Napadałem na banki. Prawdziwa historia - pseudonim Grek

-
Proszę czekać
Od wydawcy
 
 

Byłem gangsterem. Prawdziwa historia, czyli pierwsza część wspomnień Greka, to książka, która namieszała na rynku. I wcale nie jest tak, że się tym jakoś specjalnie chwalimy, aby zwiększyć sprzedaż kolejnej książki czy uzyskać jakiś marketingowy cel. Książka namieszała, bo jest autentyczna.

Napisał ją były gangster bez pomocy dziennikarza czy innego pośrednika. Napisał prawdę o tym, jak było; jak wyglądała kariera w polskiej mafii, począwszy od lat 90. ubiegłego wieku, jakie panowały układy w środowisku przestępczym i w policji, kto i dlaczego sypał, jak zlecano porwania, rozboje, zabójstwa i jak powstawała, a także jak upadała na przestrzeni lat zorganizowana przestępczość w pewnym mieście. Wszystko z pozycji świadka tamtych zdarzeń, bez filtrów i autocenzury, brutalnie i szczerze do bólu. Niektórych to szokowało, innych obrzydzało, ale nikogo nie pozostawiło obojętnym.

Warto przytoczyć krótki cytat: "Moje dawne życie było pełne łez, smutku, zazdrości, ale również zabawy, dużych pieniędzy, szybkich, dobrych samochodów, mnóstwa kobiet i przyjaciół, przynajmniej tak ich kiedyś nazywałem... ale również była krew i śmierć". Nic dodać, nic ująć. Książka Greka jest jak jego dawne życie: krwawa i brutalna. Zapłacił jednak za swoje błędy wysoką cenę. Odsiedział osiem lat w kryminale, stracił najbliższych, a majątek prysł niczym bańka mydlana. Jak sam mówi, przyjaciół nie stracił, bo okazało się, że nigdy ich nie miał. Dziś przestrzega, że gangsterska droga prowadzi wyłącznie na samo dno, a chwilowe przyjemności jak kasa i dziewczyny są ulotnymi momentami bandyckiej codzienności.

W książce, którą trzymacie w rękach powracają dawni "kompani" Greka. Jest jego żołnierz i prawa ręka, Rafi, który zwykł najpierw działać, a potem i tak nie myślał. Pojawia się przebiegły i patologicznie wręcz skąpy Niemiec, zleceniodawca Greka działający za naszą zachodnią granicą. Wspomina się nieżyjącego już Kwadrata, dawnego wroga Greka, który porwał mu syna, a którego Grek się pozbył z pomocą legionisty, byłego żołnierza. Powraca on, nawiasem mówiąc, razem z kolejnym legionistą Łysym (tak, z tej legii - Legii Cudzoziemskiej), który na polu bitwy może i się sprawdził, ale podczas napadu na bank, sytuacja go nieco przerosła. Bo żeby napadać na banki z bronią nie wystarczy być byłym żołnierzem i "chcieć się sprawdzić", trzeba mieć jeszcze nerwy ze stali.

Powraca tłusty Zygi Parówka, a także Hydraulik.

Jest w końcu Bokser, inteligentny, ale bezwzględny wspólnik Greka z początków jego kariery. Niegdyś sportowiec, obecnie właściciel dyskoteki i rozdający karty w lokalnym półświatku boss, który zwykł regularnie okradać swoich żołnierzy. Bo honor i uczciwość pośród gangsterów, jak relacjonuje Grek, są tak samo rzadkie jak nieskorumpowany glina czy nieprzekupny prokurator.

Czego zatem czytelnik może się spodziewać po drugiej części? Tego samego, ale w większym natężeniu. Ponownie, tak jak w pierwszej części, wszyscy są ukryci pod pseudonimami i ponownie rzecz dzieje się w "naszym mieście" czy w "małej niemieckiej osadzie", bez żadnych wskazówek co do konkretnej lokalizacji.

Istotną różnicą są miejsca przestępstw. Grek opowiada głównie o napadach za naszą zachodnią granicą. Pokazuje, z jaką łatwością, dziecinną wręcz, można było banki i jubilerów okradać. Padają też swoiste rekordy, przy których współcześni scenarzyści filmów kryminalnych czy sensacyjnych pokiwaliby tylko głowami, dając do zrozumienia, że takie rzeczy się nie zdarzają, gdyż logika fabuły by na tym ucierpiała. Bo jakim cudem można napadać na trzy banki dziennie i nie zostać złapanym? Albo okradać posiadłość lokalnego bogacza i przy włączonym alarmie uciekać w krzaki z... wazonem? Jak się później okazało bezwartościowym. Czy też liczyć pieniądze z udanego skoku na restaurację i słuchać relacji z tego napadu w wiadomościach telewizyjnych, w których dziennikarz ze śmiertelną powagą podaje, że sprawcy już zostali pojmani i oprócz utargu mieli przy sobie jeszcze narkotyki. Powiedzieć, że telewizja kłamie, to nic nie powiedzieć. Takie rzeczy, jak widać, nie dzieją się w filmach, takie rzeczy dzieją się i działy naprawdę.

Żaden dziennikarz nie opisałby tego w ten sposób. Żaden pisarz by tego nie wymyślił. I jak to jest napisane! Potoczyste dialogi, brak zbędnych upiększeń czy wyszukanych metafor. Nie chcieliśmy niczego zmieniać w tym tekście i niczego autorowi nie narzucaliśmy. Jego opowieść, może nieco chropowata i szorstka, broni się szczerością i prostotą. Poza tym, czyta się to bardzo przyjemnie. Grek, lubiący pochłaniać książki w młodości, ma niewątpliwie cenny dar obserwacji i przy ciężkiej ręce wyjątkowo lekkie pióro. Od czasów piszącego więźnia Sergiusza Piaseckiego chyba nie było w Polsce podobnego przypadku. Grek to nasza literacka furtka do brudnego świata polskiej mafii, gdzie ani dziennikarze, ani pisarze wstępu nie mają, a jeśli nawet, to mocno ograniczony. Doceńmy ten fakt i zajrzyjmy razem w ten mroczny, ale intrygujący zaułek.

 

Patryk Młynek

Wydawnictwo Dolnośląskie

 
Wstęp
 
 

Był upalny dzień czerwca, rok temu opuściłem zakład karny w Polsce. Tutaj przyjechałem wczoraj. Pierwszą noc spędziłem w hotelu. Teraz stałem przed budynkiem sądu w Niemczech. Za pół godziny miała się zacząć rozprawa przeciwko moim dawnym kompanom, z którymi dokonywałem napadów rabunkowych na terenie Niemiec. Nie mogłem się spóźnić, w sumie miałem zeznawać przeciwko nim. Od sądu niemieckiego otrzymałem list żelazny, ważny tylko przez trzy dni. Potem miałem opuścić teren Niemiec, inaczej zostałbym aresztowany. Nie za bardzo mnie lubili, ale jakoś się nie dziwię. Trochę im krwi napsułem.

Mimo gwarancji, jaką dawał list żelazny, miałem lekkiego pietra. Powoli skierowałem się do sali, gdzie miała się odbyć rozprawa. Przy wejściu do budynku zatrzymali mnie uzbrojeni po zęby antyterroryści w czarnych strojach, z kominiarkami i w hełmach. Z bronią gotową do strzału. Ich się nie bałem, w sumie znalazłem się tu jakby na zaproszenie prokuratury niemieckiej, ale obawiałem się, że mimo wszystko coś pójdzie nie tak i zostanę zatrzymany w Niemczech. A nikogo tu nie znałem. Nie wiem nawet, czy ktoś powiadomiłby moją mamę, że zostałem zatrzymany. Niestety, zmarła dwa miesiące później. Wszystkich wchodzących do sądu szczegółowo sprawdzano ze względów bezpieczeństwa. Bądź co bądź zaczynał się proces gangsterów.

- Dzień dobry - przywitałem się po niemiecku i podałem im swoje wezwanie.

- Dzień dobry - odparł wysoki antyterrorysta i wziął ode mnie kartkę. Po jego spojrzeniu widziałem, że wie, kim jestem, i zrobiło to na nim wrażenie. Poszeptał coś tam do krótkofalówki przyczepionej do ramienia i po chwili powiedział swojemu koledze, żeby mnie zaprowadził gdzie trzeba. Skierowaliśmy się na górę, obejrzałem się jeszcze przez ramię na tego antyterrorystę, któremu pokazywałem wezwanie. Patrzył za mną.

Na pierwszym piętrze gmachu sądu stało kilku mundurowych i kilku antyterrorystów. Widać było, że naszą ekipę traktują poważnie i starają się maksymalnie zabezpieczyć teren.

Nasza ekipa składała się z gangsterów z paru państw. Szefem był Niemiec, który siedział już od roku. Byli wśród nas różni ludzie... niektórzy skrajnie niebezpieczni. Nie wszystkich znałem.

Nie widziałem nikogo prowadzonego w kajdankach, doprowadzą ich pewnie później albo byli już na miejscu. Po chwili wyszła z sali rozpraw policjantka, ładna brunetka, i wymieniła moje nazwisko, pytając, czy to ja. Skinąłem głową i wszedłem na salę. Za mną ruszyło dwóch antyterrorystów. Na tak dużej sali sądowej to jeszcze nie byłem. Po lewej stronie siedziało ośmiu oskarżonych, ja znałem tylko Niemca - szefa. Po prawej stronie siedziała prokuratorka, trzydziestokilkuletnia blondynka. Naprzeciwko mnie znajdował się skład sędziowski. Kilkoro kobiet i mężczyzn. Więcej niż w polskich sądach. Wszyscy na mnie patrzyli. Zrobiło mi się trochę nieswojo. Zerknąłem na Niemca. Gdyby wzrok mógł zabijać, byłbym już trupem. To jego mordercze spojrzenie skwitowałem uśmiechem. Jego kompani spoglądali na mnie raczej z ciekawością niż nienawiścią. Nie mogłem im w żaden sposób zaszkodzić, bo ich nie znałem.

Sędzia kazał mi usiąść i zapytał, czy potrzebuję tłumacza. Tak, odpowiedziałem. Po chwili stanęła obok mnie starsza kobieta, przedstawiła się i oznajmiła, że jest sądowym tłumaczem przysięgłym. Uścisnęliśmy sobie dłonie. Cały czas czułem na sobie wzrok Niemca. Gardziłem nim i życzyłem mu, żeby zdechł. To był wyjątkowy skurwiel pozbawiony wszelkich zasad. W trakcie śledztwa dowiedziałem się, że jego grupa podczas napadów niejednokrotnie ohydnie torturowała starsze osoby, które nie chciały współpracować i wskazać, gdzie trzymają gotówkę, precjoza itp. Zmuszano je do tego między innymi rozgrzanym żelazkiem. Nie byłem aniołkiem, ale pewnych rzeczy po prostu się nie robi. Według moich zasad żaden rasowy gangster nie powinien znęcać się nad kobietami i dziećmi czy torturować starszych ludzi. Faceci... zdrowi, silni, to co innego.

Sędzia kazał mi usiąść i tu kolejne zaskoczenie, bo w Polsce składa się zeznania na stojąco. Tutaj czekało na mnie krzesło, obok usiadła tłumaczka. Sędzia odczytał moje personalia, sprawdził dowód tożsamości i zadał mi pierwsze pytanie.

- Czy zna pan oskarżonych? Jeżeli tak, to proszę wskazać ich palcem i po kolei opowiedzieć sądowi, gdzie i w jakich okolicznościach się poznaliście.

Spojrzałem na Niemca, wskazałem go palcem i zacząłem mówić.

Proponuję jednak, drogi Czytelniku, wrócić do początku...

Rozdział 1
 
Ostra zadyma
 
 

Pierwszy raz siedziałem pod koniec lat 90. za morderstwo. Jak pisałem w poprzedniej książce, nie wspominam źle tamtego okresu odosobnienia. Wypocząłem, poznałem wiele osób ze środowiska przestępczego. Moja ksywa i nazwisko znaczyły od tamtej pory jeszcze więcej. Siedziałem tylko dziewięć miesięcy. Wyszedłem za drobną łapówkę. Nie wiedziałem wtedy, że za zabicie człowieka, choćby był bezwzględnym bandziorem, na dodatek gwałcicielem, można siedzieć tak krótko, a jednak... Po wyjściu zerwałem kontakty z koleżkami z mojego miasta. Z jednej strony miałem do nich żal, że mnie zostawili z moim problemem, z drugiej - odpowiadałem z wolnej stopy za morderstwo i nie chciałem z nikim rozmawiać, ponieważ w środowisku przestępczym roiło się od kapusiów. Unikałem znajomych od Boksera, a tym bardziej nie chciałem mieć nic wspólnego z Hydraulikiem i jego półgłówkami. Bo kto inteligentny chciałby mieć za szefa typa, który nic nie ma, jest rudy, brzydki i wygląda jak półmózg... I te jego "kurwa go mać, moje chłopaki"... no po prostu "kurwa go mać" debil. Jego ekipa wyglądała podobnie. Wszyscy chodzili na piechotę.

Jak już pisałem we wcześniejszej książce, Niemca polskiego pochodzenia poznałem przez starego Cygana. Lubiłem gościa. Był elegancki, miał pieniądze i namiętnie grał w kasynie. Często pożyczał ode mnie na procent i zawsze oddawał w terminie. Z Niemcem szybko się dogadaliśmy i zaczęła się nasza współpraca w napadaniu na banki i jubilerów itp. Ta książka jest poświęcona tamtemu okresowi.

Po tygodniu od poznania Niemca dostałem cynk od znajomego policjanta, że prawdopodobnie będę zatrzymany przy okazji sprawy głośnej strzelaniny, w której rzekomo brałem udział gdzieś w Polsce. Rzeczywiście tam byłem, ale nie postrzelałem sobie, bo wyjechałem, zanim wszystko się zaczęło. Była niezła rozpierducha i ponoć najwięcej udzielał się Zygi Parówka ze swoim gnatem. Wielu chłopaków waliło, z czego popadło. Opowiadali mi później, jak to Zygi mierzył do naszych przeciwników i kładł jednego po drugim. Stał niczym na strzelnicy i walił do nich. Podobno strzelał tylko w nogi. Nie słyszałem, żeby tam ktoś zginął. Razem z Zygim chodziłem wtedy na strzelnicę, miał dobre oko, to mu trzeba przyznać. Nigdy nie siedział, wiadomo dlaczego... był policyjnym uchem, zresztą jak większość gangsterów.

Kiedy doszło do tamtej strzelaniny, pracowałem jeszcze dla Boksera. Pojechaliśmy w Polskę, bo trzeba było coś załatwić. Bokser często naszymi rękami załatwiał dla innych gangsterów różne sprawy, za które naturalnie dostawał od nich sporą kasę. Jego żołnierze pracowali dla niego za miskę ziemniaków lub gram koksu, no i jeszcze rozpierała ich duma, że Bokser jest ich szefem. Jeszcze jak byliśmy kolegami, zadzwonił do mnie i kazał mi przyjechać do biura w jednej z naszych dyskotek.

- Synciu, jedziemy w Polskę, trzeba zebrać ze dwudziestu, trzydziestu chłopaków z jajami, którzy nie boją się strzelać - powiedział. - Będziemy przejmować teren od miejscowych bandytów. Stary kumpel, z którym kiedyś zarabiałem, ma drobne problemy z miejscowymi gangsterami. Trzeba tam zrobić porządek. Wpadnie nam trochę grosza. - Puścił do mnie oko. Już od jakiegoś czasu wiedziałem, że jest zwykłym oszustem i krętaczem, i jak mówi o pieniądzach, to zarobi tylko on, my raczej nie... no może mnie trochę kapnie, ale na sporą sumkę już nie liczyłem. Zresztą czego się spodziewać po ludziach, którzy byli zwykłymi bandytami... Zasad? Bez jaj!

- To trzeba zadzwonić po Michała i Adama, niech zbiorą wszystkich. Dużo broni bierzemy? - spytałem.

- Już do nich dzwoniłem. Mają wytypować mocnych chłopaków. Broni nie bierzemy, bo będzie jej sporo na miejscu. Tylko kilka pistoletów, na wszelki wypadek. Do obrony.

Roześmiał się, znajdował się pod wpływem alkoholu i czegoś jeszcze. Sporo wciągał, naturalnie jak ktoś stawiał. Był cholernie pazerny, choć zarabiał krocie. W mojej obecności zwolnił kiedyś sprzątaczkę, bo miała czelność upomnieć się o pięćdziesiąt złotych, których jej nie zapłacił. Na jedno szmalu nie żałował, na grę w kasynie. Topił tam spore sumy. Bokser był złym człowiekiem, bez zasad. My zresztą też... choć niektórzy z nas mieli trochę honoru, w przeciwieństwie do niego.

Za kilka dni kilkunastoma samochodami jechaliśmy już do innego miasta. Było nas około czterdziestu. Same zabijaki i bandyci, którzy bez mrugnięcia oka ukatrupiliby człowieka za parę groszy lub na rozkaz Boksera. Też taki byłem. Bokser zabrał z nami swojego kolegę - Mirka. Starszy, szpakowaty gość. Zastanawiałem się, do czego on nam jest potrzebny. Nie wyglądał na bandytę, ale z własnego doświadczenia wiem, że pozory mylą. Jechaliśmy we czwórkę: ja, Bokser, Mirek i jeden z naszych kierowców - żołnierz Boksera, pięściarz z jego dawnego klubu, a poza tym pijak i narkoman. Nie rozstawał się z gnatem. Po chwili zorientowałem się, po co Bokser wziął z nami tego starszego faceta. Gość wyciągnął z kieszeni bryłę kokainy wielkości mojej pięści. Zaczęło się ostre ćpanie w samochodzie, naprawdę ostre. Wciągali wszyscy, ja też, i oczywiście nasz kierowca bokser. Zanim dojechaliśmy na miejsce, zatrzymywaliśmy się po drodze na stacjach benzynowych, żeby kupić alkohol, który nam się szybko kończył, a Mirek robił wielkie krechy koksu dla wszystkich chętnych, którzy z nami jechali. Może dwóch, trzech odmówiło. Reszta ćpała. Ta wielka bryła szybko się skończyła, ja miałem już dosyć. Nie mogłem wydobyć z siebie głosu. Taki jest objaw przećpania. Mirek wyciągnął z kieszeni drugą bryłę koksu wielkości pięści. Gdy dotarliśmy na miejsce, druga bryła też już znikła. Większość chłopaków była naćpana i pijana. Ten Mirek, sympatyczny, miły gość o rozległych kontaktach, sypał nam koks jeszcze dwa dni, kiedy byliśmy na akcji. Spotkałem go później jeszcze ze dwa razy. Skończył marnie. Jak większość z nas. Znaleziono go pod domem w nowym mercedesie z trzema kulami w głowie. Do dzisiaj nie ustalono, kto go zabił.

 

[...]

Projekt okładki
www.designpartners.pl
 
Fotografie na okładce
? Natalia Twardy
? Chattranusorn09/depositphotos.com
? tuja66/depositphotos. com
? Argument/depositphotos.com
 
Koordynacja projektu
PATRYK MŁYNEK
 
Redakcja
JACEK RING
 
Korekta
ANNA KURZYCA
 
Skład
LOREM IPSUM - RADOSŁAW FIRDOSICHIN
 
Polish edition ? Publicat S.A., Grek, MMXVIII (wydanie elektroniczne)
 
Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora,
w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.
 
Wydanie elektroniczne 2018
 
ISBN 978-83-245-8346-1

jest znakiem towarowym Publicat S.A.

 

Publicat S.A.

61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24

tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00

e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl

 

Oddział we Wrocławiu

50-010 Wrocław, ul. Podwale 62

tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66

e-mail: wydawnictwodolnoslaskie@publicat.pl

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej