Rozdział 7
Alicja
Cholera, jednak tu wróciłam.
Nie sądziłam, że jeszcze zobaczę to miejsce, z którego mnie tak brutalnie wyrwano. Czy moje życie kiedyś wreszcie przestanie przypominać gigantyczny rollercoaster? To, że nigdy nie wiem, co się stanie za chwilę, wcale nie jest fajne ani ekscytujące. To denerwujące. Niczego nie mogę być pewna. Nie mam pojęcia, czy jest sens się rozpakowywać - bo a nuż się coś wydarzy i jutro może będę musiała się znowu pakować. Albo sytuacja się zmieni tak nagle, że w ogóle nie będę w stanie się spakować. I tak nie zdążę zabrać bagażu. O tak, to nawet bardziej prawdopodobne. Bo ja nie mam prawa głosu, w żadnej sprawie. Ktoś mnie porywa, ciągnie, wpycha do samochodu albo wsadza na pokład odrzutowca. Jestem laleczką, fajnie się na mnie patrzy, ale moje emocje i potrzeby nikogo nie obchodzą.
I pomyśleć, że tamtych pięknych ogrodów nikt teraz nie będzie podziwiał. W tym ogromnym domu nie mieszka nikt oprócz ochroniarzy, a i oni w sumie mieszkają w dodatkowych, osobnych budynkach, nie w tym głównym. Co za strata!
Im szybciej załatwię sprawy z Eleną, tym szybciej wrócimy. Nie żeby mi się spieszyło do ponownego opuszczenia kraju, nie z moim mężem. Ciągle nie mogę się oswoić z tym słowem, z tym, co ono oznacza, zwłaszcza jeśli dotyczy Enza. Właśnie rozmawia przez telefon, krążąc po domu. Załatwia swoje sprawy. Oczywiście ani myśli mnie wtajemniczać, zresztą sama nie wiem, czy bym tego chciała. Nie chcę wiedzieć, co on knuje, co planuje. Przynajmniej jeśli te plany dotyczą kogoś innego niż ja. Niczego tak nie pragnę, jak patrzeć, jak Josef Alvarez cierpi, ale nie muszę znać szczegółów. Muszę po prostu zrobić, co do mnie należy.
A potem pewnie wrócimy do Włoch i będę mogła urodzić dziecko Enza.
Nie, nie po prostu dziecko. Jego syna, bo tylko syn się liczy. Liczy się, czy moje dziecko będzie miało penisa. Mam dość tego jego pojebanego mizoginistycznego świata! Poza tym, jak Enzo sobie to wyobraża - że urodzę bobasa i pójdę w swoją stronę, jak gdyby nigdy nic? Na samą myśl, żeby zostawić z nim dziecko, a zwłaszcza własne, robi mi się słabo.
Nie spytałam, co się ze mną stanie, gdy wypełnię powinność rozrodczą. Powiedział, że będę mogła wrócić do swojego życia. Czy to oznacza powrót do Miami? Dostanę pieniądze, żeby się urządzić? Nie spytałam o szczegóły, za bardzo się zajęłam udowadnianiem prawdziwości swoich intencji, wypełnianiem jego rozkazów. Muszę spytać. Muszę znać szczegóły. Czy wyśmiałby mnie, gdybym poprosiła o zobowiązanie na piśmie? Pewnie powinnam tak zrobić, albo chociaż spróbować. To chyba nie jest za dużo.
W tej chwili wydaje się sensowne rozpakować się w pokoju, który stał się moją sypialnią. Wolałabym ten znacznie większy, należący do Enza, ale nie chcę mieszkać z nim w jednym pomieszczeniu. Wystarczy mi mniejsza szafa i mniejsza komoda. Zresztą i tak przecież nie mam za dużo rzeczy. Tylko to, co on mi kupił.
Nie mam nic swojego. Nawet mój syn, jeśli się urodzi, nie będzie mój. Będzie należał do Enza, wyłącznie, a on będzie go wychowywał i formował według własnego widzimisię.
To nie czas na łzy frustracji i smutku, ale wypełniają mi oczy, zresztą w całym tym koszmarze wszystko jest nie w porę. Odsuwam walizkę i siadam na łóżku, wpatrując się w podłogę. Przez łzy rozmazuje mi się obraz, więc mrugam, bo a nuż zajdzie tu Enzo i zastanie mnie zapłakaną. Nie wiem czemu, ale zależy mi na zachowaniu pozorów. Nie chcę, żeby wiedział, że czuję się bezbronna i bezradna, choć na pewno się domyśla. Potrafi być prawdziwym draniem, i to na zawołanie, ale ma jakiś poziom inteligencji emocjonalnej, którego raczej nie odziedziczył po dziadku. Jakby ten okropny staruch nie zniszczył wszystkiego.
Jestem po prostu zmęczona. Tu, w Miami, przynajmniej nie czuję się aż tak zagubiona. Powrót na uczelnię oznacza, że odzyskam chociaż odrobinę siebie. Bardzo tego potrzebuję. Chcę się poczuć sobą, nie jak jakiś udręczony więzień. Może będę w stanie lepiej spać w nocy - zasypianie nad podręcznikami jest bardziej kuszące niż usypianie od płaczu.
Nie zamknęłam drzwi, a że nie słyszałam zbliżających się kroków Enza, podskakuję na skrzypnięcie zawiasów.
- Znudzona rozpakowywaniem? - pyta, rozejrzawszy się.
- Jestem przede wszystkim zmęczona. Moje ciało nie nadąża za zmianami czasu, za szybko się dzieją te podróże w tę i we w tę. - Może w to uwierzy. W tej chwili nie ma to zresztą dla mnie znaczenia, byle mnie zostawił w spokoju.
- Lepiej niech zacznie nadążać, bo nie jesteś na wakacjach. Masz tu robotę do wykonania. Chyba, że nie zapomniałaś?
Wiem, powinnam być odporna na jego prowokacje, ale jeśli choć odrobinę nie wyrażę uczuć, to gorycz zje mnie od środka i albo wybuchnę, albo się rozpadnę.
- Dzięki, że mi przypominasz. Minęło półtorej doby od naszej umowy, ale jasne, miło, że przypominasz.
- Zapiszę to na konto zmęczenia całym tym podróżowaniem.
I tak mam to gdzieś, ale gryzę się w język, żeby nie wybuchnąć. Szkoda energii, na pewno bym pożałowała, już on by tego dopilnował.
Ponieważ nie wychodzi, przyglądam mu się. Stoi oparty o framugę, z rękami w kieszeniach... Naprawdę wolałabym, żeby się nie prezentował tak świetnie. I tak ma nade mną przewagę, nie chcę, żeby zaślepiało mnie pożądanie.
- Zamierzasz jeszcze o czymś ze mną rozmawiać? Bo naprawdę chętnie bym odpoczęła.
Nie odpowiada od razu, tylko dalej się we mnie wpatruje. Nie umiem go rozgryźć - jego wyraz twarzy jest absolutnie nieodgadniony. Wreszcie pękam pod naporem napięcia.
- O co chodzi? Czego chcesz?
Drga mu kącik ust.
- Tak sobie myślałem... Dwa dni temu weszłaś do mojego gabinetu zdecydowanym krokiem, pewna siebie i władcza. Wiedziałem wtedy, że to gra, ale zobaczyć dowód na własne oczy to jednak zupełnie coś innego. Popatrz tylko na siebie. Przybita, świadoma, że wróciłaś do punktu wyjścia.
- Nie do końca dlatego tak siedzę - odcinam się. Choć muszę przyznać, że jest bardzo blisko prawdy.
- Na pewnie nie dlatego, że jesteś we mnie zakochana. To była twoja kolejna gierka, znowu chciałaś mnie wykorzystać. Mam rację?
Nie dam się. Nie będzie mną manipulował. Prawie się gryzę w język, żeby nie wygarnąć mu tych wszystkich okropności, które powinien o sobie usłyszeć, o sobie i tej całej pojebanej rodzinie. Chce mnie zranić. Chce mnie złamać. Nie pozwolę na to.
On doskonale zdaje sobie z tego sprawę i to go doprowadza do szału. Czuję jego frustrację, czuję, jak pędzi przez pokój i chwyta mnie za gardło - tak jak robił to wiele razy. Nagle jednak zmienia temat.
- Mam coś dla ciebie. Prezent ślubny.
Instynkt podpowiada mi, żeby nie reagować. Nie dam mu tego, czego chce, do cholery. Może i jestem w potrzasku, ale nie będę tańczyć, jak mi zagra.
- Nie przyszłoby mi do głowy, że masz dla mnie prezent. Ja nic dla ciebie nie przygotowałam.
- Nic straconego, w odpowiednim czasie będziesz miała okazję to nadrobić.
No jasne, przecież mam mu dać dziedzica.
- Poza tym to nie jest prezent ode mnie, tylko od mojego dziadka.
Jakbym za mało miała powodów obaw. Przecina pokój, a ja wstrzymuję oddech i czekam w gotowości. On wsuwa rękę do kieszeni, a mnie przechodzi dreszcz.
Ale w jego dłoni widzę wąskie, długie aksamitne puzderko. Otwiera je i podaje mi. W środku spoczywają dwie bransoletki. Z brylantami, i nie są to jakieś mizerne opiłki. Na każdej bransoletce widnieją cztery rzędy pokaźnych kamieni! Nie muszę pytać, czy są prawdziwe, nie chciałabym zresztą go obrazić. Widziałam już przecież dom tego starucha. Nie mam wątpliwości, że stać go na tyle brylantów.
Są oszałamiające. Aż boję się ich dotknąć. Migoczą jak w ogniu, chwytają światło i odbijają je milionem rozbłysków. Nie jestem w stanie wydobyć głosu.
- Dziadek chciał, żebyś je dostała.
- No tak, i to bardzo urocze, ale nie wydaje mi się odpowiednie. Nie wiem, czy mogę je przyjąć.
- Trudno - rzuca wściekle. - Dziadek chciał, żebyś je, kurwa, dostała. To prezent dla mojej żony. Uwierz mi, chętnie bym je odesłał, ale to nie jest moja decyzja.
Wyjmuje bransoletki z puzderka i chwyta mnie za nadgarstki. I tym razem nie mam nic do gadania. Będę je nosić, czy mi się to podoba, czy nie.
Kieruję wzrok na niego i tak się składa, że w tym samym momencie on spogląda na mnie. Coś się między nami dzieje - widzę to po jego twarzy, po tym, jak łagodnieją mu rysy. Przez chwilę mam nadzieję. To ten Enzo, którego znałam wcześniej. Ten, który powiedział, że mnie kocha. Ten, który niemal z czułością wypowiedział słowa przysięgi małżeńskiej.
Ale to musi być złudzenie, ta zmiana wyrazu twarzy, bo po sekundzie nie ma po niej śladu. Mruży oczy i w ostatniej chwili obraca bransoletkę tak, że brylanty wciskają mi się w skórę.
- Co robisz?! - prawie krzyczę, ale on ignoruje moje pytanie. To samo robi z drugą bransoletką, a na koniec zapina jedną i drugą, chwyta dłońmi moje nadgarstki i ściska mocno.
Z mojego gardła wydobywa się krzyk i po chwili zaciskam zęby.
- On zginął przez ciebie - mówi cicho. - A ty żyjesz i proszę, masz na sobie biżuterię, którą ci kupił. Jak się z tym czujesz? Jesteś z siebie dumna?
- Dowiodłeś swego - szepczę, dygocząc z bólu.
- Nie, nie sądzę. - Przytrzymuje nadgarstki jedną ręką, drugą sięga po swój krawat. Zanim się zorientuję, co się dzieje, on zawiązuje krawat na moich rękach i zaciska mocno.
- Nie musisz tego robić. Ten etap chyba mamy za sobą, prawda?
Jakbym mówiła do ściany. Szybko przywiązuje drugi koniec krawata do zagłówka łóżka, a ja zostaję w pozycji półleżącej.
- Udowodnisz, jak bardzo ci zależy na realizacji naszego planu.
Nachyla się nade mną, ściskając moje nadgarstki, choć tak mocno zawiązał na nich krawat. Ale krawat nie wystarczy, by diamenty wżynały mi się w skórę, a on tego właśnie chce. Chce mieć pewność, że zadaje mi maksimum bólu.
Zaciska mocniej, aż nie jestem w stanie powstrzymać łez.
- Bardzo mi zależy! - krzyczę.
- To nie wystarczy. Twoje słowa to za mało. Już tyle kłamstw usłyszałem z twoich ust. - Mamrocząc coś po włosku, rozpina rozporek. - Musisz udowodnić to czynem. Jak to mówią? Czyny przemawiają głośniej niż słowa?
Uwalnia swój członek, już w pełnym wzwodzie, i główką przesuwa mi po ustach. Oczywiście, że mój ból go podniecił. On jest psychopatą.
- Obciągniesz mi tak perfekcyjnie, żeby twoje oddanie nie pozostawiało wątpliwości. Jasne?
Krew tężeje mi w żyłach. Na myśli nie o obciąganiu, tylko o tym, że mam zrobić, co mi każe. Że mam się po prostu podporządkować.
- Tak! - zapewniam gorączkowo, bo nadgarstki bolą mnie tak, że nie mogę już tego znieść.
- Tak sądziłem.
Porusza biodrami do przodu i wpycha mi członek do ust. Ja muszę po prostu wytrzymać, aż on skończy, a potem zostawi mnie w spokoju. Z tą jedną myślą wytrzymuję, gdy prawie mnie poddusza, uderzając w ścianę gardła i jęcząc przy tym z satysfakcją.
- Moja żona... Taka zawsze chętna, żeby mnie zadowolić. - Śmieje się szyderczo, a potem uderza raz za razem, jedną ręką trzymając mnie za nadgarstki, a drugą za głowę. Traktuje mnie przedmiotowo, kontroluje mnie tak jak na początku. - Język! Pokaż mi, jak ci smakuje moja sperma.
Po moich policzkach płyną łzy, gdy zalewają mnie ból i upokorzenie. Przymykam oczy, ale on jeszcze mocniej zaciska dłoń na moich nadgarstkach.
- Nie! Masz na mnie patrzeć. Chcę, żebyś na mnie patrzyła, gdy wypełniam twoje śliczne usteczka moim nasieniem.
Podnoszę wzrok i widzę diaboliczny uśmiech. Tak bardzo chciałabym mu powiedzieć, że nie musi taki być. Że możemy mieć coś prawdziwego, że oboje jesteśmy w beznadziejnej sytuacji, ale moglibyśmy trochę ją polepszyć, gdyby nie ten gniew, nad którym on nie panuje. Że nie musi mnie zmuszać. Nie musi mnie w taki sposób upokarzać.
Ale gdy rżnie mnie w usta, uświadamiam sobie, że jego to nie obchodzi. On chce mnie zranić, chce mi zrobić krzywdę. Nie zaspokoi się, dopóki nie będę go błagać zakrwawiona, by przestał. Na tę myśl w mojej głowie rozlega się potężny krzyk, wydobyłby się też z mojego gardła, gdyby nie kutas Enza zatykający mi usta. Ale Enzo ten krzyk czuje, jęczy z rozkoszą i ciągnie mnie mocno za włosy, żebym znowu krzyknęła.
- Och, tak. Doskonale wiesz, co lubię. - Wzdycha równo ze mną. - Zadowalanie męża sprawa ci taką rozkosz. Tak ci zależy na moim szczęściu i zaspokojeniu. Może jednak zasługujesz na te bransoletki. Może powinienem ci dać do nich perłowy naszyjnik.
Patrzy zimno, twardo, a ja w jego oczach tak strasznie chciałabym zobaczyć tamto ciepło, które widziałam, zanim świat rozpadł się na milion kawałków.
- Chciałabyś? Chciałabyś dostać perłowy naszyjnik? Chciałabyś, żeby moja sperma spłynęła po twoich piersiach, jak kurwie? Bo jesteś kurwą, prawda? - Pcha gwałtowniej, tak mocno, że uderza jądrami o moją brodę, a podstawą penisa miażdży mi nos. Oddycha teraz szybciej, pcha jak szalony.
A to nie jest jeszcze najgorsze, ani trochę. Jestem wilgotna i wilgotnieję coraz bardziej z każdym uderzeniem jego jąder o moją twarz. Z każdym wulgarnym, podłym słowem, każdym prychnięciem i jękiem. Traktuje mnie jak śmiecia, a mnie od tego twardnieją sutki i pragnę tylko, by nie przestawał. Nie powinnam tak reagować, ale reaguję i nie mam pojęcia, co z tym począć.
Chcę, żeby mnie dotknął, żeby ten ból ustał. Bo w środku mnie boli. Boli mnie między nogami, gdzie pulsuje moja łechtaczka. Szukam ulgi, pocierając udami o siebie, ale to nie daje nic poza tym, że teraz nie tylko się dławię, ale i jęczę we frustracji niespełnienia. Wyłącznie jego dotyk by mnie zaspokoił, ale to, że teraz, gdy on mnie tak traktuje, ja pragnę jego dotyku, jest chore, po prostu chore.
Po policzku spływa mi łza i on w końcu to zauważa. Śmieje się złowieszczo.
- Moja biedna żoneczka - dyszy i wściekle szarpie mnie za włosy. A mnie przebiega dreszcz, po głowie, po plecach. Enzo nie ma pojęcia, co mi robi.
Nazywa mnie kurwą i może jestem kurwą, bo przecież doszłabym tu i teraz, gdyby tylko musnął palcem mój nabiegły krwią kłębek nerwów. Nie rozumiem tego pożądania, ale najwyraźniej poniżenie mnie podnieca, choć przecież nie powinno, wiem, że nie powinno, a przede wszystkim nie o to mu chodzi. W ogóle się nie przejmuje moimi odczuciami.
Jak to możliwe, że pragnę mężczyzny, który wyłącznie mnie wykorzystuje? Nie zawsze tak było.
- Gotowa na moją spermę? - pyta zdławionym szeptem, przerywając moje rozmyślania.
Rozpiera mnie euforia, ale też strasznie mi żal, że to się zaraz skończy. Podnoszę na niego załzawione oczy. Enzo patrzy na mnie mroczniej, jeszcze mocniej ciągnie mnie za włosy i jęczy z rozkoszy.
- Nie waż się uronić choćby kropli, ty kłamliwa dziwko - ostrzega. - Ja pierdolę! Teraz! Teraz!
I po sekundzie jego nasienie wypełnia mi usta. Jest go tyle, że muszę przełknąć, żeby się nie udławić.
Najważniejsze, że Enzo puszcza moje nadgarstki. Mam ochotę rozpłakać się z ulgi i wdzięczności, ale się powstrzymuję. Enzo wyjmuje penisa z moich ust, przełykam jego nasienie i nic nie mówię, gdy on mnie odwiązuje i zdejmuje bransoletki. Pewnie jednak nie mam ich zatrzymać. Co prawda w tej chwili to nie ma znaczenia - mam czerwone, obrzęknięte ślady, żeby mi o nich przypominały.
- Dobrze się spisałaś. A teraz doprowadź się do ładu - rozkazuje głosem pełnym pogardy. Podnoszę na niego wzrok i aż się kulę, gdy podnosi dłoń. Boję się go z wielu powodów, ale nigdy do tej pory nie bałam się, że mnie uderzy, więc dlaczego teraz?
W jego oczach miga coś na kształt złości, ale dosłownie przez ułamek sekundy. Nie mam czasu tego analizować.
- No co ty? Nigdy cię nie uderzyłem i nigdy tego nie zrobię. Może i jestem potworem, ale nie stosuje przemocy wobec kobiet.
- A jak byś nazwał to, co zrobiłeś przed chwilą? - pytam ze złością.
Jego usta rozciągają się w szerokim uśmiechu.
- Dowodem. Mogłaś mnie powstrzymać. Mogłaś powiedzieć "nie", ale nie powiedziałaś. Nie chciałaś. Oboje wiemy, że w głębi duszy chciałaś wziąć do ust mojego kutasa. Szkoda tylko, że nie trafił do twojej cipki. To marnowanie spermy, jeśli nie jest użyta do poczęcia mojego dziedzica. - Nagle dotyka kciukiem mojej dolnej wargi i wodzi nim po niej. - Coś uroniłaś.
Po raz pierwszy od ślubu dotknął mnie delikatnie. Doprowadza mnie do szału, że w jednej chwili jest wściekły do granic, a zaraz potem spokojny i opanowany.
- Nienawidzę cię! - krzyczę nagle. Sama nie mogę w to uwierzyć.
- Świetnie, i najlepiej, żeby tak zostało. Nie chcielibyśmy, żeby teraz wyszła na jaw prawda, co?
Zaciskam dłonie w pięści, jednak się powstrzymuję. Strasznie chciałabym się na niego rzucić, ale przecież nie chcę go skrzywdzić.
Na szczęście szybko wychodzi, więc mogę pójść do łazienki i włożyć nadgarstki pod strumień zimnej wody, płacząc cicho.
Już we Włoszech miałam poczucie, że zawieram pakt z diabłem. A teraz mam pewność.