PROLOG
Obudził go karaluch maszerujący po twarzy. Słodki posmak snu zakłócony taką ohydą. Zerwał się z posłania, strząsnął insekta ze złością i zadeptał na miejscu. Tak bardzo się zdenerwował, że poczuł, jak nagle wali mu serce. Zupełnie stracił ochotę na sen, ale przecież nie musiał się nigdzie spieszyć. Jego zmiana zaczynała się dopiero za dwie godziny. Nie mógł jednak wytrzymać w klitce na zapleczu rzeźni, w której nocował. Okropnie tam śmierdziało, chociaż nie to było najstraszniejsze. To odgłosy wydawane przez zwierzęta prowadzone do ubojni były dla niego nie do zniesienia. Tylko co miał robić? Siedzieć na zewnątrz? Tu zawsze kręciło się zbyt wielu ludzi. I to z kolei oni gapili się na niego. Wciąż był obcy, mimo iż przybył tu ponad rok temu.
To już ponad rok? Spojrzał na swoje palce o popękanej skórze, które zawsze pomagały mu w liczeniu. Rzeczywiście. Był tu nawet dłużej. Matka umarła zimą, więc minął rok.
Mimo to zaryzykował i wyszedł się przejść po czerwonej piaszczystej drodze prowadzącej donikąd.
- Zejdź mi z drogi, ty wstrętny bachorze. Ciągle się o ciebie potykam.
Kobiecy głos. Tak donośny, że momentalnie się zatrzymał i instynktownie zasłonił głowę. Tak jakby te słowa były skierowane do niego. W tej samej chwili przed jego nogami przemknął dzieciak. Nie mógł mieć więcej niż pięć lat. Zasłaniał ręką twarz, tak jakby zgarniał z niej smarki.
Przystanął i przez chwilę stracił orientację, co ma robić dalej. Zawsze tak się działo, kiedy słyszał wysokie dźwięki. Zakrył rękami uszy.
Dzieciak zniknął w krzakach, ale za to pojawiła się kobieta.
- Ale dokąd to! Masz mi przecież pomagać! Wracaj natychmiast! Bo jak nie, to cię obedrę ze skóry! - wrzeszczała.
Zobaczył, że trzyma w rękach kij. Była spocona i wściekła. Na jego widok jej twarz jeszcze bardziej wykrzywiła się ze złości. Zwłaszcza gdy usłyszała, jak ją cicho pozdrawia. Nie odpowiedziała, tylko uderzyła kijem o pień drzewa. Pewnie, żeby go wystraszyć.
Zrobił więc to, co zawsze. Pozwolił, by gardłowy okrzyk wydobył się z jego krtani i zaczął się trząść. Chyba naprawdę się bał. Ludzie byli nieprzewidywalni.
Udało mu się. Jego zachowanie rozbawiło kobietę. Oparła ręce na rozłożystych biodrach i roześmiała się głośno.
- Debil! - rzuciła do niego i wycofała się do domu.
Przestał się trząść w tej samej chwili, gdy zniknęła, a potem skręcił w stronę rzeki.
Od niedawna nie była już całkiem wyschnięta. Nadchodziła wielka woda po deszczach. Pewnie niedługo będzie zbyt niebezpiecznie, żeby tam chodzić. Wrócą krokodyle.
Nie powinien oddalać się od wioski. Jeszcze go ktoś zatrzyma i nie zdąży na czas, by wrócić do pracy. Nie narzekał na nią. Był za nią wdzięczny. Oczywiście wujowi, bo on go tam przyprowadził. Ten jednak wcale nie chciał jego wdzięczności. Odwracał twarz wykrzywioną niechęcią, udając, że go nie widzi.
Któregoś dnia, kiedy przyniósł mu nazbierane owoce maruli, wuj wpadł w szał i kopnął miskę, rozsypując wszystko przed chatą.
- Zabieraj to i się wynoś. Nie potrzebujesz mi nic przynosić. Bylebym cię tutaj nie widział.
To było marnotrawstwo. Matka nie byłaby z tego zadowolona. Jak można wyrzucać coś, co można zjeść? W górach trzeba było sobie radzić. Wszystko mogło się przydać. Nie to, co tutaj, w tej nizinnej wiosce.
Nagle usłyszał trzask gałęzi. Pochylił się, by zniknąć w trawie. Jego słuch i wzrok nie były już tak dobre jak przedtem. Wciąż nie mógł się z tym pogodzić. Trwało więc chwilę, zanim się zorientował, że nic mu nie grozi.
To był ten sam chłopiec, którego przed chwilą goniła matka. Stał przy błotnistym korycie rzeki i grzebał w nim kijem. Obok niego w burej podartej sukience siedziała dziewczynka.
Dzieci coś do siebie mówiły, co jakiś czas parskając śmiechem. Nie słyszał ich słów, ale nie mógł oderwać od nich wzroku. Byli tacy młodzi i niewinni. Chciał się napaść ich widokiem, zatrzymać obraz na dłużej.
Rozsunął wysokie trawy, żeby lepiej widzieć. Coś mu ta scena przypominała. Ta dziewczynka, ten śmiech. Czy kiedyś coś takiego już się wydarzyło? Potrząsnął głową, poruszając trawy, co zaniepokoiło dzieci.
- To tylko ja! - Podniósł się z ziemi.
Był pewien, że na jego widok uciekną z krzykiem. Widział wyraźnie, jak spojrzały po sobie, zastanawiając się pewnie, co robić.
- Pobawisz się z nami? - spytała dziewczynka po chwili.
Skinął głową i się uśmiechnął. Ktoś wreszcie pragnął jego towarzystwa. Ruszył więc na spotkanie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki