Napój cienisty - Bolesław Leśmian

Kup ebooka

14.49 zł
11.88 zł (11,54 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Namowa

Ty nie słuchaj, dziewczę moje, starej matki trwożnych rad! Jej się złoci - próg rodzinny, nam się złoci - cały świat! Co ją nęci - nas przeraża! Nienawiścią do niej spłoń, - Nienawiścią, która do ust odtrąconą tuli dłoń... Mam ja w piersi - śpiewną burzę, - ty w zanadrzu - wonny los!.. Wiedz, że będzie stara matka przeklinała siwy włos! W szyb opalu tkwi ukosem odbitego nieba skrót, - Błękitnieje, złociścieje... Razem - w życie! Razem - w cud! Nierozsądni, nieoględni wywędrujem w taki jar, Gdzie się czai - nieskończoność i gdzie czyha - wieczny czar! Nie ociągaj się ze szczęściem! Daj mi tylko dłonią znak, - Dość zamyśleć, dość zapragnąć, by się stało właśnie tak! Będę ja się w trudach pieszczot zmagał z tobą w mrok i znój, - W twem objęciu i zaklęciu spełnię się - sen skryty twój! I spełniony i zjawiony rozpanoszę się śród zórz, A tych dłoni, co się splotły, nie rozplotę nigdy już! Przenocujem nicość w słońcu, a za taką w słońcu noc Oddaj spokój, co uwięził twego ciała czar i moc! Słyszysz burzy zew znajomy? Złoty miecz przy boku mam. Pójdź-że dziewczę, w niewiadomość, w bezpowrotność - tylko tam! To nieprawda, żem cię podszedł pogrążoną jeszcze w śnie, I że niema żadnych cudów! To - nieprawda! Nie i nie! Czemuż trwonisz czas na wróżby? Naszym będzie cały świat!Ty nie blednij - ty nie słuchaj starej matki trwożnych rad!

Dziewczyna przed zwierciadłem

Zwierciadło moje, bezdenny strumieniu, Tajemnych zwierzeń odwzorny krysztale! Po jakim żwirze, po jakim kamieniu Z otchłani w otchłań włóczyłeś swe fale, Nimeś wytropił sny moje i dotarł Do mej sypialni, zbielałej od znoju, By znieruchomieć na ścian mych postoju - Srebrny - w szkarłatnem rozdwojeniu kotar! Z jakich ty dolin nieznanych i lasów Wybiegłeś, szumiąc i dzwoniąc po darni, By zanieszumieć w pobliżu atłasów Mojego łoża i mojej męczarni! Czeka mnie zawsze w twych głębiach udusznych Schadzka ze sobą! I nikt nie wyśledzi Pieszczot, któremi, jak lgnistym snem, bredzi Ciał dwoje, sobie nawzajem posłusznych... Z nich jedno, chłonąc upojeń mgłę białą, Własnem spojrzeniem swą nagość bezwstydzi, A drugie - w lustrze - udaje, że widzi, I tak omdlewa, jak gdyby widziało... Strumieniu, piersi chłodzący mi obie! Ciało omyte fal twoich wezbraniem Zbywa się nagle niewiedzy o sobie I siebie pierwszem ogarnia kochaniem! Bo któż mnie kochać potrafi zgadliwiej, Niźli - ja sama? Któż baśń o pieszczocie Spełni?... Kto dłonią, zagrzebaną w złocie Mych włosów, w taki lwi sen rozegrzywi Tę przędzę nikłą? Kto równy mi w szale Usta pokrwawi o sen mój, nim pierzchnie? Niczyja - będę!... Wzburz gładką powierzchnię, Strumieniu chłonny! Rozwichrzyj swe fale! Wystąp z ciasnoty hebanowych brzegów! I zatop nagle tę moją świetlicę I łoże, zmorą szarpane noclegów, - A mnie - zazdrosną o głąb topielicę - Zmień w zwierciadlaną rusałkę, bym ciało Samo się w sobie co chwila widzące, Bawiła pląsem, aż w pył się roztrącęO śmierć, jak perła o perłę zuchwałą!

Powieść o rozumnej dziewczynie

I Tak mówię do dziewczyny: Nie wwódź mnie w bór ciemny, Nie wołaj po imieniu, nie patrz oko w oko, - Bo nigdy nie wiadomo, co za stwór tajemny Z mroku na świat pod ludzką przychodzi powłoką. A nuż jestem odmienny, niźli tobie chce się, - Niż ten, którego tulisz w niemej pieszczot skardze. Poznasz mię nad jeziorem - i w polu i w lesie - A nie poznasz na łożu, nie poznasz przy wardze. O, nie pytaj mnie o nic! Nie widuj mnie we śnie! Ufaj moim pieszczotom, wierzaj w me tumany. W ramion twoich zaciszu pragnę tak bezkreśnie Zasnąć choćby na chwilę - inny i nieznany. Nuć mi do snu cokolwiek, byle oczy zwierać. Niech twa pierś mię kołysze, jak chce i jak umie - A gdy przyjdzie godzina, nie wzbraniaj umierać! Wszak rozumiesz? Nieprawdaż? Dziewczyna rozumie.II I znów mówię: Gdy w nagłej stu zmierzchów żałobie Czekałaś na me przyjście, nim się Bóg nadarzy, - Mnie tylko, mnie jednego nie było przy tobie! Zapóźniłem się... Winna jakaś mgła bez twarzy... Nieraz w obcych mi cieniów biegnę rozwiewiska I zatracam ścieżynę do własnej rozpaczy. Czemuż jestem daleki? A ty - czemu bliska? I tak zawsze i zawsze i nigdy inaczej! Czemu wczoraj tę brzozę wśród słońca błyskotów Ozdobiłem, pląsając, w perły i korale? Dziś dla ciebie mi zbrakło strwonionych klejnotów, Puste są moje dłonie i czcze moje żale. Czasem bywają takie na uboczu święta, Dusza przez sen tak szumi, że w tym właśnie szumie O tych, których się kocha, najmniej się pamięta... Wszak rozumiesz? Nieprawdaż? Dziewczyna rozumie.III I znów mówię: Nie było i nigdy nie będzie! Stać się miało gdziekolwiek i już się nie stanie! Chciałem chatę snom ciosać i biec na spotkanie I zamieszkać wraz z tobą w miłosnym obłędzie. Czemuż dusza w mrok dąży? Czemu losem zwie go? Nigdy razem! A wpobok czas pusty się wlecze. Czy jest we mnie ktoś inny, oprócz mnie samego, Co ulega tym smutkom, którym ja krwią przeczę? O, spojrzyj, jak ja teraz bezwolnie się trudzę, Szczęściu swemu dziwaczne gromadząc przeszkody! Jak swe żale uśpione o północy budzę I jak, idąc ku tobie, omijam ogrody! Mógłbym duszę po kwiatach dla ciebie roztrwonić, Mógłbym śmiercią oślepły znaleźć cię w gwiazd tłumie, Ale szczęścia własnego nie potrafię bronić! Wszak rozumiesz? Nieprawdaż? Dziewczyna rozumie.IV I znów mówię: Gdy zazdrość w pustce mię zaskoczy, Śnię o innej... Nikt nie wie, czem jest jej pieszczota. Ma wszystkich zmarłych dziewcząt niezbadane oczy. Suknia jej - prosto z bajki, - cała brzmi od złota! Jedziem w modrej karocy. Usta ku mnie chyli. Tłum wyśnionych cudaków w zachwyceniu czeka Na pierwszy pocałunek... Ona jeszcze zwleka, A ja ciebie wśród tłumu postrzegam w tej chwili. Stoisz - chora i w łachman odziana żebraczy. Widzisz mnie. Ja umyślnie wzrok utkwiłem w niebie. I starzejesz się z bólu i brzydniesz z rozpaczy, I nikt już, nikt nie zdoła dziś pokochać ciebie! Więc biegnę z nagłym krzykiem, chwytam cię w ramiona, I płacz piersi schorzałej pieszczotami tłumię! Umierasz, a ja szepcę: "Wiedziałem, że skona!" - Wszak rozumiesz? Nieprawdaż? Dziewczyna rozumie.V Rozumie i piersiami chce karmić noc ciemną, A na byle skinienie swe czoło rozchmurza, I wie, że o mnie trzeba rozmawiać nie ze mną, I, dumając o wszystkiem, dłoń w kwiatach zanurza. Śledzi drogi dalekiej zbłąkaną krzywiznę, Gdzie wzrok ginie, jak w nurtach rozwiewnej mogiły, I w zwierciadle przegląda swoje wargi żyzne, Czy mnie bardziej, niż ona, ku sobie zwabiły? I przesłania je dłonią i patrzy ciekawie, Czem jest bez nich? Czy sobą? I nie wie, czy sobą? Bo dla oczu, zwierciadła zbłyskanych żałobą, Ubożeje ust brakiem, że niema jej prawie... A gdy przyjdę, - zwierciadło żegna znakiem krzyża, I wprzód wargi podaje w skupionej zadumie, A potem - dośmielona - całą siebie zbliżaI całuje i płacze i wszystko rozumie!...

Rozmowa

- Czekam na ciebie - żywa, Zbudzona, niecierpliwa. Pożądam nieprzytomnie Twych dłoni, warg i lic, - I śpiewam, póki o mnie Śmierć jeszcze nie wie nic! Czemu od jezior strony Zaklęty i spóźniony Przychodzisz w nocy znój, Kochanku mój? - Przychodzę na lamenty, Spóźniony i zaklęty. Ciało się moje mroczy, Ze śpiewu idąc w śpiew. Nie wiedzą błędne oczy, Jak odbić zieleń drzew? I te, co się płomienią, Złe sny poza zielenią? Nim pierwszy zwiędnie liść, Mów - dokąd iść? - Idź w koło - idź w półkole... Idź miedzą poprzez pole, - I rozpaloną głowę Burzliwych pełną zórz, Na maki purpurowe, Mijając chabry, złóż! Traw zieleń, błękit nieba Raz jeszcze ujrzeć trzeba... Przypomnieć jeszcze raz Świat wokół nas... - Widziałem sny ogromne, Lecz już ich nie przypomnę. Wiosenne spadły deszcze, A niema moich snów! Raz jeszcze i raz jeszcze O makach w polu mów! Bądź dla mnie - jako ruczaj, Głębiny mnie nauczaj - I wędrowania w dal, I szmeru fal! - Nie jestem ja ruczajem W dolinie poza gajem, Lecz w lesie - nagłym kwiatem Zakwitnę do twych stóp. To - wszystko! Nic - pozatem! Pozatem - mgła i grób... Patrz w sady - łąki - lasy, Jak w kres po wszystkie czasy! Patrz we mnie, jako w zdrój, -Kochanku mój!