Wygnaniec irski wysiadł na nasz brzeg,
Biedny, przemokły, że aż tłukł nim ziąb - Zaledwie statek odwrócił swój bieg, On już się z wójtem kłócił ząb za ząb.
Pieśń Amerykańska. Był raz król, który mieszkał po drodze do Tybetu, bardzo
wiele mil w głębi Himalajów. Królestwo jego znajdowało się na
wysokości jedenastu tysięcy stóp ponad morzem, a liczyło dokładnie
cztery mile kwadratowe, ale, stosownie do natury kraju, większa
część tych mil stała pionowo. Dochody jego wynosiły chyba mniej,
niż czterysta funtów rocznie, a szły na utrzymanie jednego słonia i
armji stałej, liczącej pięciu ludzi. Był on lennikiem rządu
indyjskiego, który użyczał mu pewnych kwot wzamian za utrzymywanie
i naprawianie pewnego odcinka gościńca himalajsko-tybetańskiego.
Prócz tego pomnażał swe dochody, sprzedając drzewo towarzystwom
kolejowym; ścinał oto wielkie deodary w którymś ze swych lasów, a
kloce z gromowym hukiem spadały do rzeki Sutledż, która niosła je
na równie, położone o trzysta mil dalej, gdzie z nich robiono progi
kolejowe. Od czasu do czasu ten król, na którego imieniu zresztą
nikomu nie zależy, dosiadał jabłkowitego konia i jedzie dziesiątki
mil do miasta Simli, aby pokonferować z wicegubematorem o sprawach
swego państwa lub też zapewnić wicekróla, iż jego miecz jest zawsze
do usług Królowej-Cesarzowej. Wtedy wicekról zarządzał honorowy
werbel na bębnach, a jabłkowity koń i cała kawalerja państwowa -
dwóch ludzi w łachmanach - wraz z heroldem, niosącym srebrne berło
przed Królem, wszystko kłusowało z powrotem do swego kraju
rodzinnego, leżącego między ogonem pnącego się w niebiosa lodowca,
a ciemnym lasem brzozowym. Otóż, od takiego króla, pamiętającego zawsze, iż posiada
prawdziwego słonia i mogącego wyliczyć mi swych przodków na
dwanaście wieków wstecz, ja, kiedy los zmusił mnie do wędrowania
przez jego dominja, nie spodziewałem się niczego innego, jak tylko
pozwolenia, żebym sobie żył dalej. Noc zapadła wśród deszczu, a przewalające po stokach gór
chmury zgasiły światła wiosek w dolinie. W odległości czterdziestu
mil, nietknięty przez chmurę ani burzę, biały bark Douga-Pa - Góry
Rady Bogów - dźwigał Gwiazdę Wieczorną. Szukając suchych grzęd na
kolczastych drzewach, małpy przyśpiewywały sobie żałośnie, a
ostatni powiew wiatru dziennego przyniósł z niewidzialnych wsi woń
dymu mokrego drzewa, ciepłych placków, oroszonych zarośli i
gnijących szyszek sosnowych. Oto prawdziwa woń Himalajów, a kiedy
ta woń wejdzie raz w krew człowiekowi, to ten człowiek w końcu
porzuci wszystko i wróci w góry, aby umrzeć. Chmury zemknęły się,
woń pierzchnęła i nie pozostało na świecie nic, prócz przejmującej
chłodem do szpiku kości białej mgły i huku rzeki Sutledż, pędzącej
doliną pod nami. Nie chcąca umrzeć tłusto-ogoniasta owca zabeczała
żałośnie u wejścia do mego namiotu. Szamotała się z prezesem
ministrów i jeneralnym dyrektorem oświecenia publicznego, a była
darem królewskim, przeznaczonym dla mnie i mej służby obozowej.
Podziękowałem, jak przystało, i spytałem, czy nie mógłbym uzyskać
posłuchania u króla. Premjer, włożywszy turban, który mu spadł z
głowy podczas walki, zapewnił mnie, że królowi będzie bardzo
przyjemnie zobaczyć mnie. Wobec tego posłałem mu dwie butelki na
próbę, a kiedy owca przeszła w inne wcielenie, udałem się wśród
deszczu do króla. Król wysłał swą armję z poleceniem eskortowania
mnie, ale armja została na pogawędce u mego kucharza. Żołnierze są
na całym świecie bardzo do siebie podobni. Pałac - o czterech pokojach, pobielany, był domem z drzewa
i gliny, najpiękniejszym w górach w promieniu marsza dziennego.
Król ubrany był w purpurowy kaftan aksamitny, białe muślinowe
szarawary i szafranowo-żółty kosztowny turban. Posłuchania udzielił
mi w małym, dywanami wysłanym pokoju, wychodzącym na dziedziniec
pałacowy, zajęty przez rządowego słonia. Wielkie zwierzę było
omatulone i poprzywiązywane od trąby do ogona, a krzywizna jego
grzbietu rysowała się imponująco na tle mgły. Zastałem wprawdzie premjera i ministra oświaty, którzy
mnie przedstawili, dwór jednak został odprawiony, ze względu na
pokuszenie, w jakie uczciwość jego wwieść mogły dwie rzeczone już
butelki. Kiedy się skłoniłem, król włożył mi na szyję wieniec z
silnie pachnących kwiatów i zapytał, jak moja czcigodna obecność
raczy się mieć. Odpowiedziałem, że dzięki przynoszącemu szczęście
widokowi jego twarzy mgły nocne zmieniły mi się w blask słoneczny,
a dzięki jego dobroczynnej owcy bogowie nie zapomną o jego dobrych
uczynkach. Odrzekł, iż w następstwie tego, że stopą swą wspaniałą
stanąłem na terytorium jego królestwa, zbiory będą prawdopodobnie o
siedemdziesiąt procent obfitsze, niż zwykle. Odrzekłem, iż sława
króla dotarta do czterech rogów ziemi i że narody zgrzytają zębami,
słuchając codziennie hymnów o chwale tego królestwa i mądrości
jego, podobnego do księżyca premjera i podobnego do lotosu ministra
oświaty. Następnie usiedliśmy na czystych, białych poduszkach i ja
siedziałem po króla prawicy. W trzy minuty później oświadczył mi,
ze zbiór kukurydzy był niezbyt dobry i że towarzystwa kolejowe nie
płacą mu dosyć za drzewo. Rozmowa krążyła wraz z butelkami,
przechodzącemi z rąk do rąk, omówiliśmy różne sprawy państwowe i
zwolna król zaczął wogóle wtajemniczać mnie w kłopoty swego rządu.
Szczególnie szeroko rozwodził się nad wybrykami jednego ze swoich
poddanych, który, o ile mogłem zrozumieć, paraliżował władze
wykonawcze. - Za dawnych czasów - mówił król - mógłbym kazać temu tam
słoniowi zadeptać go na śmierć. Dziś muszę go odsyłać
siedemdziesiąt mil górami do sądu i w dodatku mój rząd ma ponosić
koszty. Wszystko pożera słoń. - Jakież zbrodnie ten człowiek popełnił, Radżo Sahibie? -
zapytałem. - Po pierwsze, jest cudzoziemcem, nie należy do mego
plemienia. Powtóre, mimo, iż z dobrej woli, jak tylko przyszedł,
nadałem mu ziemię, odmawia mi z niej podatku. Czyż nie jestem panem
ziemi na górze i na dole, upoważnionym z prawa i zwyczaju do
pobierania jednej ósmej części zbiorów? A ten szatan, rozparłszy
się tu, nie chce płacić najzwyklejszej nawet daniny; w dodatku
rzuca tu swój jadowity pomiot - dzieci. - Wtrąć go do więzienia! - rzekłem. - Sahibie - odpowiedział Król, powierciwszy się trochę na
poduszkach - raz, i tylko raz w przeciągu tych czterdziestu lat
dotknęła mnie choroba tak, że nie mogłem wychodzić z domu.
Ślubowałem wtenczas Bogu swemu, że nigdy mężczyźnie, ani kobiecie
nie odetnę światła słonecznego, ani powietrza bożego, albowiem
wówczas zrozumiałem istotę tej kary. Czy mogę złamać swój ślub?
Gdyby szło tylko o ucięcie nogi czy ręki, nie wahałbym się. Ale i
to jest niemożliwe dziś, odkąd Anglicy panują. Ten czy inny z mego
ludu - spojrzał z pod oka na jeneralnego dyrektora oświecenia
publicznego - napisałby naraz list do wicekróla i może pozbawionoby
mnie mego prawa do honorowego werbla na bębnie... Odkręcił ustnik od swych nargilów, przykręcił drugi ustnik
z czystego bursztynu i podał mi nargile.
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.