Nakręcana dziewczyna. Pompa numer Sześć - Paolo Bacigalupi

Kup ebooka

72.00 zł
61.20 zł (57,55 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Na kro­plów­kach wcho­dzą­cych w krę­go­słup Mayi świecą nie­bie­skie wskaź­niki. Leży na łóżku poro­do­wym, wpa­trzona ciem­nymi oczyma w męża, a ja sie­dzę na sto­łeczku mię­dzy jej nogami i cze­kam na dziecko.

Maya to dwie połówki. Ponad błę­kit­nym położ­ni­czym prze­ście­ra­dłem trzyma męża za rękę, popija wodę i reaguje zmę­czo­nym uśmie­chem na słowa pocie­chy. A niżej jej ciało leży nagie z nogami przy­pię­tymi do strze­mion, zasło­nięte i odizo­lo­wane przed czu­ciem stale napły­wa­ją­cymi falami Sifu­so­ftu. Do jej brzu­cha ryt­micz­nie tra­fia oksy­to­cyna, wpy­cha­jąc dziecko w drogi rodne, ku moim ocze­ku­ją­cym dło­niom.

Cie­kawe, czy Bóg wyba­czy mi moją rolę w jej opiece pre­na­tal­nej. Czy daruje mi, że ją namó­wi­łam na pełny cykl lecze­nia.

Doty­kam pilota na pasku i pusz­czam kolejne 50 ml Pur­nate'a. Wska­za­nia migocą i poka­zują nową dawkę, z sykiem wpły­wa­jącą w krę­go­słup Mayi i prze­do­sta­jącą się do macicy. Maya robi gwał­towny wdech, potem kła­dzie się i roz­luź­nia, oddy­cha­jąc głę­boko, gdy ja tłu­mię jej ból mięk­kimi war­stwami Sifu­so­ftu. Wid­mowe infor­ma­cje migają i prze­su­wają się na skraju mojego pola widze­nia: tętno, ciśnie­nie krwi, natle­nie­nie, puls płodu, wszystko to moja wsz­czepka MedAs­sist wrzuca mi bez­po­śred­nio do nerwu wzro­ko­wego.

Maya wyciąga szyję, żeby mnie zoba­czyć.

- Pani dok­tor? Lily? - Mówi beł­ko­tli­wie od leków, powoli i sen­nie.

- Tak?

- Czuję, jak kopie.

Ciarki prze­cho­dzą mi po karku. Zmu­szam się do uśmie­chu.

- To fan­tomy poro­dowe. Złu­dze­nie wywo­łane przez zmiany cią­żowe.

- Nie. - Maya kręci głową. - Ja to czuję. Kopie. - Dotyka brzu­cha. - Teraz czuję.

Obcho­dzę łóżko i doty­kam jej dłoni.

- Wszystko w porządku, Mayu. Roz­luź­nij się. Zro­bię wszystko, żeby ci było dobrze.

Ben nachyla się i całuje żonę w poli­czek.

- Świet­nie sobie radzisz, skar­bie. Wytrzy­maj jesz­cze tro­szeczkę.

Pokle­puję ją uspo­ka­ja­jąco po ręce.

- Robisz wszystko co trzeba dla swo­jego dziecka. Teraz roz­luź­nij się i niech dzia­łają siły natury.

Maya uśmie­cha się sen­nie, głowa jej opada. Wypusz­czam powie­trze, choć nie wie­dzia­łam, że wstrzy­muję oddech, i zaczy­nam się odwra­cać. Wtem Maya się pro­stuje. Wbija we mnie wzrok, nagle czujna, jakby wszyst­kie poro­dowe medy­ka­menty opa­dły z niej jak koc i została przy­tomna, świa­doma i agre­sywna.

Ciemne oczy mrużą się z wście­kło­ści.

- Ty je zabi­jesz.

Ojoj. Wzy­wam położne guzi­kiem pilota na pasku.

Chwyta Bena za ramię.

- Nie daj jej go zabrać. Ono żyje, skar­bie. Żyje!

- Kocha­nie...

Szar­pie go.

- Nie daj jej go zabrać! - Odwraca się i war­czy na mnie. - Won! Won! - Sięga po szklankę wody na sto­liku noc­nym. - Won stąd! - Rzuca nią we mnie.

Robię unik, szklanka roz­bija się o ścianę. Odłamki szkła sypią mi się na kark. Przy­go­to­wuję się do kolej­nego uniku, Maya jed­nak łapie prze­ście­ra­dło i zrywa je, odsła­nia­jąc roz­ło­żone nagie nogi. Szar­pie za strze­miona jak wilk w potrza­sku.

Kręcę gał­kami pilota, pod­krę­cam jej Pur­nate'a i wyłą­czam Sifu­soft, gdy znów napiera na strze­miona. Łóżko prze­chyla się nie­bez­piecz­nie. Rzu­cam się, żeby je trzy­mać. Bie­rze zamach dło­nią, prze­oruje mi twarz paznok­ciami. Odska­kuję, przy­ci­ska­jąc rękę do policzka. Macham na jej męża, który stoi i gapi się tępo po dru­giej stro­nie łóżka.

- Pomóż mi ją przy­trzy­mać!

Wyzwala się z para­liżu, razem udaje się nam ją poło­żyć, a wtedy przy­cho­dzi kolejny skurcz - Maya szlo­cha i się zwija. Bez Sifu­so­ftu nic nie chroni jej przed siłą bólu. Koły­sze się w rytm jego fal, krę­cąc głową i jęcząc, mała i zmal­tre­to­wana. Czuję się, jak­bym ją zastra­szała. Ale dalej nie pusz­czam prze­ciw­bó­lo­wych.

Jęczy.

- O Jezu. O Jezu. O Jezu.

Ben­ja­min kła­dzie głowę obok niej, gła­dzi ją po twa­rzy.

- Już, już, kocha­nie. Wszystko będzie dobrze.

Unosi wzrok na mnie, szu­ka­jąc potwier­dze­nia. Zmu­szam się do potak­nię­cia.

Przez drzwi wresz­cie wpa­dają dwie położne o gru­bych ramio­nach, opię­tych przy­jem­nie różo­wymi bluz­kami i bie­gną do łóżka, żeby ją unie­ru­cho­mić. Kawa­le­ria zawsze przy­bywa za późno. Maya opę­dza się od nich słabo, potem przy­cho­dzi kolejny skurcz. Nagie ciało wygina się w łuk, dziecko zaczyna ostatni etap podróży na świat.

***

- Poja­wia się piękna kró­lowa przy­sięgi Hipo­kryty.

Dmi­tri sie­dzi wśród swo­jego stadka - mój grzech i zba­wie­nie sku­pione w jed­nym wymi­ze­ro­wa­nym, nie­zdro­wym czło­wieku. Ramiona uno­szą mu się i opa­dają w cięż­kim odde­chu ast­ma­tyka. Spoj­rze­nie cynicz­nych błę­kit­nych oczu świ­druje mnie na wylot.

- Masz krew na sobie.

Doty­kam twa­rzy, palce mi wil­got­nieją.

- Pacjentka dostała szału.

Wokół Dmi­trija ganiają się obiekty jego badań, popy­cha­jąc się z wrza­skiem - całe ple­mię źle ska­li­bro­wa­nych ludzi, sku­pio­nych pod skrzy­dłami jego opieki. Kiedy wstu­kam numery pacjen­tów do pilota na pasku, MedAs­sist wyświe­tli mi sąż­ni­stą listę przy­sad­ko­wych nie­wy­pa­łów, nowo­two­rów nad­ner­czy, znie­kształ­ceń narzą­dów płcio­wych, zabu­rzeń kon­cen­tra­cji i zdol­no­ści ucze­nia się, uszko­dzeń tar­czycy, upo­śle­dzeń inte­li­gen­cji, nadak­tyw­no­ści i agre­sji. Cały oddział egzem­pla­rzy oka­zo­wych prze­ma­wia­ją­cych za ustawą o che­mii, która ni­gdy nie wyj­dzie z rzą­do­wych komi­sji.

- Pacjentka dostała szału. - Jego chi­chot brzmi jak chra­pliwe sapa­nie. Nawet z potrój­nie fil­tro­wa­nego powie­trza oddziału inter­wen­cji prze­ciw­che­micz­nej ledwo jest w sta­nie wchło­nąć dość tlenu, by prze­żyć. - Co za nie­spo­dzianka. Kolejny triumf emo­cji nad nauką. - Pal­cami bębni kom­pul­syw­nie w poręcz łóżka z leżą­cym nie­ru­chomo dziec­kiem: pię­cio­let­nia dziew­czynka z pier­siami doro­słej kobiety. Wzrok wędruje do jej ciała, potem z powro­tem do mnie. - Takie czasy, nikt nie życzy sobie opieki pre­na­tal­nej, nie?

Wbrew sobie czer­wie­nię się; kpiący śmiech Dmi­trija brzmi przez chwilę, potem roz­pra­sza się w ataku kaszlu, po któ­rym zgięty wpół łapie powie­trze. Ociera usta ręka­wem labo­ra­to­ryj­nego kitla i przy­pa­truje się krwa­wej smu­dze.

- Trzeba ją było do mnie przy­słać. Ja bym ją prze­ko­nał.

Dziew­czynka obok leży jak woskowy mane­kin i patrzy w sufit. Przez jakiś prze­dziwny kok­tajl zabu­rzeń wydzie­la­nia wewnętrz­nego wpa­dła w kom­pletną kata­to­nię. Na jej widok nabie­ram odwagi.

- Masz jesz­cze jakiś czy­ścik?

Dmi­tri śmieje się, prze­bie­gle i alu­zyj­nie. Wzro­kiem prze­biega po moim zra­nio­nym policzku.

- Cie­kawe, co by powie­działa twoja pazu­rza­sta pacjentka, gdyby się dowie­działa?

- Dmi­tri, daj spo­kój. I tak wystar­cza­jąco nie­na­wi­dzę sama sie­bie.

- Ja myślę. Pomię­dzy wiarą a zawo­dem. Dziwne, że twój mąż w ogóle tole­ruje twoją pracę.

Odwra­cam wzrok.

- Modli się za mnie.

- Rozu­miem, Bóg roz­wią­zuje wszyst­kie pro­blemy.

- Prze­stań.

Dmi­tri się uśmie­cha.

- Chyba nie wpa­dłem na to w swo­jej pracy nauko­wej. Powin­ni­śmy po pro­stu pro­sić Boga, żeby nie pozwo­lił dzie­ciom absor­bo­wać sub­stan­cji che­micz­nych z matek. Pacio­rek w nie­dzielę, Lily, i możesz wró­cić do kwasu folio­wego i wita­min. Pro­blem z głowy. - Nagle wstaje, roz­pro­sto­wu­jąc się jak pająk na swoje metr dzie­więć­dzie­siąt pięć. - No chodź, niech dopełni się twoja hipo­kry­zja, zanim zmie­nisz zda­nie. Nie zniósł­bym, gdy­byś posta­no­wiła oprzeć się tylko na wie­rze.

***

W labo­ra­to­rium Dmi­trija blask świe­tló­wek zalewa blaty ze stali nie­rdzew­nej i sprzęt do badań.

Dmi­tri szuka po kolei w szu­fla­dach. Na bla­cie przed nim leży porzu­cony ochłap mięsa, wil­gotny i nie­pa­su­jący do ste­ryl­nej lśnią­cej powierzchni. Zauważa, że gapię się na to.

- Nie zgad­niesz, co to. Na pewno koja­rzy ci się z czymś mniej­szym.

Jedna część jest więk­sza niż gałka oczna. Reszta to podłużny ogo­nek odcho­dzący od głów­nej czę­ści. Mięso i pożył­ko­wana tłu­sta maź. Dmi­tri szpera w następ­nej szu­fla­dzie. Nie uno­sząc wzroku, odpo­wiada na wła­sną zagadkę.

- Przy­sadka mózgowa. Ośmio­let­niej dziew­czynki. Miała potworne bóle głowy.

Nabie­ram powie­trza. Wybryk natury, nawet na stan­dardy Int­Chem.

Dmi­tri uśmie­cha się, widząc moją reak­cję.

- Powięk­szona dzie­się­cio­krot­nie. I to nie z jakiejś nara­żo­nej popu­la­cji: świetna opieka pre­na­talna, wła­ściwe użyt­ko­wa­nie maski z fil­trem, żyw­ność o niskim pozio­mie pesty­cy­dów. - Wzru­sza ramio­nami. - Wygląda na to, że prze­gry­wamy tę walkę. - Otwiera kolejną szu­fladę. - O, jest. - Wyciąga zawi­nięty w folię kwa­dra­cik wiel­ko­ści pre­zer­wa­tywy, ostem­plo­wany na czarno-żółto i podaje mi go. - W papie­rach ta dawka jest już wydana. Nie powinno wpły­nąć na sta­ty­stykę. - Wska­zuje brodą narząd na bla­cie. - Jej już się nie przyda.

Na folii wid­nieje pie­czątka "NIE DO SPRZE­DAŻY", oraz numer seryjny i logo Wydziału Badań Kli­nicz­nych FDA - helisa DNA sple­ciona z mikro­sko­pem. Się­gam po paczuszkę, lecz Dmi­tri ją zabiera.

- Załóż sobie, zanim wyj­dziesz. Ma nowe opa­ko­wa­nie, z folii komór­ko­wej. Do wyśle­dze­nia. Możesz to nosić tylko w szpi­talu. - Rzuca mi paczkę, wzru­sza­jąc ramio­nami. - Nasi spon­so­rzy uznali, że za dużo dawek gdzieś się roz­cho­dziło.

- Ile mam to nosić, zanim będę mogła wyjść?

- W trzy godziny wchło­nie się więk­szość.

- To wystar­czy?

- Kto wie? I kogo to obcho­dzi? I tak nie zga­dzasz się na naj­lep­sze lekar­stwo. Jak sobie poście­lesz, tak się wyśpisz.

Nie mam na to ripo­sty. Dmi­tri za dobrze mnie zna, żeby kar­mić go opo­wie­ściami, jakie sprze­daję sama sobie, tymi, któ­rymi uspo­ka­jam się o trze­ciej nad ranem, kiedy Justin śpi, a ja gapię się w sufit, słu­cha­jąc jego mia­ro­wego, szcze­rego odde­chu: to dla naszego mał­żeń­stwa... dla naszej przy­szło­ści... dla naszego dziecka.

Zdzie­ram folię, wycią­gam bluzkę ze spodni i roz­pi­nam je. Wsu­wam czy­ścik za gumkę maj­tek. Gdy przy­cze­pia mi się do skóry, wyobra­żam sobie, jak wsą­cza się we mnie oczysz­cza­jący lek. Dmi­tri ura­to­wał mnie, mimo swo­ich szy­derstw, i nagle ogar­nia mnie wdzięcz­ność.

- Jeste­śmy ci wdzięczni, Dmi­tri. Naprawdę. Nie mogli­by­śmy cze­kać, aż skoń­czą się testy.

Chrząka potwier­dza­jąco. Sku­pia się na posztur­chi­wa­niu prze­ro­śnię­tej przy­sadki mózgo­wej zmar­łej dziew­czynki.

- I tak byłoby dla was za dro­gie. To zbyt dobre, żeby wszy­scy to brali.

***

Czy­ścik dopada mnie w Ela.

W jed­nej chwili sie­dzę sobie, uśmie­cham się do dzieci po dru­giej stro­nie przej­ścia, w maskach fil­tra­cyj­nych z nadru­kami Hello Kitty i Burn Girl, w kolej­nej zgi­nam się wpół, zdzie­ra­jąc wła­sną maskę, i zbiera mi się na wymioty. Dziew­czynki gapią się na mnie jak na jakąś ćpunkę. Ude­rza kolejna fala mdło­ści i prze­staje mnie obcho­dzić, co sobie pomy­ślą. Zgięta na sie­dze­niu odgar­niam włosy z twa­rzy i wymio­tuję na pod­łogę mię­dzy wła­sne buty.

Kiedy dojeż­dżam do swo­jej sta­cji, ledwo daję radę wstać. Na pero­nie znów wymio­tuję, na czwo­ra­kach. Muszę się zmu­szać, żeby nie wyczoł­gać się ze sta­cji Ela. Mimo zimy, cała się pocę. Ludzie roz­stę­pują się wokół mnie - zimowe buty, płasz­cze, sza­liki i maski fil­tra­cyjne. Obcho­dzą mnie poły­sku­jące chipy infor­ma­cyjne w boko­bro­dach męż­czyzn, uple­cione z mikrow­łó­kien świe­cące war­ko­czyki kobiet, roze­śmiane, uma­lo­wane srebrną szminką usta. Kalej­do­sko­powe ulice: świa­tła, ruch, pył, spa­liny z węglo­wych die­sli. Mokro i błot­ni­ście. Twarz mam mokrą i już nie pamię­tam, czy upa­dłam, poty­ka­jąc się w pół­mroku o kra­węż­nik, czy to moje wła­sne wymio­ciny.

Dom znaj­duję przez przy­pa­dek, udaje mi się ustać, dopóki nie zje­dzie winda. Radio w implan­cie na nad­garstku otwiera mi drzwi miesz­ka­nia.

Justin pod­biega, gdy pcham je ramie­niem i wcho­dzę do środka.

- Lily?

Znowu mnie rwie, ale żołą­dek dawno został na ulicy. Opę­dzam się od niego i czła­pię pod prysz­nic, po dro­dze zry­wa­jąc z sie­bie płaszcz i bluzkę. Prysz­nic się grzeje, a ja zwi­jam się w kłę­bek na zim­nych bia­łych kafel­kach. Mani­pu­luję przy paskach sta­nika, ale nie daję sobie rady z zapię­ciem. Znów się dła­wię, dygo­cąc, gdy przez moje żyły pruje czy­ścik.

Obok mnie widzę skar­petki Justina: para czar­nych z dziurą na dużym palcu. Klęka. Dłoń dotyka moich nagich ple­ców.

- Co się stało?

Odwra­cam się, nie chcę, żeby zoba­czył moją uma­zaną twarz.

- A jak ci się zdaje?

Cała jestem spo­cona. I dygo­czę. Para zaczyna skra­plać się na kafel­kach. Odgar­niam baweł­nianą zasłonę prysz­nica i wpeł­zam pod niego, pozwa­la­jąc, by prze­mo­czył resztę mojego ubra­nia. Leje się na mnie gorąca woda. Wresz­cie udaje mi się ścią­gnąć sta­nik, daję mu spaść na mokre kafelki.

- Chyba coś jest nie tak. - Wyciąga dłoń, żeby mnie dotknąć, ale odsuwa ją, gdy znów zaczy­nają się mdło­ści.

Spazm mija. Mogę oddy­chać.

- To nor­malne - szep­czę.

Gar­dło mnie pie­cze od wymio­tów. Nie wiem - sły­szy mnie czy nie? Ścią­gam prze­mo­czone spodnie i bie­li­znę. Sia­dam na pod­ło­dze, pozwa­lam, żeby lała się na mnie woda, przy­ci­skam twarz do wyka­fel­ko­wa­nej ściany.

- Dmi­tri mówi, że to nor­malne. Połowa bada­nych ma mdło­ści. Nie wpływa na sku­tecz­ność leku.

Znów mnie rwie, ale już nie tak strasz­nie. Ściana wydaje się wspa­niale chłodna w dotyku.

- Lily, nie musisz tego robić.

Odwra­cam głowę, usi­łuję go doj­rzeć.

- Ale dziecko chcesz mieć, prawda?

- Tak, ale...

- No wła­śnie. - Opusz­czam głowę, znów przy­ci­ska­jąc twarz do kafel­ków. - Skoro nie robimy pre­na­tal­nych, to nie mam wyboru.

Ude­rza kolejna fala czy­ścika. Pocę się. Nagle jest mi tak gorąco, że tracę oddech. Za każ­dym razem jest coraz gorzej. Powin­nam powie­dzieć Dmi­tri­jowi, żeby zamie­ścił to w danych ze swo­ich testów kli­nicz­nych.

Justin pró­buje jesz­cze raz.

- Z nie wszyst­kimi natu­ral­nymi dziećmi jest coś nie tak. Nawet nie mamy poję­cia, co te leki robią z tobą.

Zmu­szam się do wsta­nia. Opie­ram się o ścianę, pusz­czam wię­cej zim­nej wody. Biorę mydło... i je gubię. Zosta­wiam je przy odpły­wie.

- Bada­nia kli­niczne w Ban­gla­de­szu... wyszły dobrze. Lepiej niż przed­tem. FDA mogłaby już to zatwier­dzić... gdyby tylko chciała.

Dyszę z gorąca. Otwie­ram usta i piję nie­fil­tro­waną wodę pro­sto ze słu­chawki prysz­nica. Bo już mi wszystko jedno - pra­wie czuję, jak poli­chlo­ro­wane bife­nyle, diok­syny i fta­lany wydzie­lają się z moich porów i spły­wają po skó­rze. Żegnamy hor­mo­nalne symu­la­cje. Witamy zdrowe dziecko.

- Jesteś stuk­nięta. - Justin pusz­cza zasłonę prysz­nica.

Pod­sta­wiam twarz z powro­tem pod chłodny stru­mień. W życiu się nie przy­zna, ale chce, żebym to robiła dalej. Cie­szy się, że robię to dla niego. Dla naszych dzieci. Nasze dzieci będą umiały lite­ro­wać i ryso­wać ludziki, i tylko ja się przy tym ubru­dzę. Jak dla mnie, może być. Znów piję wodę. Strasz­nie mi gorąco.

***

Napę­dzane koń­ską dawką Pur­nate'a, dziecko przy­cho­dzi na świat w parę minut. Zle­pione wło­ski nowo­rodka poka­zują się i zni­kają. Doty­kam wycho­dzą­cej główki.

- Maya, już nie­długo.

Znów skurcz. Główka wycho­dzi mi pro­sto w ręce: pomarsz­czona twa­rzyczka sta­ruszka, wysta­jąca z ciała Mayi jak golem z ziemi. Jesz­cze dwa pchnię­cia, dziecko wypada. Przy­ci­skam śli­skie ciałko do sie­bie, a położna prze­cina pępo­winę.

Kątem oka widzę, jak jego tętno we wsz­czepce MedAs­si­sta migoce czer­wono, a potem się wypłasz­cza.

Maya gapi się na mnie. Moni­tor poro­dowy się obsu­nął - widzi teraz wszystko, czego nie powinna ni­gdy zoba­czyć. Skórę ma czer­woną. Twarz oble­piają prze­po­cone czarne włosy.

- Chłop­czyk czy dziew­czynka? - beł­ko­cze.

Zamie­ram, ukrzy­żo­wana jej wzro­kiem. Pochy­lam głowę.

- Ani to, ani to.

Odwra­cam się i pozwa­lam mokrej, krwa­wej bryłce wyśli­znąć się do kosza. Odświe­żacz powie­trza maskuje roz­siany w powie­trzu żela­zi­sty zapach. Dziecko w pojem­niku jest zwi­nięte w kłę­bek, nie­sa­mo­wi­cie małe.

- Chłop­czyk czy dziew­czynka?

Ben ma tak wiel­kie oczy, jakby już ni­gdy nie zamie­rzał mru­gnąć.

- Spo­koj­nie, kocha­nie. Ani to, ani to. To wszystko dla następ­nego. Sama dobrze wiesz.

Maya wygląda na przy­bitą.

- Ale ja czu­łam, jak kopie.

Wysuwa się z niej siny wore­czek łoży­ska. Wrzu­cam go do pojem­nika razem z dziec­kiem i wyłą­czam Pur­nate. Oksy­to­cyna już zata­mo­wała nie­wiel­kie krwa­wie­nie. Położne przy­kry­wają ją świe­żym prze­ście­ra­dłem.

- Czu­łam je - mówi. - Nie było mar­twe. Żywe. Chłop­czyk. Ja go czu­łam.

Kciu­kiem pusz­czam jej działkę ibu­pro­fenu. Cich­nie. Jedna z położ­nych wywozi ją z sali, druga zaczyna robić porzą­dek. Wtyka moni­tor poro­dowy z powro­tem do gniazda nad łóż­kiem. Gotowe na następną pacjentkę. A ja sie­dzę obok kosza na odpady medyczne, z głową mię­dzy nogami, i głę­boko oddy­cham. Oddy­chaj. Na twa­rzy pieką mnie ślady po paznok­ciach Mayi.

W końcu zmu­szam się, by wstać i zanieść med-kosz do zsypu na odpady. Otwie­ram go. Ciałko leży zwi­nięte w środku. Kiedy wycho­dzą z matki, zawsze wydają się takie duże, lecz teraz, w koszu na medyczne odpady, jest maleń­kie.

To nic takiego, powta­rzam sobie. To nic waż­nego, choć ma drobne rączki, pomarsz­czoną twarz i malut­kiego peni­ska. Tylko naczy­nie na tru­ci­zny. Zabi­łam je w parę tygo­dni po poczę­ciu, wypa­la­jąc mu mózg i para­li­żu­jąc ruchy stałą dawką neu­ro­tok­syn, a ono rosło sobie dalej w łonie. To nic waż­nego. To ma tylko oczy­ścić komórki tłusz­czowe kobiety, która znaj­duje się na szczy­cie zatru­tego łań­cu­cha pokar­mo­wego. To nic waż­nego.

Uno­szę pojem­nik i pozwa­lam, by pod­ci­śnie­nie go opróż­niło. Ciałko znika, zabie­ra­jąc che­mię matki do spa­larni. Ofiara. Mała, miękka ofiara z krwi, komó­rek i czło­wie­czeń­stwa, żeby następne dziecko miało przy­szłość.

Kieszeń pełna dharmy

KIE­SZEŃ PEŁNA DHARMY

Wang Jun stał na ośli­złej od desz­czu ulicy sta­rego Chengdu i zadzie­ra­jąc głowę, gapił się przez mżawkę na Huojian­zhu.

Wzno­siło się w wie­czor­nym mroku potęż­nym masy­wem, góru­ją­cym nawet nad wie­żow­cami Chengdu. Z rosną­cego szkie­letu zwi­sali robot­nicy budow­lani, prze­miesz­cza­jący się z jed­nego punktu wzro­stu do dru­giego na dłu­gich pasach. Inni wspi­nali się po kon­struk­cji bez zabez­pie­cze­nia, wbi­ja­jąc palce w pokry­cie jak w pla­ster miodu, pnąc się po dźwi­ga­rach z non­sza­lancką, nie­bez­pieczną łatwo­ścią. Nie­ba­wem wzra­sta­jący masyw przy­tło­czy mokre dachówki sta­rego mia­sta. Wtedy Huojian­zhu, Żywa Budowla, sta­nie się wła­ści­wym Chengdu.

Rosła na mine­ral­nych siat­kach, budu­jąc swój wła­sny szkie­let, a potem pokry­wa­jąc go celu­lo­zową skórą. Potężne i grube infra­struk­tu­ralne korze­nie wbi­jały się roz­ga­łę­zie­niami coraz głę­biej w zie­loną, żyzną glebę Kotliny Syczu­ań­skiej. Czer­pała sub­stan­cje odżyw­cze i mine­rały z gleby, słońca i brud­nej wody Bing Jiang, chło­nąc zanie­czysz­cze­nia rów­nie łap­czy­wie jak prze­fil­tro­wane przez kłęby węglo­wej mgły słońce.

Wewnątrz żyły i tęt­nice spla­tały się w sys­temy rur, zapew­nia­jące przy­szłym miesz­kań­com dostęp do poży­wie­nia, danych i odpro­wa­dza­nie ście­ków. To zwie­rzęce, pio­nowe mia­sto, które powstało naj­pierw w twór­czych umy­słach Bio­tek­tów, teraz sta­wało się rze­czy­wi­sto­ścią. Roz­ra­sta­jąca się istota pul­so­wała ener­gią. Kiedy w pełni doj­rzeje, będzie mieć kilo­metr wzro­stu i pięć sze­ro­ko­ści. Układy tego ogrom­nego bio­lo­gicz­nego mia­sta przejdą wtedy na samo pod­trzy­my­wa­nie życia, a reszta pozo­sta­nie w uśpie­niu; ludzie zaczną prze­cha­dzać się pustymi tęt­ni­cami, prze­ci­skać żyłami i rytu­al­nie obej­mo­wać w posia­da­nie jego skórę, przy­bi­ja­jąc do niej swoje wspo­mnie­nia.

Wang Jun patrzył na Huojian­zhu, snu­jąc dzie­cięco-żebra­cze marze­nia o ucieczce od mokrych ulic i głodu w świat wygód orga­nicz­nego mia­sta. Nie­które czę­ści, zamiesz­kane, już poły­ski­wały świa­tłami. Kory­ta­rze orga­ni­zmu prze­mie­rzali ludzie żyjący wysoko i daleko nad jego pozio­mem. Tylko boga­tych i potęż­nych stać na zamiesz­ka­nie tak wysoko. Tylko ludzi posia­da­ją­cych guanxi. Wpływy, konek­sje.

Wypa­try­wał szczytu masywu, ale w mroku, desz­czu i mgle zasięg wzroku koń­czył się sporo poni­żej. Zasta­na­wiał się, czy kiedy on widzi tylko mżawkę, ci, tam na górze, patrzą na gwiazdy. Sły­szał kie­dyś, że ściany Huojian­zhu po nacię­ciu krwa­wią. Mówiono także, że krzy­czą. Wzdry­gnął się na widok rosną­cej istoty i zwró­cił wzrok z powro­tem na zie­mię, by dalej prze­py­chać swoją zgiętą syl­wetkę i chude jak patyki koń­czyny przez tłumy miesz­kań­ców Chengdu.

Dojeż­dża­jący do pracy nosili czarne para­sole i nie­bie­skie lub żółte pla­sti­kowe pon­cha chro­niące ich przed sią­pią­cym desz­czem. On miał prze­mo­czone, przy­kle­jone do czaszki włosy. Zady­go­tał i sku­lił się. W sku­pie­niu wypa­try­wał poten­cjal­nych ofiar, dla­tego pra­wie potknął się o tego Tybe­tań­czyka.

Gość kucał na mokrym chod­niku, towary miał przy­kryte prze­zro­czy­stą folią. Pokryta sadzą i potem twarz lśniła lepko i czarno w ostrym świe­tle halo­ge­no­wych latarń. Uśmie­cha­jąc się, męż­czy­zna poka­zy­wał krzywe i wyszczer­bione pieńki. Wycią­gnął spod folii zasu­szoną tygry­sią łapę i zama­chał nią przed nosem Wang Juna.

- Kości tygrysa, chcesz? - Łyp­nął nań szy­der­czo. - Dobre na męskość.

Wang Jun sta­nął jak wryty przed dyn­da­jącą odciętą koń­czyną. Jej wła­ści­ciel zgi­nął dawno, tak że pozo­stały po nim tylko suche, żyla­ste ścię­gna, wytarte futro i kość. Wytrzesz­czył oczy na relikt prze­szło­ści i wycią­gnął rękę, żeby dotknąć zasu­szo­nych włó­kien i pożół­kłych, groź­nie zakrzy­wio­nych szpo­nów.

Tybe­tań­czyk zabrał mu eks­po­nat sprzed nosa i znów się roze­śmiał. Na palcu miał spa­ty­no­wany srebrny pier­ścień, wysa­dzany odłam­kami tur­kusa - owi­nięty wokół palca wąż, w nie­skoń­czo­ność poły­ka­jący wła­sny ogon.

- Nie stać cię nawet, żeby dotknąć. - Odchark­nął i splu­nął na chod­nik obok, two­rząc kałużę żół­tego śluzu żył­ko­wa­nego czarną zawar­to­ścią cheng­duń­skiego powie­trza.

- Stać mnie - odparł Wang Jun.

- Co tam masz w kie­sze­niach?

Wang Jun wzru­szył ramio­nami. Tybe­tań­czyk się zaśmiał.

- Nie masz nic a nic, mały kur­du­pelku. Wróć, jak coś będziesz miał.

Zama­chał amu­le­tem męsko­ści przed oczyma zain­te­re­so­wa­nych, bar­dziej majęt­nych kupu­ją­cych, któ­rzy tym­cza­sem zgro­ma­dzili się wokół. Wang Jun z powro­tem roz­pły­nął się w tłu­mie.

Powie­dział prawdę. W kie­sze­niach nie miał nic. Miał zme­cha­cony weł­niany koc scho­wany w kar­to­nie z logo Stone-Aili­xin, zepsuty minia­tu­rowy pio­no­wzlo­cik i zbu­twiałą żółtą szkolną czapkę.

Kiedy przy­je­chał tu z zie­lo­nych tara­so­wych pól, nie miał nawet tyle. Poja­wił się w Chengdu z pustymi rękoma, pustymi kie­sze­niami i wspo­mnie­niem mil­czą­cej, rol­ni­czej wio­ski, gdzie nie żyło już nic, sam powy­krę­cany i pozna­czony bli­znami po epi­de­mii. Jego ciało pamię­tało ból tak dotkliwy, że na zawsze wryty w mię­śniową pamięć.

Nie miał nic w kie­sze­niach wtedy i nie miał nic teraz. Przej­mo­wałby się tym, gdyby zaznał w życiu cze­goś innego niż brak. Cze­goś innego niż głód. Nie mógł mieć pre­ten­sji do zby­wa­ją­cego go Tybe­tań­czyka, nie bar­dziej niż do neo­no­wych szyl­dów zwie­sza­ją­cych się ze szczy­tów wie­żow­ców i roz­świe­tla­ją­cych sika­jący deszcz migo­cącą czer­wie­nią, żół­cie­nią, zie­le­nią i błę­ki­tem. Elek­tryczne barwy wypeł­niały mrok hip­no­tycz­nymi ryt­mami i świe­tli­stymi marze­niami. Papie­rosy "Red Pagoda", piwo "Five Star", pro­gramy "Shizi Jituan" i "Heaven City Ban­king Cor­po­ra­tion". "Con­fu­cius Jia­jia" obie­cy­wał pocie­chę przy cie­płym ryżo­wym winie, a "Jin­Long Phar­ma­ceu­ti­cals" gwa­ran­to­wało dłu­gie życie - i wszystko to było poza jego zasię­giem.

Zaległ w mokrej od desz­czu bra­mie, gar­biąc krzywy grzbiet, z pustymi kie­sze­niami, jesz­cze bar­dziej pustym żołąd­kiem, wypa­tru­jąc sze­roko otwar­tymi oczyma ofiary, która go dziś nakarmi. Wysoko nad nim wisiały świe­tli­ste obiet­nice, adre­so­wane raczej do ludzi miesz­ka­ją­cych w tych wie­żow­cach: ludzi mają­cych w kie­szeni pie­nią­dze i urzęd­ni­ków. Nie mówiły o niczym, co by znał czy rozu­miał. Kaszl­nął, oczysz­cza­jąc gar­dło z czar­nego śluzu. On znał ulice. Rozu­miał zgni­li­znę i roz­pacz. Głód czuł we wła­snym brzu­chu.

Pożą­dli­wie wpa­try­wał się w prze­chod­niów, woła­jąc do nich wie­lo­ję­zyczną mie­szanką man­da­ryń­skiego, dia­lektu cheng­duń­skiego i jedy­nych angiel­skich słów, jakie znał: "Pan da pie­niądz, pan da pie­niądz". Cią­gnął ich za para­sole i żółte pele­ryny. Gła­dził po ele­ganc­kich ręka­wach i upu­dro­wa­nej skó­rze, aż pod­da­wali się i wycią­gali pie­niądze. Tych, któ­rzy się wymy­kali, oplu­wał. Jeśli szar­pali się z nim, gryzł ostrymi, żół­tymi zębami.

Teraz, w desz­czu, z rzadka tra­fiali się cudzo­ziemcy. Późny paź­dzier­nik zmu­szał ich do powrotu do swo­ich okrę­gów, domów i kra­jów. Nad­cho­dziły chude czasy, na tyle chude, że oba­wiał się o wła­sną przy­szłość, prze­li­cza­jąc ciskane przez ludzi zmięte papierki. Mocno ści­skał rzu­cone mu lek­kie alu­mi­niowe monety jiao. Cudzo­ziemcy zawsze mieli bank­noty i chęt­nie je dawali, ale było ich za mało.

Prze­pa­trzył ulicę, potem pod­niósł z ziemi wyszczer­biony odła­mek betonu. Podobno w Huojian­zhu wcale go nie uży­wano. Cie­ka­wiło go, jakie w takim razie są w dotyku tam­tej­sze pod­łogi, ściany. Męt­nie przy­po­mi­nał sobie wła­sny dom sprzed przy­jazdu do Chengdu: zbu­do­wany z gliny, z kle­pi­skiem zamiast pod­łogi. Miej­ski masyw raczej nie był z cze­goś takiego. W żołądku czuł coraz więk­szą pustkę. Ponad nim odtwa­rzane w kółko wideo z Lu Xieyan, pio­sen­karką z Guang­dong, nawo­ły­wało ludzi do wyrze­cze­nia się Trzech Grze­chów Reli­gii: Dogma­ty­zmu, Ter­ro­ry­zmu i Schi­zma­ty­zmu. Igno­ru­jąc jej skrze­kliwe oskar­że­nia, raz jesz­cze rozej­rzał się po tłu­mie.

W stru­mie­niu Chiń­czy­ków zako­ły­sała się blada twarz. Cudzo­zie­miec, ale dziwny. Ani nie wga­piał się w atrak­cje Chengdu, ani nie parł naprzód z poczu­ciem celu. Na oko, czuł się na obcej ulicy jak u sie­bie w domu. Miał na sobie czarny płaszcz do ziemi, błysz­czący, tak że odbi­jał czer­wie­nie i błę­kity neo­nów oraz roz­bły­ski latarń. Odbite wzory hip­no­ty­zo­wały.

Wang Jun pod­kradł się bli­żej. Facet był wysoki, miał ze dwa metry wzro­stu i nosił ciemne oku­lary. Wang Jun znał takie oku­lary i był pewien, że gość świet­nie widzi przez te czarne owale. Mikro­świa­tło­wody w szkłach kra­dły świa­tło, wzmac­niały je i wygła­dzały, dzięki czemu widział jak w dzień, choć sam skry­wał oczy pośród nocy.

Wang Jun wie­dział, że takie oku­lary są dro­gie, i wie­dział, że Gao Trzy Palce kupiłby je, gdyby jemu udało się je ukraść. Przy­glą­dał się cudzo­ziem­cowi, prze­mie­rza­ją­cemu ulicę pew­nym sie­bie, but­nym kro­kiem. Szedł za nim, dys­kret­nie i nie­po­strze­że­nie. Kiedy facet skrę­cił w zaułek i znik­nął, pośpie­szył za nim.

Zaj­rzał zza rogu w uliczkę. W mroku tło­czyły się budynki. Poczuł smród odcho­dów i roz­kła­da­ją­cych się mar­twych stwo­rzeń. Pomy­ślał o wyschnię­tej, mar­twej tygry­siej łapie Tybe­tań­czyka, z powy­ci­na­nymi kawał­kami kości i ścię­gien, któ­rych zaży­czyli sobie na męskość klienci. Kroki cudzo­ziemca chlu­po­tały i nio­sły się echem w ciem­no­ści - mia­rowe kroki czło­wieka widzą­cego po ciemku. Wang Jun pod­szedł bli­żej, kuląc się i poru­sza­jąc po omacku. Doty­kał chro­po­wa­tej ściany. Eks­pre­sowy beton. Gła­dząc ciem­ność, szedł za cich­ną­cym odgło­sem kro­ków.

Ocie­ka­jącą wodą ciszę prze­rwały szepty. Wang Jun uśmiech­nął się w ciem­no­ści, roz­po­zna­jąc oznaki han­dlu. Co kupo­wał cudzo­zie­miec? Hero­inę? Tyle rze­czy oni tu mogą kupić. Zamarł bez ruchu, nasłu­chu­jąc.

Szepty stały się bar­dziej ner­wowe i zakoń­czyły nagłym okrzy­kiem zasko­cze­nia. Ktoś zarzę­ził, potem nastą­pił szur­got i chlup­nię­cie. Wang Jun zadrżał i cze­kał dalej, nie­ru­chomy jak beton, do któ­rego się przy­ci­skał.

Zabrzmiały słowa rodem z jego wła­snej wsi: "Kai deng ba". Wang Jun zastrzygł uszami, sły­sząc zna­jomy akcent. Zapło­nęło świa­tło, w ostrym bla­sku zapie­kły go oczy. A kiedy wzrok się przy­zwy­czaił, spoj­rzał w ciemne oczy Tybe­tań­czyka-han­dla­rza. Uśmiech­nął się powoli, odsła­nia­jąc sko­rupy zębów, Wang Jun zaś cof­nął się, chcąc ucie­kać.

Tybe­tań­czyk zła­pał go bru­tal­nie i sku­tecz­nie. Wang Jun gryzł go po rękach i wyry­wał się, lecz han­dlarz był szybki i bły­ska­wicz­nie powa­lił go na mokry beton, tak że widział tylko dwie pary butów: jego i jego towa­rzy­sza. Wal­czył dalej, lecz w końcu uświa­do­mił sobie bez­ce­lo­wość wysił­ków i znie­ru­cho­miał.

- Czyli jesteś wojow­ni­kiem - powie­dział Tybe­tań­czyk i przy­trzy­mał go jesz­cze przez chwilę na ziemi, żeby nauczka dotarła. Potem posta­wił na równe nogi, ści­ska­jąc dło­nią bole­śnie za kark. - Ni shi shei?

Wang Jun zady­go­tał i jęk­nął:

- Nikt. Żebrak. Nikt.

Tybe­tań­czyk przyj­rzał mu się uważ­niej i uśmiech­nął sze­rzej.

- Brzydki chło­pa­czek z pustymi kie­sze­niami. To jak, chcesz tę tygry­sią łapę?

- Niczego nie chcę.

- I nic nie dosta­niesz - odparł towa­rzysz Tybe­tań­czyka, a on wykrzy­wił się szy­der­czo. Akcent tego pierw­szego zdra­dzał pocho­dze­nie z pro­win­cji Hunan. Zapy­tał: - Jak się nazy­wasz?

- Wang Jun.

- Które "Jun"?

Wang Jun wzru­szył ramio­nami.

- Nie wiem.

Hunań­czyk poki­wał głową i się uśmiech­nął.

- Wiej­ski chło­pek - powie­dział. - Co tam hodu­je­cie? Kapu­stę? Ryż? - Roze­śmiał się. - Ci Syczu­ań­czycy o niczym nie mają poję­cia. Trzeba wie­dzieć, jak się pisze wła­sne nazwi­sko. Ja myślę, że twoje "Jun" to "żoł­nierz". Jesteś żoł­nierzem?

Wang Jun pokrę­cił głową.

- Jestem żebra­kiem.

- Żoł­nierz Wang, żebrak? Nie. To nie pasuje. Jesteś po pro­stu "Żoł­nierz Wang". - Uśmiech­nął się. - A teraz powiedz mi, żoł­nie­rzu Wang, co robisz w desz­czu w tej nie­bez­piecz­nej uliczce?

Wang Jun prze­łknął ślinę.

- Chcia­łem zabrać cudzo­ziem­cowi oku­lary.

- Poważ­nie?

Kiw­nął głową.

Hunań­czyk popa­trzył mu w oczy, potem też ski­nął głową.

- No dobrze, Wang. Żoł­nie­rzu Wang. Możesz je sobie wziąć. Idź do niego i weź sobie, jak się nie boisz.

Uścisk Tybe­tań­czyka zelżał. Wang Jun był wolny.

Rozej­rzał się i zoba­czył, gdzie leży cudzo­zie­miec, twa­rzą w dół w kałuży. Na ski­nie­nie Hunań­czyka pod­su­nął się bli­żej do trupa, aż sta­nął tuż nad nim. Wycią­gnął rękę i szarp­nął wiel­kiego faceta za włosy, wycią­ga­jąc z wody ocie­ka­jącą twarz i odsła­nia­jąc dro­gie oku­lary. Ścią­gnął je z trupa i deli­kat­nie opu­ścił głowę z powro­tem do kałuży. Strzą­snął z oku­la­rów wodę, Hunań­czyk i Tybe­tań­czyk uśmiech­nęli się.

Hunań­czyk zgiął palec, przy­zy­wa­jąc go do sie­bie.

- A teraz, żoł­nie­rzu Wang, mam dla cie­bie zada­nie. Jako zapłatę dosta­jesz oku­lary. Scho­waj je do kie­szeni. Weź to - w dłoni męż­czy­zny poja­wiła się błę­kitna info­kostka - i zanieś na most Ren­min Lu na rzece Bing Jiang. Oddaj czło­wie­kowi w bia­łych ręka­wicz­kach. On też coś ci da w nagrodę. - Pochy­lił się nad nim kon­fi­den­cjo­nal­nie, obej­mu­jąc szyję Wang Juna i trzy­ma­jąc go tak, że zetknęli się nosami. Chło­pak poczuł jego nie­świeży oddech. - Jak tego nie dostar­czysz, mój kum­pel cię znaj­dzie i postara się, żebyś zgi­nął.

Tybe­tań­czyk się uśmiech­nął.

Wang Jun prze­łknął ślinę i kiw­nął głową, zaci­ska­jąc na info­ko­stce swą drobną dło­nią.

- No to leć, żoł­nie­rzu Wang. Wyko­naj zada­nie. - Hunań­czyk puścił jego kark, a Wang Jun popę­dził ku oświe­tlo­nym uli­com, ści­ska­jąc info­kostkę mocno w dłoni.

Faceci patrzyli za nim.

- Myślisz, że prze­żyje? - ode­zwał się Hunań­czyk.

Tybe­tań­czyk wzru­szył ramio­nami.

- Trzeba wie­rzyć, że Pal­den Lhamo go ochroni i popro­wa­dzi.

- A jeśli nie?

- Prze­zna­cze­nie spro­wa­dziło go do nas. Kto wie, co jest mu jesz­cze pisane? Może nikomu nie będzie się chciało obszu­ki­wać małego żebraka. Może obaj prze­ży­jemy do jutra i się dowiemy.

- A może dopiero za następ­nym obro­tem Koła.

Tybe­tań­czyk kiw­nął głową.

- A jeśli on dobie­rze się do danych?

Tam­ten wes­tchnął i się odwró­cił.

- To też będzie prze­zna­cze­nie. No chodź, na pewno nas obser­wują.

***

Bing Jiang pły­nęła pod mostem jak war­stwa oleju, czarna i leniwa. Wang Jun przy­siadł na balu­stra­dzie: okop­co­nym kamie­niu rzeź­bio­nym w har­cu­jące pośród chmur smoki i feniksy. Spoj­rzał w dół na wodę, obser­wo­wał peł­znące powoli po tłu­stej powierzchni kawałki sty­ro­pianu z opa­ko­wań. Odchark­nął i splu­nął, pró­bu­jąc tra­fić w kar­ton. Spu­dło­wał, a jego ślina dołą­czyła do reszty rzecz­nych ście­ków. Raz jesz­cze zer­k­nął na kostkę. Obra­cał ją w dło­niach; robił to już wcze­śniej, cze­ka­jąc na czło­wieka w bia­łych ręka­wicz­kach. Błę­kitna, gładka, jak mocno prze­two­rzony pla­stik. Jej fak­tura koja­rzyła mu się z pla­stikowym krze­seł­kiem, które kie­dyś miał. Było jaskra­wo­czer­wone, ale podob­nie gład­kie. Żebrał na nim, dopóki nie zabrał mu go sil­niej­szy chło­pak.

Teraz obra­cał w rękach błę­kitną kostkę, gła­dząc jej powierzch­nię i badaw­czo dźga­jąc pal­cem gniazdko. Cie­kawe, czy nie jest cen­niej­sza niż oku­lary, które ma teraz na nosie. Były za duże i cały czas mu zjeż­dżały. Ale nosił je i tak, zachwy­cony nocą jasną jak dzień. Popra­wił je pal­cem i dalej obma­cy­wał kostkę.

Wyglą­dał czło­wieka w bia­łych ręka­wicz­kach, ale nie było go. Obra­cał kostkę w dło­niach, zasta­na­wia­jąc się, co takiego na niej jest, że zabili dla niej cudzo­ziemca.

Czło­wiek w bia­łych ręka­wicz­kach się nie poja­wił.

Wang Jun znów odkaszl­nął i splu­nął. Liczy do dzie­się­ciu dużych kawał­ków sty­ro­pianu: jeżeli ten facet w tym cza­sie nie przyj­dzie, zatrzyma sobie kostkę i sprzeda ją.

Dwa­dzie­ścia sty­ro­pia­nów póź­niej czło­wieka w bia­łych ręka­wicz­kach na­dal nie było, a niebo zaczy­nało się roz­ja­śniać. Wang Jun wpa­trzył się w kostkę. Roz­wa­żył wrzu­ce­nie jej do rzeki. Cze­kał, aż przez most zaczną wędro­wać nong­min cią­gnący wózki pełne pło­dów rol­nych. Chłopi ze wsi napły­wali do mia­sta z wil­got­nych, żyznych pól, z bło­tem mię­dzy pal­cami stóp, obła­do­wani warzy­wami. Nad­cho­dził świt. Huojian­zhu lśniło żywym ogro­mem na tle jaśnie­ją­cego nieba. Zakasz­lał, splu­nął jesz­cze raz i zesko­czył z balu­strady. Wrzu­cił kostkę do wyświech­ta­nej kie­szeni. Tybe­tań­czyk i tak go nie znaj­dzie.

***

Przez miej­ską mgłę prze­są­czało się słońce. Chengdu chło­nęło cie­pło. W powie­trzu uno­siła się wil­goć, zmiana tem­pe­ra­tury była nie­zwy­kła - ostat­nia fala upa­łów przed nad­cho­dzącą zimą. Wang Jun się pocił. Zna­lazł Gao Trzy Palce w salo­nie gier. Gao nie miał tak naprawdę trzech pal­ców. Miał dzie­sięć i wyko­rzy­sty­wał wszyst­kie naraz, pro­wa­dząc trój­wy­mia­ro­wego żoł­nie­rza przez góry Tybetu, na wojnę z rebe­lian­tami. Wśród triad Chengdu znany był jako facet, który wyci­snął z Dyrek­tora Regio­nal­nego TexTela dzie­sięć tysięcy juanów za ochronę mie­sięcz­nie, dopóki nie odwo­łali go z powro­tem do Sin­ga­puru. I użył do tego wła­śnie trzech pal­ców.

Wang Jun szarp­nął Trzy Palce za skó­rzaną kurtkę. Roz­ko­ja­rzony Gao zgi­nął od ataku uzbro­jo­nych w kije mni­chów.

- Czego? - wark­nął.

- Mam coś do sprze­da­nia.

- Te płytki, co chcia­łeś mi ostat­nio sprze­dać, mnie nie inte­re­sują. Już ci mówi­łem, jak nie mają serca, są do niczego.

- Mam coś innego.

- Co?

Wycią­gnął oku­lary. Oczy Gao się roz­sze­rzyły, ale udał obo­jęt­ność.

- Skąd je wzią­łeś?

- Zna­la­złem.

- Pokaż.

Nie­chęt­nie podał je Trzem Pal­com. Gao je wło­żył, potem zdjął i rzu­cił z powro­tem Wang Junowi.

- Dam ci za nie dwa­dzie­ścia. - Zaczął kolejną grę.

- Chcę stówę.

- Mei me'er - odparł w pekiń­skim slangu. Nie ma mowy. Roz­po­czął grę.

Żoł­nierz kulił się na rów­ni­nie, nad którą góro­wały ośnie­żone szczyty. Ruszył naprzód, prąc przez niskie trawy w stronę jurty zro­bio­nej ze skór poprzed­nich chiń­skich żoł­nie­rzy. Wang Jun, patrząc na to, ode­zwał się:

- Nie wchodź do środka.

- Wiem.

- Oddam ci za pięć dych.

Trzy Palce par­sk­nął. Jego żoł­nierz wypa­trzył nad­jeż­dża­ją­cych kon­nych i usta­wił się tak, by jurta go przed nimi zasła­niała.

- Dwa­dzie­ścia.

Wang Jun powie­dział:

- Może Bean­Bean da mi wię­cej.

- Dam ci trzy dychy, idź se zobacz, czy Bean­Bean tyle ci da. - Żoł­nierz odcze­kał, aż jeźdźcy zbiją się w gro­madkę, i wystrze­lił ku nim rakietę. Gdy wybu­chła, auto­mat z grą zawi­bro­wał.

- Masz trzy dychy przy sobie?

Trzy Palce odwró­cił się od gry, a jego żoł­nierz zgi­nął bły­ska­wicz­nie, gdy z jurty wysko­czyli bio­in­ży­nie­ryj­nie udo­sko­na­leni jak­meni. Igno­ru­jąc jego wrza­ski, odli­czał Wang Junowi pie­nią­dze. Wang Jun zosta­wił go przy grze i uczcił sprze­daż, znaj­du­jąc leżący odło­giem frag­ment mostu nie­opo­dal rzeki Bing Jiang. Wszedł pod niego, żeby prze­drze­mać popo­łu­dniowy upał.

Obu­dził się wie­czo­rem i był głodny. W kie­szeni czuł cię­żar monet, roz­wa­żył moż­li­wo­ści otwie­rane przez to bogac­two. Pomię­dzy mone­tami wyma­cał obcy kształt info­kostki. Wycią­gnął ją i obró­cił w dło­niach. Pra­wie zapo­mniał, skąd wziął te pie­nią­dze. Trzy­ma­jąc kostkę, przy­po­mniał sobie Tybe­tań­czyka, Hunań­czyka i swoje zada­nie. Przy­szło mu do głowy, by odszu­kać Tybe­tań­czyka i oddać mu kostkę, ale w głębi duszy podej­rze­wał, że czło­wieka sprze­da­ją­cego tygry­sią kość dziś wie­czo­rem nie zasta­nie. Zabur­czało mu w brzu­chu. Wrzu­cił kostkę z powro­tem do kie­szeni, podzwa­nia­jąc przy tym mone­tami. Dzi­siaj jest przy kasie. Naje się porząd­nie.

***

- Ile za mapo dofu?

Kucharz spoj­rzał nań z góry, mie­sza­jąc zupę w wiel­kim woku i słu­cha­jąc, jak bul­go­cze.

- Mały Wang. I tak cię nie stać. Idź żebrać gdzie indziej. Nie życzę sobie, żebyś naga­by­wał mi klien­tów.

- Shu­shu, mam pie­nią­dze. - Wang Jun poka­zał mu monety. - I chcę coś zjeść.

Kucharz się zaśmiał.

- Xiao Wang jest bogaty! No dobra, to powiedz mi, mały, co byś chciał zjeść.

- Mapo dofu, wie­przo­wina yu xiang, dwa liangi ryżu i piwo Wu Xing - wyrzu­cił z sie­bie w pośpie­chu.

- Mały Wang z wiel­kim żołąd­kiem! Nie wiem, gdzie ty to wszystko zmie­ścisz? - A kiedy Wang Jun wytrzesz­czył nań oczy, dodał: - No, idź, usiądź sobie, zaraz ci przy­niosę tę wyżerkę.

Wang Jun poszedł, usiadł przy niskim sto­liku i patrzył na buzu­jący ogień i kucha­rza rzu­ca­ją­cego do woka papryczki chili. Otarł usta, żeby się nie zaśli­nić, kiedy do nosa dole­ciał zapach jedze­nia. Żona kucha­rza otwo­rzyła dla niego butelkę five stara, a on przy­glą­dał się, jak nalewa piwo do mokrej szklanki. Upał ustę­po­wał. W jutowy daszek ulicz­nej knajpki zabęb­nił deszcz. Wang Jun napił się piwa i obser­wo­wał innych klien­tów, chło­nąc widok potraw, które jedli, i ich towa­rzy­stwa. To ludzie, któ­rych jesz­cze nie­dawno naga­by­wałby o pie­nią­dze. Ale nie dzi­siaj. Dzi­siaj był kró­lem. Boga­tym, z kie­sze­niami peł­nymi pie­nię­dzy.

Jego zamy­śle­nie prze­rwało poja­wie­nie się cudzo­ziemca. Bar­czy­sty facet o dłu­gich siwych wło­sach spię­tych w kucyk. Skórę miał bladą, na dło­niach białe ręka­wiczki. Wszedł pod osłonę daszku i omiótł spoj­rze­niem obcych nie­bie­skich oczu wszyst­kich jedzą­cych. Chiń­czycy z kolei wytrzesz­czyli oczy na niego. Widząc zgar­bioną syl­wetkę Wang Juna, uśmiech­nął się. Pod­szedł, przy­siadł na stołku naprze­ciwko i ode­zwał się po man­da­ryń­sku, z sil­nym akcen­tem:

- Jesteś Mały Wang. Masz coś dla mnie.

Wang Jun spoj­rzał na niego. Czu­jąc zwró­cone na sie­bie oczy pozo­sta­łych Chiń­czy­ków, nabrał odwagi i wypa­lił:

- Ke neng. - Być może.

Cudzo­zie­miec zmarsz­czył brwi, potem pochy­lił się nad sto­łem. Prze­rwała mu żona kucha­rza, pod­cho­dząc z mapo dofu, po chwili podała wie­przo­winę. Posta­wiła przed Wang Junem także miskę paru­ją­cego ryżu, szer­szą niż jego dłoń. Wang Jun ujął pałeczki i zaczął wrzu­cać jedze­nie do ust, przez cały czas przy­pa­tru­jąc się cudzo­ziem­cowi. Oczy łza­wiły mu od ostrego dofu, usta przy­jem­nie drę­twiały od mie­lo­nego pie­przu.

Żona zapy­tała, czy obcy będzie jadł razem z nim. Wang Jun mu się przy­pa­trzył. Czuł cię­żar pie­nię­dzy w kie­szeni, a usta dalej go paliły. Przyj­rzał się potęż­nej syl­wetce obcego i potwier­dził nie­chęt­nie, czu­jąc, że jego bogac­two może oka­zać się nie­wy­star­cza­jące. Roz­ma­wiali w Chengdu hua, miej­skim dia­lek­cie, żeby obcy ich nie rozu­miał. Patrzył, jak żona kucha­rza nakłada kolejną misę ryżu i sta­wia przed nim, razem z parą pałe­czek. Obcy zer­k­nął na białą górę ryżu w misce, potem uniósł wzrok na Wang Juna. Pokrę­cił głową i powie­dział:

- Masz coś dla mnie. Daj mi to. I to już.

Wang Jun poczuł się ura­żony, że obcy wzgar­dził ofe­ro­wa­nym jedze­niem. Nie­za­do­wo­lony, odparł:

- Czemu miał­bym ci to dać?

- A co, Tybe­tań­czyk nie mówił, że masz mi to oddać? - Wycią­gnął dłoń w bia­łej ręka­wiczce.

Wang Jun wzru­szył ramio­nami.

- Nie przy­sze­dłeś na most. Czemu mam ci to teraz odda­wać?

- A masz to?

Wang Jun zro­bił się ostrożny.

- Nie.

- To gdzie to jest?

- Wyrzu­ci­łem.

Facet się­gnął przez mały sto­lik i chwy­cił Wang Juna za postrzę­piony koł­nierz. Przy­cią­gnął go do sie­bie.

- Dawaj, i to już. Jesteś mały. Albo mi to dasz, albo sam sobie wezmę. Dziś mały Wang nie może wygrać. I nie spraw­dzaj mnie.

Wang Jun przy­pa­trzył się cudzo­ziem­cowi, dostrzegł srebrny błysk w kie­szeni na piersi. Odru­chowo wycią­gnął rękę, zła­pał to coś, szarp­nął, aż zna­la­zło się mię­dzy ich twa­rzami. Ludzie przy sąsied­nich sto­li­kach sap­nęli, widząc, co trzyma. Dłoń Wang Juna zatrzę­sła się w nie­opa­no­wa­nym dygo­cie, a potem odcięty palec Tybe­tań­czyka, wciąż zdobny w pier­ścień z paty­no­wa­nego sre­bra z tur­ku­sami, wyśli­znął mu się z ręki, lądu­jąc w wie­przo­wi­nie yu xiang.

Obcy uśmiech­nął się, bez­na­mięt­nym, zre­zy­gno­wa­nym uśmie­chem.

- Dawaj kostkę, bo też sobie wezmę coś na pamiątkę.

Wang Jun kiw­nął głową i powoli się­gnął do kie­szeni. Spoj­rze­nie cudzo­ziemca powę­dro­wało za jego dło­nią.

Wolną ręką Wang Jun despe­racko nabrał garść parzą­cego dofu. Zanim facet zare­ago­wał, cisnął mu je, pełne ostrych papry­czek i pie­przu, pro­sto w te zimne, nie­bie­skie oczy. Gdy obcy zawył, Wang Jun zato­pił ostre, żółte zęby w bla­dej skó­rze trzy­ma­ją­cych go dłoni. Obcy puścił Wang Juna i zaczął wście­kle trzeć pie­kące oczy; ze zra­nio­nych rąk pły­nęła krew.

Wang Jun odzy­skał wol­ność i puścił się pędem w ciemne zaułki, które znał naj­le­piej, zosta­wia­jąc za sobą wrzesz­czą­cego cudzo­ziemca.

***

Deszcz się wzma­gał, nad Chengdu nad­cią­gał z powro­tem ostrzej­szy niż przed­tem chłód. Beton i budynki pro­mie­nio­wały zim­nem, a oddech Wang Juna zmie­niał się w parę. Kulił się w swoim kar­to­nie z logo Sto­ne­Aili­xin Com­pu­ters na boku. Ujrzaw­szy rysunki poni­żej logo, domy­ślił się, że były w nim tele­fony sate­li­tarne. Zwi­nął się w kłę­bek w środku, tuląc resztki swo­jego dzie­ciń­stwa.

Wciąż pamię­tał wieś, z któ­rej tu przy­szedł, oraz, tro­chę nie­wy­raź­nie, dom z cegieł z błota. Nieco lepiej - wyrzeź­bione w tarasy wzgó­rza, goni­twy po tych tara­sach. Zabawę mode­lem pio­no­wzlotu w cie­płym wio­sen­nym bło­cie, pod­czas gdy jego rodzice tru­dzili się, sto­jąc po kostki w bru­nat­nej wodzie, w któ­rej kieł­ko­wały zie­lone pędy ryżu. Póź­niej, opusz­cza­jąc wymarłą wio­skę, prze­szedł przez te same tarasy, zaro­śnięte nie­ze­braną trawą.

Sie­dząc w zim­nym cie­niu wie­żow­ców z eks­pre­so­wego betonu, pogła­dził model pio­no­wzlotu. Skła­dane w górę i w dół skrzy­dła dawno odpa­dły i się zgu­biły. Odwró­cił go, patrząc na odlany ze stali kadłub. Wycią­gnął z kie­szeni info­kostkę i przyj­rzał się jej. Zwa­żył w dłoni kostkę i zabawkę. Pomy­ślał o palcu Tybe­tań­czyka, odcię­tym razem ze srebr­nym pier­ście­niem, i się wzdry­gnął. Siwy facet o nie­bie­skich oczach na pewno go szuka. Rozej­rzał się po kar­to­nie. Wetknął do kie­szeni samo­lo­cik, zbu­twiały koc zosta­wił. Wziął żółtą anchuan maozi, odbla­skową czapkę, noszoną przez dzieci w dro­dze do szkoły, którą zabrał chłopcu jesz­cze mniej­szemu od sie­bie. Nacią­gnął żółtą wełnę głę­boko na uszy, wsa­dził kostkę głę­boko do kie­szeni i odszedł, nie oglą­da­jąc się za sie­bie.

***

Kiedy zna­lazł Gao Trzy Palce w barze, ten zawo­dził wła­śnie do kara­oke. Towa­rzy­szyła mu para kobiet o gład­kiej skó­rze i twar­dych, pustych oczach, ubra­nych w szan­ghaj­skie qipao. Zapięte wysoko pod szyją, w ofi­cjal­nym stylu, ale z roz­cię­ciami nie­mal po pas. Kiedy pod­szedł, Trzy Palce wytrzesz­czył nań oczy przez zady­mione czer­wone świa­tło.

- Czego?

- Masz kom­pu­ter, który prze­czyta coś takiego? - Poka­zał mu kostkę.

Trzy Palce wpa­trzył się w kostkę i wycią­gnął po nią rękę.

- Skąd to wzią­łeś?

Wang Jun uniósł ją wyżej, ale nie wypu­ścił z ręki.

- Zabra­łem takiemu jed­nemu.

- Temu samemu, co te oku­lary?

- Może tak.

Trzy Palce przyj­rzał się kostce.

- Nie­stan­dar­dowa. Widzisz te bolce w środku?

Wang Jun zer­k­nął na gniazdko.

- Są tylko trzy. Żeby to prze­czy­tać, potrzebna będzie jakaś przej­ściówka. A nawet wtedy może się nie udać. Zależy pod jaki sys­tem ope­ra­cyjny to jest zro­bione.

- To co mam zro­bić?

- Daj mi.

- Nie. - Wang Jun zro­bił krok w tył.

Jedna z kobiet zachi­cho­tała, roz­ba­wiona dia­lo­giem mię­dzy drob­nym mafioso a małym ulicz­ni­kiem. Szturch­nęła Trzy Palce w pierś.

- Zostaw tego tao­fan­zhe. Skup się na nas. - I znów zachi­cho­tała.

Wang Jun łyp­nął na niego. Trzy Palce ode­pchnął dziew­czynę do towa­rzy­stwa.

- Daj­cie mi spo­kój.

Wydęła usta, osten­ta­cyj­nie ura­żona, ale poszła sobie i zabrała kole­żankę.

Trzy Palce wycią­gnął rękę.

- Daj obej­rzeć. Jak się temu tamade nie przyj­rzę, nie będę mógł ci pomóc.

Wang Jun zmarsz­czył brwi, ale wycią­gnął rękę z kostką. Trzy Palce obró­cił ją w dło­niach. Zaj­rzał do gniazdka, potem kiw­nął głową.

- To jest pod Huan­gLong OS - Rzu­cił mu ją z powro­tem i dodał: - Spe­cja­li­zo­wany sys­tem medyczny. Uży­wają go do ope­ra­cji mózgu, mapo­wa­nia DNA i tak dalej. Bar­dzo spe­cja­li­styczny. Skąd to wytrza­sną­łeś?

Wang Jun wzru­szył ramio­nami.

- Ktoś mi to dał.

- Fang pi. - Pie­przysz.

Wang Jun zamilkł, zmie­rzyli się wzro­kiem, Trzy Palce ode­zwał się:

- Xing, kupię to od cie­bie. Tak z czy­stej cie­ka­wo­ści. Dam ci pięć juanów. Sprze­da­jesz?

Wang Jun pokrę­cił głową.

- No dobra. Dzie­sięć i koniec.

Wang Jun znów pokrę­cił głową.

Gao Trzy Palce zmarsz­czył brwi.

- Nagle się doro­bi­łeś, czy co?

- Nie chcę jej sprze­dać. Chcę się dowie­dzieć, co na niej jest.

- To tak samo, jak ja.

Ponow­nie zmie­rzyli się wzro­kiem, tym razem dłu­żej. Wresz­cie Gao rzu­cił:

- Niech będzie. Pomogę ci. Ale jak będzie tam coś war­to­ścio­wego, to biorę trzy czwarte zysku.

- Yi ban.

Trzy Palce prze­wró­cił oczyma.

- A niech tam. Połowę.

***

- Dokąd idziemy?

Trzy Palce szedł szyb­kim kro­kiem przez chłodną mgłę. Pro­wa­dził Wang Juna przez coraz cia­śniej­sze zaułki. Domy zmie­niały cha­rak­ter, nowo­cze­sne lśniące szkło i stal ustę­po­wały cegle z błota, strze­chom i gon­tom. Ulica robiła się kamienna, wybo­ista, a z ciem­nych drew­nia­nych bram gapiły się na nich sta­ruszki. Wang Jun zer­kał na nie podejrz­li­wie. Śle­dziły ich obo­jęt­nie, zapa­mię­tu­jąc, że tędy prze­szli.

Trzy Palce przy­sta­nął i wycią­gnął paczkę red pagoda. Wetknął papie­rosa do ust.

- Palisz?

Wang Jun poczę­sto­wał się i nachy­lił się nad zapa­laną zapałką. Roz­bły­sła mocno i żółto, a potem przy­ga­sła pod napo­rem mokrego powie­trza. Zacią­gnął się mocno papie­ro­sem i wypu­ścił dym. Gao zapa­lił swo­jego.

- Dokąd idziemy?

Trzy Palce wzru­szył ramio­nami.

- Tutaj. - Wska­zał brodą budy­nek za nimi.

Palił jesz­cze z minutę, potem cisnął nie­do­pa­łek na wil­gotne kamie­nie i zdep­tał go czar­nym bucio­rem.

- Zgaś fajkę. Szko­dzi kom­pu­te­rom.

Wang Jun pstryk­nął papie­ro­sem o ścianę. Nie­do­pa­łek syp­nął iskrami, odbi­ja­jąc się, i spadł, dymiąc, na zie­mię. Trzy Palce pchnął drew­niane drzwi. Łusz­czyła się z nich farba, a futryna była wypa­czona, musiał więc naprzeć moc­niej - drzwi gło­śno zaskrzy­piały, kiedy wcho­dzili.

W pół­mroku Wang Jun dostrzegł dzie­siątki moni­to­rów. Jarzyły się wyga­sza­czami ekra­nów i danymi. Widział prze­wi­ja­jące się kolumny zna­ków i cyfr, pod­łą­czo­nych do odle­głych sieci infor­ma­cji. Ludzie sie­dzieli przy moni­to­rach w ciszy prze­ry­wa­nej tylko nie­ustan­nym kle­ko­tem szybko naci­ska­nych kla­wi­szy.

Trzy Palce zacią­gnął Wang Juna do jed­nego z mil­czą­cych tech­ni­ków i zapy­tał:

- He Dan, dasz radę to odczy­tać?

Szturch­nął Wang Juna, Wang Jun wycią­gnął kostkę. He Dan wyjął mu ją z ręki zręcz­nymi paję­czymi pal­cami i przy­su­nął w pół­mroku do oczu. Wzru­szyw­szy ramio­nami, zaczął grze­bać w sto­sie, szu­ka­jąc odpo­wied­niej przej­ściówki. Zna­lazł ją i pod­łą­czył do zwi­sa­ją­cego kabla, potem pod­piął przej­ściówkę do kostki. Postu­kał w kom­pu­ter, ramki okien zami­go­tały i zmie­niły kolor. Poja­wiło się nowe okienko, w odpo­wie­dzi naci­snął jeden kla­wisz.

- Gdzie ja jestem? - roz­le­gło się, tak gło­śno, że gło­śniki zatrzesz­czały od prze­ste­ro­wa­nia.

Gdy głos roz­darł ciszę, wszy­scy tech­nicy pod­sko­czyli. Dan przy­krę­cił gło­śność. Głos ode­zwał się jesz­cze raz, ciszej.

- Halo? - Czuło się w nim nutę stra­chu. - Jest tam kto?

- Tak - odru­chowo odpo­wie­dział Wang Jun.

- Gdzie ja jestem? - drżąco zapy­tał głos.

- W kom­pu­te­rze - odparł Wang Jun.

Trzy Palce klep­nął go po poty­licy.

- Cicho.

- Co? - powie­dział głos.

Słu­chali w mil­cze­niu.

- Ktoś powie­dział, że jestem w kom­pu­te­rze?

Wang Jun potwier­dził:

- Tak, jesteś w kom­pu­te­rze. A kim ty jesteś?

- Jestem w kom­pu­te­rze? - Głos był zdu­miony. - Robili mi ope­ra­cję. Jak to "jestem w kom­pu­te­rze"?

- Kim ty jesteś? - Wang Jun zigno­ro­wał groźne spoj­rze­nie Trzech Pal­ców.

- Jestem Naed Delhi, dzie­więt­na­sty Dalaj­lama. A ty?

Stu­kot kla­wia­tur umilkł. Nikt się nie odzy­wał. Wang Jun sły­szał cichutko pra­cu­jące wen­ty­la­tory i wysoki, rezo­nan­sowy pisk moni­to­rów. Tech­nicy poodw­ra­cali się i zapa­trzyli na trio sto­jące wokół gada­ją­cego kom­pu­tera. Wang Jun usły­szał, jak na zewnątrz ktoś odchrzą­kuje i spluwa. Kom­pu­ter mówił dalej, nie­po­mny na efekt wła­snych słów.

- Halo? Z kim roz­ma­wiam?

- Jestem Wang Jun.

- Dzień dobry. Czemu nic nie widzę?

- Jesteś w kom­pu­te­rze. Nie masz oczu.

- Ale sły­szę. Czemu sły­szę, a nie widzę?

Wtrą­cił się He Dan:

- Emu­la­tor, na któ­rym cho­dzi twój pro­gram, nie jest kom­pa­ty­bilny z wej­ściem wideo.

- Nie rozu­miem.

- Jesteś kon­struk­tem sztucz­nej inte­li­gen­cji. Twoja świa­do­mość jest opro­gra­mo­wa­niem. Infor­ma­cje dosta­jesz ze sprzętu. Na sys­te­mie, gdzie cię zain­sta­lo­wa­li­śmy, on nie jest kom­pa­ty­bilny.

- Nie jestem żad­nym opro­gra­mo­wa­niem. - Głos zady­go­tał. - Jestem Dalaj­lamą tra­dy­cji gelug. Dzie­więt­na­stym rein­kar­no­wa­nym wcie­le­niem. Nie było mi pisane wcie­le­nie się w opro­gra­mo­wa­nie. Chyba się myli­cie.

- Naprawdę jesteś Dalaj­lamą? - zapy­tał Wang Jun.

- Tak - odpo­wie­dział kom­pu­ter.

- To jak... - zaczął Wang Jun, ale Trzy Palce odcią­gnął go od kom­pu­tera, zanim zdą­żył sfor­mu­ło­wać pyta­nie.

Ukląkł przed nim. Trzę­są­cymi się rękami chwy­cił go za koł­nierz koszuli. Gdy ich twa­rze nie­mal się zetknęły, wysy­czał:

- Gdzie zna­la­złeś tę kostkę?

Wang Jun wzru­szył ramio­nami.

- Ktoś mi ją dał.

Ręka Gao roz­myła się i ude­rzyła go w twarz. Pod­sko­czył od impetu. Twarz go paliła. Tech­nicy przy­glą­dali się, jak Trzy Palce syczy:

- Nie kłam. Skąd ją masz?

Wang Jun dotknął twa­rzy.

- Od Tybe­tań­czyka. Od takiego Tybe­tań­czyka, co sprze­da­wał kości tygrysa, i dru­giego gościa z Hunanu. I był tam trup. Wielki cudzo­zie­miec. To jego oku­lary ci sprze­da­łem.

Trzy Palce odchy­lił głowę i wpa­trzył się w sufit.

- Nie kłam. Ty wiesz, co to zna­czy, że na kostce, którą nosi­łeś sobie w kie­szeni, jest Dalaj­lama? - Potrzą­snął nim. - Wiesz, co to zna­czy?

Wang Jun zawył.

- Mia­łem ją oddać takiemu face­towi w bia­łych ręka­wicz­kach, ale on nie przy­szedł. I był jesz­cze jeden. Cudzo­zie­miec, zabił tego Tybe­tań­czyka i odciął mu palec i mi też chciał i ucie­kłem i... - Głos zała­mał mu się, prze­cho­dząc w beł­ko­tliwy jęk.

Trzy Palce zła­pał go za szyję i ści­snął, aż zadzwo­niło mu w uszach, a w oczach zro­biło się ciemno. Z daleka dobiegł jego głos:

- Nie wypła­kuj mi się tutaj. Nie jestem twoją matką. I tak mam ciężko, więc nie utrud­niaj mi życia, bo obe­tnę ci język. Rozu­miesz?

Wang Jun kiw­nął głową. Trzy Palce puścił go, mówiąc:

- To świet­nie. Teraz idź poga­daj z kom­pu­te­rem.

Wang Jun nabrał tchu i poczła­pał z powro­tem do Dalaj­lamy.

- Skąd się wzią­łeś w kom­pu­te­rze? - zapy­tał.

- Skąd wiesz, że jestem w kom­pu­te­rze?

- Bo pod­łą­czy­li­śmy tutaj tę kostkę i wtedy zaczą­łeś mówić.

Kom­pu­ter się nie ode­zwał.

- Jak tam jest? - spró­bo­wał Wang Jun.

- Mar­two i strasz­nie - powie­dział kom­pu­ter. Potem dodał: - Mia­łem mieć ope­ra­cję i nagle zna­la­złem się tutaj.

- Śniło ci się coś?

- Nie pamię­tam.

- Jesteś przy­wódcą buntu prze­ciwko mojemu kra­jowi?

- Mówisz po chiń­sku. Jesteś z Chin?

- Tak. Czemu pod­bu­rzasz tych ludzi w Tybe­cie?

- Gdzie jest ten kom­pu­ter?

- W Chengdu.

- Och. To spory kawał od Bom­baju - wyszep­tał kom­pu­ter.

- Jesteś z Bom­baju?

- Mia­łem mieć ope­ra­cję w Bom­baju.

- Czu­jesz się tam samotny?

- Aż do tej chwili nic nie pamię­ta­łem. Ale czuję kom­pletny bez­ruch. Śmier­telny bez­ruch. Sły­szę cię, ale nic nie czuję. Nic tu nie ma. Boję się, że mnie też tu nie ma. To obłęd. Stra­ci­łem wszyst­kie zmy­sły. Wycią­gnij mnie z tego kom­pu­tera. Pomóż mi. Zabierz mnie z powro­tem do mojego ciała. - Kom­pu­te­rowy głos, wibru­jący w gło­śni­kach, brzmiał bła­gal­nie.

- Możemy go sprze­dać - stwier­dził obce­sowo Trzy Palce.

Wang Jun popa­trzył na niego.

- Nie może­cie go sprze­dać.

- Komuś jest potrzebny, skoro cię szuka. Da się go sprze­dać.

- Nie może­cie mnie sprze­dać. Muszę wró­cić do Bom­baju. Skoro tu jestem, pew­nie nie mogą mi zro­bić ope­ra­cji. Muszę wró­cić. Musi­cie mnie tam zabrać.

Wang Jun kiw­nął głową. Trzy Palce uśmiech­nął się zło­śli­wie. He Dan powie­dział:

- Musimy go odłą­czyć. Pozba­wiony bodź­ców zwa­riuje, zanim się zde­cy­du­je­cie, co z nim zro­bić.

- Zacze­kaj­cie - wtrą­cił Dalaj­lama. - Pro­szę, nie odłą­czaj­cie mnie jesz­cze. Boję się. Boję się, że znów mnie nie będzie.

- Wyłącz go - pole­cił Trzy Palce.

- Cze­kaj­cie - powie­dział kom­pu­ter. - Posłu­chaj­cie mnie. Jeśli moje ciało umarło, musi­cie znisz­czyć kom­pu­ter, w któ­rym jestem. Boję się, że nie uda mi się ponow­nie wcie­lić. Że Pal­den Lhamo nie będzie mogła zna­leźć mojej duszy. Jest potężna, ale choć pły­nie oce­anem krwi, sie­dząc na skó­rze wła­snego syna-zdrajcy, może mnie nie zna­leźć. Moja dusza będzie tu tkwić, nie­na­tu­ral­nie zakon­ser­wo­wana, choć moje ciało już się roz­kłada. Obie­caj­cie mi, pro­szę. Nie może­cie mnie zosta­wić...

He Dan wyłą­czył kom­pu­ter.

Trzy Palce zer­k­nął nań, uno­sząc brwi.

He Dan wzru­szył ramio­nami.

- Może to i Dalaj­lama. Skoro za tym dziec­kiem-żebra­kiem ganiają jacyś ludzie, to bar­dziej wia­ry­godne. Nie byłoby trudno ścią­gnąć z niego macierz świa­do­mo­ści w cza­sie jakiejś ope­ra­cji.

- Ale kto by to chciał zro­bić?

He Dan znów wzru­szył ramio­nami.

- Wokół niego toczy się tyle róż­nych poli­tycz­nych kon­flik­tów, że ciężko powie­dzieć. W takiej kostce jest bar­dzo wygod­nym zakład­ni­kiem. Eks­tre­mi­ści tybe­tań­scy, Ame­ry­ka­nie, my, może i Unia Euro­pej­ska, każdy by chciał mieć takiego zakład­nika.

- Jak mam go sprze­dać, muszę wie­dzieć, kto go tam wsa­dził - powie­dział Trzy Palce.

He Dan ski­nął głową, a wtedy drzwi eks­plo­do­wały do środka. Syp­nęło drza­zgami, ciemne pomiesz­cze­nie roz­świe­tliły snopy świa­tła. Na zewnątrz zawyły pio­no­wzloty, przez drzwi wdarły się jaskrawe lampy, a za nimi roz­legł się szybki tupot cięż­kich butów. Wang Jun instynk­tow­nie przy­kuc­nął, gdy tym­cza­sem coś wysy­sało powie­trze z pomiesz­cze­nia, aż eks­plo­do­wały moni­tory, zasy­pu­jąc jego i tech­ni­ków szkłem. Wszy­scy krzy­czeli, Wang Jun poczuł zapach dymu. Wstał, wyjął info­kostkę z przej­ściówki i wsu­nął się pod stół, dokład­nie w chwili gdy o ścianę nad nim zastu­kały dro­biny śrutu.

Widział, jak Trzy Palce gmera przy pasku, a potem sztyw­nieje, gdy na jego piersi wykwi­tły czer­wone kleksy. Inni tech­nicy też padali, upstrzeni krwa­wymi pla­mami. Wang Jun sku­lił się pod sto­łem, kiedy przez drzwi wpa­dły syl­wetki w czar­nych pan­cer­zach. Wło­żył kostkę do ust, myśląc, że połknie ją, zanim go znajdą. Roz­le­gły się kolejne wybu­chy, nagle ściana nad nim znik­nęła w kako­fo­nii cegieł i gruzu. Wygra­mo­lił się spod ruiny pośród krzy­ków. Pochy­lony nisko, bie­gnąc, stał się zale­d­wie cie­niem małego dziecka. Nie­istot­nym cie­niem w desz­czu, w grze świa­teł pozo­sta­wio­nych za ple­cami żoł­nie­rzy.

***

Sku­lił się w cie­niu we wnęce drzwi, obra­ca­jąc kostkę w dło­niach, z pełną sza­cunku fascy­na­cją gła­dząc jej błę­kitną pla­sti­kową powierzch­nię. Deszcz skra­plał się w chłodną mgłę, wil­goć kapała mu z nosa. Dygo­tał. Kostka była zimna. Zasta­na­wiał się, czy ten Dalaj­lama coś tam w środku czuje. Ludzie nad­cho­dzili bocz­nymi ulicz­kami, nie zwra­ca­jąc uwagi na mały cień w drzwiach. Ich syl­wetki powsta­wały z mgły, nabie­rały ostro­ści i indy­wi­du­al­nych rysów w świe­tle latarń, potem znów roz­pły­wały się w cie­niu.

Widział, jak w oddali star­tują pio­no­wzloty, pod­świe­tlone w mroku reflek­to­rami star­to­wymi. Patrzył na skrzy­dła, opa­da­jące i roz­pro­sto­wu­jące się ponad mokrymi gon­tami dachów. Potem znik­nęły, przy­śpie­sza­jąc z sykiem. Wbrew zdro­wemu roz­sąd­kowi wró­cił tam, przy­łą­cza­jąc się do innych miesz­kań­ców powoli prze­szu­ku­ją­cych rumo­wi­sko zbu­rzo­nego budynku. Poru­szali się meto­dycz­nie, pochy­leni. Pod­no­sili cegły. Odwra­cali roz­bite moni­tory. Grze­bali tru­pom w kie­sze­niach. Nie widział ani śladu Trzech Pal­ców. Wąt­pliwe, by prze­żył. Natra­fił nato­miast na He Dana - w kawał­kach.

Raz jesz­cze obró­cił kostkę w dło­niach.

- Skąd to masz?

Pod­sko­czył spło­szony i już miał rzu­cić się do ucieczki, ale dłoń chwy­ciła go i unie­ru­cho­miła. Kobieta, Chinka, w bia­łych ręka­wicz­kach. Wytrzesz­czył oczy na przy­trzy­mu­jącą go rękę.

- Masz coś dla mnie? - zapy­tała. Jej man­da­ryń­ski był kla­rowny i wyedu­ko­wany, ide­alny, jakby pocho­dziła z samego Pekinu.

- Nie wiem.

- To twoje?

- Nie.

- Nie mia­łeś mi tego dać?

- Nie wiem.

- Nie zna­la­złam cię na moście.

- Czemu nie przy­szłaś?

- Wszystko się spóź­niało - odparła. Zmru­żone oczy pociem­niały.

Wang Jun wycią­gnął rękę i dał jej info­kostkę.

- Musisz na nią uwa­żać. W środku jest Dalaj­lama.

- Wiem. Szu­ka­łam cie­bie. Już się bałam, że nie znajdę. Chodź. - Kiw­nęła na niego. - Zmar­z­łeś. Czeka na cie­bie spa­nie i jedze­nie. - Ski­nęła jesz­cze raz.

Wang Jun wyszedł za nią z kory­ta­rza, pro­sto w deszcz.

***

Pro­wa­dziła go przez mokre ulice. W myślach kłę­biły mu się obrazy pio­no­wzlo­tów, wybu­cha­ją­cych moni­to­rów i krwa­wej śmierci Trzech Pal­ców; roz­glą­dał się nie­uf­nie na kolej­nych skrzy­żo­wa­niach, idąc uli­cami sta­rego Chengdu.

Kobieta trzy­mała go mocno za rękę i pro­wa­dziła sta­now­czo - choć co chwila skrę­cali, cały czas przy­bli­żali się do miej­skiego masywu. Świe­tli­sta bryła góro­wała nad nimi, robot­nicy zwi­sa­jący z niej na paję­czych linach wyda­wali się mali jak uwi­ja­jące się mrówki, powoli budu­jące sobie mro­wi­sko.

Wresz­cie zna­leźli się pod jego szkie­le­tem. Szli przez mokre, orga­niczne kory­ta­rze w głąb rosną­cej istoty. Wang Jun poczuł zapach kom­po­stu i śmierci. W miarę jak wcho­dzili głę­biej w archi­tek­to­niczne zwie­rzę, powie­trze robiło się coraz cie­plej­sze i bar­dziej wil­gotne. Świe­cące chipy wsz­cze­pione w nad­garstki kobiety prze­pusz­czały ich przez kolejne bramki budowy, aż dotarli do windy, klatki, która ruszyła w górę przez trze­wia Huojian­zhu, sunąc po gład­kich orga­nicz­nych szy­nach. Przez jej pręty widział ukoń­czone pię­tra, lśniące, gotowe do zamiesz­ka­nia, ze ścia­nami uda­ją­cymi pole­ro­waną stal, z pło­ną­cymi w kin­kie­tach świe­tlów­kami. Widział też pię­tra, gdzie na razie ist­niał tylko seg­men­to­wany szkie­let potwora. Mon­strum o odsło­nię­tych kościach; bio­lo­giczne wydzie­liny, poły­sku­jące i ośli­złe. Kości pokry­wał krzep­nący sili­ko­nowy śluz, spły­wa­jący i spię­trza­jący się w kolejne war­stwy ścian. Huojian­zhu rosło, a jego wzro­stu doglą­dali Bio­tekci i budow­lańcy, kie­ru­jąc nim i dba­jąc, by zga­dzał się z ich sta­ran­nie wypra­co­waną wizją. Piękna kobieta i Wang Jun jechali jesz­cze wyżej.

Dotarli na nie­mal ukoń­czone pię­tro. Kroki kobiety ponio­sły się echem po kory­ta­rzu. Pode­szła do drzwi. Deli­kat­nie musnęła dło­nią ich powierzch­nię. Skóra drzwi poru­szyła się pod doty­kiem, tak nie­znacz­nie, że Wang Jun nie był pewien, czy ustą­piła pod ręką, czy wysu­nęła się jej naprze­ciw. Drzwi otwo­rzyły się i ujrzał pod­niebne luk­susy, o któ­rych zawsze marzył.

***

Obu­dził się w pokoju z łóż­kiem tak mięk­kim, że aż roz­bo­lały go plecy, i podusz­kami tak pucha­tymi, że można by się udu­sić. Skądś dobie­gały głosy:

- ...żebrak. Nikt - mówiła ona.

- To wyka­suj go i wypuść.

- Ale on nam pomógł.

- No to daj mu jesz­cze pie­nią­dze.

Potem głosy się odda­liły, a on wbrew sobie znowu zasnął.

***

Otu­liły go mięk­kie podu­chy fotela, tak prze­past­nego, że sto­pami nie się­gał do ele­ganc­kiej, gład­kiej mięk­kiej pod­łogi z praw­dzi­wego drewna. Był już dobrze wypo­częty, wresz­cie wygra­mo­lił się z cie­płego łona pościeli i krę­pu­ją­cych podu­szek. Wokół, na gła­dzi bia­łych ścian wisiały malo­wi­dła shan shui1, na pół­kach w niszach stały wypa­lane w misterne wzory wazy dawno wymar­łych chiń­skich dyna­stii. Kuch­nia, z którą zdą­żył już się zapo­znać, kiedy obser­wo­wał, jak kobieta, która wyglą­dała na Chinkę, ale nie była nią, przy­go­to­wy­wała mu górę jedze­nia na pal­ni­kach pło­ną­cych jak słońca i parzyła her­batę z pły­ną­cego z kranu wrzątku. W innych poko­jach świa­tła zapa­lały się i gasły, kiedy wcho­dził do nich i wycho­dził, leżały tam dywany, mięk­kie poła­cie jasnej tka­niny, zawsze cie­płej w dotyku. Teraz zaś sie­dział w prze­past­nym fotelu i ciem­nymi oczyma przy­pa­try­wał się, jak kobieta i jej towa­rzysz-cudzo­zie­miec cho­dzą w kółko. Za nimi, na półce leżała kostka z Dalaj­lamą, błę­kitna i mała.

- Sile?

Wang Jun pod­sko­czył na dźwięk jej głosu, zabiło mu serce. Za oknami miesz­ka­nia wisiała gęsta cheng­duń­ska mgła, zastała i wil­gotna. Już nie padało. Wygra­mo­lił się z fotela i pod­szedł do okna. Nie było widać świa­teł mia­sta w dole. Mgła była zbyt gęsta. Kobieta przy­glą­dała mu się, a jej towa­rzysz mówił:

- No tak, albo Chiń­czycy, albo Euro­pej­czycy zro­bili mu parę dziur gło­wie. A teraz są wku­rzeni, bo go stra­cili.

- To co robimy?

- Cze­kam na jakieś wska­zówki z amba­sady. Tybe­tań­czycy chcą go znisz­czyć. Nic, tylko maru­dzą, że jak się tego nie znisz­czy, to jego dusza się nie odro­dzi.

Zaśmiała się.

- Może prze­pi­szemy go do nowego ciała?

- To świę­to­kradz­two.

- Tak by pomy­śleli? Ci fana­tycy są tacy...

- ...nie­ustę­pliwi - dokoń­czył za nią.

- Czyli cała misja na nic?

- Bez ciała nie­wiele z niego mamy. Jeśli prze­pi­szemy go do nowego, Tybe­tań­czycy go nie uznają. Bez wyznaw­ców, żaden z niego śro­dek naci­sku na Chiń­czy­ków.

Wes­tchnęła.

- Jak ja nie lubię z nimi pra­co­wać.

- Gdyby nie Tybe­tań­czycy, nawet byśmy nie mieli poję­cia, gdzie szu­kać tego dzie­ciaka.

- No tak, a teraz grożą, że jeśli go nie oddamy, Pali Lama obe­drze nas ze skóry czy coś w tym stylu.

- Pal­den Lhamo - popra­wił ją.

- Jak?

- Pal­den Lhamo - powtó­rzył. - Tybe­tań­ska bogini. Podobno pro­tek­torka Tybetu i naszego cyfro­wego przy­ja­ciela. - Wska­zał brodą kostkę na półce. - Na obra­zach jedzie na mule przez morze krwi, a zamiast derki ma pod sio­dłem skórę zdartą z wła­snego syna.

- Prze­miłą kul­turę mają.

- Powin­naś zoba­czyć te obrazy: czer­wone włosy, naszyj­niki z cza­szek...

- Wystar­czy.

Wang Jun zapy­tał:

- Mogę otwo­rzyć okno?

Kobieta zer­k­nęła na męż­czy­znę. Wzru­szył ramio­nami.

- Suibian - odrze­kła.

Wang Jun odblo­ko­wał zamki i obró­cił wielką szybę. Do pokoju wlało się chłodne powie­trze. Wychy­la­jąc się daleko, zaj­rzał w poma­rań­czowy poblask mgły. Pogła­dził gąb­cza­sty, orga­niczny egzosz­kie­let budynku, wytrzy­mały, pełen dziur pla­ster miodu. W dole maja­czyły ledwo widoczne, poru­sza­jące się syl­wetki robot­ni­ków budow­la­nych wspi­na­ją­cych się po powierzchni kon­struk­cji. Za jego ple­cami roz­mowa toczyła się dalej.

- To co robimy?

Mach­nął w stronę kostki.

- Zawsze możemy pod­piąć Jego Emi­nen­cję do kom­pu­tera i zapy­tać o radę.

Wang Jun nad­sta­wił uszu. Chciał jesz­cze raz usły­szeć czło­wieka w kom­pu­te­rze.

- A Chiń­czycy będą chcieli pohan­dlo­wać, mimo że nie ma ciała?

- Moż­liwe. Pew­nie wsa­dzi­liby go gdzieś do szu­flady, żeby zbie­rał kurz. Paso­wa­łoby im, żeby ni­gdy się ponow­nie nie wcie­lił. Jeden kło­pot z głowy.

- To może da się coś za niego wycią­gnąć.

- Ale nie za dużo. Bo nawet jak się odro­dzi, to co? I tak skutki odczują dopiero za dwa­dzie­ścia lat. - Wes­tchnął. - Nego­cja­cje zaczy­nają się jutro. W biu­rze i tak już prze­bą­kują, że to fia­sko. Już cho­dzą jakieś pogło­ski, że nas odwo­łają, nim zaczną się te roz­mowy. Dobrze, że przy­naj­mniej Unia go nie zgar­nęła.

- Z przy­jem­no­ścią wrócę do Kali­for­nii.

- Taa.

Wang Jun odwró­cił się od okna i zapy­tał:

- Zabi­je­cie go?

Para spoj­rzała po sobie. Męż­czy­zna odwró­cił się, mru­cząc coś pod nosem. Wang Jun powstrzy­mał się od odpo­wie­dzi na tę nie­uprzej­mość. Zamiast tego powie­dział:

- Jestem głodny.

- Znowu jest głodny - mruk­nął facet.

- Zostały już tylko dania z torebki - odparła kobieta.

- Xing - powie­dział Wang Jun.

Kobieta poszła do kuchni, a on sku­pił wzrok na ciem­no­błę­kit­nym poły­sku leżą­cej na półce kostki.

- Zimno - ode­zwał się męż­czy­zna. - Zamknij okno.

Wang Jun wcią­gnął nosem docho­dzący z kuchni aro­mat sma­żo­nego jedze­nia. W brzu­chu mu zabur­czało, ale pod­szedł do okna.

- Dobrze.

***

Kiedy pełzł po szkie­le­cie bio­lo­gicz­nego mia­sta, mgła lepiła mu się do ciała. Wbi­jał palce w gąb­cza­stą jak pla­ster miodu powłokę, sły­szał dobie­ga­jący z dołu szum mia­sta Chengdu, ale go nie widział. Usły­szał prze­kleń­stwa i zadarł głowę. Świa­tło obry­so­wało piękną kobietę, która wyglą­dała na Chinkę, ale nią nie była, oraz męż­czy­znę. Wyglą­dali z okna swo­jego luk­su­so­wego apar­ta­mentu wysoko w górze.

Wbił pięść moc­niej w ścianę i zama­chał do nich wolną ręką, a potem szedł dalej w dół z pew­no­ścią sie­bie i zwin­no­ścią żebrzą­cej małpki. Zer­k­nął raz jesz­cze w górę, zoba­czył, jak męż­czy­zna pró­buje wyjść przez okno, a kobieta wciąga go z powro­tem.

Scho­dził dalej. Zanu­rzał się głę­biej we mgle, tęsk­niąc za śli­skim bez­pie­czeń­stwem bruku w dole. Mijał budow­lań­ców i Bio­tek­tów, pra­cu­ją­cych na noc­nej zmia­nie. Wszy­scy wisieli nie­bez­piecz­nie przy ścia­nie masywu, ale tylko on był tak odważny, by leźć po skó­rze stwo­rze­nia bez ochron­nej uprzęży. Patrzyli na niego ponuro, ale żaden go nie zatrzy­my­wał. Co ich obcho­dzi, że omskną mu się palce i spad­nie na bruk? Minął ich wszyst­kich i scho­dził dalej.

Kiedy raz jesz­cze zer­k­nął w górę, wypa­tru­jąc samot­nego okna, z któ­rego wyszedł, już go nie dostrzegł. Roz­pły­nęło się w gęstwi­nie zim­nej mgły. Domy­ślał się, że kobieta i męż­czy­zna nie będą go gonić. Że mają na gło­wie waż­niej­sze sprawy, niż ganiać po mokrych uli­cach Chengdu jed­nego dzie­ciaka-żebraka z bez­u­ży­teczną info­kostką. Uśmiech­nął się. Spa­kują się, pojadą do swo­jego kraju i zosta­wią go w Chengdu. Żebracy zawsze zostają.

Ręce zaczęły mu się trząść. I tak scho­dził już dłu­żej, niż wyda­wało mu się to moż­liwe. Masyw budynku był więk­szy, niż sobie wyobra­żał. Wbi­jał palce w gąb­cza­stą bio­masę powłoki Huojian­zhu, szu­ka­jąc kolej­nego opar­cia. Bolały go stawy pal­ców, drżały ramiona. Mimo bez­wietrz­nej pogody, na tej wyso­ko­ści było zimno. Mokra mgła i wil­gotne gąb­cza­ste ściany zię­biły mu palce, które drę­twiały. Z bole­śnie napiętą uwagą kon­tro­lo­wał każdy chwyt, bada­jąc jego sta­bil­ność i pew­ność.

Po raz pierw­szy zasta­no­wił się, ile minie czasu, zanim spad­nie. Scho­dze­nie trwało już za długo, a lepki chłód prze­ni­kał do kości. Mgła roze­szła się i dostrzegł roz­cią­ga­jące się wokół świa­tła Chengdu. Zoba­czyw­szy, jak wysoko jesz­cze wisi, utra­cił nadzieję.

Wbił palce w kolejny chwyt, lecz kiedy go obcią­żył, gąb­cza­sta masa ustą­piła: nagle zawisł na jed­nej sła­bej ręce, a wokół sza­leń­czo zawi­ro­wały świa­tła mia­sta. Despe­racko wyma­cy­wał kolejny uchwyt. Wbił stopy głę­biej w miękką powierzch­nię i zna­lazł go. Spoj­rzał tam, skąd ześli­znęła mu się ręka: zro­biło się tam głę­bo­kie pęk­nię­cie, z któ­rego powoli kapała mleczna krew bio­kon­struk­cji. Serce zaczęło mu walić, kiedy patrzył na tę ślu­zo­watą ranę i wyobra­żał sobie, jak ześli­zguje się i spada, roz­bry­zguje się na chod­niku, a jego krew ścieka do rynsz­toka. Sta­rał się opa­no­wać rosnącą panikę, gdy ręce zaczęły mu dygo­tać, gro­żąc odpad­nię­ciem od ściany. Potem zmu­sił się, żeby ruszyć koń­czy­nami i zejść jesz­cze tro­chę, poszu­kać jakie­goś miej­sca na odpo­czy­nek, nadziei na prze­trwa­nie na szorst­kiej skó­rze masywu.

Zaczął mówić do sie­bie. Powta­rzał sobie, że prze­żyje. Że nie spad­nie, nie zgi­nie na chod­niku. Nie on. Nie Xiao Wang. Nie, nie, już nie Xiao Wang. Nie Mały Wang. Wang Jun. Żoł­nierz Wang. Żoł­nierz Wang, choć powy­krę­cany i gar­baty, prze­żyje. Uśmiech­nął się. Wang Jun prze­żyje. Scho­dził dalej, cze­pia­jąc się ściany roz­dy­go­ta­nymi rękami i zdrę­twia­łymi pal­cami, sta­ran­nie wybie­ra­jąc chwyty i wresz­cie, gdy pomy­ślał, że dalej nie da rady, zna­lazł szcze­linę w powłoce Huojian­zhu i wśli­znął się w bez­pieczną kry­jówkę kanału.

Sta­nąw­szy na pew­nym pod­łożu, odwró­cił się i spoj­rzał na roz­po­ście­ra­jące się wokół świa­tła Chengdu. Za parę lat roz­ra­sta­jący się masyw prze­ro­śnie całe Chengdu. Cie­kawe, gdzie będą wtedy ganiać żebracy. Jakie ulice zostaną dla takich jak on? Się­gnął do kie­szeni, wyma­cał twarde kra­wę­dzie info­kostki. Wycią­gnął ją, wbił wzrok w ide­al­nie gładką nie­bie­ską powierzch­nię. Dosko­nałe, geo­me­tryczne brzegi. Tyle zamie­sza­nia wokół czło­wieka, który żyje tam w środku. Zwa­żył kostkę w dłoni. Lekka. Za lekka, żeby zmie­ścić całego czło­wieka. Przy­po­mniał sobie to krót­kie spo­tka­nie z Dalaj­lamą, w ciem­nym pomiesz­cze­niu, w świe­tle moni­to­rów. Ści­snął kostkę mocno w dłoni i pod­szedł na skraj kanału. W dole leżało Chengdu.

Zgiął rękę w zama­chu. Zamie­rzył się, by wypu­ścić zamknię­tego w krze­mo­wej kap­sułce Dalaj­lamę w powie­trze. Poleci łukiem i spad­nie, coraz szyb­ciej i szyb­ciej, potem roz­bije się o daleką zie­mię i wypu­ści go, żeby mógł wró­cić na ścieżkę ponow­nych naro­dzin. Przy­trzy­mał ramię w zgię­ciu, potem wyrzu­cił je rap­tow­nie przed sie­bie. Ręka dokoń­czyła zamach, lecz kostka z Dalaj­lamą wciąż tkwiła bez­piecz­nie w dłoni. Gładka, błę­kitna i nie­usz­ko­dzona.

Zasta­no­wił się. Pogła­dził ją, obma­cu­jąc kon­tury. A potem wsu­nął z powro­tem do kie­szeni, wylazł na zewnątrz i znów zaczął scho­dzić po skó­rze Huojian­zhu. Uśmie­chał się, wbi­ja­jąc palce w żywe ciało budowli. Zasta­na­wiał się, ile jesz­cze potrwa to scho­dze­nie i czy wylą­duje na ulicy cały i zdrowy, czy jako krwawa mia­zga. Chengdu wyda­wało się jesz­cze bar­dzo odle­głe.

Kostka spo­czy­wała w kie­szeni. Jeżeli spad­nie, roz­bije się i Dalaj­lama odzy­ska wol­ność. A jeżeli prze­żyje? Na razie ją zatrzyma. Póź­niej może znisz­czy. W kostce Dalaj­lama śpi, i nawet jeśli dłu­żej poczeka, nic szcze­gól­nego mu się nie sta­nie. A poza tym, pomy­ślał sobie Wang Jun, kto z tych wszyst­kich waż­nych ludzi na świe­cie może powie­dzieć, że ma Dalaj­lamę w kie­szeni?

Fletka

Fletka

Fletka kuliła się w ciem­no­ści, ści­ska­jąc w małych bla­dych rącz­kach ostatni poda­ru­nek Ste­phena. Madame Belari już pew­nie jej szuka. Słu­żący węszą po zamku jak zdzi­czałe psy, zaglą­dają pod łóżka, do sza­fek, za sto­jaki z winem, wszyst­kie zmy­sły spra­gnione jej tropu. Belari ni­gdy nie potra­fiła się domy­ślić, gdzie się ukryła. To słu­żący zawsze ją znaj­do­wali. Belari po pro­stu prze­cha­dzała się kory­ta­rzami i pozwa­lała im ją zna­leźć. Wyda­wało im się, że znają jej wszyst­kie kry­jówki.

Fletka prze­su­nęła się nieco. Nie­wy­godna pozy­cja nad­we­rę­żała jej i tak kru­che kości. Roz­pro­sto­wała się - na ile pozwa­lała jej na to cia­snota - po czym z powro­tem poskła­dała jak scy­zo­ryk, wyobra­ża­jąc sobie sie­bie jako kró­lika, któ­re­goś z tych trzy­ma­nych przez Belari w klat­kach, w kuchni: malut­kie, mięk­kie, o cie­płych, wil­got­nych oczach, mogły sie­dzieć i cze­kać całymi godzi­nami. Fletka zmu­siła się do cier­pli­wo­ści i nie zwra­cała uwagi na bole­sne pro­te­sty zgię­tego ciała.

Nie­długo będzie musiała się poka­zać, bo ina­czej madame Belari się znie­cier­pliwi i pośle po Bur­sona, szefa ochrony. Bur­son ścią­gnie tu swoje sza­kale i znowu zaczną polo­wać, prze­mie­rzą wszyst­kie pokoje, spry­skają pod­łogi fero­mo­no­wymi pre­pa­ra­tami i pójdą pro­sto do jej kry­jówki po neo­no­wym śla­dzie. Musi stąd wyjść, zanim przyj­dzie Bur­son. Madame Belari karała ją, jeśli służba mar­no­wała czas na ście­ra­nie fero­mo­nów.

Fletka znów zmie­niła pozy­cję. Zaczy­nały ją boleć nogi. Cie­kawe, czy mogą się poła­mać od takiego naprę­że­nia. Cza­sami dzi­wiła się, jak nie­wiele trzeba, żeby ją zła­mać. Lek­kie zde­rze­nie ze sto­łem i znowu jest w kawał­kach, a Belari zło­ści się za nie­dbałe obcho­dze­nie się z jej inwe­sty­cją.

Wes­tchnęła. Tak naprawdę była już pora wycho­dzić z ukry­cia, ale wciąż syciła się tą ciszą i samot­no­ścią. Jej sio­stra Nia ni­gdy tego nie rozu­miała. Za to Ste­phen... on tak. Gdy opo­wie­działa mu o swo­jej kry­jówce, myślała, że jej wyba­cza, bo jest łagodny. Teraz już rozu­miała. Ste­phen miał więk­sze sekrety niż głu­pia fletka. Więk­sze niż kto­kol­wiek się spo­dzie­wał. Obró­ciła w dło­niach maleńką fiolkę, czu­jąc jej szklaną gład­kość, pamię­ta­jąc zamknięte w środku bursz­ty­nowe kro­ple. Już za nim tęsk­niła.

Wokół jej kry­jówki nio­sły się echem kroki. Metal szo­ro­wał ostro o kamień. Fletka wyj­rzała przez szcze­linę w swo­jej zaim­pro­wi­zo­wa­nej twier­dzy. Poni­żej, w zam­ko­wej spi­żarni pię­trzył się pro­wiant. Mir­riam znowu jej szu­kała, szpe­ra­jąc za chło­dzo­nymi skrzyn­kami z szam­pa­nem na jutrzej­sze przy­ję­cie. Syczały i wypusz­czały mgiełkę, gdy Mir­riam z wysił­kiem je odsu­wała i zaglą­dała w ciemne wnęki za nimi. Fletka znała Mir­riam, kiedy obie były dziew­czyn­kami z mia­sta. Teraz róż­niły się od sie­bie jak życie i śmierć.

Mir­riam uro­sła, roz­kwi­tły jej piersi, roz­ro­sły się bio­dra, rumiana twarz uśmie­chała się i śmiała z wła­snego szczę­ścia. Kiedy przy­szły do Belari, obie były tego samego wzro­stu. Teraz zaś z Mir­riam zro­biła się doro­sła kobieta, o całe dwie stopy wyż­sza od fletki, o peł­nych, przy­jem­nych dla męskiego oka kształ­tach. I była lojalna. Dobrze słu­żyła Belari. Uśmiech­nięta, usłu­gu­jąca z przy­jem­no­ścią. Wszyst­kie takie były, kiedy przy­szły z mia­sta do zamku: Mir­riam, fletka i jej sio­stra Nia. A potem Belari posta­no­wiła, że zrobi z nich fletki. Mir­riam wolno będzie uro­snąć, za to one zostaną gwiaz­dami.

Mir­riam wypa­trzyła spię­trzoną nie­chluj­nie w kącie pira­midę serów i szy­nek. Zaczęła skra­dać się do niej, a fletka patrzyła i śmiała się z podej­rzeń pulch­nej dziew­czyny. Mir­riam dźwi­gnęła wielki krąg duń­skiego sera i zaj­rzała w szcze­linę.

- Lidia? Jesteś tam?

Fletka pokrę­ciła głową. Nie, pomy­ślała. Ale nie­źle zga­du­jesz. Rok temu bym tam była. Dała­bym radę, z wysił­kiem, prze­su­nąć te sery. Ale szam­pana już nie. Za szam­pa­nem bym się nie scho­wała.

Mir­riam wypro­sto­wała się. Jej twarz lśniła potem, od wysiłku prze­sta­wia­nia cięż­kich pro­duk­tów żywią­cych dom Belari. Przy­po­mi­nała lśniące, rumiane jabłko. Otarła czoło ręka­wem.

- Lidia, madame Belari zaczyna się zło­ścić. Jesteś samo­lubna. W sali prób czeka na cie­bie Nia.

Lidia kiw­nęła głową. Tak, Nia na pewno czeka w sali prób. Grzeczna sio­stra. Ona zaś jest nie­grzeczna. Cią­gle jej trzeba szu­kać. To przez Lidię karano je obie. Belari zre­zy­gno­wała już z prób dys­cy­pli­no­wa­nia Lidii bez­po­śred­nio. Zado­wa­lała się kara­niem obu sióstr, licząc, że poczu­cie winy wymusi posłu­szeń­stwo. To cza­sami dzia­łało. Ale nie teraz. Nie teraz, gdy odszedł Ste­phen. Lidia potrze­bo­wała spo­koju. Miej­sca, gdzie nikt na nią nie patrzy. Odosob­nie­nia. Kry­jówki, którą poka­zała Ste­phenowi i któ­rej przyj­rzał się zdzi­wio­nymi, smut­nymi oczyma. Miał piwne oczy. Kiedy na nią patrzyły, myślała, że są tak mięk­kie, jak kró­liki Belari. Bez­pieczne. W te bez­pieczne, piwne oczy można się było zapaść bez stra­chu, że coś się sobie zła­mie.

Mir­riam usia­dła ciężko na worku ziem­nia­ków i popa­trzyła wil­kiem dookoła, wypa­tru­jąc poten­cjal­nej publicz­no­ści.

- Ego­istka z cie­bie. Wredna ego­istka, zmu­szasz nas wszyst­kich, żeby­śmy cię szu­kali.

Fletka ski­nęła głową. Tak, jestem samo­lubna, pomy­ślała. Ja jestem samo­lubna, a ty jesteś kobietą, mimo że jeste­śmy w tym samym wieku, a ja jestem bystrzej­sza. Jesteś sprytna, ale nie wiesz, że naj­lep­sze kry­jówki są w miej­scach, gdzie nikt nie zagląda. Szu­kasz za rze­czami, pod rze­czami i pomię­dzy, ale w górę nie patrzysz. Jestem nad tobą i obser­wuję cię, tak jak obser­wo­wał nas wszyst­kich Ste­phen.

Mir­riam skrzy­wiła się i wstała.

- A zresztą. Już Bur­son cię znaj­dzie. - Strzep­nęła kurz ze spód­nic. - Sły­szysz mnie? Już Bur­son cię znaj­dzie. - Wyszła ze spi­żarni.

Lidia odcze­kała, aż Mir­riam sobie pój­dzie. Dener­wo­wało ją, że Mir­riam ma rację. Bur­son ją znaj­dzie. Zawsze ją znaj­do­wał, jeśli cze­kała zbyt długo. Można było wykraść sobie tylko pewną por­cję świę­tego spo­koju. Tylko dopóki Belari nie stra­ciła cier­pli­wo­ści i nie zawo­łała sza­kali. Wtedy prze­pa­dała kolejna kry­jówka.

Po raz ostatni obró­ciła w deli­kat­nych palusz­kach maleńką fiolkę Ste­phena. Dar na poże­gna­nie - zro­zu­miała - teraz, kiedy jego już nie ma, teraz, gdy nie ma kto jej pocie­szać, gdy Belari zaczyna żądać zbyt wiele. Powstrzy­mała łzy. Nie ma czasu na płacz. Bur­son pew­nie już jej szuka.

Wci­snęła bute­leczkę w bez­pieczną, cia­sną szcze­linę mię­dzy kamie­niem a nie­he­blo­wa­nym drew­nem półki, gdzie się cho­wała, potem odsu­nęła wek z czer­woną socze­wicą, otwie­ra­jąc sobie wyj­ście. Wygra­mo­liła się z kry­jówki za ścianą strącz­ko­wych prze­two­rów na naj­wyż­szej półce spi­żarni.

Poprze­sta­wia­nie weków z tyłu, żeby zro­bić sobie miej­sce, zajęło tygo­dnie, ale kry­jówka była świetna. Nikomu nie przy­cho­dziło na myśl tam zaj­rzeć. Miała swoją twier­dzę ze sło­jów, peł­nych pła­skich nie­win­nych faso­lek, mogła, jeśli tylko cier­pli­wie zno­siła nie­wy­godną pozy­cję, kulić się tam godzi­nami.

Zeszła na dół.

Ostroż­nie, ostroż­nie, myślała. Nie chcemy cze­goś sobie zła­mać. Trzeba uwa­żać na kości. Wisząc na półce, deli­kat­nie wsu­nęła pękaty słój czer­wo­nej socze­wicy na miej­sce, potem ześli­znęła się na pod­łogę spi­żarni.

Sto­jąc boso na zim­nych kamie­niach, przyj­rzała się z dołu kry­jówce. Wyglą­dała dobrze. Ostatni poda­ru­nek Ste­phena był bez­pieczny. Wyda­wało się, że nikt nie jest w sta­nie się tam wci­snąć, nawet fili­gra­nowa fletka. Nikt nie podej­rze­wał, że może tak się zwi­nąć, żeby się tam wpa­so­wać. Lecz ona była drobna jak myszka i cza­sem wci­skała się w nie­spo­dzie­wane miej­sca. Mogła za to podzię­ko­wać Belari. Odwró­ciła się i wybie­gła ze spi­żarni - słu­żący koniecz­nie muszą zła­pać ją z dala od kry­jówki.

***

Docho­dząc do jadalni, miała nadzieję, że uda jej się nie­po­strze­że­nie dotrzeć do sali ćwi­czeń. Wtedy może unik­nie kary. Belari była miła dla ludzi, któ­rych kochała, ale bez­kom­pro­mi­sowa, jeśli ją roz­cza­ro­wali. Lidia była wpraw­dzie zbyt deli­katna, żeby ją ude­rzyć, ale ist­niały też inne kary. Pomy­ślała o Ste­phe­nie. Drobna cząstka jej umy­słu cie­szyła się wręcz, że nie dosię­gną go już tor­tury Belari.

Prze­śli­znęła się skra­jem jadalni, osło­nięta papro­ciami i kwit­ną­cymi stor­czy­kami. Pomię­dzy buj­nymi liśćmi i kwia­tami dostrze­gała potężną heba­nową połać stołu, codzien­nie pole­ro­wa­nego na wysoki połysk przez słu­żą­cych i stale zasta­wio­nego lśnią­cymi srebr­nymi nakry­ciami. Rozej­rzała się, czy ktoś jej nie widzi. Nie było nikogo.

Inten­sywny cie­pły zapach zie­leni sko­ja­rzył jej się z latem, mimo zimy sma­ga­ją­cej mro­zem góry wokół zamku. Kiedy były młod­sze, jesz­cze przed ope­ra­cjami, ganiały się po górach, mię­dzy sosnami. Lidia prze­śli­znęła się mię­dzy stor­czy­kami: jeden z Sin­ga­puru, inny z Chen­nai; jesz­cze inny, pasia­sty jak tygrys, skon­stru­owany przez Belari. Dotknęła deli­kat­nego tygry­siego kwiatka, zachwy­ca­jąc się żywą barwą.

Jeste­śmy prze­pięk­nymi więź­niami, pomy­ślała. Tak samo jak wy.

Papro­cie zady­go­tały. Spo­mię­dzy roślin­no­ści wypadł czło­wiek i rzu­cił się na nią jak wilk. Ści­snął ją dłońmi za ramiona. Wbił palce w blade ciało, Lidia aż sap­nęła, gdy dźgnięte nimi nerwy spa­ra­li­żo­wały ją całą. Upa­dła na łup­kowe płyty, skła­da­jąc się jak motyl pod naci­skiem Bur­sona.

Kwi­liła na kamie­niach, w piersi tłu­kło się serce prze­ra­żone zasadzką Bur­sona. Jęczała, ugi­na­jąc się pod jego cię­ża­rem, z twa­rzą przy­ci­śniętą do gład­kiego sza­rego łupku. Na sąsied­nim kamie­niu leżała ścięta przez atak Bur­sona różowo-biała orchi­dea.

Kiedy był już pewien jej posłu­szeń­stwa, pozwo­lił jej powoli wstać. Ogromny cię­żar zelżał, uno­sząc się jak czołg zjeż­dża­jący ze zmiaż­dżo­nej rudery. Lidia zmu­siła się, żeby usiąść. W końcu wstała - chwiejny, blady skrzat przy­tło­czony ogro­mem olbrzyma, szefa ochrony Belari.

Jego zwa­li­ste ciel­sko skła­dało się z zęba­tych mię­śni i blizn, nic tylko roz­dy­ma­jąca skórę siła i gniewne zmarszczki blizn po wal­kach. Mir­riam plot­ko­wała, że kie­dyś był gla­dia­to­rem, ale ona była roman­tyczką; Lidia podej­rze­wała, że bli­zny pocho­dzą od szko­lą­cych go tre­ne­rów, tak jak jej kary - z ręki Belari.

Bur­son trzy­mał ją za prze­gub, oka­la­jąc go ska­li­stym uchwy­tem. Mimo siły i nie­ustę­pli­wo­ści, uścisk był deli­katny. Po pierw­szej, kata­stro­fal­nej szko­dzie, nauczył się, jakie obcią­że­nie może znieść jej kościec, zanim pęk­nie.

Lidia szarp­nęła się, spraw­dza­jąc chwyt na nad­garstku, po czym się pod­dała. Bur­son ukląkł, zrów­nu­jąc się z nią wzro­stem. Zaczer­wie­nione oczy przyj­rzały się jej. Prze­krwione od ulep­szeń tęczówki ana­li­zo­wały pod­czer­wony puls pod skórą.

Kiedy Bur­son stał na otwar­tej prze­strzeni, jego pobliź­niona twarz powoli zatra­cała zie­lony odcień kamu­flażu, barwę liści i kamie­nia. Tam, gdzie jej doty­kał, ble­dła, jak opró­szona mąką, upo­dab­nia­jąc się do jej bla­dej skóry.

- Gdzie się scho­wa­łaś? - zabur­czał.

- Ni­gdzie.

Czer­wone oczy Bur­sona się zwę­ziły, zmarsz­czył czoło pożło­bione głę­bo­kimi bruz­dami. Obwą­chał jej ubra­nie, szu­ka­jąc tro­pów. Zbli­żył nos do twa­rzy, wło­sów, pową­chał dło­nie.

- W kuchni - mruk­nął.

Lidia się wzdry­gnęła. Czer­wone oczy lustro­wały ją uważ­nie, wypa­tru­jąc kolej­nych szcze­gó­łów, obser­wu­jąc mimo­wolne reak­cje jej skóry, zaczer­wie­nie­nie po wykry­ciu prawdy. Uśmiech­nął się. Tro­piąc, czuł dziką roz­kosz pły­nącą z char­cich genów. Trudno było powie­dzieć, gdzie w nim koń­czy się sza­kal i pies, a zaczyna czło­wiek. Radość czer­pał z tro­pie­nia, chwy­ta­nia zdo­by­czy i zabi­ja­nia.

Bur­son wypro­sto­wał się i uśmiech­nął. Wyjął z woreczka sta­lową bran­so­letkę.

- Mam coś dla cie­bie, Lidio. - Nasa­dził ozdobę na jej nad­gar­stek. Owi­nęła się wokół chu­dego przed­ra­mie­nia jak wąż, zatrza­snęła. - Koniec z cho­wa­niem się.

Przez jej ramię popły­nął prąd, Lidia krzyk­nęła, dygo­cąc, gdy wcho­dził w jej ciało. Bur­son ją pod­trzy­mał.

- Znu­dziło mi się szu­ka­nie wła­sno­ści Belari - powie­dział.

Raz jesz­cze uśmiech­nął się wąskimi war­gami i popchnął ją ku salom ćwi­czeń. Lidia pozwo­liła się tam zago­nić.

***

Kiedy Bur­son przy­pro­wa­dził jej Lidię, Belari prze­by­wała w sali kon­cer­to­wej. Wokół niej uwi­jali się słu­żący, usta­wia­jąc sto­liki i okrą­głą scenę, insta­lu­jąc oświe­tle­nie. Ściany były obwie­szone bla­dym muśli­nem prze­ty­ka­nym elek­tro­sta­tycz­nymi ładun­kami, wydy­ma­jącą się kur­tyną naelek­try­zo­wa­nego powie­trza, potrza­sku­jącą i iskrzącą, gdy tylko w pobliżu prze­szedł ktoś ze służby.

Belari, wykrzy­ku­jąca roz­kazy koor­dy­na­torce przed­sta­wie­nia, wyda­wała się nie­świa­doma budo­wa­nego wokół wymyśl­nego świata. Czarną zbroję roz­pięła pod szyją w ramach ustęp­stwa wobec roz­grze­wa­ją­cej aktyw­no­ści. Poświę­ciła Bur­so­nowi i Lidii jedno krót­kie spoj­rze­nie, potem sku­piła się z powro­tem na słu­żą­cej, cały czas wście­kle bazgrzą­cej po cyfro­wym table­cie.

- Tania, dziś wie­czo­rem wszystko ma być ide­al­nie. Nic nie może się zda­rzyć. Nic nie­wła­ści­wego. Tip-top.

- Dobrze, madame.

Belari się uśmiech­nęła. Mate­ma­tycz­nie wyrzeź­bioną urodę jej twa­rzy ukształ­to­wały bada­nia opi­nii i wie­lo­po­ko­le­niowe tra­dy­cje kosme­tyczne. Pro­fi­lak­tyczne medyczne kok­tajle, wymia­ta­jące złe komórki inhi­bi­tory nowo­two­rów i Revi­tia zatrzy­mały jej wygląd zewnętrzny na dwu­dzie­stu ośmiu latach; podob­nie u Lidii kura­cja Revi­tią utrzy­my­wała ją wciąż w pierw­szych prze­bły­skach pokwi­ta­nia.

- I trzeba się zająć Ver­no­nem.

- Będzie chciał kogoś do towa­rzy­stwa?

Belari pokrę­ciła głową.

- Nie. Na pewno skupi się na mole­sto­wa­niu mnie. - Wzdry­gnęła się. - Obrzy­dliwy facet.

Tania zachi­cho­tała. Chłodne spoj­rze­nie Belari uci­szyło ją. Belari zlu­stro­wała salę.

- Ma tu być wszystko. Jedze­nie, szam­pan, wszystko. I żeby sie­dzieli stło­czeni, żeby czuli nawza­jem swoje poru­sze­nie, kiedy dziew­czyny będą wystę­po­wać. Mają być bli­sko, nie­mal intym­nie bli­sko.

Tania kiw­nęła głową i znów coś zapi­sała na table­cie. Puk­nęła wład­czo w ekran, roz­sy­ła­jąc ludziom pole­ce­nia. Słu­żący już sły­szeli je w słu­chaw­kach i reago­wali na żąda­nia swo­jej pani.

- I podać Tin­gle'a. Z szam­pa­nem. To im zaostrzy ape­tyty.

- Wtedy to się skoń­czy orgią.

Belari się zaśmiała.

- I świet­nie. Chcę, żeby dobrze ten wie­czór zapa­mię­tali. I nasze fletki. Wszy­scy, a zwłasz­cza Ver­non. - Śmiech ucichł, zastą­piony kru­chym od emo­cji, wąskim uśmie­chem. - Wściek­nie się, jak się o nich dowie. Ale i tak będzie je chciał. I będzie licy­to­wał razem ze wszyst­kimi.

Lidia obser­wo­wała twarz Belari. Zasta­na­wiała się, czy ona wie, jak jasno komu­ni­kuje swoje uczu­cia wobec pre­zesa Pen­dant Enter­ta­in­ment. Sama widziała go tylko raz, zza kotary. Razem ze Ste­phe­nem patrzyli, jak Ver­non Weir dotyka Belari i jak ona naj­pierw robi unik przed jego doty­kiem, a potem ustę­puje i przy­wo­łu­jąc swoje aktor­skie talenty, zaczyna grać rolę uwo­dzo­nej.

Dzięki niemu Belari była sławna. Pokrył koszty rzeź­bie­nia jej ciała i uczy­nił ją gwiazdą, podob­nie jak Belari teraz zain­we­sto­wała w Lidię i jej sio­strę. Jed­nakże za swoje wspar­cie doma­gał się zapłaty, iście fau­stow­ski dia­beł. Ste­phen i Lidia patrzyli, jak odbiera od Belari swoją przy­jem­ność - Ste­phen szep­nął jej, że kiedy Weir sobie pój­dzie, Belari go zawoła i powtó­rzy tę scenę, tym razem ze Ste­phenem w roli ofiary; i on, tak jak ona, będzie uda­wał, że z przy­jem­no­ścią się pod­daje.

Belari odwró­ciła się do niej, prze­ry­wa­jąc jej roz­my­śla­nia. Zaogniona pręga po ataku Ste­phena była wciąż widoczna na jej szyi, mimo że łykała łata­cze komó­rek jak cukierki. Lidia pomy­ślała, że taka nie­sto­sowna bli­zna musi ją strasz­nie draż­nić. Bar­dzo dbała o swój wize­ru­nek. Nagle Belari zauwa­żyła, na czym sku­pia się jej wzrok. Zaci­snęła usta i pod­cią­gnęła koł­nierz zbroi, ukry­wa­jąc szramę. Zie­lone oczy się zwę­ziły.

- Szu­ka­li­śmy cię.

Lidia pochy­liła głowę.

- Prze­pra­szam, pro­szę pani.

Belari prze­su­nęła pal­cem pod brodą fletki, uno­sząc jej głowę, aż ich oczy się spo­tkały.

- Powin­nam cię uka­rać za mar­no­wa­nie mojego czasu.

- Tak, pro­szę pani. Prze­pra­szam. - Fletka spu­ściła wzrok. Belari jej nie ude­rzy. Lecze­nie jest zbyt dro­gie. Zasta­no­wiła się, czy użyje prądu, odosob­nie­nia, czy jakie­goś innego sta­ran­nie obmy­ślo­nego upo­ko­rze­nia.

Belari wska­zała na sta­lową bran­so­letkę.

- A to co?

Pyta­nie nie prze­stra­szyło Bur­sona. Nie bał się niczego. Był jedy­nym słu­żą­cym, który się nie bał. To była chyba jedyna cecha, którą Lidia u niego podzi­wiała.

- Żeby ją śle­dzić. I razić prą­dem. - Uśmiech­nął się, zado­wo­lony z sie­bie. - Nie powo­duje fizycz­nych obra­żeń.

Belari pokrę­ciła głową.

- Dzi­siaj ma być bez biżu­te­rii. Zdej­mij to.

- Schowa się.

- Nie. Chce być sławna. Będzie już grzeczna. Prawda, Lidio?

Lidia kiw­nęła głową.

Bur­son wzru­szył ramio­nami i zdjął bran­so­letkę. Przy­su­nął swoją wielką, pobliź­nioną twarz do ucha Lidii.

- Następ­nym razem nie cho­waj się w kuchni. Bo cię znajdę. - Odsu­nął się i uśmiech­nął z satys­fak­cją.

Lidia spoj­rzała na niego, mru­żąc oczy i powie­działa sobie, że odnio­sła zwy­cię­stwo, bo Bur­son nie zna jesz­cze jej kry­jówki. Lecz potem Bur­son uśmiech­nął się do niej i zaczęła się zasta­na­wiać, czy rze­czy­wi­ście jej nie zna - może bawi się z nią jak kot z ranną myszą.

- Dzię­kuję, Bur­son - powie­działa Belari, a potem się zawa­hała, przy­pa­tru­jąc się wiel­kiej postaci, która wyglą­dała ludzko, ale poru­szała się z szyb­ko­ścią dzi­kiego zwie­rzę­cia. - Wzmoc­ni­łeś naszą ochronę?

- Pani lenno jest bez­pieczne. Spraw­dzamy resztę per­so­nelu, patrzymy, czy nie mają cze­goś w histo­rii.

- I zna­leź­li­ście coś?

Bur­son pokrę­cił głową.

- Pani służba uwiel­bia panią.

Ton Belari nabrał ostro­ści.

- O Ste­phe­nie też tak myśle­li­śmy. A teraz muszę nosić pan­cerz we wła­snym len­nie. Nie mogę sobie pozwo­lić na poka­za­nie, że tracę popu­lar­ność. To za bar­dzo wpływa na cenę moich akcji.

- Spraw­dza­li­śmy dokład­nie.

- Jeśli kurs mi spad­nie, Ver­non będzie chciał mnie oka­blo­wać do Touch­Sense. A ja nie mam zamiaru się na to zgo­dzić.

- Rozu­miem. To się wię­cej nie zda­rzy.

Belari zmarsz­czyła brwi, patrząc na góru­ją­cego nad nią olbrzyma.

- Dobrze. No, chodź tutaj. - Ski­nęła na Lidię. - Sio­stra czeka. - Wzięła fletkę za rękę i wypro­wa­dziła z sali kon­cer­to­wej.

Lidia się obej­rzała. Bur­son znik­nął. Słu­żący krzą­tali się, roz­kła­da­jąc na sto­łach cięte orchi­dee, lecz on znik­nął: albo wto­pił się w ściany, albo pobiegł gdzieś w swo­ich spra­wach bez­pie­czeń­stwa.

Belari szarp­nęła Lidię za rękę.

- Zmu­si­łaś nas do nie­złych poszu­ki­wań. Myśla­łam, że znowu trzeba będzie psi­kać fero­mo­nami.

- Prze­pra­szam.

- Nic się nie stało. Tym razem. - Belari uśmiech­nęła się do niej. - Dener­wu­jesz się wystę­pem?

Lidia pokrę­ciła głową.

- Nie.

- Nie?

Wzru­szyła ramio­nami.

- Czy pan Weir kupi nasze akcje?

- Jeśli zapłaci naj­wię­cej.

- A zapłaci?

Belari się uśmiech­nęła.

- Tak. Myślę, że tak. Jeste­ście jedyne w swoim rodzaju. Tak jak ja. Ver­non lubi okazy rzad­kiej urody.

- Jaki on jest?

Uśmiech Belari stę­żał. Unio­sła głowę, sku­pia­jąc się na dro­dze przez zamek.

- Kiedy byłam małą dziew­czynką, młod­szą od cie­bie, na długo zanim sta­łam się sławna, cho­dzi­łam na plac zabaw. Przy­cho­dził tam facet, patrzył, jak się huś­tam. Chciał się zaprzy­jaź­nić. Nie lubi­łam go, ale krę­ciło mi się w gło­wie od samej jego bli­sko­ści. Wszystko, co mówił, było takie mądre. Brzydko pach­niał, ale nie mogłam się od niego ode­rwać. - Belari pokrę­ciła głową. - W końcu czy­jaś matka go prze­go­niła. - Spoj­rzała z góry na Lidię. - Miał taką che­miczną wodę koloń­ską, rozu­miesz?

- Z prze­mytu?

- Tak. Z Azji. U nas to nie­le­galne. Z Ver­no­nem jest to samo. Skóra cierp­nie, ale cią­gnie cię do niego.

- Dotyka cię.

Belari spoj­rzała na Lidię ze smut­kiem.

- Podoba mu się doświad­cze­nie sta­ru­chy w ciele mło­dej dziew­czyny. Zresztą, on nie wybrzy­dza. Obła­pia każ­dego. - Uśmiech­nęła się nie­znacz­nie. - Może nie cie­bie. Jesteś za cenna, żeby cię doty­kać.

- Za deli­katna.

- Nie bądź taka zgorzk­niała. Jesteś jedyna w swoim rodzaju. Zro­bimy z cie­bie gwiazdę. - Łako­mie spoj­rzała z góry na swoją pro­te­go­waną. - Twoje akcje pójdą w górę, będziesz gwiazdą.

***

Lidia przy­glą­dała się z okna, jak przy­jeż­dżają pierwsi goście. Lata­jące auta zyg­za­ko­wały w eskor­cie ochrony, szy­bu­jąc nisko nad sosnami i mru­ga­jąc czer­wo­nymi i zie­lo­nymi świa­tłami.

Przy­szła Nia i sta­nęła obok.

- Przy­je­chali.

- Tak.

Śnieg pię­trzył się grubo na drze­wach, jak gęsta śmie­tana. Nie­bie­skie pro­mie­nie reflek­to­rów pod­świe­tlały go i ciemne syl­wety drzew - to patrole na nar­tach Bur­sona, liczące, że wypa­trzą mię­dzy cie­niami sosen zdra­dziec­kie czer­wone obłoczki odde­chu intru­zów. Snopy świa­teł prze­my­kały po pną­cej się po zbo­czu nad mia­stem ruinie wyciągu nar­ciar­skiego. Rdze­wiał w ciszy, z wyjąt­kiem chwil, kiedy wiatr koły­sał krze­seł­kami i linami. Puste krze­sełka bujały się letar­gicz­nie na mro­zie, kolejna ofiara wpły­wów Belari. Belari nie­na­wi­dziła kon­ku­ren­cji. Teraz była jedyną pro­tek­torką mia­sta, które iskrzyło świa­tłami daleko w głębi doliny.

- Powin­naś zacząć się ubie­rać - powie­działa Nia.

Lidia obró­ciła się i przyj­rzała sio­strze bliź­niaczce. Otchłanne czarne oczy przy­pa­try­wały się jej spod elfich powiek. Cerę miała bladą, pozba­wioną pig­mentu i była chuda, co pod­kre­ślało deli­kat­ność jej kośćca. Jedyna praw­dziwa rzecz to były ich wła­sne kości. Wła­śnie ich budowa zwró­ciła na nie uwagę Belari, kiedy miały zale­d­wie jede­na­ście lat. W sam raz tyle, by mogła je zabrać od rodzi­ców.

Lidia wró­ciła wzro­kiem do okna. Mia­sto migo­tało bursz­ty­no­wymi świa­tłami głę­boko w cia­snej roz­pa­dli­nie gór­skiej doliny.

- Tęsk­nisz za nim? - zapy­tała.

Nia przy­su­nęła się bli­żej.

- Za czym?

Lidia wska­zała brodą skrzący się klej­not.

- Za mia­stem.

Ich rodzice wydmu­chi­wali szkło, prak­ty­ku­jąc dawną sztukę zapo­mnianą w świe­cie wydaj­nej pro­duk­cji seryj­nej, odde­chem two­rząc deli­katne dzieła z roz­ta­pia­nego pod ich nad­zo­rem pia­sku. Prze­nie­śli się do lenna Belari w poszu­ki­wa­niu mece­natu, jak wszy­scy rze­mieśl­nicy w mie­ście: garn­ca­rze, kowale, mala­rze. Cza­sem jej dwo­rza­nie zauwa­żali arty­stę, wtedy jego wpływy rosły. Na łasce Belari doro­bił się Niels Kin­kaid, nagi­na­jąc żelazo zgod­nie z jej wolą, wypo­sa­ża­jąc for­tecę w ogromne, ręcz­nie kute bramy, a ogrody w przy­cza­jone rzeźby nie­spo­dzianki: lisy i dzieci wyglą­da­jące latem spo­mię­dzy łubinu i tojadu, zimą spo­mię­dzy śnież­nych zasp. Teraz był nie­mal na tyle sławny, by móc wypu­ścić wła­sne akcje.

Rodzice Lidii szu­kali mece­nasa, lecz tak­su­jący wzrok Belari nie zwró­cił uwagi na ich dzieła sztuki. Wybrała nato­miast bio­lo­giczny traf, ich córki bliź­niaczki: deli­katne blon­dynki o cha­bro­wych oczach, które patrzyły na świat, nie mru­ga­jąc, chło­nąc cuda zam­ko­wej góry. Po ofia­ro­wa­niu córek ich szklane dzieła zaczęły się cie­szyć zby­tem.

Nia szturch­nęła Lidię deli­kat­nie, z poważną miną na wid­mo­wej twa­rzyczce.

- Pośpiesz się, ubie­raj się. Nie możesz się spóź­nić.

Lidia odwró­ciła się od czar­no­okiej sio­stry. Z ich wła­snych rysów nie­wiele pozo­stało. Belari przez dwa lata obser­wo­wała, jak dora­stają, już w zamku, potem zaczęły się pigułki. Od kura­cji Revi­tią w wieku trzy­na­stu lat ich rysy zasty­gły w kwie­cie mło­do­ści. Potem przy­szły oczy, ścią­gnięte od bliź­nia­czek z jakie­goś dale­kiego kraju. Lidia zasta­na­wiała się cza­sem, czy w Indiach dwie śniade dziew­czynki patrzą na świat cha­bro­wymi oczyma, czy cho­dzą po błot­ni­stych wiej­skich dro­gach pro­wa­dzone tylko echem odbi­ja­ją­cym się od ścian z wysu­szo­nego kro­wiego łajna i skro­ba­niem lasek o zie­mię.

Czar­nymi, kra­dzio­nymi oczyma przy­pa­try­wała się nocy za oknem. Kolejne lata­jące auta wysa­dzały gości na lądo­wi­sko, potem roz­kła­dały paję­czy­nowe skrzy­dła i pozwa­lały gór­skim wia­trom się unieść.

Nade­szła pora kolej­nych zabie­gów: środki depig­men­tu­jące odbar­wiły im skórę do bieli jak z teatru kabuki, robiąc z nich ete­ryczne cie­nie daw­nych opa­lo­nych od gór­skiego słońca dzieci, i wtedy zaczęły się ope­ra­cje. Przy­po­mniała sobie, że po każ­dej kolej­nej budziła się jak kaleka, unie­ru­cho­miona na wiele tygo­dni mimo gru­bych igieł, któ­rymi leka­rze pom­po­wali w jej drobne ciało sub­stan­cje odżyw­cze i łata­cze komó­rek. Leka­rze trzy­mali ją potem za rękę, ocie­rali pot z bla­dego czoła i szep­tali: "Biedna dziew­czynka. Biedna, biedna dziew­czynka". A póź­niej przy­cho­dziła Belari, uśmie­chała się, widząc postępy, i mówiła, że Lidia i Nia nie­długo będą gwiaz­dami.

Podmu­chy wia­tru pory­wały śnieg z sosen i ciskały go wiel­kimi wiro­wymi chmu­rami w przy­by­wa­jącą ary­sto­kra­cję. Goście bie­gli w pośpie­chu w sypią­cym śniegu, a nie­bie­skie snopy reflek­to­rów nar­ciar­skich patroli Bur­sona prze­ci­nały las. Lidia wes­tchnęła i odwró­ciła się od okna. Ule­ga­jąc nie­spo­koj­nym napo­mnie­niom Nii, poszła się ubrać.

***

Kiedy Belari wyjeż­dżała ze swo­jego lenna, Ste­phen i Lidia cho­dzili na pik­niki. Opusz­czali wielką szarą budowlę zamku Belari i ostroż­nie spa­ce­ro­wali po gór­skich łąkach. Ste­phen cały czas jej poma­gał, pro­wa­dził ją przez pola sto­kro­tek, orlika i łubinu, aż docie­rali do potęż­nych gra­ni­to­wych urwisk, skąd można było spoj­rzeć na leżące w dole mia­sto. Dolinę ze wszyst­kich stron ota­czały wyrzeź­bione lodow­cami szczyty, jak olbrzymy, które usia­dły do narady. Nawet latem mieli ośnie­żone twa­rze, jakby to były siwe brody mądro­ści. Na skraju prze­pa­ści zja­dali pik­ni­kowe wik­tu­ały, a Ste­phen opo­wia­dał histo­rie ze świata sprzed cza­sów lenn, zanim Revi­tia dała gwiaz­dom nie­śmier­tel­ność.

Mówił, że kraj był demo­kra­tyczny. Że kie­dyś ludzie gło­so­wali na swo­ich panów. Że wolno im było podró­żo­wać po wszyst­kich len­nach, gdzie im się spodo­bało. Każ­demu, nie tylko gwiaz­dom. Lidia wie­działa, że na wybrze­żach są miej­sca, gdzie tak jest na­dal. Sły­szała o nich. Ale trudno jej było w to uwie­rzyć. Była dziec­kiem ziemi len­nej.

- To prawda - powie­dział Ste­phen. - Na wybrze­żach ludzie wybie­rają sobie przy­wódcę. Tylko tutaj, w górach, jest ina­czej. - Uśmiech­nął się do niej sze­roko. Jego łagodne piwne oczy zwę­ziły się odro­binę, poka­zu­jąc pobłaż­li­wość, poka­zu­jąc, że już dostrzegł scep­ty­cyzm w jej minie.

Lidia się zaśmiała.

- Ale kto by za wszystko pła­cił. Gdyby nie było Belari, kto pła­ciłby za naprawę dróg i za szkoły? - Zerwała astra i zakrę­ciła nim mię­dzy pal­cami, patrząc, jak fio­le­towe igiełki roz­ma­zują się wokół żół­tego środka.

- Ludzie płacą.

Lidia znów się roze­śmiała.

- Prze­cież ich na to nie stać. Ledwo mają co do garnka wło­żyć. A zresztą, skąd by wie­dzieli, co trzeba zro­bić? Bez Belari nikt nie miałby poję­cia, co trzeba napra­wić albo ulep­szyć. - Wyrzu­ciła kwia­tek, celu­jąc nim za kra­wędź urwi­ska. Powiał jed­nak wiatr i kwia­tek spadł z powro­tem obok niej.

Ste­phen pod­niósł go i bez wysiłku rzu­cił w prze­paść.

- To wszystko prawda. Nie muszą być bogaci, po pro­stu współ­pra­cują ze sobą. Myślisz, że Belari wie wszystko? Zatrud­nia dorad­ców. Każdy może to zro­bić rów­nie dobrze jak ona.

Lidia pokrę­ciła głową.

- Ktoś taki jak Mir­riam? Miałby rzą­dzić len­nem? To wariac­two. Nikt by jej nie słu­chał.

Ste­phen się nachmu­rzył.

- To wszystko prawda - powtó­rzył z upo­rem, a ponie­waż Lidia lubiła go i nie chciała, żeby mu było przy­kro, zgo­dziła się, że może to i prawda, ale w głębi serca uznała go za marzy­ciela. Słodki był przez to, nawet jeśli nie rozu­miał, jak naprawdę działa ten świat.

- Czy ty lubisz Belari? - zapy­tał nagle Ste­phen.

- O co ci cho­dzi?

- Lubisz ją?

Lidia rzu­ciła mu zdzi­wione spoj­rze­nie. Piwne oczy Ste­phena przy­glą­dały jej się uważ­nie. Wzru­szyła ramio­nami.

- Jest dobrą panią. Wszy­scy są nakar­mieni, zadbani. Nie to co w len­nie pana Weira.

Ste­phen skrzy­wił się z obrzy­dze­niem.

- Ni­gdzie tak nie ma, jak w len­nie pana Weira. To bar­ba­rzyńca. Jed­nego słu­żą­cego nadział na rożen... No ale jed­nak, popatrz co zro­biła z tobą Belari.

Lidia zmarsz­czyła brwi.

- Co ze mną?

- Nie jesteś natu­ralna. Popatrz na twoje oczy, twoją skórę i... - odwró­cił wzrok, zni­ża­jąc głos - twoje kości. Zobacz co zro­biła z two­imi kośćmi.

- A co, coś z nimi nie tak?

- Ledwo cho­dzisz! - wykrzyk­nął nagle. - Powin­naś móc cho­dzić!

Lidia rozej­rzała się ner­wowo. Ste­phen wyra­żał się kry­tycz­nie. Ktoś może usły­szeć. Wyglą­dało na to, że są sami, ale wokół zawsze się ktoś krę­cił: ochrona na wzgó­rzach, inni spa­ce­ro­wi­cze. Mógł tu być też Bur­son - wto­piony w tło, kamie­ni­sty czło­wiek wśród skał. Do Ste­phena z trud­no­ścią docie­rało, jaki jest Bur­son.

- Prze­cież cho­dzę - szep­nęła gniew­nie.

- A ile razy zła­ma­łaś nogę, rękę albo żebro?

- Od roku ani razu. - Była z tego dumna. Nauczyła się uwa­żać.

Ste­phen zaśmiał się z nie­do­wie­rza­niem.

- A wiesz ile kości ja sobie w życiu zła­ma­łem? - Nie cze­kał na odpo­wiedź. - Ani jed­nej. Ani jed­nej kości. Ni­gdy. Pamię­tasz w ogóle, jak to jest cho­dzić sobie bez obawy, że się potkniesz albo wpad­niesz na coś? Jesteś jak ze szkła.

Lidia pokrę­ciła głową i odwró­ciła wzrok.

- Zostanę gwiazdą. Belari wypu­ści nas na rynki.

- Ale nie możesz cho­dzić - odparł Ste­phen. W jego oczach Lidia dostrze­gła litość, która ją zło­ściła.

- Mogę. I wystar­czy.

- Ale...

- Nie! - Potrzą­snęła głową. - Kim ty jesteś, żeby mi mówić, co mam robić. Popatrz tylko, co Belari robi tobie, a i tak jesteś wierny! Może i mia­łam parę ope­ra­cji, ale nie jestem jej zabawką.

Wtedy po raz pierw­szy Ste­phen się roz­zło­ścił. Lidia, widząc wście­kłość na jego twa­rzy, przez moment pomy­ślała, że ude­rzy ją i poła­mie jej kości. Tro­chę nawet liczyła, że to uczyni, że roz­ła­duje tę nara­sta­jącą pomię­dzy nimi fru­stra­cję - dwoje słu­żą­cych wyzy­wa­ją­cych się nawza­jem od nie­wol­ni­ków.

Ste­phen jed­nak opa­no­wał się i porzu­cił kłót­nię. Prze­pro­sił, ujął ją za rękę, w mil­cze­niu oglą­dali zachód słońca, ale było już za późno, chwila spo­koju legła w gru­zach. Lidia wró­ciła myślami do cza­sów sprzed ope­ra­cji, kiedy bie­gała sobie samo­pas, nie dba­jąc o nic, i choć nie chciała tego Ste­phenowi przy­znać, czuła się, jakby zdra­pał jej bli­znę i odsło­nił bole­sną, zaognioną ranę.

***

Sala kon­cer­towa drżała z wycze­ki­wa­nia, pełna ludzi upo­jo­nych Tin­gle'em i szam­pa­nem. Muślin na ścia­nach migo­tał bły­ska­wi­cami, gdy goście Belari, spo­wici w prze­piękne jedwa­bie, skrzący się zło­tem, wiro­wali po sali roz­ba­wio­nymi barw­nymi obło­kami, zbi­ja­jąc się w gro­madki, by poroz­ma­wiać, i ze śmie­chem roz­dzie­la­jąc się z powro­tem, by kon­ty­nu­ować towa­rzy­ski obchód.

Lidia prze­śli­zgi­wała się ostroż­nie mię­dzy gośćmi, jej blada skóra i pro­sta pół­przej­rzy­sta sukienka były jak punk­cik pro­stoty wśród krzy­kli­wych kolo­rów i prze­py­chu. Nie­któ­rzy zer­kali na nią cie­ka­wie, dziwna dziew­czyna prze­my­ka­jąca przez sferę ich przy­jem­no­ści. I szybko o niej zapo­mi­nali. Dla nich była po pro­stu kolej­nym two­rem Belari, może nawet wyglą­da­ją­cym intry­gu­jąco, ale kom­plet­nie nie­waż­nym. Ich uwaga zawsze wra­cała do waż­niej­szych spraw: wiru­ją­cych mię­dzy nimi plo­tek i powią­zań. Lidia się uśmiech­nęła. Już nie­długo, pomy­ślała, zapa­mię­ta­cie mnie. Pode­szła do ściany obok stołu, na któ­rym pię­trzyły się tar­tinki, pla­sterki wędlin i pół­mi­ski pełne dorod­nych tru­ska­wek.

Rozej­rzała się po publicz­no­ści. Sio­stra stała po dru­giej stro­nie sali, ubrana w iden­tyczną, pro­stą, prze­świ­tu­jącą sukienkę. Belari ota­czali pano­wie lenni i wiel­kie nazwi­ska medialne, zie­loną suk­nię miała dobraną pod kolor oczu, uśmie­chała się, na oko roz­luź­niona, mimo że nie ubrana w pan­cerz, jak to ostat­nio miała w zwy­czaju.

Ver­non Weir pod­kradł się do niej od tyłu i pogła­dził ją po ramie­niu. Lidia widziała, że Belari wzdryga się i spina pod jego doty­kiem. Jak to moż­liwe, że on tego nie zauważa. Może to jeden z tych, co czer­pią przy­jem­ność z obrzy­dze­nia, jakie budzą. Belari uśmiech­nęła się do niego, emo­cje już miała pod kon­trolą.

Lidia wzięła ze stołu mały tale­rzyk wędlin. Były spry­skane tru­skaw­ko­wym eks­trak­tem i słod­kie. Belari lubiła słod­ko­ści, na przy­kład tru­skawki, które jadła teraz po dru­giej stro­nie stołu, razem z sze­fem Pen­dant Enter­ta­in­ment. Ape­tyt na sło­dy­cze był także efek­tem ubocz­nym nad­uży­wa­nia Tin­gle'a.

Belari zauwa­żyła Lidię i pod­pro­wa­dziła ku niej Ver­nona Weira.

- Sma­kuje ci ta wędlina? - zapy­tała z nie­znacz­nym uśmie­chem.

Lidia kiw­nęła głową, sta­ran­nie wszystko doja­da­jąc.

Uśmiech Belari się wyostrzył.

- Nic dziw­nego. Wiesz, co dobre. - Twarz miała zaru­mie­nioną od Tin­gle'a.

Lidia cie­szyła się, że są wśród ludzi. Kiedy Belari nad­uży­wała Tin­gle'a, robiła się nie­na­sy­cona i nie­obli­czalna. Kie­dyś roz­gnia­tała jej tru­skawki na skó­rze, aż jej bla­dość zaru­mie­niła się od soku, a potem, oszo­ło­miona ero­tycz­nym napię­ciem przedaw­ko­wa­nia, kazała Lidii dotknąć języ­kiem pokry­tego sokiem ciała Nii, a Nii - jej. Sama zaś patrzyła, zachwy­cona deka­denc­kim poka­zem.

Wybrała tru­skawkę i podała ją Lidii.

- Czę­stuj się, tylko się nie ubrudź. Masz być nie­ska­zi­telna. - Jej oczy lśniły eks­cy­ta­cją.

Lidia wyparła z myśli wspo­mnie­nia i przy­jęła owoc.

Ver­non przyj­rzał się Lidii.

- Twoja?

Belari uśmiech­nęła się czule.

- Jedna z moich fle­tek.

Ver­non przy­klęk­nął i przyj­rzał się Lidii dokład­niej.

- Jakie ty masz nie­zwy­kłe oczy.

Lidia nie­śmiało opu­ściła głowę.

Belari powie­działa:

- Zostały wymie­nione.

- Wymie­nione? - Ver­non zer­k­nął na nią. - Nie są zmo­dy­fi­ko­wane?

Belari się uśmiech­nęła.

- Oboje dobrze wiemy, że nic tak pięk­nego nie daje się uzy­skać sztucz­nie. - Wycią­gnęła rękę i pogła­dziła jasne włosy Lidii, uśmie­cha­jąc się, zado­wo­lona z wła­snej twór­czo­ści. - Kiedy ją dosta­łam, miała prze­piękne nie­bie­skie oczy. Koloru let­nich gór­skich kwia­tów. - Pokrę­ciła głową. - Kaza­łam je wymie­nić. Były piękne, ale nie wyglą­dały tak, jak chcia­łam.

Ver­non wstał.

- Jest ude­rza­jąco śliczna, ale nie tak piękna jak ty.

Belari uśmiech­nęła się do niego cynicz­nie.

- I dla­tego chcesz mnie oka­blo­wać pod Touch­Sense?

Ver­non wzru­szył ramio­nami.

- Belari, to nowy rynek. Jeśli odpo­wied­nio szybko zare­agu­jesz, możesz zostać gwiazdą.

- Już jestem gwiazdą.

Uśmiech­nął się.

- Ale Revi­tia sporo kosz­tuje.

- Zawsze wszystko spro­wa­dza się do tego, co, Ver­non?

Rzu­cił jej ostre spoj­rze­nie.

- Belari, nie chcę się z tobą sprze­czać. Byłaś dla nas wspa­nia­łym nabyt­kiem. Zwró­cił się każdy grosz wło­żony w rekon­struk­cję. W życiu nie widzia­łem lep­szej aktorki. Ale w końcu to Pen­dant. Gdy­byś nie była tak przy­wią­zana do swo­jej nie­śmier­tel­no­ści, dawno byś wyku­piła wszyst­kie swoje akcje. - Zmie­rzył ją zim­nym wzro­kiem. - Jeśli chcesz być nie­śmier­telna, oka­blu­jesz się pod Touch­Sense. Już teraz widać, że rynek przyj­muje to entu­zja­stycz­nie. To przy­szłość roz­rywki.

- Jestem aktorką, nie mario­netką. Nie mam ochoty mieć pod skórą innych ludzi.

Ver­non wzru­szył ramio­nami.

- Wszy­scy pła­cimy cenę za swoją sławę. Gdzie idzie rynek, tam idziemy i my. Nikt z nas nie jest naprawdę wolny. - Spoj­rzał na nią zna­cząco. - A już na pewno nie wtedy, gdy chce żyć wiecz­nie.

Belari uśmiech­nęła się prze­bie­gle.

- Może i tak. - Ski­nęła głową do Lidii. - Leć. Już pra­wie czas. - Odwró­ciła się z powro­tem do Ver­nona. - Chcia­ła­bym, żebyś coś zoba­czył.

***

Ste­phen dał jej fiolkę na dzień przed śmier­cią. Lidia zapy­tała, co to jest - parę bursz­ty­no­wych kro­pe­lek w bute­leczce wiel­ko­ści małego palca. Uśmiech­nęła się, roz­ba­wiona, patrząc na ten dar. Ste­phen był jed­nak poważny.

- To wol­ność - powie­dział.

Pokrę­ciła głową, nie rozu­mie­jąc.

- Jeśli kie­dy­kol­wiek ją wybie­rzesz, będziesz mieć wła­dzę nad wła­snym życiem. Nie musisz być maskotką Belari.

- Nie jestem jej maskotką.

- Jeśli kie­dyś zapra­gniesz uciec - uniósł fiolkę - ucieczka jest tutaj.

Podał ją Lidii, zamknął w jej bla­dej dłoni. Bute­leczka była wydmu­chana. Przez chwilę zasta­na­wiała się, czy nie pocho­dzi z warsz­tatu rodzi­ców. Ste­phen powie­dział:

- Jeste­śmy małymi ludźmi, tylko tacy jak Belari mają tutaj wła­dzę. Gdzie indziej, w innych czę­ściach świata, jest ina­czej. Mali ludzie na­dal się liczą. Ale tutaj - uśmiech­nął się smutno - dys­po­nu­jemy tylko wła­snym życiem.

Roz­ja­śniło jej się w gło­wie. Pró­bo­wała się odsu­nąć, lecz Ste­phen trzy­mał ją mocno.

- Nie mówię, że teraz, ale być może kie­dyś zechcesz. Może stwier­dzisz, że nie chcesz już dłu­żej pra­co­wać z Belari. Obo­jętne, iloma jesz­cze pre­zen­tami cię obsy­pie. - Ści­snął deli­kat­nie jej dłoń. - Działa szybko. Pra­wie bez­bo­le­śnie. - Spoj­rzał jej w oczy z tą deli­katną, bursz­ty­nową łagod­no­ścią, która kryła się w nich od zawsze.

Choć nie­for­tunny, był to poda­ru­nek miło­ści - wie­działa, że sprawi mu to przy­jem­ność, więc ski­nęła głową, zgo­dziła się zatrzy­mać fiolkę i scho­wać ją w kry­jówce, na wszelki wypa­dek. Nie wie­działa wtedy, że on już wybrał sobie śmierć - że rzuci się na Belari z nożem i pra­wie mu się uda.

***

Nikt nie zauwa­żył, kiedy fletki zajęły miej­sce na estra­dzie pośrodku. Takie tam, drobne cie­ka­wostki, blade, sple­cione ze sobą aniołki. Lidia przy­ło­żyła usta do krtani sio­stry, poczuła, jak jej szybki puls pod białą, białą skórą splata się z jej wła­snym. Dud­nił jej na języku, gdy szu­kała na ciele sio­stry maleń­kiej dziu­reczki. Na wła­snej krtani czuła wil­gotny dotyk języka Nii, mosz­czą­cego się w jej ciele jak szu­ka­jąca osłony mała myszka.

Lidia uspo­ko­iła samą sie­bie, cze­ka­jąc na uwagę ludzi, cier­pliwa, sku­piona na wystę­pie. Poczuła, jak Nia nabiera powie­trza, jej płuca roz­sze­rzają się w wątłej klatce pier­sio­wej. Lidia zro­biła wdech. Zaczęły grać, naj­pierw roz­brzmiały jej nuty - palce Nii prze­bie­gły po wen­ty­lach w jej ciele - a potem także tony Nii. Przej­mu­jący, powolny oddech rezo­no­wał w ich cia­łach.

Melan­cho­lijne tony uci­chły. Lidia prze­su­nęła głowę, nabie­ra­jąc tchu, w lustrza­nym odbi­ciu Nii ponow­nie przy­ci­snęła usta do jej ciała. Tym razem Lidia uca­ło­wała sio­strę w dłoń, a usta Nii wyma­cały deli­katne wgłę­bie­nie w jej oboj­czyku. Muzyka, posępna, pusta jak one same, roz­brzmiała z ich ciał. Nia dmuch­nęła w Lidię, a powie­trze z jej płuc zagrało w kościach Lidii, cięż­kie od emo­cji, jakby w jej wnę­trzu oży­wało cie­płe tchnie­nie z wnę­trza sio­stry.

Goście wokół fle­tek umil­kli. Cisza roz­cho­dziła się dalej, jak zmarszczki po wrzu­ce­niu kamie­nia do sto­ją­cej wody, szły od epi­cen­trum na zewnątrz, po naj­dal­sze zaka­marki sali. Oczy wszyst­kich zwró­ciły się ku bla­dym dziew­czy­nom na sce­nie. Lidia czuła ich wzrok, głodny, spra­gniony, nie­mal fizyczny dotyk spoj­rzeń. Poru­szyła dłońmi, reagu­jąc na poru­sze­nie sio­stry, przy­ci­snęła ją do sie­bie. Dło­nie sio­stry dotknęły jej bio­der, zamy­ka­jąc wen­tyle w wydrą­żo­nym ciele. Na widok tego nowego uści­sku publicz­ność wydała tęskne wes­tchnie­nie, jakby umu­zycz­niły się ich wła­sne pra­gnie­nia.

Palce Lidii wyma­cały wen­tyle sio­stry, języ­kiem jesz­cze raz dotknęła jej krtani. Prze­bie­gła nimi po krę­go­słu­pie Nii, wyma­cała klar­net, pogła­dziła jego klapy. Wpu­ściła w sio­strę swój cie­pły dech i jed­no­cze­śnie poczuła w środku jej tchnie­nie. Brzmie­nie Nii było ciemne i melan­cho­lijne, jej wła­sne - jaśniej­sze, wyż­sze - grało w kon­tra­punk­cie, snu­jąc powolną opo­wieść o zaka­za­nym dotyku.

Stały objęte. Muzyka ciał nara­stała, nuty prze­pla­tały się uwo­dzi­ciel­sko, gdy sio­stry gła­dziły się nawza­jem dłońmi, wydo­by­wa­jąc z sie­bie zawiłą, rosnącą jak fala melo­dię. Wtem Nia szarp­nęła sukienkę Lidii, a palce Lidii zdarły z niej jej wła­sną. Stały obna­żone, blade elfie istoty pełne muzyki. Goście zaczerp­nęli tchu, gdy dźwięki roz­brzmiały gło­śniej, nie­tłu­mione teraz przy­le­ga­jącą do ciała tka­niną. Na skó­rze lśniły muzyczne wsz­czepy: kobal­towe otwory w krę­go­słu­pie, lśniące wen­tyle, klapy z mosią­dzu i kości sło­nio­wej roz­ło­żone na ich wydrą­żo­nym szkie­le­cie, tak że całe ciało sta­no­wiło sto poten­cjal­nych instru­men­tów.

Usta Nii popeł­zły w górę ramie­nia Lidii, wydo­by­wa­jąc z niej dźwięki pro­mienne jak skrzące się kro­ple wody. Z porów Nii popły­nęły lamenty pożą­da­nia i grze­chu. Ich uści­ski stały się bar­dziej gorącz­kowe, w cho­re­ogra­fii pożą­da­nia. Widzo­wie cisnęli się na przód, pod­nie­ceni spek­ta­klem spla­ta­ją­cym mło­dość, nagość i muzykę.

Lidia nie­wy­raź­nie uświa­da­miała sobie, że patrzy na nią mnó­stwo par oczu w zaru­mie­nio­nych twa­rzach. Tin­gle i występ dzia­łały na gości. Czuła, jak w sali robi się coraz gorę­cej. Powoli opa­dały z Nią na pod­łogę, ich uści­ski stały się jesz­cze bar­dziej ero­tyczne i misterne, a kon­flikt w muzyce ema­no­wał coraz sil­niej­szym sek­su­al­nym napię­ciem. Na tę chwilę zło­żyły się całe lata ćwi­czeń, sta­ran­nie zaaran­żo­wa­nych i zhar­mo­ni­zo­wa­nych uści­sków.

To por­no­gra­fia, pomy­ślała. Por­no­gra­fia dla zysku Belari. Mignęło jej roz­pro­mie­nione roz­ko­szą obli­cze Belari, osłu­piały Ver­non Weir stał obok niej. Tak, pomy­ślała, tak, panie Weir, pro­szę patrzeć, pro­szę patrzeć, niech pan zoba­czy, jakie to por­no­gra­ficzne przed­sta­wie­nie - i wtedy przy­szła jej kolej grać na sio­strze, jej język i palce powę­dro­wały po wen­ty­lach Nii.

Był to taniec uwo­dze­nia i przy­zwo­le­nia. Znały też inne, solo i w duecie, nie­które przy­zwo­ite, inne obsce­niczne, lecz na ich debiut Belari wybrała wła­śnie ten. Ener­gia muzyki nara­stała, pnąc się ku gwał­tow­nej kul­mi­na­cji, aż wresz­cie Lidia z Nią legły na pod­ło­dze, wyczer­pane, pokryte potem, nagie bliź­niaczki sple­cione w muzycz­nej lubież­no­ści. Muzyka ciał uci­chła.

Publicz­ność ani drgnęła. Gdy trwały w tej pozie, Lidia czuła sól na skó­rze sio­stry. Reflek­tory przy­ga­sły, sygna­li­zu­jąc koniec.

Sala wybu­chła owa­cją. Świa­tła poja­śniały. Nia wstała. Jej usta wygięły się w uśmie­chu satys­fak­cji, gdy poma­gała wstać Lidii. "Widzisz?" - mówiły jej oczy. "Będziemy gwiaz­dami". Lidia poczuła, że uśmie­cha się razem z sio­strą. Mimo utraty Ste­phena, mimo ogra­bie­nia przez Belari, uśmie­chała się. Uwiel­bie­nie widowni omy­wało ją roz­kosz­nym bal­sa­mem.

Tak jak zostały wyuczone, dygnęły przed Belari, wyra­ża­jąc naj­pierw odda­nie swo­jej pani. Belari uśmiech­nęła się na ten gest, jak­kol­wiek wyuczony, i przy­łą­czyła się do okla­sków, które wzmo­gły się po tym poka­zie grzecz­no­ści: teraz Nia i Lidia dygały w cztery strony świata, zbie­rały sukienki i scho­dziły ze sceny, pro­wa­dzone przez przy­tła­cza­jącą syl­wetkę Bur­sona ku ich pani.

Gdy pod­cho­dziły do Belari, owa­cja trwała. Wresz­cie, na jej ski­nie­nie, okla­ski ustą­piły peł­nej sza­cunku ciszy. Belari uśmiech­nęła się do zgro­ma­dzo­nych, kła­dąc dło­nie na wątłych bar­kach dziew­czyn, i powie­działa:

- Pano­wie i panie, oto moje fletki.

I aplauz wybuchł na nowo, ostat­nią eks­plo­zją uwiel­bie­nia, po któ­rej goście powró­cili do roz­mów i zaczęli się wachlo­wać, czu­jąc zain­spi­ro­wany przez występ dziew­czyn rumie­niec na skó­rze.

Belari przy­cią­gnęła fletki do sie­bie i szep­nęła:

- Świet­nie się spi­sa­ły­ście. - Przy­tu­liła je ostroż­nie.

Oczy Ver­nona Weira błą­dziły po nagich cia­łach Lidii i Nii.

- Belari, prze­szłaś sama sie­bie - powie­dział.

Belari deli­kat­nie skło­niła głowę na ten kom­ple­ment. Uścisk na ramie­niu Lidii stał się wład­czy. Był na­dal lekki, pełen satys­fak­cji z wła­snej pozy­cji, ale palce wbi­jały się w skórę.

- Moje naj­lep­sze.

- Nad­zwy­czajna robota.

- Gdy sobie coś łamią, to kosz­tuje. Bo są okrop­nie kru­che. - Belari uśmiech­nęła się czule do dziew­czyn. - Już pra­wie zapo­mniały, jak to jest cho­dzić sobie bez­tro­sko.

- Wszystko co naj­pięk­niej­sze jest kru­che. - Ver­non dotknął policzka Lidii. Powstrzy­mała się przed uni­kiem. - Pew­nie trudno je było skon­stru­ować.

Belari ski­nęła głową.

- To misterne kon­struk­cje. - Obwio­dła pal­cem otwory w ramie­niu Nii. - Na brzmie­nie każ­dej nuty wpływa nie tylko poło­że­nie pal­ców na otwo­rach, ale też to, czy przy­le­gają do sie­bie, albo do pod­łogi, czy ręka jest zgięta, czy wypro­sto­wana. Zatrzy­ma­li­śmy im poziom hor­mo­nów, żeby nie rosły, i potem zaczę­li­śmy pro­jek­to­wać te instru­menty. Gra na nich i taniec wyma­gają nie­sa­mo­wi­tych umie­jęt­no­ści.

- Ile lat je tre­nu­jesz?

- Pięć. Sie­dem, jeśli liczyć od pierw­szych ope­ra­cji.

Ver­non pokrę­cił głową.

- A my ni­gdy o nich nie sły­sze­li­śmy.

- Wy byście je zmar­no­wali. A ja zro­bię z nich gwiazdy.

- My dali­śmy sławę tobie.

- I zabie­rze­cie, jeśli tylko zacznę szwan­ko­wać.

- Czyli wypusz­czasz je na rynek?

Belari uśmiech­nęła się do niego.

- Oczy­wi­ście. Zacho­wam pakiet kon­tro­lny, ale resztę sprze­dam.

- Będziesz bogata.

- Nawet wię­cej. Będę nie­za­leżna.

Ver­non kunsz­tow­nie udał roz­cza­ro­wa­nie.

- Przy­pusz­czam więc, że nie dasz się oka­blo­wać pod Touch­Sense.

- Przy­pusz­czam, że nie.

Napię­cie mię­dzy nimi było aż nama­calne. Ver­non kal­ku­lo­wał, szu­ka­jąc otwar­cia, Belari zaś dzier­żyła swoją wła­sność i sta­wiała mu czoło. Oczy Ver­nona się zwę­ziły.

Belari, jakby czy­ta­jąc mu w myślach, powie­działa:

- Są ubez­pie­czone.

Ver­non pokrę­cił głową ze smut­kiem.

- Belari, jak możesz tak o mnie myśleć. - Wes­tchnął. - W zasa­dzie chyba powi­nie­nem ci gra­tu­lo­wać. Masz takich wier­nych pod­da­nych, taki mają­tek, osią­gnę­łaś wię­cej niż wyda­wało mi się moż­liwe, kiedy się pozna­li­śmy.

- Moi słu­dzy są wierni, bo dobrze ich trak­tuję. Służą mi z zado­wo­le­niem.

- A co na to ten twój Ste­phen? - Ver­non ski­nął w stronę wędlin na słodko pośrodku stołu, spry­ska­nych tru­skaw­ko­wym eks­trak­tem i przy­bra­nych jaskra­wo­zie­lo­nymi list­kami mięty.

Belari się uśmiech­nęła.

- A tak, też by się zgo­dził. Wiesz, że już kiedy Michael i Renee przy­go­to­wy­wali go do goto­wa­nia, spoj­rzał na mnie i powie­dział "Dzię­kuję"? - Wzru­szyła ramio­nami. - Pró­bo­wał mnie zabić, ale i tak gor­li­wie pra­gnął spra­wić mi przy­jem­ność. Na sam koniec powie­dział, że mnie prze­pra­sza, że w służ­bie u mnie spę­dził naj­lep­sze lata swo­jego życia. - Teatral­nie otarła łzę. - Nie wiem, jak to moż­liwe, że tak mnie kochał, a jed­no­cze­śnie chciał zadać mi śmierć. - Odwró­ciła się od Ver­nona, patrząc na innych gości. - I dla­tego pomy­śla­łam, że go podam, zamiast po pro­stu nabić na pal jako ostrze­że­nie dla innych. Kocha­li­śmy się, cho­ciaż był zdrajcą.

Ver­non wzru­szył ramio­nami.

- Tylu ludzi nie­na­wi­dzi len­nego ustroju. Pró­bu­jesz im powta­rzać, że zapew­niamy o wiele więk­sze bez­pie­czeń­stwo niż to, co było przed­tem, ale oni i tak pro­te­stują... - zer­k­nął zna­cząco na Belari - a cza­sem i wię­cej.

- A moi pod­dani nie pro­te­stują. Przy­naj­mniej nie do czasu Ste­phena. Kochają mnie.

Uśmiech­nął się.

- Jak my wszy­scy. W każ­dym razie, żeby podać go w ten spo­sób, na zimno... - Uniósł talerz ze stołu. - Masz dosko­nały gust.

W miarę jak przy­słu­chi­wała się roz­mo­wie, Lidia sztyw­niała. Spoj­rzała na pół­mi­sek cienko pokro­jo­nych wędlin, potem na Ver­nona uno­szą­cego do ust wide­lec. Tylko tre­ning pozwo­lił jej się opa­no­wać. Ver­non i Belari roz­ma­wiali dalej, lecz Lidia myślała już tylko o tym, że jadła swo­jego przy­ja­ciela, czło­wieka, który był dla niej dobry.

Gniew prze­są­czał się przez nią, napeł­nia­jąc bun­tem jej wydrą­żone ciało. Pra­gnęła zaata­ko­wać swoją panią, ale w tej wście­kło­ści była bez­silna - za słaba, żeby zra­nić Belari. Miała zbyt kru­che kości i zbyt deli­katną budowę. Belari była silna wszę­dzie tam, gdzie ona była słaba. Stała więc, dygo­cąc z fru­stra­cji, a potem głos Ste­phena zaszep­tał jej w gło­wie pocie­sza­jącą mądro­ścią. Mogła poko­nać Belari. Na tę myśl, jej blada cera zaru­mie­niła się z zado­wo­le­nia.

Belari, jakby coś wyczu­wa­jąc, spu­ściła wzrok.

- Lidia, idź się ubierz i wróć tutaj. Zanim wypusz­czę was na rynek, chcia­ła­bym was przed­sta­wić wszyst­kim obec­nym.

***

Lidia zakra­dała się do swo­jej kry­jówki. Jeśli Bur­son nie zna­lazł fiolki, na­dal tam będzie. Serce jej waliło na samą myśl, że zgi­nęła, że ten potwór mógł znisz­czyć ostatni dar Ste­phena. Prze­my­kała do kuchni kiep­sko oświe­tlo­nymi tune­lami dla służby. Każdy krok pul­so­wał nie­po­ko­jem.

W kuchni trwała krzą­ta­nina, cały per­so­nel uwi­jał się, przy­go­to­wu­jąc nowe dania dla gości. Żołą­dek Lidii wywra­cał się na nice. Zasta­na­wiała się, czy na innych tacach też znaj­dują się szczątki Ste­phena. Pal­niki buchały ogniem, piece buzo­wały, a Lidia prze­my­kała przez ten roz­gar­diasz, jak prze­su­wa­jąca się pod ścia­nami wid­mowa przy­błęda. Nikt nie zwra­cał na nią uwagi. Byli zbyt zajęci, tru­dząc się dla Belari - wypeł­niali jej wolę nawet nie­świa­do­mie, nawet o tym nie myśląc. Zaiste, nie­wol­nicy. Belari inte­re­so­wało tylko posłu­szeń­stwo.

Lidia uśmiech­nęła się ponuro. Skoro Belari tak kocha posłu­szeń­stwo, to ona z przy­jem­no­ścią zor­ga­ni­zuje praw­dziwą zdradę. Zwali się na pod­łogę pomię­dzy gośćmi swej pani, niwe­cząc jej chwilę chwały, zawsty­dza­jąc ją i dru­zgo­cąc nadzieje na nie­za­leż­ność.

Gdy Lidia prze­kra­dała się pod łukami, w spi­żarni pano­wała cisza. Wszy­scy byli zajęci poda­wa­niem potraw, zabie­gani jak psy zno­szące jedze­nie potom­stwu. Lidia wędro­wała mię­dzy zapa­sami, becz­kami oliwy, wor­kami cebuli, wiel­kimi, buczą­cymi zamra­żar­kami, miesz­czą­cymi w swo­ich sta­lo­wych trze­wiach całe połówki wołów. Dotarła do sze­ro­kich, wyso­kich rega­łów na końcu spi­żarni i wspięła się pomię­dzy sło­jami z brzo­skwi­niami, pomi­do­rami i oliw­kami ku sto­ją­cej na samej górze fasoli. Odsu­nęła wek z socze­wicą i wci­snęła się za niego.

Przez moment, maca­jąc w cia­snej kry­jówce, myślała, że fiolki tam nie ma, lecz potem jej palce zaci­snęły się na maleń­kim szkla­nym naczynku.

Zeszła na dół, uwa­ża­jąc, żeby niczego sobie nie zła­mać. Śmiała się sama z sie­bie na myśl, że to już nie ma zna­cze­nia. Pośpie­szyła przez kuch­nię, mija­jąc zaję­tych, posłusz­nych słu­żą­cych, a potem tune­lem, już pochło­nięta samo­znisz­cze­niem.

Pędząc przez ciemne tunele, uśmie­chała się, rada, że już ni­gdy nie będzie musiała prze­my­kać mrocz­nymi kory­ta­rzami ukry­tymi przed wzro­kiem ary­sto­kra­cji. Wzięła swój los we wła­sne ręce. Po raz pierw­szy od wielu lat miała go pod kon­trolą.

Bur­son wysko­czył z cie­nia, gdy się mate­ria­li­zo­wał, jego skóra zmie­niła kolor z czar­nego na cie­li­sty. Zła­pał ją i zatrzy­mał szarp­nię­ciem. Jej ciało nad­we­rę­żyło się od nagłego wstrząsu. Chwy­ciła powie­trze, stawy jej zatrzesz­czały. Bur­son chwy­cił ją jed­nym potęż­nym łap­skiem za oba prze­guby. Drugą ręką uniósł jej pod­bró­dek, kie­ru­jąc w czarne oczy badaw­cze spoj­rze­nie swo­ich zaczer­wie­nio­nych gałek.

- Gdzie idziesz?

Jest wielki, więc uważa się go za głu­piego, pomy­ślała. Ten powolny, tubalny głos. Inten­sywne, zwie­rzęce spoj­rze­nie. Ale był spo­strze­gaw­czy, a Belari nie. Lidia zady­go­tała i prze­klęła się za głu­potę. Bur­son przy­pa­try­wał się jej, noz­drza mu drgały od zapa­chu stra­chu. Patrzył, jak czer­wieni się jej skóra.

- Gdzie idziesz? - zapy­tał jesz­cze raz. W tonie jego głosu pobrzmie­wało ostrze­że­nie.

- Wra­cam na przy­ję­cie - wyszep­tała Lidia.

- Gdzie byłaś?

Spró­bo­wała wzru­szyć ramio­nami.

- Ni­gdzie. Prze­bie­ra­łam się.

- Nia już tam jest. Spóź­niasz się. Belari pytała, co z tobą.

Lidia nie odpo­wie­działa. Cokol­wiek by powie­działa, nie roz­wia­łoby to podej­rzeń Bur­sona. Z prze­ra­że­niem myślała, że zaraz roze­wrze jej zaci­śniętą dłoń i odkryje szklaną fiolkę. Słu­żący mówili, że nie da się oszu­kać Bur­sona. Że odkrywa wszystko.

Bur­son obser­wo­wał ją w mil­cze­niu, cze­ka­jąc, aż sama się zdra­dzi. Wresz­cie powie­dział:

- Byłaś w swo­jej kry­jówce. - Obwą­chał ją. - Ale to nie w kuchni. W spi­żarni. - Uśmiech­nął się, uka­zu­jąc ostre zęby. - Na górze.

Lidia wstrzy­mała oddech. Bur­son nie odpusz­czał pro­blemu, dopóki nie zna­lazł roz­wią­za­nia. Miał to we krwi.

- Dener­wu­jesz się. - Powę­szył. - Pot. Strach.

Lidia z upo­rem pokrę­ciła głową. Fiolka była śli­ska, bała się, że ją upu­ści, albo poru­szy pal­cami i zwróci na sie­bie uwagę. Bur­son bez wysiłku pod­niósł ją, aż zrów­nali się wzro­stem. Ści­skał prze­guby tak mocno, że myślała, że zaraz się poła­mią. Przyj­rzał się jej oczom.

- Strasz­nie się boisz.

- Nie. - Lidia raz jesz­cze pokrę­ciła głową.

Bur­son roze­śmiał się, w tym śmie­chu brzmiała pogarda i litość.

- To musi być straszne, taka świa­do­mość, że w każ­dej chwili możesz się zła­mać. - Roz­luź­nił kamienny uścisk. Krew powró­ciła do prze­gu­bów. - To miej tę swoją kry­jówkę. Twój sekret jest u mnie bez­pieczny.

Lidia przez chwilę myślała, że źle go zro­zu­miała. Stała nie­ru­chomo przed olbrzy­mim sze­fem ochrony, lecz Bur­son mach­nął z iry­ta­cją ręką i wto­pił się z powro­tem w cień.

- Idź.

Lidia poczła­pała na drżą­cych nogach, gro­żą­cych, że się zała­mią. Zmu­siła się, by iść dalej, wyobra­ża­jąc sobie świ­dru­jący jej plecy wzrok Bur­sona. Zasta­na­wiała się, czy dalej ją śle­dzi, czy też stra­cił zain­te­re­so­wa­nie nie­szko­dliwą chu­der­lawą fletką, maskotką Belari, która chowa się po szaf­kach i zmu­sza słu­żą­cych, żeby wywra­cali wszystko do góry nogami w poszu­ki­wa­niu tej samo­lub­nej kru­szyny.

Krę­ciła głową zdu­miona. Bur­son nie zauwa­żył. Bur­son, mimo tylu ulep­szeń, był ślepy, tak przy­zwy­cza­jony, że budzi grozę, że już nie był w sta­nie odróż­nić stra­chu od poczu­cia winy.

***

Wokół Belari zebrało się tym­cza­sem nowe stadko wiel­bi­cieli, ludzi, któ­rzy wie­dzieli, że już nie­długo będzie nie­za­leżna. Gdy tylko fletki zade­biu­tują na rynku, pra­wie dorówna potęgą Ver­no­nowi Weirowi, ceniona nie tylko za wła­sne występy, lecz także dzięki swo­jej kuźni talen­tów. Lidia szła ku nim, z fiolką wol­no­ści ukrytą w pię­ści.

Nia stała obok Belari, roz­ma­wia­jąc z Cla­ire Para­no­vis z SK Net. Kiwała wdzięcz­nie głową na każde jej słowo, zacho­wu­jąc się dokład­nie tak, jak wpo­iła im Belari: zawsze grzeczna, ni­gdy ura­żona, zawsze z przy­jem­no­ścią pro­wa­dząca roz­mowę, nic do ukry­cia, ale parę histo­rii w zana­drzu. Tak się postę­puje z mediami. Gdy się je czymś karmi, ni­gdy nie kopią głę­biej. Nia chyba czuła się w tej roli kom­for­towo.

Lidia poczuła prze­lotne ukłu­cie żalu, że zrobi coś takiego, a potem zajęła miej­sce obok Belari, która z uśmie­chem zaczęła przed­sta­wiać ją kobie­tom i męż­czy­znom cisną­cym się ku niej z fana­tycz­nym uwiel­bie­niem. Mgumi Story. Kim Song Lee. Maria Blyst. Taka­shi Ghandi. Coraz wię­cej tych nazwisk, glo­balne brac­two, elita mediów.

Lidia uśmiech­nęła się i ukło­niła, a Belari odga­niała wycią­gnięte do gra­tu­la­cji dło­nie, chro­niąc swoją kru­chą inwe­sty­cję. Lidia ode­grała wyuczoną rolę, choć w spo­co­nych pal­cach ści­skała fiolkę, mały skarb wła­dzy i prze­zna­cze­nia. Ste­phen miał rację. Mali ludzie panują tylko nad wła­snym koń­cem, a cza­sem nawet i to nie. Lidia patrzyła, jak goście czę­stują się pla­ster­kami Ste­phena, zachwy­ca­jąc się sło­dy­czą mięsa.

Odwró­ciła się od tłumu wiel­bi­cieli i wzięła z pira­midy owo­ców na sto­liku jedną tru­skawkę. Zanu­rzyła ją w śmie­ta­nie, potem w cukrze, pró­bu­jąc zmie­sza­nych sma­ków. Potem kolejną, czer­woną i deli­katną w jej paję­czych pal­cach, słodki nośnik dla gorzko zapra­co­wa­nej wol­no­ści.

Wycią­gnęła kciu­kiem maleńki kore­czek z fiolki i polała dorodną jagodę bursz­ty­no­wym skar­bem. Zasta­na­wiała się, czy będzie bolało, czy zadziała szybko. Nie ma to zresztą zna­cze­nia, nie­długo już będzie wolna. Krzyk­nie, pad­nie na pod­łogę, goście się cofną, oszo­ło­mieni prze­graną Belari. Belari prze­żyje upo­ko­rze­nie, a co wię­cej, straci fletki bliź­niaczki. Znów wpad­nie w lubieżne ręce Ver­nona Weira.

Spoj­rzała na zatrutą tru­skawkę. Słodka, pomy­ślała. Śmierć powinna być słodka. Widziała, że Belari przy­gląda się jej, czule uśmiech­nięta. Na pewno cie­szy się, że jesz­cze ktoś jest tak jak ona uza­leż­niony od sło­dy­czy. Lidia uśmiech­nęła się sama do sie­bie, zado­wo­lona, że Belari widzi jej chwilę buntu. Unio­sła tru­skawkę do ust.

Nagle w jej uchu coś zaszep­tało nowym natchnie­niem.

Zawa­hała się cal od śmierci, obró­ciła i wycią­gnęła tru­skawkę ku swej pani.

Podała ją w geście hołdu, z pokorą istoty będą­cej pod każ­dym wzglę­dem czy­jąś wła­sno­ścią. Skło­niła głowę i wycią­gnęła owoc na bla­dej dłoni, przy­wo­łu­jąc wszyst­kie swe umie­jęt­no­ści, gra­jąc wier­nego sługę roz­pacz­li­wie pra­gną­cego zado­wo­lić pana. Wstrzy­mała oddech, zapo­mi­na­jąc o całym świe­cie. Znik­nęła sala, goście i roz­mowy. Wszystko uci­chło.

Była tylko Belari, tru­skawka i zatrzy­mana w cza­sie prze­pyszna szansa.

Ludzie piasku i popiołu

Ludzie pia­sku i popiołu

- Wroga aktyw­ność w stre­fie! Głę­boko w stre­fie!

Zdar­łem z głowy peł­no­zmy­słowe gogle, czu­jąc we krwi falę adre­na­liny. Znik­nęło wir­tu­alne mia­sto, które już mia­łem zrów­nać z zie­mią, zastą­pione ekra­nami moni­to­ringu, przed­sta­wia­ją­cymi ze wszyst­kich stron ośro­dek wydo­byw­czy SesCo. Na jed­nym z nich, na tle mapy terenu, czer­woną fos­fo­ry­zu­jącą kre­chą ryso­wała się tra­jek­to­ria intruza, gorąca jak krew linia spły­wa­jąca pro­sto do Kanału 8.

Jaak już wybiegł z sali moni­to­ringu. Pobie­głem po sprzęt.

Dogo­ni­łem go w zbro­jowni, gdy wycią­gał TS-101, amu­ni­cję i pako­wał swoje wyta­tu­owane ciało do opan­ce­rzo­nego egzosz­kie­letu. Opa­sał potężne bary ładow­ni­cami z bate­riami-maga­zyn­kami i pobiegł do śluzy. Nacią­gną­łem wła­sny egzosz­kie­let, zdją­łem ze sto­jaka wła­sną sto jedynkę, spraw­dzi­łem stan nała­do­wa­nia i popę­dzi­łem za nim.

Lisa sie­działa już w HEV-ie, jego tur­bo­wen­ty­la­to­rowe sil­niki zawyły jak demony, kiedy roz­sze­rzył się właz. Cen­taury-war­tow­niki wyce­lo­wały we mnie swoje sto jedynki, potem roz­luź­niły się, gdy na wyświe­tla­czach przed ich twa­rzami roz­ja­rzyła się iden­ty­fi­ka­cja swój-obcy. Pobie­głem po pły­cie lot­ni­ska, dosta­jąc gęsiej skórki od sie­ką­cego w twarz lodo­wa­tego wia­tru z Mon­tany i gazów wylo­to­wych sil­ni­ków Hen­tasa Mark V. Chmury nad głową jarzyły się poma­rań­czowo odbla­skami świa­teł gór­ni­czych botów SesCo.

- No dawaj, Chen! Ruchy! Ruchy!

Zanur­ko­wa­łem do myśliwca. Samo­lot sko­czył w niebo. Prze­chy­lił się, ciska­jąc mną o gródź, potem prze­sta­wił hen­tasy na lot poziomy i runął naprzód. Właz HEV-a się zasu­nął. Wycie wia­tru uci­chło.

Wgra­mo­li­łem się do kokonu pilo­tów i spoj­rza­łem w dół ponad ramio­nami Jaaka i Lisy.

- Jak się grało? - zapy­tała Lisa.

Nachmu­rzy­łem się.

- Już pra­wie wygra­łem. Dotar­łem do Paryża.

Cię­li­śmy mgłę nad zbior­ni­kami poflo­ta­cyj­nymi, nie­mal muska­jąc wodę, aż dotar­li­śmy na drugą stronę. Auto­mat prze­ciw­ko­li­zyjny szarp­nął myśliw­cem, cią­gnąc go do góry nad wzno­szą­cym się tere­nem. Lisa prze­szła na ręczne i z powro­tem zeszła tuż nad zie­mię, lecąc tak nisko, że mógł­bym wycią­gnąć rękę i szo­ro­wać nią po spę­ka­nych piar­gach, nad któ­rymi z wyciem pędzi­li­śmy.

Roz­darły się alarmy. Jaak powy­łą­czał je, a Lisa zeszła myśliw­cem jesz­cze niżej. Przed nami zama­ja­czył skalny grzbiet. Przedar­li­śmy się obok zbo­cza i zanur­ko­wa­li­śmy nad kra­wę­dzią do następ­nej doliny. Hen­tasy dygo­tały, gdy Lisa piło­wała je aż po kon­struk­cyjne limity. Prze­sko­czy­li­śmy nad kolej­nym masy­wem skal­nym. Zębaty, pocięty kra­jo­braz wyeks­plo­ato­wa­nych gór cią­gnął się po hory­zont. Ponow­nie zanur­ko­wa­li­śmy w mgłę i pole­cie­li­śmy tuż nad powierzch­nią kolej­nego jeziora reten­cyj­nego, zosta­wia­jąc zyg­za­ko­watą falę na gęstej, zło­tej wodzie.

Jaak obser­wo­wał ska­nery myśliwca.

- Mam go. - Wyszcze­rzył zęby. - Rusza się, ale powoli.

- Jedna minuta do kon­taktu - powie­działa Lisa. - Nie podej­muje żad­nych dzia­łań obron­nych.

Obser­wo­wa­łem intruza na ekra­nach śle­dze­nia, wyświe­tla­ją­cych dane napły­wa­jące w cza­sie rze­czy­wi­stym z sate­li­tów SesCo.

- Nawet się nie kamu­fluje. Gdy­by­śmy wie­dzieli, że nie będzie grał w cho­wa­nego, rzu­ci­li­by­śmy na niego jedną minia­to­mówkę, nie rusza­jąc się z bazy.

- A ty mógł­byś dokoń­czyć grę - dodała Lisa.

- I tak możemy go wal­nąć ato­mówką - pod­su­nął Jaak.

Pokrę­ci­łem głową.

- Nie, przyj­rzyjmy się. Jak wypa­ruje, nic po nim nie zosta­nie, a Bun­baum będzie pytał, po co bra­li­śmy myśliwca.

- Trzy­dzie­ści sekund.

- Gdyby komuś się nie zachciało dla roz­rywki prze­le­cieć myśliw­cem do Can­cun, nic by go to nie obe­szło.

Lisa wzru­szyła ramio­nami.

- Chcia­łam sobie popły­wać. Ina­czej chyba odstrze­li­ła­bym wam kolana.

Myśli­wiec prze­sko­czył nad kolej­nymi grzbie­tami.

Jaak wpa­try­wał się w moni­tor.

- Oddala się. Ale jest wolny. Dogo­nimy go.

- Pięt­na­ście sekund do lądo­wa­nia - powie­działa Lisa. Roz­pięła pasy i prze­łą­czyła myśliwca na auto.

Wszy­scy pobie­gli­śmy do włazu, gdy HEV wystrze­lił w niebo - auto­pi­lot despe­racko chciał odda­lić się od groź­nego gruntu pędzą­cego tuż pod brzu­chem samo­lotu.

Wysko­czy­li­śmy, jedno, dru­gie, trze­cie i spa­da­li­śmy jak Ikar. Ude­rza­li­śmy w zie­mię z pręd­ko­ścią setek kilo­me­trów na godzinę. Nasze egzosz­kie­lety roz­pry­ski­wały się jak szkło, sypiąc w niebo odłam­kami. Czarne meta­liczne płatki pola­ty­wały potem wokół nas, zakłó­ca­jąc radar i ter­mo­wi­zję wroga, my zaś tur­la­li­śmy się po ziemi, aż po nagłe i bru­talne zatrzy­ma­nie w błot­ni­stych piar­gach.

Z wyciem hen­tas myśli­wiec prze­sko­czył nad gra­nią, jak pło­mienny cel. Pozbie­ra­łem się na nogi i pobie­głem ku ska­łom, ryjąc sto­pami w żół­tym bło­cie poflo­ta­cyj­nym i poła­ciach zżół­kłego śniegu. Jaak leżał za mną z poła­ma­nymi rękami. Płatki roz­bi­tego egzosz­kie­letu zna­czyły tor, któ­rym się toczył. Lisa leżała sto metrów dalej, kość udowa prze­bi­jała jej udo jak jaskra­wo­biały wykrzyk­nik.

Wsze­dłem na szczyt grani i zaj­rza­łem w dolinę.

Nic.

Pod­krę­ci­łem zoom w heł­mie. Przede mną roz­cią­gały się mono­tonne zbo­cza kolej­nych hałd odpa­dów. Głazy, nie­które wiel­ko­ści naszego HEV-a, nie­kiedy potrza­skane i popę­kane od mate­ria­łów wybu­cho­wych, pokry­wały je na prze­mian z nie­sta­bil­nym żół­tym łup­kiem i drob­nymi okru­chami skały płon­nej.

Jaak wśli­znął się na górę obok mnie, po chwili dołą­czyła też Lisa. Nogawkę kom­bi­ne­zonu miała roz­dartą i zakrwa­wioną. Starła z twa­rzy żółte błoto i zja­dła je, przy­glą­da­jąc się doli­nie.

- Coś było?

Pokrę­ci­łem głową.

- Jesz­cze nic. Dobrze się czu­jesz?

- Gład­kie zła­ma­nie.

Jaak wska­zał coś.

- Tam!

W doli­nie coś bie­gło, wypło­szone przez myśli­wiec. Posu­wało się wzdłuż wąskiego stru­mie­nia, lep­kiego od odpa­do­wego kwasu. Samo­lot zaga­niał je ku nam. Nic. Zero ognia. Ani żużla. Po pro­stu coś tam sobie bie­gło. Masa zbi­tych kła­ków. Czwo­ro­nożne. Wyma­zane bło­tem.

- Jakiś bio­tech? - zasta­na­wia­łem się.

- Ale nie ma rąk - szep­nęła Lisa.

- Ani żad­nego osprzętu.

- Trzeba być naprawdę porą­ba­nym, żeby zro­bić bio­te­cha bez rąk.

Prze­pa­trzy­łem oko­liczne gra­nie.

- Może to na odwró­ce­nie uwagi?

Jaak spraw­dził swoje dane ze ska­ne­rów, przy­cho­dzące z bar­dziej agre­syw­nych czuj­ni­ków myśliwca.

- Nie wydaje mi się. Można go dać wyżej? Chciał­bym się rozej­rzeć.

Na pole­ce­nie Lisy myśli­wiec wzniósł się, zwięk­sza­jąc zasięg czuj­ni­ków. Wycie tur­bo­wen­ty­la­to­rów cichło, w miarę jak nabie­rał wyso­ko­ści.

Jaak cze­kał, a na wyświe­tlacz przed twa­rzą wle­wały mu się kolejne dane.

- Eee, nic. I żad­nych nowych alar­mów z poste­run­ków gra­nicz­nych. Jeste­śmy sami.

Lisa pokrę­ciła głową.

- Trzeba było wal­nąć minia­to­mówką z bazy.

W doli­nie, bie­gnący na łeb na szyję bio­tech zwol­nił do truchtu. Chyba nie wie­dział o naszej obec­no­ści. Teraz, z bli­ska, widzie­li­śmy nawet jego syl­wetkę: kudłaty czwo­ro­nóg z ogo­nem. Poskle­jane w strąki włosy dyn­dały na łapach jak jakieś ozdoby, oble­pione gru­dami poflo­ta­cyj­nego błota. Dół łap miał popla­miony kwa­sami ze zbior­ni­ków, jakby bro­dził przez stru­mie­nie moczu.

- Strasz­nie brzydki ten bio­tech - stwier­dzi­łem.

Lisa pod­nio­sła sto jedynkę do ramie­nia.

- Jak z nim skoń­czę - bio­śmieć.

- Cze­kaj! - powie­dział Jaak. - Nie spo­pie­laj go!

Lisa zer­k­nęła na niego, zła.

- Bo co?

- To nie jest żaden bio­tech - szep­nął Jaak. - To jest pies!

Wstał nagle, sko­czył z grani i popę­dził piar­gami w stronę zwie­rzę­cia.

- Cze­kaj! - zawo­łała Lisa, ale Jaak już roz­pę­dził się do pra­wie mak­sy­mal­nej szyb­ko­ści; roz­ma­zy­wał się.

Zwie­rzę tylko raz spoj­rzało na Jaaka, w pod­sko­kach, z wrza­skiem zbie­ga­ją­cego pędem ze zbo­cza, po czym odwró­ciło się i ucie­kło. Ale nie miało z nim szans. Pół minuty póź­niej je wyprze­dził.

Lisa i ja wymie­ni­li­śmy spoj­rze­nia.

- No - powie­działa - jak na bio­te­cha to rze­czy­wi­ście strasz­nie wolny. Nawet cen­taury bie­gają szyb­ciej.

Zanim ich dogo­ni­li­śmy, Jaak zdą­żył zapę­dzić zwie­rzę do śle­pego parowu. Stało pośrodku rowu z sączącą się szla­mia­stą wodą, trzę­sąc się, war­cząc i poka­zu­jąc zęby, kiedy je ota­cza­li­śmy. Pró­bo­wało nas omi­nąć, lecz Jaak z łatwo­ścią trzy­mał je w sza­chu.

Z bli­ska wyda­wało się jesz­cze bar­dziej żało­sne niż z daleka - dobre trzy­dzie­ści kilo war­czą­cych par­chów. Łapy miało poka­le­czone i okrwa­wione, z wydar­tymi kawa­łami sier­ści i widocz­nymi ropie­ją­cymi opa­rze­niami che­micz­nymi.

- Niech mnie szlag - sap­ną­łem, patrząc na to zwie­rzę. - Naprawdę wygląda jak pies.

Jaak wyszcze­rzył zęby.

- Jak­by­śmy zna­leźli jakie­goś, kurna, dino­zaura.

- Jak on tu prze­żył? - Lisa obwio­dła ręką hory­zont. - Tu nie ma na czym prze­żyć. Musi być zmo­dy­fi­ko­wany. - Przyj­rzała mu się uważ­niej, potem zer­k­nęła na Jaaka. - Jesteś pewien, że nic nie nad­ciąga od gra­nicy? To nie jest jakaś przy­nęta?

Jaak pokrę­cił głową.

- Nic. Czuj­niki nawet nie pisną.

Pochy­li­łem się ku stwo­rze­niu. Obna­żyło kły w gry­ma­sie nie­na­wi­ści.

- Jest w strasz­nym sta­nie. Może to naprawdę pies.

- Pew­nie, że pies, ja wam mówię. Widzia­łem kie­dyś w zoo.

Lisa potrzą­snęła głową.

- Nie­moż­liwe. Praw­dziwy pies by dawno nie żył.

Jaak tylko wyszcze­rzył zęby i też pokrę­cił głową.

- Nie ma mowy. Patrz­cie. - Wycią­gnął rękę, żeby odgar­nąć kudły z pyska zwie­rzę­cia, żeby­śmy mogli zoba­czyć jak wygląda.

Zwie­rzę zaata­ko­wało i wbiło zęby w rękę Jaaka. Tar­mo­siło ją gwał­tow­nie, war­cząc, a Jaak gapił się na ucze­pione jego ciała stwo­rze­nie. Szar­pało głową tam i z powro­tem, pró­bu­jąc ode­rwać rękę. Wokół pyska try­skała krew - kły wbi­jały się w tęt­nice Jaaka.

Jaak się zaśmiał. Krew prze­stała pły­nąć.

- Cho­lera. Zobacz­cie no. - Uniósł rękę, aż zwie­rzę zadyn­dało w powie­trzu nad stru­mie­niem, ocie­ka­jąc wodą. - Mam swoje zwie­rzątko.

Pies dyn­dał na gru­bej gałęzi ramie­nia Jaaka. Pró­bo­wał znów nią szarp­nąć, ale, kiedy wisiał w powie­trzu, nie­spe­cjal­nie mu się to uda­wało. Nawet Lisa się uśmiech­nęła.

- To musi być kiep­sko, obu­dzić się i stwier­dzić, że dotar­łeś do końca swo­jej krzy­wej ewo­lu­cyj­nej.

Pies war­czał, z deter­mi­na­cją trzy­ma­jąc się ręki.

Jaak roze­śmiał się i wycią­gnął nóż mono­mo­le­ku­larny.

- Masz, pie­sku. - Odciął sobie rękę, zosta­wia­jąc ją w pysku zdu­mio­nego zwie­rzę­cia.

Lisa prze­krzy­wiła głowę.

- Myślisz, że da się coś na nim zaro­bić?

Jaak obser­wo­wał, jak pies pochła­nia odciętą rękę.

- Czy­ta­łem gdzieś, że kie­dyś się jadło psy. Cie­kawe, jak sma­kują.

Zer­k­ną­łem na zegar w wyświe­tla­czu HUD. Już zmar­no­wa­li­śmy godzinę na zabawę, z któ­rej nie będzie żad­nej pre­mii.

- Jaak, zabie­raj swo­jego psa i wsia­damy do myśliwca. I tak nie zdą­żymy go zjeść przed roz­mową z Bun­bau­mem.

- On pew­nie uzna go za wła­sność firmy. - Jaak się skrzy­wił.

- No tak, jak zawsze. Ale i tak musimy zło­żyć raport. To może lepiej zacho­wajmy dowód rze­czowy, skoro go nie wal­nę­li­śmy ato­mówką.

***

Na kola­cję jedli­śmy pia­sek. Przed bun­krem ochrony, roboty gór­ni­cze posu­wały się tam i z powro­tem, wdzie­ra­jąc się coraz głę­biej w zie­mię, zmie­nia­jąc ją w muł z odpa­dów poflo­ta­cyj­nych i skal­nego kwasu, który zosta­wiały w otwar­tych jezior­kach, kiedy docie­rały do zwier­cia­dła wód pod­ziem­nych, albo spię­trzały w trzy­stu­me­trowe hałdy. Odgłos tych maszyn, przez cały dzień cho­dzą­cych w kółko, dzia­łał na nas uspo­ka­ja­jąco. Nic, tylko ty, roboty i zyski, a jeśli pod­czas two­jej służby nic nie zosta­nie zbom­bar­do­wane, zawsze dosta­niesz porządną pre­mię.

Po kola­cji sie­dli­śmy sobie i zaczę­li­śmy ostrzyć skórę Lisy, wsz­cze­pia­jąc jej wzdłuż koń­czyn ostrza, tak że ze wszyst­kich stron przy­po­mi­nała brzy­twę. Naj­pierw myślała o ostrzach mono­mo­le­ku­lar­nych, ale zbyt łatwo było przy­pad­kiem coś sobie uciąć, a my i tak już potra­ci­li­śmy sporo czę­ści ciała. Taki szajs nada­wał się dla ludzi, któ­rzy nie muszą pra­co­wać: este­tów z Nowego Jorku czy Kali­for­nii.

Zestaw ostrzy pocho­dził z firmy Derm­De­cora. Kupiła go sobie, kiedy ostatni raz poje­cha­li­śmy na urlop. Zapła­ciła eks­tra, bo nie chciała tanich pod­ró­bek, które wła­śnie wtedy zaczęły się poja­wiać. Prze­ci­na­li­śmy jej skórę do kości i osa­dza­li­śmy w niej ostrza. Jeden nasz zna­jomy z L.A. mówił, że po pro­stu urzą­dza imprezy z Derm­De­cora - wszy­scy robią sobie mody­fi­ka­cje i poma­gają w miej­scach, gdzie trudno się­gnąć samemu.

Lisa robiła mi kie­dyś świa­tło­kręgi, piękną ścieżkę cytry­no­wych świa­te­łek do lądo­wa­nia, bie­gnącą od kości ogo­no­wej do pod­stawy czaszki, więc nie mia­łem nic prze­ciwko, by jej pomóc, nato­miast Jaak, któ­remu wszyst­kie mody­fi­ka­cje robił przed­wieczny salon tatu­ażu i ska­ry­fi­ka­cji na Hawa­jach, nie był tym zachwy­cony. Ope­ra­cja była nieco fru­stru­jąca, bo ciało chciało się zaskle­piać, zanim zdą­żyło się osa­dzić w nim ostrze, ale w końcu nabra­li­śmy wprawy i godzinę póź­niej zaczy­nała już wyglą­dać cał­kiem nie­źle.

Gdy skoń­czy­li­śmy przód, zaczę­li­śmy ją kar­mić. Przy­nio­słem miskę poflo­ta­cyj­nego szlamu, którą wla­łem jej powoli do ust, żeby przy­śpie­szyć pro­ces sca­la­nia. A kiedy jej nie kar­mi­li­śmy, patrzy­li­śmy na psa. Jaak wsa­dził go do pro­wi­zo­rycz­nej klatki w rogu naszego wspól­nego pokoju. Leżał tam jak zde­chły.

- Zro­bi­łam mu DNA. To naprawdę pies - powie­działa Lisa.

- I Bun­baum ci uwie­rzył?

Rzu­ciła mi wredne spoj­rze­nie.

- A jak myślisz?

Roze­śmia­łem się. SesCo ocze­ki­wało od swo­ich agen­tów ochrony tak­tycz­nej, aby byli szybcy, ela­styczni i zabój­czy, naprawdę jed­nak nasz stan­dar­dowy model ope­ra­cyjny wyglą­dał zawsze tak samo: walimy w intru­zów ato­mówką, spo­pie­lamy resztki na żużel, żeby nie odro­sły, lecimy na plażę na urlop. W zakre­sie decy­zji tak­tycz­nych byli­śmy nie­za­leżni i cie­szy­li­śmy się zaufa­niem, ale nie było mowy, żeby SesCo uwie­rzyło swoim żuż­lo­wym żoł­nie­rzom, że zna­leźli na hał­dach odpa­dów żywego psa.

Lisa kiw­nęła głową.

- Chciał wie­dzieć, jak, do cho­lery, ten pies tam prze­żył. Potem pytał, czemu go szyb­ciej nie zła­pa­li­śmy. I za co nam w ogóle płaci. - Odgar­nęła z twa­rzy krót­kie blond loki i wpa­trzyła się w psa. - Trzeba go było spo­pie­lić.

- Powie­dział, co mamy zro­bić?

- Nie ma tego w pod­ręcz­ni­kach. Oddzwoni.

Przyj­rza­łem się bez­wład­nemu zwie­rzę­ciu.

- Mnie cie­kawi, jak on prze­żył. Psy jedzą mięso, nie?

- Może któ­ryś z inży­nie­rów kar­mił go mię­sem. Jak Jaak.

Jaak pokrę­cił głową.

- Nie wydaje mi się. Palant wyrzy­gał moją rękę jak tylko ją zeżarł. - Zama­chał szybko odra­sta­ją­cym kiku­tem. - Chyba nie jeste­śmy z nim kom­pa­ty­bilni.

- Ale my mogli­by­śmy go zjeść? - zapy­ta­łem.

Lisa roze­śmiała się i zja­dła łyżkę odpa­dów.

- My możemy wszystko jeść. Jeste­śmy na szczy­cie łań­cu­cha pokar­mo­wego.

- To dziwne, że on nas nie może.

- Wiesz co, we krwi masz pew­nie wię­cej rtęci i oło­wiu niż jakie­kol­wiek stwo­rze­nie z cza­sów sprzed roba­ków sym­bio­tycz­nych.

- To źle?

- To kie­dyś były tru­ci­zny.

- Gadasz.

Jaak ode­zwał się:

- Jak wsa­dza­łem go do klatki, chyba coś mu uszko­dzi­łem. - Przyj­rzał się psu z poważną miną. - Nie rusza się jak przed­tem. Kiedy go tam pako­wa­łem, sły­sza­łem, jak coś trza­snęło.

- No i?

Jaak wzru­szył ramio­nami.

- Wygląda na to, że on się nie goi.

Pies fak­tycz­nie wyglą­dał na zmar­no­wa­nego. Leżał tylko, boki uno­siły mu się i opa­dały jak mie­chy. Oczy miał pół­otwarte, ale chyba nie sku­piał wzroku na żad­nym z nas. Gdy Jaak wyko­nał gwał­towny ruch, szarp­nął się tro­chę, ale nie wstał. Nawet nie war­czał.

- Nie myśla­łem, że zwie­rzęta mogą być takie deli­katne - powie­dział Jaak.

- Ty też jesteś deli­katny. Żadna nie­spo­dzianka.

- No tak, ale zła­ma­łem mu parę kości i zobacz. Leży tylko i sapie.

Lisa zmarsz­czyła czoło w namy­śle.

- Nie goi się. - Wstała chwiej­nie na nogi, pode­szła do klatki, zaj­rzała do środka. Głos miała pod­eks­cy­to­wany. - To naprawdę pies. Taki jak kie­dyś. Jak my kie­dyś byli­śmy. Wszystko goi się tygo­dniami. Jedna zła­mana kość i jest zała­twiony.

Się­gnęła brzy­twia­stą dło­nią do klatki, zro­biła psu płyt­kie cię­cie na tyl­nej łapie. Popły­nęła krew. Cie­kła i cie­kła. Minęły minuty, nim zaczęła krzep­nąć. Pies leżał i dyszał, wyraź­nie wycień­czony.

Par­sk­nęła śmie­chem.

- Aż ciężko uwie­rzyć, że w ogóle udało nam się prze­żyć na tyle długo, żeby z tego wyewo­lu­ować. Jeśli mu obe­tniesz łapę, wcale nie odro­śnie. - Prze­krzy­wiła głowę, zafa­scy­no­wana. - Kru­chy jak skała. Raz zła­mać i nie poskłada się z powro­tem. - Wycią­gnęła rękę i pogła­dziła zma­to­wiałe futro zwie­rzę­cia. - Łatwy do zabi­cia jak myśli­wiec.

Zabrzę­czał inter­kom. Jaak wstał, żeby ode­brać.

Lisa i ja gapi­li­śmy się na psa, nasze pry­watne okienko na pre­hi­sto­rię.

Jaak wró­cił do pokoju.

- Bun­baum wysyła tu nam bio­loga, żeby go obej­rzał.

- Bio­in­ży­niera - popra­wi­łem go.

- Nie. Bio­loga. Bun­baum powie­dział, że oni badają zwie­rzęta.

Lisa usia­dła. Obej­rza­łem jej ostrza, spraw­dza­jąc, czy któ­reś się nie oblu­zo­wało.

- To dopiero robota bez przy­szło­ści.

- Pew­nie hodują je sobie z DNA. Potem badają, co robią. Zacho­wa­nie i takie różne.

- Ale kto chce im pła­cić?

Jaak wzru­szył ramio­nami.

- Fun­da­cja Paua zatrud­nia trzech. Goście od pocho­dze­nia życia. To oni go tutaj przy­sy­łają. Jakiś Mushi-coś-tam. Nie dosły­sza­łem.

- Pocho­dze­nia życia?

- No wiesz, co nas napę­dza. Dzięki czemu żyjemy. Tego typu rze­czy.

Wla­łem Lisie do ust garść poflo­ta­cyj­nego błota. Pochło­nęła je z wdzięcz­no­ścią.

- Nas napę­dza błoto - odpar­łem.

Jaak wska­zał brodą psa.

- Ale jego nie.

Wszy­scy tam spoj­rze­li­śmy.

- Ciężko powie­dzieć, co go napę­dza.

***

Lin Mushar­raf był niskim face­tem z czar­nymi wło­sami i haczy­ko­wa­tym nosem, domi­nu­ją­cym nad resztą twa­rzy. Ozdo­bił sobie skórę wiro­wymi wzo­rami z lumi­ne­scen­cyj­nych implan­tów, więc wyska­ku­jąc z wypo­ży­czo­nego HEV-a, jarzył się w ciem­no­ści kobal­to­wymi spi­ra­lami.

Cen­taury rzu­ciły się na nie­au­to­ry­zo­wa­nego gościa i zapę­dziły go pod ścianę jego wła­snego pojazdu. Oto­czyły go i jego zestaw do DNA, obwą­chi­wały, prze­su­wały po skrzynce czuj­ni­kami, celo­wały sto jedyn­kami w świe­tli­stą gębę i powar­ki­wały.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki