3
Elise
Mama jest w kuchni, kiedy wracam do domu.
Wślizguję się do środka, zamykam drzwi najciszej, jak potrafię, i wbiegam po schodach ze swoimi zakupami. Udaje mi się pokonać trzy stopnie, nim rozlega się wołanie. Wady otwartego piętra, które tak uwielbia mama.
- Elise, czy to ty?
- Za sekundkę zejdę! - Szybko wspinam się po reszcie schodów, nie próbując już zachowywać się cicho. Rodzice nie są specjalnie religijni, ale wolałabym ogolić głowę, niż wyjaśniać mamie magiczne właściwości oczaru wirginijskiego. Będzie się tylko martwiła, a zmartwień ma już pod dostatkiem.
U szczytu schodów skręcam w prawo w korytarz. Moje serce zwalnia, kiedy mijam pokój Nicka. To nieuniknione, tak samo jak muśnięcie palcami jego drzwi. Zaczęłam tak robić, kiedy wyjechał na studia trzy lata temu, i nie przestałam, gdy...
Gardło mi się ściska, jakby moje ciało uznało, że powstrzyma tym sposobem słowa formujące się w głowie. Bardzo tęskniłam za Nickiem, kiedy wyjechał na studia, ale to nic w porównaniu z nowym kraterem w mojej piersi. Minęło pięć miesięcy, odkąd umarł - odkąd nie potrafiłam go uratować - i ból nieustannie przybiera na sile, jak czarna dziura powoli pochłaniająca moje życie.
Zamykam drzwi do swojego pokoju i ruszam do szafy. Mama zwykle nie węszy, ale nie chcę ryzykować, więc ukrywam kolekcję ziół, kryształów i świec. Sięgam po pudełko tkwiące pod stertą nieużywanych dżinsów...
Miau!
Poskakuję, z trudem powstrzymując krzyk.
- Cholera, Richard!
Trzyletnia szylkretowa kotka wychodzi zza rogu. Miauczy grzecznie i próbuje skubać moje palce.
- Musisz być taka wredna? To ja cię karmię.
Jedną ręką drapię ją pod brodą, a drugą wkładam oczar wirginijski i wahadło do pudełka.
Jeszcze tylko jeden dzień.
Ta myśl łagodzi ból w mojej klatce piersiowej. Cały sierpień spędziłam na przygotowaniach do tego rytuału. To zadziała. Musi.
- Pewnie nie możesz mi pomóc? - pytam futrzaka, głaszcząc mozaikę pomarańczowego, szarego i białego futra na jej plecach. W odpowiedzi Richard odwraca się i gryzie moje palce tak mocno, że aż boli. Kiedy się krzywię, zeskakuje mi z kolan i drapie w drzwi sypialni. - Ale z ciebie zdrajca, Richie.
Wstaję i zdejmuję mokre od potu koszulkę oraz sweterek, ignorując prośby kota. Mama włączyła klimatyzację i chłodne powietrze owiewa moją skórę, aż drżę.
Choć biorąc pod uwagę ciężar tej klątwy, to zaledwie drobna niedogodność, mam dość ubierania się w miękką bawełnianą zbroję i naciągania rękawów aż na palce. Lata w centrum Nowego Jorku są parne, gorące i straszne, zwłaszcza gdy cały czas siedzi się w swetrze. Nigdy nie sądziłam, że to powiem, jednak naprawdę nie mogę się doczekać zimy.
Ale jutro... Jutro wszystko się zmieni. Uwolnię się od tej klątwy, będę mogła znowu bez obaw nosić ulubione koszulki.
- Elise? Kolacja gotowa. - Mama wykazuje się imponującą powściągliwością, gdy puka, zamiast od razu wejść. - Lepiej, żeby ten kot nie drapał mojego dywanu.
- Już idę! - Łapię pierwszą z brzegu koszulkę z długim rękawem i naciągam ją na siebie. W lustrze widzę potargane włosy; mama na pewno spróbuje wygładzić odstające kosmyki. Szybko rozplątuję warkocz i chwytam grzebień z komody.
Klamka porusza się w dół.
- Czemu się zamknęłaś? - W głosie mamy słychać troskę. - Elise Beaumont, co ty tam robisz?
- Przebieram się. Momencik. - Poprawiam stos ubrań zakrywających moje magiczne przybory.
- W tej chwili otwórz te drzwi, młoda damo, albo...
Sięgam do klamki i otwieram, zanim mama zdąży dokończyć. Kotka, która jeszcze chwilę temu chciała wyjść, teraz staje w otwartych drzwiach, niezdecydowana. Mama za to wygląda na wkurzoną. Nadal ma na sobie robocze ubranie: grafitową ołówkową spódnicę i białą bluzkę, a jej twarz jest prawie tak czerwona, jak pofarbowane u fryzjera włosy. Rzucam szczotkę na łóżko.
- Widzisz? Po prostu się przebierałam. Nie robię nic strasznego, serio.
Mama patrzy na mnie spod zmrużonych powiek, tymi samymi niebieskimi oczami, które mamy po niej z Nickiem. To znaczy teraz mam je już tylko ja. Kwas wypala mi żołądek, gdy poprawiam się w myślach. Oboje wyglądaliśmy jak mama, ze złotymi włosami i małymi noskami. Po wypadku, po tym, jak straciliśmy Nicka, mama zaczęła farbować włosy na ognistą czerwień. Twierdziła, że robi to po to, by klienci ją lepiej zapamiętywali, ale myślę, że trudno było jej widzieć Nicka w lustrze. To cud, że wciąż może patrzeć na mnie.
Tata nie może.
Mama kładzie dłoń na biodrze.
- Lepiej, żebyś nie stosowała znowu używek. - Wchodzi do pokoju i wciąga powietrze. - Nie zawaham się przed poddaniem cię testom.
- Nie stosuję żadnych używek.
- Zabawne. To samo mówiłaś, zanim znaleźliśmy twojego elektronicznego papierosa.
Policzki płoną mi ze wstydu. We wkładzie miało nie być nielegalnych substancji. Sprzedawca twierdził, że to mieszanka ziół, która ma blokować wizje, a nie je wywoływać, ale z pewnością było w niej coś, co z medycznego punktu widzenia - nie magicznego - wpływało na umysł.
- Nie martw się, dostałam nauczkę. - Zaczynam wiązać włosy w ciasny warkocz. - Było mi gorąco po spacerze i musiałam się przebrać. To wszystko, przysięgam.
Mama przygląda mi się przez sekundę, a potem mięknie.
- Daj, pomogę ci.
- Nie trzeba, już kończę.
- Nie bądź niemądra. - Wyciąga rękę, ale się odsuwam. W jej oczach pojawia się ból, przez co czuję się paskudnie. Już wystarczająco ją zraniłam, nie chcę ranić jej bardziej.
- Wybacz - mówię, siadając przy swoim biurku. - Po prostu się denerwuję jutrzejszą szkołą. - To niebezpieczne kłamstwo, z rodzaju tych ocierających się o prawdę. Szykuję się na ból wywołany jej dotykiem.
- Wiem, że ostatni rok zakończył się w kiepskiej atmosferze. - Mama przeczesuje palcami moje włosy i zaczyna zaplatać mi francuski warkocz. Staram się nie spinać. Moje włosy są na tyle grube, a jej paznokcie na tyle długie, że jej skóra nie dotyka mojej.
Wzdycham z ulgą, lecz wtedy docierają do mnie jej słowa.
- Kiepskiej? Dziekan Albro groził, że mnie wyrzuci. - Co, szczerze mówiąc, wcale mnie nie ruszyło. Po Nicku... szkoła nie wydawała się taka ważna. Wszędzie widziałam śmierć i musiałam znaleźć sposób, aby to naprawić. Nie mogłam powiedzieć rodzicom, bo nigdy by mi nie uwierzyli, zrezygnowałam więc z kilku zajęć. Spóźniałam się z pracą domową, żeby móc zbierać informacje. Udawałam straszne migreny, aby przekonać lekarzy do zlecania wszelkiego rodzaju badań. Wpatruję się w ścianę, podczas gdy mama pracuje nad moimi włosami. - Powiedział, że jeśli nie mogę "wziąć się w garść" i "skupić na zajęciach", powinnam zrezygnować i zamiast tego iść do Liceum Elmsbrook.
- Przykro mi, skarbie. Wiem, że nie chcesz zmieniać szkoły. - Mama przerywa, trzymając mocno moje włosy, ale zaraz wraca do pracy. - Dziekan Albro obiecał dać ci w tym roku czystą kartę, ale podkreślił, że Akademia Elmsbrook nie obniża poprzeczki dla żadnych uczniów, bez względu na to, z czym się zmagają.
Powstrzymuję gorzki śmiech. Zmagają. Jakby to było odpowiednie słowo na opisanie horroru, jakim było zobaczenie śmierci Nicka. Jego koniec był pierwszym, jaki odczułam na własnej skórze, a trzy godziny później naprawdę się utopił. Każda bolesna sekunda jego śmierci wypaliła się w moim mózgu.
To były najgorsze na świecie szesnaste urodziny.
- Gotowe - mówi mama, a ja ostrożnie podaję jej gumkę. Wiąże mi włosy, więc mimowolnie się uśmiecham. Od miesięcy nie byłyśmy tak blisko, od miesięcy nie byłam tak blisko z nikim, nie czując przy tym rozdzierającego bólu. - Chodź. - Pochyla się i mnie obejmuje, przyciskając policzek do mojego.
Obrazy rozwijają się w mojej głowie niczym trujący kwiat, żywe i bolesne. Sztywnieję cała i wtedy ją widzę. Mama. Pomarszczona, szara i samotna w szpitalnym łóżku. Jej słabość odbija się we mnie echem, jej kończyny są ciężkie i zdrętwiałe. Moje tętno zwalnia, każde uderzenie serca to walka. W końcu jej serce całkiem przestaje bić.
A potem to samo dzieje się z moim.
Panika rozrywa mi pierś, w miarę jak mijają kolejne sekundy, a moje serce milczy. Później mama prostuje się i odsuwa, zabierając ze sobą swój dotyk. Sapię, gdy moje serce podejmuje pracę, pędząc, jakby chciało nadrobić przegapione uderzenia.
- Wszystko w porządku, Ellie?
- Tak. - Wstaję szybko, ból i żal splatają się we mnie, aż zaczynam drżeć. Zawsze tak jest. Za każdym razem. Próbuję skupić się na pozytywach - że jest stara, że będzie długo żyła - ale mama zawsze mnie dotyka i za każdym razem widzę to samo. Jej serce poddaje się, gdy śpi. Sama w szpitalnym łóżku. Bez taty w zasięgu wzroku.
Pewnie dlatego, że umrze pierwszy.
Paskudna myśl, lecz nie potrafię wyrzucić jej z głowy. Nie mam co do tego pewności, bo tata nie dotknął mnie ani nie przytulił, odkąd straciliśmy Nicka - ale sprawdziłam statystyki.
Mężowie zwykle odchodzą przed żonami. Jedynym plusem tego, że ojciec mnie nienawidzi, jest niewiedza na temat jego śmierci. Choć tego nie powiedział, wiem, że wini mnie za wypadek Nicka.
I słusznie. Ja też się obwiniam.
- Chodź - mówi mama. - Zrobiliśmy z tatą burgery. - Odwraca się i wychodzi na korytarz, zostawiając mnie przy biurku, nadal dochodzącą do siebie. Jej śmierć utrzymuje się we mnie niczym mgła i za każdym razem, gdy mrugam, widzę ją umierającą w tamtym łóżku. Jeszcze tylko jeden dzień, przypominam sobie. Jeden dzień i rytuał wszystko naprawi.
Unoszę brodę i schodzę za mamą na parter, z całych sił starając się nie płakać.
* * *
Rano budzę się przed wschodem słońca, wkładam buty i idę biegać. Przez pierwszy kilometr myślę o wszystkim, o czym pragnę zapomnieć. O tym, jak zanurkowałam do rzeki za Nickiem. O ciągłym zamartwianiu się mamy i jej wymuszonym szczęściu. O ciężarze wiedzy na temat śmierci moich przyjaciół i niemożności powstrzymania czegokolwiek. Próbuję się skupić na dzisiejszym rytuale, na przyszłości wolnej od klątwy, ale i tak trudno mi oddychać.
Biegnę więc szybciej, mocniej wyciągam nogi, aż nie ma miejsca na nic oprócz dźwięku mojego oddechu i butów uderzających o chodnik. Nim docieram do domu po przebiegnięciu pięciu kilometrów, jestem wyczerpana i cała się trzęsę, ale osiągnęłam cel. Mój umysł jest krystalicznie czysty.
Myję się i ubieram w łazience, którą dzieliłam z Nickiem. Choć minęło pięć miesięcy, odkąd odszedł, choć trzy lata temu wyjechał do college'u, nadal spodziewam się, że zapuka do drzwi, błagając, żebym się pospieszyła.
Dziś to Richard dobija się do drzwi, gdy zaplatam włosy. Miauczy, jakby za mną tęskniła, choć wiem, że po prostu liczy na dodatkowe smaczki. Gdy zerkam na swoje odbicie, wzdycham. Tego ranka warkocz wyszedł mi nieco krzywo, ale pozwalam, by opadł na jedno ramię, jakbym od początku miała taki zamiar.
W pokoju sięgam po ostatni element szkolnego mundurka. Mam już na sobie granatowe spodnie i białą koszulę, ale nadal czuję się zbyt obnażona. Pomimo prognozowanych upałów zakładam zielony sweterek i naciągam rękawy na dłonie.
W pełnej zbroi ruszam do wyjścia i spoglądam na zdjęcie na szafce nocnej. Za każdym razem, kiedy je widzę, nie mogę oddychać, lecz nie potrafię się przekonać, żeby je schować. Przedstawia Nicka w stroju piłkarskim, z piłką pod pachą. Miał to być poważny portret do szkolnej kroniki, ale coś go rozśmieszyło, a fotograf uchwycił istotę mojego brata: był śmieszkiem, tyle że opiekuńczym i chętnym do wywołania uśmiechu u innych.
Mama oprawiła dla mnie to zdjęcie, kiedy Nick wyjechał na studia. Miałam wtedy tylko trzynaście lat i byłam na niego zła, że wyjeżdża, choć czułam też dumę, że dostał się do drużyny uniwersyteckiej.
Teraz zostało mi po nim tylko to zdjęcie i kot, który właśnie na mnie miauczał.
- Chodź, Richie. Czas na śniadanie.
Muskam drzwi Nicka i schodzę na parter, uważając, by nie potknąć się o Richard. Tata siedzi w jadalni. Przechodzę do kuchni i wkładam do kuchenki mikrofalowej miskę z jajkami oraz mrożonymi warzywami. Karmię Richard, podczas gdy moje śniadanie się przygotowuje, i rzucam ukradkowe spojrzenia na tatę. Nie podnosi jednak wzroku, żeby mnie przywitać. Jeśli już, unosi gazetę wyżej, by mnie nie widzieć.
Tata, w przeciwieństwie do mamy, nigdy nie był takim fanem przytulania, ale kiedyś opowiadał historie ze swojej pracy i śpiewał razem z radiem, przygotowując posiłek. Nick dołączyłby się do tego, umyślnie fałszując, żeby mnie wkurzyć. Ja przewróciłabym oczami, lecz w duchu bym się śmiała. Zrobiłabym wszystko, oddałabym wszystko, żeby te poranki wróciły. Brakuje mi nawet piskliwego falsetu brata, przywodzącego na myśl umierającą gęś.
Mikrofalówka pika, więc wyciągam ostrożnie swoje śniadanie. Zastanawiam się, czy nie zjeść w kuchni, przy wyspie, ale w końcu idę do stołu.
- Dzień dobry, tato.
Mamrocze powitanie w odpowiedzi, po czym pozwala, by zapadła między nami cisza. Tata jest chirurgiem, ale choć w szpitalu nosi fartuch, i tak przykłada dużą wagę do swojego ubioru. Dziś jest w czarnym garniturze i krawacie, ma gładko ogoloną twarz. Jeśli nie liczyć bladej skóry, w niczym nie przypomina reszty naszej rodziny ze swoimi ciemnymi włosami, ciemnymi oczami i szerokimi ramionami. Cisza zmienia się w przepaść, a ja obawiam się, że nigdy jej nie przeskoczę.
Nie wiedziałam, że można nie zauważać kogoś, kto znajduje się w tym samym pomieszczeniu.
- Piszą coś ciekawego? - pytam, starając się skrócić dzielący nas dystans.
- Drużyna piłkarska wygrała. - Przez chwilę tata brzmi jak dawniej. Ale potem odchrząkuje i przewraca stronę, porzucając dział sportowy. Czyta go codziennie, jakby to był wehikuł czasu do lepszej przyszłości, jakby pewnego dnia znów mógł natrafić w nim na Nicka, sfotografowanego w momencie zdobywania zwycięskiej bramki.
Próbuję jeść jajka, lecz smakują jak popiół. Nieobecność brata jest namacalna. Rana, którą zostawił, jest pomarszczona i czerwona, rozogniona poczuciem winy, żalem i milionem toksycznych pytań o to, co by było gdyby.
A gdybym była szybsza?
A gdybym kazała mu zostać tej nocy w domu?
A co, jeśli to moja klątwa spowodowała wypadek?
Tracę resztki apetytu i wstaję, by wyrzucić pozostałości śniadania do kosza. Richard wciąż je i przysięgam, że gdy żuje, brzmi jak źle działający blender.
Na górze słychać kroki mamy, świadczące o tym, że niedługo zejdzie, a wtedy na pewno będzie chciała poprawić moją fryzurę, jeśli nie ucieknę. I tak czeka mnie trudny dzień, nie będę dokładać do tego widoku jej śmierci. Nie wiem, ile razy moje serce będzie w stanie zatrzymać się wraz z jej sercem, nim zapomni, by znowu ruszyć.
Tata nie odzywa się, kiedy wychodzę z jadalni, ja też nic nie mówię. Łapię plecak leżący przy schodach i zamieram z jedną ręką na klamce. Wyrzuty sumienia kłują mnie w pierś i nabieram głęboko powietrza.
- Pa, mamo! Kocham cię!
Potem znikam, wymykając się na palące słońce. Wrzesień to dziwny miesiąc w tej okolicy. Dziś jest gorąco i parno, ale jutro temperatura może spaść do dziesięciu stopni, a w weekend wrócić do dwudziestu sześciu. Pot spływa mi po kręgosłupie, ale nie mogę ryzykować zdjęcia swetra. To tylko krótki spacer do szkoły, a później znajdę się w zatłoczonych salach, gdzie każdy centymetr odsłoniętej skóry stanowi zagrożenie.
Jeszcze tylko jeden dzień. Jutro wszystko się zmieni.
Nachodzą mnie wątpliwości, jednak odsuwam je i powtarzam swoją mantrę raz za razem, aż Akademia Elmsbrook wyłania się zza horyzontu ze swoimi kamiennymi wieżyczkami i łopoczącymi flagami. Kiedy wchodzę na ostatnie wzgórze i zaczynam z niego schodzić, przed moimi oczami rozciąga się morze uczniów w granatowych, zielonych i śnieżnobiałych koszulach, mieszających się ze sobą na wypielęgnowanych trawnikach i świeżo umytym białym kamieniu.
Odległość między nami staje się coraz mniejsza i mniejsza, aż trafiam w oko cyklonu. Spinam się, gdy ludzie przechodzą obok mnie. Ktoś za mną krzyczy, wysoko i piskliwie, po czym biegnie przez dziedziniec, by uściskać przyjaciela. Czuję ukłucie zazdrości w piersi i skanuję wzrokiem tłum. Przypominam sobie, że moi koledzy z klasy są czymś więcej niż polem minowym brutalnych zgonów, które czekają, by eksplodować w moim umyśle. To ludzie, którzy mają przed sobą resztę życia.
Niestety zapomniałam o tym w trakcie wakacji. Gdy po raz pierwszy doświadczyłam śmierci przyjaciółki, nie mogłam znieść jej widoku. Świadomość, w jaki sposób ją stracę, za bardzo bolała, biorąc pod uwagę to, jaka była młoda. Ale nadal ma życie do przeżycia. Nadal tu jest i nie mogę pozwolić, by ta klątwa nas rozdzieliła. Szczególnie kiedy wiem, jak się jej pozbyć. Przeczesuję wzrokiem tłum, aż...
Jest.
Maggie, drobna Koreanko-Amerykanka z ciemnymi włosami sięgającymi za ramiona, stoi przy schodach prowadzących do wielkiego wejścia do szkoły. Widzę ją po raz pierwszy od miesięcy, przez co tracę oddech. Mój mózg próbuje podsuwać mi obrazy śmierci Maggie - ślizgającej się, upadającej, rozbijającej głowę o beton wokół basenu - ale odpycham je. Dziewczyna jest żywa, uśmiechnięta i szczęśliwa. Nosi niebiesko-zieloną spódnicę w kratkę i wersję naszego mundurka z białą bluzką, a swoje stare okulary w czarnych oprawkach zamieniła na parę w kolorze głębokiej czerwieni.
Ruszam ostrożnie przez tłum, wspomnienia szczęśliwych chwil zastępują moment jej śmierci. Przyjaźnimy się z Maggie od czwartego roku życia, odkąd rodzice zapisali nas na te same lekcje pływania. Obiecałyśmy sobie już zawsze płynąć w jednej ławicy, gdy zasiliłyśmy szeregi delfinów i ostatecznie same zaczęłyśmy uczyć nowe płotki - w tym jej znacznie młodszą przyrodnią siostrę Vivi. Maggie i ja trenowałyśmy razem przez dwanaście lat, nocowałyśmy u siebie nawzajem i zarywałyśmy noce, analizując niejasne wpisy naszych sympatii w mediach społecznościowych.
To dziwne, jak rozkosznie zwyczajne było nasze życie.
Ale tego lata mój chłopak - mój były chłopak - wszystko zepsuł. Popełniłam błąd, mówiąc Jordanowi o klątwie. Chciał mi uwierzyć, jednak tego nie zrobił. A kiedy z nim zerwałam, powiedział Maggie.
Jordan nie próbował cię skrzywdzić, odzywa się głos w mojej głowie. On i Maggie też się przyjaźnią.
Nasza trójka trzymała się razem na długo przed tym, jak zaczęliśmy z Jordanem randkować. Do diabła, to Maggie wkręciła Jordana do naszej grupki, mianując go honorowym członkiem ławicy. Jego rodzina przeniosła się do Elmsbrook, kiedy byliśmy w szóstej klasie, a jego tata został nowym adiunktem profesora prawa w miejscowym college'u.
Powinnam była przewidzieć, że Jordan pójdzie do Maggie, po tym jak zdeptałam jego serce. Powinnam była przewidzieć, że Maggie, która lubiła fakty i dowody oraz dociekała, dopóki nie poznała prawdy, wyciągnie z niego mój sekret.
Odległość między Maggie a mną maleje, więc próbuję się uspokoić. Pot spływa mi po kręgosłupie i zbiera się na gumce spodni. Nie uda mi się wykpić kłamstwami, nie z nią.
- Elise? - Maggie zauważa mnie, zanim do niej docieram. Rozbawienie w jej oczach zastępuje coś, co boję się nazwać. Ciekawość? Obrzydzenie? Nie przyglądam się wystarczająco uważnie, by mieć pewność.
Jeszcze dwa kroki i staję przed nią.
- Możemy porozmawiać? - Przenoszę spojrzenie z Maggie na kilka innych dziewczyn z drużyny pływackiej wylegujących się w cieniu. Karen i Jenn, które zapraszały drużynę na maratony horrorów. Grace i...
Ugh, Kaitlyn.
Nowa kapitanka drużyny - tytuł, który miał być mój - po mojej rezygnacji zostawiała coraz bardziej wrogie komentarze na moim profilu na Instagramie. Według niej w pojedynkę pozbawiłam drużynę tytułu mistrzyń stanu w sztafecie.
Odchrząkuję i skupiam się na Maggie.
- Na osobności?
Maggie zaczyna odpowiadać, ale Kaitlyn odrywa się od ściany i staje obok niej. Obejmuje ją ramieniem w geście, który wydaje się niemal... opiekuńczy.
- Cokolwiek masz do powiedzenia Maggie, możesz powiedzieć to nam wszystkim.
- To nie ma nic wspólnego z tobą. - Krzyżuję ramiona, choć ten gest jest bardziej ochronny niż wyzywający.
- Tak sądzisz? - Kaitlyn przechyla głowę, a w jej oczach pojawia się wściekły błysk. - Porzuciłaś Maggie jak jakiegoś gównianego byłego. Nie możesz wrócić jak gdyby nigdy nic. W tym roku drużyna nie może sobie pozwolić na żadne dramaty.
Poczucie winy skręca mi wnętrzności, ale chodzi o wiele więcej niż drużynę.
- Maggie, proszę. Daj mi tylko chwilę.
Moja najlepsza przyjaciółka przenosi wzrok z Kaitlyn na mnie, a potem z powrotem na Kaitlyn. Waha się, co mnie boli, jednak zasłużyłam na brak zaufania.
- Nieważne - mówię, lecz mój łamiący się głos zagłusza dźwięk dzwonka, informującego, że czas udać się do klas. Odwracam się na pięcie i ruszam pospiesznie do schodów, ale czuję spojrzenie Maggie na każdym kroku.
Szkolne korytarze rozbrzmiewają śmiechem i odgłosami stóp setek uczniów idących po marmurowej podłodze. Dzięki klimatyzacji nie jest upalnie, mimo to mój rozpinany sweter już przywiera do mokrej od potu skóry, a gorzka mieszanka zakłopotania i żalu nie pozwala mi ochłonąć. Wiem, że dałam ciała tego lata, ale nie mogę uwierzyć, że ze wszystkich ludzi Maggie zwierzyła się akurat Kaitlyn.
Mam nadzieję, że nie wygadała nic z tego, co Jordan powiedział jej o mojej klątwie...
W szkole znów rozbrzmiewa dzwonek, głęboki i dźwięczny. Przyspieszam tempo, ale ktoś szturcha mnie ramieniem. Potykam się i czuję na plecach czyjąś rękę. A na gołym nadgarstku palce.
Moją głowę wypełnia pisk opon i trzask tłukącego się szkła, a potem czuję ból wszędzie.
Odskakuję od wysokiego, chudego białego chłopaka, którego nie rozpoznaję. Unosi dłonie, przeprasza i odbiega, a ja z trudem łapię oddech. Nawet nie wiem, jak ten dzieciak ma na imię, a wiem, jak umrze. Czym, u licha, zasłużyłam sobie na taką klątwę?
Jeszcze tylko jeden dzień. Jeden. Uda ci się.
Poprawiam szelki plecaka i ruszam pospiesznie do klasy. Pierwszą mam trygonometrię. Gdy dzwonek cichnie, zajmuję miejsce z tyłu. Serce nadal mi wali, śmierć chłopaka powoli ze mnie spływa. Gdy moje nazwisko zostaje wyczytane, udaje mi się pewnym głosem powiedzieć "jestem" i ignorować współczujące spojrzenia kolegów.
- Claire Montgomery? - Nauczycielka matematyki, pani Parsons, po raz drugi powtarza to nazwisko, po czym unosi wzrok znad dziennika, by rozejrzeć się po klasie. - Panna Montgomery?
Ciężkie drewniane drzwi otwierają się i do środka wchodzi ciemnowłosa dziewczyna w szkolnej spódnicy i bluzce.
- Przepraszam - odzywa się głosem śpiewnym i słodkim niczym miód. - Zgubiłam się.
- Panna Montgomery? - upewnia się pani Parsons.
- Claire - odpowiada dziewczyna. - Tak.
- Skoro już stoisz, możesz rozdać sylabusy, a potem zająć miejsce.
Claire podnosi stertę papierów i z niewiarygodnym wdziękiem przemieszcza się między rzędami. Kładzie sylabus na mojej ławce, na co mamroczę podziękowanie, ale dziewczyna nie odchodzi.
Posyła mi uśmiech, gdy unoszę wzrok.
- Musimy przestać tak na siebie wpadać.
Początkowo nie wiem, o co jej chodzi, lecz później dostrzegam pod szkolnym mundurkiem jej pewność siebie. Idealną kaskadę brązowych włosów. Zielone oczy. To dziewczyna z Heart & Stone Metaphysical, ta sama, która wypytywała mnie o moje zakupy.
Co ona tu robi?