Wstęp
Wstęp
Jak nigdy dotąd nikt
Gdy poznałem Naomi Osakę, plasowała się na sto dwudziestym siódmym
miejscu w światowym rankingu. Miała raptem osiemnaście lat, nie
zaliczyła jeszcze w tourze pełnego sezonu i nie zwyciężyła w żadnym
zawodowym turnieju. Lecz mimo że nikt o niej nie słyszał, nie miałem
wątpliwości, że czytelnicy powinni ją poznać.
W 2016 roku relacjonowałem Australian Open dla "New York Timesa" piąty
raz i po latach pisania o tenisie wiedziałem, jakie artykuły chce
drukować ta gazeta. W odróżnieniu od rutynowych podsumowań meczów
najlepsze teksty z "Timesa" budziły zaciekawienie szerokiego,
zróżnicowanego grona czytelników i wykorzystywały tenis oraz zawodników
i zawodniczki jako soczewki pozwalające analizować szersze społeczne
oraz kulturowe tematy czy problemy.
To, czego dowiedziałem się o Naomi Osace, sugerowało, że jest ona pod
tym względem idealna. Pochodzi z rodziny
japońsko-haitańsko-amerykańskiej, a zatem czerpie z różnych kultur.
Oficjalnie reprezentowała Japonię, gdzie przyszła na świat, lecz zdawała
się odstawać od tradycyjnych, wąskich definicji "japońskości" zarówno
pod względem aparycji, jak i stosunku do języka narodowego - nie umiała
się nim swobodnie posługiwać, co ogromnie ją zestresowało, gdy przybyli
licznie do Melbourne japońscy reporterzy zaczęli zadawać jej pytania w tym języku. W Japonii, która jest jednym z najbardziej homogenicznych
rasowo krajów na świecie, multietniczną tożsamość postrzegano często
tak, jakby łącznik między komponentami kulturowymi był czymś negatywnym:
być złożonym z wielu elementów oznaczało, że nie stanowi się całości.
Osoby o mieszanym pochodzeniu określano w Japonii mianem hafu, co
wywodzi się z anglojęzycznego słowa half - połowa.
Sam wygląd Naomi często wywoływał konsternację wśród osób, które nie
przypuszczały, że japońska zawodniczka może albo powinna tak się
prezentować. "Od dziecka gdy weszłam na boisko, ludzie się na mnie
gapili i szeptali między sobą: "To ta czarna Japonka"" - opowiadała
potem Naomi. "Nie wiedzieli, jak mnie zaklasyfikować". Gdy zatem w Melbourne po raz pierwszy była rozstawiona na turnieju wielkoszlemowym,
ucieszyła się, że na trybunach widzi japońskich kibiców dopingujących ją
jak swoją. "Moim zdaniem to, że jestem Japonką, wywołuje zaskoczenie" -
przyznała po meczu wygranym w drugiej rundzie. "Dlatego tak mnie
wzruszył widok japońskich flag i symboli".
Kibicowali Naomi również miejscowi fani, co skłoniło ją do
przypuszczenia, że jej urok przemawia do szerszego grona. "Może to
dlatego, że niepodobna doprecyzować, kim jestem" - zastanawiała się. "A wobec tego każdy może mi kibicować". Nie ulega wątpliwości, że widzom
Australian Open dostarczyła mnóstwo okazji do emocji, waląc w piłki z oszałamiającą siłą, co zapewniło jej zwycięstwo w pięciu meczach -
trzech kwalifikacyjnych, dwóch w meczach zawodników zakwalifikowanych,
aż w końcu dotarła do trzeciej rundy. Niektóre elementy stylu jej gry
wciąż były w zalążku i jeszcze się rozwijały, ale miała już wszystkie
zadatki na przyszłą gwiazdę.
Długie lata słuchałem, jak zawodnicy zasłaniają się banałami, więc
szczerość Naomi zrobiła na mnie równie duże wrażenie jak jej siła.
Miałem przeprowadzić z nią wywiad, więc siedzieliśmy naprzeciwko siebie
w loży dla zawodników - miejscu, gdzie gracze, trenerzy, rodzice, agenci
i rozmaite inne osoby towarzyszące czekają nerwowo na mecze i ukradkiem
analizują przeciwników. Naomi jasno dała mi do zrozumienia, że nadal nie
czuje się komfortowo ze względu na obecność swej idolki Sereny Williams.
Wyznała, że gdy wcześniej wypatrzyła Serenę na zawodach, chciała zapaść
się pod ziemię. "Udałam, że mnie nie ma" - stwierdziła. "W przypływie
nieśmiałości siedziałam w kącie i udawałam, że gapię się w telefon".
Kilka lat wcześniej Naomi zrobiła sobie z Sereną wymarzonego selfika,
co, jak mi powiedziała, jeszcze pogorszyło obecną sytuację, kiedy
korzystały ze wspólnej szatni. "Mam wrażenie, że nigdy mi to nie
przejdzie" - tłumaczyła. "Wydaje mi się, że jeśli ktoś przedstawi ci się
jako fanka, to nigdy nie spojrzysz na tę osobę jak na kogoś równego
sobie".
Fascynowało mnie, że skrępowanie, do którego przyznała się Naomi,
łączyło się z ogromną wiarą w to, czego potrafi dokonać na boisku i kim
w przyszłości zostanie. Gdy zapytałem ją o sportowe aspiracje i marzenia, zawiesiła głos, a potem się zaśmiała. "Najlepszą być, jak
nigdy dotąd nikt" - oznajmiła z dumnym uśmiechem. Nie załapałem żartu,
więc przeprosiła: "Przepraszam, to cytat z Pokémonów. Z głównej
piosenki. Ale zgadza się - stać się najlepszą i dojść najdalej, jak się
da".
Były to szumne słowa, lecz Naomi miała spełnić tę obietnicę
zainspirowaną Pokémonami. Trzy lata później, zwyciężywszy w Australian
Open na korcie położonym nieopodal kabiny, w której owego dnia
siedzieliśmy, jako pierwsza pochodząca z Azji osoba grająca w tenisa
wspięła się na najwyższe miejsce światowego rankingu singli. Kilka
miesięcy wcześniej wygrała US Open, parę lat później zaś miała ponownie
zdobyć oba te tytuły, a tym samym podwoić swoje wielkoszlemowe laury w rozgrywkach indywidualnych. Intrygowała tym, że przebojem wzięła główne
rynki w Stanach Zjednoczonych i Japonii, dzięki czemu zarobiła od
sponsorów tyle, że w wieku dwudziestu dwóch lat została najlepiej
opłacaną sportsmenką w historii - zgarniała oszałamiającą kwotę
pięćdziesięciu milionów dolarów rocznie. Japoński Komitet Olimpijski
powierzył jej zadanie zapalenia znicza w kluczowym momencie ceremonii
otwarcia Igrzysk Olimpijskich w Tokio w 2020 roku. Przed nią żaden
tenisista nie dostąpił tego zaszczytu.
Jednakże największe piętno, jakie odcisnęła, zapowiadała druga część jej
pokemonowej deklaracji: Naomi Osaka miała się stać "najlepszą, jak
nigdy dotąd nikt" i fenomenem na skalę znacznie większą, niż ktokolwiek
mógł przewidzieć. Nie poprzestała na tym, że odnosiła zwycięstwa, lecz
przekształciła wizję tego, kim powinien być czempion, w sposób dalece
wykraczający poza granice kortu tenisowego. W sporcie, który wybrali dla
niej rodzice, kiedy była jeszcze niemowlęciem, Naomi Osaka miała
stworzyć nową jakość, zupełnie swoistą. Właśnie to połączenie
przebojowości i zwątpienia w siebie, czemu dała wyraz w rozmowie ze mną
w Melbourne, miało oczarować cały świat, rzucić wyzwanie dotychczasowemu
pojmowaniu wygranej oraz porażki, kontroli i wrażliwości. Naomi Osaka
miała zostać supergwiazdą na światową skalę za sprawą najbardziej
burzliwej rozgrywki w historii tenisa, kiedy zmierzyła się z Sereną
Williams, na którą kilka lat wcześniej wstydziła się nawet popatrzeć.
Naomi Osaka miała jednak znaleźć się na ustach wszystkich na całym
świecie, bo przyznała, jak było jej trudno, kiedy nie potrafiła się
zmusić, by wziąć udział w konferencji prasowej po meczu.
Naomi Osaka stała się punktem odniesienia całej generacji, i to z przyczyn, które coraz mniej miały wspólnego z jej wynikami sportowymi.
Wzmianka o niej natychmiast inicjowała dyskusje o rasie, płci, zdrowiu
psychicznym, aktywizmie, multikulturalizmie, polityce, biznesie i zmianach pokoleniowych. Żadna inna osobistość życia publicznego nie
stała tak jak Naomi Osaka na ruchliwym rozdrożu przecinających się
szlaków sportu i kultury.
Aby stać się najlepszą, jak nigdy dotąd nikt, Naomi Osaka miała
przetrwać ogłuszający hałas i dojmującą ciszę. Zagłębiała się w ważkie
problemy, których inni nie śmieli dotykać. Zbierała pochwały za sukcesy,
lecz doceniono ją jeszcze bardziej za to, że dzieliła się troskami na
arenie świata, odnalazła siłę oraz własny głos i zmusiła kulturę w stanie transformacji, by na nowo rozważyła kwestię tego, czym są i czym
być powinny siła i słabość, zarówno w sporcie, jak i w świecie.
Oto jej historia.
Rozdział 1. Raj
1
Raj
Pasteloworóżowe i żółciutkie banery oraz grafiki, jakimi jest obwieszony
Indian Wells Tennis Garden, informują, że każdy przybyły wstępuje na
wyższą płaszczyznę egzystencji: "Witajcie w Tenisowym Raju".
W Indian Wells, niewielkim kurorcie położonym pośród kalifornijskiej
pustyni nieopodal Palm Springs, co roku odbywają się zawody w tenisie,
które mają rangę najważniejszych po turniejach wielkoszlemowych i przyciągają najlepszych zawodników świata na dwutygodniowe rozgrywki
idealną pogodą i pulą nagród przekraczającą dziewięć milionów dolarów.
Odkąd Larry Ellison - miliarder, który założył zajmującą się tworzeniem
oprogramowania firmę Oracle - wykupił w 2009 roku turniej, widzowie
słono płacą za niebiańskie rozkosze "Tenisowego Raju". Najdroższe bilety
w centralnych punktach stadionu osiągają ceny rzędu trzynastu tysięcy
dolarów za miejsce na widowni na cały konkurs. Restauracja Nobu z widokiem na kort Stadionu 2 serwuje sałatkę z homara z grillowanymi
grzybami shiitake za sześćdziesiąt pięć dolarów, a japoński stek z antrykotu A5 Wagyu kosztuje trzydzieści osiem dolarów za trzydzieści
gramów, przy czym najmniejsza porcja to sto dwadzieścia gramów. Obie te
potrawy świetnie komponują się z koniakiem Rémy Martin Louis XIII Grande
Champagne w cenie trzystu pięćdziesięciu dolarów za kieliszek.
Co roku w marcu setki tysięcy ludzi zjeżdżają się z Los Angeles albo
tłoczą na pokładach samolotów nadlatujących z chłodniejszych obszarów
Ameryki Północnej, by na terenie obiektu ustawiać się na tle gór, palm
oraz kryształowobłękitnego nieba (bez filtra) i pozować do starannie
wystylizowanych fotek na Instagrama. Z ich perspektywy warto zapłacić
tak drobną cenę za chwilową zazdrość kogoś, kto właśnie przewija profil
z ich życiem. Bo w Indian Wells, gdzie na każdym kroku słyszy się, że
jest się w raju, z oddali życie będzie się prezentować wręcz
perfekcyjnie.
Łatwo zapomnieć, że w Indian Wells gromadzi się także inna grupa gości,
którzy nie przybywają tam, by jeść, pić i się pokazać. Są to ci, których
rzeczywiście interesuje tenis. Indian Wells przyciąga zagorzałych fanów
nie tylko stadionami, lecz także nadzieją na wypatrzenie
najwybitniejszych gwiazd sportu z bliska na kortach treningowych.
Wejściówkę na teren obiektu można kupić raptem za dwadzieścia dolarów,
więc zaradny fan może obsadzić punkt obserwacyjny i wypatrywać, jak
ulubiony zawodnik czy zawodniczka rozgrzewają się przed grą w zaciszu i na luzie. Najbardziej zagorzali i przebojowi mogą się usadowić przy
wyjściach z kortów, co stwarza okazję do zdobycia autografu czy selfika,
jeśli tenisista czy tenisistka się zgodzą.
W sobotę dwunastego marca 2022 roku o siedemnastej
dwudziestoczteroletnia tenisistka Naomi Osaka na Korcie Treningowym 1 ma
odbyć trening przed meczem. Naomi ćwiczy późno, bo późno występuje: w drugiej rundzie jej mecz z Rosjanką Weroniką Kudiermietową rozpisany
jest jako drugi pojedynek wieczornej sesji. Już trochę po najlepszym
czasie antenowym w Indian Wells, lecz dla widowni przed telewizorami w Japonii jest to pora doskonała.
Na trybunie głównej wokół Kortu Treningowego 1 znajduje się kilkaset
miejsc siedzących. Parę minut przed planowanym przybyciem Osaki
wszystkie są zajęte. Za tylnym rzędem z boku stoi szereg ludzi, którzy
wyglądają zza widzów siedzących. Już niebawem za tym rzędem pojawia się
kolejny szereg. Jeszcze po chwili gromadzi się trzeci szereg osób, które
stoją na palcach za dwoma poprzednimi rzędami i zerkają przez luki i szpary, wypatrując czterokrotnej zwyciężczyni turnieju wielkoszlemowego.
Gdy zegar wybija siedemnastą, na elektronicznej tablicy przy korcie
wyświetla się imię, nazwisko i twarz Naomi, lecz po niej samej ani
śladu. "Przyjdzie?" - pyta o siedemnastej sześć jakiś chłopiec. Zegar
wskazuje siedemnastą dziesięć, a dzieciaki z wielkimi piłeczkami
tenisowymi, na których zbierają autografy, wiercą się coraz
niespokojniej. "Może czeka, aż się zbierze wielki tłum, żeby zgotować
jej lepszą owację" - rzuca ktoś. Mniej więcej o siedemnastej dwadzieścia
widzowie, którzy się odwrócili i spojrzeli w kierunku tarasu dla
zawodników, zauważają, że Naomi nareszcie wychodzi. Zamiast jednak
skręcić w lewo na Kort Treningowy 1, razem z całą ekipą kieruje się
prosto na pusty Kort Treningowy 7. Tylko garstka ludzi z Kortu
Treningowego 1 spostrzega manewr Naomi. Dyskretnie opuszczają większe
zgromadzenie, by wszyscy nie rzucili się do biegu, przez co mogliby
stracić doskonałe miejsca siedzące przy mniejszym, leżącym na uboczu
boisku.
Naomi przybywa wraz z ekipą: Wimem Fissette'em, czterdziestojednoletnim
Belgiem, który szkoli ją od dwóch i pół roku; Yutaką Nakamurą - trenerem
przygotowania motorycznego; fizjoterapeutką Natsuko "Naną" Mogi i młodym
Belgiem Seppe'em Cuypersem, z którym sparinguje. Naomi jest cała ubrana
na czarno; to jej ulubiony kolor. Do czarnych legginsów, sięgających tuż
za kolana, włożyła czarny T-shirt, który rozjaśniają jedynie logotypy
trzech głównych sponsorów: Nike, firmy informatycznej Workday oraz
kosmetycznej Kinl?. Na głowie ma czarną czapkę z białym, stworzonym
przez Nike monogramem NO z przodu i czerwono-żółtym logo Mastercard -
kolejnego ważnego sponsora - z boku.
Podczas gdy garstka fanów rozsiada się na kilkudziesięciu pustych
siedzeniach nad kortem i za nim, Naomi zaczyna rozgrzewkę od joggingu.
Nakamura i Mogi jej towarzyszą, klaszcząc i się śmiejąc. Rozciąga się
przy użyciu piłki lekarskiej, bierze rakietę i wchodzi na kort. Za
siatką stoi Cuypers. Zaczynają tuż przy siatce i uderzają lekko w piłkę.
Naomi trzyma rakietę lewą ręką, śmieje się i pomiędzy uderzeniami kręci
piruety. Następnego dnia jeden z wielbicieli wrzuci nagranie tych chwil
z podłożoną skoczną japońską piosenką w stylu pop oraz podpisem:
"Najbardziej urocza miłośniczka treningów".
Powoli, subtelnie Naomi i Cuypers - dwudziestotrzylatek, który w rankingu Association of Tennis Professionals (ATP) uplasował się
najwyżej na pozycji tysiąc czterysta czterdziestej dziewiątej - odsunęli
się od siatki i ustawili przy przeciwległych liniach bazowych.
Rozkręcili się i teraz walą w piłki tam i z powrotem z pełną mocą.
Wyraźnie słychać trzask piłki uderzającej czysto w środek poliestrowej
siatki rozpiętej na rakiecie, mimo że tłum rośnie, bo namierzono już
Naomi na Korcie Treningowym 7. Jej wielbiciele konsekwentnie zachowują
się z szacunkiem, a nawet nabożną czcią, bo wiedzą, że obserwują
profesjonalistkę przy pracy. Z trybun ta praca wydaje się przyjemna -
mimo że Naomi wali miażdżącym forhendem, nadal się uśmiechając. Kiedy
piłka przemyka po siatce, a Cuypers młóci rakietą, przekomarza się: "Ale
wstyd!". Gdy udaje jej się zdobyć woleja, rzuca z piskiem do Cuypersa:
"Wybacz!".
Naomi nie zwraca uwagi na tłum gromadzący się za kortem podczas zabawy z Cuypersem, lecz gdy zmieniają się stronami między rozgrywkami, młody fan
wita się z nią z bliska: "Cześć, Naomi!". Podnosi wzrok z uśmiechem i macha do niego.
Po kilku chwilach ćwiczenia serwisów do Naomi podchodzi Fissette.
Zaczynają omawiać konkretne zagrania, które w najbliższym meczu należy
zastosować przeciwko Kudiermietowej. "Pierwszy serw może lecieć w dowolne miejsce, a drugi?" - pyta Naomi, a Fissette odpowiada ściszonym
głosem, tak by publiczność nie mogła podsłuchać ich rozmowy. Fissette w dyskusjach na korcie stawia na współpracę - słucha, a nie tylko poucza.
Naomi z natury odnosi się do otoczenia z szacunkiem; Fissette w odróżnieniu od wielu trenerów nie wykorzystuje tego i nie próbuje
zdominować rozmów.
Na zakończenie treningu delikatnie podaje kilka piłek do zawodniczki, by
mogła w nie rąbnąć ze wszystkich sił, a finał krótkiej sesji nabiera
dobitnego, budzącego zaufanie charakteru. Naomi finiszuje energetycznie
i z hukiem - na kształt pokazu fajerwerków - a setki widzów wiwatują
cicho, lecz z aplauzem. Spędziwszy na korcie raptem dwadzieścia minut,
Naomi i jej drużyna skończyli i zaczynają się pakować. Starsza siostra
tenisistki, Mari, wchodzi na boisko, gdy zespół się zbiera. Naomi
żartobliwie szturcha ją butelką z wodą, którą Mari odpycha.
Mari Osaka też grała w tenisa, lecz go zarzuciła. Teraz gra tylko Naomi.
Jej drużyna schodzi z kortu i kieruje się do szatni, ale Naomi upuszcza
torbę i biegnie w przeciwną stronę - ku grupce fanów, którzy zebrali się
na wydzielonej powierzchni chodnika w przeciwległym narożniku kortu - by
rozdać autografy i zapozować do selfików z oczekującymi. Uporawszy się z tą grupką, nie wraca prosto do szatni, lecz biegnie na drugi koniec
obszaru między kortami ćwiczeniowymi a szatnią, gdzie zaczynając od
końca, wita się z dziesiątkami fanów czekających na nią wzdłuż płotu. Na
każdym zdjęciu Naomi się uśmiecha, zaciskając usta, i unosi dwa palce -
to gest typowo japoński. Kilka razy, gdy jakiś mniej zaznajomiony z technologią fan nie może sobie poradzić z apką do robienia zdjęć, Naomi
bierze jego komórkę, wciska, co trzeba, po czym ustawia się i sama robi
zdjęcie. Po reakcjach można wnosić, że krótką przygodę, jaką ich
telefony przeżyły w rękach gwiazdy, wielbiciele odbierają jako atrakcję,
a nie naruszenie prywatności.
W miarę jak Naomi przedziera się przez kolejkę, zadowoleni kibice
odsuwają się od ogrodzenia i radośnie porównują selfiki. "Nie pchać
się!" - krzyczy ochroniarz, gdy Naomi dociera do końca płotu.
W odróżnieniu od sportowców uprawiających inne dyscypliny, którzy mogą
sobie metodycznie rozplanować harmonogram na każdy dzień rozgrywek,
tenisiści często muszą się mierzyć z niepewnością co do tego, kiedy
zaczną grę, ponieważ długość meczów poprzedzających ich rozgrywkę jest
zmienna - siedzą i się męczą, czekając na swoją kolej. W tę sobotę
pierwszy mecz wieczornej sesji idzie na rekord: Stefanosowi Tsitsipasowi
schodzi ponad dwie i pół godziny, nim wreszcie pokona Jacka Socka w tie-breaku w trzecim secie. Gdy Tsitsipas kończy wywiad i schodzi z kortu, Naomi czeka już prawie godzinę, większość tego czasu spędzając
sam na sam z myślami w szatni. Kiedy menedżer turnieju informuje ją, że
pora na jej mecz, przewożą ją z szatni do wejścia na kort wózkiem
golfowym.
Naomi wkracza na kort Stadium 1 z białymi słuchawkami Beats by Dre na
uszach, nasuniętymi na czarny daszek Nike.
"Panie i panowie, mistrzyni z roku 2018!" - obwieszcza przez
rozmieszczone z każdej strony głośniki turniejowy komentator Andrew
Krasny. "Powitajmy Naomi Osakę!"
Gwoli ścisłości, przed zdobyciem tytułu w 2018 roku w Indian Wells, na
turnieju, który dorobił się nieoficjalnego przydomka "piątego szlema",
Naomi Osaka nie zwyciężyła w żadnym zawodowym turnieju, nawet na
najniższym szczeblu rozgrywek. By zdobyć trofeum i 1 340 860 dolarów w lukratywnym konkursie, musiała wygrać siedem meczów - tyle samo, ile
trzeba, by wywalczyć tytuł w Wielkim Szlemie. Ledwie dwudziestoletnia
tenisistka, plasująca się na czterdziestej czwartej pozycji w światowym
rankingu, musiała się zmierzyć z tuzami tej dyscypliny sportowej:
pięciokrotną zwyciężczynią turniejów wielkoszlemowych Mariją Szarapową w rundzie pierwszej, byłą zawodniczką numer dwa Agnieszką Radwańską w rundzie drugiej, byłym numerem jeden Karolíną Plíškovą w ćwierćfinałach,
a potem z ówczesną liderką rankingu Simoną Halep w półfinałach.
Pokonawszy te uznane gwiazdy bez utraty seta, Naomi zwieńczyła dzieło,
zwyciężając w finale, również bez straty seta, z rówieśniczką i zarazem
wschodzącą gwiazdą Darją Kasatkiną.
Jednak z pierwszego finału Naomi bardziej niż oszałamiająca siła i opanowanie, jakimi się wykazała, wygrywając z Kasatkiną 6:3, 6:2, w pamięć zapadło, jaka była nieprzygotowana do uroczystej dekoracji, która
nastąpiła później. Zawodniczka miała wygłosić zwyczajową mowę do
publiczności zgromadzonej na stadionie i oglądającej przed telewizorami.
Naomi gmerała przy kołnierzyku kurtki i wahała się, czy powinna dotknąć
mikrofonu, czy nie.
- Hm, dzień dobry... - zagaiła i zachichotała. - Hm. Cześć, jestem Nao...
Okej, mniejsza z tym. - Zmierzając do końca swojego przemówienia, które
bynajmniej nie nabrało płynności, stwierdziła, że dała plamę: - To
będzie pewnie najgorsza mowa w dziejach.
Mimo że cały czas się jąkała, robiła dygresje i przeciągała - a może
właśnie dlatego - Naomi oczarowała publiczność. Nawet właściciel
turnieju, miliarder Ellison, siedzący z kamienną twarzą w pierwszym
rzędzie, pod koniec mowy się uśmiechnął. Wypadła niezręcznie, owszem,
ale zostało to poniekąd odebrane jako coś na wskroś zrozumiałego i bezpretensjonalnego, zwłaszcza przez jej rówieśników z pokolenia Z.
Tego dnia w Indian Wells szerszemu gronu publiczności unaoczniło się to,
co osoby śledzące karierę Naomi wiedziały od lat:
Naomi Osaka zaliczała się do najlepszych tenisistek na świecie.
Naomi Osaka się wyróżniała.
Naomi Osaka była fajna.
Na scenie, na której występowali głównie wyrafinowani i świetnie
przygotowani sportowcy, Naomi jako triumfatorka oferowała coś innego -
powiew autentyzmu. Przykuła uwagę nowych rzesz fanów - i sponsorów - na
trybunach i przed telewizorami na całym świecie. Przez cały ten rok ich
uwaga miała się skupiać na niej.
"Z tym miejscem zdecydowanie wiąże się wiele moich miłych wspomnień i na
pewno dodało mi ono śmiałości" - przyznała Naomi podczas konferencji
prasowej poprzedzającej turniej w Indian Wells w 2022 roku.
Tuż po zwycięstwie w Indian Wells w 2018 roku, parę dni później, Naomi
pokonała w Miami Serenę Williams w ich pierwszym pojedynku. Po pół roku
ponownie pokonała Serenę, tym razem w finale US Open, zdobywając
jednocześnie pierwsze laury w Wielkim Szlemie. Do marca 2022 roku
zebrała cztery wielkoszlemowe wygrane - żadna inna aktywna tenisistka (z wyjątkiem Williams) nie zdobyła ich więcej. Dysponowała także
zróżnicowanym i rosnącym wachlarzem zasobów niezwiązanych z tenisem,
między innymi miała udział w kapitale kiełkującego portalu poświęconego
kryptowalutom - FTX. W ciągu kilku miesięcy Naomi założyła własną
agencję sportową i firmę producencką. Przy zarobkach powyżej
pięćdziesięciu milionów dolarów rocznie od sponsorów zanosi się na to,
że Naomi niebawem osiągnie swój cel i zostanie pierwszą
sportsmenką-miliarderką.
W ciągu tych czterech lat towarzyszyła Naomi wyjątkowo dobra passa, aż
do tego sobotniego wieczoru, kiedy w rankingu znacząco spadła. Co
uderzające, zwłaszcza że w stawce nie było zawodniczki, która podobnie
jak Naomi miałaby na koncie aż cztery tytuły wielkoszlemowe, na turnieju
pojawiła się z pozycją siedemdziesiątą ósmą w rankingu, tak obniżoną, że
udało jej się wcisnąć do rozstawienia raptem parę dni przed rozpoczęciem
rozgrywek, gdy wycofało się kilka wyżej notowanych zawodniczek.
Stawka była wyższa niż sama kwalifikacja do turniejów: w Indian Wells
Naomi przyznała, że często wiązała swoje poczucie własnej wartości z pozycją w rankingu. "Dla mnie to wszystko" - powiedziała. "I nie ośmielę
się stwierdzić, że całkowicie zmieniłam ten sposób myślenia... Jeżeli w czyimś życiu stanowię coś wartościowego, myślę, że lepiej mnie traktują
czy coś takiego, rozumiecie?"
Tego wieczoru 2022 roku niewielu wątpi, że pod względem fizycznym Naomi
nadal prezentuje tenis światowej klasy. Wątpliwości może jednak budzić
jej gotowość psychiczna. Rok wcześniej wycofała się z French Open z przyczyn związanych ze zdrowiem psychicznym, mówiąc, że od swojego
pierwszego zwycięstwa w Wielkim Szlemie "cierpiała na długie epizody
depresyjne". Kiedy kilka miesięcy później w Cincinnati wróciła do
rozgrywek, a także do typowych konferencji prasowych, które stanowiły
dla niej szczególnie silne źródło stresu, opuściła podium we łzach. Po
paru tygodniach, gdy broniła tytułu w US Open i przegrała w trzeciej
rundzie, znów rozpłakała się przed kamerami. "Naprawdę nie wiem, kiedy
rozegram następny mecz" - wyznała drżącym głosem. "Myślę, że na pewien
czas zrobię sobie przerwę od gry". Pauza trwała mniej więcej trzy
miesiące. Po powrocie przyznała, że świadoma decyzja o wycofaniu się
dała jej poczucie kontroli, którego wcześniej jej brakowało. "Samo to,
że powiedziałam na głos: "Zrobię sobie przerwę, a wrócę, gdy szczerze
zakocham się w tym sporcie i będę wiedzieć, co tu chcę robić", dało mi
czas, by wszystko sobie poukładać" - wyjaśniła.
Te chwile publicznego odsłonięcia się i bezbronności, jakże diametralnie
różne od twardych postaw prezentowanych przed kamerami i rywalami przez
mistrzów świata w sporcie, zmieniły postrzeganie Naomi zarówno w środowisku sportowym, jak i poza nim. Gdy powróciła do Indian Wells,
zauważyła, że fani utożsamiają się z nią i wchodzą w interakcję w sposób
bardziej "osobisty" niż wcześniej. "Zazwyczaj kiedy przechodzę, słyszę,
jak ludzie wołają coś w rodzaju: "Wygraj turniej!" albo "Mam bilety na
finał, widzimy się!". Takie rzeczy" - tłumaczyła. "A wszyscy mówili po
prostu: "Życzę dobrej zabawy". Niby wiem, że nie jest to ogromna
różnica, ale dla mnie wiele to znaczyło".
W Indian Wells większość gwiazd otrzymała w pierwszej rundzie wolny los,
dzięki czemu przeszły do kolejnej bez meczu. Naomi plasowała się o wiele
poniżej progu trzydziestej drugiej pozycji w rankingu, a zatem musiała
rozegrać pojedynek w pierwszej rundzie. Wylosowała trudną przeciwniczkę,
notowaną na pozycji trzydziestej ósmej Sloane Stephens - utalentowaną,
lecz nierówną Amerykankę, która zwyciężyła w US Open w 2017, czyli rok
przed wygraną Naomi w tym turnieju. Wśród porywistego wiatru
osiągającego prędkość powyżej sześćdziesięciu kilometrów na godzinę
Naomi wytrwała i wywalczyła niełatwe zwycięstwo 3:6, 6:1, 6:2.
Po wygranej ze Stephens szkoleniowiec Naomi Wim Fissette w rozmowie z wieloletnim agentem Naomi, Stuartem Duguidem, dał wyraz ulgi i wiary w dalsze sukcesy: "Pamiętam, jak mówiłem: "Stuart, po tym meczu naprawdę
myślę, że problemy mamy za sobą"" - wspominał później Fissette w rozmowie ze mną. ""Jakbyśmy znaleźli się w dobrym punkcie. Ten rok
będzie świetny"". Mówiąc to, zaśmiał się cierpko i pokręcił głową. "A już następnego dnia wszystko wyglądało inaczej, prawda?"
Wspomnianego następnego dnia Naomi mierzy się z Rosjanką Weroniką
Kudiermietową. Ma ona podobnie jak Naomi dwadzieścia cztery lata, lecz
nie osiągnęła takiego poziomu jak wcześniej Naomi - plasuje się na
pozycji dwudziestej czwartej, najwyżej w swojej karierze. W siódmym w tym roku meczu Osaki, a czternastym Kudiermietowej Naomi zwycięża w rzucie monetą i decyduje się na pierwszy serw. Gdy tuż po dziewiątej
wieczorem rozgrywka się rozpoczyna, stadion jest pełny mniej więcej w połowie. Wielu czeka, by wypatrzyć Naomi; inni może chcą nieco
przetrzeźwieć, nim wyruszą samochodami w drogę powrotną do hoteli po
długim dniu spędzonym a to w namiocie Corony, a to Moët & Chandon.
Już w pierwszym punkcie meczu Kudiermietowa rzuca się na drugi serwis
Naomi i wygrywa piłkę czystym, potężnym bekhendem, czym inicjuje swoją
strategię błyskawicznego ataku. "Naomi lubi grać agresywnie i dominować"
- opowiadał mi trener Kudiermietowej Siergiej Diemiochin, tłumacząc, jak
planowali wytrącić Osakę z równowagi. "Nieczęsto się zdarza zepchnąć ją
do defensywy. Czuje się wtedy nieswojo". Drugi winner Kudiermietowej
daje jej prowadzenie 0:40, a następny śmiały bekhend pieczętuje losy
gemu otwierającego.
Zawodniczki zmieniają się stronami i zaczynają kolejny gem przy
przeciwległych liniach końcowych. Kudiermietowa prowadzi 1:0. "Serwuje
Weronika Kudiermietowa" - mówi do mikrofonu główna sędzia Paula Vieira
Souza. Nim Vieira Souza skończy wypowiedź, rzadkie, pustynne powietrze
przecina głos innej kobiety: "Naomi, jesteś do niczego!".
Głos dobiegł z północno-wschodniego zakątka stadionu, gdzieś z górnej
części dolnych trybun - może z którejś z loży. Natychmiast wśród
zgromadzonych da się słyszeć szmer dezaprobaty. "Wyrzucić ją!" - krzyczy
inna kobieta. "Tak!" - wtóruje ktoś. "Wyrzucić ją!" - powtarza trzecia
osoba.
"Dziękuję, proszę o ciszę" - odzywa się ze swojego krzesła Vieira Souza,
aby uspokoić atmosferę. Kudiermietowa przymierza się do serwu, gdy głos
zabiera Naomi - początkowo przepraszającym tonem.
"Przepraszam" - zagaja. "Ale czy można by? Można by jednak?"
Tłum zaczyna wiwatować, a Naomi, bawiąc się nerwowo daszkiem czapki,
podchodzi do siedziska Vieiry Souzy. "Wyrzucić ją!" - krzyczy znów
kilkoro fanów, zadowolonych, że Naomi zabrała głos, a dzięki temu
intruzka zostanie wydalona.
"Przepraszam, nie dosłyszałam" - mówi Vieira Souza, gdy Naomi do niej
podchodzi.
"Możecie wyrzucić tę osobę?" - powtarza Naomi.
"Tę osobę?" - dopytuje Vieira Souza.
"No" - odpowiada Naomi.
"Nie wiem" - odpowiada wymijająco Vieira Souza, a tłum nadal bije brawo.
"Mogę zapytać. Jeżeli ochrona nie wie, kto to jest, to ja też nie. Ale
mogę ich poprosić, żeby mieli na to oko".
Naomi kiwa głową na znak, że rozumie, i rusza z powrotem, lecz przystaje
nieusatysfakcjonowana. "Okej, a gdyby ktoś pokazał, gdzie mniej więcej
siedzi?" - dopytuje Vieirę Souzę. "Tak tylko pytam" - dodaje
wyprzedzająco, unosząc dłonie w bezradnym geście.
"Tak, poprosimy ochronę o pomoc i zobaczymy, co się da zrobić" -
odpowiada Vieira Souza.
Naomi się odwraca i truchtem biegnie na kort, by wznowić grę. Falujące
blond włosy podskakują, gdy daje susy wte i wewte na boisku, jakby
chciała poprawić sobie nastrój. Robi wymachy forhendem i bekhendem,
starając się na powrót skupić na tenisie.
Po wznowieniu rozgrywki i dwóch błędach Kudiermietowej Naomi z wynikiem
15:40 jest o krok od przełamania, co daje jej szansę na wyrównanie w meczu. Lecz Kudiermietowa się stabilizuje i miota cztery punkty, dzięki
czemu utrzymuje 2:0 w pierwszym secie. Warczy szybko: "No, dawaj!",
kwitując gem.
Podawacz posyła piłkę ze strony Kudiermietowej na stronę Naomi i rzuca
jej dwie piłeczki, by mogła zacząć serwować w trzecim gemie. Wkrótce
Naomi podnosi do oczu lewą rękę, w której trzyma już dwie piłeczki, by
powstrzymać łzy. Potem ściąga na oczy brzeg czarnego daszku z napisem
Nike. Nie ma gdzie się ukryć - zewsząd otaczają ją kamery, a na
ogromnych ekranach rozmieszczonych w różnych miejscach stadionu
wyświetla się jej twarz. Naomi radzi sobie, jak może. Gestem drugiej
ręki, czarną opaską Nike na nadgarstku, ociera łzy z prawego oka, potem
z lewego i jeszcze raz z prawego. Cofa się do linii tylnej. Czas mija -
jeżeli nadal będzie zwlekać ze wznowieniem gry, może otrzymać karę.
Publiczność widzi, jak tenisistka się męczy, i oklaski przybierają na
sile. "Kochamy cię, Naomi!" - krzyczą widzowie, gdy ona wciąż ociera
łzy. Zawodniczka robi kilka nierównych wdechów, potem wypuszcza
powietrze powoli i wznawia grę, serwując. Zaczyna się wydłużona wymiana
szybkich podań - jest ich dziesięć, a Naomi nadarza się okazja, by ją
przypieczętować odwrotnym forhendem po krosie - to jej popisowe podanie.
Robi dwa drobne kroki, ustawia się na środku pola i bierze zamach... ale
nie trafia nawet blisko celu i posyła piłkę daleko od właściwej linii
bocznej.
"No, dawaj" - warczy znów Kudiermietowa.
Naomi ponownie odwraca się plecami do kortu i jeszcze raz wypuszcza
powietrze, układając usta w niewielkie kółeczko - jakby gwizdała. A potem popełnia podwójny błąd serwisowy.
Podczas returnu w następnym zagraniu Kudiermietowa posyła piłkę w siatkę, a tłum wiwatuje głośno i znacznie bardziej żywiołowo, niż ma to
zazwyczaj miejsce po zwykłym błędzie. Tysiące zgromadzonych starają się
wciągnąć Naomi z powrotem w mecz, który, jak można by pomyśleć,
przegrała już w pierwszych minutach.
Lecz po przeciwnej stronie siatki Kudiermietowa nie rezygnuje.
Tenisistów szkoli się, by wyczuwali słabe punkty i je atakowali -
tenisista, podobnie jak zawodnik MMA, będzie nadal bić leżącego.
Ponieważ w tenisie pojedynków nie rozstrzyga się przez nokaut i nie da
się przeczekać, aż upłynie czas, trzeba nieustannie walczyć o zwycięstwo. Jeżeli choć odrobinę się odpuści, ponosi się ryzyko, że to
przeciwnik zacznie kontrolować rozgrywkę. Po wymianie bekhendów
Kudiermietowa znów przejmuje prowadzenie nad Naomi z wynikiem 3:0 i w meczu następuje pierwsza przerwa związana ze zmianą stron.
DJ-e na stadionie włączają remix Do You Think I'm Sexy Roda Stewarta,
a Naomi idzie powoli ze zwieszoną głową w stronę swojego krzesła. Mija
siatkę o krok, nagle się odwraca i podnosi wzrok na Vieirę Souzę
siedzącą na stanowisku sędzi. Wpadł jej do głowy pomysł.
"Czy mogę prosić o mikrofon?" - pyta Souzę.
Sędzia nie rozumie, o co chodzi, więc Naomi powtarza, wskazując krzesło
sędzi. "Czy mogę prosić o mikrofon?"
"Muszę się zapytać, czy wolno" - odpowiada Vieira Souza pojednawczym
tonem, kręcąc jednak nieznacznie głową z dezaprobatą. "Zapytam. Co
chcesz powiedzieć?"
"Po prostu chcę zabrać głos... Nie będę przeklinać ani nic, ja w ogóle nie
przeklinam... po prostu coś leży mi na sercu" - odpowiada Naomi lekko
drżącym głosem, poklepując się po piersi. Naomi wielokrotnie zyskiwała
jasny ogląd sytuacji oraz spokój ducha przez to, że wypowiadała swoje
uczucia publicznie - czy to na konferencji prasowej, czy w mediach
społecznościowych - lecz nigdy wcześniej nie robiła tego w trakcie
meczu.
"Okej" - mówi Vieira Souza.
Naomi siada, a sędzia zaczyna rozmawiać przez krótkofalówkę, gestem
wzywając arbiter. "Hm, Clare? Mogłabyś tu, proszę, podejść?"
Clare Wood, pełniąca tego dnia funkcję nadzoru z ramienia WTA, wstaje z krzesła w narożniku i podchodzi do sędzi. Do identyfikatora przypięła
wstążeczkę z barwami ukraińskiej flagi, by okazać wsparcie dla kraju
zaatakowanego przez Rosję kilka tygodni wcześniej. Wysłuchawszy
wyjaśnień Vieiry Souzy, podchodzi do Naomi i pyta, co tenisistka
chciałaby powiedzieć.
"No... chciałam po prostu..." - zaczyna Naomi, po czym zawiesza głos na
kilka sekund, czym zdradza, że nie przemyślała sobie jeszcze, co chce
powiedzieć. "Rozumiem, że każdy chce być słyszany, ale jest w sumie
różnica..." - sugeruje i urywa.
"W tej chwili raczej chyba nie wypada" - odpowiada Wood, kręcąc głową.
"Ale zachowaj spokój i koncentruj się na tenisie. Czy to cię rozprasza?"
"No po prostu trudno mi grać" - tłumaczy Naomi. "Nakręcam się".
Naomi ociera oczy ręcznikiem, a Wood zapewnia ją, że jeżeli ta osoba
jeszcze raz się odezwie, na pewno zostanie zidentyfikowana. Naomi jest
nieco zawiedziona, lecz wstaje, by wznowić grę, i znów naciąga daszek na
oczy. Przerwa przeciągnęła się do niemal czterech minut - to znacznie
dłużej niż dziewięćdziesiąt sekund przewidziane na zmianę stron.
Gdy Naomi zajmuje miejsce na korcie, wśród publiczności podnosi się
wrzawa. Kolejny raz rozbrzmiewają okrzyki: "Kochamy cię, Naomi!" -
słychać wśród nich wiele głosów dziecięcych. Walka, która się
rozpoczyna, znów jest wyrównana, lecz Kudiermietowa zwycięża pojedynek,
potem następny i osiąga 5:0. "Trudno było stąd na to patrzeć" -
wypowiada się na temat Naomi dla Tennis Channel Lindsay Davenport.
"Widać było, że już na samym początku meczu coś wytrąciło ją z równowagi. Wiesz, człowiek ma ochotę posłać kogoś, żeby ją po prostu
przytulił, pozwolić komuś z jej ekipy na chwilę rozmowy z nią. Niestety,
w tym sporcie tak nie jest. W dodatku to sport indywidualny, więc nie
można na chwilę zejść z boiska. Nie ma wymian zawodników. Serce pęka,
gdy się na nią patrzy".
Nieustępliwa Kudiermietowa wygrywa set 6:0, a Wood ponownie podchodzi do
krzesła Naomi. Nie poczyniono postępów w szukaniu, więc nie ma co
relacjonować, lecz stara się uspokoić Naomi, aczkolwiek dosyć sztywno i bezosobowo. "No dobra, ale dlaczego wolno im się na mnie drzeć?" - pyta
Naomi podczas tej rozmowy z Wood. "W kółko o tym myślę... Chciałam po
prostu zabrać głos".
Zgodnie z własnym regulaminem organizatorzy turnieju mogli namierzyć i wydalić hejterkę: "Zastrzegamy sobie prawo do odmówienia zgody na wstęp
i obsługę, a także do przesunięcia, wydalenia lub usunięcia każdej
osoby, która odmawia współpracy z personelem Turnieju, nie stosuje się
do zasad i regulaminów [Indian Wells Tennis Garden] czy w inny sposób
podejmuje nielegalne albo niebezpieczne zachowania lub zakłóca spokój" -
napisano drobnym druczkiem na biletach. Jednak próby zidentyfikowania
tej kobiety nie przyniosły rezultatu - może zbytnio się do tego nie
przyłożyli - a organizatorom nie udało się też przekonać Naomi, że
robią, co w ich mocy.
Daria Saville, towarzyska, doświadczona zawodniczka z Australii, która w sobotę po południu wygrała swój mecz w drugiej rundzie, opowiadała, że
gdy wróciła do szatni, zastała tam Naomi przygnębioną, jeszcze zanim
rozpoczęła się rozgrywka z Kudiermietową. Obserwując później, jak Naomi
męczy się na korcie, Saville czuła się bezradna.
"Potem obejrzałam to w telewizji i pomyślałam sobie: "Kurde, na tym
etapie wszystko mogło ją wykończyć". To naprawdę smutne. I dosłownie nie
da się nic zrobić... Myślałam sobie: "Rany, szkoda, że nie mogę jej po
prostu uściskać"". Saville, jak mówi, kolegowała się z Naomi, lecz
uważała, że nie powinna jej wypytywać z zatroskaniem tuż przed meczem.
"Trzeba zostawić zawodników w spokoju, mają przecież swoje ekipy" -
tłumaczyła swoją postawę wobec współzawodników w szatni. "Na pewno nie
wypada mi pytać: "Nic ci nie jest?". Bo może wszystko było w porządku,
nie wiem. Może samo moje pytanie, czy wszystko gra, by ją załamało".
W drugim secie Naomi przejmuje kontrolę i wygrywa pierwszy gem. Set
przebiega bez zakłóceń i w atmosferze silniejszej rywalizacji, ale w siódmym gemie Kudiermietowa obejmuje prowadzenie z wynikiem 4:3.
Ostatecznie zwycięża 6:0, 6:4. Podchodząc do siatki, Naomi skłania
szybko głowę przed Kudiermietową - w całej swojej karierze wykonywała
ten subtelny, wyraźnie japoński gest - i zawodniczki podają sobie ręce.
Naomi podchodzi do sędzi głównej, potem rozmawia z Wood. "Czy teraz mogę
coś powiedzieć?" - prosi ponownie. Tym razem przystają na jej prośbę.
Andrew Krasny, konferansjer turniejowy, zgodnie z panującym zwyczajem
najpierw przeprowadza wywiad z Kudiermietową jako zwyciężczynią.
"Przede wszystkim muszę przyznać, że był to dla mnie szalenie trudny
mecz" - mówi Kudiermietowa. "Gram przeciwko Naomi - to świetna
zawodniczka, która świetnie walczy. Jestem zadowolona ze swojej
dzisiejszej formy, byłam skoncentrowana, ogromnie się cieszę, że tu
jestem i mogę dla was grać. Dziękuję".
"Życzymy powodzenia" - mówi Krasny. "Do trzeciej rundy przechodzi
Weronika Kudiermietowa".
Naomi, która siedziała z ręcznikiem narzuconym na ramiona, wstaje z krzesła.
"Panie i panowie, pani Osaka, była czempionka naszego turnieju - zwraca
się Krasny do publiczności - prosi o mikrofon i krótką wypowiedź".
Publiczność znów dopinguje Naomi równie serdecznie jak przez cały
wieczór, krzycząc i gwiżdżąc dla wyrażenia wsparcia, gdy tenisistka
podchodzi do mikrofonu z torbą na rakietę w ręku. Naomi uśmiecha się
szeroko, lecz usta ma zaciśnięte, co sprawia wrażenie, jakby jej twarz
wykrzywiał grymas.
Naomi mówiła, że gdy się denerwuje, jej głos staje się wyższy i bardziej
piskliwy. "Cześć" - zaczyna o ton wyżej niż normalnie. "Hm. Chciałam po
prostu podziękować..."
Z widowni padają kolejne wiwaty, okrzyki: "Kochamy cię, Naomi!".
Tenisistka znów ociera łzę, potem chichocze smętnie. "Hm, chyba dość się
już napłakałam przed kamerami, ale... chciałam tylko powiedzieć..."
"Nie przejmuj się tymi kretynami!" - krzyczy jakaś kobieta w tłumie,
wzniecając dalszy aplauz. Kudiermietowa, która została na korcie, by
przyjrzeć się rozwojowi wypadków, również bije lekko brawo.
"Szczerze mówiąc, zdarzały mi się już podobne okrzyki, ale niespecjalnie
mi one przeszkadzały" - ciągnie Naomi. "Ale... chodzi o to, że taka
krytyka padła tutaj. No bo oglądałam filmik, jak dokuczano tutaj Venus
i Serenie, a jeżeli wy tego nie widzieliście, powinniście obejrzeć. I sama nie wiem dlaczego, ale utkwiło mi to w głowie i nie mogłam wyrzucić
tego z pamięci. Staram się nie rozpłakać, ale..."
"Dasz radę!"
"Hm... chciałam po prostu podziękować i pogratulować" - podsumowuje Naomi,
unosząc rękę w stronę Kudiermietowej. "No, po prostu dziękuję".
Naomi bierze torbę i kieruje się do wyjścia, lecz Krasny wtrąca się
szybko - chce z jednej strony pocieszyć smutną gwiazdę, a z drugiej
rozjaśnić ten niespodziewanie mroczny moment w przebiegu turnieju.
"Naomi, chcę ci powiedzieć w imieniu wszystkich tutaj zgromadzonych,
czyli mniej więcej dziesięciu tysięcy ludzi, że głos jednej osoby nie
przeważy dziewięciu tysięcy dziewięciuset dziewięćdziesięciu dziewięciu
innych głosów" - zapewnia. "A my cię tu kochamy, wiesz? Panie i panowie,
Naomi Osaka!"
"Tak jest! Kochamy!"
Gdy Krasny mówi, Naomi ociera kolejne łzy i sili się na uśmiech, lecz
stale przemieszcza się w stronę szatni i wkrótce znika z boiska.
"Uwielbiam ją... jest taka wrażliwa" - mówi mi siedząca na dolnych
trybunach czarnoskóra kobieta, która kibicowała Naomi. "Konferansjer
powiedział to, co należy. Ale bardzo często właśnie tak się dzieje:
świetnie nam idzie, ale skupiamy się na jednym negatywnym aspekcie,
który psuje nam humor. A słowa ranią. Nie da się ich cofnąć".
Tych kilka krótkich słów: "Naomi, jesteś do niczego!" - przebiło tego
wieczoru pancerz Naomi. Słowa zaś, które ona sama wypowiedziała na
korcie, nawiązując do najposępniejszej chwili w historii turnieju, nagle
rozdarły dwudziestoparoletnią ranę, którą "Tenisowy Raj" przez
dziesięciolecia starał się zamaskować.
Serena Williams, dziewiętnastolatka w jaskraworóżowej sukience, z blond
włosami zaplecionymi w dwa warkocze, w finale turnieju Indian Wells
rozgrywanego w południowej Kalifornii w 2001 roku powinna była być
miejscową faworytką. Powszechnie wiadomo, że Serena dorastała w Compton,
jakieś sto osiemdziesiąt kilometrów na zachód. Lecz w to słoneczne
sobotnie popołudnie przytłaczająca większość tłumu liczącego piętnaście
tysięcy dziewięćset czterdzieści osób będzie przeciwko niej.
Serena miała się zmierzyć ze swoją siostrą Venus w przebojowym
półfinale, rozgrywanym w czwartek wieczorem, lecz mecz odwołano parę
minut przed planowanym rozpoczęciem - Venus tłumaczyła rezygnację z pojedynku zapaleniem ścięgna kolanowego. Odwołanie pokazowej rozgrywki
ogłoszono tak późno, że rozjuszyło to wielotysięczną publiczność, która
już czekała i rozsiadała się na stadionie. Ponadto odżyły pogłoski, że
wyniki meczów między siostrami ustala ich ojciec Richard. Jelena
Diemientjewa - zawodniczka, którą Venus rozniosła w ćwierćfinałach -
zapytana o przewidywania dotyczące półfinału z udziałem sióstr Williams
odrzekła, że zależy to od ich ojca. "Nie wiem, co na to Richard. Moim
zdaniem to on zdecyduje, kto jutro zwycięży" - powiedziała. Richard nie
przyczynił się do wyciszenia plotek: gdy tego dnia reporter agencji
Reutersa zapytał go o przyczyny wycofania się Venus, Williams senior
oświadczył, że nie zna angielskiego.
Chanda Rubin, najlepsza czarnoskóra zawodniczka połowy lat
dziewięćdziesiątych, kiedy rodzina Williamsów zaczęła rozdawać karty,
mówiła mi, że jej zdaniem tenisowy establishment, w przeważającej
większości biały, nie chciał zaakceptować tych "dwóch sportsmenek,
jakich świat wcześniej nie widział". "Moim zdaniem nieustannie
towarzyszył temu taki podtekst, jakby trzeba je było zaakceptować" -
tłumaczyła mi Rubin. "Prawdę mówiąc, nikt nie chciał ich zaakceptować,
ale było to konieczne".
Gdy Serena weszła w finale na kort, niosąc w ręku bukiet kwiatów, które
finalistki rozgrywek kobiecych często otrzymują na turniejach, w przytłaczającej większości biały tłum w Indian Wells jasno dał do
zrozumienia, że zaakceptował rodzinę Williams niechętnie, i od razu
zaczął tenisistkę wygwizdywać. Gdy publiczność wypatrzyła Richarda i Venus przemierzających długi odcinek do swoich miejsc na trybunie tuż
przy korcie, buczenie rozległo się ponownie. Usiadłszy na swoim miejscu,
Richard się odwrócił i podniósł rękę z dłonią zaciśniętą w pięść: ten
buńczuczny gest nawiązujący do Black Power wywołał kolejne gwizdy. O ile
ESPN ostrożnie unikał diagnozy tego rodzaju, o tyle brytyjski komentator
Simon Reed nie gryzł się w język, relacjonując mecz na Eurosporcie:
"Amerykańska publiczność wygwizduje amerykańską rodzinę" - skwitował
ponuro. "I trzeba przyznać, że trąci to nieco rasizmem".
"Podniosłam wzrok i zobaczyłam mrowie bogaczy - głównie starszych,
przeważnie białych - którzy stali i gwizdali zawzięcie, jakby ta
dystyngowana grupka przymierzała się do linczu" - napisała później
Serena. "Nie chcę opisywać tej sceny za pomocą prowokacyjnego języka,
lecz gdy stałam na korcie, naprawdę robiło to takie wrażenie. Jakby ci
ludzie mieli się na mnie zasadzić po meczu".
Tłum kibicował hałaśliwie Kim Clijsters, pochodzącej z Belgii
przeciwniczce Sereny, lecz Serena zamknęła mu usta, odbijając się w trzecim secie. Zwieńczyła wynik 4:6, 6:4, 6:2, z mocą posyłając
forhendem winnera po krosie na otwarty kort. Serena triumfatorka
przeszła do narożnika kortu, by przywitać się z rodziną, a gdy ojciec i córka się uściskali, gwizdy przybrały na sile. Oboje mieli później
wspominać, że słyszeli wyzwiska na tle rasowym.
Po tym dniu cała rodzina postawiła jasno sprawę tego skąpanego w słońcu
pustyni turnieju. Rok później Serena nie wróciła do Indian Wells, by
bronić tytułu. Venus też nie przyjechała. Przez czternaście lat dwie
największe gwiazdy amerykańskiego tenisa nie uczestniczyły w drugim pod
względem rangi amerykańskim turnieju tenisowym. Gdy WTA, ustalając na
nowo tour w 2008 roku, dodała Indian Wells jako konkurs obowiązkowy,
uwzględniono zapis pozwalający rodzinie Williamsów nadal go pomijać.
Osiem lat po bojkocie Serena napisała, że "ponieważ gdzieś może to
oglądać jakaś mała dziewczynka" - była to winna tym, którzy ją
podziwiali, że stanowczo obstawała przy swoich przekonaniach. "Jeśli nie
zajmę w tej kwestii stanowiska, im też będzie trudniej zająć stanowisko
we własnej sprawie".
Jako kilkunastoletnia dziewczyna Naomi trafiła w sieci na filmik z Sereną na korcie w Indian Wells w 2001 roku. Zauroczył ją. Jej rodzice
szli w ślady Williamsów, odkąd była niemowlęciem, przez co wykorzenili
rodzinę i przenieśli się z Japonii do Nowego Jorku, a potem na Florydę,
poświęcając dzieciństwo córek niestrudzonemu dążeniu do tenisowej
wielkości. Gdy Naomi oglądała najtrudniejsze chwile Sereny, tenisistka
zainspirowała ją jeszcze mocniej. "Nasuwało mi się pytanie: "Jak to
możliwe, że ktoś jest taki silny?"" - opowiadała Naomi później Sorai
Nadii McDonald z "Undefeated". "Między innymi dlatego tak ją uwielbiam".
Sama Naomi, jak przyznała, była w rozsypce, gdy podczas turniejów
młodzieżowych o pietruszkę rodzice czy przyjaciele jej młodych
przeciwniczek dokuczali jej lub się z nią droczyli, lecz w wizerunku
Sereny na ekranie odkryła nową siłę, której istnienia nie przeczuwała. W 2014 roku, w wieku szesnastu lat, Naomi powiedziała japońskiemu
dziennikarzowi Aku Uchidzie, że z nagrania z udziałem Sereny zaczerpnęła
trwałą lekcję: "Nawet w obliczu takich przeciwności można wygrać".
Serena powróciła do Indian Wells w 2015 roku uroczyście i z pompą, Venus
rok później. Lecz tego wieczoru w 2022, po roku własnych, toczonych na
forum publicznym zmagań, Naomi Osaka odnajdywała się jedynie w bólu
Sereny.
Rozgrywka między Naomi a Kudiermietową nie zapowiadała się na
reporterski hit niezależnie od tego, kto wygrał, a kto przegrał. Trwała
do późnego wieczora w sobotę, więc niewiele mediów planowało relację.
Lecz gdy Naomi się rozpłakała, a potem poruszyła wstydliwe sekrety
"Tenisowego Raju", mecz nagle awansował do rangi jednej z głównych
wiadomości tego sezonu tenisowego. Niezależnie od tego, jak bardzo
spadły notowania Naomi w rankingach, nadal jak nikt inny w świecie
tenisa inspirowała nagłówki prasowe i dyskusje.
Nie minęło kilka minut od końca pojedynku, a reporterzy "Los Angeles
Times" i "New York Times" pisali artykuły. Redakcja wiadomości "New York
Timesa" w Nowym Jorku była już zamknięta, bo dochodziła druga nad ranem,
więc korespondent gorączkowo szukał redaktora w jednym z biur w Azji,
który by nie spał i mógł opracować sensacyjną wiadomość o rozdygotanej
supergwieździe.
Zgodnie z zasadami touru Naomi miała wystąpić po meczu na konferencji
prasowej, lecz zbiegła w ciemną noc. "Zwiałam" - wyznała mi później.
Następnego ranka portale informacyjne i sportowe epatowały zdjęciami
załzawionych oczu Naomi, ustępując jedynie relacjom z pierwszych chwil
inwazji Rosji na Ukrainę. Późniejsi triumfatorzy turnieju w Indian
Wells, Taylor Fritz i Iga Świątek, nie wzbudzili nawet ułamka takiego
zainteresowania mediów w związku ze swoją wygraną jak Naomi, która
przegrała w drugiej rundzie.
Siergiej Diemiochin, trener Kudiermietowej, opowiadał mi, że oglądał
Tennis Channel następnego ranka po ważnym zwycięstwie swojej
zawodniczki. "Widzę jakieś najciekawsze momenty, parę punktów, a potem
wywiad z Naomi i wypowiedzi komentatorów na temat jej sytuacji... Ani
słowa o tym, że Weronika wygrała mecz, albo jakiegoś wywiadu z nią" -
mówił. "Tak to działa, ale człowiek się przyzwyczaja".
Inni znani tenisiści występujący w Indian Wells, zapytani o Naomi,
wypowiadali się ze współczuciem i rezygnacją. "Życzę jej, by doszła do
siebie po tym incydencie, życzę jej jak najlepiej" - rzekł Rafael Nadal.
"Ale w życiu nic nie jest idealne, prawda? Musimy być gotowi zmierzyć
się z przeciwnościami".
Naomi zaskarbiła sobie wprawdzie niejakie współczucie ze strony
współuczestników, ale administracja turnieju z przerażeniem obserwowała,
jak najświeższa burza z udziałem tenisistki ściąga chmury na błękitne
niebo "Tenisowego Raju". Narastało rozdrażnienie, że przerost
zainteresowania jej emocjonalnym dobrostanem coraz częściej psuje
nastrój panujący podczas turniejów tenisowych. Tommy Haas, dyrektor
konkursu w Indian Wells, przyznał w rozmowie ze mną, że choć "nie
zamierza tolerować" takich docinków, jakie usłyszała Naomi, to jego
zdaniem w tej sytuacji mogła się zachować znacznie lepiej. "Rozumiem, że
poczuła się sfrustrowana" - powiedział. "Zarazem musi wykazać się
profesjonalizmem, który pozwoli jej stwierdzić: "Słuchajcie, nie
pozwolę, by jedna osoba z widowni zalazła mi za skórę, będę po prostu
robić, co w mojej mocy"". Haasa zirytowało również to, że Naomi została
na korcie tylko po to, by przypomnieć przykre karty z historii jego
turnieju. "Poczekała na okazję, by się wypowiedzieć i przywołać
wspomnienia z czasu, kiedy sama miała jakieś dwa czy trzy lata.
Ostatecznie nie przysłużyło się to nikomu" - podsumował.
Podobnie jak kilka razy wcześniej zalana łzami twarz Naomi Osaki stała
się czymś w rodzaju kulturowego testu Rorschacha w mainstreamowych
mediach. Niektórzy, na przykład Gregg Doyel z "Indianapolis Star",
chwalili tenisistkę za to, że odsłoniła swoją wrażliwość i kruchość.
"Naomi Osaka stoi przy mikrofonie i stara się pohamować płacz, a ja
oglądam to w telewizji i w duchu zachęcam, by dała upust łzom" - napisał
Doyel. "W porządku, Naomi, naprawdę. Bądź taka, jaka jesteś - twarda,
ale delikatna, pod względem sportowym nadprzyrodzona, lecz ostatecznie
na wskroś ludzka. Płacz, Naomi".
Inni komentatorzy, zwłaszcza konserwatywni, przewrotnie wykorzystali
cierpienie Naomi jako oręż w bojach kulturowych. "Tysiące wiwatów kontra
jeden docinek. Krucha. Słaba. Żenująca" - napisał Jason Whitlock.
"Wiadomość dnia nie polega na tym, że ktoś ją wygwizdał, lecz na tym, że
stworzyliśmy kulturę, która pielęgnuje słabość i status ofiary". Do
swojego internetowego programu Fearless with Jason Whitlock zaprosił
Royce'a White'a, kandydata do Kongresu z ramienia Partii
Republikańskiej, który jeszcze mocniej powiązał Naomi z bolączkami
współczesnego społeczeństwa. "Moim zdaniem to załamanie Osaki stanowi
najdobitniejszy akt oskarżenia dominującego w dzisiejszej kulturze
wokeizmu" - orzekł White.
Ta historia tak się rozpowszechniła, że trafiła do wieczornego programu
komediowego. W skeczu w Late Night with Seth Meyers komiczka Amber
Ruffin połączyła wylewne wyrazy wsparcia dla zawodniczki ("Naomi,
jesteśmy z ciebie tacy dumni, kochamy cię i będziemy cię wspierać
niezależnie od okoliczności") z karykaturalnymi pogróżkami pod adresem
nieznanej krzykaczki ("Rozerwę cię na strzępy jak kartkę. Masz ochotę
wrzeszczeć: "Naomi, jesteś do niczego"? Wiesz, co jest do niczego? Twoje
szanse na przetrwanie").
* * *
Z dala od zgiełku w internecie i eterze, w luksusowym domu wynajętym
przez organizatorów turnieju dla Naomi, toczyła się cichsza, lecz
bardziej emocjonalna rozmowa na temat jej samej. "Następnego dnia
odbyliśmy poważne spotkanie, wszyscy razem" - opowiadał mi później
trener Wim Fissette. "Zaraz po meczu nie naciska się na osobę zapłakaną
i ogromnie zawiedzioną. Ale następnego dnia, owszem, odbyliśmy poważną
rozmowę: okej, od teraz musi być tak".
Naomi była twarzą debaty o wadze zdrowia psychicznego - i to dosłownie,
bo na okładce "Time'a" zamieszczono jej zdjęcie z podpisem: "Nic w tym
złego, że Ci źle". Podpisała także kontrakt na promocję Modern Health,
firmy oferującej usługi z zakresu ochrony zdrowia psychicznego. Ci,
którzy znali ją bliżej, wiedzieli jednak, że jej publiczny wizerunek
różni się od prywatnej rzeczywistości - ona sama nie korzystała z żadnej
profesjonalnej pomocy psychologicznej. Sprawa była delikatnej natury,
między innymi dlatego, że Naomi była pracodawczynią decydującą o zatrudnieniu lub zwolnieniu każdego z członków swojego zespołu, lecz po
tym, jak dopiero co na oczach wszystkich przeżyła trudne chwile, ekipa
postanowiła jej pomóc. Agent Stuart Duguid już zaczął szukać terapeutów,
którzy mogliby przypaść jej do gustu.
Yutaka Nakamura również przybył na zebranie całej drużyny. "Jestem
trenerem przygotowania motorycznego; Wim to trener; ma partnera
sparingowego i w ogóle, ale potrzebowała kogoś, z kim mogłaby
porozmawiać" - tłumaczył mi Nakamura. "Naomi wie, że zespół jej nie
osądza, ale musiała mieć też kogoś niezwiązanego z tenisem, z kim
mogłaby poruszyć kwestie bardziej osobiste. Omówiliśmy to, a ona
przyznała nam rację".
Fissette powiedział mi, że już wcześniej proponował, by po publicznych
momentach kryzysu dołączył do zespołu psychoterapeuta. Tym razem Naomi
była bardziej skłonna, by go posłuchać.
"Przypuszczam, że zwlekałam tak długo, bo trudno mi rozmawiać z ludźmi,
więc niełatwo mi też przychodzi, że tak powiem, otworzyć się przed kimś...
zwłaszcza że mam tej osobie opowiadać o wszystkim, co leży mi na sercu"
- wyjaśniała później Naomi. "Również o sprawach, o których nie
wspomniałabym nawet siostrze, i tym podobne. Więc po prostu trudno było
nauczyć się komuś ufać".
W istocie okazało się, że to właśnie siostra Naomi przeważyła szalę tego
gremialnego spotkania. "Mari także zabrała głos" - wspominał Fissette.
"Powiedziała coś w rodzaju: "Naomi, jestem twoją siostrą, już czas"".
Naomi nie wyzbyła się całkowicie pragnienia, by samodzielnie rozwiązać
swoje problemy, lecz potem przyznała: "Mari bardzo się o mnie martwiła",
a to sprawiło, że poważniej potraktowała prośby zebranych. Wprawdzie
cały świat miał zdanie na temat Naomi Osaki, ale to Mari towarzyszyła
jej od samego początku, odkąd tylko dwoje rodziców, którzy odnaleźli
się, choć dzielił ich cały świat, spojrzało na swoje córki, doznając
wizji, dla jakiej podjęli ryzyko bez granic.
Rozdział 2. Rodzinne strony
2
Rodzinne strony
W Japonii - Kraju Wschodzącego Słońca - światło poranka najpierw pada na
Nemuro. Smagane wichrem miasteczko rybackie, liczące około dwudziestu
siedmiu tysięcy mieszkańców, leży na wschodnim krańcu wyspy Hokkaido,
czyli w jednym z najdalszych zakątków gęsto zaludnionego kraju. Pod
względem geograficznym Nemuro znajduje się na rubieżach Japonii, a geopolitycznym - jest w stanie wzburzenia. Kilka mniejszych wysp i wysepek leżących na północny wschód od półwyspu Nemuro - najbliższa z nich oddalona raptem o trzy i siedem dziesiątych kilometra - należy do
archipelagu Wysp Kurylskich, których status jest przedmiotem sporu
między Japonią i Rosją, od czasu gdy w ostatnich tygodniach drugiej
wojny światowej w sierpniu 1945 roku Związek Radziecki dokonał inwazji i okupował te tereny. Japonia nadal rości sobie prawa do wysp, określa je
mianem Terytoriów Północnych i zalicza do Podprefektury Nemuro, lecz
administrację sprawuje Rosja. Choć od zakończenia drugiej wojny
światowej minęły dziesięciolecia, w wąskim przesmyku Goyomaisuido nadal
ostentacyjnie i często krążą rosyjskie patrolowce. Mieszkającą na
wyspach i trudniącą się rybołówstwem rodzinę Osaków wypędzono z ich
ziemi po przybyciu Rosjan. Od tamtej pory nie udało im się powrócić.
Tetsuo Osaka, który urodził się pod koniec wojny, mieszka w Nemuro, by
pozostać jak najbliżej utraconej ziemi. Mimo że od czasu do czasu między
rosyjskimi patrolami a japońskimi rybakami dochodzi do zatargów, w które
zaangażowany jest Tetsuo jako przewodniczący miejscowej spółdzielni
rybackiej, to życie w Nemuro, choć odludne, płynie spokojnie.
Dwadzieścia siedem lat po japońskiej kapitulacji, która zakończyła drugą
wojnę światową, Nemuro na krótko wróciło na mapy świata. Gdy na początku
1972 roku Sapporo, stolica Hokkaido, jako pierwsze miasto poza granicami
Europy i Stanów Zjednoczonych gościło zimowe igrzyska olimpijskie,
sztafeta z pochodnią biegła malowniczą trasą wiodącą przez całą wyspę.
Płomień zaniesiono aż do odizolowanego Nemuro, a samotne miasteczko na
przelotną, lecz olśniewającą chwilę skąpało się w blasku globalnego
zgromadzenia.
Duchowa iskierka pochodząca z tego ognika rozpaliła chyba coś w jednej z najmłodszych mieszkanek Nemuro: Tamaki Osaka, malutka córka Tetsuo,
miała zaledwie roczek, gdy sztafeta przechodziła przez jej rodzinne
miasto, lecz blask pochodni oświetlił ścieżkę, którą miała kroczyć przez
resztę życia. Wiodła ona z Nemuro na przeciwległe wybrzeże wyspy do
Sapporo - dużego miasta otwierającego wrota do wielokulturowego życia,
zasadniczo obcego jej homogenicznemu miasteczku - i do konsekwentnej
realizacji ambitnego sportowego marzenia. Pewnego dnia córka Tamaki
poniesie tę samą pochodnię.
Matka Tamaki ukończyła liceum jako najlepsza w klasie, lecz w tamtych
czasach nie liczono się z kobietą uczęszczającą na uniwersytet. Tuż po
szkole wyszła za Tetsuo i nigdy nie pracowała poza domem. "Nie wiem, czy
to z powodu swego pochodzenia, ale była to osoba, która zawsze pozwalała
dziecku robić to, co chciało" - napisała Tamaki o swojej matce we
wspomnieniach Through the Tunnel wydanych w 2022 roku. "Przypuszczam,
że pragnęła, by jej córka mogła czynić to, co dla niej samej było
niedostępne".
Gdy Tamaki miała czternaście lat, matka namówiła ją, by podeszła do
egzaminu wstępnego do liceum w Sapporo, dwumilionowego miasta leżącego
po przeciwnej stronie wyspy Hokkaido. Matka wiedziała, że nauka w liceum
w Sapporo otworzy przed Tamaki ekskluzywną edukacyjną drogę na najlepszy
uniwersytet, dla niej samej odciętą. Wspierana przez matkę Tamaki
wsiadła do pociągu i pojechała do Kushiro, leżącego trzy godziny drogi
na zachód od Nemuro, gdzie podeszła do egzaminu i go zdała. Jak
opisywała Tamaki w Through the Tunnel, pomysł, by wysyłać dziewczynę
do dalekiej szkoły, spotkał się z oporem ojca: "Po co? Dziewczyny nie
muszą się kształcić w szkole w Sapporo!". Lecz wola matki przeważyła.
W Sapporo, położonym mniej więcej siedem godzin od najdalej wysuniętego
na wschód cypla, gdzie mieści się Nemuro, nastoletnia Tamaki zyskała
niezależność od rodziny, jakiej wcześniej nie doświadczyła. Rozwinęła
się jeszcze bardziej, gdy w drugim roku pobytu w Sapporo zmieniła tok
nauki i swój główny przedmiot - z nauki gry na fortepianie na angielski.
Tamaki od dzieciństwa interesowała się nauką języka, który otwierał
drzwi do świata poza granicami jej wyspiarskiego narodu - w Nemuro
chodziła na dodatkowe zajęcia, a niekiedy rozmawiała po angielsku z amerykańskimi misjonarzami przebywającymi w miasteczku. "Znajomość
angielskiego ogromnie odmieni mój los" - napisała Tamaki w swoich
wspomnieniach. Na kursie angielskiego spotkała kolegów o podobnych
aspiracjach i zamiłowaniu do przygód, z którymi spędzała większość
czasu, zwiedzając miasto. Gdy podczas przerw w nauce wracała do Nemuro,
czuła, że oddala się od rodziny. "Ci ludzie nigdy nie wyjeżdżali z rodzinnego miasta, nigdy nie wypuścili się w nieznane" - pisała.
"Ilekroć powracałam z Sapporo do domu rodziców, czułam rosnące
niedopasowanie".
Ukończywszy liceum i dwuletnie studia, Tamaki podjęła pracę biurową w banku w Sapporo, który udzielał kredytów na rybołówstwo. Pewnego dnia po
pracy poszła z koleżanką na zakupy. Cudzoziemiec pracujący w sklepie
odezwał się do koleżanki po angielsku, lecz ta się speszyła i uciekła do
toalety. Tamaki jednak nie bała się rozmawiać z obcymi po angielsku,
więc zadała Leonardowi Maxime'owi François pytanie.
"Skąd jesteś?"
Pierwsza odpowiedź Leonarda zmyliła Tamaki - sądziła, że odrzekł:
"Aichi", podając nazwę japońskiej prefektury znajdującej się jakieś
tysiąc kilometrów na południe, podczas gdy w istocie powiedział:
"Haichi", czyli Haiti, pół świata dalej, gdzie żyje niewielka karaibska
nacja. Leonard wprawdzie pochodził z Haiti, lecz jako nastolatek
przeprowadził się na Brooklyn i zyskał status naturalizowanego
Amerykanina - zresztą w swojej książce Tamaki przedstawia go jako
"Amerykanina z Republiki Haiti". Leonard, akuratny student, w Nowym
Jorku prowadził taksówkę, a do Japonii wybrał się z przyjacielem
Japończykiem, którego poznał którejś nocy na Manhattanie. Kraj tak
bardzo przypadł mu do gustu, że postanowił się tam przenieść na stałe, a nawet namówił parę haitańskich przyjaciół z Brooklynu, by przeprowadzili
się wraz z nim. Znalazłszy się w Japonii, Leonard niespodziewanie stał
się sławny: Takeshi Kitano, znany japoński komik i gospodarz programów
telewizyjnych, zaprosił go do swojej audycji, która obejmowała stały
fragment poświęcony koszykówce, a tam Leonard wrzutami deklasował
miejscowych. "Był doskonałym sportowcem" - opowiadał mi Pedro Herivaux,
jeden z jego haitańskich przyjaciół, którzy w ślad za nim wyemigrowali
do Japonii. Herivaux nie mógł się nadziwić, jak podczas konkursów wsadów
Leonard "skakał wyżej niż dach", i śmiał się z rozgłosu, jaki przyjaciel
zdobył w programie - Leonard, ogólnie wysportowany, został teraz
"japońskim Michaelem Jordanem". "W Ameryce byłby nikim, podczas gdy w Japonii uchodził za najlepszego koszykarza".
"Koszykarz Max-u", jak go nazywano w programie, przekuł swoją sławę w kolejne wystąpienia. Leonard i Herivaux pojawili się nawet razem w reklamie japońskiego kurortu narciarskiego, nawiązującej do Reggae na
lodzie. Mieszkanki Sapporo, żeby popatrzeć na Leonarda, chadzały do
jego sklepu, gdzie sprzedawał importowaną odzież amerykańskich marek
streetwearowych w rodzaju FUBU.
Tamaki trafiła do sklepu przypadkiem, ale Leonard szybko chciał się z nią znów zobaczyć. Poprosił o jej numer telefonu, a ponieważ nie miała
jeszcze komórki i mieszkała z rodzicami, którzy przenieśli się do
miasta, podała mu numer do banku.
Niebawem zadzwonił i zaczęli się w tajemnicy spotykać. W książce
Through the Tunnel Tamaki pisze, że ich związek przypominał komedię
romantyczną z lat dziewięćdziesiątych, łącznie z jeżdżeniem na rolkach
na brzegach rzeki Toyohiry. Leonard był o pięć lat starszy od Tamaki i niewiele ich łączyło, lecz zakochali się w sobie bez pamięci. Z biegiem
czasu, gdy ojciec zaczął typować dla Tamaki rozmaitych odpowiednich
kandydatów do związku i zamążpójścia, córka doszła do wniosku, że nie
może dłużej ukrywać prawdy, i wyznała, że ma już chłopaka. Gdy wyjawiła
ojcu, jak się nazywa, a on uświadomił sobie, że córka spotyka się z ciemnoskórym obcokrajowcem, był wstrząśnięty i rozgniewany. "Czarnych to
można w telewizji albo w filmie pooglądać, a nie spotykać się z kimś
takim" - relacjonuje jego słowa Tamaki.
Ojciec próbował zakończyć ten związek. Tamaki nie mogła już swobodnie
jeździć na rowerze po Sapporo, lecz wożono ją prosto do pracy
samochodem, później spod pracy odbierano i zawożono do domu.
Minął rok, a Tamaki i Leonard się nie widzieli. W końcu któregoś
letniego dnia 1995 roku zadzwonił do niej. Przeprowadził się tysiąc
dwieście kilometrów dalej, do Osaki, leżącej w południowo-zachodniej
części Japonii, i chciał, by Tamaki go tam odwiedziła. Kupił jej bilet
na samolot, a ona spakowała torbę i pojechała na lotnisko, nie
zdradzając się przed rodzicami, że zamierza opuścić teren Hokkaido.
W Osace miłość kwitła i już wkrótce para była gotowa związać się węzłem
małżeńskim. Aby jednak zdobyć dokumenty niezbędne do uzyskania
pozwolenia na ślub, Tamaki musiała wrócić do Nemuro. Starała się uczynić
to niepostrzeżenie, lecz znajoma z Nemuro dała znać jej rodzicom, którzy
po jej niewyjaśnionym zniknięciu z Sapporo zgłosili jej zaginięcie.
Niedługo po ślubie Tamaki i Leonarda do drzwi nowożeńców w Osace
zastukała policja, której towarzyszyli rodzice dziewczyny. Policja
przesłuchała Tamaki, która była w ciąży z pierwszym dzieckiem.
Funkcjonariusze podejrzewali, że dziewczyna została uprowadzona, lecz
ona zapewniła ich, że przebywa tam z własnej nieprzymuszonej woli.
Tamaki została w Osace; tam trzeciego kwietnia 1996 roku urodziła
pierwszą córkę, Mari. Druga córka, Naomi, urodziła się półtora roku
później - szesnastego października 1997 roku. Rodzice pochodzący z przeciwległych krańców świata przekazali dzieciom swoje obywatelstwa:
dziewczynki zyskały podwójne obywatelstwo - Japonii i Stanów
Zjednoczonych; postanowili też nadać córkom nazwisko po Tamaki, aby
łatwiej im się żyło w Japonii, gdzie cudzoziemskie nazwiska nierzadko
wywołują konsternację. W Through the Tunnel Tamaki napisała także, że
pragnęła dać dzieciom imiona, które łatwo będzie zrozumieć i wypowiedzieć osobom niewładającym japońskim. Chciała przygotować swoje
dziewczynki na świat większy niż ten, który sama znała.
Leonard, słynący z gry w koszykówkę, lubił także inne sporty i uczestniczył w maratonie w Sapporo. Uważał, że gdyby w młodym wieku
odpowiednio go kształtowano, mógłby zostać wybitnym atletą. Tamaki
również przejawiała inklinacje do sportu - lubiła pływanie i łyżwiarstwo
szybkie. Pewnego dnia, gdy Naomi miała siedem miesięcy, ojciec włączył
telewizor w ich jednopokojowym mieszkaniu, by - jak to miał w zwyczaju -
pooglądać sport. Tego wieczoru relacja wypełniła mieszkanko
pomarańczowym blaskiem gliny z drugiego końca świata. Był to finał debla
kobiet turnieju French Open z 19991, w którym grały cztery
nastolatki: Martina Hingis i Anna Kurnikowa kontra Venus i Serena
Williams. Rozgrywkę przyćmił pojedynek w singlu wygrany tego samego dnia
przez Andre Agassiego; w dodatku jej przebieg zakłóciły opóźnienie z powodu deszczu, częste przerwy i wznowienia, porywiste wiatry i równie
silne wahania na tablicy wyników. Osiemnastoletnia Venus i siedemnastoletnia Serena2 miały na koncie wygrany set i prowadziły 5:1, lecz utraciły przewagę, a potem mierzyły się z piłką
turniejową, gdy Kurnikowa w trzecim secie serwowała przy wyniku 5:4.
Jednak siostry zebrały się w sobie, a Kurnikowa się ugięła i popełniła
podwójny błąd serwisowy przy punkcie na przełamanie. Cztery gemy później
siostry Williams znów pokonały Kurnikową, z wynikiem 6:3, 6:7(2), 8:6
zdobywając swój pierwszy wspólny tytuł wielkoszlemowy. Opuściły ręce,
podskoczyły i się objęły, a potem podeszły do trybun przytulić matkę.
"Sama drama" - wspominała Venus w poście na Instagramie w 2021 roku.
Na drugim końcu świata rodzice innych dwóch dziewczynek zauważyli coś
innego niż dramaturgia i emocje. "Oboje osłupieliśmy, widząc
majestatyczny pokaz tych Czarnych kobiet i sióstr" - napisała Tamaki we
wspomnieniach. "Zdawało mi się, że odkryłam możliwości na przyszłość,
których szukałam... Promieniem światła, który rozbudził nadzieję, okazały
się siostry Williams".
Również Richard Williams decyzję o tym, by swoje jeszcze nienarodzone
córki pokierować w stronę tenisa, podjął przypadkowo, podczas oglądania
w telewizji French Open: czek na dwadzieścia tysięcy dolarów, jaki
zgarnęła Virginia Ruzici, mistrzyni z 1978 roku, przekonał go, że można
na tym nieźle zarobić. Jednakże tego dnia roku 1999 uwagę Leonarda i Tamaki przykuła nie kwota wygranej - mimo że Venus i Serena za
zwycięstwo w deblu zdobyły mniej więcej po sto tysięcy dolarów - lecz
same młode czarnoskóre kobiety, w których ujrzeli odbicie własnych
córek. "Żyliśmy bez klarownej wizji przyszłości, więc chciałam raczej
zaszczepić marzenie, a nie zarobić pieniądze" - stwierdziła Tamaki w 2023 roku. "Nie mieściło mi się w głowie, że [siostry Williams] latają
po całym świecie i wywierają wpływ na społeczeństwo".
Trenerzy tenisa powiedzieli Tamaki, że jej malutkie córki są za młode na
lekcje, więc zapisała je na gimnastykę, by wspomóc rozwój równowagi.
Mari w wieku trzech lat wreszcie wkroczyła na kort. Naomi, która wówczas
stała przy płocie i się przyglądała, mówi, że z okresu życia w Japonii
najlepiej pamięta, jak siostra grała w tenisa. Dziewczynki były jeszcze
tak małe, że Tamaki woziła je na korty w wózku spacerowym. Trenowały w Marine Tennis Park Kitamura w Osace - znajdującym się nieopodal szpitala
i niedużej przystani rozległym kompleksie obejmującym dwadzieścia pięć
kortów. Rodzice rozstawili też dziewczynkom zaimprowizowaną siatkę i rzucali im piłeczki, by za nimi ganiały.
Rodzina poświęciła się tenisowi w okresie, który Tamaki nazywa czasem
"skrajnej biedy", kiedy z Leonardem z trudem wiązali w Osace koniec z końcem. Tamaki została odcięta finansowo od rodziców i pracowała na pół
etatu w call center gazetki sprzedażowej, Leonard zaś importował ze
Stanów Zjednoczonych odzież streetwearową i był współwłaścicielem baru w stylu haitańskim o nazwie Zoz's. Bywało ciekawie, na przykład gdy
haitański gwiazdor rapu Wyclef Jean wpadł do Zoz's, ale żadna z gałęzi
działalności Leonarda nie przynosiła znaczących dochodów. "Ważniejsze
było, by żyć na wolności jak dziki ptak, a nie dać się kochać jak ptak w klatce, choćby nawet wiązało się to z trudnościami ze znalezieniem
miejsca do życia, a nawet zdobyciem jedzenia" - pisała Tamaki. Ciułała i oszczędzała, jak się dało - na przykład czekała z zakupem tofu do
wieczora, gdy jego ceny spadały o dwadzieścia procent, ponieważ było już
mniej świeże.
Żyli w ubóstwie, lecz "siostry Williams odrywały nas od codziennych
zmagań, by zarobić na utrzymanie, i inspirowały do marzeń o jaśniejszej
przyszłości dla naszych dziewczynek" - powiedziała Tamaki w 2022 roku.
Mimo że córki były jeszcze maleńkie, marzenie rodziców przybrało
wszechogarniający wymiar i toczyło się o rozpaczliwą stawkę. "Tylko
dzięki tenisowi nasza rodzina może odnieść sukces" - napisała Tamaki w Through the Tunnel. Pieniądze, które udało się zaoszczędzić,
przeznaczali na realizację marzenia. "Mężem i mną owładnęła gorączka
tenisowa ukierunkowana na nasze dzieci" - wspominała.
Gorączka wywołała niepokój. Mari i Naomi dostały się do prestiżowego
przedszkola, a Tamaki zakupiła już mundurki do szkoły. Małżonkowie
martwili się jednak brakiem możliwości uprawiania tenisa w Osace, gdzie
rozgrywano bardzo niewiele turniejów młodzieżowych. W tym czasie
otrzymali wiadomość od matki Leonarda: jego siostra wyprowadziła się z należącego do rodziny domu w Nowym Jorku, więc matka chciała, by syn
wrócił i jej pomógł.
Więzi rodzinne zobowiązywały, lecz mocniejszym bodźcem okazał się tenis.
Na początku dwudziestego pierwszego wieku, kiedy Leonard i Tamaki
przyuczali córki do tenisa, z Japonii wywodziło się niewiele gwiazd tego
sportu. Tylko jedna japońska tenisistka, Kimiko Date, uplasowała się w pierwszej dziesiątce rankingu. Żaden Japończyk nie dotarł do pierwszej
czterdziestki ATP.
Leonard wiedział, że jeżeli jego córki mają wyrosnąć na zawodniczki na
miarę sióstr Williams, cała rodzina musi się przeprowadzić do jego
ojczyzny - Ameryki. "Plany były wytyczone" - mówił później. "Musiałem je
po prostu zrealizować".
Wiosną 2001 roku Leonard i Tamaki wraz z dziećmi opuścili Osakę i przenieśli się do Nowego Jorku. Naomi, w chwili przeprowadzki licząca
sobie trzy lata i pięć miesięcy, miała nie wracać do Japonii przez
niemal dziesięć lat. Ameryka pociągała Tamaki i Leonarda między innymi
tym, że będą mogli swobodnie żyć i kochać bez narażania się na krytyczne
spojrzenia, z jakimi oni sami jako ludzie o różnych kolorach skóry oraz
ich dzieci musieli się mierzyć w Japonii. Wiele lat później Tamaki,
korzystając z mediów społecznościowych pod nazwą "Liberty", upamiętniała
rocznicę wyroku w sprawie Loving przeciwko stanowi Wirginia, na mocy
którego Sąd Najwyższy uchylił stare prawa zakazujące małżeństw
międzyrasowych w szesnastu stanach. "Przynosiłam "hańbę" rodzinie,
dziesiątki lat żyłam zepchnięta na margines, lecz wciąż trwam" - pisała
Tamaki. "Wszystkiego najlepszego z okazji #LovingDay".
W ciągu kolejnych dziesięciu lat Tetsuo i Tamaki powoli odbudowali swoje
relacje. Mari i Naomi rozmawiały niekiedy przez telefon z Tetsuo,
którego nazywały ojichan, czyli "dziadek" w języku japońskim. Tamaki
mówiła, że w rozmowach z wnuczkami ojciec był serdeczny, dowcipny i łagodny, czasami też posyłał do Ameryki pudło japońskich przysmaków dla
dziewczynek. Gdy Tamaki brała słuchawkę, ton jego głosu raptownie się
zmieniał. "Będziesz w Ameryce bezdomna i umrzesz na skraju drogi" -
słyszała.
Rozdział 3. Tam, gdzie tkają sny
3
Tam, gdzie tkają sny
O ile w Osace rodzina skłócona z rodzicami Tamaki wiodła życie samotne,
o tyle w Nowym Jorku otaczali ich krewni, a także szersza społeczność
haitańsko-amerykańska. Leonardowi i Tamaki wciąż brakowało pieniędzy,
lecz zyskali o wiele mocniejszą sieć wsparcia. Wraz z ich przyjazdem z Japonii rodzina Leonarda kupiła nowy dom w Elmont - zróżnicowanym
etnicznie przedmieściu w Nassau County o krok na wschód od Queens.
Rodzice Leonarda, z którymi zamieszkali nowo przybyli, słabo znali
angielski.
Mari i Naomi uczęszczały do Alden Terrace Elementary, szkoły znajdującej
się pięć kilometrów od domu. Mari opowiadała mi, że choć ich nowe
środowisko było znacznie bardziej zróżnicowane niż rasowo homogeniczna
Japonia, inne dzieci ze szkoły, w której dominowali Czarni, dokuczały
dziewczynkom z powodu ich odmiennych oczu i rysów. Ale siostry zawarły
także przyjaźnie. Mari była świetna z plastyki - uczyła się przed szkołą
i po niej. Gdy Mari miała osiem lat, a Naomi sześć, lokalna gazeta
pochwaliła je obie za udział w "konkursie czytelniczym" zainicjowanym
przez miejscowego polityka.
Po szkole wszystko skupiało się na tenisie. Leonard analizował książki i materiały szkoleniowe na temat tego sportu, podobnie jak wcześniej
Richard Williams, a także czytał i oglądał wywiady z nim. "Gdy jedzie
się we mgle, światła samochodu jadącego przed tobą stanowią jedyny
drogowskaz - należy na nie patrzeć i jechać dalej" - napisała Tamaki we
wspomnieniach Through the Tunnel. "W ten sposób naśladowaliśmy siostry
Williams. Bez nich nasza rodzina nigdy nie odniosłaby w tenisie
sukcesu". Leonard szkolił córki na zniszczonych kortach w publicznych
parkach w Queens i Nassau County. Gdy chcieli potrenować w bardziej
wyjątkowej oprawie, jeździli niekiedy do National Tennis Center we
Flushing Meadows pod egidą US Tennis Association, gdzie odbywa się US
Open. Leonard uczył córki przed szkołą, po szkole i w soboty. "Pamiętam,
jak obserwowałam inne dzieci, które miały letnie wakacje, podczas gdy my
musiałyśmy spędzać czas na korcie" - powiedziała w 2022 roku Naomi.
"Teraz się cieszę, że nas do tego zmuszał. Ale wtedy strasznie wszystkim
zazdrościłam".
Gdy kiedyś zapytano Naomi, czy rodzice narzucili jej tenis, zawodniczka
się zawahała. "Myślę, że na początku tak, pewnie, ale w miarę jak
dorastałam, wiecie... Zaczęłam sądzić, że są to marzenia o tym, co
naprawdę chciałabym osiągnąć" - tłumaczyła. "Czyli tak, myślę, że
pchnęli nas w tę stronę". Siostra wyraziła się dosadniej: "Same tego nie
wybrałyśmy" - stwierdziła Mari.
Według Tamaki gapie i administracje parków wielokrotnie donosili na
rodzinę policji, by przerwała wielogodzinne treningi, jakie Leonard
prowadził z córkami na kortach. Pewnego razu ochroniarz z parku wezwał
policję, gdyż Leonard nie miał licencji szkoleniowej - wziął Leonarda za
zawodowego trenera, bo miał na korcie dla córek ogromną liczbę piłeczek.
Tamaki napisała później, że jej zdaniem te interwencje miały aspekt
dyskryminacyjny. "Tenis to wciąż sport dla społeczności Białych" -
powiedziała. "Na pewno wiele osób czuje się nieswojo na widok Czarnych i Azjatów uprawiających tenis na poważnie".
Rodzina nie tylko uprawiała tenis, lecz także uczestniczyła w zawodach.
Naomi rozegrała swój pierwszy turniej w lutym 2004 w Port Washington,
gdy miała raptem sześć lat. Jej przeciwniczką była siedmioletnia Katrine
Steffensen. Rezultat okazał się niepomyślny - Naomi przegrała 6:1, 6:0.
Niemal dwie dekady później Steffensen wyznała mi, że nadal pamięta ten
mecz, gdyż Naomi, starając się przeważyć szalę na swoją korzyść, uciekła
się do rozpaczliwej taktyki: ustawiła się do returnu na linii serwisowej
i próbowała odbić serwis z powietrza. Dzieci nie były pewne, czy wolno
tak robić (nie wolno). Steffensen pamięta, jak jej mama śmiała się,
oglądając rozgrywkę z linii bocznej. "Kiedy zaczęła wolejować moje
serwisy, domyśliłam się, że to na pewno jej pierwszy mecz" - wspominała
Katrine Steffensen. "Obie byłyśmy jeszcze malutkie. Tak, to na pewno
śmiesznie wyglądało. I, rzecz jasna, mam się teraz czym pochwalić".
Pierwsze osiem meczów sześcioletniej Naomi to same porażki w zdobyciu
seta. Z kolei Mari, półtora roku starsza, w owym czasie wygrywała mniej
więcej połowę pojedynków. Jednak początkowy brak rezultatów nie
zniechęcał Osaków. By utrzymać rodzinę i rozwijać aspiracje tenisowe,
Tamaki brała nadgodziny w biurze na odległym Manhattanie. "Mam masę
wspomnień, jak wstaje o czwartej rano, łapie autobus, pociąg" -
opowiadała w 2020 roku Naomi.
Tamaki często wynajdywała nietypowe metody oszczędzania: pewnego razu,
gdy córki chciały iść na łyżwy do Rockefeller Center, wylała trochę
oleju na podłogę w domu i kazała im się ślizgać na miejscu. "Z perspektywy czasu nie wiem, dlaczego musieliśmy tak oszczędnie
gospodarować pieniędzmi" - mówiła później.
Podczas gdy Tamaki wiele godzin spędzała w pracy i na dojazdach, Leonard
nie miał pracy na pełen etat. Czas spędzał na korcie z córkami, poza
kortem zaś wcielał w życie inną wizję.
Pod pełnym nazwiskiem Leonard Maxime François (a niekiedy po prostu
Maxime François) obsadził, wyprodukował, nakręcił, wyreżyserował i zmontował trzy niezależne filmy. Niezmiennie mroczne opowieści
przedstawione na ekranie ostro kontrastowały z optymizmem, którym
charakteryzowały się jego ambicje tenisowe. W swoich trzech
pełnometrażowych filmach skupiał się na zachowaniach autodestrukcyjnych
i wykolejeniu, snując po angielsku i haitańsko-kreolsku opowieści o małżeństwach z problemami, cudzołóstwie, mizoginii, przemocy, kłopotach
z prawem i bolączkach imigracji. We wszystkich trzech produkcjach
wystąpił haitańsko-amerykański aktor i muzyk Bennchoumy Elien i w każdej
z nich zagrał zdecydowanie niedoskonałego bohatera, który przegrywa
walkę z nękającymi go demonami. Przystojnemu protagoniście Elienowi w pierwszym filmie nakręconym z Leonardem towarzyszyły mniej doświadczone
aktorki: Naomi i Mari.
W Samolubnej miłości Leonard obsadził swoje córki w rolach Rachel
(Naomi) i Alicii (Mari), dwóch córek skłóconej pary małżonków, wokół
której koncentruje się jego film. Leonard zachował też realizm, kręcąc
sporą część materiału we własnym domu w Elmont, a także w innych
miejscach w okolicy. Obsada składała się w znacznej mierze z członków
dalszej rodziny oraz sąsiadów - wszystkich łączył brak doświadczenia w branży filmowej. Leonard zwerbował do pomocy Sulaah Bien-Aime,
haitańsko-amerykańską scenarzystkę, z którą poznał go Elien. Stworzyła
ona scenariusz na podstawie jego wizji w zaledwie dwa tygodnie.
W nastrojowej scenie, w której dziewczynki widzą, jak ich ojciec bije
matkę (jest to już czwarty przypadek podobnej przemocy na ekranie w tym
filmie), postać odgrywana przez Mari dzwoni na numer alarmowy. Bien-Aime
opowiadała mi, że pytała Leonarda, jak się zapatruje na to, że jego
córki uczestniczą w tak brutalnych scenach. "Nie wiedziałam, w jakim
stopniu chciał je na to narazić, mimo że działo się to na niby" - mówiła
Bien-Aime. "A on odpowiedział: "Cóż, chciałem stworzyć taki film, że
jeśli kiedyś się znajdą w podobnej sytuacji, to będą wiedziały, co
zrobić, i że nie muszą tego znosić"".
Produkcja skupiała się w domu rodziny - Bien-Aime mówi, że przebywało
tam nawet piętnaście do dwudziestu osób. "Kręciliśmy całą dobę" -
relacjonowała. "Kiedy tylko udawało się znaleźć w domu jakieś miejsce,
kładliśmy się, by się na chwilkę zdrzemnąć, a potem zaraz wstawaliśmy".
Bien-Aime pełniła też wiele funkcji pomocniczych, na przykład nakładała
makijaż symulujący siniaki. "Wszyscy pracowaliśmy z ogromnym oddaniem" -
wspominała.
Nikt z uczestników tej skromnej, zrodzonej z pasji produkcji, w całości
nakręconej jedną kamerą, nie otrzymywał zapłaty za udział w projekcie.
Bien-Aime mówiła, że ta praca była prezentem dla Leonarda, którego, jak
wiele innych osób, nazywała Maxem. "Wszyscy ci ludzie mobilizowali się
dla Maxa - było na co popatrzeć. Kryje się to również w jego osobowości:
jest cichego usposobienia, ale człowiek czuje jego obecność. Czuje się
tę intensywność, choć zarazem jest on bardzo wyluzowany i zdystansowany".
Po kilku tygodniach wytężonej pracy film był gotów. "Na jego twarzy
malowała się taka duma, jakby myślał: "No, załatwiłem to"" - opisywała
Bien-Aime. "Był z siebie bardzo dumny. Bo każdy ma marzenia. A kiedy ma
się jakieś marzenie, często potrzebna jest ekipa, która pomoże je
ziścić".
Filmowy dorobek Leonarda, który w czasie, gdy uwaga mediów skupiała się
na Naomi, rzadko bywał podnoszony, może wydawać się nieprzystający do
reszty rodzinnej historii. "Ludzie przysyłają mi czasem wycinki z filmu,
na których jestem. To strasznie żenujące" - powiedziała Naomi w 2022
roku. "Ale gdy byłam młodsza, świetnie się wtedy bawiłam".
Bien-Aime zasugerowała, że gdy Naomi ujrzała, jak ojciec spełnia swoją
kinematograficzną wizję, mogło to wywrzeć na nią trwały, pozytywny
wpływ. "Możesz mi wierzyć lub nie, ale moim zdaniem gdy się zobaczy, że
rodzic coś zaczyna i doprowadza do końca, wspomnienie to doda
człowiekowi sił, by przeć naprzód, w chwili, gdy będzie tego
potrzebować. Nie ma znaczenia, co to za dziedzina - chodzi o ideę
spełnienia. Bo wiele osób coś zaczyna, lecz nie potrafi doprowadzić
sprawy do końca".
* * *
Mimo że rodzina zapuszczała korzenie w Nowym Jorku, Leonard był
niezadowolony z postępów, jakie poczynili w tenisie, gdyż tu przez wiele
miesięcy w roku było za zimno na grę. Korty kryte były słabo dostępne i zaporowo drogie - kosztowały około stu dolarów za godzinę. W środowisku
tenisowym brakowało ponadto żarliwej ambicji Leonarda: większości
rodziców nie zależało na tym, by ich dzieci przeszły na poziom zawodowy,
lecz by zdobyły stypendium sportowe na studia.
Podążając nadal za wzorem Williamsów, Leonard jak na dłoni ujrzał
kolejny krok: w listopadzie 2006 roku, u progu zimy, niespodziewanie
zarządził, że rodzina przeprowadza się na Florydę. Kierował się tym
impulsem z gorączkową energią: spakował walizki, załadował je do
należącego do rodziny minivana nissana questa z drugiej ręki i nakazał
dziewczynkom, które pospiesznie wypisał ze szkoły, wsiadać i pożegnać
się z matką. "Bardzo mi było smutno, że wyjeżdżam" - powiedziała wiele
lat później Naomi, która bardzo żałowała, że nie miała okazji pożegnać
się ze swoją najlepszą przyjaciółką ze szkoły, Jasmine.
Mimo że Tamaki popierała wcześniejszą przeprowadzkę z Japonii do Nowego
Jorku, nagłe zmiany zainicjowane przez Leonarda teraz ją zaskoczyły.
Sama utrzymywała rodzinę i lubiła swoją pracę na Manhattanie, źle się
czuła z myślą, że nagle z niej odejdzie. Ponieważ się wahała, Leonard
postanowił zabrać dziewczynki bez niej. "Czy tak wygląda porwanie?" -
zapisała w Through the Tunnel.
Tamaki, mieszkająca teraz niespodzianie sama z teściami, zaczęła szukać
w internecie posady, którą mogłaby objąć na Florydzie. Pracodawcy z Manhattanu poprosili, by została u nich jeszcze miesiąc, do czasu aż
znajdą zastępstwo (potrzebna była osoba dwujęzyczna, władająca
angielskim i japońskim), Leonard zaś zaczął się niecierpliwić i oskarżać
ją o niewierność i nielojalność. ""Na pewno masz kochanka, to
podejrzane, że nie możesz przyjechać od razu - zastanawiam się, co
knujesz"" - wspomina jego słowa Tamaki na kartach Through the Tunnel i dodaje, że podczas rozmów telefonicznych słyszała w tle głosy córek:
"Mamo! Mamo!".
Pod presją i nie mogąc znieść dłuższej rozłąki z córkami, Tamaki w końcu
zostawiła pracodawcę na lodzie i wyjechała z Nowego Jorku trzy tygodnie
później niż mąż oraz dzieci i dołączyła do rodziny w miejscu, w którym
marzyciele z całego świata gonią za mglistymi nadziejami o tenisowej
sławie i fortunie.
Naomi mówi, że nie podawała w wątpliwość ojcowskiej decyzji, by dla
tenisa wykorzenić rodzinę - ani wówczas, ani w ciągu lat, jakie od
tamtej pory minęły. "To na pewno wydaje się bardzo ryzykowne, bo
mogłyśmy przecież chodzić do szkoły jak zwyczajne dzieci i w ogóle" -
powiedziała w 2019 roku Naomi. "Ale dla mnie... to, co zrobił,
ukształtowało moją mentalność, nadało jej obecny charakter, czyli
oduczyło zbytniego kwestionowania rzeczywistości".
Rozdział 4. W pogoni za słońcem
4
W pogoni za słońcem
Południe Florydy dla tenisa stało się tym, czym jest Nashville dla
muzyki country: jeżeli człowiek ma w ręku instrument szarpany, a w sercu
marzenie, tam właśnie należy się udać, by sen się spełnił. W latach
siedemdziesiątych dwudziestego wieku elastyczne, limonkowe
piłeczki3 stały się drugim obok cytrusów flagowym towarem
Florydy. Gdy w turniejach wielkoszlemowych zaczęto wypłacać zwycięzcom
nagrody pieniężne i zezwolono na udział sportowców zawodowych, ciepły
przez cały rok klimat Florydy przemienił ją w szklarnię tenisowych
talentów. W 1978 roku, po dziesięciu latach trwania "ery open" w tenisie, trener Nick Bollettieri otworzył w Bradenton na Florydzie
akademię tenisa, firmowaną własnym nazwiskiem. Dzięki kortom i palmom
Bollettieri Academy wyglądała jak egzotyczny kurort, podczas gdy w rzeczywistości była to zawodówka zapewniająca młodym adeptom najbardziej
wszechstronne wykształcenie tenisowe, by mogli odnieść sukces w coraz
bardziej lukratywnym świecie tenisa zawodowego.
Bollettieri wypluwał kolejne gwiazdy - wśród wczesnych osiągnięć są
Andre Agassi i Monica Seles - a na Florydzie zaczęły powstawać kolejne
szkoły. Ta należąca do Bollettieriego nadal była największa - rozrosła
się tak, że mogła obsłużyć setki graczy, a z biegiem czasu, gdy wykupił
ją IMG, potentat w dziedzinie zarządzania w sporcie, także młodych
sportowców innych dyscyplin. Gdy Chris Evert przeszła na emeryturę,
objęła patronatem Evert Tennis Academy w Boca Raton. Do akcji wkroczyła
też USTA (United States Tennis Association) - organizacja otworzyła
własne centrum treningowe w Boca Raton, a później potężny kampus w Orlando.
Niemal wszyscy najwybitniejsi tenisiści w toku kształcenia przechodzą
przynajmniej przez jedną akademię. Siła przyciągania Florydy nie ominęła
też sióstr Williams, które przeniosły się tam z Compton w 1991 roku i na
cztery lata zagościły w Rick Macci Tennis Academy - przeprowadzkę
zasponsorował sam Macci4.
Mimo że w mitologii Williamsów często pomijano Macciego, wnikliwi
badacze historii rodziny odkryli jego rolę oraz dzieje familii na
Florydzie. Macci mówił mi: "Lepiej to brzmiało w postaci "Z Compton na
Wimbledon"". Rodzice, którzy patrząc na swoje dzieci, widzieli
przyszłych czempionów w tenisie, walili do akademii drzwiami i oknami.
"Musisz zrozumieć: od 1995 słyszałem to tysiące razy: "Mam nową Venus i Serenę"" - wspominał. "Prawda jest brutalna, po prostu przykra". Macci
opowiadał, że niektórzy rodzice wplatali córkom koraliki we włosy, tak
jak siostry Williams nosiły je w dzieciństwie, żeby niczym w cosplayingu
podkreślić cechy wspólne. "Ludzie mi mówili, że ich dziecko będzie
lepsze niż Serena, mimo że w ogóle nie grali w tenisa! Na co ja: "No
dobra, niech przynajmniej zaczną odbijać piłeczki!". Czysty obłęd".
Macci nie kwestionuje, że Floryda to tenisowa mekka, zarówno ze względu
na klimat, jak i kulturę. "Pogoda: trenować można codziennie, to po
pierwsze. Po drugie, to tygiel kulturowy łączący ludzi, którzy zjeżdżają
tu z całego świata. W każdy weekend odbywają się turnieje, od West Palm
do Miami".
Aura jest ciepła, lecz to rywalizacja wręcz pali. Neha Uberoi, dawna
zawodniczka WTA, która studiowała w Princeton i na Columbii, by zostać
psychoterapeutką i pracownicą społeczną, opisywała "szok kulturowy",
jaki przeżyła, przeniósłszy się z New Jersey do "florydzkiej dżungli" i brutalnego środowiska młodych tenisistów. "Jeśli tylko piłka leży na
dwudziestym centymetrze kortu, to rzekomo jest na aucie, a ty nie wiesz,
jak zareagować" - mówi. "Pobiera się tam zupełnie inne nauki. W późniejszych latach, jak już skończysz z tenisem, okazują się one
przydatne, bo można rozpoznać kłamcę i oszusta i wiedzieć, jak sobie z kimś takim poradzić".
Z nastaniem kształcenia domowego, co mniej więcej zbiegło się w czasie z przeprowadzką Osaków, nastąpił dalszy dynamiczny rozwój akademii
tenisowych na Florydzie. Przez resztę dzieciństwa Mari i Naomi nie
chodziły do zwyczajnych szkół, co drastycznie pogorszyło ich rozwój
społeczny w porównaniu z poprzednimi latami spędzonymi w szkole w Nowym
Jorku wśród przyjaciół i sąsiadów. "Dorastałam bardzo... nie chcę
powiedzieć, że pod kloszem, ale znałam w sumie jakieś pięć osób" -
powiedziała później Naomi. Tłumaczyła, że komórkę dostała dopiero w wieku lat osiemnastu, bo "cały czas spędzałam z ojcem i nie miałam
żadnych przyjaciół".
Obie siostry ciężko przeżyły zmianę. "Denerwowało mnie, że muszę przejść
na naukę w domu" - powiedziała mi Mari. "Zmienił się styl życia - nie
otaczali mnie już rówieśnicy, lecz przez sześć czy siedem lat widywałam
dokładnie trzy osoby: rodziców i siostrę. Rzadko się zdarzało, bym
rozmawiała z innymi ludźmi, chyba że tata wziął nas do którejś akademii
na trening. Nieustannie się skarżyłam, że nie mam przyjaciół, i często
rozważałam ucieczkę".
Interakcje ze światem za progiem domu przeważnie ograniczały się do
ekranów. W podstawówce w Nowym Jorku Mari lubiła lekcje plastyki, lecz
gdy zaczęła uczyć się w domu, przerzuciła się na cyfrowe fora poświęcone
sztuce, takie jak DeviantArt czy Gaia Online. Również Naomi kształtowała
swoją osobowość i poczucie humoru w sieci. "Czuję się jak dziecko
internetu" - powiedziała mi podczas naszego pierwszego wywiadu, gdy
miała osiemnaście lat. "Czyli wychował mnie internet, a internetowe
żarty nie zawsze są stosowne, więc trzymam je w ryzach... Gdybyś się
zapuścił w mroczniejsze rewiry YouTube'a, natrafiłbyś na żarty, które ja
mogłabym opowiedzieć".
Renomowane florydzkie akademie przyciągają uwagę i zbierają śmietankę
utalentowanych uczniów. Ponadto mogą kasować najwyższe czesne od rodzin,
które mają więcej pieniędzy niż ich dzieci talentu. Jednak natłok
młodego narybku i rodziców usiłujących spełnić tenisowe sny zrodził
także klasę ambitnych trenerów zbierających okruchy ze stołu,
zarabiających na życie w mniejszej skali, szkolących w parkach na
południu Florydy i zgarniających dzieciaki, których rodziców nie stać na
wysokie opłaty naliczane przez znane nazwiska.
Jednym z tych trenerów jest Andrei Kozlov. Zawiedziony niską stawką
godzinową, jaką zarabiał w akademii Macciego, gdzie był partnerem
sparingowym takich zawodniczek jak Jennifer Capriati, Kozlov, gdy tylko
zdobył zieloną kartę, założył własną akademię i wynajmował otwarte korty
w CB Smith Park w Pembroke Pines. Kozlov, za młodu rosyjski czempion,
szkoli z wyraźnie sowieckim zacięciem: uczniowie biegają w miejscu,
stojąc w szeregu podczas wspólnych treningów, i grają wyświechtanymi
piłeczkami. Spartańska, wojskowa oprawa komponuje się z werwą Kozlova,
który pracuje "trzysta sześćdziesiąt dwa dni w roku" - wolne bierze
tylko na parę dni w okolicach urodzin żony.
Gdy Osakowie przeprowadzili się do Pembroke Pines, bez zwłoki wstąpili
do leżącej trzy kilometry od ich mieszkania Kozlov Tennis Academy.
"Naomi Osaka przyjeżdża z Nowego Jorku i trafia do mnie" - wspomina
Kozlov z charakterystyczną dla siebie bezpośredniością. "Pamiętam, że
nie wyglądała na nic specjalnego... ale w tenisie to nigdy nic nie
wiadomo".
Kozlov podziwiał Leonarda i jego etykę pracy, lecz sam szacunek nie
wystarczał - Leonarda nie było stać na zwykłą stawkę godzinową
szkoleniowca, a Kozlov jako właściciel niewielkiej firmy nie mógł sobie
pozwolić na klientów, którzy nie płacą. W tej akademii Osakowie wytrwali
zaledwie tydzień, potem zrezygnowali. "A kiedy kończą się jej pieniądze,
to nie może już płacić, więc idzie w inne miejsce" - opowiada Kozlov o Naomi.
Nie ma kasy, nie ma szkoleń - to podstawowe w biznesie równanie wydaje
się oczywiste. Jednak gdy wędrowali z parku do parku w południowej
Florydzie, Leonard natknął się na ludzi gotowych pomóc im nieodpłatnie...
a poza tym naobiecywał to i owo osobom, które sądziły, że otrzymają coś
w zamian, lecz się tego nie doczekały.
Leonard na ogół trenował swoje córki sam w parkach rozsianych po Broward
County. Nie kontynuowały wprawdzie nauki u Andreia Kozlova, lecz ojciec
często przyprowadzał Mari i Naomi do CB Smith Park. Stefan Kozlov - syn
Andreia, który sam również został tenisistą notowanym przez ATP -
doskonale pamięta, jak van Osaków parkował przy kortach, a dzieci
trenowały na boisku i poza nim. "Pamiętam, że nieustannie, z uporem
biegały pod górkę" - mówił mi. "Siódma, ósma rano, a one biegają po
wzniesieniach bez przerwy, a tata je pogania".
Według Johnnise Renaud, która długie lata trenowała u boku sióstr Osaka,
było jasne, że "na początku to tata stanowił siłę napędową", jeśli
chodzi o poświęcenie się tenisowi, lecz w którymś momencie córki się tym
od niego zaraziły. "Jeżeli rodzic rzuca wszystko - codzienną pracę,
pomija własne potrzeby - i inwestuje wszystko w dziecko, to ono to
wyczuje" - podsumowuje Renaud.
Rodzina przemierzała przedmieścia południowej Florydy w poszukiwaniu
pobliskich kortów, na których można by grać za darmo albo za małe
pieniądze. Eliseo Serrano, kierownik do spraw tenisa w Lakeshore Park w Miramar, a później w Brian Piccolo Sports Park w Cooper City, wspomina,
że Leonard wraz z córkami grywali na jego kortach po trzy czy cztery
godziny dziennie. "Od poniedziałku do piątku. Dużo ćwiczyli" - opowiadał
mi, zaznaczając, że w weekendy uczestniczyli w rozmaitych miejscowych
turniejach. Z publicznie dostępnych kortów utwardzonych można było
korzystać nieodpłatnie, lecz za grę na ziemnych naliczano opłatę za
utrzymanie (niewykluczone, że różnica między tymi kortami wywarła
długofalowy wpływ na grę Naomi). Serrano opowiada, że niekiedy pojawiały
się inne rodziny i inni trenerzy, lecz przez osiemdziesiąt procent czasu
była to trójka Osaków, a Tamaki wpadała czasami na parę minut, gdy miała
przerwę w pracy. Serrano z uznaniem wypowiada się o tym, co miał okazję
długo obserwować. "Ojciec był miły, bardzo ciężko z nimi pracował. Miał
masę cierpliwości. Dużo pracował, ale miał poczucie humoru, nigdy się
nie złościł... Niektórzy rodzice nie odnoszą się do swoich dzieci w ten
sposób".
Osakowie radzili sobie czasem sami, lecz także łączyli siły z trenerami
i innymi zawodnikami. Bill Adams, który pracował krótko z Williamsami,
gdy mieszkał w Delray Beach, przypuszcza, że właśnie to przyciągnęło do
niego Osaków. Adams, Amerykanin gujańskiego pochodzenia i uczeń
legendarnego australijskiego szkoleniowca Harry'ego Hopmana, od dawna
pracował z tenisistami z rejonu Karaibów i bardziej niż Kozlov był
skłonny nagiąć zasady biznesu, żeby im pomóc. "Nie prowadzę działalności
charytatywnej - wyjaśnił "South Florida Sun Sentinel" w 2019 roku - ale
czasem się kogoś zauważa, dostrzega pasję tej osoby, a jeżeli widać, że
ten ktoś nie ma pieniędzy, to trzeba coś wykombinować".
Jeśli chodzi o Osaków, to, jak stwierdził Adams, "ewidentnie na
pieniądzach im nie zbywało". Ale dostrzegł u Leonarda pasję, więc
zaproponował układ: jeżeli Leonard pomoże szkolić innych uczniów na
kortach Adamsa, to jego córki będą mogły trenować tam za darmo. "Podawał
piłeczki na innych moich kortach i w ten sposób rekompensował to, że nie
płacą" - tłumaczył mi Adams. "Bardzo mi to odpowiadało. Zazwyczaj nie
wchodzę w takie układy, prawie nigdy. Ale coś mnie ujęło w tej
rodzinie".
Osakowie korzystali z kortów tak często, że Adams dał im klucz, żeby
mogli sobie wchodzić, kiedy im pasuje. Jednak współpraca z kolejnymi
trenerami nie będzie się już odbywać w atmosferze podobnego zaufania.
Christophe Jean, haitański tenisista, przeprowadził się na południową
Florydę w 2001 roku i wkrótce zaczął szkolić. Opowiadał mi o tym na
kortach w Pompano Beach, gdzie, jak mówił, trenował siostry Osaka pięć
dni w tygodniu przez dwa lata. "Codziennie pięć czy sześć godzin na
korcie. Żeby w ciągu dwóch lat stale się rozwijać, trzeba ostro się
przyłożyć. Mnóstwo trenowaliśmy, spędzaliśmy na korcie masę czasu.
Dokręcałem śrubę mocno, a im to zupełnie nie przeszkadzało".
Eddie Sposa, dyrektor do spraw tenisa w Pompano Beach Tennis Center,
ofiarował Osakom za darmo kort, by mogli pracować z Jeanem, jednym z jego ulubionych podwładnych: "Siedem dolarów pięćdziesiąt centów za
godzinę" - przedstawił mi zwykłą stawkę za kort. "Podsumuj sobie".
Jednak w odróżnieniu od Adamsa, który był cenionym trenerem z rozbudowanym programem szkoleniowym, Jean nie mógł sobie pozwolić na
spędzanie długich godzin na korcie z Osakami bez wynagrodzenia.
Przyznaje też, że rodziny nie było stać na to, by mu płacić. "Nie mieli
wówczas pieniędzy" - mówił mi Jean. "Powiedziałem ich ojcu, żeby dał mi
chociaż trzysta dolarów na miesiąc na piłki i benzynę". Jak opowiada
Jean, zapłacili za jeden miesiąc, lecz potem nawet taka kwota okazała
się dla nich zbyt wysoka. "Powiedział mi: "Christophe, pracuje tylko
moja żona". Z powodu tenisa nie miał wtedy pracy, więc nie miał też
pieniędzy".
W odróżnieniu od Kozlova, który od razu przestał pracować z rodziną, gdy
nie było jej stać na opłacenie treningów, Jean pragnął znaleźć wyjście z sytuacji, bo cenił sobie wspólne haitańskie korzenie i widział w dziewczynkach potencjał. "Nie lubię odmawiać dzieciom, które mają
talent" - tłumaczył mi. "Wiem, że dzieciakom się uda, nie chcę im
odmawiać. Poza tym to Haitańczyk, cieszyłem się, że mogę to dla nich
zrobić... Coś nas łączy. Rozumiesz, kiedy spotkasz Haitańczyka, jest tak,
jakbyś go już znał, chociaż wcale się nie znacie".
Jean powiedział, że uczył innych klientów wcześnie rano i późnym
popołudniem, żeby zarobić na utrzymanie. "My, Haitańczycy, tak czy owak
przeżyjemy. Miałem wtedy małe mieszkanko, nie płaciłem wysokich
rachunków, więc udawało mi się wiązać koniec z końcem. Ale chodziło
wyłącznie o nie. Zainwestowałem w nie cały swój czas, bo wiedziałem, że
im się powiedzie".
Mimo wszystko Jean, który, jak mówił, zazwyczaj liczył sześćdziesiąt
dolarów za godzinną prywatną lekcję, pragnął się nieco zabezpieczyć
finansowo. Po kilku miesiącach wspólnej pracy kolega Jeana sporządził
następującą umowę:
"Między Christophe'em Jeanem a Leonardem Francois [sic! - tłum.] w imieniu Marie [sic!] Osaki i Naomi Osaki, Zawodniczek. Ustala się, co
następuje: Obie Strony godzą się na stałą prowizję w wysokości
dwudziestu procent (20%) od każdego kontraktu tenisowego bądź umowy
finansowej zawartej w imieniu Marie [sic!] Osaki i Naomi Osaki.
Zatrudnienie ma charakter bezterminowy".
Umowę, datowaną na dwudziestego pierwszego marca 2021 roku i zatwierdzoną notarialnie, podpisali Jean i w imieniu swoich córek
Leonard. "Wszystko zaakceptował" - powiedział mi Jean. "Rzecz w tym, że
wtedy jeszcze nie wiedzieli, jak wielki sukces odniesie Naomi. Pragnął
tego tak gorąco, że choćbym poprosił o trzydzieści procent, on by się
zgodził".
Lecz nie dali nic, mówi Jean. I już wkrótce Osakowie zniknęli -
przenieśli się do następnego trenera.
Patrick Tauma, Francuz z korzeniami w Gwadelupie, zaczął trenować z Osakami, gdy założył własną akademię. Połączyło ich wspólne
karaibsko-frankofońskie pochodzenie. "Od razu między nami zaskoczyło" -
powiedział mi Tauma. "Ojciec był taki fajny i w ogóle". Tauma
uprzytomnił sobie, jak mało mają pieniędzy, gdy odwiedził ich w domu, bo
obiecał Naomi, że zrobi jej naleśniki z nutellą, jeśli dziewczynka
spisze się na turnieju. "Przyniosłem jedzenie i wszystko, co potrzebne,
i zrobiłem jej to danie" - wspominał Tauma. "Gdy zaszedłem do ich
mieszkania, domyśliłem się, jak niskie mają dochody. Dwa pokoje, bez
stołu jadalnego".
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki