Powinnaś uważać
Kat zaciągnęła mnie na te durne wyścigi samochodowe. Szlag, mówiłam jej dziesięć razy, że nie mam ochoty tutaj być. Niestety przegrałam zakład, a ona jednak udowodniła, że ma rację. Nie zamierzam brać udziału w żadnych nielegalnych akcjach, a z tego, co się orientuję, takie wyścigi samochodowe są nielegalne. Jeśli cię złapią - pójdziesz siedzieć.
Rozglądam się dookoła. Jest tu masa ludzi, chyba cały kampus się tu znalazł. No tak, w końcu to impreza rozpoczynająca sezon wyścigów - czyli największa rozrywka studentów Chicago University i nie tylko. Z tego, co zdążyłam się dowiedzieć, wyścigi są bardzo popularne w tych okolicach, wszystko jest dobrze zorganizowane, aby policja nie robiła tutaj nalotów. Podobno nigdy nie wiadomo kiedy się odbędą, a informacje o godzinie wydarzenia są rozsyłane SMS-ami z jakiegoś prywatnego numeru. Przynajmniej są na tyle mądrzy, żeby zastrzec numer, gdy robią takie akcje, dzięki temu udaje im się uniknąć policji i aresztowania. Moja współlokatorka próbowała zmusić mnie do założenia stroju, który mi wybrała. Podobno obowiązuje tu dress code. Taa, jasne. Pewnie chciała, żebym wbiła się w kieckę. Nie dałam się jej. Mam na sobie dżinsowe szorty z wysokim stanem, na górę założyłam koronkowy crop top z haftem róży, który jest po prostu uroczy i musiałam go założyć. Na nogach mam standardowo swoje białe conversy, które towarzyszą mi już od dawna. Spoglądam na inne zebrane tu dziewczyny, wszystkie co do jednej są ubrane w obcisłe sukienki i mają na nogach szpilki. Widzę, jak oglądają się na mnie z szyderczymi uśmiechami, dobra, kumam. Wyróżniam się wśród klonów, ale czy to coś złego? Posyłam każdej szeroki uśmiech, a one prychają i odwracają głowy w drugą stronę. Ha! Patrzcie szmaty! Lottie nie da się ustawiać. Nie ma, kurna, takiej opcji! Nie po raz kolejny.
- Hej, Lottie, zaraz zaczną się wyścigi - mówi podekscytowana Kat.
Spoglądam na samochody ustawione na linii startu. Spodziewałam się raczej lepszych pojazdów niż te dwa, które tu stoją. Są to zwyczajne auta, niczym się nie wyróżniające. Od razu słychać, że nie mają mocy, ich kierowcy dociskają pedał gazu, jakby to miało dodać im parę koni mechanicznych więcej. Spoglądam na właścicieli samochodów i od razu wiem, że mają o sobie wielkie mniemanie, ale nie pokażą nic nadzwyczajnego. Skąpo ubrana dziewczyna - mówiąc skąpo, chcę powiedzieć, że jest ubrana w sam stanik i szorty - pewnym siebie krokiem staje między nimi, daje sygnał i wyścig się rozpoczyna. Ruszają, ale widzę, że samochody nie mają zbyt dużego przyspieszenia. Słabe przełożenia. Prawdopodobnie zbyt szybko zmieniają biegi, nie wykorzystując w pełni możliwości silników. Dość wolno przyspieszają, być może mają opony, które nie nadają się do tego. Obserwuję to ze znudzeniem i zastanawiam się, czy o to takie wielkie halo robią w całym kampusie.
- Hej, ile będzie dzisiaj wyścigów? - pytam faceta, który stoi w pobliżu.
- Trzy. Ten jest pierwszy, ściga się Dave z Liamem, później będą się ścigać Dylan i Blake, a na sam koniec będzie obecny mistrz Brantley i Owen - odpowiada zirytowany. Nie wiedziałam, że moje pytanie sprawi mu tyle problemów.
Cicho dziękuję i odsuwam się od niego. Wchodząc tutaj, zauważyłam ustawiony prowizoryczny bar, więc teraz idę w jego stronę. Kupuję sobie piwo i próbuję odnaleźć Kat. Gdzieś mi zniknęła w tłumie, co jest aż dziwne, biorąc pod uwagę jej wzrost. Szukam jej podczas drugiego wyścigu, a kiedy dobiega końca, nareszcie udaje mi się ją znaleźć. W tym czasie zdążyłam już wypić całe piwo. Słyszę wokół siebie piski dziewczyn, gdy spiker przedstawia kierowców finałowego wyścigu:
- A teraz przed wami nasz niepokonany lider, Brantley "Pogromca" Chavez.
Spoglądam na chłopaka stojącego przy czarnym bugatti i po prostu wiem, że to jest Brantley. Muszę przyznać, że jest gorący. Jego wygląd z daleka krzyczy "kłopoty", prawe ramię ma pokryte w całości tatuażami, a na lewej ręce już połowę przedramienia. Zauważam dwa tatuaże na jego szyi, a w wardze kolczyk. Nie wygląda na przyjemniaczka. Otacza go gromadka dziewczyn. Dwie na nim wiszą, a on skanuje publiczność, jakby kogoś szukając, aż jego wzrok zatrzymuj się na mnie. Moje serce na chwilę przestaje bić. Spoglądam prosto w jego oczy, nie okazując strachu, bo chce mnie tym spojrzeniem zastraszyć.
Nie okażę słabości, nie uda mu się to.
Chłopak wygląda mrocznie, ale i tak jest otoczony z każdej strony wianuszkiem dziewczyn. Posyła uśmiech swojemu haremowi i wsiada do auta. Ponownie ta sama dziewczyna rozpoczyna wyścig. Flaga nie zdążyła opaść, a oni już ruszają z piskiem opon. No i to był konkretny start. To mi się podoba, czarne bugatti pędzi jak szalone, mam wrażenie, że w dwie sekundy rozpędza się do stu na godzinę. Zresztą, czytałam o tym aucie. To Bugatti Chiron, który ma tysiąc pięćset koni. To jest ogromna moc.
Nie mija pięć minut, a na linii mety pojawia się ponownie auto Brantleya. Szybki jest. Już wiem, dlaczego jest niepokonany. Chłopak ma niesamowity refleks. Jestem ciekawa, jaką to auto ma naprawdę moc pod maską, bo wydaje mi się, że zostało nieco podkręcone. Oczywiście nie spytam go o to.
Wysiada z auta dumny niczym paw, a ja prycham. Kilka osób spogląda na mnie dziwnie. No co? Nie moja wina, że puszy się jak jakiś król. Kiedy spoglądają na mnie wściekle, zdaję sobie sprawę, że powiedziałam to jednak na głos. Kurde. Cóż, zdarza się i tak.
- Jakiś problem? - odzywa się głęboki, mocny męski głos.
Aż podskakuję. Czuję w kościach, że to jest Brantley.
- Poza tym, że jesteś arogancki, a twoje ego jest wielkie jak stąd do księżyca, to nie. Nie mam żadnego problemu. - Kładę ręce na biodra, próbując wyglądać na pewną siebie, chociaż w środku odczuwam lęk. Ogromny, wszechogarniający lęk.
- Widzę, kociak nie zna zasad - śmieje się jedna z dziewczyn, która ewidentnie próbuje mu się podlizać. Jej oczy mówią wszystko. Szydzi ze mnie, jest rozbawiona, jej ciało emanuje pogardą.
- Tak? Przynajmniej nie świecę przed wszystkimi swoją dupą i nie wyglądam jak pierdolony klon - odpowiadam jej słodkim tonem.
- No, proszę. Ktoś tu pokazuje pazurki. - Brantley szczerzy się do mnie, ale nie jest to szczery uśmiech, raczej należy on do tych przerażających.
- Nie, po prostu mówię, co o tobie myślę. - Odwracam się na pięcie i idę w stronę wyjścia. Postanawiam, że do akademika zamówię sobie ubera. Czuję szarpnięcie, odwracam się i widzę wściekłego Chaveza. Najwyraźniej nie spodobało mu się to, że ktoś mu się stawia. Jego problem, nie mój.
- Odpieprz się Chavez. I puść mnie. - Wyrywam się z jego uścisku. Zaciska mocno szczękę.
- Nie waż się, kurwa, tak do mnie mówić! - cedzi przez zaciśnięte zęby.
Dobra, teraz mnie przeraża. Jego oczy stają się kurewsko ciemne, zupełnie jakby były czarne. Kończę z cwaniakowaniem, ten typ jest zbyt przerażający.
Ciągnie mnie w stronę swojego auta. Wokół jest cicho, jak makiem zasiał. Wszyscy jakby wstrzymali oddech w oczekiwaniu na to, co wydarzy się dalej. Co on sobie, do cholery, wyobraża? Nie jest przecież królem tego miejsca, prawda? A może jednak jest, skoro wszyscy wokół się tak zachowują?
- Zostaw mnie - syczę.
Śmieje się ze mnie. Podchodzi do swojego bugatti i otwiera drzwi. Jego oczy ciskają w moją stronę pioruny, a ja staram się z całej siły nie kulić ze strachu. To jest drapieżnik, gdy wyczuje słabość, już będzie po mnie.
- Boisz się?
- Nie! - Kłamię. Jestem cholernie przerażona.
- A szkoda, bo powinnaś - mruczy nieprzyjaźnie, po czym rusza z piskiem opon, a mnie przelatuje przed oczami całe życie, może nie było ono zbyt udane, ale nie chcę jeszcze ginąć.
W ostatniej chwili mnie omija, a bugatti przejeżdża centymetr ode mnie. Nie wiem, czy to przez przypadek, czy naprawdę ma tak opanowany samochód. Imponuje mi to, a jednocześnie niesamowicie mnie wkurwia taki popis. Dziecinada. Pokazuję mu środkowy palec. Niestety, wystraszona wylądowałam na ziemi, widzę, jak niektórzy z ukrycia robią mi zdjęcia. Czyżbym znów miała się stać hitem Internetu? Zapewne tak będzie. A miałam nie rzucać się w oczy, skupić się na tym, co jest ważne.
- Cholera! Lottie, powinnaś uważać, kogo wkurzasz. Słyszałam, że Chavez bywa niebezpieczny. - Moja współlokatorka podbiega do mnie i pomaga mi się podnieść.
- W dupie go mam! Nie będzie mi dupek mówić, co mogę, a czego nie! Niech mnie cmoknie w tyłek! - drę się na całe gardło.
Robię niezłe przedstawienie, wiem o tym, ale nie dbam o to. Nie znam go, ale już nim gardzę i go nienawidzę. Zbyt długo zmagałam się z takimi ludźmi, żeby pozwolić sobą pomiatać jeszcze w college'u.
Już nawet nie chcę zamawiać ubera, przejdę się pieszo, może zdążę ochłonąć. Jestem zła na Kat, że mnie tu wyciągnęła. Kurde! Żałuję, że dałam się namówić. Powinnam zostać w pokoju i czytać książkę, byłabym spokojna, a tak? Jutro pewnie cały collage będzie o mnie gadać.
***
Pierwszy poniedziałek na studiach nadchodzi szybciej, niż bym tego chciała. Wykłady ciągną mi się w nieskończoność, a do tego czuję, że połowa osób w sali wpatruje się we mnie. Podejrzewam, że gdyby nie surowy profesor, to pewnie by też szeptali. Zachowują się, jakbym popełniła zbrodnię. No, błagam, ludzie! Te wyścigi są przecież nielegalne. Przeglądam Instagrama w telefonie, bo dostałam powiadomienie, że zostałam gdzieś oznaczona, i jestem ciekawa gdzie. Spoglądam na zdjęcie i oddycham z ulgą, bo widzę, że to po prostu post zbiorowy u Kat. Całe szczęście. Wychodzę z sali, przeglądając konto mojej koleżanki - wrzuca naprawdę mnóstwo zdjęć. Nie zauważam go, dopóki nie zderzam się z jego torsem. Prawie upadam, ale mnie łapie. Moje oczy powoli przesuwają się w górę, na chwilę zatrzymują się na umięśnionej klacie zakrytej opinającą ją koszulką, kontynuują wędrówkę po wytatuowanych barkach, i wyżej ku twarzy, aż widzę Brantleya Chaveza we własnej osobie.
Czy on mnie prześladuje? Przechodzą mnie ciarki, ale nie w taki pozytywny sposób. Kiedy mnie rozpoznaje, natychmiast mnie odpycha, przez co ląduję tyłkiem na podłodze. Jest to bolesne i bardziej upokarzające. A już myślałam, że jednak ma jakieś ludzkie odruchy. Szybko wstaję, jeszcze bardziej wściekła niż chwilę temu.
- Kurwa! Ty dupku! - krzyczę na niego.
Spogląda na mnie groźnie, a w następnej chwili przyciska mnie do ściany. Mocno. Sprawia mi ból, ale dzielnie patrzę w jego oczy i nie daję się zastraszyć. Widzę, jak jego spojrzenie ciemnieje z każdą chwilą. Wokół nas zbiera się mały tłum, a on to zauważa. Coś, co jest w ścianie, mocno mi się wbija w plecy, staram się nie krzywić, ale na marne.
- Wypierdalać, wszyscy! Ale już! - warczy, a tłum tak jak się pojawił, tak znika.
Cholera, czy oni naprawdę aż tak się go boją? No błagam, czy ten facet jest aż tak straszny? Jasne, może ma tatuaże, kolczyk, ale to nie świadczy o tym, jaki jest naprawdę. Chyba nikogo nie zabił, prawda?
- Nazwij mnie jeszcze raz dupkiem, a pożałujesz. Nie próbuj mnie sprawdzać, ja się nie powtarzam. Jasne? - cedzi przez zaciśnięte zęby, wpatrując się w moje oczy.
Kulę ramiona, jak zwykle w ważnym momencie moja odwaga postanowiła zrobić sobie wolne. Odpycha się od ściany i jak gdyby nigdy nic odchodzi ode mnie, zostawiając mnie w szoku. Biorę zachłanny oddech, bo chwilę przytrzymywał mnie za szyję. Próbuję dojść do siebie i idę na kolejne wykłady, całe szczęście ostatnie dzisiaj. Mam nadzieję, że gdy wrócę do pokoju, Kat w nim nie będzie, bo nie mam ochoty wysłuchiwać po raz kolejny kazań. Zastanawiam się, dlaczego wszyscy w tej szkole traktują Chaveza, jakby był pieprzonym bogiem. Może jest szybki, potrafi się ścigać i ma dobre auto, ale osobowości to on nie ma za grosz. Wchodzę na salę i moją uwagę przyciąga rozmowa jakichś dziewczyn, które w dość ostentacyjny sposób się na mnie patrzą.
- Podobno cały czas mu się stawia.
- Głupia, Chavezowi nikt się nie stawia.
- Przecież on ją zabije. - Przechodzą mnie ciarki. Nie, na pewno nie. Żadna plotka na mnie nie wpłynie, nie ma mowy.
- Pamiętasz co stało się z Jeremym rok temu?
Cholera, co? Kto to Jeremy? Co się z nim stało? A może to tylko ściema? W końcu one tak samo jak ja są na pierwszym roku, więc skąd niby wiedzą coś, czego ja nie wiem. Muszę się spytać Kat, ona jest bardziej zorientowana w tutejszych plotkach. A przecież zaczęła tak samo jak ja! Nie wiem, jak ona to robi. Wyciągam telefon i zaraz do niej piszę.
Ja: Wiesz coś o jakimś Jeremym?
Kat: Nie, ale zaraz się dowiem. Na jaki kierunek chodzi? X
Ja: Już tu chyba nie chodzi.
Kat: Cholera, Lottie wytłumacz coś więcej, bo nic z tego nie rozumiem.
Ja: Dobra, nieważne. Zapomnij, że o cokolwiek prosiłam.
Zrezygnowana odkładam telefon. Przecież nie mogę jej powiedzieć, że podsłuchałam, jak dziewczyny o mnie plotkowały. Muszę jakoś się tego dowiedzieć na własną rękę. Coś wymyślę, a teraz muszę się skupić na wykładach.
***
Mija tydzień, a ja już tracę pewność, czy aby na pewno chcę zostać prawnikiem. Mam dość nauki tych wszystkich kodeksów. Błagam, za trzy dni mam termin do oddania pracy, a ja jej nawet nie zaczęłam. To jest cholernie trudne. Muszę dać radę. Obiecałam to sobie. Od trzech dni praktycznie nie wychodzę z pokoju, znikam stąd tylko do łazienki i na wykłady. Gdyby nie Kat, pewnie zapominałabym też o jedzeniu, ale jest tak kochaną współlokatorką, bo mi je przynosi i pilnuje, abym nie padła z głodu. Zamierzam jej się jakoś odwdzięczyć za pomoc, jak tylko stąd wyjdę, a wyjdę gdy skończę tę cholerną pracę.
Oczywiście Kat cały czas pytała, o co chodziło z tym Jeremym w poniedziałek, ale za każdym razem ją zbywałam. Wiem, że w końcu będę musiała jej powiedzieć, ale to by znaczyło jednocześnie, że musiałabym myśleć o Chavezie, a skrupulatnie tego unikam. Wywołuje we mnie zbyt wiele skrajnych emocji. Nienawidzę go, to już wiem z całą pewnością, ale jednocześnie czuję jakieś dziwne przyciąganie do niego. Coś jakby jakiś magnesik.
Dzisiaj jest sobota, więc podczas gdy wszyscy się szykują, żeby gdzieś wyjść - słyszałam od Kat, że dzisiaj znów coś się dzieje na opuszczonej drodze - ja jak idiotka siedzę w pokoju i dalej gromadzę informacje potrzebne do tej pracy. Mam problem z odnalezieniem danych, ile kobiet zostało zgwałconych w stanie New Jersey, szukam już od godziny jakiegoś oficjalnego raportu, ale bez skutku. Praca polega na przeanalizowaniu dokładnych danych: ile kobiet padło ofiarą gwałtu, przemocy domowej, a ile było prześladowanych w Internecie, a to wszystko w związku ze zbliżającym się tygodniem kobiet na uczelni. Gdy pierwszy raz o tym usłyszałam na zajęciach, pomyślałam, że to jakiś żart. Tydzień kobiet? Pierwszy raz słyszę o czymś takim. Profesor szybko nam wyjaśnił, że chodzi o to, aby pokazać, jak wielki problem jest ze "złym odczytywaniem sygnałów kobiet przez mężczyzn". W dużym skrócie: kiedyś stało się tutaj coś strasznego - nastąpiła seria gwałtów na studentkach i pracownicach kampusu, a teraz co roku są apele, specjalne wykłady i inne takie przez cały tydzień, aby pokazać, co jest właściwe. W sumie całkiem fajna inicjatywa, choć z drugiej strony musieli to zrobić, bo zła prasa, mniej chętnych uczniów, wiadomo, oczywiście sprawy sądowe i tak dalej.
- Charloootte! - jęczy przeciągle moja współlokatorka.
Przewracam oczami. Spoglądam na nią zdziwiona. Ciekawe czego potrzebuje.
- Co jest?
- Mówię do ciebie od dziesięciu minut, a ty mnie ignorujesz przez cały ten czas.
Mrugam zdezorientowana. Nawet nie zauważyłam, kiedy weszła, a tym bardziej nie słyszałam, jak do mnie mówiła. Cholera, musiałam nieźle odpłynąć. Dawno mi się to nie zdarzyło, mówiąc "dawno", mam na myśli okres ostatnich dwóch miesięcy.
- Przepraszam. Możesz powtórzyć? Obiecuję, teraz będę słuchać.
- Prosiłam cię, żebyś mnie zawiozła na punkt. - Punktem jest nazywane miejsce, gdzie odbywają się wszystkie wyścigi. Tyle się dowiedziałam.
- Powiedziałam ci, że tam nie pójdę. Nie ma, kurwa, mowy. - Jestem zirytowana.
Ostatnim razem, gdy mnie tam wyciągnęła, wracałam do akademika pieszo przez dwie godziny. No dobra, to nie całkiem jej wina, bo sama jestem sobie winna tego spaceru, w końcu padł mi telefon, bo zapomniałam go podłączyć, ale wciąż mam lekki uraz. Najbardziej w tym wszystkim ucierpiała moja duma.
- Oj, no, nie bądź taka. Pojedziesz moim autem i zaraz wrócisz, ja się z kimś najwyżej zabiorę. Nie chcę prowadzić, bo zamierzam się tam kompletnie upić.
Wzdycham, już mi się ten wieczór nie podoba. Niech jej będzie, przynajmniej będę miała okazję, żeby jej podziękować za przynoszenie mi jedzenia.
- Dobra, chodźmy - mówię i wstaję.
Zatrzymuje mnie gestem dłoni. Co jej znowu nie pasuje?
- Zamierzasz jechać tam tak ubrana?
Spoglądam na swój strój, który składa się z bawełnianych szortów i bluzki na ramiączkach z Myszką Miki. Wiem, że na dworze jest dość chłodno, więc planowałam założyć na to bluzę.
- Co jest nie tak z moim strojem? Przecież tylko cię tam zawiozę i zaraz się zmywam.
- Eee, nie. Tak ubrana nie wyjdziesz z tego pokoju. - Wskazuje na mnie palcem, po czym podchodzi do swojej szafy, chwilę w niej grzebie, w końcu wyciąga z niej małą czarną.
Kręcę zdecydowanie głową. Nie założę jej. Nie ma mowy. Już ostatnio chciała mi ją wcisnąć.
- Dobra, niech ci będzie, ale, proszę, włóż sukienkę - fuka niezadowolona.
Idę na kompromis, bo inaczej nigdy stąd nie wyjdziemy. Podchodzę do swojej szafy i wyciągam z niej długą, szyfonową sukienkę, która sięga mi niemal do kostek. Nie zastanawiając się dłużej, przebieram się przy niej. Kiedy ściągam bluzkę, słyszę cichy syk.
- Jasna cholera, co ci się stało?! - krzyczy.
Zgaduję, że patrzy na moje blizny na plecach. Krzywię się. Pierwszy raz o nich zapomniałam.
- Nieważne. Nie mówmy o tym - odpowiadam ostro, nie chcąc dyskutować na ten temat.
Kat chwilę milczy, po czym oznajmia:
- W porządku. A teraz chodźmy. - Jestem w szoku. Myślałam, że będzie zadawać pytania albo coś, pozytywnie jednak mnie zaskakuje.
Na nogi klasycznie wkładam conversy, ale tym razem czarne. Mruży na mnie oczy, a ja wzruszam ramionami. Co poradzę, lubię się buntować. Poddaje się i wreszcie wychodzimy z pokoju i idziemy na parking. Dziewczyna rzuca mi klucze i wsiadamy do auta.
Po chwili namysłu stwierdzam, że w przyszłym tygodniu będę musiała się rozejrzeć za jakąś pracą, bo potrzebuję samochodu. Nie chcę wszędzie jeździć z Kat, a tym bardziej prosić ją, żeby mnie woziła. Moje auto zostało w domu rodziców, bo niestety ich już zakończyło swój żywot, a w obecnej sytuacji nie stać ich na kupno nowego. Jestem im ogromnie wdzięczna, że opłacają mi szkołę i nie chcę prosić o więcej. Tak więc od przyszłego tygodnia zamierzam stać się kobietą pracującą.
Dojeżdżamy na miejsce po około dwudziestu minutach.
- Lottie, no dawaj. Zostań tutaj chociaż chwilę - prosi mnie.
- Kat, już ci coś powiedziałam - odpowiadam, spoglądając na nią.
- No proooszę... Chodź. - Dalej mnie błaga.
Biorę głęboki oddech, kiwam głową i wysiadamy z auta. Dziewczyna piszczy ucieszona. Całe szczęście, bo już nie mogłam znieść jej podekscytowania. Nie rozumiem, czym ona się tak podnieca. Dzisiaj jest trochę mniej ludzi, nie wiem dlaczego, myślałam, że z wyścigu na wyścig będzie ich coraz więcej.
- Kat, możesz mi powiedzieć, czemu się tak jarasz? - pytam w końcu, bo mam wrażenie, że jestem jedyną osobą, która nie wie, co jest grane.
- Dzisiaj są walki.