Na kroplówkach wchodzących w kręgosłup Mayi świecą niebieskie wskaźniki. Leży na łóżku porodowym, wpatrzona ciemnymi oczyma w męża, a ja siedzę na stołeczku między jej nogami i czekam na dziecko.
Maya to dwie połówki. Ponad błękitnym położniczym prześcieradłem trzyma
męża za rękę, popija wodę i reaguje zmęczonym uśmiechem na słowa
pociechy. A niżej jej ciało leży nagie z nogami przypiętymi do
strzemion, zasłonięte i odizolowane przed czuciem stale napływającymi
falami Sifusoftu. Do jej brzucha rytmicznie trafia oksytocyna, wpychając
dziecko w drogi rodne, ku moim oczekującym dłoniom.
Ciekawe, czy Bóg wybaczy mi moją rolę w jej opiece prenatalnej. Czy
daruje mi, że ją namówiłam na pełny cykl leczenia.
Dotykam pilota na pasku i puszczam kolejne 50 ml Purnate'a. Wskazania
migocą i pokazują nową dawkę, z sykiem wpływającą w kręgosłup Mayi i przedostającą się do macicy. Maya robi gwałtowny wdech, potem kładzie
się i rozluźnia, oddychając głęboko, gdy ja tłumię jej ból miękkimi
warstwami Sifusoftu. Widmowe informacje migają i przesuwają się na
skraju mojego pola widzenia: tętno, ciśnienie krwi, natlenienie, puls
płodu, wszystko to moja wszczepka MedAssist wrzuca mi bezpośrednio do
nerwu wzrokowego.
Maya wyciąga szyję, żeby mnie zobaczyć.
- Pani doktor? Lily? - Mówi bełkotliwie od leków, powoli i sennie.
- Tak?
- Czuję, jak kopie.
Ciarki przechodzą mi po karku. Zmuszam się do uśmiechu.
- To fantomy porodowe. Złudzenie wywołane przez zmiany ciążowe.
- Nie. - Maya kręci głową. - Ja to czuję. Kopie. - Dotyka brzucha. -
Teraz czuję.
Obchodzę łóżko i dotykam jej dłoni.
- Wszystko w porządku, Mayu. Rozluźnij się. Zrobię wszystko, żeby ci
było dobrze.
Ben nachyla się i całuje żonę w policzek.
- Świetnie sobie radzisz, skarbie. Wytrzymaj jeszcze troszeczkę.
Poklepuję ją uspokajająco po ręce.
- Robisz wszystko co trzeba dla swojego dziecka. Teraz rozluźnij się i niech działają siły natury.
Maya uśmiecha się sennie, głowa jej opada. Wypuszczam powietrze, choć
nie wiedziałam, że wstrzymuję oddech, i zaczynam się odwracać. Wtem Maya
się prostuje. Wbija we mnie wzrok, nagle czujna, jakby wszystkie
porodowe medykamenty opadły z niej jak koc i została przytomna, świadoma
i agresywna.
Ciemne oczy mrużą się z wściekłości.
- Ty je zabijesz.
Ojoj. Wzywam położne guzikiem pilota na pasku.
Chwyta Bena za ramię.
- Nie daj jej go zabrać. Ono żyje, skarbie. Żyje!
- Kochanie...
Szarpie go.
- Nie daj jej go zabrać! - Odwraca się i warczy na mnie. - Won! Won! -
Sięga po szklankę wody na stoliku nocnym. - Won stąd! - Rzuca nią we
mnie.
Robię unik, szklanka rozbija się o ścianę. Odłamki szkła sypią mi się na
kark. Przygotowuję się do kolejnego uniku, Maya jednak łapie
prześcieradło i zrywa je, odsłaniając rozłożone nagie nogi. Szarpie za
strzemiona jak wilk w potrzasku.
Kręcę gałkami pilota, podkręcam jej Purnate'a i wyłączam Sifusoft, gdy
znów napiera na strzemiona. Łóżko przechyla się niebezpiecznie. Rzucam
się, żeby je trzymać. Bierze zamach dłonią, przeoruje mi twarz
paznokciami. Odskakuję, przyciskając rękę do policzka. Macham na jej
męża, który stoi i gapi się tępo po drugiej stronie łóżka.
- Pomóż mi ją przytrzymać!
Wyzwala się z paraliżu, razem udaje się nam ją położyć, a wtedy
przychodzi kolejny skurcz - Maya szlocha i się zwija. Bez Sifusoftu nic
nie chroni jej przed siłą bólu. Kołysze się w rytm jego fal, kręcąc
głową i jęcząc, mała i zmaltretowana. Czuję się, jakbym ją zastraszała.
Ale dalej nie puszczam przeciwbólowych.
Jęczy.
- O Jezu. O Jezu. O Jezu.
Benjamin kładzie głowę obok niej, gładzi ją po twarzy.
- Już, już, kochanie. Wszystko będzie dobrze.
Unosi wzrok na mnie, szukając potwierdzenia. Zmuszam się do potaknięcia.
Przez drzwi wreszcie wpadają dwie położne o grubych ramionach, opiętych
przyjemnie różowymi bluzkami i biegną do łóżka, żeby ją unieruchomić.
Kawaleria zawsze przybywa za późno. Maya opędza się od nich słabo, potem
przychodzi kolejny skurcz. Nagie ciało wygina się w łuk, dziecko zaczyna
ostatni etap podróży na świat.
***
- Pojawia się piękna królowa przysięgi Hipokryty.
Dmitri siedzi wśród swojego stadka - mój grzech i zbawienie skupione w jednym wymizerowanym, niezdrowym człowieku. Ramiona unoszą mu się i opadają w ciężkim oddechu astmatyka. Spojrzenie cynicznych błękitnych
oczu świdruje mnie na wylot.
- Masz krew na sobie.
Dotykam twarzy, palce mi wilgotnieją.
- Pacjentka dostała szału.
Wokół Dmitrija ganiają się obiekty jego badań, popychając się z wrzaskiem - całe plemię źle skalibrowanych ludzi, skupionych pod
skrzydłami jego opieki. Kiedy wstukam numery pacjentów do pilota na
pasku, MedAssist wyświetli mi sążnistą listę przysadkowych niewypałów,
nowotworów nadnerczy, zniekształceń narządów płciowych, zaburzeń
koncentracji i zdolności uczenia się, uszkodzeń tarczycy, upośledzeń
inteligencji, nadaktywności i agresji. Cały oddział egzemplarzy
okazowych przemawiających za ustawą o chemii, która nigdy nie wyjdzie z rządowych komisji.
- Pacjentka dostała szału. - Jego chichot brzmi jak chrapliwe sapanie.
Nawet z potrójnie filtrowanego powietrza oddziału interwencji
przeciwchemicznej ledwo jest w stanie wchłonąć dość tlenu, by przeżyć. -
Co za niespodzianka. Kolejny triumf emocji nad nauką. - Palcami bębni
kompulsywnie w poręcz łóżka z leżącym nieruchomo dzieckiem: pięcioletnia
dziewczynka z piersiami dorosłej kobiety. Wzrok wędruje do jej ciała,
potem z powrotem do mnie. - Takie czasy, nikt nie życzy sobie opieki
prenatalnej, nie?
Wbrew sobie czerwienię się; kpiący śmiech Dmitrija brzmi przez chwilę,
potem rozprasza się w ataku kaszlu, po którym zgięty wpół łapie
powietrze. Ociera usta rękawem laboratoryjnego kitla i przypatruje się
krwawej smudze.
- Trzeba ją było do mnie przysłać. Ja bym ją przekonał.
Dziewczynka obok leży jak woskowy manekin i patrzy w sufit. Przez jakiś
przedziwny koktajl zaburzeń wydzielania wewnętrznego wpadła w kompletną
katatonię. Na jej widok nabieram odwagi.
- Masz jeszcze jakiś czyścik?
Dmitri śmieje się, przebiegle i aluzyjnie. Wzrokiem przebiega po moim
zranionym policzku.
- Ciekawe, co by powiedziała twoja pazurzasta pacjentka, gdyby się
dowiedziała?
- Dmitri, daj spokój. I tak wystarczająco nienawidzę sama siebie.
- Ja myślę. Pomiędzy wiarą a zawodem. Dziwne, że twój mąż w ogóle
toleruje twoją pracę.
Odwracam wzrok.
- Modli się za mnie.
- Rozumiem, Bóg rozwiązuje wszystkie problemy.
- Przestań.
Dmitri się uśmiecha.
- Chyba nie wpadłem na to w swojej pracy naukowej. Powinniśmy po prostu
prosić Boga, żeby nie pozwolił dzieciom absorbować substancji
chemicznych z matek. Paciorek w niedzielę, Lily, i możesz wrócić do
kwasu foliowego i witamin. Problem z głowy. - Nagle wstaje,
rozprostowując się jak pająk na swoje metr dziewięćdziesiąt pięć. - No
chodź, niech dopełni się twoja hipokryzja, zanim zmienisz zdanie. Nie
zniósłbym, gdybyś postanowiła oprzeć się tylko na wierze.
***
W laboratorium Dmitrija blask świetlówek zalewa blaty ze stali
nierdzewnej i sprzęt do badań.
Dmitri szuka po kolei w szufladach. Na blacie przed nim leży porzucony
ochłap mięsa, wilgotny i niepasujący do sterylnej lśniącej powierzchni.
Zauważa, że gapię się na to.
- Nie zgadniesz, co to. Na pewno kojarzy ci się z czymś mniejszym.
Jedna część jest większa niż gałka oczna. Reszta to podłużny ogonek
odchodzący od głównej części. Mięso i pożyłkowana tłusta maź. Dmitri
szpera w następnej szufladzie. Nie unosząc wzroku, odpowiada na własną
zagadkę.
- Przysadka mózgowa. Ośmioletniej dziewczynki. Miała potworne bóle
głowy.
Nabieram powietrza. Wybryk natury, nawet na standardy IntChem.
Dmitri uśmiecha się, widząc moją reakcję.
- Powiększona dziesięciokrotnie. I to nie z jakiejś narażonej populacji:
świetna opieka prenatalna, właściwe użytkowanie maski z filtrem, żywność
o niskim poziomie pestycydów. - Wzrusza ramionami. - Wygląda na to, że
przegrywamy tę walkę. - Otwiera kolejną szufladę. - O, jest. - Wyciąga
zawinięty w folię kwadracik wielkości prezerwatywy, ostemplowany na
czarno-żółto i podaje mi go. - W papierach ta dawka jest już wydana. Nie
powinno wpłynąć na statystykę. - Wskazuje brodą narząd na blacie. - Jej
już się nie przyda.
Na folii widnieje pieczątka "NIE DO SPRZEDAŻY", oraz numer seryjny i logo Wydziału Badań Klinicznych FDA - helisa DNA spleciona z mikroskopem. Sięgam po paczuszkę, lecz Dmitri ją zabiera.
- Załóż sobie, zanim wyjdziesz. Ma nowe opakowanie, z folii komórkowej.
Do wyśledzenia. Możesz to nosić tylko w szpitalu. - Rzuca mi paczkę,
wzruszając ramionami. - Nasi sponsorzy uznali, że za dużo dawek gdzieś
się rozchodziło.
- Ile mam to nosić, zanim będę mogła wyjść?
- W trzy godziny wchłonie się większość.
- To wystarczy?
- Kto wie? I kogo to obchodzi? I tak nie zgadzasz się na najlepsze
lekarstwo. Jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz.
Nie mam na to riposty. Dmitri za dobrze mnie zna, żeby karmić go
opowieściami, jakie sprzedaję sama sobie, tymi, którymi uspokajam się o trzeciej nad ranem, kiedy Justin śpi, a ja gapię się w sufit, słuchając
jego miarowego, szczerego oddechu: to dla naszego małżeństwa... dla naszej
przyszłości... dla naszego dziecka.
Zdzieram folię, wyciągam bluzkę ze spodni i rozpinam je. Wsuwam czyścik
za gumkę majtek. Gdy przyczepia mi się do skóry, wyobrażam sobie, jak
wsącza się we mnie oczyszczający lek. Dmitri uratował mnie, mimo swoich
szyderstw, i nagle ogarnia mnie wdzięczność.
- Jesteśmy ci wdzięczni, Dmitri. Naprawdę. Nie moglibyśmy czekać, aż
skończą się testy.
Chrząka potwierdzająco. Skupia się na poszturchiwaniu przerośniętej
przysadki mózgowej zmarłej dziewczynki.
- I tak byłoby dla was za drogie. To zbyt dobre, żeby wszyscy to brali.
***
Czyścik dopada mnie w Ela.
W jednej chwili siedzę sobie, uśmiecham się do dzieci po drugiej stronie
przejścia, w maskach filtracyjnych z nadrukami Hello Kitty i Burn Girl,
w kolejnej zginam się wpół, zdzierając własną maskę, i zbiera mi się na
wymioty. Dziewczynki gapią się na mnie jak na jakąś ćpunkę. Uderza
kolejna fala mdłości i przestaje mnie obchodzić, co sobie pomyślą.
Zgięta na siedzeniu odgarniam włosy z twarzy i wymiotuję na podłogę
między własne buty.
Kiedy dojeżdżam do swojej stacji, ledwo daję radę wstać. Na peronie znów
wymiotuję, na czworakach. Muszę się zmuszać, żeby nie wyczołgać się ze
stacji Ela. Mimo zimy, cała się pocę. Ludzie rozstępują się wokół mnie -
zimowe buty, płaszcze, szaliki i maski filtracyjne. Obchodzą mnie
połyskujące chipy informacyjne w bokobrodach mężczyzn, uplecione z mikrowłókien świecące warkoczyki kobiet, roześmiane, umalowane srebrną
szminką usta. Kalejdoskopowe ulice: światła, ruch, pył, spaliny z węglowych diesli. Mokro i błotniście. Twarz mam mokrą i już nie
pamiętam, czy upadłam, potykając się w półmroku o krawężnik, czy to moje
własne wymiociny.
Dom znajduję przez przypadek, udaje mi się ustać, dopóki nie zjedzie
winda. Radio w implancie na nadgarstku otwiera mi drzwi mieszkania.
Justin podbiega, gdy pcham je ramieniem i wchodzę do środka.
- Lily?
Znowu mnie rwie, ale żołądek dawno został na ulicy. Opędzam się od niego
i człapię pod prysznic, po drodze zrywając z siebie płaszcz i bluzkę.
Prysznic się grzeje, a ja zwijam się w kłębek na zimnych białych
kafelkach. Manipuluję przy paskach stanika, ale nie daję sobie rady z zapięciem. Znów się dławię, dygocąc, gdy przez moje żyły pruje czyścik.
Obok mnie widzę skarpetki Justina: para czarnych z dziurą na dużym
palcu. Klęka. Dłoń dotyka moich nagich pleców.
- Co się stało?
Odwracam się, nie chcę, żeby zobaczył moją umazaną twarz.
- A jak ci się zdaje?
Cała jestem spocona. I dygoczę. Para zaczyna skraplać się na kafelkach.
Odgarniam bawełnianą zasłonę prysznica i wpełzam pod niego, pozwalając,
by przemoczył resztę mojego ubrania. Leje się na mnie gorąca woda.
Wreszcie udaje mi się ściągnąć stanik, daję mu spaść na mokre kafelki.
- Chyba coś jest nie tak. - Wyciąga dłoń, żeby mnie dotknąć, ale odsuwa
ją, gdy znów zaczynają się mdłości.
Spazm mija. Mogę oddychać.
- To normalne - szepczę.
Gardło mnie piecze od wymiotów. Nie wiem - słyszy mnie czy nie? Ściągam
przemoczone spodnie i bieliznę. Siadam na podłodze, pozwalam, żeby lała
się na mnie woda, przyciskam twarz do wykafelkowanej ściany.
- Dmitri mówi, że to normalne. Połowa badanych ma mdłości. Nie wpływa na
skuteczność leku.
Znów mnie rwie, ale już nie tak strasznie. Ściana wydaje się wspaniale
chłodna w dotyku.
- Lily, nie musisz tego robić.
Odwracam głowę, usiłuję go dojrzeć.
- Ale dziecko chcesz mieć, prawda?
- Tak, ale...
- No właśnie. - Opuszczam głowę, znów przyciskając twarz do kafelków. -
Skoro nie robimy prenatalnych, to nie mam wyboru.
Uderza kolejna fala czyścika. Pocę się. Nagle jest mi tak gorąco, że
tracę oddech. Za każdym razem jest coraz gorzej. Powinnam powiedzieć
Dmitrijowi, żeby zamieścił to w danych ze swoich testów klinicznych.
Justin próbuje jeszcze raz.
- Z nie wszystkimi naturalnymi dziećmi jest coś nie tak. Nawet nie mamy
pojęcia, co te leki robią z tobą.
Zmuszam się do wstania. Opieram się o ścianę, puszczam więcej zimnej
wody. Biorę mydło... i je gubię. Zostawiam je przy odpływie.
- Badania kliniczne w Bangladeszu... wyszły dobrze. Lepiej niż przedtem.
FDA mogłaby już to zatwierdzić... gdyby tylko chciała.
Dyszę z gorąca. Otwieram usta i piję niefiltrowaną wodę prosto ze
słuchawki prysznica. Bo już mi wszystko jedno - prawie czuję, jak
polichlorowane bifenyle, dioksyny i ftalany wydzielają się z moich porów
i spływają po skórze. Żegnamy hormonalne symulacje. Witamy zdrowe
dziecko.
- Jesteś stuknięta. - Justin puszcza zasłonę prysznica.
Podstawiam twarz z powrotem pod chłodny strumień. W życiu się nie
przyzna, ale chce, żebym to robiła dalej. Cieszy się, że robię to dla
niego. Dla naszych dzieci. Nasze dzieci będą umiały literować i rysować
ludziki, i tylko ja się przy tym ubrudzę. Jak dla mnie, może być. Znów
piję wodę. Strasznie mi gorąco.
***
Napędzane końską dawką Purnate'a, dziecko przychodzi na świat w parę
minut. Zlepione włoski noworodka pokazują się i znikają. Dotykam
wychodzącej główki.
- Maya, już niedługo.
Znów skurcz. Główka wychodzi mi prosto w ręce: pomarszczona twarzyczka
staruszka, wystająca z ciała Mayi jak golem z ziemi. Jeszcze dwa
pchnięcia, dziecko wypada. Przyciskam śliskie ciałko do siebie, a położna przecina pępowinę.
Kątem oka widzę, jak jego tętno we wszczepce MedAssista migoce czerwono,
a potem się wypłaszcza.
Maya gapi się na mnie. Monitor porodowy się obsunął - widzi teraz
wszystko, czego nie powinna nigdy zobaczyć. Skórę ma czerwoną. Twarz
oblepiają przepocone czarne włosy.
- Chłopczyk czy dziewczynka? - bełkocze.
Zamieram, ukrzyżowana jej wzrokiem. Pochylam głowę.
- Ani to, ani to.
Odwracam się i pozwalam mokrej, krwawej bryłce wyśliznąć się do kosza.
Odświeżacz powietrza maskuje rozsiany w powietrzu żelazisty zapach.
Dziecko w pojemniku jest zwinięte w kłębek, niesamowicie małe.
- Chłopczyk czy dziewczynka?
Ben ma tak wielkie oczy, jakby już nigdy nie zamierzał mrugnąć.
- Spokojnie, kochanie. Ani to, ani to. To wszystko dla następnego. Sama
dobrze wiesz.
Maya wygląda na przybitą.
- Ale ja czułam, jak kopie.
Wysuwa się z niej siny woreczek łożyska. Wrzucam go do pojemnika razem z dzieckiem i wyłączam Purnate. Oksytocyna już zatamowała niewielkie
krwawienie. Położne przykrywają ją świeżym prześcieradłem.
- Czułam je - mówi. - Nie było martwe. Żywe. Chłopczyk. Ja go czułam.
Kciukiem puszczam jej działkę ibuprofenu. Cichnie. Jedna z położnych
wywozi ją z sali, druga zaczyna robić porządek. Wtyka monitor porodowy z powrotem do gniazda nad łóżkiem. Gotowe na następną pacjentkę. A ja
siedzę obok kosza na odpady medyczne, z głową między nogami, i głęboko
oddycham. Oddychaj. Na twarzy pieką mnie ślady po paznokciach Mayi.
W końcu zmuszam się, by wstać i zanieść med-kosz do zsypu na odpady.
Otwieram go. Ciałko leży zwinięte w środku. Kiedy wychodzą z matki,
zawsze wydają się takie duże, lecz teraz, w koszu na medyczne odpady,
jest maleńkie.
To nic takiego, powtarzam sobie. To nic ważnego, choć ma drobne rączki,
pomarszczoną twarz i malutkiego peniska. Tylko naczynie na trucizny.
Zabiłam je w parę tygodni po poczęciu, wypalając mu mózg i paraliżując
ruchy stałą dawką neurotoksyn, a ono rosło sobie dalej w łonie. To nic
ważnego. To ma tylko oczyścić komórki tłuszczowe kobiety, która znajduje
się na szczycie zatrutego łańcucha pokarmowego. To nic ważnego.
Unoszę pojemnik i pozwalam, by podciśnienie go opróżniło. Ciałko znika,
zabierając chemię matki do spalarni. Ofiara. Mała, miękka ofiara z krwi,
komórek i człowieczeństwa, żeby następne dziecko miało przyszłość.
Kieszeń pełna dharmy
KIESZEŃ
PEŁNA DHARMY
Wang Jun stał na oślizłej od deszczu ulicy starego Chengdu i zadzierając
głowę, gapił się przez mżawkę na Huojianzhu.
Wznosiło się w wieczornym mroku potężnym masywem, górującym nawet nad
wieżowcami Chengdu. Z rosnącego szkieletu zwisali robotnicy budowlani,
przemieszczający się z jednego punktu wzrostu do drugiego na długich
pasach. Inni wspinali się po konstrukcji bez zabezpieczenia, wbijając
palce w pokrycie jak w plaster miodu, pnąc się po dźwigarach z nonszalancką, niebezpieczną łatwością. Niebawem wzrastający masyw
przytłoczy mokre dachówki starego miasta. Wtedy Huojianzhu, Żywa
Budowla, stanie się właściwym Chengdu.
Rosła na mineralnych siatkach, budując swój własny szkielet, a potem
pokrywając go celulozową skórą. Potężne i grube infrastrukturalne
korzenie wbijały się rozgałęzieniami coraz głębiej w zieloną, żyzną
glebę Kotliny Syczuańskiej. Czerpała substancje odżywcze i minerały z gleby, słońca i brudnej wody Bing Jiang, chłonąc zanieczyszczenia równie
łapczywie jak przefiltrowane przez kłęby węglowej mgły słońce.
Wewnątrz żyły i tętnice splatały się w systemy rur, zapewniające
przyszłym mieszkańcom dostęp do pożywienia, danych i odprowadzanie
ścieków. To zwierzęce, pionowe miasto, które powstało najpierw w twórczych umysłach Biotektów, teraz stawało się rzeczywistością.
Rozrastająca się istota pulsowała energią. Kiedy w pełni dojrzeje,
będzie mieć kilometr wzrostu i pięć szerokości. Układy tego ogromnego
biologicznego miasta przejdą wtedy na samo podtrzymywanie życia, a reszta pozostanie w uśpieniu; ludzie zaczną przechadzać się pustymi
tętnicami, przeciskać żyłami i rytualnie obejmować w posiadanie jego
skórę, przybijając do niej swoje wspomnienia.
Wang Jun patrzył na Huojianzhu, snując dziecięco-żebracze marzenia o ucieczce od mokrych ulic i głodu w świat wygód organicznego miasta.
Niektóre części, zamieszkane, już połyskiwały światłami. Korytarze
organizmu przemierzali ludzie żyjący wysoko i daleko nad jego poziomem.
Tylko bogatych i potężnych stać na zamieszkanie tak wysoko. Tylko ludzi
posiadających guanxi. Wpływy, koneksje.
Wypatrywał szczytu masywu, ale w mroku, deszczu i mgle zasięg wzroku
kończył się sporo poniżej. Zastanawiał się, czy kiedy on widzi tylko
mżawkę, ci, tam na górze, patrzą na gwiazdy. Słyszał kiedyś, że ściany
Huojianzhu po nacięciu krwawią. Mówiono także, że krzyczą. Wzdrygnął się
na widok rosnącej istoty i zwrócił wzrok z powrotem na ziemię, by dalej
przepychać swoją zgiętą sylwetkę i chude jak patyki kończyny przez tłumy
mieszkańców Chengdu.
Dojeżdżający do pracy nosili czarne parasole i niebieskie lub żółte
plastikowe poncha chroniące ich przed siąpiącym deszczem. On miał
przemoczone, przyklejone do czaszki włosy. Zadygotał i skulił się. W skupieniu wypatrywał potencjalnych ofiar, dlatego prawie potknął się o tego Tybetańczyka.
Gość kucał na mokrym chodniku, towary miał przykryte przezroczystą
folią. Pokryta sadzą i potem twarz lśniła lepko i czarno w ostrym
świetle halogenowych latarń. Uśmiechając się, mężczyzna pokazywał krzywe
i wyszczerbione pieńki. Wyciągnął spod folii zasuszoną tygrysią łapę i zamachał nią przed nosem Wang Juna.
- Kości tygrysa, chcesz? - Łypnął nań szyderczo. - Dobre na męskość.
Wang Jun stanął jak wryty przed dyndającą odciętą kończyną. Jej
właściciel zginął dawno, tak że pozostały po nim tylko suche, żylaste
ścięgna, wytarte futro i kość. Wytrzeszczył oczy na relikt przeszłości i wyciągnął rękę, żeby dotknąć zasuszonych włókien i pożółkłych, groźnie
zakrzywionych szponów.
Tybetańczyk zabrał mu eksponat sprzed nosa i znów się roześmiał. Na
palcu miał spatynowany srebrny pierścień, wysadzany odłamkami turkusa -
owinięty wokół palca wąż, w nieskończoność połykający własny ogon.
- Nie stać cię nawet, żeby dotknąć. - Odcharknął i splunął na chodnik
obok, tworząc kałużę żółtego śluzu żyłkowanego czarną zawartością
chengduńskiego powietrza.
- Stać mnie - odparł Wang Jun.
- Co tam masz w kieszeniach?
Wang Jun wzruszył ramionami. Tybetańczyk się zaśmiał.
- Nie masz nic a nic, mały kurdupelku. Wróć, jak coś będziesz miał.
Zamachał amuletem męskości przed oczyma zainteresowanych, bardziej
majętnych kupujących, którzy tymczasem zgromadzili się wokół. Wang Jun z powrotem rozpłynął się w tłumie.
Powiedział prawdę. W kieszeniach nie miał nic. Miał zmechacony wełniany
koc schowany w kartonie z logo Stone-Ailixin, zepsuty miniaturowy
pionowzlocik i zbutwiałą żółtą szkolną czapkę.
Kiedy przyjechał tu z zielonych tarasowych pól, nie miał nawet tyle.
Pojawił się w Chengdu z pustymi rękoma, pustymi kieszeniami i wspomnieniem milczącej, rolniczej wioski, gdzie nie żyło już nic, sam
powykręcany i poznaczony bliznami po epidemii. Jego ciało pamiętało ból
tak dotkliwy, że na zawsze wryty w mięśniową pamięć.
Nie miał nic w kieszeniach wtedy i nie miał nic teraz. Przejmowałby się
tym, gdyby zaznał w życiu czegoś innego niż brak. Czegoś innego niż
głód. Nie mógł mieć pretensji do zbywającego go Tybetańczyka, nie
bardziej niż do neonowych szyldów zwieszających się ze szczytów
wieżowców i rozświetlających sikający deszcz migocącą czerwienią,
żółcienią, zielenią i błękitem. Elektryczne barwy wypełniały mrok
hipnotycznymi rytmami i świetlistymi marzeniami. Papierosy "Red Pagoda",
piwo "Five Star", programy "Shizi Jituan" i "Heaven City Banking
Corporation". "Confucius Jiajia" obiecywał pociechę przy ciepłym ryżowym
winie, a "JinLong Pharmaceuticals" gwarantowało długie życie - i wszystko to było poza jego zasięgiem.
Zaległ w mokrej od deszczu bramie, garbiąc krzywy grzbiet, z pustymi
kieszeniami, jeszcze bardziej pustym żołądkiem, wypatrując szeroko
otwartymi oczyma ofiary, która go dziś nakarmi. Wysoko nad nim wisiały
świetliste obietnice, adresowane raczej do ludzi mieszkających w tych
wieżowcach: ludzi mających w kieszeni pieniądze i urzędników. Nie mówiły
o niczym, co by znał czy rozumiał. Kaszlnął, oczyszczając gardło z czarnego śluzu. On znał ulice. Rozumiał zgniliznę i rozpacz. Głód czuł
we własnym brzuchu.
Pożądliwie wpatrywał się w przechodniów, wołając do nich wielojęzyczną
mieszanką mandaryńskiego, dialektu chengduńskiego i jedynych angielskich
słów, jakie znał: "Pan da pieniądz, pan da pieniądz". Ciągnął ich za
parasole i żółte peleryny. Gładził po eleganckich rękawach i upudrowanej
skórze, aż poddawali się i wyciągali pieniądze. Tych, którzy się
wymykali, opluwał. Jeśli szarpali się z nim, gryzł ostrymi, żółtymi
zębami.
Teraz, w deszczu, z rzadka trafiali się cudzoziemcy. Późny październik
zmuszał ich do powrotu do swoich okręgów, domów i krajów. Nadchodziły
chude czasy, na tyle chude, że obawiał się o własną przyszłość,
przeliczając ciskane przez ludzi zmięte papierki. Mocno ściskał rzucone
mu lekkie aluminiowe monety jiao. Cudzoziemcy zawsze mieli banknoty i chętnie je dawali, ale było ich za mało.
Przepatrzył ulicę, potem podniósł z ziemi wyszczerbiony odłamek betonu.
Podobno w Huojianzhu wcale go nie używano. Ciekawiło go, jakie w takim
razie są w dotyku tamtejsze podłogi, ściany. Mętnie przypominał sobie
własny dom sprzed przyjazdu do Chengdu: zbudowany z gliny, z klepiskiem
zamiast podłogi. Miejski masyw raczej nie był z czegoś takiego. W żołądku czuł coraz większą pustkę. Ponad nim odtwarzane w kółko wideo z Lu Xieyan, piosenkarką z Guangdong, nawoływało ludzi do wyrzeczenia się
Trzech Grzechów Religii: Dogmatyzmu, Terroryzmu i Schizmatyzmu.
Ignorując jej skrzekliwe oskarżenia, raz jeszcze rozejrzał się po
tłumie.
W strumieniu Chińczyków zakołysała się blada twarz. Cudzoziemiec, ale
dziwny. Ani nie wgapiał się w atrakcje Chengdu, ani nie parł naprzód z poczuciem celu. Na oko, czuł się na obcej ulicy jak u siebie w domu.
Miał na sobie czarny płaszcz do ziemi, błyszczący, tak że odbijał
czerwienie i błękity neonów oraz rozbłyski latarń. Odbite wzory
hipnotyzowały.
Wang Jun podkradł się bliżej. Facet był wysoki, miał ze dwa metry
wzrostu i nosił ciemne okulary. Wang Jun znał takie okulary i był
pewien, że gość świetnie widzi przez te czarne owale. Mikroświatłowody w szkłach kradły światło, wzmacniały je i wygładzały, dzięki czemu widział
jak w dzień, choć sam skrywał oczy pośród nocy.
Wang Jun wiedział, że takie okulary są drogie, i wiedział, że Gao Trzy
Palce kupiłby je, gdyby jemu udało się je ukraść. Przyglądał się
cudzoziemcowi, przemierzającemu ulicę pewnym siebie, butnym krokiem.
Szedł za nim, dyskretnie i niepostrzeżenie. Kiedy facet skręcił w zaułek
i zniknął, pośpieszył za nim.
Zajrzał zza rogu w uliczkę. W mroku tłoczyły się budynki. Poczuł smród
odchodów i rozkładających się martwych stworzeń. Pomyślał o wyschniętej,
martwej tygrysiej łapie Tybetańczyka, z powycinanymi kawałkami kości i ścięgien, których zażyczyli sobie na męskość klienci. Kroki cudzoziemca
chlupotały i niosły się echem w ciemności - miarowe kroki człowieka
widzącego po ciemku. Wang Jun podszedł bliżej, kuląc się i poruszając po
omacku. Dotykał chropowatej ściany. Ekspresowy beton. Gładząc ciemność,
szedł za cichnącym odgłosem kroków.
Ociekającą wodą ciszę przerwały szepty. Wang Jun uśmiechnął się w ciemności, rozpoznając oznaki handlu. Co kupował cudzoziemiec? Heroinę?
Tyle rzeczy oni tu mogą kupić. Zamarł bez ruchu, nasłuchując.
Szepty stały się bardziej nerwowe i zakończyły nagłym okrzykiem
zaskoczenia. Ktoś zarzęził, potem nastąpił szurgot i chlupnięcie. Wang
Jun zadrżał i czekał dalej, nieruchomy jak beton, do którego się
przyciskał.
Zabrzmiały słowa rodem z jego własnej wsi: "Kai deng ba". Wang Jun
zastrzygł uszami, słysząc znajomy akcent. Zapłonęło światło, w ostrym
blasku zapiekły go oczy. A kiedy wzrok się przyzwyczaił, spojrzał w ciemne oczy Tybetańczyka-handlarza. Uśmiechnął się powoli, odsłaniając
skorupy zębów, Wang Jun zaś cofnął się, chcąc uciekać.
Tybetańczyk złapał go brutalnie i skutecznie. Wang Jun gryzł go po
rękach i wyrywał się, lecz handlarz był szybki i błyskawicznie powalił
go na mokry beton, tak że widział tylko dwie pary butów: jego i jego
towarzysza. Walczył dalej, lecz w końcu uświadomił sobie bezcelowość
wysiłków i znieruchomiał.
- Czyli jesteś wojownikiem - powiedział Tybetańczyk i przytrzymał go
jeszcze przez chwilę na ziemi, żeby nauczka dotarła. Potem postawił na
równe nogi, ściskając dłonią boleśnie za kark. - Ni shi shei?
Wang Jun zadygotał i jęknął:
- Nikt. Żebrak. Nikt.
Tybetańczyk przyjrzał mu się uważniej i uśmiechnął szerzej.
- Brzydki chłopaczek z pustymi kieszeniami. To jak, chcesz tę tygrysią
łapę?
- Niczego nie chcę.
- I nic nie dostaniesz - odparł towarzysz Tybetańczyka, a on wykrzywił
się szyderczo. Akcent tego pierwszego zdradzał pochodzenie z prowincji
Hunan. Zapytał: - Jak się nazywasz?
- Wang Jun.
- Które "Jun"?
Wang Jun wzruszył ramionami.
- Nie wiem.
Hunańczyk pokiwał głową i się uśmiechnął.
- Wiejski chłopek - powiedział. - Co tam hodujecie? Kapustę? Ryż? -
Roześmiał się. - Ci Syczuańczycy o niczym nie mają pojęcia. Trzeba
wiedzieć, jak się pisze własne nazwisko. Ja myślę, że twoje "Jun" to
"żołnierz". Jesteś żołnierzem?
Wang Jun pokręcił głową.
- Jestem żebrakiem.
- Żołnierz Wang, żebrak? Nie. To nie pasuje. Jesteś po prostu "Żołnierz
Wang". - Uśmiechnął się. - A teraz powiedz mi, żołnierzu Wang, co robisz
w deszczu w tej niebezpiecznej uliczce?
Wang Jun przełknął ślinę.
- Chciałem zabrać cudzoziemcowi okulary.
- Poważnie?
Kiwnął głową.
Hunańczyk popatrzył mu w oczy, potem też skinął głową.
- No dobrze, Wang. Żołnierzu Wang. Możesz je sobie wziąć. Idź do niego i weź sobie, jak się nie boisz.
Uścisk Tybetańczyka zelżał. Wang Jun był wolny.
Rozejrzał się i zobaczył, gdzie leży cudzoziemiec, twarzą w dół w kałuży. Na skinienie Hunańczyka podsunął się bliżej do trupa, aż stanął
tuż nad nim. Wyciągnął rękę i szarpnął wielkiego faceta za włosy,
wyciągając z wody ociekającą twarz i odsłaniając drogie okulary.
Ściągnął je z trupa i delikatnie opuścił głowę z powrotem do kałuży.
Strząsnął z okularów wodę, Hunańczyk i Tybetańczyk uśmiechnęli się.
Hunańczyk zgiął palec, przyzywając go do siebie.
- A teraz, żołnierzu Wang, mam dla ciebie zadanie. Jako zapłatę
dostajesz okulary. Schowaj je do kieszeni. Weź to - w dłoni mężczyzny
pojawiła się błękitna infokostka - i zanieś na most Renmin Lu na rzece
Bing Jiang. Oddaj człowiekowi w białych rękawiczkach. On też coś ci da w nagrodę. - Pochylił się nad nim konfidencjonalnie, obejmując szyję Wang
Juna i trzymając go tak, że zetknęli się nosami. Chłopak poczuł jego
nieświeży oddech. - Jak tego nie dostarczysz, mój kumpel cię znajdzie i postara się, żebyś zginął.
Tybetańczyk się uśmiechnął.
Wang Jun przełknął ślinę i kiwnął głową, zaciskając na infokostce swą
drobną dłonią.
- No to leć, żołnierzu Wang. Wykonaj zadanie. - Hunańczyk puścił jego
kark, a Wang Jun popędził ku oświetlonym ulicom, ściskając infokostkę
mocno w dłoni.
Faceci patrzyli za nim.
- Myślisz, że przeżyje? - odezwał się Hunańczyk.
Tybetańczyk wzruszył ramionami.
- Trzeba wierzyć, że Palden Lhamo go ochroni i poprowadzi.
- A jeśli nie?
- Przeznaczenie sprowadziło go do nas. Kto wie, co jest mu jeszcze
pisane? Może nikomu nie będzie się chciało obszukiwać małego żebraka.
Może obaj przeżyjemy do jutra i się dowiemy.
- A może dopiero za następnym obrotem Koła.
Tybetańczyk kiwnął głową.
- A jeśli on dobierze się do danych?
Tamten westchnął i się odwrócił.
- To też będzie przeznaczenie. No chodź, na pewno nas obserwują.
***
Bing Jiang płynęła pod mostem jak warstwa oleju, czarna i leniwa. Wang
Jun przysiadł na balustradzie: okopconym kamieniu rzeźbionym w harcujące
pośród chmur smoki i feniksy. Spojrzał w dół na wodę, obserwował
pełznące powoli po tłustej powierzchni kawałki styropianu z opakowań.
Odcharknął i splunął, próbując trafić w karton. Spudłował, a jego ślina
dołączyła do reszty rzecznych ścieków. Raz jeszcze zerknął na kostkę.
Obracał ją w dłoniach; robił to już wcześniej, czekając na człowieka w białych rękawiczkach. Błękitna, gładka, jak mocno przetworzony plastik.
Jej faktura kojarzyła mu się z plastikowym krzesełkiem, które kiedyś
miał. Było jaskrawoczerwone, ale podobnie gładkie. Żebrał na nim, dopóki
nie zabrał mu go silniejszy chłopak.
Teraz obracał w rękach błękitną kostkę, gładząc jej powierzchnię i badawczo dźgając palcem gniazdko. Ciekawe, czy nie jest cenniejsza niż
okulary, które ma teraz na nosie. Były za duże i cały czas mu zjeżdżały.
Ale nosił je i tak, zachwycony nocą jasną jak dzień. Poprawił je palcem
i dalej obmacywał kostkę.
Wyglądał człowieka w białych rękawiczkach, ale nie było go. Obracał
kostkę w dłoniach, zastanawiając się, co takiego na niej jest, że zabili
dla niej cudzoziemca.
Człowiek w białych rękawiczkach się nie pojawił.
Wang Jun znów odkaszlnął i splunął. Liczy do dziesięciu dużych kawałków
styropianu: jeżeli ten facet w tym czasie nie przyjdzie, zatrzyma sobie
kostkę i sprzeda ją.
Dwadzieścia styropianów później człowieka w białych rękawiczkach nadal
nie było, a niebo zaczynało się rozjaśniać. Wang Jun wpatrzył się w kostkę. Rozważył wrzucenie jej do rzeki. Czekał, aż przez most zaczną
wędrować nongmin ciągnący wózki pełne płodów rolnych. Chłopi ze wsi
napływali do miasta z wilgotnych, żyznych pól, z błotem między palcami
stóp, obładowani warzywami. Nadchodził świt. Huojianzhu lśniło żywym
ogromem na tle jaśniejącego nieba. Zakaszlał, splunął jeszcze raz i zeskoczył z balustrady. Wrzucił kostkę do wyświechtanej kieszeni.
Tybetańczyk i tak go nie znajdzie.
***
Przez miejską mgłę przesączało się słońce. Chengdu chłonęło ciepło. W powietrzu unosiła się wilgoć, zmiana temperatury była niezwykła -
ostatnia fala upałów przed nadchodzącą zimą. Wang Jun się pocił. Znalazł
Gao Trzy Palce w salonie gier. Gao nie miał tak naprawdę trzech palców.
Miał dziesięć i wykorzystywał wszystkie naraz, prowadząc trójwymiarowego
żołnierza przez góry Tybetu, na wojnę z rebeliantami. Wśród triad
Chengdu znany był jako facet, który wycisnął z Dyrektora Regionalnego
TexTela dziesięć tysięcy juanów za ochronę miesięcznie, dopóki nie
odwołali go z powrotem do Singapuru. I użył do tego właśnie trzech
palców.
Wang Jun szarpnął Trzy Palce za skórzaną kurtkę. Rozkojarzony Gao zginął
od ataku uzbrojonych w kije mnichów.
- Czego? - warknął.
- Mam coś do sprzedania.
- Te płytki, co chciałeś mi ostatnio sprzedać, mnie nie interesują. Już
ci mówiłem, jak nie mają serca, są do niczego.
- Mam coś innego.
- Co?
Wyciągnął okulary. Oczy Gao się rozszerzyły, ale udał obojętność.
- Skąd je wziąłeś?
- Znalazłem.
- Pokaż.
Niechętnie podał je Trzem Palcom. Gao je włożył, potem zdjął i rzucił z powrotem Wang Junowi.
- Dam ci za nie dwadzieścia. - Zaczął kolejną grę.
- Chcę stówę.
- Mei me'er - odparł w pekińskim slangu. Nie ma mowy. Rozpoczął grę.
Żołnierz kulił się na równinie, nad którą górowały ośnieżone szczyty.
Ruszył naprzód, prąc przez niskie trawy w stronę jurty zrobionej ze skór
poprzednich chińskich żołnierzy. Wang Jun, patrząc na to, odezwał się:
- Nie wchodź do środka.
- Wiem.
- Oddam ci za pięć dych.
Trzy Palce parsknął. Jego żołnierz wypatrzył nadjeżdżających konnych i ustawił się tak, by jurta go przed nimi zasłaniała.
- Dwadzieścia.
Wang Jun powiedział:
- Może BeanBean da mi więcej.
- Dam ci trzy dychy, idź se zobacz, czy BeanBean tyle ci da. - Żołnierz
odczekał, aż jeźdźcy zbiją się w gromadkę, i wystrzelił ku nim rakietę.
Gdy wybuchła, automat z grą zawibrował.
- Masz trzy dychy przy sobie?
Trzy Palce odwrócił się od gry, a jego żołnierz zginął błyskawicznie,
gdy z jurty wyskoczyli bioinżynieryjnie udoskonaleni jakmeni. Ignorując
jego wrzaski, odliczał Wang Junowi pieniądze. Wang Jun zostawił go przy
grze i uczcił sprzedaż, znajdując leżący odłogiem fragment mostu
nieopodal rzeki Bing Jiang. Wszedł pod niego, żeby przedrzemać
popołudniowy upał.
Obudził się wieczorem i był głodny. W kieszeni czuł ciężar monet,
rozważył możliwości otwierane przez to bogactwo. Pomiędzy monetami
wymacał obcy kształt infokostki. Wyciągnął ją i obrócił w dłoniach.
Prawie zapomniał, skąd wziął te pieniądze. Trzymając kostkę, przypomniał
sobie Tybetańczyka, Hunańczyka i swoje zadanie. Przyszło mu do głowy, by
odszukać Tybetańczyka i oddać mu kostkę, ale w głębi duszy podejrzewał,
że człowieka sprzedającego tygrysią kość dziś wieczorem nie zastanie.
Zaburczało mu w brzuchu. Wrzucił kostkę z powrotem do kieszeni,
podzwaniając przy tym monetami. Dzisiaj jest przy kasie. Naje się
porządnie.
***
- Ile za mapo dofu?
Kucharz spojrzał nań z góry, mieszając zupę w wielkim woku i słuchając,
jak bulgocze.
- Mały Wang. I tak cię nie stać. Idź żebrać gdzie indziej. Nie życzę
sobie, żebyś nagabywał mi klientów.
- Shushu, mam pieniądze. - Wang Jun pokazał mu monety. - I chcę coś
zjeść.
Kucharz się zaśmiał.
- Xiao Wang jest bogaty! No dobra, to powiedz mi, mały, co byś chciał
zjeść.
- Mapo dofu, wieprzowina yu xiang, dwa liangi ryżu i piwo Wu
Xing - wyrzucił z siebie w pośpiechu.
- Mały Wang z wielkim żołądkiem! Nie wiem, gdzie ty to wszystko
zmieścisz? - A kiedy Wang Jun wytrzeszczył nań oczy, dodał: - No, idź,
usiądź sobie, zaraz ci przyniosę tę wyżerkę.
Wang Jun poszedł, usiadł przy niskim stoliku i patrzył na buzujący ogień
i kucharza rzucającego do woka papryczki chili. Otarł usta, żeby się nie
zaślinić, kiedy do nosa doleciał zapach jedzenia. Żona kucharza
otworzyła dla niego butelkę five stara, a on przyglądał się, jak nalewa
piwo do mokrej szklanki. Upał ustępował. W jutowy daszek ulicznej
knajpki zabębnił deszcz. Wang Jun napił się piwa i obserwował innych
klientów, chłonąc widok potraw, które jedli, i ich towarzystwa. To
ludzie, których jeszcze niedawno nagabywałby o pieniądze. Ale nie
dzisiaj. Dzisiaj był królem. Bogatym, z kieszeniami pełnymi pieniędzy.
Jego zamyślenie przerwało pojawienie się cudzoziemca. Barczysty facet o długich siwych włosach spiętych w kucyk. Skórę miał bladą, na dłoniach
białe rękawiczki. Wszedł pod osłonę daszku i omiótł spojrzeniem obcych
niebieskich oczu wszystkich jedzących. Chińczycy z kolei wytrzeszczyli
oczy na niego. Widząc zgarbioną sylwetkę Wang Juna, uśmiechnął się.
Podszedł, przysiadł na stołku naprzeciwko i odezwał się po mandaryńsku,
z silnym akcentem:
- Jesteś Mały Wang. Masz coś dla mnie.
Wang Jun spojrzał na niego. Czując zwrócone na siebie oczy pozostałych
Chińczyków, nabrał odwagi i wypalił:
- Ke neng. - Być może.
Cudzoziemiec zmarszczył brwi, potem pochylił się nad stołem. Przerwała
mu żona kucharza, podchodząc z mapo dofu, po chwili podała
wieprzowinę. Postawiła przed Wang Junem także miskę parującego ryżu,
szerszą niż jego dłoń. Wang Jun ujął pałeczki i zaczął wrzucać jedzenie
do ust, przez cały czas przypatrując się cudzoziemcowi. Oczy łzawiły mu
od ostrego dofu, usta przyjemnie drętwiały od mielonego pieprzu.
Żona zapytała, czy obcy będzie jadł razem z nim. Wang Jun mu się
przypatrzył. Czuł ciężar pieniędzy w kieszeni, a usta dalej go paliły.
Przyjrzał się potężnej sylwetce obcego i potwierdził niechętnie, czując,
że jego bogactwo może okazać się niewystarczające. Rozmawiali w Chengdu
hua, miejskim dialekcie, żeby obcy ich nie rozumiał. Patrzył, jak żona
kucharza nakłada kolejną misę ryżu i stawia przed nim, razem z parą
pałeczek. Obcy zerknął na białą górę ryżu w misce, potem uniósł wzrok na
Wang Juna. Pokręcił głową i powiedział:
- Masz coś dla mnie. Daj mi to. I to już.
Wang Jun poczuł się urażony, że obcy wzgardził oferowanym jedzeniem.
Niezadowolony, odparł:
- Czemu miałbym ci to dać?
- A co, Tybetańczyk nie mówił, że masz mi to oddać? - Wyciągnął dłoń w białej rękawiczce.
Wang Jun wzruszył ramionami.
- Nie przyszedłeś na most. Czemu mam ci to teraz oddawać?
- A masz to?
Wang Jun zrobił się ostrożny.
- Nie.
- To gdzie to jest?
- Wyrzuciłem.
Facet sięgnął przez mały stolik i chwycił Wang Juna za postrzępiony
kołnierz. Przyciągnął go do siebie.
- Dawaj, i to już. Jesteś mały. Albo mi to dasz, albo sam sobie wezmę.
Dziś mały Wang nie może wygrać. I nie sprawdzaj mnie.
Wang Jun przypatrzył się cudzoziemcowi, dostrzegł srebrny błysk w kieszeni na piersi. Odruchowo wyciągnął rękę, złapał to coś, szarpnął,
aż znalazło się między ich twarzami. Ludzie przy sąsiednich stolikach
sapnęli, widząc, co trzyma. Dłoń Wang Juna zatrzęsła się w nieopanowanym
dygocie, a potem odcięty palec Tybetańczyka, wciąż zdobny w pierścień z patynowanego srebra z turkusami, wyśliznął mu się z ręki, lądując w wieprzowinie yu xiang.
Obcy uśmiechnął się, beznamiętnym, zrezygnowanym uśmiechem.
- Dawaj kostkę, bo też sobie wezmę coś na pamiątkę.
Wang Jun kiwnął głową i powoli sięgnął do kieszeni. Spojrzenie
cudzoziemca powędrowało za jego dłonią.
Wolną ręką Wang Jun desperacko nabrał garść parzącego dofu. Zanim
facet zareagował, cisnął mu je, pełne ostrych papryczek i pieprzu,
prosto w te zimne, niebieskie oczy. Gdy obcy zawył, Wang Jun zatopił
ostre, żółte zęby w bladej skórze trzymających go dłoni. Obcy puścił
Wang Juna i zaczął wściekle trzeć piekące oczy; ze zranionych rąk
płynęła krew.
Wang Jun odzyskał wolność i puścił się pędem w ciemne zaułki, które znał
najlepiej, zostawiając za sobą wrzeszczącego cudzoziemca.
***
Deszcz się wzmagał, nad Chengdu nadciągał z powrotem ostrzejszy niż
przedtem chłód. Beton i budynki promieniowały zimnem, a oddech Wang Juna
zmieniał się w parę. Kulił się w swoim kartonie z logo StoneAilixin
Computers na boku. Ujrzawszy rysunki poniżej logo, domyślił się, że były
w nim telefony satelitarne. Zwinął się w kłębek w środku, tuląc resztki
swojego dzieciństwa.
Wciąż pamiętał wieś, z której tu przyszedł, oraz, trochę niewyraźnie,
dom z cegieł z błota. Nieco lepiej - wyrzeźbione w tarasy wzgórza,
gonitwy po tych tarasach. Zabawę modelem pionowzlotu w ciepłym wiosennym
błocie, podczas gdy jego rodzice trudzili się, stojąc po kostki w brunatnej wodzie, w której kiełkowały zielone pędy ryżu. Później,
opuszczając wymarłą wioskę, przeszedł przez te same tarasy, zarośnięte
niezebraną trawą.
Siedząc w zimnym cieniu wieżowców z ekspresowego betonu, pogładził model
pionowzlotu. Składane w górę i w dół skrzydła dawno odpadły i się
zgubiły. Odwrócił go, patrząc na odlany ze stali kadłub. Wyciągnął z kieszeni infokostkę i przyjrzał się jej. Zważył w dłoni kostkę i zabawkę. Pomyślał o palcu Tybetańczyka, odciętym razem ze srebrnym
pierścieniem, i się wzdrygnął. Siwy facet o niebieskich oczach na pewno
go szuka. Rozejrzał się po kartonie. Wetknął do kieszeni samolocik,
zbutwiały koc zostawił. Wziął żółtą anchuan maozi, odblaskową czapkę,
noszoną przez dzieci w drodze do szkoły, którą zabrał chłopcu jeszcze
mniejszemu od siebie. Naciągnął żółtą wełnę głęboko na uszy, wsadził
kostkę głęboko do kieszeni i odszedł, nie oglądając się za siebie.
***
Kiedy znalazł Gao Trzy Palce w barze, ten zawodził właśnie do karaoke.
Towarzyszyła mu para kobiet o gładkiej skórze i twardych, pustych
oczach, ubranych w szanghajskie qipao. Zapięte wysoko pod szyją, w oficjalnym stylu, ale z rozcięciami niemal po pas. Kiedy podszedł, Trzy
Palce wytrzeszczył nań oczy przez zadymione czerwone światło.
- Czego?
- Masz komputer, który przeczyta coś takiego? - Pokazał mu kostkę.
Trzy Palce wpatrzył się w kostkę i wyciągnął po nią rękę.
- Skąd to wziąłeś?
Wang Jun uniósł ją wyżej, ale nie wypuścił z ręki.
- Zabrałem takiemu jednemu.
- Temu samemu, co te okulary?
- Może tak.
Trzy Palce przyjrzał się kostce.
- Niestandardowa. Widzisz te bolce w środku?
Wang Jun zerknął na gniazdko.
- Są tylko trzy. Żeby to przeczytać, potrzebna będzie jakaś
przejściówka. A nawet wtedy może się nie udać. Zależy pod jaki system
operacyjny to jest zrobione.
- To co mam zrobić?
- Daj mi.
- Nie. - Wang Jun zrobił krok w tył.
Jedna z kobiet zachichotała, rozbawiona dialogiem między drobnym mafioso
a małym ulicznikiem. Szturchnęła Trzy Palce w pierś.
- Zostaw tego taofanzhe. Skup się na nas. - I znów zachichotała.
Wang Jun łypnął na niego. Trzy Palce odepchnął dziewczynę do
towarzystwa.
- Dajcie mi spokój.
Wydęła usta, ostentacyjnie urażona, ale poszła sobie i zabrała
koleżankę.
Trzy Palce wyciągnął rękę.
- Daj obejrzeć. Jak się temu tamade nie przyjrzę, nie będę mógł ci
pomóc.
Wang Jun zmarszczył brwi, ale wyciągnął rękę z kostką. Trzy Palce
obrócił ją w dłoniach. Zajrzał do gniazdka, potem kiwnął głową.
- To jest pod HuangLong OS - Rzucił mu ją z powrotem i dodał: -
Specjalizowany system medyczny. Używają go do operacji mózgu, mapowania
DNA i tak dalej. Bardzo specjalistyczny. Skąd to wytrzasnąłeś?
Wang Jun wzruszył ramionami.
- Ktoś mi to dał.
- Fang pi. - Pieprzysz.
Wang Jun zamilkł, zmierzyli się wzrokiem, Trzy Palce odezwał się:
- Xing, kupię to od ciebie. Tak z czystej ciekawości. Dam ci pięć
juanów. Sprzedajesz?
Wang Jun pokręcił głową.
- No dobra. Dziesięć i koniec.
Wang Jun znów pokręcił głową.
Gao Trzy Palce zmarszczył brwi.
- Nagle się dorobiłeś, czy co?
- Nie chcę jej sprzedać. Chcę się dowiedzieć, co na niej jest.
- To tak samo, jak ja.
Ponownie zmierzyli się wzrokiem, tym razem dłużej. Wreszcie Gao rzucił:
- Niech będzie. Pomogę ci. Ale jak będzie tam coś wartościowego, to
biorę trzy czwarte zysku.
- Yi ban.
Trzy Palce przewrócił oczyma.
- A niech tam. Połowę.
***
- Dokąd idziemy?
Trzy Palce szedł szybkim krokiem przez chłodną mgłę. Prowadził Wang Juna
przez coraz ciaśniejsze zaułki. Domy zmieniały charakter, nowoczesne
lśniące szkło i stal ustępowały cegle z błota, strzechom i gontom. Ulica
robiła się kamienna, wyboista, a z ciemnych drewnianych bram gapiły się
na nich staruszki. Wang Jun zerkał na nie podejrzliwie. Śledziły ich
obojętnie, zapamiętując, że tędy przeszli.
Trzy Palce przystanął i wyciągnął paczkę red pagoda. Wetknął papierosa
do ust.
- Palisz?
Wang Jun poczęstował się i nachylił się nad zapalaną zapałką. Rozbłysła
mocno i żółto, a potem przygasła pod naporem mokrego powietrza.
Zaciągnął się mocno papierosem i wypuścił dym. Gao zapalił swojego.
- Dokąd idziemy?
Trzy Palce wzruszył ramionami.
- Tutaj. - Wskazał brodą budynek za nimi.
Palił jeszcze z minutę, potem cisnął niedopałek na wilgotne kamienie i zdeptał go czarnym buciorem.
- Zgaś fajkę. Szkodzi komputerom.
Wang Jun pstryknął papierosem o ścianę. Niedopałek sypnął iskrami,
odbijając się, i spadł, dymiąc, na ziemię. Trzy Palce pchnął drewniane
drzwi. Łuszczyła się z nich farba, a futryna była wypaczona, musiał więc
naprzeć mocniej - drzwi głośno zaskrzypiały, kiedy wchodzili.
W półmroku Wang Jun dostrzegł dziesiątki monitorów. Jarzyły się
wygaszaczami ekranów i danymi. Widział przewijające się kolumny znaków i cyfr, podłączonych do odległych sieci informacji. Ludzie siedzieli przy
monitorach w ciszy przerywanej tylko nieustannym klekotem szybko
naciskanych klawiszy.
Trzy Palce zaciągnął Wang Juna do jednego z milczących techników i zapytał:
- He Dan, dasz radę to odczytać?
Szturchnął Wang Juna, Wang Jun wyciągnął kostkę. He Dan wyjął mu ją z ręki zręcznymi pajęczymi palcami i przysunął w półmroku do oczu.
Wzruszywszy ramionami, zaczął grzebać w stosie, szukając odpowiedniej
przejściówki. Znalazł ją i podłączył do zwisającego kabla, potem podpiął
przejściówkę do kostki. Postukał w komputer, ramki okien zamigotały i zmieniły kolor. Pojawiło się nowe okienko, w odpowiedzi nacisnął jeden
klawisz.
- Gdzie ja jestem? - rozległo się, tak głośno, że głośniki zatrzeszczały
od przesterowania.
Gdy głos rozdarł ciszę, wszyscy technicy podskoczyli. Dan przykręcił
głośność. Głos odezwał się jeszcze raz, ciszej.
- Halo? - Czuło się w nim nutę strachu. - Jest tam kto?
- Tak - odruchowo odpowiedział Wang Jun.
- Gdzie ja jestem? - drżąco zapytał głos.
- W komputerze - odparł Wang Jun.
Trzy Palce klepnął go po potylicy.
- Cicho.
- Co? - powiedział głos.
Słuchali w milczeniu.
- Ktoś powiedział, że jestem w komputerze?
Wang Jun potwierdził:
- Tak, jesteś w komputerze. A kim ty jesteś?
- Jestem w komputerze? - Głos był zdumiony. - Robili mi operację. Jak to
"jestem w komputerze"?
- Kim ty jesteś? - Wang Jun zignorował groźne spojrzenie Trzech Palców.
- Jestem Naed Delhi, dziewiętnasty Dalajlama. A ty?
Stukot klawiatur umilkł. Nikt się nie odzywał. Wang Jun słyszał cichutko
pracujące wentylatory i wysoki, rezonansowy pisk monitorów. Technicy
poodwracali się i zapatrzyli na trio stojące wokół gadającego komputera.
Wang Jun usłyszał, jak na zewnątrz ktoś odchrząkuje i spluwa. Komputer
mówił dalej, niepomny na efekt własnych słów.
- Halo? Z kim rozmawiam?
- Jestem Wang Jun.
- Dzień dobry. Czemu nic nie widzę?
- Jesteś w komputerze. Nie masz oczu.
- Ale słyszę. Czemu słyszę, a nie widzę?
Wtrącił się He Dan:
- Emulator, na którym chodzi twój program, nie jest kompatybilny z wejściem wideo.
- Nie rozumiem.
- Jesteś konstruktem sztucznej inteligencji. Twoja świadomość jest
oprogramowaniem. Informacje dostajesz ze sprzętu. Na systemie, gdzie cię
zainstalowaliśmy, on nie jest kompatybilny.
- Nie jestem żadnym oprogramowaniem. - Głos zadygotał. - Jestem
Dalajlamą tradycji gelug. Dziewiętnastym reinkarnowanym wcieleniem. Nie
było mi pisane wcielenie się w oprogramowanie. Chyba się mylicie.
- Naprawdę jesteś Dalajlamą? - zapytał Wang Jun.
- Tak - odpowiedział komputer.
- To jak... - zaczął Wang Jun, ale Trzy Palce odciągnął go od komputera,
zanim zdążył sformułować pytanie.
Ukląkł przed nim. Trzęsącymi się rękami chwycił go za kołnierz koszuli.
Gdy ich twarze niemal się zetknęły, wysyczał:
- Gdzie znalazłeś tę kostkę?
Wang Jun wzruszył ramionami.
- Ktoś mi ją dał.
Ręka Gao rozmyła się i uderzyła go w twarz. Podskoczył od impetu. Twarz
go paliła. Technicy przyglądali się, jak Trzy Palce syczy:
- Nie kłam. Skąd ją masz?
Wang Jun dotknął twarzy.
- Od Tybetańczyka. Od takiego Tybetańczyka, co sprzedawał kości tygrysa,
i drugiego gościa z Hunanu. I był tam trup. Wielki cudzoziemiec. To jego
okulary ci sprzedałem.
Trzy Palce odchylił głowę i wpatrzył się w sufit.
- Nie kłam. Ty wiesz, co to znaczy, że na kostce, którą nosiłeś sobie w kieszeni, jest Dalajlama? - Potrząsnął nim. - Wiesz, co to znaczy?
Wang Jun zawył.
- Miałem ją oddać takiemu facetowi w białych rękawiczkach, ale on nie
przyszedł. I był jeszcze jeden. Cudzoziemiec, zabił tego Tybetańczyka i odciął mu palec i mi też chciał i uciekłem i... - Głos załamał mu się,
przechodząc w bełkotliwy jęk.
Trzy Palce złapał go za szyję i ścisnął, aż zadzwoniło mu w uszach, a w oczach zrobiło się ciemno. Z daleka dobiegł jego głos:
- Nie wypłakuj mi się tutaj. Nie jestem twoją matką. I tak mam ciężko,
więc nie utrudniaj mi życia, bo obetnę ci język. Rozumiesz?
Wang Jun kiwnął głową. Trzy Palce puścił go, mówiąc:
- To świetnie. Teraz idź pogadaj z komputerem.
Wang Jun nabrał tchu i poczłapał z powrotem do Dalajlamy.
- Skąd się wziąłeś w komputerze? - zapytał.
- Skąd wiesz, że jestem w komputerze?
- Bo podłączyliśmy tutaj tę kostkę i wtedy zacząłeś mówić.
Komputer się nie odezwał.
- Jak tam jest? - spróbował Wang Jun.
- Martwo i strasznie - powiedział komputer. Potem dodał: - Miałem mieć
operację i nagle znalazłem się tutaj.
- Śniło ci się coś?
- Nie pamiętam.
- Jesteś przywódcą buntu przeciwko mojemu krajowi?
- Mówisz po chińsku. Jesteś z Chin?
- Tak. Czemu podburzasz tych ludzi w Tybecie?
- Gdzie jest ten komputer?
- W Chengdu.
- Och. To spory kawał od Bombaju - wyszeptał komputer.
- Jesteś z Bombaju?
- Miałem mieć operację w Bombaju.
- Czujesz się tam samotny?
- Aż do tej chwili nic nie pamiętałem. Ale czuję kompletny bezruch.
Śmiertelny bezruch. Słyszę cię, ale nic nie czuję. Nic tu nie ma. Boję
się, że mnie też tu nie ma. To obłęd. Straciłem wszystkie zmysły.
Wyciągnij mnie z tego komputera. Pomóż mi. Zabierz mnie z powrotem do
mojego ciała. - Komputerowy głos, wibrujący w głośnikach, brzmiał
błagalnie.
- Możemy go sprzedać - stwierdził obcesowo Trzy Palce.
Wang Jun popatrzył na niego.
- Nie możecie go sprzedać.
- Komuś jest potrzebny, skoro cię szuka. Da się go sprzedać.
- Nie możecie mnie sprzedać. Muszę wrócić do Bombaju. Skoro tu jestem,
pewnie nie mogą mi zrobić operacji. Muszę wrócić. Musicie mnie tam
zabrać.
Wang Jun kiwnął głową. Trzy Palce uśmiechnął się złośliwie. He Dan
powiedział:
- Musimy go odłączyć. Pozbawiony bodźców zwariuje, zanim się
zdecydujecie, co z nim zrobić.
- Zaczekajcie - wtrącił Dalajlama. - Proszę, nie odłączajcie mnie
jeszcze. Boję się. Boję się, że znów mnie nie będzie.
- Wyłącz go - polecił Trzy Palce.
- Czekajcie - powiedział komputer. - Posłuchajcie mnie. Jeśli moje ciało
umarło, musicie zniszczyć komputer, w którym jestem. Boję się, że nie
uda mi się ponownie wcielić. Że Palden Lhamo nie będzie mogła znaleźć
mojej duszy. Jest potężna, ale choć płynie oceanem krwi, siedząc na
skórze własnego syna-zdrajcy, może mnie nie znaleźć. Moja dusza będzie
tu tkwić, nienaturalnie zakonserwowana, choć moje ciało już się
rozkłada. Obiecajcie mi, proszę. Nie możecie mnie zostawić...
He Dan wyłączył komputer.
Trzy Palce zerknął nań, unosząc brwi.
He Dan wzruszył ramionami.
- Może to i Dalajlama. Skoro za tym dzieckiem-żebrakiem ganiają jacyś
ludzie, to bardziej wiarygodne. Nie byłoby trudno ściągnąć z niego
macierz świadomości w czasie jakiejś operacji.
- Ale kto by to chciał zrobić?
He Dan znów wzruszył ramionami.
- Wokół niego toczy się tyle różnych politycznych konfliktów, że ciężko
powiedzieć. W takiej kostce jest bardzo wygodnym zakładnikiem.
Ekstremiści tybetańscy, Amerykanie, my, może i Unia Europejska, każdy by
chciał mieć takiego zakładnika.
- Jak mam go sprzedać, muszę wiedzieć, kto go tam wsadził - powiedział
Trzy Palce.
He Dan skinął głową, a wtedy drzwi eksplodowały do środka. Sypnęło
drzazgami, ciemne pomieszczenie rozświetliły snopy światła. Na zewnątrz
zawyły pionowzloty, przez drzwi wdarły się jaskrawe lampy, a za nimi
rozległ się szybki tupot ciężkich butów. Wang Jun instynktownie
przykucnął, gdy tymczasem coś wysysało powietrze z pomieszczenia, aż
eksplodowały monitory, zasypując jego i techników szkłem. Wszyscy
krzyczeli, Wang Jun poczuł zapach dymu. Wstał, wyjął infokostkę z przejściówki i wsunął się pod stół, dokładnie w chwili gdy o ścianę nad
nim zastukały drobiny śrutu.
Widział, jak Trzy Palce gmera przy pasku, a potem sztywnieje, gdy na
jego piersi wykwitły czerwone kleksy. Inni technicy też padali,
upstrzeni krwawymi plamami. Wang Jun skulił się pod stołem, kiedy przez
drzwi wpadły sylwetki w czarnych pancerzach. Włożył kostkę do ust,
myśląc, że połknie ją, zanim go znajdą. Rozległy się kolejne wybuchy,
nagle ściana nad nim zniknęła w kakofonii cegieł i gruzu. Wygramolił się
spod ruiny pośród krzyków. Pochylony nisko, biegnąc, stał się zaledwie
cieniem małego dziecka. Nieistotnym cieniem w deszczu, w grze świateł
pozostawionych za plecami żołnierzy.
***
Skulił się w cieniu we wnęce drzwi, obracając kostkę w dłoniach, z pełną
szacunku fascynacją gładząc jej błękitną plastikową powierzchnię. Deszcz
skraplał się w chłodną mgłę, wilgoć kapała mu z nosa. Dygotał. Kostka
była zimna. Zastanawiał się, czy ten Dalajlama coś tam w środku czuje.
Ludzie nadchodzili bocznymi uliczkami, nie zwracając uwagi na mały cień
w drzwiach. Ich sylwetki powstawały z mgły, nabierały ostrości i indywidualnych rysów w świetle latarń, potem znów rozpływały się w cieniu.
Widział, jak w oddali startują pionowzloty, podświetlone w mroku
reflektorami startowymi. Patrzył na skrzydła, opadające i rozprostowujące się ponad mokrymi gontami dachów. Potem zniknęły,
przyśpieszając z sykiem. Wbrew zdrowemu rozsądkowi wrócił tam,
przyłączając się do innych mieszkańców powoli przeszukujących rumowisko
zburzonego budynku. Poruszali się metodycznie, pochyleni. Podnosili
cegły. Odwracali rozbite monitory. Grzebali trupom w kieszeniach. Nie
widział ani śladu Trzech Palców. Wątpliwe, by przeżył. Natrafił
natomiast na He Dana - w kawałkach.
Raz jeszcze obrócił kostkę w dłoniach.
- Skąd to masz?
Podskoczył spłoszony i już miał rzucić się do ucieczki, ale dłoń
chwyciła go i unieruchomiła. Kobieta, Chinka, w białych rękawiczkach.
Wytrzeszczył oczy na przytrzymującą go rękę.
- Masz coś dla mnie? - zapytała. Jej mandaryński był klarowny i wyedukowany, idealny, jakby pochodziła z samego Pekinu.
- Nie wiem.
- To twoje?
- Nie.
- Nie miałeś mi tego dać?
- Nie wiem.
- Nie znalazłam cię na moście.
- Czemu nie przyszłaś?
- Wszystko się spóźniało - odparła. Zmrużone oczy pociemniały.
Wang Jun wyciągnął rękę i dał jej infokostkę.
- Musisz na nią uważać. W środku jest Dalajlama.
- Wiem. Szukałam ciebie. Już się bałam, że nie znajdę. Chodź. - Kiwnęła
na niego. - Zmarzłeś. Czeka na ciebie spanie i jedzenie. - Skinęła
jeszcze raz.
Wang Jun wyszedł za nią z korytarza, prosto w deszcz.
***
Prowadziła go przez mokre ulice. W myślach kłębiły mu się obrazy
pionowzlotów, wybuchających monitorów i krwawej śmierci Trzech Palców;
rozglądał się nieufnie na kolejnych skrzyżowaniach, idąc ulicami starego
Chengdu.
Kobieta trzymała go mocno za rękę i prowadziła stanowczo - choć co
chwila skręcali, cały czas przybliżali się do miejskiego masywu.
Świetlista bryła górowała nad nimi, robotnicy zwisający z niej na
pajęczych linach wydawali się mali jak uwijające się mrówki, powoli
budujące sobie mrowisko.
Wreszcie znaleźli się pod jego szkieletem. Szli przez mokre, organiczne
korytarze w głąb rosnącej istoty. Wang Jun poczuł zapach kompostu i śmierci. W miarę jak wchodzili głębiej w architektoniczne zwierzę,
powietrze robiło się coraz cieplejsze i bardziej wilgotne. Świecące
chipy wszczepione w nadgarstki kobiety przepuszczały ich przez kolejne
bramki budowy, aż dotarli do windy, klatki, która ruszyła w górę przez
trzewia Huojianzhu, sunąc po gładkich organicznych szynach. Przez jej
pręty widział ukończone piętra, lśniące, gotowe do zamieszkania, ze
ścianami udającymi polerowaną stal, z płonącymi w kinkietach
świetlówkami. Widział też piętra, gdzie na razie istniał tylko
segmentowany szkielet potwora. Monstrum o odsłoniętych kościach;
biologiczne wydzieliny, połyskujące i oślizłe. Kości pokrywał krzepnący
silikonowy śluz, spływający i spiętrzający się w kolejne warstwy ścian.
Huojianzhu rosło, a jego wzrostu doglądali Biotekci i budowlańcy,
kierując nim i dbając, by zgadzał się z ich starannie wypracowaną wizją.
Piękna kobieta i Wang Jun jechali jeszcze wyżej.
Dotarli na niemal ukończone piętro. Kroki kobiety poniosły się echem po
korytarzu. Podeszła do drzwi. Delikatnie musnęła dłonią ich
powierzchnię. Skóra drzwi poruszyła się pod dotykiem, tak nieznacznie,
że Wang Jun nie był pewien, czy ustąpiła pod ręką, czy wysunęła się jej
naprzeciw. Drzwi otworzyły się i ujrzał podniebne luksusy, o których
zawsze marzył.
***
Obudził się w pokoju z łóżkiem tak miękkim, że aż rozbolały go plecy, i poduszkami tak puchatymi, że można by się udusić. Skądś dobiegały głosy:
- ...żebrak. Nikt - mówiła ona.
- To wykasuj go i wypuść.
- Ale on nam pomógł.
- No to daj mu jeszcze pieniądze.
Potem głosy się oddaliły, a on wbrew sobie znowu zasnął.
***
Otuliły go miękkie poduchy fotela, tak przepastnego, że stopami nie
sięgał do eleganckiej, gładkiej miękkiej podłogi z prawdziwego drewna.
Był już dobrze wypoczęty, wreszcie wygramolił się z ciepłego łona
pościeli i krępujących poduszek. Wokół, na gładzi białych ścian wisiały
malowidła shan shui1, na półkach w niszach stały wypalane w misterne wzory wazy dawno wymarłych chińskich dynastii. Kuchnia, z którą
zdążył już się zapoznać, kiedy obserwował, jak kobieta, która wyglądała
na Chinkę, ale nie była nią, przygotowywała mu górę jedzenia na
palnikach płonących jak słońca i parzyła herbatę z płynącego z kranu
wrzątku. W innych pokojach światła zapalały się i gasły, kiedy wchodził
do nich i wychodził, leżały tam dywany, miękkie połacie jasnej tkaniny,
zawsze ciepłej w dotyku. Teraz zaś siedział w przepastnym fotelu i ciemnymi oczyma przypatrywał się, jak kobieta i jej
towarzysz-cudzoziemiec chodzą w kółko. Za nimi, na półce leżała kostka z Dalajlamą, błękitna i mała.
- Sile?
Wang Jun podskoczył na dźwięk jej głosu, zabiło mu serce. Za oknami
mieszkania wisiała gęsta chengduńska mgła, zastała i wilgotna. Już nie
padało. Wygramolił się z fotela i podszedł do okna. Nie było widać
świateł miasta w dole. Mgła była zbyt gęsta. Kobieta przyglądała mu się,
a jej towarzysz mówił:
- No tak, albo Chińczycy, albo Europejczycy zrobili mu parę dziur
głowie. A teraz są wkurzeni, bo go stracili.
- To co robimy?
- Czekam na jakieś wskazówki z ambasady. Tybetańczycy chcą go zniszczyć.
Nic, tylko marudzą, że jak się tego nie zniszczy, to jego dusza się nie
odrodzi.
Zaśmiała się.
- Może przepiszemy go do nowego ciała?
- To świętokradztwo.
- Tak by pomyśleli? Ci fanatycy są tacy...
- ...nieustępliwi - dokończył za nią.
- Czyli cała misja na nic?
- Bez ciała niewiele z niego mamy. Jeśli przepiszemy go do nowego,
Tybetańczycy go nie uznają. Bez wyznawców, żaden z niego środek nacisku
na Chińczyków.
Westchnęła.
- Jak ja nie lubię z nimi pracować.
- Gdyby nie Tybetańczycy, nawet byśmy nie mieli pojęcia, gdzie szukać
tego dzieciaka.
- No tak, a teraz grożą, że jeśli go nie oddamy, Pali Lama obedrze nas
ze skóry czy coś w tym stylu.
- Palden Lhamo - poprawił ją.
- Jak?
- Palden Lhamo - powtórzył. - Tybetańska bogini. Podobno protektorka
Tybetu i naszego cyfrowego przyjaciela. - Wskazał brodą kostkę na półce.
- Na obrazach jedzie na mule przez morze krwi, a zamiast derki ma pod
siodłem skórę zdartą z własnego syna.
- Przemiłą kulturę mają.
- Powinnaś zobaczyć te obrazy: czerwone włosy, naszyjniki z czaszek...
- Wystarczy.
Wang Jun zapytał:
- Mogę otworzyć okno?
Kobieta zerknęła na mężczyznę. Wzruszył ramionami.
- Suibian - odrzekła.
Wang Jun odblokował zamki i obrócił wielką szybę. Do pokoju wlało się
chłodne powietrze. Wychylając się daleko, zajrzał w pomarańczowy poblask
mgły. Pogładził gąbczasty, organiczny egzoszkielet budynku, wytrzymały,
pełen dziur plaster miodu. W dole majaczyły ledwo widoczne, poruszające
się sylwetki robotników budowlanych wspinających się po powierzchni
konstrukcji. Za jego plecami rozmowa toczyła się dalej.
- To co robimy?
Machnął w stronę kostki.
- Zawsze możemy podpiąć Jego Eminencję do komputera i zapytać o radę.
Wang Jun nadstawił uszu. Chciał jeszcze raz usłyszeć człowieka w komputerze.
- A Chińczycy będą chcieli pohandlować, mimo że nie ma ciała?
- Możliwe. Pewnie wsadziliby go gdzieś do szuflady, żeby zbierał kurz.
Pasowałoby im, żeby nigdy się ponownie nie wcielił. Jeden kłopot z głowy.
- To może da się coś za niego wyciągnąć.
- Ale nie za dużo. Bo nawet jak się odrodzi, to co? I tak skutki odczują
dopiero za dwadzieścia lat. - Westchnął. - Negocjacje zaczynają się
jutro. W biurze i tak już przebąkują, że to fiasko. Już chodzą jakieś
pogłoski, że nas odwołają, nim zaczną się te rozmowy. Dobrze, że
przynajmniej Unia go nie zgarnęła.
- Z przyjemnością wrócę do Kalifornii.
- Taa.
Wang Jun odwrócił się od okna i zapytał:
- Zabijecie go?
Para spojrzała po sobie. Mężczyzna odwrócił się, mrucząc coś pod nosem.
Wang Jun powstrzymał się od odpowiedzi na tę nieuprzejmość. Zamiast tego
powiedział:
- Jestem głodny.
- Znowu jest głodny - mruknął facet.
- Zostały już tylko dania z torebki - odparła kobieta.
- Xing - powiedział Wang Jun.
Kobieta poszła do kuchni, a on skupił wzrok na ciemnobłękitnym połysku
leżącej na półce kostki.
- Zimno - odezwał się mężczyzna. - Zamknij okno.
Wang Jun wciągnął nosem dochodzący z kuchni aromat smażonego jedzenia. W brzuchu mu zaburczało, ale podszedł do okna.
- Dobrze.
***
Kiedy pełzł po szkielecie biologicznego miasta, mgła lepiła mu się do
ciała. Wbijał palce w gąbczastą jak plaster miodu powłokę, słyszał
dobiegający z dołu szum miasta Chengdu, ale go nie widział. Usłyszał
przekleństwa i zadarł głowę. Światło obrysowało piękną kobietę, która
wyglądała na Chinkę, ale nią nie była, oraz mężczyznę. Wyglądali z okna
swojego luksusowego apartamentu wysoko w górze.
Wbił pięść mocniej w ścianę i zamachał do nich wolną ręką, a potem szedł
dalej w dół z pewnością siebie i zwinnością żebrzącej małpki. Zerknął
raz jeszcze w górę, zobaczył, jak mężczyzna próbuje wyjść przez okno, a kobieta wciąga go z powrotem.
Schodził dalej. Zanurzał się głębiej we mgle, tęskniąc za śliskim
bezpieczeństwem bruku w dole. Mijał budowlańców i Biotektów, pracujących
na nocnej zmianie. Wszyscy wisieli niebezpiecznie przy ścianie masywu,
ale tylko on był tak odważny, by leźć po skórze stworzenia bez ochronnej
uprzęży. Patrzyli na niego ponuro, ale żaden go nie zatrzymywał. Co ich
obchodzi, że omskną mu się palce i spadnie na bruk? Minął ich wszystkich
i schodził dalej.
Kiedy raz jeszcze zerknął w górę, wypatrując samotnego okna, z którego
wyszedł, już go nie dostrzegł. Rozpłynęło się w gęstwinie zimnej mgły.
Domyślał się, że kobieta i mężczyzna nie będą go gonić. Że mają na
głowie ważniejsze sprawy, niż ganiać po mokrych ulicach Chengdu jednego
dzieciaka-żebraka z bezużyteczną infokostką. Uśmiechnął się. Spakują
się, pojadą do swojego kraju i zostawią go w Chengdu. Żebracy zawsze
zostają.
Ręce zaczęły mu się trząść. I tak schodził już dłużej, niż wydawało mu
się to możliwe. Masyw budynku był większy, niż sobie wyobrażał. Wbijał
palce w gąbczastą biomasę powłoki Huojianzhu, szukając kolejnego
oparcia. Bolały go stawy palców, drżały ramiona. Mimo bezwietrznej
pogody, na tej wysokości było zimno. Mokra mgła i wilgotne gąbczaste
ściany ziębiły mu palce, które drętwiały. Z boleśnie napiętą uwagą
kontrolował każdy chwyt, badając jego stabilność i pewność.
Po raz pierwszy zastanowił się, ile minie czasu, zanim spadnie.
Schodzenie trwało już za długo, a lepki chłód przenikał do kości. Mgła
rozeszła się i dostrzegł rozciągające się wokół światła Chengdu.
Zobaczywszy, jak wysoko jeszcze wisi, utracił nadzieję.
Wbił palce w kolejny chwyt, lecz kiedy go obciążył, gąbczasta masa
ustąpiła: nagle zawisł na jednej słabej ręce, a wokół szaleńczo
zawirowały światła miasta. Desperacko wymacywał kolejny uchwyt. Wbił
stopy głębiej w miękką powierzchnię i znalazł go. Spojrzał tam, skąd
ześliznęła mu się ręka: zrobiło się tam głębokie pęknięcie, z którego
powoli kapała mleczna krew biokonstrukcji. Serce zaczęło mu walić, kiedy
patrzył na tę śluzowatą ranę i wyobrażał sobie, jak ześlizguje się i spada, rozbryzguje się na chodniku, a jego krew ścieka do rynsztoka.
Starał się opanować rosnącą panikę, gdy ręce zaczęły mu dygotać, grożąc
odpadnięciem od ściany. Potem zmusił się, żeby ruszyć kończynami i zejść
jeszcze trochę, poszukać jakiegoś miejsca na odpoczynek, nadziei na
przetrwanie na szorstkiej skórze masywu.
Zaczął mówić do siebie. Powtarzał sobie, że przeżyje. Że nie spadnie,
nie zginie na chodniku. Nie on. Nie Xiao Wang. Nie, nie, już nie
Xiao Wang. Nie Mały Wang. Wang Jun. Żołnierz Wang. Żołnierz Wang, choć
powykręcany i garbaty, przeżyje. Uśmiechnął się. Wang Jun przeżyje.
Schodził dalej, czepiając się ściany rozdygotanymi rękami i zdrętwiałymi
palcami, starannie wybierając chwyty i wreszcie, gdy pomyślał, że dalej
nie da rady, znalazł szczelinę w powłoce Huojianzhu i wśliznął się w bezpieczną kryjówkę kanału.
Stanąwszy na pewnym podłożu, odwrócił się i spojrzał na rozpościerające
się wokół światła Chengdu. Za parę lat rozrastający się masyw przerośnie
całe Chengdu. Ciekawe, gdzie będą wtedy ganiać żebracy. Jakie ulice
zostaną dla takich jak on? Sięgnął do kieszeni, wymacał twarde krawędzie
infokostki. Wyciągnął ją, wbił wzrok w idealnie gładką niebieską
powierzchnię. Doskonałe, geometryczne brzegi. Tyle zamieszania wokół
człowieka, który żyje tam w środku. Zważył kostkę w dłoni. Lekka. Za
lekka, żeby zmieścić całego człowieka. Przypomniał sobie to krótkie
spotkanie z Dalajlamą, w ciemnym pomieszczeniu, w świetle monitorów.
Ścisnął kostkę mocno w dłoni i podszedł na skraj kanału. W dole leżało
Chengdu.
Zgiął rękę w zamachu. Zamierzył się, by wypuścić zamkniętego w krzemowej
kapsułce Dalajlamę w powietrze. Poleci łukiem i spadnie, coraz szybciej
i szybciej, potem rozbije się o daleką ziemię i wypuści go, żeby mógł
wrócić na ścieżkę ponownych narodzin. Przytrzymał ramię w zgięciu, potem
wyrzucił je raptownie przed siebie. Ręka dokończyła zamach, lecz kostka
z Dalajlamą wciąż tkwiła bezpiecznie w dłoni. Gładka, błękitna i nieuszkodzona.
Zastanowił się. Pogładził ją, obmacując kontury. A potem wsunął z powrotem do kieszeni, wylazł na zewnątrz i znów zaczął schodzić po
skórze Huojianzhu. Uśmiechał się, wbijając palce w żywe ciało budowli.
Zastanawiał się, ile jeszcze potrwa to schodzenie i czy wyląduje na
ulicy cały i zdrowy, czy jako krwawa miazga. Chengdu wydawało się
jeszcze bardzo odległe.
Kostka spoczywała w kieszeni. Jeżeli spadnie, rozbije się i Dalajlama
odzyska wolność. A jeżeli przeżyje? Na razie ją zatrzyma. Później może
zniszczy. W kostce Dalajlama śpi, i nawet jeśli dłużej poczeka, nic
szczególnego mu się nie stanie. A poza tym, pomyślał sobie Wang Jun, kto
z tych wszystkich ważnych ludzi na świecie może powiedzieć, że ma
Dalajlamę w kieszeni?
Fletka
Fletka
Fletka kuliła się w ciemności, ściskając w małych bladych rączkach
ostatni podarunek Stephena. Madame Belari już pewnie jej szuka. Służący
węszą po zamku jak zdziczałe psy, zaglądają pod łóżka, do szafek, za
stojaki z winem, wszystkie zmysły spragnione jej tropu. Belari nigdy nie
potrafiła się domyślić, gdzie się ukryła. To służący zawsze ją
znajdowali. Belari po prostu przechadzała się korytarzami i pozwalała im
ją znaleźć. Wydawało im się, że znają jej wszystkie kryjówki.
Fletka przesunęła się nieco. Niewygodna pozycja nadwerężała jej i tak
kruche kości. Rozprostowała się - na ile pozwalała jej na to ciasnota -
po czym z powrotem poskładała jak scyzoryk, wyobrażając sobie siebie
jako królika, któregoś z tych trzymanych przez Belari w klatkach, w kuchni: malutkie, miękkie, o ciepłych, wilgotnych oczach, mogły siedzieć
i czekać całymi godzinami. Fletka zmusiła się do cierpliwości i nie
zwracała uwagi na bolesne protesty zgiętego ciała.
Niedługo będzie musiała się pokazać, bo inaczej madame Belari się
zniecierpliwi i pośle po Bursona, szefa ochrony. Burson ściągnie tu
swoje szakale i znowu zaczną polować, przemierzą wszystkie pokoje,
spryskają podłogi feromonowymi preparatami i pójdą prosto do jej
kryjówki po neonowym śladzie. Musi stąd wyjść, zanim przyjdzie Burson.
Madame Belari karała ją, jeśli służba marnowała czas na ścieranie
feromonów.
Fletka znów zmieniła pozycję. Zaczynały ją boleć nogi. Ciekawe, czy mogą
się połamać od takiego naprężenia. Czasami dziwiła się, jak niewiele
trzeba, żeby ją złamać. Lekkie zderzenie ze stołem i znowu jest w kawałkach, a Belari złości się za niedbałe obchodzenie się z jej
inwestycją.
Westchnęła. Tak naprawdę była już pora wychodzić z ukrycia, ale wciąż
syciła się tą ciszą i samotnością. Jej siostra Nia nigdy tego nie
rozumiała. Za to Stephen... on tak. Gdy opowiedziała mu o swojej kryjówce,
myślała, że jej wybacza, bo jest łagodny. Teraz już rozumiała. Stephen
miał większe sekrety niż głupia fletka. Większe niż ktokolwiek się
spodziewał. Obróciła w dłoniach maleńką fiolkę, czując jej szklaną
gładkość, pamiętając zamknięte w środku bursztynowe krople. Już za nim
tęskniła.
Wokół jej kryjówki niosły się echem kroki. Metal szorował ostro o kamień. Fletka wyjrzała przez szczelinę w swojej zaimprowizowanej
twierdzy. Poniżej, w zamkowej spiżarni piętrzył się prowiant. Mirriam
znowu jej szukała, szperając za chłodzonymi skrzynkami z szampanem na
jutrzejsze przyjęcie. Syczały i wypuszczały mgiełkę, gdy Mirriam z wysiłkiem je odsuwała i zaglądała w ciemne wnęki za nimi. Fletka znała
Mirriam, kiedy obie były dziewczynkami z miasta. Teraz różniły się od
siebie jak życie i śmierć.
Mirriam urosła, rozkwitły jej piersi, rozrosły się biodra, rumiana twarz
uśmiechała się i śmiała z własnego szczęścia. Kiedy przyszły do Belari,
obie były tego samego wzrostu. Teraz zaś z Mirriam zrobiła się dorosła
kobieta, o całe dwie stopy wyższa od fletki, o pełnych, przyjemnych dla
męskiego oka kształtach. I była lojalna. Dobrze służyła Belari.
Uśmiechnięta, usługująca z przyjemnością. Wszystkie takie były, kiedy
przyszły z miasta do zamku: Mirriam, fletka i jej siostra Nia. A potem
Belari postanowiła, że zrobi z nich fletki. Mirriam wolno będzie
urosnąć, za to one zostaną gwiazdami.
Mirriam wypatrzyła spiętrzoną niechlujnie w kącie piramidę serów i szynek. Zaczęła skradać się do niej, a fletka patrzyła i śmiała się z podejrzeń pulchnej dziewczyny. Mirriam dźwignęła wielki krąg duńskiego
sera i zajrzała w szczelinę.
- Lidia? Jesteś tam?
Fletka pokręciła głową. Nie, pomyślała. Ale nieźle zgadujesz. Rok temu
bym tam była. Dałabym radę, z wysiłkiem, przesunąć te sery. Ale szampana
już nie. Za szampanem bym się nie schowała.
Mirriam wyprostowała się. Jej twarz lśniła potem, od wysiłku
przestawiania ciężkich produktów żywiących dom Belari. Przypominała
lśniące, rumiane jabłko. Otarła czoło rękawem.
- Lidia, madame Belari zaczyna się złościć. Jesteś samolubna. W sali
prób czeka na ciebie Nia.
Lidia kiwnęła głową. Tak, Nia na pewno czeka w sali prób. Grzeczna
siostra. Ona zaś jest niegrzeczna. Ciągle jej trzeba szukać. To przez
Lidię karano je obie. Belari zrezygnowała już z prób dyscyplinowania
Lidii bezpośrednio. Zadowalała się karaniem obu sióstr, licząc, że
poczucie winy wymusi posłuszeństwo. To czasami działało. Ale nie teraz.
Nie teraz, gdy odszedł Stephen. Lidia potrzebowała spokoju. Miejsca,
gdzie nikt na nią nie patrzy. Odosobnienia. Kryjówki, którą pokazała
Stephenowi i której przyjrzał się zdziwionymi, smutnymi oczyma. Miał
piwne oczy. Kiedy na nią patrzyły, myślała, że są tak miękkie, jak
króliki Belari. Bezpieczne. W te bezpieczne, piwne oczy można się było
zapaść bez strachu, że coś się sobie złamie.
Mirriam usiadła ciężko na worku ziemniaków i popatrzyła wilkiem dookoła,
wypatrując potencjalnej publiczności.
- Egoistka z ciebie. Wredna egoistka, zmuszasz nas wszystkich, żebyśmy
cię szukali.
Fletka skinęła głową. Tak, jestem samolubna, pomyślała. Ja jestem
samolubna, a ty jesteś kobietą, mimo że jesteśmy w tym samym wieku, a ja
jestem bystrzejsza. Jesteś sprytna, ale nie wiesz, że najlepsze kryjówki
są w miejscach, gdzie nikt nie zagląda. Szukasz za rzeczami, pod
rzeczami i pomiędzy, ale w górę nie patrzysz. Jestem nad tobą i obserwuję cię, tak jak obserwował nas wszystkich Stephen.
Mirriam skrzywiła się i wstała.
- A zresztą. Już Burson cię znajdzie. - Strzepnęła kurz ze spódnic. -
Słyszysz mnie? Już Burson cię znajdzie. - Wyszła ze spiżarni.
Lidia odczekała, aż Mirriam sobie pójdzie. Denerwowało ją, że Mirriam ma
rację. Burson ją znajdzie. Zawsze ją znajdował, jeśli czekała zbyt
długo. Można było wykraść sobie tylko pewną porcję świętego spokoju.
Tylko dopóki Belari nie straciła cierpliwości i nie zawołała szakali.
Wtedy przepadała kolejna kryjówka.
Po raz ostatni obróciła w delikatnych paluszkach maleńką fiolkę
Stephena. Dar na pożegnanie - zrozumiała - teraz, kiedy jego już nie ma,
teraz, gdy nie ma kto jej pocieszać, gdy Belari zaczyna żądać zbyt
wiele. Powstrzymała łzy. Nie ma czasu na płacz. Burson pewnie już jej
szuka.
Wcisnęła buteleczkę w bezpieczną, ciasną szczelinę między kamieniem a nieheblowanym drewnem półki, gdzie się chowała, potem odsunęła wek z czerwoną soczewicą, otwierając sobie wyjście. Wygramoliła się z kryjówki
za ścianą strączkowych przetworów na najwyższej półce spiżarni.
Poprzestawianie weków z tyłu, żeby zrobić sobie miejsce, zajęło
tygodnie, ale kryjówka była świetna. Nikomu nie przychodziło na myśl tam
zajrzeć. Miała swoją twierdzę ze słojów, pełnych płaskich niewinnych
fasolek, mogła, jeśli tylko cierpliwie znosiła niewygodną pozycję, kulić
się tam godzinami.
Zeszła na dół.
Ostrożnie, ostrożnie, myślała. Nie chcemy czegoś sobie złamać. Trzeba
uważać na kości. Wisząc na półce, delikatnie wsunęła pękaty słój
czerwonej soczewicy na miejsce, potem ześliznęła się na podłogę
spiżarni.
Stojąc boso na zimnych kamieniach, przyjrzała się z dołu kryjówce.
Wyglądała dobrze. Ostatni podarunek Stephena był bezpieczny. Wydawało
się, że nikt nie jest w stanie się tam wcisnąć, nawet filigranowa
fletka. Nikt nie podejrzewał, że może tak się zwinąć, żeby się tam
wpasować. Lecz ona była drobna jak myszka i czasem wciskała się w niespodziewane miejsca. Mogła za to podziękować Belari. Odwróciła się i wybiegła ze spiżarni - służący koniecznie muszą złapać ją z dala od
kryjówki.
***
Dochodząc do jadalni, miała nadzieję, że uda jej się niepostrzeżenie
dotrzeć do sali ćwiczeń. Wtedy może uniknie kary. Belari była miła dla
ludzi, których kochała, ale bezkompromisowa, jeśli ją rozczarowali.
Lidia była wprawdzie zbyt delikatna, żeby ją uderzyć, ale istniały też
inne kary. Pomyślała o Stephenie. Drobna cząstka jej umysłu cieszyła się
wręcz, że nie dosięgną go już tortury Belari.
Prześliznęła się skrajem jadalni, osłonięta paprociami i kwitnącymi
storczykami. Pomiędzy bujnymi liśćmi i kwiatami dostrzegała potężną
hebanową połać stołu, codziennie polerowanego na wysoki połysk przez
służących i stale zastawionego lśniącymi srebrnymi nakryciami.
Rozejrzała się, czy ktoś jej nie widzi. Nie było nikogo.
Intensywny ciepły zapach zieleni skojarzył jej się z latem, mimo zimy
smagającej mrozem góry wokół zamku. Kiedy były młodsze, jeszcze przed
operacjami, ganiały się po górach, między sosnami. Lidia prześliznęła
się między storczykami: jeden z Singapuru, inny z Chennai; jeszcze inny,
pasiasty jak tygrys, skonstruowany przez Belari. Dotknęła delikatnego
tygrysiego kwiatka, zachwycając się żywą barwą.
Jesteśmy przepięknymi więźniami, pomyślała. Tak samo jak wy.
Paprocie zadygotały. Spomiędzy roślinności wypadł człowiek i rzucił się
na nią jak wilk. Ścisnął ją dłońmi za ramiona. Wbił palce w blade ciało,
Lidia aż sapnęła, gdy dźgnięte nimi nerwy sparaliżowały ją całą. Upadła
na łupkowe płyty, składając się jak motyl pod naciskiem Bursona.
Kwiliła na kamieniach, w piersi tłukło się serce przerażone zasadzką
Bursona. Jęczała, uginając się pod jego ciężarem, z twarzą przyciśniętą
do gładkiego szarego łupku. Na sąsiednim kamieniu leżała ścięta przez
atak Bursona różowo-biała orchidea.
Kiedy był już pewien jej posłuszeństwa, pozwolił jej powoli wstać.
Ogromny ciężar zelżał, unosząc się jak czołg zjeżdżający ze zmiażdżonej
rudery. Lidia zmusiła się, żeby usiąść. W końcu wstała - chwiejny, blady
skrzat przytłoczony ogromem olbrzyma, szefa ochrony Belari.
Jego zwaliste cielsko składało się z zębatych mięśni i blizn, nic tylko
rozdymająca skórę siła i gniewne zmarszczki blizn po walkach. Mirriam
plotkowała, że kiedyś był gladiatorem, ale ona była romantyczką; Lidia
podejrzewała, że blizny pochodzą od szkolących go trenerów, tak jak jej
kary - z ręki Belari.
Burson trzymał ją za przegub, okalając go skalistym uchwytem. Mimo siły
i nieustępliwości, uścisk był delikatny. Po pierwszej, katastrofalnej
szkodzie, nauczył się, jakie obciążenie może znieść jej kościec, zanim
pęknie.
Lidia szarpnęła się, sprawdzając chwyt na nadgarstku, po czym się
poddała. Burson ukląkł, zrównując się z nią wzrostem. Zaczerwienione
oczy przyjrzały się jej. Przekrwione od ulepszeń tęczówki analizowały
podczerwony puls pod skórą.
Kiedy Burson stał na otwartej przestrzeni, jego pobliźniona twarz powoli
zatracała zielony odcień kamuflażu, barwę liści i kamienia. Tam, gdzie
jej dotykał, bledła, jak oprószona mąką, upodabniając się do jej bladej
skóry.
- Gdzie się schowałaś? - zaburczał.
- Nigdzie.
Czerwone oczy Bursona się zwęziły, zmarszczył czoło pożłobione głębokimi
bruzdami. Obwąchał jej ubranie, szukając tropów. Zbliżył nos do twarzy,
włosów, powąchał dłonie.
- W kuchni - mruknął.
Lidia się wzdrygnęła. Czerwone oczy lustrowały ją uważnie, wypatrując
kolejnych szczegółów, obserwując mimowolne reakcje jej skóry,
zaczerwienienie po wykryciu prawdy. Uśmiechnął się. Tropiąc, czuł dziką
rozkosz płynącą z charcich genów. Trudno było powiedzieć, gdzie w nim
kończy się szakal i pies, a zaczyna człowiek. Radość czerpał z tropienia, chwytania zdobyczy i zabijania.
Burson wyprostował się i uśmiechnął. Wyjął z woreczka stalową
bransoletkę.
- Mam coś dla ciebie, Lidio. - Nasadził ozdobę na jej nadgarstek.
Owinęła się wokół chudego przedramienia jak wąż, zatrzasnęła. - Koniec z chowaniem się.
Przez jej ramię popłynął prąd, Lidia krzyknęła, dygocąc, gdy wchodził w jej ciało. Burson ją podtrzymał.
- Znudziło mi się szukanie własności Belari - powiedział.
Raz jeszcze uśmiechnął się wąskimi wargami i popchnął ją ku salom
ćwiczeń. Lidia pozwoliła się tam zagonić.
***
Kiedy Burson przyprowadził jej Lidię, Belari przebywała w sali
koncertowej. Wokół niej uwijali się służący, ustawiając stoliki i okrągłą scenę, instalując oświetlenie. Ściany były obwieszone bladym
muślinem przetykanym elektrostatycznymi ładunkami, wydymającą się
kurtyną naelektryzowanego powietrza, potrzaskującą i iskrzącą, gdy tylko
w pobliżu przeszedł ktoś ze służby.
Belari, wykrzykująca rozkazy koordynatorce przedstawienia, wydawała się
nieświadoma budowanego wokół wymyślnego świata. Czarną zbroję rozpięła
pod szyją w ramach ustępstwa wobec rozgrzewającej aktywności. Poświęciła
Bursonowi i Lidii jedno krótkie spojrzenie, potem skupiła się z powrotem
na służącej, cały czas wściekle bazgrzącej po cyfrowym tablecie.
- Tania, dziś wieczorem wszystko ma być idealnie. Nic nie może się
zdarzyć. Nic niewłaściwego. Tip-top.
- Dobrze, madame.
Belari się uśmiechnęła. Matematycznie wyrzeźbioną urodę jej twarzy
ukształtowały badania opinii i wielopokoleniowe tradycje kosmetyczne.
Profilaktyczne medyczne koktajle, wymiatające złe komórki inhibitory
nowotworów i Revitia zatrzymały jej wygląd zewnętrzny na dwudziestu
ośmiu latach; podobnie u Lidii kuracja Revitią utrzymywała ją wciąż w pierwszych przebłyskach pokwitania.
- I trzeba się zająć Vernonem.
- Będzie chciał kogoś do towarzystwa?
Belari pokręciła głową.
- Nie. Na pewno skupi się na molestowaniu mnie. - Wzdrygnęła się. -
Obrzydliwy facet.
Tania zachichotała. Chłodne spojrzenie Belari uciszyło ją. Belari
zlustrowała salę.
- Ma tu być wszystko. Jedzenie, szampan, wszystko. I żeby siedzieli
stłoczeni, żeby czuli nawzajem swoje poruszenie, kiedy dziewczyny będą
występować. Mają być blisko, niemal intymnie blisko.
Tania kiwnęła głową i znów coś zapisała na tablecie. Puknęła władczo w ekran, rozsyłając ludziom polecenia. Służący już słyszeli je w słuchawkach i reagowali na żądania swojej pani.
- I podać Tingle'a. Z szampanem. To im zaostrzy apetyty.
- Wtedy to się skończy orgią.
Belari się zaśmiała.
- I świetnie. Chcę, żeby dobrze ten wieczór zapamiętali. I nasze fletki.
Wszyscy, a zwłaszcza Vernon. - Śmiech ucichł, zastąpiony kruchym od
emocji, wąskim uśmiechem. - Wścieknie się, jak się o nich dowie. Ale i tak będzie je chciał. I będzie licytował razem ze wszystkimi.
Lidia obserwowała twarz Belari. Zastanawiała się, czy ona wie, jak jasno
komunikuje swoje uczucia wobec prezesa Pendant Entertainment. Sama
widziała go tylko raz, zza kotary. Razem ze Stephenem patrzyli, jak
Vernon Weir dotyka Belari i jak ona najpierw robi unik przed jego
dotykiem, a potem ustępuje i przywołując swoje aktorskie talenty,
zaczyna grać rolę uwodzonej.
Dzięki niemu Belari była sławna. Pokrył koszty rzeźbienia jej ciała i uczynił ją gwiazdą, podobnie jak Belari teraz zainwestowała w Lidię i jej siostrę. Jednakże za swoje wsparcie domagał się zapłaty, iście
faustowski diabeł. Stephen i Lidia patrzyli, jak odbiera od Belari swoją
przyjemność - Stephen szepnął jej, że kiedy Weir sobie pójdzie, Belari
go zawoła i powtórzy tę scenę, tym razem ze Stephenem w roli ofiary; i on, tak jak ona, będzie udawał, że z przyjemnością się poddaje.
Belari odwróciła się do niej, przerywając jej rozmyślania. Zaogniona
pręga po ataku Stephena była wciąż widoczna na jej szyi, mimo że łykała
łatacze komórek jak cukierki. Lidia pomyślała, że taka niestosowna
blizna musi ją strasznie drażnić. Bardzo dbała o swój wizerunek. Nagle
Belari zauważyła, na czym skupia się jej wzrok. Zacisnęła usta i podciągnęła kołnierz zbroi, ukrywając szramę. Zielone oczy się zwęziły.
- Szukaliśmy cię.
Lidia pochyliła głowę.
- Przepraszam, proszę pani.
Belari przesunęła palcem pod brodą fletki, unosząc jej głowę, aż ich
oczy się spotkały.
- Powinnam cię ukarać za marnowanie mojego czasu.
- Tak, proszę pani. Przepraszam. - Fletka spuściła wzrok. Belari jej nie
uderzy. Leczenie jest zbyt drogie. Zastanowiła się, czy użyje prądu,
odosobnienia, czy jakiegoś innego starannie obmyślonego upokorzenia.
Belari wskazała na stalową bransoletkę.
- A to co?
Pytanie nie przestraszyło Bursona. Nie bał się niczego. Był jedynym
służącym, który się nie bał. To była chyba jedyna cecha, którą Lidia u niego podziwiała.
- Żeby ją śledzić. I razić prądem. - Uśmiechnął się, zadowolony z siebie. - Nie powoduje fizycznych obrażeń.
Belari pokręciła głową.
- Dzisiaj ma być bez biżuterii. Zdejmij to.
- Schowa się.
- Nie. Chce być sławna. Będzie już grzeczna. Prawda, Lidio?
Lidia kiwnęła głową.
Burson wzruszył ramionami i zdjął bransoletkę. Przysunął swoją wielką,
pobliźnioną twarz do ucha Lidii.
- Następnym razem nie chowaj się w kuchni. Bo cię znajdę. - Odsunął się
i uśmiechnął z satysfakcją.
Lidia spojrzała na niego, mrużąc oczy i powiedziała sobie, że odniosła
zwycięstwo, bo Burson nie zna jeszcze jej kryjówki. Lecz potem Burson
uśmiechnął się do niej i zaczęła się zastanawiać, czy rzeczywiście jej
nie zna - może bawi się z nią jak kot z ranną myszą.
- Dziękuję, Burson - powiedziała Belari, a potem się zawahała,
przypatrując się wielkiej postaci, która wyglądała ludzko, ale poruszała
się z szybkością dzikiego zwierzęcia. - Wzmocniłeś naszą ochronę?
- Pani lenno jest bezpieczne. Sprawdzamy resztę personelu, patrzymy, czy
nie mają czegoś w historii.
- I znaleźliście coś?
Burson pokręcił głową.
- Pani służba uwielbia panią.
Ton Belari nabrał ostrości.
- O Stephenie też tak myśleliśmy. A teraz muszę nosić pancerz we własnym
lennie. Nie mogę sobie pozwolić na pokazanie, że tracę popularność. To
za bardzo wpływa na cenę moich akcji.
- Sprawdzaliśmy dokładnie.
- Jeśli kurs mi spadnie, Vernon będzie chciał mnie okablować do
TouchSense. A ja nie mam zamiaru się na to zgodzić.
- Rozumiem. To się więcej nie zdarzy.
Belari zmarszczyła brwi, patrząc na górującego nad nią olbrzyma.
- Dobrze. No, chodź tutaj. - Skinęła na Lidię. - Siostra czeka. - Wzięła
fletkę za rękę i wyprowadziła z sali koncertowej.
Lidia się obejrzała. Burson zniknął. Służący krzątali się, rozkładając
na stołach cięte orchidee, lecz on zniknął: albo wtopił się w ściany,
albo pobiegł gdzieś w swoich sprawach bezpieczeństwa.
Belari szarpnęła Lidię za rękę.
- Zmusiłaś nas do niezłych poszukiwań. Myślałam, że znowu trzeba będzie
psikać feromonami.
- Przepraszam.
- Nic się nie stało. Tym razem. - Belari uśmiechnęła się do niej. -
Denerwujesz się występem?
Lidia pokręciła głową.
- Nie.
- Nie?
Wzruszyła ramionami.
- Czy pan Weir kupi nasze akcje?
- Jeśli zapłaci najwięcej.
- A zapłaci?
Belari się uśmiechnęła.
- Tak. Myślę, że tak. Jesteście jedyne w swoim rodzaju. Tak jak ja.
Vernon lubi okazy rzadkiej urody.
- Jaki on jest?
Uśmiech Belari stężał. Uniosła głowę, skupiając się na drodze przez
zamek.
- Kiedy byłam małą dziewczynką, młodszą od ciebie, na długo zanim stałam
się sławna, chodziłam na plac zabaw. Przychodził tam facet, patrzył, jak
się huśtam. Chciał się zaprzyjaźnić. Nie lubiłam go, ale kręciło mi się
w głowie od samej jego bliskości. Wszystko, co mówił, było takie mądre.
Brzydko pachniał, ale nie mogłam się od niego oderwać. - Belari
pokręciła głową. - W końcu czyjaś matka go przegoniła. - Spojrzała z góry na Lidię. - Miał taką chemiczną wodę kolońską, rozumiesz?
- Z przemytu?
- Tak. Z Azji. U nas to nielegalne. Z Vernonem jest to samo. Skóra
cierpnie, ale ciągnie cię do niego.
- Dotyka cię.
Belari spojrzała na Lidię ze smutkiem.
- Podoba mu się doświadczenie staruchy w ciele młodej dziewczyny.
Zresztą, on nie wybrzydza. Obłapia każdego. - Uśmiechnęła się
nieznacznie. - Może nie ciebie. Jesteś za cenna, żeby cię dotykać.
- Za delikatna.
- Nie bądź taka zgorzkniała. Jesteś jedyna w swoim rodzaju. Zrobimy z ciebie gwiazdę. - Łakomie spojrzała z góry na swoją protegowaną. - Twoje
akcje pójdą w górę, będziesz gwiazdą.
***
Lidia przyglądała się z okna, jak przyjeżdżają pierwsi goście. Latające
auta zygzakowały w eskorcie ochrony, szybując nisko nad sosnami i mrugając czerwonymi i zielonymi światłami.
Przyszła Nia i stanęła obok.
- Przyjechali.
- Tak.
Śnieg piętrzył się grubo na drzewach, jak gęsta śmietana. Niebieskie
promienie reflektorów podświetlały go i ciemne sylwety drzew - to
patrole na nartach Bursona, liczące, że wypatrzą między cieniami sosen
zdradzieckie czerwone obłoczki oddechu intruzów. Snopy świateł
przemykały po pnącej się po zboczu nad miastem ruinie wyciągu
narciarskiego. Rdzewiał w ciszy, z wyjątkiem chwil, kiedy wiatr kołysał
krzesełkami i linami. Puste krzesełka bujały się letargicznie na mrozie,
kolejna ofiara wpływów Belari. Belari nienawidziła konkurencji. Teraz
była jedyną protektorką miasta, które iskrzyło światłami daleko w głębi
doliny.
- Powinnaś zacząć się ubierać - powiedziała Nia.
Lidia obróciła się i przyjrzała siostrze bliźniaczce. Otchłanne czarne
oczy przypatrywały się jej spod elfich powiek. Cerę miała bladą,
pozbawioną pigmentu i była chuda, co podkreślało delikatność jej kośćca.
Jedyna prawdziwa rzecz to były ich własne kości. Właśnie ich budowa
zwróciła na nie uwagę Belari, kiedy miały zaledwie jedenaście lat. W sam
raz tyle, by mogła je zabrać od rodziców.
Lidia wróciła wzrokiem do okna. Miasto migotało bursztynowymi światłami
głęboko w ciasnej rozpadlinie górskiej doliny.
- Tęsknisz za nim? - zapytała.
Nia przysunęła się bliżej.
- Za czym?
Lidia wskazała brodą skrzący się klejnot.
- Za miastem.
Ich rodzice wydmuchiwali szkło, praktykując dawną sztukę zapomnianą w świecie wydajnej produkcji seryjnej, oddechem tworząc delikatne dzieła z roztapianego pod ich nadzorem piasku. Przenieśli się do lenna Belari w poszukiwaniu mecenatu, jak wszyscy rzemieślnicy w mieście: garncarze,
kowale, malarze. Czasem jej dworzanie zauważali artystę, wtedy jego
wpływy rosły. Na łasce Belari dorobił się Niels Kinkaid, naginając
żelazo zgodnie z jej wolą, wyposażając fortecę w ogromne, ręcznie kute
bramy, a ogrody w przyczajone rzeźby niespodzianki: lisy i dzieci
wyglądające latem spomiędzy łubinu i tojadu, zimą spomiędzy śnieżnych
zasp. Teraz był niemal na tyle sławny, by móc wypuścić własne akcje.
Rodzice Lidii szukali mecenasa, lecz taksujący wzrok Belari nie zwrócił
uwagi na ich dzieła sztuki. Wybrała natomiast biologiczny traf, ich
córki bliźniaczki: delikatne blondynki o chabrowych oczach, które
patrzyły na świat, nie mrugając, chłonąc cuda zamkowej góry. Po
ofiarowaniu córek ich szklane dzieła zaczęły się cieszyć zbytem.
Nia szturchnęła Lidię delikatnie, z poważną miną na widmowej twarzyczce.
- Pośpiesz się, ubieraj się. Nie możesz się spóźnić.
Lidia odwróciła się od czarnookiej siostry. Z ich własnych rysów
niewiele pozostało. Belari przez dwa lata obserwowała, jak dorastają,
już w zamku, potem zaczęły się pigułki. Od kuracji Revitią w wieku
trzynastu lat ich rysy zastygły w kwiecie młodości. Potem przyszły oczy,
ściągnięte od bliźniaczek z jakiegoś dalekiego kraju. Lidia zastanawiała
się czasem, czy w Indiach dwie śniade dziewczynki patrzą na świat
chabrowymi oczyma, czy chodzą po błotnistych wiejskich drogach
prowadzone tylko echem odbijającym się od ścian z wysuszonego krowiego
łajna i skrobaniem lasek o ziemię.
Czarnymi, kradzionymi oczyma przypatrywała się nocy za oknem. Kolejne
latające auta wysadzały gości na lądowisko, potem rozkładały pajęczynowe
skrzydła i pozwalały górskim wiatrom się unieść.
Nadeszła pora kolejnych zabiegów: środki depigmentujące odbarwiły im
skórę do bieli jak z teatru kabuki, robiąc z nich eteryczne cienie
dawnych opalonych od górskiego słońca dzieci, i wtedy zaczęły się
operacje. Przypomniała sobie, że po każdej kolejnej budziła się jak
kaleka, unieruchomiona na wiele tygodni mimo grubych igieł, którymi
lekarze pompowali w jej drobne ciało substancje odżywcze i łatacze
komórek. Lekarze trzymali ją potem za rękę, ocierali pot z bladego czoła
i szeptali: "Biedna dziewczynka. Biedna, biedna dziewczynka". A później
przychodziła Belari, uśmiechała się, widząc postępy, i mówiła, że Lidia
i Nia niedługo będą gwiazdami.
Podmuchy wiatru porywały śnieg z sosen i ciskały go wielkimi wirowymi
chmurami w przybywającą arystokrację. Goście biegli w pośpiechu w sypiącym śniegu, a niebieskie snopy reflektorów narciarskich patroli
Bursona przecinały las. Lidia westchnęła i odwróciła się od okna.
Ulegając niespokojnym napomnieniom Nii, poszła się ubrać.
***
Kiedy Belari wyjeżdżała ze swojego lenna, Stephen i Lidia chodzili na
pikniki. Opuszczali wielką szarą budowlę zamku Belari i ostrożnie
spacerowali po górskich łąkach. Stephen cały czas jej pomagał, prowadził
ją przez pola stokrotek, orlika i łubinu, aż docierali do potężnych
granitowych urwisk, skąd można było spojrzeć na leżące w dole miasto.
Dolinę ze wszystkich stron otaczały wyrzeźbione lodowcami szczyty, jak
olbrzymy, które usiadły do narady. Nawet latem mieli ośnieżone twarze,
jakby to były siwe brody mądrości. Na skraju przepaści zjadali piknikowe
wiktuały, a Stephen opowiadał historie ze świata sprzed czasów lenn,
zanim Revitia dała gwiazdom nieśmiertelność.
Mówił, że kraj był demokratyczny. Że kiedyś ludzie głosowali na swoich
panów. Że wolno im było podróżować po wszystkich lennach, gdzie im się
spodobało. Każdemu, nie tylko gwiazdom. Lidia wiedziała, że na
wybrzeżach są miejsca, gdzie tak jest nadal. Słyszała o nich. Ale trudno
jej było w to uwierzyć. Była dzieckiem ziemi lennej.
- To prawda - powiedział Stephen. - Na wybrzeżach ludzie wybierają sobie
przywódcę. Tylko tutaj, w górach, jest inaczej. - Uśmiechnął się do niej
szeroko. Jego łagodne piwne oczy zwęziły się odrobinę, pokazując
pobłażliwość, pokazując, że już dostrzegł sceptycyzm w jej minie.
Lidia się zaśmiała.
- Ale kto by za wszystko płacił. Gdyby nie było Belari, kto płaciłby za
naprawę dróg i za szkoły? - Zerwała astra i zakręciła nim między
palcami, patrząc, jak fioletowe igiełki rozmazują się wokół żółtego
środka.
- Ludzie płacą.
Lidia znów się roześmiała.
- Przecież ich na to nie stać. Ledwo mają co do garnka włożyć. A zresztą, skąd by wiedzieli, co trzeba zrobić? Bez Belari nikt nie miałby
pojęcia, co trzeba naprawić albo ulepszyć. - Wyrzuciła kwiatek, celując
nim za krawędź urwiska. Powiał jednak wiatr i kwiatek spadł z powrotem
obok niej.
Stephen podniósł go i bez wysiłku rzucił w przepaść.
- To wszystko prawda. Nie muszą być bogaci, po prostu współpracują ze
sobą. Myślisz, że Belari wie wszystko? Zatrudnia doradców. Każdy może to
zrobić równie dobrze jak ona.
Lidia pokręciła głową.
- Ktoś taki jak Mirriam? Miałby rządzić lennem? To wariactwo. Nikt by
jej nie słuchał.
Stephen się nachmurzył.
- To wszystko prawda - powtórzył z uporem, a ponieważ Lidia lubiła go i nie chciała, żeby mu było przykro, zgodziła się, że może to i prawda,
ale w głębi serca uznała go za marzyciela. Słodki był przez to, nawet
jeśli nie rozumiał, jak naprawdę działa ten świat.
- Czy ty lubisz Belari? - zapytał nagle Stephen.
- O co ci chodzi?
- Lubisz ją?
Lidia rzuciła mu zdziwione spojrzenie. Piwne oczy Stephena przyglądały
jej się uważnie. Wzruszyła ramionami.
- Jest dobrą panią. Wszyscy są nakarmieni, zadbani. Nie to co w lennie
pana Weira.
Stephen skrzywił się z obrzydzeniem.
- Nigdzie tak nie ma, jak w lennie pana Weira. To barbarzyńca. Jednego
służącego nadział na rożen... No ale jednak, popatrz co zrobiła z tobą
Belari.
Lidia zmarszczyła brwi.
- Co ze mną?
- Nie jesteś naturalna. Popatrz na twoje oczy, twoją skórę i... - odwrócił
wzrok, zniżając głos - twoje kości. Zobacz co zrobiła z twoimi kośćmi.
- A co, coś z nimi nie tak?
- Ledwo chodzisz! - wykrzyknął nagle. - Powinnaś móc chodzić!
Lidia rozejrzała się nerwowo. Stephen wyrażał się krytycznie. Ktoś może
usłyszeć. Wyglądało na to, że są sami, ale wokół zawsze się ktoś kręcił:
ochrona na wzgórzach, inni spacerowicze. Mógł tu być też Burson -
wtopiony w tło, kamienisty człowiek wśród skał. Do Stephena z trudnością
docierało, jaki jest Burson.
- Przecież chodzę - szepnęła gniewnie.
- A ile razy złamałaś nogę, rękę albo żebro?
- Od roku ani razu. - Była z tego dumna. Nauczyła się uważać.
Stephen zaśmiał się z niedowierzaniem.
- A wiesz ile kości ja sobie w życiu złamałem? - Nie czekał na
odpowiedź. - Ani jednej. Ani jednej kości. Nigdy. Pamiętasz w ogóle, jak
to jest chodzić sobie bez obawy, że się potkniesz albo wpadniesz na coś?
Jesteś jak ze szkła.
Lidia pokręciła głową i odwróciła wzrok.
- Zostanę gwiazdą. Belari wypuści nas na rynki.
- Ale nie możesz chodzić - odparł Stephen. W jego oczach Lidia
dostrzegła litość, która ją złościła.
- Mogę. I wystarczy.
- Ale...
- Nie! - Potrząsnęła głową. - Kim ty jesteś, żeby mi mówić, co mam
robić. Popatrz tylko, co Belari robi tobie, a i tak jesteś wierny! Może
i miałam parę operacji, ale nie jestem jej zabawką.
Wtedy po raz pierwszy Stephen się rozzłościł. Lidia, widząc wściekłość
na jego twarzy, przez moment pomyślała, że uderzy ją i połamie jej
kości. Trochę nawet liczyła, że to uczyni, że rozładuje tę narastającą
pomiędzy nimi frustrację - dwoje służących wyzywających się nawzajem od
niewolników.
Stephen jednak opanował się i porzucił kłótnię. Przeprosił, ujął ją za
rękę, w milczeniu oglądali zachód słońca, ale było już za późno, chwila
spokoju legła w gruzach. Lidia wróciła myślami do czasów sprzed
operacji, kiedy biegała sobie samopas, nie dbając o nic, i choć nie
chciała tego Stephenowi przyznać, czuła się, jakby zdrapał jej bliznę i odsłonił bolesną, zaognioną ranę.
***
Sala koncertowa drżała z wyczekiwania, pełna ludzi upojonych Tingle'em i szampanem. Muślin na ścianach migotał błyskawicami, gdy goście Belari,
spowici w przepiękne jedwabie, skrzący się złotem, wirowali po sali
rozbawionymi barwnymi obłokami, zbijając się w gromadki, by porozmawiać,
i ze śmiechem rozdzielając się z powrotem, by kontynuować towarzyski
obchód.
Lidia prześlizgiwała się ostrożnie między gośćmi, jej blada skóra i prosta półprzejrzysta sukienka były jak punkcik prostoty wśród
krzykliwych kolorów i przepychu. Niektórzy zerkali na nią ciekawie,
dziwna dziewczyna przemykająca przez sferę ich przyjemności. I szybko o niej zapominali. Dla nich była po prostu kolejnym tworem Belari, może
nawet wyglądającym intrygująco, ale kompletnie nieważnym. Ich uwaga
zawsze wracała do ważniejszych spraw: wirujących między nimi plotek i powiązań. Lidia się uśmiechnęła. Już niedługo, pomyślała, zapamiętacie
mnie. Podeszła do ściany obok stołu, na którym piętrzyły się tartinki,
plasterki wędlin i półmiski pełne dorodnych truskawek.
Rozejrzała się po publiczności. Siostra stała po drugiej stronie sali,
ubrana w identyczną, prostą, prześwitującą sukienkę. Belari otaczali
panowie lenni i wielkie nazwiska medialne, zieloną suknię miała dobraną
pod kolor oczu, uśmiechała się, na oko rozluźniona, mimo że nie ubrana w pancerz, jak to ostatnio miała w zwyczaju.
Vernon Weir podkradł się do niej od tyłu i pogładził ją po ramieniu.
Lidia widziała, że Belari wzdryga się i spina pod jego dotykiem. Jak to
możliwe, że on tego nie zauważa. Może to jeden z tych, co czerpią
przyjemność z obrzydzenia, jakie budzą. Belari uśmiechnęła się do niego,
emocje już miała pod kontrolą.
Lidia wzięła ze stołu mały talerzyk wędlin. Były spryskane truskawkowym
ekstraktem i słodkie. Belari lubiła słodkości, na przykład truskawki,
które jadła teraz po drugiej stronie stołu, razem z szefem Pendant
Entertainment. Apetyt na słodycze był także efektem ubocznym nadużywania
Tingle'a.
Belari zauważyła Lidię i podprowadziła ku niej Vernona Weira.
- Smakuje ci ta wędlina? - zapytała z nieznacznym uśmiechem.
Lidia kiwnęła głową, starannie wszystko dojadając.
Uśmiech Belari się wyostrzył.
- Nic dziwnego. Wiesz, co dobre. - Twarz miała zarumienioną od Tingle'a.
Lidia cieszyła się, że są wśród ludzi. Kiedy Belari nadużywała Tingle'a,
robiła się nienasycona i nieobliczalna. Kiedyś rozgniatała jej truskawki
na skórze, aż jej bladość zarumieniła się od soku, a potem, oszołomiona
erotycznym napięciem przedawkowania, kazała Lidii dotknąć językiem
pokrytego sokiem ciała Nii, a Nii - jej. Sama zaś patrzyła, zachwycona
dekadenckim pokazem.
Wybrała truskawkę i podała ją Lidii.
- Częstuj się, tylko się nie ubrudź. Masz być nieskazitelna. - Jej oczy
lśniły ekscytacją.
Lidia wyparła z myśli wspomnienia i przyjęła owoc.
Vernon przyjrzał się Lidii.
- Twoja?
Belari uśmiechnęła się czule.
- Jedna z moich fletek.
Vernon przyklęknął i przyjrzał się Lidii dokładniej.
- Jakie ty masz niezwykłe oczy.
Lidia nieśmiało opuściła głowę.
Belari powiedziała:
- Zostały wymienione.
- Wymienione? - Vernon zerknął na nią. - Nie są zmodyfikowane?
Belari się uśmiechnęła.
- Oboje dobrze wiemy, że nic tak pięknego nie daje się uzyskać
sztucznie. - Wyciągnęła rękę i pogładziła jasne włosy Lidii, uśmiechając
się, zadowolona z własnej twórczości. - Kiedy ją dostałam, miała
przepiękne niebieskie oczy. Koloru letnich górskich kwiatów. - Pokręciła
głową. - Kazałam je wymienić. Były piękne, ale nie wyglądały tak, jak
chciałam.
Vernon wstał.
- Jest uderzająco śliczna, ale nie tak piękna jak ty.
Belari uśmiechnęła się do niego cynicznie.
- I dlatego chcesz mnie okablować pod TouchSense?
Vernon wzruszył ramionami.
- Belari, to nowy rynek. Jeśli odpowiednio szybko zareagujesz, możesz
zostać gwiazdą.
- Już jestem gwiazdą.
Uśmiechnął się.
- Ale Revitia sporo kosztuje.
- Zawsze wszystko sprowadza się do tego, co, Vernon?
Rzucił jej ostre spojrzenie.
- Belari, nie chcę się z tobą sprzeczać. Byłaś dla nas wspaniałym
nabytkiem. Zwrócił się każdy grosz włożony w rekonstrukcję. W życiu nie
widziałem lepszej aktorki. Ale w końcu to Pendant. Gdybyś nie była tak
przywiązana do swojej nieśmiertelności, dawno byś wykupiła wszystkie
swoje akcje. - Zmierzył ją zimnym wzrokiem. - Jeśli chcesz być
nieśmiertelna, okablujesz się pod TouchSense. Już teraz widać, że rynek
przyjmuje to entuzjastycznie. To przyszłość rozrywki.
- Jestem aktorką, nie marionetką. Nie mam ochoty mieć pod skórą innych
ludzi.
Vernon wzruszył ramionami.
- Wszyscy płacimy cenę za swoją sławę. Gdzie idzie rynek, tam idziemy i my. Nikt z nas nie jest naprawdę wolny. - Spojrzał na nią znacząco. - A już na pewno nie wtedy, gdy chce żyć wiecznie.
Belari uśmiechnęła się przebiegle.
- Może i tak. - Skinęła głową do Lidii. - Leć. Już prawie czas. -
Odwróciła się z powrotem do Vernona. - Chciałabym, żebyś coś zobaczył.
***
Stephen dał jej fiolkę na dzień przed śmiercią. Lidia zapytała, co to
jest - parę bursztynowych kropelek w buteleczce wielkości małego palca.
Uśmiechnęła się, rozbawiona, patrząc na ten dar. Stephen był jednak
poważny.
- To wolność - powiedział.
Pokręciła głową, nie rozumiejąc.
- Jeśli kiedykolwiek ją wybierzesz, będziesz mieć władzę nad własnym
życiem. Nie musisz być maskotką Belari.
- Nie jestem jej maskotką.
- Jeśli kiedyś zapragniesz uciec - uniósł fiolkę - ucieczka jest tutaj.
Podał ją Lidii, zamknął w jej bladej dłoni. Buteleczka była wydmuchana.
Przez chwilę zastanawiała się, czy nie pochodzi z warsztatu rodziców.
Stephen powiedział:
- Jesteśmy małymi ludźmi, tylko tacy jak Belari mają tutaj władzę. Gdzie
indziej, w innych częściach świata, jest inaczej. Mali ludzie nadal się
liczą. Ale tutaj - uśmiechnął się smutno - dysponujemy tylko własnym
życiem.
Rozjaśniło jej się w głowie. Próbowała się odsunąć, lecz Stephen trzymał
ją mocno.
- Nie mówię, że teraz, ale być może kiedyś zechcesz. Może stwierdzisz,
że nie chcesz już dłużej pracować z Belari. Obojętne, iloma jeszcze
prezentami cię obsypie. - Ścisnął delikatnie jej dłoń. - Działa szybko.
Prawie bezboleśnie. - Spojrzał jej w oczy z tą delikatną, bursztynową
łagodnością, która kryła się w nich od zawsze.
Choć niefortunny, był to podarunek miłości - wiedziała, że sprawi mu to
przyjemność, więc skinęła głową, zgodziła się zatrzymać fiolkę i schować
ją w kryjówce, na wszelki wypadek. Nie wiedziała wtedy, że on już wybrał
sobie śmierć - że rzuci się na Belari z nożem i prawie mu się uda.
***
Nikt nie zauważył, kiedy fletki zajęły miejsce na estradzie pośrodku.
Takie tam, drobne ciekawostki, blade, splecione ze sobą aniołki. Lidia
przyłożyła usta do krtani siostry, poczuła, jak jej szybki puls pod
białą, białą skórą splata się z jej własnym. Dudnił jej na języku, gdy
szukała na ciele siostry maleńkiej dziureczki. Na własnej krtani czuła
wilgotny dotyk języka Nii, moszczącego się w jej ciele jak szukająca
osłony mała myszka.
Lidia uspokoiła samą siebie, czekając na uwagę ludzi, cierpliwa,
skupiona na występie. Poczuła, jak Nia nabiera powietrza, jej płuca
rozszerzają się w wątłej klatce piersiowej. Lidia zrobiła wdech. Zaczęły
grać, najpierw rozbrzmiały jej nuty - palce Nii przebiegły po wentylach
w jej ciele - a potem także tony Nii. Przejmujący, powolny oddech
rezonował w ich ciałach.
Melancholijne tony ucichły. Lidia przesunęła głowę, nabierając tchu, w lustrzanym odbiciu Nii ponownie przycisnęła usta do jej ciała. Tym razem
Lidia ucałowała siostrę w dłoń, a usta Nii wymacały delikatne wgłębienie
w jej obojczyku. Muzyka, posępna, pusta jak one same, rozbrzmiała z ich
ciał. Nia dmuchnęła w Lidię, a powietrze z jej płuc zagrało w kościach
Lidii, ciężkie od emocji, jakby w jej wnętrzu ożywało ciepłe tchnienie z wnętrza siostry.
Goście wokół fletek umilkli. Cisza rozchodziła się dalej, jak zmarszczki
po wrzuceniu kamienia do stojącej wody, szły od epicentrum na zewnątrz,
po najdalsze zakamarki sali. Oczy wszystkich zwróciły się ku bladym
dziewczynom na scenie. Lidia czuła ich wzrok, głodny, spragniony, niemal
fizyczny dotyk spojrzeń. Poruszyła dłońmi, reagując na poruszenie
siostry, przycisnęła ją do siebie. Dłonie siostry dotknęły jej bioder,
zamykając wentyle w wydrążonym ciele. Na widok tego nowego uścisku
publiczność wydała tęskne westchnienie, jakby umuzyczniły się ich własne
pragnienia.
Palce Lidii wymacały wentyle siostry, językiem jeszcze raz dotknęła jej
krtani. Przebiegła nimi po kręgosłupie Nii, wymacała klarnet, pogładziła
jego klapy. Wpuściła w siostrę swój ciepły dech i jednocześnie poczuła w środku jej tchnienie. Brzmienie Nii było ciemne i melancholijne, jej
własne - jaśniejsze, wyższe - grało w kontrapunkcie, snując powolną
opowieść o zakazanym dotyku.
Stały objęte. Muzyka ciał narastała, nuty przeplatały się uwodzicielsko,
gdy siostry gładziły się nawzajem dłońmi, wydobywając z siebie zawiłą,
rosnącą jak fala melodię. Wtem Nia szarpnęła sukienkę Lidii, a palce
Lidii zdarły z niej jej własną. Stały obnażone, blade elfie istoty pełne
muzyki. Goście zaczerpnęli tchu, gdy dźwięki rozbrzmiały głośniej,
nietłumione teraz przylegającą do ciała tkaniną. Na skórze lśniły
muzyczne wszczepy: kobaltowe otwory w kręgosłupie, lśniące wentyle,
klapy z mosiądzu i kości słoniowej rozłożone na ich wydrążonym
szkielecie, tak że całe ciało stanowiło sto potencjalnych instrumentów.
Usta Nii popełzły w górę ramienia Lidii, wydobywając z niej dźwięki
promienne jak skrzące się krople wody. Z porów Nii popłynęły lamenty
pożądania i grzechu. Ich uściski stały się bardziej gorączkowe, w choreografii pożądania. Widzowie cisnęli się na przód, podnieceni
spektaklem splatającym młodość, nagość i muzykę.
Lidia niewyraźnie uświadamiała sobie, że patrzy na nią mnóstwo par oczu
w zarumienionych twarzach. Tingle i występ działały na gości. Czuła, jak
w sali robi się coraz goręcej. Powoli opadały z Nią na podłogę, ich
uściski stały się jeszcze bardziej erotyczne i misterne, a konflikt w muzyce emanował coraz silniejszym seksualnym napięciem. Na tę chwilę
złożyły się całe lata ćwiczeń, starannie zaaranżowanych i zharmonizowanych uścisków.
To pornografia, pomyślała. Pornografia dla zysku Belari. Mignęło jej
rozpromienione rozkoszą oblicze Belari, osłupiały Vernon Weir stał obok
niej. Tak, pomyślała, tak, panie Weir, proszę patrzeć, proszę patrzeć,
niech pan zobaczy, jakie to pornograficzne przedstawienie - i wtedy
przyszła jej kolej grać na siostrze, jej język i palce powędrowały po
wentylach Nii.
Był to taniec uwodzenia i przyzwolenia. Znały też inne, solo i w duecie,
niektóre przyzwoite, inne obsceniczne, lecz na ich debiut Belari wybrała
właśnie ten. Energia muzyki narastała, pnąc się ku gwałtownej
kulminacji, aż wreszcie Lidia z Nią legły na podłodze, wyczerpane,
pokryte potem, nagie bliźniaczki splecione w muzycznej lubieżności.
Muzyka ciał ucichła.
Publiczność ani drgnęła. Gdy trwały w tej pozie, Lidia czuła sól na
skórze siostry. Reflektory przygasły, sygnalizując koniec.
Sala wybuchła owacją. Światła pojaśniały. Nia wstała. Jej usta wygięły
się w uśmiechu satysfakcji, gdy pomagała wstać Lidii. "Widzisz?" -
mówiły jej oczy. "Będziemy gwiazdami". Lidia poczuła, że uśmiecha się
razem z siostrą. Mimo utraty Stephena, mimo ograbienia przez Belari,
uśmiechała się. Uwielbienie widowni omywało ją rozkosznym balsamem.
Tak jak zostały wyuczone, dygnęły przed Belari, wyrażając najpierw
oddanie swojej pani. Belari uśmiechnęła się na ten gest, jakkolwiek
wyuczony, i przyłączyła się do oklasków, które wzmogły się po tym
pokazie grzeczności: teraz Nia i Lidia dygały w cztery strony świata,
zbierały sukienki i schodziły ze sceny, prowadzone przez przytłaczającą
sylwetkę Bursona ku ich pani.
Gdy podchodziły do Belari, owacja trwała. Wreszcie, na jej skinienie,
oklaski ustąpiły pełnej szacunku ciszy. Belari uśmiechnęła się do
zgromadzonych, kładąc dłonie na wątłych barkach dziewczyn, i powiedziała:
- Panowie i panie, oto moje fletki.
I aplauz wybuchł na nowo, ostatnią eksplozją uwielbienia, po której
goście powrócili do rozmów i zaczęli się wachlować, czując zainspirowany
przez występ dziewczyn rumieniec na skórze.
Belari przyciągnęła fletki do siebie i szepnęła:
- Świetnie się spisałyście. - Przytuliła je ostrożnie.
Oczy Vernona Weira błądziły po nagich ciałach Lidii i Nii.
- Belari, przeszłaś sama siebie - powiedział.
Belari delikatnie skłoniła głowę na ten komplement. Uścisk na ramieniu
Lidii stał się władczy. Był nadal lekki, pełen satysfakcji z własnej
pozycji, ale palce wbijały się w skórę.
- Moje najlepsze.
- Nadzwyczajna robota.
- Gdy sobie coś łamią, to kosztuje. Bo są okropnie kruche. - Belari
uśmiechnęła się czule do dziewczyn. - Już prawie zapomniały, jak to jest
chodzić sobie beztrosko.
- Wszystko co najpiękniejsze jest kruche. - Vernon dotknął policzka
Lidii. Powstrzymała się przed unikiem. - Pewnie trudno je było
skonstruować.
Belari skinęła głową.
- To misterne konstrukcje. - Obwiodła palcem otwory w ramieniu Nii. - Na
brzmienie każdej nuty wpływa nie tylko położenie palców na otworach, ale
też to, czy przylegają do siebie, albo do podłogi, czy ręka jest zgięta,
czy wyprostowana. Zatrzymaliśmy im poziom hormonów, żeby nie rosły, i potem zaczęliśmy projektować te instrumenty. Gra na nich i taniec
wymagają niesamowitych umiejętności.
- Ile lat je trenujesz?
- Pięć. Siedem, jeśli liczyć od pierwszych operacji.
Vernon pokręcił głową.
- A my nigdy o nich nie słyszeliśmy.
- Wy byście je zmarnowali. A ja zrobię z nich gwiazdy.
- My daliśmy sławę tobie.
- I zabierzecie, jeśli tylko zacznę szwankować.
- Czyli wypuszczasz je na rynek?
Belari uśmiechnęła się do niego.
- Oczywiście. Zachowam pakiet kontrolny, ale resztę sprzedam.
- Będziesz bogata.
- Nawet więcej. Będę niezależna.
Vernon kunsztownie udał rozczarowanie.
- Przypuszczam więc, że nie dasz się okablować pod TouchSense.
- Przypuszczam, że nie.
Napięcie między nimi było aż namacalne. Vernon kalkulował, szukając
otwarcia, Belari zaś dzierżyła swoją własność i stawiała mu czoło. Oczy
Vernona się zwęziły.
Belari, jakby czytając mu w myślach, powiedziała:
- Są ubezpieczone.
Vernon pokręcił głową ze smutkiem.
- Belari, jak możesz tak o mnie myśleć. - Westchnął. - W zasadzie chyba
powinienem ci gratulować. Masz takich wiernych poddanych, taki majątek,
osiągnęłaś więcej niż wydawało mi się możliwe, kiedy się poznaliśmy.
- Moi słudzy są wierni, bo dobrze ich traktuję. Służą mi z zadowoleniem.
- A co na to ten twój Stephen? - Vernon skinął w stronę wędlin na słodko
pośrodku stołu, spryskanych truskawkowym ekstraktem i przybranych
jaskrawozielonymi listkami mięty.
Belari się uśmiechnęła.
- A tak, też by się zgodził. Wiesz, że już kiedy Michael i Renee
przygotowywali go do gotowania, spojrzał na mnie i powiedział
"Dziękuję"? - Wzruszyła ramionami. - Próbował mnie zabić, ale i tak
gorliwie pragnął sprawić mi przyjemność. Na sam koniec powiedział, że
mnie przeprasza, że w służbie u mnie spędził najlepsze lata swojego
życia. - Teatralnie otarła łzę. - Nie wiem, jak to możliwe, że tak mnie
kochał, a jednocześnie chciał zadać mi śmierć. - Odwróciła się od
Vernona, patrząc na innych gości. - I dlatego pomyślałam, że go podam,
zamiast po prostu nabić na pal jako ostrzeżenie dla innych. Kochaliśmy
się, chociaż był zdrajcą.
Vernon wzruszył ramionami.
- Tylu ludzi nienawidzi lennego ustroju. Próbujesz im powtarzać, że
zapewniamy o wiele większe bezpieczeństwo niż to, co było przedtem, ale
oni i tak protestują... - zerknął znacząco na Belari - a czasem i więcej.
- A moi poddani nie protestują. Przynajmniej nie do czasu Stephena.
Kochają mnie.
Uśmiechnął się.
- Jak my wszyscy. W każdym razie, żeby podać go w ten sposób, na zimno...
- Uniósł talerz ze stołu. - Masz doskonały gust.
W miarę jak przysłuchiwała się rozmowie, Lidia sztywniała. Spojrzała na
półmisek cienko pokrojonych wędlin, potem na Vernona unoszącego do ust
widelec. Tylko trening pozwolił jej się opanować. Vernon i Belari
rozmawiali dalej, lecz Lidia myślała już tylko o tym, że jadła swojego
przyjaciela, człowieka, który był dla niej dobry.
Gniew przesączał się przez nią, napełniając buntem jej wydrążone ciało.
Pragnęła zaatakować swoją panią, ale w tej wściekłości była bezsilna -
za słaba, żeby zranić Belari. Miała zbyt kruche kości i zbyt delikatną
budowę. Belari była silna wszędzie tam, gdzie ona była słaba. Stała
więc, dygocąc z frustracji, a potem głos Stephena zaszeptał jej w głowie
pocieszającą mądrością. Mogła pokonać Belari. Na tę myśl, jej blada cera
zarumieniła się z zadowolenia.
Belari, jakby coś wyczuwając, spuściła wzrok.
- Lidia, idź się ubierz i wróć tutaj. Zanim wypuszczę was na rynek,
chciałabym was przedstawić wszystkim obecnym.
***
Lidia zakradała się do swojej kryjówki. Jeśli Burson nie znalazł fiolki,
nadal tam będzie. Serce jej waliło na samą myśl, że zginęła, że ten
potwór mógł zniszczyć ostatni dar Stephena. Przemykała do kuchni kiepsko
oświetlonymi tunelami dla służby. Każdy krok pulsował niepokojem.
W kuchni trwała krzątanina, cały personel uwijał się, przygotowując nowe
dania dla gości. Żołądek Lidii wywracał się na nice. Zastanawiała się,
czy na innych tacach też znajdują się szczątki Stephena. Palniki buchały
ogniem, piece buzowały, a Lidia przemykała przez ten rozgardiasz, jak
przesuwająca się pod ścianami widmowa przybłęda. Nikt nie zwracał na nią
uwagi. Byli zbyt zajęci, trudząc się dla Belari - wypełniali jej wolę
nawet nieświadomie, nawet o tym nie myśląc. Zaiste, niewolnicy. Belari
interesowało tylko posłuszeństwo.
Lidia uśmiechnęła się ponuro. Skoro Belari tak kocha posłuszeństwo, to
ona z przyjemnością zorganizuje prawdziwą zdradę. Zwali się na podłogę
pomiędzy gośćmi swej pani, niwecząc jej chwilę chwały, zawstydzając ją i druzgocąc nadzieje na niezależność.
Gdy Lidia przekradała się pod łukami, w spiżarni panowała cisza. Wszyscy
byli zajęci podawaniem potraw, zabiegani jak psy znoszące jedzenie
potomstwu. Lidia wędrowała między zapasami, beczkami oliwy, workami
cebuli, wielkimi, buczącymi zamrażarkami, mieszczącymi w swoich
stalowych trzewiach całe połówki wołów. Dotarła do szerokich, wysokich
regałów na końcu spiżarni i wspięła się pomiędzy słojami z brzoskwiniami, pomidorami i oliwkami ku stojącej na samej górze fasoli.
Odsunęła wek z soczewicą i wcisnęła się za niego.
Przez moment, macając w ciasnej kryjówce, myślała, że fiolki tam nie ma,
lecz potem jej palce zacisnęły się na maleńkim szklanym naczynku.
Zeszła na dół, uważając, żeby niczego sobie nie złamać. Śmiała się sama
z siebie na myśl, że to już nie ma znaczenia. Pośpieszyła przez kuchnię,
mijając zajętych, posłusznych służących, a potem tunelem, już
pochłonięta samozniszczeniem.
Pędząc przez ciemne tunele, uśmiechała się, rada, że już nigdy nie
będzie musiała przemykać mrocznymi korytarzami ukrytymi przed wzrokiem
arystokracji. Wzięła swój los we własne ręce. Po raz pierwszy od wielu
lat miała go pod kontrolą.
Burson wyskoczył z cienia, gdy się materializował, jego skóra zmieniła
kolor z czarnego na cielisty. Złapał ją i zatrzymał szarpnięciem. Jej
ciało nadwerężyło się od nagłego wstrząsu. Chwyciła powietrze, stawy jej
zatrzeszczały. Burson chwycił ją jednym potężnym łapskiem za oba
przeguby. Drugą ręką uniósł jej podbródek, kierując w czarne oczy
badawcze spojrzenie swoich zaczerwienionych gałek.
- Gdzie idziesz?
Jest wielki, więc uważa się go za głupiego, pomyślała. Ten powolny,
tubalny głos. Intensywne, zwierzęce spojrzenie. Ale był spostrzegawczy,
a Belari nie. Lidia zadygotała i przeklęła się za głupotę. Burson
przypatrywał się jej, nozdrza mu drgały od zapachu strachu. Patrzył, jak
czerwieni się jej skóra.
- Gdzie idziesz? - zapytał jeszcze raz. W tonie jego głosu pobrzmiewało
ostrzeżenie.
- Wracam na przyjęcie - wyszeptała Lidia.
- Gdzie byłaś?
Spróbowała wzruszyć ramionami.
- Nigdzie. Przebierałam się.
- Nia już tam jest. Spóźniasz się. Belari pytała, co z tobą.
Lidia nie odpowiedziała. Cokolwiek by powiedziała, nie rozwiałoby to
podejrzeń Bursona. Z przerażeniem myślała, że zaraz rozewrze jej
zaciśniętą dłoń i odkryje szklaną fiolkę. Służący mówili, że nie da się
oszukać Bursona. Że odkrywa wszystko.
Burson obserwował ją w milczeniu, czekając, aż sama się zdradzi.
Wreszcie powiedział:
- Byłaś w swojej kryjówce. - Obwąchał ją. - Ale to nie w kuchni. W spiżarni. - Uśmiechnął się, ukazując ostre zęby. - Na górze.
Lidia wstrzymała oddech. Burson nie odpuszczał problemu, dopóki nie
znalazł rozwiązania. Miał to we krwi.
- Denerwujesz się. - Powęszył. - Pot. Strach.
Lidia z uporem pokręciła głową. Fiolka była śliska, bała się, że ją
upuści, albo poruszy palcami i zwróci na siebie uwagę. Burson bez
wysiłku podniósł ją, aż zrównali się wzrostem. Ściskał przeguby tak
mocno, że myślała, że zaraz się połamią. Przyjrzał się jej oczom.
- Strasznie się boisz.
- Nie. - Lidia raz jeszcze pokręciła głową.
Burson roześmiał się, w tym śmiechu brzmiała pogarda i litość.
- To musi być straszne, taka świadomość, że w każdej chwili możesz się
złamać. - Rozluźnił kamienny uścisk. Krew powróciła do przegubów. - To
miej tę swoją kryjówkę. Twój sekret jest u mnie bezpieczny.
Lidia przez chwilę myślała, że źle go zrozumiała. Stała nieruchomo przed
olbrzymim szefem ochrony, lecz Burson machnął z irytacją ręką i wtopił
się z powrotem w cień.
- Idź.
Lidia poczłapała na drżących nogach, grożących, że się załamią. Zmusiła
się, by iść dalej, wyobrażając sobie świdrujący jej plecy wzrok Bursona.
Zastanawiała się, czy dalej ją śledzi, czy też stracił zainteresowanie
nieszkodliwą chuderlawą fletką, maskotką Belari, która chowa się po
szafkach i zmusza służących, żeby wywracali wszystko do góry nogami w poszukiwaniu tej samolubnej kruszyny.
Kręciła głową zdumiona. Burson nie zauważył. Burson, mimo tylu ulepszeń,
był ślepy, tak przyzwyczajony, że budzi grozę, że już nie był w stanie
odróżnić strachu od poczucia winy.
***
Wokół Belari zebrało się tymczasem nowe stadko wielbicieli, ludzi,
którzy wiedzieli, że już niedługo będzie niezależna. Gdy tylko fletki
zadebiutują na rynku, prawie dorówna potęgą Vernonowi Weirowi, ceniona
nie tylko za własne występy, lecz także dzięki swojej kuźni talentów.
Lidia szła ku nim, z fiolką wolności ukrytą w pięści.
Nia stała obok Belari, rozmawiając z Claire Paranovis z SK Net. Kiwała
wdzięcznie głową na każde jej słowo, zachowując się dokładnie tak, jak
wpoiła im Belari: zawsze grzeczna, nigdy urażona, zawsze z przyjemnością
prowadząca rozmowę, nic do ukrycia, ale parę historii w zanadrzu. Tak
się postępuje z mediami. Gdy się je czymś karmi, nigdy nie kopią
głębiej. Nia chyba czuła się w tej roli komfortowo.
Lidia poczuła przelotne ukłucie żalu, że zrobi coś takiego, a potem
zajęła miejsce obok Belari, która z uśmiechem zaczęła przedstawiać ją
kobietom i mężczyznom cisnącym się ku niej z fanatycznym uwielbieniem.
Mgumi Story. Kim Song Lee. Maria Blyst. Takashi Ghandi. Coraz więcej
tych nazwisk, globalne bractwo, elita mediów.
Lidia uśmiechnęła się i ukłoniła, a Belari odganiała wyciągnięte do
gratulacji dłonie, chroniąc swoją kruchą inwestycję. Lidia odegrała
wyuczoną rolę, choć w spoconych palcach ściskała fiolkę, mały skarb
władzy i przeznaczenia. Stephen miał rację. Mali ludzie panują tylko nad
własnym końcem, a czasem nawet i to nie. Lidia patrzyła, jak goście
częstują się plasterkami Stephena, zachwycając się słodyczą mięsa.
Odwróciła się od tłumu wielbicieli i wzięła z piramidy owoców na stoliku
jedną truskawkę. Zanurzyła ją w śmietanie, potem w cukrze, próbując
zmieszanych smaków. Potem kolejną, czerwoną i delikatną w jej pajęczych
palcach, słodki nośnik dla gorzko zapracowanej wolności.
Wyciągnęła kciukiem maleńki koreczek z fiolki i polała dorodną jagodę
bursztynowym skarbem. Zastanawiała się, czy będzie bolało, czy zadziała
szybko. Nie ma to zresztą znaczenia, niedługo już będzie wolna.
Krzyknie, padnie na podłogę, goście się cofną, oszołomieni przegraną
Belari. Belari przeżyje upokorzenie, a co więcej, straci fletki
bliźniaczki. Znów wpadnie w lubieżne ręce Vernona Weira.
Spojrzała na zatrutą truskawkę. Słodka, pomyślała. Śmierć powinna być
słodka. Widziała, że Belari przygląda się jej, czule uśmiechnięta. Na
pewno cieszy się, że jeszcze ktoś jest tak jak ona uzależniony od
słodyczy. Lidia uśmiechnęła się sama do siebie, zadowolona, że Belari
widzi jej chwilę buntu. Uniosła truskawkę do ust.
Nagle w jej uchu coś zaszeptało nowym natchnieniem.
Zawahała się cal od śmierci, obróciła i wyciągnęła truskawkę ku swej
pani.
Podała ją w geście hołdu, z pokorą istoty będącej pod każdym względem
czyjąś własnością. Skłoniła głowę i wyciągnęła owoc na bladej dłoni,
przywołując wszystkie swe umiejętności, grając wiernego sługę
rozpaczliwie pragnącego zadowolić pana. Wstrzymała oddech, zapominając o całym świecie. Zniknęła sala, goście i rozmowy. Wszystko ucichło.
Była tylko Belari, truskawka i zatrzymana w czasie przepyszna szansa.
Ludzie piasku i popiołu
Ludzie
piasku i popiołu
- Wroga aktywność w strefie! Głęboko w strefie!
Zdarłem z głowy pełnozmysłowe gogle, czując we krwi falę adrenaliny.
Zniknęło wirtualne miasto, które już miałem zrównać z ziemią, zastąpione
ekranami monitoringu, przedstawiającymi ze wszystkich stron ośrodek
wydobywczy SesCo. Na jednym z nich, na tle mapy terenu, czerwoną
fosforyzującą krechą rysowała się trajektoria intruza, gorąca jak krew
linia spływająca prosto do Kanału 8.
Jaak już wybiegł z sali monitoringu. Pobiegłem po sprzęt.
Dogoniłem go w zbrojowni, gdy wyciągał TS-101, amunicję i pakował swoje
wytatuowane ciało do opancerzonego egzoszkieletu. Opasał potężne bary
ładownicami z bateriami-magazynkami i pobiegł do śluzy. Naciągnąłem
własny egzoszkielet, zdjąłem ze stojaka własną sto jedynkę, sprawdziłem
stan naładowania i popędziłem za nim.
Lisa siedziała już w HEV-ie, jego turbowentylatorowe silniki zawyły jak
demony, kiedy rozszerzył się właz. Centaury-wartowniki wycelowały we
mnie swoje sto jedynki, potem rozluźniły się, gdy na wyświetlaczach
przed ich twarzami rozjarzyła się identyfikacja swój-obcy. Pobiegłem po
płycie lotniska, dostając gęsiej skórki od siekącego w twarz lodowatego
wiatru z Montany i gazów wylotowych silników Hentasa Mark V. Chmury nad
głową jarzyły się pomarańczowo odblaskami świateł górniczych botów
SesCo.
- No dawaj, Chen! Ruchy! Ruchy!
Zanurkowałem do myśliwca. Samolot skoczył w niebo. Przechylił się,
ciskając mną o gródź, potem przestawił hentasy na lot poziomy i runął
naprzód. Właz HEV-a się zasunął. Wycie wiatru ucichło.
Wgramoliłem się do kokonu pilotów i spojrzałem w dół ponad ramionami
Jaaka i Lisy.
- Jak się grało? - zapytała Lisa.
Nachmurzyłem się.
- Już prawie wygrałem. Dotarłem do Paryża.
Cięliśmy mgłę nad zbiornikami poflotacyjnymi, niemal muskając wodę, aż
dotarliśmy na drugą stronę. Automat przeciwkolizyjny szarpnął myśliwcem,
ciągnąc go do góry nad wznoszącym się terenem. Lisa przeszła na ręczne i z powrotem zeszła tuż nad ziemię, lecąc tak nisko, że mógłbym wyciągnąć
rękę i szorować nią po spękanych piargach, nad którymi z wyciem
pędziliśmy.
Rozdarły się alarmy. Jaak powyłączał je, a Lisa zeszła myśliwcem jeszcze
niżej. Przed nami zamajaczył skalny grzbiet. Przedarliśmy się obok
zbocza i zanurkowaliśmy nad krawędzią do następnej doliny. Hentasy
dygotały, gdy Lisa piłowała je aż po konstrukcyjne limity.
Przeskoczyliśmy nad kolejnym masywem skalnym. Zębaty, pocięty krajobraz
wyeksploatowanych gór ciągnął się po horyzont. Ponownie zanurkowaliśmy w mgłę i polecieliśmy tuż nad powierzchnią kolejnego jeziora retencyjnego,
zostawiając zygzakowatą falę na gęstej, złotej wodzie.
Jaak obserwował skanery myśliwca.
- Mam go. - Wyszczerzył zęby. - Rusza się, ale powoli.
- Jedna minuta do kontaktu - powiedziała Lisa. - Nie podejmuje żadnych
działań obronnych.
Obserwowałem intruza na ekranach śledzenia, wyświetlających dane
napływające w czasie rzeczywistym z satelitów SesCo.
- Nawet się nie kamufluje. Gdybyśmy wiedzieli, że nie będzie grał w chowanego, rzucilibyśmy na niego jedną miniatomówkę, nie ruszając się z bazy.
- A ty mógłbyś dokończyć grę - dodała Lisa.
- I tak możemy go walnąć atomówką - podsunął Jaak.
Pokręciłem głową.
- Nie, przyjrzyjmy się. Jak wyparuje, nic po nim nie zostanie, a Bunbaum
będzie pytał, po co braliśmy myśliwca.
- Trzydzieści sekund.
- Gdyby komuś się nie zachciało dla rozrywki przelecieć myśliwcem do
Cancun, nic by go to nie obeszło.
Lisa wzruszyła ramionami.
- Chciałam sobie popływać. Inaczej chyba odstrzeliłabym wam kolana.
Myśliwiec przeskoczył nad kolejnymi grzbietami.
Jaak wpatrywał się w monitor.
- Oddala się. Ale jest wolny. Dogonimy go.
- Piętnaście sekund do lądowania - powiedziała Lisa. Rozpięła pasy i przełączyła myśliwca na auto.
Wszyscy pobiegliśmy do włazu, gdy HEV wystrzelił w niebo - autopilot
desperacko chciał oddalić się od groźnego gruntu pędzącego tuż pod
brzuchem samolotu.
Wyskoczyliśmy, jedno, drugie, trzecie i spadaliśmy jak Ikar. Uderzaliśmy
w ziemię z prędkością setek kilometrów na godzinę. Nasze egzoszkielety
rozpryskiwały się jak szkło, sypiąc w niebo odłamkami. Czarne metaliczne
płatki polatywały potem wokół nas, zakłócając radar i termowizję wroga,
my zaś turlaliśmy się po ziemi, aż po nagłe i brutalne zatrzymanie w błotnistych piargach.
Z wyciem hentas myśliwiec przeskoczył nad granią, jak płomienny cel.
Pozbierałem się na nogi i pobiegłem ku skałom, ryjąc stopami w żółtym
błocie poflotacyjnym i połaciach zżółkłego śniegu. Jaak leżał za mną z połamanymi rękami. Płatki rozbitego egzoszkieletu znaczyły tor, którym
się toczył. Lisa leżała sto metrów dalej, kość udowa przebijała jej udo
jak jaskrawobiały wykrzyknik.
Wszedłem na szczyt grani i zajrzałem w dolinę.
Nic.
Podkręciłem zoom w hełmie. Przede mną rozciągały się monotonne zbocza
kolejnych hałd odpadów. Głazy, niektóre wielkości naszego HEV-a,
niekiedy potrzaskane i popękane od materiałów wybuchowych, pokrywały je
na przemian z niestabilnym żółtym łupkiem i drobnymi okruchami skały
płonnej.
Jaak wśliznął się na górę obok mnie, po chwili dołączyła też Lisa.
Nogawkę kombinezonu miała rozdartą i zakrwawioną. Starła z twarzy żółte
błoto i zjadła je, przyglądając się dolinie.
- Coś było?
Pokręciłem głową.
- Jeszcze nic. Dobrze się czujesz?
- Gładkie złamanie.
Jaak wskazał coś.
- Tam!
W dolinie coś biegło, wypłoszone przez myśliwiec. Posuwało się wzdłuż
wąskiego strumienia, lepkiego od odpadowego kwasu. Samolot zaganiał je
ku nam. Nic. Zero ognia. Ani żużla. Po prostu coś tam sobie biegło. Masa
zbitych kłaków. Czworonożne. Wymazane błotem.
- Jakiś biotech? - zastanawiałem się.
- Ale nie ma rąk - szepnęła Lisa.
- Ani żadnego osprzętu.
- Trzeba być naprawdę porąbanym, żeby zrobić biotecha bez rąk.
Przepatrzyłem okoliczne granie.
- Może to na odwrócenie uwagi?
Jaak sprawdził swoje dane ze skanerów, przychodzące z bardziej
agresywnych czujników myśliwca.
- Nie wydaje mi się. Można go dać wyżej? Chciałbym się rozejrzeć.
Na polecenie Lisy myśliwiec wzniósł się, zwiększając zasięg czujników.
Wycie turbowentylatorów cichło, w miarę jak nabierał wysokości.
Jaak czekał, a na wyświetlacz przed twarzą wlewały mu się kolejne dane.
- Eee, nic. I żadnych nowych alarmów z posterunków granicznych. Jesteśmy
sami.
Lisa pokręciła głową.
- Trzeba było walnąć miniatomówką z bazy.
W dolinie, biegnący na łeb na szyję biotech zwolnił do truchtu. Chyba
nie wiedział o naszej obecności. Teraz, z bliska, widzieliśmy nawet jego
sylwetkę: kudłaty czworonóg z ogonem. Posklejane w strąki włosy dyndały
na łapach jak jakieś ozdoby, oblepione grudami poflotacyjnego błota. Dół
łap miał poplamiony kwasami ze zbiorników, jakby brodził przez
strumienie moczu.
- Strasznie brzydki ten biotech - stwierdziłem.
Lisa podniosła sto jedynkę do ramienia.
- Jak z nim skończę - biośmieć.
- Czekaj! - powiedział Jaak. - Nie spopielaj go!
Lisa zerknęła na niego, zła.
- Bo co?
- To nie jest żaden biotech - szepnął Jaak. - To jest pies!
Wstał nagle, skoczył z grani i popędził piargami w stronę zwierzęcia.
- Czekaj! - zawołała Lisa, ale Jaak już rozpędził się do prawie
maksymalnej szybkości; rozmazywał się.
Zwierzę tylko raz spojrzało na Jaaka, w podskokach, z wrzaskiem
zbiegającego pędem ze zbocza, po czym odwróciło się i uciekło. Ale nie
miało z nim szans. Pół minuty później je wyprzedził.
Lisa i ja wymieniliśmy spojrzenia.
- No - powiedziała - jak na biotecha to rzeczywiście strasznie wolny.
Nawet centaury biegają szybciej.
Zanim ich dogoniliśmy, Jaak zdążył zapędzić zwierzę do ślepego parowu.
Stało pośrodku rowu z sączącą się szlamiastą wodą, trzęsąc się, warcząc
i pokazując zęby, kiedy je otaczaliśmy. Próbowało nas ominąć, lecz Jaak
z łatwością trzymał je w szachu.
Z bliska wydawało się jeszcze bardziej żałosne niż z daleka - dobre
trzydzieści kilo warczących parchów. Łapy miało pokaleczone i okrwawione, z wydartymi kawałami sierści i widocznymi ropiejącymi
oparzeniami chemicznymi.
- Niech mnie szlag - sapnąłem, patrząc na to zwierzę. - Naprawdę wygląda
jak pies.
Jaak wyszczerzył zęby.
- Jakbyśmy znaleźli jakiegoś, kurna, dinozaura.
- Jak on tu przeżył? - Lisa obwiodła ręką horyzont. - Tu nie ma na czym
przeżyć. Musi być zmodyfikowany. - Przyjrzała mu się uważniej, potem
zerknęła na Jaaka. - Jesteś pewien, że nic nie nadciąga od granicy? To
nie jest jakaś przynęta?
Jaak pokręcił głową.
- Nic. Czujniki nawet nie pisną.
Pochyliłem się ku stworzeniu. Obnażyło kły w grymasie nienawiści.
- Jest w strasznym stanie. Może to naprawdę pies.
- Pewnie, że pies, ja wam mówię. Widziałem kiedyś w zoo.
Lisa potrząsnęła głową.
- Niemożliwe. Prawdziwy pies by dawno nie żył.
Jaak tylko wyszczerzył zęby i też pokręcił głową.
- Nie ma mowy. Patrzcie. - Wyciągnął rękę, żeby odgarnąć kudły z pyska
zwierzęcia, żebyśmy mogli zobaczyć jak wygląda.
Zwierzę zaatakowało i wbiło zęby w rękę Jaaka. Tarmosiło ją gwałtownie,
warcząc, a Jaak gapił się na uczepione jego ciała stworzenie. Szarpało
głową tam i z powrotem, próbując oderwać rękę. Wokół pyska tryskała krew
- kły wbijały się w tętnice Jaaka.
Jaak się zaśmiał. Krew przestała płynąć.
- Cholera. Zobaczcie no. - Uniósł rękę, aż zwierzę zadyndało w powietrzu
nad strumieniem, ociekając wodą. - Mam swoje zwierzątko.
Pies dyndał na grubej gałęzi ramienia Jaaka. Próbował znów nią szarpnąć,
ale, kiedy wisiał w powietrzu, niespecjalnie mu się to udawało. Nawet
Lisa się uśmiechnęła.
- To musi być kiepsko, obudzić się i stwierdzić, że dotarłeś do końca
swojej krzywej ewolucyjnej.
Pies warczał, z determinacją trzymając się ręki.
Jaak roześmiał się i wyciągnął nóż monomolekularny.
- Masz, piesku. - Odciął sobie rękę, zostawiając ją w pysku zdumionego
zwierzęcia.
Lisa przekrzywiła głowę.
- Myślisz, że da się coś na nim zarobić?
Jaak obserwował, jak pies pochłania odciętą rękę.
- Czytałem gdzieś, że kiedyś się jadło psy. Ciekawe, jak smakują.
Zerknąłem na zegar w wyświetlaczu HUD. Już zmarnowaliśmy godzinę na
zabawę, z której nie będzie żadnej premii.
- Jaak, zabieraj swojego psa i wsiadamy do myśliwca. I tak nie zdążymy
go zjeść przed rozmową z Bunbaumem.
- On pewnie uzna go za własność firmy. - Jaak się skrzywił.
- No tak, jak zawsze. Ale i tak musimy złożyć raport. To może lepiej
zachowajmy dowód rzeczowy, skoro go nie walnęliśmy atomówką.
***
Na kolację jedliśmy piasek. Przed bunkrem ochrony, roboty górnicze
posuwały się tam i z powrotem, wdzierając się coraz głębiej w ziemię,
zmieniając ją w muł z odpadów poflotacyjnych i skalnego kwasu, który
zostawiały w otwartych jeziorkach, kiedy docierały do zwierciadła wód
podziemnych, albo spiętrzały w trzystumetrowe hałdy. Odgłos tych maszyn,
przez cały dzień chodzących w kółko, działał na nas uspokajająco. Nic,
tylko ty, roboty i zyski, a jeśli podczas twojej służby nic nie zostanie
zbombardowane, zawsze dostaniesz porządną premię.
Po kolacji siedliśmy sobie i zaczęliśmy ostrzyć skórę Lisy, wszczepiając
jej wzdłuż kończyn ostrza, tak że ze wszystkich stron przypominała
brzytwę. Najpierw myślała o ostrzach monomolekularnych, ale zbyt łatwo
było przypadkiem coś sobie uciąć, a my i tak już potraciliśmy sporo
części ciała. Taki szajs nadawał się dla ludzi, którzy nie muszą
pracować: estetów z Nowego Jorku czy Kalifornii.
Zestaw ostrzy pochodził z firmy DermDecora. Kupiła go sobie, kiedy
ostatni raz pojechaliśmy na urlop. Zapłaciła ekstra, bo nie chciała
tanich podróbek, które właśnie wtedy zaczęły się pojawiać. Przecinaliśmy
jej skórę do kości i osadzaliśmy w niej ostrza. Jeden nasz znajomy z L.A. mówił, że po prostu urządza imprezy z DermDecora - wszyscy robią
sobie modyfikacje i pomagają w miejscach, gdzie trudno sięgnąć samemu.
Lisa robiła mi kiedyś światłokręgi, piękną ścieżkę cytrynowych światełek
do lądowania, biegnącą od kości ogonowej do podstawy czaszki, więc nie
miałem nic przeciwko, by jej pomóc, natomiast Jaak, któremu wszystkie
modyfikacje robił przedwieczny salon tatuażu i skaryfikacji na Hawajach,
nie był tym zachwycony. Operacja była nieco frustrująca, bo ciało
chciało się zasklepiać, zanim zdążyło się osadzić w nim ostrze, ale w końcu nabraliśmy wprawy i godzinę później zaczynała już wyglądać całkiem
nieźle.
Gdy skończyliśmy przód, zaczęliśmy ją karmić. Przyniosłem miskę
poflotacyjnego szlamu, którą wlałem jej powoli do ust, żeby przyśpieszyć
proces scalania. A kiedy jej nie karmiliśmy, patrzyliśmy na psa. Jaak
wsadził go do prowizorycznej klatki w rogu naszego wspólnego pokoju.
Leżał tam jak zdechły.
- Zrobiłam mu DNA. To naprawdę pies - powiedziała Lisa.
- I Bunbaum ci uwierzył?
Rzuciła mi wredne spojrzenie.
- A jak myślisz?
Roześmiałem się. SesCo oczekiwało od swoich agentów ochrony taktycznej,
aby byli szybcy, elastyczni i zabójczy, naprawdę jednak nasz standardowy
model operacyjny wyglądał zawsze tak samo: walimy w intruzów atomówką,
spopielamy resztki na żużel, żeby nie odrosły, lecimy na plażę na urlop.
W zakresie decyzji taktycznych byliśmy niezależni i cieszyliśmy się
zaufaniem, ale nie było mowy, żeby SesCo uwierzyło swoim żużlowym
żołnierzom, że znaleźli na hałdach odpadów żywego psa.
Lisa kiwnęła głową.
- Chciał wiedzieć, jak, do cholery, ten pies tam przeżył. Potem pytał,
czemu go szybciej nie złapaliśmy. I za co nam w ogóle płaci. - Odgarnęła
z twarzy krótkie blond loki i wpatrzyła się w psa. - Trzeba go było
spopielić.
- Powiedział, co mamy zrobić?
- Nie ma tego w podręcznikach. Oddzwoni.
Przyjrzałem się bezwładnemu zwierzęciu.
- Mnie ciekawi, jak on przeżył. Psy jedzą mięso, nie?
- Może któryś z inżynierów karmił go mięsem. Jak Jaak.
Jaak pokręcił głową.
- Nie wydaje mi się. Palant wyrzygał moją rękę jak tylko ją zeżarł. -
Zamachał szybko odrastającym kikutem. - Chyba nie jesteśmy z nim
kompatybilni.
- Ale my moglibyśmy go zjeść? - zapytałem.
Lisa roześmiała się i zjadła łyżkę odpadów.
- My możemy wszystko jeść. Jesteśmy na szczycie łańcucha pokarmowego.
- To dziwne, że on nas nie może.
- Wiesz co, we krwi masz pewnie więcej rtęci i ołowiu niż jakiekolwiek
stworzenie z czasów sprzed robaków symbiotycznych.
- To źle?
- To kiedyś były trucizny.
- Gadasz.
Jaak odezwał się:
- Jak wsadzałem go do klatki, chyba coś mu uszkodziłem. - Przyjrzał się
psu z poważną miną. - Nie rusza się jak przedtem. Kiedy go tam
pakowałem, słyszałem, jak coś trzasnęło.
- No i?
Jaak wzruszył ramionami.
- Wygląda na to, że on się nie goi.
Pies faktycznie wyglądał na zmarnowanego. Leżał tylko, boki unosiły mu
się i opadały jak miechy. Oczy miał półotwarte, ale chyba nie skupiał
wzroku na żadnym z nas. Gdy Jaak wykonał gwałtowny ruch, szarpnął się
trochę, ale nie wstał. Nawet nie warczał.
- Nie myślałem, że zwierzęta mogą być takie delikatne - powiedział Jaak.
- Ty też jesteś delikatny. Żadna niespodzianka.
- No tak, ale złamałem mu parę kości i zobacz. Leży tylko i sapie.
Lisa zmarszczyła czoło w namyśle.
- Nie goi się. - Wstała chwiejnie na nogi, podeszła do klatki, zajrzała
do środka. Głos miała podekscytowany. - To naprawdę pies. Taki jak
kiedyś. Jak my kiedyś byliśmy. Wszystko goi się tygodniami. Jedna
złamana kość i jest załatwiony.
Sięgnęła brzytwiastą dłonią do klatki, zrobiła psu płytkie cięcie na
tylnej łapie. Popłynęła krew. Ciekła i ciekła. Minęły minuty, nim
zaczęła krzepnąć. Pies leżał i dyszał, wyraźnie wycieńczony.
Parsknęła śmiechem.
- Aż ciężko uwierzyć, że w ogóle udało nam się przeżyć na tyle długo,
żeby z tego wyewoluować. Jeśli mu obetniesz łapę, wcale nie odrośnie. -
Przekrzywiła głowę, zafascynowana. - Kruchy jak skała. Raz złamać i nie
poskłada się z powrotem. - Wyciągnęła rękę i pogładziła zmatowiałe futro
zwierzęcia. - Łatwy do zabicia jak myśliwiec.
Zabrzęczał interkom. Jaak wstał, żeby odebrać.
Lisa i ja gapiliśmy się na psa, nasze prywatne okienko na prehistorię.
Jaak wrócił do pokoju.
- Bunbaum wysyła tu nam biologa, żeby go obejrzał.
- Bioinżyniera - poprawiłem go.
- Nie. Biologa. Bunbaum powiedział, że oni badają zwierzęta.
Lisa usiadła. Obejrzałem jej ostrza, sprawdzając, czy któreś się nie
obluzowało.
- To dopiero robota bez przyszłości.
- Pewnie hodują je sobie z DNA. Potem badają, co robią. Zachowanie i takie różne.
- Ale kto chce im płacić?
Jaak wzruszył ramionami.
- Fundacja Paua zatrudnia trzech. Goście od pochodzenia życia. To oni go
tutaj przysyłają. Jakiś Mushi-coś-tam. Nie dosłyszałem.
- Pochodzenia życia?
- No wiesz, co nas napędza. Dzięki czemu żyjemy. Tego typu rzeczy.
Wlałem Lisie do ust garść poflotacyjnego błota. Pochłonęła je z wdzięcznością.
- Nas napędza błoto - odparłem.
Jaak wskazał brodą psa.
- Ale jego nie.
Wszyscy tam spojrzeliśmy.
- Ciężko powiedzieć, co go napędza.
***
Lin Musharraf był niskim facetem z czarnymi włosami i haczykowatym
nosem, dominującym nad resztą twarzy. Ozdobił sobie skórę wirowymi
wzorami z luminescencyjnych implantów, więc wyskakując z wypożyczonego
HEV-a, jarzył się w ciemności kobaltowymi spiralami.
Centaury rzuciły się na nieautoryzowanego gościa i zapędziły go pod
ścianę jego własnego pojazdu. Otoczyły go i jego zestaw do DNA,
obwąchiwały, przesuwały po skrzynce czujnikami, celowały sto jedynkami w świetlistą gębę i powarkiwały.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki