Naku.wiam zen - Maria Peszek

Kup ebooka

43.90 zł
35.56 zł (35,12 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
Wy­daw­ca, re­dak­tor pro­wa­dzący, re­dak­cja ADAM PLUSZ­KA
Ko­or­dy­na­cja pro­jek­tu, pro­jekt okład­ki RY­SZARD MI­CHAL­SKI / EDEK
Ko­rek­ta MA­ŁGO­RZA­TA KU­ŚNIERZ, ANNA HEG­MAN
Ad­ap­ta­cja pro­jek­tu okład­ki, opra­co­wa­nie gra­ficz­ne ANNA POL
Ko­or­dy­na­tor­ka pro­duk­cji PAU­LI­NA KU­REK
Ła­ma­nie | ma­nu­fak­tu-ar.com
Zdjęcie na okład­ce ? Z ar­chi­wum ro­dzin­ne­go
Zdjęcie na IV stro­nie okład­ki - Jan Pe­szek w roli Gon­za­la w ad­ap­ta­cji Trans-Atlan­ty­ku w reż. Mi­ko­ła­ja Gra­bow­skie­go w Te­atrze im. Ja­ra­cza w Ło­dzi, 1981, fot. An­drzej Wrze­sień
Zdjęcia na wy­klej­kach ? Ry­szard Mi­chal­ski / EDEK; zdjęcia na s. 8, 58, 133, 226 i 330 - Ja­kub Pa­jew­ski; zdjęcie na s. 17 - Ta­de­usz Pó­źniak; zdjęcia na s. 32, 33, 39, 88, 190, 192, 195, 243 i 295 - Ja­cek Du­dzi­ński; zdjęcie na s. 211 - Gra­ży­na Wy­szo­mir­ska; zdjęcie na s. 301 - Wi­told Gór­ka
Po­zo­sta­łe zdjęcia w ksi­ążce po­cho­dzą z ar­chi­wum ro­dzin­ne­go Jana i Ma­rii Pe­szek
Wy­daw­nic­two Mar­gi­ne­sy do­ło­ży­ło na­le­ży­tej sta­ran­no­ści w ro­zu­mie­niu art. 335 par. 2 ko­dek­su cy­wil­ne­go w celu od­na­le­zie­nia ak­tu­al­nych dys­po­nen­tów au­tor­skich praw ma­jąt­ko­wych do ma­te­ria­łów ilu­stra­cyj­nych wy­ko­rzy­sta­nych w ksi­ążce. Z uwa­gi na to, że przed od­da­niem ni­niej­szej ksi­ążki do dru­ku nie od­na­le­zio­no wszyst­kich wła­ści­cie­li praw, Wy­daw­nic­two Mar­gi­ne­sy zo­bo­wi­ązu­je się do wy­pła­ce­nia sto­sow­ne­go wy­na­gro­dze­nia z ty­tu­łu wy­ko­rzy­sta­nia ma­te­ria­łów ilu­stra­cyj­nych ak­tu­al­nym dys­po­nen­tom au­tor­skich praw ma­jąt­ko­wych nie­zwłocz­nie po ich zgło­sze­niu do Wy­daw­nic­twa Mar­gi­ne­sy.
Co­py­ri­ght ? by Ma­ria Pe­szek This edi­tion ? by Wy­daw­nic­two Mar­gi­ne­sy, War­sza­wa 2022
War­sza­wa 2022 Wy­da­nie pierw­sze
ISBN 978-83-67406-52-9
Wy­daw­nic­two Mar­gi­ne­sy Sp. z o.o. ul. Mie­ro­sław­skie­go 11A 01-527 War­sza­wa tel. 48 22 663 02 75 re­dak­cja@mar­gi­ne­sy.com.pl
www.mar­gi­ne­sy.com.pl
Kon­wer­sja: eLi­te­ra s.c.

ZA­KRĘT

- Sy­tu­acja jest taka, że ja, Ma­ria, znaj­du­ję sie­bie jako czło­wie­ka, ale też jako ar­ty­stę, w du­pie i stwier­dzam, że to nie jest przy­jem­ne miej­sce. Nie jest tak, że to ca­łkiem nowe dla mnie miej­sce, że ja tu ni­g­dy wcze­śniej nie by­łam. Ja­sne, że by­łam. Ale tym ra­zem ska­la jest inna. Za­kręt to­tal­ny, nie mogę od­dy­chać. A jak nie mogę od­dy­chać, to nie za­śpie­wam, a jed­nak bym chcia­ła.

Więc przy­cho­dzę do cie­bie. Może mi po­wiesz, cze­mu to wszyst­ko, o czym tyle razy ga­da­li­śmy, nie dzia­ła? Może trze­ba było, jak ci kie­dyś Wie­siek Ochal, elek­tryk, po­wie­dział - wy­cho­wać cór­kę na kur­wę, a syna na al­fon­sa, a nie ja­kieś ide­ały. Bo to nie dzia­ła, tato. Przy­cho­dzę do cie­bie, bo wy­da­jesz się szczęśli­wy. Chcia­ła­bym się do­wie­dzieć, jak to ro­bisz.

- Cie­ka­we py­ta­nie. Ono mi każe zba­dać ten stan, któ­ry na­zy­wasz szczęściem.

- Albo ja­sno­ścią.

- Albo nie­od­czu­wa­niem fru­stra­cji. Rze­czy­wi­ście mam po­czu­cie spe­łnie­nia. Mogę umrzeć bez żalu. Mam to od dość daw­na. Gdy­bym na­gle uma­rł, na przy­kład te pięć dni temu, to mia­łbym po­czu­cie, że mnie to nie za­ska­ku­je. Że od­cho­dzę w po­czu­ciu nie­na­ro­bie­nia ja­kie­goś ba­ła­ga­nu w ży­ciu, nie­na­ro­bie­nia za­sad­ni­czych krzywd lu­dziom i po­czu­ciu war­to­ści mo­je­go ży­cia, czym­kol­wiek ono jest.

Na pew­no w wy­mia­rze cza­so­wym ży­cie nie jest w po­rząd­ku; że ży­je­my te kil­ka­dzie­si­ąt lat i to nam musi wy­star­czyć. Ten pro­ces od dzie­ci­ństwa, mło­do­ści, wie­ku śred­nie­go po po­wol­ne zbli­ża­nie się do sta­ro­ści - wła­ści­wie ona już przy­szła - tak za­wsze mi się wy­da­wa­ło i za­wsze to mó­wi­łem, że się nie uda­ły te pro­por­cje. Po­ni­ża­jący jest ten stan ago­nii. Że to, na co całe ży­cie pra­co­wa­li­śmy, ten ogrom­ny po­ten­cjał na­dziei, pla­nów, ob­ra­ca się w ja­kiś dłu­go trwa­jący ko­niec, nie­god­ny wła­ści­wie ni­cze­go. I na­wet to ule­ga te­raz ja­kie­jś spo­koj­nej re­wi­zji.

- Ale zda­rza­ły ci się sy­tu­acje, kie­dy wszyst­ko, w co wie­rzysz, prze­sta­wa­ło na­gle mieć ja­kie­kol­wiek zna­cze­nie?

- Wbrew wszyst­kim opi­niom, ja­kie zbie­ram o so­bie, je­stem czło­wie­kiem sza­le­nie opty­mi­stycz­nym. To zna­czy emo­cjo­nal­nym i w grun­cie rze­czy bar­dzo nie­doj­rza­łym. Na przy­kład kom­plet­nie mnie nie uczą po­ra­żki czy za­wo­dy w ży­ciu, tyl­ko ci­ągle mam głu­pią na­dzie­ję i osta­tecz­nie wia­rę w czło­wie­ka, któ­ry jest we­wnątrz mnie ja­ki­mś po­jęciem ide­ału.

- Ale nie od­po­wia­dasz mi na pro­ste py­ta­nie.

- To zna­czy?

- Czy zda­rza­ły ci się mo­men­ty, kie­dy mia­łeś wra­że­nie, że to, w co wie­rzysz, nie dzia­ła. Kom­pas się ze­psuł i co wte­dy?

- Za­wsze, kie­dy o czy­mś ta­kim my­ślę, przy­cho­dzi mi do gło­wy okres w moim ży­ciu, kie­dy jesz­cze by­łem mło­dym ak­to­rem i Ka­zi­mierz Dej­mek za­pro­sił mnie do Ło­dzi.

- Czy­li "okres łódz­ki".

- "Okres łódz­ki". Mia­sto dla mnie nie­ak­cep­to­wal­ne pod ka­żdym względem, gdzie z już, że tak po­wiem, ist­nie­jącej pro­spe­ri­ty za­wo­do­wej jako mło­de­go ak­to­ra we Wro­cła­wiu - wspa­nia­łe­go miej­sca, cu­dow­nych lu­dzi - zna­la­złem się, jak to mó­wisz, w du­pie. I czu­łem się oszu­ka­ny, po­nie­waż ten czło­wiek mnie za­pro­sił tam, do sie­bie, i czte­ry lata ka­zał cze­kać. Nie wiem na co, na rolę, na pra­cę? I ja nie by­łem w sta­nie tego zro­zu­mieć. By­łem sza­le­nie roz­go­ry­czo­ny, ale je­śli mam ci od­po­wie­dzieć ja­koś pro­sto...

- Tak by było naj­le­piej.

- Trwa­łem w tej sy­tu­acji, nie po­tra­fi­ąc jej zro­zu­mieć. I to jest pa­ra­dok­sal­ne, ale nie mia­łem do nie­go żalu. Dziś mogę po­wie­dzieć, że mó­głbym mieć żal, że on mi tego nie wy­tłu­ma­czył, nie po­wie­dział wprost. Może po­wi­nien był to zro­bić.

- A co spra­wi­ło, że prze­trwa­łeś? Bo do­dat­ko­wo prze­cież ży­cie było wte­dy strasz­ne, sy­tu­acja po­li­tycz­na kosz­mar­na. Mrok, ko­mu­na, wszyst­ko było...

- ...no strasz­nym szam­bem! To był schy­łko­wy Gie­rek i tak da­lej. Ja wte­dy wpa­dłem w al­ko­hol, w bar­dzo złe to­wa­rzy­stwo...

- Ale ja­kie to­wa­rzy­stwo?

- No ko­le­żków ta­kich.

- Ale to byli ko­le­dzy ak­to­rzy?

- Nie, ale ze śro­do­wi­ska. Lu­dzie ob­rot­ni, agen­ci na przy­kład, któ­rzy wy­ko­rzy­sty­wa­li moją sła­bo­ść do roz­rzut­no­ści, że sta­wia­łem drin­ki, że mo­głem się oka­zać kimś, kto ich ak­cep­tu­je bar­dziej niż ich wła­sne śro­do­wi­sko. A ja po­trze­bo­wa­łem nor­mal­ne­go wzmoc­nie­nia ludz­kie­go, ak­cep­ta­cji.

To był kla­sycz­ny za­kręt, je­dy­ny zresz­tą tej ska­li w moim ży­ciu, kie­dy na­gle wie­le rze­czy za­częło się wy­my­kać. Prze­sta­łem by­wać w domu, u oso­by, któ­ra mo­gła być dla mnie przy­sta­nią, czy­li Te­re­sy, a za­cząłem ko­rzy­stać z ułu­dy tych roz­mów...

- Dys­ku­sji.

- Przede wszyst­kim z al­ko­ho­lu. Wra­ca­łem o świ­cie, mat­ka była kom­plet­nie roz­bi­ta. Pierw­szy raz wy­lądo­wa­łem wte­dy w izbie wy­trze­źwień, co było dość trud­nym prze­ży­ciem. Wy­ci­ągnęła mnie z tego Ka­ro­la, czy­li moja mat­ka, któ­ra aku­rat była w Ło­dzi. Przy­je­cha­ła do nas w od­wie­dzi­ny i zro­bi­ła tam po pro­stu po­rządek, wal­nęła w stół i tak da­lej...

- W domu czy w izbie wy­trze­źwień?

- W izbie wy­trze­źwień. Ale to mi w ogó­le nie po­mo­gło w zre­wi­do­wa­niu ja­koś tych rze­czy. Na­sze­mu ma­łże­ństwu gro­zi­ło to­tal­ne roz­wa­le­nie, Te­re­sa była na skra­ju wy­czer­pa­nia ner­wo­we­go, a ja tego nie re­je­stro­wa­łem, by­łem w ciem­nym tu­ne­lu. To była otchłań, gęsta mgła.

Ro­bi­łem oczy­wi­ście rze­czy, któ­re niby po­wi­nien ro­bić mężczy­zna, któ­ry za­wsze uwa­żał, że musi dać do­mo­wi, a więc żo­nie, ro­dzi­nie i dzie­ciom, schro­nie­nie eko­no­micz­ne. Więc bra­łem nędz­ne cha­łtu­ry, na przy­kład gra­łem po przed­szko­lach na bęben­ku dla dzie­ci na noc­ni­kach o siód­mej rano. Pro­gram za bez­cen. Po szko­łach je­ździ­łem z Nor­wi­dem, z Po­że­gna­niem z Ma­rią po do­mach kul­tu­ry, świe­tli­cach...

- Ta­kie za­pew­nie­nie eko­no­micz­ne­go mi­ni­mum?

- Ra­czej ilu­zja, że coś ro­bię. Po­dej­rze­wam, że głów­nym mo­ty­wem było, żeby pra­co­wać, żeby nie zwa­rio­wać. Jak czło­wiek za­pa­da się w mrok, to pró­bu­je się wy­do­stać. Za wszel­ką cenę. Cza­sem po omac­ku.

- I to był twój za­kręt?

- Z całą pew­no­ścią.

- I co po­zwo­li­ło ci prze­trwać?

- Nie ma ja­kie­goś kon­kret­ne­go wy­da­rze­nia, któ­re to spo­wo­do­wa­ło.

- Nor­mal­ny czło­wiek po­wie­dzia­łby: dzie­ci, żona. Albo na przy­kład Bóg.

- Bóg na pew­no nie. On już wte­dy daw­no mnie opu­ścił, a ja jego. Na­to­miast z całą pew­no­ścią oso­bą sta­bi­li­zu­jącą sy­tu­ację była pro­sta ko­bie­ta ze wsi, two­ja nia­nia, bab­cia Ja­necz­ka z Węgrzy­no­wic podłódz­kich. Mia­ła zdro­wo­roz­sąd­ko­we po­de­jście i in­ter­we­nio­wa­ła w ten swój pro­sty, otrze­źwia­jący spo­sób, z ja­kąś pier­wot­ną mądro­ścią. Ale też wy­trwa­ło­ść Te­re­sy i ja­kaś jej nad­ludz­ka siła. Gdy­by tego za­bra­kło, my­ślę, że to by się sko­ńczy­ło źle. Mó­głbym się sto­czyć w praw­dzi­we otchła­nie. Za­wsze by­łem eks­tre­mal­ny i w ży­ciu po­szu­ki­wa­łem nie­bez­piecz­nych pod­niet. Po­tra­fi­łem wcho­dzić w naj­gor­sze dziel­ni­ce, po­ci­ąga­li mnie nie­wła­ści­wi lu­dzie.

- Chcesz wody?

- Po­pro­szę. Ale będę mó­wił.

- Ja słu­cham.

- Cza­sa­mi mnie z tego ra­to­wa­li ko­le­dzy, na przy­kład Mi­ko­łaj Gra­bow­ski, któ­ry śle­dził mnie, bo był też cie­ka­wy tych mo­ich dziw­nych pe­ne­tra­cji, ale też naj­zwy­czaj­niej się o mnie bał. Za­wsze mną kie­ro­wa­ły ak­tu­al­ne emo­cjo­nal­ne uwa­run­ko­wa­nia, w któ­rych by­łem, ale przede wszyst­kim to­tal­na za­chłan­no­ść ży­cia i dru­gie­go czło­wie­ka.

- Ab­so­lut­nie nie je­steś w sta­nie mi od­po­wie­dzieć, co też jest w su­mie od­po­wie­dzią.

- Nie, nie je­stem w sta­nie ci od­po­wie­dzieć. Le­cia­łem w prze­pa­ść, ale nie po­tra­fi­łem ode­jść od Dejm­ka. To było bar­dzo dziw­ne, wiesz, jak syn­drom szwedz­ki.

- Chy­ba sztok­holm­ski?

- Tak, sztok­holm­ski. Idziesz do mor­der­cy, praw­da... Mor­der­ca idzie do ofia­ry? Nie.

- Cho­dzi ci o uza­le­żnie­nie ofia­ry od kata i od­wrot­nie, tak?

- Uza­le­żnie­nie od kata, tak. I to po­cząw­szy od cio­su, któ­ry mi za­dał na pierw­szym spo­tka­niu: "My­śla­łem, że pan jest przy­stoj­niej­szy". Nie wie­dzia­łem, czy to były ja­kieś ho­mo­sek­su­al­ne su­ge­stie i cze­go ocze­ki­wał. Pa­mi­ętam tyl­ko ode­jście. To było w ja­kie­jś skraj­nej już roz­pa­czy. Ja się na przy­kład upi­ja­łem na trze­ciej ge­ne­ral­nej, po pro­stu się prze­wra­ca­łem. Ko­le­dzy mnie bra­li pod zim­ny prysz­nic w ko­stiu­mie i tak da­lej. Oczy­wi­ście to wszyst­ko było po­dyk­to­wa­ne roz­pa­czą.

- Ale w ko­ńcu od­sze­dłeś.

- Do­sta­łem pro­po­zy­cję go­ścin­ne­go gra­nia w Ja­ra­cza, zna­nym już wte­dy te­atrze, od Mi­ko­ła­ja Gra­bow­skie­go, któ­ry był moim kum­plem ze stu­diów. Do trzech głów­nych ról. To był amok, moja kom­plet­na po­ra­żka. On ka­zał mo­jej part­ner­ce po­ka­zy­wać mi gołe cyc­ki, żeby mnie ja­koś po­bu­dzić. Ja nie by­łem w sta­nie się wy­do­być.

- Z tego dołu?

- Z ciem­no­ści. Nie by­łem w sta­nie do­trzeć do pod­sta­wo­wych od­ru­chów ak­tor­skich, emo­cjo­nal­nych. Wy­da­wa­ło mi się, że je­stem to­tal­nie wy­nisz­czo­ny, wy­pa­lo­ny, jak stępio­ny ołó­wek, któ­ry pró­bu­je coś na­ry­so­wać i nie może. Pa­mi­ętam ten stan. I kie­dy on mi tę pro­po­zy­cję zło­żył, to ze­rwa­łem umo­wę z Dejm­kiem.

- Ale przez te czte­ry lata nie za­gra­łeś w te­atrze nic? Przy­je­cha­łeś z Wro­cła­wia, gdzie były fan­ta­stycz­ne głów­ne role, na­gro­dy; przy­wlo­kłeś mamę z ma­le­ńki­mi dzie­ćmi w nie­zna­ne i tyl­ko na bęben­ku po przed­szko­lach?

- Tak. I wte­dy Dej­mek mi po­wie­dział: "Pan jest chuj". Na co ja się od­wró­ci­łem i po­wie­dzia­łem tym sa­mym to­nem: "To pan jest chuj". I wy­sze­dłem.

- I co to spo­wo­do­wa­ło, ulgę?

- Po­wiem ci, że nie pa­mi­ętam. To jest dziw­ne, Ma­ry­siu, ale jak wy­ście się uro­dzi­li, to też nie spo­wo­do­wa­ło to we mnie po­czu­cia oj­co­stwa. By­łem wa­szym oj­cem, ale jak­by żad­nej zmia­ny. Ja so­bie często wte­dy za­da­wa­łem py­ta­nie, czy przy ca­łej mo­jej emo­cjo­nal­no­ści, uwiel­bie­niu lu­dzi - bo oni są po­twier­dze­niem tej krót­kiej chwi­li... Bo jed­no wiem na pew­no, że je­stem chwi­lę. To wy­nio­słem z domu, od dziad­ków. I to, że je­stem na chwi­lę, za­wsze mi przy­no­si­ło nie­zwy­kłą ulgę i uspra­wie­dli­wie­nie wszyst­kich nie­do­mo­gów.

Więc jak on mi po­wie­dział, że je­stem chuj, ja się od­wró­ci­łem i po­wie­dzia­łem, że on jest chuj, to nie wiem, czy po­czu­łem ulgę. Ale też ta dy­gre­sja, że je­stem tyl­ko na chwi­lę, i to oj­co­stwo moje... Wiem, że was strasz­nie ko­cham, tak samo jak w bar­dzo szcze­gól­ny spo­sób ko­cham, może po­dzi­wiam, nie wiem, no co­raz ina­czej oczy­wi­ście, Te­re­sę. Ale jed­no­cze­śnie często w ży­ciu za­da­ję so­bie py­ta­nie: czy ja w ogó­le je­stem zdol­ny do mi­ło­ści?

- Zmęczy­łeś się. Na­pij się wody i prze­rwa.

Wiesz, że już przy pierw­szym py­ta­niu uzmy­sła­wiam so­bie, że nie do­sta­nę żad­nych od­po­wie­dzi? Cho­ciaż to jest dla mnie te­raz wa­żne. To zna­czy nie do­sta­nę wprost. Może prze­bieg tej na­szej pod­ró­ży, bo ra­czej tak wi­dzę to, co nas cze­ka, uzmy­sło­wi mi pew­ne rze­czy albo da wy­tchnie­nie, ale od cie­bie ja go nie do­sta­nę.

Często strasz­nie do cie­bie tęsk­nię i chcę się spo­tkać. Przy­je­żdżam po ja­kiś ro­dzaj schro­nie­nia, ulgi. Po wspar­cie albo pod­po­wie­dź, po to, cze­go bra­ku­je, kie­dy się jest kimś, kto ci­ągle szu­ka i kto do­dat­ko­wo do­ko­nał w ży­ciu wy­bo­rów nie­szcze­gól­nie bez­piecz­nych. To zna­czy ta­kich, któ­re nie mają za bar­dzo wzor­ców i któ­re są spo­łecz­nie nie­zbyt ak­cep­to­wa­ne czy ro­zu­mia­ne. W zwi­ąz­ku z tym funk­cjo­nu­ję poza, a w naj­lep­szym przy­pad­ku obok tej wspól­no­ty, któ­rej zresz­tą ni­g­dy nie chcia­łam być częścią. Ale to obok nie­ko­niecz­nie jest przy­jem­ne i cza­sem jest tam naj­nor­mal­niej w świe­cie pu­sto.

I często cie­szę się na to na­sze spo­tka­nie, tak na nie bar­dzo cze­kam, a po­tem ono boli. I to się tyle razy po­wta­rza, że w su­mie nie wiem, na co ja tak ci­ągle cze­kam. Prze­cież ni­g­dy nie do­sta­ję tego, po co przy­je­żdżam. Naj­częściej fru­stra­cja i to moje ro­ze­dr­ga­nie tyl­ko się po­wi­ęk­sza­ją. Przy­je­żdżam tu­taj, żeby się po­czuć bez­piecz­nie, bo po to się przy­je­żdża do domu. A często to wy z mamą wierz­ga­cie jak ba­cho­ry roz­be­stwio­ne, któ­re mają swo­je po­trze­by i trze­ba się nimi na­tych­miast za­jąć. Przy­je­żdżam obo­la­ła i my­ślę, że się tu skry­ję. Te­raz na przy­kład. I pierw­sze py­ta­nie, któ­re za­da­ję, pro­wo­ku­je sze­reg opo­wie­ści, któ­re uzmy­sła­wia­ją mi, że moje wra­że­nie two­je­go szczęścia jest złud­ne albo że ono po­le­ga na czy­mś in­nym.

Ka­żdy nor­mal­ny czło­wiek przez chwi­lę by po­my­ślał o tym, że może tę ciem­no­ść prze­trwa­łeś też dzi­ęki ro­dzi­nie, dzie­ciom. Że to była na­tu­ral­na ko­twi­ca, żeby się ca­łko­wi­cie nie zgu­bić. A to nie jest od­po­wie­dź, któ­ra ci przy­cho­dzi pierw­sza do gło­wy. Więc chy­ba ta roz­mo­wa nie będzie taka zno­wu przy­jem­na.

- No wła­śnie. W pew­nym sen­sie da­jesz od­po­wie­dź ta­kże mnie, krążąc wo­kół py­ta­nia, któ­re często sam so­bie za­da­ję: czy ja w ogó­le je­stem zdol­ny do mi­ło­ści? Cza­sa­mi mi się wy­da­je, że nie.

- To jest ko­kie­te­ryj­ne py­ta­nie?

- Nie. Jest jak naj­bar­dziej se­rio. Cza­sa­mi się za­cho­wu­ję tak ego­cen­trycz­nie, że wte­dy od­po­wie­dź jest pro­sta: nie je­steś zdol­ny do mi­ło­ści. Oczy­wi­ście za­wsze ta od­po­wie­dź jest post fac­tum, kie­dy się ko­goś po­ra­ni, kie­dy się prze­kro­czy gra­ni­ce. A ja na­praw­dę nie wiem, czy je­stem zdol­ny do mi­ło­ści. Na przy­kład przy­go­da z mamą: na po­cząt­ku ja­kaś nie­sa­mo­wi­ta na­mi­ęt­no­ść, któ­ra po­tem się zmie­nia w coś zu­pe­łnie in­ne­go. Na ogół lu­dzie tego nie wy­trzy­mu­ją, fru­stru­ją się i roz­cho­dzą. My­śmy prze­trwa­li, zna­le­źli­śmy inne war­to­ści, na­wet nie w dzie­ciach. W tym punk­cie, wy­da­je mi się, oby­dwo­je by­li­śmy sza­le­nie od­po­wie­dzial­ni. I wte­dy w Ło­dzi ni­g­dy nie padł ze stro­ny mamy ar­gu­ment dzie­ci, roz­wo­du. Ni­g­dy o tym nie mó­wi­ła, nie gro­zi­ła. Na­wet kie­dy wra­ca­łem nad ra­nem.

- Na­wet jak była w dzie­wi­ątym mie­si­ącu ci­ąży, a ty ją ci­ąga­łeś po im­pre­zach ze spuch­ni­ęty­mi no­ga­mi i mó­wi­łeś: "Bądź Eu­ro­pej­ką"?

- Prze­cież my nie je­ste­śmy ide­al­ni, wręcz prze­ciw­nie. Ale nie mów­my te­raz o pa­ra­dok­sie ma­łże­ństwa. Pró­bu­jąc zre­asu­mo­wać okres łódz­ki, my­ślę, że gdy­by nie "pan jest chuj", to­bym nie od­sze­dł. No i gdy­by nie Mi­ko­łaj Gra­bow­ski, któ­ry był nie­sa­mo­wi­cie wy­trwa­ły i nie przej­mo­wał się po­cząt­ko­wo ab­so­lut­nie prze­ci­ęt­nym re­zul­ta­tem. Tyl­ko wie­rzył we mnie.

A po­tem wy­do­by­łem się. Tra­fi­łem, wła­śnie za spra­wą Mi­ko­ła­ja, na Gon­za­la, któ­ry wszyst­ko uwol­nił. Jak­bym na­gle wy­sko­czył z wrząt­ku na wol­no­ść i le­ciał. I na­raz wszyst­ko się sta­ło na od­wrót. W ci­ągu do­słow­nie mie­si­ąca, paru chwil. I gdy­by nie ten zwrot, to praw­do­po­dob­nie ja bym się po­grążył w ciem­ny świat to­tal­nie prze­gra­ne­go czło­wie­ka.

Wiem, że za dużo mó­wię, ale mó­wi­ąc pew­ne rze­czy, sam pró­bu­ję te­raz z per­spek­ty­wy cza­su to zro­zu­mieć.

- - -

Z Mi­ko­ła­jem Gra­bow­skim jest taka hi­sto­ria. Mia­łam pięć lat i była im­pre­za u nas na Trak­to­ro­wej. Sie­dział na ka­na­pie, a ja wsko­czy­łam mu psit­ką na twarz i przy­kry­łam gło­wę spód­nicz­ką. Maj­tek nie no­si­łam już wte­dy. Po­tem prze­tur­la­łam się na po­du­chy i z no­ga­mi opar­ty­mi o ścia­nę, ssąc dwa pal­ce i gme­ra­jąc pod spód­nicz­ką, śpie­wa­łam, pa­trząc mu pro­sto w oczy: "Lu­bię swo­ją pra­cę". Faj­ny był z Mi­ko­ła­ja wu­jek po pro­stu. Mam z nim jesz­cze parę in­nych wspo­mnień, jak re­ży­se­ro­wał mnie w te­atrze, kie­dy mia­łam je­de­na­ście lat, albo jak miał ro­mans z tatą, cho­ciaż to nie­praw­da jest. Chy­ba.

- - -

- Pa­mi­ętasz, jak mnie zro­bi­łeś? Je­że­li mo­żesz mi opo­wie­dzieć tro­chę o oko­licz­no­ściach, by­ło­by su­per.

- Prze­cież nie wie się kie­dy. Że o! Pla­nu­je­my te­raz zro­bić dziec­ko i naj­le­piej, żeby to była cór­cia.

- [ma­ca­jąc pod bla­tem sto­łu] Prze­pra­szam, ale czy tu są baby ja­kieś? Zna­czy gile z nosa, su­che? Tu pod sto­łem?

- Nie. Moje na pew­no nie.

- Jak nie? Prze­czu­wam, że to baby za­su­szo­ne.

- Nie, to nie są baby, Ma­ry­siu. To są drza­zgi z drze­wa.

- Do­bra, prze­pra­szam. Ale wiesz, wy­da­wa­ło mi się, że była ja­kaś mi­tycz­na opo­wie­ść o moim po­częciu.

- Nie­ee. Tak samo nie wiem, jak zro­bi­łem Bła­że­ja. To zna­czy nie po­wiem ci: to była ta noc. Mimo że mama po­dob­no wie­dzia­ła, bo do­ra­dza­ła zna­jo­mym, jaki seks się sto­su­je, żeby mieć cór­kę, a jaki, żeby syna. To są baj­ki oczy­wi­ście, ale wte­dy były inne tech­no­lo­gie. W ogó­le inny był świat. Ale na pew­no był to okres bar­dzo, po­wie­dzia­łbym, burz­li­we­go sek­su.

- Ale to była zima czy lato?

- Wy­da­je mi się... No, ła­two to ob­li­czyć, Ma­ry­siu, po­nie­waż je­że­li uro­dzi­łaś się we wrze­śniu, no to dzie­wi­ęć mie­si­ęcy do tyłu... To jest sier­pień, li­piec...

- Sty­czeń. To była noc syl­we­stro­wa i była skrzyn­ka szam­pa­na.

- Mie­szasz dwie opo­wie­ści. To zna­czy była skrzyn­ka szam­pa­na, a do­kład­nie pięć bu­te­lek szam­pa­na, któ­re mama wy­pi­ła w syl­we­stra. To był taki pi­ja­ny syl­we­ster, bar­dzo pi­ja­ny. W An­dry­cho­wie w szko­le nu­mer czte­ry. A po syl­we­strze oka­za­ło się bar­dzo ry­chło, że mama jest w ci­ąży. No, trosz­kę się zde­ner­wo­wa­ła, bo pięć bu­te­lek szam­pa­na, a z tobą w ci­ąży.

W ty­mże An­dry­cho­wie moja sio­stra, a two­ja ciot­ka, Mar­le­na, była na­uczy­ciel­ką, i bar­dzo jej za­le­ża­ło na pani dy­rek­tor­ce. I na tym syl­we­strze były też dwie moje ku­zyn­ki. Nie­ży­jąca już Ja­dźka Bo­ga­czo­wa i Ma­ry­sia Za­cha­ra, świe­żo upie­czo­na wdo­wa, w któ­rej się pod­ko­chi­wa­łem i któ­ra mnie zresz­tą jako mężczy­znę od­rzu­ci­ła. Pa­mi­ętam, jak ją ca­ło­wa­łem w piw­ni­cy, w blo­ku gdzieś. No ale nie trak­to­wa­ła mnie po­wa­żnie, bo była ode mnie star­sza.

W ka­żdym ra­zie to był bar­dzo pi­ja­ny syl­we­ster i my­śmy się szyb­ko upi­li. Mama wy­pi­ła pięć bu­te­lek szam­pa­na, bo piła tyl­ko szam­pa­na, więc pa­mi­ęta­ła. I moje ku­zyn­ki też się upi­ły. Była taka sąsiad­ka, Ki­zne­ro­wa, strasz­na plot­ka­ra, któ­ra po pro­stu co chwi­la: "Pa­nie Pe­szek, ku­zyn­ka rzy­ga". No więc le­cia­łem do dam­skie­go sra­cza, gdzie Ja­dzia Bo­ga­czo­wa, ka­pi­ta­no­wa lot­nic­twa, ro­zu­miesz, od ścia­ny do ścia­ny. Ko­bie­ty, wiesz, za­rzy­ga­ne przez nią. To była ja­kaś ma­sa­kra.

Wró­ci­łem. Na­pi­łem się parę wó­dek i zno­wu: "Pa­nie Pe­szek, ku­zyn­ka rzy­ga", Ki­zne­ro­wa mówi. No to lecę, ale już nie była to Ja­dźka, tyl­ko Ma­ry­sia, któ­ra się za­szy­ła w płasz­czach, w ta­kiej ku­pie płasz­czy w gar­de­ro­bie, i tam rzy­ga­ła. Po czym wró­ci­łem, na­pi­łem się, no to: "Sio­stra jest nie­dy­spo­no­wa­na". Mar­len­ka gdzieś tam wy­mio­to­wa­ła, ale po­sta­no­wi­li­śmy ją prze­nie­ść do ga­bi­ne­tu pani dy­rek­tor. No i ze szwa­grem czy z bra­tem, nie wiem, ci­ągnie­my ją do fi­ku­sa, bo czu­je­my, że ona będzie wo­mi­to­wać. A tu wcho­dzi cała dy­rek­cja z pa­nią dy­rek­tor: "O! Jest Mar­len­ka", i ro­zu­miesz, dra­mat, bo ona kom­plet­nie nie­przy­tom­na, ale na szczęście za fi­ku­sem. No więc prze­jęli­śmy tam te to­a­sty i tak da­lej.

Więc nie pa­mi­ętam sa­mej nocy, jak cię zro­bi­łem, na­to­miast na pew­no uwiel­bia­li­śmy seks. Był su­per. Był czy­mś wspa­nia­łym, bo mama była cie­ka­wa wszyst­kie­go no­we­go, co wno­si­łem, wszyst­kich no­wych pro­po­zy­cji.

- Czy­li ty zdo­by­wa­łeś te umie­jęt­no­ści i po­ka­zy­wa­łeś ma­mie?

- No tak. W ka­żdym ra­zie chcę po­wie­dzieć, że by­li­śmy, wy­da­je mi się, bar­dzo do­brą parą, je­śli idzie o seks. Na po­cząt­ku to w ogó­le były ja­kieś sza­le­ństwa bez opa­mi­ęta­nia: dużo, in­te­re­su­jąco i sza­le­nie in­ten­syw­nie. Na pew­no więc zro­bi­li­śmy cię w trak­cie dy­na­micz­ne­go i fan­ta­stycz­ne­go, spe­łnio­ne­go sek­su, co jest wa­żne, bo wte­dy dzie­ci są sil­ne i coś in­ne­go jak­by ten...

- My­ślisz, że je­że­li dzie­ci są pło­dzo­ne w uda­nym sek­sie, to dla nich le­piej?

- Ab­so­lut­nie w to wie­rzę, choć się na tym to­tal­nie nie znam.

- Cie­ka­wa hi­po­te­za.

- Je­stem prze­ko­na­ny, że wte­dy się co in­ne­go prze­ka­zu­je. To jest ja­kiś...

- Ro­dzaj eu­fo­rii?

- Inne ze­sta­wie­nie ener­gii, po pro­stu. I dla dzie­ci to ma zna­cze­nie, czy się jest zro­bio­nym w eu­fo­rii czy z obo­wi­ąz­ku. To się może oczy­wi­ście, jako ama­tor­skie, la­ic­kie, wy­dać in­fan­tyl­ne i nie­uza­sad­nio­ne na­uko­wo, ale ja na to czniam, bo jak się pew­nie w na­szej roz­mo­wie nie­raz oka­że, znam cały sze­reg uza­sad­nio­nych na­uko­wo teo­rii, któ­re się w ogó­le nie spraw­dza­ją w ży­ciu. Więc ja swo­je kuję na go­rąco. Po swo­je­mu.

Wra­ca­jąc jesz­cze, bo ci nie od­po­wie­dzia­łem. Zna­czy nie sko­men­to­wa­łem tego, co po­wie­dzia­łaś, że w grun­cie rze­czy nie je­stem w sta­nie ci od­po­wie­dzieć. Prze­cież w ja­ki­mś sen­sie jed­nak wy­je­żdżasz od nas wzmoc­nio­na, bo od ko­goś, komu ufasz, uzy­sku­jesz kon­kret. Na przy­kład: "pier­dol to" albo "ży­cie jest jed­no", albo "oli­wa spra­wie­dli­wa...".

- Chy­ba mu­sisz już od­po­cząć.

- Nie. Chcę po­wie­dzieć tyl­ko, że w osta­tecz­nym roz­ra­chun­ku za­wsze ty mu­sisz to ro­ze­grać ze sobą. Nikt, na­wet twój uko­cha­ny, na­wet two­ja naj­bar­dziej od­da­na przy­ja­ció­łka, nie po­tra­fi...

- Prze­cież ja nie mam przy­ja­ció­łki.

- Wiem, że nie masz. Ja też nie mam. Ni­g­dy nie mia­łem przy­ja­ciół i w tej chwi­li już na­wet nie tęsk­nię.

- Ej, ale za dużo już. Nie mo­żesz się tak eks­plo­ato­wać.

- Nie po­tra­fię ina­czej. Ja ci po­wiem, Ma­ry­siu, jak się na­praw­dę źle po­czu­ję.

- Ode­tchnij.

- Na­to­miast...

- Ode­tchnij. Wody się na­pij.

- Tyl­ko to zda­nie chcę sko­ńczyć: osta­tecz­nie to ty sama ze sobą w swo­jej sa­mot­no­ści mu­sisz roz­strzy­gnąć, zde­cy­do­wać i roz­wi­ązać daną sy­tu­ację.

- Sama? Mam te­raz po­czu­cie, że sama to ja sie­bie w ja­ki­mś sen­sie w chu­ja zro­bi­łam. Wy­da­wa­ło mi się, że ja­ko­ść to jest rzecz świ­ęta. I lo­jal­no­ść. Po­wiedz mi, czy świat się zmie­nił?

- Nie, tak było za­wsze. Za­wsze ja­ko­ść prze­gry­wa­ła ze śmie­cia­mi, tyl­ko że były inne pro­por­cje. I inne prio­ry­te­ty, tak jak na przy­kład jesz­cze do nie­daw­na mo­żna było mó­wić o kon­kret­nych lu­dziach jako au­to­ry­te­tach...

- Ta­kich wek­to­rach.

- Tak. Lu­dziach, któ­rzy dają ci na­dzie­ję, że świat nie zwa­rio­wał. Te­raz ich nie ma. Au­to­ry­te­ty się po­cho­wa­ły przed bar­ba­rzy­ńca­mi. One oczy­wi­ście da­lej ist­nie­ją, zmie­nia­ją się tyl­ko ska­le tych au­to­ry­te­tów, ale au­to­ry­tet za­wsze prze­cież wi­ąże się z ja­ko­ścią, obo­jęt­nie, czy to są czy­ny czy tyl­ko po­glądy. Ja na przy­kład - to też jest moja ce­cha, któ­rej ty do ko­ńca nie ogar­niasz w tej chwi­li, ugo­dzo­na w samo ser­ce i zra­nio­na bra­kiem lo­jal­no­ści wła­śnie - wie­rzę w czło­wie­ka, bo ina­czej ży­cie nie ma po pro­stu sen­su. Ro­zu­miem to jako wza­jem­ne wy­ła­wia­nie się z masy, z tego sta­da ludz­kie­go, rów­nie sa­mot­nych osob­ni­ków, któ­re so­bie po­twier­dza­ją zło­żo­no­ść ży­cia. I się wspie­ra­ją.

- Albo sen­su. Ja­kie­go­kol­wiek.

- Albo sen­su. W tej ka­łu­ży, któ­ra raz jest ciem­niej­sza, raz ja­śniej­sza, po­ru­sza­my się po omac­ku strasz­nie sa­mot­ni w tym za­gu­bie­niu, w tej mierz­wie ludz­kiej i... Kur­wa! Cze­kaj, bo chcia­łem coś wa­żne­go po­wie­dzieć.

- Ale co?

- Mogę pierd­nąć?

- Tak.

- [pusz­cza bąka] Że... yyy...

- Za­no­to­wa­ne.

- W tym sen­sie wia­ra w czło­wie­ka po­zwa­la mi prze­trwać. Mimo że ab­so­lut­nie prze­wi­du­ję cha­rak­ter ko­ńca, to jest we mnie nie­ustan­na chęć roz­wi­ąza­nia tej za­gad­ki.

Ja wiem, że je­stem wędrow­cem, któ­ry błądzi, raz ma oczy sze­rzej otwar­te, raz ma to­tal­nie za­wi­ąza­ne, ale nie mogę ustać w tym po­zna­wa­niu. Dla­te­go ten "okres łódz­ki" i to nie­zro­zu­mie­nie, dla­cze­go tak się sta­ło, to jest tro­chę to, co ty masz te­raz. Po­dob­ny ból. I jak mnie py­tasz, co mnie wte­dy ura­to­wa­ło, to na pew­no nie prze­ko­na­nie, że musi być ja­kieś roz­wi­ąza­nie, bo ja wie­dzia­łem, że go nie ma. Ura­to­wa­ła mnie po­trze­ba zro­zu­mie­nia. Za­gląd­ni­ęcia za te ku­li­sy, za któ­ry­mi jest ciem­no­ść.

- Czy­li ak­tyw­no­ść. Bo naj­gor­szą rze­czą, jaką mo­żna w ta­kim mo­men­cie zro­bić, to ob­ra­zić się na świat, wczo­łgać do nory ciem­nej i tam kwi­lić?

- Ab­so­lut­nie.

- Bo co komu z roz­go­ry­czo­ne­go ar­ty­sty, ze zra­nio­nej pie­śniar­ki z dziu­rą po ser­cu.

- Nic. Na­le­ży trwać przy swo­im, na­wet ma­jąc prze­ko­na­nie, że mo­żna osta­tecz­nie...

- ...prze­grać. Go­rycz jest naj­gor­sza. I żal.

- Żal nisz­czy cie­bie to­tal­nie.

- Do­pó­ki nie we­źmie się ca­łko­wi­tej od­po­wie­dzial­no­ści za wła­sne, kur­wa, szczęście, to nie mo­żna być wol­nym. Dla­te­go mój ate­izm jest dla mnie tak wa­żny. Nie ma Boga, na któ­re­go mo­żna li­czyć i cze­kać, że cię ura­tu­je.

- Albo uspra­wie­dli­wi.

- My ci­ągle cze­ka­my, że nam ja­kiś Je­zus albo ksi­ądz, pre­zes czy rząd coś za­ła­twi i ci­ągle mamy żal. I wszyst­ko, co jest jesz­cze pi­ęk­ne, te reszt­ki pi­ęk­na w Pol­sce, są tak chwa­sta­mi żalu za­ro­śni­ęte, że le­d­wo dy­szą.

- Mam ten sam po­gląd.

- Też cię wkur­wia­ją lu­dzie, któ­rzy z żalu ro­bią sens ży­cia? Bo u nas cier­pie­nie, naj­le­piej zbio­ro­we, jest to­żsa­mo­ścią na­ro­do­wą. Pol­ska to wspól­no­ta opar­ta na ra­nach, któ­rym nie da­je­my się za­go­ić. Ze stra­chu, że jak się za­go­ją, to stra­ci­my sie­bie? Czym by­śmy byli bez tego cier­pie­nia, sko­ro tyl­ko w nim się jed­no­czy­my? I tyl­ko w nim je­ste­śmy na­praw­dę do­brzy.

- Cier­pie­nie tak na­praw­dę jest po­twor­nie ego­istycz­ne. Ro­zu­miem cier­pie­nie, któ­re ma pra­wo się po­ja­wić w ży­ciu ka­żde­go czło­wie­ka, na­to­miast u nas ono jest prze­ja­wem skraj­ne­go ego­izmu. Ono za­wsze, w sen­sie eg­zy­sten­cjal­nym, jest prze­ja­wem ego­izmu, ale w in­nych kul­tu­rach lu­dzie so­bie z cier­pie­niem ra­dzą jed­nak ina­czej, a przy­naj­mniej dają inne sy­gna­ły. Po­lak, cier­pi­ąc, ma po­czu­cie, że po­sia­dł strasz­li­wą wła­dzę i ta wła­dza go opa­no­wu­je. I nisz­czy wszyst­ko. To się bie­rze oczy­wi­ście z na­szej strasz­nej hi­sto­rii ka­to­li­cy­zmu, któ­ry jest naj­ciem­niej­szą re­li­gią na świe­cie. A w pol­skim wy­da­niu to jest w ogó­le pie­kło. I je­że­li sza­tan ist­nie­je, to jest nim in­sty­tu­cja pol­skie­go Ko­ścio­ła.

- - -

Cho­dzi­łam się mo­dlić do Bo­że­go Cia­ła. Pach­nia­ło li­lia­mi i śmier­cią. Czar­ny Je­zus na krzy­żu pa­trzył z góry, czy rów­no klęczę. Lu­bi­łam ból ko­lan i li­ta­nię do Najświ­ęt­szej Krwi. Na­szą wspól­ną z Je­zu­sem sa­mot­no­ść. Co­raz moc­niej­sze za­ci­ska­nie dło­ni w "amen", za­ci­ska­nie ud, sine usta i od­lot. Na­gle prąd, zdzi­wie­nie i słod­ko. Pra­wie ze­mdla­łam. A to cud. Pierw­szy or­gazm. Z Je­zu­sem.

- - -

- Wiesz, ja­kie jest moje pierw­sze, ab­so­lut­nie pierw­sze wspo­mnie­nie z dzie­ci­ństwa? Że je­ste­śmy nad mo­rzem, na pla­ży; pia­sek. Mam na so­bie bia­ły szla­frok fro­to­wy z kap­tu­rem. Za duży, miesz­czę się cała w kap­tu­rze. Je­ste­śmy z Bła­że­jem sami zo­sta­wie­ni na tej pla­ży i wy idzie­cie z mamą pły­wać. Mama ma taki ko­stium w ko­lo­ro­we rom­by. I od­pły­wa­cie. I na po­cząt­ku jest su­per, bo was wi­dzi­my, ale pó­źniej pły­nie­cie da­lej i ja mam ja­kiś to­tal­ny te­lep i się boję. Strasz­nie. I my z Bła­że­jem z tego prze­ra­że­nia, to zna­czy ja prze­ra­żo­na je­stem na pew­no, jemy wa­fle, chy­ba ma­li­no­we. Czy coś ta­kie­go mo­gło się w ogó­le wy­da­rzyć?

- Tak, tak. To były Gór­ki Wschod­nie i ty by­łaś ma­le­ńka, mia­łaś dzie­wi­ęć mie­si­ęcy. Le­cie­li­śmy do Gda­ńska sa­mo­lo­tem, a z lot­ni­ska tak­sów­ką, czar­ną wo­łgą, pa­mi­ętam, do tych Gó­rek Wschod­nich. Ja do­pie­ro dziś, po tylu la­tach, łączę pe­wien fakt, któ­re­go ty nie mo­żesz pa­mi­ętać, z tym wła­śnie. By­łaś ubra­na na na­gie cia­łko, żeby cię sło­ńce nie pa­li­ło, w bia­ły szla­fro­czek z ame­ry­ka­ńskich zrzu­tów, po Bła­że­ju zresz­tą, z kap­tu­rem. I były wa­fle, rze­czy­wi­ście, ku­po­wa­ne w ge­esie, obrzy­dli­we, z ma­li­no­wym na­dzie­niem, ró­żo­wym.

- Je­steś tego pe­wien?

- Ab­so­lut­nie! Były też ka­wo­we, bo ja nie cier­pia­łem ma­li­no­wych. Zresz­tą dże­mu tru­skaw­ko­we­go też nie­na­wi­dzę. Były bla­do­ró­żo­we i ciem­ne ka­ka­owe. Ma­sa­kra sma­ko­wa, ale uwiel­bia­li­śmy to wszy­scy w czwór­kę. Ty przez cały po­byt mia­łaś taki zwy­czaj - bo Bła­żej dał się upil­no­wać, uwiel­biał ska­kać na fa­lach ze mną albo z mamą - że z wy­dmy na czwo­ra­kach, bo wte­dy racz­ko­wa­łaś, za­wsze się kie­ro­wa­łaś w stro­nę mo­rza i my­śmy tego nie ro­zu­mie­li i pa­trzy­li­śmy na cie­bie, a ty po pro­stu szłaś do mo­rza. Jak żółw. I oczy­wi­ście w od­po­wied­niej chwi­li sze­dłem, bra­łem cię na ręce i od­no­si­łem na wy­dmy. Po­sie­dzia­łaś chwi­lę i zno­wu szłaś w stro­nę mo­rza i to było dla nas to­tal­nie nie­zro­zu­mia­łe, mama to po­twier­dzi.

Te­raz ro­zu­miem, że to mu­sia­ło się brać ze stra­chu. Że pierw­szy był lęk, że my­śmy znik­nęli. I te two­je piel­grzym­ki do mo­rza były ja­kąś ata­wi­stycz­ną pró­bą ra­to­wa­nia ro­dzi­ców.

- My­ślisz?

- Tak to te­raz ro­zu­miem. Nie­sa­mo­wi­te w ogó­le zło­że­nie.

- Chcesz mi po­wie­dzieć, że do­brze pa­mi­ętam? To jest bar­dzo sil­ne wspo­mnie­nie, z de­ta­la­mi. Pew­nie ten ko­stium z pó­źniej mi się na­ło­żył, bo prze­cież mama mia­ła go pa­ręna­ście lat. Wiesz, taki w rom­by.

- Wiem, w zie­lo­no-ama­ran­to­wo-brązo­we rom­by.

- Z su­kien­ki prze­ro­bio­ny.

- Tak, naj­pierw to była su­kien­ka, ame­ry­ka­ńska.

- Z pacz­ki. Więc ko­stium chy­ba pó­źniej mi się na­ło­żył, ale strach był z wte­dy. Bo ja przez całe dzie­ci­ństwo, przez bar­dzo dłu­gi czas, ba­łam się zo­sta­wać sama w domu.

- No wiem. Nie od­stępo­wa­łaś mamy, bo głów­nie mama była. Ja je­ździ­łem, pra­co­wa­łem i tak da­lej, więc po­ja­wia­łem się co ja­kiś czas w domu. Na­wet siku mama mu­sia­ła iść z tobą na ręku. To było dziw­ne. Mia­łaś dwa pal­ce w buzi, któ­re ssa­łaś, i często za­da­wa­li­śmy so­bie py­ta­nie, czy my po­pe­łni­li­śmy ja­kiś błąd, że ty tak strasz­nie się bo­isz.

Mama no­si­ła cię. Ro­zu­mia­ła to, bo jak wiesz, zo­sta­ła sie­ro­tą wcze­śnie. Jej mama uma­rła, jak ona mia­ła dzie­wi­ęć lat. I Te­re­sa pa­mi­ęta z tam­te­go cza­su kota i nie­ustan­ne, sa­mot­ne w wiel­kim domu w le­sie cze­ka­nia na ojca, do nocy. Sie­dzia­ła po ciem­ku na sza­fie z ko­tem i cze­ka­ła.

- Wszyst­ko wiem.

- Jej oj­ciec był le­śni­czym i my­śli­wym. I być może, ro­zu­mie­jąc tę trau­mę, choć mdla­ły jej ręce, no­si­ła cię, jak ro­bi­ła gry­sik czy tam coś, do sra­cza szła z tobą. Ja też, jak przy­cho­dzi­łem, sta­le cię no­si­łem. Ale ty za­wsze by­łaś za­nu­rzo­na w ja­ki­mś sta­nie nie­ca­łko­wi­tej obec­no­ści. Zo­bacz swo­je zdjęcia z dzie­ci­ństwa. Z rzad­ka je­steś uśmiech­ni­ęta, na­wet kie­dy z Bła­że­jem sza­le­je­cie, on uwiel­biał cię roz­śmie­szać, ale w grun­cie rze­czy by­łaś dość... Nie chcę po­wie­dzieć smut­nym, tyl­ko re­flek­syj­nym i od­da­lo­nym dziec­kiem. By­łaś w ja­ki­mś swo­im świe­cie.

- Szcze­rze mó­wi­ąc, to z dzie­ci­ństwa pa­mi­ętam głów­nie strach. A prze­cież wy­da­je mi się, że te­raz je­stem jed­nak ja­sną oso­bą, a na pew­no taką, któ­ra po­tra­fi się cie­szyć i wy­głu­piać. Ale gdy my­ślę o dzie­ci­ństwie, to... No, jest tam ciem­no.

- Bab­cia Ja­necz­ka po­wie­dzia­ła kie­dyś: "Pa­nie, to dziec­ko jest mun­drzyj­sze od czło­wie­ka!". Oczy­wi­ście ka­żdy ro­dzic będzie mó­wił o wy­jąt­ko­wo­ści swo­je­go dziec­ka, ale mia­łaś dziw­ne, abs­trak­cyj­ne zło­że­nia, nie­praw­do­po­dob­nie traf­ne. Bła­żej na przy­kład był dłu­go ba­ła­ga­nem. Na­to­miast ty by­łaś nie­zwy­kle kon­kret­na. Dość szyb­ko za­częłaś mó­wić i cha­rak­ter two­ich re­ak­cji był do­ro­sły, w grun­cie rze­czy doj­rza­ły. Stąd chy­ba ta opi­nia two­jej nia­ni.

- - -

- Mia­łem te­raz taką chwi­lę kry­zy­su i przy­po­mnia­łem so­bie, że kie­dyś no­si­łem hol­te­ra. Czy­li ser­ce, lata temu, już coś zgła­sza­ło. I z ca­łe­go za­pi­su, a wy­da­rzy­ło się w tej do­bie, w któ­rej był mo­ni­to­ring, bar­dzo dużo rze­czy, któ­re po­win­ny zna­le­źć od­zwier­cie­dle­nie... Gra­łem tego dnia, z tym hol­te­rem, Fio­ra w Ope­ret­ce, bar­dzo eks­plo­atu­jąca rola - nic. Naj­sil­niej­szym za­pi­sem była noc­na roz­mo­wa z Bła­że­jem, któ­ra wy­ka­zy­wa­ła prze­kro­cze­nie nor­my. Le­karz mnie py­tał: "Co się o tej go­dzi­nie sta­ło?". Ja po­wie­dzia­łem: "Roz­mo­wa z sy­nem". Ona oczy­wi­ście była eks­tre­mal­na, trud­na. Już nie pa­mi­ętam, cze­go do­ty­czy­ła.

I przez mo­ment te­raz moja myśl od­le­cia­ła, kie­dy ci­ągle py­tasz: "Do­brze się czu­jesz?". W ja­ki­mś stop­niu mnie to te­raz po pro­stu an­ga­żu­je, a je­stem w sy­tu­acji, w któ­rej nie po­wi­nie­nem się tak eks­plo­ato­wać emo­cjo­nal­nie, ale nie ma prze­cież nie­emo­cjo­nal­nych sy­tu­acji. I te­raz po­my­śla­łem so­bie, że może rze­czy­wi­ście masz ra­cję, że trze­ba sko­ńczyć. Cho­ciaż czu­ję, że wła­śnie wpły­nąłem na wła­ści­we tory.

- Tyl­ko te ci­ągłe dy­gre­sje. Lu­bię for­my sku­pio­ne, nie prze­pa­dam za roz­wle­kły­mi. Ale to jest bar­dzo cha­rak­te­ry­stycz­na two­ja ce­cha. Je­steś ga­du­łą.

- Ja my­ślę o tym tro­chę ina­czej. Wy­da­je mi się, że kon­kret­ne od­po­wie­dzi są ogra­ni­czo­ne. My je­ste­śmy prze­cież w nie­ustan­nym ru­chu.

- My, lu­dzie?

- My, lu­dzie, na­sze umy­sły. Sza­mo­cze­my się i ci­ągle cze­goś szu­ka­my. Na przy­kład ja trwam w opty­mi­zmie, choć jak wiesz, po­tra­fię być skraj­nie cy­nicz­ny, bez­względ­ny i okrut­ny.

- Nie! To jest już wner­wia­jące. To two­je prze­świad­cze­nie...

- Że co?

- Że "po­tra­fisz być skraj­nie cy­nicz­ny". Nie po­tra­fisz. Albo że je­steś "re­ki­nem". Mu­sisz so­bie uzmy­sło­wić, że to nie­praw­da. Ty nie masz w so­bie gra­ma cy­ni­zmu.

- No, może cy­nizm nie, ale re­kin tak. Wiesz, że w sy­tu­acji, w któ­rej co­kol­wiek by wam się sta­ło...

- To jest wil­czy­ca, któ­ra bro­ni sta­da. Re­kin to jest ktoś, kto mor­du­je dla sma­ku krwi.

- Ktoś mi kie­dyś po­wie­dział, że dam so­bie w ży­ciu radę, bo je­stem re­ki­nem.

- A ty się tego ucze­pi­łeś, bo to jest atrak­cyj­ne.

- Tak. Fuj...

- Co jest?

- Pu­ści­łem bąka.

- Zno­wu?

- Bar­dzo przy­kre­go. Prze­pra­szam. Nie chcia­łem gło­śno tego ro­bić i to jest okrop­ne. Fuj!

- - -

- To moje py­ta­nie: czy ja w ogó­le je­stem zdol­ny do mi­ło­ści...?

- Trud­no mi to zro­zu­mieć, ale...

- Cza­sa­mi mam wra­że­nie, zwłasz­cza w re­la­cjach z wami... Zna­czy na pew­no u pod­staw tego py­ta­nia leży tak na­praw­dę nie­roz­wi­ązy­wal­no­ść za­gad­nie­nia jako ta­kie­go. Nie ma w ży­ciu zja­wisk, pro­ble­mów, któ­re mo­żna jed­no­znacz­nie, de­fi­ni­tyw­nie i osta­tecz­nie roz­wi­ązać.

- Ja nie wiem, czy to się uda. Ta ksi­ążka.

- To będzie trud­ne. Dla cie­bie. Mu­sisz wy­ka­zać pew­nie cier­pli­wo­ść...

- Wy­ka­zu­ję.

- Bo ja je­stem dość nie­uchwyt­ny w tym względzie.

- No ra­czej.

- Bo sam nie mam, że tak po­wiem, wy­ra­zi­stych od­po­wie­dzi. Ale też może dla­te­go trwam w ci­ągłej ak­tyw­no­ści i jest we mnie cie­ka­wo­ść. Tak jak ze Sce­na­riu­szem...[1] Py­ta­ją mnie, czy mi się nie nu­dzi, jak to gram czter­dzie­ści lat. Ja za­wsze od­po­wia­dam, że mi się to­tal­nie nie nu­dzi, bo ci­ągle wie­rzę w to, co mó­wię. I przed we­jściem na sce­nę ro­bię jed­ną je­dy­ną rzecz - za­da­ję so­bie py­ta­nie: czy jesz­cze raz chcę to gło­śno po­wie­dzieć? To, w co wie­rzę. Ale czy ja sam sie­bie nie ko­kie­tu­ję? Czy rze­czy­wi­ście tak jest?

- Ja pro­po­nu­ję sko­ńczyć już dzi­siaj.

- Mam wra­że­nie, że ci nic nie po­wie­dzia­łem.

- Bar­dzo mo­żli­we.

- Pró­bu­ję zro­zu­mieć, co mó­wię. Czym to na­praw­dę jest. I stąd te ci­ągłe dy­gre­sje. To po pro­stu ta­kie lu­stra, w któ­rych się coś od­bi­ja. A może to tyl­ko złu­dze­nie? Dla mnie ja­ki­mś naj­wa­żniej­szym ob­ra­zem, któ­ry się z dzi­siaj wy­ła­nia, jest pla­ża.

- Może to wła­śnie tak trze­ba ro­bić?

- Ja je­stem wy­uczo­ny na par­ty­tu­rach Scha­ef­fe­ra, w któ­rych są ele­men­ty to­tal­nie nie­przy­sta­jące. Co będę ga­dał, po­ka­żę ci. Mam tu aku­rat tę par­ty­tu­rę, któ­rą pew­nie znasz, dzie­si­ąt­ki razy to ćwi­czy­łem. Nie pa­mi­ętam, czy z wami też?

- Z nami też.

- Po pro­stu jest kil­ka­na­ście ele­men­tów i ka­żdy z nich za­wie­ra inne ak­cje, zu­pe­łnie inny świat. I kon­stru­owa­nie ca­ło­ści po­le­ga nie na tym, że ja wiem, co będzie, że je­den ele­ment wy­ni­ka z dru­gie­go. Chu­ja tam! One są nie­za­le­żne. Żad­nych lo­gicz­nych po­wi­ązań! Emo­cjo­nal­ny prze­pływ aso­cja­cji, po pro­stu. Do­pie­ro fakt ze­sta­wie­nia po­szcze­gól­nych ele­men­tów skła­da się wi­dzo­wi w ca­ło­ść.

- Wszyst­ko to wiem.

- I być może ja­kaś dziw­na opo­wie­ść, dy­gre­sja, dużo drob­nych tu­taj wo­kół jest po to, żeby na­gle wy­sko­czy­ło w in­nym miej­scu coś.

- Masz ra­cję. W mu­zy­ce też naj­lep­sze rze­czy po­wsta­ją, kie­dy skła­dasz przy­pad­ko­we części.

- No wła­śnie!

- Ale je­stem nie­cier­pli­wa i po­dej­rze­wam, że po­ja­wią się mo­men­ty prze­ci­ążeń, znu­że­nia.

- Przede wszyst­kim ja tak dużo ga­dam. To będzie dla cie­bie po­twor­na pra­ca.

- Chy­ba mi zno­wu Edek będzie mu­siał po­móc. Jak zwy­kle.

- - -

- Jak mó­wi­łaś o tej pla­ży, to ona mi sta­nęła przed ocza­mi. Pa­mi­ętam Te­re­sę, jej cia­ło, za­pach przede wszyst­kim. Ona za­wsze pach­nia­ła mle­kiem, jej skó­ra, usta. No nie ona jed­na, bo...

- Ale ludz­kim?

- Tak, ta­kim mle­kiem.

- Ludz­kim? Czy w ogó­le mle­kiem? W sen­sie od kro­wy?

- Tak, tak. Ale też od razu, wiesz, przy­po­mniał mi się lot tym sa­mo­lo­tem, jak Bła­żej krzy­czał: "O! Lo­dzi­ki, lo­dzi­ki!", jak chmu­ry były. Bo on już wte­dy dużo ga­dał, po czym na­tych­miast rzy­gał do tor­by. A ja z tobą cho­dzi­łem i po­tem ste­war­de­sa wzi­ęła cię do kok­pi­tu, jak Bła­żej rzy­gał. To był mały sa­mo­lo­cik i pa­mi­ętam, szczęśli­wa była ta ste­war­de­sa. I ty taka nie­obec­na w tym sa­mo­lo­cie. To po­zor­nie nie ma żad­ne­go zwi­ąz­ku, a jed­nak ta two­ja sa­mot­no­ść, ten smu­tek, nie­obec­no­ść, to się te­raz wy­ja­śnia. Ty nie pła­ka­łaś, nie śmia­łaś się, by­łaś po pro­stu w swo­im świe­cie, strasz­nie sil­nie za­trza­śni­ęta. W prze­ci­wie­ństwie do Bła­że­ja, któ­ry był za­wsze na ze­wnątrz. A te­raz wy­da­je się, że jest do­kład­nie...

- ...od­wrot­nie.

- Od­wrot­nie się uło­ży­ło w ży­ciu, więc jak­by nie ma re­cep­ty. Jak mnie stu­dent pyta: "Jak żyć, pa­nie pro­fe­so­rze?", to ja z całą świa­do­mo­ścią głu­po­ty tego py­ta­nia mó­wię: "Faj­nie". No bo co mo­żna po­wie­dzieć na coś ta­kie­go? I on to ku­pu­je. To na mar­gi­ne­sie ogra­ni­czo­no­ści. Po pro­stu ży­cie jest nie­roz­wi­ązy­wal­ne.

- - -

"Je­stem ro­ba­kiem. Ro­ba­kiem w ja­błku. I nie wyj­dę stąd" - od­po­wia­dam ma­mie, któ­ra mówi, że ko­la­cja i że mam już wy­jść z tego swe­tra taty i coś zje­ść. Je­ste­śmy na fe­riach zi­mo­wych w gó­rach, sami z mamą. Tata w te­atrze. Pra­cu­je i do­je­żdża do nas, kie­dy może. Czy­li nie­często. Swe­ter jest szorst­ki, bor­do­wy w zie­lo­ne mazy. Z gol­fem. Miesz­czę się w nim cała. I jest mi faj­nie. Sie­dzę w nim go­dzi­na­mi i pod­glądam przez włócz­ko­we prze­świ­ty. Swe­ter pach­nie ja­błka­mi i wodą po go­le­niu taty. I jesz­cze tęsk­no­tą. Tęsk­nię na wci­ąż.

- - -

- Wy­ni­ka z tej pierw­szej roz­mo­wy, że nie będzie to wca­le przy­jem­ne. Cho­ciaż dla cie­bie na pew­no bar­dziej.

- Ale patrz, jak wspa­nia­le spędza­my czas.

- Po­my­śl też o rze­czach, o któ­re ty chcia­łbyś mnie za­py­tać. Na pew­no ta­kie są. Za­pi­suj.

- Ja mam do­brą pa­mi­ęć. I mnie bar­dziej cie­ka­wi, jak od­po­wia­dam.

- Aha.

- My­ślę, że za wcze­śnie jest mó­wić o tym, o czym chcia­łbym mó­wić. Wiesz?

- Do­brze, ale ustal­my, pro­szę, jed­no na sztyw­no: jak pusz­czasz bąka, to idziesz w kąt, do ge­ra­nium, do­bra?

- [pusz­cza­jąc bąka] Ale ono usy­cha...

- Cie­ka­we, jak nie­obli­czal­ne to może być, żeby ktoś chciał to czy­tać.

- To musi być na­sze, two­je, moje, jak­by omi­ja­jąc rafy tego ca­łe­go, prze­pra­szam cię, gów­na wo­ko­ło. Bo to jest gów­no. Tak na­praw­dę wy­da­je mi się, że... Kie­dy mó­wisz, że przy­je­żdżasz tu po ja­kieś schro­nie­nie, tak te­raz wspól­nie pró­bu­je­my od­po­wie­dzieć na pew­ne rze­czy, a ra­czej zbli­żyć się do zro­zu­mie­nia pew­nych rze­czy, któ­re się w na­szym ży­ciu wy­da­rzy­ły, któ­re nas, jako ar­ty­stów, do­ty­czą. I ra­czej cho­dzi o pró­bę zro­zu­mie­nia, czym to wszyst­ko jest, a nie o od­po­wie­dź.

- Ale też jak śpie­wa Pe­szek: "Cza­sy ta­kie nie­spo­koj­ne". Ta na­sza pod­róż może być ro­dza­jem schro­nu, tu­ne­lu rów­no­le­głe­go wo­bec nie­cie­ka­wej rze­czy­wi­sto­ści, w ja­kiej się zna­le­źli­śmy.

- Może też być tar­czą, któ­ra od­bi­ja gów­na, któ­ry­mi do nas strze­la­ją.

- To mam na my­śli! A jak mnie py­ta­ją "Jak żyć?", to wiesz, co mó­wię? Że tata mnie uczył, że re­me­dium na de­mo­ny jest pra­ca. I to­tal­nie w to wie­rzę. A te­raz wy­ru­sza­my w pod­róż. Lu­bię to okre­śle­nie, jest otwar­te. Pod­róż też może być re­me­dium na de­mo­ny, roz­cza­ro­wa­nia, za­kręty. I na gów­na, któ­ry­mi do nas strze­la­ją.

- Nie sta­wać, bo jak sta­niesz, to wła­śnie cię opa­nu­ją de­mo­ny. A jak idziesz, to je z sie­bie strącasz.

- I nie mogą się uchwy­cić.

- Ani utrzy­mać.

- I gów­no, któ­rym strze­la­ją, też się nie przy­le­pi.

- Prędzej cię tra­fią, jak sto­isz.

- I tym opty­mi­stycz­nym ak­cen­tem ko­ńczy­my.

- A ty to na­gry­wa­łaś te­raz?

(Cie­szę się, że nie uma­rłeś, tato!)

Za­pra­sza­my do za­ku­pu pe­łnej wer­sji ksi­ążki

- Chy­ba wiem, co by to mia­ło być, ale nie wiem, jak do tego do­jść. Chcesz, żeby ci o tym mó­wić?

- Bar­dzo.

- Jed­nak chy­ba nie wiem. Czy to, co mó­wię, jest ja­sne?

- Ab­so­lut­nie.

- - -

- Au­to­rzy, któ­rzy mi pro­po­no­wa­li na­pi­sa­nie ksi­ążki o mnie, wy­wia­dy rze­ki i tak da­lej, tak na­praw­dę się wożą na oso­bie, z któ­rą roz­ma­wia­ją, i nie mają nic do za­pro­po­no­wa­nia, i w isto­cie nie ro­zu­mie­ją dzie­si­ąt­ków kon­tek­stów, nie tyle mo­jej oso­bo­wo­ści, bo nie uwa­żam, że ona jest szcze­gól­nie in­te­re­su­jąca, ile tego, co na­praw­dę chcę po­wie­dzieć. To, co się uka­zu­je, to ba­ra­chło. To są wła­ści­wie ma­te­ria­ły z ko­lo­ro­wych ga­zet. Obrzy­dli­we. Po­ni­ża­jące. Nie chcę tego. Mnie nie in­te­re­su­je prze­cho­dze­nie do hi­sto­rii, któ­ra jest dla mnie przed­mio­tem ma­ni­pu­la­cji wy­łącz­nej. Zaj­rze­nie w głąb czło­wie­ka, w tym wy­pad­ku mnie, jest cie­ka­we. W ta­kim zwier­cia­dle, któ­re ty mi pod­sta­wisz.

- - -

Świ­ęta były wspa­nia­łe. I strasz­ne. Jak za­wsze u nas. Ale tym ra­zem jesz­cze strasz­niej­sze. Dwu­dzie­ste­go szó­ste­go grud­nia tata miał za­wał i pra­wie uma­rł. Rano zro­bił się ca­łkiem sza­ry i w sa­mych majt­kach po­ło­żył się przy ko­min­ku. Upie­rał się, że je­dzie­my na spa­cer do lasu i że po­trze­bu­je po­wie­trza. Za­miast do lasu po­je­cha­li­śmy do szpi­ta­la. Wszy­scy mie­li kaca, tyl­ko ja i tato nie. Tata, bo już wie­czo­rem źle się czuł, a ja nie wiem dla­cze­go. Pro­wa­dzi­łam sa­mo­chód przez pu­ste mia­sto, aż do­je­cha­li­śmy do szpi­ta­la, gdzie wca­le nie było pu­sto. W świ­ęta jest naj­wi­ęcej za­wa­łów, za dużo al­ko­ho­lu, mi­ło­ści i żalu. Ser­ca nie nadąża­ją. Ser­ce taty też się zmęczy­ło. Ale od­ra­to­wa­li go i z ka­wa­łkiem me­ta­lu w aor­cie wy­pu­ści­li do domu w syl­we­stra.

- - -

- Do­brze się czu­jesz? Nie chcesz wody?

- No co ty.

- Prze­cież za­wał mia­łeś pięć dni temu.

- No i co?

- Pra­wie uma­rłeś.

- ...

- Ale po­wiesz mi, jak będziesz się źle czuł?

- Po­wiem.