Największy skarb - Hanna Cygler

Kup ebooka

35.90 zł
27.94 zł (29,07 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PRO­LOG

Obu­dził go ka­ra­luch ma­sze­ru­jący po twa­rzy. Słodki po­smak snu za­kłó­cony taką ohydą. Ze­rwał się z po­sła­nia, strzą­snął in­sekta ze zło­ścią i za­dep­tał na miej­scu. Tak bar­dzo się zde­ner­wo­wał, że po­czuł, jak na­gle wali mu serce. Zu­peł­nie stra­cił ochotę na sen, ale prze­cież nie mu­siał się ni­g­dzie spie­szyć. Jego zmiana za­czy­nała się do­piero za dwie go­dziny. Nie mógł jed­nak wy­trzy­mać w klitce na za­ple­czu rzeźni, w któ­rej no­co­wał. Okrop­nie tam śmier­działo, cho­ciaż nie to było naj­strasz­niej­sze. To od­głosy wy­da­wane przez zwie­rzęta pro­wa­dzone do ubojni były dla niego nie do znie­sie­nia. Tylko co miał ro­bić? Sie­dzieć na ze­wnątrz? Tu za­wsze krę­ciło się zbyt wielu lu­dzi. I to z ko­lei oni ga­pili się na niego. Wciąż był obcy, mimo iż przy­był tu po­nad rok temu.

To już po­nad rok? Spoj­rzał na swoje palce o po­pę­ka­nej skó­rze, które za­wsze po­ma­gały mu w li­cze­niu. Rze­czy­wi­ście. Był tu na­wet dłu­żej. Matka umarła zimą, więc mi­nął rok.

Mimo to za­ry­zy­ko­wał i wy­szedł się przejść po czer­wo­nej piasz­czy­stej dro­dze pro­wa­dzą­cej do­ni­kąd.

- Zejdź mi z drogi, ty wstrętny ba­cho­rze. Cią­gle się o cie­bie po­ty­kam.

Ko­biecy głos. Tak do­no­śny, że mo­men­tal­nie się za­trzy­mał i in­stynk­tow­nie za­sło­nił głowę. Tak jakby te słowa były skie­ro­wane do niego. W tej sa­mej chwili przed jego no­gami prze­mknął dzie­ciak. Nie mógł mieć wię­cej niż pięć lat. Za­sła­niał ręką twarz, tak jakby zgar­niał z niej smarki.

Przy­sta­nął i przez chwilę stra­cił orien­ta­cję, co ma ro­bić da­lej. Za­wsze tak się działo, kiedy sły­szał wy­so­kie dźwięki. Za­krył rę­kami uszy.

Dzie­ciak znik­nął w krza­kach, ale za to po­ja­wiła się ko­bieta.

- Ale do­kąd to! Masz mi prze­cież po­ma­gać! Wra­caj na­tych­miast! Bo jak nie, to cię obe­drę ze skóry! - wrzesz­czała.

Zo­ba­czył, że trzyma w rę­kach kij. Była spo­cona i wście­kła. Na jego wi­dok jej twarz jesz­cze bar­dziej wy­krzy­wiła się ze zło­ści. Zwłasz­cza gdy usły­szała, jak ją ci­cho po­zdra­wia. Nie od­po­wie­działa, tylko ude­rzyła ki­jem o pień drzewa. Pew­nie, żeby go wy­stra­szyć.

Zro­bił więc to, co za­wsze. Po­zwo­lił, by gar­dłowy okrzyk wy­do­był się z jego krtani i za­czął się trząść. Chyba na­prawdę się bał. Lu­dzie byli nie­prze­wi­dy­walni.

Udało mu się. Jego za­cho­wa­nie roz­ba­wiło ko­bietę. Oparła ręce na roz­ło­ży­stych bio­drach i ro­ze­śmiała się gło­śno.

- De­bil! - rzu­ciła do niego i wy­co­fała się do domu.

Prze­stał się trząść w tej sa­mej chwili, gdy znik­nęła, a po­tem skrę­cił w stronę rzeki.

Od nie­dawna nie była już cał­kiem wy­schnięta. Nad­cho­dziła wielka woda po desz­czach. Pew­nie nie­długo bę­dzie zbyt nie­bez­piecz­nie, żeby tam cho­dzić. Wrócą kro­ko­dyle.

Nie po­wi­nien od­da­lać się od wio­ski. Jesz­cze go ktoś za­trzyma i nie zdąży na czas, by wró­cić do pracy. Nie na­rze­kał na nią. Był za nią wdzięczny. Oczy­wi­ście wu­jowi, bo on go tam przy­pro­wa­dził. Ten jed­nak wcale nie chciał jego wdzięcz­no­ści. Od­wra­cał twarz wy­krzy­wioną nie­chę­cią, uda­jąc, że go nie wi­dzi.

Któ­re­goś dnia, kiedy przy­niósł mu na­zbie­rane owoce ma­ruli, wuj wpadł w szał i kop­nął mi­skę, roz­sy­pu­jąc wszystko przed chatą.

- Za­bie­raj to i się wy­noś. Nie po­trze­bu­jesz mi nic przy­no­sić. By­le­bym cię tu­taj nie wi­dział.

To było mar­no­traw­stwo. Matka nie by­łaby z tego za­do­wo­lona. Jak można wy­rzu­cać coś, co można zjeść? W gó­rach trzeba było so­bie ra­dzić. Wszystko mo­gło się przy­dać. Nie to, co tu­taj, w tej ni­zin­nej wio­sce.

Na­gle usły­szał trzask ga­łęzi. Po­chy­lił się, by znik­nąć w tra­wie. Jego słuch i wzrok nie były już tak do­bre jak przed­tem. Wciąż nie mógł się z tym po­go­dzić. Trwało więc chwilę, za­nim się zo­rien­to­wał, że nic mu nie grozi.

To był ten sam chło­piec, któ­rego przed chwilą go­niła matka. Stał przy błot­ni­stym ko­ry­cie rzeki i grze­bał w nim ki­jem. Obok niego w bu­rej po­dar­tej su­kience sie­działa dziew­czynka.

Dzieci coś do sie­bie mó­wiły, co ja­kiś czas par­ska­jąc śmie­chem. Nie sły­szał ich słów, ale nie mógł ode­rwać od nich wzroku. Byli tacy mło­dzi i nie­winni. Chciał się na­paść ich wi­do­kiem, za­trzy­mać ob­raz na dłu­żej.

Roz­su­nął wy­so­kie trawy, żeby le­piej wi­dzieć. Coś mu ta scena przy­po­mi­nała. Ta dziew­czynka, ten śmiech. Czy kie­dyś coś ta­kiego już się wy­da­rzyło? Po­trzą­snął głową, po­ru­sza­jąc trawy, co za­nie­po­ko­iło dzieci.

- To tylko ja! - Pod­niósł się z ziemi.

Był pe­wien, że na jego wi­dok uciekną z krzy­kiem. Wi­dział wy­raź­nie, jak spoj­rzały po so­bie, za­sta­na­wia­jąc się pew­nie, co ro­bić.

- Po­ba­wisz się z nami? - spy­tała dziew­czynka po chwili.

Ski­nął głową i się uśmiech­nął. Ktoś wresz­cie pra­gnął jego to­wa­rzy­stwa. Ru­szył więc na spo­tka­nie.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki