Rodzinne gniazdo
"Moja inteligencja nie była inteligencją
dziecka. Zasadzała się na przesadnym rozwinięciu"k1 - pisała
piętnastoletnia Zofia Nałkowska w swoim Dzienniku. Choć współczesnemu
czytelnikowi takie twierdzenie może się wydać mocno przesadzone,
nastoletnia Zosia musiała rzeczywiście przewyższać intelektualnie swoich
rówieśników, a zwłaszcza rówieśniczki, dorastała bowiem w zupełnie
niezwykłym domu, dwojga intelektualistów, który na zawsze ukształtował
ją zarówno jako człowieka i jako pisarkę.
Współcześnie w biogramach poświęconych Wacławowi Nałkowskiemu, które
zamieszcza każda szanująca się encyklopedia, można przeczytać, że był to
nie tylko ojciec sławnej pisarki, ale przede wszystkim geograf, pedagog
i publicysta, którego bibliografia obejmuje, bagatela, 416 pozycji. W niektórych biogramach przy słowie "publicysta" znajduje się epitet
"radykalny". Nałkowski przyszedł na świat 19 listopada 1851 roku we wsi
Nowodwór w zrujnowanej rodzinie szlacheckiej. Owo zrujnowanie rodzina
zawdzięczała właściwie tylko jednej osobie - dziadkowi pisarki ze strony
ojca, Michałowi Nałkowskiemu, który żeniąc się z Celiną Rudnicką w 1849
roku był właścicielem folwarku Zawitała, odziedziczonym po matce lub jej
drugim mężu. Niestety, pan Michasz, jak nazywano dziadka Nałkowskiej,
nie był człowiekiem stworzonym do gospodarowania na roli, z jednej,
aczkolwiek istotnej przyczyny - miał duszę artysty. Typowe gospodarskie
zajęcia śmiertelnie go nużyły, natomiast upodobanie znajdował w muzyce,
rzeźbiarstwie i majsterkowaniu. Wielką jego pasją była też matematyka i te wszystkie zainteresowania zabierały mu tyle czasu, że nie starczyło
go już na gospodarowanie w rodzinnym majątku. Poza tym, z zamiłowania
był mieszczuchem, nie cierpiał ani wsi, ani chłopów. Na efekty takiego
podejścia do życia nie trzeba było długo czekać i pan Nałkowski stracił
rodzinny majątek. To doświadczenie niczego go nie nauczyło, nadal
widział swą przyszłość jako zarządca majątku. Kolejne dzierżawy kończyły
się oczywiście katastrofą i dziadek pisarki tracił je po kolei: Nowodwór
koło Garwolina, Niemianowice i Wierzchowiska. W Nowodworze w 1851 roku
przyszedł na świat jego jedyny syn - Wacław. Chłopiec był bardzo
wrażliwym dzieckiem i głęboko przeżywał wszystkie przeprowadzki, z żalem
opuszczając każdy dom, do którego zdążył się już przywiązać, tęskniąc za
pozostawianymi tam przyjaciółmi.
Jedenaście lat później Michał Nałkowski nabył, dzięki niespodziewanemu
spadkowi, niewielki majątek Wrotków pod Lublinem, stał się on dla jego
syna domem rodzinnym, do którego tęsknił jako dorosły człowiek. Bardzo
skromna była ta "rodowa siedziba", w skład której wchodził "Dom
mieszkalny z drzewa na podmurowaniu [...] dach gontem kryty [...], pięć
pokoi, sień i dwie piwnice"k2. Sąsiadował z nim jeszcze
skromniejszy domek dla czeladzi, składający się z dwóch izb, bez podłóg
i okien. To właśnie tęsknota była bezpośrednią przyczyną zakupu ziemi w Górkach, gdzie postawił niewielki domek - namiastkę dworku, w którym
rodzina spędzała miesiące letnie. Z pamiętników, jakie we wczesnej
młodości pisał Wacław, do których po latach dotarła jego córka, wyłania
się obraz, delikatnie mówiąc, bardzo zaniedbanego gospodarstwa.
Nałkowski pisał: "[...] rodzice moi, żyjąc w niedostatku, w nędzy prawie
(bo ów kawałek gruntu nie mógł dać utrzymania) zmuszeni byli ciężko
pracować, a ja już w 9-tym roku życia brałem udział w pracy i zmartwieniach rodziców. Musiałem wykonywać rozmaite posługi
gospodarskie, przy braku odpowiedniej liczby służących, nauka zaś leżała
odłogiem"k3.
To właśnie we Wrotkowie odbył się chrzest Wacława. Chłopiec doskonale
pamiętał owo wydarzenie, bowiem ochrzczono go, kiedy skończył
czternaście lat. Wbrew pozorom, tak późny chrzest nie był w owych
czasach jakimś ewenementem, podobne obyczaje w kwestii chrzczenia dzieci
panowały chociażby w rodzinie Marii Konopnickiej. Jej najstarsza córka,
Zofia, przyjęła chrzest jeszcze później - w wieku dwudziestu czterech
lat, na krótko przed ślubem.
Swoich rodziców Wacław wspominał z mieszanymi uczuciami: matkę, Celinę,
bardzo kochał, pisząc o niej jako o czułej i delikatnej, wręcz
anielskiej istocie, natomiast ojca bał się bardzo. I nie ma się czemu
dziwić, bowiem Michał do ludzi spokojnych bynajmniej nie należał, o czym
dość boleśnie przekonali się jego najbliżsi. "Do tego wszystkiego dodać
należy, że Ojciec mój z natury gwałtownego charakteru - pisał Nałkowski
- a niedostatkiem i niepowodzeniami rozdrażniony, bardzo źle obchodził
się ze mną i często niesprawiedliwie [...] odbierałem liczne
szturchańce, policzki i kopania nogami"k4. Znacznie gorsze od
fizycznego bólu były poniżanie, rozpacz oraz bolesna świadomość, że tak
niesprawiedliwie traktuje go ojciec, osoba, której był "winien miłość i uszanowanie". Na domiar złego, Michał Nałkowski borykał się z astmą,
chorobą, z którą ówczesna medycyna właściwie sobie nie radziła. Wacław
po latach wspominał: "Nieraz całe noce długie i okropne [...]
przepędzaliśmy przy jego łóżku [...] znużony czuwaniem, znużony pracą do
egzaminów, kładłem się w ubraniu nad ranem, a zaledwie oczy zmrużyłem,
budził mię przerażający krzyk ojca, który się dusił. Takich nocy było
nieraz po kilkanaście z rzędu"k5. Na szczęście, matka Celina
zapewniała swemu synowi dostateczną porcję ciepła i uczucia. Po latach
Nałkowski wspominał: "Była to istota delikatna, czuła i anielska, którą
w dziecinnych prawie latach wydano za mąż, mimo jej woli, poszła za wolą
rodziców, spełniała święcie obowiązki żony, lecz życie jej było złamane;
nie było w nim tego uroku, który jest potrzebą serca ludzi innych niż
zwykli. Myśl o życiu bezbarwnym, o zmarnowaniu kwiatu młodości, pokryła
jej czoło chmurą zadumy i tęsknoty, którą czasami wylewała na
papier"k6.
Tak o swojej matce opowiadał Nałkowski córkom, natomiast prawdy o swoim
dziadku Nałkowska dowiedziała się po wielu latach, kiedy wertowała
rodzinne archiwa, chcąc napisać książkę o swoim ojcu, ponieważ Wacław
nie opowiadał córkom o niedolach swego dzieciństwa. Zamiast o kłopotach
zdrowotnych ich dziadka, opowiadał o straszliwej burzy, którą przeżył w jednym z dzierżawionych przez Michała majątku, Wierzchowiskach, i o swoich skokach z wysokiego płotu na grzbiet jednego z koni wracających
wieczorem z pastwiska.
Często wspominał też pewien niechlubny epizod z dzieciństwa, kiedy
kopnięciem wylał wodę z kanek niesionych przez dwoje dzieci z domu dla
czeladzi. Wspomnienie to traktował jako akt niepojętej krzywdy, jaką
wyrządził tym dwojgu małym biedakom mieszkającym w domu bez okien i podłogi. Co ciekawe, ten pozornie mało znaczący epizod był dla niego
wyrzutem sumienia do końca życia. Jego starsza córka wykorzystała
później ten motyw w Narcyzie, powieści napisanej w 1911 roku, ale
nadała mu wręcz freudowską interpretację: jeden z jej bohaterów,
kobieciarz Maurycy, wylewając wodę chciał dać upust swoim uczuciom
miłosnym.
Jak łatwo się domyślić, niefrasobliwy dziadek autorki Granicy stracił
także Wrotki, a wówczas postanowił przenieść się do Lublina, gdzie
rozpoczął pracę na jakimś stanowisku urzędniczym w Towarzystwie
Kredytowym Ziemskim. Musiała być to wyjątkowo marna posada, skoro jego
syn ratował rodzinny budżet udzielając korepetycji. Co więcej, z zachowanych dokumentów wynika, iż Wacław, jako korepetytor, zarabiał
więcej niż ojciec. Michał Nałkowski przekazał synowi dość osobliwe
dziedzictwo, zaszczepiając mu niechęć do warstwy ziemiaństwa, a więc do
swoich bogatszych krewnych. Najprawdopodobniej właśnie w ten sposób ten
niewydarzony gospodarz i niespełniony artysta rekompensował sobie
wszystkie niepowodzenia życiowe, które pchnęły jego rodzinę w nędzę.
Zanim jednak Wacław rozpoczął udzielanie korepetycji, musiał dostać się
do liceum w Lublinie, a przedtem uzupełnić luki w łacinie i rosyjskim,
których dotąd się nie uczył. Dzięki pomocy młodego korepetytora dostał
się do lublińskiej szkoły. Na szczęście Wacław był zdolnym uczniem, a braki nadrobił tak skutecznie, że po ukończeniu pierwszej klasy otrzymał
dyplom "za pilność w naukach i wzorowe sprawowanie się"k7. Ponieważ,
kiedy chłopiec rozpoczął naukę w szkole, jego rodzina nadal
gospodarowała we Wrotkowie, w czasie pobytu w Lublinie mieszkał na
stancji u profesora języka francuskiego Józefa Villaume'a, gdzie
zaprzyjaźnił się z synem i imiennikiem gospodarza, późniejszym lekarzem.
Ta przyjaźń trwała do końca życia Wacława i znalazła kontynuację w kolejnym pokoleniu, jego córka, Zofia, przyjaźniła się bowiem z córką
Villaume'a, która nosiła to samo imię, co ona.
Nałkowski przechodził z klasy do klasy bez problemów, otrzymując
celujące oceny ze wszystkich przedmiotów i utrzymując status prymusa.
Pomimo wielkich zdolności, musiało go to wiele kosztować, tym bardziej
że na jego barki spadł ciężar utrzymania rodziny. Jego ojciec, nie dość,
że marnie zarabiał, wciąż borykał się z coraz cięższymi atakami astmy.
Wacław nie miał innego wyjścia i musiał pracować jako korepetytor i to
już w wieku czternastu lat, a ponieważ po ojcu odziedziczył zamiłowanie
i niemałe zdolności do matematyki - królowej nauk, jego usługi cieszyły
się dużym popytem. Co ciekawe, lubelskie liceum było placówką o profilu
filologicznym, a sam Wacław pasjonował się geografią i matematyką,
wiedzę z tych przedmiotów musiał uzupełniać na własną rękę, co nie
przeszkadzało mu zbierać samych ocen celujących z przedmiotów
humanistycznych. Po latach wspominał: "Mając zamiłowanie do matematyki i geografii, a będąc w gimnazjum filologicznym, gdzie te nauki nisko
stały, musiałem swych wiadomości dopełniać: zamiast czas wolny poświęcać
zabawom, nieraz całe dnie świąteczne przepędzałem przed tablicą,
rozwiązując zagadnienie za zagadnieniem. [...] Jeografię lubiłem, bo ona
nie była dla mnie przedmiotem pamięciowym. Wszystko, com się z niej
uczył, widziałem w umyśle. Miałem szczególne upodobanie nieraz po kilka
godzin przyglądać się mappie"k8. Wkrótce stał się dumą całej
szkoły i podczas wizytacji był przedstawiany wizytatorom jako "pierwszy
matematyk i geograf" w liceum. Niestety, ambicja i praca nad siły
wkrótce odbiły się na zdrowiu chłopca, któremu poważnie pogorszył się
wzrok. Doszło nawet do tego, że musiał uczyć się do zajęć, słuchając
uczących się kolegów. Do pogarszającego się wzroku dołączyły też inne
problemy zdrowotne: choroby płuc, które odbiły się negatywnie na
frekwencji Wacława. Nieobecności w szkole i problemy ze wzrokiem nie
przeszkodziły mu napisać w ostatniej klasie pracę pt.: Wpływ położenia
geograficznego na charakter narodów, a stąd na działalność ich i rozwój
oświaty czyli w ogóle na historię. Tezy sformułowane w opracowaniu
oparł na naukach Karola Rittera1, który jako pierwszy postawił
tezę o związku pomiędzy historią krajów a ich warunkami geograficznymi.
Dla wszystkich nauczycieli było oczywiste, że tak zdolny uczeń będzie
kontynuował naukę na uniwersytecie. Za namową jednego z nich, który
twierdził, że Wacław powinien "kierować się na profesora", a jego
powołaniem jest praca wykładowcy, wybrał Uniwersytet Jagielloński,
sprzeciwiając się jednocześnie woli ojca, który chciał, by syn studiował
w Warszawie. Będący pod zaborem austriackim Kraków był przecież za
granicą i wyjazd na studia związany byłby z niemałymi kosztami.
Ostatnie wakacje, po doskonale zdanej maturze, Wacław miał spędzić w Zgórsku pod Kielcami, w domu jednej z jego ciotek, Otkiewiczowej.
Pojechali tam wszyscy troje, ale rodzice nie zostali na letnisku, bowiem
po krótkim pobycie wyjechali do Szczawnicy, gdzie Michał Nałkowski miał
odbyć kurację, by pozbyć się astmy, tak skutecznie komplikującej mu
życie. Potem ujrzał rodziców przelotnie, stojąc na dworcu w Krakowie, w oknie wagonu, w którym wracali do Lublina. Pomachał im na pożegnanie,
zupełnie nie zdając sobie sprawy, że widzi ich po raz ostatni w życiu.
Jego matka, Celina, zmarła nagle na serce 21 września 1871 roku, a ojciec opuścił ten padół zaledwie dwa miesiące później - 19 listopada,
przeżywszy pięćdziesiąt jeden lat. Wacław, wciąż borykający się z nędzą
student, nie miał pieniędzy, by udać się na pogrzeb rodziców.
Kłopoty pieniężne i zdrowotne nękały Nałkowskiego właściwie przez cały
okres nauki na Uniwersytecie Jagiellońskim, gdzie od 1871 do 1876 roku
studiował matematykę, przyrodę i geografię. Studiując w Krakowie, miał
okazję boleśnie doświadczyć stosunków społecznych, jakie panowały w ówczesnej Galicji, biedy i głodu. Czasami jego jedynym pożywieniem była
gotowana pokrzywa, zebrana przy drodze. Po latach wspominał: "[...] w obcym mieście bez znajomych, bez stosunków byłem w położeniu fatalnym.
Rzucam zasłonę na ostrą nadzwyczaj zimę przebytą na pierwszym roku
uniwersytetu; mrozy były wtedy tak silne, [...] że u mnie w pokoju nafta
w lampie zamarzała tak, iż z trudnością przychodziło mi ją zapalać po
pracy. Lecz po co mówić o szczegółach; czyż my, ludzie, pracy i walki
nie znamy, nie pojmujemy ich? Nareszcie na wiosnę po takiej zimie udało
mi się dostać lekcje za stół i stancję, lecz miałem sześć godzin
dziennie lekcji (prócz zajętych w uniwersytecie), upadałem ze zmęczenia,
nie byłem w stanie pracować nad sobą, a tak cały pierwszy rok
uniwersytetu przepadł marnie"k9. Ponieważ na Uniwersytecie
Jagiellońskim nie istniała wówczas katedra geografii, Nałkowski
uczęszczał na wykłady z matematyki, fizyki, astronomii i meteorologii, a kartografii uczył się u Franciszka Karlińskiego, chodził też na wykłady
z historii literatury.
Bolesne przeżycia, związane z nędzą i ciężkimi warunkami bytowania,
ugruntowały w nim, zaszczepioną jeszcze przez ojca, niechęć wobec
warstwy zamożnych ludzi, pogardliwie nazywanych przez niego
posiadaczami. Nie darzył też sympatią obozu stańczyków ani kleru, z czasem obdarzył głęboką pogardą wszystkich ludzi interesu oraz filistrów
- ludzi ograniczonych, o ciasnych poglądach i bez aspiracji. W jego
studenckich notatkach można znaleźć fragment doskonale ilustrujący te
poglądy: "[...] ludzie z duszą niepodległą, z sercem i głową, ludzie
"podejrzani", "niebezpieczni", na próżno wytężają swe siły w walce o byt: stańczykowsko-jezuicka policja śledzi ich, usuwa od zajęć, a proteguje spodlonych, giętkich w karku; bystre oko chlebodawcy-stańczyka
lub księdza, odkryje wnet sztywność w karku zależnego odeń pracownika i miejsce jego zastąpi umiejący się spodlić i poniżyć sługus. I cóż
dziwnego, że najlepsze, najszlachetniejsze jednostki albo umierają w kwiecie wieku z głodu (czy to bezpośrednio, czy przez wywiązanie się
suchot), albo, gdy organizm jest dziwnie silny, żyją, ale tracą wszelką
siłę nerwową, wpadają w apatię, stają się chodzącymi trupami, inwalidami
życia, kończą często obłędem lub samobójstwem. Tylko ci, co pojęli
wcześnie beznadziejność drogi szlachetnej i przeszli w szeregi lokai, ci
zastosowawszy się do tego stanowiska, z czasem osiągają zaszczyty i świetny byt materialny; stańczykowsko-jezuicka policja doskonale
zorganizowana postępuje tutaj bardzo systematycznie, metodycznie:
wybrawszy ofiarę, nasyła nań kusicieli, którzy potrafią z szatańską
psychologią roztoczyć przed nią czarowną przyszłość, świetną karierę,
lub też obrazy nędzy, a to odpowiednio do tego, czy wybrana ofiara
zechce być powolnym narzędziem, czy też ośmieli się być krnąbrną. Tym
sposobem kusiciele potrafią wypruć jednostce ludzkiej wszelkie porywy,
wszelkie uczucia ogólnoludzkie, uczynić ją żołdakiem reakcji, a przynajmniej bezdusznym specjalistą, szewcem naukowym? Tak fabrykuje się
każdy "doktór-profesor". W ostatnim razie, wybrakowanie odbywa się drogą
mniej gwałtowną, nie przez wycinanie, lecz tylko naginanie i szczepienie
"młodych płonek". Machina społeczna, wynikająca jako rezultat takiej
hodowli, musi się składać z trzech elementów: panów (i księży), jako
kierowników, lokai, jako wykonawców i nędzarzy, jako
odpadków"k10.
Wkrótce Nałkowski mógł sobie poprawić nędzne warunki egzystencji, zaczął
bowiem pisać pierwsze samodzielne prace oraz artykuły drukowane na
łamach miejscowych dzienników i czasopism. Wielkie nadzieje na pokaźny
zastrzyk finansowy rozbudziło w nim otrzymane w 1876 roku zamówienie na
opracowanie podręcznika geografii fizycznej, złożone przez księgarnię
Adolfa Dygasińskiego, pt. Kurs geografii dla wyższych szkół
gimnazjalnych. Nic dziwnego, że młody student zaniedbał na rzecz pracy
nad podręcznikiem swoje studia uniwersyteckie. Pracował nad nim półtora
roku, ale przygotowywana publikacja nigdy nie ukazała się drukiem,
bowiem księgarz zbankrutował. Na domiar złego powódź, która nawiedziła
wówczas Kraków, podtopiła dom, w którym mieszkał Nałkowski, niszcząc
lwią część rękopisów. Nałkowski zdążył opublikować w Szkicach
społecznych i literackich fragment wstępu pt. Kilka słów o wadach w wykładzie geografii u nas, którym de facto zapoczątkował walkę o zreformowanie sposobu nauczania tego przedmiotu.
Nałkowski w trakcie studiów miał niewielu przyjaciół, przyjaźnił się
jedynie z Wincentym Tryczyńskim, późniejszym lekarzem na prowincji,
Hugonem Wróblewskim, poetą prześladowanym przez austriacką policję, i z Konstantym Wojciechowskim. Lata spędzone na uniwersytecie przyniosły mu
też miłość. W czasie studiów Wacław poznał swoją przyszłą żonę - młodą
nauczycielkę Annę, wywodzącą się z czesko-słowackiej rodziny Šafranków.
Jej rodzicami byli Jan i Antonina Šafrankowie. Jan pracował jako
urzędnik kolejowy i zapewne z racji pełnionej funkcji musiał przenosić
się raz po raz w różne zakątki Austro-Węgier, w końcu los rzucił go do
Polski. Matka Nałkowskiej, Anna, urodziła się we Lwowie, ale wraz ze
swoją starszą siostrą większą część swego dzieciństwa spędziła w Brnie.
Nie wiadomo, kiedy Šafrankowie osiedli w Krakowie, nie udało się ustalić
daty śmierci dziadka pisarki, Jana, a jego zgon owiany był w rodzinie
mgiełką tajemnicy. Wiadomo jedynie, że zginął tragicznie około 1892
roku, w wodach Wisły. Być może było to samobójstwo, być może tragiczny
wypadek, który zdarzył się Janowi, kiedy, kompletnie pijany, wracał ze
schadzki z inną kobietą.
Šafrankowie doczekali się trzech córek, które wyrosły na wyjątkowo
urodziwe panny: Janiny, Anny oraz Teresy. Owdowiałej Antoninie udało się
dobrze wydać je za mąż: Janina wyszła za poetę i dziennikarza Hugona
Wróblewskiego, Anna za Wacława Nałkowskiego, a najmłodsza, Teresa, za
Aleksandra Majewskiego, urzędnika. Kiedy rodzice Zofii Nałkowskiej
poznali się, jej matka wciąż była studentką seminarium nauczycielskiego.
Droga do zdobycia pięknej Anny nie była bynajmniej usłana różami, a panna Šafrankówna dwukrotnie zrywała zaręczyny, co więcej, na okres
dwóch lat opuściła Kraków, jak również samego Wacława, by zatrudnić się
jako nauczycielka w jednej z wsi we wschodniej Galicji. Nałkowski był
jednak człowiekiem wytrwałym i w końcu udało mu się zdobyć rękę Anny.
Nawiasem mówiąc, która dziewczyna oparłaby się człowiekowi piszącemu do
niej takie listy: "Ty mi nie dajesz spokoju: gdzie wzrokiem powiodę, Ty
stoisz przede mną, o czym pomyślę, Ty myśli mi plączesz i w nocy sen mi
odganiasz [...] o niedobra czarowniczko Ty moja! [...] Kiedyż zacznę
pełne czaru życie, życie u nóg Twoich, o moja święta! O jakże teraz
chciałbym być dla Ciebie pięknym i sławnym, potężnym i bogatym, by życie
Twoje usłać kwiatami [...]?". Niestety, do dnia dzisiejszego zachowało
się zaledwie kilkanaście listów pisanych przez Nałkowskiego do
narzeczonej. Większość z nich Anna włożyła do trumny męża, który zmarł w 1911 roku.
Para stanęła na ślubnym kobiercu 22 września 1881 roku w Warszawie, a ślub miał miejsce w kościele św. Aleksandra. Młodzi zamieszkali w Warszawie i utrzymywali się z lekcji Wacława w prywatnych szkołach
średnich. Zapewne niemałe znaczenie na decyzję o przeniesieniu się do
Warszawy miał fakt, iż w tym mieście mieszkali krewni Anny i Wacława:
brat matki Nałkowskiego, Rudnicki, najstarsza siostra Anny, Janina,
która jak wspomniano poślubiła warszawskiego dziennikarza, nawiasem
mówiąc kolegę uniwersyteckiego Wacława. Nałkowscy początkowo mieszkali w Warszawie przy ulicy Hożej 10, skąd przeprowadzili się do mieszkania na
Kruczej 10, potem w domu przy końcu ulicy Wspólnej, nieopodal Ogrodu
Pomologicznego, gdzie na parterze zajmowali skromne dwa pokoje,
następnie kolejno przenosili się na ulice: Leopoldyny, Nowogrodzką 32,
gdzie zajmowali lokal na trzecim piętrze w podwórzu, później na Podwale
4, skąd przeprowadzili się na Koszykową 20, zajmując tam początkowo
jeden, później dwa pokoje, następnie zajęli trzypokojowe mieszkanie na
czwartym piętrze w podwórzu na Hożej 60.
Anna musiała być bardzo zakochana w mężu, pomimo że Wacław nie potrafił
jej zapewnić godziwej, mieszczańskiej egzystencji. "Zaczęło się trudne
życie małżeńskie, w ubóstwie, wyrzeczeniach, ciągłej walce z przeciwnościami, w pracy bez wytchnienia. Koroną tego mozołu bez nagrody
były niezłomne zasady ideowe i moralne Nałkowskiego, które młodziutka
małżonka uznała za swoje, jakby były częścią przysięgi małżeńskiej. W cieniu romantycznej sylwetki Nałkowskiego - Rycerza, Bojownika - Anna
kształtowała samodzielnie swoją egzystencję według nowoczesnego modelu
Kobiety Partnerki, towarzyszki we wspólnej spawie"k11.
Pierwsze lata małżeństwa nie były łatwe, nie tylko ze względu na
trudności finansowe z jakimi musieli się borykać. Los nie oszczędził im
bowiem największego nieszczęścia, jakie może spotkać rodziców - straty
dziecka. Owym dzieckiem zmarłym wkrótce po urodzeniu, była Celina, która
urodziła się w ich pierwszym roku małżeństwa, na ulicy Hożej. Ich druga
córka, która chowała się na szczęście zdrowo, Zofia Nałkowska, przyszła
na świat 10 listopada 1884 roku w Warszawie, na ulicy Kruczej. Co
ciekawe, wymieniona data została ustalona jako bezsporna data urodzin
pisarki stosunkowo niedawno, w latach siedemdziesiątych ubiegłego
stulecia. W opracowaniach wcześniejszych figurowały inne daty,
najczęściej późniejsza o rok. Sama Nałkowska zapytana kiedyś wprost,
która z dat podawanych przez różne encyklopedie, leksykony i podręczniki, jest prawdziwa, odpowiedziała kokieteryjnie: "Moi drodzy,
wszystkie są fałszywe"k12. Cztery lata później, w 1888 roku,
urodziła się młodsza siostra Nałkowskiej, Hanna, późniejsza rzeźbiarka.
Rok po urodzinach Zofii państwo Nałkowscy wyjechali do Lipska, dzięki
stypendium, które Wacławowi na dalszą edukację przyznała Kasa im.
Mianowskiego2. Tam Nałkowski chodził na wykłady,
uzupełniając swoją wiedzę z dziedziny geografii, a jego żona, pomimo że
była obarczona opieką nad maleńką Zosią, studiowała razem z nim. Razem z nim chodziła na wykłady znanego Alfreda Kirchoffa, w ten sposób
zdobywając wiedzę z dziedziny geografii, dzięki czemu w przyszłości
mogła pomagać mężowi w pracy, a nawet popularyzować jego osiągnięcia.
Sama także okresowo uczyła geografii, chociażby na pensji
Pankiewiczówny, od 1890 roku pisała nawet artykuły i podręczniki, a po
śmierci męża przygotowała do druku jego spuściznę. Jej bibliografia nie
jest co prawda tak imponująca, jak w przypadku Wacława, ale i tak
niemała, obejmuje bowiem 50 publikacji.
Nałkowski, w czasie pobytu w Lipsku, brał także udział w seminariach
innej sławy w środowisku geografów - Ferdynanda Richthofena, studiował
geologię u Hermana Crednera i etnologię u Emila Schmidta, ale nie tylko
ukochana geografia znajdowała się w jego orbicie zainteresowań, gdyż był
także słuchaczem wykładów filozofii Wundta. Jego głównym zadaniem było
zbieranie materiałów do Geografii fizycznej, publikacji, którą miał
wydać po powrocie do kraju w Kasie im. Mianowskiego.
Jak słusznie zauważa profesor Hanna Kirchner, pisząc o rodzicach autorki
Granicy, w swojej obszernej pracy poświęconej Nałkowskiej: "Całym
majątkiem obojga było piękno - fizyczne i duchowe"k13. Wszyscy,
którzy zetknęli się z jej matką mówili o niej, że jest piękna, nawet
kiedy lata młodości miała już dawno za sobą, bowiem niemal do końca
życia urzekała czarnymi oczyma o przenikliwym wejrzeniu oraz
nieskazitelnym profilem, przypominającym wizerunki antycznych piękności
widniejące na greckich wazach. Ojciec pisarki też należał do
przystojnych mężczyzn: "Pan Nałkowski był wysoki, smukły, szczupły,
piękny, z ciemną chmurą włosów nad bladością twarzy pociągłej, o długim
nosie z połyskiwaniem szkieł nieodstępnych binokli, z błyskiem ślicznego
uśmiechu nad czarnością brody, która nie była okrągła jak u mego ojca,
tylko raczej rozszerzająca twarz u dołu i krótka. [...] Pan Nałkowski
śmiał się głośno i zaraźliwie: ha, ha, ha. Właśnie tak jak się pisze:
ha, ha, ha"k14.
Panny Nałkowskie dorastały w wyjątkowo skromnym domu. Pisząc "skromny"
mam na myśli warunki materialne, bowiem pod względem tzw. zasobności
duchowej dom ów z pewnością porażał swoim bogactwem. Po latach pisarka
wspominała: "Moje dzieciństwo nie było czymś typowym dla dziewcząt mego
kraju, ubiegło bowiem w dość odrębnych warunkach. [...] Od początku mego
życia otaczały mnie książki, dorośli naokoło mnie mówili o nauce,
znajomi, którzy przychodzili to byli uczeni, albo pisarze. Myślałam, że
pewno tak samo jest wszędzie, że świat myśli i idei to jedyna
rzeczywistość. I później byłam zdziwiona widząc, że jest
inaczej"k15. Rzeczywiście atmosfera, w której obie dziewczyny
dorastały, była zupełnie niezwykła: ich rodzinny dom przypominał
intelektualny tygiel, w którym spotykali się i namiętnie dyskutowali
wielcy intelektualiści: ludzie nauki, pisarze oraz publicyści. W dodatku
panował tu kult nauki i pracy, połączony z pogardą dla wszelkich dóbr
materialnych. Jak zauważyła Helena Boguszewska, z domu Radlińska, która
w dzieciństwie często odwiedzała dom Nałkowskich: "Jakaś ponura polityka
ubóstwa, filozofia obywania się niczym, pogarda dla mieszczaństwa, dla
kołtunerii, dla tego, co się wtedy nazywało filisterstwem, dla ludzi
interesu, dla fabrykantów, kupców [...]. Brak pieniędzy był tu
legitymacją porządności, zaradność życiowa - raczej dyskwalifikacją, a w każdym razie świadectwem obcości, należenia do innego świata. Uczony
powinien być niezaradny, poeta powinien chodzić bez butów, dobre książki
nie powinny mieć wydawców ani odbiorców. Nikt tego, oczywiście, tak nie
formułował, ale taka była atmosfera, taka była milcząca umowa"k16.
Stałymi gośćmi tego swoistego salonu inteligenckiego byli oczywiście
uczeni-geografowie, z Wacławem Jezierskim, Antonim Sujkowskim, Ludomirem
Sawickim i Antonim Bolesławem Dobrowolskim na czele, ale nie tylko.
Nałkowskich często odwiedzali: Ignacy Radliński, wybitny religioznawca i historyk Kościoła z córką Heleną (później Boguszewską), Adolf
Dygasiński, ceniony ówcześnie publicysta Zygmunt Heryng, Janusz Korczak
(który Wacława Nałkowskiego uważał za swego patrona ideowego i mentora),
Wacław Rogowicz, Stefan Żeromski i Stanisław Brzozowski, który, jako
myśliciel i filozof stał się, jak pisała sama Nałkowska "dramatyczną i gorącą sprawą jej młodości"k17. Bodaj największy wpływ na
młodziutką Zofię wywarli Jan Władysław Dawid i jego żona Jadwiga
Szczawińska-Dawidowa oraz Cezary Jellenta, którego dziewczyna obdarzyła
nawet pierwszą, "pensjonarską" miłością. Wszyscy oni zaliczali się do
środowiska, które nazywano wówczas "inteligencją radykalną", określając
tym terminem wszelkiego rodzaju demokratów, socjalistów, antyklerykałów,
wolnomyślicieli i ateistów. Ponieważ wymienione nazwiska mogą nic nie
mówić współczesnemu czytelnikowi, bowiem, co tu dużo mówić, pokrył je
już kurz czasu, pozwolę więc sobie nieco przybliżyć sylwetki tych
wybitnych osób.
Małżeństwo Dawidów zaliczało się do najdawniejszych i jednocześnie
najważniejszych znajomości rodziny Nałkowskich. Jan Władysław Dawid był
wybitnym pedagogiem, psychologiem i publicystą, a jednocześnie -
działaczem społecznym. Jego pionierska rola w psychologii rozwojowej i pedagogice eksperymentalnej w Polsce jest nie do przecenienia. Spod
pióra Dawida wyszło jedno najwybitniejszych polskich dzieł
psychologicznych Inteligencja, wola i zdolność do pracy, napisane w 1911 roku. W okresie 1890-1898 był redaktorem pierwszego czasopisma
pedagogicznego w zaborze rosyjskim - "Przeglądu Pedagogicznego". W 1893
roku zawarł związek małżeński z Jadwigą Szczawińską, w której znalazł
nie tylko towarzyszkę życia, ale także współpracownicę. Ta nieszablonowa
kobieta, wywodząca się z ziemiańskiej rodziny, miała postępowe, wręcz
wywrotowe poglądy, a nawet sympatyzowała z socjalistami. Ponieważ nigdy
nie kryła się ze swymi zapatrywaniami, miała poważne kłopoty z utrzymaniem pracy: została zwolniona ze swoich pierwszych dwóch posad w II Gimnazjum Rządowym i na pensji Jadwigi Sikorskiej, dlatego
zdecydowała się prywatnie nauczać języka polskiego. W 1885 roku
zorganizowała pierwszą na terenach Polski tajną uczelnię dla kobiet -
Uniwersytet Latający, ale w orbicie jej zainteresowania znalazła się
także młodzież wiejska, dla której zakładała szkoły i pisała broszury o charakterze edukacyjnym. Założona przez nią i jej męża Czytelnia Dzieł
Naukowych została z czasem przekształcona w Bibliotekę Publiczną m.st.
Warszawy.
Jan Władysław Dawid w 1900 roku objął redakcję "Głosu", pisma wydawanego
od 1886 roku. Za jego sprawą gazeta, której nadrzędnym celem była praca
nad etyczną kulturą społeczeństwa, nabrała radykalnego charakteru. Na
łamach "Głosu", obok Dawida, swoje artykuły publikowali: Brzozowski,
Barański, Korczak oraz oczywiście Wacław Nałkowski. Niestety, owa
radykalizacja nie uszła uwadze władz zaborczych, które w listopadzie
1905 roku zamknęły pismo. Kiedy na krótko cofnięto decyzję, pismo
ukazywało się jeszcze nieregularnie, co parę dni, a jego ostatni numer
nosił datę 31 grudnia 1905 roku. Rok później Dawidowie wydali nowe pismo
"Przegląd Społeczny", stanowiące kontynuację zamkniętej gazety. I tym
razem nie obyło się bez represji i Dawid za "przestępstwo prasowe"
został skazany na rok twierdzy, przed czym starał się uchronić
wyjeżdżając do Krakowa i Wiednia. "Przegląd Społeczny" został zamknięty
w 1907 roku, a jego kontynuację stanowiło kolejne pismo "Społeczeństwo",
które ukazywało się do 1910 roku. W tym samym roku Dawida spotkała
wielka, osobista tragedia - samobójstwo jego ukochanej żony i współpracowniczki. Jan bardzo to przeżył i właściwie nie pogodził się z tą bolesną stratą do końca swych dni, znajdując pocieszenie w mistycyzmie i studiach filozofii religii. Zmarł 9 lutego 1914 roku.
Kiedy młodziutka Zofia bywała u Dawidów, a oni w jej domu, nic jednak
nie zapowiadało tej tragedii. To właśnie z inspiracji Jana przyszła
pisarka zaczęła pisać swoje Dzienniki, wprawiając się w tej trudnej
sztuce. Innym ważnym człowiekiem w życiu młodej Zofii był Cezary
Jellenta, którego, jak wiemy, obdarzyła nawet uczuciem. Naprawdę nazywał
się Napoleon Hirszband, a z wykształcenia był prawnikiem, choć przez
pewien czas studiował nawet filozofię na uniwersytecie w Monachium.
Rozpoczął pracę jako adwokat, by stopniowo odejść od zawodu prawnika,
porzucając go na rzecz działalności publicystyczno-dziennikarskiej.
Swoje pierwsze artykuły publikował jeszcze jako student, w latach
1883-1884, na łamach "Prawdy" Aleksandra Świętochowskiego i "Przeglądu
Tygodniowego" Adama Wiślickiego. W 1891 roku ukazała się książka Studia
i szkice filozoficzne, zawierająca jego młodzieńcze prace. Jako
dziennikarz Jellenta zajmował się krytyką literacką i artystyczną, ale
tworzył także poezję, nowele i powieści. Przez historyków literatury
jest uważany za orędownika modernizmu, ale on sam sformułował własny
program artystyczny, oparty na syntezie sztuk. Był zagorzałym obrońcą
nowej sztuki, czego dowiódł chociażby w książce Forpoczty, napisanej
wspólnie z Wacławem Nałkowskim i Marynią Komornicką, ale o tej
publikacji napiszemy w innym miejscu.
Choć dzisiaj nazwisko Jellenta mówi coś jedynie polonistom i historykom
literatury, publicysta ten był bardzo popularny na przełomie XIX i XX
stulecia. Wówczas należał on, m.in. razem z Dawidami i Nałkowskim, do
kręgów radykalnej inteligencji warszawskiej, wykładał estetykę na
Uniwersytecie Latającym, a na jego wykłady, organizowane na prowincji
oraz w Krakowie, przychodziły tłumy. W 1906 roku, uciekając przed
aresztowaniem, wyjechał z rodziną do Niemiec, by w 1914 roku wrócić do
Warszawy. Jellenta prowadził aktywną działalność publicystyczną także w okresie międzywojnia, choć nie cieszył się już tak wielką popularnością
jak wcześniej. Pisywał do prasy warszawskiej i lwowskiej, jeździł z odczytami po kraju, a nawet za granicę i wygłaszał felietony radiowe.
Zmarł 1 września 1935 roku w Otwocku.
Zarówno Jellenta, jak i Dawidowie byli częstymi gośćmi Nałkowskich w ich
warszawskim mieszkaniu (a w zasadzie należałoby powiedzieć:
mieszkaniach), jak i w ich domu w Górkach, zbudowanym, jak już wcześniej
wspomniano, na fali wspomnień Wacława o rodzinnym domu we Wrotkach. Do
zakupu niewielkiej działki w graniczącej z Wołominem Kobyłce, o powierzchni trzech mórg, namówił Nałkowskiego jego przyjaciel Konstanty
Woyciechowski. Rodzina Nałkowskich osiadła tu jesienią 1895 roku. Do
Warszawy wyjeżdżali wyłącznie, kiedy była taka potrzeba, podróżując
koleją petersburską. Pociąg dojeżdżał do dworca w Wołominie, skąd trzeba
było iść "niecałe dwa kilometry piaszczystą leśną drogą "do domu nad
łąkami", póki nie zbudowano małego przystanku daleko bliżej, tuż za
Kobyłką"k18. Na owej piaszczystej działce, pofałdowanej w trzy
górki porośnięte sosnami, za sprawą miejscowego cieśli stanął drewniany,
piętrowy domek, który stał się właściwie rodzinnym domem Nałkowskich.
Jak po latach wspominała autorka Niecierpliwych: "Ziemia w Górkach
była nie tylko nieurodzajna, ale bardzo sucha. Woda deszczowa łatwo
spływała z pochyłości po igliwiu, nie przenikając gruntu. Dlatego ojciec
- kierowany raczej wiedzą geograficzną niż rolniczą - postanowił na
zboczu południowym, gdzie rosło mniej sosen, zrobić na sposób włoski
tarasy.
To była nasza dziecinna robota - sypanie tych tarasów. Robiło się je w ciągu lata i sadziło na nich fasolę i pomidory, a także drzewa owocowe,
zwłaszcza brzoskwinie, hodowane z pestek, odporne na mróz"k19. Dom
Nałkowskich w Górkach ciepło wspominała także Helena Boguszewska w swojej książce Czekamy na życie: "Prawie od samych stopni ganku, na
którego słupach wspiera się balkon pokoju na górze, prawie od samego
drewnianego domu piaszczysty grunt pochyło opada ku zielonej mokrej łące
odciętej granicznym rowem. Nad tym rowem w wilgoci rosną drzewa wysokie.
Ale ich czuby nie zasłaniają widoku zielonej łąki Zosi Nałkowskiej,
kiedy stoi na balkonie swego pokoiku na górze"k20. Górki zajmowały
szczególne miejsce w sercu autorki Granicy, która traktowała je jak
dom rodzinny. Już jako dojrzała pisarka opisała je w książce Na
torfowiskach, wydanej w 1922 roku, a potem w jej rozszerzonej wersji -
Domu nad łąkami, którą opublikowała w 1925 roku.
Centralne miejsce największego pokoju domu zajmował fortepian, zapisany
Wacławowi w testamencie przez jedną z ciotek. Anna akompaniowała sobie
na nim, kiedy śpiewała zasłyszane w rodzinnym domu czeskie piosenki,
Zosia godzinami wygrywała monotonne gamy, a Nałkowski wykorzystywał go
do jeszcze innego celu: na wieku instrumentu razem z córkami rozkładał
niezliczone karteczki z nazwami do opracowywanego przez siebie
Wielkiego Atlasu Geograficznego. Oczywiście nikt wówczas nie słyszał o popularnych dzisiaj karteczkach z warstwą kleju, które można przyklejać
w dowolnym miejscu i potem z łatwością je odrywać, dlatego na
fortepianie leżały zwykłe, niezabezpieczone klejem kartki. Jak pisze
Zofia Nałkowska: "W jednym z pokojów "Domu nad łąkami" stał fortepian
długi i żółtawy, pamiętny jedną sonatą Mozarta i tym zwłaszcza, że na
jego zamkniętym wieku układaliśmy jednego lata ściśle według alfabetu
bezlik małych paseczków papieru z nazwami miast, gór i rzek, lądów i oceanów do takiego "Wielkiego Atlasu Geograficznego". Później z tych
papierków przepisywało się kolejno nazwy już w gotowej kolejności
abecadła. To tam jednego razu gwałtowny wicher otworzył nagle okna,
zamknięte przed burzą, i zwiał wszystko z fortepianu, tak że uniesionych
karteczek trzeba było szukać po całym lesie. Na szczęście nie zmokły, bo
na burzę tylko "się zanosiło", a deszcz wcale nie padał"k21.
Nałkowski chętnie korzystał z pomocy swojej rodziny, w tym także córek,
które pisały pod ojcowskie dyktando, zestawiały indeksy oraz projekty
ilustracji do dzieł geograficznych Wacława. Nałkowska, podobnie jak jej
młodsza siostra, początkowo, do około trzynastego roku życia, uczyła się
w domu3. Nie była w tej kwestii wyjątkiem, taki model domowej
edukacji preferowany był przez wiele rodzin inteligenckich i ziemiańskich. Wystarczy chociażby przytoczyć przykład Stanisława
Ignacego Witkiewicza, którego ojciec bronił się rękoma i nogami przed
wysłaniem syna do szkoły, uważając, iż taka szkolna, "poukładana"
edukacja narobi więcej szkody niż pożytku, wypaczając rozwój
intelektualny i psychiczny tego nieprzeciętnego dziecka. Być może
rodzice, a zwłaszcza ojciec, Zofii również tak uważali, choć wydaje się,
że w podjęciu decyzji o domowej edukacji córek nadrzędne znaczenie miały
kwestie finansowe. Pomimo braku edukacji dziewcząt w szkołach, córki
państwa Nałkowskich otrzymały wyjątkowo staranne wykształcenie: matka
uczyła je geografii i niemieckiego, natomiast ojciec - logiki,
arytmetyki i geometrii.
Nic więc dziwnego, że kiedy już jako czternastoletnia pannica podjęła
naukę od drugiego półrocza V klasy na pensji u Anieli
Hoene-Przesmyckiej, żony Miriama4, nie miała żadnych kłopotów z przyswajaniem wiedzy. Co więcej, okazało się, że inteligencją i bystrością górowała nad swymi rówieśnicami, a lektury, którymi oddawała
się Nałkowska, rażąco odbiegają od kanonu książek ówczesnej pensjonarki.
Próżno szukać tu ckliwych, szmatławych romansideł, Zofia, dzięki ojcu i jego znajomym, stosunkowo wcześnie zapoznała się z dziełami Ibsena,
Garborga, Zoli czy Hauptmana, a wymieniona po latach w ankiecie
ogłoszonej w 1926 roku przez "Wiadomości Literackie" lista lektur
czytana przez nią w dzieciństwie dosłownie zdumiewa. Nałkowska wymieniła
w niej bowiem: "literaturę Brandesa, historię filozofii Falckenberga, a także Taine'a, Renana, Garborga, Hamsuna, Villers de l'Isle-Adama,
Maeterlincka i Verlaine'a"k22. Kwestie i problemy, które
zajmowały jej dziewczęcy umysł także były obce większości jej koleżanek.
Bardzo bulwersowała ją chociażby sprawa Alfreda Dreyfusa, francuskiego
kapitana sztabu generalnego, fałszywie oskarżonego o szpiegostwo na
rzecz Niemiec. Postawiony przed sądem próżno dowodził swej niewinności i 9 września 1899 roku został skazany na dziesięć lat więzienia, co
zbulwersowało opinię publiczną niemal w całej Europie. Nawiasem mówiąc,
sprawa Dreyfusa, jak nazwała ją prasa, do dziś uważana jest za jedną z najgłośniejszych politycznych afer. I nic dziwnego, bowiem nie tylko
odbiła się echem w całej Europie, ale doprowadziła też do wybuchu
ogromnego skandalu i podziału społeczeństwa ówczesnej Francji. Wówczas
też przez kraj przetoczyła się fala antysemityzmu (Dreyfus pochodził z zamożnej rodziny żydowskiej). W obronę niesłusznie, jak się okazało,
oskarżonego oficera zaangażował się nawet słynny pisarz Emil Zola.
Także polscy intelektualiści, z Wacławem Nałkowskim na czele,
zaangażowali się w tę bulwersującą sprawę. Co więcej, dla ówczesnej
inteligencji polskiej, zwłaszcza tej postępowej, Alfred Dreyfus stał się
symbolem krzywdy, niesprawiedliwości i politycznego cynizmu. Podobnie
uważał Nałkowski, który odtąd często powoływał się na przykład
francuskiego oficera w swoich artykułach skierowanych przeciwko
środowiskom konserwatywno-klerykalnym. Piętnastoletnia Zofia także żywo
interesowała się tą sprawą, a w jej Dzienniku, pod datą 10 września
1899 roku znajdujemy wpis: "Więc jednak go skazali [tj. Dreyfusa -
dop. I.K.]! Co za podłość! Pięciu głosami przeciw dwóm przy
uwzględnieniu okoliczności łagodzących - na dziesięć lat. Dziesięć lat!
Zmarnowane życie - jedyne, jakie ma człowiek! Ale nie chodzi o moje
współczucie, o jego los, rozpacz żony i rodziny, o jego sponiewieraną
godność ludzką. Silniej niż żal czuję oburzenie. Nie mogę wytrzymać, nie
mogę znieść mej bezsilności. Taka przemoc, taki gwałt, taki cynizm -
wobec całej Europy! Byłabym zdolna rzucić bombę w Sali w Renes, strzelać
do Jouausta [prezesa sądu wojennego - dop. I.K.], do sędziów. Oburza
mię to strasznie, zupełnie jak własna krzywda"k23. Nic dziwnego,
Zofia po rozpoczęciu nauki na pensji pani Hoene początkowo czuła się
obco w gronie swoich rówieśnic. W pamiętniku zanotowała: "[...] podczas
wielkiej pauzy stałam zawsze gdzieś na boku sama, z nikim nie
rozmawiając. Czułam się nieskończenie wyższa od nich i daleka. Patrzyłam
z pogardą, jak zbierały się w gromadki i prowadziły krzykliwe rozmowy o lekcjach, tańcach i studentach"k24.
Szkoła, do której rodzice wysłali Zosię była niewątpliwie jedną z najlepszych, a właściwie najlepszą szkołą dla dziewcząt w zaborze
rosyjskim, głównie za sprawą kierującej pensją Anieli Hoene, kobiety
wykształconej, która na własnej skórze przekonała się jak ważne dla
kobiety jest wykształcenie. Oczywiście pensja pani Hoene-Przesmyckiej,
podobnie jak wszystkie placówki oświatowe na terenie zaboru rosyjskiego,
podlegała władzom carskim, co pociągało za sobą wymóg nauczania języka
rosyjskiego i geografii Rosji, ale potajemnie uczono też historii Polski
oraz języka ojczystego. Pani Aniela zadbała również o odpowiednią kadrę
pedagogiczną, pozyskując dla swojej szkoły doskonałego nauczyciela
śpiewu, Władysława Rzepko. Niewątpliwie największymi osobowościami wśród
kadry pedagogicznej był ojciec Zofii, Wacław Nałkowski, oraz Józefa
Sawicka, nowelistka i tłumaczka, publikująca swoje utwory pod
pseudonimem Ostoja.
Nałkowski miał niewątpliwie talent pedagogiczny, umiał przekazywać
wiedzę i był bardzo lubiany przez uczennice. Jedna z nich po latach tak
wspominała lekcje z tym wybitnym człowiekiem: "Wchodził do klasy,
rzucając na nas szybkie jak strzała spojrzenie. Życzliwy, pełen
szczerości, nieco drapieżny uśmiech odsłaniał mu białe zęby. W tym
spojrzeniu i w tym uśmiechu była świeżość i nowość jakiegoś pięknego,
nieznanego życia.
Gdy po wejściu do klasy zamykał za sobą drzwi, robiło się jaśniej i jakby czyściej, zapanowywała atmosfera ładu i ożywczego powietrza. W jego szybkich ruchach, w nagłych obrotach było coś z wichru, a w głosie
metalicznym szlachetność pierwszej próby. Jego swoboda, uprzejmość i grzeczność zbliżały, trzymając równocześnie w przyzwoitej odległości
szacunku. Przy nim klasa prostowała się bezwiednie, siadała porządniej,
nabierała fizjonomii uważnej i wykończonej. O jakimkolwiek zatargu z tym
profesorem nie mogło być mowy. Notatnik wychowawczyni leżał na jego
lekcjach bezczynnie. To, co dawał Nałkowski, było rzadką w szkole
średniej niespodzianką. Dawał czystą, szczerą i prawą emanację swojej
osobowości. Stał przed nami jako człowiek śmiały, bezwzględnie wierny
sobie. Promieniował samą intensywnością umysłu i ducha, wytwarzając
atmosferę zainteresowań najwyższego porządku. Tajemnica jego
oddziaływania polegała na tym, że nie przestawał być wśród nas sobą.
Świąteczny dzień myśli był jego dniem powszednim"k25.
Ponoć niedobrze jest, kiedy nauczyciel uczy w tej samej szkole, do
której uczęszcza jego dziecko, a jeszcze gorzej - gdy je uczy. Tak się
złożyło, że Nałkowski wykładał w klasie, w której uczyła się jego córka,
ale zarówno dla niego, jak i dla Zofii nie stanowiło to żadnego
problemu. Wręcz przeciwnie, fakt, że Nałkowska była córką lubianego,
choć wymagającego nauczyciela sprawił, że była bardziej lubiana. W Dzienniku Nałkowska z satysfakcją zanotowała: "Moją popularność w klasie zwiększa to, że jestem córką mego ojca i że piszę wiersze.
Wszystkim koleżankom muszę wpisywać się do brulionów własnymi
utworami"k26. Trzeba przyznać, że Wacław nie wyróżniał córki,
traktował ją i oceniał jak inne uczennice. Inna rzecz, że Zosia nigdy
nie miała najmniejszych problemów z nauką i należała do najlepszych
uczennic. Przyjrzyjmy się teraz kwestii owych wierszy, o których Zofia
wspominała w zacytowanym fragmencie z Dzienników. Tak się bowiem
składa, że jedna z najwybitniejszych pisarek w historii polskiej
literatury twórczość literacką zaczęła od pisania poezji. Wiersze pisała
już od 1896 roku, zapisując je w dwóch zeszytach, które miały imitować
tomiki poezji, dlatego młoda poetka zaopatrzyła je w karty tytułowe i daty "wydania". Do czasów współczesnych zachowały się dwa takie
bruliony, zapisane młodzieńczymi wierszami przyszłej autorki Księcia.
Na stronach tytułowych obu z nich znajduje się taki sam napis: Zofia
Nałkowska Pierwociny, Nastroje i Obrazki, poza tym widnieje numer
"tomu" (I oraz II), data "wydania" oraz adnotacja: Górki. Nakładem
autorki. Każdy z zeszytów ma ponumerowane strony: pierwszy 214 + III,
natomiast drugi - 122 + 3. Pierwszy brulion zawiera 52 wiersze, drugi
49, a każdy z zamieszczonych tam utworów opatrzony został datą. Tomik
pierwszy otwiera wiersz Czemu?, datowany na dzień 7 lutego 1899 roku,
natomiast przy ostatnim wierszu widnieje data 3 sierpnia 1899 roku.
Wacław Nałkowski nosił się nawet z zamiarem wydania wszystkich wierszy
córki, ale pomysł ten ostatecznie nie doczekał się realizacji.
Swój pierwszy wiersz Pamiętam wydrukowała w 1898 roku na łamach
"Przeglądu Tygodniowego". Ponieważ w zbiorach Biblioteki Naukowej
przechowywany jest rocznik "Przeglądu Tygodniowego", z notatkami
redaktora obliczającego honoraria, wiemy, ile pieniędzy otrzymała Zofia
za swój poetycki debiut. Jej utwór wyceniono na pięć kopiejek za wers.
Niestety, ten literacki debiut wpłynął chyba na pogorszenie stosunków z jedną z nauczycielek, która także parała się pisarstwem - Józefą
Sawicką. Jak przyznała sama Nałkowska: "To, że wydrukowałam jedyny w życiu wiersz w Przeglądzie Tygodniowym na pewno zaszkodziło mi w oczach Ostoi, która jest literatką, pisze nowele. Nina powiedziała mi
pod wielkim sekretem, co Ostoja o mnie mówiła: "Ona jest pretensjonalna,
egzaltowana, zarozumiała, ma przewrócone w głowie i paniom w głowie
przewraca""k27. Nauczycielka nigdy nie polubiła tej uczennicy,
która, inaczej niż pozostałe panienki, miała czelność dyskutować z nauczycielami, jak równy z równym. Dla niej nie było to nic dziwnego,
wszak tak została wychowana. Ostoi nie podobały się też dość oryginalne,
jak na owe czasy, poglądy na metody nauczania prezentowane przez ojca
niepokornej pensjonarki ani prezentowane przez Zofię zainteresowanie
dekadentyzmem5, który dla nauczycielki i pisarki, wciąż
tkwiącej w epoce pozytywizmu, był jedynie chorobą umysłową. Choć pewnego
dnia wdała się w dyskusję z jednym z nauczycieli, w której broniła
dekadentyzmu, nie była zauroczona tą ideologią. W Dzienniku
zanotowała: "[...] coraz mniej pociąga mnie dekadentyzm jako kierunek.
Przeglądam moje wiersze i widzę, że są po prostu romantyczne. Jedynym
urokiem dekadentyzmu jest to, że wszyscy go zwalczają, że jest wyśmiany
przez tłum"k28. Poza tym podobał jej się ferment i zainteresowanie
koleżanek, jakie wzbudziła swoimi poglądami wyrażonymi w dyskusji. Z satysfakcją zauważyła "Teraz wszystkie uczennice przybiegają do mnie i pytają mię, czy to prawda, że jestem dekadencką. I nawet nie umieją tego
dobrze wymówić"k29.
Choć młodziutka Zofia niewątpliwie przewyższała swoje koleżanki pod
względem oczytania oraz inteligencji i obce jej były kompleksy wieku
dorastania, to jednak była nastolatką, łaknącą przyjaźni i popularności
wśród rówieśników. Dlatego wszystkie oznaki sympatii okazywane przez
koleżanki z pensji mile łechtały jej próżność: "Teraz jestem taka jak
one. Imponuję im pozorną inteligencją i licznymi wiadomościami,
rozbawiam klasę epitetami, nadawanymi nauczycielom, opowiadam głupstwa.
Na pauzach otaczają mię dziewczęta, by mi mówić, że jestem ładna i mądra, pozwalam im się całować. Często i ja teraz mówię z nimi o studentach"k30.
W życiu nastoletniej Zofii pojawiły się także pierwsze fascynacje
uczuciowe. Jej pierwszą miłością był, jak już wcześniej wspomniano,
Jellenta, który zapewne nawet nie zdawał sobie sprawy, jakim uczuciem
obdarza go córka jego przyjaciół. Potem Nałkowską, co prawda na krótko,
zafascynował inny mężczyzna - obiecujący malarz Leon Kaufman. Zofia
poznała go właśnie u Jellenty i młodzieniec zrobił na niej niezwykłe
wrażenie. "Przyszło mi na myśl, że przy jego czarnych, lśniących włosach
ślicznie wyglądałby mój złoty warkocz - i przeszło mię uczucie
rozkoszne"k31. Wkrótce jednak owo "rozkoszne uczucie" zaczęła
odczuwać do zupełnie innego człowieka, nieznajomego przystojniaka
ujrzanego po raz pierwszy na pogrzebie Bolesława Hirszfelda w listopadzie 1899 roku. Nie poznała go osobiście, nie wiedziała nawet jak
ma na imię, w myślach i Dzienniku nazywała go więc "Najpiękniejszy".
Ów tajemniczy młodzieniec był dla młodziutkiej Zofii ideałem męskiego
piękna: "Jest piękny jak posąg boga" - pisała zauroczona przypadkowym
spotkaniem na ulicy. Fascynował ją też inny piękny mężczyzna -
podpułkownik żandarmerii carskiej w Warszawie - Grigorij M. Muradow,
poznany przypadkiem u Dawidów, choć sama sobie tłumaczyła, że nie może
obdarzyć go uczuciem, wszak należy do klanu "wrogów", narodu nękającego
jej kraj i rodaków. W Dzienniku zapisała: "To, że wyświadczył jakieś
przysługi Dawidom i pani Melcer, nie daje mu żadnego miejsca w moim
życiu". Ale, choć próbowała wybić go sobie z głowy, ten mężczyzna, o białkach oczu błyszczących jak żywe srebro, wciąż zaprzątał jej myśli:
"Mogę go sobie wyobrazić w dalekim stepie, pędzącego na czarnym koniu z długą grzywą. W marzeniu tym ja nie jestem mu potrzebna, mnie tam nie
ma. Przed nim na koniu, przerzucona przez grzbiet, zwisa kobieta. Jest
związana, jest naga. Jest porwana, skądś zabrana przemocą, na własność.
Jej włosy nie splecione rozwiewa wiatr, okrywa płaszczem jego kolana i buty. Jest piękna, jasna, łagodna, niebieskie oczy zwraca ku niemu z wyrazem oddania, słodyczy miłości. Z tego marzenia wypijam niewysłowioną
rozkosz życia"k32. Choć jest to z pozoru nic nie znaczący wpis
młodej dziewczyny, w której budzi się seksualność, sugeruje, jacy
mężczyźni będą w przyszłości ją pociągać. Już wtedy otaczał ją wianuszek
adoratorów, a ona sama dość szybko pojęła, że w relacjach damsko-męskich
będzie dominowała intelektualnie. Dlatego poszukiwała mężczyzn w typie
macho, zniewalających i dominujących. Właśnie z takimi wchodziła w związki. Niestety, rzeczywistość dowiodła, że życie z takim dominującym
samcem alfa nie ma nic wspólnego z marzeniami i nie jest usłane różami,
a na domiar złego jest niszczące emocjonalnie. O wiele przyjemniej jest
marzyć o brutalnym samcu porywającym bezbronną kobietę na koniu, niż
wieść z nim codzienne życie. Ale o tym Nałkowska miała się dopiero
przekonać. Na razie więc śniła na jawie o "Najpiękniejszym" lub
gruzińskim macho i cieszyła się ze spustoszeń, jakie czyniła w sercach
wpatrzonych w nią adoratorów. A miała ich niemało, bowiem od wczesnej
młodości pociągała i fascynowała mężczyzn. "Wiem, że się podobam, wiem,
że mię chwalą - zapisała w Dzienniku. - W każdym kole mam jakąś oddaną
mi osobę, która powtarza mi, co o mnie mówią. Nie jest trudno się
podobać, trzeba tylko nie być szczerą. Na zewnątrz przedstawiam, jak
powiedział T. połączenie zimnej rozwagi z namiętnością. To dobrze, bo w rzeczywistości jestem sentymentalna i nawet egzaltowana. Ani mądra, ani
niezwykła, tylko smutna. Pociesza mię, gdy się podobam - dlatego
kokietuję ludzi. Nigdy nie jestem szczera i to jest tajemnicą mego
powodzenia"k33. Wydaje się, że czasem nawet rozmyślnie
dręczyła swoich adoratorów, zwłaszcza, jeżeli któryś z nich wzbudzał w niej pociąg fizyczny. O jednym z nich pisała: "Działał też na mnie jako
mężczyzna, ale to właśnie budziło we mnie wstręt. [...] Był moim
niewolnikiem, chociaż nie wiedział o tym. Musiał to mówić, co ja
chciałam. Każde jego słowo ja sama wywoływałam sztucznie. Nawet o moich
oczach, o moim uśmiechu"k34. Jako szesnastolatka wspomina o rywalizacji, jaką stoczyła z pewną brunetką o zainteresowanie jednego z nauczycieli. Zofii wydawało się, że pan Wituszyński jest zauroczony
dziewczyną, która według niej była znacznie od niej brzydsza: "Ona jest
brunetką, ma lśniące oczy czarne, jest czymś nowym, bo od wakacji tylko
jego uczennicą - i on ją kocha. Przeciw temu - jak walczyć? Starać się
być ładniejszą? Ależ i tak bezsprzecznie jestem od niej piękniejsza i świetniejsza - przechodnie wyróżniają mię w tłumie uczennic i oglądają
się za mną"k35 - zanotowała w Dzienniku. W końcu jednak odniosła
zwycięstwo: "Tego dnia po południu miałyśmy historię Rosji. Ja byłam tak
świetnie, tak nieskończenie wesoła i roześmiana. Zadawałam mu pytania i robiłam uwagi - w bezustannym uśmiechu pokazywałam moje białe zęby,
byłam zarumieniona, wargi miałam gorące i pąsowe. W. patrzał na mnie
prawie nieustannie. Robiło mi rozkosz pokazywać mu, ile jestem
piękniejszą i mądrzejszą od tamtej"k36.
Wielbicieli znajdowała wszędzie: na rzadkich spotkaniach w gronie
młodzieży, czy też na wykładach w ramach Uniwersytetu Latającego. Były
to kursy samokształcenia, głównie dla dziewcząt, których działalność
zapoczątkowała w 1885 roku Jadwiga Szczawińska-Dawidowa. Zajęcia
odbywały się zawsze w innych lokalach (stąd nazwa - Uniwersytet
Latający), a wykładali w nim, pozyskani przez Dawidową, z reguły wybitni
uczeni, przeważnie o dość radykalnych poglądach. Choć zajęcia były
płatne, zdarzało się, że połowa uczestniczek kursów korzystała z nich za
darmo. Pomimo że była to szkoła tajna i działała w niezwykle trudnych
warunkach, głównie dzięki wysiłkom Dawidowej, funkcjonowała przez
dwadzieścia lat. Największą popularność uczelnia przeżyła w latach
dziewięćdziesiątych XIX stulecia, kiedy liczba słuchaczek dochodziła do
500 osób, a w jednym roku nawet przekroczyła 1000. Słuchaczkami
Uniwersytetu Latającego były najwybitniejsze kobiety epoki: Maria
Skłodowska-Curie, Natalia Szycówna, Wanda Szczawińska, Natalia
Gąsiorowska, Stefania Sempołowska, Jadwiga i Helena Sikorskie.
Absolwentką uczelni była także Aleksandra Szczerbińska, druga żona
Józefa Piłsudskiego.
Karol Ritter (1779-1859) - niemiecki uczony, geograf, profesor uniwersytetu berlińskiego. Był zwolennikiem antropocentryzmu (poglądu, według którego człowiek jest ośrodkiem i celem świata, a wszystko w przyrodzie dzieje się ze względu na niego) w badaniach geograficznych i współtwórcą geografii regionalnej - działu geografii zajmującego się opisem cech środowiska geograficznego poszczególnych obszarów. [wróć]
Kasa im. Mianowskiego - instytucja powstała w Warszawie w 1881 roku z inicjatywy T. Chłapowskiego i H. Sienkiewicza, w odpowiedzi na intensywną rusyfikację na terenie zaboru rosyjskiego. Została powołana w celu finansowania badań naukowych i działalności wydawniczych. W nazwie upamiętniała Józefa Mianowskiego (1804-1879), lekarza, rektora warszawskiej Szkoły Głównej. Dzięki jej działalności możliwe było wydawanie podręczników i encyklopedii w języku polskim. [wróć]
Tak twierdzi autorka najnowszej książki o Nałkowskiej, wybitna znawczyni jej twórczości Hanna Kirchner. Z kolei z kalendarium zawartego w publikacji Bogdana Rogatki wynika, że pisarka uczyła się na pensji Hoene od 1891 roku, a więc od dziewiątego roku życia. [wróć]
Miriam, wł. Zenon Przesmycki, inny pseudonim Jan Żagiel (1861-1944) - polski krytyk literacki i artystyczny, poeta, tłumacz. Odegrał dużą rolę w formowaniu się tendencji modernistycznych w literaturze polskiej. Uprawiał kult sztuki, wierząc w jej uszlachetniający wpływ na życie ludzi, przeciwstawiając się kulturze masowej skomercjalizowanego społeczeństwa w epoce industrializacji. W okresie 1901-1907 wydawał i redagował najbardziej prestiżowe czasopismo literacko-artystyczne Młodej Polski - "Chimerę". [wróć]
Dekadentyzm (z języka francuskiego - décadence - schyłek, upadek). Zjawisko pojawiające się w sztuce i literaturze XIX wieku, szczególnie pod koniec stulecia. Cechą charakterystyczną dla dekadentyzmu była świadomość wyobcowania ze społeczeństwa mieszczańskiego i ostra opozycja wobec jego moralności i kultury, wyrażające się w zróżnicowanych i niejednoznacznych formach. Do najważniejszych z nich należały kult artysty, jako jednostki stojącej ponad tłumem "filistrów", i sztuki czystej, uwolnionej od zadań służebnych, połączone z poczuciem bezcelowości buntu i działania. Uwydatnianie objawów znużenia, zniechęcenia, bezsiły i przesytu łączyło się z przewrotną fascynacją tymi stanami, jak również demonstrowaniem postaw hedonistycznych i anarchicznych, co znalazło ujście w obyczajowości środowisk moderny artystycznej. W Polsce dekadentyzm odegrał zrazu rolę twórczego fermentu w fazie przełomu modernistycznego, ale ostatecznie został odrzucony przez czołowych twórców okresu. Powrócił częściowo jako XX-wieczny katastrofizm. [wróć]
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki