Napoleon. Tom 2 - Max Gallo

Kup ebooka

49.90 zł
38.92 zł (27,45 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Teraz jest panem.

Od 2 grud­nia 1805 roku - kiedy to sławne potem słońce Auster­litz wze­szło nad zamar­z­nię­tymi sta­wami, w któ­rych mieli się poto­pić rosyj­scy żoł­nie­rze, nie­udolni sojusz­nicy poko­na­nej armii austriac­kiej - Napo­leon powta­rza to sobie stale: jest panem.

W sobotę 28 grud­nia 1805 roku wyjeż­dża z pałacu Schönbrunn koło Wied­nia i kie­ruje się w stronę Mona­chium. Dzi­siej­szą noc Napo­leon spo­dziewa się spę­dzić w opac­twie Melk. Sie­dzi w toczą­cej się szybko ber­li­nie z nogami okry­tymi futrem.

Jest panem.

Od czasu do czasu przez okna powozu dostrzega syl­wetki kawa­le­rzy­stów eskorty. I jakby wybi­jane obro­tami kół przy­po­mi­nają mu się słowa pro­kla­ma­cji, którą wygło­sił w dniu zwy­cię­stwa: "Żoł­nie­rze, jestem z was zado­wo­lony. Potwier­dzi­li­ście w dniu bitwy pod Auster­litz wszystko, czego się spo­dzie­wa­łem po waszej nie­ustra­szo­no­ści. Okry­li­ście swe orły nie­śmier­telną chwałą. Mój lud powita was z rado­ścią, wystar­czy, że powie­cie: "Wal­czy­łem pod Auster­litz", a usły­szy­cie: "Oto boha­ter"".

Jest panem.

Wydaje mu się, że nie ma rze­czy nie­moż­li­wych. Jak powie­dział do żoł­nie­rzy: roz­bił bądź roz­pro­szył stu­ty­sięczną armię dowo­dzoną przez cesa­rzy Austrii i Rosji. A król Prus unik­nął natar­cia uszu tylko dla­tego, że po Auster­litz sam wolał się pod­dać bez walki.

Napo­leon jest panem.

Przy­jął Tal­ley­randa w pałacu Schönbrunn. Mini­ster spraw zagra­nicz­nych przy­wiózł posta­no­wie­nia trak­tatu pre­szbur­skiego, który sank­cjo­nuje porażkę Austrii i likwi­duje jej wpływy w Niem­czech.

- Sire - powie­dział swym piskli­wym gło­sem Tal­ley­rand - możesz roz­po­rzą­dzać wszyst­kim, co dzięki zwy­cię­stwu jest twoje, ale prze­cież jesteś wspa­nia­ło­myślny.

Prze­glą­da­jąc klau­zule trak­tatu, Napo­leon stwier­dził, że Tal­ley­rand z wła­snej ini­cja­tywy zmniej­szył kon­try­bu­cje, któ­rych żądano od Wied­nia.

- Pod­pi­sał pan w Pre­szburgu, panie de Tal­ley­rand, trak­tat, który mnie bar­dzo ogra­ni­cza - rzekł cesarz, ciska­jąc tekst trak­tatu na zie­mię. Jest panem, Tal­ley­rand powi­nien to zro­zu­mieć.

Mini­ster, jak czę­sto w takich sytu­acjach, ukrył się za maską grzecz­no­ści, przy­wo­łał na pomoc swą prze­bie­głość, pochleb­stwa i argu­menty.

- Cie­szy­łem się myślą - rzekł - że to ostat­nie zwy­cię­stwo Waszej Cesar­skiej Mości pozwoli zapew­nić spo­kój w Euro­pie i chro­nić świat cywi­li­zo­wany przed inwa­zjami bar­ba­rzyń­ców.

Napo­leon wysłu­chał go, patrząc w ogień roz­ja­śnia­jący boaze­rie i olbrzy­mie tapi­se­rie Schönbrunn.

- Wasza Cesar­ska Mość może teraz zła­mać monar­chię austriacką - pod­jął Tal­ley­rand. - Albo ją podźwi­gnąć. Jeśli zosta­nie osta­tecz­nie znisz­czona, to Wasza Cesar­ska Mość nie zdoła zebrać jej roz­pro­szo­nych szcząt­ków i utwo­rzyć z nich jed­no­rod­nej cało­ści. Tym­cza­sem ist­nie­nie takiej cało­ści jest konieczne dla przy­szłej obrony cywi­li­zo­wa­nych naro­dów. Austria nie­zbęd­nym i sku­tecz­nym przed­mu­rzem przed bar­ba­rzyń­cami.

Napo­leon nie odpo­wie­dział. Jest panem.

Póź­niej w swej ber­li­nie pomy­ślał, że od wielu lat nie miał takiego poczu­cia nie­za­leż­no­ści, pano­wa­nia nad swoim losem oraz losami cesarstw. Auster­litz było jego praw­dziwą sakrą cesar­ską, tak jak pięć lat wcze­śniej, po bitwie pod Marengo 14 czerwca 1800 roku, stwier­dził, że dopiero to zwy­cię­stwo zapew­niło mu wła­dzę pierw­szego kon­sula, która byłaby zagro­żona w razie porażki na rów­ni­nach Włoch. A cóż byłaby warta jego korona cesar­ska, gdyby pod Auster­litz to Austriacy wraz z Rosja­nami poko­nali Wielką Armię?

Jego korona poto­czy­łaby się na zie­mię.

Ale odniósł zwy­cię­stwo. Jest panem. I tak samo jak Karol Wielki może, jeśli tylko zechce, kształ­to­wać Europę według swego upodo­ba­nia.

Marzy. Powóz unosi go w kie­runku Mona­chium.

31 grud­nia 1805 roku przy­bywa do sto­licy Bawa­rii. Jest zimno. Pada deszcz. Ber­lina mija surową fasadę pałacu kró­lew­skiego, którą przy­ozda­bia jedy­nie posąg Madonny. Żoł­nie­rze gwar­dii otwie­rają bramy z brązu i o godzi­nie pierw­szej czter­dzie­ści pięć powóz wjeż­dża do środka. Wolno prze­mie­rza cztery dzie­dzińce, okrąża fon­tanny i w końcu zatrzy­muje się na pod­jeź­dzie, z któ­rego można się udać do apar­ta­men­tów.

Spie­szą ofi­ce­ro­wie. U szczytu scho­dów stoją dwórki cesa­rzo­wej.

Napo­leon wysiada, roz­gląda się dookoła. Przy­po­mina mu się ostatni list, jaki napi­sał do Józe­finy. Było to 20 grud­nia w Schönbrunn. Nic nie było jesz­cze roz­strzy­gnięte. Austria roz­wa­żała klau­zule trak­tatu. Skre­ślił swym nie­rów­nym pismem kilka lini­jek do żony:

"Nie wiem, co zro­bię, jestem zależny od wyda­rzeń; nic nie posta­no­wi­łem; ocze­kuję na to, co przy­niosą wypadki. Zostań w Mona­chium, baw się; to nie­trudne, kiedy ma się wokół tyle miłych osób i jest się w tak pięk­nym kraju. Co do mnie, to jestem dosyć zajęty. W ciągu kilku dni wszystko się zade­cy­duje. Żegnaj, moja przy­ja­ciółko, tysiąc miłych i czu­łych pozdro­wień".

Wyda­rze­nia wszystko roz­strzy­gnęły. Pod­pi­sano trak­tat. Jest panem. Wstę­puje na schody. Wszy­scy się kła­niają. Widzi w spoj­rze­niach mie­sza­ninę podziwu i słu­żal­czo­ści, a może także po raz pierw­szy trwogi. Jakby olśnie­wa­jące zwy­cię­stwo nad koali­cją Wied­nia i Peters­burga uka­zało, że należy on do uświę­co­nej rasy tych, któ­rym nic się nie może oprzeć.

Prze­mie­rza szybko przed­po­koje, salę audien­cyjną, zapusz­cza się w gale­rię ozdo­bioną ciem­nymi obra­zami szkoły wło­skiej i fla­mandz­kiej, po czym wcho­dzi do sypialni. Józe­fina stoi oparta o wiel­kie zło­cone łoże.

Nie widział jej od wielu tygo­dni. Ona nawet do niego nie pisała. Zbesz­tał ją za to listow­nie: czy świetne uro­czy­sto­ści w Bade­nii, w Stut­t­gar­cie i Mona­chium kazały jej "zapo­mnieć o bied­nych żoł­nier­zach pokry­tych bło­tem i krwią"? "Wielka Cesa­rzowo, ani jed­nego listu od Cie­bie. Racz, Pani, z wyso­ko­ści swego sta­no­wi­ska spoj­rzeć na swych nie­wol­ni­ków".

Powabna i zara­zem posta­rzała uśmie­cha się zaci­śnię­tymi ustami, by nie odsła­niać sczer­nia­łych i zepsu­tych zębów. Na jego widok jed­nak i ona składa cere­mo­nialny ukłon, choć nieco non­sza­lancki i iro­niczny.

Jest panem.

Wszy­scy muszą o tym wie­dzieć i się z tym pogo­dzić. To on decy­duje i muszą go słu­chać. Czuje się silny, zdolny zdzia­łać cuda, które uczy­nią go Karo­lem Wiel­kim czwar­tej dyna­stii. W tym celu musi sku­pić pań­stwa Europy wokół sie­bie i swo­jej rodziny. Uczy­nić swych bli­skich kró­lami.

Gdyby miał syna...

Ale go nie ma.

6 stycz­nia w ope­rze mona­chij­skiej, gdy na sce­nie śpie­wacy wyko­nują Łaska­wość Tytusa, Napo­leon nie pozwala się porwać muzyce Mozarta. Ukrad­kiem spo­gląda na Józe­finę. Nie mogła dać mu potomka, któ­rego tak bar­dzo pra­gnął, syna tak potrzeb­nego, by zało­żyć cesar­ską dyna­stię - ina­czej całe jego dzieło roz­pad­nie się w dniu jego śmierci. Dla­czego gdy tylko uda mu się osią­gnąć szczyt, natych­miast poja­wia się przed nim nowe wyzwa­nie?

Nachyla się ku Józe­fi­nie. Posta­no­wił, mówi, jak naj­wcze­śniej zaaran­żo­wać mał­żeń­stwo Euge­niu­sza, syna Józe­finy, z Augu­stą, córką króla Bawa­rii. Będzie to pierw­szy węzeł w tej sieci, którą wzo­rem Karola Wiel­kiego spo­dziewa się utkać od jed­nego krańca Europy do dru­giego. Zaadop­tuje Euge­niu­sza, wyłą­cza­jąc go z suk­ce­sji tronu fran­cu­skiego. A póź­niej osa­dzi na tro­nach Europy swych braci. W Neapolu może Józef? Trzeba skoń­czyć z tymi Bur­bo­nami, parą kró­lew­ską Neapolu, która pak­tuje z Angli­kami. Czyż kró­lowa Neapolu, Maria Karo­lina, nie jest sio­strą Marii Anto­niny? Czy nie oświad­czyła amba­sa­do­rowi Fran­cji, że pra­gnie, by kró­le­stwo Neapolu było zapałką, która wywoła pożar nisz­czący cesar­stwo Fran­cji? Prze­kona się, że od zabawy z ogniem można sobie popa­rzyć palce.

Napo­leon wstaje. Nie cze­ka­jąc na koniec opery, powraca do pałacu kró­lew­skiego. Musi dzia­łać szybko. Czasu jest zawsze za mało. Pisze listy. Do Euge­niu­sza de Beau­har­nais, naka­zu­jąc mu sta­wić się pil­nie w Mona­chium. Wymu­sza na królu Bawa­rii zgodę na mał­żeń­stwo. Ma on hoj­nie wypo­sa­żyć swą córkę. Naza­jutrz po zaślu­bi­nach Augu­sta Bawar­ska otrzyma 50 000 flo­re­nów, ma także obie­cane 100 000 fran­ków rocz­nie na swoje wydatki oso­bi­ste oraz mają­tek ziem­ski wart 500 000 fran­ków w razie śmierci męża.

Euge­niusz, wice­król Włoch, sta­wia się u cesa­rza. Ma dłu­gie, pod­krę­cone wąsy puł­kow­nika strzel­ców gwar­dii. Napo­leon szczy­pie go w ucho, kle­pie lekko po ple­cach - to jego zwy­kłe oznaki ser­decz­no­ści. Trzeba będzie, mówi cesarz, przy­ciąć te zbyt dłu­gie wąsy, aby spodo­bać się Augu­ście. To roz­kaz.

Jest prze­cież panem.

Zwie­rza się Cambacér?sowi, że opóźni o kilka dni przy­by­cie do Paryża, chcąc dopro­wa­dzić do końca sprawę mał­żeń­stwa Euge­niu­sza i Augu­sty. "Te dni będą się dłu­żyć memu sercu - mówi - ale po tym, jak bez­u­stan­nie odda­wa­łem się obo­wiąz­kom żoł­nie­rza, odczu­wam miłe odprę­że­nie, zaj­mu­jąc się dro­bia­zgami i obo­wiąz­kami ojca rodziny".

13 stycz­nia 1806 roku o pierw­szej po połu­dniu w wiel­kiej gale­rii pałacu kró­lew­skiego Napo­leon uczest­ni­czy w ofi­cjal­nym pod­pi­sa­niu kon­traktu mał­żeń­skiego. Naza­jutrz o siód­mej wie­czo­rem w kaplicy kró­lew­skiej bie­rze udział w cere­mo­nii zawar­cia ślubu kościel­nego i w uro­czy­stej mszy dzięk­czyn­nej, po któ­rych nastę­puje ban­kiet. Józe­fina pro­mie­nieje u boku króla Bawa­rii. Jest jesz­cze piękna. Napo­leon podaje ramię Augu­ście.

- Kocham panią jak ojciec - mówi do niej - i liczę na to, że pani będzie mnie kochała jak córka.

Mał­żon­ko­wie muszą się udać do Włoch.

- Niech pani dba o sie­bie w podróży i tam na miej­scu, w nowym oto­cze­niu, pro­szę dużo wypo­czy­wać - szep­cze Napo­leon. - Pro­szę pamię­tać, że nie chcę, aby pani cho­ro­wała.

Po ban­kie­cie Napo­leon usuwa się do gabi­netu.

Zmę­czony hała­śli­wym prze­py­chem uro­czy­sto­ści, bla­skiem sukni i mun­du­rów, cza­rem urody kobiet, wdzię­kiem Augu­sty i rado­ścią Euge­niu­sza de Beau­har­nais, odnaj­duje tu ciszę nocy. Kocha swego pasierba, teraz przy­bra­nego syna. Dzięki temu mał­żeń­stwu usta­no­wiona została pierw­sza więź z rodami panu­ją­cymi Europy.

Ojciec Augu­sty, król Bawa­rii Mak­sy­mi­lian I Józef, jest z rodu Wit­tels­ba­chów, spo­krew­nio­nych ze wszyst­kimi dyna­stiami Europy.

Jak ina­czej mogę zapew­nić przy­szłość mojej dyna­stii, wywo­dzą­cej się z rewo­lu­cji, jeśli nie przez zwią­za­nie jej z rodzi­nami kró­lew­skimi, posia­da­ją­cymi legi­ty­ma­cję, jaką daje upływ wie­ków? Muszę wejść do tych rodzin, choć­bym miał for­so­wać ich bramy siłą moich wojen­nych zwy­cięstw!

Nie­któ­rzy jed­nak nie rozu­mieją jego zamy­słów.

Napo­leon znaj­duje na stole list od Murata, nie­wąt­pli­wie podyk­to­wany przez jego żonę Karo­linę, sio­strę cesa­rza.

"Wyno­sząc Cię na tron - pisze Murat - Fran­cja chciała zna­leźć w Tobie przy­wódcę ludu uho­no­ro­wa­nego tytu­łem, który sta­wiałby go ponad wszyst­kich innych wład­ców Europy. Dzi­siaj skła­dasz hołd obcym tytu­łom, które nie są Twoje, które stoją w sprzecz­no­ści z naszymi. W ten spo­sób poka­żesz tylko Euro­pie, jak wielką wagę przy­wią­zu­jesz do tego, czego bra­kuje nam wszyst­kim: świet­no­ści uro­dze­nia".

Waleczny Murat oraz ambitna i zazdro­sna Karo­lina sprze­ci­wiają się zatem mojej stra­te­gii - z przy­wią­za­nia do zasad rewo­lu­cyj­nych, z nie­po­koju czy ze zło­ści? Co za róż­nica! To ja jestem panem.

"Drogi książę Murat - odpo­wiada Napo­leon - zawsze patrzę na Pana z ufno­ścią, kiedy stoi Pan na czele mojej kawa­le­rii. Tutaj jed­nak nie cho­dzi o dzia­ła­nia woj­skowe, lecz o akt poli­tyczny, i dobrze to prze­my­śla­łem. Mał­żeń­stwo Euge­niu­sza i Augu­sty Ci się nie podoba. Mnie ono odpo­wiada i uwa­żam je za wielki suk­ces, równy zwy­cię­stwu pod Auster­litz".

Jest panem.

A to mał­żeń­stwo jest dopiero pierw­szym ruchem pionka na sza­chow­nicy. Myśli o zjed­no­cze­niu Holan­dii, Szwaj­ca­rii i Włoch. "Moje sfe­de­ro­wane pań­stwa - mru­czy - a tak naprawdę cesar­stwo fran­cu­skie".

Posta­na­wia, że Kodeks cywilny będzie sto­so­wany w kró­le­stwie Włoch. Czyż nie był koro­no­wany na króla Włoch w Medio­la­nie? Czy Euge­niusz nie jest wice­kró­lem Włoch?

19 stycz­nia 1806 roku pro­po­nuje Józe­fowi, swemu star­szemu bratu, koronę kró­le­stwa Neapolu. Woj­ska fran­cu­skie mają zająć kró­le­stwo. Bur­bo­no­wie ucie­kają na Sycy­lię. Tam chroni ich flota angiel­ska.

We Wło­szech został już tylko jeden wrogo nasta­wiony władca: papież Pius VII. Pisze on do Napo­le­ona, aby wyra­zić obu­rze­nie z powodu zaję­cia papie­skiej Ankony przez żoł­nie­rzy fran­cu­skich.

"Uwa­ża­łem się - odpo­wiada Napo­leon - za obrońcę Sto­licy Apo­stol­skiej. Uwa­ża­łem się, podob­nie jak moi poprzed­nicy z dru­giej i trze­ciej dyna­stii, za naj­star­szego syna Kościoła, jedy­nego, któ­rego miecz zdolny jest Go ochro­nić i obro­nić przed zbru­ka­niem przez schi­zma­ty­ków i muzuł­ma­nów".

Dla­czego papież tego nie rozu­mie?

Napo­leon obu­rza się. Do swego wuja kar­dy­nała Fescha, który jest jego przed­sta­wi­cie­lem w Rzy­mie, mówi: "Jestem reli­gijny, ale by­naj­mniej nie jestem bigo­tem. Papież napi­sał do mnie list naprawdę śmieszny i sza­lony". Napo­leon grzmi, Pius VII musi się ugiąć.

"Dla papieża - dodaje cesarz - jestem Karo­lem Wiel­kim, ponie­waż tak jak Karol Wielki połą­czy­łem koronę Fran­cji z koroną Lon­go­bar­dów, a moje Cesar­stwo gra­ni­czy ze Wscho­dem. Spo­dzie­wam się więc, że papież uzgodni ze mną swoje postę­po­wa­nie z tego punktu widze­nia. Zacho­wam wszel­kie pozory, jeśli będzie się dobrze spra­wo­wał, w prze­ciw­nym razie spro­wa­dzę papieża do roli biskupa Rzymu. Nie ma w isto­cie nic bar­dziej nie­do­rzecz­nego niż kuria rzym­ska".

Jestem panem.

Rzą­dzić zna­czy być nie­ubła­ga­nym. Żad­nej lito­ści. Żad­nych wahań.

Gene­ra­łowi Juno­towi, który mia­no­wany został guber­na­to­rem Parmy i Pia­cenzy, radzi: "Spo­koju we Wło­szech nie utrzy­muje się za pomocą fra­ze­sów. Niech Pan robi tak, jak ja robi­łem w Bina­sco1: niech Pan spali dużą wio­skę; niech Pan roz­strzela tuzin bun­tow­ni­ków i sfor­muje lotne oddziały, które będą chwy­tać ban­dy­tów, dając przy­kład miesz­kań­com tego kraju".

Józef, wykrętny i nie­zde­cy­do­wany Józef: czy będzie umiał się wyka­zać sta­now­czo­ścią? Napo­leon wzywa Miota de Melitto, który razem z nowym kró­lem wyru­sza do Neapolu.

- Powie pan mojemu bratu Józe­fowi - przy­ka­zuje mu surowo - że czy­nię go kró­lem Neapolu, ale naj­mniej­sze waha­nie, naj­mniej­sza nie­pew­ność zgubi go cał­ko­wi­cie. Żad­nych pół­środ­ków, żad­nej sła­bo­ści. Chcę, żeby mój ród rzą­dził w Neapolu tak samo długo jak we Fran­cji. Kró­le­stwo Neapolu jest mi bez­względ­nie potrzebne. - Napo­le­onowi przy­po­mi­nają się waha­nia brata w chwili koro­na­cji cesar­skiej, jego odmowa przy­ję­cia tytułu wice­króla Włoch, zazdrość star­szego brata o sławę młod­szego. - Wszel­kie uczu­cia muszą teraz ustą­pić racji stanu - cią­gnie. - Za krew­nych uwa­żam jedy­nie tych, któ­rzy mi służą... Sam decy­duję o tym, kto jest moim dziec­kiem. Nie mogę już dłu­żej mieć krew­nych pozo­sta­ją­cych w cie­niu. Ci, któ­rzy nie wzniosą się wraz ze mną, prze­staną być moją rodziną. Two­rzę rodzinę kró­lów, czy raczej wicekró­lów.

Kilka dni póź­niej Napo­leon otrzy­muje list od Józefa, króla Neapolu.

"Raz na zawsze - pisze brat - mogę zapew­nić Waszą Cesar­ską Mość, że wszystko, co zro­bisz, uznam za wła­ściwe. Pro­szę dzia­łać jak naj­le­piej i dys­po­no­wać moją osobą tak, jak uznasz za naj­od­po­wied­niej­sze dla sie­bie i dla pań­stwa".

Napo­leon naprawdę jest panem.

Pod­czas kam­pa­nii wło­skiej (wszyst­kie przy­pisy pocho­dzą od autora). [wróć]

Rozdział 2

W pią­tek 17 stycz­nia 1806 roku, gdy zapada noc, wyjeż­dża z Mona­chium. W powo­zie przy migo­tli­wym świe­tle lam­pek olej­nych czyta depe­sze. Nie wysiada pod­czas wymiany koni na posto­jach. Obgryza udko kur­czę­cia na zimno, popija cham­ber­ti­nem ze srebr­nego kubka. Roz­my­śla o tym, że dużą część swego życia spę­dził w dro­dze, na koniu albo w jed­nej ze swych ber­lin, któ­rych koły­sa­nie wcale mu nie prze­szka­dza. Prze­ciw­nie, uwiel­bia to poczu­cie ruchu, dłu­gie etapy, cza­sem nawet czter­dzie­sto­go­dzinne, dzięki któ­rym fizycz­nie doświad­cza swego pano­wa­nia nad ludźmi i pań­stwami.

Muszą go widzieć wszę­dzie tam, gdzie rzą­dzi.

Gdy w sobotę 18 stycz­nia o szes­na­stej przy­bywa do Stut­t­gartu, przyj­muje go król Wir­tem­ber­gii i jako gospo­darz czyni honory domu.

Wszę­dzie w salo­nach i gale­riach Napo­le­ona witają zgięci w ukło­nach męż­czyźni i kobiety, spoj­rze­nia są zacie­ka­wione i ule­głe. Wystar­czy. Napo­leon wydaje pole­ce­nia: jutro, w nie­dzielę, weź­mie udział w przed­sta­wie­niu teatral­nym; w ponie­dzia­łek o ósmej będzie polo­wał w lasach w oko­licy Stut­t­gartu i życzy sobie, aby król mu towa­rzy­szył. Usuwa się do gabi­netu, który mu przy­go­to­wano. Przy­byli bowiem kurie­rzy z Paryża.

Ser­cem cesar­stwa jest Paryż. Tam się wszystko roz­strzyga. Jeśli odnosi zwy­cię­stwa, to rów­nież po to, aby wie­dziano tam, że jest nie­zwy­cię­żony. Opi­nia publiczna w Paryżu jest bowiem kapry­śna. Paryża nie można pod­bić raz na zawsze.

Naj­pierw Napo­leon otwiera depe­sze mini­stra poli­cji.

"Sire - pisze Fouché - Auster­litz wstrzą­snęło starą ary­sto­kra­cją. Fau­bo­urg Saint-Ger­main już nie kon­spi­ruje". Szlachta ancien regime'u z nie­cier­pli­wo­ścią czeka na powrót cesa­rza, aby pospie­szyć do Tuile­ries w cha­rak­te­rze peten­tów. Pra­gną tytu­łów, sta­no­wisk, zaszczy­tów, korzy­ści.

Napo­leon składa list Fouchégo.

Oto, jacy są ludzie. Któż się oprze magne­ty­zmowi zwy­cię­skiej wła­dzy?

W ponie­dzia­łek rano w lasach nad Nec­ka­rem cwa­łuje przed kró­lem Wir­tem­ber­gii i pozo­sta­łymi jeźdź­cami, strzel­cami gwar­dii i szlachtą zapro­szoną na polo­wa­nie. Otula go lodo­wata mgła, koń chwi­lami staje dęba, lecz Napo­leon mocno trzyma wodze. Kieł­zna rumaka tak samo, jak ujarz­mia histo­rię.

W połu­dnie wyru­sza do Karls­ruhe, potem prze­jeż­dża przez Ettlin­gen, Rastatt, Lich­te­nau, i w końcu dociera do Renu. Każe zatrzy­mać ber­linę. Po dru­giej stro­nie rzeki widzi świa­tła Stras­burga.

Patrzy na rzekę, jaśniej­szą smugę w mroku. Ren od swych źró­deł aż po ujście musi być gra­nicą cesar­stwa, a na jego pra­wym brzegu powinna powstać wielka kon­fe­de­ra­cja sprzy­mie­rzo­nych państw, które będą chro­nić cesar­stwo. Na ich czele postawi wład­ców, ksią­żąt, któ­rych będzie pro­tek­to­rem, oni zaś będą dostar­czać żoł­nie­rzy i pie­nię­dzy. W ten spo­sób zary­suje się nowa mapa Nie­miec, nowe obli­cze Europy, która potwier­dzi to, co się zaczęło z rewo­lu­cją, i odnowi pozo­sta­ło­ści impe­rium Karola Wiel­kiego.

Trzeba będzie spra­wić, by wszy­scy w Wied­niu, Ber­li­nie, Peters­burgu, Lon­dy­nie, Rzy­mie zgo­dzili się na to. "Jestem Karo­lem Wiel­kim, mie­czem Kościoła, jego Cesa­rzem" - tak napi­sał do papieża. A jeśli Pius VII tego nie zaak­cep­tuje, to on, Napo­leon, "spro­wa­dzi go do stanu, w jakim było papie­stwo przed Karo­lem Wiel­kim". Inni władcy będą musieli się pod­po­rząd­ko­wać.

Napo­leon wsiada do powozu.

W środę 22 stycz­nia 1806 roku o osiem­na­stej wjeż­dża do ilu­mi­no­wa­nego Stras­burga. Żoł­nie­rze oddają mu honory i krzy­czą wraz z tłu­mem: "Niech żyje cesarz!".

Wkra­cza do pałacu Rohan, gdzie spę­dził ostat­nie dni wrze­śnia 1805 roku. Przy­staje na chwilę w wiel­kiej gale­rii, gdzie zwier­cia­dła odbi­jają jego postać.

Przy­po­mina mu się, jak we wto­rek 1 paź­dzier­nika 1805 roku wyje­chał ze Stras­burga. Wcze­śniej przy­jął defi­ladę gwar­dii cesar­skiej, która w dro­dze do Nie­miec w ulew­nym desz­czu prze­kra­czała Ren na moście w Kehl.

Minęły zale­d­wie trzy mie­siące. Roz­bił trze­cią koali­cję zło­żoną z naj­po­tęż­niej­szych państw Europy. Prze­ko­nał się, że jest nie tylko cesa­rzem Fran­cu­zów. Od tej pory jest cesa­rzem kró­lów.

Wcho­dzi na kilka stopni, odwraca się do swo­ich adiu­tan­tów i gene­ra­łów stło­czo­nych w gale­rii. W pią­tek, mówi, przyj­mie defi­ladę wojsk. Wyje­dzie ze Stras­burga w sobotę, aby zna­leźć się w Paryżu w nie­dzielę 26 stycz­nia. Nie może się docze­kać powrotu do swego gabi­netu w Tuile­ries, przej­rze­nia doku­men­tów pose­gre­go­wa­nych przez urzęd­ni­ków mini­sterstw i zamknię­tych w schow­kach, do któ­rych klucz nosi przy sobie.

- Jestem uro­dzony i stwo­rzony do pracy - mówi do Ménevala, który w jed­nej z kom­nat pałacu przed­kłada mu naj­now­sze depe­sze z Paryża.

Napo­leon gestem każe je odczy­tać i gdy sekre­tarz odpie­czę­to­wuje prze­syłki, sam zasiada przed komin­kiem.

Wysłu­chuje raportu mini­stra skarbu Barbé-Mar­bois'go, z któ­rego dowia­duje się o trud­no­ściach finan­so­wych. Unosi się gnie­wem, wyciąga z kie­szeni wąski arkusz papieru, na któ­rym wypi­suje dane licz­bowe doty­czące tego, co nazywa "for­tuną Fran­cji", finan­sów publicz­nych i pry­wat­nych.

- Co to jest? - wykrzy­kuje.

Trzeba zna­leźć pie­nią­dze na wypłatę żołdu za dwa tygo­dnie dla gwar­dii cesar­skiej. Także Wielka Armia w Niem­czech musi otrzy­mać pie­nią­dze. To jest naj­waż­niej­sze. Co zro­bili wobec tego ci kupcy, któ­rzy mieli zaopa­try­wać armię: Ouvrard, Desprez, Van­ler­ber­ghe. Zain­ka­so­wali nie­zbędne fun­du­sze i nie wywią­zali się ze swych zobo­wią­zań?

- Co z tym Barbé-Mar­bois? Łaj­dac­two można jakoś wytłu­ma­czyć, głu­poty nie.

Napo­leon nie­cier­pliwi się, popę­dza Ménevala. Zaraz w ponie­dzia­łek w Paryżu, mówi, będzie prze­wod­ni­czył posie­dze­niu Rady Stanu i ure­gu­luje te kwe­stie finan­sowe.

- Trzeba - grzmi - aby pano­wie Desprez, Van­ler­ber­ghe i Ouvrard oddali mi wszystko, co posia­dają, albo wsa­dzę ich do Vin­cen­nes!

Odsyła Ménevala, który przed odej­ściem czyta jesz­cze list arcy­bi­skupa Besançon, Le Coza: "Jest Pan - pisze dostoj­nik - naj­do­sko­nal­szym boha­te­rem, jakiego stwo­rzył do tej pory Pan Bóg".

Napo­leon zatrzy­muje sekre­ta­rza.

- Czy dobrze wyko­nano moje roz­kazy? - pyta.

Jesz­cze w Schönbrunn roz­ka­zał, aby sztan­dary zdo­byte na nie­przy­ja­cielu zostały ode­słane do Paryża, gdzie miały być poka­zane ludowi, a następ­nie zawie­szone pod skle­pie­niem Notre Dame.

Méneval prze­gląda depe­sze. Lud powi­tał sztan­dary, oka­zu­jąc sza­loną radość - dono­szą infor­ma­to­rzy poli­cji.

Arcy­bi­skup Paryża oświad­czył, że sztan­dary te są świa­dec­twem "Bożej opieki nad Fran­cją, zdu­mie­wa­ją­cych suk­ce­sów naszego nie­zwy­cię­żo­nego cesa­rza i hołdu, jaki składa on Bogu ze swo­ich zwy­cięstw".

Pod­czas czy­ta­nia tych słów do kom­naty wcho­dzą Rustan i Con­stant. Infor­mują, że kąpiel cesa­rza jest już gotowa. Poma­gają mu się roze­brać. Napo­leon roz­daje im sztur­chańce, szczy­pie ich w uszy.

Jest szczę­śliwy. Paryż czeka na niego.

W nie­dzielę 26 stycz­nia 1806 roku o godzi­nie dwu­dzie­stej dru­giej cesar­ska ber­lina zatrzy­muje się na dzie­dzińcu Tuile­ries. Gwar­dia pre­zen­tuje broń, pod­cho­dzi wielki mar­sza­łek pałacu Duroc. Wcho­dząc po stop­niach scho­dów, Napo­leon wydaje roz­kazy. Chce się spo­tkać z arcy­kanc­le­rzem Cambacér?sem, zwo­łać Radę Stanu, poroz­ma­wiać z jej człon­kiem Mol­lie­nem i przy­jąć mini­stra skarbu.

Póź­niej w swoim gabi­ne­cie, gdy znaj­duje się sam z Con­stan­tem, rzuca nazwi­sko Éléonore Denu­elle de La Pla­igne. Spo­gląda na zegar. O pół­nocy - mówi. A teraz, niech mu napeł­nią wannę.

Przy­po­mina mu się ciało tej dzie­więt­na­sto­let­niej dziew­czyny, wyso­kiej, z czar­nymi wło­sami okry­wa­ją­cymi ramiona i się­ga­ją­cymi aż do pasa, jej sma­gła skóra. Éléonore jest smu­kła, żywa i ule­gła. Napo­leon dobrze wie, że Karo­lina Murat przed­sta­wiła mu ją po to, aby ją wyróż­nił. Nazbyt dobrze wie, jak zazdro­sna jest jego sio­stra o Józe­finę. Zna jej zręcz­ność w doku­cza­niu tej "sta­rej" - jak nazywa cesa­rzową, zbyt dobrze zna jej bez­gra­niczną ambi­cję i nadzieję, że brat się roz­wie­dzie, aby wie­rzyć, że pozna­nie Éléonore pod okiem Karo­liny mogło być przy­pad­kowe.

Ale co za róż­nica, jakie były inten­cje Karo­liny Murat! Éléonore ma mło­dzień­czą świe­żość. I wła­śnie jej pra­gnie w ten wie­czór powrotu do Paryża, aby piesz­cząc te mło­dzień­cze kształty, uczcić swoje zwy­cię­stwo i wigor. Prze­cież nie skoń­czył jesz­cze trzy­dzie­stu sied­miu lat.

Sły­szy kroki Éléonore Denu­elle w "czar­nym kory­ta­rzyku". Jak zawsze jest punk­tu­alna.

Napo­leon wcho­dzi do salonu, ona składa ukłon.

- Sire...

Bie­rze ją w ramiona, szczy­pie, pociąga za sobą. W miło­ści, tak jak na woj­nie, nie lubi dłu­giego oblę­że­nia, lecz zwy­cię­ski szturm. Éléonore się pod­daje. Napo­leon pro­stuje się, śmieje, głasz­cze jej poli­czek i powraca do swego gabi­netu.

Na stole pod oknem znaj­duje tylko jedną depe­szę. Musiano ją przy­nieść w cza­sie, gdy był z Éléonore w przy­le­głym pokoju. Jest to list od Fouchégo. Według przy­by­łego wła­śnie z Lon­dynu podróż­nego - infor­muje mini­ster poli­cji - Wil­liam Pitt, wielki prze­ciw­nik Napo­le­ona, wrogi wszel­kim ini­cja­ty­wom poko­jo­wym, zmarł 23 stycz­nia w swo­jej willi w Put­ney. Tonąc w dłu­gach, przy­gnę­biony zwy­cię­stwem Fran­cji pod Auster­litz, tuż przed śmier­cią kazał zdjąć ze ściany swego pokoju mapę Europy. "Zwiń­cie tę mapę, nie będzie nam potrzebna przez naj­bliż­sze dzie­sięć lat. Moja ojczy­zna! W jakim sta­nie zosta­wiam moją ojczy­znę!" - miał powie­dzieć.

Sta­no­wi­sko mini­stra spraw zagra­nicz­nych objął Char­les James Fox.

Napo­leon cho­dzi ner­wowo po gabi­ne­cie. Jakby prze­zna­cze­nie dawało mu znak, usu­wa­jąc prze­szkody z jego drogi i ofia­ro­wu­jąc mu naresz­cie moż­li­wość zawar­cia pokoju.

Prze­cho­dzi do poko­iku słu­żą­cego mu za gabi­net map. Na stole roz­ło­żona jest wielka mapa Europy. Kła­dzie na niej roz­cza­pie­rzone dło­nie. Pra­gnie pokoju z Anglią, ale trzeba go narzu­cić siłą: kon­tro­lu­jąc kon­ty­nent, zamy­ka­jąc porty dla angiel­skich towa­rów i żąda­jąc od wszyst­kich państw, aby zaka­zały han­dlu angiel­skimi towa­rami.

Prze­suwa się wokół stołu. Na połu­dniu prawe skrzy­dło cesar­stwa two­rzą Wło­chy. Józef jest kró­lem Neapolu. Elizę uczyni wielką księżną, któ­rej przy­padną tery­to­ria Massy i Car­rary, a potem może także Toska­nia. Pau­li­nie Bona­parte, księż­nej Bor­ghese, odda księ­stwo Guastalli, tę twier­dzę nad Padem. Ze dwa­dzie­ścia księstw zare­zer­wuje na lenna dla swo­ich naj­bar­dziej zasłu­żo­nych ludzi: Tal­ley­rand zosta­nie księ­ciem Bene­wentu, Fouché księ­ciem Otranto, a Ber­na­dotte - ponie­waż jest mężem Désirée Clary i można mu z tego powodu nie pamię­tać jego rezerwy, wyglą­da­ją­cej cza­sami na zdradę - zosta­nie księ­ciem Pon­te­co­rvo.

Napo­leon się pro­stuje. Palec prze­suwa z Włoch na pół­noc.

Ber­thiera uczyni księ­ciem Neuchâtel, Murata wiel­kim księ­ciem Bergu i Kli­wii. Król Bawa­rii już jest sprzy­mie­rzeń­cem dzięki mał­żeń­stwu swo­jej córki Augu­sty z Euge­niu­szem. Wystar­czy stwo­rzyć Zwią­zek Reń­ski, sku­pia­jący innych ksią­żąt nie­miec­kich. A dalej na pół­noc lewe skrzy­dło cesar­stwa, Holan­dia, zosta­nie oddane Ludwi­kowi, owemu nie­zno­śnemu i zazdro­snemu bratu, który może znaj­dzie tam oka­zję, aby oka­zać wdzięcz­ność. W ten spo­sób jego żona Hor­ten­sja de Beau­har­nais zosta­nie kró­lową Holan­dii.

Napo­leon opusz­cza gabi­net map. Być może zanim to, co wła­śnie zapla­no­wał, sta­nie się rze­czy­wi­sto­ścią, upłyną tygo­dnie, a nawet mie­siące. Ale pewien jest, że tak się sta­nie, ponie­waż tak być musi, odpo­wiada to inte­re­sowi ludów. Rozum naka­zuje takie wła­śnie roz­wią­za­nie, które dopro­wa­dzi do końca dzieło zapo­cząt­ko­wane przez Kon­went. Rewo­lu­cja otwo­rzyła drogę. On ją prze­dłuży i sprawi, że ten pro­jekt sta­nie się moż­liwy: wystar­czy zwią­zać Kodeks cywilny z monar­chią, zacho­wać formy dyna­styczne, prze­kształ­ca­jąc zara­zem spo­łe­czeń­stwo, by zro­dziła się nowa Europa.

To wła­śnie robi i tego pra­gnie: sta­wiać fun­da­menty. Jest zało­ży­cie­lem nowej dyna­stii, czwar­tej od cza­sów Karola Wiel­kiego.

W następ­nych dniach z rado­ścią odnaj­duje dawny rytm swo­ich zajęć. Praca od siód­mej, potem polo­wa­nie, cza­sem w Lasku Buloń­skim albo w lasach Marly czy wokół zam­ków Saint-Cloud i Mal­ma­ison. Prze­wod­ni­czy posie­dze­niom Rady Stanu, wydaje liczne przy­ję­cia, audien­cje dla dyplo­ma­tów, poznaje nowego amba­sa­dora Austrii Met­ter­ni­cha, czło­wieka trzy­dzie­sto­pię­cio­let­niego, który przez powi­no­wac­two jest wnu­kiem kanc­le­rza Kau­nitza.

Poseł wydaje mu się inte­li­gentny, prze­ni­kliwy, otwarty, być może jest zwo­len­ni­kiem przy­mie­rza z Fran­cją - zgod­nie z linią kanc­le­rza Kau­nitza. Na jed­nej z audien­cji Napo­leon ujmuje go pod ramię, wypy­tuje. Met­ter­nich, który odbył część stu­diów w Stras­burgu, dosko­nale mówi po fran­cu­sku. W sto­licy Alza­cji prze­żył wyda­rze­nia rewo­lu­cji, wyja­śnia, i do dzi­siaj jest nimi prze­ra­żony.

- Chcę połą­czyć prze­szłość z teraź­niej­szo­ścią - mówi Napo­leon - prze­sta­rzałe prze­sądy z insty­tu­cjami naszej epoki.

Czy Met­ter­nich rozu­mie? Do tego potrzeba pokoju, kon­ty­nu­uje cesarz. Pokój jest moż­liwy. On go pra­gnie. Tyle ma prze­cież rze­czy do zro­bie­nia.

Odwie­dza plac robót, które kazał pod­jąć w Luw­rze. Potwier­dza swą decy­zję wznie­sie­nia na płacu Vendôme kolumny wzo­ro­wa­nej na kolum­nie Tra­jana w Rzy­mie oraz łuku trium­fal­nego na placu Car­ro­usel - oba monu­menty na cześć Wiel­kiej Armii. Drugi łuk trium­falny każe wznieść na szczy­cie Pól Eli­zej­skich. Kamień węgielny pod ten łuk położy oso­bi­ście 15 sierp­nia - w dniu obcho­dzo­nym w całym cesar­stwie jako dzień Świę­tego Napo­le­ona.

Doświad­cza rado­ści zarówno inte­lek­tu­al­nej, jak i fizycz­nej, gdy decy­duje, by budo­wać, urzą­dzać fon­tanny w róż­nych dziel­ni­cach Paryża, prze­rzu­cić przez Sekwanę nowy most, upo­rząd­ko­wać nabrzeża rzeki, gdy naka­zuje publi­ka­cję Kate­chi­zmu cesar­skiego albo zwo­łuje przed­sta­wi­cieli naro­do­wo­ści żydow­skiej, by przy­sto­so­wali swe oby­czaje reli­gijne do potrzeb nowo­cze­snego życia.

Jest oży­wiony. Jeśli nawet nieco przy­tył przez te kilka mie­sięcy, jeśli, jak sam widzi, policzki mu się wypeł­niły, a włosy nad czo­łem prze­rze­dziły, jeśli nawet utra­cił wyostrzony pro­fil, to wciąż jest pełen ener­gii, odna­wia­nej kolej­nymi suk­ce­sami, pro­jek­tami, decy­zjami, a także dzięki powszech­nemu uzna­niu.

Kiedy w środę 29 stycz­nia 1806 roku, zale­d­wie trzy dni po powro­cie do Paryża, pierw­szy raz wybrał się do Teatru Fran­cu­skiego, gdzie wysta­wiana jest sztuka Man­lius mod­nego autora Lafosse'a, cała sala pod­nio­sła się z miejsc, mimo że na sce­nie Talma zaczął już dekla­mo­wać. Aktor ukło­nił się, pod­czas gdy sala roz­brzmie­wała owa­cjami i okrzy­kami: "Niech żyje cesarz!". Owa­cje towa­rzy­szą mu wszę­dzie, gdzie się zjawi: w Ope­rze czy pod­czas defi­lady wojsk.

Według rapor­tów poli­cyj­nych wszy­scy chwalą cesa­rza, pod­no­szą jego zasługi. Powró­ciło zaufa­nie. Bank Fran­cji pod­jął wypłaty bez ogra­ni­czeń i o kry­zy­sie finan­so­wym z grud­nia 1805 roku zapo­mniano.

Wia­domo, że Napo­leon przy­wiózł z kam­pa­nii w Niem­czech pięć­dzie­siąt milio­nów w zło­cie, sre­brze i wekslach wysta­wio­nych na naj­waż­niej­sze insty­tu­cje finan­sowe Europy. Wystar­czyło paru dni, aby zapro­wa­dził porzą­dek w orga­ni­za­cji finan­sów.

Przy­jął na audien­cji Barbé-Mar­bois'go, mini­stra skarbu.

Mini­ster jest zawsty­dzony, ofia­ro­wuje swoją głowę. Napo­leon wzru­sza ramio­nami.

- Co zro­bić z taką głową jak pań­ska? - pyta. - Doce­niam pań­ski cha­rak­ter - cią­gnie - ale pozwo­lił się pan oszu­kać ludziom, przed któ­rymi ostrze­ga­łem, że należy mieć się na bacz­no­ści. Oddał im pan wszyst­kie papiery war­to­ściowe, któ­rych wyko­rzy­sta­nie powi­nien pan był lepiej nad­zo­ro­wać. Jestem nie­stety zmu­szony ode­brać panu admi­ni­stro­wa­nie skar­bem.

Po posie­dze­niu Rady Stanu Napo­leon zatrzy­muje jej członka Mol­liena. Patrzy na niego, oce­nia kry­tycz­nym okiem.

- Złoży pan dziś przy­sięgę jako mini­ster skarbu - oznaj­mia.

Mol­lien, który w cza­sach ancien regime'u nale­żał do kie­row­nic­twa admi­ni­stra­cji podat­ko­wej, waha się.

- Czyżby nie miał pan ochoty być mini­strem? - rzuca do niego cesarz gło­sem, w któ­rym pobrzmiewa zdzi­wie­nie i nie­za­do­wo­le­nie.

Mol­lien złoży przy­sięgę jesz­cze tego samego dnia.

Rzą­dze­nie to wła­śnie to: ana­li­zo­wa­nie, decy­do­wa­nie, wybie­ra­nie ludzi i narzu­ca­nie im swo­jej woli, roz­wie­wa­nie ich wąt­pli­wo­ści, kie­ro­wa­nie nimi tak, aby stali się sku­tecz­nymi i posłusz­nymi narzę­dziami poli­tyki, któ­rej kie­ru­nek się wcze­śniej obmy­śliło. Wymaga to pracy bez spo­czynku, czuj­no­ści w każ­dym momen­cie, cią­gle napię­tej uwagi.

"Kosz­to­wało mnie to sporo wysiłku - wyja­śnia Napo­leon swemu bratu Józe­fowi - aby upo­rząd­ko­wać moje sprawy i zmu­sić tuzin zło­dziei z Ouvrar­dem na czele do odda­nia tego, co zabrali. Oszu­kali oni Barbé-Mar­bois'go mniej wię­cej tak, jak kar­dy­nał de Rohan w afe­rze z naszyj­ni­kiem, z tą jed­nak róż­nicą, że tutaj cho­dziło o nie mniej niż dzie­więć­dzie­siąt milio­nów. Byłem zde­cy­do­wany kazać ich roz­strze­lać bez pro­cesu. Bogu dzięki pie­nią­dze zostały spła­cone. Ta sprawa cią­gle przy­pra­wiała mnie o iry­ta­cję".

Czę­sto unosi się gnie­wem, ciska na zie­mię depe­sze, a cza­sem, gdy nie spodoba mu się jakaś książka, wrzuca ją do ognia.

Coraz trud­niej mu się pogo­dzić z tym, że kto­kol­wiek mógłby mu się sprze­ci­wić albo by można było nie wyko­nać natych­miast i po jego myśli wyda­wa­nych prze­zeń niego roz­ka­zów.

Ber­thie­rowi, któ­rego nie­po­koi postawa Prus i chce inter­we­nio­wać, naka­zuje: "Niech się pan ści­śle trzyma roz­ka­zów, jakie panu wydaję, w wyzna­czo­nym cza­sie wyko­nuje moje instruk­cje. Niech każdy będzie czujny i trwa na swoim poste­runku, ja jeden wiem, co robić".

Ja jeden.

Ta pew­ność, że on jest jedy­nym czło­wie­kiem, który widzi i myśli wła­ści­wie, ogar­nia go cał­ko­wi­cie. Czy nie ma racji w każ­dym decy­du­ją­cym momen­cie życia? To prze­ko­na­nie spra­wia, że nie­zno­śne stają się dla niego wszel­kie sprze­ciwy czy nawet zastrze­że­nia. Każdy musi się nagiąć do jego woli.

Wziął do ręki pióro, aby sko­ry­go­wać i uści­ślić tekst Kate­chi­zmu cesar­skiego.

"Czcić Cesa­rza i słu­żyć Mu to słu­żyć samemu Bogu" - kazał wydru­ko­wać. A oka­zać nie­po­słu­szeń­stwo cesa­rzowi to grzech śmier­telny. Należne mu są "miłość, posłu­szeń­stwo, wier­ność, służba woj­skowa, daniny naka­zane dla zacho­wa­nia i obrony Cesar­stwa oraz tronu".

Czy­ta­jąc ten tekst, nie­któ­rzy człon­ko­wie Rady Stanu są zdzi­wieni. Stary jako­bin Fouché ma w oczach iro­niczne bły­ski.

Napo­leon z trza­skiem zamyka Kate­chizm. Nie należy do tych, co ukry­wają swe myśli. Wstaje i przed wyj­ściem z sali Rady mówi wład­czym tonem:

- W reli­gii widzę nie miste­rium wcie­le­nia, lecz miste­rium porządku spo­łecz­nego. Wiąże ona ideę rów­no­ści z nie­bem, a to powstrzy­muje bied­nych przed zma­sa­kro­wa­niem boga­tych. - Wzro­kiem szuka jakie­go­kol­wiek sprze­ciwu, ale wszyst­kie oczy są spusz­czone. - Reli­gia - dorzuca - jest ponadto szcze­pie­niem, które zaspo­ka­ja­jąc naszą potrzebę cudów, chroni nas przed szar­la­ta­nami i cza­row­ni­kami. Lep­szy jest ksiądz niż jakiś Caglio­stro, Kant czy inni nie­mieccy marzy­ciele. - Robi kilka kro­ków, zdaje się mówić do sie­bie, jakby gło­śno roz­my­ślał. - Jak dotąd są na świe­cie tylko dwie potęgi, mili­tarna i kościelna. Porzą­dek spo­łeczny umoc­niony będzie przez stwo­rze­nie kor­pusu nauczy­cieli; jesz­cze bar­dziej wzmocni go wielki kor­pus urzęd­ni­czy. Kodeks cywilny zdzia­łał już wiele dobrego. Odtąd każdy wie, jakimi zasa­dami ma się kie­ro­wać; odpo­wied­nio porząd­kuje swoją wła­sność i swoje sprawy.

Ale naj­wyż­szym sędzią jestem ja.

Musi zor­ga­ni­zo­wać całe spo­łe­czeń­stwo. Cza­sem zdaje mu się, że jest rozu­mem świata, jedy­nym czło­wie­kiem, który ma zdol­ność zapro­wa­dza­nia porządku w życiu ludów i państw.

Nie­ustan­nie o tym roz­my­śla, gdy w prze­rwie mię­dzy posie­dze­niami Rady Stanu, audien­cjami i godzi­nami spę­dzo­nymi na dyk­to­wa­niu w swoim gabi­ne­cie poluje, wdy­cha­jąc rześ­kie powie­trze wio­sny 1806 roku.

Pew­nego dnia pod koniec marca, wra­ca­jąc z dłu­giej goni­twy po lesie w Wer­salu, spie­szy do swego gabi­netu, wzywa Ménevala i jed­nym tchem for­mu­łuje sta­tut rodziny cesar­skiej. Ma ona sta­no­wić zwor­nik skle­pie­nia Wiel­kiego Cesar­stwa, które zaczął budo­wać. Ludwik jest kró­lem Holan­dii, Józef kró­lem Neapolu, sio­stry wiel­kimi księż­nymi we Wło­szech, Murat wiel­kim księ­ciem Bergu i Kli­wii, a Ber­thier, Ber­na­dotte, Tal­ley­rand czy Fouché są jego wasa­lami.

On sam jest wierz­choł­kiem pira­midy.

"Cesarz jest ojcem całej rodziny" - dyk­tuje. Wola Napo­le­ona jest jedy­nym pra­wem dla wszyst­kich krew­nych. Żaden ślub ani adop­cja nie mogą się odbyć bez jego zgody. Poni­żej sie­bie sytu­uje kró­lów, ksią­żąt dzie­dzicz­nych, potem idą ksią­żęta elek­cyjni i len­nicy.

Oto hie­rar­chiczny porzą­dek, który go zado­wala i przy­znaje mu peł­nię wła­dzy. Cesarz może nawet naka­zać człon­kom swo­jej rodziny, by odda­lili od sie­bie osoby podej­rzane.

Jest panem abso­lut­nym.

1 kwiet­nia 1806 roku pisze do mar­szałka Ber­thiera, który od lat żywi nie­słab­nącą miłość do mar­kizy Visconti; a pod­czas kam­pa­nii wojen­nych wznosi na jej cześć praw­dziwy ołta­rzyk, na któ­rym eks­po­nuje jej podo­bi­zny.

"Posy­łam Panu "Le Moni­teur", zoba­czy Pan, ile dla niego zro­bi­łem. Sta­wiam tylko jeden waru­nek: ożeni się Pan i jest to waru­nek, od któ­rego zależy moja przy­jaźń. Pań­ska namięt­ność trwa już zbyt długo; stało się to śmieszne. Chcę zatem, by się Pan oże­nił, w prze­ciw­nym razie wię­cej się z Panem nie spo­tkam. Ma Pan pięć­dzie­siąt lat, ale jest z rodziny, w któ­rej dożywa się osiem­dzie­siątki, a w ostat­nich latach sło­dy­cze mał­żeń­stwa będą Panu naj­bar­dziej potrzebne".

Jak oprzeć się cesa­rzowi? Ber­thier ugina się i zrywa z mar­kizą Visconti, by poślu­bić księż­niczkę bawar­ską Marię Elż­bietę o trzy­dzie­ści lat od niego młod­szą.

Napo­leon jest zado­wo­lony. Czyż nie jest głową swo­jej "rodziny"?

Do Euge­niu­sza, wice­króla Włoch, pisze: "Mój synu, za dużo pra­cu­jesz. Twoje życie jest zbyt mono­tonne. Masz młodą żonę, która jest brze­mienna. Myślę, że powi­nie­neś tak się urzą­dzić, aby spę­dzać z nią wie­czory i pro­wa­dzić tro­chę życia towa­rzy­skiego. Czemu nie jeź­dzi­cie raz w tygo­dniu do teatru? Potrzeba wię­cej rado­ści w Twoim domu. Ja wiodę życie takie jak Ty, ale mam starą żonę, która nie potrze­buje roz­ry­wek, a mimo to mam wię­cej przy­jem­no­ści i zabawy niż Ty. Młoda żona potrze­buje prze­cież roz­ry­wek, zwłasz­cza w obec­nej sytu­acji".

I umiesz­cza dopi­sek dla Augu­sty, żony Euge­niu­sza: "Niech Pani dba o sie­bie w obec­nym sta­nie i pil­nuje się, aby nie uro­dzić córki. Podam Pani na to receptę, ale mi Pani nie uwie­rzy: należy codzien­nie pić tro­chę czy­stego wina".

Z przy­jem­no­ścią przy­po­mina sobie Augu­stę Bawar­ską. Ona czę­sto do niego pisuje. "Twoja żona jest mil­sza niż Ty" - pisze Napo­leon do Euge­niu­sza. I cza­sami, spo­ty­ka­jąc w salo­nie Józe­finy Ste­fa­nię de Beau­har­nais, sio­strze­nicę cesa­rzo­wej, odnaj­duje przy­jem­ność podobną do tej, jaką miał z prze­by­wa­nia z Augu­stą.

Im bar­dziej się sta­rzeje, tym bar­dziej lubi młode dziew­częta, a Ste­fa­nia ma dopiero sie­dem­na­ście lat. Jest rado­sną, figlarną nasto­latką o regu­lar­nych rysach twa­rzy i jasnych wło­sach. Napo­leon uwiel­bia na nią patrzeć i z nią żar­to­wać; w spoj­rze­niach, jakie rzu­cają Józe­fina i Karo­lina Murat, odga­duje ich zazdrość.

Pew­nego wie­czoru, kiedy wcho­dzi do salonu cesa­rzo­wej, zastaje Ste­fa­nię całą we łzach. Dowia­duje się, że Karo­lina zażą­dała, aby Ste­fa­nia stała w jej obec­no­ści, zgod­nie z ety­kietą cesar­ską, która zaka­zuje, aby sia­dać przy "księż­nicz­kach, sio­strach Jego Cesar­skiej Mości". Napo­leon obej­muje Ste­fa­nię wpół, każe jej usiąść na swo­ich kola­nach i spę­dza wie­czór, szep­cząc jej do ucha pod gniew­nymi spoj­rze­niami Karo­liny Murat.

Naza­jutrz, ponie­waż dla niego nie ma rze­czy nie­moż­li­wych, posta­na­wia zaadop­to­wać dziew­czynę, która odtąd - dyk­tuje hra­biemu Ségur, wiel­kiemu mistrzowi cere­mo­nii - "będzie się cie­szyła wszyst­kimi pre­ro­ga­ty­wami swej pozy­cji we wszyst­kich towa­rzy­stwach, pod­czas uro­czy­sto­ści i przy stole. Będzie jej przy­słu­gi­wać miej­sce u naszego boku, a gdy nas nie będzie, miej­sce po pra­wej stro­nie cesa­rzo­wej".

W ten spo­sób decy­duje się o wszyst­kim.

Kilka dni póź­niej Napo­leon wybiera dla Ste­fa­nii męża, dzie­dzicz­nego księ­cia badeń­skiego, który był narze­czo­nym Augu­sty, póź­niej jed­nak został odrzu­cony na rzecz Euge­niu­sza de Beau­har­nais.

Oto, czego chcę.

Ste­fa­nia także musi się nagiąć. Z oka­zji jej ślubu Paryż jest ilu­mi­no­wany. Odby­wają się wystawne cere­mo­nie. Napo­leon ofia­ro­wuje przy­bra­nej córce rentę 1 500 000 fran­ków oraz 500 000 fran­ków posagu. Kiedy jed­nak się dowia­duje, że Ste­fa­nia zamyka przed mężem drzwi sypialni, daje jej roz­kaz wyjazdu z Paryża do Karls­ruhe.

"Bądź miła dla elek­tora Bade­nii, jest on Twoim ojcem - pisze. - Kochaj swego męża za przy­wią­za­nie, jakie Ci oka­zuje".

To ja decy­duję o zacho­wa­niu człon­ków mojej rodziny i wyma­gam posłu­szeń­stwa.

Musi jed­nak codzien­nie - albo nie­mal codzien­nie - roz­ka­zy­wać, dora­dzać, kar­cić, przy­po­mi­nać tym, któ­rzy zostali kró­lami albo ksią­żę­tami, że są jedy­nie wasa­lami, wyko­naw­cami myśli cesa­rza, try­bi­kami w maszy­ne­rii Wiel­kiego Cesar­stwa.

Oto Murat, wspa­nia­ło­myślny książę Joachim, obec­nie wielki książę Bergu, żąda dla swo­ich dzieci gwa­ran­cji suk­ce­sji tronu. Czy zapo­mniał, dzięki komu został księ­ciem? I w czy­ich rękach spo­czywa cała przy­szłość cesar­stwa oraz sprzy­mie­rzo­nych z nim państw?

"Co do gwa­ran­cji dla Pań­skich dzieci - rzuca mu Napo­leon - całe to rozu­mo­wa­nie jest godne poli­to­wa­nia i wywo­łuje u mnie wzru­sze­nie ramion: wsty­dzę się za Pana. Jest Pan Fran­cu­zem, mam nadzieję, Pań­skie dzieci rów­nież nimi będą; każdy inny pogląd na tę sprawę byłby tak hań­biący, że pro­szę mi ni­gdy o tym nie wspo­mi­nać".

Zaśle­pie­nie tych ludzi, któ­rych obda­ro­wał tytu­łami, zaszczy­tami i pie­niędzmi, zadzi­wia go. Doświad­cza wobec nich przy­pły­wów pogardy i lito­ści. Prze­czuwa, że więk­szość z nich wyrze­kłaby się go, gdyby został poko­nany czy choćby tylko osła­biony. Dla­tego wła­śnie należy trzy­mać ich żela­zną ręką, pona­glać, pil­no­wać, przy­mu­szać.

Dopi­suje jesz­cze w liście do Murata:

"Byłoby czymś nie­sły­cha­nym, gdyby po tych wszyst­kich dobro­dziej­stwach, jakimi obsy­pał Pana lud fran­cu­ski, jesz­cze myślał Pan nad tym, jak zagwa­ran­to­wać swoim dzie­ciom narzę­dzie suk­ce­sji, które by mu szko­dziło! Jesz­cze raz pro­szę, niech mi Pan o tym już wię­cej nie wspo­mina, to zbyt śmieszne".

Ale w oto­cze­niu Napo­le­ona wszy­scy są podobni do Murata i jego mał­żonki Karo­liny - są chciwi, przej­mują się bar­dziej wła­snym losem niż losami cesar­stwa.

Nawet matka cesa­rza, mimo że śpi na zło­cie, żąda spe­cjal­nie wypła­ca­nej przez skarb pań­stwa renty, co ozna­cza, że Lety­cja liczy się z moż­li­wo­ścią śmierci swego syna Napo­le­ona i stara się zapew­nić sobie dochody po jego ewen­tu­al­nym zgo­nie!

Na wieść o tym Napo­leon wzru­sza jedy­nie ramio­nami, póź­niej z gorz­kim gry­ma­sem daje swą zgodę, niech matka będzie zado­wo­lona. Ona tak samo jak reszta nie sięga wzro­kiem poza swój oso­bi­sty inte­res.

Rów­nież Ludwik, który został kró­lem Holan­dii, zasy­puje go żąda­niami pomocy finan­so­wej. Czyż nie jest kró­lem? Czy nie ma swo­jego pań­stwa?

"Nie mam pie­nię­dzy - odpo­wiada mu Napo­leon. - Jakiż to wygodny spo­sób Ci podpo­wiadają: zwra­cać się o pomoc do Fran­cji! Teraz jed­nak nie czas na bia­do­le­nie, należy się wyka­zać ener­gią".

Ale czy oni wszy­scy mają ener­gię - moi bra­cia, któ­rych zro­bi­łem kró­lami, ludzie, któ­rych uczy­ni­łem ksią­żę­tami, gene­ra­ło­wie, któ­rym oka­za­łem zaufa­nie?

Napo­leon musi więc nimi wszyst­kimi kie­ro­wać za pomocą codzien­nych depesz. Wiele razy dzien­nie z Mal­ma­ison, z Saint-Cloud, z Tuile­ries wyjeż­dżają kurie­rzy i kie­rują się do Neapolu, Parmy, Düsseldorfu, Amster­damu.

Pisze do gene­rała Junota: "Nie można być łaska­wym ina­czej, niż oka­zu­jąc suro­wość, w prze­ciw­nym razie tam­ten nie­szczę­sny kraj oraz Pie­mont zostaną stra­cone i trzeba będzie wylać morze krwi, aby zapew­nić spo­kój we Wło­szech".

Junot wyko­nuje roz­kazy, nisz­czy zbun­to­wane wio­ski.

"Z przy­jem­no­ścią się dowia­duję - komen­tuje Napo­leon - że wio­ska Mez­zano, która pierw­sza chwy­ciła za broń, zosta­nie spa­lona. Ten akt suro­wo­ści w isto­cie podyk­to­wany jest huma­ni­ta­ry­zmem i łaska­wo­ścią, ponie­waż zapo­bie­gnie innym rewol­tom".

Ci ludzie jed­nak zawsze mają pokusę, aby raczej zabie­gać o miłość pod­da­nych, niż rzą­dzić z uży­ciem koniecz­nej siły.

Napo­leon obu­rza się, czy­ta­jąc raporty Józefa przy­sy­łane mu z Neapolu. Nie­wiele ma zaufa­nia do star­szego brata, który ni­gdy nie wojo­wał.

Powta­rza mu: "Kiedy się rzą­dzi dużymi pań­stwami, to utrzy­muje się je tylko dzięki aktom suro­wo­ści". Tym­cza­sem Józef sobie wyobraża, że Neapo­li­tań­czycy za nim prze­pa­dają!

Zdaje mu się, że jest kró­lem od nie­pa­mięt­nych cza­sów. Zdą­żył już zapo­mnieć, że został władcą Neapolu jedy­nie dzięki woli i sile zbroj­nej cesa­rza! Za kogo on się uważa?

"Porów­nu­jesz przy­wią­za­nie Fran­cu­zów do mojej osoby z przy­wią­za­niem Neapo­li­tań­czy­ków do Cie­bie - pisze mu Napo­leon. - Zakrawa to na żart. Jakąż to miłość miałby do Cie­bie żywić lud, dla któ­rego nic nie zro­bi­łeś, w kraju, gdzie zna­la­złeś się pra­wem pod­boju wraz z czter­dzie­stoma czy pięć­dzie­się­cioma tysią­cami obco­kra­jow­ców?"

Ale czy Józef chce spoj­rzeć w oczy tej praw­dzie? Oni nic nie poj­mują!

"Weź w rachubę - gorzko szy­dzi Napo­leon - że wcze­śniej albo póź­niej będziesz miał powsta­nie. Cokol­wiek byś zro­bił, nie utrzy­masz się w takim mie­ście jak Neapol dzięki samej repu­ta­cji. Zapro­wa­dzaj porzą­dek, roz­bra­jaj, roz­bra­jaj".

Trzeba mu to powta­rzać: "Ska­zuj na śmierć przy­wód­ców tłu­mów. Każdy szpieg musi zostać roz­strze­lany; każdy przy­wódca zamie­szek musi zostać roz­strze­lany; każdy laz­za­rone, który ata­kuje szty­le­tem żoł­nie­rza, musi zostać roz­strze­lany".

Czy Józef zro­zu­mie, że rzą­dze­nie jest sztuką wyma­ga­jącą samo­dy­scy­pliny?

Napo­leon wdaje się w szcze­góły: kuch­nia władcy musi być pod nad­zo­rem albo strzeż się tru­ci­zny. Nie można zanie­dbać żad­nego środka ostroż­no­ści w życiu codzien­nym króla. "Nikt nie powi­nien wcho­dzić do Cie­bie w nocy oprócz Twego adiu­tanta, który ma spać w pokoju przed sypial­nią; Twoje drzwi powinny być zamknięte od środka; otwie­raj adiu­tan­towi tylko wtedy, gdy z całą pew­no­ścią roz­po­zna­jesz jego głos, a on nie może stu­kać do Two­ich drzwi, jeśli przed­tem nie zatrosz­czył się o zamknię­cie drzwi pokoju, w któ­rym się znaj­duje".

Józefa trzeba wszyst­kiego uczyć. Ostroż­no­ści króla i sztuki wojen­nej. Ale z jakim skut­kiem?

"Twój rząd nie jest dość ener­giczny, oba­wiasz się nara­zić ludziom" - pisze do brata Napo­leon 5 lipca 1806 roku. A w kilka dni póź­niej, gdy dowia­duje się o wylą­do­wa­niu Angli­ków i poko­na­niu gene­rała Rey­niera, daje upust obu­rze­niu: "Zra­nił­bym Cię tylko nie­po­trzeb­nie, gdy­bym Ci powie­dział wszystko, co myślę - pisze. - Jeśli sta­niesz się kró­lem malo­wa­nym, zamiast być uży­tecz­nym, zaszko­dzisz mi, gdyż pozba­wisz mnie moich środ­ków". A kiedy Józef prosi o audien­cję w Saint-Cloud, odpo­wiedź cesa­rza ude­rza jak poli­czek: "Król powi­nien się bro­nić i umie­rać w swoim pań­stwie. Król wygna­niec i włó­częga jest głup­cem".

Oni wszy­scy, Józef i Ludwik, ksią­żęta i mar­szał­ko­wie, chcie­liby pokoju, żeby cie­szyć się wła­dzą i swo­imi dobrami. Napo­leon o tym wie. Sam niczego innego nie pra­gnie, jak mówi.

Pew­nego luto­wego dnia 1806 roku przyj­muje na audien­cji Tal­ley­randa. Mini­ster spraw zagra­nicz­nych pro­mie­nieje. Otrzy­mał wła­śnie depe­szę z Lon­dynu. Fox, następca Wil­liama Pitta, infor­muje, że dowie­dział się o pró­bie zama­chu na "przy­wódcę Fran­cu­zów" i kazał aresz­to­wać zama­chowca. Czy to nie sygnał poko­jo­wych zamia­rów Foxa? Może uda się odtwo­rzyć kli­mat, w któ­rym w roku 1802 pod­pi­sano trak­tat poko­jowy w Amiens - był to okres wiel­kich nadziei.

- Niech pan podzię­kuje ode mnie Fok­sowi - mówi Napo­leon. - Wojna mię­dzy naszymi naro­dami jest spo­rem nie­po­trzeb­nym ludz­ko­ści.

Rze­czy­wi­ście tak uważa, do tego jed­nak, aby usta­no­wić pokój, potrzebne byłyby obu­stronne ustęp­stwa. Tym­cza­sem żadna ze stron nie ufa dru­giej.

W maju Napo­leon z obu­rze­niem przyj­muje wia­do­mość, że Anglicy posta­no­wili zablo­ko­wać wszyst­kie porty od Łaby do Bre­stu. Jak ina­czej odpo­wie­dzieć na ten krok, niż poka­zu­jąc, że kon­ty­nent jest zjed­no­czony? To zaś zakłada posłu­szeń­stwo wobec niego i zgodę na domi­na­cję cesa­rza, akcep­ta­cję tej prze­bu­dowy euro­pej­skiego ładu, od kró­le­stwa Neapolu do Holan­dii, która uczy­niła z Napo­leona cesa­rza kró­lów. Jest władcą, który narzuca swoje prawa, żąda więc, aby wszyst­kie porty zostały zamknięte przed Angli­kami.

Papież pierw­szy odma­wia zamknię­cia swo­ich por­tów.

"Zoba­czy - grzmi Napo­leon - czy mam dość siły i odwagi, aby utrzy­mać koronę cesar­ską. Sto­sunki mię­dzy mną a papie­żem muszą być takie jak mię­dzy jego poprzed­ni­kami a cesa­rzami Zachodu".

Znów wypadki nastę­pują jeden po dru­gim. Angiel­scy nego­cja­to­rzy, lord Yar­mo­uth i lord Lau­der­dale, przy­jeż­dżają wpraw­dzie do Paryża, ale nie zga­dzają się ustą­pić z Sycy­lii ani zanie­chać blo­kady. 13 wrze­śnia 1806 roku umiera Fox. Czy to już koniec par­tii pokoju? - zasta­na­wia się Napo­leon.

Jego bro­nią jest kon­ty­nent euro­pej­ski. Lecz każdy krok, który przed­się­bie­rze, by skon­so­li­do­wać swą wła­dzę, wyzwala nowe nie­po­koje, pro­wo­kuje ripo­sty.

W sierp­niu i wrze­śniu 1806 roku, prze­by­wa­jąc w zamku Saint-Cloud, a póź­niej w Ram­bo­uil­let, Napo­leon bar­dziej nie­cier­pli­wie niż zazwy­czaj wycze­kuje depesz z Ber­lina i Peters­burga. Wie, że Prusy są zanie­po­ko­jone tym, iż utwo­rzył pod swoją egidą Zwią­zek Reń­ski. Rosja z kolei odmó­wiła pod­pi­sa­nia trak­tatu poko­jo­wego. Rysuje się więc czwarta koali­cja, którą two­rzą Prusy, Rosja i oczy­wi­ście Anglia. Napo­leon jed­nak woli być ostrożny.

"Pan nie wie, co ja robię - zwraca się do Murata. - Niech pan zachowa spo­kój. Z pań­stwem takim jak Prusy ni­gdy nie należy się spie­szyć".

Żad­nej wojny, jego życze­niem jest pokój. Żoł­nie­rze Wiel­kiej Armii sta­cjo­nują jesz­cze wciąż w Niem­czech i marzą o powro­cie do Fran­cji.

"Chcę mieć dobre sto­sunki z Pru­sami" - powta­rza Napo­leon do Tal­ley­randa. Niech mini­ster wyda odpo­wied­nie instruk­cje Lafo­re­stowi, amba­sa­do­rowi Fran­cji w Ber­li­nie.

Ten jed­nak przy­syła alar­mu­jące depe­sze: Ber­lin się zbroi. Woj­ska pru­skie wyru­szyły w kie­runku Hesji i Sak­so­nii, aby uprze­dzić Napo­le­ona i włą­czyć armie tych państw w swoje sze­regi.

Czy to moż­liwe, aby Fry­de­ryk Wil­helm III i jego żona, piękna kró­lowa Luiza, podej­mo­wali ryzyko wojny? Tam gdzie nie powio­dło się armiom rosyj­skiej i austriac­kiej, spo­dzie­wają się wygrać Pru­sacy?

10 wrze­śnia 1806 roku Napo­leon mówi do Ber­thiera:

- Posu­nię­cia Prus wciąż są bar­dzo dzi­waczne. Oni chcą dostać nauczkę. Każę jutro wypra­wić konie, a za kilka dni moją gwar­dię.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki