Napój ananasowy dla pięknej damy - Wiktor Pielewin

Reflow text when sidebars are open.
Być może wciąż jeszcze byłem pod wpływem narkozy, ale w domu prawie wcale nie myślałem o tym, co się wydarzyło. Sprałem z rękawa marynarki plamkę krwi (pojęcia nie mam, skąd się tam wzięła), zjadłem coś bez apetytu i poszedłem spać.
Horror zaczął się w środku nocy.
- Siemion - powiedział nagle w moim mózgu grobowy głos - Siemion, jesteś gotów do zapłaty?
Odrzuciłem kołdrę i uniosłem się na łokciach.
W okno świecił mistyczny księżyc, wiatr kołysał firankami - wszystko jak w niemieckiej tragedii romantycznej. Chwila była jak najbardziej odpowiednia, żeby oszaleć albo przynajmniej wystraszyć się na śmierć. Właśnie tak postąpiłem: wystraszyłem się do tego stopnia, że resztki włosów stanęły mi dęba.
Sęk w tym, że słowa rozbrzmiewały nie gdzieś obok, ale napływały z samego centrum mojego jestestwa. Nie był to jednak tak zwany głos wewnętrzny, który tak naprawdę tylko sobie wyobrażamy, ale głos prawdziwy. Tyle że dobiegał z najskrytszego wewnętrznego wymiaru, skąd wcześniej nikt do mnie nie przemawiał. I to było niewymownie straszne.
- Kim jesteś? - spytałem, rozglądając się.
- Obraziłeś mojego ducha - powiedział głos. - I teraz się na tobie zemszczę, u-u-u-u...
"U-u-u-u" śmiesznie wygląda na piśmie, ale kiedy głos zawył w mojej głowie... Nawet nie wiem, jak to opisać. Jakby brygada skazańców, którzy budowali moje odeskie mieszkanie, nagle powstała z martwych, przeprowadziła infernalny przewód kominowy między moim nosem a uchem - i jakby zahuczał w nim męczeński wicher piekieł.
Uszczypnąłem się, ale się nie obudziłem.
- Kim jesteś? - spytałem ze zgrozą.
- Jestem duchem spikera Lewitana - odrzekł głos.
W pierwszej chwili dałem mu się nabrać jak przekupniowi na Priwozie4.
- E... Bardzo mi miło - powiedziałem niepewnie. - To dla mnie wielki zaszczyt. Poświęciłem mnóstwo czasu studiom nad pańską spuścizną, Juriju Borisowiczu. W dzieciństwie nawet ćwiczyłem dykcję, stojąc na głowie, bo przeczytałem, że pan tak robił...
- Właśnie, od dziecka bezcześciłeś moją świetlaną pamięć, świnio pierdolona.
Tu zrozumiałem, że to jakaś ściema. Kulturalny Żyd, który całe życie przepracował w radiu, nie powie czegoś takiego nawet po pijanemu. A już tym bardziej z tamtego świata.
- Nie bezcześciłem - odparłem, starając się nadać swemu głosowi ton pełen godności, i ku własnemu zaskoczeniu nagle przeszedłem na intonację Lewitana. - Naśladowałem. I robiłem to z wielkim szacunkiem. A pan, za przeproszeniem, nie jest żadnym Lewitanem.
- Dlaczego tak sądzisz, nędzny robaku? - zapytał głos i ponownie zawył.
Wycie znów wyszło mu całkiem przekonująco, ale słowa robiły na mnie coraz mniejsze wrażenie.
- Dlatego że Lewitan nigdy by nie powiedział "świnio pierdolona" - odparłem. - Był człowiekiem dobrze wychowanym, z dobrymi genami, i nigdy by nie użył takich słów, nawet gdyby rzeczywiście tak o mnie myślał.
- Co ty możesz wiedzieć o wielkim Lewitanie, żłobie ubogi? - zawył głos.
Tu wreszcie zrozumiałem, kto ze mną rozmawia.
- O samym Lewitanie wiem niewiele - odrzekłem spokojnie. - Ale dobrze wiem, jak mówił. I jestem pewien, że nawet z tamtego świata nie mówiłby z akcentem moskiewskiego taksiarza. A już na pewno nie usłyszałbym od niego epitetu "żłobie ubogi". Spośród wszystkich moich znajomych używa jej tylko niejaki Władik Szmyga.
- Skumałeś? No, no... - powiedział Szmyga z zaskoczeniem i dodał piętrowe ordynarne przekleństwo, tak plugawe, że nagle uświadomiłem sobie, jak bezbronny jest człowiek wobec przyrody i jak straszny jest jego biologiczny los. To całkowicie odebrało mi chęć do dalszej sprzeczki i w odpowiedzi tylko chlipnąłem. Szmyga zachichotał.
Muszę powiedzieć, że ten chichot był jeszcze bardziej przerażający niż wycie. Moja świeżo odzyskana równowaga psychiczna znów się zachwiała, albowiem zrozumiałem, że nawet jeśli rzeczywiście rozmawia ze mną Szmyga, nie zmienia to faktu, że jego głos jest jednocześnie głosem piekieł. Wybiegając naprzód, powiem, że od tej pory ta myśl ani na chwilę mnie nie opuszczała.
Nie wiem, czy Szmyga zdawał sobie sprawę, jakie wichry przelatują przez moją duszę przeżartą francuskim egzystencjalizmem. Myślę, że oprawcy jego rodzaju, czy to ze świata duchowego, czy fizycznego, niewielkie mają pojęcie, jak konkretnie ich ofiary przeżywają zadawane im cierpienia, wiedzą tylko, że te czują ból, i mniej więcej wyczuwają jego nasilenie.
- No dobra - powiedział Szmyga, wyśmiawszy się. - Brawo. Myślałem, że pociągnę to dłużej. A czy przynajmniej zrozumiałeś, skąd do ciebie mówię?
Dopiero teraz do mnie dotarło.
- Ząb? - spytałem.
- Właśnie. Postanowiłem przeprowadzić rozmowę wstępną na tajnym kanale specjalnym. I już ją prowadzę. Zakarbuj to sobie na pejsie i ani się waż żreć podczas instruktażu... Gotowy?
Położyłem się na łóżku i powiedziałem:
- Gotowy.
Szmyga mówił mniej więcej godzinę.
Pod koniec zaczęło mi się wydawać, że w głowie mam kipiący czajnik, z którego zaraz zeskoczy pokrywka. Ale sens docierał do mnie dobrze, chociaż nie rozumiałem wielu technicznych szczegółów, w które obfitował monolog Szmygi. Podejrzewam, że on sam też ich nie rozumiał - z pauz w jego opowieści można było wyczuć, że terminy naukowe i liczby czyta z kartki. Wszystko to opuszczę, tym bardziej że i tak tego nie zapamiętałem.
Istota rzeczy była następująca: w schyłkowym okresie ZSRR moskiewscy psychiatrzy zaczęli otrzymywać od niektórych obywateli skargi na głosy rozlegające się w ich głowach. Głosy informowały o wydarzeniach na świecie, niekiedy śpiewały, niekiedy opluwały historię Ojczyzny, a czasem, cmokając, opowiadały o cudach wolnego rynku.
Najbardziej rozpowszechnioną diagnozą w takich wypadkach była "przewlekła schizofrenia na tle ostrej intoksykacji informacyjnej" albo "pierefrenia", jak ochrzczono nową chorobę przez analogię z perytonitem5 i pierestrojką.
Początkowo chorym ordynowano lobotomię, ale wycięcie płatów czołowych mózgu wykazało niską efektywność. Niektórych pacjentów udawało się wyleczyć, stosując inne silnie działające procedury starej sowieckiej szkoły, ale takie przypadki były rzadkie i pacjenci nie odzyskiwali pełnej zdolności do pracy.
Próbując lepiej poznać zjawisko, lekarze zaczęli analizować, co konkretnie mówią głosy. I dokonali zdumiewającego odkrycia - okazało się, że dokładnie powtarzają programy moskiewskich radiostacji. Innymi słowy, chorzy zaczęli słyszeć radio bez odbiornika.
Lekarze zaczęli sprawdzać, czy jest coś wspólnego w życiorysach pacjentów. Okazało się, że wszyscy na krótko przed pojawieniem się głosów odwiedzili tę samą eksperymentalną klinikę stomatologiczną, gdzie wstawiono im plomby z nowego stopu.
W ten sposób odkryto, że plomba określonego kształtu, wykonana z płytki bimetalowej, może działać jak radioodbiornik, wykorzystując drobne różnice potencjałów występujące w jamie zębowej. Zjawiskiem zainteresowały się specsłużby i informację utajniono. Albo zastąpiono dezinformacją. Chorych na pierefrenię wyleczyli stomatolodzy, a dalszym losem mówiących plomb zajął się zupełnie inny resort.
Prace prowadzono przez całe lata dziewięćdziesiąte z krótkimi przerwami z powodu braku środków. Z czasem udało się stworzyć plombę, która nie tylko odbierała sygnał i przetwarzała go w falę dźwiękową, ale mogła też dokonywać odwrotnej transformacji: przetwarzała mowę w impuls elektromagnetyczny, następnie emitowany w przestrzeń. Przewidywano, że takie plomby będzie można wstawiać na przykład zwiadowcom i dywersantom, żeby ich wyposażyć w ultrakompaktowy system łączności.
Szybko przebadano zalety i wady nowej metody. Zmieniając skład i konstrukcję plomby, można było z dużą dokładnością nastroić ją na odbiór określonej częstotliwości radiowej, wykluczając wszystkie inne sygnały. Plomba mogła odbierać audycje nadawane z dużej odległości. Sygnał odwrotny jednak, z powodu niedostatecznej mocy, można było uchwycić tylko z odległości kilkuset metrów i nawet do tego potrzebny był ciężki sprzęt.
W rezultacie nowy typ łączności nie znalazł zastosowania w siłach zbrojnych. Służba wywiadu wewnętrznego też się nim nie zainteresowała; był to okres boomu internetowego i przekazywanie informacji przez radio wydawało się dawno przebrzmiałą pieśnią.
Niedawno jednak wywiad znów zainteresował się sowieckim odkryciem, tylko już w zupełnie innych formach.
- Dalsze informacje - zamruczał Szmyga w moim roztopionym mózgu - są tak tajne, że będę ci je mógł przekazać tylko na ucho przy osobistym spotkaniu. I nie bądź zdziwiony, Siemion, jeśli zaraz potem odgryzę ci to ucho i zjem.
Cóż, wtedy nie zdawałem sobie sprawy, że wszystkie te jego "zakarbuj na pejsie" i "odgryzę ucho" nie były warczeniem zwierza, co chwila przypominającego, jaki jest groźny, ale przeciwnie, cielęcą pieszczotą, kanciastym odwołaniem do naszego dzieciństwa. W istocie Szmyga był człowiekiem bardzo samotnym i brutalnie krępowana czułość, dla której nie było miejsca w jego życiu, mimo woli wylewała się z niego chorobliwymi brzydkimi skrzepami - jak sperma z mnicha, który zasnął przed ołtarzem.
Przy restauracyjnym stoliku siedzieli trzej mężczyźni. Dwaj byli ponurzy, tęgawi, o mało wyrazistych twarzach, ubrani nieciekawie w tandetną, letnio-sportową masówkę. Trzeci, siedzący między nimi, przeciwnie, bardzo rzucał się w oczy: bokobrody upodabniały go do rozwiązłej włoskiej małpy, a kraciasta marynarka w ogóle czyniła zeń jakiegoś aroganckiego Puszkina, który zamiast wierszom poświęcił się drobnemu handlowi.
Dźwięku nie było, toteż treść rozmowy trzeba było odgadywać z mimiki. Mówił głównie Puszkin i najpierw pomyślałem, że widzę spotkanie kolegów ze szkoły, z których jeden wdrapał się do prezydium życia i losu, a dwaj pozostali nadal są tylko kolegialnymi asenizatorami, i teraz ten, który odniósł sukces, kładzie im rozum do głowy. Asenizatorzy odzywali się nieśmiało i krótko, patrząc w talerze, a Puszkin perorował ze swadą i jednym szczególnie zamaszystym gestem nawet przewrócił na stół kieliszek z winem.
Stopniowo jednak rozmowa zaczęła przybierać dziwny obrót. Asenizatorzy coraz częściej podnosili znad talerzy matowe złe oczy, a Puszkin coraz dłużej przyciskał dłoń do serca. I wkrótce zrozumiałem: jest śmiertelnie przerażony i nie uczy przyjaciół życia, ale się przed nimi tłumaczy, a oni mu nie wierzą. A potem się okazało, że to wcale nie przyjaciele, bo przyjaciele się tak nie zachowują.
W którymś momencie Puszkin całkowicie stracił kontenans, asenizatorzy natomiast ostatecznie zaczęli przypominać gangsterów i nagle się zorientowałem, że ich pospolite przebranie to po prostu tania odzież robocza, której nie żal im pobrudzić. Najwyraźniej jednocześnie ze mną zrozumiał to także Puszkin na ekranie: próbował wstać, ale asenizatorzy zerwali się na nogi nieco szybciej i usta Puszkina rozwarły się w niesłyszalnym krzyku.
Jeden z asenizatorów cisnął go twarzą prosto na talerze z jedzeniem. Drugi wyciągnął skądś młotek i gwoździe i w kilka sekund obaj bluźnierczo przybili ręce niedawnego członka prezydium do stołu; chociaż nic nie słyszałem, jego krzyk niemal fizycznie świdrował mi w uszach.
Dalsze wydarzenia trwały co najwyżej pół minuty.
Okazało się, że stół jest na kółkach - asenizatorzy bez trudu popchnęli go naprzód. Kamera przesunęła się na ich plecy, dwuskrzydłowe drzwi przed nimi otwarły się na oścież i mężczyźni szybko potoczyli stół korytarzem, niczym sanitariusze łóżko z chorym.
Koniec korytarza wyglądał wyjątkowo niechlujnie - jakby odbywał się tam remont i ściany oklejono poszarpanymi płachtami folii ochronnej. Coś tam podrygiwało i błyszczało i kiedy stół dojechał do połowy korytarza, z wewnętrznym dreszczem zrozumiałem, że to obracająca się piła tarczowa.
Kiedy pozostało do niej kilka metrów, jeden z asenizatorów pociągnął Puszkina za włosy, żeby ten podniósł głowę i zobaczył, co go czeka. Potem stół przesunął się nad ramą piły - najwidoczniej jej wysokość została wcześniej wyregulowana - i najechał na tarczę. To, co nastąpiło dalej, było straszne i odrażające. A szczególnie wstrząsnęła mną stolarska wprawa, z jaką ten, który trzymał Puszkina za włosy, w ostatniej chwili cofnął rękę.
Nieprzytomnie patrząc na ekran, myślałem, że moja hipoteza co do odzieży roboczej okazała się słuszna - zabójcy z pewnością nie będą jej prać, tylko po prostu wyrzucą. Już w dzieciństwie zauważyłem, że nasz umysł w obronie przed scenami bezgranicznego okrucieństwa stara się uczepić jakiegoś drobnego szczegółu i analizuje go wnikliwie, dopóki się wszystko nie skończy.
Tymczasem przyszedłem już do siebie i zorientowałem się, że siedzę w ciemnej sali i oglądam film puszczany przez projektor. I oto ekran zgasł.
Spróbowałem wstać i zrozumiałem, że nie mogę tego zrobić - miałem na sobie uprząż krępującą ruchy, coś w rodzaju kaftana bezpieczeństwa przytroczonego do fotela na kółkach, w którym siedziałem. Kiedy zapaliło się światło, zobaczyłem, że fotel stoi w przejściu między pustymi rzędami. Niedługo jednak rozkoszowałem się samotnością. Na moim ramieniu spoczęła czyjaś lekka dłoń. Drgnąłem i spróbowałem się odwrócić o tyle, o ile pozwalał mi na to fotel. Ale osoba, która położyła mi rękę na ramieniu, stała dokładnie za moimi plecami i pozostała niewidoczna.
- Tak się dzieje - przemówił pouczająco kobiecy głos - kiedy ludzie zbyt dużo mówią. Zrozumiał pan, Siemionie Isakowiczu?
- Tak - odrzekłem. - Wszystko zrozumiałem. Zrozumiałem to jeszcze w dzieciństwie.
- Proszę więc to podpisać.
Na kolana upadła mi podkładka z przypiętym arkuszem papieru. Pokrywał go tekst rozbity na mnóstwo ponumerowanych paragrafów. Druk był bardzo drobny i zdołałem odczytać tylko nagłówek:
ZOBOWIĄZANIE O ZACHOWANIU POUFNOŚCI
Nawet nie pytałem, o poufności czego.
- Jak ja się podpiszę - powiedziałem tylko - skoro mam związane ręce?
- Może pan postawić krzyżyk - odrzekł kobiecy głos i szczupłe palce podsunęły mi do ust długopis.
Posłusznie chwyciłem go zębami, kobieta podniosła podkładkę i jakoś udało mi się naskrobać krzywy gryzmoł przy słowie "podpis"; gryzmoł nie zmieścił się w rubryce, gdzie było moje imię i nazwisko, i wjechał na drukowany tekst. Kobiecie chyba to nie przeszkadzało.
Zabrała podkładkę i poczułem na głowie lekkie muśnięcie. Oczy zasłoniła mi czarna opaska. Potem fotel ruszył z miejsca.
Sądząc po odgłosach, wyjechaliśmy z sali, długo toczyliśmy się korytarzem, potem zjechaliśmy windą, w której oprócz nas znajdowały się inne osoby (usłyszałem niegłośną rozmowę o piłce nożnej). Potem były jeszcze jeden korytarz i jeszcze jedna winda. Wreszcie, pokonawszy próg, zatrzymaliśmy się i zdjęto mi przepaskę z oczu.
Zobaczyłem gabinet dentystyczny.
Ale taki, w którym z powodzeniem można by umieścić ampułkę z cyjankiem potasu w zębie samego Heinricha Himmlera. W atmosferze tego pomieszczenia było coś niewypowiedzianie mrocznego, jakby przez długie lata uprawiano tu katowskie rzemiosło, a potem, żeby racjonalnie uzasadnić aurę cierpienia emanującą ze ścian, ustawiono zamiast dybów fotel dentystyczny. Nawiasem mówiąc, takim promieniowaniem przesycone są często drogie moskiewskie i petersburskie nieruchomości, ale na szczęście dla pośredników, to coś, co się tam wprowadza, bywa jeszcze straszniejsze niż to, co się kiedyś wyprowadziło.
Nie muszę chyba dodawać, że dentysta i jego asystent wydali mi się podobni jak dwie krople wody do zabójców z obejrzanego filmu.
Nasadzono mi na nos gumowy spinacz z odchodzącym od niego wężem i pogrążyłem się w mętnej przestrzeni gazowej anestezji, gdzie człowiek najpierw przypomina sobie wielką tajemnicę, co do której panuje powszechna zmowa milczenia, a potem w sposób równie nieunikniony zapomina ją, kiedy seans dobiega końca. Zatopiony w kontemplacji nawet nie zauważyłem, kiedy mnie przesadzono z fotela inwalidzkiego na dentystyczny.
Lekarze nie zastanawiali się ani chwili, co mają robić. Otworzyli mi usta i zaczęli brutalnie borować górną lewą szóstkę. Resztka mojej świadomości zachowała trzeźwość i pomyślałem, że niedawny pokaz filmowy miał mnie po prostu przygotować do tego zabiegu: w obliczu męczeńskiej śmierci człowiek jakoś przestaje się bać bólu zęba. Doceniłem tę subtelność i nawet zacząłem muczeć, starając się powiedzieć lekarzom, że zrozumiałem ich plan i jestem nim zachwycony, ale jeden z nich pogroził mi palcem, więc umilkłem. Zdawało mi się, że po tym incydencie anestezjolog mocno zwiększył procent podtlenku azotu we wdychanej przeze mnie mieszance.
Kiedy narkoza ustąpiła, byłem znów przypięty do swojego fotela na kółkach. Ostrożnie obmacałem językiem zęby. Górna szóstka zrobiła się inna. Pojawiła się w niej duża świeża plomba, którą, szczerze mówiąc, dawno powinienem był sobie wstawić - dawniej w tym miejscu była dziurka, która już zaczynała ćmić.
- Za godzinę będzie można jeść - powiedział w przestrzeń jeden z lekarzy.
Z tyłu podeszła kobieta, zawiązała mi oczy i wypchnęła fotel z gabinetu.
Znów długo podróżowaliśmy labiryntem korytarzy, a potem wjechaliśmy na górę, tym razem nowocześniejszą i szybszą windą, która w ogóle nie zgrzytała. Wwieziono mnie do jakiegoś pokoju i fotel się zatrzymał.
Lekkie palce rozwiązały supły krępującej mnie uprzęży i zdjęły ją. Kobieta pomogła mi wstać i włożyć moją własną marynarkę, którą rozpoznałem, zahaczywszy dłonią o znaczek w klapie (były to skrzyżowane flagi amerykańska i rosyjska - rzecz wybaczalna u nauczyciela angielskiego).
Potem zostałem posadzony na krześle i kobieta wyszła z pokoju, zabierając ze sobą fotel. Poskrzypywanie kół ucichło. Dość długo siedziałem z zawiązanymi oczami w ciszy i zaczynałem już mieć dość tego głupiego spektaklu, kiedy do pokoju ktoś wszedł.
- A oto przybył przyjaciel z dzieciństwa Siemion! - śpiewnie przemówił tuż obok mnie Szmyga i zdjął mi przepaskę z oczu. Dopiero teraz się połapałem, że już dawno mogłem to zrobić sam - ale jakoś nie miałem odwagi.
Pokój, w którym się znajdowałem, przypominał gabinet podróżnika, i to podróżnika nie tylko w przestrzeni, ale i w czasie. Pierwszy rzucał się w oczy wiszący nad biurkiem portret Dzierżyńskiego z rakietą tenisową w ręku. Wokół niego rozmieszczono azjatycką broń: miecze, halabardy i jakieś cepy. W kącie czerniał manekin do wing chun z krótkimi ogryzkami rąk, podobny do szczątków spalonego lotnika.
Boczne ściany zdobiło kilka zdjęć Szmygi w oszklonych ramkach. Na jednym Szmyga w mundurze generalskim stał obok znanego bankiera, który uśmiechał się z lekkim zażenowaniem, na drugim trzymał dłoń na ramieniu nie mniej znanego bandyty, już nieżyjącego. Bandyta, co mnie zdumiało, był starannie obwiedziony żałobną ramką ze szczeliną pozostawioną specjalnie po to, by Szmyga mógł sięgnąć ręką na tamten świat.
Na podłodze leżał perski dywan, prawdziwy i z pewnością bardzo kosztowny.
- Towarzyszu gene...
- Władik - przerwał mi Szmyga. - Dla ciebie zawsze po prostu Władik. I na ty.
- Dobrze - powiedziałem. - Władik. Strasznie się cieszę ze spotkania z przyjacielem z dzieciństwa. A zwłaszcza z tego, że twoi oprycznicy pozostawili mnie przy życiu.
- A o co chodzi? - Szmyga zrobił wielkie oczy.
Opowiedziałem krótko, co przed chwilą przeżyłem. Szmyga z niedowierzaniem kręcił głową.
- A to dranie - mruknął ponuro. - Łobuzy. Kazałem im wziąć od ciebie zobowiązanie o poufności. A przedtem zawsze się u nas pokazuje tę kasetę. Żeby człowiek nie podpisywał bezmyślnie, tylko zdawał sobie sprawę, co go czeka, w razie gdyby coś rozgłosił. A oni ci niczego nie wyjaśnili? I pojechałeś na specprocedurę z zawiązanymi oczami? Żłoby ubogie... No nic, zbadamy sprawę i ukarzemy winnych. Dostaną, kurwa, trzynastkę w twardej walucie...
Wziął ze stołu notes z profilem Dantego Alighieri na okładce i przez chwilę w skupieniu wodził długopisem po papierze, przy czym od razu się domyśliłem, że rysuje w środku takie same profile Dantego, tylko malutkie. Nie wiem, dlaczego ci ludzie myślą, że przez cały długi dwudziesty wiek nie poznaliśmy metod ich pracy.
Wreszcie odłożył notes i zrobił krok w moim kierunku, jakby chciał poniewczasie ukoić uściskiem moje duchowe rany, ale w tym momencie zadzwonił telefon na biurku. Szmyga zaklął i podniósł słuchawkę. Słuchał przez kilka sekund, po czym jego twarz stała się ponura i czujna.
- Tak jest - powiedział i odłożył słuchawkę. Podniósł na mnie oczy i z ubolewaniem rozłożył ręce.
- Sam widzisz, co się dzieje. Dzisiaj nie dam rady, alarm bojowy. Spotkajmy się pojutrze i wszystko ci wytłumaczę. Błagam, wytrzymaj trochę i nie przejmuj się. Zaraz odwiozę cię do domu. Nie martw się, sam cię znajdę...
Operacja Burning Bush1
I'm the little jew who wrote the Bible.2
Leonard Cohen
Tak w ogóle to nazywam się Siemion Lewitan. Urodziłem się i dorastałem w Odessie, na piątej stacji Wielkiego Fontanu3. Mieszkaliśmy tuż nad morzem, w stalinowskim mieszkaniu z końca lat trzydziestych, które trafiło się mojej rodzinie dzięki krótkotrwałej i niezupełnie szczerej zażyłości z reżymem. Mieszkanie było obszerne i jasne, ale pod tą jego obszernością i jasnością wyczuwało się wyraźnie niesamowitą sowiecką grozę, którą przepojone były wszystkie budowle z tego okresu.
Dzieciństwo miałem jednak szczęśliwe. Woda w morzu była czysta (chociaż wtedy mówiono, że jest brudna), tramwaje kursowały bez zakłóceń i nikt w mieście nie wiedział, że dzieci zamiast angielskiego mają się uczyć ukraińskiego, toteż oddano mnie do specjalnej szkoły z językiem angielskim. Dziwnym zbiegiem okoliczności w westybulu szkoły wisiała reprodukcja obrazu Wieczna cisza pędzla jednego z moich wielkich imienników, Izaaka Lewitana.
Nie mam nic wspólnego z tym malarzem. Jestem natomiast, jeśli wierzyć moim rodzicom, dalekim krewnym znakomitego sowieckiego spikera radiowego Jurija Lewitana, który w latach czterdziestych czytał w radiu komunikaty biura informacyjnego. Bardzo możliwe, że właśnie jego genom zawdzięczam silny i piękny głos "o tajemniczym, srebrzysto-nocnym tembrze", jak określiła go szkolna nauczycielka muzyki, która bezskutecznie usiłowała nauczyć mnie śpiewać.
Dokumentalnych świadectw tego pokrewieństwa nie widziałem - nie zachowały się u nas żadne archiwa. Ale rodzinna legenda skłoniła mamę do nabycia całego pudła nagrań Lewitana na miękkich płytach, zrobionych ze starych zdjęć rentgenowskich. Podejrzewam, że ta sama aura odbitej wielkości udzieliła się mojemu ojcu preferansiście, który zwykł mówić: "Ja przecież nie gram, ja tylko kibicuję".
Wsłuchując się w miarowy, pełen spokojnego triumfu głos Lewitana, od najmłodszych lat podziwiałem jego siłę i starałem się ją naśladować. Uczyłem się na pamięć całych komunikatów wojennych i sprawiała mi dziwną, niemal demoniczną satysfakcję myśl, że staję się na kilka minut tubą walczącego imperium. Stopniowo opanowałem intonacyjne sztuczki sowieckiego spikera i chwilami zaczynało mi się wydawać, że jestem prawdziwym uczniem czarnoksiężnika - mój nieokrzepły głos nagle wybuchał kanonadą grzmiących słów, jakby wspieranych całą pancerną potęgą centralnej Azji.
Rodzice byli pełni podziwu dla mojego naśladowczego talentu. Trochę inaczej miała się sprawa z obcymi ludźmi.
Chodziło o to, że moim językiem ojczystym był nie tyle rosyjski, ile odeski. I mama, i ojciec mówili praktycznie martwym, zrusyfikowanym jidysz, tak nieporadnie przedrzeźnianym przez opowiadaczy żydowskich kawałów. Dorastałem, można by rzec, wewnątrz niezbyt śmiesznego kawału z brodą, w którym zdanie "ile kosztuje ta ryba" brzmiało: "Skilky kosztuje cej fisz".
Ów specyficzny odeski parlance wżarł się w moje struny głosowe tak głęboko, że wszystkie późniejsze próby wyzbycia się go spełzały na niczym (wybiegając naprzód, powiem, że gęsty cień jidysz padł nie tylko na mój rosyjski, ale też na moją angielszczyznę). Dlatego, chociaż Lewitan w moim wykonaniu brzmiał dla rodziców całkiem naturalnie, przybyszy z Ma-a-askwy śmieszył do łez. Mnie zaś ich ciągnący się jak zgęszczone mleko północny akcent wydawał się nieznośnie wsiowy.
Latem wysyłano mnie na dziwny obóz pionierski tuż koło naszego domu; mieścił się w budynku internatu dla głuchoniemych, których na lato, jak sądzę, wywożono na północ. W sypialni zabawiałem swoim skromnym talentem silniejszych i bardziej agresywnych chłopaków.
Muszę dodać, że byłem chłopcem dość wątłym. Najpierw rodzice mieli nadzieję, że mój wzrost i siła utknęły chwilowo w jakiejś niebieskiej komorze celnej i jeszcze wszystko nadrobię. Ale gdzieś tak w szóstej klasie ostatecznie stało się jasne, że tata spłodził nie Goliata, tylko kolejnego Dawida.
Nie bez kozery mądry Freud mówił, że anatomia to zrządzenie losu. Mój talent naśladowczy okazał się jedyną przeciwwagą dla okrutnego wyroku natury i gitowcy bijali mnie niezbyt często - umiałem ich rozbawić.
Najpierw po prostu recytowałem z pamięci komunikaty frontowe, pełne dziwacznych nazw geograficznych; w ciemnej sali brzmiały niczym jakieś szamańskie zaklęcia. Po jakimś czasie jednak moim słuchaczom się to znudziło, zacząłem więc improwizować. I tu ujawniły się niesamowite właściwości mojego magicznego głosu.
Wszystkie okropne historie, jakie dzieci opowiadają sobie po ciemku, zyskiwały w moim wykonaniu nową jakość i przerażały nawet tych, którzy zazwyczaj śmiali się z takich straszaków. Co więcej, najprostsze słowa, którymi zwracałem się do kolegów z pokoju w mrocznej godzinie po capstrzyku, nagle, kiedy tylko wypowiedziałem je głosem Lewitana, nabierały strasznego, wieloznacznego sensu.
Każdy etnograf znający specyfikę eurazjatyckiego dzieciństwa wie, że w środowisku nastolatków obowiązują surowe zasady, których naruszenie grozi takimi samymi konsekwencjami jak lekceważenie więziennych tabu. Ale moja czarodziejska moc stawiała mnie ponad tymi prawami. W momentach przeistoczeń mogłem, jak wtedy mawiano, trajlować bez żadnych następstw, mówiąc co popadnie komu popadnie - i wszyscy się z tym godzili, jakby przez szacunek do ducha, który mnie nawiedzał. Oczywiście nie ryzykowałem takich eksperymentów w swoim zwykłym cherlawym wcieleniu, kiedy w pokoju robiło się jasno.
Istniał jednak pewien przykry problem, już o nim wspominałem - niektórzy chłopcy byli odporni na moją magię. I, co więcej, śmiali się ze mnie. Zazwyczaj byli to moskwianie, których przywiały tu strumienie arktycznego powietrza.
Przyczyna leżała w mojej odeskiej wymowie: wydawała im się śmieszna i nieadekwatna do groźnego sensu wypowiadanych słów. W takich chwilach odczuwałem coś na kształt dramatu poety, któremu lekka wada wymowy uniemożliwia olśnienie świata czarem absolutnie genialnych wierszy. Moskwian jednak było wśród moich słuchaczy mało, niektórzy mimo wszystko padali pod ciosami mrocznych skrzydeł mojego demona, toteż cała sprawa nieszczególnie mnie martwiła.
Z jednym moskwianinem nawet się zaprzyjaźniłem. Nazywał się Wład Szmyga. Był to gruby, ponury chłopak o bacznym spojrzeniu i z wiecznie spoconym jeżykiem. Pochlebiało mi, że jest jednym z tych przybyszów z północy, którzy nie wyśmiewają mojej wymowy, a on niewątpliwie podziwiał mój talent. Było w nim coś, co kojarzyło się z wojennymi domami dziecka, ale miało się ochotę nazwać go synem nie pułku, tylko oddziału zaporowego. Jego ulubionym epitetem było słowo "nędzny", stosowane do wszystkiego, od pogody do filmów. Poza tym miał niezwykłe hobby: prowadził dossier wszystkich chłopców z naszej sali - w brulionie, który trzymał w worku z brudną bielizną pod osłoną szczególnie śmierdzących skarpetek. Pokazał mi ten zeszyt w zaufaniu, kiedy paliliśmy wilgotne rostowskie papierosy w krzakach koło stołówki. O mnie napisał tam, co następuje:
Siemion Lewitan
Umie mówić głosem z tamtego świata, przez co w nocy robi się strasznie. Potrafi nie tylko przerazić tak, że można się zesrać, ale też rozśmieszyć i pobudzić. Jednym słowem, posiada niezwykłą umiejętność, bliską hipnozie. Potrafi się wysławiać pięknie i mądrze, tak że człowiek zaczyna się czuć jak tępy nieuk, ale kiedy się zapomina, zaczyna mówić z silnym żydowskim akcentem. Wtedy cała hipnoza przepada.
Oczywiście sam zdawałem sobie z tego sprawę, tylko formułowałem to trochę inaczej. Znałem siebie jednak już dwanaście lat, a Władik rozgryzł mnie zaledwie w kilka dni. Co więcej, w tym krótkim czasie zdążył przejrzeć również innych chłopaków z sali, a to już naprawdę robiło wrażenie. Chyba właśnie wtedy zrozumiałem, że oprócz mnie na świecie jest wielu ludzi obdarzonych specyficznymi talentami i że popisywać się swoim darem należy bardzo ostrożnie.
Korespondowaliśmy z Władikiem przez parę miesięcy po obozie, potem chciał znowu przyjechać do Odessy, ale nic z tego nie wyszło i nasza przyjaźń się urwała. Zdaje mi się, że ostatni list napisałem ja, ale nie jestem pewien.
Po maturze wysłano mnie na studia do moskiewskiego Instytutu Języków Obcych. Mama długo nie chciała mnie puścić, odwołując się do korzeni, bez których zwiędnę, ale tata, jako doświadczony preferansista, sprytnie zagrał atutowym cytatem z Brodskiego (który był dla mamy najwyższym autorytetem). Powiedział:
- Jeśli człowiek urodził się w imperium, powinien żyć na głuchej prowincji nad morzem. No a jeśli urodził się na głuchej prowincji nad morzem? To znaczy, że Siemion powinien jednak żyć w imperium!
Ale imperium już patrzyło na księżą oborę, a w czasie moich studiów ostatecznie zamknęło oczy, po czym rzymskie cykle Brodskiego utraciły jedną ze swych głównych estetycznych projekcji, a moje widoki na karierę i wyjazdy jakikolwiek sens.
Horror lat dziewięćdziesiątych pominę milczeniem. Powiem tylko, że za rosyjski paszport zdarli ze mnie wręcz nieprzyzwoitą sumę; była to jawna niesprawiedliwość nawet jak na tamte pełne nadużyć czasy. Angielskiego jednak nauczyłem się w Moskwie całkiem znośnie.
Pewnego pięknego dnia u zarania nowego milenium zobaczyłem w lustrze nieładnie łysiejącego chudego mężczyznę, którego dość trudno było już nazwać młodym człowiekiem.
Ten zniszczony, nisko opłacany osobnik mieszkał w wynajętym mieszkanku w chruszczowowskim bloku przy stacji metra Awiamotornaja i uczył angielskiego na kursach Intermediate Advanced przy Dworcu Paweleckim, na które uczęszczali absolwenci techników i marzycielskie prostytutki.
Razem ze mną pracowało kilku lektorów, w których bez szczególnego trudu mogłem ujrzeć siebie za dziesięć, dwadzieścia i trzydzieści lat; był to obraz tak przygnębiający, że zaczynałem się zastanawiać, czyby nie odejść z tego życia do jakiegoś innego.
Najlepszym sposobem wydawało mi się uśnięcie na zawsze. Szczerze mówiąc, próbowałem to zrobić co wieczór, ale że bałem się łykać tabletki czy ciąć sobie żyły, za każdym razem znów się budziłem i nic na to nie mogłem poradzić.
Wieczorami czytałem francuskie powieści egzystencjalne z lat sześćdziesiątych; cała ich szafa dostała mi się w spadku po kapitanie atomowego lodołamacza, który zatonął w mojej klitce w latach prywatyzacji. Pod wpływem tej lektury moja depresja na krótko nabierała szlachetnej europejskiej patyny, wystarczał jednak jeden przejazd zatłoczonym tramwajem, by myśląca trzcina znów zamieniła się w łysiejącego żydowskiego losera.
Popadałem w coraz głębszą rozpacz i w jej kulminacyjnym momencie, kiedy całkiem serio gotów byłem wypić prawdziwą truciznę albo nawet wrócić do Odessy, los bez żadnego ostrzeżenia przestawił mnie na bardzo ostrą jazdę.
Którejś sierpniowej niedzieli 2002 roku szedłem Nowym Arbatem koło Domu Książki. Na ulicy było dziwnie mało samochodów i w powietrzu unosiła się owa łagodna moskiewska tęsknota za niepostrzeżenie minionym latem, która ściska za serce, a jednocześnie godzi z życiem. Było mi prawie dobrze.
Nagle na lewo ode mnie zazgrzytały hamulce i przy krawężniku zatrzymał się nisko zawieszony czarny samochód z przyciemnianymi szybami; w filmach takimi samochodami jeżdżą wymuskani agenci, którym rząd światowy powierzył reklamowanie notebooków VAIO. Tylna szyba opuściła się trochę i ciemność za nią przemówiła:
- Siemion!
Serce mi zamarło.
Głosu z ciemności nie znałem, ale intonacja - w końcu wiem co nieco o intonacjach - była taka, jakby ta ciemność od dawna i dobrze znała mnie, jak zresztą przystało ciemności. Pamiętam dokładnie: w pierwszej sekundzie wydało mi się, że za oknem czai się jakiś zapomniany odwieczny strach - to, co do dziś boimy się napotkać w mroku, chociaż nie ma go tam już od milionów lat.
Widocznie przestrach odbił się na mojej twarzy, bo ciemność nagle się zaśmiała, okno zjechało niżej i zobaczyłem człowieka, którego natychmiast poznałem.
Wład Szmyga, mój przyjaciel z obozu pionierskiego. Jego uważne oczy wcale się nie zmieniły, chociaż lata wypełniły posępnym tłuszczem okalające je fałdki skóry.
- Wsiadaj - powiedział. - Przejedziemy się.
Wsiadłem do chłodnego ciemnego wnętrza.
Oprócz Szmygi w środku byli kierowca i człowiek na przednim siedzeniu.
Szmyga uśmiechnął się krzepiąco i już zacząłem szukać w myślach odpowiedniego do sytuacji sentymentalnego truizmu, kiedy człowiek z przedniego siedzenia odwrócił się, pstryknął czymś nad moim ramieniem i ukłuł mnie w szyję.
Samochód ze swoimi pasażerami popłynął gdzieś w górę i w prawo, zmieniwszy się w coś w rodzaju dziwnego studziennego wieka, patrzącego na mnie uważnie trzema parami oczu. Ja zaś zająłem się spadaniem do studni.
- Czeka na nas pułkownik Dobroswiet - powiedział Szmyga, kiedy mnie dowieziono do gmachu dobrze znanego każdemu moskwianinowi. - On ci wszystko wyjaśni. To wybitna osobistość, więc postaraj się mu spodobać. Będzie z nami pracował.
To, czy ja będę z nimi pracował, chyba nie podlegało dyskusji. Porażająca arogancja.
Po drodze Szmyga opowiedział mi co nieco o tym człowieku. Kiedyś nazywał się inaczej, ale teraz nazywano go właśnie tak - pułkownik Dobroswiet, to było jego imię i nazwisko. Kierował wydziałem substancji specjalnych i zmienionych stanów świadomości, ale jak zrozumiałem z rzuconego mimochodem zdania, nie był zwykłym drag dealerem FSB, tylko kimś w rodzaju głównego konsultanta do spraw duchowo-ezoterycznych. Szmyga darzył go nadzwyczajnym szacunkiem; było to widać choćby z tego, że on, generał, prowadził mnie na spotkanie z pułkownikiem. Wedle słów Szmygi w latach, kiedy Gajdar ratował kraj przed głodem, a Czubajs przed chłodem, Dobroswiet kilkakrotnie ocalił Rosję przed inwazją z ketaminowego kosmosu, przy czym strefę konfliktu za cenę potwornego wysiłku udało mu się utrzymać w granicach własnej psychiki, która w rezultacie mocno ucierpiała.
Za swój czyn otrzymał Złotą Gwiazdę bohatera. Po tym traumatycznym przeżyciu przyjął pogaństwo, nadal jednak pozostał człowiekiem swobodnej myśli i był gotów służyć nam całą swoją ogromną erudycją i doświadczeniem.
Dobroswiet czekał na nas w pustej auli.
Był to dość młody jeszcze człowiek, niewysoki, tęgawy, z rudą bródką i jasnymi włosami. Był bardzo dziwnie ubrany: koszulę miał gęsto zahaftowaną rosyjskim ornamentem, a na plecach majtał mu się słomkowy kapelusz pasiecznika. W ręku trzymał rzeźbiony kostur, zwieńczony popękanym brodatym bożkiem. Z całej jego postaci promieniowały spokojna dobroduszność i nawet jakieś letnie rozleniwienie.
- Siadajcie, przyjaciele moi - powiedział.
Usiedliśmy ze Szmygą w pierwszym rzędzie, a pasiecznik wszedł na estradę, oparł swój kostur o ścianę i zaczął się przed nami przechadzać, w zadumie przeczesując palcami bródkę. Zobaczyłem, że ma na nogach sandały z łyka o skomplikowanym antycznym splocie. To jego chodzenie zaczynało mnie już irytować, ale Szmyga zachowywał spokój.
- Niech mi pan powie, Siemionie Isakowiczu, czy jest pan człowiekiem wierzącym? - zapytał nagle Dobroswiet. - Tylko szczerze.
Szmyga odwrócił się i popatrzył na mnie bardzo uważnie.
Wzruszyłem ramionami.
- Właściwie nie wiem, co powiedzieć. Wierzę, że jest coś takiego... Jakaś siła, która... Wprowadza porządek. Ale do cerkwi nie chodzę. I do synagogi, jeśli to miał pan na myśli, też nie.
- Od religijnej scholastyki i metafizyki jest pan równie daleki?
Rozłożyłem szeroko ręce, żeby pokazać, jak jestem daleki.
Dobroswiet kiwnął głową, jakby właśnie takiej odpowiedzi oczekiwał. Jeszcze trochę pochodził po scenie, po czym zapytał:
- A co pan myśli o opinii propagowanej przez niektórych obywateli, że to Żydzi rządzą światem? Czy w głębi duszy nie podziela pan tego punktu widzenia?
- Proszę mnie poznać z którymś z takich Żydów - odparłem. - Albo przynajmniej dać mi jego telefon. Mam wrażenie, że oni całkiem o mnie zapomnieli.
Dobroswiet znów kiwnął głową i jeszcze trochę pochodził po scenie.
- Bardzo możliwe - rzekł wreszcie z zagadkowym uśmiechem - że właśnie to zrobimy. Może się zresztą okazać, że władca świata jest nawet bliżej, niż pan myśli.
- O to-to - potwierdził Szmyga.
- Co pan ma na myśli? - spytałem w napięciu.
- Nie przyśpieszajmy wydarzeń - powiedział Dobroswiet. - Chciałbym, mon cher Siemionie, żebyśmy najpierw ułożyli nasze stosunki na bazie wzajemnego zaufania. Są ku temu wszystkie niezbędne warunki. Chcę od razu zaznaczyć, że my w naszej organizacji już dawno wyzbyliśmy się jaskiniowego antysemityzmu, na który cierpiało wiele osób urzędowych imperium rosyjskiego i Związku Sowieckiego.
- Nieoficjalnie mogę dodać - rzucił Szmyga - że uważamy ukrzyżowanie Jezusa Chrystusa za wewnętrzną sprawę narodu żydowskiego.
Dobroswiet popatrzył na mnie uważnie, jakby oczekiwał wdzięczności za taką wspaniałomyślność.
- Dzięki za zrozumienie - powiedziałem potulnie.
- A więc - ciągnął Dobroswiet - co do tego, kto rządzi światem. Oczywiście, mon ami Siemionie, że nie Żydzi. Ale też nie jakiś inny naród czy jakaś oficjalna organizacja, chociaż niektórzy członkowie Grupy Bilderberg, którzy naczytali się antyglobalistycznych ulotek, delektują się właśnie taką myślą. Władza nad światem jest raczej czymś w rodzaju błądzącej plamy światła, w którą trafiają to jedni, to drudzy, niektórzy na długo, niektórzy zaledwie na kilka sekund. Szczegółowa analiza tej plamy zajęłaby nam zbyt dużo czasu, ale dla naszych celów wystarczy powiedzieć, że często pojawiają się w niej ludzie, których określa się ogólnie jako "amerykańską prawicę religijną". Chyba pan o nich słyszał, Siemionie?
Zrobiłem nieokreślony gest, który mógł oznaczać wszystko w diapazonie od "słyszałem wielokrotnie" do "proszę mi powiedzieć".
- Wobec tego - ciągnął Dobroswiet - przedstawię panu krótko duchowo-polityczne poglądy tej grupy. A więc amerykańska prawica religijna to ludzie, którzy uważają, że postrzegany przez nas świat stworzył w ciągu sześciu dni Bóg, który najpierw uczynił swoim ulubionym narodem koczownicze plemię synajskich hodowców bydła, ale po swej tragicznej śmierci na krzyżu zmienił testament w taki sposób, że w rezultacie wybranym ludem okazało się plemię zamieszkujące Stany Zjednoczone Ameryki. Na razie wszystko jasne?
- Nie bardzo - powiedziałem szczerze.
- Nic dziwnego. - Dobroswiet się uśmiechnął. - Metafizyka religijnej prawicy jest wyjątkowo trudna do zrozumienia. Duch synajskiej pustyni, rozmawiający z wodzami koczowników, jest dla nich Praprzyczyną, Alfą i Omegą, Bogiem pisanym dużą literą. Co ważne, Bogiem nie w tym sensie, w jakim zdaniem sufich czy sikhów jest nim absolutnie wszystko, ale w sensie elitarnym. Duchy pozostałych pustyń już nie są Bogiem, a żaden z pozostałych krajów nie został przez niego wybrany. Dogmat o wybraniu Ameryki przez Boga, który religijna prawica nieustannie próbuje uczynić fundamentem realnej polityki, niewiele się różni od dogmatu o nieomylności papieża. Wynika z niego, że wszystko, co robi Ameryka, jest słuszne, moralne i sprawiedliwe z tego prostego powodu, że robi to Ameryka. W mniejszym czy większym stopniu myśli tak spora liczba Amerykanów.
Słuchając tych andronów, nie wiem czemu przypomniałem sobie ciocię Lusię, która mieszkała w Odessie dwie przecznice od nas. Jej bratanek Alik był ode mnie starszy o dziesięć lat; kiedy ja dopiero zaczynałem szkołę, jemu już rosły całkiem wyraźne bokobrody. Był jedynym odeskim Żydem, jakiego pamiętam, który wierzył w Boga, i Bóg, jak się należy, mu pomógł - Alik wyjechał do Ameryki i otworzył w Brighton sklep z wędlinami, tak koszerny, że kiełbasę tam zawijano tylko w "New Yorkera", który musiał się odleżeć dwa tygodnie, żeby z papieru wywietrzały wszystkie zapachy.
I ludzie, którym szkoda było pieniędzy na tygodnik, codziennie kupowali u Alika kiełbasę, myśląc, że w ten sposób utrzymują swoją erudycję kulturalną na światowym poziomie. Chociaż Alik oczywiście nie był głupi i wliczał koszt tygodnika w cenę wędliny, dodając sporą marżę.
Ale, kierując się niewyraźnym przeczuciem, nie próbowałem opowiadać Dobroswietowi i Szmydze o tym sympatycznym fortelu.
Dobroswiet tymczasem zapuszczał się w swoje brednie coraz dalej:
- Jeśli się zastanowić, w porównaniu z takim obrazem świata filozofia niemieckich nazistów może się wydać wzorcem pozytywizmu naukowego. Albowiem naziści ogłosili się rasą wybraną na podstawie kilku pseudonaukowych tez, na przykład o doskonałym kształcie czaszki. Teoretycznie można by zmierzyć cyrklem wiele różnych czaszek i naukowo udowodnić Hitlerowi, że nie ma racji. Religijnej prawicy niczego udowodnić nie można, ponieważ w ich wypadku nie ma niczego, co można by było zmierzyć cyrklem. Uważają się za wybranych wyłącznie na podstawie swojej wiary w to, że wybrał ich Bóg. Poza tym opierają się na mętnych proroctwach z podejrzanych starych ksiąg, których zakładnikiem staje się w rezultacie cały światowy proces historyczny. Kiedy się pomyśli, że tacy ludzie od czasu do czasu przejmują kontrolę nad amerykańskim guzikiem jądrowym, robi się po prostu straszno...
Zapikał telefon Szmygi. Ten spojrzał na ekranik i nie odebrał. Ale twarz mu sposępniała.
- Wyrazistym przedstawicielem religijnej prawicy jest obecny prezydent George W. Bush - kontynuował Dobroswiet. - I tu chcę poczynić jedną istotną uwagę. Liberalne media Zachodu usilnie wsączają w masową świadomość myśl, że czterdziesty trzeci prezydent USA jest kompletnym idiotą. Angielscy karykaturzyści przedstawiają go jako małpę z włochatymi uszami i ustami wyciągniętymi w ryjek. Nowojorscy komicy porównują Busha nawet nie do Hitlera, ale do tępego kłapouchego imbecyla, który mógłby się stać Hitlerem, gdyby miał trochę więcej szarych komórek. Ale absolwent Yale Bush oczywiście wcale nie jest ordynarnym prostakiem, który cudem dorwał się do władzy. Tylko się go w ten sposób pozycjonuje. Przy czym, co najciekawsze, czynią to przede wszystkim jego właśni piarowcy.
- Ale dlaczego? - spytałem.
Dobroswiet uśmiechnął się z wyższością.
- Cóż, Siemionie - powiedział. - Takie podejście rzeczywiście trudno zrozumieć. Rosja to ostatni bastion starej euroazjatyckiej kultury. Jej tradycje wymagają, by wizerunek medialny najwyższych osób w państwie odzwierciedlał przede wszystkim szacunek, jakim darzy je naród, który powierzył im swój los. A w Ameryce ceni się nie blask nienagannego stylu, lecz umiejętność trafienia do serc tępych czerwonolicych wyborców, w którym to celu absolwentów elitarnych uczelni przekształca się w prostych nieuków, których wystraszyliby się nawet w Biriulowie6...
Szmyga popatrzył na zegarek i zapytał:
- A jak ty myślisz, Siemion... W Biriulowie wystraszyliby się Busha?
- To zależy, z jaką prędkością Bush by tam wtargnął - odrzekłem dyplomatycznie.
Szmyga przytaknął z zadowoleniem.
- Taka oto strategia piarowców - podjął Dobroswiet - jest przyczyną sławy przygłupa, który w dodatku nie potrafi mówić, prześladującej George'a Busha jeszcze od czasów, gdy był gubernatorem. Za każdym razem, kiedy liberalne media zaczynają się natrząsać z manier prezydenta albo delektować jego kolejnym buszyzmem, potencjalny wyborca gdzieś na Środkowym Wschodzie zaciska pięści ze złości na wielokulturowe elity i do skarbonki republikanów wpada kolejny głos. Według naszej informacji buszyzmy wymyśla specjalna grupa kreatywna przy zespole prezydenckich speechwriterów, która nazywa się Dubya Squad. Byłoby jednak zbytnim uproszczeniem uważać, że wizerunek medialny George'a Busha jest w stu procentach fałszywy. Jego żarliwa religijność, zjednująca mu konserwatywny elektorat, jest stuprocentowo szczera, chociaż trochę niezwykła u tak wykształconego człowieka, jakim jest czterdziesty trzeci amerykański prezydent.
Szmyga znów spojrzał na zegarek.
- Ową dziwną na pierwszy rzut oka sprzeczność między uniwersyteckim wykształceniem i wiarą w najdziksze zabobony - ciągnął z zapałem Dobroswiet - ponad tysiąc lat temu aprobował chrześcijański teolog Tertulian, który głosił: Credo quia absurdum est. Wierzę, albowiem to absurdalne...
- Streszczaj się, Dobroswiet - przerwał mu Szmyga. - Zaczynasz się już zapuszczać w łacinę. Na to jeszcze mamy czas. Powiedz o najważniejszym, dopóki tu jestem.
Dobroswiet odchrząknął, rozejrzał się dokoła, jakby sprawdzał, czy nadal jesteśmy w auli sami.
- Krótko mówiąc, Siemionie, żeby cię długo nie męczyć - powiedział cicho - Bush ma w zębie taką samą plombę jak ty. A wiedzą o tym tylko trzy osoby. Teraz już cztery. Czwartą, jak się domyślasz, jest dentysta.
- Tak - powiedziałem w nagłym olśnieniu. - Tak... To przecież bardzo niebezpieczne wiedzieć takie rzeczy. No, dentysta to zrozumiałe, jest waszym agentem. Wy dwaj - też jasne. Ale dlaczego wiem o tym ja?
- Dlatego - szepnął Szmyga, nachylając się nad moją twarzą - że teraz ty będziesz robił za Boga. Boga, który będzie rozmawiać z Bushem i udzielać mu właściwych rad.
Potrzebowałem kilku sekund, żeby dotarł do mnie sens tych słów. Potem spojrzałem Szmydze w oczy. Z równym skutkiem mogłem patrzeć na dwa blaszane guziki.
- Władik - spróbowałem przemówić mu do rozsądku - przecież jeszcze w dzieciństwie pisałeś w moim dossier, że mówię ze śmiesznym żydowskim akcentem. I to jest najprawdziwsza prawda. Jak według ciebie mógłbym udawać Boga?
- To jest twoja zaleta, Siemionie - wtrącił się Dobroswiet. - Wcale nie wada. Credibile est, quia ineptum est! Prawdopodobne, albowiem niedorzeczne! Skoro Bóg może uczynić narodem wybranym koczownicze plemię hodowców bydła, czemu by taki Bóg nie miał mówić z żydowskim akcentem? Dla amerykańskiej prawicy religijnej będzie to podwójnie przekonujące.
- Ale ja jestem w kwestiach wiary zupełnym nieukiem. Bush szybko się w tym połapie.
- Nie bój nic, Siemion - powiedział Szmyga. - Przygotujemy cię. Dobroswiet opracował specjalny kurs ekspresowy. Jutro jedziesz do naszej bazy za miastem. Najbliższe dwa miesiące będziesz miał bardzo napięte.
- Ale dlaczego ja?
- Długo szukaliśmy wykonawcy - powiedział Szmyga. - Jak sam rozumiesz, tu potrzebny jest dobry angielski. Ale co najważniejsze... Potrzebny jest zupełnie szczególny talent. Bóg nie może mówić tak jak wszyscy ludzie. Będziesz się śmiał, ale nagle przypomniałem sobie twoje nocne przedstawienia. Wyłącznie dla odfajkowania sprawy zebraliśmy informacje. Okazało się, że jesteś w Moskwie. I co więcej, uczysz angielskiego. Poszliśmy na twoje zajęcia, posłuchaliśmy. I zrozumieliśmy, że lepszego kandydata nie ma.
- A jeżeli odmówię? - spytałem.
- Najprawdopodobniej będziesz miał wypadek samochodowy - odparł Szmyga. - I będę cię opłakiwał, słowo honoru. A jeśli zrobisz wszystko jak trzeba, damy ci milion dolarów i wypuścimy. Nie bój się, nie oszukamy. Dla nas to śmieszna suma. Nie trzeba jej nawet księgować.
- Operacja ma kryptonim Burning Bush - powiedział Dobroswiet. - Nadaliśmy jej angielską nazwę, bo ma dwa znaczenia, które od razu zrozumiesz. Krzew gorejący to jedna z biblijnych postaci Boga. No a płonący Bush to płonący Bush...