dziej­nej sy­tu­acji jak ja. Ro­dzice po­zo­sta­łych pra­cują w mie­ście, mają za­dbane domy i czy­ste po­dwórka. Na na­szym ła­two wdep­nąć w ku­rzą kupę, sły­chać mu­cze­nie krów, rże­nie koni, a przede wszyst­kim śmier­dzi z chlewa, gdzie prze­by­wają wiel­kie ma­ciory z mło­dymi. Pa­nicz­nie boję się świń i omi­jam to miej­sce sze­ro­kim łu­kiem. Już wolę wcho­dzić zimą na stry­szek w obo­rze, gdzie jest ciemno i łażą wło­chate pa­jąki, by zrzu­cać kro­wom siano, niż za­glą­dać do tych ohyd­nych loch, go­to­wych po­żreć czło­wieka, je­śli tylko ten po­dej­dzie bli­żej. Ja­rek po­wie­dział mi kie­dyś, że tak wła­śnie skoń­czył je­den z go­spo­da­rzy z na­szej wsi. Po­noć wszedł pi­jany do chlewa. Rano zna­le­ziono tylko jego gu­mowce, a na sło­mie wi­dać było krew i resztki wnętrz­no­ści. Wy­stra­szy­łam się tej hi­sto­rii tak bar­dzo, że w nocy śniły mi się wiel­kie, prze­raź­li­wie kwi­czące i bro­czące krwią świ­nie, które chciały mnie po­żreć. Krzy­cza­łam przez sen tak gło­śno, że obu­dzi­łam nie tylko Zu­zię i bab­cię, lecz także po­zo­sta­łych do­mow­ni­ków. Od tam­tej pory jesz­cze bar­dziej boję się ma­cior. Nie wzru­szają mnie na­wet małe ró­żo­wiut­kie pro­siaczki, które chrum­kają so­bie we­soło, nie­świa­dome, jaki los ich wkrótce czeka.

Kiedy do­cie­ramy na pole, każdy ła­pie za swoje na­rzę­dzie i bie­rzemy się do pracy. Na szczę­ście jest na tyle wcze­śnie, że nie do­ku­cza nam jesz­cze upał, ale wiem, że za kilka go­dzin będę mo­kra od potu.

Za­wsze, gdy pra­cuję fi­zycz­nie, ucie­kam my­ślami do swo­ich ma­rzeń. Wy­obra­żam so­bie, że pew­nego dnia okaże się, że je­stem ad­op­to­wana albo ktoś przez po­myłkę pod­mie­nił mnie w szpi­talu. W mo­ich wy­obra­że­niach praw­dziwi ro­dzice są za­możni i piękni, nie mają in­nych dzieci, za to po­sia­dają wielki dom, gdzie od dawna czeka na mnie wła­sny po­kój. Szu­kali mnie przez wiele lat, aż wresz­cie do­wie­dzieli się, że miesz­kam na wsi i mu­szę pra­co­wać w polu. Mój nowy tata oświad­cza, że już ni­gdy nie będę mu­siała ha­ro­wać w żad­nym go­spo­dar­stwie, za to do do­ro­sło­ści mogę ba­wić się i za­ja­dać sma­ko­ły­kami. Te ostat­nie przy­go­to­wuje mi nowa mama, piękna i pach­nąca. Oboje wpa­trują się we mnie jak w ob­ra­zek, a ja nie mogę uwie­rzyć, że uśmiech­nęło się do mnie ta­kie szczę­ście. Ubie­rają mnie w śliczne su­kienki, za­pla­tają war­ko­cze, wy­głu­piamy się i przy­tu­lamy, a wie­czo­rem jedno z nich czyta mi bajkę na do­bra­noc.

- Ska­ra­nie bo­skie z tą dzie­wu­chą! Tośka! - do­ciera do mnie na­gle wście­kły głos matki.

Spo­glą­dam na nią nieco nie­przy­tom­nie, co jesz­cze bar­dziej ją roz­sier­dza.

- Co ty żeś się jesz­cze nie obu­dziła? - war­czy, pa­trząc na mnie ze zło­ścią. - Trzeci roz ci mó­wię, grab tam! - wska­zuje w lewo, a ja po­słusz­nie ru­szam w tym kie­runku.

Kie­dyś mama była ła­god­niej­sza, miała wię­cej cier­pli­wo­ści i czę­ściej się uśmie­chała. Od kilku lat cią­gle tylko zrzę­dzi i wzdy­cha, ni­czym bab­cia. W na­szym domu rzadko ktoś się śmieje czy oka­zuje uczu­cia. Każdy dzień wy­peł­niony jest od świtu do zmierz­chu ciężką pracą. Do­brze, że przez dzie­sięć mie­sięcy w roku cho­dzimy do szkoły, w prze­ciw­nym ra­zie spę­dza­ła­bym na polu i w go­spo­dar­stwie tyle samo czasu co ro­dzice. Wiem, że ży­jemy z go­spo­darki, z tego, co za­sa­dzimy i zbie­rzemy, tę­sk­nię jed­nak za nor­mal­nym dzie­ciń­stwem. Dzie­ciń­stwem, w któ­rym wra­cam ze szkoły, zja­dam obiad i spo­koj­nie za­sia­dam do lek­cji, po od­ro­bie­niu któ­rych mogę po­ba­wić się z ro­dzeń­stwem albo ko­le­żan­kami. Nie mam nic prze­ciwko obo­wiąz­kom do­mo­wym, ale praca w go­spo­dar­stwie to coś zu­peł­nie in­nego. Tu ni­gdy nie ma lżej­szych dni, na­wet zimą. Czuję się zmę­czona i co­raz czę­ściej ucie­kam w świat wy­obra­żeń, gdzie po­now­nie spo­ty­kam swo­ich praw­dzi­wych ro­dzi­ców, a ci za­bie­rają mnie do swo­jego wiel­kiego domu, w któ­rym spę­dzam miło czas. Kiedy za­sy­piam w swoim po­koju, szep­czą mi przed snem, że mnie bar­dzo ko­chają. Mama i tata ni­gdy tak do mnie nie mó­wią, nie wiem więc, czy je­stem dla nich ważna. Star­sze dzieci trak­tują tak samo, i tylko To­mek oraz Ka­sia do­stają więk­sze fory.

Moja wy­cho­waw­czyni we­zwała raz mamę do szkoły i po­wie­działa, że we­dług jej ob­ser­wa­cji je­stem bar­dzo po­ważna i zbyt doj­rzała psy­chicz­nie jak na swój wiek. Za­miast ba­wić się bez­tro­sko i wy­głu­piać na prze­rwach, sie­dzę sa­mot­nie w ką­cie i zja­dam ko­lejną ka­napkę. Mar­twi ją moje za­cho­wa­nie i uznała, że mama po­winna coś z tym zro­bić. Po­noć do­dała z za­wsty­dze­niem, że z moją wagą rów­nież, bo lada dzień za­cznę doj­rze­wać i zro­bię się zwy­czaj­nie otyła.

Mama wró­ciła do domu bar­dzo za­gnie­wana. Naj­pierw klęła na moją pa­nią, a po­tem za­wo­łała mnie do kuchni i za­py­tała, dla­czego nie ba­wię się z dziećmi, tylko sie­dzę i żrę, przez co ona musi cho­dzić do szkoły, gdzie traci czas, słu­cha­jąc ja­kichś bredni. Za­gro­ziła, że bę­dzie mi da­wała mniej ka­na­pek, po czym obej­rzała mnie od góry do dołu i po­ki­wała głową z nie­przy­jem­nym wy­ra­zem twa­rzy. Chcia­łam jej wszystko wy­ja­śnić, ale mama nie była już chyba za­in­te­re­so­wana moją od­po­wie­dzią, bo ka­zała mi wyjść z kuchni i wziąć się za ja­kąś ro­botę.

Smuci mnie, że nie mam praw­dzi­wej przy­ja­ciółki. Mo­gła­bym jej po­wie­rzać swoje se­krety, na przy­kład ten, że jem, kiedy mi źle, kiedy chce mi się pła­kać albo się boję. Wy­zna­ła­bym, że nie lu­bię swo­jego domu, w któ­rym za­wsze jest ci­cho i po­nuro, że wsty­dzę się tego, że mamy go­spo­darkę i brudne po­dwórko, a tata jeź­dzi zde­ze­lo­wa­nym po­lo­ne­zem i nosi wąsy. Ro­dzice z mo­ich wy­obra­żeń są piękni oraz mło­dzi, ład­nie pachną i ele­gancko się ubie­rają. Tata jest ar­chi­tek­tem, a mama fry­zjerką. Mamy też pie­ska, który wabi się Bursz­tyn, jak czwo­ro­nóg ze szkol­nej lek­tury. W moim zmy­ślo­nym świe­cie nie ma smutku, cho­rób ani gniewu. Wszy­scy są szczę­śliwi i ro­ze­śmiani. Ile bym dała, by wła­śnie tak wy­glą­dało moje ży­cie...

ROZ­DZIAŁ 2

2003 rok

- Kto zna od­po­wiedź na to py­ta­nie? - Pani od pol­skiego roz­gląda się uważ­nie po kla­sie.

Ko­le­żanka z ławki trąca mnie łok­ciem, że­bym się zgło­siła, ale ja za bar­dzo się wsty­dzę. Mo­nika wzdy­cha, po czym unosi rękę i udziela pra­wi­dło­wej od­po­wie­dzi. Pani na­gra­dza ją plu­si­kiem. Jesz­cze dwa i do­sta­nie piątkę za ak­tyw­ność.

- Czemu ty ni­gdy się nie zgła­szasz, cho­ciaż znasz od­po­wiedź? - pyta mnie, kiedy koń­czy się lek­cja.

Wzru­szam ra­mio­nami i uśmie­cham się z za­kło­po­ta­niem. To prawda, je­stem su­mienną uczen­nicą, ale cho­ro­bliwa nie­śmia­łość i brak wiary w sie­bie po­wo­dują, że prę­dzej za­pa­dła­bym się pod zie­mię, niż do­bro­wol­nie za­brała głos w kla­sie. Do­staję do­bre oceny, ale na­uczy­ciele przy­glą­dają mi się po­dejrz­li­wie, jakby my­śleli, że ścią­gam na spraw­dzia­nach i spi­suję na prze­rwach prace do­mowe. Nie dzi­wię się ich re­ak­cji, w końcu rzadko sły­szą mój głos. Kiedy zo­staję wy­wo­łana do od­po­wie­dzi, ję­zyk mi się plą­cze, ją­kam się i gwał­tow­nie czer­wie­nię. Czę­sto na­uczy­ciele li­tują się nade mną i prze­ska­kują w dzien­niku moje na­zwi­sko, pro­blem jed­nak nie prze­mija, wręcz prze­ciw­nie, rok po roku się po­głę­bia.

Wiem, że klasa ma ze mnie ubaw, że na­śmie­wają się za mo­imi ple­cami i prze­drzeź­niają moje ją­ka­nie. Ro­bią się za to o wiele milsi, kiedy chcą od­pi­sać ode mnie pracę do­mową. Wtedy je­stem fajna i ko­le­żeń­ska. Sym­pa­tia do mnie mija im za­raz po tym, jak prze­pi­szą to, co było za­dane. W ta­kich chwi­lach tłu­ma­czę so­bie, że nie mogę być tak na­iwna i do­bra, że nie po­lu­bią mnie tylko dla­tego, że po­zwolę im ścią­gać swoje lek­cje. Sama ni­gdy tego nie ro­bię, uczci­wie od­ra­biam prace do­mowe w domu, choć cza­sem zaj­muje mi to wiele czasu i jest mę­czące. Nie re­aguję, kiedy ko­le­żanka albo ko­lega bez­czel­nie zgła­szają się na lek­cji i od­czy­tują słowo w słowo na­pi­sane przeze mnie za­da­nie albo wy­pra­co­wa­nie. Do­stają za to wy­so­kie oceny, a ja się mo­dlę, żeby pani nie wska­zała do prze­czy­ta­nia rów­nież mnie. Mu­sia­ła­bym wtedy wy­znać prawdę albo zgo­dzić się na je­dynkę. Za pierw­sze znie­na­wi­dzi­liby mnie w kla­sie, za dru­gie do­sta­ła­bym burę w domu. Tata wścieka się za każ­dym ra­zem, gdy któ­reś z nas przy­nie­sie do domu pałę w ze­szy­cie do pod­pi­sa­nia przez ro­dzica. Krzy­czy, że je­ste­śmy tu­ma­nami i na cho­lerę cho­dzimy do tej szkoły, skoro i tak ni­czego nie umiemy. Mama jak za­wsze pró­buje za­ła­go­dzić sy­tu­ację, a bab­cia wzdy­cha de­mon­stra­cyj­nie i za­czyna opo­wia­dać o tym, jak to kie­dyś na­uczy­ciel bił ucznia drew­nianą li­nijką po dłoni i ja­koś wszy­scy wy­szli na lu­dzi.

Znacz­nie mil­szą wia­do­mo­ścią jest to, że w wieku czter­na­stu lat od­kry­łam, co chcę ro­bić w ży­ciu. Oka­zało się, że mam smy­kałkę do... ro­bie­nia ma­ki­jażu. Za­częło się od ry­sun­ków w ze­szy­cie. W wol­nych, acz­kol­wiek nie­licz­nych chwi­lach ry­suję na kart­kach ko­biety sprzed mo­jej me­ta­mor­fozy i po niej. Po le­wej kre­ślę syl­wetkę nie­cie­ka­wej, brzyd­kiej dziew­czyny, a po pra­wej prze­mie­niam ją w pięk­ność. Pew­nego razu Zu­zia zo­ba­czyła moje ma­lunki i przy­znała, że fak­tycz­nie mam ta­lent do upięk­sza­nia. Kom­ple­ment od sio­stry do­dał mi skrzy­deł. Te­raz ro­zu­miem już, dla­czego z taką na­bożną czcią czy­tam ko­lo­rowe ga­zety i wni­kli­wie przy­glą­dam się zna­nym ak­tor­kom oraz pio­sen­kar­kom. Go­dzi­nami mo­gła­bym wpa­try­wać się w ich sta­ranne ma­ki­jaże, ele­gancko po­ma­lo­wane pa­znok­cie oraz piękne stroje. Ma­rzę o tym, by pew­nego dnia rów­nież zo­stać ma­ki­ja­żystką albo ko­sme­tyczką. Chcę rów­nież wy­pró­bo­wać swoje moż­li­wo­ści na ja­kiejś oso­bie. Oka­zja do tego nada­rza się szyb­ciej, niż mo­głam się spo­dzie­wać. Moja osiem­na­sto­let­nia sio­stra wy­bła­gała u ro­dzi­ców zgodę na wyj­ście do ko­le­żanki na im­prezę uro­dzi­nową. Nie­śmiało py­tam, czy mogę ją uma­lo­wać. Zu­zia naj­pierw ze mnie szy­dzi, ale po chwili uznaje, że osta­tecz­nie nie ma nic do stra­ce­nia, naj­wy­żej zmyje ma­ki­jaż, je­śli okaże się bez­na­dziejny. Pro­simy mamę, by ta uży­czyła nam swo­ich nie­licz­nych ko­sme­ty­ków, po czym za­bie­ram się do pracy. Zuźka za­strzega, że je­śli mi nie wyj­dzie, ona za­bije mnie za stratę czasu, a mama za zmar­no­wa­nie pu­dru, cieni i szminki.

Czuję pre­sję i strach, gdy na­kła­dam na twarz sio­stry fluid. Co in­nego ry­so­wać ołów­kiem w ze­szy­cie wy­ima­gi­no­wane po­sta­cie, a zu­peł­nie czym in­nym jest ma­lo­wa­nie ży­wego czło­wieka. Po kilku mi­nu­tach uspo­ka­jam się jed­nak, a moje ru­chy stają się pew­niej­sze. Na­wet mama przy­sta­nęła obok nas za­cie­ka­wiona.

- No, no, kto by się spo­dzie­woł, że Tośka umie tak pa­cy­ko­wać - ko­men­tuje, a dla mnie brzmi to jak naj­pięk­niej­szy kom­ple­ment.

Po czter­dzie­stu mi­nu­tach drżą­cymi dłońmi po­daję Zuzi lu­sterko. Ocze­kuję na jej wer­dykt jak ska­za­niec na cios kata. Je­stem pewna, że sio­stra wpad­nie w złość albo za­cznie się ze mnie na­śmie­wać. Ja­kież więc jest moje zdzi­wie­nie, gdy ta uśmie­cha się naj­pierw do swo­jego od­bi­cia, a po­tem do mnie.

- Tośka, ty na­prawdę masz po­ję­cie o ma­lo­wa­niu!

Je­stem w siód­mym nie­bie. Do­sta­łam dziś wię­cej po­chwał niż przez całe do­tych­cza­sowe ży­cie. Na­wet mama wy­raża swój po­dziw, choć z wła­ściwą so­bie po­wścią­gli­wo­ścią. Zu­zia prosi mnie jesz­cze o uma­lo­wa­nie pa­znokci, co rów­nież wy­cho­dzi mi nie­źle. Je­stem taka szczę­śliwa! Zu­peł­nym przy­pad­kiem do­wie­dzia­łam się, w czym je­stem do­bra i co spra­wia mi praw­dziwą frajdę.

Od tej pory my­ślę tylko o ma­ki­jażu i szu­kam oka­zji, by móc ko­goś po­ma­lo­wać. Szczę­ście wy­raź­nie mi do­pi­suje, bo w mo­jej szkole zor­ga­ni­zo­wana zo­staje dys­ko­teka. Zwy­kle nie cho­dzę na ta­kie im­prezy, żal mi jed­nak zmar­no­wać taką fan­ta­styczną oka­zję. Zbie­ram się więc na od­wagę i py­tam ko­le­żanki z klasy, czy mo­gła­bym je uma­lo­wać. Po­dob­nie jak Zu­zia, naj­pierw my­ślą, że to żart, ale kiedy za­prze­czam, zga­dzają się z sa­mej cie­ka­wo­ści. Uma­wiamy się w domu jed­nej z nich, a każda z nas przy­nosi ze sobą ja­kiś ko­sme­tyk.

- No, Tośka, po­każ, co po­tra­fisz! - Zo­sia, pewna sie­bie i bar­dzo ładna, sama zgła­sza się na ochot­niczkę.

Po­wraca zna­joma obawa, że so­bie nie po­ra­dzę, że tym ra­zem mi nie wyj­dzie, a dziew­czyny będą się ze mnie na­śmie­wały nie tylko do za­koń­cze­nia roku szkol­nego, lecz także do końca szkoły w ogóle.

Nie czuję się kom­for­towo, gdy milkną i sia­dają do­okoła mnie i Zosi, ob­ser­wu­jąc ru­chy mo­ich dłoni.

- Kurde, To­sia, czemu wcze­śniej nie mó­wi­łaś, że umiesz tak ma­lo­wać? Już dawno by­śmy się do cie­bie zgło­siły! - Na­ta­lia nie kryje zdu­mie­nia.

Kiedy koń­czę ro­bić ma­ki­jaż Zosi, dziew­czyny za­czy­nają nie­mal pisz­czeć z za­chwytu. Moje po­czu­cie war­to­ści po­now­nie szy­buje w górę. Wy­peł­nia mnie duma z sa­mej sie­bie oraz szczę­ście, ja­kiego rzadko do­świad­czam w swoim ży­ciu.

- Te­raz ja! - Ania siada na miej­scu Zosi i uśmie­cha się do mnie za­chę­ca­jąco. - Po­pro­szę to samo co tamta pani, ale zu­peł­nie ina­czej.

Od tej pory co­raz wię­cej ko­le­ża­nek prosi mnie o zro­bie­nie ma­ki­jażu albo uma­lo­wa­nie pa­znokci z wzor­kami. Choć ni­gdy nie płacą mi za usługę, cza­sem tylko po­da­rują cze­ko­ladę, nie na­rze­kam. Dzięki nim mogę roz­wi­jać swoje umie­jęt­no­ści, eks­pe­ry­men­to­wać, a przede wszyst­kim... czuję się po­trzebna, do­ce­niona oraz lu­biana. Kom­ple­menty, które na mnie spły­wają, dzia­łają mo­ty­wu­jąco i utrzy­mują mnie w prze­ko­na­niu, że ma­lo­wa­nie in­nych jest tym, co chcia­ła­bym ro­bić w do­ro­słym ży­ciu.

Pierw­sze pie­nią­dze za­ra­biam u są­siadki, która do­wie­działa się od mamy o mo­ich nie­zwy­kłych umie­jęt­no­ściach. Ko­lejne do­staję od cioci, a na­wet babci, która wpraw­dzie ma­ru­dzi jak zwy­kle, ale osta­tecz­nie do­ce­nia moją pracę. W wieku czter­na­stu lat umiem już na sie­bie za­ro­bić. Oczy­wi­ście tata pa­trzy krzywo na te moje "durne ma­lo­wanki", jak po­gar­dli­wie wy­raża się o ro­bio­nym przeze mnie ma­ki­jażu oraz ma­ni­cure. Na­dal ga­nia mnie do pracy w go­spo­dar­stwie, ale przy­naj­mniej nie za­trzy­muje, kiedy do­staję zle­ce­nie. My­ślę, że w głębi serca jest ze mnie dumny, choć, rzecz ja­sna, w ży­ciu się do tego nie przy­zna.

Za za­ro­bione pie­nią­dze ku­puję ko­sme­tyki, któ­rymi po­tem ma­luję swoje klientki. Nie wszyst­kie są na po­czątku prze­ko­nane do tego, by ma­ki­jaż na we­sele czy inną ważną uro­czy­stość ro­biła im czter­na­sto­latka, wi­dząc jed­nak efekty u in­nych ko­biet, osta­tecz­nie się zga­dzają. Li­sta chęt­nych ro­śnie, a ja nie­mal ska­czę pod su­fit z ra­do­ści.

Zu­zia pró­buje mnie prze­ko­nać, że­bym nie ma­lo­wała za darmo swo­ich ko­le­ża­nek, bo to we­dług niej zwy­kłe świń­stwo i jawne wy­ko­rzy­sty­wa­nie, ale ja po­zo­staję nie­ugięta. Nie chcę przy­zna­wać się wła­snej sio­strze, że dzięki temu mam przy­naj­mniej dużo zna­jo­mych. Je­śli za­czę­ła­bym po­bie­rać od nich ja­ką­kol­wiek za­płatę za ma­ki­jaż, znowu zo­sta­ła­bym sama jak pa­lec, w do­datku dziew­czyny ob­ga­da­łyby mnie tak, że szybko stra­ci­ła­bym nie tylko re­nomę, lecz także klientki.

Cie­szę się za­tem i przy­jem­nym źró­dłem za­robku, i sym­pa­tią w szkole. Nie wiem, ile po­trwa moje szczę­ście, dla­tego roz­waż­nie wy­daję swoje pie­nią­dze. Więk­szość prze­zna­czam na ko­sme­tyki i la­kiery do pa­znokci, ale cza­sem, gdy jadę z mamą na targ, ku­puję bluzkę czy spodnie, któ­rymi po­tem dzielę się z Zu­zią. Wszystko zmie­rza ku lep­szemu. Mam wiele pla­nów i ma­rzeń, które wy­dają się co­raz bar­dziej re­alne. Oby moja do­bra passa trwała jak naj­dłu­żej!

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

PRO­LOG

Roz­glą­dam się do­okoła i za­czy­nam od­czu­wać stres, wi­dząc, że do sali wcho­dzą ko­lejne osoby. Grupa rzadko bywa tak liczna, przez chwilę mam wra­że­nie, że wszy­scy uczest­nicy się zmó­wili, by przy­być na dzi­siej­sze spo­tka­nie w tak du­żym gro­nie. Kusi mnie, by za­ko­mu­ni­ko­wać pro­wa­dzą­cej, że się roz­my­śli­łam, go­rzej po­czu­łam, co­kol­wiek, co zdję­łoby ze mnie brze­mię, które kilka dni temu do­bro­wol­nie na sie­bie na­ło­ży­łam. Zgo­dzi­łam się opo­wie­dzieć swoją hi­sto­rię. Za­pro­po­no­wała mi to wła­śnie Klau­dia, która pro­wa­dzi na­szą grupę wspar­cia. Po­chwa­liła, że zro­bi­łam ogromne po­stępy, że te kilka lat uczest­nic­twa w spo­tka­niach na­prawdę wiele mi dało. Chciała, że­bym po­dzie­liła się z in­nymi swo­imi prze­ży­ciami, a jed­no­cze­śnie po­ka­zała, jak ła­two jest uwi­kłać się w tok­syczny zwią­zek i stra­cić kon­trolę nad wła­snym ży­ciem. Moja opo­wieść ma być dla in­nych prze­strogą, ostrze­że­niem, żeby nie dali się na­brać tak... jak ja.

Mi­mo­wol­nie wra­cam my­ślami do prze­szło­ści, a wraz z nią po­wraca zna­jomy lęk. Dziś po­tra­fię już nad nim za­pa­no­wać i go zwal­czyć. Nie ma już także tam­tej bez­rad­nej Tosi, jej miej­sce za­jęła zu­peł­nie inna ko­bieta. Pewna sie­bie i wie­rząca we wła­sne moż­li­wo­ści.

Już wiem, że nie wy­co­fam się ze swo­jej obiet­nicy. Opo­wiem in­nym uczest­ni­kom o so­bie, o Ad­ria­nie oraz o tym, jak za­mie­nił moje ży­cie w pie­kło. Je­śli ta hi­sto­ria po­może choć jed­nej obec­nej tu oso­bie, będę wie­działa, że było warto. Kto wie, może wśród tych wszyst­kich lu­dzi jest taka sama dziew­czyna jak ja, za­gu­biona i bez­na­dziej­nie za­ko­chana w tak tok­sycz­nym fa­ce­cie, ja­kim oka­zał się Ad­rian. W nar­cy­zie, który ko­cha tylko sie­bie, po­trze­bu­ją­cym in­nych je­dy­nie po to, by po­łech­tać swoje ego, by ich po­ni­żać i sa­memu po­czuć się dzięki temu lep­szym. W czło­wieku, który ode­brał mi to, co naj­cen­niej­sze. Mu­siało mi­nąć sie­dem dłu­gich lat, bym sta­nęła na nogi i od­zy­skała swoją utra­coną god­ność oraz na­uczyła się wie­rzyć w sie­bie. Gdy­bym wie­działa, jak skoń­czy się dla mnie ta zna­jo­mość, ni­gdy nie spoj­rza­ła­bym na niego ani nie po­de­szła do jego sto­lika. Nie­stety, nie mo­żemy prze­wi­dzieć przy­szło­ści, na tym po­lega pa­ra­doks ludz­kiej eg­zy­sten­cji. Po­peł­niamy błędy, a po­tem po­no­simy kon­se­kwen­cje. Dziś wiem, że po­win­nam wtedy po­słu­chać głosu roz­sądku, ucie­kać, do­póki to było moż­liwe. Niech jed­nak pierw­szy rzuci ka­mie­niem ten, kto za­wsze po­stę­po­wał wła­ści­wie, nie uległ emo­cjom, nie zro­bił cze­goś zwy­czaj­nie głu­piego, nie ża­ło­wał swo­jego wy­boru.

- To­siu, je­steś go­towa? - Klau­dia do­tyka de­li­kat­nie mo­jego ra­mie­nia, a ja uśmie­cham się do niej i ki­wam głową.

- Tak, mo­żemy za­czy­nać - mó­wię pew­nym gło­sem, po czym po­pra­wiam dys­kret­nie ubra­nie i włosy, choć wiem, że wy­glą­dają nie­na­gan­nie.

Klau­dia prosi wszyst­kich o uwagę i w sali za­pada ci­sza. Prze­su­wam wzro­kiem po cał­kiem spo­rej gru­pie osób, które zde­cy­do­wały się przyjść i po­słu­chać mo­jej hi­sto­rii. Opo­wie­ści ko­biety, która uwol­niła się od nar­cyza, czło­wieka nie­zdol­nego do po­ko­cha­nia ni­kogo in­nego prócz sie­bie sa­mego. By to uczy­nić, mu­siała do­znać ogrom­nej straty, a przede wszyst­kim zmie­nić za­równo sie­bie, jak i swoje my­śle­nie.

- Dzień do­bry - za­czy­nam i od razu od­chrzą­kuję, bo w moim gło­sie sły­chać chrypkę. Dzieje się tak za­wsze, gdy bar­dzo się stre­suję. - Bę­dzie to opo­wieść o nie­śmia­łej, za­gu­bio­nej dziew­czy­nie, która spo­tyka swo­jego wy­ma­rzo­nego księ­cia. Nie wie jesz­cze, że ten znisz­czy jej ży­cie i od­bie­rze jej coś bar­dzo war­to­ścio­wego, a ona bę­dzie la­tami zbie­rała się po tym związku. Pew­nie gdyby po­słu­chała do­brej wróżki, omi­nę­łoby ją całe to zło, któ­rego do­świad­czyła. Jak to jed­nak zwy­kle bywa w baj­kach, dziew­czyna chciała otwo­rzyć za­ka­zane drzwi, po­znać to, co nie­do­stępne, ta­jem­ni­cze, co zwod­ni­czo ją do sie­bie przy­cią­gało. Ule­gła więc księ­ciu, a tym sa­mym przy­pie­czę­to­wała swój los. Po­nio­sła za to straszną karę, ale zy­skała rów­nież siłę, by od­mie­nić swoje ży­cie. Po­słu­chaj­cie tej ba­śni, a jej mo­rał weź­cie so­bie głę­boko do serca. Niech to, co przy­da­rzyło się mnie, nie spo­tka ni­kogo z was.

Na­bie­ram bez­gło­śnie po­wie­trza, po czym za­czy­nam mó­wić. Prze­sta­wiam im hi­sto­rię, która ni­gdy nie po­winna się wy­da­rzyć, a jed­nak po­zwo­li­łam, by tak się stało.