ROZDZIAŁ 1
2001 rok
- Tośka, długo jeszcze? - słyszę poirytowany głos starszej siostry.
Przewracam oczami i kilkoma kęsami rozprawiam się z resztą kanapki. Jest szósta rano, trwają wakacje, a mimo to musiałam wcześnie wstać. Powód jest ten sam co zawsze: praca w polu. Dziś czeka nas zbieranie siana, czego szczerze nie cierpię. Od machania grabiami zawsze bolą mnie plecy i ramiona, ale moje starsze rodzeństwo ma jeszcze gorzej. Im przypadło w udziale wrzucanie go na przyczepę ciągnika. Wszyscy musimy się spieszyć, bo po południu zapowiadają burzę. Jeśli siano zmoknie, ojciec nas zabije. Nie obchodzi go, że mamy wolne od szkoły, że wakacje to rzekomo czas odpoczynku oraz zabawy. Od rana do wieczora gania nas do jakichś zajęć, przez co wszyscy chodzimy źli i smutni. Rodzice zupełnie nie dbają o to, że mam dopiero dwanaście lat. Wprawdzie dają mi lżejsze prace do wykonania, co nie zmienia faktu, że spędzam w polu lub przy obrządzaniu zwierząt gospodarskich prawie cały dzień. Z zazdrością spoglądam na młodsze rodzeństwo, które jest zbyt małe, by pomagać tak jak ja, starsza siostra oraz brat. W sumie jest nas pięcioro, trzy córki i dwóch synów. Jarek, najstarszy z nas, ma osiemnaście lat, Zuzia szesnaście. Tomek, mój młodszy brat, ma siedem, a Kasia pięć lat. Gospodarstwo rodziców jest całkiem duże, przez co wciąż brakuje rąk do pracy, tata jednak ciągle wzbrania się przed zmodernizowaniem sprzętu rolniczego. Mimo że wszyscy namawiają go do zakupu kombajnu albo prasy kostkującej do siana, ten kategorycznie odmawia i powtarza, że dopóki wciąż ma siłę, poradzi sobie bez tych wszystkich "tałałajstw". Niestety nie przyszło mu do głowy, że znacznie ułatwiłby i przyspieszył pracę zarówno sobie, jak i nam. Jak zawsze upiera się przy swoich racjach, które są, delikatnie mówiąc, mocno przestarzałe.
- Tośka, chodź, bo ojciec już się wkurzył! - Zuzia zagląda do kuchni i patrzy na mnie z dezaprobatą. Tak jak ja nie cierpi pracy przy sianie, ale żadna z nas nie odważyłaby się sprzeciwić tacie. Jest bardzo srogi i porywczy, o czym nieraz się boleśnie przekonałyśmy. Nosi czarne, gęste wąsy, co nadaje mu jeszcze groźniejszy wygląd, nigdy się z nami nie bawi ani nie okazuje nam czułości. Zazwyczaj wraca do domu dopiero wieczorem, gdy obrządzi już inwentarz i zabezpieczy stajnię oraz obory. Mama podaje mu kolację, rozmawiają, po czym tata się myje, ogląda telewizję i kładzie spać. Od momentu, gdy pojawia się w domu, wszyscy milkniemy, by go nie zdenerwować zbyt głośną zabawą czy śmiechem.
Mieszkamy w ośmioro w niewykończonym domu jednorodzinnym. Na dole mamy trzy pokoje, łazienkę, toaletę, kuchnię oraz kotłownię, piętro natomiast od lat stoi puste. Kiedy tata ma dobry humor, a zdarza się to bardzo rzadko, obiecuje, że każdemu z nas wyremontuje własny pokój. Czasem zmienia zdanie i wtedy się okazuje, że całe piętro ma należeć do Jarka albo do Zuzi, w zależności, które pierwsze weźmie ślub. Na razie gnieździmy się na dole, rodzice z Kasią w jednym, chłopaki w drugim, a ja z babcią i Zuźką w trzecim pokoju. Babcia to mama taty. Jest tak samo oschła jak on, dlatego nie spędzam z nią zbyt wiele czasu. Zajmuje się Tomkiem i Kasią, kiedy my wszyscy idziemy w pole, czasem gotuje i sprząta, głównie jednak narzeka, że nie jest niczyją niańką ani kucharką. Nie wiem, dlaczego zawsze mówi to w obecności mamy, a nie ojca. Mama nie komentuje jej słów, w ogóle rzadko się odzywa, we wszystkim słucha naszego taty. To on rządzi w domu, zaraz po nim decydujący głos ma babcia.
Posłusznie ruszam za Zuzią, a kiedy wychodzimy na zewnątrz, ojciec od razu zaczyna na mnie krzyczeć:
- Psiakrew, co za cholerno guzdrała! Żresz ciungle, nie ma co się dziwić, że się coraz grubszo robisz! Pakuj się na ciungnik i jedziemy!
Posłusznie spełniam jego polecenie, choć policzki palą mnie ze wstydu, a po twarzy spływają daremnie powstrzymywane łzy. Tak, lubię jeść i jestem nieco okrągła, ale na pewno nie gruba! Jedzenie mnie uspokaja, mniej się stresuję, gdy coś przekąszę, zresztą tata również nie należy do chudzielców. Ma duży brzuch, cały jest wielki i przerażający, przypomina mi Sinobrodego z baśni Perraulta. Kiedy coś przeskrobiemy, dostajemy od niego lanie. Zazwyczaj jest to kilka mocnych klapsów, zawsze jednak długo pamiętam każdy z nich.
Nie cierpię swojego życia, wstydzę się tego, że mamy gospodarstwo i pracujemy w polu. Moje koleżanki i koledzy też mieszkają na wsi, ale tylko kilkoro z nich jest w takiej samej beznadziejnej sytuacji jak ja. Rodzice pozostałych pracują w mieście, mają zadbane domy i czyste podwórka. Na naszym łatwo wdepnąć w kurzą kupę, słychać muczenie krów, rżenie koni, a przede wszystkim śmierdzi z chlewa, gdzie przebywają wielkie maciory z młodymi. Panicznie boję się świń i omijam to miejsce szerokim łukiem. Już wolę wchodzić zimą na stryszek w oborze, gdzie jest ciemno i łażą włochate pająki, by zrzucać krowom siano, niż zaglądać do tych ohydnych loch, gotowych pożreć człowieka, jeśli tylko ten podejdzie bliżej. Jarek powiedział mi kiedyś, że tak właśnie skończył jeden z gospodarzy z naszej wsi. Ponoć wszedł pijany do chlewa. Rano znaleziono tylko jego gumowce, a na słomie widać było krew i resztki wnętrzności. Wystraszyłam się tej historii tak bardzo, że w nocy śniły mi się wielkie, przeraźliwie kwiczące i broczące krwią świnie, które chciały mnie pożreć. Krzyczałam przez sen tak głośno, że obudziłam nie tylko Zuzię i babcię, lecz także pozostałych domowników. Od tamtej pory jeszcze bardziej boję się macior. Nie wzruszają mnie nawet małe różowiutkie prosiaczki, które chrumkają sobie wesoło, nieświadome, jaki los ich wkrótce czeka.
Kiedy docieramy na pole, każdy łapie za swoje narzędzie i bierzemy się do pracy. Na szczęście jest na tyle wcześnie, że nie dokucza nam jeszcze upał, ale wiem, że za kilka godzin będę mokra od potu.
Zawsze, gdy pracuję fizycznie, uciekam myślami do swoich marzeń. Wyobrażam sobie, że pewnego dnia okaże się, że jestem adoptowana albo ktoś przez pomyłkę podmienił mnie w szpitalu. W moich wyobrażeniach prawdziwi rodzice są zamożni i piękni, nie mają innych dzieci, za to posiadają wielki dom, gdzie od dawna czeka na mnie własny pokój. Szukali mnie przez wiele lat, aż wreszcie dowiedzieli się, że mieszkam na wsi i muszę pracować w polu. Mój nowy tata oświadcza, że już nigdy nie będę musiała harować w żadnym gospodarstwie, za to do dorosłości mogę bawić się i zajadać smakołykami. Te ostatnie przygotowuje mi nowa mama, piękna i pachnąca. Oboje wpatrują się we mnie jak w obrazek, a ja nie mogę uwierzyć, że uśmiechnęło się do mnie takie szczęście. Ubierają mnie w śliczne sukienki, zaplatają warkocze, wygłupiamy się i przytulamy, a wieczorem jedno z nich czyta mi bajkę na dobranoc.
- Skaranie boskie z tą dziewuchą! Tośka! - dociera do mnie nagle wściekły głos matki.
Spoglądam na nią nieco nieprzytomnie, co jeszcze bardziej ją rozsierdza.
- Co ty żeś się jeszcze nie obudziła? - warczy, patrząc na mnie ze złością. - Trzeci roz ci mówię, grab tam! - wskazuje w lewo, a ja posłusznie ruszam w tym kierunku.
Kiedyś mama była łagodniejsza, miała więcej cierpliwości i częściej się uśmiechała. Od kilku lat ciągle tylko zrzędzi i wzdycha, niczym babcia. W naszym domu rzadko ktoś się śmieje czy okazuje uczucia. Każdy dzień wypełniony jest od świtu do zmierzchu ciężką pracą. Dobrze, że przez dziesięć miesięcy w roku chodzimy do szkoły, w przeciwnym razie spędzałabym na polu i w gospodarstwie tyle samo czasu co rodzice. Wiem, że żyjemy z gospodarki, z tego, co zasadzimy i zbierzemy, tęsknię jednak za normalnym dzieciństwem. Dzieciństwem, w którym wracam ze szkoły, zjadam obiad i spokojnie zasiadam do lekcji, po odrobieniu których mogę pobawić się z rodzeństwem albo koleżankami. Nie mam nic przeciwko obowiązkom domowym, ale praca w gospodarstwie to coś zupełnie innego. Tu nigdy nie ma lżejszych dni, nawet zimą. Czuję się zmęczona i coraz częściej uciekam w świat wyobrażeń, gdzie ponownie spotykam swoich prawdziwych rodziców, a ci zabierają mnie do swojego wielkiego domu, w którym spędzam miło czas. Kiedy zasypiam w swoim pokoju, szepczą mi przed snem, że mnie bardzo kochają. Mama i tata nigdy tak do mnie nie mówią, nie wiem więc, czy jestem dla nich ważna. Starsze dzieci traktują tak samo, i tylko Tomek oraz Kasia dostają większe fory.
Moja wychowawczyni wezwała raz mamę do szkoły i powiedziała, że według jej obserwacji jestem bardzo poważna i zbyt dojrzała psychicznie jak na swój wiek. Zamiast bawić się beztrosko i wygłupiać na przerwach, siedzę samotnie w kącie i zjadam kolejną kanapkę. Martwi ją moje zachowanie i uznała, że mama powinna coś z tym zrobić. Ponoć dodała z zawstydzeniem, że z moją wagą również, bo lada dzień zacznę dojrzewać i zrobię się zwyczajnie otyła.
Mama wróciła do domu bardzo zagniewana. Najpierw klęła na moją panią, a potem zawołała mnie do kuchni i zapytała, dlaczego nie bawię się z dziećmi, tylko siedzę i żrę, przez co ona musi chodzić do szkoły, gdzie traci czas, słuchając jakichś bredni. Zagroziła, że będzie mi dawała mniej kanapek, po czym obejrzała mnie od góry do dołu i pokiwała głową z nieprzyjemnym wyrazem twarzy. Chciałam jej wszystko wyjaśnić, ale mama nie była już chyba zainteresowana moją odpowiedzią, bo kazała mi wyjść z kuchni i wziąć się za jakąś robotę.
Smuci mnie, że nie mam prawdziwej przyjaciółki. Mogłabym jej powierzać swoje sekrety, na przykład ten, że jem, kiedy mi źle, kiedy chce mi się płakać albo się boję. Wyznałabym, że nie lubię swojego domu, w którym zawsze jest cicho i ponuro, że wstydzę się tego, że mamy gospodarkę i brudne podwórko, a tata jeździ zdezelowanym polonezem i nosi wąsy. Rodzice z moich wyobrażeń są piękni oraz młodzi, ładnie pachną i elegancko się ubierają. Tata jest architektem, a mama fryzjerką. Mamy też pieska, który wabi się Bursztyn, jak czworonóg ze szkolnej lektury. W moim zmyślonym świecie nie ma smutku, chorób ani gniewu. Wszyscy są szczęśliwi i roześmiani. Ile bym dała, by właśnie tak wyglądało moje życie...