Największe szczęście, największy ból. Jarosława Mikołajewskiego rozmowy z Julią Hartwig - Jarosław Mikołajewski


Reflow text when sidebars are open.
Julię Hartwig poznałem w latach dziewięćdziesiątych minionego wieku, w Pen Clubie. Ją i jej męża Artura Międzyrzeckiego. Wydali mi się wtedy "olimpijską parą" - tak to zapisałem w prowadzonym kapryśnie dzienniku - i z przekonaniem powtarzam to dzisiaj, choć już nie pamiętam, o co mi wtedy chodziło. O "olimpijską" dyskrecję pani Julii? O "olimpijski" wianek białych włosów nad łagodną twarzą jej męża?
Pamiętam, jak mnie obruszyło, kiedy kilka lat po śmierci Artura Międzyrzeckiego ktoś powiedział, że Julia zaczęła w końcu mówić własnym głosem i pisać świetne wiersze. Ja przecież poznałem ją jako znakomitą poetkę i nigdy bym nie pomyślał, że jej znakomitość miała dopiero się zacząć. To świat, rządząc się własnymi prawami obojętności i łaski, bardziej docenił jej cudowną poezję, której kolejne odsłony zaczęliśmy otrzymywać w coraz większej różnorodności i obfitszym bogactwie. Obok wierszy zmysłowo-filozoficznych o ściszonej tonacji i najczystszym obrazie, pojawiały się swingujące americana i gnomiczne Błyski - myśli poderwane do lotu, pozostawione w zawieszeniu. Obok poezji - proza pamiętników i nowe przekłady. I szkice o poznanych ludziach, dowody wdzięczności za życiowe spotkanie i artystyczną bliskość z tymi, których już nie ma. Z dumą i radością słuchałem w Krakowie pięknych słów uznania, jakie dla poezji i człowieczej klasy Julii Hartwig, niezależnie od siebie, wypowiadali Czesław Miłosz i Wisława Szymborska. Ale nie tylko oni. Również ich bezpośredni następcy, jak Ryszard Krynicki, i następcy następców, poeci środkowego pokolenia, jak Jacek Napiórkowski.
Tym, co sprawiało, że piękne słowa o Julii przyjmowałem tak, jak gdyby dotyczyły mnie samego, była przyjaźń, która nawet nie wiem, kiedy się urodziła. Wchodziliśmy w nią rozmawiając, wymieniając spontaniczne sygnały czułego zainteresowania. Takie jak ten, który jest niezawodnym znakiem jej wrażliwości: telefon przed wyjazdem na wakacje. Kiedy Julia dzwoni, żeby powiedzieć "wyjeżdżam", tak naprawdę chce powiedzieć "nie martw się, jeśli nie zastaniesz mnie w domu". Jej wiadomość jest znakiem troski o moją troskę o nią, o jej zdrowie i los.
Choć od ćwierćwiecza czytam regularnie wszystkie nowości Julii, nie zawsze nadaję moim wrażeniom formę omówienia. Częściej z nią o nich rozmawiam. Wolę to od recenzji, bo - prócz radości spotkania - podczas rozmów dowiaduję się wiele o doświadczeniu, które należy do prehistorii wiersza. O życiowej przygodzie poetki. Cenię sobie to, co mi powie na poziomie wyrażalnej biografii, i to, co wyzna o samopoczuciu, o stosunku do ludzi i świata. O tym, jak zmieniają się jej relacje z pejzażem i snem. Nie dziwię się nawet, że tyle o sobie mi mówi. W przyjaźni wydaje się naturalne rozmawiać głębiej i precyzyjniej, poza granicą oczywistości. Tym, co wciąż mnie zdumiewa, jest życiowa miłość, z jaką ogarnia tak wiele dobra i tak wiele cierpienia, które ją dotknęło. Logos, z jakim łączy ze sobą szczęście i ból, nie nazywając ich napięć sprzecznością. Więcej chyba nie jest dane poecie.