Należy do mnie - Anna H. Niemczynow

Kup ebooka

39.90 zł
32.32 zł (31,92 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Są lu­dzie, któ­rzy mają silny głos w sercu.

Idąc za nim, albo zo­stają uznani za sza­leń­ców, albo zo­stają le­gen­darni.

Do­ris Mort­man, Wi­chry na­mięt­no­ści

Roz­dział 1

Trzy lata wcze­śniej

He­lena wzięła głę­boki wdech, po czym wy­pu­ściła po­wie­trze, roz­glą­da­jąc się z uśmie­chem na twa­rzy. Ręce miała skrzy­żo­wane na pier­siach. Nic a nic nie prze­szka­dzał jej gwar od paru go­dzin wy­peł­nia­jący dom, na który kilka lat wcze­śniej wraz z mę­żem za­cią­gnęli kre­dyt. Tak bar­dzo wów­czas się bali, czy so­bie po­ra­dzą. Zu­peł­nie nie­po­trzeb­nie. Gdyby wtedy ktoś po­wie­dział jej, że po tej ziemi, którą w prze­szło­ści na­zy­wali ścier­ni­skiem, bę­dzie bie­gała wraz z przy­ja­ciółmi ich wy­ma­rzona córka, chyba by nie uwie­rzyła. Le­ka­rze, cho­ciaż nie wprost, to jed­nak su­ge­ro­wali, że w jej przy­padku zaj­ście w ciążę bę­dzie gra­ni­czyło z cu­dem. Tym bar­dziej sza­no­wała tenże zwany ży­ciem CUD. Cud, który od­mie­nił wszystko.

- Ma­mu­siu, ma­mu­siu, zo­bacz! - krzyk­nęła Fau­styna, dmuch­nąw­szy w pla­sti­kowe kó­łeczko, z któ­rego wy­do­by­wały się my­dlane bańki. - Nie stój tak, kla­skaj! Łap je! - za­rzą­dziła dziew­czynka.

He­lena po­słusz­nie rzu­ciła się w po­goń za kru­chymi ni­czym cien­kie szkło ozdo­bami jej ogrodu. Ko­le­żanki córki do­łą­czyły do niej, szcze­bio­cząc jedna przez drugą. Przy­glą­da­jąca się im z od­dali star­sza pani nie za­uwa­żyła, że wśród kilku dziew­czy­nek w wieku szkol­nym sza­leje do­ro­sła ko­bieta. Zresztą, kto by się jej dzi­wił. He­lena wy­glą­dała młodo i atrak­cyj­nie, a Fau­styna była ko­pią swo­jej matki. Ten sam de­li­katny typ urody, ten sam ko­lor wło­sów i ten sam za­rys syl­wetki, który już te­raz zdra­dzał, że dziew­czynka jest ra­czej, jak to się zwy­kło ma­wiać, drob­nej ko­ści.

He­lena wal­czyła jak lwica, by strą­cić jak naj­wię­cej my­dla­nych ba­niek. Za­wsze za­le­żało jej na tym, by za­im­po­no­wać córce.

- Brawo, ma­mu­siu. Brawo, brawo! - wo­łała Fau­sti, po­pi­sku­jąc i pod­ska­ku­jąc z ra­do­ści.

Pod­eks­cy­to­wana He­lena pod­sko­czyła, ile sił, by strą­cić naj­więk­szą bańkę, za­nim ta sa­mo­ist­nie pęk­nie i... nie­stety nie udało się, gdyż wy­bi­ja­jąc się w po­wie­trze, stra­ciła rów­no­wagę i jak długa upa­dła na trawę. Przy­ja­ciółki Fau­styny za­chi­cho­tały, ła­piąc się z ra­do­ści za brzuszki. He­lena rów­nież się ro­ze­śmiała. Le­żała na tra­wie, pa­trzyła w niebo, do któ­rego po­dą­żały te okrą­głe po­wody do ra­do­ści, i w gło­wie miała same do­bre my­śli - chwilo trwaj, je­steś piękna, nie bra­kuje mi ni­czego. Gdyby jesz­cze raz sta­nęła przed wy­bo­rem, czy po­sta­wić na ka­rierę za­wo­dową, czy po­świę­cić się ma­cie­rzyń­stwu, znów bez wa­ha­nia wy­bra­łaby to dru­gie. Ow­szem, więk­szość jej przy­ja­ció­łek nie była w sta­nie po­jąć, jak można świa­do­mie zre­zy­gno­wać z tak do­brze za­po­wia­da­ją­cej się ka­riery. He­lena od dziecka tań­czyła w ba­le­cie, miała do tego praw­dziwy dryg. Ar­ty­styczne śro­do­wi­sko wsy­sało ją w sie­bie z siłą, jaką trudno było okieł­znać. Wspi­nała się na naj­wyż­szy szczyt, do­sta­wała za­pro­sze­nia z ca­łego świata. Mo­gła tań­czyć na de­skach naj­lep­szych te­atrów, zam­ków i do­bry Bóg wie, gdzie jesz­cze. Szły za tym po­tężne pie­nią­dze, sława i pre­stiż.

- Tylko się nie za­ko­chaj. Nie po­trzeba nam nad­miaru emo­cji - ma­wiała tre­nerka i jed­no­cze­śnie ma­na­gerka He­leny, wy­ci­ska­jąc z niej siódme poty na sali - i nie jedz za dużo, aby ci w bio­drach nie przy­było. Wy­sy­piaj się, wiesz sama, ja­kie to ważne. Bez ośmiu go­dzin snu ani rusz - pa­plała i pa­plała, nie ma­jąc bla­dego po­ję­cia o tym, że ktoś, w kogo in­we­stuje swój czas, ener­gię i, co naj­istot­niej­sze, swoje ocze­ki­wa­nia, tylko czeka na ko­niec tre­ningu, aby za­nu­rzyć się w po­tęż­nych ra­mio­nach uko­cha­nego i jego roz­wa­la­ją­cym się oplem corsą po­je­chać do McDo­nalda po frytki z ke­czu­pem.

Wik­tor był jej ta­jem­nicą. Po­znała go zu­peł­nie przy­pad­kiem, w zwy­kły dzień nie­za­po­wia­da­jący ni­czego szcze­gól­nego. Ot, po pro­stu w skle­pie sa­mo­ob­słu­go­wym, gdzie ro­biła za­kupy, po­pro­siła go, aby zdjął jej z gór­nej półki od­tłusz­czone mleko. Wrę­cza­jąc kar­to­nik, tylko raz zaj­rzał jej w oczy. To wy­star­czyło. Uj­rzaw­szy swoje od­bi­cie w jego błę­kit­nych źre­ni­cach, wie­działa, że ma przed sobą ojca swo­ich dzieci. Po­cho­dzili z zu­peł­nie in­nych świa­tów. Ona, do­słow­nie i w prze­no­śni, uno­sząca się nad zie­mią ar­tystka i on, twardo stą­pa­jący po ziemi przy­szły praw­nik. Jego po­cią­gała w niej nie­by­wała kru­chość, a za­ra­zem siła, z jaką po­słu­gi­wała się na sce­nie swoim wą­tłym cia­łem, a ją urze­kły jego cha­ry­zma i zde­cy­do­wa­nie. Był aku­rat po se­sji i miał tro­chę wol­nego czasu, więc za­pro­po­no­wał jej randkę. I tak to się za­częło.

Pa­trząca w niebo He­lena od­pły­nęła w prze­szłość. Ani tro­chę nie ża­ło­wała, że omi­nął ją ten cały splen­dor. Prze­wró­ciła się z ple­ców na bok i zer­k­nęła na dziew­czynki, które wła­śnie do­pa­dły do mi­ski z pa­pry­ko­wymi chip­sami. Za­trzy­mała wzrok na ma­łej Fau­sti i po­dzię­ko­wała za nią w du­chu Opatrz­no­ści.

A po­my­śleć, że ze względu na zbyt ni­ską za­war­tość tkanki tłusz­czo­wej nie wró­żono mi ma­cie­rzyń­stwa. A może by tak? - za­du­mała się. - Może by tak po­sta­rać się dla niej o ro­dzeń­stwo?

Uśmiech­nęła się. Ten uśmiech był za­po­wie­dzią szcze­rej roz­mowy z mę­żem, któ­rej za­pra­gnęła z ca­łego serca.

- Ta­tuś, ta­tuś! - za­wo­łała Fau­styna z ra­do­ścią. Z jej ust nie­opatrz­nie wy­le­ciały resztki chip­sów. Wsko­czyła na ojca, obej­mu­jąc go no­gami w ta­lii i za­rzu­ca­jąc małe ra­mionka na jego szyję.

Po­ca­ło­wał ją w oba po­liczki.

- Je­steś co­raz cięż­sza, moja panno. - Po­ła­sko­tał ją. - Czy ty przy­pad­kiem mi nie obie­ca­łaś, że nie uro­śniesz?

- Nieee. Mu­szę ro­snąć.

- Nie mu­sisz.

- Mu­szę.

- Nie mu­sisz.

- Mu­szę, tatku. Nie po­wstrzy­mam tego. To sil­niej­sze ode mnie.

Wik­tor spoj­rzał na mi­skę z nie­zdro­wymi prze­ką­skami, a na­stęp­nie ob­rzu­cił żonę dość wy­mow­nym spoj­rze­niem.

- Wiesz, że je­śli cho­dzi o sprze­ci­wia­nie się woli na­szej córki, to nie mam szans, prawda, skar­bie? Mar­chewki i jabłka nie mają ta­kiego wzię­cia. - Mru­gnęła i po­de­szła do męża, aby się z nim przy­wi­tać.

Wik­tor po­sta­wił córkę na ta­ra­sie, a na­stęp­nie ujął twarz He­leny, skła­da­jąc na jej ustach jakby wy­mu­szony po­ca­łu­nek. Dziew­czynki za­częły chi­cho­tać.

- Za­ko­chana para, Ja­cek i Bar­bara - za­śpie­wała jedna z nich, co wy­wo­łało miłe uczu­cia u He­leny.

Mał­żeń­stwo zo­sta­wiło ba­wiące się w ogro­dzie dzieci i we­szło do wnę­trza sty­lowo urzą­dzo­nego domu. Ile­kroć ko­bieta omia­tała wzro­kiem to, co udało jej się stwo­rzyć, ty­le­kroć była z sie­bie szcze­rze dumna. Po­do­bało jej się ży­cie go­spo­dyni do­mo­wej i nie za­mie­rzała ni­czego w nim zmie­niać. A już na pewno nie w nie­da­le­kiej przy­szło­ści.

Skie­ro­wała swoje kroki do gu­stow­nej kuchni w ja­snych bar­wach. Drew­niane fronty zdo­bione fre­zami ide­al­nie kom­po­no­wały się z ja­snym kon­glo­me­ra­tem bla­tów. Otwo­rzyła lo­dówkę.

- Dziś pani domu ser­wuje pul­pety w kre­mo­wym so­sie musz­tar­do­wym, do tego su­rówka z pora i ko­pytka ziem­nia­czane. Na po­czą­tek oczy­wi­ście de­li­katna zupa krem z bia­łych wa­rzyw, no i de­ser. Zgad­nij co?

- Nie mam po­ję­cia - mruk­nął znu­dzony Wik­tor.

- No zgad­nij, pro­szę. Tak się sta­ra­łam.

- Bu­dyń?

- Wik­tor, wy­sil się - udała roz­cza­ro­wa­nie jego po­stawą. - Chcę roz­pie­ścić mo­jego wspa­nia­łego męża, który tak ciężko pra­cuje, abym mo­gła się speł­niać jako ko­bieta. Na­prawdę są­dzisz, że po­da­ła­bym ci bu­dyń z paczki? Po­myśl, pro­szę. No, No! Co lu­bisz naj­bar­dziej?

Męż­czy­zna prze­łknął. Sta­ra­nia żony nie zro­biły na nim zbyt du­żego wra­że­nia.

He­lena prze­wró­ciła oczami.

- Ti­ra­misu ci zro­bi­łam. Tak lu­bisz wło­skie kli­maty. No wła­śnie, a pro­pos Włoch. Co my­ślisz o tym, abym za­re­zer­wo­wała dla nas ty­dzień na przy­kład w To­ska­nii? Ni­gdy nie by­łam, a za­wsze chcia­łam. Kiedy jesz­cze tań­czy­łam, mie­li­śmy je­chać tam z ba­le­tem. Stare, zu­peł­nie inne czasy. - Mach­nęła ręką.

- Mo­żesz wró­cić do tańca, kiedy tylko chcesz.

- Eee, nie chcę. Wolę was. I je­dze­nie tych pysz­no­ści, a nie ja­kichś tam su­chych wió­rów. Nie tę­sk­nię za tym. Do­brze wiesz, że to były bar­dziej ma­rze­nia mo­jej matki niż moje. Spró­buj. - Pod­su­nęła mu do ust łyżkę z kre­mo­wym so­sem, chcąc zmie­nić te­mat.

Sma­ko­wało obłęd­nie. Mu­siał przy­znać, że wszystko, co ugo­to­wała bądź upie­kła jego żona, było dzie­łem sztuki. Miała do tego ta­lent.

He­lena na­lała zupy i po­sta­wiła ją przed mę­żem.

- Nie jesz? - spy­tał.

- Och, naja­dłam się przy go­to­wa­niu. A po­tem jesz­cze skub­nę­łam to i owo z dziew­czyn­kami. Je­stem pełna. Spójrz tylko. - Kiw­nęła głową w stronę ogrodu.

Wik­tor od­wró­cił się i wes­tchnął, wy­ra­ża­jąc swoją wąt­pli­wość w to, czy ich co­dzienni go­ście mają swo­ich ro­dzi­ców.

- Te dzie­ciaki prze­sia­dują tu nie­mal każ­dego dnia, He­leno. Da­jesz się wy­ko­rzy­sty­wać - mruk­nął, za­nu­rza­jąc łyżkę w zu­pie.

- Wy­ko­rzy­sty­wać? No coś ty.

- Oczy­wi­ście, że tak. Wi­dzia­łem matkę tej no, jak jej tam. No, tej co wła­śnie rą­bie na dwie ręce na­sze chipsy. Za­raz bluzka jej pęk­nie. Wi­dzisz, jaka ona jest gruba?

- Ci­szej, Wik­to­rze. - He­lena zde­ner­wo­wała się. - Nie mów tak o Ka­mili. Może i ma nieco za dużo tłusz­czyku. Ale to jesz­cze mała dziew­czynka. Na pewno z niego wy­ro­śnie, wy­cią­gnie się, na sto pro­cent.

- No, jak bę­dzie tyle żarła, to na pewno nie. Jej matka szwenda się po kli­ni­kach, od­sysa so­bie tłuszcz i pom­puje usta, a ty pil­nu­jesz jej dzie­ciaka i do tego kar­misz nie­zdro­wym je­dze­niem. Nic do­brego z tego nie bę­dzie, Hela, zo­ba­czysz. - Wik­tor od­su­nął pu­stą mi­skę po zu­pie i nie zdą­żył na­wet mru­gnąć, jak żona po­sprzą­tała po nim i na­ło­żyła mu na ta­lerz dru­gie da­nie.

Wręcz ubó­stwiała dla niego go­to­wać. Roz­ko­szo­wała się wi­do­kiem jego przy­stoj­nej twa­rzy, na któ­rej wprost pro­por­cjo­nal­nie do wy­peł­nio­nego żo­łądka po­ja­wiała się ła­god­ność. Na­uczona do­świad­cze­niem wie­działa, że je­śli chce coś z mę­żem za­ła­twić, musi naj­pierw do­brze po­sta­rać się w kuchni, a za­raz po­tem w sy­pialni. Lu­biła i jedno, i dru­gie. Wik­tor był jej pierw­szą praw­dziwą mi­ło­ścią. No­siła w so­bie prze­ko­na­nie i głę­boką wiarę, że ze­sta­rzeją się ra­zem i będą przy so­bie trwać, aż do śmierci.

- A może by tak... - urwała wpół zda­nia.

- Jak tak za­czy­nasz, to za­czy­nam się bać.

Za­śmiała się.

- Ależ nie ma czego, skar­bie. Stę­sk­ni­łam się za tobą. Tak bar­dzo się stę­sk­ni­łam, wiesz? - Po­de­szła bli­żej i przy­tu­liła się do jego ple­ców.

Pró­bo­wał się opę­dzić od niej, mó­wiąc, że wła­śnie je i że tro­chę mu prze­szka­dza. Ona na­to­miast zda­wała się tego nie do­strze­gać. Wszel­kie jego oznaki by­cia dla niej nie­mi­łym zwa­lała na karb stre­su­ją­cej pracy. Był prze­cież praw­ni­kiem. Ad­wo­ka­tem nie­kiedy sa­mych dia­błów, jak zwykł o so­bie mó­wić. Poza tym dziś, gdy wró­cił do domu, po­ca­ło­wał ją czule. Chciała czuć jego mi­łość i czuła ją. Wik­tor był jej wy­bo­rem na całe ży­cie.

- Wiesz co, skar­bie? - wy­szep­tała mu do ucha. - Może jed­nak We­rona za­miast To­ska­nii? Chcia­ła­bym od­wie­dzić dom Ju­lii i sta­nąć na tym bal­ko­nie. Ty mógł­byś być na dole. Za­wo­ła­ła­bym do cie­bie: "Ro­meo, ty je­steś Ro­meo". To ta­kie ro­man­tyczne, nie są­dzisz?

Wik­tor wstał od stołu, strą­ca­jąc z sie­bie dło­nie żony. Pod­szedł do eks­presu, jak gdyby ni­gdy nic. Mimo peł­nego żo­łądka nie udzie­lił mu się jej ro­man­tyczny na­strój. Wręcz prze­ciw­nie - iry­to­wał go. Uwa­żał, że za­cho­wa­nie żony jest in­fan­tylne, lecz z ja­kichś przy­czyn nie po­tra­fił jej tego po­wie­dzieć otwar­cie.

- Usiądź, ko­cha­nie. Ja ci zro­bię kawy i na­łożę ti­ra­misu - za­rzą­dziła.

Gdy pił kawę i de­lek­to­wał się roz­pły­wa­ją­cym w ustach de­se­rem, wy­raź­nie dała mu do zro­zu­mie­nia, że dziś nie wy­kręci się z nocy, jaką pra­gnęła z nim spę­dzić. Roz­pięła gu­zik bluzki, by za­chę­cić go głę­boką czer­wie­nią no­wej bie­li­zny. Zro­biło mu się go­rąco. Mógł mie­wać te swoje hu­mory, lecz prze­cież był męż­czy­zną. Mu­siał przy­znać, że mimo upływu lat He­lena wciąż była piękną i pełną wdzięku ko­bietą.

Wstał i pod­szedł do niej, co ta na­tych­miast wy­ko­rzy­stała, przy­tu­la­jąc się do niego i ca­łu­jąc go w usta.

- Chcę mieć z tobą dru­gie dziecko, Wik­to­rze - po­wie­działa tuż po po­ca­łunku.

- Ale...

- Ciiii... Ani słowa. Szczę­śliwa żona to szczę­śliwe ży­cie. A ja już pod­ję­łam de­cy­zję.

Gdy woda spły­wała po jego na­gim ciele, czuł ulat­nia­jący się ze skóry za­pach żony. Był na sie­bie zły, że znów to zro­bili. Ab­surdu tej ca­łej sy­tu­acji do­da­wał fakt, że mę­czyły go wy­rzuty su­mie­nia, iż to wła­śnie z He­leną zdra­dza swoją ko­chankę Klarę, a nie od­wrot­nie.

Wy­lał tro­chę płynu na gąbkę i za­czął się szo­ro­wać.

Dłu­żej tak nie wy­trzy­mam - po­my­ślał.

Był bli­ski po­wie­dze­nia żo­nie, że chce roz­wodu, że już jej nie ko­cha i że w za­sa­dzie, od­kąd uro­dziła się Fau­styna, od­nosi wra­że­nie, że nic poza dziec­kiem i kre­dy­tem ich nie łą­czy.

Zmę­czony szo­ro­wa­niem ciała rzu­cił gąbkę na dro­gie ka­felki i oparł czoło o ścianę prysz­nica. Po­dej­rze­wał, że z jego oczu lecą łzy, lecz nie miał pew­no­ści. Czuł przej­mu­jący smu­tek. Z każ­dym dniem co­raz więk­szy, wszak od wielu mie­sięcy pró­bo­wał znie­chę­cić do sie­bie He­lenę, trak­tu­jąc ją, krótko mó­wiąc, po pro­stu źle, lecz jego "sta­ra­nia" ni­czym nie skut­ko­wały. Wciąż po­wta­rzała, że go ko­cha, że jest mi­ło­ścią jej ży­cia, że ich ro­dzina jest dla niej naj­waż­niej­sza i że to wła­śnie ze względu na nią nie za­mie­rza wró­cić do pracy za­wo­do­wej.

- Je­stem po­wo­łana do by­cia żoną i mamą, Wik­to­rze - mó­wiła, gdy de­li­kat­nie su­ge­ro­wał jej po­wrót do tańca, albo cho­ciaż do na­ucza­nia in­nych.

Mi­liony męż­czyzn na ca­łym świe­cie cie­szy­łyby się, ma­jąc w domu tak od­daną żonę. Taką, która sprząta, pie­rze, go­tuje, zaj­muje się dziec­kiem i - jakby tego wszyst­kiego było mało - jest atrak­cyjna fi­zycz­nie. Naj­więk­szą za­letą He­leny nie były jed­nak te wszyst­kie rze­czy, lecz przede wszyst­kim to, że ona pra­wie ni­gdy nie na­rze­kała. Cza­sami od wiel­kiego dzwonu wy­rwało się jej, że za nim tę­skni i że mógłby może mniej pra­co­wać, na­to­miast spę­dzać wię­cej czasu z ro­dziną. Lecz gdy od­po­wia­dał, że dzięki jego pracy wiodą do­stat­nie ży­cie, na­tych­miast sta­wiała się do pionu i jesz­cze go ża­ło­wała, mó­wiąc, jaki to on jest biedny, że musi tak ciężko pra­co­wać, i pie­jąc z za­chwytu nad tym, jak do­zgon­nie jest mu wdzięczna za ży­cie, ja­kie dzięki jego cięż­kiej pracy wiodą.

- Tak lu­bię być mamą, skar­bie. Tak bar­dzo, wiesz? - wy­szep­tała tuż po tym, jak go uwio­dła, za­raz po­tem do­da­jąc, że nie może dłu­żej wal­czyć z ma­cie­rzyń­skim in­stynk­tem.

- Nie wiem, He­leno... - wy­szep­tał, le­żąc na ple­cach i wpa­tru­jąc się w su­fit.

Za­miast o tym, co mówi do niego żona, my­ślał ra­czej o Kla­rze, którą znów bę­dzie mu­siał za­pew­niać, że nic go z żoną nie łą­czy. Nie mógł wręcz znieść do­tyku rąk He­leny na swo­jej skó­rze. Dla­czego wciąż z nią sy­piał? Na to py­ta­nie sam nie po­tra­fił od­po­wie­dzieć. Gdyby nie Fau­styna i jego ogromna mi­łość do niej, już dawno by się wy­pro­wa­dził. Po­trze­bo­wał jed­nak czasu, aby wszystko do­brze za­pla­no­wać i po­ukła­dać so­bie w gło­wie.

Klara co­raz bar­dziej się nie­cier­pli­wiła. Zresztą nie dzi­wił się jej. Mó­wił, że ją ko­cha, że chce z nią być, że swoją przy­szłość wiąże wła­śnie z nią, a jed­no­cze­śnie każ­dego dnia wra­cał z pracy do domu, w któ­rym cze­kała na niego inna ko­bieta. Ko­bieta bę­dąca jego żoną. Żoną, która zda­wała się ślepa na wszyst­kie sy­gnały, ja­kie jej wy­sy­łał. I jakby tego wszyst­kiego było mało, chciała z nim mieć dru­gie dziecko.

- Och, nie bój się, skar­bie. Nie ma czego. Przy Fau­sti też się ba­li­śmy i zo­bacz, jaka piękna dziew­czynka z niej wy­ro­sła. Gdyby tak chłop­czyk nam się te­raz tra­fił, rety... A zresztą, to cał­ko­wi­cie obo­jętne. By­leby dziecko było zdrowe. A pro­pos, umó­wi­łam się do le­ka­rza... - pa­plała i pa­plała, nie zwa­ża­jąc na to, że nie jest słu­chana. - Wiesz, chcia­ła­bym to do­brze za­pla­no­wać. Naj­pierw zro­bić ba­da­nia le­kar­skie, czy wszystko jest w po­rządku. Po­win­nam chyba za­cząć brać wi­ta­miny i na pewno kwas fo­liowy. Tak, kwas fo­liowy to jest to. Po­dobno trzeba za­ży­wać go mi­ni­mum przez dwa­na­ście ty­go­dni przed pla­no­wa­nym zaj­ściem w ciążę. Dasz wiarę? Jak ja wy­trzy­mam dwa­na­ście ty­go­dni - stęk­nęła i za­raz po­tem się za­śmiała.

Wik­to­rowi wcale nie było do śmie­chu. Czuł się obrzy­dli­wie. Jak ktoś od­czło­wie­czony z su­mie­nia. Było mu wstyd z po­wodu po­dwój­nego ży­cia, które pro­wa­dził już od, o zgrozo, po­nad dwóch lat. Te­raz stał pod prysz­ni­cem i my­ślał o tym, czego przez ten cały czas do­wie­dział się przede wszyst­kim o so­bie. Wró­ciły wspo­mnie­nia, jak bro­nił się przed uczu­ciem do Klary. Woda lała się stru­mie­niami, a on nie mógł się zmu­sić, by wyjść spod prysz­nica, ja­koś się ogar­nąć i wró­cić do łóżka, gdzie cze­kała na niego żona. Miał na­dzieję, że gdy prze­cią­gnie ką­piel, ta za­śnie i nie bę­dzie mu­siał z nią już roz­ma­wiać.

Iry­to­wały go wszyst­kie plany od­no­śnie do wa­ka­cji w To­ska­nii, We­ro­nie i Bóg je­den wie­dział gdzie jesz­cze. Same Wło­chy za­częły go iry­to­wać, cho­ciaż tak bar­dzo ko­chał kraj ma­ka­ro­nia­rzy. Kie­dyś dałby się po­kroić za te ich Do­lce Vita. Kie­dyś, lecz nie te­raz. Te­raz ze wszyst­kich sił nie chciał być w miej­scu, w któ­rym się znaj­do­wał. Gdyby nie Fau­sti i jej po­ukła­dany świat, który - bądź co bądź - He­lena jej za­pew­niała, o wiele ła­twiej by­łoby mu pod­jąć de­cy­zję. Żona wo­ziła dziew­czynkę do re­no­mo­wa­nej pry­wat­nej szkoły, na za­ję­cia do­dat­kowe z na­uki gry na pia­ni­nie, lek­cje ję­zy­ków ob­cych, te­nisa, tańce, jogę dla dzieci, kurs kom­pu­te­rowy i tak da­lej. Co tylko Fau­sti wy­my­śliła, matka na­tych­miast speł­niała jej prośby. Wszystko można było po­wie­dzieć o He­le­nie, lecz na pewno nie to, że była złą matką czy żoną. Była... no wła­śnie. Do po­rzygu po­rządna.

Na brak seksu też nie mógł na­rze­kać. Wła­ści­wie, gdyby chciał, ro­bi­łaby to z nim co noc. Była za­dbana, szczu­pła, ele­gancka. Za­wsze schlud­nie ubrana i ucze­sana, z ide­al­nie zro­bio­nymi ma­ni­kiu­rem i pe­di­kiu­rem. Je­dy­nym, czego jego zda­niem nie miała, a co mu tak bar­dzo prze­szka­dzało, był... brak am­bi­cji. Oprócz ro­dziny, dzieci i ro­sołu co nie­dzielę, w za­sa­dzie na ni­czym jej nie za­le­żało. Zu­peł­nie na ni­czym. No, może na kwiat­kach na pa­ra­pe­cie albo na no­wym wie­szaku na ręcz­niki.

Kiedy się po­znali, tań­czyła w ba­le­cie. Gdy przed­sta­wił ją ro­dzi­com, nie mo­gli wyjść z po­dziwu nad jej ta­len­tem. Otrzy­my­wali za­pro­sze­nia na gale, w któ­rych tań­czyła, i za­sia­dali w pierw­szych rzę­dach, by po­dzi­wiać swoją przy­szłą sy­nową. Matka Wik­tora wzdy­chała, ze łzami w oczach pa­trząc, jak He­lena kręci na sa­mych pal­cach te swoje pi­ru­ety ubrana w tiu­lową spód­niczkę, któ­rej fa­cho­wej na­zwy ni­gdy nie po­tra­fiła za­pa­mię­tać.

- To tutu - wy­ja­śniała wie­lo­krot­nie He­lena tuż po wy­stę­pie, do­da­jąc z wdzię­kiem, iż hi­sto­ria tejże spód­niczki, w któ­rej tań­czą ba­let­nice, za­częła się w ty­siąc osiem­set dwu­dzie­stym dzie­wią­tym roku i pierw­szą ba­let­nicą, która ją wło­żyła, była Ma­rie Ta­glioni.

Wik­tor słu­chał, jak na­rze­czona opo­wiada, i mu­siał przy­znać, że był tymi opo­wie­ściami urze­czony. He­lena miała pa­sję, żyła z pa­sją, żyła z po­lo­tem i we­rwą. Mu­siał za­bie­gać o jej czas, co wtedy nie­zwy­kle go pod­nie­cało. Nie to, co te­raz, kilka lat po ślu­bie. Cho­ciaż za­dbana i atrak­cyjna, jakby z każ­dym dniem tra­ciła tę atrak­cyj­ność. Męż­czy­zna zła­pał się na tym, że wsty­dzi się mó­wić ko­le­gom, że jego żona od lat nie robi nic, tylko zaj­muje się do­mem i do tego wszyst­kiego nie wi­dzi w tym naj­mniej­szego pro­blemu, a wręcz prze­ciw­nie - czuje dumę.

By­wało, że kła­mał. Mó­wił na przy­kład, że jego druga po­łowa za­jęła się ma­lo­wa­niem i że przy­go­to­wuje się do wła­snego wer­ni­sażu. Po­tem wra­cał do domu i na wi­dok roz­grze­ba­nego ma­lunku domku z drzew­kami ogar­niało go za­że­no­wa­nie. Jak mógł wma­wiać in­nym, że te in­fan­tylne bo­ho­mazy kie­dyś będą dzie­łami sztuki, skoro sam w to nie wie­rzył? He­lena ni­gdy nie de­kla­ro­wała, że chce się speł­niać na in­nej płasz­czyź­nie, ani­żeli na tej, aby być matką i żoną. A je­śli ma­lo­wała, tań­czyła, upra­wiała sport czy zaj­mo­wała się in­nymi rze­czami - ro­biła to wy­łącz­nie dla do­brej za­bawy lub po­prawy na­stroju.

- Ktoś z nas musi za­cho­wać swój czas dla ro­dziny, aby ta była zdrowa i har­mo­nijna, Wik­to­rze - ma­wiała, świę­cie prze­ko­nana, że współ­cze­sne ko­biety ro­bią so­bie krzywdę, chcąc za wszelką cenę być mul­ti­funk­cyj­nymi ro­bo­tami do wszyst­kiego.

Zresztą... He­lena była tak różna od współ­cze­snych ko­biet, jak tylko różną można być.

Skąd ona się na Boga wzięła? - du­mał te­raz, wy­cie­ra­jąc za­czer­wie­nione od tem­pe­ra­tury wody ciało. - Po­winna była uro­dzić się w cza­sach śre­dnio­wie­cza, gdy te jej po­glądy sza­no­wano i uwa­żano za spo­łecz­nie ak­cep­to­wane, wręcz po­żą­dane. Nie te­raz, w dwu­dzie­stym pierw­szym wieku, kiedy to ko­biety mają prawa do gło­so­wa­nia, pra­cują, speł­niają się i przy­naj­mniej z za­ło­że­nia żyją nie­mal na równi z męż­czy­znami. Ktoś ewi­dent­nie zro­bił He­le­nie psi­kusa, da­jąc jej ży­cie w tej epoce.

Wik­tor spoj­rzał w lu­stro. Wciąż był przy­stojny. Może jesz­cze bar­dziej niż kiedy był mło­dym chło­pa­kiem. Od ślubu z He­leną przy­brał na wa­dze, co tylko wy­szło mu na do­bre. Przy me­trze dzie­więć­dzie­się­ciu kilka ki­lo­gra­mów na górkę w jego przy­padku wy­szło na plus. Zbli­żał się do czter­dziestki, a jego czoło po­kryte było sek­sow­nymi, po­przecz­nymi zmarszcz­kami, spra­wia­ją­cymi, że wy­glą­dał zmy­słowo i in­te­li­gent­nie. Czuł, że ko­biety się za nim oglą­dają. Czuł ich spoj­rze­nia na so­bie. Czuł, że roz­bie­rają go wzro­kiem. Klientki wie­lo­krot­nie wci­skały mu w kie­sze­nie swoje wi­zy­tówki z nu­me­rami te­le­fo­nów i ad­no­ta­cjami w stylu: "Cze­kam w tym i tym ho­telu o tej i o tej. Przy­jedź, będę sama i tylko dla cie­bie". Zwy­kle je wy­rzu­cał. Lu­bił my­śleć o so­bie, że za­leży mu na zbu­do­wa­niu pięk­nej i trwa­łej ro­dziny. Był świa­domy, że przy He­le­nie jest to na wy­cią­gnię­cie ręki.

Aż na jego dro­dze po­ja­wiła się młoda, piękna i sza­le­nie zde­fi­nio­wana na suk­ces Klara. Była jak grom z ja­snego nieba. Przy­nio­sła ja­kieś do­ku­menty do pod­pi­sa­nia i za­dała mu kilka traf­nych, nie­zwy­kle bły­sko­tli­wych py­tań. Za­nim na nie od­po­wie­dział, mu­siał się do­brze za­sta­no­wić. Za­im­po­no­wało mu to. Już dawno żadna ko­bieta nie zmu­siła go do wy­siłku in­te­lek­tu­al­nego. Była to miła od­miana w sto­sunku do to­czą­cych się roz­mów o szkole, ce­nie po­mi­do­rów i o tym, co no­wego w se­rialu gra­nym w te­le­wi­zji od lat, w któ­rym to ak­to­rzy już nie mu­szą się na­wet uczyć na pa­mięć tek­stów swo­ich ról, gdyż wszystko już ode­grali i co pe­wien czas po pro­stu to po­wta­rzają. Z Klarą to było coś in­nego, wznio­słego, coś, co na­wet dziś, po trwa­ją­cym już pra­wie dwa lata ro­man­sie, mógłby na­zwać eks­tazą. Tak, to słowo w od­nie­sie­niu do jego uczuć wcale nie było prze­sadne. Klara wy­zwa­lała w nim praw­dziwą mę­skość. Zmu­szała go do wy­siłku, wciąż ka­zała za sobą go­nić, sta­rać się o nią, po­dą­żać za nią i za jej pra­gnie­niami. Nie to, co He­lena. Dla niej mógł być opry­skliwy, a i tak po­zo­sta­wał naj­lep­szy. Przy Kla­rze to by nie prze­szło. Ona mu­siała być za­uwa­żona i do­piesz­czona. I chyba to naj­bar­dziej go w niej po­cią­gało.

Tuż po prysz­nicu Wik­tor za­rzu­cił na sie­bie ide­al­nie wy­pra­so­waną przez żonę pi­żamę i po ci­chutku, li­cząc na to, że He­lena już za­snęła, wy­szedł z ła­zienki. Na pal­cach prze­ma­sze­ro­wał przez ko­ry­tarz domu pro­wa­dzący do mał­żeń­skiej sy­pialni, gdzie w za­mknię­tej na klu­czyk szu­fla­dzie zo­sta­wił wy­ci­szony te­le­fon ko­mór­kowy. Do­pi­sało mu szczę­ście, gdyż He­lena już spała. Zmę­czona mi­ło­snymi unie­sie­niami od­dy­chała ci­cho i rów­no­mier­nie. W po­miesz­cze­niu wciąż uno­sił się za­pach ich po­łą­czo­nych ciał, któ­rych woń aż go cof­nęła. Czuł po­tworne wy­rzuty su­mie­nia i jed­no­cze­śnie ulgę, że jego żona była taka po­rządna i po­sta­no­wiła go po­in­for­mo­wać, że chce mieć z nim dru­gie dziecko. Chciała wszystko za­pla­no­wać tak, jak pla­nuje się za­da­nia na nad­cho­dzący ty­dzień. Naj­pierw le­karz, po­tem ja­kieś durne wi­ta­miny, a na­stęp­nie ciąża. Zero spon­ta­nicz­no­ści. Zro­biło mu się nie­do­brze.

Wy­cią­gnął te­le­fon z szu­flady i od­wró­ciw­szy się na pię­cie, ob­rzu­cił He­lenę spoj­rze­niem. Przez od­sło­niętą ro­letę świa­tło księ­życa zło­żyło na jej twa­rzy swój de­li­katny do­tyk, spra­wia­jąc, że wy­glą­dała jesz­cze pięk­niej niż za­zwy­czaj. Przy­po­mniał mu się krą­żący w in­ter­ne­cie mem, któ­rego ha­sło w od­nie­sie­niu do żony gło­siło "że­byś ty była tro­chę bar­dziej obca". No tak... obca. Nie­prze­wi­dy­walna, spon­ta­niczna, wy­zwo­lona, pełna am­bi­cji i tem­pe­ra­mentna. Czyli taka, jak Klara - po­my­ślał za­drę­czony wy­rzu­tami su­mie­nia.

Uśmiech­nął się de­li­kat­nie i za­sko­czony swoją na­głą po­trzebą pod­szedł do żony, by po­ca­ło­wać jej na­gie ra­mię. Kie­dyś jej za­pach tak bar­dzo go pod­nie­cał i... te­raz też. Lecz było to zu­peł­nie inne pod­nie­ce­nie. Kie­dyś mie­szało się ono z po­trzebą za­opie­ko­wa­nia się tą ko­bietą, od­po­wie­dzial­no­ści za nią. A te­raz z po­trzebą zwy­kłego zwie­rzę­cego sek­su­al­nego wy­ży­cia. Na po­czątku, kiedy za­czął sy­piać z Klarą, czuł się z tym bar­dzo źle. Z upły­wem czasu jed­nak na­uczył się ra­dzić so­bie z ogar­nia­ją­cymi go wy­rzu­tami. He­lena nie wie­działa o Kla­rze i tak ślepo go ko­chała, że na­wet nie przy­szłoby jej do głowy o co­kol­wiek po­dej­rze­wać męża. Go­towa była so­bie tę głowę za niego ob­ciąć. Za jego za­sad­ni­czość, mo­ral­ność i trans­pa­rent­ność, nie tylko jako praw­nika, lecz wła­śnie jako głowy ro­dziny. Klara na­to­miast wie­działa o He­le­nie, co było cał­ko­wi­cie na­tu­ralne. Wciąż no­sił na palcu ob­rączkę. By­wało, że śmiała się z niej, mó­wiąc, że działa na nią jak naj­lep­szy afro­dy­zjak. Mó­wiła: "Ona pie­rze ci bie­li­znę, a ja ją z cie­bie ścią­gam i jara mnie to, jak nie wiem co". Tak, jak wszystko w ży­ciu prze­mija, tak i śmiech ko­chanki miał prze­mi­nąć. Ro­mans za­wsze nie­sie za sobą kon­se­kwen­cje. A jego wyj­ście na jaw w więk­szo­ści przy­pad­ków po­zo­staje tylko kwe­stią czasu.

Po­gu­biony na po­czątku Wik­tor wy­tłu­ma­czył so­bie, że bę­dzie się sta­rał być naj­lep­szym mę­żem, jak to tylko moż­liwe, a spo­tka­nia z Klarą po­trak­tuje jak zwy­czajną roz­rywkę. Prze­cież jemu też, oprócz ha­ro­wa­nia na ro­dzinę, coś od ży­cia się na­le­żało. Seks bez zo­bo­wią­zań, o czym zresztą re­gu­lar­nie po­cząt­kowo przy­po­mi­nała mu Klara, od­stre­so­wy­wał go i re­lak­so­wał. Nad­szedł jed­nak czas, że ko­chanka zmie­niła swoje na­sta­wie­nie. Co­raz czę­ściej do­ma­gała się spo­tkań z nim i do­py­ty­wała, kim wła­ści­wie jest dla niego. Skoń­czyła się bez­tro­ska związku na boku i męż­czy­zna czuł, że nad­cho­dzi mo­ment, gdy trzeba bę­dzie pod­jąć osta­teczną de­cy­zję.

Wy­szedł z sy­pialni i zer­k­nął na swój smart­fon. Pięt­na­ście wia­do­mo­ści na What­sAp­pie mó­wiło samo za sie­bie. Wik­tor nie mu­siał ich czy­tać, by do­my­ślić się, że Klara się wście­kła, iż dzi­siej­szego wie­czora nie po­ja­wił się w jej miesz­ka­niu. Niby co miał jej na­pi­sać? Że nie przyj­dzie, bo żona aku­rat na dziś za­pla­no­wała próbę ge­ne­ralną przed fi­na­łem zwia­stu­ją­cym wieść o po­więk­sze­niu ro­dziny? No prze­cież nie mógł tego zro­bić.

Wy­szedł na ta­ras znaj­du­jący się po dru­giej stro­nie domu, usiadł na wy­god­nym ogro­do­wym fo­telu i wy­brał nu­mer ko­chanki. Był uza­leż­niony od jej głosu, ciała, umy­słu, in­te­lektu. I cho­ciaż nie­kiedy mio­tał się i za­sta­na­wiał, czy roz­wo­dząc się, nie zrobi błędu, to wszyst­kie jego wąt­pli­wo­ści ni­kły w ze­sta­wie­niu z nią, Klarą - jego nar­ko­ty­kiem.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

Pro­log

Te­raz

Spod na­cią­gnię­tych na szczu­płe nad­garstki rę­ka­wów bia­łej bluzki wy­sta­wały ka­wałki cie­li­stych, zle­wa­ją­cych się ze skórą pla­strów. Ktoś na­kleił je, jak do­mnie­mała dok­tor Mał­go­rzata Mo­und, w celu przy­kry­cia prawdy. Ten ktoś zro­bił to nad wy­raz sta­ran­nie. Psy­cho­te­ra­peutka, cho­ciaż ni­gdy nie miała kło­po­tów ze wzro­kiem, le­d­wie je do­strze­gła. Wie­lo­let­nie do­świad­cze­nie po­wstrzy­my­wało ją jed­nak przed sta­wia­niem jed­no­znacz­nych hi­po­tez. Tuż po stu­diach zda­rzało się, że po­no­siły ją emo­cje. Ale to było dawno. Te­raz do wie­dzy, że są one złym do­radcą i nie warto się nimi su­ge­ro­wać, do­łą­czyły jesz­cze skru­pu­lat­nie wy­pra­co­wane kom­pe­ten­cje. O ile to, co wi­działa na ze­wnątrz mo­gła ja­koś zin­ter­pre­to­wać, o tyle tego, co działo się w ma­łej Fau­sti, już nie­ko­niecz­nie.

- Może zjesz cu­kierka? - spy­tała, pod­su­wa­jąc w stronę dziew­czynki me­ta­lowe pu­dełko z ła­ko­ciami.

Mała na­wet nie drgnęła.

Więk­szość dzie­cia­ków rzu­ci­łaby się na tę ła­twą przy­nętę. Dziew­czynka nie­stety nie na­le­żała do więk­szo­ści. Nie re­ago­wała na żadną z prób na­wią­za­nia kon­taktu. Py­tana o wiek mil­czała. Nie chciała zdra­dzić, ja­kie jest jej ulu­bione zwie­rzę, ko­lor ani bajka na Net­flik­sie. Dok­tor Mo­und ce­lowo spy­tała o bajkę je­de­na­sto­latkę. My­ślała, że ta za­opo­nuje i rzuci coś w stylu: "Bajki są dla dzie­cia­ków", lecz nic ta­kiego się nie wy­da­rzyło.

Fau­sti trzy­mała przed sobą sple­cione palce, trwa­jąc w ci­szy i ewi­dent­nie pró­bu­jąc prze­cze­kać tę ża­ło­sną w jej od­czu­ciu próbę le­karki na­wią­za­nia z nią kon­taktu. Ka­skada ja­snych wło­sów spły­wała jej po ple­cach, się­ga­jąc aż do sie­dzi­ska krze­sła. Mo­und jesz­cze raz spoj­rzała na jej nad­garstki. Dziew­czynka, do­strze­gł­szy ten wzrok, po­pra­wiła ela­styczne gumki przy rę­ka­wach.

- Fajne masz spodnie - po­wie­działa Mo­und, wy­chy­liw­szy się po ku­bek.

Jak żyła, a tro­chę to już trwało, nie wi­działa tak po­szar­pa­nego dżinsu. Fau­sti spoj­rzała na nią z po­gardą.

Je­den zero dla mnie - le­karka za­trium­fo­wała pod wpły­wem tego wro­giego spoj­rze­nia.

- Kiedy by­łam młoda, a uwierz mi na słowo, że tak było, też chcia­łam wy­ra­żać sie­bie stro­jem. Ale to były inne czasy. Chcesz, to ci o tym opo­wiem.

Fau­sti wró­ciła do daw­nej sie­bie. Wbiła wzrok w sple­cione przed sobą dło­nie i mil­czała. Ślady wro­giego spoj­rze­nia znik­nęły i jej twarz znów przy­brała nie­obecny wy­raz.

Pra­co­wały ze sobą od sze­ściu mie­sięcy i czte­rech dni. Spo­ty­kały się na re­gu­larne se­sje dwa razy w ty­go­dniu. Przez cały ten czas usły­szała od na­sto­latki je­dy­nie "dzień do­bry", kiedy ta wcho­dziła do ga­bi­netu, i "do wi­dze­nia", gdy za­my­kała za sobą drzwi. Dziś po raz pierw­szy ich spoj­rze­nia się spo­tkały. Kto by po­my­ślał, że za­działa coś ta­kiego, jak po­chwała po­szar­pa­nych spodni?

Fau­sti wy­raź­nie wy­ła­my­wała się z wszel­kich ram, w ja­kich dok­tor Mo­und przez lata pracy z mło­dymi ludźmi na­uczyła się po­ru­szać. Nie tra­fiało do niej nic. Zu­peł­nie nic. Żadne teo­rie za­czerp­nięte z fa­cho­wej li­te­ra­tury nie zna­la­zły od­nie­sie­nia w przy­padku, jaki swoją po­stawą re­pre­zen­to­wała Fau­sti. Mało tego, nie po­mo­gło na­wet za­wo­dowe do­świad­cze­nie.

- To po­mil­czymy - stwier­dziła Mo­und. - Szcze­rze po­wie­dziaw­szy, lu­bię mil­czeć z tobą, wiesz? Wiem, wiem. Pew­nie my­ślisz, że skoro mi za to płacą, to mil­czę. Ale... - Mo­und za­wie­siła głos. Jej po­trak­to­wane bo­tok­sem czoło na­wet nie drgnęło.

Ewi­dent­nie wa­żyła słowa, zda­jąc so­bie sprawę, że jedno nie­opatrzne może wpły­nąć na ży­cie tej mło­dej dziew­czyny. Swego czasu Mo­und zo­stała przez śro­do­wi­sko le­kar­skie okrzyk­nięta ob­ja­wie­niem psy­cho­te­ra­pii. Nie­moż­liwe za sprawą jej wro­dzo­nej em­pa­tii i swego ro­dzaju wy­czu­cia sta­wało się moż­liwe i nie­malże wkra­czało w strefę cu­dów. Ci, któ­rym już nikt nie da­wał na­dziei, wsku­tek dzia­łań tej ko­biety wy­cho­dzili z cia­snych sko­rup swo­jego je­ste­stwa, ła­miąc wszel­kie ste­reo­typy do­ty­czące dzieci po­cho­dzą­cych z tak zwa­nych trud­nych ro­dzin. Czy czuła sa­tys­fak­cję? W pew­nym sen­sie tak. Lecz na pewno nie z po­wodu przy­pi­sy­wa­nych jej suk­ce­sów. Tym, co ją cie­szyło, było od­zy­skane ży­cie tych mło­dych. Bo prze­cież ża­den z nich nie ro­dził się na­masz­czony smut­kiem i ża­lem. Pra­cu­jąc z tymi dziećmi, za­wsze miała je przed oczami jako no­wo­rodki - bez skazy, czy­ste, pełne uf­no­ści i mi­ło­ści. Zwy­kło się ma­wiać, że to lu­dzie lu­dziom go­tują los. Nie miała naj­mniej­szych wąt­pli­wo­ści, że tak samo było w przy­padku Fau­sti.

Sto­jący na ka­wo­wym sto­liku bu­dzik wy­dał z sie­bie de­li­katne dźwięki. Fau­sti wstała na­tych­miast, jakby tylko cze­kała na ko­niec se­sji.

- Do wi­dze­nia - po­wie­działa, kie­ru­jąc swoje kroki do drzwi i nie oglą­da­jąc się za sie­bie.

- Wi­dzimy się w czwar­tek? - spy­tała jak za­wsze dok­tor Mo­und.

Nie usły­szała od­po­wie­dzi. Od­pro­wa­dziła wzro­kiem dziew­czynkę w co­nver­sach na gru­bej po­de­szwie się­ga­ją­cych po­wy­żej kostki i jesz­cze raz za­chwy­ciła się w my­ślach po­cię­tymi je­an­sami. Nie ble­fo­wała. Na­prawdę jej się po­do­bały. Mała miała cha­rak­ter, to było wi­dać. Coś jed­nak w tym wszyst­kim było dziwne i nie da­wało Mo­und spo­koju. Dla­czego do zbun­to­wa­nego dołu w po­staci wła­śnie tych po­szar­pa­nych spodni Fau­sti wło­żyła grzeczną białą bluzkę i to jesz­cze z koł­nie­rzy­kiem? Nie wy­glą­dała na taką, którą można do cze­go­kol­wiek zmu­sić. A już na pewno nie do tego, co ma no­sić.

Mo­und wes­tchnęła i upiła łyk wy­sty­głej dawno kawy. Usły­szała ci­che pu­ka­nie i pod­nió­sł­szy wzrok, zo­ba­czyła sto­jącą w drzwiach swoją asy­stentkę, Loni.

- Mam od­wo­łać czwart­kową wi­zytę? To trwa już tak długo. A li­sta ocze­ku­ją­cych na roz­mowę z tobą dzieci jest...

- Nie ma mowy - prze­rwała Mo­und. - Dziś spoj­rzała mi w oczy.

- Wie­rzysz, że to wy­star­czy?

- Na po­czą­tek wy­star­czy.