Namaluj mnie - Patrycja Pelica

Kup ebooka

43.90 zł
35.12 zł (24,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Spis treści

2014

1995

2014

1995

2014

1995

2014

1995-1996

2014

1996

2014

1996

2014

1996

2014

1996

2014

1996

2014

1996

2014

1996

2014

1996

2014

Podziękowanie

2014

- Wszyscy wracają do Supraśla. Nie wiem, czy to błogosławieństwo czy przekleństwo, ale kiedy już podbijecie świat i zrobicie karierę, wróćcie i wy. Choćby po to, żeby o tym odpowiedzieć.

Słowa dyrektorki z dnia, gdy wręczała nam świadectwa maturalne, uderzyły mnie prawie z taką siłą, z jaką światła pałacu Buchholtzów poraziły mnie już w chwili, gdy przekraczałem jego bramę.

I proszę bardzo, przepowiednia dla absolwentów się sprawdziła. Znów tu byłem, osiemnaście lat później, choć mogłem przysiąc, że wyjechałem zaledwie wczoraj. To pewnie zasługa albo wina tego miejsca, gdzie czas zdawał się płynąć inaczej i które sprawiało wrażenie, jakby nic się nie zmieniło. Biała bryła pałacu wyrastała przede mną jak wielka góra. Roślinne zdobienia na fasadzie przypominały, że wzorowano ją na francuskich i włoskich pałacach, przez co obcym, którzy zabłądzili do tego podlaskiego miasteczka w sercu Puszczy Knyszyńskiej, trudno było uwierzyć, że ten bajeczny budynek jest teraz szkołą. Przed wejściem, pośrodku klombu herbacianych róż, dostrzegłem rzeźbę kobiety z koszem kwiatów, tak realistyczną, że wyglądała, jakby właśnie skończyła je zrywać. Jedni mówili, że ma rysy twarzy jednej z muz, inni - że właścicielki pałacu, Adeli Buchholtz, a każde pokolenie licealistów widziało w niej którąś z nauczycielek. Żelazny szyld LSP, Liceum Sztuk Plastycznych imienia Artura Grottgera, kołysał się na wietrze. Nad bocznym wejściem paliła się mała latarenka, a wszechobecne litery B - inicjały Buchholtzów, dla których zbudowano to miejsce - lśniły w blasku tysiąca żarówek i świec, które skutecznie wydobywały liceum z wczesnego, jesiennego zmroku.

Wnętrze też wyglądało tak, jak kiedyś. Na ścianach pod sufitem biegła biała sztukateria: liście kasztanowca wielkie jak ludzkie dłonie i owoce granatu wyglądające tak realistycznie, że aż chciało się wbić w nie zęby. Stoły na parterze, przykryte ciemnozielonym obrusem jak stolik, przy którym zdawaliśmy maturę, uginały się od przekąsek. Ciasta rozłożono na porcelanie Buchholtzów, która jakimś cudem przetrwała przemarsz Armii Czerwonej latem 1944. Obok nich, we wnętrzach kieliszków, płonęły maleńkie świece i dotarło do mnie, że w tej części pałacu całkowicie zrezygnowano dziś z żarówek, choć w czasach, gdy urządzano tu przyjęcia, znano już elektryczność.

Co chwilę ktoś zbiegał po schodach, trzymając się balustrady, wokół której wykuto zawijasy, układające się w kwiatową girlandę. Prowadziły najpierw do sal lekcyjnych: językowej, gdzie niemiłosiernie kaleczyliśmy francuskie słówka, i chemicznej, gdzie nauczyciel nie dawał nam odczynników, bojąc się, że zrobimy to, czego nie udało się Rosjanom - i puścimy pałac z dymem. Ostatnie piętro zajmował strych, gdzie suszyliśmy obrazy. Oparłem się o balustradę. Przypomniałem sobie, jak lubiłem stawać na szczycie i zerkać w dół, czekając, aż zobaczę skradającą się po nich Idę. Dziś co chwilę mijałem znajome twarze. Pamiętałem je z czasów, gdy przebiegaliśmy tędy z torbami pełnymi szkiców, wrzynającymi się w ramię, a w miasteczku nazywali nas artystycznymi dzieciakami albo tymi z Grottgera. I gdy z daleka zdradzały nas zapach terpentyny i farba na dłoniach, tusz na opuszkach i drzazgi na ubraniu.

Wróciłem do sali z szachownicą na posadzce, gdzie trwał bankiet; pod rzeźbione sylwetki kobiet, pod którymi ustawiono stoły jeden przy drugim, jak kiedyś w klasach. Gdzieś musiałem mieć zdjęcia z tego pomieszczenia: w końcu to tutaj dyrektorka wręczała nam świadectwa maturalne, a ja i Ida ogłosiliśmy, że jesteśmy razem.

A raczej to ja ogłosiłem, a Ida wydawała się nie do końca zadowolona. Przymknąłem oczy: znów ją widziałem niemal tak wyraźnie jak zdjęcie właścicielki na honorowym miejscu, naprzeciw mnie. Gdybym lubił dramatyzować, powiedziałbym, że to pałac straconych złudzeń i miłości, ale nie byłem romantykiem, więc dla mnie było to po prostu miejsce, gdzie spędziłem najszczęśliwsze chwile. Zanim ktoś złamał mi serce.

Imię Laury pojawiło się na wyświetlaczu trzeci raz tego wieczora. Nie mogłem go zignorować.

- Już o mnie zapomniałeś, kochanie? - pytała z takim entuzjazmem, że zdążyła już pewnie wybaczyć mi, iż nie zabrałem jej ze sobą.

Początkowo była tak zła, że przed wyjazdem nawet się ze mną nie pożegnała.

- Jasne, że nie - udawałem oburzonego.

Ostatnio w naszym związku coraz częściej zdarzało mi się udawać.

- Ale tu ciągle coś się dzieje. Nie zauważyłem, że dzwoniłaś.

To nawet nie było kłamstwo, bo chociaż jej imię mignęło mi na wyświetlaczu raz i drugi, byłem tak pochłonięty zjazdem, że nie do końca dotarło do mnie, kto dzwoni. Trochę tak, jakby to miejsce rządziło się własnymi prawami; jakby teraźniejszość przegrywała tu z przeszłością, a telefony, maile i wszystko, czym żyliśmy na co dzień, nagle wydawało się mniej ważne i nie tak pilne.

- To jak?

Wyobraziłem ją sobie w naszej kuchni, z parującym kubkiem espresso i stosem katalogów ślubnych. Niemal słyszałem, jak stuka łyżeczką w spodek, nim ją odłoży.

- Wybrałaś już coś?

Trzy lata zajęło mi, by poprosić ją o rękę, a choć od tamtej chwili minęły kolejne dwa, Laura nie wybrała ani sukienki, ani obrączek. Jedyne, co zdążyliśmy zamówić, to sala bankietowa w domu na Manhattanie, gdzie podobno kiedyś bawił się na balach młody Hamilton. Miałem nadzieję, że Laura zajmie się tym pod moją nieobecność i podjedzie tam, by wybrać menu i wystrój sali, tymczasem moja narzeczona wolała poczekać na mnie.

- Wybierzemy coś razem. O ile nie ukradnie mi ciebie jakaś licealna miłość.

- No wiesz? Skończyłem tę szkołę prawie dwadzieścia lat temu.

- To wcale nie tak dużo.

Nie byłem pewien, czy żartuje, czy w jej głosie pobrzmiewa niespodziewany smutek, tak cichy jak piosenka Maanamu, do której tańczyliśmy na studniówce.

Kto kochał naprawdę, będzie kochał zawsze.

- Było, minęło. - Uśmiechnąłem się, bo pierwszy raz zdarzało się, by Laura była o mnie zazdrosna. - Daję ci słowo, że wszystkie licealne gwiazdy zjechały tu z mężami i gromadami dzieci. Pogadamy, powspominamy, wypijemy po kieliszku... Zresztą wiesz, że nie wypadało mi tu nie być.

- Wiem. - Usłyszałem, że coś zasyczało, widać Laura włączyła ekspres do kawy. - Kogo jak kogo, ale ciebie nie mogło tam zabraknąć. Teraz to ty jesteś ich gwiazdą. Mogę się założyć, że świecisz nad Supraślem najjaśniej.

- Bez przesady. Nie tylko ja odniosłem sukces.

- Ale nikt nie miał tylu wystaw. I to nie byle gdzie.

Miała sporo racji, bo na Podlasie przyleciałem prosto z Madrytu, gdzie moje dwie prace znalazły się na wystawie w Prado.

- O twoje dzieła biją się największe domy aukcyjne, nie zapominaj.

Wciąż mnie peszyło, gdy nazywała moje obrazy dziełami, tak jak nadal nie potrafiłem zrozumieć tego, że interesowały się nimi największe galerie.

Dla mnie to nadal były bazgroły, podczas gdy Laura musiała mieć katalog z każdej wystawy, na której znalazł się chociaż jeden mój szkic.

- Nie zapominam też, kto jest moją największą fanką.

- Muszę kończyć. - Do jej głosu wrócił entuzjazm, a ja usłyszałem, jak coś brzęknęło. Pewnie klucze. - Baw się dobrze, Alex. Kocham cię.

- Ja ciebie też - odparłem sekundę przed tym, gdy poczucie winy zakuło mnie jak kolce herbacianych róż z dziedzińca, które widziałem przez balkonowe drzwi.

To Laura zawsze mówiła o miłości jako pierwsza, a mnie pozostało jedynie przytaknąć. I nie chodziło jedynie o refleks, bo miałem wystarczająco czasu, by powiedzieć to jako pierwszy, tymczasem...

Podmuch zimnego powietrza uderzył mnie w twarz. Ktoś musiał nie domknąć okien, ale ja drgnąłem, jakby któryś z duchów tego pałacu dotknął mojej skroni. Dlatego gdy jeszcze poczułem czyjąś dłoń na ramieniu, prawie wylałem wino na nową marynarkę.

- Przepraszam, nie wie pan gdzie... To ty?

Nie była duchem tego pałacu ani zjawą z przeszłości, ale przez chwilę pożałowałem, że tak nie jest.

Rozpoznałem ten głos, jego barwę i tembr, rozpoznałem jej zapach nawet, gdy tłumiły go perfumy. Zapomnieć ją znaczyłoby zapomnieć siebie. I choć jej włosy, ścięte krótko, sięgały ledwie za uszy, a wokół oczu namnożyło się drobnych zmarszczek, jakby mały, ale uparty pająk tkał tam sieć; choć kolorowe sukienki zastąpiła małą czarną, a zamiast setki bransoletek nosiła jedną, srebrną jak pierwsze siwe nitki w moich włosach, to wciąż była Idą. Tamtą Idą, z którą spędziłem klasę maturalną, ale planowałem spędzić też życie. Tamtą Idą, która złamała mi serce, a wszystkie moje marzenia podarła na strzępy jak nieudany, niedopracowany szkic.

Patrzyłem na nią jak na ducha: na brązowe włosy, ciemniejsze o odcień i kocie oczy, które obwiedzione czarnymi kreskami, wydawały się jeszcze bardziej skośne. Szukałem odprysków granatowego lakieru na paznokciach albo zagnieceń na sukience. Najmniejszych niedoskonałości, które przekonałyby mnie, że jest kobietą z krwi i kości, a nie iluzją.

- Aleksander. - Uśmiechnęła się, a ja nie mogłem ocenić, czy to szczerość, czy kurtuazja. Dziś, tu i teraz, zwyczajnie wypadało się uśmiechać.

- Czy ty w ogóle wiesz, co mi zrobiłaś?

Patrzyłem, jak uśmiech znika z jej warg niczym szkic powoli ścierany z kartki.

Jak w ogóle mogła się do mnie uśmiechać? Po tym wszystkim?

- Myślałam, że mi wybaczysz.

Złapałem ją za nadgarstek, tam, gdzie nosiła kiedyś dziesiątki bransoletek: prezentów od koleżanek i pamiątek z koncertów. Dziś wystarczyła jedna, złota, z modnego butiku.

- Jak można wybaczyć coś takiego? - Moje słowa musiały brzmieć cierpko jak wino, którego nie zdążyłem dopić.

Odstawiłem kieliszek. Ochota na alkohol całkiem mi przeszła.

- Aleksander...

Znowu szeptała moje imię jak wtedy, gdy byliśmy parą nastolatków i zdawaliśmy tu maturę. Gdy wszystko między nami dopiero się zaczynało, a ja dałbym wszystko, byleby usłyszeć moje imię z jej ust.

- To było dawno.

Dopiero teraz zauważyłem, że ścisnąłem jej rękę za mocno. Jutro pewnie obudzi się z siniakami, a ja z myślą, że tylko mi się śniła. Podszedłem bliżej, na tyle blisko, by wdychać jej zapach: pomarańczę i chyba frezję. Kiedyś znałem wszystkie jej perfumy, zresztą połowę kupiłem jej w prezencie.

- Właśnie. Było dawno, ale jeśli nadal boli, to musiało coś chyba znaczyć, prawda? Przynajmniej dla mnie.

I nagle teraźniejszość i zjazd przestały mieć znaczenie. Nie miały go nawet Laura i obietnice, które zostawiłem na innym kontynencie, bo oto znów miałem przed sobą Idę, a każde jej spojrzenie bolało jak cios prosto w serce, dzięki czemu zrozumiałem, że to, co uważałem za skończone i bez znaczenia, wcale takie nie jest. Mimo osiemnastu lat, które minęły, odkąd widzieliśmy się po raz ostatni. A może właśnie dlatego.

- Dla mnie to też wiele znaczyło. Ty znaczyłeś. Wierzysz mi, prawda?

A czy ona by uwierzyła, gdybym opowiedział jak dzień po dniu, plaster po plastrze, zlepiałem w całość moje pogruchotane serce, ale wystarczał jakiś detal - uśmiech podobny do jej, perfumy podobne do jej perfum - a znowu rozpadało się na kawałki? I jak z uśmiechem na ustach i krwawą miazgą w miejscu serca zaczynałem je składać od nowa?

Oparłem się pokusie, żeby znów jej nie dotknąć. Żeby przypadkiem nie sprawić bólu i jej, i sobie.

- Więc dlaczego, Ida? - zadałem wprost pytanie, którego nie udało mi się zadać osiemnaście lat temu. - Dlaczego?