Rozdział 1
Teraz jest panem.
Od 2 grudnia 1805 roku - kiedy to sławne potem słońce Austerlitz wzeszło
nad zamarzniętymi stawami, w których mieli się potopić rosyjscy
żołnierze, nieudolni sojusznicy pokonanej armii austriackiej - Napoleon
powtarza to sobie stale: jest panem.
W sobotę 28 grudnia 1805 roku wyjeżdża z pałacu Schönbrunn koło Wiednia
i kieruje się w stronę Monachium. Dzisiejszą noc Napoleon spodziewa się
spędzić w opactwie Melk. Siedzi w toczącej się szybko berlinie z nogami
okrytymi futrem.
Jest panem.
Od czasu do czasu przez okna powozu dostrzega sylwetki kawalerzystów
eskorty. I jakby wybijane obrotami kół przypominają mu się słowa
proklamacji, którą wygłosił w dniu zwycięstwa: "Żołnierze, jestem z was
zadowolony. Potwierdziliście w dniu bitwy pod Austerlitz wszystko, czego
się spodziewałem po waszej nieustraszoności. Okryliście swe orły
nieśmiertelną chwałą. Mój lud powita was z radością, wystarczy, że
powiecie: "Walczyłem pod Austerlitz", a usłyszycie: "Oto bohater"".
Jest panem.
Wydaje mu się, że nie ma rzeczy niemożliwych. Jak powiedział do
żołnierzy: rozbił bądź rozproszył stutysięczną armię dowodzoną przez
cesarzy Austrii i Rosji. A król Prus uniknął natarcia uszu tylko
dlatego, że po Austerlitz sam wolał się poddać bez walki.
Napoleon jest panem.
Przyjął Talleyranda w pałacu Schönbrunn. Minister spraw zagranicznych
przywiózł postanowienia traktatu preszburskiego, który sankcjonuje
porażkę Austrii i likwiduje jej wpływy w Niemczech.
- Sire - powiedział swym piskliwym głosem Talleyrand - możesz
rozporządzać wszystkim, co dzięki zwycięstwu jest twoje, ale przecież
jesteś wspaniałomyślny.
Przeglądając klauzule traktatu, Napoleon stwierdził, że Talleyrand z własnej inicjatywy zmniejszył kontrybucje, których żądano od Wiednia.
- Podpisał pan w Preszburgu, panie de Talleyrand, traktat, który mnie
bardzo ogranicza - rzekł cesarz, ciskając tekst traktatu na ziemię. Jest
panem, Talleyrand powinien to zrozumieć.
Minister, jak często w takich sytuacjach, ukrył się za maską
grzeczności, przywołał na pomoc swą przebiegłość, pochlebstwa i argumenty.
- Cieszyłem się myślą - rzekł - że to ostatnie zwycięstwo Waszej
Cesarskiej Mości pozwoli zapewnić spokój w Europie i chronić świat
cywilizowany przed inwazjami barbarzyńców.
Napoleon wysłuchał go, patrząc w ogień rozjaśniający boazerie i olbrzymie tapiserie Schönbrunn.
- Wasza Cesarska Mość może teraz złamać monarchię austriacką - podjął
Talleyrand. - Albo ją podźwignąć. Jeśli zostanie ostatecznie zniszczona,
to Wasza Cesarska Mość nie zdoła zebrać jej rozproszonych szczątków i utworzyć z nich jednorodnej całości. Tymczasem istnienie takiej całości
jest konieczne dla przyszłej obrony cywilizowanych narodów. Austria
niezbędnym i skutecznym przedmurzem przed barbarzyńcami.
Napoleon nie odpowiedział. Jest panem.
Później w swej berlinie pomyślał, że od wielu lat nie miał takiego
poczucia niezależności, panowania nad swoim losem oraz losami cesarstw.
Austerlitz było jego prawdziwą sakrą cesarską, tak jak pięć lat
wcześniej, po bitwie pod Marengo 14 czerwca 1800 roku, stwierdził, że
dopiero to zwycięstwo zapewniło mu władzę pierwszego konsula, która
byłaby zagrożona w razie porażki na równinach Włoch. A cóż byłaby warta
jego korona cesarska, gdyby pod Austerlitz to Austriacy wraz z Rosjanami
pokonali Wielką Armię?
Jego korona potoczyłaby się na ziemię.
Ale odniósł zwycięstwo. Jest panem. I tak samo jak Karol Wielki może,
jeśli tylko zechce, kształtować Europę według swego upodobania.
Marzy. Powóz unosi go w kierunku Monachium.
31 grudnia 1805 roku przybywa do stolicy Bawarii. Jest zimno. Pada
deszcz. Berlina mija surową fasadę pałacu królewskiego, którą
przyozdabia jedynie posąg Madonny. Żołnierze gwardii otwierają bramy z brązu i o godzinie pierwszej czterdzieści pięć powóz wjeżdża do środka.
Wolno przemierza cztery dziedzińce, okrąża fontanny i w końcu zatrzymuje
się na podjeździe, z którego można się udać do apartamentów.
Spieszą oficerowie. U szczytu schodów stoją dwórki cesarzowej.
Napoleon wysiada, rozgląda się dookoła. Przypomina mu się ostatni list,
jaki napisał do Józefiny. Było to 20 grudnia w Schönbrunn. Nic nie było
jeszcze rozstrzygnięte. Austria rozważała klauzule traktatu. Skreślił
swym nierównym pismem kilka linijek do żony:
"Nie wiem, co zrobię, jestem zależny od wydarzeń; nic nie postanowiłem;
oczekuję na to, co przyniosą wypadki. Zostań w Monachium, baw się; to
nietrudne, kiedy ma się wokół tyle miłych osób i jest się w tak pięknym
kraju. Co do mnie, to jestem dosyć zajęty. W ciągu kilku dni wszystko
się zadecyduje. Żegnaj, moja przyjaciółko, tysiąc miłych i czułych
pozdrowień".
Wydarzenia wszystko rozstrzygnęły. Podpisano traktat. Jest panem.
Wstępuje na schody. Wszyscy się kłaniają. Widzi w spojrzeniach
mieszaninę podziwu i służalczości, a może także po raz pierwszy trwogi.
Jakby olśniewające zwycięstwo nad koalicją Wiednia i Petersburga
ukazało, że należy on do uświęconej rasy tych, którym nic się nie może
oprzeć.
Przemierza szybko przedpokoje, salę audiencyjną, zapuszcza się w galerię
ozdobioną ciemnymi obrazami szkoły włoskiej i flamandzkiej, po czym
wchodzi do sypialni. Józefina stoi oparta o wielkie złocone łoże.
Nie widział jej od wielu tygodni. Ona nawet do niego nie pisała.
Zbeształ ją za to listownie: czy świetne uroczystości w Badenii, w Stuttgarcie i Monachium kazały jej "zapomnieć o biednych żołnierzach
pokrytych błotem i krwią"? "Wielka Cesarzowo, ani jednego listu od
Ciebie. Racz, Pani, z wysokości swego stanowiska spojrzeć na swych
niewolników".
Powabna i zarazem postarzała uśmiecha się zaciśniętymi ustami, by nie
odsłaniać sczerniałych i zepsutych zębów. Na jego widok jednak i ona
składa ceremonialny ukłon, choć nieco nonszalancki i ironiczny.
Jest panem.
Wszyscy muszą o tym wiedzieć i się z tym pogodzić. To on decyduje i muszą go słuchać. Czuje się silny, zdolny zdziałać cuda, które uczynią
go Karolem Wielkim czwartej dynastii. W tym celu musi skupić państwa
Europy wokół siebie i swojej rodziny. Uczynić swych bliskich królami.
Gdyby miał syna...
Ale go nie ma.
6 stycznia w operze monachijskiej, gdy na scenie śpiewacy wykonują
Łaskawość Tytusa, Napoleon nie pozwala się porwać muzyce Mozarta.
Ukradkiem spogląda na Józefinę. Nie mogła dać mu potomka, którego tak
bardzo pragnął, syna tak potrzebnego, by założyć cesarską dynastię -
inaczej całe jego dzieło rozpadnie się w dniu jego śmierci. Dlaczego gdy
tylko uda mu się osiągnąć szczyt, natychmiast pojawia się przed nim nowe
wyzwanie?
Nachyla się ku Józefinie. Postanowił, mówi, jak najwcześniej zaaranżować
małżeństwo Eugeniusza, syna Józefiny, z Augustą, córką króla Bawarii.
Będzie to pierwszy węzeł w tej sieci, którą wzorem Karola Wielkiego
spodziewa się utkać od jednego krańca Europy do drugiego. Zaadoptuje
Eugeniusza, wyłączając go z sukcesji tronu francuskiego. A później
osadzi na tronach Europy swych braci. W Neapolu może Józef? Trzeba
skończyć z tymi Burbonami, parą królewską Neapolu, która paktuje z Anglikami. Czyż królowa Neapolu, Maria Karolina, nie jest siostrą Marii
Antoniny? Czy nie oświadczyła ambasadorowi Francji, że pragnie, by
królestwo Neapolu było zapałką, która wywoła pożar niszczący cesarstwo
Francji? Przekona się, że od zabawy z ogniem można sobie poparzyć palce.
Napoleon wstaje. Nie czekając na koniec opery, powraca do pałacu
królewskiego. Musi działać szybko. Czasu jest zawsze za mało. Pisze
listy. Do Eugeniusza de Beauharnais, nakazując mu stawić się pilnie w Monachium. Wymusza na królu Bawarii zgodę na małżeństwo. Ma on hojnie
wyposażyć swą córkę. Nazajutrz po zaślubinach Augusta Bawarska otrzyma
50 000 florenów, ma także obiecane 100 000 franków rocznie na swoje
wydatki osobiste oraz majątek ziemski wart 500 000 franków w razie
śmierci męża.
Eugeniusz, wicekról Włoch, stawia się u cesarza. Ma długie, podkręcone
wąsy pułkownika strzelców gwardii. Napoleon szczypie go w ucho, klepie
lekko po plecach - to jego zwykłe oznaki serdeczności. Trzeba będzie,
mówi cesarz, przyciąć te zbyt długie wąsy, aby spodobać się Auguście. To
rozkaz.
Jest przecież panem.
Zwierza się Cambacér?sowi, że opóźni o kilka dni przybycie do Paryża,
chcąc doprowadzić do końca sprawę małżeństwa Eugeniusza i Augusty. "Te
dni będą się dłużyć memu sercu - mówi - ale po tym, jak bezustannie
oddawałem się obowiązkom żołnierza, odczuwam miłe odprężenie, zajmując
się drobiazgami i obowiązkami ojca rodziny".
13 stycznia 1806 roku o pierwszej po południu w wielkiej galerii pałacu
królewskiego Napoleon uczestniczy w oficjalnym podpisaniu kontraktu
małżeńskiego. Nazajutrz o siódmej wieczorem w kaplicy królewskiej bierze
udział w ceremonii zawarcia ślubu kościelnego i w uroczystej mszy
dziękczynnej, po których następuje bankiet. Józefina promienieje u boku
króla Bawarii. Jest jeszcze piękna. Napoleon podaje ramię Auguście.
- Kocham panią jak ojciec - mówi do niej - i liczę na to, że pani będzie
mnie kochała jak córka.
Małżonkowie muszą się udać do Włoch.
- Niech pani dba o siebie w podróży i tam na miejscu, w nowym otoczeniu,
proszę dużo wypoczywać - szepcze Napoleon. - Proszę pamiętać, że nie
chcę, aby pani chorowała.
Po bankiecie Napoleon usuwa się do gabinetu.
Zmęczony hałaśliwym przepychem uroczystości, blaskiem sukni i mundurów,
czarem urody kobiet, wdziękiem Augusty i radością Eugeniusza de
Beauharnais, odnajduje tu ciszę nocy. Kocha swego pasierba, teraz
przybranego syna. Dzięki temu małżeństwu ustanowiona została pierwsza
więź z rodami panującymi Europy.
Ojciec Augusty, król Bawarii Maksymilian I Józef, jest z rodu
Wittelsbachów, spokrewnionych ze wszystkimi dynastiami Europy.
Jak inaczej mogę zapewnić przyszłość mojej dynastii, wywodzącej się z rewolucji, jeśli nie przez związanie jej z rodzinami królewskimi,
posiadającymi legitymację, jaką daje upływ wieków? Muszę wejść do tych
rodzin, choćbym miał forsować ich bramy siłą moich wojennych zwycięstw!
Niektórzy jednak nie rozumieją jego zamysłów.
Napoleon znajduje na stole list od Murata, niewątpliwie podyktowany
przez jego żonę Karolinę, siostrę cesarza.
"Wynosząc Cię na tron - pisze Murat - Francja chciała znaleźć w Tobie
przywódcę ludu uhonorowanego tytułem, który stawiałby go ponad
wszystkich innych władców Europy. Dzisiaj składasz hołd obcym tytułom,
które nie są Twoje, które stoją w sprzeczności z naszymi. W ten sposób
pokażesz tylko Europie, jak wielką wagę przywiązujesz do tego, czego
brakuje nam wszystkim: świetności urodzenia".
Waleczny Murat oraz ambitna i zazdrosna Karolina sprzeciwiają się zatem
mojej strategii - z przywiązania do zasad rewolucyjnych, z niepokoju czy
ze złości? Co za różnica! To ja jestem panem.
"Drogi książę Murat - odpowiada Napoleon - zawsze patrzę na Pana z ufnością, kiedy stoi Pan na czele mojej kawalerii. Tutaj jednak nie
chodzi o działania wojskowe, lecz o akt polityczny, i dobrze to
przemyślałem. Małżeństwo Eugeniusza i Augusty Ci się nie podoba. Mnie
ono odpowiada i uważam je za wielki sukces, równy zwycięstwu pod
Austerlitz".
Jest panem.
A to małżeństwo jest dopiero pierwszym ruchem pionka na szachownicy.
Myśli o zjednoczeniu Holandii, Szwajcarii i Włoch. "Moje sfederowane
państwa - mruczy - a tak naprawdę cesarstwo francuskie".
Postanawia, że Kodeks cywilny będzie stosowany w królestwie Włoch. Czyż
nie był koronowany na króla Włoch w Mediolanie? Czy Eugeniusz nie jest
wicekrólem Włoch?
19 stycznia 1806 roku proponuje Józefowi, swemu starszemu bratu, koronę
królestwa Neapolu. Wojska francuskie mają zająć królestwo. Burbonowie
uciekają na Sycylię. Tam chroni ich flota angielska.
We Włoszech został już tylko jeden wrogo nastawiony władca: papież Pius
VII. Pisze on do Napoleona, aby wyrazić oburzenie z powodu zajęcia
papieskiej Ankony przez żołnierzy francuskich.
"Uważałem się - odpowiada Napoleon - za obrońcę Stolicy Apostolskiej.
Uważałem się, podobnie jak moi poprzednicy z drugiej i trzeciej
dynastii, za najstarszego syna Kościoła, jedynego, którego miecz zdolny
jest Go ochronić i obronić przed zbrukaniem przez schizmatyków i muzułmanów".
Dlaczego papież tego nie rozumie?
Napoleon oburza się. Do swego wuja kardynała Fescha, który jest jego
przedstawicielem w Rzymie, mówi: "Jestem religijny, ale bynajmniej nie
jestem bigotem. Papież napisał do mnie list naprawdę śmieszny i szalony". Napoleon grzmi, Pius VII musi się ugiąć.
"Dla papieża - dodaje cesarz - jestem Karolem Wielkim, ponieważ tak jak
Karol Wielki połączyłem koronę Francji z koroną Longobardów, a moje
Cesarstwo graniczy ze Wschodem. Spodziewam się więc, że papież uzgodni
ze mną swoje postępowanie z tego punktu widzenia. Zachowam wszelkie
pozory, jeśli będzie się dobrze sprawował, w przeciwnym razie sprowadzę
papieża do roli biskupa Rzymu. Nie ma w istocie nic bardziej
niedorzecznego niż kuria rzymska".
Jestem panem.
Rządzić znaczy być nieubłaganym. Żadnej litości. Żadnych wahań.
Generałowi Junotowi, który mianowany został gubernatorem Parmy i Piacenzy, radzi: "Spokoju we Włoszech nie utrzymuje się za pomocą
frazesów. Niech Pan robi tak, jak ja robiłem w Binasco1: niech
Pan spali dużą wioskę; niech Pan rozstrzela tuzin buntowników i sformuje
lotne oddziały, które będą chwytać bandytów, dając przykład mieszkańcom
tego kraju".
Józef, wykrętny i niezdecydowany Józef: czy będzie umiał się wykazać
stanowczością? Napoleon wzywa Miota de Melitto, który razem z nowym
królem wyrusza do Neapolu.
- Powie pan mojemu bratu Józefowi - przykazuje mu surowo - że czynię go
królem Neapolu, ale najmniejsze wahanie, najmniejsza niepewność zgubi go
całkowicie. Żadnych półśrodków, żadnej słabości. Chcę, żeby mój ród
rządził w Neapolu tak samo długo jak we Francji. Królestwo Neapolu jest
mi bezwzględnie potrzebne. - Napoleonowi przypominają się wahania brata
w chwili koronacji cesarskiej, jego odmowa przyjęcia tytułu wicekróla
Włoch, zazdrość starszego brata o sławę młodszego. - Wszelkie uczucia
muszą teraz ustąpić racji stanu - ciągnie. - Za krewnych uważam jedynie
tych, którzy mi służą... Sam decyduję o tym, kto jest moim dzieckiem. Nie
mogę już dłużej mieć krewnych pozostających w cieniu. Ci, którzy nie
wzniosą się wraz ze mną, przestaną być moją rodziną. Tworzę rodzinę
królów, czy raczej wicekrólów.
Kilka dni później Napoleon otrzymuje list od Józefa, króla Neapolu.
"Raz na zawsze - pisze brat - mogę zapewnić Waszą Cesarską Mość, że
wszystko, co zrobisz, uznam za właściwe. Proszę działać jak najlepiej i dysponować moją osobą tak, jak uznasz za najodpowiedniejsze dla siebie i dla państwa".
Napoleon naprawdę jest panem.
Podczas kampanii włoskiej (wszystkie przypisy pochodzą od autora). [wróć]
Rozdział 2
W piątek 17 stycznia 1806 roku, gdy zapada noc, wyjeżdża z Monachium. W powozie przy migotliwym świetle lampek olejnych czyta depesze. Nie
wysiada podczas wymiany koni na postojach. Obgryza udko kurczęcia na
zimno, popija chambertinem ze srebrnego kubka. Rozmyśla o tym, że dużą
część swego życia spędził w drodze, na koniu albo w jednej ze swych
berlin, których kołysanie wcale mu nie przeszkadza. Przeciwnie, uwielbia
to poczucie ruchu, długie etapy, czasem nawet czterdziestogodzinne,
dzięki którym fizycznie doświadcza swego panowania nad ludźmi i państwami.
Muszą go widzieć wszędzie tam, gdzie rządzi.
Gdy w sobotę 18 stycznia o szesnastej przybywa do Stuttgartu, przyjmuje
go król Wirtembergii i jako gospodarz czyni honory domu.
Wszędzie w salonach i galeriach Napoleona witają zgięci w ukłonach
mężczyźni i kobiety, spojrzenia są zaciekawione i uległe. Wystarczy.
Napoleon wydaje polecenia: jutro, w niedzielę, weźmie udział w przedstawieniu teatralnym; w poniedziałek o ósmej będzie polował w lasach w okolicy Stuttgartu i życzy sobie, aby król mu towarzyszył.
Usuwa się do gabinetu, który mu przygotowano. Przybyli bowiem kurierzy z Paryża.
Sercem cesarstwa jest Paryż. Tam się wszystko rozstrzyga. Jeśli odnosi
zwycięstwa, to również po to, aby wiedziano tam, że jest niezwyciężony.
Opinia publiczna w Paryżu jest bowiem kapryśna. Paryża nie można podbić
raz na zawsze.
Najpierw Napoleon otwiera depesze ministra policji.
"Sire - pisze Fouché - Austerlitz wstrząsnęło starą arystokracją.
Faubourg Saint-Germain już nie konspiruje". Szlachta ancien regime'u z niecierpliwością czeka na powrót cesarza, aby pospieszyć do Tuileries w charakterze petentów. Pragną tytułów, stanowisk, zaszczytów, korzyści.
Napoleon składa list Fouchégo.
Oto, jacy są ludzie. Któż się oprze magnetyzmowi zwycięskiej władzy?
W poniedziałek rano w lasach nad Neckarem cwałuje przed królem
Wirtembergii i pozostałymi jeźdźcami, strzelcami gwardii i szlachtą
zaproszoną na polowanie. Otula go lodowata mgła, koń chwilami staje
dęba, lecz Napoleon mocno trzyma wodze. Kiełzna rumaka tak samo, jak
ujarzmia historię.
W południe wyrusza do Karlsruhe, potem przejeżdża przez Ettlingen,
Rastatt, Lichtenau, i w końcu dociera do Renu. Każe zatrzymać berlinę.
Po drugiej stronie rzeki widzi światła Strasburga.
Patrzy na rzekę, jaśniejszą smugę w mroku. Ren od swych źródeł aż po
ujście musi być granicą cesarstwa, a na jego prawym brzegu powinna
powstać wielka konfederacja sprzymierzonych państw, które będą chronić
cesarstwo. Na ich czele postawi władców, książąt, których będzie
protektorem, oni zaś będą dostarczać żołnierzy i pieniędzy. W ten sposób
zarysuje się nowa mapa Niemiec, nowe oblicze Europy, która potwierdzi
to, co się zaczęło z rewolucją, i odnowi pozostałości imperium Karola
Wielkiego.
Trzeba będzie sprawić, by wszyscy w Wiedniu, Berlinie, Petersburgu,
Londynie, Rzymie zgodzili się na to. "Jestem Karolem Wielkim, mieczem
Kościoła, jego Cesarzem" - tak napisał do papieża. A jeśli Pius VII tego
nie zaakceptuje, to on, Napoleon, "sprowadzi go do stanu, w jakim było
papiestwo przed Karolem Wielkim". Inni władcy będą musieli się
podporządkować.
Napoleon wsiada do powozu.
W środę 22 stycznia 1806 roku o osiemnastej wjeżdża do iluminowanego
Strasburga. Żołnierze oddają mu honory i krzyczą wraz z tłumem: "Niech
żyje cesarz!".
Wkracza do pałacu Rohan, gdzie spędził ostatnie dni września 1805 roku.
Przystaje na chwilę w wielkiej galerii, gdzie zwierciadła odbijają jego
postać.
Przypomina mu się, jak we wtorek 1 października 1805 roku wyjechał ze
Strasburga. Wcześniej przyjął defiladę gwardii cesarskiej, która w drodze do Niemiec w ulewnym deszczu przekraczała Ren na moście w Kehl.
Minęły zaledwie trzy miesiące. Rozbił trzecią koalicję złożoną z najpotężniejszych państw Europy. Przekonał się, że jest nie tylko
cesarzem Francuzów. Od tej pory jest cesarzem królów.
Wchodzi na kilka stopni, odwraca się do swoich adiutantów i generałów
stłoczonych w galerii. W piątek, mówi, przyjmie defiladę wojsk. Wyjedzie
ze Strasburga w sobotę, aby znaleźć się w Paryżu w niedzielę 26
stycznia. Nie może się doczekać powrotu do swego gabinetu w Tuileries,
przejrzenia dokumentów posegregowanych przez urzędników ministerstw i zamkniętych w schowkach, do których klucz nosi przy sobie.
- Jestem urodzony i stworzony do pracy - mówi do Ménevala, który w jednej z komnat pałacu przedkłada mu najnowsze depesze z Paryża.
Napoleon gestem każe je odczytać i gdy sekretarz odpieczętowuje
przesyłki, sam zasiada przed kominkiem.
Wysłuchuje raportu ministra skarbu Barbé-Marbois'go, z którego dowiaduje
się o trudnościach finansowych. Unosi się gniewem, wyciąga z kieszeni
wąski arkusz papieru, na którym wypisuje dane liczbowe dotyczące tego,
co nazywa "fortuną Francji", finansów publicznych i prywatnych.
- Co to jest? - wykrzykuje.
Trzeba znaleźć pieniądze na wypłatę żołdu za dwa tygodnie dla gwardii
cesarskiej. Także Wielka Armia w Niemczech musi otrzymać pieniądze. To
jest najważniejsze. Co zrobili wobec tego ci kupcy, którzy mieli
zaopatrywać armię: Ouvrard, Desprez, Vanlerberghe. Zainkasowali
niezbędne fundusze i nie wywiązali się ze swych zobowiązań?
- Co z tym Barbé-Marbois? Łajdactwo można jakoś wytłumaczyć, głupoty
nie.
Napoleon niecierpliwi się, popędza Ménevala. Zaraz w poniedziałek w Paryżu, mówi, będzie przewodniczył posiedzeniu Rady Stanu i ureguluje te
kwestie finansowe.
- Trzeba - grzmi - aby panowie Desprez, Vanlerberghe i Ouvrard oddali mi
wszystko, co posiadają, albo wsadzę ich do Vincennes!
Odsyła Ménevala, który przed odejściem czyta jeszcze list arcybiskupa
Besançon, Le Coza: "Jest Pan - pisze dostojnik - najdoskonalszym
bohaterem, jakiego stworzył do tej pory Pan Bóg".
Napoleon zatrzymuje sekretarza.
- Czy dobrze wykonano moje rozkazy? - pyta.
Jeszcze w Schönbrunn rozkazał, aby sztandary zdobyte na nieprzyjacielu
zostały odesłane do Paryża, gdzie miały być pokazane ludowi, a następnie
zawieszone pod sklepieniem Notre Dame.
Méneval przegląda depesze. Lud powitał sztandary, okazując szaloną
radość - donoszą informatorzy policji.
Arcybiskup Paryża oświadczył, że sztandary te są świadectwem "Bożej
opieki nad Francją, zdumiewających sukcesów naszego niezwyciężonego
cesarza i hołdu, jaki składa on Bogu ze swoich zwycięstw".
Podczas czytania tych słów do komnaty wchodzą Rustan i Constant.
Informują, że kąpiel cesarza jest już gotowa. Pomagają mu się rozebrać.
Napoleon rozdaje im szturchańce, szczypie ich w uszy.
Jest szczęśliwy. Paryż czeka na niego.
W niedzielę 26 stycznia 1806 roku o godzinie dwudziestej drugiej
cesarska berlina zatrzymuje się na dziedzińcu Tuileries. Gwardia
prezentuje broń, podchodzi wielki marszałek pałacu Duroc. Wchodząc po
stopniach schodów, Napoleon wydaje rozkazy. Chce się spotkać z arcykanclerzem Cambacér?sem, zwołać Radę Stanu, porozmawiać z jej
członkiem Mollienem i przyjąć ministra skarbu.
Później w swoim gabinecie, gdy znajduje się sam z Constantem, rzuca
nazwisko Éléonore Denuelle de La Plaigne. Spogląda na zegar. O północy -
mówi. A teraz, niech mu napełnią wannę.
Przypomina mu się ciało tej dziewiętnastoletniej dziewczyny, wysokiej, z czarnymi włosami okrywającymi ramiona i sięgającymi aż do pasa, jej
smagła skóra. Éléonore jest smukła, żywa i uległa. Napoleon dobrze wie,
że Karolina Murat przedstawiła mu ją po to, aby ją wyróżnił. Nazbyt
dobrze wie, jak zazdrosna jest jego siostra o Józefinę. Zna jej
zręczność w dokuczaniu tej "starej" - jak nazywa cesarzową, zbyt dobrze
zna jej bezgraniczną ambicję i nadzieję, że brat się rozwiedzie, aby
wierzyć, że poznanie Éléonore pod okiem Karoliny mogło być przypadkowe.
Ale co za różnica, jakie były intencje Karoliny Murat! Éléonore ma
młodzieńczą świeżość. I właśnie jej pragnie w ten wieczór powrotu do
Paryża, aby pieszcząc te młodzieńcze kształty, uczcić swoje zwycięstwo i wigor. Przecież nie skończył jeszcze trzydziestu siedmiu lat.
Słyszy kroki Éléonore Denuelle w "czarnym korytarzyku". Jak zawsze jest
punktualna.
Napoleon wchodzi do salonu, ona składa ukłon.
- Sire...
Bierze ją w ramiona, szczypie, pociąga za sobą. W miłości, tak jak na
wojnie, nie lubi długiego oblężenia, lecz zwycięski szturm. Éléonore się
poddaje. Napoleon prostuje się, śmieje, głaszcze jej policzek i powraca
do swego gabinetu.
Na stole pod oknem znajduje tylko jedną depeszę. Musiano ją przynieść w czasie, gdy był z Éléonore w przyległym pokoju. Jest to list od
Fouchégo. Według przybyłego właśnie z Londynu podróżnego - informuje
minister policji - William Pitt, wielki przeciwnik Napoleona, wrogi
wszelkim inicjatywom pokojowym, zmarł 23 stycznia w swojej willi w Putney. Tonąc w długach, przygnębiony zwycięstwem Francji pod
Austerlitz, tuż przed śmiercią kazał zdjąć ze ściany swego pokoju mapę
Europy. "Zwińcie tę mapę, nie będzie nam potrzebna przez najbliższe
dziesięć lat. Moja ojczyzna! W jakim stanie zostawiam moją ojczyznę!" -
miał powiedzieć.
Stanowisko ministra spraw zagranicznych objął Charles James Fox.
Napoleon chodzi nerwowo po gabinecie. Jakby przeznaczenie dawało mu
znak, usuwając przeszkody z jego drogi i ofiarowując mu nareszcie
możliwość zawarcia pokoju.
Przechodzi do pokoiku służącego mu za gabinet map. Na stole rozłożona
jest wielka mapa Europy. Kładzie na niej rozczapierzone dłonie. Pragnie
pokoju z Anglią, ale trzeba go narzucić siłą: kontrolując kontynent,
zamykając porty dla angielskich towarów i żądając od wszystkich państw,
aby zakazały handlu angielskimi towarami.
Przesuwa się wokół stołu. Na południu prawe skrzydło cesarstwa tworzą
Włochy. Józef jest królem Neapolu. Elizę uczyni wielką księżną, której
przypadną terytoria Massy i Carrary, a potem może także Toskania.
Paulinie Bonaparte, księżnej Borghese, odda księstwo Guastalli, tę
twierdzę nad Padem. Ze dwadzieścia księstw zarezerwuje na lenna dla
swoich najbardziej zasłużonych ludzi: Talleyrand zostanie księciem
Benewentu, Fouché księciem Otranto, a Bernadotte - ponieważ jest mężem
Désirée Clary i można mu z tego powodu nie pamiętać jego rezerwy,
wyglądającej czasami na zdradę - zostanie księciem Pontecorvo.
Napoleon się prostuje. Palec przesuwa z Włoch na północ.
Berthiera uczyni księciem Neuchâtel, Murata wielkim księciem Bergu i Kliwii. Król Bawarii już jest sprzymierzeńcem dzięki małżeństwu swojej
córki Augusty z Eugeniuszem. Wystarczy stworzyć Związek Reński,
skupiający innych książąt niemieckich. A dalej na północ lewe skrzydło
cesarstwa, Holandia, zostanie oddane Ludwikowi, owemu nieznośnemu i zazdrosnemu bratu, który może znajdzie tam okazję, aby okazać
wdzięczność. W ten sposób jego żona Hortensja de Beauharnais zostanie
królową Holandii.
Napoleon opuszcza gabinet map. Być może zanim to, co właśnie zaplanował,
stanie się rzeczywistością, upłyną tygodnie, a nawet miesiące. Ale
pewien jest, że tak się stanie, ponieważ tak być musi, odpowiada to
interesowi ludów. Rozum nakazuje takie właśnie rozwiązanie, które
doprowadzi do końca dzieło zapoczątkowane przez Konwent. Rewolucja
otworzyła drogę. On ją przedłuży i sprawi, że ten projekt stanie się
możliwy: wystarczy związać Kodeks cywilny z monarchią, zachować formy
dynastyczne, przekształcając zarazem społeczeństwo, by zrodziła się nowa
Europa.
To właśnie robi i tego pragnie: stawiać fundamenty. Jest założycielem
nowej dynastii, czwartej od czasów Karola Wielkiego.
W następnych dniach z radością odnajduje dawny rytm swoich zajęć. Praca
od siódmej, potem polowanie, czasem w Lasku Bulońskim albo w lasach
Marly czy wokół zamków Saint-Cloud i Malmaison. Przewodniczy
posiedzeniom Rady Stanu, wydaje liczne przyjęcia, audiencje dla
dyplomatów, poznaje nowego ambasadora Austrii Metternicha, człowieka
trzydziestopięcioletniego, który przez powinowactwo jest wnukiem
kanclerza Kaunitza.
Poseł wydaje mu się inteligentny, przenikliwy, otwarty, być może jest
zwolennikiem przymierza z Francją - zgodnie z linią kanclerza Kaunitza.
Na jednej z audiencji Napoleon ujmuje go pod ramię, wypytuje.
Metternich, który odbył część studiów w Strasburgu, doskonale mówi po
francusku. W stolicy Alzacji przeżył wydarzenia rewolucji, wyjaśnia, i do dzisiaj jest nimi przerażony.
- Chcę połączyć przeszłość z teraźniejszością - mówi Napoleon -
przestarzałe przesądy z instytucjami naszej epoki.
Czy Metternich rozumie? Do tego potrzeba pokoju, kontynuuje cesarz.
Pokój jest możliwy. On go pragnie. Tyle ma przecież rzeczy do zrobienia.
Odwiedza plac robót, które kazał podjąć w Luwrze. Potwierdza swą decyzję
wzniesienia na płacu Vendôme kolumny wzorowanej na kolumnie Trajana w Rzymie oraz łuku triumfalnego na placu Carrousel - oba monumenty na
cześć Wielkiej Armii. Drugi łuk triumfalny każe wznieść na szczycie Pól
Elizejskich. Kamień węgielny pod ten łuk położy osobiście 15 sierpnia -
w dniu obchodzonym w całym cesarstwie jako dzień Świętego Napoleona.
Doświadcza radości zarówno intelektualnej, jak i fizycznej, gdy
decyduje, by budować, urządzać fontanny w różnych dzielnicach Paryża,
przerzucić przez Sekwanę nowy most, uporządkować nabrzeża rzeki, gdy
nakazuje publikację Katechizmu cesarskiego albo zwołuje przedstawicieli
narodowości żydowskiej, by przystosowali swe obyczaje religijne do
potrzeb nowoczesnego życia.
Jest ożywiony. Jeśli nawet nieco przytył przez te kilka miesięcy, jeśli,
jak sam widzi, policzki mu się wypełniły, a włosy nad czołem
przerzedziły, jeśli nawet utracił wyostrzony profil, to wciąż jest pełen
energii, odnawianej kolejnymi sukcesami, projektami, decyzjami, a także
dzięki powszechnemu uznaniu.
Kiedy w środę 29 stycznia 1806 roku, zaledwie trzy dni po powrocie do
Paryża, pierwszy raz wybrał się do Teatru Francuskiego, gdzie wystawiana
jest sztuka Manlius modnego autora Lafosse'a, cała sala podniosła się
z miejsc, mimo że na scenie Talma zaczął już deklamować. Aktor ukłonił
się, podczas gdy sala rozbrzmiewała owacjami i okrzykami: "Niech żyje
cesarz!". Owacje towarzyszą mu wszędzie, gdzie się zjawi: w Operze czy
podczas defilady wojsk.
Według raportów policyjnych wszyscy chwalą cesarza, podnoszą jego
zasługi. Powróciło zaufanie. Bank Francji podjął wypłaty bez ograniczeń
i o kryzysie finansowym z grudnia 1805 roku zapomniano.
Wiadomo, że Napoleon przywiózł z kampanii w Niemczech pięćdziesiąt
milionów w złocie, srebrze i wekslach wystawionych na najważniejsze
instytucje finansowe Europy. Wystarczyło paru dni, aby zaprowadził
porządek w organizacji finansów.
Przyjął na audiencji Barbé-Marbois'go, ministra skarbu.
Minister jest zawstydzony, ofiarowuje swoją głowę. Napoleon wzrusza
ramionami.
- Co zrobić z taką głową jak pańska? - pyta. - Doceniam pański charakter
- ciągnie - ale pozwolił się pan oszukać ludziom, przed którymi
ostrzegałem, że należy mieć się na baczności. Oddał im pan wszystkie
papiery wartościowe, których wykorzystanie powinien pan był lepiej
nadzorować. Jestem niestety zmuszony odebrać panu administrowanie
skarbem.
Po posiedzeniu Rady Stanu Napoleon zatrzymuje jej członka Molliena.
Patrzy na niego, ocenia krytycznym okiem.
- Złoży pan dziś przysięgę jako minister skarbu - oznajmia.
Mollien, który w czasach ancien regime'u należał do kierownictwa
administracji podatkowej, waha się.
- Czyżby nie miał pan ochoty być ministrem? - rzuca do niego cesarz
głosem, w którym pobrzmiewa zdziwienie i niezadowolenie.
Mollien złoży przysięgę jeszcze tego samego dnia.
Rządzenie to właśnie to: analizowanie, decydowanie, wybieranie ludzi i narzucanie im swojej woli, rozwiewanie ich wątpliwości, kierowanie nimi
tak, aby stali się skutecznymi i posłusznymi narzędziami polityki,
której kierunek się wcześniej obmyśliło. Wymaga to pracy bez spoczynku,
czujności w każdym momencie, ciągle napiętej uwagi.
"Kosztowało mnie to sporo wysiłku - wyjaśnia Napoleon swemu bratu
Józefowi - aby uporządkować moje sprawy i zmusić tuzin złodziei z Ouvrardem na czele do oddania tego, co zabrali. Oszukali oni
Barbé-Marbois'go mniej więcej tak, jak kardynał de Rohan w aferze z naszyjnikiem, z tą jednak różnicą, że tutaj chodziło o nie mniej niż
dziewięćdziesiąt milionów. Byłem zdecydowany kazać ich rozstrzelać bez
procesu. Bogu dzięki pieniądze zostały spłacone. Ta sprawa ciągle
przyprawiała mnie o irytację".
Często unosi się gniewem, ciska na ziemię depesze, a czasem, gdy nie
spodoba mu się jakaś książka, wrzuca ją do ognia.
Coraz trudniej mu się pogodzić z tym, że ktokolwiek mógłby mu się
sprzeciwić albo by można było nie wykonać natychmiast i po jego myśli
wydawanych przezeń niego rozkazów.
Berthierowi, którego niepokoi postawa Prus i chce interweniować,
nakazuje: "Niech się pan ściśle trzyma rozkazów, jakie panu wydaję, w wyznaczonym czasie wykonuje moje instrukcje. Niech każdy będzie czujny i trwa na swoim posterunku, ja jeden wiem, co robić".
Ja jeden.
Ta pewność, że on jest jedynym człowiekiem, który widzi i myśli
właściwie, ogarnia go całkowicie. Czy nie ma racji w każdym decydującym
momencie życia? To przekonanie sprawia, że nieznośne stają się dla niego
wszelkie sprzeciwy czy nawet zastrzeżenia. Każdy musi się nagiąć do jego
woli.
Wziął do ręki pióro, aby skorygować i uściślić tekst Katechizmu
cesarskiego.
"Czcić Cesarza i służyć Mu to służyć samemu Bogu" - kazał wydrukować. A okazać nieposłuszeństwo cesarzowi to grzech śmiertelny. Należne mu są
"miłość, posłuszeństwo, wierność, służba wojskowa, daniny nakazane dla
zachowania i obrony Cesarstwa oraz tronu".
Czytając ten tekst, niektórzy członkowie Rady Stanu są zdziwieni. Stary
jakobin Fouché ma w oczach ironiczne błyski.
Napoleon z trzaskiem zamyka Katechizm. Nie należy do tych, co ukrywają
swe myśli. Wstaje i przed wyjściem z sali Rady mówi władczym tonem:
- W religii widzę nie misterium wcielenia, lecz misterium porządku
społecznego. Wiąże ona ideę równości z niebem, a to powstrzymuje
biednych przed zmasakrowaniem bogatych. - Wzrokiem szuka jakiegokolwiek
sprzeciwu, ale wszystkie oczy są spuszczone. - Religia - dorzuca - jest
ponadto szczepieniem, które zaspokajając naszą potrzebę cudów, chroni
nas przed szarlatanami i czarownikami. Lepszy jest ksiądz niż jakiś
Cagliostro, Kant czy inni niemieccy marzyciele. - Robi kilka kroków,
zdaje się mówić do siebie, jakby głośno rozmyślał. - Jak dotąd są na
świecie tylko dwie potęgi, militarna i kościelna. Porządek społeczny
umocniony będzie przez stworzenie korpusu nauczycieli; jeszcze bardziej
wzmocni go wielki korpus urzędniczy. Kodeks cywilny zdziałał już wiele
dobrego. Odtąd każdy wie, jakimi zasadami ma się kierować; odpowiednio
porządkuje swoją własność i swoje sprawy.
Ale najwyższym sędzią jestem ja.
Musi zorganizować całe społeczeństwo. Czasem zdaje mu się, że jest
rozumem świata, jedynym człowiekiem, który ma zdolność zaprowadzania
porządku w życiu ludów i państw.
Nieustannie o tym rozmyśla, gdy w przerwie między posiedzeniami Rady
Stanu, audiencjami i godzinami spędzonymi na dyktowaniu w swoim
gabinecie poluje, wdychając rześkie powietrze wiosny 1806 roku.
Pewnego dnia pod koniec marca, wracając z długiej gonitwy po lesie w Wersalu, spieszy do swego gabinetu, wzywa Ménevala i jednym tchem
formułuje statut rodziny cesarskiej. Ma ona stanowić zwornik sklepienia
Wielkiego Cesarstwa, które zaczął budować. Ludwik jest królem Holandii,
Józef królem Neapolu, siostry wielkimi księżnymi we Włoszech, Murat
wielkim księciem Bergu i Kliwii, a Berthier, Bernadotte, Talleyrand czy
Fouché są jego wasalami.
On sam jest wierzchołkiem piramidy.
"Cesarz jest ojcem całej rodziny" - dyktuje. Wola Napoleona jest jedynym
prawem dla wszystkich krewnych. Żaden ślub ani adopcja nie mogą się
odbyć bez jego zgody. Poniżej siebie sytuuje królów, książąt
dziedzicznych, potem idą książęta elekcyjni i lennicy.
Oto hierarchiczny porządek, który go zadowala i przyznaje mu pełnię
władzy. Cesarz może nawet nakazać członkom swojej rodziny, by oddalili
od siebie osoby podejrzane.
Jest panem absolutnym.
1 kwietnia 1806 roku pisze do marszałka Berthiera, który od lat żywi
niesłabnącą miłość do markizy Visconti; a podczas kampanii wojennych
wznosi na jej cześć prawdziwy ołtarzyk, na którym eksponuje jej
podobizny.
"Posyłam Panu "Le Moniteur", zobaczy Pan, ile dla niego zrobiłem.
Stawiam tylko jeden warunek: ożeni się Pan i jest to warunek, od którego
zależy moja przyjaźń. Pańska namiętność trwa już zbyt długo; stało się
to śmieszne. Chcę zatem, by się Pan ożenił, w przeciwnym razie więcej
się z Panem nie spotkam. Ma Pan pięćdziesiąt lat, ale jest z rodziny, w której dożywa się osiemdziesiątki, a w ostatnich latach słodycze
małżeństwa będą Panu najbardziej potrzebne".
Jak oprzeć się cesarzowi? Berthier ugina się i zrywa z markizą Visconti,
by poślubić księżniczkę bawarską Marię Elżbietę o trzydzieści lat od
niego młodszą.
Napoleon jest zadowolony. Czyż nie jest głową swojej "rodziny"?
Do Eugeniusza, wicekróla Włoch, pisze: "Mój synu, za dużo pracujesz.
Twoje życie jest zbyt monotonne. Masz młodą żonę, która jest brzemienna.
Myślę, że powinieneś tak się urządzić, aby spędzać z nią wieczory i prowadzić trochę życia towarzyskiego. Czemu nie jeździcie raz w tygodniu
do teatru? Potrzeba więcej radości w Twoim domu. Ja wiodę życie takie
jak Ty, ale mam starą żonę, która nie potrzebuje rozrywek, a mimo to mam
więcej przyjemności i zabawy niż Ty. Młoda żona potrzebuje przecież
rozrywek, zwłaszcza w obecnej sytuacji".
I umieszcza dopisek dla Augusty, żony Eugeniusza: "Niech Pani dba o siebie w obecnym stanie i pilnuje się, aby nie urodzić córki. Podam Pani
na to receptę, ale mi Pani nie uwierzy: należy codziennie pić trochę
czystego wina".
Z przyjemnością przypomina sobie Augustę Bawarską. Ona często do niego
pisuje. "Twoja żona jest milsza niż Ty" - pisze Napoleon do Eugeniusza.
I czasami, spotykając w salonie Józefiny Stefanię de Beauharnais,
siostrzenicę cesarzowej, odnajduje przyjemność podobną do tej, jaką miał
z przebywania z Augustą.
Im bardziej się starzeje, tym bardziej lubi młode dziewczęta, a Stefania
ma dopiero siedemnaście lat. Jest radosną, figlarną nastolatką o regularnych rysach twarzy i jasnych włosach. Napoleon uwielbia na nią
patrzeć i z nią żartować; w spojrzeniach, jakie rzucają Józefina i Karolina Murat, odgaduje ich zazdrość.
Pewnego wieczoru, kiedy wchodzi do salonu cesarzowej, zastaje Stefanię
całą we łzach. Dowiaduje się, że Karolina zażądała, aby Stefania stała w jej obecności, zgodnie z etykietą cesarską, która zakazuje, aby siadać
przy "księżniczkach, siostrach Jego Cesarskiej Mości". Napoleon obejmuje
Stefanię wpół, każe jej usiąść na swoich kolanach i spędza wieczór,
szepcząc jej do ucha pod gniewnymi spojrzeniami Karoliny Murat.
Nazajutrz, ponieważ dla niego nie ma rzeczy niemożliwych, postanawia
zaadoptować dziewczynę, która odtąd - dyktuje hrabiemu Ségur, wielkiemu
mistrzowi ceremonii - "będzie się cieszyła wszystkimi prerogatywami swej
pozycji we wszystkich towarzystwach, podczas uroczystości i przy stole.
Będzie jej przysługiwać miejsce u naszego boku, a gdy nas nie będzie,
miejsce po prawej stronie cesarzowej".
W ten sposób decyduje się o wszystkim.
Kilka dni później Napoleon wybiera dla Stefanii męża, dziedzicznego
księcia badeńskiego, który był narzeczonym Augusty, później jednak
został odrzucony na rzecz Eugeniusza de Beauharnais.
Oto, czego chcę.
Stefania także musi się nagiąć. Z okazji jej ślubu Paryż jest
iluminowany. Odbywają się wystawne ceremonie. Napoleon ofiarowuje
przybranej córce rentę 1 500 000 franków oraz 500 000 franków posagu.
Kiedy jednak się dowiaduje, że Stefania zamyka przed mężem drzwi
sypialni, daje jej rozkaz wyjazdu z Paryża do Karlsruhe.
"Bądź miła dla elektora Badenii, jest on Twoim ojcem - pisze. - Kochaj
swego męża za przywiązanie, jakie Ci okazuje".
To ja decyduję o zachowaniu członków mojej rodziny i wymagam
posłuszeństwa.
Musi jednak codziennie - albo niemal codziennie - rozkazywać, doradzać,
karcić, przypominać tym, którzy zostali królami albo książętami, że są
jedynie wasalami, wykonawcami myśli cesarza, trybikami w maszynerii
Wielkiego Cesarstwa.
Oto Murat, wspaniałomyślny książę Joachim, obecnie wielki książę Bergu,
żąda dla swoich dzieci gwarancji sukcesji tronu. Czy zapomniał, dzięki
komu został księciem? I w czyich rękach spoczywa cała przyszłość
cesarstwa oraz sprzymierzonych z nim państw?
"Co do gwarancji dla Pańskich dzieci - rzuca mu Napoleon - całe to
rozumowanie jest godne politowania i wywołuje u mnie wzruszenie ramion:
wstydzę się za Pana. Jest Pan Francuzem, mam nadzieję, Pańskie dzieci
również nimi będą; każdy inny pogląd na tę sprawę byłby tak hańbiący, że
proszę mi nigdy o tym nie wspominać".
Zaślepienie tych ludzi, których obdarował tytułami, zaszczytami i pieniędzmi, zadziwia go. Doświadcza wobec nich przypływów pogardy i litości. Przeczuwa, że większość z nich wyrzekłaby się go, gdyby został
pokonany czy choćby tylko osłabiony. Dlatego właśnie należy trzymać ich
żelazną ręką, ponaglać, pilnować, przymuszać.
Dopisuje jeszcze w liście do Murata:
"Byłoby czymś niesłychanym, gdyby po tych wszystkich dobrodziejstwach,
jakimi obsypał Pana lud francuski, jeszcze myślał Pan nad tym, jak
zagwarantować swoim dzieciom narzędzie sukcesji, które by mu szkodziło!
Jeszcze raz proszę, niech mi Pan o tym już więcej nie wspomina, to zbyt
śmieszne".
Ale w otoczeniu Napoleona wszyscy są podobni do Murata i jego małżonki
Karoliny - są chciwi, przejmują się bardziej własnym losem niż losami
cesarstwa.
Nawet matka cesarza, mimo że śpi na złocie, żąda specjalnie wypłacanej
przez skarb państwa renty, co oznacza, że Letycja liczy się z możliwością śmierci swego syna Napoleona i stara się zapewnić sobie
dochody po jego ewentualnym zgonie!
Na wieść o tym Napoleon wzrusza jedynie ramionami, później z gorzkim
grymasem daje swą zgodę, niech matka będzie zadowolona. Ona tak samo jak
reszta nie sięga wzrokiem poza swój osobisty interes.
Również Ludwik, który został królem Holandii, zasypuje go żądaniami
pomocy finansowej. Czyż nie jest królem? Czy nie ma swojego państwa?
"Nie mam pieniędzy - odpowiada mu Napoleon. - Jakiż to wygodny sposób Ci
podpowiadają: zwracać się o pomoc do Francji! Teraz jednak nie czas na
biadolenie, należy się wykazać energią".
Ale czy oni wszyscy mają energię - moi bracia, których zrobiłem
królami, ludzie, których uczyniłem książętami, generałowie, którym
okazałem zaufanie?
Napoleon musi więc nimi wszystkimi kierować za pomocą codziennych
depesz. Wiele razy dziennie z Malmaison, z Saint-Cloud, z Tuileries
wyjeżdżają kurierzy i kierują się do Neapolu, Parmy, Düsseldorfu,
Amsterdamu.
Pisze do generała Junota: "Nie można być łaskawym inaczej, niż okazując
surowość, w przeciwnym razie tamten nieszczęsny kraj oraz Piemont
zostaną stracone i trzeba będzie wylać morze krwi, aby zapewnić spokój
we Włoszech".
Junot wykonuje rozkazy, niszczy zbuntowane wioski.
"Z przyjemnością się dowiaduję - komentuje Napoleon - że wioska Mezzano,
która pierwsza chwyciła za broń, zostanie spalona. Ten akt surowości w istocie podyktowany jest humanitaryzmem i łaskawością, ponieważ
zapobiegnie innym rewoltom".
Ci ludzie jednak zawsze mają pokusę, aby raczej zabiegać o miłość
poddanych, niż rządzić z użyciem koniecznej siły.
Napoleon oburza się, czytając raporty Józefa przysyłane mu z Neapolu.
Niewiele ma zaufania do starszego brata, który nigdy nie wojował.
Powtarza mu: "Kiedy się rządzi dużymi państwami, to utrzymuje się je
tylko dzięki aktom surowości". Tymczasem Józef sobie wyobraża, że
Neapolitańczycy za nim przepadają!
Zdaje mu się, że jest królem od niepamiętnych czasów. Zdążył już
zapomnieć, że został władcą Neapolu jedynie dzięki woli i sile zbrojnej
cesarza! Za kogo on się uważa?
"Porównujesz przywiązanie Francuzów do mojej osoby z przywiązaniem
Neapolitańczyków do Ciebie - pisze mu Napoleon. - Zakrawa to na żart.
Jakąż to miłość miałby do Ciebie żywić lud, dla którego nic nie
zrobiłeś, w kraju, gdzie znalazłeś się prawem podboju wraz z czterdziestoma czy pięćdziesięcioma tysiącami obcokrajowców?"
Ale czy Józef chce spojrzeć w oczy tej prawdzie? Oni nic nie pojmują!
"Weź w rachubę - gorzko szydzi Napoleon - że wcześniej albo później
będziesz miał powstanie. Cokolwiek byś zrobił, nie utrzymasz się w takim
mieście jak Neapol dzięki samej reputacji. Zaprowadzaj porządek,
rozbrajaj, rozbrajaj".
Trzeba mu to powtarzać: "Skazuj na śmierć przywódców tłumów. Każdy
szpieg musi zostać rozstrzelany; każdy przywódca zamieszek musi zostać
rozstrzelany; każdy lazzarone, który atakuje sztyletem żołnierza, musi
zostać rozstrzelany".
Czy Józef zrozumie, że rządzenie jest sztuką wymagającą
samodyscypliny?
Napoleon wdaje się w szczegóły: kuchnia władcy musi być pod nadzorem
albo strzeż się trucizny. Nie można zaniedbać żadnego środka ostrożności
w życiu codziennym króla. "Nikt nie powinien wchodzić do Ciebie w nocy
oprócz Twego adiutanta, który ma spać w pokoju przed sypialnią; Twoje
drzwi powinny być zamknięte od środka; otwieraj adiutantowi tylko wtedy,
gdy z całą pewnością rozpoznajesz jego głos, a on nie może stukać do
Twoich drzwi, jeśli przedtem nie zatroszczył się o zamknięcie drzwi
pokoju, w którym się znajduje".
Józefa trzeba wszystkiego uczyć. Ostrożności króla i sztuki wojennej.
Ale z jakim skutkiem?
"Twój rząd nie jest dość energiczny, obawiasz się narazić ludziom" -
pisze do brata Napoleon 5 lipca 1806 roku. A w kilka dni później, gdy
dowiaduje się o wylądowaniu Anglików i pokonaniu generała Reyniera, daje
upust oburzeniu: "Zraniłbym Cię tylko niepotrzebnie, gdybym Ci
powiedział wszystko, co myślę - pisze. - Jeśli staniesz się królem
malowanym, zamiast być użytecznym, zaszkodzisz mi, gdyż pozbawisz mnie
moich środków". A kiedy Józef prosi o audiencję w Saint-Cloud, odpowiedź
cesarza uderza jak policzek: "Król powinien się bronić i umierać w swoim
państwie. Król wygnaniec i włóczęga jest głupcem".
Oni wszyscy, Józef i Ludwik, książęta i marszałkowie, chcieliby pokoju,
żeby cieszyć się władzą i swoimi dobrami. Napoleon o tym wie. Sam
niczego innego nie pragnie, jak mówi.
Pewnego lutowego dnia 1806 roku przyjmuje na audiencji Talleyranda.
Minister spraw zagranicznych promienieje. Otrzymał właśnie depeszę z Londynu. Fox, następca Williama Pitta, informuje, że dowiedział się o próbie zamachu na "przywódcę Francuzów" i kazał aresztować zamachowca.
Czy to nie sygnał pokojowych zamiarów Foxa? Może uda się odtworzyć
klimat, w którym w roku 1802 podpisano traktat pokojowy w Amiens - był
to okres wielkich nadziei.
- Niech pan podziękuje ode mnie Foksowi - mówi Napoleon. - Wojna między
naszymi narodami jest sporem niepotrzebnym ludzkości.
Rzeczywiście tak uważa, do tego jednak, aby ustanowić pokój, potrzebne
byłyby obustronne ustępstwa. Tymczasem żadna ze stron nie ufa drugiej.
W maju Napoleon z oburzeniem przyjmuje wiadomość, że Anglicy postanowili
zablokować wszystkie porty od Łaby do Brestu. Jak inaczej odpowiedzieć
na ten krok, niż pokazując, że kontynent jest zjednoczony? To zaś
zakłada posłuszeństwo wobec niego i zgodę na dominację cesarza,
akceptację tej przebudowy europejskiego ładu, od królestwa Neapolu do
Holandii, która uczyniła z Napoleona cesarza królów. Jest władcą, który
narzuca swoje prawa, żąda więc, aby wszystkie porty zostały zamknięte
przed Anglikami.
Papież pierwszy odmawia zamknięcia swoich portów.
"Zobaczy - grzmi Napoleon - czy mam dość siły i odwagi, aby utrzymać
koronę cesarską. Stosunki między mną a papieżem muszą być takie jak
między jego poprzednikami a cesarzami Zachodu".
Znów wypadki następują jeden po drugim. Angielscy negocjatorzy, lord
Yarmouth i lord Lauderdale, przyjeżdżają wprawdzie do Paryża, ale nie
zgadzają się ustąpić z Sycylii ani zaniechać blokady. 13 września 1806
roku umiera Fox. Czy to już koniec partii pokoju? - zastanawia się
Napoleon.
Jego bronią jest kontynent europejski. Lecz każdy krok, który
przedsiębierze, by skonsolidować swą władzę, wyzwala nowe niepokoje,
prowokuje riposty.
W sierpniu i wrześniu 1806 roku, przebywając w zamku Saint-Cloud, a później w Rambouillet, Napoleon bardziej niecierpliwie niż zazwyczaj
wyczekuje depesz z Berlina i Petersburga. Wie, że Prusy są zaniepokojone
tym, iż utworzył pod swoją egidą Związek Reński. Rosja z kolei odmówiła
podpisania traktatu pokojowego. Rysuje się więc czwarta koalicja, którą
tworzą Prusy, Rosja i oczywiście Anglia. Napoleon jednak woli być
ostrożny.
"Pan nie wie, co ja robię - zwraca się do Murata. - Niech pan zachowa
spokój. Z państwem takim jak Prusy nigdy nie należy się spieszyć".
Żadnej wojny, jego życzeniem jest pokój. Żołnierze Wielkiej Armii
stacjonują jeszcze wciąż w Niemczech i marzą o powrocie do Francji.
"Chcę mieć dobre stosunki z Prusami" - powtarza Napoleon do Talleyranda.
Niech minister wyda odpowiednie instrukcje Laforestowi, ambasadorowi
Francji w Berlinie.
Ten jednak przysyła alarmujące depesze: Berlin się zbroi. Wojska pruskie
wyruszyły w kierunku Hesji i Saksonii, aby uprzedzić Napoleona i włączyć
armie tych państw w swoje szeregi.
Czy to możliwe, aby Fryderyk Wilhelm III i jego żona, piękna królowa
Luiza, podejmowali ryzyko wojny? Tam gdzie nie powiodło się armiom
rosyjskiej i austriackiej, spodziewają się wygrać Prusacy?
10 września 1806 roku Napoleon mówi do Berthiera:
- Posunięcia Prus wciąż są bardzo dziwaczne. Oni chcą dostać nauczkę.
Każę jutro wyprawić konie, a za kilka dni moją gwardię.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki