Namiętność. Klub Inferno. Tom 1 - Jamie K. Schmidt

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (22,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Po dwóch miesiącach ciągłego harowania Mallory Bryant w końcu się poddała. Miała już dość żarcia z automatów i budzenia się w środku nocy ze strachu, czy doprawiona LSD tabletka ecstasy, którą David wepchnął jej do gardła, dokonała już trwałych obrażeń.

Miała już dość ciągłego płakania podczas seansów Dr. Phila. Dość wyglądania przez okno w obawie, że David ją odnajdzie. Mallory obawiała się, że gdyby to zrobił, to tym razem by jej nie odpuścił, dopóki nie byłaby tak naćpana jak on. Ale przede wszystkim jej matka postawiła wyraźne ultimatum: "Albo jedziesz do siostry, albo wracasz do domu w Nevadzie". Sam fakt, że jej matka wzięła choćby pod uwagę Colleen jako odpowiedzialną osobę, pokazywał, jak bardzo jest zaniepokojona.

- David się martwi. Powinnaś z nim porozmawiać. Pogodzić się po waszej głupiej sprzeczce. Nie zmuszaj mnie, żebym tam przyjechała, by cię odnaleźć - powiedziała, nie wiedząc, że to właśnie David był powodem, dla którego postanowiła uciec. Rany zagoiły się po kilku tygodniach, przynajmniej te na zewnątrz.

Miała już dość bycia jego ofiarą.

Nie było nawet takiej opcji, żeby wsiadła do samolotu do Nevady. Nie dość, że David wiedział, gdzie mieszkają jej rodzice, to prawdopodobnie zaprosiliby go do siebie na spotkanie. Za każdym razem, gdy Mallory próbowała opowiedzieć swojej matce o tej koszmarnej nocy, nie mogła znaleźć odpowiednich słów. Przez tak długi czas okłamywała wszystkich, opowiadając o swoim cudownym życiu, że teraz nie mogła się po prostu wycofać.

- David jest narkomanem.

Mallory ćwiczyła mówienie tych słów na głos w hotelowym pokoju, ale wzdrygała się, słysząc ich oskarżycielski wydźwięk.

- David jest uzależniony od narkotyków.

Brzmiało to trochę łagodniej, mniej boleśnie. Mogła ukryć za tym swoje emocje.

- Pobił mnie.

Głos Mallory zadrżał.

- Uderzył mnie. - Starała się brzmieć naturalnie, ale strach zadrżał na powierzchni wypowiadanych słów.

- David ma problemy z panowaniem nad złością. Mieliśmy kryzys. Robimy sobie przerwę.

To brzmiało lepiej. Jakby to ona miała kontrolę. Jeśli ją miała, to mogłaby pojechać do Colleen. Nie żeby miała wielki wybór. Mallory była spłukana. Jej karty kredytowe były wyczyszczone. Z pracy prawdopodobnie wyrzucili ją już miesiąc temu. Nie ośmieliła się tam zadzwonić i sprawdzić. Była przerażona, jaką historyjką uraczył ich David, aby wyjaśnić jej nieobecność.

Wpychając ponownie zaledwie kilka swoich rzeczy do zniszczonej torby, Mallory żałowała, że nie poświęciła więcej czasu na spakowanie się, gdy wyjeżdżała z domu. Jednak, gdy obudziła się po halucynacjach i koszmarach, spanikowała. David odpłynął, a ona chciała się stamtąd jak najszybciej wydostać, zanim on odzyska przytomność.

- Pozwól, że przedstawię ci moją koleżankę Molly - powiedział, rzucając się na nią, gdy wróciła po długiej pracy na dwóch zmianach.

Wycieńczona, zmarnowała cenny moment na ucieczkę, gdy patrzyła na niego zdezorientowana. Czy mieli towarzystwo? Kim była ta Molly i co robiła w ich mieszkaniu o szóstej nad ranem? Chwilę później David ją pocałował. I przez chwilę poczuła, jak jej serce staje się lżejsze. Kłócili się ze sobą przez tak długi czas dosłownie o wszystko: jego ciągłą pracę nad rozprawami sądowymi, jej godziny na izbie przyjęć, jego branie narkotyków, jej zrzędzenie, jego bicie, gdy tylko mówiła, że nie jest szczęśliwa i ma zamiar odejść, jego prośby, żeby go nie zostawiała i obietnice, że się zmieni.

Trzymał ją w ramionach tak blisko siebie, że prawie mu wybaczyła. Po długiej zmianie było naprawdę miło zostać przytuloną.

Chwilę potem jego język wcisnął jej do ust musującą tabletkę i walczył, by ją tam zatrzymać.

Molly.

Cholera, Mallory, jesteś przecież lekarzem, na miłość boską.

David wepchnął jej do gardła ecstasy. Walczyła z nim, ale był silniejszy. Przycisnął ją do ściany, gdy próbowała go kopnąć. Mallory przecięła sobie wargę o jego zęby, chcąc się wydostać. Tabletka rozpuściła się jednak wyjątkowo szybko.

- Ty dupku! - wywrzeszczała, próbując przedostać się do łazienki, aby zwymiotować. Mallory walczyła z nim zawzięcie, ale on miotał nią po pokoju, aż przewrócił ją na ziemię, by nie mogła uciec.

- Potrzebujesz energii. Jesteś potwornie zmęczona. Nigdy nie wychodzimy, żeby się zabawić. Dzieciaki robią to cały czas. Chodźmy na imprezę! Czuję się dziesięć lat młodszy. Czuję, że mogę latać!

Jednak w tabletce nie było tylko MDMA. Wiedziała, że jeśli ktoś dealuje nielegalną substancją, to nie przechodzi ona raczej żadnej kontroli jakości. Tabletka, którą kupił, była zmieszana z jakimś halucynogenem. David zaczął tańczyć dookoła salonu, zabijając robaki, które, jak sądził, pełzały po nim.

Mallory wiedziała, co się dzieje. Starała się trzymać jak najdłużej tego, co wyszeptywał jej mózg - to nie dzieje się naprawdę - ale i tak koniec końców schowała się pod łóżkiem, żeby uchronić się przed polującym na nią demonem z tasakiem, tnącym pościel i zasłony na wstęgi z krwi.

No cóż, następnego poranka niezbyt jej zależało na upewnieniu się, czy zabrała siedem par czystych majtek. Chciała wyjść, zanim on się obudzi. Przez następne kilka tygodni Mallory włóczyła się od motelu do motelu. Na początku zostawała w nich tylko na jedną noc, zanim zmieniła miejsce. Następnie została przez tydzień, próbując wymyślić, co, do cholery, będzie teraz robić. Dużo płakała, krzyczała w poduszkę, wpadała w histerie, które wprawiłyby nawet niemowlę w zakłopotanie. Oglądała tyle telewizji, że w pewnym momencie nauczyła się więcej o testach na ojcostwo niż podczas ośmiu lat studiów i szkoły medycznej. Dwa miesiące to naprawdę długo na użalanie się nad sobą. Mallory była gotowa spróbować odzyskać swoje dawne życie, nawet jeśli musiała zwrócić się o pomoc do Colleen.

Max Spencer przyglądał się małżonkom, gdy ćwiczyli nowo nabyte umiejętności. Żona była związana w najlepszym splocie kinbaku, jaki tylko potrafił zrobić Max, a on z podziwem patrzył, jak białe liny uwydatniały krągłości jej piersi oraz kształtne biodra i nogi. Wisiała w uprzęży przymocowanej do sufitu, a jej mąż powoli ją obracał, wymierzając ciosy cienką rózgą soczystemu fragmentowi odsłoniętej skóry. Max zmrużył oczy, ale uderzenie nie przebiło skóry. Mąż działał ostrożnie.

Clint wszedł do pokoju bezszelestnie, by nie przerywać sceny.

- Colleen cię wzywa - wyszeptał. - Możesz iść, ja się tym zajmę.

Max skinął głową i rzuciwszy ostatnie beznamiętne spojrzenie na piękną kobietę, poszedł sprawdzić, czego chciała szefowa. Jej biuro znajdowało się po zwyczajnej stronie domu mody, skrywając ekskluzywny plac zabaw tylko dla członków, który prowadziła pod przykrywką luksusowego modowego azylu dla bogatych. Upewnił się, że zamknął drzwi tak, by idealnie zlewały się ze ścianą - na wypadek gdyby któraś z chichoczących modelek lub umęczonych artystek zabłądziła i skręciła w niewłaściwy korytarz.

Asystentki Colleen nie było przy biurku, więc przeszedł przez jej pokój i zapukał do dwuskrzydłowych drzwi biura szefowej.

- Wejdź.

Max lubił to miejsce. Było pełne ociekających seksem i pięknem przedmiotów. Jednak żadne nie zdawało się tak piękne jak podpisująca jego kopertę z wypłatą szefowa Colleen. Ponętna blondynka, bogatsza niż król Krezus, emanowała drapieżną seksualnością, która onieśmielała większość mężczyzn. Max nie miał ochoty być jej kolejną zdobyczą, ale i tak lubił na nią spoglądać. Trzymała telefon przy uchu, a gdy go zobaczyła, przewróciła oczami.

- Usiądź. - Wskazała na krzesło naprzeciwko swojego biurka, dźgając w nie długopisem.

Słyszał, że po drugiej stronie ktoś przekazywał mnóstwo informacji.

- Zajmę się tym - powiedziała. - Nie musisz tu przyjeżdżać. Gdybyś zadzwoniła wcześniej, to mogłabym jakoś zainterweniować. Nie, nie obwiniam cię. Jasne, dam ci znać, jak przyjedzie. Do usłyszenia.

- Brzmiało milutko - powiedział Max.

- Masz rodzinę?

Max nie był pewien, jak to się miało do ich rozmowy, ale nie miał problemu, żeby odpowiedzieć.

- Mam brata w Teksasie i siostrę w Kalifornii. - Nie wspomniał o ojcu w domu opieki. Nikomu o nim nie wspominał.

- Czyli jesteście rozrzuceni po całym kraju. Spotykacie się w ogóle?

Pokręcił głową.

- W Boże Narodzenie albo na Święto Dziękczynienia. A czemu pytasz?

Colleen pocierała skroń.

- Moja siostra przyjeżdża w odwiedziny.

- To miło.

- Skłócona ze mną siostra.

- O. Coś się stało?

- Nie wiem. Zostawiła jakąś niezrozumiałą wiadomość na mojej poczcie głosowej wcześnie rano, a kiedy zadzwoniłam do mojej matki, co było dużym błędem, dowiedziałam się, że nie miała z nią kontaktu od dwóch miesięcy.

- Jest w wojsku?

- Nie do końca. Jest lekarzem na izbie przyjęć. Albo była, dopóki nie zniknęła bez śladu. Zadzwoniłabym do jej narzeczonego, ale on jest przydatny jak wrzód na dupie i prawdopodobnie to jego sprawka.

- Bez urazy, szefowo, ale co ja mam z tym wspólnego?

Max skrzyżował nogi. Był trenerem sztuk walki w modowej części firmy i Dominem po stronie zarezerwowanej wyłącznie dla członków. Z całą pewnością nie chciał mieszać się w sprawy rodzinne.

- Myślę, że Mallory przed czymś ucieka. Chciałabym, żebyś został jej ochroniarzem, kiedy będzie u nas mieszkać.

Robienie za niańkę. Ekstra.

- A co z...?

- Clint przejmie twoje zajęcia.

- On ma swoje obowiązki. - Poza tym Max chciał rozpocząć swój tajny projekt, do którego potrzebował płynności finansowej, zapewnionej mu przez wdzięcznych klientów. Dom opieki zabierał mu tysiąc dolarów dziennie. Na całe szczęście jego praca w domu mody zapewniała mu zakwaterowanie i wyżywienie, w przeciwnym razie miałby poważne kłopoty. A i tak rachunków ciągle przybywało w zatrważającym tempie.

- Ona nie wie o lochu. - Colleen przyjrzała się swojemu manicure'owi z grymasem.

- Nawet nie pomyślałem, że mogłaby wiedzieć. Inferno to dobrze strzeżony sekret.

- Jeszcze nie zdecydowałam, czy jej o tym powiem. Zwykle ma tendencję do przesadzania w takich kwestiach. Nie mam pojęcia, w jakim jest teraz stanie psychicznym.

Max wiercił się na krześle.

- Nie jestem zbyt dobry w utrzymywaniu tajemnic.

- Dobra. Wszystko zostaje tak, jak było, ale czy możesz przynajmniej towarzyszyć jej w kilku wydarzeniach?

- W której części klubu? - Max uśmiechnął się. - I jak wygląda?

- Jak moja młodsza siostra.

Max podniósł ręce, jakby się poddawał.

- Okej, okej, nie musisz od razu bronić jej jak rozwścieczona lwica.

- Jeśli stwierdzę, że jest w stanie to zrozumieć, to powiem jej o seksklubie. Ale chcę, żebyś miał na nią oko i mnie informował, gdyby miało miejsce coś dziwnego.

- Chcesz, żebym był twoim szpiegiem?

- Tak. Masz z tym jakiś problem?

- Za odpowiednią cenę: nie.

Ustalili warunki i solidny bonus, który wystarczyłby mu na zakup materiałów potrzebnych do stworzenia prototypów swojej kolekcji ubrań oraz opłacenie części rachunków ojca.

Rozdział 2

Długi i nieutwardzony podjazd był prawdziwym koszmarem dla zawieszenia w jej samochodzie. Mallory prawie ukruszyła sobie ząb, przejeżdżając przez ostatnią dziurę. Co jej starsza olśniewająca siostra miała w głowie, budując swoje imperium w głuszy Connecticut? Mallory wcale by się nie zdziwiła, gdyby zaraz potrąciła jakiegoś łosia. Jednak po tym, jak jej zniszczony chevy ostatkiem sił pokonał wyboje na żwirowym wzniesieniu, szczęka prawie opadła jej na kierownicę. W lesie stał pierdolony pałac.

Ile właściwie kasy Alfie musiał zostawić Colleen?

Mallory westchnęła, gdy wjechała na idealnie gładki asfalt. Jej samochód niemal płynął w stronę bramy. Wysoki kamienny mur rozciągał się wokół posiadłości, jak okiem sięgnąć. Tablica nad bramą wyraźnie pokazywała napis: "Dom mody Couture" wysadzany połyskującymi diamentami.

To nie mogą być prawdziwe diamenty. Nawet Alfie nie miałby tyle pieniędzy.

Ochroniarz wyszedł ze swojej budki, dotykając słuchawki przy uchu. Wyglądał bardziej na agenta służb specjalnych niż dozorcę.

Spuszczając w dół szybę, powstrzymała się przed pokazaniem mu swojego prawa jazdy i dowodu rejestracyjnego. Rzuciła okiem w lusterko wsteczne. Nikt jej nie śledził.

- Przepraszam, ale pani numer rejestracyjny nie znajduje się na zatwierdzonej liście gości. Będę musiał panią poprosić o opuszczenie tego terenu.

- Nazywam się Mallory Bryant. Jestem siostrą Colleen. Dobijałam się do niej przez cały dzień, ale ma włączoną pocztę głosową, więc albo zgubiła swój telefon i padł, albo go wyciszyła i rzuciła na dno torebki. Mogę pokazać mój dowód, jeśli to potrzebne.

Gdy sięgała po swoją torebkę, kątem oka zauważyła, że jego ręka skierowała się do broni przy biodrze.

- Hola! Powoli! Nie mam nic niebezpiecznego przy sobie. Może poza moim EpiPenem. Serio, potrzebuję go i nie mam zamiaru marnować mojego leku, żeby ci go wbić w nogę.

Ochroniarz nachylił głowę w jej stronę. Mallory zamknęła oczy i wzięła głęboki oddech.

- Słuchaj, mam kłopoty i muszę zobaczyć się z moją siostrą.

- Proszę wyciągnąć prawo jazdy, powoli.

Zrobiła, o co prosił, i ponownie zerknęła w lusterko wsteczne, podczas gdy on wracał do swojej budki. Czekając, zauważyła, jak jedna z kamer przy bramie obróciła się w jej stronę. Powstrzymała się przed uniesieniem dwóch palców w geście pokoju i zrobieniem dzióbka w jej kierunku. Zamiast tego zaczęła przypatrywać się gustownie przyciętym rzeźbom na trawniku. Zamrugała z niedowierzaniem.

Czy to jest penis?

Mallory pocierała bolące punkty na skroniach, kręcąc głową. Z całą pewnością traciła rozum. Na dźwięk otwierającej się bramy spojrzała w górę i zobaczyła strażnika machającego ręką, by wjechała.

- Proszę podjechać pod drzwi i dać kluczyk parkingowemu - powiedział, wręczając jej z powrotem prawo jazdy.

Mallory spojrzała krzywo na opakowania po fastfoodowym żarciu i stertę ubrań porozrzucanych po całym samochodzie. Miała zamiar posprzątać. Teraz to już nieistotne. To, co było najważniejsze, to fakt, że była bezpieczna, a David będzie musiał pokonać faceta w czerni, jeśli zechce ją dopaść.

OMG, to serio był penis.

Kto normalny ma krzaki w kształcie penisów na trawniku przed domem?

Podjeżdżając pod marmurowy łuk, Mallory zadrżała na widok niespodziewanej sylwetki tuż przy drzwiach kierowcy.

To tylko parkingowy, powiedziała do siebie w myślach i odblokowała samochód. Próbowała wyjść z tak wielką gracją, jaką tylko potrafiła z siebie wykrzesać. Efekt nieco się zepsuł, gdy przez przypadek kopnęła puszkę po napoju, która przetoczyła się po nieskazitelnie czarnym asfalcie. Parkingowy nawet nie zamrugał.

Ubrany w schludny, czarny garnitur mężczyzna otworzył ozdobne, rzeźbione drzwi. Wyglądały na ręcznie robione. Spojrzała na nie jeszcze raz, prawie obijając sobie przy tym głowę o framugę. Czując się jak oferma i wieśniaczka, weszła do efektownego atrium. Bywała na statkach wycieczkowych, które wyglądały mniej majestatycznie.

- Pani Bryant zaraz do pani podejdzie - powiedziała kobieta ubrana niczym Nefretete.

Mallory prawie wyskoczyła z butów.

Jakim cudem nie zauważyłam egipskiej królowej holu?

- Dz-dziękuję - wyjąkała Mallory.

Kobieta uśmiechnęła się do niej pogodnie i zwiewnie weszła do kolejnego pokoju.

Mallory usiadła na niewygodnym krześle z kutego żelaza i zaczęła machać nogą, żeby powstrzymać się przed chodzeniem po holu. Chwilę później rytmiczny dźwięk obcasów stukających o włoską marmurową posadzkę ogłosił przybycie właścicielki domu mody. Gdy Colleen weszła do atrium, Mallory podniosła się i wytarła dłonie o dżinsy.

Jak zwykle Colleen wyglądała zjawiskowo. Jej długie blond włosy były wystylizowane jak u gwiazd kina z minionego wieku. Veronica Lake była idolką jej siostry, odkąd dowiedziały się, że Disney wzorował się na niej przy tworzeniu postaci Jessiki Rabbit. Tak naprawdę Colleen przypominała bardziej tę wersję z kreskówki niż samą aktorkę.

Na powitanie wymieniły się pocałunkami w powietrzu, a jeśli Mallory pozostała w uścisku chwilę za długo, Colleen tego nie skomentowała.

- Mam nadzieję, że Istvahn nie sprawił ci zbyt wielu kłopotów? - zapytała Colleen, biorąc ją pod rękę i prowadząc do ściany, na której wisiała kolekcja grafik Erté.

- Kto to Istvahn?

Colleen przesunęła dłonią nad wspaniałym pióropuszem na jednej z grafik, a panel w ścianie otworzył się, odsłaniając ukryte drzwi.

- Wow - wyszeptała Mallory, kiedy Colleen skinieniem głowy wskazała jej, by podążała za nią.

- Istvahn cię wpuścił.

- Ach! Był w porządku. Bardzo uprzejmy.

- Bezpieczeństwo moich klientów biorę na poważnie - powiedziała Colleen. - Ale potrafi być nieugięty.

- Znowu zarabiasz na rozbieraniu się? - zapytała Mallory, gdy mijały kilku mężczyzn oraz kobiety w ekstrawaganckich kostiumach i o różnych poziomach nagości. Przestrzeń, w której się znajdowały, przypominała kulisy rewii burleskowej, aż w końcu przeszły przez kolejne drzwi prowadzące do normalnie wyglądającego biurowego korytarza.

Colleen Bryant uniosła perfekcyjnie wyregulowaną brew. Była dziesięć lat starsza od Mallory, ale zupełnie tak nie wyglądała. Rzucając spojrzenie, siostra sprawiła, że Mallory ponownie poczuła się jak nastolatka, a nie jak kobieta, która ukończyła studia medyczne oraz rezydenturę.

- To klasyczny kostium Chanel. Nie jest na rzepy. Przyjechałaś tu tylko po to, żeby mnie obrażać?

- No cóż, gdy ostatnio spędzałyśmy razem czas, to skończyłam w pace - warknęła Mallory, po czym zarumieniła się ze wstydu. - Sorry. Nie chcę się kłócić. Przyjechałam tu po pomoc, a wszystko komplikuję, bo łatwiej mi się na tobie wyżywać, niż samej zmierzyć się z rzeczywistością.

- Jest w porządku.

- Nie, nie jest. Masz prawo do własnego życia. Nie oceniam cię. - Mallory odgarnęła włosy z twarzy. Widok perfekcyjnie wypielęgnowanej i wyszykowanej siostry sprawił, że poczuła się nieswojo. Nigdy nie będzie tak ekstrawagancka jak Colleen, ale nie chciała dać po sobie poznać zazdrości.

Po chwili dotarły do narożnego biura, udekorowanego według uwodzicielskiego stylu jej siostry. Mallory starała się nie zerkać na imponująco wyposażony marmurowy posąg, który stał w rogu, ale... cholera.

Na parsknięcie Colleen Mallory odwróciła wzrok.

- Przepraszam. Zachowuję się jak dzieciak. Po prostu jestem spięta.

- Zauważyłam. - Colleen zamknęła drzwi. - Siadaj. - Podeszła do zabytkowej szafy i otworzyła ją. - Co cię sprowadza w moje strony?

Mallory z ulgą opadła na skórzaną kanapę naprzeciw szklanej ściany za olbrzymim biurkiem jej siostry. Za oknem widać było typową jesień w Connecticut. Liście zaczynały przybierać złocisty i ognistoczerwony kolor.

- Nigdy bym nie pomyślała, że przyjdzie dzień, w którym porzucisz życie w wielkim mieście - zaczęła Mallory, a gdy dźwięk stukania szklanek, odwróciła wzrok i zobaczyła, jak jej siostra nalewa dwa drinki. - Kto normalny ma bar w biurze? - powiedziała. - Jakie interesy tutaj prowadzisz?

- Nie twoja sprawa. - Colleen wręczyła jej szklankę whisky. - To miejsce jest wystarczająco blisko Nowego Jorku, ale wciąż jest odosobnione. W sumie to prowadzę tu kilka biznesów.

Mallory wzięła porządny łyk whisky, zanim zorientowała się, że jest dopiero dziesiąta rano.

- To wszystko jest legalne, prawda? - zapytała nieśmiało. - Na szyldzie na zewnątrz było napisane "Dom mody". Zajmujesz się linią odzieżową za pieniądze, które zostawił ci Alfie, co nie? To miejsce wygląda mi bardziej na kurort.

- Robię sporo rzeczy z pieniędzmi, które zostawił mi Alfie. Ale chyba nie przyjechałaś tutaj, żeby sprawdzać BHP? Wjechałaś tu, jakbyś miała ogień w dupie. Przed czym uciekasz? - zapytała Colleen, siadając przy biurku. - I kto ci zrobił te siniaki?

- Widać je przez koszulkę? - Mallory spojrzała na swoje ramiona, ale jej biała bluzka nie wyglądała na prześwitującą. Pozostałe siniaki zbladły do brzydkiego żółtawego koloru. Może jednak w tym świetle były widoczne. Zerknęła ponownie na Colleen, która przyglądała się jej ze zmrużonymi oczami. - Skąd wiedziałaś? - Mallory westchnęła. Dlaczego moja siostra nie może być po prostu stereotypową głupią blondynką?

- Nie wiedziałam.

Mallory zamknęła oczy.

- Cholera. - Jednak jedyną głupia blondynką w tym pokojujestem ja.

- To nie było zbyt trudne do wydedukowania. Fakt, że spośród wszystkich dostępnych ci osób przyszłaś właśnie do mnie, był dużą wskazówką. Drgnęłaś, gdy ktoś zamknął drzwi, i od kiedy przyjechałaś, ciągle gryziesz paznokcie.

Mallory położyła dłoń na kanapie i usiadła na niej.

- Muszę się gdzieś zatrzymać i... no dobra, to nie wszystko. Skończyła mi się kasa i potrzebuję się gdzieś ukryć, dopóki nie wymyślę, co zrobić, a to ostatnie miejsce, w którym będzie mnie szukać David.

- No tak, tak. Masz rację - przytaknęła Colleen. - To on cię uderzył?

Mallory poniosła rękę, by powstrzymać wybuch siostry, zanim jeszcze się zaczął.

- Rozstałam się z nim tym razem na dobre. Nie mogłam tego dłużej znieść.

- Zawsze był zwykłym gnojem.

- Colleen!

- Kiedy zaczął cię bić?

- Uderzył mnie pierwszy raz, gdy powiedziałam mu, że między nami koniec.

- Pierwszy raz?

Mallory się wzdrygnęła.

- Staram się ci coś opowiedzieć.

Colleen zastukała idealnymi czerwonymi paznokciami o biurko, patrząc na telefon.

- Wiesz, dalej mam kilka kontaktów w Vegas. David może przestać być czyimkolwiek problemem.

- Nie - powiedziała Mallory. - Chryste, Colleen. Nie chcę, żeby był martwy. Po prostu chcę, żeby zniknął.

- Mogę to załatwić - zasyczała.

- Nie. Wiesz co, może po prostu opowiem ci resztę.

- Jest jeszcze więcej?

Mallory zamknęła oczy i starała się znaleźć w sobie siłę. Każda część jej ciała chciała to zignorować, zażartować z sytuacji. Nie chciała się już dłużej bać. Pragnęła odzyskać swoje dawne życie, do cholery.

- Byłam w dość trudnej sytuacji przez ostatnie miesiące.

- Wiem. Joan do mnie dzwoniła.

- Serio? - Mallory wpatrywała się w nią z niedowierzaniem. - Mama obiecała, że tego nie zrobi.

- Joan kłamie.

Mallory przewróciła oczami na znak niezdolności siostry do użycia słowa "mama".

- Wyduś to z siebie teraz, zanim zadzwonię do niej na głośnomówiący.

Po prostu to powiedz. Tak jak to ćwiczyłaś.

Ogarnął ją wstyd, nie potrafiła przyznać się do porażki przed siostrą. To Mallory zawsze była tą "perfekcyjną", a Colleen zawsze była tą "kłopotliwą". Nie chciała się zamieniać rolami i gorączkowo myślała, jak to przemilczeć, by wyglądać na normalną. Wiedząc, że ma problemy, Mallory pokręciła głową.

- Nie wiem od czego zacząć. - Wzięła łyk swojego drinka. - Ej, to naprawdę smaczne.

- To Blue Label.

- Czy ty wiesz, ile to kosztuje? - powiedziała Mallory. Odstawiła szklankę na biurko, żeby jej nie upuścić. Znów trzęsła jej się noga, więc próbowała się powstrzymać.

- Co spowodowało, że ukrywałaś się przez dwa miesiące?

Colleen wsunęła pod szklankę plecioną podkładkę.

Mallory wzięła kolejny głęboki oddech.

- David jest uzależniony od narkotyków.

- Nie pierdol - powiedziała Colleen. - Ten gnojek miał tyle kokainy w nosie, że gdyby kichnął, to by padał śnieg.

Mallory zakrztusiła się ze śmiechu. Od tak dawna się nie śmiała, że ten poryw radości wydawał się wymuszony i szorstki. Wzięła kolejny łyk Blue Label. Dzięki temu reszta historii łatwiej przeszła jej przez gardło. Opowiedziała Colleen wszystko.

- Zadzwoniłaś na policję? - Głos Colleen był beznamiętny i zimny jak jej lodowate, niebieskie oczy.

Mallory pokręciła głową.

- Dlaczego, do cholery, nie?

- Bo kiedy w końcu poukładałam sobie wszystko w głowie, pomyślałam, że jest już za późno.

- Możesz złożyć wniosek o zakaz zbliżania się?

- Jasne, ale musiałabym pójść do sądu i zobaczyć się ze wszystkimi jego kumplami. Myślę, że to mi tylko zaszkodzi.

Mallory rozłożyła bezradnie ręce i sięgnęła dłonią do włosów. Zamiast jednak je wyrwać, jak miała na to ochotę, przeciągnęła przez nie palcami, próbując sprawić, by wyglądała choć w połowie tak dobrze jak Colleen.

- Może będzie próbować, ale mogę ci zagwarantować, że to mu się nie uda - przysięgła Colleen. - Załatwię, że wywalą go szybciej, niż zdążysz powiedzieć "ecstasy".

- Po prostu nie mam teraz ochoty na konfrontację - powiedziała Mallory, zakładając ręce na piersiach. - Nie dam rady.

- Okej - odpowiedziała Colleen, wyciągając się na krześle przy biurku. - Odpuszczam. Tylko dlaczego przyjechałaś tutaj, zamiast wyjechać na Arubę, do Paryża, czy kurde, nie wiem, na Bora-Bora?

- Joan, to znaczy mama, zaszantażowała mnie. Poza tym jestem spłukana. Bez pracy i z wyzerowanymi kartami kredytowymi. W sumie mogłam pojechać do schroniska dla ofiar przemocy domowej. - Wzdrygnęła się. - Po prostu nie chciałam się przyznać, że jestem jedną z nich. Rozumiesz?

Colleen wyciągnęła rękę i przytrzymała jej dłoń.

- Wiem, że to musi być dla ciebie straszne. Chcesz, żebym pożyczyła ci kasę?

- To nie takie proste. Gdybym tylko potrzebowała pieniędzy, to wypłaciłabym je z konta emerytalnego.

Colleen zmarszczyła nos.

- Ale kary...

Mallory przerwała jej, zanim zaczęła wygłaszać wykład.

- Wiem. Słuchaj, przyjechałam tutaj, bo byłam przerażona, że David mógłby mnie znaleźć, a ja byłabym wtedy sama. Nie chcę być czyimś ciężarem. Będę ci oferować moje kompetencje medyczne za pokój i wyżywienie. Gdy tylko jedna z twoich modelek na obcasach skręci sobie kostkę, to będę spłacać swój dług.

- Mam już zespół medyczny na miejscu. Kieruje nim doktor Parks. Był prywatnym lekarzem Alfiego. Tak go polubiłam, że zaoferowałam mu pracę.

- Ach. - Mallory nie miała już nic więcej do zaproponowania.

- Musisz coś wiedzieć - powiedziała Colleen, dolewając im obu więcej whisky. - To, co ci powiem, nie może wyjść poza ten pokój. Dom mody nie jest tym, o czym myślisz.

Mallory wróciła do picia whisky i próbowała naśladować styl, w jakim jej siostra unosi brwi.

- Będziesz kichać? - Colleen popchnęła w jej kierunku pudełko chusteczek.

- To nie jest... znowu zaczęłaś prowadzić te usługi z panienkami do towarzystwa?

Colleen się uśmiechnęła.

- Nie do końca.

- To nie brzmi jak "nie."

- Żaden z moich klientów nie płaci za seks.

- Uff. - Mallory westchnęła. - To mi ulżyło.

- Niektórzy płacą za naukę seksu.

- Co? Na szyldzie jest napisane "Dom mody", a nie "Dom publiczny"!

- Dom mody to wiele rzeczy dla wielu ludzi. Dla grubych ryb i szych z Paryża, Mediolanu i, oczywiście, Nowego Jorku zbudowałam kurort, który jest wiecznym modowym konwentem ze spa oraz bogatym życiem nocnym. Pracuję nad własną kolekcją, ale teraz to zwykłe eksperymentowanie. Moja przyjaciółka Anya właśnie przyleciała, żeby mi pomóc. Jest modelką, ale naprawdę ma nosa do mody. Prawdę mówiąc, wolałabym nosić te ubrania, niż zajmować się ich projektowaniem.

Mallory skinęła głową.

- Ale prawdziwym celem tego miejsca jest obsługiwanie ekskluzywnej grupy klientów, którzy przyjeżdżają tu, by się zrelaksować i odświeżyć swoje życie seksualne. Niektórzy przyjeżdżają, by spróbować nowych doświadczeń, o których tylko słyszeli albo o których zawsze marzyli. Oferujemy im warsztaty i pokazy z udziałem profesjonalistów z tej branży. Tak, mamy również spa i życie nocne.

- Jak to wygląda w praktyce? Kim są ci profesjonaliści?

- To zależy od instruktora. Moi klienci są starannie selekcjonowani i weryfikowani przed przyjęciem na naszą wyjątkową, prywatną listę.

- Po co to ukrywać? Czemu nie wystawić ogłoszenia "Instruktor seksu: Pierwsza lekcja za darmo" albo coś w tym stylu?

- Gdybym chciała, żeby ta reklama brzmiała jak slogan na T-shircie, zatrudniłabym faceta z zarostem, który chodziłby z tabliczką "Darmowa zabawa wąsami". - Colleen przewróciła oczami. - Zobacz, nikt nie organizuje protestów przeciwko organizacji zajmującej się haute couture i przemysłem mody. Jak mówi nasza strona internetowa, jesteśmy kreatywnym centrum i grupą ekspertów dla każdego, od początkujących projektantów po gigantów Fashion Weeku.

- A gdzie w tym wszystkim jest cały ten seks?

- To właśnie tym chciałam się naprawdę zająć. Ale gdybym po prostu założyła edukacyjną organizację, która spełnia fantazje i poprawia życie seksualne, moi konserwatywni sąsiedzi nie chcieliby czegoś takiego w swojej okolicy. Ale jeśli przedstawię to jako projekt mody w stylu Project Runway z ekskluzywnymi wydarzeniami, na których spotykają się gwiazdy? Wszyscy tego pragną.

- Nie wiem, co mam powiedzieć.

- Co tu jest do powiedzenia? Dorośli, którzy wyrazili zgodę, płacą mi pieniądze, żebym zapewniła im rozrywkę. I wszystko jest w pełni legalne, panienko z kijem w dupie.

- Nie..., nie oceniam. - Mallory opróżniła swoją szklankę. Przynajmniej Colleen potrafi odciągnąć moją uwagę od Davida.

- Ale chcesz - zanuciła Colleen.

- Jeśli cała ta "seksowna" część jest taka prywatna, to dlaczego masz penisy w krzakach na podjeździe?

- Co?

Mallory wstała i podeszła do okna. Wskazała na coś na zewnątrz.

- Ha!

- To delfin, zboczeńcu.

- Co? - Mallory przechyliła głowę. - To przecież wygląda jak...

- Cygaro?

- Nie bądź taka mądra, Freud. Rozpoznam penisa, gdy go zobaczę.

- Najwyraźniej nie, bo to delfin.

- Dlaczego masz delfina na swoim trawniku? - Mallory spojrzała w górę i zobaczyła uśmiech Colleen. - Nabijasz się ze mnie.

- Jestem fanką Miami Dolphins.

- Czy to nie ten idiota Chase grał w ich drużynie?

Colleen zmarszczyła brwi.

- Nie pamiętam. Pamiętam tylko imprezy.

- Żyjesz szalonym życiem. Zawsze tak było. Po tym, jak tamten dupek zostawił cię dla tych piłkarskich dziwek, martwiłam się, że cię zbyt poniesie.

Colleen spojrzała na swoje paznokcie.

- Dla twojej informacji, to ja zostawiłam jego.

- Taa, kiedy wyszłaś za Alfiego, pomyślałam, że w końcu znalazłaś kogoś dojrzałego, z kim się ustatkujesz.

- To miłe. Wszyscy inni myśleli, że jestem zwykłą naciągaczką.

- Poznałam go. Widziałam, że bardzo cię kochał. I ty też go kochałaś, tylko po swojemu.

- Co to ma, do cholery, znaczyć? - zapytała Colleen, kładąc ręce na biodrach.

- To, że on nie był miłością twojego życia.

- A David był miłością twojego?

- Dopóki nie zaczął wydawać całą pensję na narkotyki i nie uznał, że mogę być jego workiem treningowym. - Mallory poczuła ścisk w gardle i zamknęła oczy. - To mogę tu zostać czy nie?

- Po tym wszystkim, co ci powiedziałam, chcesz zostać? Teraz, kiedy wiesz, że wokół ciebie wszyscy dostają orgazmu?

Mallory otworzyła oczy.

- Ile razy?

- Wielokrotnie!

Obie siostry spojrzały na siebie i wybuchnęły śmiechem.

- Tak, chcę zostać. Ale nie chcę cię widzieć w tym stroju dominy.

- Kochana, nie stać cię na to.

Copyright ? 2019 by Jamie K. Schmidt

All rights reserved

Copyright for Polish translation ? by Anna Maria Małachowska, 2025

Copyright for this edition ? by Virtualo, 2025

Redakcja: Aleksandra Wrońska | To się WydaKorekta: Magdalena Gonta-Biernat | To się WydaSkład i łamanie: Gabriel Gonta | To się WydaProjekt okładki: Małgorzata Drabina | Yellow Room

Tytuł oryginału: Heat (Club Inferno, #1)

Wydanie I

Warszawa 2025

ISBN 978-83-272-9528-6

Książka jest objęta ochroną prawa autorskiego. Wszelkie udostępnianie osobom trzecim, upowszechnianie i upublicznianie, kopiowanie oraz przetwarzanie jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Konwersja do wersji elektronicznej: Tomasz Biernat / To Się Wyda

Virtualo Sp. z o.o.

ul. Marszałkowska 104/122

00-017 Warszawa

www.virtualo.pl

Chcesz wydać książkę lub audiobook? Napisz do nas na adres: redakcja@virtualo.pl