Są ludzie, którzy mają silny głos w sercu.
Idąc za nim, albo zostają uznani za szaleńców, albo zostają legendarni.
Doris Mortman, Wichry namiętności
Rozdział 1
Trzy lata wcześniej
Helena wzięła głęboki wdech, po czym wypuściła powietrze, rozglądając się z uśmiechem na twarzy. Ręce miała skrzyżowane na piersiach. Nic a nic nie przeszkadzał jej gwar od paru godzin wypełniający dom, na który kilka lat wcześniej wraz z mężem zaciągnęli kredyt. Tak bardzo wówczas się bali, czy sobie poradzą. Zupełnie niepotrzebnie. Gdyby wtedy ktoś powiedział jej, że po tej ziemi, którą w przeszłości nazywali ścierniskiem, będzie biegała wraz z przyjaciółmi ich wymarzona córka, chyba by nie uwierzyła. Lekarze, chociaż nie wprost, to jednak sugerowali, że w jej przypadku zajście w ciążę będzie graniczyło z cudem. Tym bardziej szanowała tenże zwany życiem CUD. Cud, który odmienił wszystko.
- Mamusiu, mamusiu, zobacz! - krzyknęła Faustyna, dmuchnąwszy w plastikowe kółeczko, z którego wydobywały się mydlane bańki. - Nie stój tak, klaskaj! Łap je! - zarządziła dziewczynka.
Helena posłusznie rzuciła się w pogoń za kruchymi niczym cienkie szkło ozdobami jej ogrodu. Koleżanki córki dołączyły do niej, szczebiocząc jedna przez drugą. Przyglądająca się im z oddali starsza pani nie zauważyła, że wśród kilku dziewczynek w wieku szkolnym szaleje dorosła kobieta. Zresztą, kto by się jej dziwił. Helena wyglądała młodo i atrakcyjnie, a Faustyna była kopią swojej matki. Ten sam delikatny typ urody, ten sam kolor włosów i ten sam zarys sylwetki, który już teraz zdradzał, że dziewczynka jest raczej, jak to się zwykło mawiać, drobnej kości.
Helena walczyła jak lwica, by strącić jak najwięcej mydlanych baniek. Zawsze zależało jej na tym, by zaimponować córce.
- Brawo, mamusiu. Brawo, brawo! - wołała Fausti, popiskując i podskakując z radości.
Podekscytowana Helena podskoczyła, ile sił, by strącić największą bańkę, zanim ta samoistnie pęknie i... niestety nie udało się, gdyż wybijając się w powietrze, straciła równowagę i jak długa upadła na trawę. Przyjaciółki Faustyny zachichotały, łapiąc się z radości za brzuszki. Helena również się roześmiała. Leżała na trawie, patrzyła w niebo, do którego podążały te okrągłe powody do radości, i w głowie miała same dobre myśli - chwilo trwaj, jesteś piękna, nie brakuje mi niczego. Gdyby jeszcze raz stanęła przed wyborem, czy postawić na karierę zawodową, czy poświęcić się macierzyństwu, znów bez wahania wybrałaby to drugie. Owszem, większość jej przyjaciółek nie była w stanie pojąć, jak można świadomie zrezygnować z tak dobrze zapowiadającej się kariery. Helena od dziecka tańczyła w balecie, miała do tego prawdziwy dryg. Artystyczne środowisko wsysało ją w siebie z siłą, jaką trudno było okiełznać. Wspinała się na najwyższy szczyt, dostawała zaproszenia z całego świata. Mogła tańczyć na deskach najlepszych teatrów, zamków i dobry Bóg wie, gdzie jeszcze. Szły za tym potężne pieniądze, sława i prestiż.
- Tylko się nie zakochaj. Nie potrzeba nam nadmiaru emocji - mawiała trenerka i jednocześnie managerka Heleny, wyciskając z niej siódme poty na sali - i nie jedz za dużo, aby ci w biodrach nie przybyło. Wysypiaj się, wiesz sama, jakie to ważne. Bez ośmiu godzin snu ani rusz - paplała i paplała, nie mając bladego pojęcia o tym, że ktoś, w kogo inwestuje swój czas, energię i, co najistotniejsze, swoje oczekiwania, tylko czeka na koniec treningu, aby zanurzyć się w potężnych ramionach ukochanego i jego rozwalającym się oplem corsą pojechać do McDonalda po frytki z keczupem.
Wiktor był jej tajemnicą. Poznała go zupełnie przypadkiem, w zwykły dzień niezapowiadający niczego szczególnego. Ot, po prostu w sklepie samoobsługowym, gdzie robiła zakupy, poprosiła go, aby zdjął jej z górnej półki odtłuszczone mleko. Wręczając kartonik, tylko raz zajrzał jej w oczy. To wystarczyło. Ujrzawszy swoje odbicie w jego błękitnych źrenicach, wiedziała, że ma przed sobą ojca swoich dzieci. Pochodzili z zupełnie innych światów. Ona, dosłownie i w przenośni, unosząca się nad ziemią artystka i on, twardo stąpający po ziemi przyszły prawnik. Jego pociągała w niej niebywała kruchość, a zarazem siła, z jaką posługiwała się na scenie swoim wątłym ciałem, a ją urzekły jego charyzma i zdecydowanie. Był akurat po sesji i miał trochę wolnego czasu, więc zaproponował jej randkę. I tak to się zaczęło.
Patrząca w niebo Helena odpłynęła w przeszłość. Ani trochę nie żałowała, że ominął ją ten cały splendor. Przewróciła się z pleców na bok i zerknęła na dziewczynki, które właśnie dopadły do miski z paprykowymi chipsami. Zatrzymała wzrok na małej Fausti i podziękowała za nią w duchu Opatrzności.
A pomyśleć, że ze względu na zbyt niską zawartość tkanki tłuszczowej nie wróżono mi macierzyństwa. A może by tak? - zadumała się. - Może by tak postarać się dla niej o rodzeństwo?
Uśmiechnęła się. Ten uśmiech był zapowiedzią szczerej rozmowy z mężem, której zapragnęła z całego serca.
- Tatuś, tatuś! - zawołała Faustyna z radością. Z jej ust nieopatrznie wyleciały resztki chipsów. Wskoczyła na ojca, obejmując go nogami w talii i zarzucając małe ramionka na jego szyję.
Pocałował ją w oba policzki.
- Jesteś coraz cięższa, moja panno. - Połaskotał ją. - Czy ty przypadkiem mi nie obiecałaś, że nie urośniesz?
- Nieee. Muszę rosnąć.
- Nie musisz.
- Muszę.
- Nie musisz.
- Muszę, tatku. Nie powstrzymam tego. To silniejsze ode mnie.
Wiktor spojrzał na miskę z niezdrowymi przekąskami, a następnie obrzucił żonę dość wymownym spojrzeniem.
- Wiesz, że jeśli chodzi o sprzeciwianie się woli naszej córki, to nie mam szans, prawda, skarbie? Marchewki i jabłka nie mają takiego wzięcia. - Mrugnęła i podeszła do męża, aby się z nim przywitać.
Wiktor postawił córkę na tarasie, a następnie ujął twarz Heleny, składając na jej ustach jakby wymuszony pocałunek. Dziewczynki zaczęły chichotać.
- Zakochana para, Jacek i Barbara - zaśpiewała jedna z nich, co wywołało miłe uczucia u Heleny.
Małżeństwo zostawiło bawiące się w ogrodzie dzieci i weszło do wnętrza stylowo urządzonego domu. Ilekroć kobieta omiatała wzrokiem to, co udało jej się stworzyć, tylekroć była z siebie szczerze dumna. Podobało jej się życie gospodyni domowej i nie zamierzała niczego w nim zmieniać. A już na pewno nie w niedalekiej przyszłości.
Skierowała swoje kroki do gustownej kuchni w jasnych barwach. Drewniane fronty zdobione frezami idealnie komponowały się z jasnym konglomeratem blatów. Otworzyła lodówkę.
- Dziś pani domu serwuje pulpety w kremowym sosie musztardowym, do tego surówka z pora i kopytka ziemniaczane. Na początek oczywiście delikatna zupa krem z białych warzyw, no i deser. Zgadnij co?
- Nie mam pojęcia - mruknął znudzony Wiktor.
- No zgadnij, proszę. Tak się starałam.
- Budyń?
- Wiktor, wysil się - udała rozczarowanie jego postawą. - Chcę rozpieścić mojego wspaniałego męża, który tak ciężko pracuje, abym mogła się spełniać jako kobieta. Naprawdę sądzisz, że podałabym ci budyń z paczki? Pomyśl, proszę. No, No! Co lubisz najbardziej?
Mężczyzna przełknął. Starania żony nie zrobiły na nim zbyt dużego wrażenia.
Helena przewróciła oczami.
- Tiramisu ci zrobiłam. Tak lubisz włoskie klimaty. No właśnie, a propos Włoch. Co myślisz o tym, abym zarezerwowała dla nas tydzień na przykład w Toskanii? Nigdy nie byłam, a zawsze chciałam. Kiedy jeszcze tańczyłam, mieliśmy jechać tam z baletem. Stare, zupełnie inne czasy. - Machnęła ręką.
- Możesz wrócić do tańca, kiedy tylko chcesz.
- Eee, nie chcę. Wolę was. I jedzenie tych pyszności, a nie jakichś tam suchych wiórów. Nie tęsknię za tym. Dobrze wiesz, że to były bardziej marzenia mojej matki niż moje. Spróbuj. - Podsunęła mu do ust łyżkę z kremowym sosem, chcąc zmienić temat.
Smakowało obłędnie. Musiał przyznać, że wszystko, co ugotowała bądź upiekła jego żona, było dziełem sztuki. Miała do tego talent.
Helena nalała zupy i postawiła ją przed mężem.
- Nie jesz? - spytał.
- Och, najadłam się przy gotowaniu. A potem jeszcze skubnęłam to i owo z dziewczynkami. Jestem pełna. Spójrz tylko. - Kiwnęła głową w stronę ogrodu.
Wiktor odwrócił się i westchnął, wyrażając swoją wątpliwość w to, czy ich codzienni goście mają swoich rodziców.
- Te dzieciaki przesiadują tu niemal każdego dnia, Heleno. Dajesz się wykorzystywać - mruknął, zanurzając łyżkę w zupie.
- Wykorzystywać? No coś ty.
- Oczywiście, że tak. Widziałem matkę tej no, jak jej tam. No, tej co właśnie rąbie na dwie ręce nasze chipsy. Zaraz bluzka jej pęknie. Widzisz, jaka ona jest gruba?
- Ciszej, Wiktorze. - Helena zdenerwowała się. - Nie mów tak o Kamili. Może i ma nieco za dużo tłuszczyku. Ale to jeszcze mała dziewczynka. Na pewno z niego wyrośnie, wyciągnie się, na sto procent.
- No, jak będzie tyle żarła, to na pewno nie. Jej matka szwenda się po klinikach, odsysa sobie tłuszcz i pompuje usta, a ty pilnujesz jej dzieciaka i do tego karmisz niezdrowym jedzeniem. Nic dobrego z tego nie będzie, Hela, zobaczysz. - Wiktor odsunął pustą miskę po zupie i nie zdążył nawet mrugnąć, jak żona posprzątała po nim i nałożyła mu na talerz drugie danie.
Wręcz ubóstwiała dla niego gotować. Rozkoszowała się widokiem jego przystojnej twarzy, na której wprost proporcjonalnie do wypełnionego żołądka pojawiała się łagodność. Nauczona doświadczeniem wiedziała, że jeśli chce coś z mężem załatwić, musi najpierw dobrze postarać się w kuchni, a zaraz potem w sypialni. Lubiła i jedno, i drugie. Wiktor był jej pierwszą prawdziwą miłością. Nosiła w sobie przekonanie i głęboką wiarę, że zestarzeją się razem i będą przy sobie trwać, aż do śmierci.
- A może by tak... - urwała wpół zdania.
- Jak tak zaczynasz, to zaczynam się bać.
Zaśmiała się.
- Ależ nie ma czego, skarbie. Stęskniłam się za tobą. Tak bardzo się stęskniłam, wiesz? - Podeszła bliżej i przytuliła się do jego pleców.
Próbował się opędzić od niej, mówiąc, że właśnie je i że trochę mu przeszkadza. Ona natomiast zdawała się tego nie dostrzegać. Wszelkie jego oznaki bycia dla niej niemiłym zwalała na karb stresującej pracy. Był przecież prawnikiem. Adwokatem niekiedy samych diabłów, jak zwykł o sobie mówić. Poza tym dziś, gdy wrócił do domu, pocałował ją czule. Chciała czuć jego miłość i czuła ją. Wiktor był jej wyborem na całe życie.
- Wiesz co, skarbie? - wyszeptała mu do ucha. - Może jednak Werona zamiast Toskanii? Chciałabym odwiedzić dom Julii i stanąć na tym balkonie. Ty mógłbyś być na dole. Zawołałabym do ciebie: "Romeo, ty jesteś Romeo". To takie romantyczne, nie sądzisz?
Wiktor wstał od stołu, strącając z siebie dłonie żony. Podszedł do ekspresu, jak gdyby nigdy nic. Mimo pełnego żołądka nie udzielił mu się jej romantyczny nastrój. Wręcz przeciwnie - irytował go. Uważał, że zachowanie żony jest infantylne, lecz z jakichś przyczyn nie potrafił jej tego powiedzieć otwarcie.
- Usiądź, kochanie. Ja ci zrobię kawy i nałożę tiramisu - zarządziła.
Gdy pił kawę i delektował się rozpływającym w ustach deserem, wyraźnie dała mu do zrozumienia, że dziś nie wykręci się z nocy, jaką pragnęła z nim spędzić. Rozpięła guzik bluzki, by zachęcić go głęboką czerwienią nowej bielizny. Zrobiło mu się gorąco. Mógł miewać te swoje humory, lecz przecież był mężczyzną. Musiał przyznać, że mimo upływu lat Helena wciąż była piękną i pełną wdzięku kobietą.
Wstał i podszedł do niej, co ta natychmiast wykorzystała, przytulając się do niego i całując go w usta.
- Chcę mieć z tobą drugie dziecko, Wiktorze - powiedziała tuż po pocałunku.
- Ale...
- Ciiii... Ani słowa. Szczęśliwa żona to szczęśliwe życie. A ja już podjęłam decyzję.
Gdy woda spływała po jego nagim ciele, czuł ulatniający się ze skóry zapach żony. Był na siebie zły, że znów to zrobili. Absurdu tej całej sytuacji dodawał fakt, że męczyły go wyrzuty sumienia, iż to właśnie z Heleną zdradza swoją kochankę Klarę, a nie odwrotnie.
Wylał trochę płynu na gąbkę i zaczął się szorować.
Dłużej tak nie wytrzymam - pomyślał.
Był bliski powiedzenia żonie, że chce rozwodu, że już jej nie kocha i że w zasadzie, odkąd urodziła się Faustyna, odnosi wrażenie, że nic poza dzieckiem i kredytem ich nie łączy.
Zmęczony szorowaniem ciała rzucił gąbkę na drogie kafelki i oparł czoło o ścianę prysznica. Podejrzewał, że z jego oczu lecą łzy, lecz nie miał pewności. Czuł przejmujący smutek. Z każdym dniem coraz większy, wszak od wielu miesięcy próbował zniechęcić do siebie Helenę, traktując ją, krótko mówiąc, po prostu źle, lecz jego "starania" niczym nie skutkowały. Wciąż powtarzała, że go kocha, że jest miłością jej życia, że ich rodzina jest dla niej najważniejsza i że to właśnie ze względu na nią nie zamierza wrócić do pracy zawodowej.
- Jestem powołana do bycia żoną i mamą, Wiktorze - mówiła, gdy delikatnie sugerował jej powrót do tańca, albo chociaż do nauczania innych.
Miliony mężczyzn na całym świecie cieszyłyby się, mając w domu tak oddaną żonę. Taką, która sprząta, pierze, gotuje, zajmuje się dzieckiem i - jakby tego wszystkiego było mało - jest atrakcyjna fizycznie. Największą zaletą Heleny nie były jednak te wszystkie rzeczy, lecz przede wszystkim to, że ona prawie nigdy nie narzekała. Czasami od wielkiego dzwonu wyrwało się jej, że za nim tęskni i że mógłby może mniej pracować, natomiast spędzać więcej czasu z rodziną. Lecz gdy odpowiadał, że dzięki jego pracy wiodą dostatnie życie, natychmiast stawiała się do pionu i jeszcze go żałowała, mówiąc, jaki to on jest biedny, że musi tak ciężko pracować, i piejąc z zachwytu nad tym, jak dozgonnie jest mu wdzięczna za życie, jakie dzięki jego ciężkiej pracy wiodą.
- Tak lubię być mamą, skarbie. Tak bardzo, wiesz? - wyszeptała tuż po tym, jak go uwiodła, zaraz potem dodając, że nie może dłużej walczyć z macierzyńskim instynktem.
- Nie wiem, Heleno... - wyszeptał, leżąc na plecach i wpatrując się w sufit.
Zamiast o tym, co mówi do niego żona, myślał raczej o Klarze, którą znów będzie musiał zapewniać, że nic go z żoną nie łączy. Nie mógł wręcz znieść dotyku rąk Heleny na swojej skórze. Dlaczego wciąż z nią sypiał? Na to pytanie sam nie potrafił odpowiedzieć. Gdyby nie Faustyna i jego ogromna miłość do niej, już dawno by się wyprowadził. Potrzebował jednak czasu, aby wszystko dobrze zaplanować i poukładać sobie w głowie.
Klara coraz bardziej się niecierpliwiła. Zresztą nie dziwił się jej. Mówił, że ją kocha, że chce z nią być, że swoją przyszłość wiąże właśnie z nią, a jednocześnie każdego dnia wracał z pracy do domu, w którym czekała na niego inna kobieta. Kobieta będąca jego żoną. Żoną, która zdawała się ślepa na wszystkie sygnały, jakie jej wysyłał. I jakby tego wszystkiego było mało, chciała z nim mieć drugie dziecko.
- Och, nie bój się, skarbie. Nie ma czego. Przy Fausti też się baliśmy i zobacz, jaka piękna dziewczynka z niej wyrosła. Gdyby tak chłopczyk nam się teraz trafił, rety... A zresztą, to całkowicie obojętne. Byleby dziecko było zdrowe. A propos, umówiłam się do lekarza... - paplała i paplała, nie zważając na to, że nie jest słuchana. - Wiesz, chciałabym to dobrze zaplanować. Najpierw zrobić badania lekarskie, czy wszystko jest w porządku. Powinnam chyba zacząć brać witaminy i na pewno kwas foliowy. Tak, kwas foliowy to jest to. Podobno trzeba zażywać go minimum przez dwanaście tygodni przed planowanym zajściem w ciążę. Dasz wiarę? Jak ja wytrzymam dwanaście tygodni - stęknęła i zaraz potem się zaśmiała.
Wiktorowi wcale nie było do śmiechu. Czuł się obrzydliwie. Jak ktoś odczłowieczony z sumienia. Było mu wstyd z powodu podwójnego życia, które prowadził już od, o zgrozo, ponad dwóch lat. Teraz stał pod prysznicem i myślał o tym, czego przez ten cały czas dowiedział się przede wszystkim o sobie. Wróciły wspomnienia, jak bronił się przed uczuciem do Klary. Woda lała się strumieniami, a on nie mógł się zmusić, by wyjść spod prysznica, jakoś się ogarnąć i wrócić do łóżka, gdzie czekała na niego żona. Miał nadzieję, że gdy przeciągnie kąpiel, ta zaśnie i nie będzie musiał z nią już rozmawiać.
Irytowały go wszystkie plany odnośnie do wakacji w Toskanii, Weronie i Bóg jeden wiedział gdzie jeszcze. Same Włochy zaczęły go irytować, chociaż tak bardzo kochał kraj makaroniarzy. Kiedyś dałby się pokroić za te ich Dolce Vita. Kiedyś, lecz nie teraz. Teraz ze wszystkich sił nie chciał być w miejscu, w którym się znajdował. Gdyby nie Fausti i jej poukładany świat, który - bądź co bądź - Helena jej zapewniała, o wiele łatwiej byłoby mu podjąć decyzję. Żona woziła dziewczynkę do renomowanej prywatnej szkoły, na zajęcia dodatkowe z nauki gry na pianinie, lekcje języków obcych, tenisa, tańce, jogę dla dzieci, kurs komputerowy i tak dalej. Co tylko Fausti wymyśliła, matka natychmiast spełniała jej prośby. Wszystko można było powiedzieć o Helenie, lecz na pewno nie to, że była złą matką czy żoną. Była... no właśnie. Do porzygu porządna.
Na brak seksu też nie mógł narzekać. Właściwie, gdyby chciał, robiłaby to z nim co noc. Była zadbana, szczupła, elegancka. Zawsze schludnie ubrana i uczesana, z idealnie zrobionymi manikiurem i pedikiurem. Jedynym, czego jego zdaniem nie miała, a co mu tak bardzo przeszkadzało, był... brak ambicji. Oprócz rodziny, dzieci i rosołu co niedzielę, w zasadzie na niczym jej nie zależało. Zupełnie na niczym. No, może na kwiatkach na parapecie albo na nowym wieszaku na ręczniki.
Kiedy się poznali, tańczyła w balecie. Gdy przedstawił ją rodzicom, nie mogli wyjść z podziwu nad jej talentem. Otrzymywali zaproszenia na gale, w których tańczyła, i zasiadali w pierwszych rzędach, by podziwiać swoją przyszłą synową. Matka Wiktora wzdychała, ze łzami w oczach patrząc, jak Helena kręci na samych palcach te swoje piruety ubrana w tiulową spódniczkę, której fachowej nazwy nigdy nie potrafiła zapamiętać.
- To tutu - wyjaśniała wielokrotnie Helena tuż po występie, dodając z wdziękiem, iż historia tejże spódniczki, w której tańczą baletnice, zaczęła się w tysiąc osiemset dwudziestym dziewiątym roku i pierwszą baletnicą, która ją włożyła, była Marie Taglioni.
Wiktor słuchał, jak narzeczona opowiada, i musiał przyznać, że był tymi opowieściami urzeczony. Helena miała pasję, żyła z pasją, żyła z polotem i werwą. Musiał zabiegać o jej czas, co wtedy niezwykle go podniecało. Nie to, co teraz, kilka lat po ślubie. Chociaż zadbana i atrakcyjna, jakby z każdym dniem traciła tę atrakcyjność. Mężczyzna złapał się na tym, że wstydzi się mówić kolegom, że jego żona od lat nie robi nic, tylko zajmuje się domem i do tego wszystkiego nie widzi w tym najmniejszego problemu, a wręcz przeciwnie - czuje dumę.
Bywało, że kłamał. Mówił na przykład, że jego druga połowa zajęła się malowaniem i że przygotowuje się do własnego wernisażu. Potem wracał do domu i na widok rozgrzebanego malunku domku z drzewkami ogarniało go zażenowanie. Jak mógł wmawiać innym, że te infantylne bohomazy kiedyś będą dziełami sztuki, skoro sam w to nie wierzył? Helena nigdy nie deklarowała, że chce się spełniać na innej płaszczyźnie, aniżeli na tej, aby być matką i żoną. A jeśli malowała, tańczyła, uprawiała sport czy zajmowała się innymi rzeczami - robiła to wyłącznie dla dobrej zabawy lub poprawy nastroju.
- Ktoś z nas musi zachować swój czas dla rodziny, aby ta była zdrowa i harmonijna, Wiktorze - mawiała, święcie przekonana, że współczesne kobiety robią sobie krzywdę, chcąc za wszelką cenę być multifunkcyjnymi robotami do wszystkiego.
Zresztą... Helena była tak różna od współczesnych kobiet, jak tylko różną można być.
Skąd ona się na Boga wzięła? - dumał teraz, wycierając zaczerwienione od temperatury wody ciało. - Powinna była urodzić się w czasach średniowiecza, gdy te jej poglądy szanowano i uważano za społecznie akceptowane, wręcz pożądane. Nie teraz, w dwudziestym pierwszym wieku, kiedy to kobiety mają prawa do głosowania, pracują, spełniają się i przynajmniej z założenia żyją niemal na równi z mężczyznami. Ktoś ewidentnie zrobił Helenie psikusa, dając jej życie w tej epoce.
Wiktor spojrzał w lustro. Wciąż był przystojny. Może jeszcze bardziej niż kiedy był młodym chłopakiem. Od ślubu z Heleną przybrał na wadze, co tylko wyszło mu na dobre. Przy metrze dziewięćdziesięciu kilka kilogramów na górkę w jego przypadku wyszło na plus. Zbliżał się do czterdziestki, a jego czoło pokryte było seksownymi, poprzecznymi zmarszczkami, sprawiającymi, że wyglądał zmysłowo i inteligentnie. Czuł, że kobiety się za nim oglądają. Czuł ich spojrzenia na sobie. Czuł, że rozbierają go wzrokiem. Klientki wielokrotnie wciskały mu w kieszenie swoje wizytówki z numerami telefonów i adnotacjami w stylu: "Czekam w tym i tym hotelu o tej i o tej. Przyjedź, będę sama i tylko dla ciebie". Zwykle je wyrzucał. Lubił myśleć o sobie, że zależy mu na zbudowaniu pięknej i trwałej rodziny. Był świadomy, że przy Helenie jest to na wyciągnięcie ręki.
Aż na jego drodze pojawiła się młoda, piękna i szalenie zdefiniowana na sukces Klara. Była jak grom z jasnego nieba. Przyniosła jakieś dokumenty do podpisania i zadała mu kilka trafnych, niezwykle błyskotliwych pytań. Zanim na nie odpowiedział, musiał się dobrze zastanowić. Zaimponowało mu to. Już dawno żadna kobieta nie zmusiła go do wysiłku intelektualnego. Była to miła odmiana w stosunku do toczących się rozmów o szkole, cenie pomidorów i o tym, co nowego w serialu granym w telewizji od lat, w którym to aktorzy już nie muszą się nawet uczyć na pamięć tekstów swoich ról, gdyż wszystko już odegrali i co pewien czas po prostu to powtarzają. Z Klarą to było coś innego, wzniosłego, coś, co nawet dziś, po trwającym już prawie dwa lata romansie, mógłby nazwać ekstazą. Tak, to słowo w odniesieniu do jego uczuć wcale nie było przesadne. Klara wyzwalała w nim prawdziwą męskość. Zmuszała go do wysiłku, wciąż kazała za sobą gonić, starać się o nią, podążać za nią i za jej pragnieniami. Nie to, co Helena. Dla niej mógł być opryskliwy, a i tak pozostawał najlepszy. Przy Klarze to by nie przeszło. Ona musiała być zauważona i dopieszczona. I chyba to najbardziej go w niej pociągało.
Tuż po prysznicu Wiktor zarzucił na siebie idealnie wyprasowaną przez żonę piżamę i po cichutku, licząc na to, że Helena już zasnęła, wyszedł z łazienki. Na palcach przemaszerował przez korytarz domu prowadzący do małżeńskiej sypialni, gdzie w zamkniętej na kluczyk szufladzie zostawił wyciszony telefon komórkowy. Dopisało mu szczęście, gdyż Helena już spała. Zmęczona miłosnymi uniesieniami oddychała cicho i równomiernie. W pomieszczeniu wciąż unosił się zapach ich połączonych ciał, których woń aż go cofnęła. Czuł potworne wyrzuty sumienia i jednocześnie ulgę, że jego żona była taka porządna i postanowiła go poinformować, że chce mieć z nim drugie dziecko. Chciała wszystko zaplanować tak, jak planuje się zadania na nadchodzący tydzień. Najpierw lekarz, potem jakieś durne witaminy, a następnie ciąża. Zero spontaniczności. Zrobiło mu się niedobrze.
Wyciągnął telefon z szuflady i odwróciwszy się na pięcie, obrzucił Helenę spojrzeniem. Przez odsłoniętą roletę światło księżyca złożyło na jej twarzy swój delikatny dotyk, sprawiając, że wyglądała jeszcze piękniej niż zazwyczaj. Przypomniał mu się krążący w internecie mem, którego hasło w odniesieniu do żony głosiło "żebyś ty była trochę bardziej obca". No tak... obca. Nieprzewidywalna, spontaniczna, wyzwolona, pełna ambicji i temperamentna. Czyli taka, jak Klara - pomyślał zadręczony wyrzutami sumienia.
Uśmiechnął się delikatnie i zaskoczony swoją nagłą potrzebą podszedł do żony, by pocałować jej nagie ramię. Kiedyś jej zapach tak bardzo go podniecał i... teraz też. Lecz było to zupełnie inne podniecenie. Kiedyś mieszało się ono z potrzebą zaopiekowania się tą kobietą, odpowiedzialności za nią. A teraz z potrzebą zwykłego zwierzęcego seksualnego wyżycia. Na początku, kiedy zaczął sypiać z Klarą, czuł się z tym bardzo źle. Z upływem czasu jednak nauczył się radzić sobie z ogarniającymi go wyrzutami. Helena nie wiedziała o Klarze i tak ślepo go kochała, że nawet nie przyszłoby jej do głowy o cokolwiek podejrzewać męża. Gotowa była sobie tę głowę za niego obciąć. Za jego zasadniczość, moralność i transparentność, nie tylko jako prawnika, lecz właśnie jako głowy rodziny. Klara natomiast wiedziała o Helenie, co było całkowicie naturalne. Wciąż nosił na palcu obrączkę. Bywało, że śmiała się z niej, mówiąc, że działa na nią jak najlepszy afrodyzjak. Mówiła: "Ona pierze ci bieliznę, a ja ją z ciebie ściągam i jara mnie to, jak nie wiem co". Tak, jak wszystko w życiu przemija, tak i śmiech kochanki miał przeminąć. Romans zawsze niesie za sobą konsekwencje. A jego wyjście na jaw w większości przypadków pozostaje tylko kwestią czasu.
Pogubiony na początku Wiktor wytłumaczył sobie, że będzie się starał być najlepszym mężem, jak to tylko możliwe, a spotkania z Klarą potraktuje jak zwyczajną rozrywkę. Przecież jemu też, oprócz harowania na rodzinę, coś od życia się należało. Seks bez zobowiązań, o czym zresztą regularnie początkowo przypominała mu Klara, odstresowywał go i relaksował. Nadszedł jednak czas, że kochanka zmieniła swoje nastawienie. Coraz częściej domagała się spotkań z nim i dopytywała, kim właściwie jest dla niego. Skończyła się beztroska związku na boku i mężczyzna czuł, że nadchodzi moment, gdy trzeba będzie podjąć ostateczną decyzję.
Wyszedł z sypialni i zerknął na swój smartfon. Piętnaście wiadomości na WhatsAppie mówiło samo za siebie. Wiktor nie musiał ich czytać, by domyślić się, że Klara się wściekła, iż dzisiejszego wieczora nie pojawił się w jej mieszkaniu. Niby co miał jej napisać? Że nie przyjdzie, bo żona akurat na dziś zaplanowała próbę generalną przed finałem zwiastującym wieść o powiększeniu rodziny? No przecież nie mógł tego zrobić.
Wyszedł na taras znajdujący się po drugiej stronie domu, usiadł na wygodnym ogrodowym fotelu i wybrał numer kochanki. Był uzależniony od jej głosu, ciała, umysłu, intelektu. I chociaż niekiedy miotał się i zastanawiał, czy rozwodząc się, nie zrobi błędu, to wszystkie jego wątpliwości nikły w zestawieniu z nią, Klarą - jego narkotykiem.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki