Naprawdę jaki jesteś - Agnieszka Walczak-Chojecka

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ 2

ODMIENNY

Ludzką słabością jest brak starań. Nie potrafimy pielęgnować przyjaźni. A z nią trzeba czule, jak z kobietą. My jednak ciągle gnamy z szaleństwem w oczach. Po sukces, po grubszy portfel, po ulotne uczucie, że zrobiliśmy w życiu coś, co ma znaczenie. Potrącamy przy tym tych, którzy chcą nam towarzyszyć, zostawiamy ich za sobą w kurzu zapomnienia. I tylko czasem dopada nas dziwna tęsknota za czymś, co nam umknęło.

- Wstawaj, synu! - Hermana obudził nieprzyjazny głos ojca.

W jego tonie był zarówno nakaz, jak i nuta zawodu.

- Jeszcze chwilkę. - Chłopak podciągnął kołdrę pod samą brodę.

Miał ochotę schować się pod nią nie tylko przed ojcem, lecz także przed całym światem. Nigdy nie lubił pobudki wczesnym rankiem, a po wydarzeniach z poprzedniego wieczoru czuł się wyczerpany. Gdy wrócił z akcji, długo nie mógł znaleźć sobie miejsca. By się uspokoić, do późnych godzin przeglądał kolorowe czasopisma, zwłaszcza że właśnie ukazał się nowy numer "Mojej Przyjaciółki", wypełniony po brzegi zdjęciami długonogich modelek w pięknych strojach godnych wytwornych przyjęć. Zachwycały go obcisłe, wydekoltowane suknie podkreślające kobiecą sylwetkę, jedwabne bluzki dobrze pasujące do żakietów wciętych w talii. Lubił wyobrażać sobie, co by było, gdyby umiał projektować takie rzeczy, szybką kreską przenosić z wyobraźni na papier wąskie spódnice, pantofelki na niewysokim słupku i zabawne kapelusiki. Gdyby miał zdolności plastyczne, mógłby być blisko świata najpiękniejszych dziewcząt i zdolnych fotografów, a to od zawsze go kusiło. Co więcej, mógłby inspirować mieszkańców Warszawy. Ale on nie grzeszył talentem plastycznym, a jedynie umiejętnością sprawnego łączenia słów w zdania, dlatego pozostawało mu tylko podziwianie artyzmu innych na kartach czasopism.

- Herman!

- Ojej. Mam do redakcji dopiero na...

- Redakcja! - prychnął pogardliwie ojciec. Od początku nie był zachwycony pracą syna w "Kurierze Warszawskim", który pomimo powiązań ze Stronnictwem Chrześcijańsko-Narodowym, miał za zwykłą bulwarówkę dla przemądrzałych urzędników. Gryzmolenie bzdur, żadna porządna praca, uważał. Gdyby Herman dostał się do "Falangi" albo "Ruchu Młodych", to miałoby sens, a tak... - Ile razy mam powtarzać, że robotę, którą się zaczęło, trzeba kończyć.

- Przecież...

- Gdybyś wczoraj nie odpuścił, nie musiałbym się za ciebie wstydzić. A przecież sprawa jest prosta. Spotykasz Żyda, komunistę czy dziwaka, to walisz żelazem między oczy i się nie zastanawiasz !

Czyli już mu ktoś doniósł, zrozumiał Herman. Pewnie nadgorliwy Mietek, który zawsze składał raport jego ojcu z wykonania zadania najszybciej, jak to było możliwe. Wiedział, że stary herszt lubi trzymać rękę na pulsie, nawet jeśli jest chwilowo, ze względu na nogę w gipsie, wyłączony z operacyjnych działań. Józef Mikuła musiał się stale wykazywać z powodu swojego wieku, bo szeregi Ruchu zasilali głównie studenci i uczniowie szkół średnich.

- Starałem się, ale chłopak był silny i... - Herman usiadł na łóżku.

Po co się tłumaczył? - narastała w nim złość. Przecież był dorosły.

- Silny? Palant w damskich szpilkach? - Ojciec pogardliwie wydął usta. - Nie zrzędź jak baba, tylko rusz dupę. Zboczeńcy nie będą nam się plenić po mieście. Ani oni, ani żydowska wszawica.

- No właśnie, żydowska! - podłapał Herman. - Izaaka nie było w lombardzie, więc pewnie dzisiaj...

- Jego to ty zostaw Mietkowi. Ty wytrop swoją ofiarę. Każdy z was musi dokończyć, co zaczął.

- I co zrobię, gdy znajdę Trelę? Mam dać mu po gębie?

- To ty znasz tego łajzę? - Ojcu aż trudno było uwierzyć.

- Chodziłem z nim do szkoły.

- No nie! Szkoła w Jeziornie Oborskiej wychowała coś takiego? - Skrzywił się z obrzydzeniem. - Ale jeśli znasz, to tym lepiej. Wyśledź go i obserwuj. Musimy wiedzieć, gdzie zbierają się zboczeńcy i co planują. Należy trzymać rękę na pulsie, żeby zaraza nie skaziła nam narodu.

- Ale gdzie mam go szukać? Przecież nie widziałem Treli od niepamiętnych czasów.

- To ja mam ci mówić? Podobno jesteś dziennikarzem, masz chyba niuch śledczy.

- Co racja, to racja. - Z tym argumentem trudno było się Hermanowi nie zgodzić.

Był dumny, że od razu po studiach udało mu się zaczepić w prasie. Co prawda, prowadził skromną rubrykę z odpowiedziami na listy czytelników, co niespecjalnie go pociągało, ale wierzył, że już niedługo to się zmieni. Przecież pióro miał cięte, a w głowie aż kłębiło mu się od pomysłów. Zawsze pociągało go lepienie ze słów własnych światów, tylko jeszcze nie dostał szansy, by udowodnić swój talent.

- Dobrze, że się rozumiemy. - Ojciec zwichrzył dłonią czuprynę syna, jednak od razu cofnął rękę, jakby brzydziła go miękkość jego włosów. A może sam gest wydał mu się zbyt czuły? - Chodź, poćwiczymy, zanim ruszysz w miasto.

- Już, tylko nakarmię Feliksa - odrzekł Herman z niewyraźną miną i poszedł do kuchni, by pokroić mięso dla kota.

Rytmiczne siekanie nożem zawsze go uspakajało. Nie znosił ćwiczeń bojowych, ale wiedział, że Józef mu nie odpuści. Tak jak Herman nie lubił broni, tak jego ojciec ją uwielbiał. Często, gdy chłopak wracał z pracy, zastawał go ze ściereczką w dłoni, pucującego swojego walthera albo myśliwską strzelbę. Teraz gdy była zima, a ojciec miał na dodatek gips na nodze, nie mogli jeździć do lasu za miasto, więc ćwiczenia odbywały się w domu, a właściwie w oknie, z czym wiązał się cały rytuał.

Ojciec najpierw wysypywał okruszki chleba na blaszany parapet. Robił to starannie, z namaszczeniem, jakby od wzoru, w który ułożą się kawałeczki pieczywa, miało zależeć powodzenie akcji. Potem ruchem ręki przywoływał syna i obaj czekali, aż zlecą się ptaki, a gdy te usadowiły się już na zwieńczeniu okna zadowolone, że zaproszono je na hojny obiad, Józef przykładał oko do muszki i palec umieszczał na spuście. Nie posyłał jednak kulki w stronę gołębi, pozwalał im się rozpanoszyć, rozgruchać, poczuć jak u siebie i dopiero gdy nakarmiły brzuszyska i świat zdawał im się stworzony specjalnie dla nich, Józef wręczał strzelbę synowi.

Zabawa kończyła się jednak zazwyczaj w ten sam sposób: Herman stawał z bronią wycelowaną w wybraną ofiarę, a potem składał usta w dziubek i wydawał dźwięk "puf!", jakby strzelał. Następnie opuszczał strzelbę. Ojciec wydzierał się wtedy na syna, by naprawdę sprzątnął tych skrzydlatych skurwieli, bo obsrają im dom, a Herman starał się go przekonać, żeby odpuścił, bo zaraz ściągnie na nich gniew sąsiadów, a pewnie i żandarmów patrolujących ulice. Na te słowa Józef wyrywał mu broń z rąk i wściekły wkładał ją do szafy, bo wiedział, że syn ma rację. Potem biegł do kuchni i wyjmował chleb z papierowej torby, w której go przechowywał. Z torbą w ręce wracał do pokoju, znów stawał przy otwartym oknie, nadmuchiwał ją i oburącz ściskał z całej siły. Rozlegał się huk tak wielki, że po sekundzie ani na parapecie Mikułów, ani w całym sąsiedztwie ich kamienicy, nie można było dojrzeć żadnego ptaka.

Herman nie miał ochoty dzisiaj na tego typu zabawę, zwłaszcza że był przekonany, iż pewnego dnia, a to mogło zdarzyć się w każdej chwili, ojciec przyciśnie jego palec leżący na spuście i sprawi, że będzie musiał zamienić Bogu ducha winne gołębie w wielką krwawo-pierzastą miazgę. Wolał już ruszyć w miasto i faktycznie poszukać Lucjana.

- Ma ojciec rację, muszę znaleźć tego gamonia. Inaczej statystyki spraw nie będą nam się zgadzać.

- No, rozum ci wrócił, chłopcze. Pewnie krew ci zapachniała! - ucieszył się Józef. - Tylko tym razem nie daj plamy. Najlepiej idź od razu, a z gołębiami zabawimy się później. W końcu to nie zające - zaśmiał się głośno z własnego żartu.

Herman nie widział Lucjana od czasów szkolnych. Nie miał pojęcia, jak to się stało, że ich drogi się rozeszły, mimo że to, co kiedyś ich łączyło, można by chyba nazwać przyjaźnią. W klasie ten niewysoki brunet był jednym z niewielu ludzi, na których mógł liczyć. Traktował Hermana... po ludzku. Inni niechętnie podchodzili do jego kłującej w oczy eteryczności, zbyt kolorowych strojów wystających spod szkolnego fartucha i skłonności do pisania niezrozumiałych wypracowań. Zbyt mądrych, zbyt natchnionych, jak na ich proste podejście do świata. Herman zdawał sobie sprawę, że chłopaki, choć wszyscy chodzili do szkoły o profilu klasycznym, wolą uganiać się za piłką lub zaciągać papierosami własnoręcznie skręcanymi w ogrodzie za kościołem. Albo zaczepiać dziewczyny przy pomocy niewybrednych odzywek, a nie ślęczeć po nocach nad książkami.

I tylko Lucjan, tak jak i Herman, wykazywał zainteresowanie literaturą, szczególnie tą patriotyczną, przy której można było poczuć prawdziwy poryw serca. W czasie przerwy między lekcjami Lucek wskakiwał czasem na ławkę i gromkim głosem deklamował fragmenty Konrada Wallenroda, a wymachiwał przy tym tak pięknie rękoma, że Hermanowi w piersi aż dech zapierało. A gdy się jeszcze okazało, że oprócz dawnych wieszczy lubił także utwory całkiem współczesnego Leśmiana, który mimo swoich żydowskich korzeni dla Hermana był prawdziwym literackim guru, to chłopak poczuł, że z kolegą z klasy łączy go braterstwo dusz. Nie miał tylko pewności, czy i on tak uważa, bo choć od Hermana nie stronił, zdawał się zawsze wobec niego powściągliwy.

I było jeszcze coś, o czym młody dziennikarz nie mógł zapomnieć. Przymykał powieki i znów miał trzynaście lat. Siedział na gałęzi starego drzewa przy boisku szkolnym i obserwował chłopaków, którzy uganiali się za piłką oraz dziewczynki grające w gumę. Szczególnie te ostatnie, bo podobały mu się ich plisowane spódniczki przed kolana i fartuszki, które tak śmiesznie podskakiwały wraz z ich właścicielkami. I ich włosy splecione w warkocze, które przy każdym podskoku robiły wymyślne figury w powietrzu. Herman zastanawiał się, jak by to było, gdyby...

Jego rozmyślania przerwał jednak gwałtowny trzask suchej gałęzi i nieoczekiwany lot w dół z zawrotną prędkością. Wraz z konarem znalazł się na ziemi i poczuł przeszywający ból. Próbował się podnieść, jednak jego lewa noga leżała nienaturalnie wygięta, więc osunął się z powrotem na trawę, pojękując. Pamiętał dobrze twarze chłopaków, którzy otoczyli go ścisłym kręgiem, zdziwione, może nawet przejęte. Po chwili wśród nich dojrzał profesora od historii, najbardziej surowego w całej szkole, i siostrę zakonną, którą ktoś szybko wezwał na pomoc. To chyba ona rozcięła mu nożyczkami spodnie, by dostać się do rannej nogi i zbadać, w jakim jest stanie. Wszystko działo się w takim tempie, że Herman oszołomiony bólem nie zdołał nawet zaprotestować.

- Spójrzcie na to! - Jeden z chłopaków wskazał na nogę Hermana i nagle pozostali uczniowie wybuchli gromkim śmiechem.

- O, ja cię! A bardziej powabnych nie dawali? - zakpił drugi.

I nie chodziło o wybrzuszenie na łydce Hermana spowodowane złamaniem kości piszczelowej, a o część garderoby, którą miał na nogach. W chwili wypadku nie pamiętał, że babcia kazała mu włożyć pod spodnie swoje grube pończochy, bo pogoda tego dnia zapowiadała się paskudna, a cała ostatnia wypłata ojca poszła na leki dla mamy i nie miał za co kupić synowi ciepłego ubrania. Starsza pani zawsze dbała o ulubionego wnuka, czasem w oryginalny sposób, a konwenanse nie były dla niej ważne. Pończochy czy nawet damskie barchanowe reformy - wszystko mogło się przydać, byle tylko Stasiulek nie złapał znowu kokluszu, jak to jesienną porą miał w zwyczaju. Jemu zaś miękka w dotyku część damskiej garderoby wydawała się cudownie miła, jakby miała w sobie jakąś tajemnicę, którą pragnął zgłębić.

Lecz właśnie te pończochy, wydobyte spod materiału spodni na światło dzienne, sprawiły, że Herman otoczony jeszcze przed chwilą troską kolegów, stał się nagle największym szkolnym pośmiewiskiem. Co raz to nowi uczniowie przepychali się do kręgu, bo każdy chciał na własne oczy przekonać się, co tak rozbawiło pozostałych. I o zgrozo! Wśród zapłakanych ze śmiechu twarzy Herman rozpoznał także tę, która dotąd była dla niego tak przyjazna, twarz Lucjana. Jego najlepszy druh, zamiast przejąć się wypadkiem, pomóc pielęgniarce i historykowi rozpędzić gawiedź, przyłączył się do zabawy i wraz z innymi obrzucał skulonego na ziemi Hermana szyderstwami. Ranny czuł ból nie tylko fizyczny, lecz przede wszystkim wstyd, który go palił niczym zgaga. Poprzysiągł sobie, że nigdy więcej nie dopuści do takiego upokorzenia, a szyderców kiedyś ukarze.

I teraz nadarzyła się ku temu okazja, bo nic tak nie boli, jak zdrada tego, którego mamy za przyjaciela. Na dodatek role niespodziewanie się odwróciły. Teraz to Herman mógł naśmiewać się z kolegi, napiętnować go jako odmieńca, stojąc przed nim w zapiętym po szyję sztywnym uniformie i w najbardziej męskich spośród wszystkich butów. Co prawda na poszukiwawczą wyprawę wybrał zwykłe ubranie: szerokie granatowe spodnie i jasny sportowy blezer, ale mógł przecież zrobić inaczej i to się liczyło.

Tylko jak miał odnaleźć Lucjana? Jakiś czas temu doszły go słuchy, że studiował on filozofię czy też socjologię na Uniwersytecie Józefa Piłsudskiego i że te studia porzucił dla jakiś aktorskich zajęć, ale wieści te nie były sprawdzone. Herman miał jednak nadzieję, że chłopak nadal mieszka w domu w podwarszawskim Konstancinie, w którym w szkolnych czasach miał okazję ze dwa razy go odwiedzić, więc właśnie tam postanowił się udać. Nie miał jasnego planu, co zrobi, gdy już stanie z Lucjanem oko w oko. Wyobrażał sobie różne scenariusze; że jednym potężnym ciosem powali go na ziemię, a to, że jednak przemówi mu do rozsądku słowem, zaszantażuje go, wywrze presję i nakłoni do rezygnacji z paradowania po mieście w damskich strojach. Tak czy inaczej, ostra finka i metalowy kastet mogły się przydać, więc schował je do kieszeni spodni.

Do pięknego uzdrowiska, jedynego na Mazowszu, stworzonego przez rodzinę hrabiów Potulickich, gdzie rozłożyste wille zamożnych ludzi prześcigały się w boju o miano królowej architektury, Herman dojechał wąskotorową kolejką wilanowską. Już po godzinie kroczył jedną z alejek wypielęgnowanego Parku Zakładowego, zaplanowanego w stylu angielskim, w którym mieszkańcy - śmietanka towarzyska Warszawy oraz kuracjusze - przechadzali się w tę i z powrotem lub przesiadywali na ławeczkach i wdychali powietrze przesycone zdrowiem.

Modny kurort cieszył się szczególną estymą wśród osób pragnących podreperować stan swojego serca lub ukoić nerwy. Uwielbiali go także artyści wszelkiej maści. Nie dziwiły więc nikogo odwiedziny tak znakomitych postaci jak Henryk Sienkiewicz czy Ignacy Jan Paderewski.

Konstancin, który w lecie kusił gości kąpielami w czystej wodzie Jeziorki, grą w tenisa czy jazdą konną, także jesienią miał się czym poszczycić. Bywalcy z ochotą siadali przy filiżance aromatycznej kawy w okazałym "Casinie", w którym na głodnych czekała także dobra strawa, a na zmęczonych pokoje gościnne. Niczego w nich nie mogło im zabraknąć, można tu było bowiem wziąć prysznic pod bieżącą wodą, poczytać książkę przy świetle żarówki, a nawet skorzystać z telefonu. Wodociągi, elektryfikacja, łączność - miasto-ogród miało to wszystko!

Jakże odmienny wydał się Hermanowi ten świat przepełniony ćwierkotem ptaków, elegancją i spokojem w odróżnieniu od gwarnego Krakowskiego Przedmieścia, którym codziennie chadzał do redakcji, czy pełnej tytoniowego dymu i podniesionych głosów tajnej siedziby Falangi. W Konstancinie było coś wykwintnego, nie tylko w fasadach starannie otynkowanych i pięknie rzeźbionych willi, nie tylko w dopasowanych kostiumach, sobolowych futrach dam i ich delikatnych parasolkach, lecz także w łagodnych obłokach, które wisiały nad drzewami.

Herman bez problemu odnalazł starą willę o dźwięcznym imieniu Zofia położoną w dużym, starannie wypielęgnowanym ogrodzie, w którym nawet jesienny pejzaż wydawał się przyjazny. Krzaki róż nadal miały drobne kwiaty, choć delikatnie zasuszone, a wielokolorowy dywan z liści przykrywał równo przystrzyżony trawnik niczym barwna kapa. Mężczyzna wszedł przez uchyloną furtkę i kołatką wykończoną mosiężną lwią głową zastukał do drzwi. Wyobrażał sobie, że za chwilę stanie w nich Lucjan, więc pełen napięcia zacisnął dłoń na kastecie ukrytym w kieszeni.

- Słucham? - spytała łagodnie kobieta o srebrzystych włosach, która pojawiła się na progu.

- Dzień dobry. Ja do Lucjana - odpowiedział Herman.

- Kolega? - Kobieta uśmiechnęła się przyjaźnie, a zmarszczki wokół jej oczu ułożyły się w drobną siateczkę. Przygładziła ręką kosmyk, który wymsknął się z niedbale upiętego koka. Chłopak rozpoznał w niej Apolonię, babcię Lucjana.

- Z dawnych czasów. Jeszcze ze szkoły w Jeziornie Oborskiej. - Herman nie potrafił ukryć zdenerwowania.

- Ach, tak? Niestety mam słabą pamięć. - Zrobiła nieokreślony ruch drobną ręką. - To miłe, że przyszedłeś. Wejdź, proszę. Mój wnuk już tu nie mieszka, ale czasem odwiedza starą babcię. Może i dzisiaj wpadnie. Choć pewnie po wczorajszym... - To ostatnie dodała już bardziej do siebie.

Herman się zawahał. Zaskoczył go widok starszej pani, choć przecież konstancińska willa od zawsze należała do jej rodziny. Już w szkolnych czasach miał wrażenie, że kobieta stoi nad grobem, więc był pewien, że dawno temu przeniosła się na tamten świat. Teraz jednak wydawała mu się młodsza niż tamta, którą zapamiętał. A ona nie tylko przed nim stała, lecz na dodatek emanowała łagodnością, która całkowicie zbiła go z tropu.

- Nie chcę przeszkadzać. - Postanowił się wycofać.

Zaraz przyszło mu jednak do głowy, że jeśli teraz odejdzie, nie dowie się, gdzie może znaleźć Lucjana, a ojciec mu tego nie daruje.

- Ależ nie przeszkadzasz, młody człowieku. Przyjaciele mojego Lucka są u mnie zawsze mile widziani. - Kobieta dziarsko złapała Hermana pod ramię i wprowadziła go do dużego hallu, w którym lśniła posadzka wyłożona płytami z białego marmuru.

Chłopak zdziwił się, że starsza pani tak chętnie zaprasza do domu nieznajomego, jednak szybko zrozumiał, że nie jest w nim sama. Uwiarygodnił się pewnie też w jej oczach, wspominając szkołę, do której uczęszczał z Lucjanem, więc uwierzyła, że ma do czynienia ze swoim.

- Wszystko dobrze, madame? - Z kuchni wystawiła głowę tęga kucharka.

- Oczywiście, moja droga. Bądź tak miła i przynieś do salonu jeszcze jedną filiżankę. A, i zabierz płaszcz od gościa! - gospodyni wydała polecenie. - Przepraszam cię, mamy dziś małe zamieszanie, bo dałam prawie całej służbie wychodne - wyjaśniła Hermanowi.

"Służbie!", "wychodne!", żachnął się w myślach chłopak. On i jego ojciec nigdy nie mieli takich problemów. Herman nie zdążył się nawet zastanowić, jak to jest mieć na podorędziu innych, którzy wyręczają nas w codziennych zadaniach, gdy już został wprowadzony do przytulnego i wcale nie tak wielkiego - jak by się spodziewał - salonu, gdzie w świetle mocno rozpalonego kominka ujrzał ładną dziewczynę. Siedziała na brzegu fotela, śnieżnobiałymi palcami przytrzymywała uszko porcelanowej filiżanki i małymi łykami popijała napój. Miała na sobie modną sukienkę o prostym sportowym kroju, z lekko dopasowanym stanikiem i zaszytymi fałdami spódnicy, która dodawała jej dziewczęcej nonszalancji.

- Mario! - zwróciła się do niej gospodyni - To...

- Herman. Herman Mikuła. - Chłopak ukłonił się młodej damie.

- Szkolny kolega Lucja... - Chciała przedstawić go babcia Apolonia, ale nie zdążyła dokończyć, bo dziewczyna weszła jej w słowo:

- Przecież my się doskonale znamy.

Jej perlisty, niezwykle dziewczęcy śmiech wypełnił całe pomieszczenie. Herman miał wrażenie, że rozdzwoniły się dzwoneczki. Spojrzał jednak na dziewczynę z niepewną miną.

- Dziennikarz, nieprawdaż? - Podała mu dłoń, którą on szybko musnął ustami.

- Skąd pani wie? - zdziwił się.

- Lubię być dobrze poinformowana - zaśmiała się znowu, tym razem nieco tajemniczo. - Poza tym mów do mnie po imieniu, tak jak kiedyś.

- Jak kiedyś? - Przyjrzał jej się bacznie. To figlarne spojrzenie, te włosy o lekko rudawym połysku i ten zadarty nosek... Ach tak, znał ją przecież! - Marysia? Ta od łamania stalówek?

- Nareszcie! Myślałam, że aż tak się postarzałam.

- Wybacz, dawno temu straciłem kontakt z wszystkimi z naszej szkoły - próbował się tłumaczyć.

Patrzył na nią zauroczony. Nie mógł uwierzyć, że kuzynka Lucjana tak wypiękniała. Gdy ostatni raz ją widział, była zwykłą szarą myszką w białej bluzce i granatowej spódniczce, która nie zakrywała jej pokancerowanych kolan. Miała palce wiecznie umorusane atramentem, a teraz?! Czy i on mógł się tak zmienić? Tak wyprzystojnieć?

- A ja odwrotnie, staram się mieć na oku dawnych znajomych - rzekła dziewczyna. - Ponoć relacje nawiązane we wczesnej młodości mają wpływ na całe nasze życie.

- Filozof z ciebie, Mario. - Uśmiechnął się do niej.

- Raczej sentymentalna panna. Lubię przechowywać wspomnienia, szczególnie te miłe. - Posłała mu powłóczyste spojrzenie. Miał wrażenie, że coś chce mu przekazać. - I lubię listy, bo to najbardziej szczera forma wypowiedzi.

- Hm, dlatego pewnie wiesz, czym się zajmuję - odgadł.

- Nie powiedziałeś mi jeszcze, Hermanie, co cię do nas sprowadza? - przerwała ich dialog gospodyni.

- Ja...? - Poczuł się zakłopotany. Czy dobrze poinformowana Maria mogła wiedzieć, że przystąpił do Falangi? Odruchowo wytarł dłonie w spodnie, wyczuł w kieszeni wypukłość kastetu. - Piszę artykuł o uzdolnionych ludziach, którzy, mimo że rozpoczęli naukę w czasie wojny lub tuż po niej, to... - zaczął wymyślać naprędce.

- Zdołali się przebić? - dokończyła za niego Maria.

- No właśnie! - ucieszył się, że mu pomogła.

- To miło, że pomyślałeś o Lucjanie. W dzisiejszych czasach mało kto potrafi docenić sztukę. - Babcia uniosła zgrabnie filiżankę do ust. - Zresztą zawsze tak było. Inżynier, lekarz, wojskowy to co innego, ale artysta?

- A przecież nie ma nic piękniejszego niż pasja! - wtrąciła Maria nieco egzaltowanie.

- Dla niektórych to jednak zło. Pewnie słyszałeś już, co przydarzyło się mojemu wnukowi? - Starszej pani wyraźnie zakręciła się łza w oku.

- Co takiego? - Herman pobladł.

To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.

ROZDZIAŁ 1

SPOTKANIE

Parzyce

Zwidy-parzyce

męczą mnie nieznośne.

A to się ze mną

parzą przekomarzą,

a to wejdą w szkodę,

a to w białą pościel.

A co wam po mnie

przeuroczne?

Albo to się wam odwdzięczę?

Ot, zamruczę

niby wyleniały kocur w oknie,

co ślepia przymyka,

żeby zasnąć co prędzej,

albo i umknę,

bo dzień taki popielaty, popielcowy

i nie mam zupełnie ochoty

na długie z parzycami rozmowy.

Włosy gęstą falą opadały w stronę podłogi. Złociste, jakby pociągnięte pędzlem nasączonym miodem. Szczotka, zakupiona za niemałe pieniądze w jednym z najlepszych warszawskich sklepów z wyrobami z włosia, rozczesywała kosmyki. Powoli, starannie, rytmicznymi pociągnięciami, które stanowiły niemal rytuał. Głowa uniosła się, sylwetka wyprostowała, ręka przygładziła fryzurę. Twarz uśmiechnęła się do swojego odbicia w lustrze, ale uśmiech natychmiast z niej zniknął, bo dwudziestoczteroletni Herman przypomniał sobie, że ma przed sobą ważne zadanie i musi zachować koncentrację.

Jego szczupłe dłonie o wyjątkowo białej, delikatnej skórze, powędrowały do guzików piaskowej mundurowej koszuli i sprawnie zapięły wszystkie aż po szyję, następnie zacisnęły na czarnych spodniach pas z koalicyjką, jakby ich właściciel chciał przyodziać pancerz, wbić się w niego, stwardnieć. Tak jak zawsze, gdy wypełniał misję zleconą mu przez ojca, który teraz siedział w drugim pokoju, w fotelu pokrytym mocno przetartym pluszem, z nogą w gipsie wyciągniętą na drewnianym stołeczku, i czytał artykuł w najnowszym numerze tygodnika "Falanga". Ze starego radioodbiornika dochodziły skrzekliwe dźwięki źle ustawionej fali i piosenki To ostatnia niedziela w lirycznym wykonaniu Mieczysława Fogga.

Chłopak energicznie zasznurował wysokie wojskowe buty z grubymi podeszwami, na głowę wcisnął beret i pogłaskał rudego kota, który - nie zważając na jego przygotowania do wyjścia - spał spokojnie na kaloryferze. Kot nie raczył nawet podnieść głowy. Zrobił to natomiast ojciec, gdy poczuł wilgotny odcisk ust syna na swoim czole. Starszy, dobrze zbudowany mężczyzna spojrzał na chłopaka z surowym wyrazem twarzy i poklepał go po plecach szeroką dłonią.

- Daj mu popalić! - I wrócił do lektury.

Herman zatrzasnął drzwi i już po chwili jego szczupła postać rozpłynęła się w mroku warszawskiej ulicy zasnutej wrześniową mgłą roku 1936. Młody mężczyzna nie udał się, jak to miał w zwyczaju, do redakcji gazety, w której od roku pracował jako dziennikarz, lecz ruszył po gładkich kocich łbach w stronę Nowego Światu. Był umówiony niedaleko Chmielnej z trzema kolegami należącymi do Ruchu Narodowo-Radykalnego Falanga, by tego wieczoru dać nauczkę młodemu Izaakowi, który prowadził dobrze prosperujący lombard. Mężczyzn, którzy od dawna pielęgnowali w sobie nienawiść do wyznawców Jahwe, jego prosperity kłuła w oczy.

Herman miał osobiste porachunki z jednym z przedstawicieli żydowskiej braci. By nastroić się dziś właściwie do akcji, co rusz przywoływał w pamięci dzień sprzed sześciu lat, kiedy w drzwiach jego mieszkania stanął roztrzęsiony Samuel, przyjaciel młodszego brata, Zdzisława. Niebieskie oczy trzynastolatka wypełnione były łzami, broda dygotała, jakby nie należała do reszty okrągłej twarzy, a palce dłoni splecione aż do bólu, zsiniały.

- Zdzisio... - wybąkał chłopak.

- Nie ma go w domu - odpowiedział sucho Herman.

Nigdy nie przepadał za kolegą brata. Uważał, że się pyszni, bo jego ojciec ma dwie kamienice i prowadzi na Starym Mieście dobrze prosperującą restaurację, w której podaje się słynne na całą Warszawę gefilte fish i gęsi pipek . Nosi ładne, zawsze starannie wyprasowane ubrania i nieprzyzwoicie drogie buty. Jedną z par, gdy już mu się znudziła, próbował kiedyś sprezentować Zdziśkowi, ale ojciec nie pozwolił mu jej zatrzymać. Uważał, że choć ich sytuacja materialna nigdy nie była łatwa, nie potrzebują łaski, a już na pewno nie od Żyda.

- Ja wiem... On... - Samuel nie potrafił wycisnąć z siebie pełnego zdania.

- Coś się stało? - Do Hermana dotarło w końcu, że chłopak nie przyszedł tu po to, by wyciągnąć na dwór swojego przyjaciela.

- Był wir... wielki... Nie było go wcześniej widać...

- O czym ty mówisz?! - Hermanowi zimny dreszcz przeszedł po plecach.

- Na Wiśle.

- Kąpaliście się?! Przecież ojciec zakazał...

- Ja nie... Tylko Zdzisio.

- Gdzie on jest? - Herman złapał nastolatka kurczowo za ramiona.

- Przepraszam - załkał chłopiec. - Moje ciało... nie chciało mnie słuchać. Zresztą... Nie pływam zbyt... Też bym utonął. - Wytarł nos rękawem, odwrócił się i zbiegł po drewnianych schodach.

Ich trzeszczenie przypominało rytmiczne werble, które wybijają marsz żałobny. Herman stał w drzwiach z kamienną twarzą. Nie wiedział, czy bardziej nienawidzi Samuela, który nie próbował nawet pomóc jego bratu, czy siebie za to, że nie pilnował małolata, mimo że matka go o to prosiła. Zupełnie nie zwrócił uwagi na to, że Zdziś wyszedł z domu. Sąsiadka przyniosła najnowsze numery "Mojej Przyjaciółki" i francuskojęzycznego "Le Jardin des Modes", więc chciał je szybko przejrzeć, zanim odda mamie. Ona leżała w pokoju na łóżku przykryta grubą pierzyną, bo zawsze było jej zimno, nawet w upalne dni. Od miesięcy chorowała na suchoty, a ostatnio jej stan znacznie się pogorszył. Więc jak miał jej przekazać wiadomość otrzymaną od Samuela? Jak miał powiedzieć, że jej ukochany syn...?

Od tamtego dnia Herman jeszcze bardziej nie znosił Żydów. Wychowany przez ojca w duchu ideałów narodowców zafascynowany był wizją wodzowskiej Wielkiej Polski, kreowaną przez antysemitę Bolesława Piaseckiego, którego poznał na obozie studenckim. Choć młodzi ludzie wyznający idee, które sami nazywali totalizmem narodowo-katolickim lub nacjonalizmem chrześcijańskim, byli w ówczesnej Polsce nieliczną grupą, jemu przypadły do gustu modne w niektórych kręgach hasła wiary w obowiązek, hierarchię i solidarność narodową. Jak wszyscy kandydaci na członka Ruchu Narodowo-Radykalnego przeszedł kurs ideowy i zdał egzamin. Następnie szkolił się pod okiem ojca - kierownika sekcji i Mietka - szefa autonomicznej bojówki. Trenował w ukryciu najbardziej skuteczne sposoby walki, ale do tej pory nie dane mu było jeszcze pójść w teren. Dziś zaś miał przeżyć swój chrzest bojowy. Przybrał więc minę groźnego koguta, zagryzł dolną wargę, dłonie zacisnął w pięści, by nikomu nawet nie przyszło do głowy, że podbrzusze ma wrażliwe i miękkie. Bojówka, do której należał, zaplanowała, że dopadnie dziś Izaaka, gdy ten będzie wychodzić z utargiem ze swojego sklepu. To pozwoli bez problemu upozorować napad rabunkowy i sprawi, że wina za okaleczenie ciała lichwiarza, które niewątpliwie będzie musiało nastąpić, spadnie na lokalnych rzezimieszków ze Śródmieścia. Jakież było jednak zdziwienie niedoszłych napastników, gdy okazało się, że lombard żydowskiego przedsiębiorcy zamknięty jest na cztery spusty, a w witrynie wisi kartka, że z powodu choroby właściciela punkt będzie nieczynny do odwołania.

- A niech to diabli! - skrzywił się Herman. - Całe przygotowania szlag trafił!

Jesienny chłód nieprzyjemnie przedarł się przez cienki materiał jego czarnego płaszcza, jakby natura chciała podkreślić fakt, że mimo jego gotowości tego wieczoru nie dane mu będzie się sprawdzić. Czy jednak po to jego grupa z zielonymi opaskami, na których widniała stylizowana ręka z podniesionym mieczem, przywędrowała do centrum, przyniosła ze sobą metalowe pałki i kastety, a jej członkowie wzajemnie zagrzewali się do boju, by teraz potulnie wrócić do domów? O nie! Skoro nie udała się jedna akcja, trzeba było wymyślić drugą i czym prędzej wyładować nagromadzoną w młodych ciałach adrenalinę.

Dlatego Mieczysław, najbardziej rosły i zadziorny spośród kolegów Hermana, dał znak pozostałym, by schowali się za winkiel kamienicy i byli cicho. Choć panujący tego wieczora ziąb nie sprzyjał spacerom, mężczyzna przyuważył dwie osoby, które wyszły z ozdobionego jaskrawym neonem nocnego klubu przy Foksal i z papierosami w dłoniach stanęły w świetle latarni. Ponieważ ich szyje zdobiły boa z białych piór, a na nogach miały wytworne szpilki z lakierowanej skóry, był pewien, że to kobiety. Jednak - o trwogo! - z ich ust wydobył się głośny męski śmiech i siarczyste przekleństwa.

- Cholerne cioty! - Mieczysław splunął na chodnik z obrzydzeniem. - Dalej, dajmy im popalić! - Skinął na swoich kolegów.

Chłopakom nie trzeba było dwa razy powtarzać. Ręce aż same rwały się do bójki, gorąca krew wrzała w żyłach, odkąd tylko się spotkali, cienkie, a zarazem twarde gazowe rurki i lśniące stalą kastety rozpalały im dłonie. Było ich czterech, co oznaczało liczebną przewagę. Wszyscy, oprócz Hermana, ochoczo pognali na drugą stronę ulicy i już po chwili zakłębiło się pod klubem niczym w kurniku. Niech sobie cioty nie myślą, że wolno paradować po ulicach w pończoszkach, gorszyć porządne społeczeństwo!

Wymierzenie kary powinno pójść łatwo, a jednak jeden z napadniętych okazał się nad wyraz zwinny. Okręcił się sam wokół siebie, zawirował i wbił Mieczysławowi ostrze obcasa w górną część stopy, aż ten zawył z bólu na całą okolicę. Przebierańcowi udało się wyrwać z rąk napastnika i już po chwili znalazł się na przeciwległym chodniku, gdzie jednak czekał na niego Herman.

Ten odruchowo zacisnął drobną dłoń na przedramieniu zbiega, dziwiąc się sam sobie, że ma tyle siły i wigoru. Wiedział, że musi capnąć, uchwycić, podstawić nogę, bo przecież inaczej koledzy zwymyślaliby go od łajz i patałachów, a na to nie mógł pozwolić. Wydął więc pogardliwie usta i syknął złowrogo nieznajomemu do ucha, żeby się nie miotał. Przybliżył do niego twarz i... zamarł.

- Lucjan? - wyszeptał z niedowierzaniem.

Pod mocnym makijażem rozpoznał twarz dawnego kolegi, z którym w szkolnych latach kradł może nie konie, ale śliwki z ogrodu sąsiada na pewno. Popatrzył na niego zdziwiony. Kiedyś zdawał mu się męski, nieugięty, nawet gdy był jeszcze chłopcem. Miał wtedy w sobie siłę, jaką Herman sam bardzo chciał dysponować. A teraz? Łaził po ulicach w damskich ciuchach... Obrzydlistwo.

Dawny kolega spojrzał na niego przenikliwie zielonymi oczami i uśmiechnął się blado, trochę ze smutkiem, a trochę ze zdziwieniem, jakby i on nie mógł uwierzyć, że spotykają się w takich okolicznościach. Herman uniósł zaciśniętą pięść i już miał się zamachnąć, a jednak się zawahał i rozluźnił uchwyt. Co jest? Przyszedł tu przecież, żeby bić, żeby pokazać siłę, rozgnieść na miazgę, a jednak wypuścił z rąk chłopaka, bo nie umiał rozpoznać uczuć, które nagle nim zawładnęły.

Ta sekunda wahania wystarczyła, by Lucjan wyszarpnął rękę, okręcił się na pięcie i pognał przed siebie w mrok ulicy. Po chwili zniknął w jednej z bram, nie obejrzawszy się za siebie. Herman zaś stał na chodniku z opuszczonymi wzdłuż ciała rękoma i zdziwieniem wymalowanym na twarzy. Nie podołał, był za miękki? A może wcale nie chciał podołać?

Skulił się, jakby zaraz miały spaść na niego obelgi rzucone przez towarzyszy, oni jednak zajęci byli "zabawą" z drugim z przebierańców. Nieznajomy dostał już chyba za swoje, bo zgięty w pół trzymał się jedną ręką za brzuch, a drugą wycierał krew z pękniętego łuku brwiowego. Stał na chwiejnych nogach w podartych kabaretkach, a obok na trotuarze niczym osierocone zguby leżały jego lśniące szpilki.

- Kopciuszek zgubił pantofelek! - zarechotał jeden z kolegów Hermana i kopnął wytwornego buta w powietrze, aż ten zatańczył hołubca, zanim opadł na bruk.

- Może starczy? - zawołał Herman.

Instynktownie próbował przejąć inicjatywę, zarządzić grupą, by koledzy nie spostrzegli jego słabości. W rzeczywistości przestraszył się, że zjawią się tu zaraz ochroniarze z nocnego klubu, którego drzwi właśnie niepokojąco skrzypnęły. Z lokalu wytoczył się mężczyzna, który nie zwrócił jednak uwagi na stojących na zewnątrz i, podśpiewując coś pod nosem, poszedł przed siebie chwiejnym krokiem. Po chwili przystanął przy latarni, zdjął kapelusz i nisko jej się ukłonił, by znów ruszyć dalej.

- Dobra, wypierdalaj! - Mieczysław rzucił w stronę swojej ofiary i roztarł obolałą pięść, która musiała ucierpieć w walce. - I żeby ci więcej nie chodziły po łbie żadne świństwa!

Nieznajomego nie trzeba było dwa razy żegnać. Drżącymi rękami zebrał z ziemi pantofle, otarł zakrwawione czoło i po chwili już go nie było. Na ulicy zapanowała cisza. Dziwna i obca. Przez chwilę Hermanowi zdawało się, że to wszystko mara, jednak w rękach został mu biały szal ze zwiewnych piór, który zawiesił sobie na szyi niczym łup zdobyty w walce.

- Ha, ha, dobrze ci pasuje - zaśmiał się Mietek.

- Prawdziwa z niego lalunia! - podchwycił Irek, pulchny dwudziestodwulatek. - Pewnie dlatego dał tamtemu zwiać.

- Może się zakochał? - Trzeci z chłopaków udał, że chce szczypnąć Hermana w pośladek, na co pozostali ryknęli śmiechem.

- Spieprzajcie! - odciął się chłopak i rozzłoszczony ruszył Nowym Światem w stronę Krakowskiego Przedmieścia.

Nie wiedział, czy kumple kpią z niego, bo nie wykazał dostatecznej siły, czy może jak zwykle naśmiewają się z jego zbyt łagodnych i delikatnych jak na mężczyznę rysów. Owszem, natura obdarzyła go ładną twarzą, długimi rzęsami tak czarnymi, jakby zostały pociągnięte węglem, szczupłymi dłońmi, ale co miał na to poradzić. Ostatnio myślał nawet o ścięciu włosów, choć ta myśl była dla niego bolesna. Dbał o włosy z troską godną podziwu, systematycznie wcierał w nie żółtko z dwoma łyżkami oleju rycynowego i odrobiną soku z cytryny, tak jak nauczyła go świętej pamięci babcia Irena. Ona jedna zawsze była po jego stronie. Jej nie przeszkadzało, że nosił włosy dłuższe niż inni mężczyźni i lubił zaczesywać je gładko do tyłu. Ojciec natomiast zawsze miał z tym problem i ciągle namawiał go, by dla równowagi zapuścił sobie przynajmniej wąsik, choć wiedział, że syn nie znosi zarostu.

Ojciec nie tylko nie lubił wyglądu syna, lecz także jego imienia, które dano mu na chrzcie. Józef zajęty w czasach narodzin pierwszego dziecka pracą w majątku rodziny Potulickich w Konstancinie, gdzie był rządcą, nie przypilnował sprawy i potem ciągle musiał się krzywić. Staś, Stasio, Stasieczek nie pasowało do chłopaka, który miał być twardy. Twardy i niezłomny, bo takie były czasy. Polska potrzebowała ludzi, którzy będą za nią walczyć i na każdym kroku udowadniać, na co stać jej naród. Dlatego Józef Mikuła od małego wołał na syna Herman. Miał nadzieję, że imię, które wywodziło się od słowa "wojownik", nada mocy jego synowi, bo przecież właśnie na wojowników kształtował swoich chłopaków.

A Herman? Zdawał się jedynie zbędnym elementem nocnego pejzażu. Zerwał z szyi długie boa i cisnął je do kosza pod jednym ze sklepów na Nowym Świecie. Białe pióra smętnie zwisały z pojemnika, jak złamane skrzydło anioła.