Napiętnowana - Anna Maria Scarfo

-
Proszę czekać

Prolog

Niebo milczy. Ziemia oskarża. Niskie domy miasteczka napierają jeden na drugi, głosy odbijają się echem między murami i dachówkami. Wzajemnie dodają sobie siły. Chwilę później rwą się na strzępy i wciskają pod drzwi. Pojedynczo. I wszystkie razem. Jęczą.

- Wynoś się.

Groźby wytyczają granicę. Wdzierają się na ulicę i zmieniają w wiatr. Nie ma miejsca. Nie ma ucieczki. Są tuż.

- Dziwka - krzyczą.

Anna przyciska dłonie do uszu.

- To nieprawda - odpowiada krzykiem.

- Dziwka! - Krzyk wiatru przybiera na sile.

Te oczy za okiennicami. Ci trzej mężczyźni stojący na placu pod wiatą przystanku. Kobieta na schodach kościoła. Kierowca ciężarówki obok figurki Matki Boskiej. Dziewczyna przy fontannie. Ksiądz. Sąsiedzi. Pasażerowie pociągu, który telepie się w stronę peronów kolei Calabro-Lucana. Chrystus przy wjeździe do miasteczka.

- Dziwka.

Telefon dzwoni w środku nocy. Samochód hamuje pod oknami. Trzaskają drzwi.

Matki, żony, siostry: to one są sędziami. Mężczyźni się śmieją.

Oto miasteczko.

- To twoja wina.

Oto wyrok.

- To twoja wina, wynoś się.

- Ja nie zrobiłam nic złego. Musicie mnie wysłuchać.

- Wynoś się, dziwko.

Wiosna 2010 roku. Kalabria. San Martino di Taurianova. Tutaj zaczyna się historia Anny Marii Scarf?, która dziś ma dwadzieścia cztery lata i policyjną ochronę.

Ja

W moim pokoju są dwa łóżka: moje i siostry. Oprócz nich jest tylko szafa. Mały telewizor i wieża stoją na ściennej półce, bo nie ma miejsca na żaden inny mebel. Na ścianach wiszą nasze zdjęcia.

To bardzo mały pokoik. Oprócz niego jest jeszcze tylko kuchnia i pokój rodziców.

Moja mama ma na imię Aurora i chodzi sprzątać w cudzych domach. Dostaje pięć euro za godzinę. Ojciec pracuje na polach, zbiera pomarańcze w Rosarno. A kiedy nie ma pomarańczy do zbierania, pracuje jako blacharz, ale na czarno - to znaczy robi swoje i klienci mu płacą, ale nie ma własnego warsztatu.

Ojciec, kiedy pracuje na wsi, wstaje o piątej rano. A właściwie wstajemy wszyscy, bo ja i mama też, przez szacunek dla ojca.

Mieszkamy w domu komunalnym.

Prysznic w łazience jest na ścianie, naprzeciwko drzwi; podłoga jest pochyła, żeby woda mogła spływać. Kiedy się myjesz, moczy się wszystko, bo nie ma kabiny ani zasłonki. Tak więc kiedy jesteś już umyta i pachnąca, musisz wytrzeć łazienkę i pocisz się od nowa. Matka ma świra na punkcie czystości i jeśli na płytkach zostaną krople, po których robią się plamy wapienia, krzyczy.

Oto mój dom. Kuchnia, dwa pokoje, łazienka i okno - to w moim pokoju - którego nie mogę otwierać.

Choćbym chciała pochodzić, żeby przegonić złe myśli i strach, nie mogę. Nie ma miejsca. Wszystkie myśli pozostają w środku, razem ze strachem. Tak jest, odkąd nie mogę wychodzić z domu.

Z początku się modliłam. Teraz nie mam już na to siły.

W niedzielę są wybory, ale ja się nie wybieram. Nie pójdę do kościoła w niedzielę palmową. Nie chodzę na zakupy. Nie jeżdżę nad morze. Nie mam już pragnień. Może to jedno, żeby nie uciekać. Nie chcę. To nie jest moja wina. Nie mam dokąd uciec, więc postanowiłam zostać tutaj.

Mam teraz tyle czasu w domu. Nigdzie mi się nie spieszy. Nie mam celu. Nie mam nic. Mam tylko przeszłość.

Pytacie, dlaczego nie mogę wyjść z domu?

Gdybym spróbowała wam to wyjaśnić, nie zrozumielibyście. Takich historii jak moja nie da się zacząć od końca. Ale mogę wam opowiedzieć, jak dotarłam do tego punktu w swoim życiu. Mam czas. Mnóstwo czasu.

Mogę zacząć od początku, od czasów, kiedy byłam dziewczynką i wszyscy nazywali mnie "laleczką". Tak mówiła do mnie mama, krewni, tak nazywali mnie w kościele. Miałam uśmiechnięte policzki i wesołe oczy. Miałam piegi na nosie i wyrazistą, słodką twarz, zupełnie jak lalka. Pieprzyk pośrodku lewego policzka. Długie, czarne włosy. Błyszczące. A do tego jestem niska. Mam metr pięćdziesiąt wzrostu. Istna lalka.

- Annarella, jesteś śliczna jak laleczka - mówili mi wszyscy. A ja w to wierzyłam.

To historia trzynastoletniej dziwki. Moja historia. Nie jest łatwo ją pisać. Ani jej słuchać. Zdecydujcie więc teraz, czy chcecie ją poznać. Jeśli tak, to miejcie odwagę wysłuchać jej do końca, tak jak ja miałam odwagę przejść przez to, o czym wam opowiem.

Zacznę od początku, od czasu kiedy wszyscy nazywali mnie "laleczką".

Miasteczko

Dziwka. Szmata.

Pisk opon i krzyk kobiety. Samochód zawraca z poślizgiem. Skręca w stronę okien komunalnego domku i kobieta krzyczy. Znowu. Głośniej. Przeciągając spółgłoski.

- Kurrrwiszon.

Anna jest w domu. Zamyka okiennice. Z trzaskiem.

- Szmata.

Samochód odjeżdża z piskiem pustą ulicą. Jest trzecia po południu. Zimny wiatr przybliża wieczór. Z wnętrza domu nie dobiegają żadne odpowiedzi. Dźwięki. Oddechy.

- Szmata - krzyczy kobieta, a echo odpowiada: - Dziwką byłaś i dziwką będziesz.

Liliowe chmury napierają na gałęzie ciężkie od mandarynek, za domem z zamkniętą okiennicą.

Samochód odjeżdża. Zapach palonego drewna oliwnego miesza się w powietrzu z aromatem cytrusów.

Kończy się zima.

Tort

Tort chciałabym mieć z bitą śmietaną i mnóstwem czerwonych truskawek. I w kształcie serca.

Wszystko zaczęło się od tortu na moje trzynaste urodziny.

Nazywam się Anna Maria Scarf?. Mieszkam w San Martino di Taurianova. Urodziłam się, wyrosłam i zawsze mieszkałam w Kalabrii.

Nie wyobrażam sobie innego miejsca do życia i umierania.

San Martino to brzydkie miasteczko. Moja siostra ciągle to powtarza. Ale mnie się podoba. Są tu niskie domy, gaje oliwne. I mandarynkowe. Tu jest moja rodzina. Mogę godzinami jeździć na rowerze.

Niewiele potrzebuję do szczęścia. Nigdy nie potrzebowałam. Może na tym polega moja wina.

Jest koniec marca. 2010 rok. Wszystko zaczęło się właśnie w marcu: 11 marca jedenaście lat temu.

Wszystko zaczyna się od urodzinowego tortu.

Tamtego popołudnia mama powiedziała mi, że mogę pójść do sklepu po produkty na tort. Chce mi upiec trzywarstwowy. Z truskawkami i bitą śmietaną. Dała mi pieniądze. Ale ja, zamiast od razu biec do sklepu, idę na plac. To moje urodziny i chcę się pokazać na mieście, żeby wszyscy spotkani znajomi mogli mi złożyć życzenia. Mam trzynaście lat. Za parę miesięcy będę zdawać egzaminy gimnazjalne. Staję się kobietą.

Paraduję po placu i dopiero gdy już pękam z dumy od składanych życzeń, idę do spożywczego kupić mąkę, jajka i drożdże.

Kiedy wychodzę ze sklepu z torbą na ramieniu, podjeżdża do mnie samochód. Krótkie pipnięcie klaksonu.

- Cześć, Annarella, dokąd idziesz?

To Domenico. Domenico Cucinotta. Znam go, chociaż jest dużo starszy ode mnie. Ma dwadzieścia lat.

- Cześć. Wyszłam po zakupy. Mam dzisiaj urodziny. Teraz już wracam do domu. - Cała dumna odwracam się w jego stronę, ale nie przystaję.

Domenico jedzie za mną samochodem. Jest z nim kolega. On też nazywa się Domenico. Domenico Iannello. Ale on nie odzywa się do mnie ani słowem. W naszym mieście nie ma dużego ruchu. Idę powoli, a samochód Domenica jedzie tuż obok mnie.

- Czekaj, Annarella, zatrzymaj się na chwilkę. Wiesz, że jesteś ładna? Prawdziwa piękność.

Uśmiecham się.

- No, zatrzymaj się. Chcę ci złożyć życzenia urodzinowe, jak należy.

Daję się złapać na pochlebstwo.

Stoję na chodniku z torbą z zakupami w ręce. Oni siedzą w samochodzie. Domenico wywiesza rękę przez okienko. Jego oczy za ciemnymi okularami pieszczą całe moje ciało.

Czuję dreszcz.

To tak jest mieć trzynaście lat? Stawać się kobietą? Nigdy nie widziałam, żeby ktoś tak na mnie patrzył. Nigdy nie czułam takiego spojrzenia na sobie. A słowa wtórują oczom.

- Anno, wiesz, że od jakiegoś czasu za tobą chodzę? Mam sprawę.

- Jaką sprawę? - Nabieram śmiałości.

- Chcę z tobą chodzić. Chcę być twoim chłopakiem.

- Ty chcesz być moim chłopakiem?

- No tak.

- Dzisiaj nie mam czasu. Muszę wracać do domu. Muszę pomóc mamie piec tort. Pogadamy jutro. O trzeciej idę do kościoła na próbę chóru. Zobaczymy się potem. Za kościołem. O piątej. Może być?

Podnoszę torbę, którą postawiłam na ziemi, i odwracam się. Ruszam w stronę domu.

- Wszystkiego najlepszego, laleczko. Widzimy się jutro. Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin - woła za mną Domenico, a potem przyspiesza i odjeżdża, nie mówiąc nic więcej. Ale dla mnie to aż za wiele.

Mam trzynaście lat i być może jutro będę miała chłopaka.

Tę rozmowę z Domenikiem Cucinottą pamiętam słowo w słowo. Pamiętam jego spojrzenie. Pamiętam smak tortu, który wieczorem upiekła dla mnie mama. Pamiętam wszystko.

Miasteczko

Telefon dzwoni w środku nocy. W małym domku budzą się wszyscy. Wstaje tylko Anna. Wie, że to do niej. Jest wpół do trzeciej. Podnosi słuchawkę.

- Halo?

- Wrzucę cię do kwasu. Tak skończysz, prędzej czy później. Któregoś dnia zginiesz.

Anna wyłącza telefon z gniazdka. Idzie do łazienki. Myje ręce. Wraca do łóżka.

- Anna, kto dzwonił? - pyta zaspana siostra.

- Nikt. Nie przejmuj się, śpij.

- Co ci powiedzieli?

- Śpijmy już.

- Wyłączyłaś telefon?

- Tak.

- Dobranoc.

- Dobranoc.

Czworo oczu, szeroko otwartych w ciemności, czeka na świt.

Schodek za kościołem

Miałam cudowne trzynaste urodziny. Przyszły wszystkie ciocie, wszyscy wujkowie. Przyszła Tiziana, moja ulubiona ciocia. I kuzynki. Mama upiekła przepyszny tort, rzeczywiście trzywarstwowy, a w prezencie dostałam pluszaka i nową sukienkę, żeby mieć w co się ubrać na egzaminy.

Dzień później, zgodnie z umową, spotykam się z Domenikiem.

Kościelny chór, do którego należę, przygotowuje Ave Maria. Będziemy to śpiewać podczas Rezurekcji. Ja mam nawet solówkę. A dzięki chórowi mam trochę swobody, mogę wychodzić z domu również po południu.

Po próbie idę za kościół. Domenico już tam jest, czeka na mnie. Siadamy na schodku pod drzwiami, blisko siebie. On natychmiast chwyta mnie za ręce. A ja mu pozwalam. Podoba mi się.

- Chcę z tobą chodzić. Tak na poważnie. Porozmawiam z twoim ojcem. Jesteś laleczką. Musisz być moją laleczką.

Mówi mi mnóstwo słodkich słówek. I jest taki miły. A ja się strasznie czerwienię i ledwie odzywam. Nigdy nie miałam chłopaka.

Domenico pracuje z ojcem w cegielni w Rendo. Ma zieloną lancię Y10. I jest porządnym chłopakiem. Uczciwie zarabia na życie.

Po tamtym popołudniu spotykam się z nim często. Nigdy się nie umawiamy. Widzę się z nim, kiedy wychodzę ze szkoły. Albo przed próbą chóru. Spotykamy się w mieście i idziemy na nasz schodek za kościołem. To tylko jeden schodek przed zamkniętymi drzwiami, od tyłu parafii. Ale dla mnie jest jak ławka nad morzem.

Na żelaznych drzwiach wypisane są markerami imiona wszystkich zakochanych. A my opieramy plecy o drzwi i te cudze przysięgi, rozmawiamy o wszystkim i o niczym. Ale niedługo.

Nie spędzamy ze sobą zbyt wiele czasu, bo muszę wracać do domu. Nie mogę za długo być sama poza domem. Ale jemu to nie przeszkadza. Zasypuje mnie komplementami.

Nie mówię nikomu o spotkaniach z Domenikiem, ani w domu, ani koleżankom ze szkoły. Prawie żadna z nich nie ma jeszcze chłopaka.

Po każdej randce, po powrocie do domu włączam wieżę. Szukam piosenek o miłości i śpiewam. Mama mówi, że zwariowałam. Ale ja śpiewam. I w marzeniach projektuję suknię ślubną.

Musi być długa i z jedwabiu. Chcę mieć trzy różyczki na plecach, tren przypinany klamerką, długi, miękki i biały. Żadnego welonu, bo jestem niska. Zamiast welonu stroik z jedwabnych różyczek na włosach, które będą gładko uczesane.

Śpiewam, marzę i wspominam wszystkie słowa, które mówi mi Domenico. Pięknie jest mieć trzynaście lat.

Miasteczko

Jesteś dziwką, suką. Bardzo mi się podobasz, może dasz i mnie? Umiesz robić niezłą laskę. Dziwko, mam w nosie, że poszłaś na policję, jeśli nie przyjdziesz na zwykłe miejsce, to ja przyjdę do ciebie do domu.

Dzisiaj pierwszy telefon dzwoni o 15.55. Drugi o 15.57. O 16.06. O 16.11. O 16.14. O 16.16.

Za każdym razem to oni.

Anna wyłącza telefon, zamyka okno, przekręca zamek w drzwiach.

Ale głosy nie cichną. Słowa puchnące od oskarżeń wciskają się przez szpary ścian, pod drzwiami. Przenikają przez dachówki i wypływają z kranu razem z wodą.

Są wiecznie obecne, nigdy się nie męczą. Chcą jej. Znowu jej chcą.

Koniec wersji testowej.