UWERTURA
Ta równina byłaby wspaniałym polem bitwy
Był 4 kwietnia 1805 roku, tuż po świcie.
Napoleon Bonaparte, cesarz Francuzów, unosił się w strzemionach,
ściągając wodze swego araba, który niecierpliwie grzebał kopytami.
Caulaincourt, wielki koniuszy i adiutant, oraz oficerowie cesarskiego
orszaku trzymali się w pewnej odległości. Konie dreptały, wpadały na
siebie, szable pobrzękiwały.
Cesarz znajdował się na czele, sam. Patrzył na wyłaniające się z mgły
ruiny zabudowań. Poznawał aleję lipową i na jej końcu klasztor
franciszkanów. To wszystko, co pozostało po szkole wojskowej w Brienne,
gdzie spędził pięć lat; trafił tam jako dziesięcioletni chłopiec, z którego inni się wyśmiewali, ponieważ nosił dziwne, cudacznie brzmiące
cudzoziemskie nazwisko Napoleone Buonaparte, i aby go sprowokować,
podśpiewywali rymowankę: "Napoleone Buonaparte,
Paille-au-nez1".
Minęło zaledwie dwadzieścia lat i oto 2 grudnia 1804 r. w katedrze Notre
Dame przyjął z rąk papieża Piusa VII cesarską koronę, aby się nią samemu
ukoronować. Był Napoleonem Bonaparte, cesarzem Francuzów. I wkroczył
dopiero w trzydziesty szósty rok życia.
Przybył z Paryża poprzedniego dnia, gdyż chciał raz jeszcze zobaczyć te
strony i szkołę wojskową; nie wiedział, że została po niej tylko kupa
gruzu - świadectwo burzliwych wydarzeń ostatnich dwudziestu lat.
Zamknięto ją w 1793 roku, sprzedano jako dobro narodowe i zamieniono w manufakturę jaszczy artyleryjskich, a później, po przeniesieniu
warsztatów, odstąpiono za bezcen i w 1799 roku rozebrano na cegły.
Spędził tu pięć najcięższych lat swego życia, sam jeden w kraju, gdzie
praktycznie był obcy. Ale został Napoleonem Bonaparte, cesarzem
Francuzów, choć minęło tylko dwadzieścia lat.
30 marca 1805 roku w Paryżu papież Pius VII złożył mu wizytę przed swym
powrotem do Włoch. Napoleon poinformował go, że on także opuszcza Paryż
i udaje się do Mediolanu, gdzie w katedrze kardynał Caprara nałoży mu na
głowę koronę króla Włoch, i Pius VII raz jeszcze skłonił głowę przed
cesarzem, a niebawem także i królem.
Napoleon wyjechał z Paryża 31 marca, kierując się w stronę Troyes.
Zgodził się spędzić jedną noc w górującym nad miasteczkiem zamku
Brienne, traktując to jako pielgrzymkę do miejsc swego samotnego
dzieciństwa i tamtych lat nauki w szkole wojskowej.
Wzdłuż całej trasy z Paryża do Brienne rozbrzmiewały gromkie wiwaty.
Napoleon wychylał się przez drzwiczki karety, a przy wjeździe do miast i miasteczek dosiadał swego araba i wyprostowany odpowiadał na powitania.
3 kwietnia 1805 roku, późnym rankiem, wjechał do Brienne. Tłum
okolicznych wieśniaków zapełniał ulice. Napoleon rozpoznał podjazd
prowadzący do otoczonego rozległymi ogrodami placu, na którym wznosił
się zamek.
Pani de Brienne już czekała na schodach, by powitać go z honorami i pokazać mu apartamenty, które dla niego przygotowała i w których, jak
ciszej dodała, zatrzymał się kiedyś książę Orleański.
Napoleon podszedł, otworzył okno i popatrzył na wiejski pejzaż
Szampanii, który wydawał mu się taki wrogi, tak nieznajomy i obcy, kiedy
znalazł się tutaj sam jako dziesięcioletnie dziecko.
W ciągu pięciu lat spędzonych w szkole wojskowej w Brienne setki razy
słyszał opowieści o polowaniach i uroczystościach, jakie państwo de
Brienne urządzali w zamku i należących do nich lasach. Często odgłosy
muzyki i konnych kawalkad dobiegały aż do szkolnego dziedzińca. Ale raz
tylko Napoleona wraz z kolegami zaproszono do zamku.
Było to w dniu Świętego Ludwika, 25 sierpnia 1783 roku. Pani de Brienne
zwróciła uwagę na tego chudego ucznia o oliwkowej karnacji i tak dziwnym
nazwisku: Napoleone Buonaparte, ale było to z jej strony jedynie
przelotne zainteresowanie. Zagubił się wśród setki uczniów szkoły, owej
anonimowej masy chłopców w mundurkach z błękitnego sukna, w kurtkach o białym podszyciu, z czerwonymi wyłogami, mankietami i kołnierzem oraz
białymi guzikami z herbem szkoły wojskowej.
W zamkowych ogrodach Napoleon chodził alejkami, gdzie cisnęła się cała
ludność z sąsiedztwa, zaproszona przez gospodarzy z okazji królewskiego
święta. Wzniesiono estrady dla akrobatów, śpiewaków i aktorów.
Przeciągnięto liny dla linoskoczków. A sprzedawcy pierników i napoju z lukrecji przeciskali się przez tłum, proponując swoje specjały.
Buonaparte przechadzał się w milczeniu, z rękami założonymi do tyłu.
To było dwadzieścia dwa lata temu.
Teraz Napoleon był cesarzem Francuzów, a pani de Brienne prosiła go, by
zasiadł do stołu, a następnie przeszedł do salonu. Przybywali ludzie
pragnący, by ich przedstawiono cesarzowi.
Proboszcz z sąsiedztwa, ubrany w brązowy surdut, zbliżył się zgięty,
utrzymując, że był jednym z profesorów Napoleona w szkole wojskowej
prowadzonej przez franciszkanów.
- Kim pan jest? - spytał cesarz, jakby nie dosłyszał.
Proboszcz powtórzył.
- Sutanna - odrzekł Napoleon - została księżom dana na to, aby ich
zawsze rozpoznawano z bliska i z daleka, nie poznaję proboszcza w surducie. Proszę iść się przebrać.
Proboszcz zniknął, powrócił zmieszany i pokorny.
- Teraz księdza poznaję - rzekł Napoleon - i bardzo się cieszę, że
księdza widzę.
Był przecież cesarzem Francuzów.
Przy obiedzie zaczął się niecierpliwić. Współbiesiadnicy umilkli.
Ochmistrz z wrażenia przewrócił sosjerkę na obrus przed cesarzem.
Napoleon wybuchnął śmiechem i atmosfera się rozładowała.
Goście odeszli od stołu wśród gwaru rozmów, potem cesarz udał się do
siebie. Spał niewiele, już o świcie był na dziedzińcu, wsiadł na swego
araba i opuścił zamek, aby raz jeszcze zobaczyć tę szkołę wojskową i stwierdzić, gdy tylko mgła się rozproszyła, że popadła ona w ruinę. Nie
warto było nawet myśleć o jej odbudowie. Kosztowałoby to miliony. Nie
można odbudować przeszłości.
Nagle dwoma szybkim uderzeniami ostrogi pobudził konia i popędził
samotnie przez miasteczko Brienne i dalej, drogą do Bar-sur-Aube. Po
kilku minutach zniknął. Rumak, długo powstrzymywany, gnał pełnym
galopem, przeskakując rowy, zapuszczając się w zagajniki, stukając
kopytami po kamiennych drogach. A cesarz, zmieniając co chwila kierunek,
rozpoznawał to jakiś widok, to znów jakąś wioskę.
Sam, wciąż sam, ściga swoje wspomnienia po polach, wyobraża sobie
Caulaincourta i zdenerwowanych oficerów, którzy usiłują go odnaleźć.
Ciszę nasiąkniętą mgłą rozdarł wystrzał. To sygnał od Caulaincourta.
Trzeba znów ruszać w drogę.
Cesarz wrócił, wciąż patrząc na wieże zamku Brienne. Galopował ponad
trzy godziny. Nie wie którędy, mówi swym zdziwionym oficerom.
Jego koń jest wyczerpany, pokryty potem, a z jego nozdrzy cieknie krew.
Jeszcze tego samego dnia, 4 kwietnia, cesarz opuścił Brienne i wyruszył
do Mediolanu, gdzie czekała go korona króla Włoch. Zanim zamek zniknął z oczu, cesarz wychylił się z okna karety i kazał się zatrzymać. Zamkowe
wieże skąpane były w słońcu, które rozbłyskiwało także na pochwach
szabli i ozdobach mundurów.
- Ta równina - mówi Napoleon - byłaby wspaniałym polem bitwy.
Paille-au-nez (dosł. "słoma w nosie") wymawia się "pajo'ne", co tworzy rym z włoską wersją "Napoleone" (przyp. tłum.). [wróć]
Rozdział 1
Chłopiec, który 15 maja 1779 roku wszedł do rozmównicy Królewskiej
Szkoły Wojskowej w Brienne, nie ukończył jeszcze dziesięciu lat, gdyż
urodził się 15 sierpnia 1769 roku w Ajaccio, jako syn Carla Marii
Buonaparte i Letycji Ramolino.
Ręce trzymał założone na plecy, był wyprostowany, miał szczupłą
nieruchomą twarz o wystającym podbródku, kasztanowate, bardzo krótko
przycięte włosy i szare oczy, jego wątłe ciało wciśnięte było w ciemnoniebieskie ubranie. Wydawał się niewzruszony, niemalże obojętny, w tej wielkiej zimnej sali, gdzie się znalazł, czekając, aż przyjmie go
pryncypał szkoły, ojciec Lelue, z zakonu franciszkanów, którzy
zarządzali szkołą.
Chłopiec wiedział jednak, że pozostanie w szkole przez wiele lat, nie
mogąc jej opuścić ani na jeden dzień, i że będzie osamotniony w tym
kraju, którego języka dopiero zaczął się uczyć.
1 stycznia 1779 roku przyjechał do Autun z ojcem Carlem. Był to piękny
wysoki mężczyzna o regularnych rysach twarzy, o wyglądzie zadbanym, a nawet wykwintnym, i pańskim sposobie bycia.
Korsyka, uliczki Ajaccio, zapach morza, sosen, pistacji, drzew
poziomkowych, mirtu - cały ten świat, który był dla chłopca wszystkim,
teraz pozostał daleko, stał się intymnym sekretem. Trzeba było zacisnąć
zęby i zagryźć wargi, kiedy ojciec odjechał, zostawiając w kolegium w Autun swoich dwóch synów, starszego Józefa, urodzonego 7 stycznia 1768
roku, i Napoleona - jednego przeznaczonego dla Kościoła, drugiego dla
armii.
W Autun w ciągu niespełna czterech miesięcy, od 1 stycznia do 21
kwietnia, należało się nauczyć francuskiego - języka obcego, języka, w którym wykrzykiwali zwycięscy żołnierze na ulicach Ajaccio. Ojciec
władał nim, matka nie. Jedynym językiem, którego nauczono synów, był
włoski.
Uczyć się, uczyć: dziewięcioletni chłopiec zaciskał pięści, ukrywał
smutek, tęsknotę, strach i poczucie opuszczenia w tym kraju deszczu,
zimna, śniegu i szarości, gdzie ziemię czuć było próchnicą i błotem, a nigdy nie pachniała ona gęstą, bujną roślinnością.
Nowy język należy opanować, ponieważ to język tych, którzy pokonali jego
ziomków i okupowali wyspę. Natęża się. Czyta na głos. Powtarza, dopóki
słowa się nie poddadzą. Ten język będzie mu pewnego dnia potrzebny, aby
pokonać tych zarozumiałych Francuzów, którzy natrząsają się z jego
nazwiska i do których nie chce się nawet zbliżać.
Przechadza się samotnie po dziedzińcu kolegium w Autun, zamyślony i pochmurny. Jego brat Józef - przeciwnie - jest grzeczny, spokojny i nieśmiały. Lecz Napoleon irytuje innych swym zachowaniem, w którym duma
upokorzonego dziecka miesza się z goryczą pokonanego.
Drażnią go więc i prowokują. Z początku milczy, lecz gdy mu mówią, że
Korsykanie są tchórzami, ponieważ pozwolili się podbić, gestykuluje i wyrzuca w gniewie: "Gdyby Francuzów było tylko cztery razy więcej, to
nigdy nie zdobyliby Korsyki. Ale ich było dziesięć razy więcej".
Mówią mu o Pasquale Paolim, przywódcy ruchu oporu przeciw Francuzom,
pokonanym 9 maja 1769 roku w bitwie pod Ponte Nuovo.
Jeszcze raz się opanowuje. Pamięta. Wie, że jego ojciec i matka byli
podopiecznymi Pasquale Paolego. Jako młodzi ludzie, mający zaledwie
osiemnaście i czternaście lat, przebywali w otoczeniu Paolego, w Corte,
w latach krótkiej niepodległości Korsyki, pomiędzy panowaniem genueńskim
a francuską interwencją w roku 1767. W 1764 roku to Pasquale Paoli
wywiera nacisk na rodzinę Letycji Ramolino, aby pozwolono dziewczynie
poślubić Carla Marię Buonaparte. Słowo Babbo, czyli "ojca", jak nazywano
Pasquale Paolego, ma swoją wagę. Ślub się odbywa. Wkrótce rodzi się i umiera dwoje dzieci. Potem, po urodzeniu Józefa, Letycja jest znowu
brzemienna, w chwili gdy wojska króla Ludwika XV zwyciężają patriotów
korsykańskich. I trzeba uciekać ścieżkami przez zarośla makii, trzeba
przekraczać rzeki w bród.
Lecz w kolegium w Autun dziewięciolatek nie może tego powiedzieć ojcu
Chardonowi, który między dwiema lekcjami francuskiego pyta go zarazem
dobrotliwie i ironicznie:
- Dlaczego zostaliście pobici? Mieliście przecież Paolego, a on uchodził
za dobrego generała.
Chłopiec nie może się pohamować:
- Tak, proszę księdza, i chciałbym być do niego podobny.
Jest Korsykaninem. Nienawidzi tego kraju, jego klimatu i mieszkańców.
Mruczy: "Wyrządzę tym Francuzom tyle złego, ile tylko zdołam".
Jest kimś w rodzaju dobrowolnego więźnia, synem pokonanego jeńca. Nie
może ani się zwierzać, ani płakać.
Przypomina sobie wieczory w rodzicielskim domu, przy ulicy
Saint-Charles, wśród obfitości zapachów. Przypomina sobie łagodne głosy.
Matka bywała szorstka, potrafiła go spoliczkować albo sprawić mu lanie,
ale była piękna i kochała go. Siadała pomiędzy swoimi dziećmi - znowu
brzemienna, spokojna i nieugięta. Opowiadała o wojnie, o ucieczce po
klęsce pod Ponte Nuovo.
Babka ze strony ojca, Maria Saveria Buonaparte, przyrodni wuj Joseph
Fesch (ponieważ matka Letycji ponownie wyszła za mąż), matka chrzestna
Gertrude Paravicini, mamka Napoleona Camilla Ilari oraz służąca Saveria
- jedyna służąca rodziny - wszyscy słuchali. A pobożna babka, która
uczestniczyła w dziewięciu mszach dziennie, często żegnała się znakiem
krzyża.
Napoleon przypominał sobie najdrobniejsze szczegóły opisu rzeki Liamone
o wzburzonych nurtach. Letycja chciała przebyć rzekę w bród, lecz koń,
porwany przez prąd, stracił grunt pod nogami. Carlo rzucił się do wody,
chcąc ratować ciężarną żonę i syna Józefa, Letycji udało się jednak
opanować wierzchowca i skierować go w stronę drugiego brzegu.
Cóż ci wszyscy Francuzi - ksiądz Chardon, uczniowie kolegium w Autun -
mogą wiedzieć o Korsyce i Korsykanach, skoro nie znają szumu morza,
zacisznych uliczek przy porcie i górującej nad zatoką Ajaccio fortecy o barwie ochry?
Napoleon rozmyślał o swoich wyprawach, bójkach, jakie staczał, stawiając
czoło innym dzieciom, które czasami wyśmiewały się z niego, z jego
zaniedbanego wyglądu, lecz które tak jak on pochodziły z Południa i mówiły tym samym pełnym ciepła i wyrazu językiem.
Napoleone di mezza calzetta
Fa l'amore a Giacominetta.1
Rzucał się na nich, zabierał Giacominettę, koleżankę z klasy, do szkoły
prowadzonej przez siostry, gdzie uczył się włoskiego. Później, w wieku
ośmiu lat, przemierzał z nią nabrzeża portowe. Ale wtedy już oddalał się
od niej. Uczył się arytmetyki, zaszyty w budce z desek zbudowanej na
tyłach domu. Rachował sam, samiutki przez cały dzień, wychodził dopiero
wieczorem, obszarpany, obojętny, rozmarzony.
Nic o tym wszystkim nie mówić. Zachować dla siebie. Nauczyć się
francuskiego.
Żołnierze zwycięskiego króla defilowali i paradowali po ulicach Ajaccio,
po mieście, które jeszcze wibrowało od niedawnych walk, starć pomiędzy
stronnictwami, między tymi, którzy wybrali Pasquale Paolego, zbiegłego
do Anglii, a tymi, którzy przyłączyli się do Francuzów. Chłopiec
wiedział dobrze, że jego ojciec, Carlo Buonaparte, należał do tych
drugich. Gubernator Korsyki, pan de Marbeuf, był mile widziany w domu
przy ulicy Saint-Charles. Starego uwodziciela przyciągała może także
uroda Letycji.
Carlo Buonaparte, z rodziny szlacheckiej od czterech pokoleń - jak
zaświadczali to heraldycy z Toskanii, skąd wywodzili się jego
przodkowie, zawojował gubernatora, który szukał oparcia wśród notabli
gotowych przejść na stronę Francuzów.
Carlo stawiał na tę kartę. Tak było trzeba, aby otrzymywać stanowiska,
renty, subsydia. 8 czerwca 1777 roku został wybrany na deputowanego
szlachty Korsyki do Stanów Generalnych do Wersalu. Wrócił olśniony
potęgą królestwa Francji, jego miastami i pałacami, jego organizacją i tym nowym dobrotliwym władcą, Ludwikiem XVI. Nie ustawał w staraniach o stypendia dla synów: starszego, Józefa - przeznaczonego do stanu
duchownego, oraz młodszego, Napoleona, który ma zrobić karierę wojskową.
Ośmiolatek w domu w Ajaccio słyszał to wszystko.
Śledzi defilady na ulicach miasta. Fascynują go ci oficerowie o pięknej
postawie w niebiesko-białych mundurach. Rysuje żołnierzy, ustawia swoje
figurki w szyku bojowym. Bawi się w wojnę. Jest dzieckiem Południa.
Biega po ulicach, wspina się aż do cytadeli, tarza po ziemi, przewodzi
bandzie urwisów, wystawia się na deszcz, ponieważ przyszły żołnierz musi
być wytrzymały. Wymienia swój biały chleb na razowy chleb żołnierza,
ponieważ należy się przyzwyczajać do żołnierskiego wiktu.
Gdy się dowiaduje, że ojciec uzyskał stypendium dla niego oraz Józefa i że obaj jadą się uczyć do kolegium w Autun, gdzie Józef pozostanie,
ponieważ jest przeznaczony dla Kościoła, a on, kiedy tylko nauczy się
francuskiego, wstąpi do Królewskiej Szkoły Wojskowej, to aż drży z entuzjazmu i jednocześnie czuje się rozdarty na myśl o opuszczeniu
matki, rodziny, swego domu i miasta.
Ale tak trzeba. Rodzą się inne dzieci: w 1775 roku Lucjan, w 1777 -
Marianna Eliza. Potem przyjdą na świat Ludwik (1778), Paulina (1780),
Maria Annuncjata Karolina (1782) i Hieronim (1784).
Oczywiście rodziny Buonaparte i Ramolino nie są biedne. Posiadają trzy
domy, winnice, folwark w Milelli i szkółkę morwową, młyn, nieruchomości
w Ucciani, w Bocognano, w Bastelice. Mają także wpływy. Ich rodziny
tworzą prawdziwy klan. Trzeba jednak myśleć o karierze dzieci, utrzymać
pozycję wśród szlachty królestwa, w którego skład weszła Korsyka.
Józef zatem zostanie księdzem, a Napoleon żołnierzem.
Pan de Marbeuf przyrzeka Józefowi jedno z tych beneficjów kościelnych,
którymi dysponuje jego bratanek Yves Alexandre de Marbeuf, biskup Autun.
Jeśli chodzi o stypendium Napoleona w szkole wojskowej - potwierdza je.
15 grudnia 1778 roku dziewięcioipółletni chłopiec uściskał matkę i bliskich. Trzymał się między ojcem, dumnym i eleganckim, który znów
wybierał się do Wersalu, by zawieźć propozycje szlachty korsykańskiej, a bratem Józefem. Razem z nimi odjeżdżał szwagier ojca Joseph Fesch, który
miał kontynuować studia w seminarium w Aix, oraz kuzyn Aur?le Var?se,
mianowany subdiakonem przy biskupie de Marbeuf.
Oczy chłopca są suche. Wstępuje na pokład statku zmierzającego w kierunku Marsylii i patrzy, jak Korsyka zaciera się w dali. Jeszcze
długo po jej zniknięciu czuje zapach tej ziemi, zapach ojczyzny.
To o niej marzył z otwartymi ustami i szklanym wzrokiem w klasie
kolegium w Autun, kiedy ksiądz Chardon podsumowywał lekcję francuskiego.
Na wyrzuty profesora, że nie uważa, chłopiec zerwał się z miejsca i odpowiedział władczym tonem, w którym przebijała melodia jego ojczystego
języka:
- Proszę księdza, ja to już umiem.
Uczył się rzeczywiście szybko. Chłopak był w kolegium osamotniony, tylko
z bratem Józefem mógł czasem powspominać dziecięce zabawy. Czy Józef
pamięta ich walki? I jak czasem bywał powalony na ziemię przez młodszego
brata, bitnego i rozgniewanego? Czy pamięta księdza Recco, który uczył
ich arytmetyki? Napoleon już wtedy celował w tym przedmiocie,
pasjonowały go rachunki. Czy pamięta ten dzień, gdy ksiądz Recco
podzielił klasę na Kartagińczyków i Rzymian? Józef, starszy - trafił do
Rzymian, Napoleon - do Kartagińczyków, a więc do pokonanych. I Napoleon
tak długo się złościł, aż zamieniono braci miejscami to i on znalazł się
w obozie zwycięzców.
Czy pamięta święto 5 maja 1777 roku, niecałe dwa lata wcześniej, gdy do
Ajaccio przyjechał dzierżawca Buonapartych z dwoma rozhukanymi końmi? I jak po odjeździe dzierżawcy Napoleon wskoczył na jednego z wierzchowców
i puścił się galopem? Miał wtedy tylko osiem lat. W drodze na folwark
dogonił wieśniaka i zadziwił go, obliczając, ile zboża dziennie miele
młyn.
Samowolny jest ten dzieciak, ale ma głowę, a do tego nieposkromioną
wolę.
Po krótkim pobycie w kolegium w Autun opanowuje francuski, język pana de
Marbeuf, język królewskich żołnierzy, język zwycięzców Pasquale Paolego.
"Był u mnie tylko przez trzy miesiące - zwierza się ojciec Chardon. - W tym czasie nauczył się francuskiego wystarczająco, by mógł swobodnie
prowadzić rozmowę, a nawet dokonywać niewielkich tłumaczeń z francuskiego i na francuski".
Ponieważ starania jego ojca o potwierdzenie szlacheckich przodków
uwieńczone zostały sukcesem, Napoleon mógł wyruszyć do Królewskiej
Szkoły Wojskowej w Brienne. A w rejestrach kolegium w Autun przełożony
zapisał: "Pan Neapoleone de Buonaparte, za trzy miesiące i dwadzieścia
dni sto jedenaście liwrów, dwanaście sou i osiem denarów".
Tak właśnie nazywają tego chłopca cudzoziemca!
Zaciska pięści. Stoi prosto, żeby nie okazać słabości, nie poddać się
wzruszeniu na dziedzińcu kolegium w Autun, gdzie już czeka wóz, który
zawiezie go do Brienne.
Jego brat Józef, który będzie kontynuował w kolegium studia klasyczne,
by zostać kiedyś księdzem, ulega nastrojowi, przyciska Napoleona do
siebie.
Młodszy z braci wie, że w ten sposób na wiele lat zrywa ostatnie więzy
łączące go z rodziną, że będzie odtąd mieszkał wśród Francuzów, których
języka ledwie co się nauczył, że zawiozą go dalej w głąb tej zimnej i deszczowej Szampanii, tak daleko od morza. Lecz pozostaje twardy.
"Byłem cały zapłakany - opowiada Józef. - Napoleon uronił tylko jedną
łezkę, którą na próżno starał się ukryć. Ksiądz Simon, zastępca
przełożonego kolegium, świadek naszego pożegnania, powiedział mi po
odjeździe Napoleona: "Ta jedna łza świadczy o nie mniejszym bólu
rozstania niż wszystkie twoje łzy"".
Chłopca powierzono panu de Champeaux, który zawiózł go najpierw do swego
zamku w Thoisy-le-Désert. Napoleon odkrywa tam zupełnie nieznany mu
świat francuskich rodzin szlacheckich, o których obyczajach nie miał
pojęcia.
Milczy. Obserwuje. Jeszcze bardziej się hartuje. Odbywa długie
przejażdżki po okolicach, których pofalowane pagórki nie przestają go
zadziwiać. Myśli o suchych i słonecznych krajobrazach Korsyki, o figowcach, na które się wspinał, by opychać się czerwonym miąższem
owoców. I jak czasem zjawiała się matka i dawała mu klapsa za karę, że
zrywał figi wbrew zakazowi. Szczęśliwe czasy matczynych kar, białego
soku, od którego kleiły się palce.
Nie należy niczego dać poznać po sobie, trzeba słuchać, podchwytywać
powiedzenia, odgadywać sens nowych słów. Po trzech tygodniach ksiądz
Hemey d'Auberive, wikary biskupa de Marbeuf, wezwany przez chorego pana
de Champeaux, przyjeżdża po Napoleona do zamku Thoisy-le-Désert, aby
towarzyszyć mu do Brienne.
I oto, 15 maja 1779 roku, Napoleon Bonaparte, chłopiec o szarym
spojrzeniu, znalazł się w szkole wojskowej, gdzie miał spędzić przeszło
pięć lat.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Napoleon z kiepskiej gliny chodzi nocą do Żakliny. [wróć]